Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945 - Richard Hargreaves


Reflow text when sidebars are open.
Wybierzcie się któregoś letniego dnia na spacer ulicą Marii Curie-Skłodowskiej we Wrocławiu. Nowoczesne autobusy przegubowe z ekranami telewizyjnymi i elektronicznymi biletomatami walczą o miejsce na nadrzecznym bulwarze ze starszymi żółtymi autobusami i tramwajami, które w regularnych odstępach przetaczają się na osi wschód-zachód. Po mniej więcej dziesięciu minutach dotrzecie do mostu Zwierzynieckiego rozpiętego ponad jednym z niezliczonych kanałów Odry. Ten most stoi tu od 1897 roku - do dzisiaj można na nim dostrzec inskrypcję na cześć jego budowniczych, którzy poświęcili dwa lata na jego postawienie. Ale tak jak wszystkie ślady niemieckiej przeszłości miasta, tabliczka umieszczona kiedyś ponad tą datą zniknęła. Znacznie trudniej było zatrzeć ślady toczącej się tutaj przed laty bitwy, gdyż podobnie jak wiele innych wrocławskich mostów także ten nosi liczne ślady po pociskach wystrzelonych wiosną 1945 roku. Po przejściu przez most znajdziecie się w dzielnicy pełnej alei wysadzanych drzewami. Ulica Marii Curie-Skłodowskiej przechodzi w ulicę Zygmunta Wróblewskiego - to już czwarta nazwa, jaką nosiła ta ulica w ciągu minionego stulecia. Po prawej stronie będziecie mieli ogród zoologiczny, a po lewej - ulicę Adama Mickiewicza. Po przejściu kolejnych stu pięćdziesięciu metrów ujrzycie aleję prowadzącą do jednej z perełek architektonicznych Wrocławia: Hali Stulecia, czyli imponującego koloseum z betonu i stali zbudowanego przez słynnego Maxa Berga w 1913 roku, z okazji setnej rocznicy wyzwolenia Niemiec od napoleońskiego jarzma. Dwa rzędy wysokich kolumn prowadzą do niewielkiego skweru, nad którym góruje gigantyczna metalowa Iglica wzniesiona w 1948 roku dla uczczenia "powrotu Śląska do macierzy". Po lewej znajduje się Pawilon Czterech Kopuł, w którym od 1952 roku mieści się siedziba Wytwórni Filmów Fabularnych1. Przed budynkiem wznoszą się cztery betonowe modernistyczne posągi. Wejścia są okratowane, a drzwi pokrywają graffiti. Popękana posadzka portyku jest usiana zeschłymi liśćmi, niedopałkami, wyrzuconymi opakowaniami po słodyczach i innymi śmieciami. Na jednym końcu tego najwyraźniej zapomnianego portyku znajduje się zachowana w raczej kiepskim stanie ogromna tablica pamiątkowa ku czci polskiego żołnierza, który u boku Armii Czerwonej przeszedł w latach 1944-1945 szlak bojowy ze wschodu na zachód od Bugu i Wisły przez zburzoną Warszawę, Pomorze, przez Odrę i Nysę aż do Berlina. Odwróćcie się o sto osiemdziesiąt stopni, a znajdziecie kolejną ogromną kamienną inskrypcję, a nad nią hełm z czerwoną gwiazdą w wieńcu laurowym, poszczerbiony i odbarwiony po ponad sześćdziesięciu latach oddziaływania na niego warunków atmosferycznych. Poniżej znajduje się prawdziwa litania zwycięstw Armii Czerwonej, m.in. Moskwa, Stalingrad, Kursk, Leningrad, Don, Dniepr, Mińsk, Warszawa, Budapeszt, Bukareszt, Belgrad, Wiedeń, Praga i Berlin oraz nazwa tego miasta - Wrocław. Podobnie jak każdy pomnik, cmentarz wojskowy czy grób poświęcony poległym w 1945 roku, również te gigantyczne tablice pamiątkowe przed Halą Stulecia wydają się rozsypywać, chylić ku upadkowi, zarośnięte chwastami, niekochane i zapomniane.
Niegdyś w tym mieście szalała straszliwa bitwa. Oblężenie Breslau - jak wtedy nazywało się to miasto - trwało dłużej niż walki o którekolwiek miasto bronione przez Niemców w 1945 roku. To miasto znajdowało się w okrążeniu dłużej niż Berlin (dziesięć dni), Budapeszt (sześćdziesiąt dni), a nawet Stalingrad (siedemdziesiąt trzy dni). W tej bitwie wszelki wysiłek obrońców poszedł jednak na marne. Nie osiągnęli bowiem niczego poza tym, że miasto, które jeszcze na początku 1945 roku było niemal nietknięte przez wojnę, do czasu kapitulacji w dniu 6 maja zamieniło się w morze ruin. Zniszczenia w Breslau były większe niż w Berlinie, większe niż w Dreźnie, stanowiącym przecież synonim zniszczenia w czasie drugiej wojny światowej, i równe tym w Hamburgu, kolejnej metropolii niemal zrównanej z ziemią przez alianckie bombowce2. W niecały tydzień co najmniej 18 tysięcy mieszkańców Breslau zmarło, podejmując w środku srogiej zimy próbę ucieczki z miasta przed nacierającą Armią Czerwoną. Kolejne 25 tysięcy ludzi - żołnierzy, cywilów, cudzoziemskich robotników przymusowych i więźniów - zginęło w czasie trwających dwanaście tygodni walk o miasto. Ta historia i cierpienia mieszkańców nie skończyły się jednak wraz z kapitulacją twierdzy. Ocalałych Niemców czekał gorzki los: żołnierzy - wędrówka do obozów jenieckich w głąb Związku Radzieckiego; cywilów - gwałty, rabunki, głód i w końcu wysiedlenie z ich ojczystej ziemi, gdy Śląsk ponownie stał się polski, a Breslau stał się Wrocławiem. Dla przybywających na te ziemie polskich osadników, z których wielu, podobnie jak Niemcy, utraciło własne domy na Wschodzie, rozpoczynały się długie dziesięciolecia trudu i znoju przy odbudowie stolicy Śląska.
Tym ostatnim się jednak udało. Dzisiaj Wrocław znowu jest kwitnącym miastem, czwartym pod względem liczby mieszkańców w Polsce, ślady wojny w większości zostały zatarte, a zabudowa podniesiona z ruin lub odnowiona. Obecnie jest to silny ośrodek akademicki, centrum polskiego przemysłu elektronicznego i kolejowego, ośrodek bankowo-finansowy i atrakcja turystyczna odwiedzana co roku przez tysiące turystów. Większość z tych gości nie wie, że kilkadziesiąt lat wcześniej w tym miejscu toczyła się zaciekła bitwa.
Uczestnicy tych zmagań nie byli co prawda tak znaczący jak w przypadku szturmu Berlina, stawka nie była tak wysoka jak w Stalingradzie, cierpienia mieszkańców nie trwały tak długo jak w Leningradzie, ale oblężenie Breslau stanowiło przerażający i prawdziwie poruszający dramat. Przez wzgląd na uczestniczących w nim ludzi, niezależnie od ich narodowości, ta historia zasługuje na to, żeby ją opowiedzieć.
Gosport, listopad 2010
W dniu 9 listopada 2011 roku Wytwórnia Filmów Fabularnych we Wrocławiu zakończyła swoją działalność i została przekształcona w Centrum Technologii Audiowizualnych (CeTA) (przyp. tłum.). [wróć]
W czasie wojny mniej więcej co piąty budynek w Berlinie został zniszczony; w Dreźnie ten odsetek był dwukrotnie wyższy; w Hamburgu i Wrocławiu dwie trzecie budynków nie nadawało się do zamieszkania; w centrum Akwizgranu zniszczeniu uległo cztery na pięć budynków; szacuje się, że w Kolonii dziewięćdziesiąt pięć procent starówki przestało istnieć. [wróć]
H1 Bunkier przy placu Strzegomskim
H2 Bunkier przy ulicy Ołbińskiej
Wydawało się zawsze, że front jest gdzieś na drugim końcu świata.
kapral Ulrich Frodien
Najpierw pojawiły się poczty sztandarowe. Ich członkowie, podobnie jak wszyscy uczestnicy tego zgromadzenia liczącego blisko 150 tysięcy osób, wstawszy wcześnie tego niedzielnego poranka wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca, gromadzili się na ulicach i placach w całym mieście. W północnym szeregu ustawili się mężczyźni i kobiety z Bawarii, Wirtembergii i Prus Wschodnich oraz miejscowi ze Śląska. Na wschodzie chłopcy z Hitlerjugend i dziewczęta z kobiecego odpowiednika tej organizacji Bund Deutscher Mädel (Związek Dziewcząt Niemieckich) stanęli obok volksdeutschów z czeskiego Kraju Sudetów. Po południowej stronie znaleźli się sportowcy z Frankonii i "Marchii Wschodniej", jak nazywano Austrię, która niedawno została anektowana przez Wielką Rzeszę Niemiecką. Berlińczycy wysoko dzierżyli herb swego miasta przedstawiający niedźwiedzia. Gdańszczanie trzymali tarcze. Widać było czerwone proporce Reichsbund für Leibesübungen (Związku Wychowania Fizycznego Rzeszy) - nazistowskiej organizacji sportu masowego oraz czarno-czerwone sztandary Niemców sudeckich. Lekkoatleci z północnych Niemiec ubrani w czerwone koszulki i białe spodenki maszerowali, ściskając w garści swoje obuwie sportowe. Obecni byli volksdeutsche z Rumunii, mężczyźni w białych haftowanych koszulach, kobiety w jaskrawych sukienkach i z długimi wstążkami wplecionymi we włosy, nieśli barwne bukiety polnych kwiatów. Mężczyźni ze służby pracy Reichsarbeitsdienst maszerowali z łopatami na ramieniu.
Huk wystrzałów z trzech dział poniósł się echem po wysypanym piaskiem placu apelowym na znak, aby tysiące uczestników zgromadzenia zajęły swoje miejsca siedzące na wysokich na ponad dwadzieścia metrów prowizorycznych trybunach wzniesionych na placu Zamkowym (ob. plac Wolności). Długi na ponad trzysta metrów plac po swojej węższej, zachodniej stronie zamykał gmach dawnej siedziby Sejmu Śląskiego1, na południu rząd drzew stojących nad starą fosą miejską, a po wschodniej, szerszej stronie - liczący sobie wówczas dziewięćdziesiąt siedem lat Teatr Miejski (ob. Opera Wrocławska), w którym od tygodnia wystawiano dzieła Lorkinga i Wagnera. Północny skraj placu wyznaczał budynek, któremu to miejsce zawdzięczało swoją nazwę - Zamek, czyli Pałac Królewski (ob. Muzeum Miejskie Wrocławia). Za dosyć surową kamienną fasadą znajdowały się pełne przepychu wnętrza - piękne rokokowe sale i wielka sala balowa ze wspaniałymi żyrandolami. Król pruski Fryderyk Wielki stworzył tutaj bibliotekę, której zasoby mogły rywalizować z księgozbiorem pałacu Sanssouci w Poczdamie, stąd rządził, tutaj rozmyślał i komponował muzykę. To tutaj Fryderyk Wilhelm III wręczył pierwszy Krzyż Żelazny i wydał legendarny apel An mein Volk ("Do mojego ludu"), wzywając Prusaków do zrzucenia napoleońskiego jarzma. "Nie ma innego wyjścia niż honorowy pokój albo pełen chwały upadek" - oznajmił pruski król swoim poddanym.
Dzisiaj jednak na placu Zamkowym nie miało być żadnych przemówień ani apeli, tylko starannie wyreżyserowana parada z udziałem blisko 150 tysięcy sportowców uczestniczących w trwającym przez tydzień Święcie Niemieckiej Gimnastyki i Sportu (Deutsche Turn und Sportfest), które osiągnęło właśnie punkt kulminacyjny. Codziennie od siódmej rano prawie do dziesiątej wieczorem sportowcy obojga płci z każdego Gau, czyli okręgu Rzeszy, stawali w szranki na rozległym kompleksie Stadionu Olimpijskiego. Składał się on z boisk do piłki nożnej i hokeja na trawie, bieżni lekkoatletycznych, kortów tenisowych, ringów bokserskich, basenów pływackich oraz wielkiego stadionu z obszernymi trybunami, wybudowanego dekadę wcześniej pięć kilometrów na wschód od centrum miasta i niedawno przemianowanego na Hermann Göring Sportfeld. W sprincie na sto metrów wbrew wcześniejszym przewidywaniom wygrał Gerd Hornberger, przekraczając metę z czasem dziesięciu i pół sekundy, minimalnie wyprzedziwszy swego kolegę klubowego z Eintrachtu Frankfurt Manfreda Kerscha oraz trzydziestotrzyletniego faworyta tej konkurencji Ericha Borchmeyera, który wygrał cztery z pięciu ostatnich mistrzostw Niemiec. W konkurencjach kobiecych Käthe Krauss dodała złote medale na sto i dwieście metrów do zdobytego dwa lata wcześniej brązowego medalu olimpijskiego, a rekordzistka świata i igrzysk olimpijskich Gisela Mauermeyer po raz kolejny okazała się nie do pokonania w rzucie dyskiem, a ponadto zdobyła złoto w pchnięciu kulą. Nieliczne triumfy gospodarzy zawodów zostały odniesione na wodzie: Hartmann w pływaniu stylem klasycznym na sto metrów oraz męskie sztafety pływackie w stylu klasycznym i dowolnym, wioślarska czwórka bez sternika oraz kanadyjkarze.
Święto Sportu było prawdziwym triumfem aryjskiej siły i nazistowskiej organizacji. Każda minuta każdego dnia zawodów, każdy przemarsz i parada, każdy występ taneczny i gimnastyczny był starannie przygotowany i wyreżyserowany. Wokół kompleksu sportowego wyrosło miasteczko namiotowe złożone z ponad 100 namiotów mieszczących po czterdziestu chłopców oraz 170 wigwamów, w których spało po dwanaście dziewcząt. Namioty otaczało istne morze sztandarów, proporców i flag powiewających na wschodnim wietrze. Niemal co godzinę na leżący na południowym skraju centrum miasta Dworzec Główny wjeżdżały specjalne pociągi przywożące sportowców z całej Rzeszy oraz zagranicy. Rankiem we wtorek 26 lipca przybyło ośmiuset volksdeutschów, czyli "etnicznych Niemców", z Estonii i Łotwy. Z Węgier przyjechało pięćdziesiąt osób, z Rumunii - 400, z Kłajpedy - 100, zza oceanu - to jest z Argentyny, Chile, Brazylii, Afryki Południowo-Zachodniej [ob. Namibia - przyp. tłum.], Wenezueli, Kanady i Stanów Zjednoczonych - łącznie 450. W tym czasie na zbudowany w stylu klasycznym i położony na zachodnich obrzeżach historycznego centrum Dworzec Świebodzki napływał niemal niekończący się strumień Niemców sudeckich. "Breslau jest jak gigantyczny magnes" - zachwycał się organ prasowy partii nazistowskiej "Völkischer Beobachter". "Z magiczną siłą przyciąga wszystkich Niemców, rzucając na nich swój urok. Przybywają tutaj ze wszystkich stron na zew swojej krwi i swego serca"1.
Niemcy sudeccy, prawdopodobnie w liczbie aż 30 tysięcy, faktycznie zostali wezwani do stolicy Śląska, ale nie przez swoją krew czy serce, ale przez Josepha Goebbelsa2. Na pozór Święto Niemieckiej Gimnastyki i Sportu miało być świętem ludzkiego ciała i kultury fizycznej. W rzeczywistości jednak był to ostatni akt starannie wyreżyserowanej przez Berlin kampanii propagandowej mającej zademonstrować solidarność z "uciskanymi" volksdeutschami zamieszkującymi górzysty Kraj Sudetów w pobliskiej Czechosłowacji oddalony zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów od Breslau. Cała stolica Śląska była udekorowana czarnymi flagami Niemców sudeckich. Okrzyki "Sieg Heil!" odbijały się echem w wąskich zaułkach i na placach udekorowanych flagami ze swastyką i zielonymi wieńcami. "Tak jakby wszystkie trudności nagle dobiegły końca. Radość - skrywana radość, która wybucha z głębi serca - maluje się na twarzach mężczyzn i kobiet"3 - piał z zachwytu "Völkischer Beobachter". Gdziekolwiek pojawiali się uczestnicy Święta Sportu przypominano im o "cierpieniach" i "poświęceniach" Niemców sudeckich. W znajdującym się niecałe dwa kilometry od Stadionu Olimpijskiego Pawilonie Czterech Kopuł koło Hali Stulecia zorganizowano wystawę, na której można było obejrzeć typowe wytwory sztuki nazistowskiej - posągi nagich zapaśników oraz rozebranego do pasa Aryjczyka unoszącego potężny młot. Urządzono tam również dwie "sale pamięci": jedna była poświęcona 236 tysiącom niemieckich sportowców poległych w wojnie światowej i 38 "bohaterom" straconym w Austrii za udział w tamtejszym puczu nazistowskim w lipcu 1934 roku, a druga - "poległym" Niemcom sudeckim. Czarne flagi rozwieszone ponad dwoma złotymi basenami miały upamiętniać Niklasa Böhma i Georga Hofmanna, Niemców sudeckich rozstrzelanych 21 maja 1938 roku w Czechosłowacji. "Popatrz, jak powiewają na wietrze nasze sztandary, czarne jak śmierć. Musimy iść naprzód przez noc, w trudzie i znoju" - pisał nazistowski poeta i dziennikarz Kurt Eggers. Propagandowa wrzawa osiągnęła apogeum tuż po zmroku w piątek 21 lipca 1938 roku. Trybuny na placu Zamkowym były wypełnione widzami, którzy oglądali przemarsz z udziałem ponad tysiąca chorążych niosących sztandary reprezentujące ponad tysiąc grup volksdeutschów żyjących poza granicami Rzeszy. Niemcy sudeccy ustawiali się w szeregach wzdłuż czterech stron placu, dzierżąc płonące pochodnie, mające symbolizować "płonącą granicę" rozdzielającą Niemców w Rzeszy od tych żyjących w Kraju Sudetów. Słuchali Konrada Henleina, byłego młodszego oficera, urzędnika bankowego i instruktora gimnastyki, który dosyć późno nawrócił się na narodowy socjalizm. Henlein nie był wielkim mówcą - w jego wystąpieniu nie było spontaniczności, a tekst czytał z kartki. Niemniej jednak spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem słuchaczy, gdy oświadczył, że od tej pory istnieje "jeden zjednoczony, wielki i dumny naród niemiecki". Mówił również:
Wrócimy stąd do naszej ojczyzny, dumni z tego, że przeznaczenie wyznaczyło nam trudne zadanie specjalne: wiernie bronić niemieckiej ziemi i niemieckiej krwi oraz pomagać narodowi niemieckiemu strzec pokoju.
Jako rzecznik największej grupy etnicznych Niemców w Europie zwracam się do każdego Niemca żyjącego poza granicami Rzeszy: wszyscy jesteśmy nierozłącznymi częściami wielkiego narodu niemieckiego!4
Joseph Goebbels był wielkim mówcą i jak zaznaczył w swoim dzienniku, tamtego dnia był "w szczytowej formie", wygłaszając przemówienie skrzące się dowcipami i sarkastycznymi komentarzami. "W ciągu kilku ostatnich dni dziesiątki tysięcy naszych niemieckich braci i sióstr z zagranicy napłynęło do tej Rzeszy - oznajmił słuchaczom. - Nie wierzcie..." Słowa Goebbelsa utonęły wśród aplauzu tłumu. "Nie wierzcie w to, że nie rozumiemy waszych uczuć. Mogę sobie dobrze wyobrazić, że każdy z was przekraczał granice Niemiec, drżąc z emocji". Minister propagandy zrobił kolejną pauzę, w czasie której okrzyki "Heil!" odbijały się echem ponad placem. Jak stwierdził Goebbels, w przeszłości ci etniczni Niemcy wracali do swych przybranych ojczyzn "mając w sercach poczucie wstydu za kraj swego pochodzenia". "Dzisiaj jednak każdy Niemiec, każdy volksdeutsch może być dumny ze swego kraju i narodu - dzięki osiągnięciom jednego człowieka, który w czasie wojny światowej był nieznanym kapralem, a teraz kieruje losami Rzeszy". Wśród okrzyków tłumu, owacji, śpiewów i oklasków Goebbels zakończył swoje wystąpienie słowami:
Z jego twarzy wyczytacie świeżą wiarę i świeżą nadzieję, których potrzebujecie bardziej niż ktokolwiek inny, a które będą z wami w waszej trudnej codziennej walce o wielkość naszego narodu i honor naszej krwi5.
I teraz, w ten niedzielny poranek 31 lipca 1938 roku, mogli wreszcie ujrzeć jego twarz. I mogli czerpać siłę z tego przeżycia. Gdy ucichł huk wystrzałów armatnich, bombastyczne dźwięki Badenweiler Marsch, czyli ulubionego utworu muzycznego Hitlera, w wykonaniu połączonej orkiestry Wehrmachtu i Kriegsmarine, która poprzedniego wieczoru przygrywała zgromadzonym tysiącom ludzi, obwieściły przybycie Führera. Nie było zresztą wcale takiej potrzeby. Ryk tłumów, coraz głośniejszy, ogłuszający, przerażający, upajający, przetaczał się po ulicach Breslau w kierunku placu Zamkowego. Ubrany w swój brunatny partyjny mundur niemiecki wódz przywitał się uściskiem dłoni z lokalnymi dygnitarzami nazistowskimi, a następnie przeszedł przez plac w towarzystwie służalczego Martina Bormanna, zmęczonego Goebbelsa, szefa SS Himmlera, Henleina, śląskiego gauleitera Josefa Wagnera noszącego skopiowany od Hitlera wąsik, zmierzając w stronę specjalnie skonstruowanej na tę okazję trybuny ustawionej naprzeciwko Teatru Miejskiego. Na przedzie trybuny wzniesiono dla Führera i jego świty niewielki balkon wyłożony czerwonym suknem i ozdobiony wielką swastyką, a wszystko to było udekorowane istnym morzem hortensji. Gdy Hitler zasiadł na swoim miejscu, jego ochroniarze z Leibstandarte SS, wszyscy w czarnych mundurach i stalowych hełmach, każdy liczący co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, utworzyli kordon zamykający dostęp do trybuny. Na plac Zamkowy wmaszerowali chorążowie, defilując po obu stronach Teatru Miejskiego, wzdłuż lin rozpiętych wokół tego wielkiego placu. Na czele defilady maszerowali sportowcy z Bawarii, kolebki nazizmu, którzy mijając trybunę, jodłowali, jak to mieli w zwyczaju. Byli wśród nich czterej niemieccy alpiniści, którzy niedawno zdobyli północną ścianę Eigeru, nazywaną "ścianą śmierci", szermierze, których florety połyskiwały w porannym słońcu, Austriacy z Tyrolu w swoich strojach ludowych, mieszkańcy Prus Wschodnich, gdańszczanie. Kakofonia okrzyków, płaczu, owacji i braw osiągnęła ogłuszającą kulminację, gdy na plac wkroczyli Niemcy sudeccy, maszerujący w sześciu szeregach, ubrani w szare garnitury i tyrolskie kapelusiki, pod swymi czarnymi sztandarami.
Niewiele ponad sto metrów dalej dwunastoletni Ulrich Frodien kurczowo trzymał drzewce czarnego sztandaru Deutsche Jungvolk, jak nazywała się gałąź Hitlerjugend przeznaczona dla młodszych chłopców. Tak jak wszyscy zgromadzeni na placu Zamkowym, również ten uczeń był podekscytowany. Nigdy wcześniej nie widział "jego". Dlatego teraz z przejęciem śledził każdy ruch, każdy grymas na twarzy Hitlera. Czasami malowało się na niej napięcie, czasem pojawiał się uśmiech, czasami Führer łapał się pod boki, od czasu do czasu odwracał się do Henleina, ale jak do tej pory, od kiedy pojawił się na placu, wyglądał na opanowanego. Wszystko to było jednak starannie wyreżyserowane. Gdy pierwsi chorążowie z Kraju Sudetów pojawili się przed trybuną Hitler wstał z miejsca, podszedł do balustrady i podniósł prawe ramię, salutując "uciskanym" sudeckim sportowcom. "Miałem wrażenie, jakby cały plac i setki tysięcy ludzi tam się znajdujących eksplodowały jak bomba" - wspominał później Frodien. - "Jeśli wrzawa do tej pory była niemal nie do zniesienia, to teraz osiągnęła taki poziom, jakiego nie byłem w stanie sobie wcześniej wyobrazić". Dwunastoletni chłopiec dał się ponieść temu entuzjazmowi tłumów, tej zbiorowej histerii. Ryczał ze wszystkich sił. "Chciałem w tym uczestniczyć, być częścią tej wielkiej, wspaniałej wspólnoty" - opowiadał potem. Nagle w tym tumulcie, w tym nieopisanym i niezrozumiałym ryku dało się rozróżnić ostre staccato. "Początkowo nie mogłem zrozumieć słów, ale one błyskawicznie niosły się po całym placu, podawane z ust do ust". Tłum gorączkowo kołysał się w przód i w tył. "Ein Volk, ein Reich, ein Führer!" krzyczeli zgromadzeni unisono. Jeden naród, jedna Rzesza, jeden wódz. I tak raz za razem. Coraz głośniej. "W całym moim długim życiu" - pisał Frodien sześćdziesiąt lat później - "nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego". Jak wspominał:
Ta euforia odrywała ludzi od ich codziennej egzystencji, podnosiła ich na duchu: stanowili część jednej wielkiej, zachwycającej wspólnoty, niezwyciężonej, silnej, potężnej. Na kilka chwil obiecywała coś niemożliwego, dotyk nieśmiertelności.
Wszelki porządek i dyscyplina na placu załamały się. Jakiś jasnowłosy chłopiec wyrwał się z szeregu i popędził w stronę trybuny, na której znajdował się Hitler. Wyciągnął rękę do swego Führera, który wychylił się do niego przez balustradę i mocno uścisnął mu dłoń. Młode sudeckie dziewczęta i kobiety w tradycyjnych ludowych dirndlach złamały szyk marszowy, tłocząc się u stóp trybuny i spychając na boki ochroniarzy z Leibstandarte. Jak wspominał Goebbels, wyglądało to tak, "jakby w trybunę uderzyła fala fanatyzmu i wiary". Himmler wychylił się daleko za balustradę, nakazując swoim ludziom zewrzeć szeregi i odepchnąć napierające kobiety. Takie starania były jednak z góry skazane na porażkę. Jakaś matka podniosła w górę swoją pięcioletnią córeczkę, żeby pokazać ją Hitlerowi. Sudeckie kobiety ze łzami spływającymi po policzkach i okrzykami "Heil, heil!" wyciągały ręce w stronę swego Führera. Ten ponownie okazał się łaskawy dla swych wielbicieli. Z uśmiechem ściskał kolejne wyciągnięte do niego dłonie.
Po kilku minutach ponownie sformowano pochód, który ruszył dalej. Defilowali volksdeutsche z Belgii, Danii, Holandii, Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Rumunii. Niemieccy sportowcy zza oceanu, którzy przybyli z Argentyny, Brazylii, Afryki Południowo-Zachodniej, Stanów Zjednoczonych. Jeszcze wiele razy łamały się szyki i Führer ściskał ręce swych wielbicieli. Przemarsz miał się zakończyć po trzech godzinach, ale trwał prawie cztery. Gdy ostatni maszerujący sportowcy opuścili plac, publiczność porzuciła swe miejsca na trybunach, zalewając cały teren wokół platformy z nazistowskimi dygnitarzami. Po raz kolejny falujący las wyciągniętych rąk, tłum rozhisteryzowanych kobiet i krzyczących dziewcząt. Podium z nazistowskimi przywódcami stanowiło jedyną wysepkę spokoju i ładu pośród tego wzburzonego morza entuzjazmu. Tłum z niechęcią nieco się rozstąpił i Hitler zszedł ze swej trybuny. Uścisnął dłonie inwalidów wojennych na wózkach, po czym wsiadł do swego czarnego kabrioleta marki Mercedes-Benz 770 rocznik 1937. Adolf Hitler opuścił plac Zamkowy w Breslau "głęboko poruszony". Minister propagandy napisał, że Führer był "wielką nadzieją Niemczyzny" i "symbolem naszego narodowego przebudzenia". Jak stwierdził, "było zaszczytem móc mu służyć"6.
Tamtego przeraźliwie zimnego styczniowego poranka Ulrich Frodien po raz kolejny znalazł się na placu Zamkowym. Fosa miejska była zamarznięta. Piasek na placu apelowym przykryła warstwa śniegu. Teraz zgromadzono tam pojazdy wojskowe, działa i kilka czołgów - dokładnie w tym samym miejscu, gdzie kiedyś stała trybuna Hitlera.
Tydzień wcześniej polował razem ze swym ojcem koło Domanowic, wioski położonej około trzydziestu kilometrów na północ od Breslau. Liczący już osiemnaście lat grenadier pancerny dochodził do zdrowia po tym, jak jesienią poprzedniego roku na froncie wschodnim eksplozja pocisku artyleryjskiego zgruchotała mu udo, pozostawiając odłamki w głowie i klatce piersiowej. Frodien nadal kurczowo trzymał się wątłej nadziei, że ta wojna może jeszcze zakończyć się korzystnie dla Niemiec. Jego ojciec, lekarz, mógł tylko kpić z naiwnego optymizmu Ulricha i mu współczuć. Na razie wojna nie tknęła jeszcze tej wiejskiej sielanki, pozostającej z dala od ponurych wiadomości z frontu, które przynosiły gazety każdego dnia. Mieszkańcom Domanowic "wydawało się zawsze, że front jest gdzieś na drugim końcu świata". Teraz jednak wszyscy mówili o nowej rosyjskiej ofensywie rozpoczętej z przyczółka pod Baranowem, leżącego ponad trzysta kilometrów dalej na wschód. Jak podano w komunikacie niemieckich sił zbrojnych, radzieckie czołówki pancerne minęły już słynny klasztor na Świętym Krzyżu koło Kielc. Te wiadomości najwyraźniej zmroziły ojca Frodiena, który postanowił natychmiast wracać do Breslau.
W tamten wtorek 23 stycznia 1945 roku nastoletni Ulrich Frodien zmierzał w kierunku centrum Breslau. Od trzech dni wrocławskie dworce kolejowe były dosłownie szturmowane przez ludzi chcących wydostać się z miasta. Panikę powiększały jeszcze alarmujące komunikaty ogłaszane przez blisko tysiąc głośników ulicznych zamontowanych w stolicy Śląska przed Świętem Sportu w 1938 roku, które w następnych latach służyły do ogłaszania kolejnych triumfów Trzeciej Rzeszy. "Kobiety i dzieci mają wyjść z miasta pieszo w kierunku na Oporów i Kąty Wrocławskie" - wzywał metalicznie brzmiący głos, dodając przy tym uspokajająco - "Nie ma powodu do trwogi ani paniki"7. Mężczyźni mieli później dołączyć do swych rodzin. Breslau został ogłoszony Festung, czyli twierdzą, która miała być "broniona do ostatniego człowieka".
Frodienowie nie zamierzali jednak w tym uczestniczyć. Matka Ulricha i jego młodszy brat Michael już wcześniej uciekli z Breslau. Ich ojciec również zamierzał do nich dołączyć i wysłał młodego kaprala do centrum, żeby sprawdził, czy jest szansa, aby wyjechać z miasta przez Dworzec Świebodzki. Ulrich wyszedł z ich komfortowego mieszkania na trzecim piętrze kamienicy przy ulicy cesarza Wilhelma, przemianowanej przez nazistów na ulicę SA [Sturmabteilungen - Oddziały Szturmowe - przyp. tłum.], na cześć "brunatnych koszul". Minął nasyp kolejowy pilnowany przez dwóch podstarzałych volkssturmistów uzbrojonych w pancerfausty. Przeszedł przez plac Tauentziena (ob. plac Kościuszki), mijając należący do wytwórni filmowej UFA Teatr Tauentziena, w którym mieściło się największe w mieście kino (ob. Dolnośląskie Centrum Filmowe). Wielki afisz nad wejściem reklamował wyświetlany ostatnio film Opfergang ("Wielkie poświęcenie"), nakręcony na kolorowej taśmie melodramat opowiadający historię syna hamburskiego polityka szalejącego z miłości do młodej kobiety. Frodien minął następnie dom handlowy Wertheima (ob. Renoma), również największy w mieście, przemianowany przez nazistów na AWAG, po odebraniu go jego żydowskim właścicielom. Przeszedł skrajem pustego placu, na którym jeszcze kilka lat wcześniej wznosiła się wrocławska Nowa Synagoga, i dotarł do fosy miejskiej, za którą mógł dojrzeć plac Zamkowy, przypominający mu tamtą lipcową niedzielę w 1938 roku. "Opanował mnie głęboki smutek i rozpacz na myśl, że być może to wszystko poszło całkiem na darmo, nasza wiara w Niemcy, nasza wiara w ideały narodowego socjalizmu, te niekończące się poświęcenia i śmierć tak wielu towarzyszy" - pisał potem we wspomnieniach. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie zameldować się w pobliskich koszarach i zaciągnąć do pospiesznie formowanych Festungskompanien - kompanii fortecznych, do obsługi karabinów maszynowych, których członkowie byli gotowi umrzeć za swoje rodzinne miasto. Rzeczywistość jednak szybko przywołała go do porządku, zmuszając do rezygnacji z podobnych planów. W całym ciele czuł pulsujący ból ze zgruchotanego uda, zabandażowanej głowy i poranionej klatki piersiowej. Ulrich Frodien zdał sobie sprawę, że chociaż ma dopiero osiemnaście lat, jest już "wrakiem, zwyczajnie niezdolnym do realizacji jakichkolwiek fantazji na temat bohaterskiego końca"8.
Ulrich Frodien i jego ojciec zamierzali uciec ze stolicy Śląska, zanim wokół miasta zamknie się pierścień okrążenia. W najbliższych dniach miały umrzeć tysiące osób, które podjęły tę desperacką próbę. Kolejne tysiące polegną, usiłując wykonać zadanie obrony miasta "do ostatniego człowieka". Obrońcy twierdzy mieli dotrzymać danego słowa. Festung Breslau będzie się bronić dłużej niż Królewiec, dłużej niż Gdańsk, dłużej niż Wiedeń, a nawet dłużej niż sama stolica Trzeciej Rzeszy. Jednak Breslau i jego mieszkańcy mieli zapłacić straszliwą cenę za swój nieustępliwy upór. Co najmniej 6 tysięcy żołnierzy broniących nadodrzańskiej twierdzy poległo, a blisko 23 tysiące zostało rannych. Liczba ofiar wśród cywilów była jeszcze większa. Być może zginęło ich nawet 80 tysięcy. Miasto, które znali, w którym dorastali, miasto, w którym fetowali Hitlera i jego klikę, miasto, które do 1945 roku było praktycznie nietknięte przez wojnę, przestało istnieć. Dwie trzecie przemysłu uległo zniszczeniu. Siedem na dziesięć szkół średnich legło w gruzach. Dwa na trzy budynki w mieście nie nadawały się do zamieszkania. Blisko trzysta kilometrów ulic i dróg było nieprzejezdnych - pokrywało je ponad 8 milionów metrów sześciennych gruzu i popiołu. Osiemdziesiąt procent linii kolejowych i tramwajowych było zniszczonych. Wszystkie linie elektryczne i siedemdziesiąt procent linii telefonicznych było zerwanych.
Koniec wojny nie przyniósł jednak wybawienia. Niemieccy mieszkańcy Breslau mieli być wypędzeni ze swoich domów, wypędzeni ze swego miasta i wywiezieni na zachód. Ich miasto miało się ponownie odrodzić, jednak odbudowane nie przez Niemców, ale przez Polaków, już nie jako Breslau, lecz Wrocław.
Taka była cena, jaką zapłaciła ostatnia twierdza Hitlera.
Gmach przy ulicy Krupniczej był siedzibą prowincjonalnego Sejmu Śląskiego do 1897 r., dwa lata później budynek ten stał się siedzibą Śląskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności, które funkcjonowało tam aż do 1945 r. Gmach został wysadzony w powietrze w czasie oblężenia Festung Breslau i obecnie nie istnieje. W tym miejscu budowane jest Narodowe Forum Muzyki (przyp. tłum.). [wróć]
Wojna na froncie wschodnim zacznie mnie interesować dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosjanie pojawią się przed Namysłowem.
gauleiter Karl Hanke
Odejście starego roku i nadejście nowego zawsze było dla wrocławian powodem do świętowania. Przed północą mieszkańcy miasta gromadzili się na Rynku, napływając tam najpierw wąską strużką, a potem szerokim strumieniem, aby w napięciu oczekiwać, aż zegar na wieży Ratusza wybije godzinę dwunastą. Wtedy po całym Rynku odbijały się echem okrzyki "Prosit Neujahr!" ("Szczęśliwego Nowego Roku!"). Z wieży ratuszowej wybrzmiewały chóralne fanfary. Z oddali było również słychać bicie dzwonów z kościołów św. Elżbiety i św. Marii Magdaleny. Jeszcze przez około piętnastu minut tłum dreptał po placu, a następnie zaczynał się rozchodzić alejami i ulicami prowadzącymi z Rynku do poszczególnych dzielnic. Niektórzy udawali się następnie do licznych wrocławskich restauracji i piwiarni, ale większość wracała do domów.
Od kiedy sięgano pamięcią, mieszkańcy Breslau świętowali Silvesternacht (noc sylwestrową) właśnie w taki sposób. Ale sylwester w 1944 roku był inny. Większość wrocławian postanowiła tym razem pozostać w domu. W napięciu oczekiwali na nadejście północy, ale tym razem czekali nie na dzwony kościołów św. Elżbiety i św. Marii Magdaleny, ale na słowa swego wodza. Wielu liczyło na to, że na zakończenie tego jednego z najmroczniejszych lat w dziejach Rzeszy Führer być może da im jakąś nadzieję, a może nawet jakiś powód do tego, aby z większą pewnością siebie spojrzeć w przyszłość.
Piętnastoletni Peter Bannert siedział na świątecznej kolacji ze swoimi nowo poznanymi przyjaciółmi w budynku dawnej szkoły na skraju centrum miasta. Bannert przybył w pierwszych dniach grudnia 1944 roku do stolicy Śląska z Bystrzycy Kłodzkiej - małego miasteczka leżącego około 90 kilometrów na południe od Breslau, na wezwanie regionalnego kierownictwa Hitlerjugend. Organizacja nadała Bannertowi imponujący tytuł Kriegseinsatzführer - "wódz służby wojennej". Rzeczywistość była jednak znacznie mniej imponująca: sprawowanie pieczy nad magazynami mundurów i wyposażenia na całym Śląsku. Był jednym z osiemnastu uczniów zakwaterowanych w starej szkole przy ulicy Andersena (ob. Młodych Techników), przekształconej w tymczasowe koszary dla młodych ludzi powołanych do służby dla Rzeszy. Chłopcami opiekowała się dwudziestoletnia blondynka, która ze swoimi włosami w kolorze lnu upiętymi na niemiecką modłę "stanowiła ucieleśnienie aryjskiej kobiety". Kobieta troszczyła się o ich wyżywienie i nocleg. Dzisiaj urządziła im prawdziwą ucztę, aby uczcić odejście starego, 1944 roku.
W swojej willi leżącej nad Bogensee, jeziorem położonym około 20 kilometrów na północ od Berlina, Joseph Goebbels dzielnie walczył z pieczoną gęsią leżącą na jego talerzu, usiłując pokroić ją na możliwe do przełknięcia kawałki. Nad świątecznym stołem zapadła niezręczna cisza, gdy goście ministra propagandy Rzeszy zmagali się z podeszwowatymi plastrami pieczonego drobiu. Wśród zgromadzonych przy stole był jego sekretarz Wilfred von Oven, żona ulubionego projektanta mody i scenografa nazistów Benno von Arenta oraz gauleiter Dolnego Śląska Karl Hanke. W końcu milczenie przerwał pan domu: "Powiedz mi, moja droga, czy twoje gęsie udko jest tak samo niewiarygodnie twarde jak moje". Dowcip wyraźnie rozluźnił atmosferę i przy stole wywiązała się żywa dyskusja. Hanke odparł, że to dobrze świadczy o zaopatrzeniu Niemiec w żywność, że w szóstym roku wojny taka stara gęś jeszcze się uchowała i mogła być podana na stół.
Następnie gospodarze i goście wrócili do jadalni, aby zasiąść przed kominkiem. Joseph Goebbels był zadowolony, że rok 1944 dobiega już końca - "najgorszy rok w całym moim życiu. Mam nadzieję, że los oszczędzi nam kolejnego takiego roku". Karl Hanke zapewnił go, że tak właśnie się stanie. Zmobilizował cały swój dolnośląski Gau do budowy gęstej sieci umocnień składającej się z okopów i rowów przeciwczołgowych. "Ludność na wschodzie jest przekonana, że zdołamy powstrzymać zbliżającą się ofensywę Sowietów". Tuż przed wybiciem północy radio podkręcono na maksymalną głośność, a służba przyniosła kilka butelek szampana. Z głośnika popłynął głos starszego aktora charakterystycznego Heinricha George'a, który odczytał testament polityczny Carla von Clausewitza. Gdy George doszedł do ostatniego zdania - "Tylko wtedy poczuję szczęście, gdy znajdę chwalebny koniec we wspaniałej walce o wolność i godność Ojczyzny" - jego słowa zlały się z dźwiękami hymnu narodowego granego na skrzypcach. Dwanaście uderzeń zegara oznajmiło koniec 1944 roku. Wraz z ostatnim uderzeniem zaczął bić dzwon katedry w Kolonii i chór zaintonował O Deutschland hoch in Ehren. Goebbels i jego goście wstali z miejsc. Frau Goebbels zaczęła płakać. Wszyscy wznieśli kieliszki i zaczęli składać sobie nawzajem życzenia.
Najedzony sycącym posiłkiem Peter Bannert słuchał jedynej swojej rozrywki tamtego wieczoru - wzruszających przemówień starszego przywódcy Hitlerjugend, który był narzeczonym ich opiekunki. Młodzi ludzie czytali sobie wiersze Nietzschego i fragmenty z Mein Kampf. "Nie rozumiałem ich treści, ale poruszające słowa wzbudziły we mnie przerażenie". Niewielka grupka wychyliła kilka lampek wina. Nagle ich lider skoczył na równe nogi, wyciągnął pistolet i wrzasnął: "Będę bronił mojej narzeczonej i samego siebie przed Rosjanami tą bronią!". Nikt nie odezwał się ani słowem. Ciszę przerwało bicie kościelnych dzwonów oznaczające północ9.
Z radia dobiegły dźwięki ulubionego przez Hitlera Badenweiler Marsch, a następnie, pięć minut po północy, przemówił sam Führer. Przez następne pół godziny było to raczej stonowane - chociaż Goebbels wolał nazywać je "mocnym i zdecydowanym" - wystąpienie Adolfa Hitlera do własnego narodu. Nie dawał swoim rodakom żadnej otuchy, żadnych konkretów, żadnej nadziei na "cudowną broń". Zapewnił ich tylko, że Niemcy nie przegrają tej wojny, gdyż nie mogą jej przegrać. "Naród, który dokonuje tak wielu niewiarygodnych rzeczy na froncie i na tyłach, naród, który cierpi i znosi tak wiele strasznych rzeczy, nie może zginąć"10.
Adolf Hitler miał rację. Naród niemiecki nie miał zginąć w 1945 roku. Ale wiele niemieckich miast czekał taki właśnie los: w Berlinie jeden na pięć wszystkich budynków - co drugi w centrum miasta - ulegnie zniszczeniu; w Dreźnie, którego nazwa stanowi synonim zniszczenia, dwa na pięć budynków miało lec w gruzach; w Hamburgu ten stosunek wynosił trzy na pięć. Było i takie miasto, w którym zniszczonych zostało siedem na dziesięć domów. Tym miastem był Breslau.
Uważa się, że nazwa miasta pochodzi od Wratysława I, ale nie ma wątpliwości, że to miejsce było zamieszkane na długo wcześniej, zanim Czesi objęli je w posiadanie. Ludzie osiedlili się tutaj, ponieważ w tym miejscu rzeka była możliwa do przekroczenia, gdyż rozdzielała się na wiele węższych odnóg tworzących kilkanaście wysepek, a ponadto krzyżowały się w tym miejscu dwa starożytne szlaki handlowe, czyli Bursztynowy Szlak prowadzący od Bałtyku do Adriatyku oraz Via Regia (Droga Królewska) wiodąca z Nadrenii na Śląsk. Wratysław prawdopodobnie wybudował lub w inny sposób przyczynił się do powstania grodu na jednej z wysepek przy prawym brzegu Odry. Na przełomie X i XI wieku ziemie te przeszły spod panowania czeskiego pod władzę tworzącego się w tym okresie państwa polskiego i Wrocław, jak wtedy zwano ten gród, zaczął się coraz bardziej rozrastać, osiągając w tym okresie liczbę około tysiąca mieszkańców i stając się siedzibą biskupstwa1. W ten sposób Wrocław przeszedł pod panowanie Polaków, a ściślej biorąc dynastii piastowskiej, na kolejne trzy stulecia. Dla nazistowskich historyków kluczowy moment w historii miasta stanowił jednak rok 1241, w którym nastąpił najazd mongolski. Mieszkańcy grodu uciekli wtedy przed najeźdźcami na zachód albo schronili się na otoczonych wałami wysepkach, spaliwszy wcześniej podgrodzie. Mongołowie krótko oblegali Wrocław, aby następnie ruszyć dalej na zachód, zmierzając do samego serca Europy2. Na polach pod Legnicą starli się z wojskami dowodzonymi przez księcia śląskiego Henryka Pobożnego. Ta bitwa i śmierć Henryka Pobożnego stała się w XX wieku elementem nazistowskiej mitologii - hitlerowska propaganda będzie często porównywać najazd mongolski do "azjatyckich hord" z 1945 roku. W rzeczywistości bitwa pod Legnicą zakończyła się pogromem wojsk chrześcijańskich oraz śmiercią ich wodza, którego głowę zatknęli na pice i pokazywali potem obrońcom Legnicy, chcąc ich zastraszyć i zmusić do poddania grodu. Mongołowie jednak nie posunęli się dalej na zachód, chociaż było to raczej skutkiem wewnętrznych konfliktów, które wybuchły wtedy w ogromnym imperium mongolskim, niż mężnej postawy Henryka Pobożnego i jego rycerzy. Niemniej jednak stepowi najeźdźcy zawrócili na wschód.
W 1241 roku Wrocław został zniszczony, aby odrodzić się na nowo. Dla nazistów rok 1241 oznaczał narodziny niemieckiego Breslau3 i w 1941 roku obchodzili uroczyście 700. rocznicę tego wydarzenia. Zdaniem historyków z Trzeciej Rzeszy w następstwie najazdu mongolskiego "Breslau został odbudowany przez niemieckich osadników jako niemieckie miasto, przyjmując wtedy nazwę, którą nosi do dzisiaj"11. Językami obowiązującymi w mieście stały się łacina i niemiecki4. Serce Breslau przeniosło się z prawego brzegu Odry na lewy. Wielki plac targowy - Rynek - stał się centrum nowo fundowanego miasta; na miejscu starego grodu wyrosła katedra, z niemiecka zwana Dom (Tum), a wyspa, na której się wznosiła, zyskała nazwę Dominsel (Ostrów Tumski)5. W następnych wiekach Breslau rozkwitał dzięki handlowi między Wschodem i Zachodem - na jego targowiskach handlowano towarami z Niderlandów, Węgier, Rusi, południowych Niemiec, Prus i Polski - przekształcając się w wielkie średniowieczne miasto i zyskując sobie dzięki temu miano "Kwiatu Europy" (Blume Europas), jak nazwał je siedemnastowieczny śląski historyk Nicolaus Henel von Hennenfeld. Ten "kwiat" mógł się poszczycić licznymi kościołami - dwuwieżową obecnie katedrą wybudowaną w okresie od XIV do XVI wieku, kościołem św. Elżbiety z najwyższą wieżą w mieście, gotyckim kościołem Najświętszej Marii Panny na Piasku, imponującym kościołem Świętego Krzyża z jego stromym dachem i trzema nawami. W mieście był również uniwersytet6 i biblioteka przechowująca mapy, manuskrypty oraz najstarszą wydrukowaną w mieście książkę, to jest Statuta Synodalia Episcoporum Wratislaviensium7. Na Rynku wyrósł w tym czasie inny symbol miasta, jakim jest do dzisiaj Stary Ratusz. Budowano go przez ponad dwieście lat, a jego charakterystyczna sylwetka z czerwonej cegły z wyjątkowo ozdobnym wschodnim szczytem z zegarem astronomicznym i licznymi wieżyczkami stanowi jeden z najwspanialszych przykładów architektury późnego gotyku. Na jego południowej fasadzie znajdują się dwa wykusze ozdobione scenkami rodzajowymi przedstawiającymi życie w mieście w XV wieku, z kolei nad zachodnią stroną budynku dominuje licząca niemal siedemdziesiąt metrów wieża ratuszowa. Poniżej, w wielkich podziemiach ratusza znakomicie prosperowała najsłynniejsza gospoda w Breslau - Piwnica Świdnicka.
Miasto rozkwitało, chociaż w kolejnych wiekach jego władcy zmieniali się dosyć często: Korona Czeska od 1335 do 1526 roku, następnie ponaddwustuletnie panowanie Habsburgów i wreszcie Prusy od 1741 roku do czasu zjednoczenia Niemiec 130 lat później. Prusacy podstępem, w zasadzie bez walki, zajęli Breslau w czasie pierwszej wojny śląskiej, a w późniejszych latach miasto dwukrotnie było zajmowane przez obcych najeźdźców: najpierw Austriaków w czasie wojny siedmioletniej, a potem przez armię napoleońską na początku 1807 roku, po krótkim, ale krwawym oblężeniu, w wyniku którego większość przedmieść leżących poza murami miejskimi uległa zniszczeniu. Aby uniemożliwić w przyszłości obronę Breslau, Napoleon nakazał zburzyć otaczające miasto fortyfikacje. Breslau stracił mury obronne, ale nie utracił ducha. Sześć lat później, gdy panowanie Napoleona zachwiało się w posadach po jego klęsce w Rosji, Breslau stał się zalążkiem ogólnoniemieckiej rewolty przeciwko francuskiej okupacji. Sercem powstania był miejscowy uniwersytet. Od barw noszonych przez śląskich ochotników, którzy chwycili wtedy za broń - czarnego, czerwonego i złotego - pochodzą kolory obecnej flagi narodowej Niemiec. Z pałacu królewskiego w Breslau król pruski Fryderyk Wilhelm III wydał swój legendarny apel An mein Volk ("Do mojego ludu"), który znakomicie uchwycił klimat niemieckiej "wojny wyzwoleńczej" 1813 roku. Król zwracał się do swoich poddanych słowami: "To jest nasza ostatnia, decydująca walka, jaką musimy stoczyć o nasze istnienie, naszą niepodległość, naszą pomyślność. Nie ma innego wyjścia niż honorowy pokój albo pełen chwały upadek".
W czasie gdy Fryderyk Wilhelm III wydał ten apel, Breslau liczył około 70 tysięcy mieszkańców i szybko się rozwijał. Po zburzeniu murów miejskich miasto zaczęło się rozrastać poza swoje dotychczasowe granice. Szerokie promenady, parki miejskie i piękne kamienice zdominowały Przedmieście Świdnickie leżące na południe od Starego Miasta, podczas gdy Przedmieście Mikołajskie na zachodzie zdominowały "wysokie kominy fabryczne i zgiełk maszyn"12. Zanim jeszcze w latach czterdziestych XIX wieku do miasta dotarła kolej żelazna (imponujący Dworzec Główny został zbudowany dekadę później na ówczesnym południowym skraju miasta), Gottfried Linke zdążył już zbudować w swoich zakładach pierwsze sto wagonów kolejowych. W mieście narodził się przemysł włókienniczy. Pojawiły się zakłady produkujące silniki parowe, wykorzystywane następnie w śląskich kopalniach węgla, fabrykach, browarach, rafineriach naftowych, gazowniach i rodzącym się przemyśle chemicznym. Ponadto rozwijał się przemysł odzieżowy (samych przedsiębiorstw produkujących słomkowe kapelusze było trzydzieści) i meblowy, a nad brzegami Odry wyrosły papiernie. Powstanie linii kolejowych i industrializacja skutkowały napływem siły roboczej ze wsi. W 1840 roku liczba mieszkańców Breslau przekroczyła 100 tysięcy. Po upływie następnych 30 lat podwoiła się, aby jeszcze raz podwoić się na przełomie XIX i XX wieku. Ludność miasta była dosyć kosmopolityczna: mieszkała tu liczna społeczność żydowska, a na każdych stu Niemców przypadało trzech Polaków. Mieszkańcy miasta kształcili się w stale rosnącej sieci szkół publicznych, a od 1910 roku mogli również studiować na miejscowej Wyższej Szkole Technicznej (ob. Politechnika Wrocławska). Transport publiczny zapewniała rozległa sieć tramwajowa, która połączyła oba brzegi Odry dzięki wybudowaniu wielu nowych mostów. O potrzeby ciała dbano w licznych nowo wybudowanych szpitalach, a potrzeby duchowe miały być zaspokajane w nowych świątyniach ewangelickich - neogotyckim kościele pod wezwaniem Marcina Lutra z blisko stumetrową wieżą wznoszącą się ponad Przedmieściem Świdnickim i nieco mniej ponurym kościele św. Jana (ob. katolicki kościół św. Augustyna) w położonej na południu miasta dzielnicy Borek. Wrocławianie mogli oglądać swoją metropolię z wież wspomnianych kościołów jak również ze szczytu liczącej prawie pięćdziesiąt metrów wysokości wieży ciśnień na Borku lub z wieży widokowej cesarza Wilhelma I (ob. nie istnieje) w Lesie Osobowickim na północ od miasta. W stolicy Śląska można było liczyć na rozrywkę zarówno elitarną - przedstawienia operowe w gmachu nowego Teatru Miejskiego, festiwale śpiewacze, muzea i powstające jak grzyby po deszczu parki miejskie; jak i masową - teatry rozmaitości, takie jak Viktoria, cyrk, ogród zoologiczny i od 1900 roku pierwsze kina. Te wszystkie atrakcje być może nieco odwracały uwagę mas pracujących od codziennych trudów życia w dzielnicach biedoty, w których aż do lat trzydziestych XX wieku panowały straszliwe warunki. Bogaci i biedni mieszkańcy Breslau, podobnie jak w całej Rzeszy, zjednoczyli się w 1913 roku, świętując setną rocznicę wyzwolenia Niemiec spod napoleońskiego jarzma. Z tej okazji w stolicy Śląska otwarto nowe wielkie tereny wystawowe w północno-wschodniej części miasta. Były tam pawilony, ogrody, sztuczny staw z pergolą i stanowiąca serce tego kompleksu Hala Stulecia z ogromną kopułą, która w tamtym czasie była największym na świecie budynkiem żelbetowym. Ten mogący pomieścić na trybunach nawet do 10 tysięcy osób obiekt miał od tej pory służyć do organizowania zawodów sportowych, przedstawień teatralnych, targów przemysłowych i wieców politycznych.
W ceremonii otwarcia hali uczestniczyło 6 tysięcy osób. Blisko 100 tysięcy ludzi odwiedziło wystawę zorganizowaną z tej okazji wokół budynku. Jednak ucieleśniane przez Halę Stulecia nadzieje na dalszy rozwój miasta legły w gruzach osiemnaście miesięcy później wraz z wybuchem wojny światowej. W czasie pokoju Breslau stanowił siedzibę dowództwa VI Korpusu Armijnego, który latem 1914 roku w ramach niemieckiej 4. Armii przemaszerował przez północny Luksemburg, aby następnie skręcić w lewo i dotrzeć w pobliże Marny. Polegli w tym nieudanym natarciu na Paryż byli pierwszymi z około 10 tysięcy wrocławian, którzy oddali życie na frontach wielkiej wojny. Ta ogólnoeuropejska pożoga wymagała jednak równie wielkich poświęceń od ludności cywilnej na tyłach. W ciągu następnych czterech lat ceny miały wzrosnąć o blisko 400 procent. Ponad połowa szkół w Breslau została zarekwirowana na cele wojskowe. Fabryka lokomotyw Gottfrieda Linkego - przemianowana już na Linke-Hofmann - przestawiła się na produkcję samolotów rozpoznawczych, myśliwskich, a w końcu również gigantycznych czterosilnikowych bombowców. W zakładach tych korzystano między innymi z pracy jeńców wojennych, co powtórzy się także w następnym pokoleniu. Pod koniec wojny wrocławianie musieli zadowalać się racjami żywnościowymi wynoszącymi pół kilograma mięsa, pół litra mleka, dwa i pół kilograma ziemniaków, kilogram jarzyn i ćwierć kilograma mąki na tydzień. Taki był oficjalny przydział dla każdego obywatela Rzeszy, jednak w Breslau rzadko udawało się spełnić nawet te niezwykle skromne normy. Prawie połowa ludności miasta była zmuszona korzystać z darmowych garkuchni pomocy społecznej. Osłabieni niedostateczną dietą mieszkańcy byli narażeni na głód, gruźlicę, a w ostatnich miesiącach 1918 roku również na skutki globalnej pandemii grypy "hiszpanki", która w swoim szczytowym momencie w ciągu jednego miesiąca zabiła około 1000 mieszkańców Breslau.
Jeszcze przed zawarciem zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku wrocławianie obalili resztki rządów kajzera Wilhelma II. Wszelka władza w mieście załamała się. Żołnierze zamiast tłumić protesty społeczne, sami się do nich przyłączali. 9 listopada cesarz abdykował i władzę w Breslau objęła Rada Ludowa złożona z socjalistów i liberałów. Jej przywódca Paul Löbe określił te wydarzenia mianem "cichej rewolucji. Nie poświęcono ani jednego życia ludzkiego i nie było żadnych zniszczeń"13.
O ile przebieg rewolucji listopadowej 1918 roku w Breslau był bezkrwawy, o tyle wydarzenia, które nastąpiły później w regionie, już takie nie były. Punktem zapalnym okazał się Górny Śląsk. Był to jeden z głównych okręgów przemysłowych w kraju, zapewniający jedną czwartą wydobycia węgla, 80 procent produkcji cynku i jedną trzecią ołowiu w Niemczech. Jednak dwie trzecie mieszkańców tego regionu stanowili Polacy, którzy pragnęli przyłączyć się do właśnie odrodzonego państwa polskiego. Przywódcy państw Ententy zgromadzeni na konferencji pokojowej w Paryżu opowiedzieli się za zorganizowaniem plebiscytu w celu określenia dalszego losu Górnego Śląska, ale polska ludność tej prowincji nie zamierzała na to czekać. W sierpniu 1919 roku strajk powszechny przerodził się w powstanie zbrojne, które jednak trwało zaledwie tydzień. Do jego stłumienia skierowano blisko 20 tysięcy niemieckich żołnierzy, którzy brutalnie wykonali wyznaczone im zadanie. Już po stłumieniu powstania rozstrzelano 2500 jego uczestników. Polacy ponownie wzniecili powstanie dwanaście miesięcy później i ponownie ponieśli porażkę. Dopiero w marcu 1921 roku na Śląsku zdołano zorganizować plebiscyt. W wyniku manipulacji władz niemieckich większość głosujących opowiedziała się za pozostaniem obszaru plebiscytowego w granicach Niemiec. Po sześciu pełnych napięcia tygodniach Górny Śląsk po raz kolejny eksplodował. Trzecie powstanie śląskie było największe, najdłuższe i najkrwawsze. Około 70 tysięcy polskich "ochotników" zajęło wschodnią część Górnego Śląska. Do walki z nimi wyruszyło z kolei 25 tysięcy "ochotników" niemieckich. W zaciętych walkach, zwłaszcza w rejonie Góry Świętej Anny wznoszącej się na wysokość około 400 metrów na prawym brzegu Odry około 60 kilometrów na zachód od Katowic, oddziały niemieckie zaczęły zyskiwać przewagę. Zanim jednak Niemcy mogli wykorzystać powodzenie, interweniowała Ententa, wymuszając latem 1921 roku zawarcie trudnego pokoju na Górnym Śląsku.
Mieszkańcy Breslau wrogo zareagowali na polskie powstania na Górnym Śląsku. Latem 1920 roku w mieście zdemolowano polski konsulat, szkołę i bibliotekę oraz inne budynki należące do polskich instytucji. Trzy czwarte Polaków mieszkających do tej pory w Breslau uciekło wtedy z miasta. Poważne niepokoje w stolicy Śląska wywołał również skrajnie prawicowy przewrót wojskowy Kappa przeprowadzony w marcu 1920 roku w Berlinie. W odpowiedzi na to wydarzenie wrocławscy robotnicy ogłosili strajk generalny. Pod pozorem zaprowadzenia ładu na ulice wyprowadzono oddziały wojskowe wspierane przez samochody pancerne. Puczyści aresztowali również miejscowego szefa policji. Prezydent prowincji Wolfgang Jaenicke wzywał mieszkańców miasta do zachowania spokoju: "Każda kropla krwi przelana tutaj przez Niemców walczących z innymi Niemcami będzie przelana niepotrzebnie"14. Pomimo apeli Jaenickego w czasie puczu Kappa w Breslau przelano nieco krwi, ale na Śląsku, tak jak w Berlinie i innych częściach Niemiec, zamach stanu załamał się po tygodniu z powodu strajku generalnego zorganizowanego przez lewicę.
Breslau w latach dwudziestych XX wieku był miastem kontrastów. Chociaż w mieście często dochodziło do zamieszek i niepokojów, zakłady Linke-Hofmann co roku produkowały około 4 tysięcy lokomotyw i wagonów. Hiperinflacja w 1923 roku mocno uderzyła we wrocławską gospodarkę. We wrześniu tego roku za jednego dolara trzeba było już zapłacić aż 10 milionów marek niemieckich, a pod koniec tego samego miesiąca kurs dolara skoczył już do 160 milionów marek. Niemiecka waluta dosłownie z godziny na godzinę traciła na wartości. Po raz kolejny wybuchły zamieszki. Jednocześnie zmieniało się oblicze Breslau: wybudowano nowe potężne gmachy komendy policji oraz poczty czekowej. Na północno-wschodnich obrzeżach miasta powstał rozległy kompleks sportowy. Tereny wystawowe wokół Hali Stulecia gościły targi oraz słynną wystawę WuWa prezentującą modernistyczną architekturę oraz wystrój wnętrz. Miasto powiększało swój obszar, wchłaniając okoliczne wioski lub budując nowe dzielnice, takie jak "nowe miasto" na Sępolnie, czy osiedla robotnicze na Popowicach i Westendzie [ob. zachodnia część Szczepina - przyp. tłum.]. Pracując nad stworzeniem nowego Breslau, rządzący miastem socjaldemokraci - którzy w wyborach w 1921 roku uzyskali w mieście blisko połowę głosów - starali się zatrzeć wszelkie ślady dawnego porządku. Most Cesarski (ob. most Grunwaldzki) został przemianowany na most Wolności. Plac Cesarza Wilhelma I (ob. plac Powstańców Śląskich) nazwano placem Prezydenta Rzeszy, a plac Zamkowy został nazwany placem Republiki. Z kolei ulica Zwierzyniecka8 została nazwana imieniem Friedricha Eberta, który był jednym z założycieli Republiki Weimarskiej15. Te nazwy miały zresztą ponownie zostać zmienione po upływie dekady.
Po południu w poniedziałek 30 stycznia 1933 roku sześcioletni wówczas Ulrich Frodien siedział ze swoją matką na łóżku, obserwując przez okno dwóch robotników wywieszających wielką flagę nad urzędem pocztowym przy ulicy Cesarza Wilhelma I (ob. Powstańców Śląskich). Pod wpływem nagłego podmuchu sztandar ze swastyką zatrzepotał na wietrze. Matka Frodiena mocno go uścisnęła. "To cudowny dzień" - rzekła do syna ze łzami w oczach. - "Dzień, który musisz na zawsze zapamiętać, bo dzisiaj zaczyna się dla Niemiec nowa, znaczenie lepsza epoka. Nadszedł wreszcie kres biedy i nędzy tylu ludzi. Znowu zapanuje sprawiedliwość. Otwiera się cudowna przyszłość dla ciebie - dla nas wszystkich"16.
Zaledwie pięć lat wcześniej tylko jeden na pięciu Wrocławian popierał nazistów. Jednak Breslau ucierpiał bardziej niż większość miast i miasteczek w Niemczech w wyniku wielkiego kryzysu z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Płace spadły. Bezrobocie wzrosło trzykrotnie. W styczniu 1933 roku jeden na dziesięciu mieszkańców Śląska był bez pracy. Rodzinie Frodienów wiodło się zresztą znacznie lepiej niż większości zwykłych mieszkańców Breslau - pan domu był bowiem lekarzem. Jednak młody Ulrich na własne oczy widział tragiczne skutki wielkiego kryzysu. "Iluzja "szalonych lat dwudziestych" dotyczyła tylko malutkiej grupki osób żyjących w berlińskim kotle czarownic" - wspominał po latach. Niemal połowa szkolnych kolegów Frodiena "aż do pierwszych opadów śniegu" chodziła do szkoły boso, wielu z nich było niedożywionych, a większość z nich mogła tylko pomarzyć o własnym rowerze. Sześciolatek zaprzyjaźnił się z chłopcem, którego rodzice byli bezrobotni i mieszkali w suterenie. Nie było tam żadnych okien, a jedyne światło wpadało przez kratkę umieszczoną tuż nad ziemią; czwórka dzieci spała w jednym łóżku pod jednym wytartym kocem. Takie warunki były powszechnie spotykane; prawie jedna piąta wszystkich mieszkań w mieście składała się tylko z jednej izby. Do takich właśnie ludzi zwracali się naziści, odnosząc na tym polu pełny sukces. Plakaty rozwieszane jesienią 1932 roku w całym Breslau ukazujące wynędzniałą rodzinę bezrobotnych głosiły: "Nasza ostatnia nadzieja, Adolf Hitler!". W wyborach przeprowadzonych wiosną 1933 roku ponad połowa wrocławian oddała swój głos na narodowych socjalistów17.
Po objęciu przez Hitlera urzędu kanclerza naziści natychmiast przystąpili do przejmowania pełnej władzy w Breslau. Stanowiska w urzędach nadprezydenta prowincji i burmistrza szybko zostały zapełnione członkami partii nazistowskiej, ale macki narodowego socjalizmu wkrótce objęły swym złowrogim uściskiem wszystkie dziedziny życia. W administracji, na poczcie, na uniwersytecie, gdzie wykładowcy sławili cnoty "aryjskiej" literatury i sztuki, a studenci z zapałem wyrzucili do ognia blisko dziesięć tysięcy "brudnych i haniebnych książek", aby "wykorzenić nie-niemieckiego ducha" i zniszczyć dzieła, "które zatruwają duszę narodu niemieckiego"18. Lekcje w szkołach zaczynały się i kończyły hitlerowskim pozdrowieniem, krzyże wiszące w klasach zostały zastąpione portretami Führera, a uczniowie uczyli się o historii swastyki jako znaku mającego blisko pięć tysięcy lat. Czczono każdą rocznicę ważnych wydarzeń z historii Niemiec oraz ruchu narodowosocjalistycznego: śmierć nazistowskiego "męczennika" Leo Schlagetera, rocznicę słynnego wezwania Fryderyka Wilhelma III z 1813 roku do walki z Napoleonem - nieobchodzoną nigdy wcześniej przed dojściem do władzy nazistów przez te sto dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego wydarzenia - dzień pamięci śląskiej SA oraz oczywiście urodziny Hitlera w dniu 20 kwietnia i rocznicę puczu monachijskiego 8 listopada. W mieście utworzono lokalny urząd propagandy, a po pewnym czasie stworzono również system Drahtfunk złożony z blisko tysiąca ulicznych głośników obwieszczających każdy triumf, każde zwycięstwo Trzeciej Rzeszy dźwiękami fanfar z Preludiów Liszta.
Bojówkarze z SA mogli teraz delektować się nowo zyskanym znaczeniem. Ci umundurowani młodzieńcy butnie przechadzali się ulicami miasta, przybierając groźne pozy, głośno tupiąc buciorami oraz popisując się pistoletami maszynowymi, rewolwerami i pałkami, które mieli przytroczone do pasów. Nosili specjalne tatuaże i po zmroku organizowali marsze z pochodniami na placu Republiki, który wkrótce potem powrócił do swej poprzedniej nazwy - plac Zamkowy. Także innym ulicom i placom w Breslau przywrócono ich nazwy sprzed 1919 roku lub nadano nowe: teraz przed Halą Stulecia przebiegała ulica Horsta Wessela (ob. Zygmunta Wróblewskiego), która przed mostem Zwierzynieckim krzyżowała się z ulicą Adolfa Hitlera (ob. Mickiewicza), z kolei główna arteria komunikacyjna wychodząca z miasta na południe została nazwana ulicą SA (ob. Powstańców Śląskich). Kolejnym nazistowskim dygnitarzom przyznawano tytuły honorowych obywateli Breslau: Göringowi w październiku 1935, Goebbelsowi w sierpniu 1937 i oczywiście samemu Adolfowi Hitlerowi już w maju 1933 roku.
Hitler niezbyt często gościł w stolicy Śląska, zwłaszcza po tym jak doszedł do władzy, i jego wizyty wiązały się zawsze z jakimś ważnym wydarzeniem. Święto Sportu w 1938 roku miało nagłośnić położenie "prześladowanych" Niemców sudeckich, a rok wcześniej fetowano "uciemiężonych" Austriaków podczas dorocznego Ogólnoniemieckiego Zjazdu Śpiewaczego, który zdaniem Goebbelsa sprawił, że całe miasto "nurzało się w morzu radości"19. Równie świąteczny nastrój ogarnął Breslau pod koniec września 1936 roku, gdy Führer uroczyście otwierał tysięczny kilometr sieci autostrad, które nazywano "drogami Hitlera". Jak pisał wówczas organ prasowy NSDAP "Völkischer Beobachter", ta nowa szosa "stanowi nową pomoc dla Ślązaków w walce z nędzą na tej pradawnej germańskiej ziemi"20. Jedynie nieliczni, tacy jak żydowski nauczyciel Willy Cohn, dostrzegali, że autostrady w rzeczywistości były "narzędziem w prowadzonych przygotowaniach do wojny coraz szybciej przybliżających świat do straszliwej katastrofy". Jak ubolewał Cohn, masy "tego nie widzą"21.
Breslau zamieszkiwała największa społeczność żydowska w Niemczech poza Berlinem i jak wspominał później Ulrich Frodien, jej członkowie nie "pasowali do tego nieprzychylnego stereotypu wschodnioeuropejskich Żydów noszących chałaty i pejsy", ale byli ludźmi w pełni zintegrowanymi z wielkomiejskim życiem. Tylko niespełna połowa z nich praktykowała judaizm, ale to nie uchroniło ich przed nazistowskimi represjami i prześladowaniem. Niemal natychmiast po dojściu Hitlera do władzy rozpoczął się w Breslau bojkot żydowskich sklepów. Publicznie palono "żydowsko-marksistowskie" książki. Za każdym razem, gdy akurat ulicą maszerowała bojówka SA, zmuszano Żydów do oddawania honorów fladze ze swastyką. Członkowie Hitlerjugend paradowali przez miasto, głośno śpiewając: "Podpalimy synagogi". Żydzi zostali pozbawieni prawa do wykonywania niektórych zawodów i sprawowania urzędów publicznych. Zakazano również utrzymywania stosunków towarzyskich między Żydami i nie-Żydami. "W kręgu najbliższych przyjaciół moich rodziców było wielu Żydów, co było czymś tak normalnym i codziennym w życiu klasy średniej w Breslau, że uznawano to za naturalne". Ale wszystko zmieniło się wraz z dojściem nazistów do władzy. Jak zauważył Frodien, "ludzie oddalali się od siebie. Dyskretnie zrywano stare przyjaźnie i znajomości". Także Frodienowie "zgodnie z duchem czasu" zaczęli się dystansować od swoich żydowskich przyjaciół22.
Od czasu do czasu nawet oni jednak odczuwali wyrzuty sumienia, zwłaszcza rankiem 10 listopada 1938 roku - dzień po niesławnej "nocy kryształowej". W ramach "odpłaty" za dokonane przez Żyda zabójstwo niemieckiego dyplomaty w Paryżu władze Trzeciej Rzeszy rozpętały w całych Niemczech falę pogromów. Jadąc do szkoły mieszczącej się nieopodal Dworca Świebodzkiego, Ulrich Frodien musiał wielokrotnie zsiadać z roweru, żeby ominąć leżące na ulicy potłuczone szkło z rozbitych witryn sklepowych. "Sklepy były zdewastowane, a wszystkie towary porozwalane, porozrzucane i podeptane". Nowa Synagoga na Podwalu, imponujący budynek z kopułą wzorowaną na stylu romańskim, została podpalona. "Strażacy stali dookoła, ale nic nie robili" - zauważył Frodien. - "Uderzyło mnie, że ograniczali się wyłącznie do ochraniania przed ogniem sąsiednich domów. Pozwolili synagodze spłonąć". Gdy na Podwale przyszedł Walter Tausk, weteran wielkiej wojny i Żyd, który przeszedł na buddyzm, synagoga była już "tylko dymiącą ruiną", a jej kopuła się zawaliła. Tausk był wstrząśnięty. "Im bliżej centrum miasta, tym bardziej dzikie obrazy bezmyślnego zniszczenia. Zrabowane sklepy z cygarami, w których urządzenia sklepowe leżały potłuczone". Kiedy w pobliskim sklepie nie udało się zniszczyć mebli, porysowano je przy użyciu odłamków szkła. Na ulicach pełno było ciekawskich mieszkańców miasta. Policja sformowała kordony, ale tylko po to, żeby chronić przechodniów przed latającymi w powietrzu przedmiotami, które wyrzucano z rabowanych sklepów. Nieliczne osoby w tłumie, które odważyły się wyrazić dezaprobatę dla tego pogromu, były aresztowane przez policję lub nazistowskie bojówki. Podobny los spotkał około 2500 wrocławskich Żydów, którzy 9 i 10 listopada zostali zatrzymani przez policję, SA, SS lub Gestapo. Zanim nazistowska "odpłata" dobiegła końca, w Breslau spalono jedną synagogę, dwie kolejne zdemolowano, podobnie jak blisko pięćset sklepów i ponad trzydzieści innych żydowskich przedsiębiorstw. Żydowski nauczyciel i historyk Willy Cohn zauważył jednak wtedy proroczo: "To jeszcze nie koniec i najgorsze z pewnością jest dopiero przed nami".
"Breslau odpłaca się Żydom" krzyczał nagłówek "Schlesische Tageszeitung", miejskiej gazety partyjnej NSDAP. "Z ich synagog pozostała kupa gruzów". Wielu mieszkańców miasta było mocno zażenowanych, a nawet rozgniewanych wydarzeniami "nocy kryształowej". Ojciec Ulricha Frodiena kilkakrotnie wściekał się z tego powodu. "Ale tak jak wszyscy nic nie zrobił, pozostał członkiem partii i tylko zaciskał pięści w kieszeniach" - zauważył jego syn. Jeśli chodzi o samego Ulricha, to nadal wiernie służył w Deutsche Jungvolk, czyli odłamie Hitlerjugend przeznaczonym dla młodszych dzieci, jako "bezmyślny dwunastolatek, nieodczuwający żadnego współczucia dla prześladowanych Żydów, naiwna zakuta pała", paradując po ulicach swego rodzinnego miasta i głośno śpiewając "najstraszniejsze podjudzające piosenki antysemickie". Ulrich Frodien dopiero wiele lat później zdał sobie sprawę, że był to idealny sposób na "szkolenie "zasobów ludzkich", które miały być potrzebne w nadchodzącej wojnie"23.
Oczywiście prowadzone w Breslau przygotowania do wojny nie ograniczały się wyłącznie do wpływania na ludzkie umysły. Zaledwie cztery dni po otwarciu odcinka autostrady prowadzącego do stolicy Śląska w mieście sformowano nową jednostkę wojskową - 28. Dywizję Piechoty. Już wcześniej w Breslau mieściło się dowództwo VIII Okręgu Wojskowego odpowiedzialnego za szkolenie i wyekwipowanie tworzonych na Śląsku dywizji Wehrmachtu, takich jak 18. Dywizja Piechoty w Legnicy, 5. Dywizja Pancerna w Opolu, jak również stacjonujące w Breslau 28. i 221. Dywizja Piechoty oraz całe mnóstwo jednostek zaopatrzeniowych, szkolnych, zapasowych, łącznościowych i innych. Po okresie zastoju w latach dwudziestych, główne zakłady przemysłowe w mieście stopniowo przestawiały swoją produkcję na cele wojenne. Zatrudnienie w zakładach metalowych Archimedes potroiło się. Ciesząca się światową sławą fabryka Linke-Hofmann produkowała lokomotywy i wagony, a jej dawny wydział produkcji pojazdów mechanicznych, przemianowany obecnie na Zakłady Produkcji Pojazdów i Silników (Fahrzeug und Motoren Werke - FAMO) [w latach 1947-1990 Dolnośląskie Zakłady Wytwórcze Maszyn Elektrycznych "Dolmel" - przyp. tłum], wytwarzał gąsienice czołgowe, ciągniki, ciężarówki i inne pojazdy. Remilitaryzacja, przywrócenie powszechnego poboru wojskowego i wielkie projekty robót publicznych - wszystko to pozwoliło niemal całkowicie zlikwidować bezrobocie w Breslau, liczącym wówczas ponad 600 tysięcy mieszkańców.
W ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny nadodrzańska metropolia tętniła życiem. Wiosną i latem 1939 roku bulwary nad rzeką były popularnym miejscem spacerów tysięcy wrocławian, zwłaszcza w niedziele. Kawiarnie, restauracje i ogródki piwne rozbrzmiewały gwarem rozmów i muzyką. Jak z dumą stwierdził jeden z mieszkańców miasta: "Pod tym względem Breslau mógł konkurować z Wiedniem"24. Wrocławianie mogli się cieszyć jednym z najnowocześniejszych w tamtym czasie kompleksów sportowych w Europie - Hermann Göring Sportfeld, chociaż miejscowe kluby sportowe były raczej słabe. Mogli zwiedzić wystawę lub obejrzeć występy cyrkowe w Hali Stulecia albo pospacerować sobie po pobliskim ogrodzie zoologicznym. Wieczorem centrum życia towarzyskiego w mieście przenosiło się na Rynek z jego licznymi restauracjami i piwiarniami. Teatr Miejski z miejscami dla 1300 widzów i jeszcze większy Schauspielhaus (ob. Teatr Polski) oferowały przedstawienia operowe i rozrywkę wyższych lotów, podczas gdy publiczność masowa mogła udać się na seans filmowy w jednym z kilkunastu istniejących w mieście kin.
W turystycznym przewodniku z tamtych czasów z nieskrywanym entuzjazmem pisano, że Breslau stanowi "szczęśliwe połączenie historycznej, pociągającej starodawnej kultury i śląskiej przyrody z cechami typowymi dla tętniącego życiem wielkiego miasta". W przewodniku szczególnie polecano zatrzymanie się w położonym na Starym Mieście hotelu Monopol, dysponującym czterdziestoma apartamentami po 10 marek za noc, lub w hotelu Savoy znajdującym się bliżej Dworca Głównego i oferującym nocleg w podobnej cenie. Mniej majętni podróżni mogli znaleźć pokój w jednym z wrocławskich schronisk za niewiele ponad 2 marki za dobę. Większość turystów przybywała do Breslau koleją - za ekspres, który pokonywał drogę z Berlina w niewiele ponad trzy godziny, trzeba było zapłacić niecałe 18 marek. Bogatsi mogli przyjechać tutaj autostradą lub nawet przylecieć samolotem. Z leżącego cztery kilometrów na zachód od centrum miasta lotniska na Gądowie Małym latem samoloty do Berlina odlatywały dwa razy dziennie, a zimą - raz. Funkcjonowały także połączenia lotnicze z Warszawą, Szczecinem, Berlinem, Pragą, Dreznem i innymi miastami. Przypominający wiejską chatę stary terminal lotniska został zastąpiony wielkim ceglanym budynkiem z wysoką na pięć pięter wieżą kontrolną i hangarem zdolnym pomieścić czterosilnikowe samoloty liniowe Junkers G38. Pomimo tych udogodnień do przycinania trawy na pasach startowych nadal wykorzystywano stado owiec liczące około 250 sztuk.
Jednak ta sielanka była tylko pozorna, gdyż mieszkańcy miasta, podobnie jak i całej Rzeszy, utracili wolność. Każda dziedzina życia była bowiem kontrolowana lub monitorowana na wszystkich szczeblach przez partię nazistowską: na poziomie prowincji - gauleitera; powiatu - kreisleitera; Ortsgruppe (grupa lokalna) nadzorowała do 3 tysięcy gospodarstw domowych - w Breslau było ponad 90 takich grup; Zellenleiter (kierownik komórki partyjnej) nadzorował do ośmiu kamienic; i wreszcie Blockleiter (kierownik kwartału) sprawował pieczę nad 40-60 gospodarstwami domowymi. Chłopcy w wieku od dziesięciu lat byli przymusowo wcielani do Deutsches Jungvolk, a po skończeniu czternastu lat przenoszono ich do Hitlerjugend, z kolei dziewczynki należały najpierw do Jungmädel, a następnie do Bund Deutscher Mädel. Wszyscy robotnicy należeli do jednego związku zawodowego o nazwie Niemiecki Front Pracy (Deutsche Arbeitsfront - DAF), a ich wycieczki, wczasy pracownicze i inne formy spędzania czasu wolnego organizowała nazistowska organizacja Siła przez Radość (Kraft durch Freude), która w Breslau zarządzała nawet teatrem Gerharta Hauptmanna. Na szczycie aparatu partyjnego i jednocześnie administracji państwowej znajdowała się Służba Bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst - SD), która obok realizacji innych zadań monitorowała również nastroje społeczne, oraz Gestapo, czyli tajna policja. Ta ostatnia instytucja co najmniej trzykrotnie aresztowała pastora Joachima Konrada, proboszcza leżącego nieopodal Rynku kościoła ewangelickiego św. Elżbiety, któremu w rezultacie zakazano głoszenia kazań w całych Niemczech. Był on regularnym gościem w berlińskiej kwaterze głównej Gestapo, gdzie pokazywano mu grubą teczkę, w której zbierano wszelkie informacje na temat jego "wszystkich "grzechów" przeciwko Trzeciej Rzeszy". Ostatecznie jednak ponownie zezwolono mu na głoszenie kazań i powrót do rodzinnego Breslau. Dzięki temu w czasie zbliżających się nieubłaganie najcięższych dni w dziejach stolicy Śląska, mógł służyć mieszkańcom miasta duchowym wsparciem25.
Wojna nieuchronnie dotarła do Breslau. W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku przez miasto przeciągał nieprzerwany strumień pojazdów i wojsk zmierzający w kierunku oddalonej o około czterdziestu kilometrów granicy, gdzie członkowie Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitsdienst - RAD) wznosili już zasieki z drutu kolczastego mające bronić Niemiec przed polskim "zagrożeniem". Żołnierze maszerowali w milczeniu, żaden śpiew nie zakłócał tupotu ciężkich wojskowych buciorów o asfalt. "Musieliśmy oderwać się od tego wszystkiego, do czego byliśmy najmocniej przywiązani: rodziny, pracy, domu" - wspominał wrocławski student i jednocześnie oficer rezerwy artylerii Hans Thieme. - "Następne dni były prawdopodobnie najbardziej wymagające pod względem emocjonalnym w ciągu całej wojny"26. Wrocławianie bez słowa przyglądali się maszerującym żołnierzom. Pamiętnikarze Walter Tausk i Willy Cohn nie zauważyli wśród mieszkańców Breslau zbytniego entuzjazmu wobec nadciągającej wojny. Cohn odnotował: "Nie było ani odrobiny patriotycznego uniesienia z sierpnia 1914 roku. Raczej niema rozpacz". Sklepy były pełne ludzi wykupujących w pośpiechu produkty, aby zrobić domowe zapasy, zanim wprowadzone zostanie racjonowanie żywności. W całym mieście policja chodziła od domu do domu, udzielając mieszkańcom instrukcji dotyczących zaciemnienia budynków w nocy i zabezpieczeń przeciwpożarowych na wypadek nalotów bombowych wroga. Kobiety w tramwajach otwarcie rozmawiały o ucieczce z miasta na wieś. Z banków powszechnie wycofywano oszczędności. W pewnym momencie Tausk wpadł na pijanych żołnierzy, którzy urządzili sobie pożegnalną popijawę przed wyjazdem na front. Ich hałaśliwe zachowanie było odstraszające nawet dla wrocławskich ulicznic, które na ich widok chowały się w swoich mieszkaniach i zamykały drzwi na klucz. Jak zauważył Tausk: "Wszyscy żołnierze są przygnębieni, osowiali, wcale nie nastawieni wojowniczo i "diablo wściekli na Adolfa". W tutejszych koszarach na Karłowicach całkiem młodzi żołnierze wyrażają się tak samo jak starzy rezerwiści: "On już powinien zwinąć manatki, my go już mamy dość""27.
Ze Śląska miało wyjść główne natarcie niemieckie na Warszawę. Sztab Grupy Armii "Południe" znajdował się w Nysie leżącej 70 kilometrów na południe od Breslau, 100 kilometrów dalej na wschód pod Olesnem rozmieszczono specjalną jednostkę bombowców nurkujących pod dowództwem Wolframa von Richthofena, a w samym Breslau umieszczono sztab 8. Armii. Jego szef Hans Felber z entuzjazmem pisał: "Skoro wojna jest teraz konieczna, to musimy zacisnąć zęby i skoczyć w nieznane!"28. Chociaż wrocławianie niekoniecznie podzielali ten zapał bojowy, to niewielu uroniło łzę z powodu zniszczenia Polski. Ulrich Frodien zapamiętał, że "większość Ślązaków nie lubiła swego nowego wrogiego sąsiada na wschodzie, tego państwa polskiego", które swoim istnieniem przypominało im nieustannie o ciągle piekącej porażce w pierwszej wojnie światowej29.
Wojna z Polską trwała krótko - pierwsze oddziały wojskowe zaczęły wracać z frontu już pod koniec września. Z kolei latem 1940 roku wrocławianie witali żołnierzy własnej 221. Dywizji Piechoty wracających po zwycięstwie odniesionym nad Francją. Co prawda ta jednostka odegrała minimalną rolę w zwycięstwie na Zachodzie, ale dumnie przemaszerowała ulicami Breslau, przy czym została "obrzucona deszczem kwiatów i podarunków. Każda ulica i wszystkie budynki stojące wzdłuż trasy przemarszu były udekorowane girlandami i kwiatami. Nie było ani jednego żołnierza i ani jednego pojazdu, który nie byłby przystrojony kwiatami. Na każdym kroku żołnierze byli witani okrzykami "Heil!" oraz chóralnym skandowaniem "Dziękujemy wam""30. Jednak dla dorastających chłopców, takich jak dziesięcioletni wówczas Peter Bannert, wojna jak do tej pory stanowiła spore rozczarowanie. "Mieliśmy wielki zapał, ale szybko przyszedł zawód. Życie wydawało się toczyć dalej jak zwykle, a na niebie nie było widać żadnych wrogich samolotów"31 - wspominał potem.
Tak miało być bez większych zmian przez następne pięć lat. Podobnie jak w całych Niemczech wojna była odczuwalna również w Breslau, ale miasto znajdowało się poza zasięgiem wrogich bombowców, dzięki czemu ucierpiało w najmniejszym stopniu ze wszystkich dużych miast Rzeszy. Wprowadzono ograniczenia w poruszaniu się i wyżywieniu oraz w dziedzinie swobód osobistych, ale poza tym życie toczyło się tak jak w czasie pokoju. W każdą niedzielę oddziały Hitlerjugend defilowały ulicami, śpiewając antysemickie piosenki, kończąc swój przemarsz w Hali Stulecia, do której wkraczały przy dźwiękach bębnów i fanfar. W każdą środę i sobotę Ulrich Frodien wyciągał swój mundur członka Jungvolk, a po skończeniu czternastu lat - Hitlerjugend. Był "zawsze w mundurze, zawsze w maszerującej kolumnie". Jedni chłopcy uważali to za przykry obowiązek, inni byli tym zachwyceni, ale bez wątpienia noszenie tych mundurów budziło w młodych ludziach pewną arogancję. Jadąc tramwajem do swego domu na Karłowicach w północnej części miasta, Hans Henkel obserwował hałaśliwą grupkę członków Hitlerjugend, która wsiadła na jednym z przystanków. Jeden z chłopców gapił się przez oszklone drzwi na pasażerów, w większości starszych od niego. "Jak to" - wrzasnął chłopak. - "Cmentarne ścierwo sobie siedzi, a przyszłość Niemiec musi stać". W wagonie zapadła niezręczna cisza. Po chwili jakiś starszy mężczyzna wstał z miejsca, podszedł do zarozumiałego młodziana i spoliczkował go. Uderzenie członka Hitlerjugend w mundurze było przestępstwem, ale nikt na to nie zareagował32.
Bogate życie nocne, z którego Breslau był znany, toczyło się dalej, mimo że z powodu obowiązującego zaciemnienia tramwaje i samochody jeździły z przyciemnionymi światłami, a latarnie uliczne były całkiem wyłączone. Sami wrocławianie nosili naszywki z elementami odblaskowymi, aby nie zderzać się ze sobą w ciemnościach. Restauracje, teatry, bary i kina były otwarte. Niemal co tydzień Ulrich Frodien jechał do centrum miasta, żeby pójść do kina. Najbardziej podobały mu się dramaty historyczne, których wiele wówczas wyświetlano: Ritt in die Freiheit ("Jazda ku wolności"), opowiadający o polskim powstaniu listopadowym przeciwko Rosji, Der Grosse König ("Wielki król") o życiu Fryderyka Wielkiego, czy przepełniony antybrytyjskim jadem Ohm Krüger ("Wujaszek Krüger") o wojnie burskiej. Przed każdym filmem fabularnym emitowano Wochenschau - cotygodniową kronikę filmową, prezentującą zestaw wiadomości z kraju - inżynierowie pracujący w śląskich hutach, wielkie nazistowskie uroczystości, marynarze okrętów podwodnych wypoczywający na nartach w Alpach - oraz wydarzeń z frontów wojny - bombardowanie Warszawy, oddziały strzelców górskich pod Narwikiem, upadek Paryża. Frodien chciwie oglądał kroniki, ale dopiero po kilku latach zdał sobie sprawę, że prezentowano w nich bardzo wygładzony obraz wojny. Pełno w nich było ujęć pokazujących "starannie wystrugane brzozowe krzyże z zatkniętymi na szczycie hełmami, śliczne pielęgniarki i żołnierzy wracających do zdrowia w szpitalach" czy też uroczystości pogrzebowe na cmentarzach z płomiennymi przemówieniami i salwami honorowymi. Nigdy nie pokazywano jednak żadnych zabitych. "Żadnych zniszczonych czołgów, żadnych zestrzelonych samolotów, żadnych zbombardowanych dział przeciwlotniczych"33 - wspominał. To, co propaganda usiłowała ukryć, nie zawsze udawało się ukryć w codziennym życiu. Willy Cohn był wstrząśnięty wielką liczbą kobiet w żałobie, które widać było na ulicach Breslau. Jak zauważył w swoim dzienniku: "Wszystkie owdowiały przez wojnę - o większości z nich nie wspominano w gazetach"34. Od czasu do czasu szalejąca w całej Europie wojna bardziej bezpośrednio przypominała o sobie mieszkańcom miasta. W połowie listopada 1941 roku Breslau został zbombardowany w samym środku dnia. Na miasto spadło w sumie siedem bomb (jedna z nich okazała się niewypałem), ale w rezultacie zginęło dziesięć osób. "Schlesische Tageszeitung" natychmiast określiła atak lotnictwa radzieckiego mianem "nalotu terrorystycznego" wymierzonego w bezbronnych cywilów. "W rzeczywistości celem ataku był Dworzec Główny i bomby spadły bardzo blisko niego" - odnotował Willy Cohn. Co najmniej jedna bomba trafiła w dworzec, urywając obie nogi jakiejś kobiecie. "Wojna zawsze dotyka niewinnych, ale ten nalot był również dowodem na to, że wróg jest blisko"35 - pisał Cohn.
Dla Willy'ego Cohna ten "wróg" był jednak jeszcze za daleko. Tydzień po dokonaniu cytowanego wyżej wpisu w swoim dzienniku został aresztowany razem z żoną i dwójką dzieci. Wraz z tysiącem innych wrocławskich Żydów zostali wywiezieni do Kowna na Litwie. Zanim listopad 1941 roku dobiegł końca, rodzina Cohnów została wymordowana. Podobny los spotkał Waltera Tauska, który został deportowany na Litwę w jednym z pierwszych transportów. W ciągu następnych osiemnastu miesięcy transporty z Żydami z Breslau wysyłano do obozów koncentracyjnych w Auschwitz, na Majdanku, w Sobiborze i Bełżcu w okupowanej Polsce oraz w Theresienstadt (Terezin) w Czechosłowacji. Był to element operacji nazwanej cynicznie "akcją przesiedlenia Żydów". Latem 1943 roku władze niemieckie mogły ogłosić, że Breslau był Judenrein - "oczyszczony z Żydów"36.
Jednak wywózka Żydów do obozów zagłady nie była jedynym czynnikiem, który w latach wojny wpłynął na skład narodowościowy ludności Breslau. Do wiosny 1944 roku prawie pół miliona Niemców zostało przesiedlonych z zachodnich i centralnych regionów Rzeszy na Śląsk, który szybko zyskał sobie miano "schronu przeciwlotniczego Niemiec" (Luftschutzkeller Deutschlands). Do tego regionu ewakuowano także przemysł, aby ulokować go poza zasięgiem alianckich bombowców. Chociaż nazistowska propaganda nieustannie trąbiła o "wspólnocie narodowej" (Volksgemeinschaft), w rzeczywistości większość mieszkanek Breslau z niechęcią przyjmowała napływ uchodźców z innych części Niemiec i to nie tylko dlatego, że przybysze w szybkim tempie opróżnili miejscowe sklepy z bielizny i pościeli37. Jednak jeszcze większą niechęć wrocławian budził napływ cudzoziemskich robotników przymusowych - Francuzów, Rosjan, Polaków, Czechów - oraz więźniów obozów koncentracyjnych, którzy byli niezbędni do zapełnienia luki powstałej po wysłaniu wielu miejscowych mężczyzn na front. Ci nowi przybysze byli tym bardziej widoczni, że specjalnie ich oznakowano: Polacy nosili naszywki z literą "P"; Białorusini mieli przyszyte na lewym ramieniu naszywki ze swymi barwami narodowymi: biało-czerwono-białe; Ukraińcy nosili niebiesko-żółte naszywki z trójzębem - godłem średniowiecznej Rusi Kijowskiej Włodzimierza Wielkiego; a Rosjanie mieli nosić biało-niebiesko-czerwone naszywki z krzyżem św. Andrzeja38. Ci cudzoziemscy robotnicy byli traktowani jak "podludzie", o czym nieustannie przypominali im mieszkańcy Breslau. Niemcy wpadali we wściekłość, jeśli spotkani na ulicy robotnicy przymusowi nie zeszli im z drogi. Jeszcze bardziej irytowało ich, kiedy widzieli, że cudzoziemcy nic nie robili dłużej niż piętnaście minut39. Jak zauważył Ulrich Frodien, Polacy byli "traktowani gorzej od psów. Każdy mógł ich poniżać, stali się chłopcami do bicia dla każdego bandziora z wiejskiej policji, harowali do ostatniego tchu, jaki z nich wyciśnięto, i pogardzano nimi bardziej niż najgłupszym niemieckim wsiowym idiotą"40. Wielu mieszkańców Breslau uważało, że cudzoziemscy motorniczy obsługujący tramwaje w mieście, którzy także nosili odróżniające ich przepaski, za bardzo spoufalają się z młodymi kobietami pracującymi jako konduktorki41. Zbytnie bratanie się z tymi cudzoziemcami było nie tylko źle postrzegane, ale zgodnie z obowiązującym prawem stanowiło przestępstwo; niemiecka dziewczyna mogła być ukarana grzywną w wysokości dziesięciu marek za samo wypicie drinka w barze i zatańczenie z polskim robotnikiem przymusowym42. Dwudziestotrzyletnia mężatka, która zaprzyjaźniła się i nawiązała romans z angielskim jeńcem, a następnie pomogła mu uciec z niewoli, została za to skazana na cztery lata więzienia. Z kolei pewien robotnik, który przekazywał listy między radzieckim jeńcem wojennym i radziecką robotnicą - których treść uznano za "wrogą państwu" - został skazany na dziesięć lat więzienia43. Kary wymierzane cudzoziemskim robotnikom przymusowym za naruszenie narzuconych im ograniczeń były jednak znacznie surowsze. Dwudziestoletni Marian Kaczmarek kładł szyny dla Reichsbahn - niemieckich kolei państwowych. Wielokrotnie bity przez swojego niemieckiego majstra Kaczmarek w końcu nie wytrzymał i uderzył swego prześladowcę. Za ten wybuch został skazany na dodatkowe sześć lat ciężkich robót. Naczelny prokurator Breslau uznał jednak, że ta kara była zbyt łagodna i zażądał dla niego kary śmierci.
Robotnicy przymusowi byli niezbędni do pracy w gospodarstwach rolnych bądź do obsługi tramwajów i pociągów, ale znacznie więcej pracowało ich w przemyśle zbrojeniowym. Na obrzeżach Breslau wyrosło kilkanaście obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej, które pracowały nie tylko na potrzeby miejscowych przedsiębiorstw, takich jak Linke-Hofmann i FAMO - produkujących części odpowiednio do rakiet V2 i czołgów - ale także dla innych zakładów, które zaczęto przenosić na Śląsk wraz z nasileniem się alianckich nalotów bombowych na Zagłębie Ruhry. Trzy obozy niewolniczej pracy utworzono dla potrzeb zakładów amunicyjnych Rheinmetall-Borsig (ob. PZL-Hydral) na Psim Polu leżące niecałe osiem kilometrów na północny wschód od centrum miasta. Zakłady te w 1943 roku wyprodukowały trzy miliony zapalników elektrycznych do bomb, jak również dziesięć milionów pocisków kalibru 20, 30 i 37 milimetrów oraz około sześciu tysięcy elektrycznych celowników artyleryjskich. Blisko trzydzieści lat później były dyrektor tych zakładów Herbert Rühlemann napisał nieco rozwlekłe i pełne samozadowolenia wspomnienia zatytułowane Father Tells Daughter ("Opowieść ojca dla córki"). W tej książce ojciec jednak nie opowiedział wszystkiego swojej córce. Niezbyt uczciwie Rühlemann określał większość swoich pracowników mianem "gastarbeiterów". Niektórzy z nich faktycznie mieli taki status, ale blisko dwa tysiące stanowili więźniowie obozów koncentracyjnych, z których połowę stanowiły kobiety44.
Zapotrzebowanie na siłę roboczą w Rheinmetall-Borsig i tak bledło w porównaniu z nową fabryką amunicji, która zaczęła powstawać wiosną 1942 roku. Zakłady Friedrich Krupp-Bertha Werke - nazwane od imienia matki rodu Kruppów - w Laskowicach Oławskich (ob. część miasta Jelcz-Laskowice) leżących około 20 kilometrów na południowy wschód od Breslau, mogły produkować do 600 haubic i dział przeciwpancernych miesięcznie, zatrudniając nawet 12 tysięcy pracowników. Jeden z dyrektorów tej fabryki Eberhard Franke w zeznaniach złożonych po wojnie przed trybunałem norymberskim odmalował niemal idylliczny obraz prawdziwej "wspólnoty robotniczej", jaka rzekomo się tam wytworzyła: na całym Dolnym Śląsku zakłady te miały być znane z dobrej jakości wyżywienia pracowników; ich drużyna piłkarska wygrała lokalną ligę cztery razy z rzędu; organizowano w nich mecze bokserskie, w czasie których obowiązki mistrza ceremonii pełnił legendarny pięściarz Max Schmeling; miejscowi robotnicy mieli także dostęp do bibliotek, instrumentów muzycznych, filmów i audycji radiowych, jak również mogli tworzyć trupy teatralne, które wystawiały własne przedstawienia dla kolegów z pracy45.
Rzeczywistość jednak znacznie różniła się od tej rzekomej sielanki. Prawie połowę pracowników Bertha Werke stanowili więźniowie obozów koncentracyjnych. Po pobudce o godzinie wpół do piątej rano każdego dnia brnęli przez niespełna godzinę do obozu pracy Fünfteichen w pobliskich Miłoszycach. Większość z nich miała dziurawe chodaki lub szmaty obwiązane wokół stóp zamiast obuwia. Pracowali po dwanaście godzin dziennie. Nie dostawali śniadania ani kolacji, przysługiwała im tylko miska zupy około południa. Jeśli zbyt natarczywie domagali się posiłku, byli bici kolbami przez strażników. Bito ich również, jeśli ich praca nie spełniała wymagań - zazwyczaj gumowym kablem z metalowymi elementami. W czasie nalotów bombowych Niemcy chowali się w schronach przeciwlotniczych; robotnicy przymusowi musieli jednak pozostać na swoich stanowiskach pracy. "Nie byliśmy niewolnikami, mieliśmy znacznie gorszy status" - wspominał Tadeusz Goldsztajn, polski Żyd, który w wieku szesnastu lat przybył do zakładów Kruppa. - "O sprzęt w warsztatach bardzo dbano. Z kolei nas traktowano jak papier ścierny, który po jednym czy dwóch użyciach staje się bezużyteczny i wyrzuca się go na śmietnik"46.
Zważywszy na takie traktowanie, nie było niczym dziwnym, że ostarbeiterzy (wschodni robotnicy) aż kipieli nienawiścią do swych prześladowców. SD przechwyciła list napisany przez pewnego Ukraińca, który pisał: "Słucham tych faszystów, stałem się ich sługą. Ach, co za przeklęte lata! Pragnę wolności, chcę znowu poczuć w płucach ruskie powietrze". Każdego ranka musiał wielokrotnie kłaniać się w pas i pokornie wyciągać rękę na powitanie swoich majstrów. Dlatego tęsknił za nadejściem Armii Czerwonej: "Będę wśród pierwszych, którzy pójdą do partyzantki, albo zaciągnę się na front. Będę pierwszy, żeby strzelać do ich bezlitosnych serc, do tych, którzy śmieją się z niedoli ruskiego ludu. I to wszystko się stanie - prędzej czy później"47.
W piekącym upale pot spływał strumieniami po twarzach kilkudziesięciu chorążych trzymających sztandary wysoko ponad lasem wyciągniętych rąk. Gdy chorążowie zajęli już swoje miejsca na scenie, do Hali Stulecia wkroczył Joseph Goebbels, a za nim śląscy dygnitarze partyjni i wyżsi oficerowie Wehrmachtu. Minister propagandy Rzeszy spędził popołudnie tamtego 7 lipca 1944 roku we wrocławskiej klinice, odwiedzając swoją żonę Magdę, która dochodziła do siebie po operacji szczęki. Poza tym odczuwał frustrację, przebywając z dala od stolicy. Uzyskanie aktualnych wiadomości z frontu wschodniego było prawie niemożliwe. Liczył jednak na to, że brak wiadomości oznacza dobrą wiadomość.
Podczas gdy Goebbels drżał z niepokoju, sale i hale fabryczne w Breslau zaczęły się zapełniać ludźmi, którzy mieli go wysłuchać tego popołudnia. W samej Hali Stulecia widzowie zajęli wszystkie 12 tysięcy miejsc. Znaczny tłum zebrał się koło Parku Szczytnickiego. Głośniki, które minister propagandy kazał zamontować sześć lat temu, miały teraz zanieść jego słowa również do innych miejsc zgromadzeń w całej stolicy Śląska. Ponadto jego przemówienie miało być transmitowane przez państwowe radio na terenie całej Rzeszy i poza jej granicami.
Było to jedno z bardziej stonowanych wystąpień Goebbelsa. Wyglądał na zrelaksowanego - jedną rękę oparł o podium i co jakiś czas łapał się pod boki; jego gestykulacja była mniej gorączkowa niż zwykle. Nie pozostawił swoim słuchaczom żadnych wątpliwości co do powagi sytuacji, w jakiej znalazły się Niemcy. Wróg dysponujący przytłaczającą przewagą przystąpił do generalnej ofensywy na wschodzie i na zachodzie. "Jeśli teraz ich nie odeprzemy, nasi wrogowie zetrą Niemcy - i każdego Niemca z osobna - z powierzchni ziemi" - oświadczył bez ogródek. - "Naród niemiecki jest w niebezpieczeństwie!".
Wzmianka o "powietrznych bandytach", czyli załogach brytyjskich i amerykańskich bombowców, noszących takie nazwy jak Murder Incorporated (Syndykat Zabójców), które "obracają niemieckie miasta w proch i pył", utonęła w chóralnym buczeniu zgromadzonych w Hali Stulecia słuchaczy. "Ale nadejdzie czas odpłaty i kiedy to nastąpi, nikt w Niemczech nie uroni ani jednej łzy" - obiecał. Dwunastotysięczna publiczność wstała z miejsc, wznosiła okrzyki, klaskała i tupała. Dopiero po kilku minutach wrzawa ucichła i minister mógł kontynuować przemówienie. Wezwał naród niemiecki do zebrania sił w celu zadania jeszcze jednego, ostatniego ciosu:
Obecna chwila wymaga totalnego wysiłku wojennego ze strony każdego z osobna i całego narodu, z wykorzystaniem wszelkich naszych rezerw duchowych i materialnych. My, narodowi socjaliści, znieśliśmy i przezwyciężyliśmy tak wiele kryzysów i ciężkich prób w historii naszego ruchu i Rzeszy, że nigdy nie wątpiliśmy ani przez chwilę w nasz sukces.
Najlepszą gwarancją zwycięstwa jest sam Führer. Patrzymy na niego z religijną wiarą. On przeprowadzi nasz naród pewną ręką przez wszystkie niebezpieczeństwa i próby. Ślubował to samo co my: walka, którą naród prowadzi z pełnym fanatyzmem, nie może zakończyć się inaczej niż zwycięstwem.
Organy zaczęły wygrywać hymn państwowy. Wewnątrz i na zewnątrz Hali Stulecia wrocławianie po raz kolejny wyciągnęli prawe ręce przed siebie i zaśpiewali z zapałem. "Prawdopodobnie nie było nikogo w tym tłumie, kto w głębi serca nie dałby się porwać i nie nabrał wiary w pozytywne zakończenie tej trudnej walki" - pisał lizusowsko w swoim dzienniku sekretarz Goebbelsa Wilfred von Oven48.
Jednak wbrew gromkim zapewnieniom Goebbelsa i spostrzeżeniom von Ovena, mieszkańcy Breslau zaczynali wątpić w korzystny dla Niemiec koniec wojny. Na pozór życie w mieście toczyło się jak zwykle. Każde święto w nazistowskim kalendarzu nadal hucznie obchodzono, organizując kosztowne wiece lub demonstracje. W marcu był "Dzień Służby Młodych" i "Dzień Wehrmachtu", w kwietniu - rocznice powstania organizacji lotniczej oraz dobroczynnej. W Hali Stulecia uroczyście świętowano dziesiątą rocznicę zdobycia władzy przez nazistów. Jak co roku w piątą niedzielę przed Wielkanocą obchodzono "Dzień Pamięci Bohaterów", wystawiając wartę honorową przed wrocławskimi pomnikami wojennymi, przy których dowódcy wojskowi i przywódcy partyjni składali wieńce, a na placu Zamkowym odbył się apel dla żołnierzy, którzy wysłuchali przemówienia dowódcy VIII Okręgu Wojskowego generała Rudolfa Kocha-Erpacha. Oczywiście świętowano także dzień urodzin Hitlera 20 kwietnia, ale w 1944 roku był to już normalny dzień roboczy. W przedszkolach jednak wychowawczynie tego dnia nadal ozdabiały girlandami portret Führera i zapalały "świece Hitlera", a dzieci śpiewały pieśni na jego cześć i wysłuchiwały opowieści o życiu ukochanego wodza. Na ulicach powiewały flagi, na wystawach sklepowych prezentowano portrety i popiersia Hitlera, a wieczorem trzynaście tysięcy członków Hitlerjugend przemaszerowało ulicami miasta przy dźwiękach IX symfonii Beethovena odegranej na cześć rannych żołnierzy i robotników przemysłu zbrojeniowego.
Wraz z nadejściem lata odkryte baseny pływackie były otwarte dla kąpiących się codziennie od siódmej rano aż do zmierzchu49. Na srebrnym ekranie ustawionym na jednym z bulwarów nad Odrą można było oglądać występy Kolońskiej Orkiestry Radiowej wykonującej marsze, tańce towarzyskie i popularne piosenki. Słynny wrocławski teatr rozmaitości Liebicha wystawiał Melodię miłości, a w Cyrku Buscha przed trzytysięczną publicznością występował popularny komik Harry Zimmo. Z kolei w położonym nad brzegami Odry Domu Koncertowym Wappenhof na Rakowcu, dysponującym największą w Niemczech betonową sceną na świeżym powietrzu, miejscowi bywalcy mogli posmakować nowego napoju, cydru jabłkowego o miodowożółtej barwie z pianką o słodko-kwaśnym posmaku. Był on szczególnie popularny na gądowskim lotnisku, dlatego wrocławianie szybko ochrzcili go Fliegerbier - "piwem lotników"50. Tak jak to się działo w ciągu dwóch poprzednich lat, również tym razem lokalne kierownictwo partyjne zorganizowało Verwundetenfahrt - wycieczkę dla rannych żołnierzy do zabytkowej Trzebnicy leżącej około 20 kilometrów na północ od Breslau. Jechali tam słynną koleją wąskotorową nazywaną "Latający Trzebniczanin" (der Fliegende Trebnitzer), ozdobioną rysunkami i karykaturami autorstwa studentów wrocławskiej szkoły sztuk pięknych, aby na jeden dzień oderwać się od codziennych problemów51. Pomimo raczej frywolnego charakteru tej imprezy, z maszerującymi orkiestrami i uśmiechniętymi dziewczętami, coraz trudniej było ukryć koszty wojny, jakie ponosił Breslau. Tego samego dnia "Schlesische Tageszeitung" opublikowała listę trzydziestu wrocławian poległych na froncie: dwudziestoczteroletni plutonowy Gerhard Weiss, służący w wojsku od pięciu lat, zginął w Normandii; starszy wachmistrz Helmut Czembor, odznaczony Krzyżem Żelaznym, poległ we Włoszech w walkach na południe od Rzymu; dwudziestojednoletni starszy kapral Günter Kochner zginął w nalocie bombowym. "Każdy, kto go znał, zrozumie nasz ból" - pisali w nekrologu dziadkowie tego ostatniego52. Jednak większość wymienionych na liście opublikowanej we wrocławskim organie prasowym partii nazistowskiej poległa na froncie wschodnim - froncie, który zbliżał się coraz bardziej do granic Rzeszy. W połowie czerwca 1944 roku w rękach armii niemieckiej nadal znajdowała się Białoruś z Mińskiem, Witebskiem i Grodnem. Jednak sześć tygodni później Armia Czerwona stała już u wrót Warszawy i przekroczyła Wisłę poniżej polskiej stolicy, zajmując przyczółki pod Puławami i Baranowem, leżące niecałe 350 kilometrów od Breslau. Nagłe załamanie się niemieckiego frontu wschodniego zaalarmowało mieszkańców śląskiej metropolii. "Rosjanie mają już niedaleko do niemieckiej granicy" - pisała w liście pewna gospodyni domowa z Breslau. - "Jeśli pójdzie bardzo źle, to nie zostanie nam nic innego, niż odkręcić gaz. Nie damy się deportować". Jak sama pisała, nie tylko ona była takiego zdania. "Wielu uważa tak jak ja"53. Krążyły najróżniejsze plotki. O tym, że całe pułki zdezerterowały (nieprawda), że Hitler udał się na front i na miejscu pozbawił dowództwa kilku generałów (nieprawda), że niektórzy generałowie wcale nie zginęli w walce, ale zostali rozstrzelani (nieprawda), że niektórzy oficerowie uciekali z frontu, zabierając ze sobą swoje polskie i rosyjskie kochanki (prawda), że wyczerpani żołnierze przebijali się do swoich linii boso, bez pasów, obdarci i w łachmanach, porzuciwszy wszelką dyscyplinę wojskową (prawda). Ktoś nawet posunął się do stwierdzenia, że "ten odwrót to jeden z najczarniejszych rozdziałów w niemieckiej historii"54. Nawet "Schlesische Tageszeitung" była zmuszona przyznać, że nastąpił "wyraźny kryzys na Wschodzie"55. Gauleiter Karl Hanke nadal jednak prezentował urzędową pewność siebie. W czasie wizyty w historycznym Namysłowie, leżącym około 50 kilometrów na wschód od Breslau, mówił tamtejszym mieszkańcom: "Wojna na froncie wschodnim zacznie mnie interesować dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosjanie pojawią się przed Namysłowem"56. Gdy mówił te słowa, tysiące Ślązaków przygotowywały się już do obrony swojej ojczystej ziemi.
Obecnie kwestionuje się koncepcję wiążącą nazwę miasta z Wratysławem, gdyż jak pokazują badania archeologiczne, gród wrocławski jeszcze nie istniał w czasach panowania czeskiego księcia (915-921). Panowanie czeskie nad Śląskiem w X wieku nie jest w pełni potwierdzone, w dużej mierze pozostając nadal w sferze hipotez, i zapewne ograniczało się do pobierania trybutu od plemion mieszkających za Sudetami. W nauce polskiej uważa się, że nazwa Wrocławia pochodzi od imienia Warcisław lub Wrocisław, skróconego następnie na Wrocław. Przyjmuje się, że Polska przejęła od Czechów panowanie nad Śląskiem około 990 r. (przyp. tłum.). [wróć]
Jak dowodzą ostatnie badania, Mongołowie nie oblegali Wrocławia w 1241 r. Prawdopodobnie zamierzali uderzyć na Wrocław, ale ostatecznie z jakichś powodów zmienili plany i spod Oławy ruszyli bezpośrednio pod Legnicę, gdzie koncentrowała się armia Henryka Pobożnego (przyp tłum.). [wróć]
W rzeczywistości niemiecki wariant nazwy miasty jako "Prezzla" pojawił się po raz pierwszy dopiero w 1337 r., następnie w 1353 r. jako "Breslaw", które następnie przekształcano na "Bressla", "Bresslaw" i w końcu Breslau (przyp. tłum.). [wróć]
Po lokacji w XIII wieku Wrocław/Breslau stał się miastem wielonarodowościowym, zamieszkiwanym zarówno przez Polaków, jak i Niemców, którzy jednak przejęli władzę w mieście oraz kontrolę nad handlem i rzemiosłem, stopniowo rugując język polski z urzędów. Niemniej jednak język polski był używany we wrocławskim sądownictwie do 1337 r., a miasto zachowywało dwujęzyczny, tj. niemiecko-polski charakter aż do XVIII wieku. Język niemiecki dominował w warstwach bogatszych i lepiej wykształconych, a polski był językiem warstw uboższych (przyp. tłum.). [wróć]
Od czasu, gdy odnoga Odry opływająca Ostrów Tumski od północy została zasypana przez Prusaków teren ten w zasadzie przestał być wyspą, ale nazwa pozostała. [wróć]
Pierwsze starania o utworzenie we Wrocławiu uniwersytetu podejmowano co prawda już w 1505 r., ale zakończyły się one wtedy fiaskiem i ostatecznie pierwsza wyższa uczelnia w mieście - jezuicka Akademia Leopoldyńska powstała dopiero w 1702 r. Po połączeniu tejże z Viadriną z Frankfurtu nad Odrą w 1811 r. powstał Uniwersytet Wrocławski (przyp. tłum.). [wróć]
Statuta Synodalia Episcoporum Wratislaviensium (Statuty synodalne biskupów wrocławskich) z 1446 r. obok spisanych po łacinie ustaw synodu diecezji wrocławskiej zawierają również teksty najważniejszych modlitw katolickich w językach używanych na Śląsku, to jest polskim i niemieckim. Jest to najstarszy tekst drukowany w języku polskim (przyp. tłum.). [wróć]
Ulica Zwierzyniecka (Tiergartenstrasse) początkowo obejmowała dzisiejsze ulice Curie-Skłodowskiej i Mickiewicza. W 1919 r. wschodnia jej cześć leżąca za mostem Przepustkowym (ob. most Zwierzyniecki) stała się osobną ulicą, której nadano imię Friedricha Eberta (ob. Mickiewicza) (przyp. tłum.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
"Völkischer Beobachter" z 27 lipca 1938 r. [wróć]
J. Goebbels, Die Tagebücher von Joseph Goebbels 1923-1945, Bd. 1-24, München 1993-1996, wpis z 23 kwietnia 1938 r. [wyd. pol. Dzienniki, t. 1-3, tłum. E.C. Król, Warszawa 2013-2014]. [wróć]
"Völkischer Beobachter" z 26 lipca 1938 r. [wróć]
Breslau: Bekenntnis zu Deutschland. Ein Bildbericht vom 1 Deutschen Turn- und Sportfest 1938, (red. Oskar Lukas), Selb/Asch 1938. [wróć]
"Völkischer Beobachter" z 30 sierpnia 1938 r.; J. Goebbels, Die Tagebücher, wpis z 30 lipca 1938 roku. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig: Eine Kriegsjugend in Deutschland, München 2004, s. 134-137; J. Goebbels, Die Tagebücher, wpis z 1 sierpnia 1938 r.; "Völkischer Beobachter" z 1 sierpnia 1938 r. [wróć]
Breslauer Apokalypse 1945: Dokumentarchronik vom Todeskampf und Untergang einer Deutschen Stadt und Festung am Ende des zweiten Weltkrieges, Bd. 1. Einführung in das Gesamtwerk, [red. Horst Gleiss], Wedel 1986, s. 204. [wróć]
U. Frodien, op. cit., s. 134, 138. [wróć]
P. Bannert, Meine Jugend in Sowjetlagern 1945-1949, Berlin 2006, s. 54-57. [wróć]
Tekst przemówienia noworocznego Hitlera u Goebbelsów na podstawie relacji Wilfreda von Ovena zob. W. von Oven, Finale Furioso: Mit Goebbels bis zum Ende, Tübingen 1974, wpis z 31 grudnia 1944 r. Por. J. Goebbels, Die Tagebücher, wpis z 31 grudnia 1944 i 1 stycznia 1945 r.; "Schlesische Tageszeitung" z 2 stycznia 1945 r. [wróć]
Führer durch das Deutsches Turn- und Sportfest Breslau 1938, s. 9. [wróć]
N. Davies, R. Moorhouse, Microcosm: Portrait of a Central European City, London 2003, s. 263 [wyd. pol. Mikrokosmos: portret miasta środkowoeuropejskiego. Vratislavia - Breslau - Wrocław, tłum. A. Pawelec, Kraków 2002]. [wróć]
Cyt. za: N. Davies, R. Moorhouse, Microcosm, s. 327. [wróć]
Meine Heimat Schlesien: Erinnerungen, (red. Herbert Hupka), Augsburg 1989, s. 63. [wróć]
G. Thum, Die fremde Stadt: Breslau nach 1945, München 2006, s. 351 [wyd. pol. Obce miasto - Wrocław 1945 i potem, tłum. M. Słabicka, Wrocław 2006]. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig, s. 142. [wróć]
Ibidem, s. 192-193. [wróć]
"Schlesische Tageszeitung" z 12 marca 1933 r. [wróć]
J. Goebbels, Die Tagebücher, wpis z 1 sierpnia 1937 r. [wróć]
"Völkischer Beobachter" z 28 września 1936 r. [wróć]
W. Cohn, Kein Recht, nirgends: Tagebuch vom Untergang des Breslauer Judentums 1933-1941, Köln 2007, wpis z 27 września 1936 r. [wyd. pol. Żadnego prawa - nigdzie: dziennik z Breslau 1933-1941, tłum. V. Grotowicz, Wrocław 2010]. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig, s. 133. [wróć]
A. Ascher, A Community under Siege: The Jews of Breslau under Nazism, Stanford 2007, s. 170 [wyd. pol. Oblężona społeczność: wrocławscy Żydzi w czasach nazizmu, tłum. J. Tyszkiewicz, Wrocław 2009]; W. Tausk, Breslauer Tagebuch 1933-1940, Berlin 1975, s. 182, 192 [wyd. pol. Dżuma w mieście Breslau, tłum. R. Kincel, Warszawa 1973, s. 185-186]; W. Cohn, Kein Recht, nirgends, wpis z 10 listopada 1938 r.; "Schlesische Tageszeitung" z 11 listopada 1938 r.; U. Frodien, Bleib übrig, s. 132-134. [wróć]
Mir bleibt mein lied: Schlesisches Lesebuch, (red. Ursula Höntsch), München 1995, s. 304. [wróć]
J. Konrad, Als letzter Stadtdekan von Breslau, Ulm 1963, s. 7-8. [wróć]
Meine Heimat Schlesien: Erinnerungen, s. 146. [wróć]
W. Cohn, Kein Recht, nirgends, wpisy z 28 i 31 sierpnia 1939 r.; W. Tausk, Breslauer Tagebuch, s. 227-228 (wyd. pol., s. 227). [wróć]
H. Felber, Tagebuch, wpis z 1 września 1939 r., Bundesarchiv-Militärarchiv RH20-8/1. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig, s. 95-96. [wróć]
Ch. Hartmann, Wehrmacht im Ostkrieg: Front und militärisches Hinterland 1941/42, München 2009, s. 131. [wróć]
P. Bannert, Meine Jugend in Sowjetlagern, s. 28. [wróć]
H.E. Henkel, Breslau: Flucht und Wiederbegegnung, Berlin 1996, s. 77-78. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig, s. 165. [wróć]
W. Cohn, Kein Recht, nirgends, wpis z 13 sierpnia 1940 r. [wróć]
Ibidem, wpis z 14 listopada 1938 r. [wróć]
N. Davies, R. Moorhouse, Microcosm, s. 393. [wróć]
Meldunki SD z 20 września i 16 grudnia 1943 r. [wróć]
N. Davies, R. Moorhouse, Microcosm, s. 389; The Trial of German Major War Criminals, vol. 15, London 1946, s. 202; "Völkischer Beobachter" z 29 sierpnia 1944 r. [wróć]
Meldunki SD z 29 kwietnia i 2 września 1943 r. [wróć]
U. Frodien, Bleib übrig, s. 98-99. [wróć]
Meldunek SD z 6 stycznia 1944 r. [wróć]
Ibidem, 13 grudnia 1943 r. [wróć]
"Schlesische Zeitung" z 31 lipca 1944 r. i "Schlesische Tageszeitung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]
Herbert Rühlemann, Father Tells Daughter, Imperial War Museum 02/23/1; N. Davies, R. Moorhouse, Microcosm, s. 387-388, 400-401; B.B. Ferencz, Less than Slaves: Jewish Forced Labor and the Quest for Compensation, Bloomington 2002, s. 151. [wróć]
The Trial of German Major War Criminals, vol. 9, s. 964-966. [wróć]
Ibidem, s. 1422; William Manchester, The Arms of Krupp, London 1969, 574-581 [wyd. pol. Arsenał Kruppów, Warszawa 1969]. [wróć]
Meldunek SD z 21 lutego 1944 r. [wróć]
Po przemówieniu wyraźnie zadowolony z siebie Goebbels zanotował w swoim dzienniku: "Pomimo powagi chwili, wierzę, że moje notowania wśród szerokich mas pozostają jak zawsze wysokie". Treść przemówienia, zob. "Völkischer Beobachter" z 9 lipca 1944 r.; J. Goebbels, Die Tagebücher, wpis z 8-9 lipca 1944 r.; W. von Oven, Finale Furioso, wpis z 9 lipca 1944 r. Z kolei ostatnia wizyta Hitlera w Breslau w listopadzie 1943 roku - w tej samej hali - była utrzymywana w tajemnicy i dopiero kilka dni później poinformowano o niej opinię publiczną. Führer wygłosił przemówienie do kilku tysięcy kandydatów na oficerów. Zwykle to wydarzenie odbywało się w berlińskim Sportpalast, ale z powodu alianckich nalotów na stolicę Rzeszy przeniesiono je do wrocławskiej Hali Stulecia. [wróć]
"Schlesische Tageszeitung" z 12 maja 1944 r. [wróć]
Por. "Schlesische Zeitung" z 31 lipca 1944 r.; "Schlesische Tageszeitung" z 12 maja 1944 r.; H.-J. Terp, Für 'n Sechser Fett auf zwei Semmeln, Görlitz 2005, s. 72. [wróć]
"Schlesische Zeitung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]
"Schlesische Tageszeitung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]
FO 898/187, s. 600, National Archives, Kew. [wróć]
Meldunek SD z 7 sierpnia 1944 r. [wróć]
"Schlesische Tageszeitung" z 30 lipca 1944 r. [wróć]
H. von Ahlfen, Der Kampf um Schlesien, Stuttgart 1998, s. 71 [wyd. pol. Walka o Śląsk 1944-1945, tłum. A. Janiszewska, Wrocław 2009]. [wróć]