Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945 - Richard Hargreaves

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Wybierz­cie się któ­re­goś let­niego dnia na spa­cer ulicą Marii Curie-Skło­dow­skiej we Wro­cła­wiu. Nowo­cze­sne auto­busy prze­gu­bowe z ekra­nami tele­wi­zyj­nymi i elek­tro­nicz­nymi bile­to­ma­tami wal­czą o miej­sce na nad­rzecz­nym bul­wa­rze ze star­szymi żół­tymi auto­bu­sami i tram­wa­jami, które w regu­lar­nych odstę­pach prze­ta­czają się na osi wschód-zachód. Po mniej wię­cej dzie­się­ciu minu­tach dotrze­cie do mostu Zwie­rzy­niec­kiego roz­pię­tego ponad jed­nym z nie­zli­czo­nych kana­łów Odry. Ten most stoi tu od 1897 roku - do dzi­siaj można na nim dostrzec inskryp­cję na cześć jego budow­ni­czych, któ­rzy poświę­cili dwa lata na jego posta­wie­nie. Ale tak jak wszyst­kie ślady nie­miec­kiej prze­szło­ści mia­sta, tabliczka umiesz­czona kie­dyś ponad tą datą znik­nęła. Znacz­nie trud­niej było zatrzeć ślady toczą­cej się tutaj przed laty bitwy, gdyż podob­nie jak wiele innych wro­cław­skich mostów także ten nosi liczne ślady po poci­skach wystrze­lo­nych wio­sną 1945 roku. Po przej­ściu przez most znaj­dzie­cie się w dziel­nicy peł­nej alei wysa­dza­nych drze­wami. Ulica Marii Curie-Skło­dow­skiej prze­cho­dzi w ulicę Zyg­munta Wró­blew­skiego - to już czwarta nazwa, jaką nosiła ta ulica w ciągu minio­nego stu­le­cia. Po pra­wej stro­nie będzie­cie mieli ogród zoo­lo­giczny, a po lewej - ulicę Adama Mic­kie­wi­cza. Po przej­ściu kolej­nych stu pięćdzie­się­ciu metrów ujrzy­cie aleję pro­wa­dzącą do jed­nej z pere­łek archi­tek­to­nicz­nych Wro­cła­wia: Hali Stu­le­cia, czyli impo­nu­ją­cego kolo­seum z betonu i stali zbu­do­wa­nego przez słyn­nego Maxa Berga w 1913 roku, z oka­zji set­nej rocz­nicy wyzwo­le­nia Nie­miec od napo­le­oń­skiego jarzma. Dwa rzędy wyso­kich kolumn pro­wa­dzą do nie­wiel­kiego skweru, nad któ­rym góruje gigan­tyczna meta­lowa Iglica wznie­siona w 1948 roku dla uczcze­nia "powrotu Ślą­ska do macie­rzy". Po lewej znaj­duje się Pawi­lon Czte­rech Kopuł, w któ­rym od 1952 roku mie­ści się sie­dziba Wytwórni Fil­mów Fabu­lar­nych1. Przed budyn­kiem wzno­szą się cztery beto­nowe moder­ni­styczne posągi. Wej­ścia są okra­to­wane, a drzwi pokry­wają graf­fiti. Popę­kana posadzka por­tyku jest usiana zeschłymi liśćmi, nie­do­pał­kami, wyrzu­co­nymi opa­ko­wa­niami po sło­dy­czach i innymi śmie­ciami. Na jed­nym końcu tego naj­wy­raź­niej zapo­mnia­nego por­tyku znaj­duje się zacho­wana w raczej kiep­skim sta­nie ogromna tablica pamiąt­kowa ku czci pol­skiego żoł­nie­rza, który u boku Armii Czer­wo­nej prze­szedł w latach 1944-1945 szlak bojowy ze wschodu na zachód od Bugu i Wisły przez zbu­rzoną War­szawę, Pomo­rze, przez Odrę i Nysę aż do Ber­lina. Odwróć­cie się o sto osiem­dzie­siąt stopni, a znaj­dzie­cie kolejną ogromną kamienną inskryp­cję, a nad nią hełm z czer­woną gwiazdą w wieńcu lau­ro­wym, poszczer­biony i odbar­wiony po ponad sześć­dzie­się­ciu latach oddzia­ły­wa­nia na niego warun­ków atmos­fe­rycz­nych. Poni­żej znaj­duje się praw­dziwa lita­nia zwy­cięstw Armii Czer­wo­nej, m.in. Moskwa, Sta­lin­grad, Kursk, Lenin­grad, Don, Dniepr, Mińsk, War­szawa, Buda­peszt, Buka­reszt, Bel­grad, Wie­deń, Praga i Ber­lin oraz nazwa tego mia­sta - Wro­cław. Podob­nie jak każdy pomnik, cmen­tarz woj­skowy czy grób poświę­cony pole­głym w 1945 roku, rów­nież te gigan­tyczne tablice pamiąt­kowe przed Halą Stu­le­cia wydają się roz­sy­py­wać, chy­lić ku upad­kowi, zaro­śnięte chwa­stami, nie­ko­chane i zapo­mniane.

Nie­gdyś w tym mie­ście sza­lała strasz­liwa bitwa. Oblę­że­nie Bre­slau - jak wtedy nazy­wało się to mia­sto - trwało dłu­żej niż walki o któ­re­kol­wiek mia­sto bro­nione przez Niem­ców w 1945 roku. To mia­sto znaj­do­wało się w okrą­że­niu dłu­żej niż Ber­lin (dzie­sięć dni), Buda­peszt (sześć­dzie­siąt dni), a nawet Sta­lin­grad (sie­dem­dzie­siąt trzy dni). W tej bitwie wszelki wysi­łek obroń­ców poszedł jed­nak na marne. Nie osią­gnęli bowiem niczego poza tym, że mia­sto, które jesz­cze na początku 1945 roku było nie­mal nie­tknięte przez wojnę, do czasu kapi­tu­la­cji w dniu 6 maja zamie­niło się w morze ruin. Znisz­cze­nia w Bre­slau były więk­sze niż w Ber­linie, więk­sze niż w Dreź­nie, sta­no­wią­cym prze­cież syno­nim znisz­cze­nia w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej, i równe tym w Ham­burgu, kolej­nej metro­po­lii nie­mal zrów­na­nej z zie­mią przez alianc­kie bom­bowce2. W nie­cały tydzień co naj­mniej 18 tysięcy miesz­kań­ców Bre­slau zmarło, podej­mu­jąc w środku sro­giej zimy próbę ucieczki z mia­sta przed nacie­ra­jącą Armią Czer­woną. Kolejne 25 tysięcy ludzi - żoł­nie­rzy, cywi­lów, cudzo­ziem­skich robot­ni­ków przy­mu­so­wych i więź­niów - zgi­nęło w cza­sie trwa­ją­cych dwa­na­ście tygo­dni walk o mia­sto. Ta histo­ria i cier­pie­nia miesz­kań­ców nie skoń­czyły się jed­nak wraz z kapi­tu­la­cją twier­dzy. Oca­la­łych Niem­ców cze­kał gorzki los: żoł­nie­rzy - wędrówka do obo­zów jeniec­kich w głąb Związku Radziec­kiego; cywi­lów - gwałty, rabunki, głód i w końcu wysie­dle­nie z ich ojczy­stej ziemi, gdy Śląsk ponow­nie stał się pol­ski, a Bre­slau stał się Wro­cła­wiem. Dla przy­by­wa­ją­cych na te zie­mie pol­skich osad­ni­ków, z któ­rych wielu, podob­nie jak Niemcy, utra­ciło wła­sne domy na Wscho­dzie, roz­po­czy­nały się dłu­gie dzie­się­cio­le­cia trudu i znoju przy odbu­do­wie sto­licy Ślą­ska.

Tym ostat­nim się jed­nak udało. Dzi­siaj Wro­cław znowu jest kwit­ną­cym mia­stem, czwar­tym pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców w Pol­sce, ślady wojny w więk­szo­ści zostały zatarte, a zabu­dowa pod­nie­siona z ruin lub odno­wiona. Obec­nie jest to silny ośro­dek aka­de­micki, cen­trum pol­skiego prze­my­słu elek­tro­nicz­nego i kole­jo­wego, ośro­dek ban­kowo-finan­sowy i atrak­cja tury­styczna odwie­dzana co roku przez tysiące tury­stów. Więk­szość z tych gości nie wie, że kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej w tym miej­scu toczyła się zacie­kła bitwa.

Uczest­nicy tych zma­gań nie byli co prawda tak zna­czący jak w przy­padku szturmu Ber­lina, stawka nie była tak wysoka jak w Sta­lin­gra­dzie, cier­pie­nia miesz­kań­ców nie trwały tak długo jak w Lenin­gra­dzie, ale oblę­że­nie Bre­slau sta­no­wiło prze­ra­ża­jący i praw­dzi­wie poru­sza­jący dra­mat. Przez wzgląd na uczest­ni­czą­cych w nim ludzi, nie­za­leż­nie od ich naro­do­wo­ści, ta histo­ria zasłu­guje na to, żeby ją opo­wie­dzieć.

Gosport, listo­pad 2010

W dniu 9 listo­pada 2011 roku Wytwór­nia Fil­mów Fabu­lar­nych we Wro­cła­wiu zakoń­czyła swoją dzia­łal­ność i została prze­kształ­cona w Cen­trum Tech­no­lo­gii Audio­wi­zu­al­nych (CeTA) (przyp. tłum.). [wróć]

W cza­sie wojny mniej wię­cej co piąty budy­nek w Ber­li­nie został znisz­czony; w Dreź­nie ten odse­tek był dwu­krot­nie wyż­szy; w Ham­burgu i Wro­cła­wiu dwie trze­cie budyn­ków nie nada­wało się do zamiesz­ka­nia; w cen­trum Akwi­zgranu znisz­cze­niu ule­gło cztery na pięć budyn­ków; sza­cuje się, że w Kolo­nii dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent sta­rówki prze­stało ist­nieć. [wróć]

Mapy

Mapa 1

Kościół św. Krzyża Kate­dra Wyspa Pia­sek Kościół na Pia­sku Uni­wer­sy­tet Odra Kościół św. Elż­biety Nad­pre­zy­dium Pro­win­cji Ślą­skiej (sie­dziba gau­le­itera Han­kego) Kasa Oszczęd­no­ściowa Rynek Ratusz Kościół św. Marii Mag­da­leny Dwo­rzec Świe­bodzki Fosa miej­ska Plac Zam­kowy (ob. plac Wol­no­ści) Kościół św. Doroty Teatr Miej­ski (ob. Opera) Wzgó­rze Lie­bi­cha (ob. Wzgó­rze Par­ty­zan­tów) (dowódz­two obrony mia­sta) Plac Tau­ent­ziena (ob. plac Kościuszki) Dwo­rzec Główny Kościół św. Mau­ry­cego (para­fia Paula Peikerta) Most Les­singa (ob. most Pokoju)

Mapa 2

Mapa 3

Ulrich Fro­dien / Doma­no­wice Peter Ban­nert Her­bert Rühlemann / zakłady Rhe­in­me­tall I-Werk 41 Hugo Har­tung / lot­ni­sko na Stra­cho­wi­cach Marsz śmierci z Kątów Wro­cław­skich / Vera Eckle / Lucia Kusche / Frau Hanisch Zakłady Frie­drich Krupp-Ber­tha Werke Prze­mó­wie­nie Karla Han­kego z sierp­nia 1944 roku

Mapa 4

Otto Roth­ku­gel Eber­hard Hen­kel Horst Gle­iss Paul Peikert Rodzina Ozan­nów Ulrich Fro­dien

H1 Bun­kier przy placu Strze­gom­skim

H2 Bun­kier przy ulicy Ołbiń­skiej

Mapa 5

Karl Heinz Wol­ter Hen­drik Ver­ton Günther Ten­schert / Kurt Awe Hugo Har­tung / lot­ni­sko na Stra­cho­wi­cach Hans Got­twald / Opo­rów Wol­fgang Chutsch / Jaro­sła­wice

Mapa 6

Kapi­tan Heinz / Brzeg Dolny Paul Arn­hold Hen­drik Ver­ton / Günther Ten­schert Wer­ner Zil­lich / Bro­chów Doma­sław - pier­ścień okrą­że­nia zaci­ska się w tym miej­scu 13 lutego

Mapa 7

Anne­lies Matusz­czyk / Dwo­rzec Świe­bodzki Her­bert Kra­eker / ogród zoo­lo­giczny Artur Axmann / szkoła im. Die­tri­cha Eckarta Peter Ban­nert / Park Połu­dniowy Wasi­lij Mali­nin / Krzyki

Mapa 8

Maria Lan­gner / wię­zie­nie przy ulicy Klecz­kow­skiej Horst Gle­iss / Dwo­rzec Nad­odrze Hans Got­twald / ulica Ołbiń­ska Pociąg pan­cerny "Pörsel" Georg Haas / plac Strze­gom­ski Obóz pracy przy­mu­so­wej przy ulicy Clau­se­witza (ob. ulica Hauke-Bosaka) Gwiazda Szczyt­nicka (ob. plac Grun­waldzki - Rondo Reagana) / lot­ni­sko, z któ­rego odle­ciał Hanke Her­mann Nowack / ulica Borow­ska "Naroż­nik Hitler­ju­gend" Rudi Chri­stoph / Rein­hard Paf­frath

Mapa 9

Leo Hart­mann / Park Zachodni Max Baselt / Ślą­ski Zakład Kształ­ce­nia Nie­wi­do­mych Peter Ban­nert / Rudi Chri­stoph / Gądów Mały Willy Mer­kert / rzeź­nia miej­ska Horst Gle­iss / ulica Bel­l­ta­fel (ob. ulica Biskupa Toma­sza) Wil­helm Saffe / plac Ben­dera (ob. plac Sta­szica) Hans Got­twald / ulica Ołbiń­ska Hugo Har­tung / plac św. Macieja Frie­drich Grie­ger / wyspa Pia­sek Wal­ter Las­sman / Ostrów Tum­ski Klaus Franke / zakłady Linke-Hof­mann (póź­niej­szy Pafa­wag) Gustav Paneck / plac Strze­gom­ski Ger­trud Has­sen­bach / plac św. Mau­ry­cego (ob. plac Wró­blew­skiego) Georg Haas / ulica Klasz­torna (ob. ulica Trau­gutta)

Mapa 10

Horst Gle­iss / plac Ben­dera (ob. plac Sta­szica) Horst Vieth / ulica Fry­de­ryka Karola (ob. ulica Ino­wro­cław­ska) Kwa­tera główna Nie­hoffa / wyspa Pia­sek Kościół św. Marii Mag­da­leny Hen­drik Ver­ton / hotel Mono­pol Peter Ban­nert / Dwo­rzec Główny Kwa­tera główna Głuz­dow­skiego / Villa Colo­nia

Mapa 11

Pierw­sza sie­dziba pol­skiej admi­ni­stra­cji / ulica Blüchera (ob. Ponia­tow­skiego) "Sza­ber­plac" / plac Grun­waldzki Joanna Kono­piń­ska / ulica Kra­sno­lud­ków (ob. Roda­kow­skiego) Cmen­tarz żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej na Skow­ro­niej Górze Cmen­tarz ofi­ce­rów Armii Czer­wo­nej

Pro­log

Plac

Wyda­wało się zawsze, że front jest gdzieś na dru­gim końcu świata.

kapral Ulrich Fro­dien

Najpierw poja­wiły się poczty sztan­da­rowe. Ich człon­ko­wie, podob­nie jak wszy­scy uczest­nicy tego zgro­ma­dze­nia liczą­cego bli­sko 150 tysięcy osób, wstaw­szy wcze­śnie tego nie­dziel­nego poranka wraz z pierw­szymi pro­mie­niami wscho­dzą­cego słońca, gro­ma­dzili się na uli­cach i pla­cach w całym mie­ście. W pół­noc­nym sze­regu usta­wili się męż­czyźni i kobiety z Bawa­rii, Wir­tem­ber­gii i Prus Wschod­nich oraz miej­scowi ze Ślą­ska. Na wscho­dzie chłopcy z Hitler­ju­gend i dziew­częta z kobie­cego odpo­wied­nika tej orga­ni­za­cji Bund Deut­scher Mädel (Zwią­zek Dziew­cząt Nie­miec­kich) sta­nęli obok volks­deut­schów z cze­skiego Kraju Sude­tów. Po połu­dnio­wej stro­nie zna­leźli się spor­towcy z Fran­ko­nii i "Mar­chii Wschod­niej", jak nazy­wano Austrię, która nie­dawno została anek­to­wana przez Wielką Rze­szę Nie­miecką. Ber­liń­czycy wysoko dzier­żyli herb swego mia­sta przed­sta­wia­jący niedź­wie­dzia. Gdańsz­cza­nie trzy­mali tar­cze. Widać było czer­wone pro­porce Reichs­bund für Leibesübungen (Związku Wycho­wa­nia Fizycz­nego Rze­szy) - nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji sportu maso­wego oraz czarno-czer­wone sztan­dary Niem­ców sudec­kich. Lek­ko­atleci z pół­noc­nych Nie­miec ubrani w czer­wone koszulki i białe spodenki masze­ro­wali, ści­ska­jąc w gar­ści swoje obu­wie spor­towe. Obecni byli volks­deut­sche z Rumu­nii, męż­czyźni w bia­łych hafto­wa­nych koszu­lach, kobiety w jaskra­wych sukien­kach i z dłu­gimi wstąż­kami wple­cio­nymi we włosy, nie­śli barwne bukiety polnych kwia­tów. Męż­czyźni ze służby pracy Reich­sar­be­its­dienst masze­ro­wali z łopa­tami na ramie­niu.

Huk wystrza­łów z trzech dział poniósł się echem po wysy­pa­nym pia­skiem placu ape­lo­wym na znak, aby tysiące uczest­ni­ków zgro­ma­dze­nia zajęły swoje miej­sca sie­dzące na wyso­kich na ponad dwa­dzie­ścia metrów pro­wi­zo­rycz­nych try­bu­nach wznie­sio­nych na placu Zam­ko­wym (ob. plac Wol­no­ści). Długi na ponad trzy­sta metrów plac po swo­jej węż­szej, zachod­niej stro­nie zamy­kał gmach daw­nej sie­dziby Sejmu Ślą­skiego1, na połu­dniu rząd drzew sto­ją­cych nad starą fosą miej­ską, a po wschod­niej, szer­szej stro­nie - liczący sobie wów­czas dzie­więć­dzie­siąt sie­dem lat Teatr Miej­ski (ob. Opera Wro­cław­ska), w któ­rym od tygo­dnia wysta­wiano dzieła Lor­kinga i Wagnera. Pół­nocny skraj placu wyzna­czał budy­nek, któ­remu to miej­sce zawdzię­czało swoją nazwę - Zamek, czyli Pałac Kró­lew­ski (ob. Muzeum Miej­skie Wro­cła­wia). Za dosyć surową kamienną fasadą znaj­do­wały się pełne prze­py­chu wnę­trza - piękne roko­kowe sale i wielka sala balowa ze wspa­nia­łymi żyran­do­lami. Król pru­ski Fry­de­ryk Wielki stwo­rzył tutaj biblio­tekę, któ­rej zasoby mogły rywa­li­zo­wać z księ­go­zbio­rem pałacu Sans­so­uci w Pocz­da­mie, stąd rzą­dził, tutaj roz­my­ślał i kom­po­no­wał muzykę. To tutaj Fry­de­ryk Wil­helm III wrę­czył pierw­szy Krzyż Żela­zny i wydał legen­darny apel An mein Volk ("Do mojego ludu"), wzy­wa­jąc Pru­sa­ków do zrzu­ce­nia napo­le­oń­skiego jarzma. "Nie ma innego wyj­ścia niż hono­rowy pokój albo pełen chwały upa­dek" - oznaj­mił pru­ski król swoim pod­da­nym.

Dzi­siaj jed­nak na placu Zam­ko­wym nie miało być żad­nych prze­mó­wień ani apeli, tylko sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wana parada z udzia­łem bli­sko 150 tysięcy spor­tow­ców uczest­ni­czą­cych w trwa­ją­cym przez tydzień Świę­cie Nie­miec­kiej Gim­na­styki i Sportu (Deut­sche Turn und Spor­t­fest), które osią­gnęło wła­śnie punkt kul­mi­na­cyjny. Codzien­nie od siód­mej rano pra­wie do dzie­sią­tej wie­czo­rem spor­towcy obojga płci z każ­dego Gau, czyli okręgu Rze­szy, sta­wali w szranki na roz­le­głym kom­plek­sie Sta­dionu Olim­pij­skiego. Skła­dał się on z boisk do piłki noż­nej i hokeja na tra­wie, bieżni lek­ko­atle­tycz­nych, kor­tów teni­so­wych, rin­gów bok­ser­skich, base­nów pły­wac­kich oraz wiel­kiego sta­dionu z obszer­nymi try­bu­nami, wybu­do­wa­nego dekadę wcze­śniej pięć kilo­me­trów na wschód od cen­trum mia­sta i nie­dawno prze­mia­no­wa­nego na Her­mann Göring Spor­t­feld. W sprin­cie na sto metrów wbrew wcze­śniejszym prze­wi­dy­wa­niom wygrał Gerd Horn­ber­ger, prze­kra­cza­jąc metę z cza­sem dzie­się­ciu i pół sekundy, mini­mal­nie wyprze­dziw­szy swego kolegę klu­bo­wego z Ein­trachtu Frank­furt Man­freda Ker­scha oraz trzy­dzie­sto­trzy­let­niego fawo­ryta tej kon­ku­ren­cji Eri­cha Borch­mey­era, który wygrał cztery z pię­ciu ostat­nich mistrzostw Nie­miec. W kon­ku­ren­cjach kobie­cych Käthe Krauss dodała złote medale na sto i dwie­ście metrów do zdo­by­tego dwa lata wcze­śniej brą­zo­wego medalu olim­pij­skiego, a rekor­dzistka świata i igrzysk olim­pij­skich Gisela Mau­er­meyer po raz kolejny oka­zała się nie do poko­na­nia w rzu­cie dys­kiem, a ponadto zdo­była złoto w pchnię­ciu kulą. Nie­liczne triumfy gospo­da­rzy zawo­dów zostały odnie­sione na wodzie: Hart­mann w pły­wa­niu sty­lem kla­sycz­nym na sto metrów oraz męskie szta­fety pły­wac­kie w stylu kla­sycz­nym i dowol­nym, wio­ślar­ska czwórka bez ster­nika oraz kana­dyj­ka­rze.

Święto Sportu było praw­dzi­wym trium­fem aryj­skiej siły i nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji. Każda minuta każ­dego dnia zawo­dów, każdy prze­marsz i parada, każdy występ taneczny i gim­na­styczny był sta­ran­nie przy­go­to­wany i wyre­ży­se­ro­wany. Wokół kom­pleksu spor­to­wego wyro­sło mia­steczko namio­towe zło­żone z ponad 100 namio­tów miesz­czą­cych po czter­dzie­stu chłop­ców oraz 170 wigwa­mów, w któ­rych spało po dwa­na­ście dziew­cząt. Namioty ota­czało istne morze sztan­da­rów, pro­por­ców i flag powie­wa­ją­cych na wschod­nim wie­trze. Nie­mal co godzinę na leżący na połu­dnio­wym skraju cen­trum mia­sta Dwo­rzec Główny wjeż­dżały spe­cjalne pociągi przy­wo­żące spor­tow­ców z całej Rze­szy oraz zagra­nicy. Ran­kiem we wto­rek 26 lipca przy­było ośmiu­set volks­deut­schów, czyli "etnicz­nych Niem­ców", z Esto­nii i Łotwy. Z Węgier przy­je­chało pięć­dzie­siąt osób, z Rumu­nii - 400, z Kłaj­pedy - 100, zza oce­anu - to jest z Argen­tyny, Chile, Bra­zy­lii, Afryki Połu­dniowo-Zachod­niej [ob. Nami­bia - przyp. tłum.], Wene­zu­eli, Kanady i Sta­nów Zjed­no­czo­nych - łącz­nie 450. W tym cza­sie na zbu­do­wany w stylu kla­sycz­nym i poło­żony na zachod­nich obrze­żach histo­rycz­nego cen­trum Dwo­rzec Świe­bodzki napły­wał nie­mal nie­koń­czący się stru­mień Niem­ców sudec­kich. "Bre­slau jest jak gigan­tyczny magnes" - zachwy­cał się organ pra­sowy par­tii nazi­stow­skiej "Völkischer Beobach­ter". "Z magiczną siłą przy­ciąga wszyst­kich Niem­ców, rzu­ca­jąc na nich swój urok. Przy­by­wają tutaj ze wszyst­kich stron na zew swo­jej krwi i swego serca"1.

Niemcy sudeccy, praw­do­po­dob­nie w licz­bie aż 30 tysięcy, fak­tycz­nie zostali wezwani do sto­licy Ślą­ska, ale nie przez swoją krew czy serce, ale przez Jose­pha Goeb­belsa2. Na pozór Święto Nie­miec­kiej Gim­na­styki i Sportu miało być świę­tem ludz­kiego ciała i kul­tury fizycz­nej. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak był to ostatni akt sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wa­nej przez Ber­lin kam­pa­nii pro­pa­gan­do­wej mają­cej zade­mon­stro­wać soli­dar­ność z "uci­ska­nymi" volks­deut­schami zamiesz­ku­ją­cymi górzy­sty Kraj Sude­tów w pobli­skiej Cze­cho­sło­wa­cji odda­lony zale­d­wie o kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Bre­slau. Cała sto­lica Ślą­ska była ude­ko­ro­wana czar­nymi fla­gami Niem­ców sudec­kich. Okrzyki "Sieg Heil!" odbi­jały się echem w wąskich zauł­kach i na pla­cach ude­ko­ro­wa­nych fla­gami ze swa­styką i zie­lo­nymi wień­cami. "Tak jakby wszyst­kie trud­no­ści nagle dobie­gły końca. Radość - skry­wana radość, która wybu­cha z głębi serca - maluje się na twa­rzach męż­czyzn i kobiet"3 - piał z zachwytu "Völkischer Beobach­ter". Gdzie­kol­wiek poja­wiali się uczest­nicy Święta Sportu przy­po­mi­nano im o "cier­pie­niach" i "poświę­ce­niach" Niem­ców sudec­kich. W znaj­du­ją­cym się nie­całe dwa kilo­me­try od Sta­dionu Olim­pij­skiego Pawi­lo­nie Czte­rech Kopuł koło Hali Stu­le­cia zor­ga­ni­zo­wano wystawę, na któ­rej można było obej­rzeć typowe wytwory sztuki nazi­stow­skiej - posągi nagich zapa­śni­ków oraz roze­bra­nego do pasa Aryj­czyka uno­szą­cego potężny młot. Urzą­dzono tam rów­nież dwie "sale pamięci": jedna była poświę­cona 236 tysiącom nie­miec­kich spor­tow­ców pole­głych w woj­nie świa­to­wej i 38 "boha­te­rom" stra­co­nym w Austrii za udział w tam­tej­szym puczu nazi­stow­skim w lipcu 1934 roku, a druga - "pole­głym" Niem­com sudec­kim. Czarne flagi roz­wie­szone ponad dwoma zło­tymi base­nami miały upa­mięt­niać Niklasa Böhma i Geo­rga Hof­manna, Niem­ców sudec­kich roz­strze­la­nych 21 maja 1938 roku w Cze­cho­sło­wa­cji. "Popatrz, jak powie­wają na wie­trze nasze sztan­dary, czarne jak śmierć. Musimy iść naprzód przez noc, w tru­dzie i znoju" - pisał nazi­stow­ski poeta i dzien­ni­karz Kurt Eggers. Pro­pa­gan­dowa wrzawa osią­gnęła apo­geum tuż po zmroku w pią­tek 21 lipca 1938 roku. Try­buny na placu Zam­ko­wym były wypeł­nione widzami, któ­rzy oglą­dali prze­marsz z udzia­łem ponad tysiąca cho­rą­żych nio­są­cych sztan­dary repre­zen­tu­jące ponad tysiąc grup volks­deut­schów żyją­cych poza gra­ni­cami Rze­szy. Niemcy sudeccy usta­wiali się w sze­re­gach wzdłuż czte­rech stron placu, dzier­żąc pło­nące pochod­nie, mające sym­bo­li­zo­wać "pło­nącą gra­nicę" roz­dzie­la­jącą Niem­ców w Rze­szy od tych żyją­cych w Kraju Sude­tów. Słu­chali Kon­rada Hen­le­ina, byłego młod­szego ofi­cera, urzęd­nika ban­ko­wego i instruk­tora gim­na­styki, który dosyć późno nawró­cił się na naro­dowy socja­lizm. Hen­lein nie był wiel­kim mówcą - w jego wystą­pie­niu nie było spon­ta­nicz­no­ści, a tekst czy­tał z kartki. Nie­mniej jed­nak spo­tkał się z entu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem słu­cha­czy, gdy oświad­czył, że od tej pory ist­nieje "jeden zjed­no­czony, wielki i dumny naród nie­miecki". Mówił rów­nież:

Wró­cimy stąd do naszej ojczy­zny, dumni z tego, że prze­zna­cze­nie wyzna­czyło nam trudne zada­nie spe­cjalne: wier­nie bro­nić nie­miec­kiej ziemi i nie­miec­kiej krwi oraz poma­gać naro­dowi nie­miec­kiemu strzec pokoju.

Jako rzecz­nik naj­więk­szej grupy etnicz­nych Niem­ców w Euro­pie zwra­cam się do każ­dego Niemca żyją­cego poza gra­ni­cami Rze­szy: wszy­scy jeste­śmy nie­roz­łącz­nymi czę­ściami wiel­kiego narodu nie­miec­kiego!4

Joseph Goeb­bels był wiel­kim mówcą i jak zazna­czył w swoim dzien­niku, tam­tego dnia był "w szczy­to­wej for­mie", wygła­sza­jąc prze­mó­wie­nie skrzące się dow­ci­pami i sar­ka­stycz­nymi komen­ta­rzami. "W ciągu kilku ostat­nich dni dzie­siątki tysięcy naszych nie­miec­kich braci i sióstr z zagra­nicy napły­nęło do tej Rze­szy - oznaj­mił słu­cha­czom. - Nie wierz­cie..." Słowa Goeb­belsa uto­nęły wśród aplauzu tłumu. "Nie wierz­cie w to, że nie rozu­miemy waszych uczuć. Mogę sobie dobrze wyobra­zić, że każdy z was prze­kra­czał gra­nice Nie­miec, drżąc z emo­cji". Mini­ster pro­pa­gandy zro­bił kolejną pauzę, w cza­sie któ­rej okrzyki "Heil!" odbi­jały się echem ponad pla­cem. Jak stwier­dził Goeb­bels, w prze­szło­ści ci etniczni Niemcy wra­cali do swych przy­bra­nych ojczyzn "mając w ser­cach poczu­cie wstydu za kraj swego pocho­dze­nia". "Dzi­siaj jed­nak każdy Nie­miec, każdy volks­deutsch może być dumny ze swego kraju i narodu - dzięki osią­gnię­ciom jed­nego czło­wieka, który w cza­sie wojny świa­to­wej był nie­zna­nym kapra­lem, a teraz kie­ruje losami Rze­szy". Wśród okrzy­ków tłumu, owa­cji, śpie­wów i okla­sków Goeb­bels zakoń­czył swoje wystą­pie­nie sło­wami:

Z jego twa­rzy wyczy­ta­cie świeżą wiarę i świeżą nadzieję, któ­rych potrze­bu­je­cie bar­dziej niż kto­kol­wiek inny, a które będą z wami w waszej trud­nej codzien­nej walce o wiel­kość naszego narodu i honor naszej krwi5.

I teraz, w ten nie­dzielny pora­nek 31 lipca 1938 roku, mogli wresz­cie ujrzeć jego twarz. I mogli czer­pać siłę z tego prze­ży­cia. Gdy ucichł huk wystrza­łów armat­nich, bom­ba­styczne dźwięki Baden­we­iler Marsch, czyli ulu­bio­nego utworu muzycz­nego Hitlera, w wyko­na­niu połą­czo­nej orkie­stry Wehr­machtu i Krieg­sma­rine, która poprzed­niego wie­czoru przy­gry­wała zgro­ma­dzo­nym tysiącom ludzi, obwie­ściły przy­by­cie Führera. Nie było zresztą wcale takiej potrzeby. Ryk tłu­mów, coraz gło­śniej­szy, ogłu­sza­jący, prze­ra­ża­jący, upa­ja­jący, prze­ta­czał się po uli­cach Bre­slau w kie­runku placu Zam­ko­wego. Ubrany w swój bru­natny par­tyjny mun­dur nie­miecki wódz przy­wi­tał się uści­skiem dłoni z lokal­nymi dygni­ta­rzami nazi­stow­skimi, a następ­nie prze­szedł przez plac w towa­rzy­stwie słu­żal­czego Mar­tina Bor­manna, zmę­czo­nego Goeb­belsa, szefa SS Him­m­lera, Hen­le­ina, ślą­skiego gau­le­itera Josefa Wagnera noszą­cego sko­pio­wany od Hitlera wąsik, zmie­rza­jąc w stronę spe­cjal­nie skon­stru­owa­nej na tę oka­zję try­buny usta­wio­nej naprze­ciwko Teatru Miej­skiego. Na prze­dzie try­buny wznie­siono dla Führera i jego świty nie­wielki bal­kon wyło­żony czer­wo­nym suk­nem i ozdo­biony wielką swa­styką, a wszystko to było ude­ko­ro­wane ist­nym morzem hor­ten­sji. Gdy Hitler zasiadł na swoim miej­scu, jego ochro­nia­rze z Leib­stan­darte SS, wszy­scy w czar­nych mun­durach i sta­lo­wych heł­mach, każdy liczący co naj­mniej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, utwo­rzyli kor­don zamy­ka­jący dostęp do try­buny. Na plac Zam­kowy wma­sze­ro­wali cho­rą­żo­wie, defi­lu­jąc po obu stro­nach Teatru Miej­skiego, wzdłuż lin roz­pię­tych wokół tego wiel­kiego placu. Na czele defi­lady masze­ro­wali spor­towcy z Bawa­rii, kolebki nazi­zmu, któ­rzy mija­jąc try­bunę, jodło­wali, jak to mieli w zwy­czaju. Byli wśród nich czte­rej nie­mieccy alpi­ni­ści, któ­rzy nie­dawno zdo­byli pół­nocną ścianę Eigeru, nazy­waną "ścianą śmierci", szer­mie­rze, któ­rych flo­rety poły­ski­wały w poran­nym słońcu, Austriacy z Tyrolu w swo­ich stro­jach ludo­wych, miesz­kańcy Prus Wschod­nich, gdańsz­cza­nie. Kako­fo­nia okrzy­ków, pła­czu, owa­cji i braw osią­gnęła ogłu­sza­jącą kul­mi­na­cję, gdy na plac wkro­czyli Niemcy sudeccy, masze­ru­jący w sze­ściu sze­re­gach, ubrani w szare gar­ni­tury i tyrol­skie kape­lu­siki, pod swymi czar­nymi sztan­da­rami.

Nie­wiele ponad sto metrów dalej dwu­na­sto­letni Ulrich Fro­dien kur­czowo trzy­mał drzewce czar­nego sztan­daru Deut­sche Jun­gvolk, jak nazy­wała się gałąź Hitler­ju­gend prze­zna­czona dla młod­szych chłop­ców. Tak jak wszy­scy zgro­ma­dzeni na placu Zam­ko­wym, rów­nież ten uczeń był pod­eks­cy­to­wany. Ni­gdy wcze­śniej nie widział "jego". Dla­tego teraz z prze­ję­ciem śle­dził każdy ruch, każdy gry­mas na twa­rzy Hitlera. Cza­sami malo­wało się na niej napię­cie, cza­sem poja­wiał się uśmiech, cza­sami Führer łapał się pod boki, od czasu do czasu odwra­cał się do Hen­le­ina, ale jak do tej pory, od kiedy poja­wił się na placu, wyglą­dał na opa­no­wa­nego. Wszystko to było jed­nak sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wane. Gdy pierwsi cho­rą­żo­wie z Kraju Sude­tów poja­wili się przed try­buną Hitler wstał z miej­sca, pod­szedł do balu­strady i pod­niósł prawe ramię, salu­tu­jąc "uci­ska­nym" sudec­kim spor­tow­com. "Mia­łem wra­że­nie, jakby cały plac i setki tysięcy ludzi tam się znaj­du­ją­cych eks­plo­do­wały jak bomba" - wspo­mi­nał póź­niej Fro­dien. - "Jeśli wrzawa do tej pory była nie­mal nie do znie­sie­nia, to teraz osią­gnęła taki poziom, jakiego nie byłem w sta­nie sobie wcze­śniej wyobra­zić". Dwu­na­sto­letni chło­piec dał się ponieść temu entu­zja­zmowi tłu­mów, tej zbio­ro­wej histe­rii. Ryczał ze wszyst­kich sił. "Chcia­łem w tym uczest­ni­czyć, być czę­ścią tej wiel­kiej, wspa­nia­łej wspól­noty" - opo­wia­dał potem. Nagle w tym tumul­cie, w tym nie­opi­sa­nym i nie­zro­zu­mia­łym ryku dało się roz­róż­nić ostre stac­cato. "Począt­kowo nie mogłem zro­zu­mieć słów, ale one bły­ska­wicz­nie nio­sły się po całym placu, poda­wane z ust do ust". Tłum gorącz­kowo koły­sał się w przód i w tył. "Ein Volk, ein Reich, ein Führer!" krzy­czeli zgro­ma­dzeni uni­sono. Jeden naród, jedna Rze­sza, jeden wódz. I tak raz za razem. Coraz gło­śniej. "W całym moim dłu­gim życiu" - pisał Fro­dien sześć­dzie­siąt lat póź­niej - "ni­gdy nie prze­ży­łem cze­goś podob­nego". Jak wspo­mi­nał:

Ta eufo­ria odry­wała ludzi od ich codzien­nej egzy­sten­cji, pod­no­siła ich na duchu: sta­no­wili część jed­nej wiel­kiej, zachwy­ca­ją­cej wspól­noty, nie­zwy­cię­żo­nej, sil­nej, potęż­nej. Na kilka chwil obie­cy­wała coś nie­moż­li­wego, dotyk nie­śmier­tel­no­ści.

Wszelki porzą­dek i dys­cy­plina na placu zała­mały się. Jakiś jasno­włosy chło­piec wyrwał się z sze­regu i popę­dził w stronę try­buny, na któ­rej znaj­do­wał się Hitler. Wycią­gnął rękę do swego Führera, który wychy­lił się do niego przez balu­stradę i mocno uści­snął mu dłoń. Młode sudec­kie dziew­częta i kobiety w tra­dy­cyj­nych ludo­wych dirn­dlach zła­mały szyk mar­szowy, tło­cząc się u stóp try­buny i spy­cha­jąc na boki ochro­nia­rzy z Leib­stan­darte. Jak wspo­mi­nał Goeb­bels, wyglą­dało to tak, "jakby w try­bunę ude­rzyła fala fana­ty­zmu i wiary". Him­m­ler wychy­lił się daleko za balu­stradę, naka­zu­jąc swoim ludziom zewrzeć sze­regi i ode­pchnąć napie­ra­jące kobiety. Takie sta­ra­nia były jed­nak z góry ska­zane na porażkę. Jakaś matka pod­nio­sła w górę swoją pię­cio­let­nią córeczkę, żeby poka­zać ją Hitle­rowi. Sudec­kie kobiety ze łzami spły­wa­ją­cymi po policz­kach i okrzy­kami "Heil, heil!" wycią­gały ręce w stronę swego Führera. Ten ponow­nie oka­zał się łaskawy dla swych wiel­bi­cieli. Z uśmie­chem ści­skał kolejne wycią­gnięte do niego dło­nie.

Po kilku minu­tach ponow­nie sfor­mo­wano pochód, który ruszył dalej. Defi­lo­wali volks­deut­sche z Bel­gii, Danii, Holan­dii, Esto­nii, Łotwy, Litwy, Pol­ski, Rumu­nii. Nie­mieccy spor­towcy zza oce­anu, któ­rzy przy­byli z Argen­tyny, Bra­zy­lii, Afryki Połu­dniowo-Zachod­niej, Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jesz­cze wiele razy łamały się szyki i Führer ści­skał ręce swych wiel­bi­cieli. Prze­marsz miał się zakoń­czyć po trzech godzi­nach, ale trwał pra­wie cztery. Gdy ostatni masze­ru­jący spor­towcy opu­ścili plac, publicz­ność porzu­ciła swe miej­sca na try­bu­nach, zale­wa­jąc cały teren wokół plat­formy z nazi­stow­skimi dygni­ta­rzami. Po raz kolejny falu­jący las wycią­gnię­tych rąk, tłum roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych kobiet i krzy­czą­cych dziew­cząt. Podium z nazi­stow­skimi przy­wód­cami sta­no­wiło jedyną wysepkę spo­koju i ładu pośród tego wzbu­rzo­nego morza entu­zja­zmu. Tłum z nie­chę­cią nieco się roz­stą­pił i Hitler zszedł ze swej try­buny. Uści­snął dło­nie inwa­li­dów wojen­nych na wóz­kach, po czym wsiadł do swego czar­nego kabrio­leta marki Mer­ce­des-Benz 770 rocz­nik 1937. Adolf Hitler opu­ścił plac Zam­kowy w Bre­slau "głę­boko poru­szony". Mini­ster pro­pa­gandy napi­sał, że Führer był "wielką nadzieją Niem­czy­zny" i "sym­bo­lem naszego naro­do­wego prze­bu­dze­nia". Jak stwier­dził, "było zaszczy­tem móc mu słu­żyć"6.

Tam­tego prze­raź­li­wie zim­nego stycz­nio­wego poranka Ulrich Fro­dien po raz kolejny zna­lazł się na placu Zam­ko­wym. Fosa miej­ska była zamar­z­nięta. Pia­sek na placu ape­lo­wym przy­kryła war­stwa śniegu. Teraz zgro­ma­dzono tam pojazdy woj­skowe, działa i kilka czoł­gów - dokład­nie w tym samym miej­scu, gdzie kie­dyś stała try­buna Hitlera.

Tydzień wcze­śniej polo­wał razem ze swym ojcem koło Doma­no­wic, wio­ski poło­żo­nej około trzy­dzie­stu kilo­me­trów na pół­noc od Bre­slau. Liczący już osiem­na­ście lat gre­na­dier pan­cerny docho­dził do zdro­wia po tym, jak jesie­nią poprzed­niego roku na fron­cie wschod­nim eks­plo­zja poci­sku arty­le­ryj­skiego zgru­cho­tała mu udo, pozo­sta­wia­jąc odłamki w gło­wie i klatce pier­sio­wej. Fro­dien na­dal kur­czowo trzy­mał się wątłej nadziei, że ta wojna może jesz­cze zakoń­czyć się korzyst­nie dla Nie­miec. Jego ojciec, lekarz, mógł tylko kpić z naiw­nego opty­mi­zmu Ulri­cha i mu współ­czuć. Na razie wojna nie tknęła jesz­cze tej wiej­skiej sie­lanki, pozo­sta­ją­cej z dala od ponu­rych wia­do­mo­ści z frontu, które przy­no­siły gazety każ­dego dnia. Miesz­kań­com Doma­no­wic "wyda­wało się zawsze, że front jest gdzieś na dru­gim końcu świata". Teraz jed­nak wszy­scy mówili o nowej rosyj­skiej ofen­sy­wie roz­po­czę­tej z przy­czółka pod Bara­no­wem, leżą­cego ponad trzy­sta kilo­me­trów dalej na wschód. Jak podano w komu­ni­ka­cie nie­miec­kich sił zbroj­nych, radziec­kie czo­łówki pan­cerne minęły już słynny klasz­tor na Świę­tym Krzyżu koło Kielc. Te wia­do­mo­ści naj­wy­raź­niej zmro­ziły ojca Fro­diena, który posta­no­wił natych­miast wra­cać do Bre­slau.

W tam­ten wto­rek 23 stycz­nia 1945 roku nasto­letni Ulrich Fro­dien zmie­rzał w kie­runku cen­trum Bre­slau. Od trzech dni wro­cław­skie dworce kole­jowe były dosłow­nie sztur­mo­wane przez ludzi chcą­cych wydo­stać się z mia­sta. Panikę powięk­szały jesz­cze alar­mu­jące komu­ni­katy ogła­szane przez bli­sko tysiąc gło­śni­ków ulicz­nych zamon­to­wa­nych w sto­licy Ślą­ska przed Świę­tem Sportu w 1938 roku, które w następ­nych latach słu­żyły do ogła­sza­nia kolej­nych trium­fów Trze­ciej Rze­szy. "Kobiety i dzieci mają wyjść z mia­sta pie­szo w kie­runku na Opo­rów i Kąty Wro­cław­skie" - wzy­wał meta­licz­nie brzmiący głos, doda­jąc przy tym uspo­ka­ja­jąco - "Nie ma powodu do trwogi ani paniki"7. Męż­czyźni mieli póź­niej dołą­czyć do swych rodzin. Bre­slau został ogło­szony Festung, czyli twier­dzą, która miała być "bro­niona do ostat­niego czło­wieka".

Fro­die­no­wie nie zamie­rzali jed­nak w tym uczest­ni­czyć. Matka Ulri­cha i jego młod­szy brat Michael już wcze­śniej ucie­kli z Bre­slau. Ich ojciec rów­nież zamie­rzał do nich dołą­czyć i wysłał mło­dego kaprala do cen­trum, żeby spraw­dził, czy jest szansa, aby wyje­chać z mia­sta przez Dwo­rzec Świe­bodzki. Ulrich wyszedł z ich kom­for­to­wego miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze kamie­nicy przy ulicy cesa­rza Wil­helma, prze­mia­no­wa­nej przez nazi­stów na ulicę SA [Stur­mab­te­ilun­gen - Oddziały Sztur­mowe - przyp. tłum.], na cześć "bru­nat­nych koszul". Minął nasyp kole­jowy pil­no­wany przez dwóch pod­sta­rza­łych volks­stur­mi­stów uzbro­jo­nych w pan­cer­fau­sty. Prze­szedł przez plac Tau­ent­ziena (ob. plac Kościuszki), mija­jąc nale­żący do wytwórni fil­mo­wej UFA Teatr Tau­ent­ziena, w któ­rym mie­ściło się naj­więk­sze w mie­ście kino (ob. Dol­no­ślą­skie Cen­trum Fil­mowe). Wielki afisz nad wej­ściem rekla­mo­wał wyświe­tlany ostat­nio film Opfer­gang ("Wiel­kie poświę­ce­nie"), nakrę­cony na kolo­ro­wej taśmie melo­dra­mat opo­wia­da­jący histo­rię syna ham­bur­skiego poli­tyka sza­le­ją­cego z miło­ści do mło­dej kobiety. Fro­dien minął następ­nie dom han­dlowy Wer­the­ima (ob. Renoma), rów­nież naj­więk­szy w mie­ście, prze­mia­no­wany przez nazi­stów na AWAG, po ode­bra­niu go jego żydow­skim wła­ści­cie­lom. Prze­szedł skra­jem pustego placu, na któ­rym jesz­cze kilka lat wcze­śniej wzno­siła się wro­cław­ska Nowa Syna­goga, i dotarł do fosy miej­skiej, za którą mógł doj­rzeć plac Zam­kowy, przy­po­mi­na­jący mu tamtą lip­cową nie­dzielę w 1938 roku. "Opa­no­wał mnie głę­boki smu­tek i roz­pacz na myśl, że być może to wszystko poszło cał­kiem na darmo, nasza wiara w Niemcy, nasza wiara w ide­ały naro­do­wego socja­li­zmu, te nie­koń­czące się poświę­ce­nia i śmierć tak wielu towa­rzy­szy" - pisał potem we wspo­mnie­niach. Przez chwilę się zasta­na­wiał, czy nie zamel­do­wać się w pobli­skich kosza­rach i zacią­gnąć do pospiesz­nie for­mo­wa­nych Festung­skom­pa­nien - kom­pa­nii for­tecz­nych, do obsługi kara­bi­nów maszy­no­wych, któ­rych człon­ko­wie byli gotowi umrzeć za swoje rodzinne mia­sto. Rze­czy­wi­stość jed­nak szybko przy­wo­łała go do porządku, zmu­sza­jąc do rezy­gna­cji z podob­nych pla­nów. W całym ciele czuł pul­su­jący ból ze zgru­cho­ta­nego uda, zaban­da­żo­wa­nej głowy i pora­nio­nej klatki pier­sio­wej. Ulrich Fro­dien zdał sobie sprawę, że cho­ciaż ma dopiero osiem­na­ście lat, jest już "wra­kiem, zwy­czaj­nie nie­zdol­nym do reali­za­cji jakich­kol­wiek fan­ta­zji na temat boha­ter­skiego końca"8.

Ulrich Fro­dien i jego ojciec zamie­rzali uciec ze sto­licy Ślą­ska, zanim wokół mia­sta zamknie się pier­ścień okrą­że­nia. W naj­bliż­szych dniach miały umrzeć tysiące osób, które pod­jęły tę despe­racką próbę. Kolejne tysiące pole­gną, usi­łu­jąc wyko­nać zada­nie obrony mia­sta "do ostat­niego czło­wieka". Obrońcy twier­dzy mieli dotrzy­mać danego słowa. Festung Bre­slau będzie się bro­nić dłu­żej niż Kró­le­wiec, dłu­żej niż Gdańsk, dłu­żej niż Wie­deń, a nawet dłu­żej niż sama sto­lica Trze­ciej Rze­szy. Jed­nak Bre­slau i jego miesz­kańcy mieli zapła­cić strasz­liwą cenę za swój nie­ustę­pliwy upór. Co naj­mniej 6 tysięcy żoł­nie­rzy bro­nią­cych nad­odrzań­skiej twier­dzy pole­gło, a bli­sko 23 tysiące zostało ran­nych. Liczba ofiar wśród cywi­lów była jesz­cze więk­sza. Być może zgi­nęło ich nawet 80 tysięcy. Mia­sto, które znali, w któ­rym dora­stali, mia­sto, w któ­rym feto­wali Hitlera i jego klikę, mia­sto, które do 1945 roku było prak­tycz­nie nie­tknięte przez wojnę, prze­stało ist­nieć. Dwie trze­cie prze­my­słu ule­gło znisz­cze­niu. Sie­dem na dzie­sięć szkół śred­nich legło w gru­zach. Dwa na trzy budynki w mie­ście nie nada­wały się do zamiesz­ka­nia. Bli­sko trzy­sta kilo­me­trów ulic i dróg było nie­prze­jezd­nych - pokry­wało je ponad 8 milio­nów metrów sze­ścien­nych gruzu i popiołu. Osiem­dzie­siąt pro­cent linii kole­jo­wych i tram­wa­jo­wych było znisz­czo­nych. Wszyst­kie linie elek­tryczne i sie­dem­dzie­siąt pro­cent linii tele­fo­nicz­nych było zerwa­nych.

Koniec wojny nie przy­niósł jed­nak wyba­wie­nia. Nie­mieccy miesz­kańcy Bre­slau mieli być wypę­dzeni ze swo­ich domów, wypę­dzeni ze swego mia­sta i wywie­zieni na zachód. Ich mia­sto miało się ponow­nie odro­dzić, jed­nak odbu­do­wane nie przez Niem­ców, ale przez Pola­ków, już nie jako Bre­slau, lecz Wro­cław.

Taka była cena, jaką zapła­ciła ostat­nia twier­dza Hitlera.

Gmach przy ulicy Krup­ni­czej był sie­dzibą pro­win­cjo­nal­nego Sejmu Ślą­skiego do 1897 r., dwa lata póź­niej budy­nek ten stał się sie­dzibą Ślą­skiego Muzeum Rze­mio­sła Arty­stycz­nego i Sta­ro­żyt­no­ści, które funk­cjo­no­wało tam aż do 1945 r. Gmach został wysa­dzony w powie­trze w cza­sie oblę­że­nia Festung Bre­slau i obec­nie nie ist­nieje. W tym miej­scu budo­wane jest Naro­dowe Forum Muzyki (przyp. tłum.). [wróć]

Roz­dział 1

Szczę­śliwe połą­cze­nie

Wojna na fron­cie wschod­nim zacznie mnie inte­re­so­wać dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosja­nie poja­wią się przed Namy­sło­wem.

gau­le­iter Karl Hanke

Odej­ście sta­rego roku i nadej­ście nowego zawsze było dla wro­cła­wian powo­dem do świę­to­wa­nia. Przed pół­nocą miesz­kańcy mia­sta gro­ma­dzili się na Rynku, napły­wa­jąc tam naj­pierw wąską strużką, a potem sze­ro­kim stru­mie­niem, aby w napię­ciu ocze­ki­wać, aż zegar na wieży Ratu­sza wybije godzinę dwu­na­stą. Wtedy po całym Rynku odbi­jały się echem okrzyki "Pro­sit Neu­jahr!" ("Szczę­śli­wego Nowego Roku!"). Z wieży ratu­szo­wej wybrzmie­wały chó­ralne fan­fary. Z oddali było rów­nież sły­chać bicie dzwo­nów z kościo­łów św. Elż­biety i św. Marii Mag­da­leny. Jesz­cze przez około pięt­na­stu minut tłum drep­tał po placu, a następ­nie zaczy­nał się roz­cho­dzić ale­jami i uli­cami pro­wa­dzą­cymi z Rynku do poszcze­gól­nych dziel­nic. Nie­któ­rzy uda­wali się następ­nie do licz­nych wro­cław­skich restau­ra­cji i piwiarni, ale więk­szość wra­cała do domów.

Od kiedy się­gano pamię­cią, miesz­kańcy Bre­slau świę­to­wali Silve­ster­nacht (noc syl­we­strową) wła­śnie w taki spo­sób. Ale syl­we­ster w 1944 roku był inny. Więk­szość wro­cła­wian posta­no­wiła tym razem pozo­stać w domu. W napię­ciu ocze­ki­wali na nadej­ście pół­nocy, ale tym razem cze­kali nie na dzwony kościo­łów św. Elż­biety i św. Marii Mag­da­leny, ale na słowa swego wodza. Wielu liczyło na to, że na zakoń­cze­nie tego jed­nego z naj­mrocz­niej­szych lat w dzie­jach Rze­szy Führer być może da im jakąś nadzieję, a może nawet jakiś powód do tego, aby z więk­szą pew­no­ścią sie­bie spoj­rzeć w przy­szłość.

Pięt­na­sto­letni Peter Ban­nert sie­dział na świą­tecz­nej kola­cji ze swo­imi nowo pozna­nymi przy­ja­ciółmi w budynku daw­nej szkoły na skraju cen­trum mia­sta. Ban­nert przy­był w pierw­szych dniach grud­nia 1944 roku do sto­licy Ślą­ska z Bystrzycy Kłodz­kiej - małego mia­steczka leżą­cego około 90 kilo­me­trów na połu­dnie od Bre­slau, na wezwa­nie regio­nal­nego kie­row­nic­twa Hitler­ju­gend. Orga­ni­za­cja nadała Ban­nertowi impo­nu­jący tytuł Kriegseinsatzführer - "wódz służby wojen­nej". Rze­czy­wi­stość była jed­nak znacz­nie mniej impo­nu­jąca: spra­wo­wa­nie pie­czy nad maga­zy­nami mun­du­rów i wypo­sa­że­nia na całym Ślą­sku. Był jed­nym z osiem­na­stu uczniów zakwa­te­ro­wa­nych w sta­rej szkole przy ulicy Ander­sena (ob. Mło­dych Tech­ni­ków), prze­kształ­co­nej w tym­cza­sowe koszary dla mło­dych ludzi powo­ła­nych do służby dla Rze­szy. Chłop­cami opie­ko­wała się dwu­dzie­sto­let­nia blon­dynka, która ze swo­imi wło­sami w kolo­rze lnu upię­tymi na nie­miecką modłę "sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie aryj­skiej kobiety". Kobieta trosz­czyła się o ich wyży­wie­nie i noc­leg. Dzi­siaj urzą­dziła im praw­dziwą ucztę, aby uczcić odej­ście sta­rego, 1944 roku.

W swo­jej willi leżą­cej nad Bogen­see, jezio­rem poło­żo­nym około 20 kilo­me­trów na pół­noc od Ber­lina, Joseph Goeb­bels dziel­nie wal­czył z pie­czoną gęsią leżącą na jego tale­rzu, usi­łu­jąc pokroić ją na moż­liwe do prze­łknię­cia kawałki. Nad świą­tecz­nym sto­łem zapa­dła nie­zręczna cisza, gdy goście mini­stra pro­pa­gandy Rze­szy zma­gali się z pode­szwo­wa­tymi pla­strami pie­czo­nego dro­biu. Wśród zgro­ma­dzo­nych przy stole był jego sekre­tarz Wil­fred von Oven, żona ulu­bio­nego pro­jek­tanta mody i sce­no­grafa nazi­stów Benno von Arenta oraz gau­le­iter Dol­nego Ślą­ska Karl Hanke. W końcu mil­cze­nie prze­rwał pan domu: "Powiedz mi, moja droga, czy twoje gęsie udko jest tak samo nie­wia­ry­god­nie twarde jak moje". Dow­cip wyraź­nie roz­luź­nił atmos­ferę i przy stole wywią­zała się żywa dys­ku­sja. Hanke odparł, że to dobrze świad­czy o zaopa­trze­niu Nie­miec w żyw­ność, że w szó­stym roku wojny taka stara gęś jesz­cze się ucho­wała i mogła być podana na stół.

Następ­nie gospo­da­rze i goście wró­cili do jadalni, aby zasiąść przed komin­kiem. Joseph Goeb­bels był zado­wo­lony, że rok 1944 dobiega już końca - "naj­gor­szy rok w całym moim życiu. Mam nadzieję, że los oszczę­dzi nam kolej­nego takiego roku". Karl Hanke zapew­nił go, że tak wła­śnie się sta­nie. Zmo­bi­li­zo­wał cały swój dol­no­ślą­ski Gau do budowy gęstej sieci umoc­nień skła­da­ją­cej się z oko­pów i rowów prze­ciw­czoł­go­wych. "Lud­ność na wscho­dzie jest prze­ko­nana, że zdo­łamy powstrzy­mać zbli­ża­jącą się ofen­sywę Sowie­tów". Tuż przed wybi­ciem pół­nocy radio pod­krę­cono na mak­sy­malną gło­śność, a służba przy­nio­sła kilka bute­lek szam­pana. Z gło­śnika popły­nął głos star­szego aktora cha­rak­te­ry­stycz­nego Hein­ri­cha Geo­rge'a, który odczy­tał testa­ment poli­tyczny Carla von Clau­se­witza. Gdy Geo­rge doszedł do ostat­niego zda­nia - "Tylko wtedy poczuję szczę­ście, gdy znajdę chwa­lebny koniec we wspa­nia­łej walce o wol­ność i god­ność Ojczy­zny" - jego słowa zlały się z dźwię­kami hymnu naro­do­wego gra­nego na skrzyp­cach. Dwa­na­ście ude­rzeń zegara oznaj­miło koniec 1944 roku. Wraz z ostat­nim ude­rze­niem zaczął bić dzwon kate­dry w Kolo­nii i chór zain­to­no­wał O Deutsch­land hoch in Ehren. Goeb­bels i jego goście wstali z miejsc. Frau Goeb­bels zaczęła pła­kać. Wszy­scy wznie­śli kie­liszki i zaczęli skła­dać sobie nawza­jem życze­nia.

Naje­dzony sycą­cym posił­kiem Peter Ban­nert słu­chał jedy­nej swo­jej roz­rywki tam­tego wie­czoru - wzru­sza­ją­cych prze­mó­wień star­szego przy­wódcy Hitler­ju­gend, który był narze­czo­nym ich opie­kunki. Mło­dzi ludzie czy­tali sobie wier­sze Nie­tz­schego i frag­menty z Mein Kampf. "Nie rozu­mia­łem ich tre­ści, ale poru­sza­jące słowa wzbu­dziły we mnie prze­ra­że­nie". Nie­wielka grupka wychy­liła kilka lam­pek wina. Nagle ich lider sko­czył na równe nogi, wycią­gnął pisto­let i wrza­snął: "Będę bro­nił mojej narze­czo­nej i samego sie­bie przed Rosja­nami tą bro­nią!". Nikt nie ode­zwał się ani sło­wem. Ciszę prze­rwało bicie kościel­nych dzwo­nów ozna­cza­jące pół­noc9.

Z radia dobie­gły dźwięki ulu­bio­nego przez Hitlera Baden­we­iler Marsch, a następ­nie, pięć minut po pół­nocy, prze­mó­wił sam Führer. Przez następne pół godziny było to raczej sto­no­wane - cho­ciaż Goeb­bels wolał nazy­wać je "moc­nym i zde­cy­do­wa­nym" - wystą­pie­nie Adolfa Hitlera do wła­snego narodu. Nie dawał swoim roda­kom żad­nej otu­chy, żad­nych kon­kre­tów, żad­nej nadziei na "cudowną broń". Zapew­nił ich tylko, że Niemcy nie prze­grają tej wojny, gdyż nie mogą jej prze­grać. "Naród, który doko­nuje tak wielu nie­wia­ry­god­nych rze­czy na fron­cie i na tyłach, naród, który cierpi i znosi tak wiele strasz­nych rze­czy, nie może zgi­nąć"10.

Adolf Hitler miał rację. Naród nie­miecki nie miał zgi­nąć w 1945 roku. Ale wiele nie­mieckich miast cze­kał taki wła­śnie los: w Ber­li­nie jeden na pięć wszyst­kich budyn­ków - co drugi w cen­trum mia­sta - ule­gnie znisz­cze­niu; w Dreź­nie, któ­rego nazwa sta­nowi syno­nim znisz­cze­nia, dwa na pięć budyn­ków miało lec w gru­zach; w Ham­burgu ten sto­su­nek wyno­sił trzy na pięć. Było i takie mia­sto, w któ­rym znisz­czo­nych zostało sie­dem na dzie­sięć domów. Tym mia­stem był Bre­slau.

Uważa się, że nazwa mia­sta pocho­dzi od Wra­ty­sława I, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że to miej­sce było zamiesz­kane na długo wcze­śniej, zanim Czesi objęli je w posia­da­nie. Ludzie osie­dlili się tutaj, ponie­waż w tym miej­scu rzeka była moż­liwa do prze­kro­cze­nia, gdyż roz­dzie­lała się na wiele węż­szych odnóg two­rzą­cych kil­ka­na­ście wyse­pek, a ponadto krzy­żo­wały się w tym miej­scu dwa sta­ro­żytne szlaki han­dlowe, czyli Bursz­ty­nowy Szlak pro­wa­dzący od Bał­tyku do Adria­tyku oraz Via Regia (Droga Kró­lew­ska) wio­dąca z Nad­re­nii na Śląsk. Wra­ty­sław praw­do­po­dob­nie wybu­do­wał lub w inny spo­sób przy­czy­nił się do powsta­nia grodu na jed­nej z wyse­pek przy pra­wym brzegu Odry. Na prze­ło­mie X i XI wieku zie­mie te prze­szły spod pano­wa­nia cze­skiego pod wła­dzę two­rzą­cego się w tym okre­sie pań­stwa pol­skiego i Wro­cław, jak wtedy zwano ten gród, zaczął się coraz bar­dziej roz­ra­stać, osią­ga­jąc w tym okre­sie liczbę około tysiąca miesz­kań­ców i sta­jąc się sie­dzibą biskup­stwa1. W ten spo­sób Wro­cław prze­szedł pod pano­wa­nie Pola­ków, a ści­ślej bio­rąc dyna­stii pia­stow­skiej, na kolejne trzy stu­le­cia. Dla nazi­stow­skich histo­ry­ków klu­czowy moment w histo­rii mia­sta sta­no­wił jed­nak rok 1241, w któ­rym nastą­pił najazd mon­gol­ski. Miesz­kańcy grodu ucie­kli wtedy przed najeźdź­cami na zachód albo schro­nili się na oto­czo­nych wałami wysep­kach, spa­liw­szy wcze­śniej pod­gro­dzie. Mon­go­ło­wie krótko oble­gali Wro­cław, aby następ­nie ruszyć dalej na zachód, zmie­rza­jąc do samego serca Europy2. Na polach pod Legnicą starli się z woj­skami dowo­dzo­nymi przez księ­cia ślą­skiego Hen­ryka Poboż­nego. Ta bitwa i śmierć Hen­ryka Poboż­nego stała się w XX wieku ele­men­tem nazi­stow­skiej mito­lo­gii - hitle­row­ska pro­pa­ganda będzie czę­sto porów­ny­wać najazd mon­gol­ski do "azja­tyc­kich hord" z 1945 roku. W rze­czy­wi­sto­ści bitwa pod Legnicą zakoń­czyła się pogro­mem wojsk chrze­ści­jań­skich oraz śmier­cią ich wodza, któ­rego głowę zatknęli na pice i poka­zy­wali potem obroń­com Legnicy, chcąc ich zastra­szyć i zmu­sić do pod­da­nia grodu. Mon­go­ło­wie jed­nak nie posu­nęli się dalej na zachód, cho­ciaż było to raczej skut­kiem wewnętrz­nych kon­flik­tów, które wybu­chły wtedy w ogrom­nym impe­rium mon­gol­skim, niż męż­nej postawy Hen­ryka Poboż­nego i jego ryce­rzy. Nie­mniej jed­nak ste­powi najeźdźcy zawró­cili na wschód.

W 1241 roku Wro­cław został znisz­czony, aby odro­dzić się na nowo. Dla nazi­stów rok 1241 ozna­czał naro­dziny nie­miec­kiego Bre­slau3 i w 1941 roku obcho­dzili uro­czy­ście 700. rocz­nicę tego wyda­rze­nia. Zda­niem histo­ry­ków z Trze­ciej Rze­szy w następ­stwie najazdu mon­gol­skiego "Bre­slau został odbu­do­wany przez nie­miec­kich osad­ni­ków jako nie­miec­kie mia­sto, przyj­mu­jąc wtedy nazwę, którą nosi do dzi­siaj"11. Języ­kami obo­wią­zu­ją­cymi w mie­ście stały się łacina i nie­miecki4. Serce Bre­slau prze­nio­sło się z pra­wego brzegu Odry na lewy. Wielki plac tar­gowy - Rynek - stał się cen­trum nowo fun­do­wa­nego mia­sta; na miej­scu sta­rego grodu wyro­sła kate­dra, z nie­miecka zwana Dom (Tum), a wyspa, na któ­rej się wzno­siła, zyskała nazwę Domin­sel (Ostrów Tum­ski)5. W następ­nych wie­kach Bre­slau roz­kwi­tał dzięki han­dlowi mię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem - na jego tar­go­wi­skach han­dlo­wano towa­rami z Nider­lan­dów, Węgier, Rusi, połu­dnio­wych Nie­miec, Prus i Pol­ski - prze­kształ­ca­jąc się w wiel­kie śre­dnio­wieczne mia­sto i zysku­jąc sobie dzięki temu miano "Kwiatu Europy" (Blume Euro­pas), jak nazwał je sie­dem­na­sto­wieczny ślą­ski histo­ryk Nico­laus Henel von Hen­nen­feld. Ten "kwiat" mógł się poszczy­cić licz­nymi kościo­łami - dwu­wie­żową obec­nie kate­drą wybu­do­waną w okre­sie od XIV do XVI wieku, kościo­łem św. Elż­biety z naj­wyż­szą wieżą w mie­ście, gotyc­kim kościo­łem Naj­święt­szej Marii Panny na Pia­sku, impo­nu­ją­cym kościo­łem Świę­tego Krzyża z jego stro­mym dachem i trzema nawami. W mie­ście był rów­nież uni­wer­sy­tet6 i biblio­teka prze­cho­wu­jąca mapy, manu­skrypty oraz naj­star­szą wydru­ko­waną w mie­ście książkę, to jest Sta­tuta Syno­da­lia Epi­sco­po­rum Wra­ti­sla­vien­sium7. Na Rynku wyrósł w tym cza­sie inny sym­bol mia­sta, jakim jest do dzi­siaj Stary Ratusz. Budo­wano go przez ponad dwie­ście lat, a jego cha­rak­te­ry­styczna syl­wetka z czer­wo­nej cegły z wyjąt­kowo ozdob­nym wschod­nim szczy­tem z zega­rem astro­no­micz­nym i licz­nymi wie­życz­kami sta­nowi jeden z naj­wspa­nial­szych przy­kła­dów archi­tek­tury póź­nego gotyku. Na jego połu­dnio­wej fasa­dzie znaj­dują się dwa wyku­sze ozdo­bione scen­kami rodza­jo­wymi przed­sta­wia­ją­cymi życie w mie­ście w XV wieku, z kolei nad zachod­nią stroną budynku domi­nuje licząca nie­mal sie­dem­dzie­siąt metrów wieża ratu­szowa. Poni­żej, w wiel­kich pod­zie­miach ratu­sza zna­ko­mi­cie pro­spe­ro­wała naj­słyn­niej­sza gospoda w Bre­slau - Piw­nica Świd­nicka.

Mia­sto roz­kwi­tało, cho­ciaż w kolej­nych wie­kach jego władcy zmie­niali się dosyć czę­sto: Korona Cze­ska od 1335 do 1526 roku, następ­nie ponad­dwu­stu­let­nie pano­wa­nie Habs­bur­gów i wresz­cie Prusy od 1741 roku do czasu zjed­no­cze­nia Nie­miec 130 lat póź­niej. Pru­sacy pod­stę­pem, w zasa­dzie bez walki, zajęli Bre­slau w cza­sie pierw­szej wojny ślą­skiej, a w póź­niejszych latach mia­sto dwu­krot­nie było zaj­mo­wane przez obcych najeźdź­ców: naj­pierw Austria­ków w cza­sie wojny sied­mio­let­niej, a potem przez armię napo­le­oń­ską na początku 1807 roku, po krót­kim, ale krwa­wym oblę­że­niu, w wyniku któ­rego więk­szość przed­mieść leżą­cych poza murami miej­skimi ule­gła znisz­cze­niu. Aby unie­moż­li­wić w przy­szło­ści obronę Bre­slau, Napo­leon naka­zał zbu­rzyć ota­cza­jące mia­sto for­ty­fi­ka­cje. Bre­slau stra­cił mury obronne, ale nie utra­cił ducha. Sześć lat póź­niej, gdy pano­wa­nie Napo­leona zachwiało się w posa­dach po jego klę­sce w Rosji, Bre­slau stał się zaląż­kiem ogól­no­nie­miec­kiej rewolty prze­ciwko fran­cu­skiej oku­pa­cji. Ser­cem powsta­nia był miej­scowy uni­wer­sy­tet. Od barw noszo­nych przez ślą­skich ochot­ni­ków, któ­rzy chwy­cili wtedy za broń - czar­nego, czer­wo­nego i zło­tego - pocho­dzą kolory obec­nej flagi naro­do­wej Nie­miec. Z pałacu kró­lew­skiego w Bre­slau król pru­ski Fry­de­ryk Wil­helm III wydał swój legen­darny apel An mein Volk ("Do mojego ludu"), który zna­ko­mi­cie uchwy­cił kli­mat nie­miec­kiej "wojny wyzwo­leń­czej" 1813 roku. Król zwra­cał się do swo­ich pod­da­nych sło­wami: "To jest nasza ostat­nia, decy­du­jąca walka, jaką musimy sto­czyć o nasze ist­nie­nie, naszą nie­pod­le­głość, naszą pomyśl­ność. Nie ma innego wyj­ścia niż hono­rowy pokój albo pełen chwały upa­dek".

W cza­sie gdy Fry­de­ryk Wil­helm III wydał ten apel, Bre­slau liczył około 70 tysięcy miesz­kań­ców i szybko się roz­wi­jał. Po zbu­rze­niu murów miej­skich mia­sto zaczęło się roz­ra­stać poza swoje dotych­cza­sowe gra­nice. Sze­ro­kie pro­me­nady, parki miej­skie i piękne kamie­nice zdo­mi­no­wały Przed­mie­ście Świd­nic­kie leżące na połu­dnie od Sta­rego Mia­sta, pod­czas gdy Przed­mie­ście Miko­łaj­skie na zacho­dzie zdo­mi­no­wały "wyso­kie kominy fabryczne i zgiełk maszyn"12. Zanim jesz­cze w latach czter­dzie­stych XIX wieku do mia­sta dotarła kolej żela­zna (impo­nu­jący Dwo­rzec Główny został zbu­do­wany dekadę póź­niej na ówcze­snym połu­dnio­wym skraju mia­sta), Got­t­fried Linke zdą­żył już zbu­do­wać w swo­ich zakła­dach pierw­sze sto wago­nów kole­jo­wych. W mie­ście naro­dził się prze­mysł włó­kien­ni­czy. Poja­wiły się zakłady pro­du­ku­jące sil­niki parowe, wyko­rzy­sty­wane następ­nie w ślą­skich kopal­niach węgla, fabry­kach, bro­wa­rach, rafi­ne­riach naf­to­wych, gazow­niach i rodzą­cym się prze­my­śle che­micz­nym. Ponadto roz­wi­jał się prze­mysł odzie­żowy (samych przed­się­biorstw pro­du­ku­ją­cych słom­kowe kape­lu­sze było trzy­dzie­ści) i meblowy, a nad brze­gami Odry wyro­sły papier­nie. Powsta­nie linii kole­jo­wych i indu­stria­li­za­cja skut­ko­wały napły­wem siły robo­czej ze wsi. W 1840 roku liczba miesz­kań­ców Bre­slau prze­kro­czyła 100 tysięcy. Po upły­wie następ­nych 30 lat podwo­iła się, aby jesz­cze raz podwoić się na prze­ło­mie XIX i XX wieku. Lud­ność mia­sta była dosyć kosmo­po­li­tyczna: miesz­kała tu liczna spo­łecz­ność żydow­ska, a na każ­dych stu Niem­ców przy­pa­dało trzech Pola­ków. Miesz­kańcy mia­sta kształ­cili się w stale rosną­cej sieci szkół publicz­nych, a od 1910 roku mogli rów­nież stu­dio­wać na miej­sco­wej Wyż­szej Szkole Tech­nicz­nej (ob. Poli­tech­nika Wro­cław­ska). Trans­port publiczny zapew­niała roz­le­gła sieć tram­wa­jowa, która połą­czyła oba brzegi Odry dzięki wybu­do­wa­niu wielu nowych mostów. O potrzeby ciała dbano w licz­nych nowo wybu­do­wa­nych szpi­ta­lach, a potrzeby duchowe miały być zaspo­ka­jane w nowych świą­ty­niach ewan­ge­lic­kich - neo­go­tyc­kim kościele pod wezwa­niem Mar­cina Lutra z bli­sko stu­me­trową wieżą wzno­szącą się ponad Przedmie­ściem Świd­nic­kim i nieco mniej ponu­rym kościele św. Jana (ob. kato­licki kościół św. Augu­styna) w poło­żo­nej na połu­dniu mia­sta dziel­nicy Borek. Wro­cła­wia­nie mogli oglą­dać swoją metro­po­lię z wież wspo­mnia­nych kościo­łów jak rów­nież ze szczytu liczą­cej pra­wie pięć­dzie­siąt metrów wyso­ko­ści wieży ciśnień na Borku lub z wieży wido­ko­wej cesa­rza Wil­helma I (ob. nie ist­nieje) w Lesie Oso­bo­wic­kim na pół­noc od mia­sta. W sto­licy Ślą­ska można było liczyć na roz­rywkę zarówno eli­tarną - przed­sta­wie­nia ope­rowe w gma­chu nowego Teatru Miej­skiego, festi­wale śpie­wa­cze, muzea i powsta­jące jak grzyby po desz­czu parki miej­skie; jak i masową - teatry roz­ma­ito­ści, takie jak Vik­to­ria, cyrk, ogród zoo­lo­giczny i od 1900 roku pierw­sze kina. Te wszyst­kie atrak­cje być może nieco odwra­cały uwagę mas pra­cu­ją­cych od codzien­nych tru­dów życia w dziel­ni­cach bie­doty, w któ­rych aż do lat trzy­dzie­stych XX wieku pano­wały strasz­liwe warunki. Bogaci i biedni miesz­kańcy Bre­slau, podob­nie jak w całej Rze­szy, zjed­no­czyli się w 1913 roku, świę­tu­jąc setną rocz­nicę wyzwo­le­nia Nie­miec spod napo­le­oń­skiego jarzma. Z tej oka­zji w sto­licy Ślą­ska otwarto nowe wiel­kie tereny wysta­wowe w pół­nocno-wschod­niej czę­ści mia­sta. Były tam pawi­lony, ogrody, sztuczny staw z per­golą i sta­no­wiąca serce tego kom­pleksu Hala Stu­le­cia z ogromną kopułą, która w tam­tym cza­sie była naj­więk­szym na świe­cie budyn­kiem żel­be­to­wym. Ten mogący pomie­ścić na try­bu­nach nawet do 10 tysięcy osób obiekt miał od tej pory słu­żyć do orga­ni­zo­wa­nia zawo­dów spor­to­wych, przed­sta­wień teatral­nych, tar­gów prze­mysłowych i wie­ców poli­tycz­nych.

W cere­mo­nii otwar­cia hali uczest­ni­czyło 6 tysięcy osób. Bli­sko 100 tysięcy ludzi odwie­dziło wystawę zor­ga­ni­zo­waną z tej oka­zji wokół budynku. Jed­nak ucie­le­śniane przez Halę Stu­le­cia nadzieje na dal­szy roz­wój mia­sta legły w gru­zach osiem­na­ście mie­sięcy póź­niej wraz z wybu­chem wojny świa­to­wej. W cza­sie pokoju Bre­slau sta­no­wił sie­dzibę dowódz­twa VI Kor­pusu Armij­nego, który latem 1914 roku w ramach nie­miec­kiej 4. Armii prze­ma­sze­ro­wał przez pół­nocny Luk­sem­burg, aby następ­nie skrę­cić w lewo i dotrzeć w pobliże Marny. Pole­gli w tym nie­uda­nym natar­ciu na Paryż byli pierw­szymi z około 10 tysięcy wro­cła­wian, któ­rzy oddali życie na fron­tach wiel­kiej wojny. Ta ogól­no­eu­ro­pej­ska pożoga wyma­gała jed­nak rów­nie wiel­kich poświę­ceń od lud­no­ści cywil­nej na tyłach. W ciągu następ­nych czte­rech lat ceny miały wzro­snąć o bli­sko 400 pro­cent. Ponad połowa szkół w Bre­slau została zare­kwi­ro­wana na cele woj­skowe. Fabryka loko­mo­tyw Got­t­frieda Lin­kego - prze­mia­no­wana już na Linke-Hof­mann - prze­sta­wiła się na pro­duk­cję samo­lo­tów roz­po­znaw­czych, myśliw­skich, a w końcu rów­nież gigan­tycz­nych czte­ro­sil­ni­ko­wych bom­bow­ców. W zakła­dach tych korzy­stano mię­dzy innymi z pracy jeń­ców wojen­nych, co powtó­rzy się także w następ­nym poko­le­niu. Pod koniec wojny wro­cła­wianie musieli zado­wa­lać się racjami żyw­no­ścio­wymi wyno­szą­cymi pół kilo­grama mięsa, pół litra mleka, dwa i pół kilo­grama ziem­nia­ków, kilo­gram jarzyn i ćwierć kilo­grama mąki na tydzień. Taki był ofi­cjalny przy­dział dla każ­dego oby­wa­tela Rze­szy, jed­nak w Bre­slau rzadko uda­wało się speł­nić nawet te nie­zwy­kle skromne normy. Pra­wie połowa lud­no­ści mia­sta była zmu­szona korzy­stać z dar­mo­wych gar­kuchni pomocy spo­łecz­nej. Osła­bieni nie­do­sta­teczną dietą miesz­kańcy byli nara­żeni na głód, gruź­licę, a w ostat­nich mie­sią­cach 1918 roku rów­nież na skutki glo­bal­nej pan­de­mii grypy "hisz­panki", która w swoim szczy­to­wym momen­cie w ciągu jed­nego mie­siąca zabiła około 1000 miesz­kań­ców Bre­slau.

Jesz­cze przed zawar­ciem zawie­sze­nia broni 11 listo­pada 1918 roku wro­cła­wia­nie oba­lili resztki rzą­dów kaj­zera Wil­helma II. Wszelka wła­dza w mie­ście zała­mała się. Żoł­nie­rze zamiast tłu­mić pro­te­sty spo­łeczne, sami się do nich przy­łą­czali. 9 listo­pada cesarz abdy­ko­wał i wła­dzę w Bre­slau objęła Rada Ludowa zło­żona z socja­li­stów i libe­ra­łów. Jej przy­wódca Paul Löbe okre­ślił te wyda­rze­nia mia­nem "cichej rewo­lu­cji. Nie poświę­cono ani jed­nego życia ludz­kiego i nie było żad­nych znisz­czeń"13.

O ile prze­bieg rewo­lu­cji listo­pa­do­wej 1918 roku w Bre­slau był bez­kr­wawy, o tyle wyda­rze­nia, które nastą­piły póź­niej w regio­nie, już takie nie były. Punk­tem zapal­nym oka­zał się Górny Śląsk. Był to jeden z głów­nych okrę­gów prze­my­sło­wych w kraju, zapew­nia­jący jedną czwartą wydo­by­cia węgla, 80 pro­cent pro­duk­cji cynku i jedną trze­cią oło­wiu w Niem­czech. Jed­nak dwie trze­cie miesz­kań­ców tego regionu sta­no­wili Polacy, któ­rzy pra­gnęli przy­łą­czyć się do wła­śnie odro­dzo­nego pań­stwa pol­skiego. Przy­wódcy państw Ententy zgro­ma­dzeni na kon­fe­ren­cji poko­jo­wej w Paryżu opo­wie­dzieli się za zor­ga­ni­zo­wa­niem ple­bi­scytu w celu okre­śle­nia dal­szego losu Gór­nego Ślą­ska, ale pol­ska lud­ność tej pro­win­cji nie zamie­rzała na to cze­kać. W sierp­niu 1919 roku strajk powszechny prze­ro­dził się w powsta­nie zbrojne, które jed­nak trwało zale­d­wie tydzień. Do jego stłu­mie­nia skie­ro­wano bli­sko 20 tysięcy nie­miec­kich żoł­nie­rzy, któ­rzy bru­tal­nie wyko­nali wyzna­czone im zada­nie. Już po stłu­mie­niu powsta­nia roz­strze­lano 2500 jego uczest­ni­ków. Polacy ponow­nie wznie­cili powsta­nie dwa­na­ście mie­sięcy póź­niej i ponow­nie ponie­śli porażkę. Dopiero w marcu 1921 roku na Ślą­sku zdo­łano zor­ga­ni­zo­wać ple­bi­scyt. W wyniku mani­pu­la­cji władz nie­miec­kich więk­szość gło­su­ją­cych opo­wie­działa się za pozo­sta­niem obszaru ple­bi­scytowego w gra­ni­cach Nie­miec. Po sze­ściu peł­nych napię­cia tygo­dniach Górny Śląsk po raz kolejny eks­plo­do­wał. Trze­cie powsta­nie ślą­skie było naj­więk­sze, naj­dłuż­sze i naj­krwaw­sze. Około 70 tysięcy pol­skich "ochot­ni­ków" zajęło wschod­nią część Gór­nego Ślą­ska. Do walki z nimi wyru­szyło z kolei 25 tysięcy "ochot­ni­ków" nie­miec­kich. W zacię­tych wal­kach, zwłasz­cza w rejo­nie Góry Świę­tej Anny wzno­szą­cej się na wyso­kość około 400 metrów na pra­wym brzegu Odry około 60 kilo­me­trów na zachód od Kato­wic, oddziały nie­miec­kie zaczęły zyski­wać prze­wagę. Zanim jed­nak Niemcy mogli wyko­rzy­stać powo­dze­nie, inter­we­nio­wała Ententa, wymu­sza­jąc latem 1921 roku zawar­cie trud­nego pokoju na Gór­nym Ślą­sku.

Miesz­kańcy Bre­slau wrogo zare­ago­wali na pol­skie powsta­nia na Gór­nym Ślą­sku. Latem 1920 roku w mie­ście zde­mo­lo­wano pol­ski kon­su­lat, szkołę i biblio­tekę oraz inne budynki nale­żące do pol­skich insty­tu­cji. Trzy czwarte Pola­ków miesz­ka­ją­cych do tej pory w Bre­slau ucie­kło wtedy z mia­sta. Poważne nie­po­koje w sto­licy Ślą­ska wywo­łał rów­nież skraj­nie pra­wi­cowy prze­wrót woj­skowy Kappa prze­pro­wa­dzony w marcu 1920 roku w Ber­li­nie. W odpo­wie­dzi na to wyda­rze­nie wro­cław­scy robot­nicy ogło­sili strajk gene­ralny. Pod pozo­rem zapro­wa­dze­nia ładu na ulice wypro­wa­dzono oddziały woj­skowe wspie­rane przez samo­chody pan­cerne. Puczy­ści aresz­to­wali rów­nież miej­sco­wego szefa poli­cji. Pre­zy­dent pro­win­cji Wol­fgang Jaenicke wzy­wał miesz­kań­ców mia­sta do zacho­wa­nia spo­koju: "Każda kro­pla krwi prze­lana tutaj przez Niem­ców wal­czą­cych z innymi Niem­cami będzie prze­lana nie­po­trzeb­nie"14. Pomimo apeli Jaenic­kego w cza­sie puczu Kappa w Bre­slau prze­lano nieco krwi, ale na Ślą­sku, tak jak w Ber­li­nie i innych czę­ściach Nie­miec, zamach stanu zała­mał się po tygo­dniu z powodu strajku gene­ral­nego zor­ga­ni­zo­wa­nego przez lewicę.

Bre­slau w latach dwu­dzie­stych XX wieku był mia­stem kon­tra­stów. Cho­ciaż w mie­ście czę­sto docho­dziło do zamie­szek i nie­po­ko­jów, zakłady Linke-Hof­mann co roku pro­du­ko­wały około 4 tysięcy loko­mo­tyw i wago­nów. Hiper­in­fla­cja w 1923 roku mocno ude­rzyła we wro­cław­ską gospo­darkę. We wrze­śniu tego roku za jed­nego dolara trzeba było już zapła­cić aż 10 milio­nów marek nie­miec­kich, a pod koniec tego samego mie­siąca kurs dolara sko­czył już do 160 milio­nów marek. Nie­miecka waluta dosłow­nie z godziny na godzinę tra­ciła na war­to­ści. Po raz kolejny wybu­chły zamieszki. Jed­no­cze­śnie zmie­niało się obli­cze Bre­slau: wybu­do­wano nowe potężne gma­chy komendy poli­cji oraz poczty cze­ko­wej. Na pół­nocno-wschod­nich obrze­żach mia­sta powstał roz­le­gły kom­pleks spor­towy. Tereny wysta­wowe wokół Hali Stu­le­cia gościły targi oraz słynną wystawę WuWa pre­zen­tu­jącą moder­ni­styczną archi­tek­turę oraz wystrój wnętrz. Mia­sto powięk­szało swój obszar, wchła­nia­jąc oko­liczne wio­ski lub budu­jąc nowe dziel­nice, takie jak "nowe mia­sto" na Sępol­nie, czy osie­dla robot­ni­cze na Popo­wi­cach i Westen­dzie [ob. zachod­nia część Szcze­pina - przyp. tłum.]. Pra­cu­jąc nad stwo­rze­niem nowego Bre­slau, rzą­dzący mia­stem socjal­de­mo­kraci - któ­rzy w wybo­rach w 1921 roku uzy­skali w mie­ście bli­sko połowę gło­sów - sta­rali się zatrzeć wszel­kie ślady daw­nego porządku. Most Cesar­ski (ob. most Grun­waldzki) został prze­mia­no­wany na most Wol­no­ści. Plac Cesa­rza Wil­helma I (ob. plac Powstań­ców Ślą­skich) nazwano pla­cem Pre­zy­denta Rze­szy, a plac Zam­kowy został nazwany pla­cem Repu­bliki. Z kolei ulica Zwie­rzy­niecka8 została nazwana imie­niem Frie­dri­cha Eberta, który był jed­nym z zało­ży­cieli Repu­bliki Weimar­skiej15. Te nazwy miały zresztą ponow­nie zostać zmie­nione po upły­wie dekady.

Po połu­dniu w ponie­dzia­łek 30 stycz­nia 1933 roku sze­ścio­letni wów­czas Ulrich Fro­dien sie­dział ze swoją matką na łóżku, obser­wu­jąc przez okno dwóch robot­ni­ków wywie­sza­ją­cych wielką flagę nad urzę­dem pocz­to­wym przy ulicy Cesa­rza Wil­helma I (ob. Powstań­ców Ślą­skich). Pod wpły­wem nagłego podmu­chu sztan­dar ze swa­styką zatrze­po­tał na wie­trze. Matka Fro­diena mocno go uści­snęła. "To cudowny dzień" - rze­kła do syna ze łzami w oczach. - "Dzień, który musisz na zawsze zapa­mię­tać, bo dzi­siaj zaczyna się dla Nie­miec nowa, zna­cze­nie lep­sza epoka. Nad­szedł wresz­cie kres biedy i nędzy tylu ludzi. Znowu zapa­nuje spra­wie­dli­wość. Otwiera się cudowna przy­szłość dla cie­bie - dla nas wszyst­kich"16.

Zale­d­wie pięć lat wcze­śniej tylko jeden na pię­ciu Wro­cła­wian popie­rał nazi­stów. Jed­nak Bre­slau ucier­piał bar­dziej niż więk­szość miast i mia­ste­czek w Niem­czech w wyniku wiel­kiego kry­zysu z prze­łomu lat dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych. Płace spa­dły. Bez­ro­bo­cie wzro­sło trzy­krot­nie. W stycz­niu 1933 roku jeden na dzie­się­ciu miesz­kań­ców Ślą­ska był bez pracy. Rodzi­nie Fro­die­nów wio­dło się zresztą znacz­nie lepiej niż więk­szo­ści zwy­kłych miesz­kań­ców Bre­slau - pan domu był bowiem leka­rzem. Jed­nak młody Ulrich na wła­sne oczy widział tra­giczne skutki wiel­kiego kry­zysu. "Ilu­zja "sza­lo­nych lat dwu­dzie­stych" doty­czyła tylko malut­kiej grupki osób żyją­cych w ber­liń­skim kotle cza­row­nic" - wspo­mi­nał po latach. Nie­mal połowa szkol­nych kole­gów Fro­diena "aż do pierw­szych opa­dów śniegu" cho­dziła do szkoły boso, wielu z nich było nie­do­ży­wio­nych, a więk­szość z nich mogła tylko poma­rzyć o wła­snym rowe­rze. Sze­ścio­la­tek zaprzy­jaź­nił się z chłop­cem, któ­rego rodzice byli bez­ro­botni i miesz­kali w sute­re­nie. Nie było tam żad­nych okien, a jedyne świa­tło wpa­dało przez kratkę umiesz­czoną tuż nad zie­mią; czwórka dzieci spała w jed­nym łóżku pod jed­nym wytar­tym kocem. Takie warunki były powszech­nie spo­ty­kane; pra­wie jedna piąta wszyst­kich miesz­kań w mie­ście skła­dała się tylko z jed­nej izby. Do takich wła­śnie ludzi zwra­cali się nazi­ści, odno­sząc na tym polu pełny suk­ces. Pla­katy roz­wie­szane jesie­nią 1932 roku w całym Bre­slau uka­zu­jące wynędz­niałą rodzinę bez­ro­bot­nych gło­siły: "Nasza ostat­nia nadzieja, Adolf Hitler!". W wybo­rach prze­pro­wa­dzo­nych wio­sną 1933 roku ponad połowa wro­cła­wian oddała swój głos na naro­do­wych socja­li­stów17.

Po obję­ciu przez Hitlera urzędu kanc­le­rza nazi­ści natych­miast przy­stą­pili do przej­mo­wa­nia peł­nej wła­dzy w Bre­slau. Sta­no­wi­ska w urzę­dach nad­pre­zy­denta pro­win­cji i bur­mi­strza szybko zostały zapeł­nione człon­kami par­tii nazi­stow­skiej, ale macki naro­do­wego socja­li­zmu wkrótce objęły swym zło­wro­gim uści­skiem wszyst­kie dzie­dziny życia. W admi­ni­stra­cji, na poczcie, na uni­wer­sy­te­cie, gdzie wykła­dowcy sła­wili cnoty "aryj­skiej" lite­ra­tury i sztuki, a stu­denci z zapa­łem wyrzu­cili do ognia bli­sko dzie­sięć tysięcy "brud­nych i hanieb­nych ksią­żek", aby "wyko­rze­nić nie-nie­miec­kiego ducha" i znisz­czyć dzieła, "które zatru­wają duszę narodu nie­miec­kiego"18. Lek­cje w szko­łach zaczy­nały się i koń­czyły hitle­row­skim pozdro­wie­niem, krzyże wiszące w kla­sach zostały zastą­pione por­tre­tami Führera, a ucznio­wie uczyli się o histo­rii swa­styki jako znaku mają­cego bli­sko pięć tysięcy lat. Czczono każdą rocz­nicę waż­nych wyda­rzeń z histo­rii Nie­miec oraz ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego: śmierć nazi­stow­skiego "męczen­nika" Leo Schla­ge­tera, rocz­nicę słyn­nego wezwa­nia Fry­de­ryka Wil­helma III z 1813 roku do walki z Napo­le­onem - nie­ob­cho­dzoną ni­gdy wcze­śniej przed doj­ściem do wła­dzy nazi­stów przez te sto dwa­dzie­ścia lat, jakie minęły od tam­tego wyda­rze­nia - dzień pamięci ślą­skiej SA oraz oczy­wi­ście uro­dziny Hitlera w dniu 20 kwiet­nia i rocz­nicę puczu mona­chij­skiego 8 listo­pada. W mie­ście utwo­rzono lokalny urząd pro­pa­gandy, a po pew­nym cza­sie stwo­rzono rów­nież sys­tem Draht­funk zło­żony z bli­sko tysiąca ulicz­nych gło­śni­ków obwiesz­cza­ją­cych każdy triumf, każde zwy­cię­stwo Trze­ciej Rze­szy dźwię­kami fan­far z Pre­lu­diów Liszta.

Bojów­ka­rze z SA mogli teraz delek­to­wać się nowo zyska­nym zna­cze­niem. Ci umun­du­ro­wani mło­dzieńcy but­nie prze­cha­dzali się uli­cami mia­sta, przy­bie­ra­jąc groźne pozy, gło­śno tupiąc bucio­rami oraz popi­su­jąc się pisto­le­tami maszy­no­wymi, rewol­we­rami i pał­kami, które mieli przy­tro­czone do pasów. Nosili spe­cjalne tatu­aże i po zmroku orga­ni­zo­wali mar­sze z pochod­niami na placu Repu­bliki, który wkrótce potem powró­cił do swej poprzed­niej nazwy - plac Zam­kowy. Także innym uli­com i pla­com w Bre­slau przy­wró­cono ich nazwy sprzed 1919 roku lub nadano nowe: teraz przed Halą Stu­le­cia prze­bie­gała ulica Hor­sta Wessela (ob. Zyg­munta Wró­blew­skiego), która przed mostem Zwie­rzy­niec­kim krzy­żo­wała się z ulicą Adolfa Hitlera (ob. Mic­kie­wi­cza), z kolei główna arte­ria komu­ni­ka­cyjna wycho­dząca z mia­sta na połu­dnie została nazwana ulicą SA (ob. Powstań­ców Ślą­skich). Kolej­nym nazi­stow­skim dygni­ta­rzom przy­zna­wano tytuły hono­ro­wych oby­wa­teli Bre­slau: Göringowi w paź­dzier­niku 1935, Goeb­bel­sowi w sierp­niu 1937 i oczy­wi­ście samemu Adol­fowi Hitle­rowi już w maju 1933 roku.

Hitler nie­zbyt czę­sto gościł w sto­licy Ślą­ska, zwłasz­cza po tym jak doszedł do wła­dzy, i jego wizyty wią­zały się zawsze z jakimś waż­nym wyda­rze­niem. Święto Sportu w 1938 roku miało nagło­śnić poło­że­nie "prze­śla­do­wa­nych" Niem­ców sudec­kich, a rok wcze­śniej feto­wano "ucie­mię­żo­nych" Austria­ków pod­czas dorocz­nego Ogól­no­nie­miec­kiego Zjazdu Śpie­wa­czego, który zda­niem Goeb­belsa spra­wił, że całe mia­sto "nurzało się w morzu rado­ści"19. Rów­nie świą­teczny nastrój ogar­nął Bre­slau pod koniec wrze­śnia 1936 roku, gdy Führer uro­czy­ście otwie­rał tysięczny kilo­metr sieci auto­strad, które nazy­wano "dro­gami Hitlera". Jak pisał wów­czas organ pra­sowy NSDAP "Völkischer Beobach­ter", ta nowa szosa "sta­nowi nową pomoc dla Ślą­za­ków w walce z nędzą na tej pra­daw­nej ger­mań­skiej ziemi"20. Jedy­nie nie­liczni, tacy jak żydow­ski nauczy­ciel Willy Cohn, dostrze­gali, że auto­strady w rze­czy­wi­sto­ści były "narzę­dziem w pro­wa­dzo­nych przy­go­to­wa­niach do wojny coraz szyb­ciej przy­bli­ża­ją­cych świat do strasz­li­wej kata­strofy". Jak ubo­le­wał Cohn, masy "tego nie widzą"21.

Bre­slau zamiesz­ki­wała naj­więk­sza spo­łecz­ność żydow­ska w Niem­czech poza Ber­li­nem i jak wspo­mi­nał póź­niej Ulrich Fro­dien, jej człon­ko­wie nie "paso­wali do tego nie­przy­chyl­nego ste­reo­typu wschod­nio­eu­ro­pej­skich Żydów noszą­cych cha­łaty i pejsy", ale byli ludźmi w pełni zin­te­gro­wa­nymi z wiel­ko­miej­skim życiem. Tylko nie­spełna połowa z nich prak­ty­ko­wała juda­izm, ale to nie uchro­niło ich przed nazi­stow­skimi repre­sjami i prze­śla­do­wa­niem. Nie­mal natych­miast po doj­ściu Hitlera do wła­dzy roz­po­czął się w Bre­slau boj­kot żydow­skich skle­pów. Publicz­nie palono "żydow­sko-mark­si­stow­skie" książki. Za każ­dym razem, gdy aku­rat ulicą masze­ro­wała bojówka SA, zmu­szano Żydów do odda­wa­nia hono­rów fla­dze ze swa­styką. Człon­ko­wie Hitler­ju­gend para­do­wali przez mia­sto, gło­śno śpie­wa­jąc: "Pod­pa­limy syna­gogi". Żydzi zostali pozba­wieni prawa do wyko­ny­wa­nia nie­któ­rych zawo­dów i spra­wo­wa­nia urzę­dów publicz­nych. Zaka­zano rów­nież utrzy­my­wa­nia sto­sun­ków towa­rzy­skich mię­dzy Żydami i nie-Żydami. "W kręgu naj­bliż­szych przy­ja­ciół moich rodzi­ców było wielu Żydów, co było czymś tak nor­mal­nym i codzien­nym w życiu klasy śred­niej w Bre­slau, że uzna­wano to za natu­ralne". Ale wszystko zmie­niło się wraz z doj­ściem nazi­stów do wła­dzy. Jak zauwa­żył Fro­dien, "ludzie odda­lali się od sie­bie. Dys­kret­nie zry­wano stare przy­jaź­nie i zna­jo­mo­ści". Także Fro­dienowie "zgod­nie z duchem czasu" zaczęli się dystan­so­wać od swo­ich żydow­skich przy­ja­ciół22.

Od czasu do czasu nawet oni jed­nak odczu­wali wyrzuty sumie­nia, zwłasz­cza ran­kiem 10 listo­pada 1938 roku - dzień po nie­sław­nej "nocy krysz­ta­ło­wej". W ramach "odpłaty" za doko­nane przez Żyda zabój­stwo nie­miec­kiego dyplo­maty w Paryżu wła­dze Trze­ciej Rze­szy roz­pę­tały w całych Niem­czech falę pogro­mów. Jadąc do szkoły miesz­czą­cej się nie­opo­dal Dworca Świe­bodz­kiego, Ulrich Fro­dien musiał wie­lo­krot­nie zsia­dać z roweru, żeby omi­nąć leżące na ulicy potłu­czone szkło z roz­bi­tych witryn skle­po­wych. "Sklepy były zde­wa­sto­wane, a wszyst­kie towary poroz­wa­lane, poroz­rzu­cane i pode­ptane". Nowa Syna­goga na Pod­walu, impo­nu­jący budy­nek z kopułą wzo­ro­waną na stylu romań­skim, została pod­pa­lona. "Stra­żacy stali dookoła, ale nic nie robili" - zauwa­żył Fro­dien. - "Ude­rzyło mnie, że ogra­ni­czali się wyłącz­nie do ochra­nia­nia przed ogniem sąsied­nich domów. Pozwo­lili syna­go­dze spło­nąć". Gdy na Pod­wale przy­szedł Wal­ter Tausk, wete­ran wiel­kiej wojny i Żyd, który prze­szedł na bud­dyzm, syna­goga była już "tylko dymiącą ruiną", a jej kopuła się zawa­liła. Tausk był wstrzą­śnięty. "Im bli­żej cen­trum mia­sta, tym bar­dziej dzi­kie obrazy bez­myśl­nego znisz­cze­nia. Zra­bo­wane sklepy z cyga­rami, w któ­rych urzą­dze­nia skle­powe leżały potłu­czone". Kiedy w pobli­skim skle­pie nie udało się znisz­czyć mebli, pory­so­wano je przy uży­ciu odłam­ków szkła. Na uli­cach pełno było cie­kaw­skich miesz­kań­ców mia­sta. Poli­cja sfor­mo­wała kor­dony, ale tylko po to, żeby chro­nić prze­chod­niów przed lata­ją­cymi w powie­trzu przed­mio­tami, które wyrzu­cano z rabo­wa­nych skle­pów. Nie­liczne osoby w tłu­mie, które odwa­żyły się wyra­zić dez­apro­batę dla tego pogromu, były aresz­to­wane przez poli­cję lub nazi­stow­skie bojówki. Podobny los spo­tkał około 2500 wro­cław­skich Żydów, któ­rzy 9 i 10 listo­pada zostali zatrzy­mani przez poli­cję, SA, SS lub Gestapo. Zanim nazi­stow­ska "odpłata" dobie­gła końca, w Bre­slau spa­lono jedną syna­gogę, dwie kolejne zde­mo­lo­wano, podob­nie jak bli­sko pięć­set skle­pów i ponad trzy­dzie­ści innych żydow­skich przed­się­biorstw. Żydow­ski nauczy­ciel i histo­ryk Willy Cohn zauwa­żył jed­nak wtedy pro­ro­czo: "To jesz­cze nie koniec i naj­gor­sze z pew­no­ścią jest dopiero przed nami".

"Bre­slau odpłaca się Żydom" krzy­czał nagłó­wek "Schle­si­sche Tage­sze­itung", miej­skiej gazety par­tyj­nej NSDAP. "Z ich syna­gog pozo­stała kupa gru­zów". Wielu miesz­kań­ców mia­sta było mocno zaże­no­wa­nych, a nawet roz­gnie­wa­nych wyda­rze­niami "nocy krysz­ta­ło­wej". Ojciec Ulri­cha Fro­diena kil­ka­krot­nie wście­kał się z tego powodu. "Ale tak jak wszy­scy nic nie zro­bił, pozo­stał człon­kiem par­tii i tylko zaci­skał pię­ści w kie­sze­niach" - zauwa­żył jego syn. Jeśli cho­dzi o samego Ulri­cha, to na­dal wier­nie słu­żył w Deut­sche Jun­gvolk, czyli odła­mie Hitler­ju­gend prze­zna­czo­nym dla młod­szych dzieci, jako "bez­myślny dwu­na­sto­la­tek, nie­od­czu­wa­jący żad­nego współ­czu­cia dla prze­śla­do­wa­nych Żydów, naiwna zakuta pała", para­du­jąc po uli­cach swego rodzin­nego mia­sta i gło­śno śpie­wa­jąc "naj­strasz­niej­sze pod­ju­dza­jące pio­senki anty­se­mic­kie". Ulrich Fro­dien dopiero wiele lat póź­niej zdał sobie sprawę, że był to ide­alny spo­sób na "szko­le­nie "zaso­bów ludz­kich", które miały być potrzebne w nad­cho­dzą­cej woj­nie"23.

Oczy­wi­ście pro­wa­dzone w Bre­slau przy­go­to­wa­nia do wojny nie ogra­ni­czały się wyłącz­nie do wpły­wa­nia na ludz­kie umy­sły. Zale­d­wie cztery dni po otwar­ciu odcinka auto­strady pro­wa­dzą­cego do sto­licy Ślą­ska w mie­ście sfor­mo­wano nową jed­nostkę woj­skową - 28. Dywi­zję Pie­choty. Już wcze­śniej w Bre­slau mie­ściło się dowódz­two VIII Okręgu Woj­sko­wego odpo­wie­dzial­nego za szko­le­nie i wyekwi­po­wa­nie two­rzo­nych na Ślą­sku dywi­zji Wehr­machtu, takich jak 18. Dywi­zja Pie­choty w Legnicy, 5. Dywi­zja Pan­cerna w Opolu, jak rów­nież sta­cjo­nu­jące w Bre­slau 28. i 221. Dywi­zja Pie­choty oraz całe mnó­stwo jed­no­stek zaopa­trze­nio­wych, szkol­nych, zapa­so­wych, łącz­no­ścio­wych i innych. Po okre­sie zastoju w latach dwu­dzie­stych, główne zakłady prze­my­słowe w mie­ście stop­niowo prze­sta­wiały swoją pro­duk­cję na cele wojenne. Zatrud­nie­nie w zakła­dach meta­lo­wych Archi­me­des potro­iło się. Cie­sząca się świa­tową sławą fabryka Linke-Hof­mann pro­du­ko­wała loko­mo­tywy i wagony, a jej dawny wydział pro­duk­cji pojaz­dów mecha­nicz­nych, prze­mia­no­wany obec­nie na Zakłady Pro­duk­cji Pojaz­dów i Sil­ni­ków (Fah­rzeug und Moto­ren Werke - FAMO) [w latach 1947-1990 Dol­no­ślą­skie Zakłady Wytwór­cze Maszyn Elek­trycz­nych "Dolmel" - przyp. tłum], wytwa­rzał gąsie­nice czoł­gowe, cią­gniki, cię­ża­rówki i inne pojazdy. Remi­li­ta­ry­za­cja, przy­wró­ce­nie powszech­nego poboru woj­sko­wego i wiel­kie pro­jekty robót publicz­nych - wszystko to pozwo­liło nie­mal cał­ko­wi­cie zli­kwi­do­wać bez­ro­bo­cie w Bre­slau, liczą­cym wów­czas ponad 600 tysięcy miesz­kań­ców.

W ostat­nich mie­sią­cach przed wybu­chem wojny nad­odrzań­ska metro­po­lia tęt­niła życiem. Wio­sną i latem 1939 roku bul­wary nad rzeką były popu­lar­nym miej­scem spa­ce­rów tysięcy wro­cła­wian, zwłasz­cza w nie­dziele. Kawiar­nie, restau­ra­cje i ogródki piwne roz­brzmie­wały gwa­rem roz­mów i muzyką. Jak z dumą stwier­dził jeden z miesz­kań­ców mia­sta: "Pod tym wzglę­dem Bre­slau mógł kon­ku­ro­wać z Wied­niem"24. Wro­cła­wia­nie mogli się cie­szyć jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w tam­tym cza­sie kom­plek­sów spor­to­wych w Euro­pie - Her­mann Göring Spor­t­feld, cho­ciaż miej­scowe kluby spor­towe były raczej słabe. Mogli zwie­dzić wystawę lub obej­rzeć występy cyr­kowe w Hali Stu­le­cia albo pospa­ce­ro­wać sobie po pobli­skim ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym. Wie­czo­rem cen­trum życia towa­rzy­skiego w mie­ście prze­no­siło się na Rynek z jego licz­nymi restau­ra­cjami i piwiar­niami. Teatr Miej­ski z miej­scami dla 1300 widzów i jesz­cze więk­szy Schau­spiel­haus (ob. Teatr Pol­ski) ofe­ro­wały przed­sta­wie­nia ope­rowe i roz­rywkę wyż­szych lotów, pod­czas gdy publicz­ność masowa mogła udać się na seans fil­mowy w jed­nym z kil­ku­na­stu ist­nie­ją­cych w mie­ście kin.

W tury­stycz­nym prze­wod­niku z tam­tych cza­sów z nie­skry­wa­nym entu­zja­zmem pisano, że Bre­slau sta­nowi "szczę­śliwe połą­cze­nie histo­rycz­nej, pocią­ga­ją­cej sta­ro­daw­nej kul­tury i ślą­skiej przy­rody z cechami typo­wymi dla tęt­nią­cego życiem wiel­kiego mia­sta". W prze­wod­niku szcze­gól­nie pole­cano zatrzy­ma­nie się w poło­żo­nym na Sta­rym Mie­ście hotelu Mono­pol, dys­po­nu­ją­cym czter­dzie­stoma apar­ta­men­tami po 10 marek za noc, lub w hotelu Savoy znaj­du­ją­cym się bli­żej Dworca Głów­nego i ofe­ru­ją­cym noc­leg w podob­nej cenie. Mniej majętni podróżni mogli zna­leźć pokój w jed­nym z wro­cław­skich schro­nisk za nie­wiele ponad 2 marki za dobę. Więk­szość tury­stów przy­by­wała do Bre­slau koleją - za eks­pres, który poko­ny­wał drogę z Ber­lina w nie­wiele ponad trzy godziny, trzeba było zapła­cić nie­całe 18 marek. Bogatsi mogli przy­je­chać tutaj auto­stradą lub nawet przy­le­cieć samo­lo­tem. Z leżą­cego cztery kilo­me­trów na zachód od cen­trum mia­sta lot­ni­ska na Gądo­wie Małym latem samo­loty do Ber­lina odla­ty­wały dwa razy dzien­nie, a zimą - raz. Funk­cjo­no­wały także połą­cze­nia lot­ni­cze z War­szawą, Szcze­ci­nem, Ber­li­nem, Pragą, Dre­znem i innymi mia­stami. Przy­po­mi­na­jący wiej­ską chatę stary ter­mi­nal lot­ni­ska został zastą­piony wiel­kim cegla­nym budyn­kiem z wysoką na pięć pię­ter wieżą kon­tro­lną i han­ga­rem zdol­nym pomie­ścić czte­ro­sil­ni­kowe samo­loty liniowe Jun­kers G38. Pomimo tych udo­god­nień do przy­ci­na­nia trawy na pasach star­to­wych na­dal wyko­rzy­sty­wano stado owiec liczące około 250 sztuk.

Jed­nak ta sie­lanka była tylko pozorna, gdyż miesz­kańcy mia­sta, podob­nie jak i całej Rze­szy, utra­cili wol­ność. Każda dzie­dzina życia była bowiem kon­tro­lo­wana lub moni­to­ro­wana na wszyst­kich szcze­blach przez par­tię nazi­stow­ską: na pozio­mie pro­win­cji - gau­le­itera; powiatu - kre­isle­itera; Orts­gruppe (grupa lokalna) nad­zo­ro­wała do 3 tysięcy gospo­darstw domo­wych - w Bre­slau było ponad 90 takich grup; Zel­len­le­iter (kie­row­nik komórki par­tyj­nej) nad­zo­ro­wał do ośmiu kamie­nic; i wresz­cie Bloc­kle­iter (kie­row­nik kwar­tału) spra­wo­wał pie­czę nad 40-60 gospo­darstwami domo­wymi. Chłopcy w wieku od dzie­się­ciu lat byli przy­mu­sowo wcie­lani do Deut­sches Jun­gvolk, a po skoń­cze­niu czter­na­stu lat prze­no­szono ich do Hitler­ju­gend, z kolei dziew­czynki nale­żały naj­pierw do Jungmädel, a następ­nie do Bund Deut­scher Mädel. Wszy­scy robot­nicy nale­żeli do jed­nego związku zawo­do­wego o nazwie Nie­miecki Front Pracy (Deut­sche Arbe­its­front - DAF), a ich wycieczki, wczasy pra­cow­ni­cze i inne formy spę­dza­nia czasu wol­nego orga­ni­zo­wała nazi­stow­ska orga­ni­za­cja Siła przez Radość (Kraft durch Freude), która w Bre­slau zarzą­dzała nawet teatrem Ger­harta Haupt­manna. Na szczy­cie apa­ratu par­tyj­nego i jed­no­cze­śnie admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej znaj­do­wała się Służba Bez­pie­czeń­stwa (Sicher­he­its­dienst - SD), która obok reali­za­cji innych zadań moni­to­ro­wała rów­nież nastroje spo­łeczne, oraz Gestapo, czyli tajna poli­cja. Ta ostat­nia insty­tu­cja co naj­mniej trzy­krot­nie aresz­to­wała pastora Joachima Kon­rada, pro­bosz­cza leżą­cego nie­opo­dal Rynku kościoła ewan­ge­lic­kiego św. Elż­biety, któ­remu w rezul­ta­cie zaka­zano gło­sze­nia kazań w całych Niem­czech. Był on regu­lar­nym gościem w ber­liń­skiej kwa­te­rze głów­nej Gestapo, gdzie poka­zy­wano mu grubą teczkę, w któ­rej zbie­rano wszel­kie infor­ma­cje na temat jego "wszyst­kich "grze­chów" prze­ciwko Trze­ciej Rze­szy". Osta­tecz­nie jed­nak ponow­nie zezwo­lono mu na gło­sze­nie kazań i powrót do rodzin­nego Bre­slau. Dzięki temu w cza­sie zbli­ża­ją­cych się nie­ubła­ga­nie naj­cięż­szych dni w dzie­jach sto­licy Ślą­ska, mógł słu­żyć miesz­kań­com mia­sta ducho­wym wspar­ciem25.

Wojna nie­uchron­nie dotarła do Bre­slau. W ostat­nich dniach sierp­nia 1939 roku przez mia­sto prze­cią­gał nie­prze­rwany stru­mień pojaz­dów i wojsk zmie­rza­jący w kie­runku odda­lo­nej o około czter­dzie­stu kilo­me­trów gra­nicy, gdzie człon­ko­wie Służby Pracy Rze­szy (Reich­sar­be­its­dienst - RAD) wzno­sili już zasieki z drutu kol­cza­stego mające bro­nić Nie­miec przed pol­skim "zagro­że­niem". Żoł­nie­rze masze­ro­wali w mil­cze­niu, żaden śpiew nie zakłó­cał tupotu cięż­kich woj­sko­wych bucio­rów o asfalt. "Musie­li­śmy ode­rwać się od tego wszyst­kiego, do czego byli­śmy naj­moc­niej przy­wią­zani: rodziny, pracy, domu" - wspo­mi­nał wro­cław­ski stu­dent i jed­no­cze­śnie ofi­cer rezerwy arty­le­rii Hans Thieme. - "Następne dni były praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej wyma­ga­jące pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym w ciągu całej wojny"26. Wro­cła­wia­nie bez słowa przy­glą­dali się masze­ru­ją­cym żoł­nie­rzom. Pamięt­ni­ka­rze Wal­ter Tausk i Willy Cohn nie zauwa­żyli wśród miesz­kań­ców Bre­slau zbyt­niego entu­zja­zmu wobec nad­cią­ga­ją­cej wojny. Cohn odno­to­wał: "Nie było ani odro­biny patrio­tycz­nego unie­sie­nia z sierp­nia 1914 roku. Raczej niema roz­pacz". Sklepy były pełne ludzi wyku­pu­ją­cych w pośpie­chu pro­dukty, aby zro­bić domowe zapasy, zanim wpro­wa­dzone zosta­nie racjo­no­wa­nie żyw­no­ści. W całym mie­ście poli­cja cho­dziła od domu do domu, udzie­la­jąc miesz­kań­com instruk­cji doty­czą­cych zaciem­nie­nia budyn­ków w nocy i zabez­pie­czeń prze­ciw­po­ża­ro­wych na wypa­dek nalo­tów bom­bo­wych wroga. Kobiety w tram­wa­jach otwar­cie roz­ma­wiały o ucieczce z mia­sta na wieś. Z ban­ków powszech­nie wyco­fy­wano oszczęd­no­ści. W pew­nym momen­cie Tausk wpadł na pija­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy urzą­dzili sobie poże­gnalną popi­jawę przed wyjaz­dem na front. Ich hała­śliwe zacho­wa­nie było odstra­sza­jące nawet dla wro­cław­skich ulicz­nic, które na ich widok cho­wały się w swo­ich miesz­ka­niach i zamy­kały drzwi na klucz. Jak zauwa­żył Tausk: "Wszy­scy żoł­nie­rze są przy­gnę­bieni, oso­wiali, wcale nie nasta­wieni wojow­ni­czo i "dia­blo wście­kli na Adolfa". W tutej­szych kosza­rach na Kar­ło­wi­cach cał­kiem mło­dzi żoł­nie­rze wyra­żają się tak samo jak sta­rzy rezer­wi­ści: "On już powi­nien zwi­nąć manatki, my go już mamy dość""27.

Ze Ślą­ska miało wyjść główne natar­cie nie­miec­kie na War­szawę. Sztab Grupy Armii "Połu­dnie" znaj­do­wał się w Nysie leżą­cej 70 kilo­me­trów na połu­dnie od Bre­slau, 100 kilo­me­trów dalej na wschód pod Ole­snem roz­miesz­czono spe­cjalną jed­nostkę bom­bow­ców nur­ku­ją­cych pod dowódz­twem Wol­frama von Rich­tho­fena, a w samym Bre­slau umiesz­czono sztab 8. Armii. Jego szef Hans Fel­ber z entu­zja­zmem pisał: "Skoro wojna jest teraz konieczna, to musimy zaci­snąć zęby i sko­czyć w nie­znane!"28. Cho­ciaż wro­cła­wia­nie nie­ko­niecz­nie podzie­lali ten zapał bojowy, to nie­wielu uro­niło łzę z powodu znisz­cze­nia Pol­ski. Ulrich Fro­dien zapa­mię­tał, że "więk­szość Ślą­za­ków nie lubiła swego nowego wro­giego sąsiada na wscho­dzie, tego pań­stwa pol­skiego", które swoim ist­nie­niem przy­po­mi­nało im nie­ustan­nie o cią­gle pie­ką­cej porażce w pierw­szej woj­nie świa­to­wej29.

Wojna z Pol­ską trwała krótko - pierw­sze oddziały woj­skowe zaczęły wra­cać z frontu już pod koniec wrze­śnia. Z kolei latem 1940 roku wro­cła­wia­nie witali żoł­nie­rzy wła­snej 221. Dywi­zji Pie­choty wra­ca­ją­cych po zwy­cię­stwie odnie­sio­nym nad Fran­cją. Co prawda ta jed­nostka ode­grała mini­malną rolę w zwy­cię­stwie na Zacho­dzie, ale dum­nie prze­ma­sze­ro­wała uli­cami Bre­slau, przy czym została "obrzu­cona desz­czem kwia­tów i poda­run­ków. Każda ulica i wszyst­kie budynki sto­jące wzdłuż trasy prze­mar­szu były ude­ko­ro­wane gir­lan­dami i kwia­tami. Nie było ani jed­nego żoł­nie­rza i ani jed­nego pojazdu, który nie byłby przy­stro­jony kwia­tami. Na każ­dym kroku żoł­nie­rze byli witani okrzy­kami "Heil!" oraz chó­ral­nym skan­do­wa­niem "Dzię­ku­jemy wam""30. Jed­nak dla dora­sta­ją­cych chłop­ców, takich jak dzie­się­cio­letni wów­czas Peter Ban­nert, wojna jak do tej pory sta­no­wiła spore roz­cza­ro­wa­nie. "Mie­li­śmy wielki zapał, ale szybko przy­szedł zawód. Życie wyda­wało się toczyć dalej jak zwy­kle, a na nie­bie nie było widać żad­nych wro­gich samo­lo­tów"31 - wspo­mi­nał potem.

Tak miało być bez więk­szych zmian przez następne pięć lat. Podob­nie jak w całych Niem­czech wojna była odczu­walna rów­nież w Bre­slau, ale mia­sto znaj­do­wało się poza zasię­giem wro­gich bom­bow­ców, dzięki czemu ucier­piało w naj­mniej­szym stop­niu ze wszyst­kich dużych miast Rze­szy. Wpro­wa­dzono ogra­ni­cze­nia w poru­sza­niu się i wyży­wie­niu oraz w dzie­dzi­nie swo­bód oso­bi­stych, ale poza tym życie toczyło się tak jak w cza­sie pokoju. W każdą nie­dzielę oddziały Hitler­ju­gend defi­lo­wały uli­cami, śpie­wa­jąc anty­se­mic­kie pio­senki, koń­cząc swój prze­marsz w Hali Stu­le­cia, do któ­rej wkra­czały przy dźwię­kach bęb­nów i fan­far. W każdą środę i sobotę Ulrich Fro­dien wycią­gał swój mun­dur członka Jun­gvolk, a po skoń­cze­niu czter­na­stu lat - Hitler­ju­gend. Był "zawsze w mun­durze, zawsze w masze­ru­ją­cej kolum­nie". Jedni chłopcy uwa­żali to za przy­kry obo­wią­zek, inni byli tym zachwy­ceni, ale bez wąt­pie­nia nosze­nie tych mun­durów budziło w mło­dych ludziach pewną aro­gan­cję. Jadąc tram­wa­jem do swego domu na Kar­ło­wi­cach w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, Hans Hen­kel obser­wo­wał hała­śliwą grupkę człon­ków Hitler­ju­gend, która wsia­dła na jed­nym z przy­stan­ków. Jeden z chłop­ców gapił się przez oszklone drzwi na pasa­że­rów, w więk­szo­ści star­szych od niego. "Jak to" - wrza­snął chło­pak. - "Cmen­tarne ścierwo sobie sie­dzi, a przy­szłość Nie­miec musi stać". W wago­nie zapa­dła nie­zręczna cisza. Po chwili jakiś star­szy męż­czy­zna wstał z miej­sca, pod­szedł do zaro­zu­mia­łego mło­dziana i spo­licz­ko­wał go. Ude­rze­nie członka Hitler­ju­gend w mun­durze było prze­stęp­stwem, ale nikt na to nie zare­ago­wał32.

Bogate życie nocne, z któ­rego Bre­slau był znany, toczyło się dalej, mimo że z powodu obo­wią­zu­ją­cego zaciem­nie­nia tram­waje i samo­chody jeź­dziły z przy­ciem­nio­nymi świa­tłami, a latar­nie uliczne były cał­kiem wyłą­czone. Sami wro­cła­wia­nie nosili naszywki z ele­men­tami odbla­sko­wymi, aby nie zde­rzać się ze sobą w ciem­no­ściach. Restau­ra­cje, teatry, bary i kina były otwarte. Nie­mal co tydzień Ulrich Fro­dien jechał do cen­trum mia­sta, żeby pójść do kina. Naj­bar­dziej podo­bały mu się dra­maty histo­ryczne, któ­rych wiele wów­czas wyświe­tlano: Ritt in die Fre­iheit ("Jazda ku wol­no­ści"), opo­wia­da­jący o pol­skim powsta­niu listo­pa­do­wym prze­ciwko Rosji, Der Grosse König ("Wielki król") o życiu Fry­de­ryka Wiel­kiego, czy prze­peł­niony anty­bry­tyj­skim jadem Ohm Krüger ("Wuja­szek Krüger") o woj­nie bur­skiej. Przed każ­dym fil­mem fabu­lar­nym emi­to­wano Wochen­schau - coty­go­dniową kro­nikę fil­mową, pre­zen­tu­jącą zestaw wia­do­mo­ści z kraju - inży­nie­ro­wie pra­cu­jący w ślą­skich hutach, wiel­kie nazi­stow­skie uro­czy­sto­ści, mary­na­rze okrę­tów pod­wod­nych wypo­czy­wa­jący na nar­tach w Alpach - oraz wyda­rzeń z fron­tów wojny - bom­bar­do­wa­nie War­szawy, oddziały strzel­ców gór­skich pod Narwi­kiem, upa­dek Paryża. Fro­dien chci­wie oglą­dał kro­niki, ale dopiero po kilku latach zdał sobie sprawę, że pre­zen­to­wano w nich bar­dzo wygła­dzony obraz wojny. Pełno w nich było ujęć poka­zu­ją­cych "sta­ran­nie wystru­gane brzo­zowe krzyże z zatknię­tymi na szczy­cie heł­mami, śliczne pie­lę­gniarki i żoł­nie­rzy wra­ca­ją­cych do zdro­wia w szpi­ta­lach" czy też uro­czy­sto­ści pogrze­bowe na cmen­ta­rzach z pło­mien­nymi prze­mó­wie­niami i sal­wami hono­ro­wymi. Ni­gdy nie poka­zy­wano jed­nak żad­nych zabi­tych. "Żad­nych znisz­czo­nych czoł­gów, żad­nych zestrze­lo­nych samo­lo­tów, żad­nych zbom­bar­do­wa­nych dział prze­ciw­lot­ni­czych"33 - wspo­mi­nał. To, co pro­pa­ganda usi­ło­wała ukryć, nie zawsze uda­wało się ukryć w codzien­nym życiu. Willy Cohn był wstrzą­śnięty wielką liczbą kobiet w żało­bie, które widać było na uli­cach Bre­slau. Jak zauwa­żył w swoim dzien­niku: "Wszyst­kie owdo­wiały przez wojnę - o więk­szo­ści z nich nie wspo­mi­nano w gaze­tach"34. Od czasu do czasu sza­le­jąca w całej Euro­pie wojna bar­dziej bez­po­śred­nio przy­po­mi­nała o sobie miesz­kań­com mia­sta. W poło­wie listo­pada 1941 roku Bre­slau został zbom­bar­do­wany w samym środku dnia. Na mia­sto spa­dło w sumie sie­dem bomb (jedna z nich oka­zała się nie­wy­pa­łem), ale w rezul­ta­cie zgi­nęło dzie­sięć osób. "Schle­si­sche Tage­sze­itung" natych­miast okre­śliła atak lot­nic­twa radziec­kiego mia­nem "nalotu ter­ro­ry­stycz­nego" wymie­rzo­nego w bez­bron­nych cywi­lów. "W rze­czy­wi­sto­ści celem ataku był Dwo­rzec Główny i bomby spa­dły bar­dzo bli­sko niego" - odno­to­wał Willy Cohn. Co naj­mniej jedna bomba tra­fiła w dwo­rzec, ury­wa­jąc obie nogi jakiejś kobie­cie. "Wojna zawsze dotyka nie­win­nych, ale ten nalot był rów­nież dowo­dem na to, że wróg jest bli­sko"35 - pisał Cohn.

Dla Willy'ego Cohna ten "wróg" był jed­nak jesz­cze za daleko. Tydzień po doko­na­niu cyto­wa­nego wyżej wpisu w swoim dzien­niku został aresz­to­wany razem z żoną i dwójką dzieci. Wraz z tysią­cem innych wro­cław­skich Żydów zostali wywie­zieni do Kowna na Litwie. Zanim listo­pad 1941 roku dobiegł końca, rodzina Coh­nów została wymor­do­wana. Podobny los spo­tkał Wal­tera Tau­ska, który został depor­to­wany na Litwę w jed­nym z pierw­szych trans­por­tów. W ciągu następ­nych osiem­na­stu mie­sięcy trans­porty z Żydami z Bre­slau wysy­łano do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych w Auschwitz, na Maj­danku, w Sobi­bo­rze i Bełżcu w oku­po­wa­nej Pol­sce oraz w The­re­sien­stadt (Tere­zin) w Cze­cho­sło­wa­cji. Był to ele­ment ope­ra­cji nazwa­nej cynicz­nie "akcją prze­sie­dle­nia Żydów". Latem 1943 roku wła­dze nie­miec­kie mogły ogło­sić, że Bre­slau był Juden­rein - "oczysz­czony z Żydów"36.

Jed­nak wywózka Żydów do obo­zów zagłady nie była jedy­nym czyn­ni­kiem, który w latach wojny wpły­nął na skład naro­do­wo­ściowy lud­no­ści Bre­slau. Do wio­sny 1944 roku pra­wie pół miliona Niem­ców zostało prze­sie­dlo­nych z zachod­nich i cen­tral­nych regio­nów Rze­szy na Śląsk, który szybko zyskał sobie miano "schronu prze­ciw­lot­ni­czego Nie­miec" (Luft­schutz­kel­ler Deutsch­lands). Do tego regionu ewa­ku­owano także prze­mysł, aby ulo­ko­wać go poza zasię­giem alianc­kich bom­bow­ców. Cho­ciaż nazi­stow­ska pro­pa­ganda nie­ustan­nie trą­biła o "wspól­no­cie naro­do­wej" (Volks­ge­me­in­schaft), w rze­czy­wi­sto­ści więk­szość miesz­ka­nek Bre­slau z nie­chę­cią przyj­mo­wała napływ uchodź­ców z innych czę­ści Nie­miec i to nie tylko dla­tego, że przy­by­sze w szyb­kim tem­pie opróż­nili miej­scowe sklepy z bie­li­zny i pościeli37. Jed­nak jesz­cze więk­szą nie­chęć wro­cła­wian budził napływ cudzo­ziem­skich robot­ni­ków przy­mu­so­wych - Fran­cu­zów, Rosjan, Pola­ków, Cze­chów - oraz więź­niów obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, któ­rzy byli nie­zbędni do zapeł­nie­nia luki powsta­łej po wysła­niu wielu miej­sco­wych męż­czyzn na front. Ci nowi przy­by­sze byli tym bar­dziej widoczni, że spe­cjal­nie ich ozna­ko­wano: Polacy nosili naszywki z literą "P"; Bia­ło­ru­sini mieli przy­szyte na lewym ramie­niu naszywki ze swymi bar­wami naro­do­wymi: biało-czer­wono-białe; Ukra­ińcy nosili nie­bie­sko-żółte naszywki z trój­zę­bem - godłem śre­dnio­wiecz­nej Rusi Kijow­skiej Wło­dzi­mie­rza Wiel­kiego; a Rosja­nie mieli nosić biało-nie­bie­sko-czer­wone naszywki z krzy­żem św. Andrzeja38. Ci cudzo­ziem­scy robot­nicy byli trak­to­wani jak "pod­lu­dzie", o czym nie­ustan­nie przy­po­mi­nali im miesz­kańcy Bre­slau. Niemcy wpa­dali we wście­kłość, jeśli spo­tkani na ulicy robot­nicy przy­mu­sowi nie zeszli im z drogi. Jesz­cze bar­dziej iry­to­wało ich, kiedy widzieli, że cudzo­ziemcy nic nie robili dłu­żej niż pięt­na­ście minut39. Jak zauwa­żył Ulrich Fro­dien, Polacy byli "trak­to­wani gorzej od psów. Każdy mógł ich poni­żać, stali się chłop­cami do bicia dla każ­dego ban­dziora z wiej­skiej poli­cji, haro­wali do ostat­niego tchu, jaki z nich wyci­śnięto, i pogar­dzano nimi bar­dziej niż naj­głup­szym nie­miec­kim wsio­wym idiotą"40. Wielu miesz­kań­ców Bre­slau uwa­żało, że cudzo­ziem­scy motor­ni­czy obsłu­gu­jący tram­waje w mie­ście, któ­rzy także nosili odróż­nia­jące ich prze­pa­ski, za bar­dzo spo­ufa­lają się z mło­dymi kobie­tami pra­cu­ją­cymi jako kon­duk­torki41. Zbyt­nie bra­ta­nie się z tymi cudzo­ziem­cami było nie tylko źle postrze­gane, ale zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem sta­no­wiło prze­stęp­stwo; nie­miecka dziew­czyna mogła być uka­rana grzywną w wyso­ko­ści dzie­się­ciu marek za samo wypi­cie drinka w barze i zatań­cze­nie z pol­skim robot­ni­kiem przy­mu­so­wym42. Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia mężatka, która zaprzy­jaź­niła się i nawią­zała romans z angiel­skim jeń­cem, a następ­nie pomo­gła mu uciec z nie­woli, została za to ska­zana na cztery lata wię­zie­nia. Z kolei pewien robot­nik, który prze­ka­zy­wał listy mię­dzy radziec­kim jeń­cem wojen­nym i radziecką robot­nicą - któ­rych treść uznano za "wrogą pań­stwu" - został ska­zany na dzie­sięć lat wię­zie­nia43. Kary wymie­rzane cudzo­ziem­skim robot­ni­kom przy­mu­so­wym za naru­sze­nie narzu­co­nych im ogra­ni­czeń były jed­nak znacz­nie surow­sze. Dwu­dzie­sto­letni Marian Kacz­ma­rek kładł szyny dla Reichs­bahn - nie­miec­kich kolei pań­stwo­wych. Wie­lo­krot­nie bity przez swo­jego nie­miec­kiego maj­stra Kacz­ma­rek w końcu nie wytrzy­mał i ude­rzył swego prze­śla­dowcę. Za ten wybuch został ska­zany na dodat­kowe sześć lat cięż­kich robót. Naczelny pro­ku­ra­tor Bre­slau uznał jed­nak, że ta kara była zbyt łagodna i zażą­dał dla niego kary śmierci.

Robot­nicy przy­mu­sowi byli nie­zbędni do pracy w gospo­dar­stwach rol­nych bądź do obsługi tram­wa­jów i pocią­gów, ale znacz­nie wię­cej pra­co­wało ich w prze­my­śle zbro­je­nio­wym. Na obrze­żach Bre­slau wyro­sło kil­ka­na­ście obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i pracy przy­mu­so­wej, które pra­co­wały nie tylko na potrzeby miej­sco­wych przed­się­biorstw, takich jak Linke-Hof­mann i FAMO - pro­du­ku­ją­cych czę­ści odpo­wied­nio do rakiet V2 i czoł­gów - ale także dla innych zakła­dów, które zaczęto prze­no­sić na Śląsk wraz z nasi­le­niem się alianc­kich nalo­tów bom­bo­wych na Zagłę­bie Ruhry. Trzy obozy nie­wol­ni­czej pracy utwo­rzono dla potrzeb zakła­dów amu­ni­cyj­nych Rhe­in­me­tall-Bor­sig (ob. PZL-Hydral) na Psim Polu leżące nie­całe osiem kilo­me­trów na pół­nocny wschód od cen­trum mia­sta. Zakłady te w 1943 roku wypro­du­ko­wały trzy miliony zapal­ni­ków elek­trycz­nych do bomb, jak rów­nież dzie­sięć milio­nów poci­sków kali­bru 20, 30 i 37 mili­me­trów oraz około sze­ściu tysięcy elek­trycz­nych celow­ni­ków arty­le­ryj­skich. Bli­sko trzy­dzie­ści lat póź­niej były dyrek­tor tych zakła­dów Her­bert Rühlemann napi­sał nieco roz­wle­kłe i pełne samo­za­do­wo­le­nia wspo­mnie­nia zaty­tu­ło­wane Father Tells Dau­gh­ter ("Opo­wieść ojca dla córki"). W tej książce ojciec jed­nak nie opo­wie­dział wszyst­kiego swo­jej córce. Nie­zbyt uczci­wie Rühlemann okre­ślał więk­szość swo­ich pra­cow­ni­ków mia­nem "gastar­be­ite­rów". Nie­któ­rzy z nich fak­tycz­nie mieli taki sta­tus, ale bli­sko dwa tysiące sta­no­wili więź­nio­wie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, z któ­rych połowę sta­no­wiły kobiety44.

Zapo­trze­bo­wa­nie na siłę robo­czą w Rhe­in­me­tall-Bor­sig i tak ble­dło w porów­na­niu z nową fabryką amu­ni­cji, która zaczęła powsta­wać wio­sną 1942 roku. Zakłady Frie­drich Krupp-Ber­tha Werke - nazwane od imie­nia matki rodu Krup­pów - w Lasko­wi­cach Oław­skich (ob. część mia­sta Jelcz-Lasko­wice) leżą­cych około 20 kilo­me­trów na połu­dniowy wschód od Bre­slau, mogły pro­du­ko­wać do 600 hau­bic i dział prze­ciw­pan­cer­nych mie­sięcz­nie, zatrud­nia­jąc nawet 12 tysięcy pra­cow­ni­ków. Jeden z dyrek­to­rów tej fabryki Eber­hard Franke w zezna­niach zło­żo­nych po woj­nie przed try­bu­na­łem norym­ber­skim odma­lo­wał nie­mal idyl­liczny obraz praw­dzi­wej "wspól­noty robot­ni­czej", jaka rze­komo się tam wytwo­rzyła: na całym Dol­nym Ślą­sku zakłady te miały być znane z dobrej jako­ści wyży­wie­nia pra­cow­ni­ków; ich dru­żyna pił­kar­ska wygrała lokalną ligę cztery razy z rzędu; orga­ni­zo­wano w nich mecze bok­ser­skie, w cza­sie któ­rych obo­wiązki mistrza cere­mo­nii peł­nił legen­darny pię­ściarz Max Schme­ling; miej­scowi robot­nicy mieli także dostęp do biblio­tek, instru­men­tów muzycz­nych, fil­mów i audy­cji radio­wych, jak rów­nież mogli two­rzyć trupy teatralne, które wysta­wiały wła­sne przed­sta­wie­nia dla kole­gów z pracy45.

Rze­czy­wi­stość jed­nak znacz­nie róż­niła się od tej rze­ko­mej sie­lanki. Pra­wie połowę pra­cow­ni­ków Ber­tha Werke sta­no­wili więź­nio­wie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Po pobudce o godzi­nie wpół do pią­tej rano każ­dego dnia brnęli przez nie­spełna godzinę do obozu pracy Fünfteichen w pobli­skich Miło­szy­cach. Więk­szość z nich miała dziu­rawe cho­daki lub szmaty obwią­zane wokół stóp zamiast obu­wia. Pra­co­wali po dwa­na­ście godzin dzien­nie. Nie dosta­wali śnia­da­nia ani kola­cji, przy­słu­gi­wała im tylko miska zupy około połu­dnia. Jeśli zbyt natar­czy­wie doma­gali się posiłku, byli bici kol­bami przez straż­ni­ków. Bito ich rów­nież, jeśli ich praca nie speł­niała wyma­gań - zazwy­czaj gumo­wym kablem z meta­lo­wymi ele­men­tami. W cza­sie nalo­tów bom­bo­wych Niemcy cho­wali się w schro­nach prze­ciw­lot­ni­czych; robot­nicy przy­mu­sowi musieli jed­nak pozo­stać na swo­ich sta­no­wi­skach pracy. "Nie byli­śmy nie­wol­ni­kami, mie­li­śmy znacz­nie gor­szy sta­tus" - wspo­mi­nał Tade­usz Goldsz­tajn, pol­ski Żyd, który w wieku szes­na­stu lat przy­był do zakła­dów Kruppa. - "O sprzęt w warsz­ta­tach bar­dzo dbano. Z kolei nas trak­to­wano jak papier ścierny, który po jed­nym czy dwóch uży­ciach staje się bez­u­ży­teczny i wyrzuca się go na śmiet­nik"46.

Zwa­żyw­szy na takie trak­to­wa­nie, nie było niczym dziw­nym, że ostar­be­ite­rzy (wschodni robot­nicy) aż kipieli nie­na­wi­ścią do swych prze­śla­dow­ców. SD prze­chwy­ciła list napi­sany przez pew­nego Ukra­ińca, który pisał: "Słu­cham tych faszy­stów, sta­łem się ich sługą. Ach, co za prze­klęte lata! Pra­gnę wol­no­ści, chcę znowu poczuć w płu­cach ruskie powie­trze". Każ­dego ranka musiał wie­lo­krot­nie kła­niać się w pas i pokor­nie wycią­gać rękę na powi­ta­nie swo­ich maj­strów. Dla­tego tęsk­nił za nadej­ściem Armii Czer­wo­nej: "Będę wśród pierw­szych, któ­rzy pójdą do par­ty­zantki, albo zacią­gnę się na front. Będę pierw­szy, żeby strze­lać do ich bez­li­to­snych serc, do tych, któ­rzy śmieją się z nie­doli ruskiego ludu. I to wszystko się sta­nie - prę­dzej czy póź­niej"47.

W pie­ką­cym upale pot spły­wał stru­mie­niami po twa­rzach kil­ku­dzie­się­ciu cho­rą­żych trzy­ma­ją­cych sztan­dary wysoko ponad lasem wycią­gnię­tych rąk. Gdy cho­rą­żo­wie zajęli już swoje miej­sca na sce­nie, do Hali Stu­le­cia wkro­czył Joseph Goeb­bels, a za nim ślą­scy dygni­ta­rze par­tyjni i wyżsi ofi­ce­ro­wie Wehr­machtu. Mini­ster pro­pa­gandy Rze­szy spę­dził popo­łu­dnie tam­tego 7 lipca 1944 roku we wro­cław­skiej kli­nice, odwie­dza­jąc swoją żonę Magdę, która docho­dziła do sie­bie po ope­ra­cji szczęki. Poza tym odczu­wał fru­stra­cję, prze­by­wa­jąc z dala od sto­licy. Uzy­ska­nie aktu­al­nych wia­do­mo­ści z frontu wschod­niego było pra­wie nie­moż­liwe. Liczył jed­nak na to, że brak wia­do­mo­ści ozna­cza dobrą wia­do­mość.

Pod­czas gdy Goeb­bels drżał z nie­po­koju, sale i hale fabryczne w Bre­slau zaczęły się zapeł­niać ludźmi, któ­rzy mieli go wysłu­chać tego popo­łu­dnia. W samej Hali Stu­le­cia widzo­wie zajęli wszyst­kie 12 tysięcy miejsc. Znaczny tłum zebrał się koło Parku Szczyt­nic­kiego. Gło­śniki, które mini­ster pro­pa­gandy kazał zamon­to­wać sześć lat temu, miały teraz zanieść jego słowa rów­nież do innych miejsc zgro­ma­dzeń w całej sto­licy Ślą­ska. Ponadto jego prze­mó­wie­nie miało być trans­mi­to­wane przez pań­stwowe radio na tere­nie całej Rze­szy i poza jej gra­ni­cami.

Było to jedno z bar­dziej sto­no­wa­nych wystą­pień Goeb­belsa. Wyglą­dał na zre­lak­so­wa­nego - jedną rękę oparł o podium i co jakiś czas łapał się pod boki; jego gesty­ku­la­cja była mniej gorącz­kowa niż zwy­kle. Nie pozo­sta­wił swoim słu­cha­czom żad­nych wąt­pli­wo­ści co do powagi sytu­acji, w jakiej zna­la­zły się Niemcy. Wróg dys­po­nu­jący przy­tła­cza­jącą prze­wagą przy­stą­pił do gene­ral­nej ofen­sywy na wscho­dzie i na zacho­dzie. "Jeśli teraz ich nie ode­przemy, nasi wro­go­wie zetrą Niemcy - i każ­dego Niemca z osobna - z powierzchni ziemi" - oświad­czył bez ogró­dek. - "Naród nie­miecki jest w nie­bez­pie­czeń­stwie!".

Wzmianka o "powietrz­nych ban­dy­tach", czyli zało­gach bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich bom­bow­ców, noszą­cych takie nazwy jak Mur­der Incor­po­ra­ted (Syn­dy­kat Zabój­ców), które "obra­cają nie­miec­kie mia­sta w proch i pył", uto­nęła w chó­ral­nym bucze­niu zgro­ma­dzo­nych w Hali Stu­le­cia słu­cha­czy. "Ale nadej­dzie czas odpłaty i kiedy to nastąpi, nikt w Niem­czech nie uroni ani jed­nej łzy" - obie­cał. Dwu­na­sto­ty­sięczna publicz­ność wstała z miejsc, wzno­siła okrzyki, kla­skała i tupała. Dopiero po kilku minu­tach wrzawa uci­chła i mini­ster mógł kon­ty­nu­ować prze­mó­wie­nie. Wezwał naród nie­miecki do zebra­nia sił w celu zada­nia jesz­cze jed­nego, ostat­niego ciosu:

Obecna chwila wymaga total­nego wysiłku wojen­nego ze strony każ­dego z osobna i całego narodu, z wyko­rzy­sta­niem wszel­kich naszych rezerw ducho­wych i mate­rial­nych. My, naro­dowi socja­li­ści, znie­śli­śmy i prze­zwy­cię­ży­li­śmy tak wiele kry­zy­sów i cięż­kich prób w histo­rii naszego ruchu i Rze­szy, że ni­gdy nie wąt­pi­li­śmy ani przez chwilę w nasz suk­ces.

Naj­lep­szą gwa­ran­cją zwy­cię­stwa jest sam Führer. Patrzymy na niego z reli­gijną wiarą. On prze­pro­wa­dzi nasz naród pewną ręką przez wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i próby. Ślu­bo­wał to samo co my: walka, którą naród pro­wa­dzi z peł­nym fana­ty­zmem, nie może zakoń­czyć się ina­czej niż zwy­cię­stwem.

Organy zaczęły wygry­wać hymn pań­stwowy. Wewnątrz i na zewnątrz Hali Stu­le­cia wro­cła­wia­nie po raz kolejny wycią­gnęli prawe ręce przed sie­bie i zaśpie­wali z zapa­łem. "Praw­do­po­dob­nie nie było nikogo w tym tłu­mie, kto w głębi serca nie dałby się porwać i nie nabrał wiary w pozy­tywne zakoń­cze­nie tej trud­nej walki" - pisał lizu­sow­sko w swoim dzien­niku sekre­tarz Goeb­belsa Wil­fred von Oven48.

Jed­nak wbrew grom­kim zapew­nie­niom Goeb­belsa i spo­strze­że­niom von Ovena, miesz­kańcy Bre­slau zaczy­nali wąt­pić w korzystny dla Nie­miec koniec wojny. Na pozór życie w mie­ście toczyło się jak zwy­kle. Każde święto w nazi­stow­skim kalen­da­rzu na­dal hucz­nie obcho­dzono, orga­ni­zu­jąc kosz­towne wiece lub demon­stra­cje. W marcu był "Dzień Służby Mło­dych" i "Dzień Wehr­machtu", w kwiet­niu - rocz­nice powsta­nia orga­ni­za­cji lot­ni­czej oraz dobro­czyn­nej. W Hali Stu­le­cia uro­czy­ście świę­to­wano dzie­siątą rocz­nicę zdo­by­cia wła­dzy przez nazi­stów. Jak co roku w piątą nie­dzielę przed Wiel­ka­nocą obcho­dzono "Dzień Pamięci Boha­te­rów", wysta­wia­jąc wartę hono­rową przed wro­cław­skimi pomni­kami wojen­nymi, przy któ­rych dowódcy woj­skowi i przy­wódcy par­tyjni skła­dali wieńce, a na placu Zam­ko­wym odbył się apel dla żoł­nie­rzy, któ­rzy wysłu­chali prze­mó­wie­nia dowódcy VIII Okręgu Woj­sko­wego gene­rała Rudolfa Kocha-Erpa­cha. Oczy­wi­ście świę­to­wano także dzień uro­dzin Hitlera 20 kwiet­nia, ale w 1944 roku był to już nor­malny dzień robo­czy. W przed­szko­lach jed­nak wycho­waw­czy­nie tego dnia na­dal ozda­biały gir­lan­dami por­tret Führera i zapa­lały "świece Hitlera", a dzieci śpie­wały pie­śni na jego cześć i wysłu­chi­wały opo­wie­ści o życiu uko­cha­nego wodza. Na uli­cach powie­wały flagi, na wysta­wach skle­po­wych pre­zen­to­wano por­trety i popier­sia Hitlera, a wie­czo­rem trzy­na­ście tysięcy człon­ków Hitler­ju­gend prze­ma­sze­ro­wało uli­cami mia­sta przy dźwię­kach IX sym­fo­nii Beetho­vena ode­gra­nej na cześć ran­nych żoł­nie­rzy i robot­ni­ków prze­my­słu zbro­je­nio­wego.

Wraz z nadej­ściem lata odkryte baseny pły­wac­kie były otwarte dla kąpią­cych się codzien­nie od siód­mej rano aż do zmierz­chu49. Na srebr­nym ekra­nie usta­wio­nym na jed­nym z bul­wa­rów nad Odrą można było oglą­dać występy Koloń­skiej Orkie­stry Radio­wej wyko­nu­ją­cej mar­sze, tańce towa­rzy­skie i popu­larne pio­senki. Słynny wro­cław­ski teatr roz­ma­ito­ści Lie­bi­cha wysta­wiał Melo­dię miło­ści, a w Cyrku Buscha przed trzy­ty­sięczną publicz­no­ścią wystę­po­wał popu­larny komik Harry Zimmo. Z kolei w poło­żo­nym nad brze­gami Odry Domu Kon­cer­to­wym Wap­pen­hof na Rakowcu, dys­po­nu­ją­cym naj­więk­szą w Niem­czech beto­nową sceną na świe­żym powie­trzu, miej­scowi bywalcy mogli posma­ko­wać nowego napoju, cydru jabł­ko­wego o mio­do­wo­żół­tej bar­wie z pianką o słodko-kwa­śnym posmaku. Był on szcze­gól­nie popu­larny na gądow­skim lot­ni­sku, dla­tego wro­cła­wia­nie szybko ochrzcili go Flie­ger­bier - "piwem lot­ni­ków"50. Tak jak to się działo w ciągu dwóch poprzed­nich lat, rów­nież tym razem lokalne kie­row­nic­two par­tyjne zor­ga­ni­zo­wało Ver­wun­de­ten­fahrt - wycieczkę dla ran­nych żoł­nie­rzy do zabyt­ko­wej Trzeb­nicy leżą­cej około 20 kilo­me­trów na pół­noc od Bre­slau. Jechali tam słynną koleją wąsko­to­rową nazy­waną "Lata­jący Trzeb­ni­cza­nin" (der Flie­gende Treb­nit­zer), ozdo­bioną rysun­kami i kary­ka­tu­rami autor­stwa stu­den­tów wro­cław­skiej szkoły sztuk pięk­nych, aby na jeden dzień ode­rwać się od codzien­nych pro­ble­mów51. Pomimo raczej fry­wol­nego cha­rak­teru tej imprezy, z masze­ru­ją­cymi orkie­strami i uśmiech­nię­tymi dziew­czę­tami, coraz trud­niej było ukryć koszty wojny, jakie pono­sił Bre­slau. Tego samego dnia "Schle­si­sche Tage­sze­itung" opu­bli­ko­wała listę trzy­dzie­stu wro­cła­wian pole­głych na fron­cie: dwu­dzie­stocz­te­ro­letni plu­to­nowy Ger­hard Weiss, słu­żący w woj­sku od pię­ciu lat, zgi­nął w Nor­man­dii; star­szy wach­mistrz Hel­mut Czem­bor, odzna­czony Krzy­żem Żela­znym, poległ we Wło­szech w wal­kach na połu­dnie od Rzymu; dwu­dzie­sto­jed­no­letni star­szy kapral Günter Koch­ner zgi­nął w nalo­cie bom­bo­wym. "Każdy, kto go znał, zro­zu­mie nasz ból" - pisali w nekro­logu dziad­ko­wie tego ostat­niego52. Jed­nak więk­szość wymie­nio­nych na liście opu­bli­ko­wa­nej we wro­cław­skim orga­nie pra­so­wym par­tii nazi­stow­skiej pole­gła na fron­cie wschod­nim - fron­cie, który zbli­żał się coraz bar­dziej do gra­nic Rze­szy. W poło­wie czerwca 1944 roku w rękach armii nie­miec­kiej na­dal znaj­do­wała się Bia­ło­ruś z Miń­skiem, Witeb­skiem i Grod­nem. Jed­nak sześć tygo­dni póź­niej Armia Czer­wona stała już u wrót War­szawy i prze­kro­czyła Wisłę poni­żej pol­skiej sto­licy, zaj­mu­jąc przy­czółki pod Puła­wami i Bara­no­wem, leżące nie­całe 350 kilo­me­trów od Bre­slau. Nagłe zała­ma­nie się nie­miec­kiego frontu wschod­niego zaalar­mo­wało miesz­kań­ców ślą­skiej metro­po­lii. "Rosja­nie mają już nie­da­leko do nie­miec­kiej gra­nicy" - pisała w liście pewna gospo­dyni domowa z Bre­slau. - "Jeśli pój­dzie bar­dzo źle, to nie zosta­nie nam nic innego, niż odkrę­cić gaz. Nie damy się depor­to­wać". Jak sama pisała, nie tylko ona była takiego zda­nia. "Wielu uważa tak jak ja"53. Krą­żyły naj­róż­niej­sze plotki. O tym, że całe pułki zde­zer­te­ro­wały (nie­prawda), że Hitler udał się na front i na miej­scu pozba­wił dowódz­twa kilku gene­ra­łów (nie­prawda), że nie­któ­rzy gene­ra­ło­wie wcale nie zgi­nęli w walce, ale zostali roz­strze­lani (nie­prawda), że nie­któ­rzy ofi­ce­ro­wie ucie­kali z frontu, zabie­ra­jąc ze sobą swoje pol­skie i rosyj­skie kochanki (prawda), że wyczer­pani żoł­nie­rze prze­bi­jali się do swo­ich linii boso, bez pasów, obdarci i w łach­ma­nach, porzu­ciw­szy wszelką dys­cy­plinę woj­skową (prawda). Ktoś nawet posu­nął się do stwier­dze­nia, że "ten odwrót to jeden z naj­czar­niej­szych roz­dzia­łów w nie­miec­kiej histo­rii"54. Nawet "Schle­si­sche Tage­sze­itung" była zmu­szona przy­znać, że nastą­pił "wyraźny kry­zys na Wscho­dzie"55. Gau­le­iter Karl Hanke na­dal jed­nak pre­zen­to­wał urzę­dową pew­ność sie­bie. W cza­sie wizyty w histo­rycz­nym Namy­sło­wie, leżą­cym około 50 kilo­me­trów na wschód od Bre­slau, mówił tam­tej­szym miesz­kań­com: "Wojna na fron­cie wschod­nim zacznie mnie inte­re­so­wać dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosja­nie poja­wią się przed Namy­sło­wem"56. Gdy mówił te słowa, tysiące Ślą­za­ków przy­go­to­wy­wały się już do obrony swo­jej ojczy­stej ziemi.

Obec­nie kwe­stio­nuje się kon­cep­cję wią­żącą nazwę mia­sta z Wra­ty­sła­wem, gdyż jak poka­zują bada­nia arche­olo­giczne, gród wro­cław­ski jesz­cze nie ist­niał w cza­sach pano­wa­nia cze­skiego księ­cia (915-921). Pano­wa­nie cze­skie nad Ślą­skiem w X wieku nie jest w pełni potwier­dzone, w dużej mie­rze pozo­sta­jąc na­dal w sfe­rze hipo­tez, i zapewne ogra­ni­czało się do pobie­ra­nia try­butu od ple­mion miesz­ka­ją­cych za Sude­tami. W nauce pol­skiej uważa się, że nazwa Wro­cła­wia pocho­dzi od imie­nia War­ci­sław lub Wro­ci­sław, skró­co­nego następ­nie na Wro­cław. Przyj­muje się, że Pol­ska prze­jęła od Cze­chów pano­wa­nie nad Ślą­skiem około 990 r. (przyp. tłum.). [wróć]

Jak dowo­dzą ostat­nie bada­nia, Mon­go­ło­wie nie oble­gali Wro­cła­wia w 1241 r. Praw­do­po­dob­nie zamie­rzali ude­rzyć na Wro­cław, ale osta­tecz­nie z jakichś powo­dów zmie­nili plany i spod Oławy ruszyli bez­po­śred­nio pod Legnicę, gdzie kon­cen­tro­wała się armia Hen­ryka Poboż­nego (przyp tłum.). [wróć]

W rze­czy­wi­sto­ści nie­miecki wariant nazwy mia­sty jako "Prez­zla" poja­wił się po raz pierw­szy dopiero w 1337 r., następ­nie w 1353 r. jako "Bre­slaw", które następ­nie prze­kształ­cano na "Bres­sla", "Bres­slaw" i w końcu Bre­slau (przyp. tłum.). [wróć]

Po loka­cji w XIII wieku Wro­cław/Bre­slau stał się mia­stem wie­lo­na­ro­do­wo­ścio­wym, zamiesz­ki­wa­nym zarówno przez Pola­ków, jak i Niem­ców, któ­rzy jed­nak prze­jęli wła­dzę w mie­ście oraz kon­trolę nad han­dlem i rze­mio­słem, stop­niowo rugu­jąc język pol­ski z urzę­dów. Nie­mniej jed­nak język pol­ski był uży­wany we wro­cław­skim sądow­nic­twie do 1337 r., a mia­sto zacho­wy­wało dwu­ję­zyczny, tj. nie­miecko-pol­ski cha­rak­ter aż do XVIII wieku. Język nie­miecki domi­no­wał w war­stwach bogat­szych i lepiej wykształ­co­nych, a pol­ski był języ­kiem warstw uboż­szych (przyp. tłum.). [wróć]

Od czasu, gdy odnoga Odry opły­wa­jąca Ostrów Tum­ski od pół­nocy została zasy­pana przez Pru­sa­ków teren ten w zasa­dzie prze­stał być wyspą, ale nazwa pozo­stała. [wróć]

Pierw­sze sta­ra­nia o utwo­rze­nie we Wro­cła­wiu uni­wer­sy­tetu podej­mo­wano co prawda już w 1505 r., ale zakoń­czyły się one wtedy fia­skiem i osta­tecz­nie pierw­sza wyż­sza uczel­nia w mie­ście - jezu­icka Aka­de­mia Leopol­dyń­ska powstała dopiero w 1702 r. Po połą­cze­niu tejże z Via­driną z Frank­furtu nad Odrą w 1811 r. powstał Uni­wer­sy­tet Wro­cław­ski (przyp. tłum.). [wróć]

Sta­tuta Syno­da­lia Epi­sco­po­rum Wra­ti­sla­vien­sium (Sta­tuty syno­dalne bisku­pów wro­cław­skich) z 1446 r. obok spi­sa­nych po łaci­nie ustaw synodu die­ce­zji wro­cław­skiej zawie­rają rów­nież tek­sty naj­waż­niej­szych modlitw kato­lic­kich w języ­kach uży­wa­nych na Ślą­sku, to jest pol­skim i nie­miec­kim. Jest to naj­star­szy tekst dru­ko­wany w języku pol­skim (przyp. tłum.). [wróć]

Ulica Zwie­rzy­niecka (Tier­gar­ten­strasse) począt­kowo obej­mo­wała dzi­siej­sze ulice Curie-Skło­dow­skiej i Mic­kie­wi­cza. W 1919 r. wschod­nia jej cześć leżąca za mostem Prze­pust­ko­wym (ob. most Zwie­rzy­niecki) stała się osobną ulicą, któ­rej nadano imię Frie­dri­cha Eberta (ob. Mic­kie­wi­cza) (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

"Völkischer Beobach­ter" z 27 lipca 1938 r. [wróć]

J. Goeb­bels, Die Tagebücher von Joseph Goeb­bels 1923-1945, Bd. 1-24, München 1993-1996, wpis z 23 kwiet­nia 1938 r. [wyd. pol. Dzien­niki, t. 1-3, tłum. E.C. Król, War­szawa 2013-2014]. [wróć]

"Völkischer Beobach­ter" z 26 lipca 1938 r. [wróć]

Bre­slau: Beken­nt­nis zu Deutsch­land. Ein Bild­be­richt vom 1 Deut­schen Turn- und Spor­t­fest 1938, (red. Oskar Lukas), Selb/Asch 1938. [wróć]

"Völkischer Beobach­ter" z 30 sierp­nia 1938 r.; J. Goeb­bels, Die Tagebücher, wpis z 30 lipca 1938 roku. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig: Eine Krieg­sju­gend in Deutsch­land, München 2004, s. 134-137; J. Goeb­bels, Die Tagebücher, wpis z 1 sierp­nia 1938 r.; "Völkischer Beobach­ter" z 1 sierp­nia 1938 r. [wróć]

Bre­slauer Apo­ka­lypse 1945: Doku­men­tar­chro­nik vom Tode­skampf und Unter­gang einer Deut­schen Stadt und Festung am Ende des zwe­iten Welt­krie­ges, Bd. 1. Einführung in das Gesam­twerk, [red. Horst Gle­iss], Wedel 1986, s. 204. [wróć]

U. Fro­dien, op. cit., s. 134, 138. [wróć]

P. Ban­nert, Meine Jugend in Sow­je­tla­gern 1945-1949, Ber­lin 2006, s. 54-57. [wróć]

Tekst prze­mó­wie­nia nowo­rocz­nego Hitlera u Goeb­bel­sów na pod­sta­wie rela­cji Wil­freda von Ovena zob. W. von Oven, Finale Furioso: Mit Goeb­bels bis zum Ende, Tübingen 1974, wpis z 31 grud­nia 1944 r. Por. J. Goeb­bels, Die Tagebücher, wpis z 31 grud­nia 1944 i 1 stycz­nia 1945 r.; "Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 2 stycz­nia 1945 r. [wróć]

Führer durch das Deut­sches Turn- und Spor­t­fest Bre­slau 1938, s. 9. [wróć]

N. Davies, R. Moor­ho­use, Micro­cosm: Por­trait of a Cen­tral Euro­pean City, Lon­don 2003, s. 263 [wyd. pol. Mikro­ko­smos: por­tret mia­sta środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiego. Vra­ti­sla­via - Bre­slau - Wro­cław, tłum. A. Pawe­lec, Kra­ków 2002]. [wróć]

Cyt. za: N. Davies, R. Moor­ho­use, Micro­cosm, s. 327. [wróć]

Meine Heimat Schle­sien: Erin­ne­run­gen, (red. Her­bert Hupka), Augs­burg 1989, s. 63. [wróć]

G. Thum, Die fremde Stadt: Bre­slau nach 1945, München 2006, s. 351 [wyd. pol. Obce mia­sto - Wro­cław 1945 i potem, tłum. M. Sła­bicka, Wro­cław 2006]. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 142. [wróć]

Ibi­dem, s. 192-193. [wróć]

"Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 12 marca 1933 r. [wróć]

J. Goeb­bels, Die Tagebücher, wpis z 1 sierp­nia 1937 r. [wróć]

"Völkischer Beobach­ter" z 28 wrze­śnia 1936 r. [wróć]

W. Cohn, Kein Recht, nir­gends: Tage­buch vom Unter­gang des Bre­slauer Juden­tums 1933-1941, Köln 2007, wpis z 27 wrze­śnia 1936 r. [wyd. pol. Żad­nego prawa - ni­gdzie: dzien­nik z Bre­slau 1933-1941, tłum. V. Gro­to­wicz, Wro­cław 2010]. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 133. [wróć]

A. Ascher, A Com­mu­nity under Siege: The Jews of Bre­slau under Nazism, Stan­ford 2007, s. 170 [wyd. pol. Oblę­żona spo­łecz­ność: wro­cław­scy Żydzi w cza­sach nazi­zmu, tłum. J. Tysz­kie­wicz, Wro­cław 2009]; W. Tausk, Bre­slauer Tage­buch 1933-1940, Ber­lin 1975, s. 182, 192 [wyd. pol. Dżuma w mie­ście Bre­slau, tłum. R. Kin­cel, War­szawa 1973, s. 185-186]; W. Cohn, Kein Recht, nir­gends, wpis z 10 listo­pada 1938 r.; "Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 11 listo­pada 1938 r.; U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 132-134. [wróć]

Mir ble­ibt mein lied: Schle­si­sches Lese­buch, (red. Ursula Höntsch), München 1995, s. 304. [wróć]

J. Kon­rad, Als letz­ter Stadt­de­kan von Bre­slau, Ulm 1963, s. 7-8. [wróć]

Meine Heimat Schle­sien: Erin­ne­run­gen, s. 146. [wróć]

W. Cohn, Kein Recht, nir­gends, wpisy z 28 i 31 sierp­nia 1939 r.; W. Tausk, Bre­slauer Tage­buch, s. 227-228 (wyd. pol., s. 227). [wróć]

H. Fel­ber, Tage­buch, wpis z 1 wrze­śnia 1939 r., Bun­de­sar­chiv-Militärarchiv RH20-8/1. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 95-96. [wróć]

Ch. Hart­mann, Wehr­macht im Ost­krieg: Front und militärisches Hin­ter­land 1941/42, München 2009, s. 131. [wróć]

P. Ban­nert, Meine Jugend in Sow­je­tla­gern, s. 28. [wróć]

H.E. Hen­kel, Bre­slau: Flucht und Wie­der­be­ge­gnung, Ber­lin 1996, s. 77-78. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 165. [wróć]

W. Cohn, Kein Recht, nir­gends, wpis z 13 sierp­nia 1940 r. [wróć]

Ibi­dem, wpis z 14 listo­pada 1938 r. [wróć]

N. Davies, R. Moor­ho­use, Micro­cosm, s. 393. [wróć]

Mel­dunki SD z 20 wrze­śnia i 16 grud­nia 1943 r. [wróć]

N. Davies, R. Moor­ho­use, Micro­cosm, s. 389; The Trial of Ger­man Major War Cri­mi­nals, vol. 15, Lon­don 1946, s. 202; "Völkischer Beobach­ter" z 29 sierp­nia 1944 r. [wróć]

Mel­dunki SD z 29 kwiet­nia i 2 wrze­śnia 1943 r. [wróć]

U. Fro­dien, Bleib übrig, s. 98-99. [wróć]

Mel­du­nek SD z 6 stycz­nia 1944 r. [wróć]

Ibi­dem, 13 grud­nia 1943 r. [wróć]

"Schle­si­sche Zeitung" z 31 lipca 1944 r. i "Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]

Her­bert Rühlemann, Father Tells Dau­gh­ter, Impe­rial War Museum 02/23/1; N. Davies, R. Moor­ho­use, Micro­cosm, s. 387-388, 400-401; B.B. Ferencz, Less than Sla­ves: Jewish For­ced Labor and the Quest for Com­pen­sa­tion, Blo­oming­ton 2002, s. 151. [wróć]

The Trial of Ger­man Major War Cri­mi­nals, vol. 9, s. 964-966. [wróć]

Ibi­dem, s. 1422; Wil­liam Man­che­ster, The Arms of Krupp, Lon­don 1969, 574-581 [wyd. pol. Arse­nał Krup­pów, War­szawa 1969]. [wróć]

Mel­du­nek SD z 21 lutego 1944 r. [wróć]

Po prze­mó­wie­niu wyraź­nie zado­wo­lony z sie­bie Goeb­bels zano­to­wał w swoim dzien­niku: "Pomimo powagi chwili, wie­rzę, że moje noto­wa­nia wśród sze­ro­kich mas pozo­stają jak zawsze wyso­kie". Treść prze­mó­wie­nia, zob. "Völkischer Beobach­ter" z 9 lipca 1944 r.; J. Goeb­bels, Die Tagebücher, wpis z 8-9 lipca 1944 r.; W. von Oven, Finale Furioso, wpis z 9 lipca 1944 r. Z kolei ostat­nia wizyta Hitlera w Bre­slau w listo­pa­dzie 1943 roku - w tej samej hali - była utrzy­my­wana w tajem­nicy i dopiero kilka dni póź­niej poin­for­mo­wano o niej opi­nię publiczną. Führer wygło­sił prze­mó­wie­nie do kilku tysięcy kan­dy­da­tów na ofi­ce­rów. Zwy­kle to wyda­rze­nie odby­wało się w ber­liń­skim Spor­t­pa­last, ale z powodu alianc­kich nalo­tów na sto­licę Rze­szy prze­nie­siono je do wro­cław­skiej Hali Stu­le­cia. [wróć]

"Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 12 maja 1944 r. [wróć]

Por. "Schle­si­sche Zeitung" z 31 lipca 1944 r.; "Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 12 maja 1944 r.; H.-J. Terp, Für 'n Sech­ser Fett auf zwei Sem­meln, Görlitz 2005, s. 72. [wróć]

"Schle­si­sche Zeitung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]

"Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 31 lipca 1944 r. [wróć]

FO 898/187, s. 600, Natio­nal Archi­ves, Kew. [wróć]

Mel­du­nek SD z 7 sierp­nia 1944 r. [wróć]

"Schle­si­sche Tage­sze­itung" z 30 lipca 1944 r. [wróć]

H. von Ahl­fen, Der Kampf um Schle­sien, Stut­t­gart 1998, s. 71 [wyd. pol. Walka o Śląsk 1944-1945, tłum. A. Jani­szew­ska, Wro­cław 2009]. [wróć]