Wyspa Lamperos na Morzu Egejskim, położona między większymi wyspami Skiathos i Skopelos, była prawdopodobnie najpiękniejszym miejscem, jakie miałem okazję odwiedzić - zresztą wzbudziła mój zachwyt jeszcze wcześniej, zanim postawiłem na niej stopę. Gdy ostatniego dnia 1932 roku nasza łódź podpłynęła do brzegu, zdumiało mnie, że wyspa wita nas tak żywymi kolorami. Kiedy się mieszka w Anglii, człowiek wyobraża sobie, że Matka Natura jest raczej powściągliwa w rozdawaniu swoich łask. Tymczasem okazuje się, że kawałek od wybrzeża Grecji pozwala sobie na większą rozrzutność: jeśli chodzi o paletę barw, okazuje się wręcz brawurowa. Gdyby nie unoszący się w powietrzu chłód, nie uwierzyłbym, że jest zima.
- Spójrz, Herkulesie! - Tyle tylko byłem w stanie wydusić z siebie, zapatrzony na lazurowe morze i piasek tak jasny, że prawie biały. - To miejsce jest doskonałe.
Właśnie dobijaliśmy do brzegu, a konkretnie do portu w mieście Lamperos. W oddali widziałem malutkie postaci - kilkanaście osób najwyraźniej czekało na transport z powrotem na stały ląd. Mieli zatem odbyć podróż w odwrotnym kierunku niż my.
- Tak, doskonałe, jeśli się lubi duże ilości piasku i zimnej słonej wody - odparł mój belgijski przyjaciel. Zwykle zielone miał tylko oczy, lecz tym razem tego koloru nabrała cała jego twarz. Choć po drodze dwukrotnie pytałem go, czy cierpi na chorobę morską, za każdym razem zaprzeczał. - A drogi są tak kamieniste i nierówne, że nie da się po nich jeździć samochodem - marudził dalej. - Wiedziałeś, Catchpool, że po wyspie Lamperos można się poruszać prawie wyłącznie pieszo, na rowerze lub konno? Jest tu tylko jedna krótka droga - jedna! - którą mogą przejeżdżać samochody. Ale nie jeżdżą, bo po cóż w ogóle miałyby jeździć bez celu, przecież tu nic nie ma. Po co w ogóle budować taką drogę? To jakieś szaleństwo, Catchpool.
Dla mnie to wszystko brzmiało jak marzenie. Mała wyspa, niemalże w całości otoczona plażami i zatokami - tak moim zdaniem wygląda raj na ziemi. W zeszłym roku przed Bożym Narodzeniem spędziliśmy z Poirotem trochę czasu na wybrzeżu niedaleko Norfolk. Od tamtej pory nie jestem w stanie zapomnieć, że niektórzy ludzie - zwykli ludzie, tacy jak ja, a nie tylko ci najzamożniejsi - całe życie spędzają w bezpośrednim sąsiedztwie morza. Świeżo zdobyta wiedza w tym zakresie okazała się dla mnie raczej problematyczna, ponieważ jako funkcjonariusz policji byłem związany z oddalonym od morza Scotland Yardem, a mój najlepszy przyjaciel, Herkules Poirot, również doskonale miewał się w Londynie.
Teraz uparł się, by udzielić mi jeszcze bardziej szczegółowego ostrzeżenia:
- I czy wiedziałeś, że tutejsze konie są wyjątkowo małe? Mają tu taką specjalną, lokalną rasę - kuce z Lamperos. Niecały metr dwadzieścia w kłębie.
- Ależ to doskonale - odparłem wesoło. - Jak by to wyglądało, gdyby po małej wyspie kręciły się ogromne zwierzęta?
- I nie wiem, czy ci wspominałem... ale nie, raczej nie... że kiedy dobijemy do portu, to wcale nie będzie koniec naszej podróży? Choć namęczyliśmy się już w autobusach i łodziach, to wciąż jeszcze nie dotarliśmy do celu.
Tu akurat miał rację. Nigdy wcześniej nie wybierałem się w podróż, która wymagałaby tylu zmian środka transportu w tak krótkim czasie. Zanim widok uroków Lamperos z bliska podniósł mnie na duchu, czułem się tak wyczerpany, jakbym co najmniej rok spędził na podróżowaniu coraz to innymi, ale zawsze zawilgoconymi i niewygodnymi środkami transportu.
- W porcie Lamperos będzie na nas czekał nasz przyjaciel, monsieur Nash, z mniejszą łódką. Opłyniemy wyspę, by dotrzeć do jego posiadłości zwanej Spíti Athanasiou - ciągnął Poirot. - To podobno najprostszy sposób, by się tam dostać. Ale pytam się, Catchpool, dlaczego nie możemy popłynąć tą oto łodzią prosto do zatoki Liakada? Bardzo chciałbym to wiedzieć.
- Opowiedz mi jeszcze o wyspie - poprosiłem, chcąc w pełni docenić każdy aspekt i każdą cechę tego miejsca. - I przestań mnie do niej zniechęcać, nawet jeszcze nie dobiliśmy do jej brzegu. To bardzo miło z twojej strony, że zaprosiłeś mnie na tę wyprawę, i nie, nie zepsujesz mi jej, nawet jeśli będziesz cały czas marudził. Nie mogłem się doczekać tego wyjazdu.
Wiedziałem, że nie muszę przypominać Poirotowi, że to mój zasłużony urlop po świętach, a konkretnie po ponurym tygodniu spędzonym w moim domu rodzinnym z rodzicami, którzy nienawidzą siebie nawzajem w takim samym stopniu, jak nie są zadowoleni ze mnie. Czy nie zaprosił mnie na sylwestra na greckiej wyspie właśnie po to, by poprawić mi humor po tamtym przykrym doświadczeniu?
Kiedy mi to proponował, mówił z o wiele większym entuzjazmem. "Mon ami", powiedział, ściskając mnie za ramię. "Będziesz zachwycony małą wysepką Lamperos. Zatrzymamy się w najpiękniejszym jej zakątku, w zatoce Liakada. Przez cały dzień świeci tam słońce, nawet w zimie, a dom, w którym się zatrzymamy, jest podobno istnym cudem architektury. Z większości pokoi wychodzi się na duże kamienne tarasy na różnych poziomach. Naszym gospodarzem będzie młody dżentelmen, Nathaniel Athanasiou, znany również jako Nash. Oświadczył, że bardzo by chciał, by mój przyjaciel Catchpool stał się również jego przyjacielem. W domu mieszkają też inni - i wszyscy chcą być naszymi przyjaciółmi, choć jeszcze nas nie poznali. Czyż to nie przemiłe?"
Pewnie powinienem był go dokładniej wypytać, zanim zgodziłem się przyjechać na Lamperos, ale tego nie zrobiłem - urzekła mnie wizja domostwa nad samym morzem. W minionym roku dowiedziałem się czegoś o sobie: dni, kiedy pływam w spienionych falach, zanurzam stopy w piasku morskiego dna i czuję w powietrzu charakterystyczny słony zapach, pozwalają mi dostrzec sens życia i zapadają w pamięć o wiele mocniej niż wszystkie pozostałe. Kiedy w zeszłym roku w grudniu byliśmy z Poirotem w Norfolk, codziennie zażywałem morskich kąpieli, ale jako że dom, w którym mieszkaliśmy, znajdował się na szczycie klifu, zejście na dół i powrót na górę każdorazowo pozostawały zgoła niebezpiecznym przedsięwzięciem. Dlatego też Poirot doskonale wiedział, czym mnie zachęcić do urlopu w Grecji: "W zatoce Liakada z domu do morza da się podobno dojść spacerkiem. To dosłownie parę kroków. A poza tym pamiętaj, że w przeciwieństwie do Norfolk, w Lamperos każdego dnia świeci słońce".
Uznałem to za raczej mało prawdopodobne, ale Poirot uparcie powtarzał: "To podobno najbardziej słoneczna z greckich wysp. I nie musisz się obawiać meduz - przypływają wyłącznie latem".
Wyglądało na to, że bardzo mu zależy na moim towarzystwie. Już samo to powinno było wzbudzić moje podejrzenia. Jednakże nie wzbudziło.
- Nie wiem zbyt wiele o Lamperos - odpowiedział teraz Poirot na moją prośbę o garść informacji na temat tej wyspy. - Tylko to, że...
Uśmiechnąłem się, gdy wyszło na jaw, co w uznaniu Poirota znaczy "nie wiedzieć zbyt wiele". Mój przyjaciel uraczył mnie bowiem dłuższą opowieścią: otóż na Lamperos często zdarzają się trzęsienia ziemi, będziemy więc musieli uważać. Mało prawdopodobne jednak, by do któregoś z nich doszło w trakcie naszej bytności na wyspie. Nie większe mieliśmy szanse doświadczyć tego, co spotkało córkę pewnego greckiego boga, którą najpierw przemieniono w wilka, potem porwano i przywieziono na Lamperos, skąd ponownie ją uprowadzono. Nie zapamiętałem pozostałych szczegółów, bo też nie poświęciłem opowieści przyjaciela całej swej uwagi.
Ale przyjąłem do wiadomości, że w czasach bardziej nam współczesnych znany angielski poeta wojenny, James Gresham-Graham, autor wiersza Jeśli na lepsze dni..., zmarł w roku 1915 w wieku 18 lat na francuskim statku szpitalnym zacumowanym niedaleko wybrzeży wyspy. Pochowano go na Lamperos, kawałek od zatoki Liakada.
- A potem śmierć zagościła tu na jakiś czas - dodał ze smutkiem Poirot. - W roku tysiąc dziewięćset osiemnastym prawie połowa mieszkańców zmarła na hiszpankę. Z dwóch tysięcy ludzi zostało zaledwie tysiąc.