Szelest suchych liści znaczył każdy krok. Pełno ich było w alei, którą spacerował najchętniej. Mało kto zapuszczał się do tej części parku pełnej rozłożystych drzew i krzewów, z nielicznymi tylko ławkami. Aleja zataczała krąg i można było wracać stale na to samo miejsce. Ten swoisty rytm miał w sobie coś uspokajającego. Czerwone, żółte i brązowe liście wirowały w lekko zamglonych promieniach słońca. Powietrze przesycone było ich zapachem.
Przy drugim okrążeniu okazało się, że jego ulubiona ławka jest zajęta przez młodą kobietę o włosach w kolorze kasztanów. Zwolnił kroku w nadziei, że przy następnym okrążeniu ławka będzie wolna i nic nie zakłóci rytmu jego codziennego spaceru z odpoczynkiem tu właśnie, nigdzie indziej. Ale mylił się. Kobieta siedziała nadal, najwyraźniej bez zamiaru opuszczenia jego ławki. Mógł oczywiście zająć drugi koniec, wolał jednak samotność, zrobił więc następne okrążenie. Wtedy nagle okazało się, że powinien raczej usiąść, kobieta bowiem płakała i nie wykluczone, że potrzebowała pomocy.
- Co się stało? - Zapytał zatrzymując się przed szlochającą kobietą.
- Przepraszam - odpowiedziała wycierając nos.
- Pani potrzebuje pomocy.
- Nic mi nie jest - próbowała się uśmiechnąć, ale jej twarz nie straciła smutnego wyrazu.
- Na pewno? Chce pani żebym odszedł?
- Nie. Proszę usiąść. Przy panu będę musiała wziąć się w garść - wbrew słowom uroniła znowu kilka łez.
- Proszę się nie martwić, co by to nie było - usiadł obok. -Tak piękny jesienny dzień powinien wystarczyć każdemu za pociechę. Niech pani spojrzy na te wirujące liście.
- Postaram się, chociaż nie jestem artystką.
- Każdy jest wrażliwy na piękno, a tylko niektórym z nas wydaje się ono mało ważne w życiu.
- Pan z pewnością do nich nie należy.
- Piękno przynosi mi ukojenie.
- Nawet jeśli ludzie wokół pana są podli?
- Zwłaszcza wtedy. Ktoś panią skrzywdził, jak się domyślam.
- Tak - odpowiedziała dobitnie i zamilkła, nie wdając się w wyjaśnienia.
- Przepraszam, jeśli to co powiedziałem zabrzmiało zbyt osobiście.
- Wcale nie. Bywa, że człowiekowi obcemu więcej można powiedzieć niż bliskiemu.
- Chce mi pani powiedzieć, co się stało?
- Zostałam surowo ukarana za drobne przewinienie. Zniosłabym łatwiej taką przykrość, gdyby nie była to przysłowiowa kropla przepełniająca kielich. Zauważył pan, że dzisiaj mamy piątek i trzynastego? Ludzie są tacy podli i niesprawiedliwi.
- Bywają chwile kiedy tak właśnie myślimy. Widzimy wówczas same ciemne strony. A każda przecież sytuacja niesie również coś pozytywnego, chociażby doświadczenie, czego unikać w przyszłości.
- Nie ma pan racji. Są sprawy, o których trzeba zapomnieć, chociaż przychodzi to z wielkim trudem. Nic lepszego jednak zrobić się z nimi nie da.
- Zapomnienie wymaga czasu.
- Właśnie, i znowu jesteśmy w punkcie wyjścia.
- W takim razie spróbujmy się cieszyć tym co nas otacza, cieszy wzrok. Niech pani spojrzy na tamto drzewo, czy może być coś piękniejszego?
- Wiem. Wystarczy zmienić skalę i można czerpać miłe doznania i satysfakcję prawie z niczego. Ładnie uprane ścierki w nowym proszku przynoszą tyle szczęścia paniom pokazywanym w reklamie, ja natomiast jakoś nie umiem się tym cieszyć.
- Nigdy nie cieszyły panią drobiazgi? - Mężczyzna zignorował wdzięczny temat reklam telewizyjnych.
- Może, czasami, kiedy wszystko układa się dobrze.
- To, czy sprawy układają się dobrze, czy źle też zależy od punktu widzenia. Przy niepowodzeniach skłonni jesteśmy zapominać o dobrych stronach naszych doświadczeń.
- Jak należy to rozumieć?
- Co prawda nic o pani nie wiem, ale widzę, że natura wyposażyła panią hojnie, bo w urodę i inteligencję. Z ubioru wnoszę, że niedostatku materialnego też pani nie odczuwa. Czyż nie są to atuty, z którymi można stawić czoła wszelkim przeciwnościom?
- Pan powinien być zawodowym pocieszaczem.
- Czy słusznie wyczuwam ironię w pani głosie?
- Nie, niesłusznie. Naprawdę tak uważam.
- Rozumiem zatem, że udało mi się trochę rozproszyć czarne chmury.
-Tak, chyba tak. Szkoda, że muszę już iść.
- Ale przyjdzie pani tu znowu, prawda?
- Będę pojutrze, o tej samej porze.
- A gdyby padało?
- To wezmę parasol i kalosze.
*
Ale nie padało. Słoneczna pogoda utrzymywała się nieprzerwanie od wielu dni. Tylko liści na drzewach było mniej, a ławka, na której się umówili, bardziej widoczna. Z daleka już zauważył, że nie jest pusta. Przyspieszył kroku.
- Miło widzieć panią znowu - powiedział podchodząc bliżej.
Podała mu rękę na przywitanie. Milczała jednak.
- Jak dzisiejsze samopoczucie? - Spytał.
- Pan jest lekarzem? - Odpowiedziała pytaniem. W jej głosie zabrzmiał niepokój.
- Nie. Skąd to przypuszczenie?
- Ot, takie tam skojarzenie. - Odparła lekkim już tonem.
- Podejrzewam, że miała pani zbyt wiele do czynienia z lekarzami. Zgadłem?
- W pewnym sensie - odparła z wahaniem. - W każdym razie jestem obecnie osobą całkiem zdrową, jeśli to miał pan na myśli.
- Nie uraziłem pani, mam nadzieję.
- Bynajmniej. Ale chciałabym wiedzieć, kim pan jest z zawodu.
- Architektem.
- I ma pan czas przychodzić o tej porze do parku?
- Pracuję w domu. Sam decyduję o czasie odpoczynku.
- Też bym tak chciała.
- Przecież i pani tu jest w tak zwanych godzinach pracy.
- Mam urlop.
- A pani pracuje...
- Pomówmy o czymś przyjemniejszym. Przedwczoraj to właśnie przykrości w pracy skłoniły mnie do przyjścia tutaj. Chciałam przemyśleć sobie pewne sprawy.
- I przemyślała pani?
- Tak. Ludzie są podli i niesprawiedliwi, ale to nie powinno mnie załamywać.
- Bardzo słusznie.
- Pan mi pomógł to zrozumieć. Teraz też bym chciała, żeby mi pan doradził.
- Rada nic nie kosztuje, jeśli oczywiście nie jest to projekt willi - uśmiechnął się.
- Czy uważa pan, że powinnam rozmówić się z kobietą, która próbuje odebrać mi narzeczonego?
Mężczyzna najwyraźniej nie był przygotowany na tak osobiste wyznanie. Nie umiał ukryć zakłopotania.
- No, wie pani... - bąknął. - To zależy.
- Ona go wcale nie kocha. Tylko próżność jej każe być zaborczą.
- A on? On nie ma nic do powiedzenia?
- On nadal mnie kocha, ale co może zrobić? Prawo jest po jej stronie.
- Chyba nie bardzo rozumiem.
- Ożenił się z nią, zgoda, ale to było zanim się poznaliśmy. Kiedy dowiedziała się o naszej miłości, chciała wyrzucić go z domu. Ja wynajmuję pokój i gospodyni nie zgodziła się na drugą osobę. Widzi pan jak to jest, taki nędzny pokoik i jeszcze ograniczenia. Ledwie tolerowała, że mnie odwiedzał.
- Rzeczywiście - przyznał. - Nie rozglądała się pani za czymś wygodniejszym?
- Pan się pewnie dziwi, dlaczego nie mam własnego mieszkania.
- Muszą być jakieś powody.
- Przyjechałam ze Szczecina. Tam zostawiłam wszystko. Tu miałam nadzieję zacząć od nowa. Wówczas myślałam, że w przyszłości może być tylko lepiej. W pewnym momencie jednak znowu zaczęły się kłopoty w pracy, potem jego odejście... Już zupełnie nie wiem co mam robić.
- Machnąć na wszystko ręką i zacząć jeszcze raz.
- Jeszcze raz? Jak?
- Na pewno jakieś wyjście się znajdzie. Nie trzeba bać się zmian, ani trzymać kurczowo tego, co skończone.
- Myśli pan, że ta miłość jest skończona?
- Tego nie wiem. Odradzam jednak rozmowę z żoną.
- Tym razem nie jestem pewna czy dobrze mi pan radzi.
- Ja też nie jestem tego pewny, bo przecież wcale pani nie znam, nie wiem jakimi sposobami osiąga pani swoje cele. Dla mnie sposób przez panią proponowany skończył by się fiaskiem. Nie jestem jednak psychologiem, nie mogę więc przewidzieć reakcji tamtych dwojga.
- Zostawmy zatem ten problem do następnego spotkania, jeśli oczywiście ma pan ochotę na następne spotkanie.
- Jak najbardziej.
- Jutro o tej samej porze?
- Jutro.
- A więc do zobaczenia. Mam nadzieję, że następnym razem zechce mi pan opowiedzieć coś o sobie.
*
- Pogodę mamy dziś nienadzwyczajną, może więc woli pani pójść do kawiarni?
- Nie, raczej pospacerujmy.
- Czyżby ta pogoda miała na panią dobry wpływ?
- Raczej przeciwnie, chociaż trudno powiedzieć. Właściwie na nic nie mam ochoty.
- Znam to uczucie. Człowiek nie może znaleźć jednej chociażby miłej myśli, nie ma żadnych życzeń. Nawet złota rybka nie miałaby u niego szans.
- Trafnie pan to ujął.
- Żałuję, że nie jestem lekarzem. Są zapewne na to jakieś środki - zamyślił się. Po chwili podjął na nowo. - Mam też własne sposoby, ale niekoniecznie skuteczne dla innych.
- Co to za sposoby?
- Kiedy nie chce mi się absolutnie nic, i samo wstanie z łóżka zdaje się pozbawione sensu, wymyślam sobie jakieś mikroskopijne zadanie i staram się je wykonać nie myśląc o niczym innym, nie analizując, czemu to ma służyć. Odrzucam normalny tok postępowania, codzienną rutynę.
- Pan może sobie na to pozwolić.
- Ma pani na myśli nienormowany czas pracy?
- I niezależność finansową, jak się domyślam.
- Tak, to są czynniki pozwalające na stosowanie mojej metody, ale podejrzewam też, że samotność jest w dużym stopniu powodem frustracji.
- Jest pan samotnikiem z wyboru?
- Nie. Ale wracając do metody, usiłuję siebie przekonać, że mam na przykład ochotę na dobrze zaparzoną herbatę, co więcej, że mam ochotę na jej przyrządzenie. Skupienie się na drobiazgach pozwala zapomnieć o bólu, o jego przyczynach, o szarej, pozbawionej wszelkiego sensu przyszłości. Takie nastawienie daje doraźne efekty, a niekiedy przynosi i trwałe pożytki. W ramach heroicznych zobowiązań wobec siebie można zrobić na przykład porządek w szufladzie, na co nie było czasu od lat.
- Tylko, że ja nie mam takich szuflad, nie przechowuję starych papierów, ani ubrań, a szklankę, w której wypiłam herbatę od razu myję, wycieram i odstawiam na miejsce.
- Jest pani osobą niezwykłą, przynajmniej z mojego punktu widzenia.
- Nie lubię bałaganu.
- Ani ja. Ale stale go robię i nigdy nie mam czasu na porządek.
- To po co pan ten bałagan robi?
- Dobre pytanie. Nie znam jednak na nie odpowiedzi. Co więcej, wszystko co powiedziałem o sposobach na depresję jest zapewne bezużyteczne z pani punktu widzenia.
- Nie wiem, nie zastanawiałam się nad istotą smutku, nigdy go nie analizowałam. Zawsze skupiałam się tylko na jego przyczynie.
- To bardziej racjonalne, zwłaszcza jeśli określenie przyczyn jest łatwe, a co więcej, przyczyna możliwa do usunięcia. Bywają jednak stany spowodowane narastaniem cierpienia i odkrywanie następnych pokładów nie poprawia sytuacji. Jeżeli los zbyt wiele włoży człowiekowi na barki, to po pewnym czasie nawet ujęcie ciężaru nie powoduje już wyprostowania pochylonego karku. Zastanawiałem się nieraz nad tym, co tak naprawdę decyduje o sukcesie jednych a porażce innych.
- Co?
- Doszedłem do wniosku, że w każdym razie ani talent ani wytrwałość.
- Pan żartuje.
- Ci, którym się powiodło chętnie mówią o wytężonej pracy, o genach odziedziczonych po przodkach, a to wcale nie tak. Dziwnym i niewytłumaczalnym zrządzeniem los jednym sprzyja a innym nie. Szczęściarzom zdawać się może, że jedynie sobie zawdzięczają powodzenie. W rzeczywistości powodzenie rodzi powodzenie i nie ma w tym nic odkrywczego, podobnie jak w tym, że niepowodzenie owocuje dalszym niepowodzeniem. Ktoś twórczo uzdolniony, gdy zdobywa poklask, ma szanse wspiąć się na następny szczebel kariery. Od niego samego tylko zależy, czy tę szansę wykorzysta. Jeśli natomiast poklasku nie osiągnie, przepadł nawet żeby nie wiem jak początkowo był zdolny. Talent bez aprobaty więdnie jak roślina bez wody.
- Czy przypadkiem mówi pan o sobie?
- O sobie również. Jestem przeciętnym architektem i tego faktu już nic nie zmieni. Mój talent został zaprzepaszczony, nie rozwinął się, nie zakwitł na jałowej glebie.
- Brak było panu siły przebicia?
- Nie nazwałbym tego w ten sposób. Miałem talent i energię, ale to nie wystarczyło. Już niczego wielkiego nie dokonam.
- Ma pan poczucie zmarnowanego życia?
- To zależy od pogody i pory dnia - powiedział lekkim tonem. - Miałem panią pocieszać, a rozgadałem się o sobie.
- Bardzo dobrze. Mam dość myślenia o własnych kłopotach.
- Już lepsze cudze? - spytał z uśmiechem.
- Właśnie. Wie pan co, chodźmy na tę kawę.
*
- Czy wierzy pan w Boga?
- Nie wiem. Chyba nie.
- Jak to "chyba"?
- Wszystko, co proponuje kościół jest dla mnie nie do przyjęcia, mimo to modlę się.
- I przynosi to panu ukojenie?
- Ukojenie nie jest celem moich modlitw. Modlę się wyłącznie za moją zmarłą żonę i tylko dlatego, że ona była wierząca.
- Ja modlę się o wszystko.
- I to przynosi rezultaty?
- Owszem, chociaż oczywiście nie zawsze.
- Ludzie lubią przytaczać przykłady na spełnione modlitwy, ja natomiast mam w pamięci takie, których spełnienie przyniosło mi więcej cierpienia niż gdyby się po prostu nie spełniły.
- A więc jednak nie wyłącznie za żonę się pan modli.
- Obecnie wyłącznie. Własny los próbuję kształtować sam, najlepiej jak umiem. Za dużo jednak mówimy o mnie. Chciałbym więcej dowiedzieć się o pani.
- Przyjmijmy, że życie zaczęło się od nowa, od momentu naszego pierwszego spotkania. Jestem czystą kartą.
- Jest pani osobą niezwykłą. Ale właśnie dlatego muszę znać odpowiedź przynajmniej na jedno pytanie. Czy pani ukochany powrócił?
- Tak. Na dobre - odpowiedziała ze spuszczonym wzrokiem. Nie wyglądała na osobę szczęśliwą. - Wrócił do żony i postanowiłam nie interweniować.
- To dobrze. Obiecuję nie zadawać więcej osobistych pytań, pod jednym jednak warunkiem, że obieca pani spotykać się ze mną od czasu do czasu.
- Jeszcze nigdy nie miałam tak łatwego warunku do spełnienia.
- Cieszy mnie to bardzo, bo przyznam, że coraz bardziej zależy mi na naszych spotkaniach.
- Mnie one też są potrzebne.
- Dałem pani swoją wizytówkę, ale mimo to obawiam się, że gdyby nie doszło do spotkania, straciłbym z panią kontakt.
- Jestem w trakcie przeprowadzki, nie mogę więc dać panu jeszcze mojego adresu, ale proszę się nie obawiać, zawsze stawię się na nasze spotkanie. Mam na imię Iwona. Chyba się jeszcze nie przedstawiłam. Czy możemy mówić sobie po imieniu?
*
- Jesteś coraz piękniejsza. Jak ty to robisz?
- Nic nie robię. Po prostu w parku zawsze widziałeś mój profil, a teraz siedzimy vis a' vis. A poza tym łagodne światło świec dodaje urody.
- Zawsze tak rzeczowo odpowiadasz na retoryczne pytania?
- Czyżbym wyczuwała uszczypliwość w tym pytaniu?
- Raczej niezręczność. Przepraszam.
- Nie ma za co. W sumie uważam się za osobę bardziej rzeczową niż sentymentalną.
- Ktoś z takim wyglądem nie może być pozbawiony romantyzmu, piękna nieznajoma pani.
- Dlaczego nieznajoma? Spotykamy się przecież od miesiąca.
- I dalej nic o tobie nie wiem. Jesteś tajemnicą.
- Mogę powiedzieć wszystko, co sobie życzysz.
- Niech tak zostanie. Właściwie lubię nie rozszyfrowane tajemnice.
- A widzisz! Ja natomiast wolałabym wiedzieć o tobie wszystko.
- Lepiej nie.
- Dlaczego? Czyżby twoja szafa zawierała jakiś szkielet?
- Raczej przeciwnie. Nie chciałbym cię rozczarować. Zaczynam się obawiać, że mogę cię utracić. Obiecaj mi, że choćby nie wiem co się stało, będziesz przychodziła do naszego parku o tej samej porze każdego następnego dnia, gdybyśmy się nie spotkali. Chcę mieć tę pewność.
- Przysięgam, ale to zupełnie zbyteczna przysięga. Na każde nasze spotkanie biegnę ochoczo.
- Jesteś wspaniała. Chciałbym żebyś pewnego dnia... -urwał niezdecydowany.
- Pewnego dnia - podchwyciła.
- Nie. Za wcześnie o tym mówić.
- Jeśli nie o przyszłości to porozmawiajmy o przeszłości. Opowiedz mi o twojej żonie. Jaka była?
- Była wspaniałą osobą, którą zabiło nieszczęście. Mieliśmy córkę, piękną, utalentowaną, mądrą. Kończyła właśnie Akademię Sztuk Pięknych. Zachorowała na grypę i nic nie wskazywało na nieszczęście. Okazuje się jednak, że nieudolni lekarze zwykłą grypę potrafią uczynić śmiertelną. Do dziś nie mogę znieść widoku tamtego szpitala. Nadkładam drogi idąc do parku, żeby tylko omijać to fatalne miejsce. Minął już rok, a mnie nadal trudno o tym mówić. Przy naszym pierwszym spotkaniu wspomniałaś o ludzkiej podłości, nie wiem oczywiście co miałaś na myśli, ja wówczas myślałem o draństwie wynikającym z bezmyślności, o niezamierzonej podłości, o lekceważeniu obowiązków, w wyniku których ponosi śmierć młoda dziewczyna. Żona nie umiała pogodzić się z tą stratą. Dzień pogrzebu naszej jedynaczki był tym, w którym i ona odeszła.
- Lekarze zostali ukarani?
- Podobno ktoś otrzymał naganę. Nagana za spowodowanie śmierci! Tak wygląda sprawiedliwość w naszym społeczeństwie.
- Znasz tych lekarzy oczywiście - stwierdziła raczej, niż zapytała.
- Tak sądzę. Ale po co ja ci o tym wszystkim opowiadam? To przecież miał być przyjemny wieczór.
*
Listopadowe krótkie dni połyskiwały chłodnymi promieniami słońca tuż znad horyzontu. Ławka w parku, nie ocieniona liśćmi drzew, świeciła mokrymi plamami i chociaż nie zachęcała do spoczynku, to przypominała nieobecną. Nie przestawał myśleć o Iwonie, zastanawiał się, co mogło się z nią stać. Jej nieobecność była przykra i niezrozumiała zarazem. Chociaż z drugiej strony czuł od samego prawie początku, odkąd mu na niej zaczęło zależeć, że ją utraci. Wydawało się prawie niemożliwe żeby mogła być z nim. Ale właściwie dlaczego? Co się stało? Jaki popełnił błąd? Starał się przeanalizować każde zapamiętane słowo, gest, podtekst. Dlaczego zrezygnowała z tej znajomości, która zapowiadała się tak atrakcyjnie? A może atrakcyjnie tylko dla niego? Może młoda kobieta szuka czegoś innego, niż to co on mógłby zaoferować? Jeszcze jedno okrążenie, może tym razem...
Zaczęło się ściemniać i należało wracać. Jutro czekała go niemiła sprawa do załatwienia.
*
Szpitalna atmosfera spowodowała nawrót wspomnień. Nie chciał tu przychodzić, ale wezwano go by wręczyć mu pismo, niepotrzebne, nie dające nawet cienia zadośćuczynienia.
- Czy pan, doktorze, uważa, że to jest w porządku? - spytał mężczyznę siedzącego za biurkiem.
- Jak pan widzi, pańska skarga została uwzględniona. Trzy osoby z naszego personelu zostały ukarane.
- Rzeczywiście. Surowe upomnienie za spowodowanie śmierci. Rozumiem, że wszystkie trzy osoby solennie obiecały więcej nie zabijać.
- Rozumiem pańskie rozgoryczenie.
- Czyżby?
- Ale proszę mi wierzyć, lekarze są też tylko ludźmi.
- Z tym, że ich nieudolność i lenistwo są groźne dla życia innych. Może by raczej nie powinni wykonywać tego zawodu, szumnie nazywanego powołaniem? Jak rozumiem, wszyscy troje pełnią tu nadal swoje obowiązki. Kto to jest doktor Nowak? Nie zetknąłem się z nim wcześniej, a jak rozumiem, to on ponosi szczególną winę.
Mężczyzna zza biurka przycisnął klawisz interkomu i podniósł słuchawkę.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.