Ostatnia przysługa - Anna Wolf

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sara

Nie wiem, jak długo siedzę w samochodzie na podziemnym parkingu z wciąż zapiętym pasem i przy zaryglowanych drzwiach. Nie wysiadam. Nie jestem w stanie się ruszyć. To tutaj czuję się bezpiecznie, a kiedy wyjdę... Jestem tak przyklejona do cofniętego na maksa fotela kierowcy, że mnie nie widać przez boczną szybę. Biorę głęboki wdech, który wcale mnie nie uspokaja. Zaciskam nerwowo dłoń na niebieskim materiale sukienki, bijąc się z myślami, czy powinnam jeszcze posiedzieć, czy wysiąść.

Zamykam na chwilę oczy, w końcu sięgam po torebkę, odpinam pas i szybko wysiadam, a następnie biegnę w kierunku windy, której drzwi się od razu rozwierają. Już w środku kilkukrotnie naciskam guzik na panelu, żeby to cholerstwo szybciej się zamknęło. Gdy wiezie mnie na odpowiednie piętro, czuję ucisk w gardle, który nie mija nawet wtedy, kiedy otwieram drzwi od mieszkania. Dosłownie wpadam do środka i z impetem zamykam za sobą. Przekręcam dwa zamki, żeby nikt nie miał dostępu, a następnie przez judasz w drzwiach sprawdzam, czy nikt za mną nie podążał. Po upewnieniu się, że na korytarzu jest pusto, rzucam niewielką torebkę na podłogę i ruszam do łazienki. Podchodzę do umieszczonego na jednej ze ścian dużego, sięgającego od podłogi do sufitu lustra. Zaciskam usta w wąską linię. Przekrzywiam głowę i oglądam ślady na mojej szyi. Zaciskam usta, po czym je rozluźniam. Widok, jaki odbija się w szklanej tafli, przyprawia mnie o mdłości. Cała w środku jeszcze dygoczę. Drżącą ręką sięgam do sukienki i ją z siebie zrzucam. Zostając w bieliźnie, patrzę na ślady, na ciele. Jest ich zdecydowanie więcej, niż mogłam przypuszczać. Przecieram dłonią twarz. Chce mi się płakać, a jestem osobą, której się to prawie nie zdarza, nawet na ckliwych filmach.

- Szlag - mamroczę na swój własny widok i wypuszczam powietrze przez nos. Nie chcę nawet dotykać żeber. Bolą, tak samo jak szyja, na której widnieje gruba czerwona pręga. Ledwo jestem w stanie sobie wyobrazić, co stałoby się, gdyby nie nadszedł ten przechodzień. Gdyby nie on i to, jak zaczął krzyczeć, tamci zapewne wyrządziliby mi większą krzywdę. Być może zgwałcili, a na końcu zabili. Zresztą chyba taki był ich plan, który nie do końca im wyszedł. Oczywiście mojemu wybawcy skłamałam, mówiąc, że nic mi nie jest. Nie chciałam glin, przesłuchań. Nie byłoby to dobre. Zwłaszcza nie po tym, jak została potraktowana moja przyjaciółka, która nie miała tyle szczęścia. Została zgwałcona. Byłam jedyną osobą, której o tym powiedziała. To ja zawiozłam ją na policję i to ja odbierałam ją po badaniu. Do dzisiaj pamiętam jej łzy bólu i upokorzenia przez tak zwanych obrońców i stróżów prawa. Wniosła oskarżenie, mimo że jej to odradzano. Teraz już wiem, dlaczego jej tak powiedziano, ale ona wierzyła jak ostatnia naiwna w sprawiedliwość. Niestety ta bywa ślepa i wygrywa ten, kto ma znajomości, układy i pieniądze. Co z tego, że jej oprawca został schwytany, skoro nic mu nie zrobiono. A nim doszło do sprawy, Kalina została zastraszona, jednak najgorsze przyszło później. Obrończyni tego drania, przedstawiła sprawę tak, jakby to wszystko było winą ofiary. Nie wierzyłam, że to się działo. Wiem, że kobieta miała taką pracę, ale wtedy zrozumiałam, że moralność nie istnieje, a wygrywa ten, kto ma kasę i powiązania. Bo jak inaczej nazwać to, że świadek raptem zmienił zeznania? Przyjaciółka wierzyła w sprawiedliwość, a ja wtedy przestałam. Wiem, że ona nadejdzie dopiero w dniu śmierci. Wtedy wszyscy będziemy równi sobie. Ze wszystkich rzeczy śmierć jest dla każdego. Nikt przed nią nie umknie. Miliony na kontach, znajomości nie pomogą, kiedy nadejdzie czas. Ale to właśnie przez niesprawiedliwość nie wierzę w wiele rzeczy. Bo tam byłam i widziałam, jak Kalina na moich oczach się rozpada. Po wszystkim ona pojechała do rodziców, a ja chciałam pogadać z tatą. Powiedziałam mu, co się stało. On jedynie smutno się uśmiechnął, przytulił mnie i powiedział coś, co do tej pory pamiętam: "Ludzkie życie jest niewiele warte, jeśli w grę wchodzi kasa".

Dał mi wtedy kilka rad, z których jeszcze nie musiałam korzystać. Podobnie jak nigdy nie korzystałam z tego, jak mam na nazwisko. Zasadniczo, żeby nie przyciągać kłopotów, wszędzie podaję pierwszy człon: Rottenberg. To nazwisko mojej mamy, po ojcu mam Jabłońska. Więc we wszelkich papierach, na dowodzie czy prawku widnieję jako Sara Rottenberg Jabłońska. Wtedy też przysięgłam sobie, że od tej organizacji, czyli wymiaru tak zwanej sprawiedliwości, będę się trzymać z daleka. Ale powód był jeszcze jeden. Właśnie moje nazwisko i powiązania ojca ze światem przestępczym. Nie wszyscy wiedzą, czyją jestem córką. To żaden powód do chwalenia się. Ale cóż... Antoni Jabłoński jest moim ojcem i nigdy nie wykorzystałam tego faktu, bo przyszłoby mi zapłacić naprawdę niezły haracz.

Ostatni raz rzucam spojrzenie na moje poobijane ciało, po czym zdejmuję bieliznę i maszeruję pod prysznic. Odkręcam kurki, odsuwam się w oczekiwaniu na ciepłą wodę, a następnie wracam pod jej ciepły strumień, który swobodnie spływa po mojej skórze. Stoję tak przez chwilę, delektując się ciepłem. W końcu sięgam po żel pod prysznic i powoli zaczynam zmywać z siebie cały ten syf dzisiejszego dnia. Zapach strachu, stresu i tego popieprzonego napastnika. W życiu bym nie przypuszczała, że można tak kogoś napaść w centrum miasta. A właśnie się okazało, że jak najbardziej. Do głowy nie przychodzi mi nic. Ale kiedy się nad tym zastanowić, mogą być dwa powody... Chcieli ode mnie kasy albo to ma coś wspólnego z moją rodziną. Zresztą, co to by nie było, chcę o tym zapomnieć i żyć dalej, chociaż... To nie będzie takie proste. Podobne rzeczy zostają w głowie do końca życia albo przynajmniej na bardzo, ale to bardzo długo. Nawet jeśli schowa się je głęboko, to czają się niczym demony, które tylko czekają na odpowiednią chwilę, żeby się wydostać. Sięgam ponownie po żel, myję bardzo dokładnie ciało, po czym spłukuję pianę i myję włosy, by po chwili zakręcić wodę. Wystawiam rękę, zgarniam wiszący na drążku ręcznik, którym się dokładnie wycieram. Niechlujnie rzucam go na podłogę, nie przejmując się tym, i wkładam puchaty szlafrok, który wchłania resztkę wody. Zawiązując pasek, wędruję do kuchni, gdzie trzymam alkohol. Muszę się napić. Jakoś znieczulić. Nie tylko moją pamięć, ale też ciało, które boli w kilku miejscach. Wolę to niż prochy.

Stawiam butelkę białego wytrawnego wina na blacie, odkorkowuję i nalewam do lampki, a następnie upijam łyk. Dobre, nawet bardzo. Zgarniam wszystko i udaję się na swoją wygodną kanapę, którą kupiłam ze względu na kolor. Chyba nikt normalny nie robi takich rzeczy, kto powiedział, że jestem normalna? Nikt. Mam świadomość, że bywam inna. Nie to, że jestem szurnięta, chyba czasem ekscentryczna. Tak bym siebie określiła. Siadam i podziwiam mebel o turkusowym obiciu, który tak do mnie przemówił, że zapłaciłam za niego w cholerę kasy. Warto było. To najwygodniejsza rzecz, na jakiej siedział mój zgrabny tyłek. Chociaż może zgrabny to on był w liceum, teraz jest o kilka kilogramów za duży, ale mam to w nosie. Dobrze mi tak. Do rozmiaru trzydzieści sześć mi daleko. Jestem gdzieś na pograniczu czterdziestki. Bo nikt nie powiedział, że przy takim rozmiarze nie można dobrze wyglądać. Oczywiście, że można. To kwestia różnych rzeczy, w tym ubioru. A ja o siebie dbam. Chodzę na basen, spacery, jeśli tylko czas mi pozwala. Do tego w miarę zdrowo się odżywiam, chociaż fast food, zjedzony od wielkiego dzwonu, nikogo nie uśmiercił.

*

Jakieś pół butelki wina później wciąż siedzę na kanapie przy zgaszonych światłach. Trzymam lampkę alkoholu w dłoni i patrzę tępo przez duże balkonowe okno. Próbuję jakoś ukoić nerwy, ale to wszystko wyzwala we mnie strach... Boję się, dlatego pozamykałam drzwi na wszystkie zamki i włączyłam alarm, który zareaguje, jeśli ktokolwiek spróbuje otworzyć okno. Zachowuję się, jakbym miała schizę. Ale to przecież normalne, prawda? Każdy by tak zareagował.

Mój leżący nieopodal telefon zaczyna wibrować. Mimo że widzę nazwę dzwoniącego, nie mam zamiaru odebrać. Jednak, gdy telefon dzwoni trzeci raz z rzędu, w końcu po niego sięgam i przeciągam palcem po ekranie.

- Tak? - chrypię.

- Co się dzieje? - słyszę zdenerwowany głos brata.

- Nic, Lukas.

- Dlaczego tak chrypisz?

Cholera.

- Mam problem z gardłem - kłamię.

- Nie wierzę, wsiadam do windy, więc lepiej otwórz drzwi, bo inaczej użyję klucza, który mi dałaś.

- Boże - mamroczę.

Nie przejmując się tym, jak wyglądam, bo raczej niczego się nie da ukryć, chyba że pod grubą warstwą makijażu, wstaję i z kieliszkiem w dłoni przemierzam mieszkanie. Przekręcam wszystkie zamki, po czym otwieram ostrożnie drzwi. Słyszę pyknięcie windy, więc wychylam głowę i oddycham z ulgą na widok brata. Chowam się za drzwiami w oczekiwaniu, aż wejdzie do środka. Kiedy przekracza próg, zamykam za nim i staję tyłem. Przez chwilę się waham, niemniej w końcu się odwracam, tylko że Lukas właśnie wchodzi głębiej. Nawet na mnie nie zerknął, co jest jednoznaczne z tym, że za chwilę zaczną się pytania. Biorę głęboki wdech i ruszam za nim.

- Kurwa, co tutaj tak ciemno - mamrocze i sięga do włącznika. - Ciężki dzień? - pyta, kiedy sięga po butelkę i sprawdza poziom jej zawartości.

- Raczej morderczy - odpowiadam, bo dosłownie to mam na myśli.

Brat odwraca się dopiero po moich słowach. Jego oczy się rozszerzają, a butelka z jego rąk leci na podłogę. Całe szczęście, że mam panele i dywan, inaczej los tego szkła byłby marny. Wiem, że to reakcja na mój wygląd, którego nie zamierzam ukrywać. Nie ma sensu. Ślady tak szybko nie znikną.

- Ja pierdolę! - klnie i podchodzi do mnie. - Co ci się stało? - pyta.

- Nie widać? - kpię.

- Saro, przestań. Schowaj ten swój sarkazm i odpowiadaj, do cholery, kiedy pytam. - Sięga do mnie ręką, ale odchylam głowę.

- Nie dotykaj.

- To mów.

- Ktoś mnie zaatakował, kiedy chciałam wsiąść do samochodu - wyjaśniam.

- Kurwa. Kto? Znasz tego kogoś?

- Nie - zaprzeczam. - Było dwóch gości i nie mam pojęcia, dlaczego mnie napadnięto.

- Chryste!

Stojąc naprzeciwko mnie, przygląda się mojej twarzy, która zapewne już zrobiła się kolorowa. Jego oczy robią się okrągłe za zdumienia, gdy dostrzega ślad na mojej szyi, po czym przeczesuje dłonią swoje lekko przydługie włosy.

- Ja jebię!

- Jesteś bardziej zdenerwowany ode mnie. - Zauważam ten jakże oczywisty fakt.

- Też byś była. Ktoś napadł moją siostrę.

- Żyję.

- Dobra. Szpital? Gliny? - wylicza.

- Nic z tych rzeczy. Nie miałam ochoty.

- Okej. Podzwonię, popytam, a ty siedzisz i nigdzie się nie ruszasz.

- Tak jakby nawet nie mam ochoty, ciekawe dlaczego? - kpię.

- Zamknij za mną. - Rusza do wyjścia, a ja za nim. - Nigdzie nie wychodzisz - przypomina mi, jakbym była głupia.

- Oczywiście, tato - rzucam z przekąsem.

- To nie są żarty, Saro, zważywszy na to, jak mamy na nazwisko - mówi coś, czym potwierdza, że to mógł być właśnie jeden z powodów.

- Wiem.

- Dzwoń, gdyby coś się działo.

- Jasne.

Żegnam się z bratem i jak tylko znów przekręcę w drzwiach wszystkie zamki, idę do sypialni, gdzie siadam na moim sporych rozmiarów łóżku. Sięgam po pilota, włączam telewizor, a następnie kładę się, żeby po chwili zmienić pozycję.

- Jezu, za gorąco - mamroczę pod nosem i zrzucam szlafrok. Jest mi za ciepło, więc tak nie zasnę. A ponoć sen jest lekarstwem na wszystko. Tylko niestety nie na moje siniaki. One w magiczny sposób do rana nie znikną, a szkoda.

Wiktor

Wysiadam z samochodu i zostawiam go na podjeździe, po czym wchodzę do domu. Wiem, że gdzieś tutaj kręci się Seba, który mieszka w mieszczącym się z drugiej strony niewielkim i specjalnie dla niego wydzielonym mieszkaniu. Już po tym, jak zaczął dla mnie pracować, okazało się, że lokal jego matki, po jej śmierci, mu się nie należy. Mógł sobie coś wynająć, bo tyle mu płacę, że stać go, jednak ze względu na rodzaj pracy, jaką dla mnie wykonuje, było to bez sensu. On praktycznie cały czas jest w robocie, więc ułatwiłem nam wszystko. Oczywiście, mógł odmówić. To nie było tak, że jak nie przyjmie mojej oferty, to go wywalę. Zrobiłem po prostu przyjacielską przysługę, za którą nie żądam żadnej zapłaty. Sama jego praca jest nieoceniona. Naprawdę to świetny ochroniarz, do tego informatyk i czasem kucharz, więc uważam, że i tak za mało mu płacę.

- Idę do siebie - słyszę z głębi korytarza, a po chwili wyłania się ktoś, kto jest moją prawą ręką.

- Jasne. Tobie też się należy odpoczynek.

- Zamówiłem żarcie na wynos. Twoje stoi na blacie w kuchni.

- Chińszczyzna?

- Tak. Mają całkiem dobrą kaczkę.

- Oo, to dobrze, bo jestem cholernie głodny. Dzięki, Seba.

- Nie ma za co, szefie - śmieje się i znika z domu.

Gdy zostaję sam, kieruję swoje kroki do kuchni, gdzie rzeczywiście czeka na mnie zapakowane jedzenie. Odkładam rzeczy, w tym telefon, i sięgam do papierowej torby. Wyciągam dwa opakowania. W jednym jest zupa, która pachnie smakowicie, ale to kaczka jest niczym deser. Zostawiając sobie zupę na później, sięgam po widelec i zaczynam się raczyć moją kolacją.

- Kurwa - klnę cicho pod nosem. Ta kaczka jest obłędna. Seba jednak wie, gdzie zamawiać dobre żarcie.

Jestem w połowie posiłku, gdy odzywa się mój telefon. Chociaż u mnie nigdy nie jest się "po pracy", nie zamierzam odbierać. Chcę mieć chwilę spokoju, ale kiedy zerkam i widzę, kto dzwoni, szybko zmieniam zdanie.

- Ogon diabłu podpaliłeś, że dzwonisz? - pytam i szybko przełykam kęs.

- Mam do ciebie pewną sprawę.

Oni wiecznie dzwonią, jak mają "pewną sprawę", czyli zwyczajnie czegoś chcą. Tyle że niekoniecznie to dostaną.

- Inaczej byś do mnie nie zadzwonił - rzucam z sarkazmem.

- Nie przesadzaj.

- To jakaż jest to sprawa, że zawracasz dupę o - spoglądam na zegarek na ręku - dziesiątej wieczorem?

- Chodzi o moją siostrę.

- Od kiedy ty się tak martwisz o Sarę, co? - mówię z wyraźną pogardą. Lukas nigdy się zbytnio nią nie przejmował, bo gdyby tak było, pozostałaby poza zasięgiem jego brudnych interesów, a tak nie jest. Chociaż może źle go tym razem oceniam?

- Od zawsze. To, że ty tego nie widzisz, nie oznacza, że tak nie jest.

- Więc, w czym ci mogę pomóc?

- Potrzebuję bezpiecznego miejsca dla Sary.

- Dlaczego? - pytam spokojnie, chociaż w środku cały się spinam. Jego słowa sprawiają, że zaczynam mieć złe przeczucia.

- Wydarzyło się ostatnio coś dziwnego, a ja nie chcę ryzykować, że coś jej się stanie.

- Coś kręcisz, Jabłoński.

- Jesteś w stanie zaopiekować się Sarą?

- Możliwe, że jestem - odpowiadam.

- To dobrze.

- Jeśli to zrobię, to wyłącznie dla niej, nie dla ciebie. Żeby była jasność - wyjaśniam mu.

- I tak dzięki.

- Zobaczymy - rzucam z przekąsem. - Bądźcie jutro rano.

- Nie powie...

- Ale ja mówię, ty od zawsze jesteś kiepski w datach - oświadczam, a następnie się rozłączam i odkładam telefon, by po chwili ponownie zająć się moją kaczką, która już lekko wystygła, ale wciąż jest dobra.

Jestem ciekawy, dlaczego tak naprawdę zależy mu, żebym to ja zajął się Sarą. Coś mi mówi, że narobił niezłego bigosu, a teraz próbuje się z tego jakoś wykaraskać, co nie oznacza, że mu się uda. A już najmniej podoba mi się to, że jego siostrze przyjdzie płacić za jego głupoty.

Prolog

Wiktor

Spoglądam na sunące po niebie nieliczne chmury, które lekko zaburzają błękit nad moją głową. Poprawiam koszulę. Powoli zaczyna się już lepić do mojej lekko spoconej skóry, kiedy czekam na starego. Gdyby nie to, że znam go od szczeniaka, nie byłoby mowy o spotkaniu. Do tego za cholerę nie rozumiem, dlaczego akurat w takim miejscu. Jezioro jest piękne, dobre do spotkań, ale niekoniecznie o tej porze dnia, gdyż komary trochę tną.

Spoglądam na zegarek. Spóźnia się już kwadrans. Jeśli w ciągu pięciu minut nie przyjedzie, zwijam się. To, że go lubię i jego nazwisko coś znaczy, nie sprawi, że będę czekał w nieskończoność. Żeby zabić czas w oczekiwaniu na niego, podchodzę bliżej wody, na której kołysze się dzikie ptactwo. Poprawiam na nosie okulary przeciwsłoneczne, po czym odkręcam butelkę wody, którą się raczę. Jest w cholerę gorąco, mimo że już szósta po południu. Spokojnie dopijam resztę wody ze szklanej butelki, patrząc wciąż na jezioro. Domyślam się, dlaczego nosi nazwę "Mokre Łąki", ale ja nie zamierzam być dłużej mokry od potu. Sprawdzam czas. Pięć minut już minęło. Cóż, skoro nie raczył się zjawić...

Ruszam do zaparkowanego w cieniu drzew samochodu. Wsiadam do niego, rzucam butelkę na fotel obok, po czym uruchamiam silnik. Cofam i wyjeżdżam na drogę. Mój kierunek powrotny to Warszawa, ale po ujechaniu niespełna kilometra odzywa się mój telefon. Odbieram przez głośnomówiący.

- Spóźniłeś się, wracam - informuję Jabłońskiego.

- Zmiana planów. Czekam przy kapliczce z figurą Matki Bożej - oświadcza, a następnie się rozłącza.

- Jaja sobie, kurwa, robi? Kapliczka? Gdzie to, do cholery, jest? - daję upust niezadowoleniu. - Kurwa - klnę i po chwili uruchamiam "Google Maps". - Kapliczka Figura Matki Bożej - dyktuję dosłownie to, co usłyszałem, dzięki czemu aplikacja sama szuka miejsca. Klikam tylko, żeby mnie poprowadziło. Nie mam czasu na wyszukiwanie w samochodowej automapie, bobym się jedynie zdekoncentrował na drodze.

Dociskam gaz, co nie jest takie znów rozsądne, bo to nie autostrada, gdzie można sobie trochę poszarżować. Tutaj co chwilę teren zabudowany, więc wolę jechać jakoś w miarę płynnie, zamiast co chwilę hamować. Prawie jestem na miejscu, ale gdy docieram do skrzyżowania ulic Rękopis i Groteski, okazuje się, że muszę wjechać w lewo do Kampinoskiego Parku Narodowego. Zaraz przy drodze asfaltowej stoi kilka zaparkowanych aut. Olewam je i jadę dalej ubitą leśną drogą, którą kieruję się już prosto między drzewa. Po drodze dostrzegam jeden dom, później następny. W końcu parkuję auto tuż przy wozie Antoniego. Wyłączam silnik, wysiadam i ruszam w kierunku figury. Cholera, nawet nie wiedziałem o istnieniu takiego miejsca.

- Wiktor - słyszę, ale nie widzę. - Tutaj.

Odwracam się i dostrzegam go stojącego przy drzewie.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego tutaj? - pytam, podchodząc bliżej.

- Byłem śledzony - odpowiada i bacznie się rozgląda.

- Gliny czy twoi kochani przyjaciele?

- Bez różnicy. Jedni i drudzy są niebezpieczni.

- To może mi wyjaśnisz, w jakim celu ciągnąłem tutaj dupę?

- Chcę, żebyś wyświadczył mi przysługę.

- Ty mnie o to prosisz?

- Tak.

- Dobrze, ale muszę wiedzieć, co to będzie. Nikogo dla ciebie nie zabiję.

- Nic z tych rzeczy. To jest bardziej osobiste.

- Niech będzie, ale to moja ostatnia przysługa, Antoni - wyjaśniam mu, żeby nie liczył na więcej. - Z tego, co słyszałem, wycofujesz się z interesów.

- Powiedzmy, że tak będzie lepiej. Starczy mi już to, czego się dorobiłem. Nie muszę chcieć więcej.

- Nie jesteś pazerny. To jakaś nowość w naszym świecie.

- Mało wiesz o życiu, Wiktorze. Nie wszystko można przeliczyć na pieniądze.

- Ponoć każdy ma swoją cenę - mówię to, o czym wielokrotnie się przekonałem.

- Wierz mi, nie każdego można kupić za forsę. Ale tak, każdy ma swoją cenę. Tą ceną może być nawet rodzina. Więc patrząc z tej perspektywy, to tak, każdy ma swoją własną cenę, a naszym zadaniem jest wiedzieć, kto, i co może dać.

- Czyli nie dowiem się, dlaczego znikasz?

- Nie znikam. Lukas przejmie część biznesu - mówi, a ja już wiem, że to jak strzał w kolano - a ja tylko to, czego dorobiłem się w pełni legalnie.

- Nie ma tego za dużo - stwierdzam.

- Ale za to jest dochodowe i wystarczy.

- Dobrze. To mów, co to za przysługa.

- Sara.

- Nie rozumiem - oświadczam, bo nie bardzo się mogę domyślić, o co on chce mnie prosić.

- Pilnuj jej w miarę możliwości. Bądź jej cichym aniołem stróżem.

- To kiepski pomysł.

- Tobie jednemu ufam. Twój stary to kanalia, ale ty - wskazuje na mnie - masz zadatki na naprawdę kogoś wielkiego w naszym świecie. Więc chcę, żeby Sara była bezpieczna. Lukas jej nie obroni, mimo że jest jej bratem. Prędzej ściągnie na nią kłopoty.

- Sądzisz, że jestem w stanie, to zrobić?

- Chciałbym, żebyś od czasu do czasu do niej zajrzał. Sprawdził, czy u niej wszystko dobrze. Mnie okłamie, gdy zapytam. Powie, że wszystko u niej okej. Nie lubi mnie martwić. Nawet jakby jej się coś stało, ona do mnie nie zadzwoni. Jest jak jej matka, która lubi robić wszystko sama i po swojemu.

- Czyli mam zwyczajnie pilnować twojej córki.

- W całym tym byciu jej stróżem powinno pomóc to, że ona ci się podoba. Wiem, nawet nie zaprzeczaj.

- Lub będzie wręcz odwrotnie. Ona mnie nie znosi - uświadamiam go.

- Powiedzmy, że to jednak nie do końca prawda.

- Powiedzmy - odpowiadam. - Tylko tyle? Jakieś raporty mam ci zdawać?

- Nie. Po prostu pilnuj mojej córki.

- Na tyle, na ile będę w stanie - oświadczam, żeby miał świadomość, że nie przydzielę jej żadnego z moich chłopaków.

- To wystarczy. Dzięki. - Klepie mnie w ramię. - Dzięki, Brzeziński. - Odchodzi w kierunku samochodu, zostawiając mnie samego pośród drzew. Aa - odwraca się, gdy stoi już przy swoim aucie. - Ożeń się z nią. Nie będziesz żałował.

- To nie takie proste.

- Wszystko jest proste, trzeba mieć tylko odpowiednie podejście do sprawy - pada z jego ust, a po chwili odjeżdża.

Antoni Jabłoński właśnie dał mi zadanie, w sumie to mam wyświadczyć mu przysługę. Owszem, pomógł mi kiedyś i chyba przyszła pora na spłatę długów. A ja zawsze swoje spłacam. Moje słowo liczy się jak umowa pisana. I okazuje się, że całkiem piękna ta moja ostatnia dla niego przysługa.