Ostatnia przygoda - Eugeniusz Dębski

Kup ebooka

14.99 zł
12.89 zł (11,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Fragment najnowszej niepublikowanej powieści z cyklu: "Owen-Detektyw-WszechCzasów-Yeates". Tytuł (bardzo) roboczy/prowizoryczny: "Sierżant Kaszel - rulez!"

...Powtórzyliśmy trasę Biliany, mimo że na właściwym zjeździe nie było rozkraczonej ciężarówki. Nawet pora była mniej więcej podobna, wtedy był schyłek lata, teraz jego początek. Zatrzymałem bastaada w miejscu, gdzie stał VW Biliany, w milczeniu, rozglądając się tylko na wszystkie strony, dotarliśmy do ławki. Ja usiadłem na niej, Sierżant przeszedł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się, a potem wrócił. Zatrzymał się dwa kroki ode mnie.

- Dokładnie tak było - powiedziałem. - Zasłoniła całkowicie alejkę sobą, do tego słońce przez koronę, ale zawsze... To drugie włączyło pierwszy bieg i dało nogę. Wskazówka dla producenta tego cuda - jak parkujesz, to bez klucza nikt nie powinien móc nim odjechać.

- Odjechał, jak widzimy, na to... - Wskazał wyprostowanym kciukiem zdegrengoladowaną uliczkę, której ostatni budynek wystawał jednym rogiem dachu poza szpaler starych drzew. - Przejdziemy się?

- Obowiązkowo.

Do uliczki było pięćdziesiąt metrów, nie potrzebowałem lasera, żeby to stwierdzić. Dziesięć sekund biegu z samojezdnym wózkiem.

- Gdyby Biliana coś zauważyła dziewczyna wczepiłaby się w nią, podrapała, skopała, albo i co gorszego - powiedziałem.

- Niechybnie.

Wyszliśmy z zieleni na... inny rodzaj zieleni. Taką pleśniową?.. Budynki, co widzieliśmy na mapie garbiły się i wyginały, jezdnia przypominała tor testowy terenówek, chodniki zaginęły pod szczelną warstwą śmieci, które namakając i wysychając utworzyły coś jak papier-mâché na całej długości ulicy. Pomyślałem, że jakiś awangardowy rzeźbiarz dałby sobie połamać obie nogi za możliwość twórczego wykorzystania takiej instalacji. No to dlaczego go tu nie widziałem?!

Wyszliśmy na asfalt, a raczej miejsce po asfalcie. Zrozumiałem, dlaczego Biliana nie zajeżdżała tu, a zaraz potem uświadomiłem sobie, że w każdym aspekcie wjazd od parku był lepszy, i bliżej ławek, i czysty równy placyk parkingowy, i bez strachu o zawieszenie.

Jak powiedziała Biliana - na domach wisiały anteny satelitarne, w przytłaczającej większości od kilkudziesięciu lat oderwane od odbiorników, wyprodukowanych w firmach, od dawna już nieistniejących. Może z wyjątkiem Sony?..

Wymieniliśmy z Sierżantem znaczące spojrzenia. A potem powiedział on coś, co miało znaczącą wagę: - Tu samochód pojawia się raz do roku.

- Albo ostatni raz był tu dwa lata temu - mruknąłem cicho, bo nagle jedno z okien na parterze zgrzytnęło, rozdzwoniła się szyba w ramie, w zadziwiająco czystej szybie błysnęło i przemknęło przez nią słońce, i pojawił się... pojawił się Shorty!

Istnieje w kinie amerykańskim, najczęściej niezbyt dobrym amerykańskim kinie, sztampowa drugoplanowa, ale ważna postać: Shorty. Ileż ja razy widziałem go, granego przez różnych aktorów, ale zawsze takiego samego i tak samo granego. Nieogolony, z siwą szczeciną, w dżinsach z szelkami, flanelowej koszuli w kratę, szczerbaty, a jeszcze częściej bezzębny, dobroduszny i wierny, pomagający głównemu bohaterowi i zawsze, ale to zawsze, ginący przed pomyślnym dla głównego finałem. Chyba urodził się w "Rio Bravo", a potem - poszło!

I taki właśnie Shorty siedział w oknie na parterze. Miał na sobie flanelową koszulę w kratę i szelki z napisem "The Beatles". Biorąc pod uwagę, że ostatni z Wielkiej Czwórki zmarł cztery dekady temu musiał ich bardzo kochać. I nosić te szelki przez czterdzieści lat, może osiemdziesiąt. Co za guma?! Miłośnik bitelsów kpiąco patrzył na nas, szukających tropu sprzed dwu lat, mrużył oczy, poruszał żuchwą jakby żuł... prymkę?

- Wiesz co to jest prymka? - zapytałem Sierżanta, bo właśnie sobie uświadomiłem, że ja nie wiem.

- Tytoń do żucia.

- Hm? Ładujesz mnie? Można wziąć peta i żuć?

- Dureń. To inny tytoń. Już nikt tego nie robi i nie żuje.

- Ja, kurna, żuję - odezwał się Shorty z okna. Zajechał na moment dolną wargą pod nos, potem zrobił coś innego z wargami i nagle... Nagle zrozumiałem, że można strzyknąć nie tylko lekarstwem ze strzykawki. Ciemnobrunatna... wydzielina legła kroplistym szlakiem w poprzek pokrytego warstwą czegoś chodnika. W tym miejscu owo papier-mâché miało kolor brązowy. - Ale muszę sam hodować tytoń, bo już nikt tego nie robi.

- Ja cię pieprzę! - powiedział z podziwem Sierżant. - Od kiedy tu siedzisz, chłopie?

- Ty, młody... Jak ja tu zamieszkałem, to ty jeszcze myślałeś, że najlepsza zabawa z dziewczynkami, to szarpanie ich za warkocze! - zarechotał Shorty. - A tu, w parku, tętniło inne życie. Płciowe, kurna jego gajowego!

Powstrzymałem się od skomentowania "młodego" w stosunku do Sierżanta.

On nie miał skrupułów, roześmiał się głośno i serdecznie.

- Nie rżyj, bo wyjdę i wpieprz ci spuszczę! - rozeźlił się Shorty. - Czego tu szukacie? Pędzla z nosa?

- Nie, szukamy dużego... - wyjąłem z kieszeni, ach, co za wspaniały i przemyślany zwyczaj trzymania w kieszeni złożonej w kostkę dwudziestodolarówki! - ... samochodu. Obcego, który nigdy potem już się tu nie pojawił, a pojawił się raz... - Podszedłem do muru i wyciągnąłem w górę rękę z banknotem. Shorty miał jeden z krótszych czasów wahania jakie znałem. - Raz - powtórzyłem. - Dwa lata temu. Niecałe dwa lata, w sierpniu czterdziestego dziewiątego.

Shorty zmrużył oczy i przyglądał mi się badawczo. Albo zagłębiał w pamięci.

- Wysiadła z niego paskudna dziewucha - pomógł mi Sierżant. - Gęba w drutach, plamiaste dżinsy, brudne kudły. Był z nią ktoś jeszcze, może chłopak, ten przybiegł po chwili z wózkiem. Z dziwnym wózkiem - dodał z naciskiem. - Podwójnym, dla bliźniaków.

- Nie ucz, kurna, młody, żeglarza szczać pod wiatr! - warknął Shorty. - Wiem, co to podwójny wózek, nie ma takiego jednego szczyla, co by się musiał w dwóch wózkach mieścić. - Zamilkł i przeżuł kolejną obelgę dla Sierżanta. - Powiem tak. Kremowa fura, wielka jak pullman, opony, kurna, jak młyńskie kamienie. Ale, nie widziałem kierowcy - pokręcił głową, jakby chciał potwierdzić tym ruchem słowa. - Tylko mignęła mi siksa jakaś, wskoczyła do wozu i odjechali. Czy miała druty w paszczy nie wiem, dżinsy potargane - tak. Buciory, kurna jego, o cztery rozmiary za duże, ale jej nie spadały. Nie widziałem jak przyjechała, co robiła, kto z nią był. Tylko to, kurna: ona szybko przebiera girami, wpada do fury, fura startuje, majta się na wszystkie strony, ale nie wywraca tylko wypierdala stąd. I już.

Znowu założył dolną wargę na nos, powstrzymałem się od ucieczki. Poprzednio strzyknął brązową śliną dwa metry od naszych butów, teraz, po dwudziestodolarówce, mógł się sprężyć.

Ale nie. Strzyknął tuż pod mur. Nawet nie próbował nas sięgnąć.

- Już więcej ich nie było? - Chciałem być pewien tropu. Tropu, wielkie słowo!? Trop - od razu przy pierwszym podejściu. Shorty chyba chciał strzyknąć we mnie, ale nie miał zapasu amunicji w wygarbowanym nikotyną otworze gębowym. - A policja? Była tu?

Zarechotał.

- A niechby spróbowała! Mamy jeszcze parę kubłów z gównem na nich, czekają od dwudziestu lat, czasami.

- Zaraz! - Sierżant aż podskoczył z radości. Może niedowierzania. - Chcesz powiedzieć, że nikt was nie pytał o taki wóz?

- Co chcę powiedzieć to powiedziałem. To o mnie piszą w Konstytucji: - Zaczerpnął ile się dało powietrza, ale i tak nie zdołał na jednym oddechu wygłosić jedynego zdania, które zna na pamięć każdy Amerykanin: - "My, naród Stanów Zjednoczonych, pragnąc udoskonalić Unię, ustanowić sprawiedliwość, zabezpieczyć spokój w kraju, zapewnić wspólną obronę, podnieść ogólny dobrobyt oraz utrzymać dla nas samych i naszego potomstwa dobrodziejstwa wolności..." - Tu skończył mu się dech i chęć zaimponowania nam znajomością Konstytucji. Odetchnął, odkaszlnął. - Chodzi o te bliźniaczki, które, kurna, ukradli, nie? No. Tyle wiem, co w telewizorze było. A mnie nikt nie pytał, i nikogo tu w okolicy. To pewne, jak gówno w dupie.

- Jakbym ci pokazał parę modeli rozpoznałbyś tę furę?

Zastanawiał się chwilę, potem długą chwilę. Potem westchnął.

- Chciałbym, kurna, bo pewnie byście jeszcze dołożyli coś do tej dwudziestki - powiedział z żalem. - Ale kija tam, nie poznam. Prawdę sprzedaję, nie kit. Stała dupą do mnie. A ja też, patrzyłem przez firankę - sięgnął za siebie i pociągnął coś, co zarumieniło się z nieśmiałej radości, słysząc dumne w tym przypadku określenie "firanka". - Biała była, nie biała, ale jasna...

Teraz dostrzegłem, że chcąc widzieć nas obu mruży jedno oko, lewe, i przekręca głowę, jakby tym okiem skanował całą przestrzeń przed sobą. Musiał mieć prawe słabsze albo generalnie nieczynne. Mało pożytku z takiego świadka... Chociaż, nie. Co wiedział powiedział. I już wiedzieliśmy coś, czego nie wiedziała pewnie miejscowa policja.

Zapaliłem papierosa, dym popłynął w stronę okna, pomachałem ręką, chociaż gość, żujący tytoń nie powinien chyba mieć pretensji o obłoczek dymu. Chyba, że mu szkoda tak palić fajny surowiec?

- No to życzę zdrowia, kolego - odezwał się Sierżant i odwróciwszy od Shorty'ego popatrzył na mnie.

Otworzyłem usta, chcąc dodać coś do życzliwego pożegnania, ale zza pleców naszego informatora dopadł nas chrapliwy jazgot, sugerujący mocne niezadowolenie jakiejś istoty, może nawet płci odmiennej. Skoro już poruszyłem wargami to poszedłem za ciosem - rozciągnąłem je w uśmiechu, potem zasalutowałem i - porzuciwszy na sekundę Sierżanta - ruszyłem szybko w kierunku, z którego przyszliśmy. Po dwóch krokach podniosłem lewą rękę i zrobiłem fixa do Maelstromu. Już się kręcił, ale miał za mało danych do wyrzucania skojarzeń, ładowałem więc do niego co się dało.

William dogonił mnie czteroma długimi krokami.

- Robiłeś mu fotę? - zapytał.

- No.

- Po coś?

- Znasz Maelstrom?

Zastanawiał się przez cztery długie kroki.

- Ten wir z "Dwudziestu tysięcy mil podwodnej żeglugi"?

- Mnie więcej. Mało znany, trudno dostępny, zaskakująco efektywny i wkurzająco nieefektywny QuasiIntel do wyszukiwania skojarzeń.

- Hm?

Nie wyczułem - żarty sobie ze mnie robi, czy naprawdę nie wie. Postanowiłem być fair wobec starego wiarusa. Dość, że mój syn dawał mu popalić.

- Ładujesz do programu, jak do programu, dane, jakie ci przychodzą do głowy i czekasz, czy Maelstrom coś wydłubie z tego. W naszym przypadku to są takie dane: oboje rodzice, ich życiorysy, ich rodziny wstecz po drzewie genealogicznym, ile się da. Potem takie detale jak wykształcenie, studia - gdzie, z kim, co, jak długo. Praca. Znowu - gdzie, z kim, ile, co. Potem - znajomi. Stan umysłowy, zdrowotny i finansowy, słowem - wszystko, co się wie. W naszym przypadku jeszcze: kto prowadzi dochodzenie, jakiego typu sama zbrodnia, podtypy, profile... - Sapnąłem. - I może się okazać, że nasz Shorty był w wojsku z kuzynem gościa, który grał w golfa z drużbą Gregory'ego. Albo wychodzą ciekawsze rzeczy. A czasem wychodzi taki szajs, że gały wypadają.

Przemaszerowaliśmy parę metrów w pełnej dezaprobaty i pogardliwej ironii ciszy.

- A poza tym, jest też dobrym pamiętnikiem. Już nie muszę pamiętać Shorty'ego, bo go mam w swojej bazie.

- Co ty z tym Shortym? - Sierżant zrobił dwa kroki i wyprzedziwszy mnie odwrócił się, żeby mnie widzieć.

- Taka postać z filmów, z westernów, kryminałów... Nie kojarzysz? Sepleniący poczciwy staruszek zawsze dający gardło w słusznej sprawie? Nie jarzysz?

Zastanawiał się chwilę.

- Nie-e... - Nagle poderwał głowę. - A tak! Przypominam sobie!

- No widzisz.

- No widzę. Ale jakoś nie widzę pomocy od trzeciego... jak mu tam? Quasi... model?

- Ta. Quasimodel, Dzwonnik z Notre Dawn. - Omal się nie roześmiałem na całe gardło, tak mi się spodobał ten Dzwonnik z Notre Dawn, ale powstrzymałem się, w obawie, że Kaszel zapamięta tę scenę i jeszcze ją powtórzy przy Pymie, a wtedy rugi mnie nie miną. - Nie, to jest namiastka sztucznej inteligencji, która kojarzy różne fakty, wiąże je w trafne lub nie diagnozy i tak dalej.

- Na razie ja zadam pytanie, póki twój komp się grzebie: jak wytłumaczyć fakt, że policja nie dotarła do Shorty'ego czy innego świadka? Nie wszyscy widzieli tylko tył wozu, prawda?

Zgasiłem papierosa, którym nawet się nie zaciągnąłem.

Podniosłem chron do ust i powiedziałem: - Detektyw Lergen ze Sternfield. Szerokie pasmo.

Sierżant kwaknął i uśmiechnął się z politowaniem. Zacisnąłem w duchu kciuki za Maelstrom.

- Pozbiera wszystko, co o nim wie, co wiedzą inni i zinterpretu...

Chron drgnął na przegubie, odrzuciłem opcję z propozycją głosowego przedstawienia wyniku.

"Detektyw Moses Lergen. Posterunek policji w Sternfield. Awans cztery miesiące temu. Najprawdopodobniej wymuszony sytuacją kadrową na posterunku (pewność przypuszczenia - sześć na dziesięć w skali Ysigo), wcześniejsze dokonania detektywa nie wskazywały na jego aktywność w pracy i profesjonalną wiedzę, niezbędne do awansu. Świadectwa szkolne i wyniku kursów potwierdzają opinię, że jest osobą labilną, niesłowną, mało aktywną, nawet przy zewnętrznych motywatorach. Dwie skargi mieszkańców na powolność działania w sprawie niszczonego ogrodzenia zagrody dla owiec i pojawiającego się pod szkołą potencjalnego pedofila. To są dane poziomu drugiego, trzeci poziom możliwy, czwarty - prawdopodobny o niskim stopniu wiarygodności".

Streściłem Sierżantowi opis detektywa.

- Zwyczajny leniwy gnój - skwitował przemielone w sekundy terabajty informacji. - I taka menda dostaje największą sprawę w historii miasta?! - splunął, znaczy - udał, że spluwa. - Cuch o wysokim stopniu stężenia smrodu - sparodiował Maelstrom.

- Trzeci poziom? - rzuciłem do chroma.

"Koligacje rodzinne: sędzia pokoju Emily Lergen, matka Mosesa Lergena, rozwiedziona z Eugenem Lergenem, adwokatem w stanie spoczynku. Zachodzi podejrzenie (siedem na dziesięć w skali Ysigo) wywierania nacisku rodziców Mosesa na władze w celu awansowania syna".

- Co to jest skala Ysigo?

- Nic szczególnego, kiedyś mówiło się, że oceniam film na siedem w skali do dziesięciu. Ysigo nadał tej decymalnej skali uzasadnienie psychologiczne, socjologiczne i historyczne, a programiści chętnie się podczepili pod to, żeby szacunki Maelstromu były wiarygodne. A to po prostu: pięć na dziesięć? Mało prawdopodobne. Siedem na dziesięć - niemal pewne. Osiem - pewne. I tak dalej.

- Ale skąd ten wir wie, że były naciski?

- Och, on czerpie z ogromnego zasobu legalnej wiedzy: ktoś napisał artykuł do gazetki szkolnej, ktoś zrobił zdjęcie napisu na murze: "Eugene wciska nam syna do policji!", a zdjęcie było w gazecie lokalnej. On to wszystko zasysa i kojarzy.

- Czy mi się wydawało czy słowo "legalny" miało dwa "r" w środku? - zapytał Sierżant.

Trwało dwie sekundy, zanim połapałem się, że tym sposobem sygnalizował, że ze słowem "legalny" coś było nie w porządku.

Bo i było.

- Tak. Moja wersja Maelstromu jest "lergeralna"?

Sierżant prychnął i trącił klamkę, bastaad grzecznie otworzył drzwi. Zawsze mi się wydawało, że nie łapie ironii.

Jeszcze nie odpalałem silnika.

- Ja bym poszedł do tego durnia mojżeszowego - oświadczył Sierżant drapiąc się po grdyce.

Ostentacyjnie zdjąłem ręce z kierownicy i odwróciłem się do Sierżanta całym ciałem, na ile się dało, nogi zostały w okolicy pedałów.

- Sam? Prowadzisz jakieś dochodzenie?

- E-e... Myślałem, że tworzymy parę śledczą?.. A nie jest tak?

- Parę? Śledczą? - Wytrzeszczyłem na niego gały. - William, czy ty wiesz, o czym mówisz? Pary, jak tu mówisz, to, wiesz, "Terence i Hilary", "Buddy i Sonia", "Jenifer i Cosmo". On i ona albo ona i on.

- "Dempsey i Makepeace"?

Zastanawiałem się chwilę, potem dyskretnie trąciłem chron. W uchu rozbrzmiała podpowiedź.

- Williamie? - zapytałem z oburzeniem. - To z ubiegłego wieku? Kto to ogląda?

- Ja - strzelił mocnym głosem. Z którym w opozycji stały następne słowa: - A co mam lepszego do roboty? - Westchnął, i w tym momencie uświadomiłem sobie, że rżnie głupa. Rżnie ze mnie. Udałem, że nie pokapowałem się. A Sierżant zapytał grzecznie: - A Sherlock i Watson?

- To kto kim będzie? - zaatakowałem w odwecie za Dempsey'a.

Bezczelnie wzruszył ramionami. Bez. Czel. Nie. Że niby sam sobie wybierz? Ja mam wybierać? Jakby w ogóle wchodziła w grę taka opcja?

- "Butch Cassidy i Sundance Kid" - rzucił Sierżant w stronę szyby, korzystając z mojego milczenia.

W duchu chichotałem na całego. Sierżant Kaszel zasromany!? Tylko Phil potrafił go wprawić w taki niespokojny dla niego stan. Teraz i mi się udało.

- Jasssne, Butch... - westchnąłem. - Okej. - Czy Kid? Jak mam się do cie...

- No, dość już tego kabaretu. Idę czy nie?

- Idziesz. - Odwróciłem się do kierownicy. - Nie zapomnij włączyć transmitera.

Odruchowo dotknął wpiętego w kurtkę orła z bombą w szponach. Oko ptaka było kamerą, cudem techniki, jeśli to jeszcze była technika a nie magia.

Kto to powiedział, że odpowiednio wysoka technika staje się magią?

...

Prolog

Co wy tu robicie? Nic? No to uwijajcie się szybciej!

"456 odzywek z armii, o armii i dla armii"

Było tak gorąco, że nawet się nie pociłem. Miałem wrażenie, że pot wysycha, zanim wysiąknąwszy ze mnie zdoła się skoncentrować w kroplę cieczy. Pokrywałem się tylko warstewką suchej soli i kiedy zaczynała mnie piec skóra, czyli co półtorej godziny, rzucałem wszystko, to znaczy leżenie pod wentylatorem, i waliłem się do wanny.

Klimatyzacja działała, pewnie. Działała bardzo dobrze i wydajnie. Gdybym chciał podnieść temperaturę w domu o cztery stopnie, wykonałaby to w niecałe dwie minuty, a może i jedna by wystarczyła. Ale kiedy usiłowałem zejść z 28 stopni Celsjusza do jakiejkolwiek temperatury poniżej, sterownik dostawał czkawki i skakał do trzydziestu siedmiu, po czym przez niekończące się trzy kwadranse wracał do magicznych, już w tym momencie upragnionych dwudziestu ośmiu. Próbowałem tego dwa razy, potem poddałem się.

Nikt nie przyjedzie pomóc. Sterowniki w całym mieście padały jak pchły na psie, który wszedł o świcie do izby żołnierskiej. Sterowniki padały w połowie kraju - susza trwała od czterdziestu dni, apokaliptycznych chyba, a jakiś jajogłowy czy raczej jajomózgi okularnik, któremu klima musiała paść jeszcze wcześniej, w pocie czoła - nomen omen - wyliczył, że gdyby cały Wielki Kanion wypełniała woda, to musiałaby płynąć 118 dni, żeby wyrównać powstały w tym roku deficyt. Ale nie pamiętałem na jakiej powierzchni - całych stanów, jego stanu czy jego wanny...

Leżałem w swojej, w chłodnej wodzie, łapczywie pochłaniałem drugi kilogram zimnych czereśni, a pestkami strzelałem od godziny w ekran telewizora. Ohydny zwyczaj, orzekła Pyma. Nie leżenie w wannie, tylko strzelanie do telewizora. Właściwie nie tyle do telewizora, ile do prymitywnej maty TV przekazującej obraz z odbiornika salonowego. I strzelałem pestkami nie dlatego, że nie lubię tej maty, sam ją powiesiłem. I nie dlatego, że nie lubię Nickiego Golbluma czy jego uśmiechu przypominającego kratkę do grilla właśnie. O nie, podłoże było głębsze: po każdym strzale, kiedy pestka spadała na podłogę, rzucał się na nią kierowany słuchem i okiem mały ścierwojad cleaner, który przy pierwszym prysznicu, gdzieś o czwartej rano, pożarł moje majtki. Choć nie powinien! Ale on chyba też ześwirował. Chyba?!... Jeśli maszyna wypełza w nocy na trawnik, usiłuje wyskubać całą trawę i jeszcze ją przeżuć, to musiało jej na coś paść!

I nie daje się wyłączyć. Dlatego zamknąłem cleanera w łazience i zatrudniłem do zbierania pestek.

Nickie "Grill" nadaje w tym czasie jak podkręcony crackiem, chłodny i ubrany; na pewno nagranie co najmniej sprzed roku:

- ...a wiecie przecież, że każdy facet ma dwa razy w życiu kłopoty ze swoją Fletnią Pana. Wiecie? - Sala zabuczała przecząco. - Nie? No to wam powiem, przyda się, żeby nie wpadać w panikę. - Wsadził palec za kołnierz koszuli i przejechał od karku do wydatnego jabłka Adama. - Faceci mają problemy ze swoimi fujarami w wieku lat siedemnastu, kiedy mogliby na okrągło, z każdą i wszędzie, w przeciągu, pociągu, na drągu. I drugi raz po pięćdziesiątce, kiedy na okrągło nie mogą! - Sala eksplodowała śmiechem. Kamera migiem wychwyciła kilka matron, które poszturchując swoich mężów zanosiły się ze śmiechu. Nickie poczekał, aż poocierały sobie łzy. - Ale wracajmy do apteki, bo denerwuje mnie ten aptekarz, przyznaję. Więc chcę go jakoś przygwoździć. Wiecie, jacy są Żydzi!... - Znowu śmiech na sali.

Sala ubrana i chłodna. Nagranie, na pewno. Nie ma takich miejsc na naszej półkuli, z wyjątkiem bieguna, gdzie można by zmusić ludzi do włożenia koszuli, a co dopiero nakłonić tysiąc ludzi do włożenia tysiąca marynarek!

- No więc rozglądam się i mówię: A dlaczego prezerwatywy mają napisy "Dla trzydziestolatków", "Dla czterdziestolatków", "Dla pięćdziesięciolatków", a we wszystkich paczkach jest dokładnie taki sam tuzin kondomów?... - Przerywa, a ja trafiam go w ucho. Cleaner rzuca się na turlającą się jeszcze pestkę. - A on mi odpowiada... - Nickie zawiesza głos. - On mi na to odpowiada, że nie chodzi o wielkość czy grubość, tylko o intensywność korzystania, częstotliwość kupowania, znaczy się. Trzydziestolatki - raz na dwa tygodnie, a pięćdziesięciolatki - raz na rok! No to mam go! Mówię: Chyba zwariowałeś pan, panie aptekarz! Kierując się jakąś tam częstotliwością, wystawiłeś te dla trzydziestolatków na dole, dla czterdziestolatków wyżej, a pięćdziesięciolatki, ci najbardziej schorowani i niesprawni, muszą sięgać pod sufit?!

Sala ryczy ze śmiechu. Komu by się chciało ryczeć ze śmiechu, gdyby nie mieli porządnej, nie zacinającej się klimy?

- On gapi się na mnie długą chwilę, a ja się gotuję - wyznaje Nickie "Grill". - Potem rzuca: Jak pięćdziesięciolatek kupi tuzin, to wraca po następny za rok dopiero, więc mogę się nawet zdobyć na przyniesienie drabinki z zaplecza!

Spazmy na sali. Musi im być chłodno! Podobno jak ludzie marzną, tak się śmieją. Taki przedśmiertny śmiech histeryczny.

- Na to ja, spokojny jak głaz, wykalkulowany jak cholera, mówię do niego: No to daj mi pan paczkę dla mnie! A czekam tylko na jego potknięcie - wystawiony palec Golbluma ucina hałas i rechot, rodzi ciszę, przykuwa uwagę; staram się trafić w ten palec, ale ledwo trafiam w ekran. - A on mi podaje paczkę tych dla trzydziestolatków. - Nickie uśmiecha się triumfalnie. - Czyli dla tych, co przychodzą co dwa tygodnie! - krzyczy. - Jestem usatysfakcjonowany! Płacę mu za prezerwatywy, nie mogę się jednak powstrzymać i mówię na odchodnym: - Przynajmniej dobrze mnie pan oszacował z tym zapotrzebowaniem!

Zapada martwa cisza. Martwa, jakby wszyscy na sali zeszli na udar cieplny, ale nie: widzę, żyją!

- A on mówi spokojnie: Oceniam pana na miesiąc. - Nickie zaczyna terkotać jak karabin maszynowy: - Ja się śmieję i mówię: To trzeba było dać dwie paczki! A on: Zawsze pan kupujesz jedną, a drugą dokupuje pana szanowna małżonka. Gorrrąca musi być kobitka!

Dramatyczna pauza.

I puenta:

- A przecież ja z moją Moirą to raptem raz na dwa tygodnie, bo ona ma tak-kkk-ie migreny!

Oklaski. Oklaski. Ok...

Pstryknąłem pestką. Pudło. Kilo czereśni i ani jednego trafienia?!

Na ekranie chłodny Nickie trajkoce dalej, przekrzykując i tak cichnące brawa. Sprytny typ: tym sposobem sugeruje, że trwałyby i trwały, i trwały, gdyby ich nie wyłączył.

- Ale to jeszcze nic. Ja tam raz na dwa tygodnie! To niezły wynik. Może zaprzeczysz? Hej, ty tam w okularkach, co? No dobra, nie będę cię przepytywał przy pełnej sali. Mój przyjaciel poczuł w nocy potrzebę odcedzenia kartofelków, poszedł do WC, staje nad muszlą... I nic! Stoi, czeka, w końcu pochyla się i mówi: - No co jest, przyjacielu? Przez całe życie zgodnie współpracowaliśmy, a tu nagle jakieś mi numery wycinasz? Z sypialni rozespana żona: - Z kim tam rozmawiasz? Z przyjacielem. - Jakim znowu przyjacielem? - Z takim jednym starym przyjacielem, ty go już nie pamiętasz!

O kurde! Trafiłem w wyłącznik! Nie dowiedziałem się, czy to już była puenta czy jeszcze coś tam się działo. A tak miło było patrzeć na salę wypełnioną takim chłodnym tłumem... A jeszcze jak przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jestem tam, na klimatyzowanej sali, i nagle wstaję i zaczynam z siebie zrzucać ubranie - marynara, koszula, spodnie, skarpety... Zastanawiam się, czy gatki też i...

Zadzwonił telefon, drgnęła mi ręka i miska z kilkunastoma rozkosznie omglonymi czereśniami rąbnęła na podłogę. Ten mały przygłupek rzucił się na nie i na odłamki miski. Chrupał i mlaskał, a mogłem ja! Odczekałem osiem sygnałów. Telefon też chyba się zagotował, nie przełączał, nie włączał komunikatu...

- Telefon! Odbieram!

- Owen Yeates, odbieram! - zameldował telefon, potem krótko pisknęło.

- Słucham? - rzuciłem w przestrzeń, starając się nie pluskać przeponą.

- Owen, tu Struggleman. Robin William Vilfraid Struggleman.

- Tak?

Hm, rodzice szanownego rozmówcy byli miłośnikami dwudziestowiecznej komedii?.. Tylko kto to mo...

HEJ!!! Podskoczyłem w wannie, chlusnęło na boki, woda zalała cleaner, który zapiszczał cienko i odjechał, huknął z czółka w ścianę i zamarł z zamilknięciem pospołu. Co za ulga. Wyskoczyłem na podłogę, otrząsnąłem się z grubsza.

- Sierżancie?!

- No. Wiedziałem, że nie będziesz pamiętał...

- Przecież pamiętam!

- Po siedmiu sekundach.

- Udawałem, specjalnie udawałem, żeby panu zrobić przyjemność!

- No to zrób mi jeszcze jedną: przyjedź do mnie.

- A gdzie pan jest, sierżancie?

- Tu, w Chicago. Tyle że w innej dzielnicy. Bardzo innej. To nie jest twoje Arlington, tylko Palos Hills. Ale ty masz lepszą klimę w bastaadzie niż w domu. Chodzi?

Sierżanta nie da się oszukać. To pamiętałem, lecz ciągle próbowałem, wierząc, że zanim zejdę, uda mi się przynajmniej raz...

- Chodzi jak cholera!

- Nie chodzi. Łżesz, Owen. Jak zwykle nieudolnie.

- Sierżancie, pan niszczy mój image! Ja wszystkim dokoła wciskam, i z powodzeniem, muszę się nieskromnie pochwalić, że jestem zawołanym łgarzem i blagierem, że na trzy zdania dwa i pół są kłamstwem i konfabulacją. A i to tylko kiedy zeznaję przed urzędem podatkowym, bo w innych sytuacjach jestem jeszcze skuteczniej...

- Mało gadamy, dużo działamy - przerwał mi.

Mogłem działać, byłem już suchy. Bielizna, całe dwie zmiany, leżały w szczelnych workach w lodówce obok pół tuzina skarpet. Byłem przygotowany na tak apokaliptyczną ewentualność jak wyjście.

- Dobra. Sierżancie, proszę o adres.

- Już go masz w tele. Czekam na rogu Harlem Avenue i Roberts Road. Ile będziesz się tu czołgał?

- Gdybym się czołgał, byłbym w pół godziny, ale muszę jechać samochodem, więc umówmy się za całą.

- Wio! Futro w gacie i jedziemy!

I rozłączył się. Ociekający wodą stanąłem na ciepłych kaflach. Wanna ćwierknęła, że niby woda w niej została i co z nią robić? Wolno, żeby się niepotrzebnie nie rozgrzewać, podszedłem do pulpitu, skierowałem wodę do zbiornika podlewającego trawnik, potem połączyłem się z bastaadem, uruchomiłem w nim klimę i ustawiłem temperaturę na dwadzieścia stopni. Okazało się, że w garażu temperatura dochodzi do pięćdziesięciu czterech, miałem więc kilka co najmniej minut, żeby spokojnie się ubrać.

Majtki z lodówki były niezłe, ale mimo że były to bokserki o umyślnie dużej powierzchni, ogrzałem je sobą w kilka sekund. Zrezygnowany cmoknąłem na psa. Monty udawał białego misia na płytkach pod schodami, lecz kiedy pokazałem mu klucz, pozbierał wszystkie swoje łapy, pyski i ogony i ruszył za mną. Poczekałem i dotknąłem go, był rozgrzany jak piec do wytopu szkła. No, trudno się dziwić. Jedyne co go jako tako chłodziło to kurtyna wodna w ogrodzie, tyle że władze miasta apelowały o powstrzymanie się od takiego używania wody w czasach ostrego jej deficytu. Włączyłem ją poprzedniego wieczora i zaraz napadło mnie jakieś małoletnie komando, co to węszy po okolicy w poszukiwaniu utracjuszy wodnych. Wyłączyłem kurtynę, obiecałem poprawę, przeprosiłem Monty'ego. Odtąd włączałem nawilżanie obłokiem wodnym tylko na cztery minuty, między północą a pierwszą. Wtedy te hordy egzekutorów wespół z komandami inkwizytorów zajmują się przestępstwami cięższymi albo składają raporty lub uzgadniają plany działania na następne godziny.

Może nawet śpią?

Grunt, że przez cztery minuty możemy z Monterem stać w rozkosznej, względnie chłodnej wilgoci i przez następne cztery minuty wydaje nam się, że jest chłodniej. Przez te pięćset sekund mógłbym nawet gadać ze swoim agentem o trasie promującej "Władców nocy, złodziei snów", ale on się wyniósł na chłodne Baleary, a jego pełen współczucia głos dochodzący stamtąd podnosił mi temperaturę o cztery do pięciu kresek. Dlatego obawiając się udaru cieplnego, nie dzwoniłem do niego, jego telefony, wszystkie dwa, skwitowałem kilkoma słowami o upale. Poza tym kiedy u mnie była pierwsza w nocy, u niego chyba ósma rano. Nie miałem zamiaru słuchać jego zadowolonego z siebie, sytego głosu, ja, odżywiający się od dziesięciu dni wodą, czereśniami, melonami, arbuzami, ogórkami i znowu wodą... Wszystkim, co wilgotne, soczyste, ciekłe i dające się schłodzić.

Piwem.

No trudno. Jak działać, to działać, słowo "mężczyzna" do czegoś zobowiązuje. Wbiłem się w przewiewne szorty, narzuciłem koszulkę, chwyciłem swój klucz i pognaliśmy z Montym do garażu, w którym czekał już rozkosznie schłodzony bastaad. Przelotnie, zamykając dom na wszystkie spusty i wyjeżdżając na ulicę, pomyślałem, że może by się tak przeprowadzić do samochodu na jakiś czas? Po prostu podłączyć się do instalacji energetycznej i spać w wozie? Ale po chwili wydało mi się to głupie, po drugiej chwili odłożyłem decyzję na potem.

Tłukłem się przez ospałe, senne, rozmamłane, spocone miasto. Blask walił od posrebrzonego asfaltu, polewanego przez dziesiątki beczkowozów municypalnych czymś, co miało odbijać promienie słoneczne, inaczej stopiłby się i spłynął do studzienek kanalizacyjnych, szyby bastaada same się spolaryzowały, zrobiło się ciemniej i chłodniej. Odruchowo sprawdziłem, czy mam włączonego tropiciela, który by pilnował, czy ktoś za mną nie jedzie podejrzanie długo.

Niemal czułem, szczególnie na światłach, jak opony bastaada zapadają się w rozmiękający asfalt, jak z trudem na zielonym wynurzają się z miękkich łożysk. Nie daj Boże gwałtownie zahamować - pomyślałem. - Opony zedrą dywanik podłoża na całej trasie hamowania. Zwolniłem jeszcze bardziej. Potem pomyślałem, że zwolniłem nie tyle z powodu dbałości o wygląd i jakość podłoża, ile chcąc wydłużyć przyjemność oddychania chłodnym dwudziestostopniowym powietrzem. Obok mnie Monty wysunął kinol w kierunku wylotu nawiewu i chwytał zimne powietrze z błogo zapadającym się w siebie spojrzeniem.

- Wszystko co dobre ma swój koniec - powiedziałem do niego. - Poza kiełbasą, która ma dwa.

Nie zareagował nawet na słowo "kiełbasa". No, skoro Montypyt woli powietrze od wędliny!...

Dojechaliśmy do Harlem Avenue po godzinie i sześciu minutach. Fatalny czas.

Sierżant Kaszel stał w pełnym słońcu, nie pocił się, nie unosił - jak wielu innych na chodnikach - rąk niczym kogut skrzydła, by osuszyć swoje "podpachy". Miał upał w dupie, a ten godził się z tym i nie podskakiwał. Kto by zresztą chciał zastartować do sierżanta Kaszla?! Harcap (czy co on tam miał z włosów, ja nazywałem to harcapem) dumnie leżał mu na tyle głowy. Tak samo gruby jak piętnaście lat temu, grubszy nawet. Pewnie już trzeba by sierżanta huknąć łomem, żeby przez harcap ogłuszyć. Ale pytam raz jeszcze: kto by się na to odważył?

Ja na pewno nie.

Zatrzymałem wóz, sierżant otworzył przednie drzwi i popatrzył pytająco na Monty'ego. Ten posłusznie poderwał się i przeskoczył na tylną kanapę.

Nieznacznym ruchem puściłem tam dodatkową strugę chłodu.

- Ile to razy spóźnialiście się do szeregu, żołnierzu? - zadał sierżant Kaszel rytualne pytanie.

- Nie mam pojęcia, panie sierżancie. Sądziłem, że to raczej pan prowadzi ewidencję! - odpowiedziałem równie rytualnie.

- Witaj, Owen - powiedział sierżant i podał mi dłoń.

Chłodną! Uścisnąłem ją szczerze i radośnie. Podjechałem kawałek i znalazłszy skrawek cienia, zacumowałem w nim. Tu było tylko czterdzieści sześć stopni. Przestawiłem swój fotel tak, by siedzieć twarzą do sierżanta. Poszedł w moje ślady.

- Nieźle się trzymasz jak na zapasionego literata. Całkiem, całkiem!

- No, mam inne zdanie. Najlepiej tu się trzyma klima, a zaraz potem pan. Ja jestem daleko za Montym.

Zamiast zaprzeczyć, skinął głową.

- Przeczytałem wszystkie twoje powieści - powiedział. Dwa dywizjony ciarek ruszyły mi od karku ku... ku... Kur... W dół. - Wszystkie sześć. I muszę powiedzieć...

- Było siedem - bąknąłem nieśmiało.

- Jedna do dupy! - gładko zmiótł mój protest. - Nie liczę jej. Tak więc przeczytałem wszystkie sześć i muszę powiedzieć...

- Sierżancie, łaski! - jęknąłem. - Chce mnie pan w coś wrobić, to może bez smaru, co?

- ...że sprawne i wciągające. Co prawda, wychwalasz w nich siebie pod niebiosa, ale jeśli przynajmniej część tych komplementów jest słuszna, gratuluję.

- Jak to: część, sierżancie? To są niemal reportaże ze spraw, tyle że lekko zbeletryzowane.

- Ciekawe, a archiwa CBI jakby przeczą twoim słowom - uśmiechnął się lekko.

- Pan by chciał, żeby się przyznawali do wszystkich kiksów? Do infiltracji Ziemi z innego wymiaru, do...

- Kapitanie Yeates! Nie badałem tego pod kątem prawdziwości, przyjąłem, że sprawy były takie, jak pan opisał. Mnie interesowało, jak pan je rozwiązywał. Metoda - uniósł palec. - I wynik. A czy szukał pan gwałciciela osła w waszym zoo czy minomiota, czy polował na szpiega z innego wymiaru, co mi do tego? Sprawa to sprawa!

Zawsze to samo: ja do niego gadam, a on odpowiada ni z gruchy, ni z pietruchy. Jakby słuchał kwestii z innego wymiaru, innego czasu. Polemika to słowo nie istniejące w słowniku sierżanta Robina Williama Vilfraida Strugglemana. Chciałbym być obecny podczas jego spotkania ze świętym Piotrem. No, nie śpieszy mi się, ale jakby co?... Albo z Lucyferem! Już on im powie, jak powinno funkcjonować piekło i raj, bo to co się dzieje teraz, to gówno, za przeproszeniem, nie piekło!

Westchnąłem w duchu. Zobaczyłem, że Kaszel uśmiecha się pod szczotkopodobnym wąsem, niewątpliwie wiedząc, jakie myśli kotłują się aktualnie w mojej głowie.

- Sprawa to sprawa... - powtórzyłem bezmyślnie. I nagle zaskoczyłem: - A jaka to sprawa, sierżancie?

- Och, banał i trywiał! - machnął ręką. - Najzwyklejsza asekuracja.

- A... sekuracja-a?..

- Wprowadzam: nieopodal znajduje się Dom Weterana. - Wytrzeszczyłem oczy. - Ja tam nie mieszkam, ale jest tam moich kilku kolegów. Poszkodowani w potyczkach afgańskich i afrykańskich... I innych. Wszystko byłoby OK, gdyby w okolicy nie pojawiła się banda Chinonegrów, która najwyraźniej zamierza z tej parkowej dzielnicy stworzyć sobie miłe chłodne miejsce spoczynkowe...

- Sierżancie, nie mówimy już Chinonegry, tylko Afr...

- Wytropiłem ich legowisko. Siedzi tam zawsze taki bysio z przywódczymi zapędami i jakieś pół tuzina przydupasów. Sam się tam nie zjawię, bo już nie te lata.

Zerknąłem na jego biceps. Jak to nie są te lata, to które są? - pomyślałem.

- Potrzebuję kogoś, kto przypilnuje, żeby jakiś drań nie skoczył mi na plecy.

- Musi być ze mną kiepsko, sierżancie - powiedziałem zrezygnowany - skoro uznaje pan, że nadaję się tylko do asekuracji. Wiem - plotłem w natchnieniu - jestem tylko kapitanem S-Force, mam ledwie dwa odznaczenia za odwagę. Cóż, byłem tylko policjantem w sekcji zabójstw, aktualnie zaledwie detektyw z markerem A na licencji...

- A potem zapraszam cię do siebie na małego. U mnie klima działa - oświadczył.

I poczułem, że to jest właśnie SPRAWA, a nie skopanie dupy czwórce przetesteronowanych młodzianków. Przymknąłem się. Skinąłem głową.

- Miło cię zobaczyć - powiedział sierżant Kaszel. - Przyjemnie - dodał, jakby wyczuwając, że oszczędzanie na miłych słowach nie jest dobrym wstępem do gry ze mną.

- Mógł pan zażyć tej przyjemności wcześniej - odpowiedziałem. - Ileśmy się nie widzieli? Piętnaście lat? Siedemnaście?

Nadąsany szczeniak rozczarowany brakiem uwagi ukochanej nauczycielki!...

Wzruszył ramionami.

- Już nie jesteśmy oddziałem. Każdy ma własne życie. A poza tym... - machnął ręką. - Udało mi się zobaczyć kilku... chłopaków... - wykrztusił z trudem. - Otłuszczone pasibrzuchy... Jeden chleje piwo i tłucze babę, drugi ćpa i nie widzi sensu życia, trzeci jest kaznodzieją i przeprasza za grzechy swoje i cudze... Po kilku takich widokach boi się człowiek odezwać do kolejnego żołnierza, by nie pogłębiać splinu. Takie losy mnie postarzają, a nie lubię.

- Ja też piję piwo - uśmiechnąłem się.

- Ja też. Każdy normalny człowiek... - przerwał i nagle parsknął cichym śmieszkiem: - Znasz ten dowcip o Kubusiu Puchatku? Kubuś Puchatek złowił złotą rybkę. A rybka jak to rybka, obiecuje spełnić jego trzy życzenia, ale Kubuś macha ręką: "I tak cię wypuszczę", mówi. I wypuszcza. Idzie sobie przez Stumilowy Las i nagle widzi Kłapouchego, który siedzi pod drzewkiem i popija piwo. "O! - myśli Kubuś. - Piwka to ja też bym się napił!" I nagle trzyma w ręku litrowy kufel wspaniałego pienistego piwa. "Ach, to złota rybka! - domyśla się. - Mimo wszystko spełnia wszystkie moje życzenia!" Idzie sobie dalej z kuflem w ręku, aż tu zza krzaka wyskakuje Prosiaczek i trajkoce: "O, Kubusiu, dobrze, że cię widzę. Oj, widzę, że masz piwo! Ale fajnie, też bym się piwka napił. Zimne, pieniste... Podzielisz się ze mną? Ojej, Kubusiu, a czemu tak cię całuję w dupę?..."

Roześmiałem się tak głośno, że leżący w podmuchu zimna Monty poderwał się i szczeknął z wyrzutem. Pewnie obliczył, ile kalorii spalił na ten ruch. Pochichotawszy chwilę zapytałem:

- Piwa? - Sięgnąłem do lodówki i sprawdziwszy treść, wyliczyłem: - Bud, "555", golden wave i parsteck. To ostatnie polecam szczególnie.

- Nie, dziękuję.

Przyjrzałem mu się z teatralnym zdziwieniem na twarzy.

- Dokonałem niedawno wymiany poglądów z moją pompą. Ona zaproponowała nefalizm i postawiła na swoim.

- Hm... Jeśli dobrze pamiętam, to zboczenie wzięło się z kultury helleńskiej, dawno już nie dominującej, sierżancie, na tym świecie. Powstrzymywanie się od napojów wyskokowych dotyczyło bogów, a nie pomp.

- No i ze mną tak właśnie jest. Mam ważne rzeczy do zrobienia i... - zmarszczył nos. - Nieważne. Ale dziękuję za piwo.

Wyjąłem puszeczkę parstecka i wypiłem połowę.

- Broń? - Zlizałem pianę, odetchnąłem i wskazałem na siedzisko fotela, pod którym miałem co nieco.

Skrzywił się.

- Ale tam! To żuczki gnojarze. Nie będziemy ich ranić, co najwyżej szpic w dupę i płasko w ucho. Popłaczą się i popędzą do mamy.

- Dobra. To gdzie to jest? - Dopiłem piwo i zgniótłszy dno puszki, uruchomiłem dezaktywator, a puszkę wrzuciłem do specjalnego pojemnika, gdzie z szelestem przemieszczał się alupył po kilku poprzedniczkach.

- Jedź, będę pokazywał.

Wyjechaliśmy na słońce i mimo że temperatura w samochodzie nie wzrosła ani o setną stopnia, uderzyło w nas ostrym światłem i iluzorycznym, produkowanym w mózgu poczuciem gorąca. Musiałem się powstrzymać, by nie obniżyć jeszcze temperatury, bo nie chciałem przeziębić Monty'ego. A tym bardziej sierżanta. Ruchem palca wskazującego kierował moim wozem, po dziesięciu minutach dotarliśmy do niewielkiego placyku, na którym jakaś mniejszość narodowa ustawiła obelisk z wydrapanym w głazie profilem swojego wodza, mentora, generała?... Nie dojrzałem napisu, zresztą nie tym się zajmowałem. Pod obeliskiem siedziała grupa... no, już nie wyrostków, raczej młodziaków, dwadzieścia, dwadzieścia trzy, cztery lata. Aż do bólu standardowa horda - zeppeliny w uszach, kolce w brwiach, opancerzone knykcie, pasy z ćwiekami o wadze sześciu kilo, które po kilku dniach noszenia zostawiają blizny na biodrach, szerokie bufiaste portki, obcisłe czarne skórzane kamizelki. Matko Boska, że też nic się na tym świecie nie zmienia! Żarli morele i strzelali pestkami w pływającą w kałuży puszkę po jakimś izodrinku. Kałuża?! W tym upale???

Popatrzyłem w lewo i w prawo, zobaczyłem nowiutki słupek hydrantu. Musieli, gnojki, skopać poprzedni, pobawili się w fontannie wody, potem rączo zjawiła się ekipa i zatkała wyciek. Zostawili im nowy hydrant do sflekowania.

Było ich dziewięciu. No, nie była to znacząca przewaga, o ile nie skończyli jakiegoś gruntownego kursu dżaimpo czy innego kalaripajatu. Otworzyłem drzwi od swojej strony, otworzyłem drzwi tylne od strony ulicy. Zawsze można się łudzić, że jakby co, to i Monty dołączy do nas, swoich kumpli. Wysiadłem i przeciągnąłem się. Sierżant Kaszel odkaszlnął i otworzył swoje drzwi.

Wysiadł i już nie przedłużając sprawy, bez żadnych porozumiewawczych spojrzeń i sprawdzania zegarków ruszył w kierunku bandy. Przypomniałem sobie nagle, jak kiedyś, tuż przed akcją, jedną z pierwszych, kiedy dygotały nam łydki, a Samuel popierdywał z nerwów, Kaszel powiedział nagle półgłosem: "Pułkownik Samashed mówi do swoich oficerów: Panowie, atakujemy jutro o dziesiątej. Wyjaśnienie dla tych, co mają zegarki cyfrowe: o tysięcznej". Wtedy Sam się roześmiał i rozluźnił pośladki, co zaowocowało długim przeciągłym trąbieniem, a to z kolei wywołało atak histerycznej wesołości. Potem poszliśmy i chichocząc oczyściliśmy trzy budynki z zaskoczonych maschelawich, brodatych i kudłatych bojowników o wolność i niezależność doliny Hantalle. Której nikt nie chciał zawojować, a bronienie jej sprowadzało się do podkładania pirożelowych bomb w marketach Ameryki Północnej.

Więcej ofiar niż wszystkich ogółem mieszkańców doliny.

Okrążyłem wóz i z przyjemnością patrzyłem na działania sierżanta. Podszedł prosto do grupki i nie otwierając ust wkopał jaja pierwszemu, który wstał, by zepchnąć z widnokręgu natrętnego dziadka. Drugi załapał obcas w dołek i zwaliwszy się przez oparcie ławki na uklepaną glinę pod popiersiem, rzygał zwijając się i rozwijając jak dżdżownica na rozpalonym asfalcie. Potem zobaczyłem dwa wspaniałe haki w podbródki; trafieni wyłączali mięśnie nóg i osuwali się na ziemię jak pozbawione podpór powoje. Ale dopiero teraz zrobiło się ciekawie: pozostała piątka otrząsnęła się z zaskoczenia i usiłowała coś zrobić ze swoimi szykami. Tyle że zanim je uformowała, szyków już nie było. Dwaj z nich walali się na ziemi: jeden dostał, jak to sierżant zapowiadał: "płasko w ucho", i wykonał coś na kształt popularnej dziecinnej figury akrobatycznej "gwiazdą" zwanej, drugi, kopnięty w rzepkę kolanową, pracowicie wykonywał kołyskę na plecach i wrzeszczał naprzemiennie: "Matko!" i "Kurwa!". Żadna nie przybyła. Pozostali trzej zachowali się rozsądniej: jeden zwiał od razu, drugi skoczył na sierżanta, ale przekroił tylko ostrzem noża rozgrzane powietrze, a nosem sprawdziwszy knykcie sierżantowej dłoni, uznał, że więcej nie powinno się od niego wymagać, i dał w długą.

Ostatni w miarę fachowo trzymał nóż i nawet zręcznie przekładał go z ręki do ręki. Wiedziałem, co się za chwilę stanie, czekałem na ten fragment sekundy, w którym Kaszel wykopie mu kozik z ręki, może nawet jednym i tym samym kopem sięgając żuchwy. Widziałem to już w jego wykonaniu i miło wspominałem.

Rzeczywistość odbiegła jednak od moich przewidywań. Kiedy nożownik przesunął się w bok, zza postumentu wyłonił się jeszcze jeden bojownik. Wysoki chudy piszczel z włosami zlanymi zawartością całego słoika brylantyny. Ale nie to było niebezpieczne, co najwyżej pochlapałby sierżantowi buty...

Skoczyłem ku niemu. Miał na rękach tak zwane drętwy - paralizatory wpakowane w grube rękawice. Modne jakieś osiem lat temu, gnojek wykopał je gdzieś na strychu wuja czy dziadka. Mniej więcej pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Volt przy pięciu setnych Ampera. Tanie i skuteczne. Do tego dołożył, co zobaczyłem po dwu krokach, takie same drętwy na buty. I zrobiło się nieciekawie - każde dotknięcie jego stopy czy dłoni musiało na sekundę sparaliżować ofiarę. Moja spluwa leżała w wozie, tam też leżał Monty, a wybrylantynowany grzechotnik sunął w kierunku pleców sierżanta.

- Tyły! - wrzasnąłem do sierżanta. I do chudego piździelca: - Chodź tu, miłośniku odbytów!

Miałem nadzieję, że zaatakuje mnie, a w tym czasie Kaszel wykopie z obiegu nożownika, po czym razem, jakoś tam manewrując i prowokując, "odizolujemy" miłośnika produktów Elec-C°. Ale stało się inaczej. W chwili kiedy krzyknąłem: "Tyły", nożownik skoczył na sierżanta, który nie mógł zrobić nic innego, jak wykonać unik, zablokować pchnięcie i złamawszy mu nadgarstek, zniechęcić go do aktywnych działań. I tak zrobił. Tylko że przysunął się do elektryka, a ten, choć już pędził do mnie, zdołał pacnąć sierżanta w tył głowy lewą dłonią.

Sierżant wyprostował się, potem wygiął w tył i runął na plecy. Jego przeciwnik, już bez noża, zaryczał, kwiknął i zgięty, trzymając drugą ręką złamany przegub prawej, zajął się wykonywaniem piruetów. Po "gwieździe" jego "pistolety", żywcem z jazdy figurowej na lodzie, były najzabawniejszym widokiem, jaki mi los podarował w ciągu ostatnich trzech minut. Całość psuł jednak rozciągnięty na asfalcie sierżant Kaszel.

Nie miałem czasu na przyglądanie się pokazowi - zostaliśmy na placu boju my dwaj, ja i elektryk. Podchodził wolno i ostrożnie, widocznie założył, że jesteśmy z jednej drużyny, równie kompetentni. Poniekąd słusznie. Rozważałem przez pół sekundy wariant, w którym skoczę do wozu, wyszarpnę pistolet i...

Nie było już czasu. Zamachnął się ręką dla zmyły i wyprowadził kopa. Dla efektu.

Uskoczyłem.

Żebyż ten cholerny pies się ruszył! Gdzie tam - było przecież tak gorąco! Zacisnąłem zęby: nie poproszę go o pomoc! Nie to nie!

Uskoczyłem drugi raz. Elektryk zarechotał. Zbliżył do siebie dłonie, zaiskrzyło, w powietrzu rozległ się cichy trzask. Może nawet poczułem zapach burzy, ozonu i deszczu.

- No toś, skurwielu, wpadł! - syknął.

Wykonał kolejny raz ten sam manewr - udawał sierpowy, a mierzył kopytem. Przy tym sygnalizował prawą nogę, a podskoczył i nożycami niemal musnął mi brzuch lewą. A kiedy się usunąłem, naprawdę walnął sierpowym. Cudem uniknąłem tej serii. Tylko brwi mi się zjeżyły, kiedy rękawica z kilkudziesięcioma tysiącami woltów w sobie przemknęła mi przed twarzą.

Odskoczyłem, poszedłem w bok. Może złapię nóż tego kolesia, nie będę się obcyndalał, tylko z trzech metrów wbiję mu go w udo, a potem pogadamy. Może nawet z bólu straci rozum i chwyci za rękojeść?! To by było miłe i widowiskowe! Przesunąłem się jeszcze, lecz chyba rozszyfrował moje zamiary - skoczył w bok i odciął mnie od miejsca, gdzie leżał sierżant i nóż i gdzie ciągle piruety kręcił powizgujący nożownik.

Ale pośpieszył się. I żeby rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść, ruszył na mnie gwałtownie i nieco niedbale. Dwa zamachowe były łatwe do uniknięcia, później wyprowadził kopa, uskoczyłem i podciąłem mu nogę, nie dało się jednak wykorzystać jego upadku: już leżąc zawirował na ziemi i niemal mnie trafił stopą, musiałem odstąpić. Poderwał się na równe nogi i wściekły - oj, jak dobrze, że wściekły! - runął w moim kierunku.

No i miałem swój grande, a nawet grandioso finale - po kolejnym kopie podbiłem mu nogę do góry, czubek drugiego buta wbiłem gdzieś między odbyt a mosznę. Bardzo miło wrzasnął coś boleściwego i pochylił się nieco. Wtedy rzuciłem się twarzą do ziemi, w locie trafiając go obiema stopami w tyłek. Wyleciał jak z katapulty. Jeszcze lecąc coś wrzasnął do mnie. Zapowiedź zemsty czy coś w tym guście. Tyle że na razie nie wiedział, w jakim kierunku leci.

Wpadł w kałużę, nie wyłączywszy drętw. No bo jak miał to zrobić?

Plasnęło i błysnęło.

Sam elektryk wygiął się do tyłu i niemal klasnął rękami za plecami, kołyska w kałuży była nawet bardziej widowiskowa niż jego kumpla na suchej ziemi. Na dodatek noszony w plecaczku generator eksplodował z silnym hukiem, rozrywając opakowanie i na pewno częstując go dodatkowym kopniakiem w plecy. Woda prysnęła na boki, mały obłoczek pary pofrunął do góry.

Szybko jednak zniknął w suchym gorącym powietrzu.

Sierżant Kaszel już poruszył głową.

Sprawdziłem, czy elektryk nie zachłyśnie się wodą. Przelotnie pomyślałem, że na jego miejscu bawiąc się drętwami, nie omieszkałbym włożyć kombinezonu, ale ten upał... No i dlatego chłodził się teraz w kałuży. Poza tym powinien był założyć pieluchę, bo na jego portkach wykwitała już ciemnobrązowa plama. Gdybym lubił kloaczne dowcipy, powiedziałbym, że rozparła go energia.

Zmierzając do sierżanta, jeszcze jednym kopniakiem poczęstowałem tego ze złamanym nadgarstkiem - za bardzo werbalnie był aktywny; nie wiem, po co rzuciłem okiem na napis pod popiersiem. Coś o wdzięczności za poprowadzenie, doprowadzenie i wyprowadzenie... Przykucnąłem przy Robinie Williamie Vilfraidzie, uniosłem jego głowę z asfaltu. Drgnęły mu powieki, potem uchylił je, otworzył i puścił do mnie oko.

- Już?

- Ta...

Stęknął i podniósł się do siadu.

- Ale mnie łupnął!.. - Podniósł ręką i ostrożnie obmacał czachę.

- Nie ma guza, nie ma krwi. Używał drętw - poinformowałem go.

- A... I co teraz?

- Teraz... Gdybym lubił kloaczne dowcipy, powiedziałbym, że rozparła go energia - nie mogłem się powstrzymać od wykorzystania kalamburu. Może i gówniany, ale zawsze.

- Hm?

- Wpakowałem kolesia do kałuży, łupnęło go z własnego generatora, to się i sfajdał... Mam nadzieję, że ocknie się ostatni, że go wszyscy kumple obejrzą i obwąchają...

- Owen, fe! - Sierżant Kaszel skrzywił się i podpierając na moim ramieniu, wstał na równe nogi. Rozejrzał się po polu boju. - No, ładnie - skwitował wykwity na asfalcie. - Wpadniemy tu za kilka dni, dobrze? Tylko już inaczej, bo albo się wyniosą, albo przygotują jakieś pukawy...

- Poproszę komendanta... Nie wiem, kto teraz tu dowodzi polewą, ale jakoś go namierzę i...

- Nie, proszę. To moja... nasza... - poprawił się - ...sprawa. Jeśli nie damy rady tym godnym pogardy odrzutom, to cośmy warci?

- Filozofujemy, sierżancie, co?

Nie odpowiedział, ruszył do bastaada. Wtedy Monty przypomniał sobie, że jeszcze w tej okolicy nie niuchał, wyskoczył z wozu i potruchtał pod ławkę. Oznakował jedną jej nogę i róg obelisku, potem chciał łyknąć wody z kałuży, lecz zbliżywszy się, powietrzył chwilę i zrezygnował. Mądry Monty. Ma u mnie wiadro zimnej witaminizowanej i dwie schłodzone kości jagnięce!

Wsiadłem za kierownicę, ale czułem, że jeszcze coś, coś niewypowiedzianego, wisi w powietrzu. Sierżant siedział wyprostowany sztywno, wpatrywał się w skwar przed sobą. Cicho szemrała klimatyzacja i chłodne pasaty czy inne feny z monsunami łagodnie penetrowały wnętrze samochodu.

Nagle doznałem iluminacji.

- Sierżancie? - Odwrócił się do mnie. Zmierzył uważnym spojrzeniem soczyście błękitnych oczu. - Coś do mnie pan ma, prawda?

- Prawda.

No tak, nigdy nie kłamał.

- A co, jeśli można spytać?

- Jeszcze ci nie powiem.

- Aha. - Podrapałem się po brodzie. Zastanawiałem się: pytać dalej czy dać sobie spokój? W sumie jednak wydawało mi się, że mogę mu pomóc pytaniami. - Czy ten tu balet to był test? Chciał pan sprawdzić, czy jeszcze mogę podciągnąć bandzioch i przetruchtać sto metrów?

- Yhy.

- Ale to, jak pan mawiał, było łatwiejsze niż skubanie jeża. Czy mam się spodziewać, że od dziś tworzymy takie eine kleine commando do poprawiania świata za pomocą pouczania grupek streetersów?

- Niech nie pieprzy!

- Tajest!

Z tyłu Monty rozdziawił pysk i wykonał najdłuższe ziewnięcie, jakie widziałem w życiu, ozdobione głuchym rykiem i kościanym dźwiękiem powstałym przy zderzeniu zębów.

William Vilfraid Struggleman skrzywił się, jakby łyknął cytrynady albo jakby zakłuło go w boku, odwrócił się do mnie i stęknął cicho.

- Jeszcze nic nie mogę powiedzieć - rzucił. - Za wcześnie, zbyt mgliście... Ale! - widząc moją minę szybko uniósł palec. - Na pewno dowiesz się pierwszy. I zdecydujesz, co z tym robić.

- Czy... ma pan na myśli jakąś sprawę dla detektywa? - zapytałem ostrożnie.

- Tak. - Wyprostował kciuk.

- Coś kryminalnego?

- Tak. - Wyprostował wskazujący palec.

Zastanawiałem się chwilę. Inteligentne pytania nie szwendają się po moim mózgu stadami. Należało wykorzystać sekretne rezerwy.

- Napije się pan piwa? - strzeliłem.

- Tak.

Uśmiechając się przyjął puszkę parstecka. Zgłupiałem, gdy najpierw strzelił dezaktywatorem, a dopiero potem otworzył puszkę, byłem przekonany, że pomyliły mu się ruchy, ale nie - po prostu przyssał się do puszki i wchłonął jej zawartość w cztery sekundy. Kiedy kończył piwo, puszka zaczęła się rozsypywać: zmętniała, jej blask przygasł; zniknęły napisy, a wrzucona do pojemnika już nawet nie brzęknęła, tylko jakoś tak głucho pacnęła, jakby była z tektury.

- Dobrze, poczekam - obiecałem.

- Niedługo, obiecuję.

Dopiłem swoje piwo.

- Może i lepiej - rzuciłem w stronę upału przed przednią szybą. - W takim skwarze...

- No właśnie. - Pomilczeliśmy kilka sekund. - Kilka dni.

Popatrzyłem na niego bardzo pytająco.

- OK - rzuciłem niedbale. Sięgnąłem do startera. - Gdzieś pana podrzucić?

Pokręcił głową, o kilka ruchów za dużo, ale w tym samym czasie był pogrążony w głębokich rozmyślaniach. Odpowiedział mi z poziomu, z jakiego kwituje się starania namolnego kelnera czy usłużnego portiera, w czasie gdy człowiek ma umysł zaprzątnięty obliczeniami indeksu giełdowego i przewidywaniem strat na prywatnym koncie. Przełknąłem urazę.

Czekałem.

Wydostał się na powierzchnię z odmętów swoich rozmyślań. Odetchnął głęboko.

- Ja wysiadam. Przejdę się do tego przytuliska.

- A gdyby ci tutaj...

- Spokojnie, mam też broń - klepnął mnie w kolano. Odwrócił głowę do tyłu i rzucił raźne: - Cześć, Monter!

Jedna powieka psa aż drgnęła - widać już lubił sierżanta. Ten szczęknął klamką i wyskoczył na skwar. Patrzyłem za nim, póki nie zniknął z ekranu monitora wstecznego.

Ruszyłem w drogę powrotną. Nie śpieszyłem się, sierżant Kaszel miał rację - w klimatyzowanym wnętrzu bastaada było znacznie milej niż na zewnątrz, a nawet niż w domu. Połączyłem się z tym ostatnim; zrezygnowany i bez wiary w powodzenie wystukałem wymarzoną temperaturę w mieszkaniu i napełnianie wanny chłodną wodą. To drugie zostało przyjęte. Na pierwsze polecenie sterownik zareagował jak wcześniej - patrzyłem tępo, jak wskaźnik temperatury wali na 37, po czym niechętnie i tak wolno, że aż się spociłem ze strachu, wraca na swoje 28?C. Proszę, jak niewiele człowiekowi wystarcza do szczęścia! Dość, że temperatura nie przekroczy dwudziestu ośmiu, a już się czuje usatysfakcjonowany!

Wracaliśmy do domu niemal dwie godziny. Bo i do czego miałem się śpieszyć? Do dwudziestu ośmiu?! Wolno objechaliśmy Lake Calumet dokoła, potem przecięliśmy nieśpiesznie Evergreen Park i kiedy już nie było nic do zrobienia, z westchnieniem skazańca zanurzyliśmy się w suchym upale domu. Nawet rozważałem pomysł odwiedzin w piwnicy, bo CBI odbudowując dom dodało nam solidne piwnice, ale przypomniałem sobie, że już raz to zrobiłem i nie zaznałem chłodu.

Zadzwonił telefon. Podszedłem do konsolki, włączyłem oczekiwanie na odbiór, wsadziłem łeb pod kran i wracając do salonu, chwyciłem puszkę z lodówki. Na wideotapecie pojawiła się moja ukochana żona.

- Cierpisz - stwierdziła na powitanie. Kiwnąłem głową. - I nie dasz się przekonać, żeby dołączyć do nas? - kontynuowała przesłuchanie. - A co z twoją pracą w CBI?

Pokazałem jej puszkę piwa. Wolałem cierpieć z powodu upału niż teściowej. Temat pracy na razie dyskretnie porzuciłem.

- Co porabiacie?

Zadrżały jej wargi, jakby jakieś piksele na ekranie postanowiły urządzić sobie dwusekundową gonitwę. Powstrzymywany uśmiech.

- Byłyśmy z mamą...

- Na pchlim targu! - krzyknąłem.

- Zgadłeś.

- Jakieś skarby?

- Och, wiele.

- Czy może takie jak ten ubiegłoroczny akumulatorowy... - Otworzyła usta, lecz jeśli chcę, mogę mówić długo na jednym oddechu - ...obrotowy widelec do spaghetti dla leniwych amatorów, który nawija dowolną liczbę nitek na swoje hartowane i podgrzewane zęby i który to widelec...

- Ale...

- ...Phil odłożył na obrus - kontynuowałem nieco głośniej - a spięcie, jakie w nim wystąpiło, spowodowało, że widelec zręcznie nawinął na swoje tytanowe rozgrzane do czerwoności zęby cały obrus, zrzucając na podłogę płonące serwetki, ale też gasząc je zaraz potem za pomocą dwóch litrów sosu...

- Owen?

- ...pomidorowego, nad którym spędziłem cały poranek...

- OWEN!!!

- Dobrze, kończę o akumulatorowym widelcu. Ale potem...

- Owen?

- Dobrze. A jeszcze potem...

- Jezu!

- Jestem. Potem kupiłyście po dwa nośniki z cudownym programem, który zainstalowany na domowym komputerze miał wytwarzać darmową energię elektryczną i jak pamiętam, proponowano, by do komputera z pracującym w tle cud-programem podłączyć lampkę albo radio, albo pralkę...

- Pralkę nie! To mama podłączyła pralkę. - Więcej pikseli zadrżało, łudząco przypominało to z trudem powstrzymywany śmiech.

- A ty chciałaś lokówkę!

- Może, a ty masz kompleks łysego! Zazdrościsz mi... Ale poczekaj, zdębiejesz, kiedy pokażę ci, co kupiłam tym razem.

- Nie wątpię. Że zdębieję. Dębieję zawsze, jak sobie przypomnę tę lampkę, co miała świecić bez prądu i rachunku...

- Świeciła!

- To dlaczego ubezpieczenie nie chciało pokryć kosztów leczenia nogi, którą mama sobie złamała, schodząc do piwnicy i potrząsając lampką...

Pokazałem, jak "mamusia" potrząsała lampką niczym marakasami.

Ciepłego uśmiechu Pymy nie mogły oziębić ani światłowody, ani zimne płaskie ekrany. Po prostu to jest uśmiech, co ma wszystkie inne pod sobą. Kropka. Przypomniałem sobie jeszcze inny udany zakup teściowej:

- No i te rajstopy wypełnione żelem masującym, co to miały pieścić nogi i półdupki podczas noszenia, a pękły twojej mamie na schodach w metrze, co inni uznali za awarię jej pęcherza i...

Pyma pstryknęła palcami, co - tak zaprogramowała swój aparat - spowodowało wyciszenie mnie. Przestałem więc znęcać się nad teściową. Żona uniosła palec, by zwrócić moją uwagę.

- Jakbyś przyjechał... może mama pozwoli ci wypić jedno piwo wieczorem - powiedziała cicho. - Bo widzę, że ci wysiada myślenie po kilku godzinach oglądania sióstr zawodzących w rytmie kiełbasianym...

- Pymuś, kochanie!... Kilka tysięcy razy mówiłem ci, że kashanka... ka-shan-ka! to jest ta kiszka z polskich sklepów, a te siostry uprawiają etnofolk coshanka! - Uniosła odrobinę brew, och, podpatrzona u mnie mina: "Ta?... A co to za różnica?". Westchnąłem: - A co do piwa... Dziękuję. Mnie mama pozwoliła pić piwo już ćwierć wieku temu. Nie muszę pytać innych mam. I jest jeszcze Monty, jak z nim przyjadę, pogryzą się, a żal mi psiska.

Teściowa, mormonka i dewotka, fundamentalistka moralna, terrorystka duchowa i cielesna! W związku z nią dręczyło mnie tylko jedno pytanie: w jaki sposób urodziła Pymę? To znaczy, taka była wersja oficjalna, którą kiedyś, tłumacząc się, dlaczego nie chcę odwiedzić mamusi, zaserwowałem Pymie. W istocie owo pytanie dotyczyło nie tyle porodu, bo tu niewiele nawet mormoni mogli zdziałać, ile zapłodnienia pani Norden, zimnej i suchej jak jej nazwisko. A co do zapłodnienia - musiało być wietrznie, a ona miała nieszczelne majtki. Nic innego nie przychodziło mi do głowy, najmniej zaś zbliżenie cielesno-łóżkowe z panem Nordenem!

- No trudno... - Wzruszyła ramionami. - Mnie się wydawało, że odkąd doktor Jacobson upowszechnił wstrzyki powiększające na dowolny czas biust, przestało to kogokolwiek... - Zacząłem energicznie kręcić głową, ale w ekran wszedł Phil i puścił do mnie oko.

Puścił TO oko, które było dalsze od matki, którego nie widziała.

- Wszystko widzę, Phil - powiedziała kostycznym, to znaczy matczynym tonem.

Zmieniła temat rozmowy z łatwością adwokata przechodzącego od molestowania słoni do miażdżenia pluskiew paluchami.

Roześmialiśmy się "szczerze" wszyscy. Wszyscy dorośli.

- Co się dzieje? Jak Monty? - zapytał Phil.

- Rozpływa się na kafelkach. Ale, ale!... Odezwał się sierżant Kaszel! - poinformowałem Pymę. - Wyobrażasz sobie?

- No, no! Czegóż mógł chcieć twój przełożony?

- Nie przesadzaj, mam stopień kapitana, a on sierżanta.

- Ale to ty mówisz do niego "panie sierżancie", a on do ciebie po imieniu.

- I tak właśnie powinno być - oświadczyłem twardo.

- Dziwię ci się, Owen.

- No widzisz? Ty też mówisz mi "Owen"! Cały świat tak do mnie mówi. - Popiłem słowa piwem. Rozsiadłem się wygodniej. - Opowiadałem ci, jak na zajęciach z taktyki z sierżantem Kaszlem udawałem czołg?

- Nie! - zawołał Phil.

Pyma pokręciła głową.

- O, toście dużo stracili. Ale ponieważ to wy płacicie za rozmowę, opowiem wam tę historyjkę w wersji pełnej.

Otóż miały być zajęcia z taktyki pod hasłem chyba natarcia piechoty ze wsparciem czołgów. Udaliśmy się na poligon, gdzie sierżant wprowadził nas w temat zajęć, pokazał, gdzie się ulokował enpel, szczegółowo wszystko opisał: korzyści, wady, zalety takiego ataku, przywołał kilka faktów z historii świata... Potem dostaliśmy pięć minut na papierosa i czekaliśmy na czołgi. Czekaliśmy na czołgi. Potem dalej czekaliśmy na czołgi. Potem sierżant zadzwonił do jednostki i okazało się, że czołgi w nocy pojechały na podpoligon, jakieś dwieście trzydzieści kilometrów, pomyłka w komputerze, błędna data i takie inne.

- Zostaliśmy bez wsparcia! - ryknął Larry Brats.

- Nie - twardo oświadczył sierżant. Milczał i myślał chwilę. - Zastosujemy symulację.

Popatrzył dokoła, wyłowił spojrzeniem mnie i jeszcze jednego kumpla, Christiana Floyda bodajże. Wyjął ze skrzyni dwie czerwone chorągiewki, podszedł do nas i wetknął je w troki naszych plecaków.

- Jesteście czołgami. Zgodnie z tym co mówiłem wcześniej, na skrzydła. Na rozkaz "czołgi na linię" uruchamiacie silniki i wyjeżdżacie z okopów. Dalej wiadomo: idziecie flanką, wspieracie ogniem karabinów maszynowych piechotę, prowadzicie samodzielne wyszukiwanie celów dla dział i niszczycie te cele. Odmaszerować. - Odwrócił się do piechoty: - Wy do okopów.

I zanim ktokolwiek coś zdołał wykrztusić, sam stanął na przedpiersiu, uruchomił systemik nagłaśniający: mikrofon i płaskie głośniki na ramionach. Pomaszerowałem na skrzydło wściekły, bo zanosiło się na upiorny dzionek, szczególnie dla mnie - czołgu. Stanąłem za okopem w minorowym nastroju, pokazałem piąchę jakiemuś koledze z okopu, co się chichrał, wskazując moją chorągiewkę. No i padła komenda: "Czołgi na linię", przeskoczyłem okop i nagle wstąpił we mnie wisielczy humor: zacząłem warczeć ile sił w płucach.

- Tak jest! - wrzasnął sierżant uradowany. - Tak dalej symulujcie, dobrze!

Roześmiałem się w duchu i dodałem gazu. Drugi czołg miał problemy z rozrusznikiem, w końcu też odpalił. Sierżantowi zaczęły błyszczeć oczy.

- Pluton, ognia!

Pluton wysunął pyski z okopu i dał czadu ze ślepaków. Ja obracałem się w przedziale osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu stopni i grzałem ze wszystkich karabinów - na razie mogłem, bo moja piechota była jeszcze w okopie. Moje działo wyszukiwało samodzielnie cele, tyle że jeszcze ich nie było. Po zastanowieniu dowódca czołgu kazał odpalić ze trzy szrapnele przeciwpiechotne.

Zrobiłem trzy razy "łaba-ho-o-o-ong!". Nagle zrobiło się wesoło i miło. Zalaliśmy enpla lawiną ołowiu. Ale mieliśmy przecież zająć ich pozycję. Sierżant Kaszel podbiegł kilkanaście kroków i ryknął wzmocniony kilkudziesięcioma watami:

- Czołgi, naprzód! Piechota, tyralierą naprzód!!!

Piechota ruszyła. Czołgi szły przed nią. Armata dawała do wiwatu, karabiny milkły tylko na zmianę magazynku. Szło nam nieźle.

Nagle sierżant podbiegł do mnie i krzyknął:

- Czołg trafiony!

Osłupiałem. Jak to? Ja - trafiony? Ja?!... Dobrze mi szło! Wspierałem, polewałem, likwidow...

- Głuchy?! Trafiony!!!

Stanąłem w miejscu, potem uświadomiłem sobie, co mam robić: zwaliłem się na trawę. Sierżant pobiegł dalej, gdzie tyraliera zaczęła się wyginać, po drodze wyszarpnął z torby kilka symulatorów i cisnął im pod nogi, zaskoczeni chłopcy zaczęli podskakiwać, odwracać się, przestawali strzelać...

- Atak załamuje się! - wrzasnął sierżant przez mikrofon. - Piechota wycofuje się!

Ja leżałem. Drugi czołg zawahał się, ale zawrócił.

Po chwili wszyscy leżeli w okopach, sapali, aż słyszałem ich na łące.

- A wy tam co? - ryknął sierżant do mnie.

- No przecież trafiony! - wrzasnąłem. - To co, mam się nagle odrodzić? Przecież nie będzie przybywało czołgów po każdym załamanym ataku?!

- Słusznie! - odwrzasnął uradowany. - Jeden czołg stracony!

Zamarłem, bojąc się poruszyć ze szczęścia. Zanosiło się na to, że jako trafiony będę leżał na polu walki, a nie atakował! Sierżant pieklił się w okopie, poleżałem chwilę. Postanowiłem przetestować sierżanta. Kiedy wyskoczył na wał transzei, zapaliłem papierosa. Chwilę potem sierżant Struggleman zobaczył mnie.

- Co wy tam robicie, żołnierzu?! - krzyknął, siniejąc na twarzy.

- Palę się, pożar w kokpicie! - zameldowałem radośnie.

- A! DOBRA! - ryknął do mikrofonu. Te ptaki, których jeszcze nie spłoszyły ślepaki, teraz wystartowały z odległych o pół kilometra drzew i pognały gdzieś w spokojniejsze miejsce, na strzelnicę może. - Palcie się, palcie! Piechota! Do ataku-u-u-u!

I poszli. A ja paliłem się. Drugi czołg sugerował sierżantowi, że też dostał, potem że wpakował się na minę, ale sierżant był nieubłagany: "Nie, wam się udało!". I tak paliłem się przez cztery godziny. Było ciepło, porozpinałem się, nie manifestowałem lenistwa, o nie! Po prostu leżałem sobie, uważnie przyglądając się atakowi, starając się, by sierżant widział, jak chłonę bój. Tyraliera kolejny raz się załamała i wracała ponuro do okopu, każdy przechodzący obok miał kilka słów do czołgu i jego załogi. Ale załoga, cóż... Załoga cała zginęła...

Pociągnąłem nosem. Potem piwa.

Pyma i Phil mieli dziwne miny.

- Co się tak patrzycie? - zapytałem. - To się zdarza. Nieudany atak. Tyraliera jest sprawą bardziej psychologicz...

Ekran eksplodował śmiechem. Phil tupał nogami i celował do mnie ze wszystkich palców wskazujących, Pyma nie krzyczała tak głośno, lecz i ją udało mi się rozśmieszyć. Miałem ze dwie minuty czasu, wykorzystałem je na wymianę pustej puszki na pełną, zimniejszą.

- Poważnie mówisz czy łżesz w żywe oczy? - zapytała Pyma ocierając łzy.

- Co do słowa - przyłożyłem rękę do piersi. - Ale to... Wiesz, on był tak przejęty, tak kochał armię... Trudno było mieć mu coś za złe, bo to nie był zupak, który wysyłał innych do roboty, a sam się dekował w klimatyzowanym wozie. Nie. On pierwszy gonił do ataku, jeśli trzeba było kopać okopy, kopał z nami, wypychać samochód z błota, proszę bardzo. I tak dalej.

- Wszystko z wami, tato?

- Wszystko. Wiecie, do oddziału przychodzili różni ludzie, wszyscy niby ochotnicy, ale jedni bardziej ochoczy, inni mniej... A jego zapał był taki... zaraźliwy, taki godny szacunku... W końcu z oddziału odeszło raptem kilku, a reszta po pół roku dałaby sobie za sierżanta wyciąć skórę na plecach.

Wyciągnąłem palec w kierunku Pymy.

- Dlatego, szanowna pani, choć mam studia i stopień kapitana, będę zawsze do sierżanta Strugglemana mówił "panie sierżancie".

- Och! - omdlewająco przewróciła oczami. - Ta męska betonowa przyjaźń... - Odwróciła się do syna. - Mam nadzieję, że ty, synku, taki nie będziesz?

Gwizdnąłem bez pomocy palców, moja nowa umiejętność. Odwrócili do mnie głowy.

- A pamiętasz tę cud-szczękę, coście ją kupiły na flomarku? Miała podczas snu czyścić zęby i masować dziąsła...

- Czyściła - warknęła.

Phil się zainteresował, był za mały, by pamiętać to wydarzenie.

- Aha. Czyściła. I omal nie odgryzła twojej mamie, mojej teściowej, a jego babci języka podczas snu!

- Nie...

- Nie? To powiedz jej, Phil, żeby pokazała ci język, a jak ci pokaże, zapytaj, dlaczego ma w poprzek bliznę po zszywa...

- Idzie mama! - syknęła Pyma.

Zamknąłem się, Phil zamarł na chwilę, potem uśmiechnął się szeroko do matki.

- Mylisz się ogromnie, mateczko! Będę. To moje przeznaczenie. - Chciał coś jeszcze dodać, lecz zerknął w bok. Na horyzoncie musiała pojawić się babcia. - Idę popracować w ogrodzie, ojcze - powiedział.

Bezczelny typ.

- Pa! - rzuciłem. Zwróciłem się do Pymy. - Podobno za dwa dni ma padać.

- Akurat! - prychnęła, z nadzieją jednak. Może też już miała dość mamuni i jej chłodnego domu. - Jak jakaś prywatna firma nie sprowadzi, to nic z tego nie będzie.

- Aleś ty antyrządowa! - Podziwiałem ją przez chwilę i starałem się, by widziała, że podziwiam. I w tym podziwianiu weszła na tapetę teściowa. Postarałem się nie zmieniać miny. - Dzień dobry, mamo.

- Dzień dobry, Owenie. Bóg z tobą.

- I Monter - palnąłem bez namysłu.

Zmarszczyła brew.

- Nie bluźnij.

- Tak. Już więcej bluźnił nie będę, przepraszam...

Ekran zafalował, zatrzeszczało coś, przemknęła fala iskrzącej galarety. Jeszcze mignęła twarz Pymy, jeszcze dojrzałem w jej oku obietnicę krwawego rozliczenia... Zawołała coś o pracy... Ekran zgasł. Czyżby wiedziała, że zaprogramowałem komputer, by przerywał połączenie na kilka haseł, a jedno z haseł brzmiało: "Już więcej bluźnił nie będę"? Niemożliwe, zdecydowałem. Dopiłem resztę piwa, póki jeszcze nie ociepliło się do niespożywalnej temperatury. Jakie są te inne hasła? Żebym nie zapomniał... "Mam na pewno co najmniej kwadrans czasu" i... A! "Dlaczego sądzisz, że ci nie sprzyjam?" Dla teściowej, dla agenta i dla nudnego kolegi po fachu.

Rozwaliłem się na kanapie.

- Komp, pokaż mi mapę temperatury globu, zaznacz kraje, gdzie jest temperatura niższa od dwudziestu stopni na niebiesko, resztę na czerwono.

No tak, większości globu było chłodniej niż mnie. Zdecydowanie w kwestii temperatury Stwórca kpił, drwił i szydził sobie ze mnie. Może w innych sprawach też. Na przykład?...

Na przykład Pyma interesowała się moją pracą. Nową pracą...

***

Sarkissian przybył w miniony poniedziałek sam, ot, tak, niezobowiązująco, ale pewnie sprawdził, gdzie jest Pyma i Phil. Nawet nie odmówił drinka, żeby wprowadzić mnie w dobry humor. Czyżby po tylu latach znajomości sądził, że przebywanie w jednym pomieszczeniu z kimś niepijącym wprawia mnie w zmieszanie?!

Siedzieliśmy w salonie, wideowall coś mamrotał, przekazywał jakiś mecz, co jakiś czas zaniepokojony tym, że pilot leży od czterech godzin nieruchomo, pytał w kąciku ekranu, czy nie poszukać czegoś innego według wprowadzonych kiedyś preferencji. W końcu poruszyłem pilotem, nie chciałem, by ujawnił przed Dougiem moje kawalerskie preferencje.

- Nie zastanawiałeś się, Owen - przeszedł w końcu do rzeczy - nad pracą u mnie?

- Nie - palnąłem szybko.

Ta szybkość mnie zdradziła.

- O?... To świetnie - postawił szklaneczkę na stole. Pustą. Znaczące. - Bo widzisz... Otwieramy nowy dział, takie tam, wiesz, swobodna penetracja... Nie sprawy wewnętrzne, nie nadzór i kontrola, ale... Takie coś ekstra. Jakby się działo coś niespodziewanego...

- Daj spokój, Doug - machnąłem ręką. - Nie polewaj tak, tylko do adremu.

- To wszystko - powiedział nasączając głos urazą. - Po prostu będzie nowa komórka. Ty do niej pasujesz jak ulał.

- E!

- Pomógłbyś mi bardzo.

Sam bym tak gadał. Naciskając na uczucia przyjacielskie, braterstwo, kumplizm... Ale jakie było to drugie dno, właściwe?

- E!

- Dobra, to nie wszystko. - Westchnął, żebym poczuł się dowartościowany, że tak go ładnie wymacałem. - Najważniejsze poza tym, że tworzymy nową sekcję, jest to, że Ezra M. Pound idzie na emeryturę.

Poczułem się jak podchodzący do lądowania szybowiec, któremu Aborygen ciśnięty przez bumerang... tfu - bumerang ciśnięty przez Aborygena ściął połowę skrzydła. Po pierwsze - zaskoczony wiadomością, po drugie - zaniepokojony tym, że myślę niezbornie.

- Dlaczego? - zapytałem, by dowiedzieć się czegoś, a przede wszystkim by zyskać na czasie.

- Wiek. I choroba.

Powiedział "choroba". Coś poważnego, więc nie dociekałem więcej.

- No i?

- No i jak go nie będzie, nie będziesz już tak skutecznie i szczelnie kryty, Owen. Skończy się licencja z literką A, ostatnia istniejąca. Skończy się dostęp do archiwów, wsparcie... Będziesz musiał przejść i ty na emeryturę.

- Nie przesadzasz aby? - uniosłem brew, jedną, jak Simon Templar. Ale ten w wykonaniu Rogera Moore'a, a nie awatara Bogarta w ekranizacji sprzed dwu lat.

- Nie. Pomyśl chwilę, powspominaj... - Wstał i podszedł do otwartego barku. Jak patrzyłem na oszronione butelki, robiło mi się nieco chłodniej, w tej chwili jednak musiałbym mieć przed oczami zamarznięty Pacyfik, żebym przestał się pocić. - Nie przeczę, że my bez ciebie też byśmy guza zdziałali w tych sprawach, które były wspólne. Ale CBI bez ciebie sobie poradzi, najwyżej spadnie nam wykrywalność. Tyle że przed nikim się nie spowiadamy, więc to tylko kwestia dobrego własnego samopoczucia...

- Ale nie będziecie mi przeszkadzać?

- W czym?

- W sprawach rozwodowych, w poszukiwaniu mężów, co dali dyla, żon...

- Owen, upał mózg ci rozmiękczył? - Nalał sobie, wypił przy barku, dolał i dopiero wtedy wrócił na kanapę, lecz usiadł na innym miejscu, pewnie szukał odrobiny chłodu. - To są sprawy sprzed dwudziestu lat, już nikt nie szuka żon ani mężów, ani dzieci, ani psów i kotów.

- No to będę...

- Nie będziesz.

- Nie będę?

- Będziesz nie.

- Aha.

- Tak.

Nie podobało mi się to. Wyglądało, że nie żartuje.

- A nie będzie tak, że ja się przyjmę, Ezra odejdzie, a następca z hukiem mnie wywali pierwszego dnia kadencji? Wiesz, nie lubię takich numerów.

- Nie, mimo wszystko masz dobrą markę, nikt ci nie może niczego zarzucić, a zazdrość nie jest aż tak silna. No i nie przesadzaj w samouwielbieniu, to nie jest tak, że całe CBI nie może spać i ma paznokcie na stopach poogryzane na myśl o Owenie Yeatesie.

- Nie?

Teraz ja ruszyłem się do barku, nalałem sobie jednak tylko soku. Potem pomyślałem, że Dougowi będzie to śmierdziało fałszem - patrzcie, jaki Owen przejęty, aż zapomniał sobie wódki nalać. Nalałem więc.

- Zreasumujmy: szef CBI odchodzi i czeka mnie bezczynność? - Kiwnął głową. - Ale szczerze i bez picu? - Kiwnął głową. - Nie macie jakiegoś cwanego numeru na mnie? - Pokręcił głową. Zacząłem gorączkowo wymyślać pytanie, przy którym musiałby trzepnąć nią po skosie. - A co mi radzisz?

- Bezwzględnie przejście do nas. Twoje metody, choć czasem idiotyczne, mieszczą się w granicach praworządności stosowanej w naszych działaniach, nie dasz się przekupić, zaszantażować... A będziesz miał całe wsparcie, ludzi, archiwa, sprzęt, może nawet zostawimy bardziej lub mniej czynną licencję, w końcu cały świat nie musi wiedzieć, że nie jesteś już, jak to mawiasz, człapem czy drepem, a...

- Śledziem.

- Właśnie. Może układ nie jest idealny, ale wystarczająco satysfakcjonujący obie strony... chyba... Tak sądzę.

Myślałem.

Myślałem.

Szczerze mówiąc, nie potrafię tak myśleć na zamówienie. Nie dlatego, że nie umiem, po prostu nie lubię. Udawałem jednak, że myślę.

- Będzie was czworo na razie. Trójkę już mam. Rozmawiałem z nimi, dwie trzecie cię zna z różnych spraw. Nie widzę tarć. Gdyby wystąpiły, wymienimy skład.

Nie wiem, co mnie napadło, chyba po prostu nie chciało mi się już myśleć, bo i tak nic z tego nie wynikało. Albo inaczej - wynikało, że on ma w każdym słowie rację.

- Wchodzę - rzuciłem średnio niedbale, żeby zabrzmiało naturalnie.

Patrzył na mnie chwilę. Pomyślałem, że za długo to trwa.

- Dlaczego sądzisz, że mogą wystąpić tarcia?

- Bo to trzy kobiety.

No właśnie, on myśli za długo, a ja za krótko albo wcale.

- Chyba zwariowałeś?!

- Nie. Na pewno nie.

Ale mina przeczyła słowom, to znaczy: albo zwariował, albo myśli, że zwariował. I nagle okropnie, po prostu strasznie zachciało mi się zaskoczyć Sarkissiana.

- Powtarzam: zgoda - rzuciłem niedbale.

Potem, już po rozmowie, dotarło do mnie, że to musiał być jednak wynik namysłu. Tego niechętnego, podskórnego, podświadomego, lecz działającego mimo wszystko.

- Zgoda? Serio?! - Tak się zdziwił, że wlał w siebie całą zawartość szklanki, a że mimo ormiańskiego pochodzenia nie ma worka jak pelikan, oblał sobie brodę i obie klapy marynarki.

- Ta...

- Czyli wchodzisz?

- Nie, wychodzę. - Roześmiałem się z dezynwolturą. - Howgh.

- Ale...

- Ale najwcześniej pojutrze.

- Niech będzie za trzy dni!

Łaskawca!...

- Stoi.

Teatralnie otarł pot z czoła.

- Nie wiem, czemu myślałem, że się nie zdecydujesz.

- Nie boję się pracy. Ani kobiet.

- No to fest! - przypomniał sobie jakieś słówko z mojej powieści. Chciał mnie jakoś podbudować, połechtać.

- Nie mów jak jakiś menel - rzuciłem niedbale. - Konkretnie kiedy?

- Jak mówię: za trzy dni, w czwartek.

Wzruszyłem ramionami. Doug wstał i pomaszerował do drzwi. Bał się, że nagle zrezygnuję. Stłumiłem śmiech.

- Poczekaj - zawołałem, kiedy już sięgał klamki. Odwrócił się i popatrzył na mnie z wyraźnym niepokojem w oczach. - Jeśli usłyszę, że ktoś mówi o mnie "Charlie", a o tych paniach "aniołki"?...

Wyraźnie się odprężył.

- Owen - powiedział z ulgą - tego możesz być pewien. Tak, pewien... - Coś zimnego przemknęło mi po krzyżu. - Nikt się na to nie odważy.

Wyszedł.

Wydawało mi się, że chichocząc.

Sprawdziłem nagranie z cerbera przy drzwiach. Chichotał.

Zaczęło mi się wydawać, że w coś wdepnąłem.

Ale już nie miałem odwrotu; teraz kiedy wiedziałem wszystko, moja rezygnacja byłaby interpretowana zupełnie nie tak, jak bym sobie życzył.

Zmieniło się tylko tyle, że w czwartek wyłgałem się z wizyty w nowym miejscu pracy. Przeniosłem ją na poniedziałek.

A w niedzielę zadzwonił sierżant Kaszel.

***

Nazajutrz miałem iść do roboty. Kurczę, jak to cmentarnie brzmi - iść do roboty...

Przypomniałem sobie, że na górze czeka wanna z zimną wodą, ale przez dobre trzy minuty musiałem się zbierać, zanim wystartowałem do wspinaczki po schodach. Jakbym się zmagał ze zboczem czynnego wulkanu, cholera, a na górze czekał krater ziejący ogniem i tryskający wrzątkiem. Dotarłem w końcu do wanny i zwaliłem się do niej, nie przejmując się falą wody wychlupującej się na podłogę.

Zamierzałem przestawić sobie dobę - upały przesypiać, noce uaktywnić. Tylko jak to zrobić teraz, kiedy zaczynam pracę na etacie? Wczesne wstawanie, jazda w tłumie, szukanie parkingu... Stare fajne czasy. Jakbym się odmładzał. Tę ostatnią myśl szybko podpaliłem i patrzyłem z przyjemnością, jak się zwija i płonie.

Pyma też patrzyła wtedy, w poniedziałek, jak się zwijam, opowiadając o wizycie Sarkissiana. Wytrzymała do końca i nawet dobrze jej wychodziło niedbałe piłowanie paznokci. Kiedy skończyłem, zdmuchnęła pył i przyjrzała się palcom.

- Jak zdecydowałeś, tak będzie.

- Akceptujesz to?

- A mam inne wyjście?

- Możesz protestować, wtedy zaczniemy...

- Ależ, Owen! Po co? Chcesz tam pracować, pracuj. Ja rozumiem: dom, nudy, żadnej strzelaniny, nikt nie oskalpował ci żony, nie zrzucił bomby z napalmem na ogród...

- To jest protest, jak rozumiem.

- Nie. Ja się nie wtrącam.

- I jest ci wszystko jedno?

- Tak.

- To dlaczego udając tę obojętność piłowałaś tylko jeden paznokieć? Spiłowałaś go do korzenia.

Schowała palce pod pachy, odetchnęła.

- Jeśli szczerze, to myślę, że dałeś się wpuścić w kanał. - Milczałem ciekaw, co powie dalej. - I to kto, sam Owen Yeates! Detektyw Numero Uno! - Chyba ironizowała? - Facet, który wszystko wie!

- No, to akurat jest prawdą - wtrąciłem lekkim tonem. - Tak się składa, że wszystko wiem. Możesz mnie przepytać z chemii, biologii, geografii...

- A z własnego domu?

- Też!

- No to... - zawahała się. - Wiedziałeś, że omal nie powiesiłam Monty'ego?

- ?

- W windzie, u Pameli w domu.

- Hm...

- No widzisz! - Pełny triumf.

- Nie wierzę...

- Uwierz.

- Opowiedz!

- W skrócie: wyszłam od niej i wsiadłam do windy. Koniec smyczy został na zewnątrz i kiedy winda ruszyła w dół, nagle Monter zaczął podjeżdżać do góry. No to chwyciłam jego i smycz i uwiesiłam się na niej...

- I?

- Co: "i"? Przecież widzisz mnie żywą. Na szczęście to niski blok i nie była to winda szybkobieżna, a zapięcie smyczy nie wytrzymało i pękło. - Przyjrzała się paznokciom, musnęła jeden pilnikiem. - Wywaliliśmy tylko sufit sobą, a kiedy spadliśmy z łomotem na podłogę, coś w niej uszkodziliśmy, bo jak zjechaliśmy na parter, stał tam ten gej z Pameli piętra i pyta: "A co to z tą windą? Psuje się, czy co-o-o?". Ja mu na to: "Też to zauważyłam!" i uciekliśmy z Monterem. A Pam powiedziała mi potem, że strasznie wszyscy dociekali, kto tak rozpirzył windę, bo oczywiście stanęła z tym gejem i siedział w niej półtorej godziny.

- Fajne. Ale to ja wymyślam w tym domu takie baśnie.

- To nie baśń, Owen. To - wychyliła się do mnie - przypowieść. Ty sam zamiast odpowiedzieć Philowi wprost, zaczynałeś jak dziadek: "Hm, pytasz mnie, ile jest dwa razy dwa? Coś ci powiem, synu. Była sobie kiedyś strasznie sprytna żabka, co myślała..." - Ładnie jej to wyszło. Moja szkoła. Zdusiłem uśmiech. - Tak więc, ta przypowieść miała na celu uświadomić ci, że nie wszystko wiesz, że coś ci umyka, że można cię omamić, oszukać, coś przed tobą ukryć.

- Tak myślisz?

- Jestem pewna.

Przesiadłem się do niej na kanapę i włożyłem jej rękę za dekolt. Zawsze miała chłodne sutki, coś niesamowitego.

- Owen...

- No? Mmm...

- Posłuchaj, coś do ciebie mówię, coś ci wyjaśniłam... Nie możesz...

- Nie, kochanie, nie mogę. Ale słyszałem, co mówiłaś, i doceniam. - Przytuliłem ją. - Będzie dobrze albo i lepiej. Nie będę pracował sam, tylko w zespole, będę miał delegacje, wsparcie, urlop czterotygodniowy...

- Głupek jesteś.

- ...będziemy mogli wyjechać na wakacje do Meks... na Grenlandię...

- Czub. Ja do niego z sercem...

- A ja ci dziękuję. I naprawdę doceniam. Nawet to, że skróciłaś tę kompletnie nieprawdopodobną historyjkę, którą przeczytałaś w "Amazing Live"...

Odskoczyła ode mnie.

- Ty draniu! Wiedziałeś?

- Skąd mogłem wiedzieć? I co? Że wykorzystasz ten stek bzdur do reedukacji męża?

Dźgnęła mnie pilnikiem naprawdę boleśnie. Ale tylko raz.

Na tym skończyliśmy dyskusję o nowej pracy.

Tak więc myśl o przestawieniu doby była spóźniona i już nie do zrealizowania wobec faktu, że od jutra miałem zacząć pra-co-wać.

Jak sobie coś wymyślę, coś postanowię, to zaraz ktoś przekorny... niech będzie, że to los, daje mi prztyczka i przybija na planach pieczęć o treści "nieaktualne".

Siedziałem przy kompie do trzeciej, kiedy już nawet po ekranie monitora spływały krople potu. O pierwszej zdjąłem obudowę i skierowałem strumień chłodzonego powietrza z procesora na siebie. Procesor wytrzymał, ja po dwóch godzinach spasowałem. Kleiłem się do siebie, a moje powieki do policzków. Ułożyłem się do snu drugi raz tej doby.

Los uznał, że to o raz za dużo.

Rozdział pierwszy

Jak zacznie się wojna, to mnie z wami już nie będzie!

"456 odzywek z armii, o armii i dla armii"

Jak się człowiek budzi w kiepskim humorze, to już nic nie pomoże - samo wspomnienie przebudzenia wystarczy, by cały dzień przypominał spływ rzeką mającą źródło w wielkim szambie.

A mnie mało co dobrego czekało dziś. Praca. Robota. Nowe miejsce zatrudnienia. Splunąłbym na podłogę, gdybym miał choć odrobinę śliny w ustach. Susza.

Upał.

Już się nie cieszę sympatią Stwórcy.

Chyba.

Gdyby tak nie było, gdybym nadal był pupilkiem - wiedziałbym. Niestety, tę zmianę odczuwałem tak mocno i niezawodnie, jakbym szedł w upalny dzień i nagle ktoś wywalił na mnie z siódmego piętra beczkę wody z pokruszonym lodem. Przecież dobrze pamiętam, jak się dowiedziałem, że Stwórca mnie lubi, i Pyma, choć ma inne zdanie w tej kwestii, faktom zaprzeczyć nie może. Kiedy pojechaliśmy do jej mamy z wieścią o zbliżającym się powiciu wnuka, teściowa zdobyła się na gest niezbicie przyjazny, mianowicie oddała nam dwa bilety na musical "Delma w cyrku". Zaparłem się, że nie pójdę, że nie znoszę tego sortu muzyki, tych bab, co wyglądają, jakby ktoś nanizał na trzpień z nogami cztery opony, a udają osiemnastolatki, tych facetów, co nie mogą długo wciągać bandziochów, bo przecież muszą też podśpiewywać co jakiś czas... Tych dekoracji... Nikt mnie nie słuchał, to znaczy - Pyma. Idziemy, i koniec. Premiera w małym mieście, wszyscy notable, jej koleżanki ze szkoły, jej byłe dwie sympatie, a ona chce im pokazać detektywa, który niedawno uratował Ziemię od najazdu spoza Ziemi. I kropka.

Wypożyczyła mi garnitur! Poszliśmy. I było tak, jakem przewidywał: pięćdziesięciodziewięcioletnia osiemnastolatka, siedemdziesięcioczteroletni dwudziestoletni amoroso, dykta i papa, i fałszująca orkiestra. W pierwszym antrakcie błagałem, żebyśmy wyszli i poszli. Nie. W drugim - płakałem. Nie. Trudno. W połowie trzeciego aktu usłyszałem wyraźnie: "Owen, biedaku. Uważaj. Dostaniesz, czego chcesz, ale nie śpij, bo przegapisz!" Wyostrzyłem zmysły, bo cynk był taki przekonujący... I czekałem do ostatniej minuty trzeciego aktu. Już stały babusie z koszami plastykowych kwiatów, już co poniektórzy obmacywali kieszenie w poszukiwaniu numerków do szatni. Na scenie udającej cyrkową arenę tańczył otoczony wianuszkiem facetów w czarnych rajtkach biały rumak, przewodnik tego baletu. I tak się rozochocił, tak wywijał, podskakiwał, aż się wybił w powietrze, zakręcił... i zahaczył nóżką o czarnego konika. I wylądował na lewej połowie twarzy na deskach sceny, a reszta ciała po chwili ułożyła się na nich też. Nie powiem, że się szybko poderwał, o nie - dyrygent musiał z osiem taktów powtórzyć, zanim biały wałach chwiejnie się wyprostował, ale już nie wirował i nie skakał. Dokończyli koledzy, nieco bezładnie improwizując... A ja ryczałem na całe gardło. Śmiali się wszyscy, nie było wyjątków, albowiem pięknie facet gruchnął, lecz elita miejscowa chichotała kulturalnie! A ja uważałem, że skoro Pan zesłał mi chwilę humoru po czterech godzinach siedzenia w cudzym garniturze, to muszę okazać wdzięczność, no bo jakże to: serwuje mi się taki numer, a ja zdawkowe "chi-chi!"? O nie, Owen Yeates jak jest wdzięczny, to to widać. I słychać.

Było słychać.

Zwłaszcza jak ta serdelka wyszła się kłaniać, główna rola kobieca, a za nią ten koń biały. Z opuchniętą połową twarzy, z której opadł cały puder i starła się szminka!

To był pierwszy raz, kiedy się dowiedziałem, że co jakiś czas mogę liczyć na pomoc z najważniejszego kierunku.

Potem przekonałem się o tym dobitnie kilka razy, może kilkanaście. Przecież w końcu żyłem!

Dziś jednak czułem, że jestem osamotniony. Parasola nad głową nie wyczuwałem, nikt nie głaskał mnie po głowie. Musiałem radzić sobie sam. A dzień nie zapowiadał się wesoło.

Pojechałem do pracy (co za ponury początek zdania!) vantourem.

Mieliśmy rezydować w niewielkim na oko, ale rozległym piwnicznie domku na peryferiach, kawałek za Cicero. Filia wydziału kontroli podatkowej, dział statystyki wielkoformatowej. Żeby nikomu nie przyszło do głowy przyjść tu z formularzem podatkowym. Pracując w takiej jednostce, nie powinienem rzucać się w oczy taką furą jak bastaad. Musiałem więc przebyć drogę wozem z klimatyzacją efektywną niczym jednoręki górnik, nie mogło to się skończyć dobrze. Po drodze jeszcze raz wysłuchałem cyfrowego głosu powtarzającego, co powinienem wiedzieć o swoich nowych pracownikach. Pracownicach. Wyszło mi, że chyba mam lekcje dobrze odrobione.

Zaparkowałem w obszernym garażu, na razie dość chłodnym, zamknąłem drzwi, wewnętrznym korytarzem dotarłem do salonu. Miał udawać - i dobrze się spisywał - poczekalnię. Stały tu pod dwoma ścianami kanapy, między nimi dobrze dopasowany wysokością imponujący stół, operacyjny, można by na nim śledzić inwazję Hitlera na Brytanię. Jakieś fotele, cztery podajniki napojów, ulotki na stelażach i pęczki pisaków. Oglądałem to wcześniej i wiedziałem, że nie ma się czego przyczepić.

Z korytarza, a właściwie ze znajdującego się w połowie jego długości właściwego pokoju operacyjnego dobiegła mnie salwa śmiechu. No, trzeba stawić czoło przeznaczeniu. Przecież świetnie widzą na podglądach, że ich nowy szef już jest.

Idziemy.

Wszedłem do operacyjnego. Udały, że przerywają miłą rozmowę, i stanęły ni to w postawach zasadniczych, ni to kuszących.

Skinąłem głową, powiedziałem "dzień dobry" i przysiadłem na skraju stołu. Nie pozwoliłem sobie na chwilę ciszy wypełnionej wymianą spojrzeń.

- Matrina Hollywater - powiedziałem patrząc w oczy wysokiej, dość ciężko, ale jeszcze kształtnie zbudowanej Afroamerykance. - Wiek opuszczam, zwolniona czy też przeniesiona z żandarmerii w stopniu sierżanta. Słabo strzela, za to niemal ze wszystkiego. Rozwódka.

- Anya Buonaparte Panagiotidis - przeniosłem wzrok na drugą ciemnoskórą podwładną. - Panna. Policjantka, wybitnie strzela z czterech najpopularniejszych pistoletów służb mundurowych.

Skinęła głową. Nie wiem, czy podziękowała za ocenę umiejętności strzeleckich czy tylko zgadzały jej się dane.

- Jane Mary Braden - przedstawiłem pozostałym paniom trzecią koleżankę, białą. - Rozwódka z czteroletnią córeczką. Policjantka. Porucznik. Znam wyniki z siedmiu broni i jestem pod wrażeniem. Ja sam strzelam gorzej, a moją jedyną zaletą jest to, że strzelam z zaskoczenia. Chętnie w plecy.

Wstałem i wymieniłem z koleżankami uściski dłoni. Nie dało się o tych uściskach nic powiedzieć. Wróciłem na stół.

Jane Mary Braden miała wielką masę najcieńszych włosów, jakie widziałem w życiu. Gdyby były normalnej grubości, a nie cieniutkie jak... włoski z futerka myszy, miałaby ich na głowie stertę, szopę, stóg. Cieniutkie i leciutkie przy każdym poruszeniu głową falowały i podlatywały jak podczas zdjęć podwodnych. Musiała je mieć krótko obcięte, inaczej ciągle zakrywałyby twarz.

Anya Buonaparte Panagiotidis, twarz wydłużona, jak z ikony - kto tak malował kobiety? Gauguin? - duże wypukłe oczy, długi nos, nostalgiczny wyraz oblicza... Mulatka, wzruszający - nie wiem dlaczego - pieprzyk na konsze lewego ucha, wyglądał jak mały kolczyk z agatu. I spory biust. Lekko maskowany luźną bluzką, ale pozostawiono mu sporo możliwości prezentacji.

Matrina Hollywater na pierwszy rzut oka wyróżniała się nieco przesadnie pomalowanymi wargami, to znaczy szminka na nich miała też za zadanie maskować malutką bliznę w lewym kąciku ust. Czy ktoś trzymał w tym kąciku ostrze noża? Czy jako dziecko skaleczyła się pijąc z nadtłuczonej szklanki?

- Nie oczekujcie peror i planów. Na razie nic nie wiem. To znaczy, wiem o was sporo, ale to papiery. Na przykład każdego by zdziwiło, że wszystkie trzy znalazłyście się tu z podobnego powodu. Z powodu molestowania.

- Tyle że to nie ja byłam molestowana - wskoczyła mi w słowo Matrina.

Jak na wysoką kobietę przystało, przemawiała niskim, lekko bluesowym głosem.

- Wiem, w twoich aktach stoi, że niemal zgwałciłaś kolegę z oddziału...

- Nie wiem, czy mi pan uwierzy, ale ten palmus wsadził mi łapę pod spódnicę w szatni, a kiedy go znokautowałam drzwiczkami szafki, oświadczył, że go ogłuszyłam, a jak się ocknął, właśnie kończyłam się onanizować za pomocą jego... niego - dokończyła.

- Ja miałam romans - oznajmiła Panagiotidis. Miałem dziwne wrażenie, że nie dam rady myśleć o niej jako o Anyi Buonaparte. - Z przełożonym. Uznał w pewnej chwili, że to mu może zaszkodzić w karierze, a jeśli będzie ofiarą molestowania, przeciwnie, nawet powinno pomóc. Więc zakapował mnie... właściwie nas. I wypunktował moją agresywną rolę. Nawet jakiś strzęp nagrania przedstawił... - Wzruszyła ramionami. Przez kilka sekund pożerała mnie wzrokiem, ruszając żuchwą na boki, potem powiedziała: - Wiem, że mam nazwisko, które brzmi jak nazwa leku na przeczyszczenie i mogę sobie z tego żartować. Ale tylko ja.

Popatrzyłem na trzecią podwładną.

- Ja nie mam na ten temat nic do powiedzenia - odezwała się po raz pierwszy. Mówiła nie tyle cicho, ile w taki sposób, że człowiek odruchowo nastawiał uszu, spodziewając się albo informacji o wysokiej wygranej w lotto, albo pytania, czy już przestał spuszczać łomot swojej żonie.

- Hm... nie oczekuję zwierzeń. Chciałem tylko jakoś zagaić... - powiedziałem, kiedy stało się pewne, że już skończyła i nie ma na co dłużej czekać. Wstałem i przeciągnąłem się. - ...bo chcę wam uświadomić, że tworzymy chwiejny zespół, który powstał nie wiadomo po co. Może to taki ściek, gdzie będą upłynniać wszystkich niewygodnych, ale jednak niewinnych i dobrych fachowców. Patrzcie, już na starcie same antagonizmy: szef mężczyzna, podwładne kobiety, z kolei wśród was najwyższą szarżę ma biała. Czyli powinniśmy się pożreć, pociąć i dać sobie popalić. Proponuję odejść od tego scenariusza i zachowywać się normalnie. Ja was nie będę molestował, natomiast z waszej strony nie oczekuję podobnych deklaracji, bo to by mi uwłaczało.

Podszedłem do lodówki, w której zostawiłem trzy dni temu karton z wódką. Nie pytając, nalałem po słusznej dozie i nikt nie zaprotestował. Uniosłem szklankę.

- Nowa sekcja, nowe życie, nowe radości.

- Oby - mruknęła bluesowa Matrina.

Wypiliśmy.

- A tak generalnie, ma pan pojęcie, co to jest? - zapytała Jane Braden, pokazując obiekt kolistym ruchem ręki. - Mnie się kojarzy z archiwum.

- Właśnie, czy to jakieś "Archiwum X"? - sprecyzowała Matrina.

- "Archiwum X"? - powtórzyłem dość bezmyślnie. - To znaczy co: zbiór zdjęć dla dorosłych napalonych i niewyżytych?

- Nie, to taki odstojnik, mogilnik nierozpoznanych spraw, do których doszywa się niezwyczajne okoliczności i podsuwa jakiejś parze nieudaczników - wtrąciła się Panagiotidis. - Taki serial.

- Nie, nie sądzę, by to było to i by mi to odpowiadało. Ale na wszelki wypadek obejrzę - obiecałem.

Nalałem po jeszcze jednym, mniejszym. Na czczo, z rana i w taki upał wchodziła ta stolichnaya jak gwóźdź w kisiel.

- Jutro zaczniemy rozpakowywać pudła z aktami, to się zorientujemy, co jest grane - oświadczyłem.

- A ZNP? - zapytała Panagiotidis.

- ZNP?... - powtórzyłem z mętlikiem w głowie. - Czy masz na myśli...

- Zespół napięcia przedmiesiączkowego. Kilka słów o nim.

Wymieniły między sobą znaczące spojrzenia.

- Hm... Cóż, myślałem, że jesteście już dużymi dziewczynkami i wiecie na ten temat cośkolwiek. Ale skoro nie... No więc zespołem napięcia przedmiesiączkowego nazywamy kompleks objawów...

- Nie! Chodzi o dowcipy! - przerwała mi Jane Mary. - Każdy nasz szef za święty obowiązek uważał poinformowanie nas, że ZNP możemy sobie odreagowywać w domu, że to nie może wpłynąć na jakość pracy, że humorki mamy zachować dla swoich chłoptasiów...

- No to wszystko wiecie. Co więcej mam powiedzieć?

Atmosfera jakby zelżała nieco. Co prawda dopiero jak przestały się śmiać wzbudzone upiornym chrapliwym chichotem Matriny.

- Dobra, może z panem będzie inaczej - powiedziała Panagiotidis.

Pozostałe dwie wzruszyły brwiami i zasufitowały.

Przyłapałem się na myśli, że jakoś nadal nie potrafię myśleć o Panagiotidis jako o Anyi Buonaparte. Chyba wyczuła, że o niej myślę.

- A czego pan od tej pracy oczekuje? - zapytała.

- Na pewno nie siedzenia i gmerania w teczkach.

- Czy dlatego położył pan nacisk na umiejętności strzeleckie czy to tylko... dowcip?

Chyba nie tak chciała skończyć pytanie.

- Jedno i drugie. Informacje o innych waszych umiejętnościach, może i specyficznych, są nieobiektywne, bo podane przez nieobiektywnych szefów. Dlatego wiem o nich, ale niemal nie biorę ich pod uwagę.

Skinęła z aprobatą głową. Dziękuję - pomyślałem - nie było łatwo na to zasłużyć.

- Możemy się spodziewać niemiłych spraw - powiedziałem z namysłem. Tyle sam wydedukowałem. - Te miłe zagarną inne agendy, ale to są rutynowe robótki. Nam powinny przypaść takie, za które wdzięczny nie będzie nikt, a podłoży świnię każdy.

- Lubi pan takie dymanie? - wypaliła milcząca dotąd raczej Braden, porucznik Braden.

- Dymany jest ten, co o tym nie wie. Skoro wiem, to nie dam się. Nie dam was. Nie damy się. Po prostu mogą na nas spłynąć zadania nie bardzo nadające się dla instytucji rządowych. - Westchnąłem. - Zapewne wiecie, że jestem czy też byłem do wczoraj prywatnym człapem...

- Który wspierał swoim intelektem stróżów porządku i ładu w całym kraju - przerwała mi entuzjastycznie Matrina.

Albo się upiła tymi dwoma naparstkami, albo robiła ze mnie wała.

- Słusznie - kiwnąłem głową. - I coś takiego marzy mi się i tu, tyle że w ramach państwowości i praworządności. Jakby zamieniono mi licencję na etat.

- Czy to dla pana stworzono tę komórkę?

Odwracałem się po butelkę, dlatego nie od razu się zorientowałem, kto tak podle dźgnął mnie w plecy. Oczywiście pani porucznik.

- Wiecie co? Prywatnie przyznam, że nie pytałem. Bo żadna odpowiedź by mnie nie satysfakcjonowała.

Zapanowała cisza. Zapadła, zawisła nad nami.

- Wie pan, w mojej sytuacji - powiedziała cicho najwyższa z kobiet, Matrina - mogłam wybrać honorowe odejście albo etat tu. Wybrałam to drugie, a wtedy mi powiedzieli prywatnie, że idę na śmietnik. Ale bardzo bym chciała udowodnić kilku kutasom, że to oni siedzą w dołach z gównem, a nie ja.

- Wszystkie mamy podobne odczucia - poderwała się Panagiotidis.

- Kurtyna, orkiestra gra hymen, dzieci rzucają kwiaty, staruszki płaczą, inwalidzi odrzucają protezy i ogólne alleluja - wzniosłem ręce ku górze jak hinduska tancerka. Czy kaznodzieja. Raczej kaznodzieja.

Braden parsknęła śmiechem.

- Jak żona wytrzymuje z panem?

- Dostaje co pół roku medal.

Panagiotidis podeszła ze szklaneczką.

- Naleje mi pan jeszcze jednego? Jestem strasznie spięta.

Powstrzymałem się od komentarzy i błyskotliwych puent. Nalałem wszystkim.

Panagiotidis popatrzyła na koleżanki pytająco. Obie skinęły głowami. Coś się szykowało. Braden wyszła bez słowa i wróciła, zanim ja zdążyłem wypowiedzieć choćby jedno. Trzymała w ręku dłoni doniczkę z czymś, co przypominało przerażoną wieżę telewizyjną w Ottawie - długi badyl z odwróconym parasolem na górze - potworne uciernione to wszystko, najeżone.

- Cuccubata - powiedziała. - Od nas. Podlewana rozwija ciernie w liście, przesuszona w jeszcze dłuższe, nawet dwucalowe ciernie.

- Normalnie wącha się otrzymane kwiaty - powiedziałem, rozpaczliwie szukając dowcipniejszej odzywki.

- Nie liczymy na to...

- Nawet w najśmielszych marzeniach...

Cóż, dowcipne odzywki wyszły wszystkim. Bez kompleksów zatem... Odstawiłem płaską stabilną donicę, wskazałem ręką kierunek.

Przeszliśmy do salonu, rozsiedli się wygodnie w fotelach i na kanapach i solidnie przepaplaliśmy dwie godziny. Poszła butelka i połowa drugiej.

Byłem zachwycony zespołem.

Dwie miały śliczne nogi. Jedna wspaniały biust. Wszystkie trzy były młodsze ode mnie. Na szczęście nie mogłem być ojcem żadnej z nich.

Chociaż... czy to już jest szczęście?

***

Nazajutrz przywieziono "pudła z aktami": teczkę z jednorazowym memoreksem. Wcześniej przez budynek przewaliło się kilku tuzinów różnych ludzi, coś instalowali, łączyli, przekładali, sprowadzali tony pizz, zachlapali łazienki... Zwolniłem dziewczyny, ale żadna nie wyszła - pilnowały swoich biurek i speców, co im je konfigurowali. Dwa razy słyszałem, jak obiecywały tym zuchom różne tortury w naszych piwnicach.

Zamknąłem się w swoim gabinecie i oglądałem "Z Archiwum X". Nie powalił mnie. Po pierwsze, Dana miała łydki jak walijska tkaczka, za grube. Przeprosiłem w duchu walijskie tkaczki. Po drugie, serial dorobił się miana "kultowego", więc był znakomicie przez fanów zresearchowany, przeszukiwanie według dowolnego klucza - przeleciałem się po sekwencjach "pocałunki" i okazało się, że główne postacie pocałowały się dwukrotnie! Przy tym połowa pocałunków dotyczyła policzka. Czyli -w powietrze. Przesadne znęcanie się na widzach. Nie, stanowczo to nie był mój ulubiony serial.

W otwartych drzwiach stanęła Jane Mary.

- Szefie, czy ma pan pomysł na empe? - Odczekała chwilę. - Moduły postępowania?

- Długo szukałaś, czym mnie zaskoczyć? - Zdjąłem nogi z biurka. Wskazałem jej fotel dla interesantów. "Interesantów"!? Nie daj Boże. - Chodzi ci o?...

- O procedury postępowania. Procedury policyjne czy federalne? AST czy TOP? Wie pan, kto z kim jedzie na miejsce zdarzenia, kto siedzi na łączu, kto ma priorytety w labo, szpitalach...

- Ach, o to ci chodzi. No więc, emempe, czyli mój moduł postępowania, wygląda tak: pani porucznik zostaje tu celem utrzymywania łączności z ewentualnymi służbami. - Poważnie skinęła głową. Jeśli była rozczarowana, nie okazała tego w żaden sposób, jeśli zadowolona, ukryła to. - Jedziemy we troje. Która z dziewczyn najlepiej prowadzi?

- Panagiotidis - odpowiedziała bez wahania.

Sprytna pani porucznik. Zapoznała się ze wszystkim, z czym mogła, wypytała, wysondowała. Najwyraźniej chce być zastępcą. To może być dobry układ, ale czy pozostałe...

- W takim razie ona zostaje w samochodzie. Ubezpiecza i czeka. My z Matriną dokonujemy wube.

- Wizji bezpośredniej? - zapytała z poważną twarzą.

- Tak jest! - plasnąłem dłonią w blat. Na wideotapecie za plecami Jane Mary po raz kolejny agent Mulder zbierał obsztorc od łysego przełożonego. - Widzę, że jest pani świetnie wyszkolona.

- Skoro tak pan uważa, to powiem, że nie jest to najlepsza procedura.

- Może. Może jeszcze nie jest dopracowana. Ale my ją dopracujemy, koleżanko.

Poklepałem ją po ramieniu spojrzeniem.

Uniosła jedną brew. Wychodziło jej to niemal tak dobrze jak mnie. Obiecałem sobie, że sprawdzę to zaraz w łazience.

- Jutro pewnie przyjdą sprawy... - zacząłem, lecz uniosła rękę i pomachała dłonią. - Przyszły? No to podzielcie je na trzy...

- Jest dwadzieścia osiem!

- No to?..

- Dzieli się na cztery, na trzy nie.

- Dzieli się, dzieli. Pani weźmie jedną więcej.

- Wiedziałam!

- Bo czyta pani w moich myślach. Proszę czytać dalej. Jeśli ta banda uwinie się i zniknie przed drugą, zejdziemy do piwnicy i potrenujemy. Chcę wiedzieć, na kim i na ile mogę polegać.

- Raczej bym na to nie liczyła.

- Hm?!

- Na to, że wyjdą. Nie wypuścimy ich, póki nie zrobią wszystkiego jak należy. Inaczej jako peryferyjna placówka będziemy czekali trzy miesiące na ich kolejną niechętną i nieefektywną wizytę. - Otworzyłem usta, ale nie pozwoliłem, by uleciało z nich coś więcej niż powietrze. - Pracowałam jakiś czas na peryferyjnym posterunku, coś wiem o tym.

- W porządku. - Świetnie sobie radziły beze mnie. I dobrze. - Proszę dopilnować, żebyśmy dzisiaj wszyscy mieli przestrojone identy.

- Dobrze.

Wstała i wyszła.

Mogła powiedzieć: "To jasne" albo "Wiadomo". No bo było jasne i wiadome, że rozmowy domowe mają być przekierowywane na aktualne telefony, że tła rozmów telefonicznych mają być wzięte z domów albo miejsc neutralnych, losowo, że sieć antyskanerowa... i tak dalej. Ale powiedziała "dobrze", poszła wykonywać polecenie szefa, nie wymądrzając się i nie sufitując.

Zaczynałem kochać swój zespół.

Za cztery godziny wraca Pyma. Może zadzwonię, by przyspieszyła powrót? Nie, jestem mężczyzną. Sam sobie z tym poradzę.

Przepatrzyłem jeszcze ze trzy odcinki, mdło jednak było, kiepściutko. Ani nowe postacie, ani usuwanie starych nie wniosło do serialu śladu powiewu świeżości. Trudno.

Wyłączyłem wid, przeciągnąłem się soczyście. W takiej pozycji - wygiętego w pałąk - zastała mnie Panagiotidis.

- Szefie... - odczekała, aż udało mi się poskładać z powrotem - ... przywieźli nam... takiego... Musi pan zobaczyć...

Zaintrygowany poszedłem za nią aż na podjazd. Stał tam wóz Saurona.

- Co to za mordorcar? - zapytałem cicho.

- Przydzielili nam do akcji specjalnych - odpowiedziała szeptem. - Jeep blacksun, wzmocniony i poprawiony, gdzie się da. Alonowe szyby... I tak dalej.

Spodobało mi się to rozwinięcie - i tak dalej. Powiało starym dobrym Vonnegutem.

- Po co nam to? Żeby każdy Negrolatynochinorussoamerykanin marzył o odebraniu nam tego molocha?

Wzruszyła ramionami.

- Dobra, jeśli się nie boisz, bo ja tak, to wstaw go do garażu. Będziemy używali jako taranu albo w razie wojny światowej...

Wróciłem do gabinetu. Pomysł mojej pracy, specagencji, wszystko-wszystko-wszystko to podobało mi się coraz mniej. Tylko te dziewczyny... Wyglądało, że uwierzyły w sens pracy, którą chyba lubiły, a z której wysiudali je koledzy zasługujący na szyszkę w dupie. Nagle przyszło mi do głowy jeszcze co innego - nie ściek, nie śmietnik i zsyp, ale sanatorium! Może to taki bardzo wyrafinowany sposób przywracania do zdolności bojowej okaleczonych jednostek, z których prawo i sprawiedliwość nie chcą rezygnować? Omal nie zawołałem dziewczyn, żeby się podzielić pomysłem, lecz nie uczyniłem tego, nawet nie zajrzałem do ich kart chorobowych, nie zadzwoniłem do Sarkissiana. Nie, skoro mają się leczyć na oddziale ordynatora Yeatesa - niech będzie. Niespodziewanie dla samego siebie uspokoiłem się. Może dlatego, że jeszcze chwilę temu byłem przekonany o kompletnym braku sensu działania takiej komórki jak moja; teraz, określiwszy dla siebie ścieżkę postępowania, poczułem się lepiej. Nie dobrze, nie znakomicie, ale i tak lepiej. Postanowiłem trzymać się tej hipotezy. Alternatywa była przerażająca: ja - obżarty pizzą i opity piwem, piszący w "pracy" swoje kawałki, dziewczyny - z dziećmi w salonie, grube i zaniedbane... Krzyżówki, lotto, scrabble... Ze zręcznościowych - bierki i strzelanie pipsterami do kubła. Po kilku latach, kiedy dzieci personelu podrosną, wujek Owen przymocuje nad garażem tablicę i będzie brzuchem odrzucał na boki młódź w przebojowym parciu na kosz..

Chyba zapadłem w drzemkę. W każdym razie nagle zobaczyłem ogromny parking dla trucków wypełniony ogromnymi ciągnikami: macki, de'voneye, zissa, fergussony, horgery, volva... Stały w szeregu, a przed frontem wolno i bezczelnie sunął nasz blacksun i pobierał jakiś haracz. Samego poboru nie widziałem, nie potrafiłem określić, co im zabiera - paliwo, kasety, powietrze z opon?... W każdym razie kiedy mijał kolejną ciężarówkę, ta jakby osiadała lekko z miną tak sponiewieraną jak właściciel baru, któremu reketier odebrał dwie trzecie tygodniowego utargu. Zaciekawiło mnie, co też ten czarny skurivassen pobiera, naprężyłem mięśnie, żeby zbliżyć się do niego, może nawet wtrącić się i zasłużyć na wdzięczność obrabowanych bezczelnie ciężarówek...

Zadzwonił telefon. Poderwałem głowę, aż mi strzeliło w karku, zerknąłem na infodeck, sięgnąłem do tastera połączenia, lecz rozmówca nagle się rozłączył.

Czego mógł chcieć sierżant Kaszel? Potwierdzał tym telefonem, że nasze spotkanie nie było kaprysem rześkiego staruszka, o nie. Miało swoje poddno. Czekałem na jego ukazanie się, ale dziś RobinowiWilliamowi Vilfraidowi Strugglemanowi albo zabrakło odwagi, albo przypomniał sobie, że jajecznica właśnie przechodzi w inny stan skupienia.

Odgadł chyba, że siedzę w tej chwili i główkuję nad jego zachowaniem, bo nagle na infodeck wypłynął invit: "Wiadomość tekstowa... wiadomość tekst..."

- Odbieram!

"Przepraszam, Owen, chciałem cię o coś prosić, ale muszę to przełożyć na inny termin. Ale prosić będę, chcesz tego czy nie. To ważne. Ale - jak mówię - za kilka dni. Do widzenia. Struggleman."

Zaczęło się. Przecież on wie, że nic mnie nie może bardziej rozpalić niż taki strzęp informacji! Posiedziałem kilkanaście sekund nieruchomo, główkując zaciekle, lecz nawet ja ze strzępu nie utkam dywanu wiedzy.

Ziewnąłem.

Na szczęście skończyłem, kiedy do drzwi ktoś zastukał. Przecież jestem tu szefem, przypomniałem sobie. Krzyknąłem: "Proszę!", jednocześnie uruchamiając wizjer na drzwiach. Weszła Jane Mary.

- Przyjechał facet z szefostwa, mówi, że ma dla nas super ważny komunikat i musi wykonać nam jakieś zabiegi na rękach.

Nie mogłem się powstrzymać.

- Manikiur?... - Wyciągnąłem przed siebie rękę i przyjrzałem się paznokciom.

- Jakoś tak - uśmiechnęła się.

Tak jest urządzony ten świat: przełożony dowcipkuje, podwładny się uśmiecha.

Wstałem i wskazałem jej drzwi, pozwoliłem zaprowadzić się do salonu. Po drodze uświadomiłem sobie, że w całym budynku panuje śmiertelna właściwie cisza, tylko te szelesty i szurgoty, które biorą udział w tle akustycznym tanich dreszczowców: szmer klimy, pyknięcie włącznika, syk wtłaczanego gdzieś powietrza, ssanie odkurzacza. Opuściła budynek horda fachowców od wszelakiego sprzętu.

W poczekalni siedziały pozostałe agentki i cieniutki niczym folia do żywności, blady czarno-biały facecik. Czarne włoski, brewki, garniturek i teczka, a cała reszta biała. Na mój widok otworzył teczkę i nie wstając, nie przedstawiając się, nie kiwnąwszy nawet głową, zaczął:

- Za chwilę wykonam zabieg...

- Za chwilę wylecisz stąd, facet, niczym kopnięta w dupę sroka! - warknąłem. - Ktoś ty, po coś przyszedł i dlaczego marnujesz nasz czas?!

- Ostrzegano mnie, panie Yeates, przed pańskim wysilonym sarkazmem i umiłowaniem popisywania się. Ma pan moje dane u siebie w kompie, identyfikacja już się odbyła i wyniki też tam są. Nie musi pan znać ani mojego nazwiska, ani stopnia - wyklepał wyuczony i wyćwiczony tekst. - Do rzeczy. Identyfikacja za pomocą papilarów i tęczówek nie jest już skuteczna, dlatego w tej filii agencji...

- Wolałbym jednak znać pańskie nazwisko - powiedziałem, wisząc nad nim jak Skała Gibraltaru nad tym, nad czym ona wisi.

- ...wszystko będzie uruchamiane za pomocą potrójnego systemu oznak, przy czym tylko te dwa standardowe są jawne...

- Nie łudź się, chłopie, że to ja ci urwę jaja. Zrobią to one.

- ...a ten trze... - nagle usłyszał, co powiedziałem. Przestał mamrotać, wstawił w wykład dużą kropkę czy może przyparł tekst do papieru palcem. - Co pan sobie wy... obraża?

- Wyobrażam sobie, że jak wchodzisz na moje podwórko, to wycierasz nogi i przedstawiasz się. Chyba że jesteś pułkownikiem?... Wtedy nie musisz, ale do pułkowników strzelam. Taką mam manię agresywno-dysfunkcyjną.

- A... agent C. S. Hudge...

- A-a-a... To co innego! - Uśmiechnąłem się szeroko, pamiętając, by w oczach pozostał lód. Ćwiczyłem to kiedyś w młodości i do dziś umiem. - Prosimy w takim razie o dokończenie prelekcji.

Rozsiadłem się w fotelu.

- Identyfikacja za pomocą papilarów i tęczówek nie jest już skuteczna - powtórzył wolniej - dlatego w tej filii agencji wszystko będzie uruchamiane za pomocą potrójnego systemu oznak, przy czym tylko te dwa standardowe są jawne, a ten trzeci ukryty i decydujący. Za chwilę pokryję końce waszych małych palców prawej dłoni specjalnym niezmywalnym preparatem. Dlatego od tej chwili kładąc trzeci palec na dekonsorze proszę naturalnym gestem, nieafiszowanym, nieakcentowanym i w miarę możliwości ukrytym, kłaść obok piąty palec. Oczywiście dla zachowania pozorów naturalności czwarty też. Pokazuję. - Ustawił wnętrzem do nas pionowo lewą dłoń i przyłożył do niej trzeci palec prawej. Obok naturalnym, nieafiszowanym, nieakcentowanym i ukrytym gestem przyłożył piąty palec. - Chodzi o to - ciągnął niezrażony martwą ciszą - że jeśli ktoś zmusi nas do przystawienia palca identyfikującego, robimy to tak... - teraz dźgnął we wnętrze swojej dłoni wyciągniętym jak do fakowania trzecim palcem, odsuwając rzecz jasna piąty od "płytki dekonsora". - Wtedy uruchamia się ukryty alarm, powiadamianie i tak dalej. Co więcej, w sytuacji prawdziwego zagrożenia możemy ponowić próbę otwarcia drzwi czy uruchomienia systemu, przykładając właściwie dłoń, ale!... - potoczył po nas triumfalnym spojrzeniem - ...ale mamy wtedy pewność, że za drzwiami czeka na nas ekipa wsparcia albo system jest ostrzeżony i będzie podawał dane tak spreparowane, by udawały właściwe, choć właściwe nie będą!

- Wie pan, że to głupie jak cholera? - zapytałem.

- Tak się wydaje - zmienił ton, lecz nie zamierzał ustąpić. - Ale wprowadziliśmy to zabezpieczenie cztery miesiące temu. Sto dwadzieścia dni. A zostało użyte już szesnaście razy, w tym, przyznaję, dwa razy pomyłkowo. Za to czternaście razy uratowało z opresji naszych ludzi, a dwa albo trzy razy uratowało im życie.

Pogrążyłem się na chwilę w rozmyślaniach. Może coś w tym i jest, pomyślałem. Owen, nie ty wymyśliłeś, więc się złościsz. Tacy jajowcy jak Hudge czasem mają pomysły, naprawdę. Przecież ktoś wymyślił elephanta!

- No dobra. Co mamy zrobić?

- Niewiele. Po kolei proszę wysunąć prawą dłoń. Najpierw spryskuję preparatem czyszczącym... - Chwycił za rękę Panagiotidis, choć wcale mu jej nie podawała. Spryskał dłoń preparatem czyszczącym. Przetarł. Osuszył, chyba osuszył powietrzem z innej puszki, po czym wyjął malutki flakonik i z niego trysnął czymś na mały palec agentki. Potrzymał chwilę, ponownie osuszył. - Proszę przez godzinę nie myć ręki. Później już można normalnie.

- Trwałość? - rzuciła Jane Mary.

- Dwa miesiące. Do tego czasu nie zatrze się, bo nie jest na powierzchni naskórka, nie zmyje, nie usunie. Potem odwiedzę państwa celem przedłużenia.

Wykonał pozostałe trzy zabiegi.

- Proszę przetestować - zaprosił mnie płynnym gestem do wyjętej z teczki klawiatury.

Wykonałem dwa "uruchomienia", z piątym palcem i bez niego. Działało. Dziewczyny powtórzyły moje ruchy, też działało. Panagiotidis powąchała swój palec, udała, że liże. Hudge zareagował natychmiast:

- Można spokojnie ugotować ten palec i zjeść - poinformował nas. - Nic się nie stanie.

- Kamień z serca - mruknąłem, żeby przypadkiem nie jego było na wierzchu.

- Teraz broń - powiedział.

Tu nie miałem nic do powiedzenia. Sam znałem dwóch gliniarzy zastrzelonych z własnej broni w czasach, kiedy jeszcze nie funkcjonowały identyfikatory blokujące niepowołane użycie. Wtedy były toporne, w bransoletach, sprzączkach paska, spinkach, zegarkach, wystarczyło rozebrać glinę, żeby wypakować cały jego magazynek. Teraz stosowano wszczepy, sam miałem w sobie ze cztery, już nawet nie pamiętałem gdzie.

Jane przyniosła z sejfu cztery nowiutkie, nieostrzelane jeszcze przez nas, pachnące szlachetnym materiałem Bass&Kugel.45 w opisanych kaburach. Została pierwsza w pokoju z mędliwym fachowcem. Wyszliśmy na korytarz, w myślach zapaliłem papierosa, wypaliłem jedną czwartą, otworzyły się drzwi i wyszła Jane, skrzywiona i pocierająca pośladek. Odegrała to świetnie, nagrodziła ją salwa śmiechu i kwaśne: "Następny?" z gabinetu.

Zaraz po wszczepie biało-czarny wyszedł w skwar i zniknął z mojego życia. Zostawił po egzemplarzu instrukcji, w której ktoś obrazowo opisał, jak działać w przypadku zagrożenia zastrzeleniem z własnej broni i jak nie zdradzać miejsca wszczepu, bo i tak to nic nie da.

- Bosz-sz! Co za suchy dupek! - rzuciła Panagiotidis, gdy zniknął nam z widoku. - Przypomina mi tego tłuka, który napisał w raporcie: "Na ciele wykryto plamy opadowe wielkości monet dziesięcio- i dwudziestocentowych na łączną kwotę 3 dolarów i 40 centów...".

Uśmiechnąłem się serdecznie. Znałem ten dowcip.

Wróciłem do siebie, pocierając palec o spodnie. No, zawsze można dawać sobie odkroić po kawałku podejrzanego ciała... Jakoś mi się ponownie skwasił humor. Dlatego żeby nie narażać otoczenia na moje fochy, wróciłem do smętnych rozmyślań nad "Archiwum X".

Koniec wersji demonstracyjnej. Ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka