Ostatnia podróż - Aleksandra Tyl

Kup ebooka

32.90 zł

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Był późny wie­czór. Pa­try­cja wy­szła na bal­kon i za­pa­liła pa­pie­rosa. Usi­ło­wała rzu­cić pa­le­nie, wiele razy, na­łóg był jed­nak sil­niej­szy. To działo się w gło­wie. Pro­ste po­łą­cze­nie, że pa­pie­ros równa się re­laks, po­wo­do­wało, że nie­mal każ­dego dnia, kiedy dzieci były już w łóż­kach, po­zwa­lała so­bie na te kilka mi­nut od­prę­że­nia. Za­cią­gała się głę­boko, mimo gorz­kiego smaku i dra­pa­nia w gar­dle. Lu­biła pa­trzeć na dym roz­pierz­cha­jący się w po­wie­trzu. Tu, z pią­tego pię­tra, roz­cią­gał się przy­jemny wi­dok na park, oświe­tlony te­raz nie­zbyt ja­snymi la­tar­niami. Mimo póź­nej pory i chłodu spa­ce­ro­wało w nim kilka osób, głów­nie z psami. Ko­jący wi­dok, spo­kój, tak bar­dzo po­trzebny po ro­ze­dr­ga­nym dniu.

Tuż za par­kiem wi­dać było świa­tła mia­sta, nie­zli­czone ilo­ści ko­lej­nych bu­dyn­ków, da­lej Wi­sła, a za nią na­stępne bu­dowle, ka­mie­nice, bloki. I na­stępne. A w nich setki lu­dzi, ty­siące, mi­liony.

Pa­try­cja czuła się jed­nak sa­motna.

I zmę­czona.

Nie tylko tym dniem, ale ca­łym ak­tu­al­nym ży­ciem. Przy­tulny dom i ro­dzina da­wały speł­nie­nie i cza­sem Pa­try­cja była na sie­bie zła, że tak par­szy­wie się czuje, wy­peł­nia­jąc ko­lejne obo­wiązki. Była jed­nak przy­tło­czona. Zbyt przy­tło­czona, by spoj­rzeć na wszystko z dy­stansu.

Nie pla­no­wali mieć trójki dzieci. Oboje z Grze­go­rzem na­sta­wiali się, że będą ro­dziną dwa plus dwa. Naj­pierw uro­dziła się Maja. Pa­try­cja miała wów­czas trzy­dzie­ści lat i nie chciała zbyt długo od­wle­kać de­cy­zji o ko­lej­nym dziecku. Po nie­spełna dwóch la­tach znów uj­rzeli dwie kre­ski na te­ście cią­żo­wym. Nie po­sia­dali się ze szczę­ścia. Grze­siek ma­rzył o synu, Pa­try­cji płeć była obo­jętna. Wtedy jesz­cze nie wie­dzieli, że szczę­ście bę­dzie po­dwójne. W brzu­chu roz­wi­jały się bo­wiem dwa płody.

Naj­pierw był szok, po­tem ra­dość, ale przy­tłu­miona lę­kiem. Pa­try­cja się bała, czy da­dzą so­bie radę z trójką, Maja prze­cież wciąż wy­ma­gała ogrom­nej uwagi. Po­cie­szali się jed­nak, że nie są je­dyni, a nie­któ­rzy mu­szą da­wać radę i z pię­cio­racz­kami.

A jed­nak te­raz, po czte­rech la­tach od dru­giego po­rodu, miała wra­że­nie, że jest na­prawdę trudno. Ko­chała dzieci nad ży­cie, da­łaby so­bie za nie wy­rwać serce, ale ta­kie dni jak dzi­siej­szy po­wo­do­wały, że miała ochotę rzu­cić się z bal­konu. Może nie z pią­tego pię­tra, to byłby dra­mat. Ale z pierw­szego, by zła­mać tylko nogi i przez kilka mie­sięcy cze­kać, aż się zro­sną. I od­po­czy­wać. Bez­kar­nie i bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Po pro­stu le­żeć i nie mu­sieć zaj­mo­wać się do­mem, dziećmi. Nie mu­sieć wo­zić ich do przed­szkola, szkoły i na te wszyst­kie do­dat­kowe za­ję­cia, w któ­rych dzie­ciaki tak bar­dzo chciały brać udział, ale które dla niej były istną mę­czar­nią. Na co dzień czuła się jak kie­rowca, a w week­endy jak widz przy­mu­szony do oglą­da­nia tych wszyst­kich wy­stę­pów i za­wo­dów, które jej zda­niem or­ga­ni­zo­wane były na­zbyt czę­sto. I jesz­cze to ku­po­wa­nie wy­ma­ga­nych stro­jów na ostat­nią chwilę. Dzi­siaj nie­mal pół dnia stra­ciła na szu­ka­nie od­po­wied­nich ki­mon do ka­rate dla chłop­ców.

A po­tem ta stłuczka. Ja­siek chwilę wcze­śniej darł się, ko­pał w sie­dze­nie - usi­ło­wała go uspo­koić. Od­wró­ciła się tylko na mo­ment, sto­jąc na świa­tłach. Nie po­czuła, że pusz­cza nogę z ha­mulca. Jak do­brze, że ude­rzyła tylko błot­ni­kiem o błot­nik.

Wszystko skoń­czyło się do­brze. Ale wciąż czuła ro­ze­dr­ga­nie po tym dniu.

Za­cią­gnęła się ostatni raz, po czym zga­siła pa­pie­rosa. Jesz­cze przez chwilę stała i pa­trzyła na re­lak­su­jący wi­dok. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza, Grze­go­rza wciąż nie było. Roz­wa­żała, czy do niego za­dzwo­nić, ale od­rzu­ciła ten po­mysł.

Ro­biło się co­raz chłod­niej, dla­tego we­szła do miesz­ka­nia i za­mknęła drzwi bal­ko­nowe. Fi­ranka, którą za­cią­gnęła, była już po­sza­rzała, i Pa­try­cja zła­pała się na my­śli, że warto by­łoby ją uprać. Ostatni raz ro­biła to chyba trzy lata temu. Może cztery... Aż wstyd.

Po­wol­nymi ru­chami za­częła sprzą­tać ze stołu, przy któ­rym ja­dła z dziećmi ko­la­cję. Nie chciało jej się, ale nie lu­biła się kłaść, gdy w domu pa­no­wał nie­po­rzą­dek. Cza­sem miała wra­że­nie, że ta­kie co­dzienne sprzą­ta­nie to sy­zy­fowa praca. Przy trójce dzieci wciąż było coś do zro­bie­nia. Dzień w dzień. I tak w kółko.

Otwo­rzyła lo­dówkę, by wło­żyć do niej nie­zje­dzone resztki. Ogórki ki­szone - któ­rych dzieci nie zno­siły, a które wci­skała im przy każ­dej oka­zji, tłu­ma­cząc, że ki­szonki je­sie­nią i zimą to naj­lep­szy spo­sób na za­cho­wa­nie zdro­wia -wło­żyła z po­wro­tem do sło­ika. Jej wzrok padł na bu­telkę bia­łego wina, le­d­wie co na­po­czętą. Wy­jęła ją. Wpraw­dzie był czwar­tek i rano znowu trzeba bę­dzie wstać, ale lampka wina przed snem prze­cież nie za­szko­dzi - po­my­ślała i na­lała tro­chę do kie­liszka.

Do­koń­czyła sprzą­ta­nie stołu, a po­tem usia­dła na ka­na­pie z kie­lisz­kiem wina i książką.

Może na­wet le­piej, że nie ma jesz­cze Grze­go­rza - prze­mknęło jej przez myśl. Kilka chwil tylko dla sie­bie. Ci­sza, nie­zmą­cona dźwię­kiem te­le­wi­zora ani ra­dia, była tak przy­jemna.

Pa­try­cja upiła łyk, po­tem drugi i otwo­rzyła książkę, w któ­rej za­kładka wło­żona była mię­dzy pięć­dzie­siątą a pięć­dzie­siątą pierw­szą stronę. Le­d­wie trzeci roz­dział po­pu­lar­nej po­wie­ści, którą za­częła czy­tać już chyba dwa ty­go­dnie temu. I wciąż bra­ko­wało jej wol­nych chwil, by kon­ty­nu­ować lek­turę.

- Ma­amoo! - Prze­cią­gły krzyk córki spo­wo­do­wał, że Pa­try­cja za­ci­snęła po­wieki. Nie był to krzyk prze­ra­że­nia ani też krzyk sy­gna­li­zu­jący na­gły wy­pa­dek. Było to na­wo­ły­wa­nie, jak cza­sem Maja miała to w zwy­czaju. "Ma­mooo, siku!", "Ma­aamo, pić!". I choć miała już pra­wie sie­dem lat i mo­gła w nocy sa­mo­dziel­nie wyjść do to­a­lety lub pójść do kuchni po wodę, wy­bie­rała roz­wią­za­nie an­ga­żu­jące matkę.

Tym ra­zem Pa­try­cja, za­miast po­de­rwać się z ka­napy i po­biec do po­koju córki, udała, że nie sły­szy.

- Ma­aamooo! - po­no­wiła okrzyk Maja.

Ale Pa­try­cja nie re­ago­wała. Naj­wyż­sza pora, żeby sied­mio­latka na­uczyła się re­ali­zo­wać wła­sne po­trzeby, przy­nam­niej te, które nie wy­ma­gają po­mocy do­ro­słego.

- Ma­aamo! Ma­aamooo! - Dziew­czynka nie prze­sta­wała jed­nak na­wo­ły­wać.

- Cho­lera ja­sna - syk­nęła Pa­try­cja, odło­żyła książkę, wino i wstała. Ener­gicz­nym kro­kiem po­szła do po­koju córki, pchnęła drzwi i włą­czyła świa­tło.

- Bliź­niaki pła­czą - po­in­for­mo­wała Maja znie­cier­pli­wio­nym gło­sem.

- Jak to pła­czą? - spy­tała Pa­try­cja, ale wy­tę­żyła słuch. Rze­czy­wi­ście z po­ko­iku obok dało się sły­szeć ci­chy szloch.

- Staś cię wo­łał, ale nie sły­sza­łaś.

- Do­brze, spraw­dzę, co u nich, śpij już.

- Już pra­wie spa­łam - od­parła dziew­czynka, przy­kła­da­jąc z po­wro­tem głowę do po­duszki.

Ja już pra­wie mia­łam chwilę dla sie­bie - po­my­ślała Pa­try­cja. Zga­siła świa­tło w po­koju Mai i po­szła do bliź­nia­ków. Tu były za­pa­lone dwie lampki nocne, na każ­dym po­zio­mie pię­tro­wego łóżka. Chłopcy nie po­tra­fili za­snąć bez choćby lek­kiego świa­tła.

- Co się dzieje? - spy­tała Pa­try­cja, ku­ca­jąc przy le­żą­cym ni­żej Sta­siu.

- Ja­sia boli bziu­siek - wy­chli­piał chło­piec.

Pa­try­cja wstała i uchy­liła koł­drę, w któ­rej ukryty był drugi sy­nek.

- Boli cię brzuch?

Przy­tak­nął, szlo­cha­jąc.

- Cie­bie też? - spy­tała, znów ku­ca­jąc przy Sta­siu.

- Mnie nie.

- Więc dla­czego pła­czesz?

- Bo Ja­siek pła­cie.

Pa­try­cja ode­tchnęła głę­boko.

- Aaaaau - usły­szała za­wo­dzący okrzyk z góry.

- Tak bar­dzo boli? - za­in­te­re­so­wała się, za­pa­la­jąc górne świa­tło.

- Bal­dzo - jęk­nął Jaś. Był sku­lony i wy­glą­dało na to, że nie udaje.

O Boże - po­my­ślała z trwogą Pa­try­cja. - A je­śli to coś po­waż­nego? Je­śli trzeba bę­dzie go wieźć do szpi­tala? A prze­cież wy­pi­łam wino. Może trzeba za­dzwo­nić do Grze­go­rza, gdzież on jest, już pra­wie wpół do dzie­sią­tej.

- Ro­bi­łeś dziś kupę? - spy­tała synka, spraw­dza­jąc dło­nią jego czoło. Było chłodne.

- Tak... Nie... Nie wiem. - Chło­piec nie mógł so­bie przy­po­mnieć.

- Pój­dziemy do ła­zienki, do­brze? - zde­cy­do­wała Pa­try­cja, na ra­zie nic in­nego nie przy­cho­dziło jej do głowy.

Po­mo­gła dziecku zejść i za­pro­wa­dziła je do to­a­lety.

- Spró­buj zro­bić kupkę, ja w tym cza­sie za­pa­rzę ci ru­mianku - oświad­czyła.

Prze­szła do sa­lonu po­łą­czo­nego z kuch­nią i wsta­wiła wodę. Z ża­lem za­mknęła książkę, a resztkę wina z kie­liszka wy­lała do zlewu. Ten wie­czór za­miast we wła­snym łóżku naj­pew­niej spę­dzi, czu­wa­jąc przy łóżku synka, żeby go ob­ser­wo­wać. Oby to nie było nic po­waż­nego - po­my­ślała, bo znowu prze­leci wi­zyta u lo­go­pedy, na którą usi­ło­wała umó­wić bliź­niaki już od mie­sięcy.

Cze­ka­jąc, aż za­go­tuje się woda, się­gnęła po le­żącą na sto­liku ko­mórkę i wy­brała nu­mer męża.

- Gdzie je­steś? - wark­nęła wście­kłym gło­sem, kiedy ode­brał.

- Mamo! Wy­śła! - Z ła­zienki do­biegł ją ra­do­sny głos syna. - Kupka wy­śła, juś nie boli.

- Już wra­cam. Stało się coś? - spy­tał Grze­gorz.

- Gówno - syk­nęła Pa­try­cja i się roz­łą­czyła.

Nie była z sie­bie dumna. Nie lu­biła się w ta­kim wy­da­niu. Ale nie po­tra­fiła się cza­sem opa­no­wać, żeby nie wark­nąć lub nie wy­rzu­cić z sie­bie ja­kiejś zło­śli­wo­ści. Fru­stra­cja co­raz czę­ściej da­wała o so­bie znać, a Grze­gorz był osobą, na któ­rej naj­pro­ściej było to roz­ła­do­wać.

Może dla­tego co­raz póź­niej wraca? - za­sta­no­wiła się Pa­try­cja, idąc do ła­zienki po synka, a po­tem pro­wa­dząc go do łóżka.

Ale to prze­cież błędne koło - po­my­ślała ze smut­kiem. On co­raz póź­niej wraca, a ja się de­ner­wuję, że je­stem sama. Im bar­dziej się de­ner­wuję i wy­rzu­cam z sie­bie gniew, tym on ma więk­szą po­trzebę izo­la­cji i od­su­wa­nia się ode mnie.

Błędne koło.

Zda­wała so­bie sprawę, że ta­kie za­cho­wa­nie, a przede wszyst­kim brak szcze­rej roz­mowy o tym, co ją boli, nie przy­nie­sie do­brego efektu, a mimo to nie po­tra­fiła się prze­ła­mać. Kiedy wró­cił Grze­gorz, spoj­rzała na niego wście­kle.

- Mam na­dzieję, że świet­nie się ba­wi­łeś w pracy - rzu­ciła, kie­ru­jąc się do ich sy­pialni.

- Nie ba­wi­łem się - za­opo­no­wał. - Do­my­ślam się, że mia­łaś nie naj­lep­szy dzień. Co się stało?

- Py­tasz o po­ra­nek, gdy Ja­siek wy­dzie­rał się w nie­bo­głosy, bo nie chciał za­ło­żyć spodni, które dla niego przy­go­to­wa­łam, czy może py­tasz o po­łu­dnie, kiedy pod­czas pracy wy­sy­pał mi się lap­top i stra­ci­łam kilka go­dzin, żeby się z nim upo­rać? A może py­tasz o po­po­łu­dnie i bie­ga­nie z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem, żeby ku­pić ki­mona w roz­mia­rach, które są trudno do­stępne? A może py­tasz o tę stłuczkę?

- Pi­sa­łaś, że nic się nie stało...

- A może jed­nak py­tasz o wie­czór i ból brzu­cha two­jego syna? - cią­gnęła Pa­try­cja, nie da­jąc Grze­go­rzowi dojść do słowa. - Nie bar­dzo wiem, co chciał­byś wie­dzieć z tego dnia. I szcze­rze? Nie bar­dzo chce mi się opo­wia­dać, bo je­stem zmę­czona. Do­bra­noc.

- Od­wiozę ich ju­tro - za­pro­po­no­wał Grze­gorz.

- Su­per - od­parła bez­na­mięt­nie Pa­try­cja i za­mknęła drzwi od sy­pialni.

Było to nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie, w któ­rym zmie­ściło się je­dy­nie łóżko mał­żeń­skie i szafa wnę­kowa oraz mała to­a­letka, słu­żąca cza­sem za biurko. Pa­try­cja za­pa­liła nocną lampkę i wsu­nęła się pod koł­drę, od­dy­cha­jąc ciężko. Tak bar­dzo nie lu­biła koń­czyć w ten spo­sób dnia.

Dla­czego znów to zro­bi­łam? - za­sta­na­wiała się.

Dla­czego nie po­tra­fię po­roz­ma­wiać z Grze­go­rzem spo­koj­nie, bez tonu pod­szy­tego zło­ścią?

Szybko jed­nak zna­la­zła wy­tłu­ma­cze­nie. Prze­cież gdyby on chciał roz­ma­wiać, nie dałby się zbyć. Przy­szedłby te­raz do sy­pialni i spy­tał, jak może jej po­móc. Ale on nie przy­szedł. Pa­try­cja wie­działa, że mąż po­łoży się na ka­na­pie i za­śnie, jak zwykł ro­bić to od wielu ty­go­dni. Zmę­cze­nie - tak so­bie oboje to tłu­ma­czyli.

Ale przy­naj­mniej od­wie­zie rano dzieci, choć tyle.

Za­wsze coś - po­my­ślała Pa­try­cja i za­mknęła oczy.

Pre­zent dla Iwony Pa­try­cja za­mó­wiła przez in­ter­net. O mały włos, a za­po­mnia­łaby o uro­dzi­nach naj­bliż­szej przy­ja­ciółki. Jak do­brze, że ist­nieją pacz­ko­maty! - po­gra­tu­lo­wała w my­ślach twórcy i wpi­sała ad­res punktu, do któ­rego ma przyjść bły­ska­wiczna prze­syłka. Ko­lejny punkt z li­sty wy­kre­ślony. Te­raz jesz­cze tylko od­po­wie­dzieć na po­po­łu­dniowe ma­ile i można za­mknąć kom­pu­ter. Była głodna, ale oce­niła, że na przy­rzą­dze­nie ja­kie­go­kol­wiek da­nia nie star­czy już czasu. Uznała, że wy­trzyma do szes­na­stej i zje coś na mie­ście z dziećmi, na szybko, za­nim za­czną się za­ję­cia ba­le­towe Mai.

Wy­szła z domu kwa­drans po pięt­na­stej, mo­dląc się, żeby nie było kor­ków. Przed­szkole chłop­ców znaj­do­wało się nie­da­leko domu, ale po­tem mu­siała je­chać jesz­cze do szkoły, do któ­rej cho­dziła Maja, a ulice o tej po­rze po­tra­fiły być za­pchane. Pa­try­cja za­wsze obie­cy­wała so­bie, że skoń­czy pracę wcze­śniej, żeby oszczę­dzić so­bie stresu zwią­za­nego z na­pię­tym gra­fi­kiem od­bie­ra­nia dzieci. Nie uda­wało jej się to jed­nak i dzień w dzień ro­biła wszystko nie­mal w biegu.

- Je­sce chwilka! - Usły­szała głos Ja­sia, który jak zwy­kle, gdy nad­cho­dziła pora wyj­ścia, ba­wił się w naj­lep­sze. Staś był już go­tów.

- Ja­nek, nie mamy czasu, mu­simy je­chać po Ma­jeczkę - wy­ja­śniła spo­koj­nym, lecz zde­cy­do­wa­nym gło­sem Pa­try­cja.

Ale chło­piec nie za­re­ago­wał.

Pa­try­cja bła­gal­nym, a za­ra­zem nie­cier­pli­wym wzro­kiem spoj­rzała na wy­cho­waw­czy­nię. Była to młoda dziew­czyna, bar­dzo miła i uprzejma, ale zda­niem Pa­try­cji zbyt ugo­dowa w sto­sunku do dzieci. Cza­sem by­wała jed­nak po­mocna.

- Ja­siu - po­wie­działa na­uczy­cielka. - Ma­mu­sia musi ode­brać sio­strzyczkę, do­koń­czysz za­bawę ju­tro. Sa­mo­cho­dzik bę­dzie na cie­bie cze­kał - obie­cała i po­de­szła do dziecka, by od­cią­gnąć go od za­bawki.

- Dzię­kuję - szep­nęła Pa­try­cja.

I już miała się od­wró­cić, gdy usły­szała krzyk synka. Ja­nek nie da­wał so­bie za­brać sa­mo­chodu, pisz­czał, wy­ry­wał go z rąk wy­cho­waw­czyni.

- Ja­siu. - Na­uczy­cielka zgro­miła chłopca wzro­kiem, ale jej głos na­dal był miękki. Jakby nie­zde­cy­do­wany, tro­chę żar­to­bliwy.

Tylko nie to - po­my­ślała Pa­try­cja. Nie zno­siła ta­kich sy­tu­acji. Naj­chęt­niej wzię­łaby synka na ręce i za­nio­sła do sa­mo­chodu, pro­sząc dru­giego, by za­brał z szatni ubra­nia brata. Bała się jed­nak, że ta­kie za­cho­wa­nie zo­sta­nie ode­brane przez na­uczy­cielki z przed­szkola za zbyt sta­now­cze, może na­wet prze­mo­cowe.

- Ja­siek - jęk­nęła zre­zy­gno­wana. - Spóź­nimy się. Bar­dzo cię pro­szę.

Ale Ja­siek nie re­ago­wał, za­pie­rał się no­gami i si­ło­wał z na­uczy­cielką, chcąc za­trzy­mać auto.

- Mo­żesz je wziąć ze sobą na noc - za­pro­po­no­wała dziew­czyna i pu­ściła za­bawkę.

- Świetna myśl! - pod­chwy­ciła Pa­try­cja.

Chło­piec uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją i przy­tu­lił au­tko.

- To ja też chcę! - krzyk­nął Staś i mimo że był już pra­wie ubrany do wyj­ścia, za­czął zdej­mo­wać buty, by z po­wro­tem wejść do sali.

- Bła­gam, nie - jęk­nęła Pa­try­cja. Czas le­ciał, a korki o tej po­rze na­gle się nie roz­pierzchną, by mo­gła szybko do­stać się do szkoły i ode­brać Maję.

- Też chcę auto na noc - uparł się Staś i nie re­agu­jąc na prośby matki, wró­cił do ką­cika z za­baw­kami, gdzie w pu­deł­kach było jesz­cze kilka sa­mo­cho­dów.

Po chwili pod­biegł do niego brat i też za­czął prze­szu­ki­wać za­bawki, być może w na­dziei, że znaj­dzie coś jesz­cze bar­dziej atrak­cyj­nego.

- Wy­star­czy, chłopcy - po­na­gliła na­uczy­cielka.

Pa­try­cja usia­dła na ła­weczce w szatni. Czuła złość po­mie­szaną z bez­sil­no­ścią. Nie miała po­my­słu, jak re­ago­wać w ta­kiej sy­tu­acji.

Bliź­niacy przy­szli wresz­cie, dzier­żąc w dło­niach sa­mo­chody. Kiedy wresz­cie ubrali się i prze­szli do auta, na­stą­piła ko­lejna udręka. Ja­siek, przy­tu­la­jąc do sie­bie sa­mo­cho­dzik, nie da­wał się wpiąć do fo­te­lika.

- Pro­szę, od­chyl na mo­ment rączki, mu­szę cię za­piąć - mó­wiła pła­czą­cym to­nem Pa­try­cja. Już wie­działa, że się spóźni po Maję.

Wresz­cie, do­piero kiedy za­gro­ziła, że wy­rwie Ja­siowi sa­mo­cho­dzik siłą, a na­stęp­nie wy­rzuci go do śmiet­nika, chło­piec ustą­pił i roz­luź­nił uścisk.

Do­je­chali do szkoły po cza­sie. Pa­try­cja, nie po­tra­fiąc zna­leźć wol­nego miej­sca do za­par­ko­wa­nia, sta­nęła na ka­wałku traw­nika. Nie mu­siała długo cze­kać, by ja­kiś prze­cho­dzień zwró­cił jej na to uwagę.

- Mam to gdzieś - wark­nęła, si­łu­jąc się z pa­sami, by tym ra­zem od­piąć Ja­sia. Staś umiał się już wy­pi­nać sam.

- Ja nie mam. Dbamy o ten traw­nik - syk­nął męż­czy­zna. - Dzwo­nię po straż miej­ską, je­śli pani stąd nie od­je­dzie.

Pa­try­cja ener­gicz­nie po­trzą­snęła głową.

- To so­bie dzwoń! - krzyk­nęła, zde­ner­wo­wana. Chwy­ciła chłop­ców za rękę i we­szła do szkoły.

Maja pła­kała, mar­twiąc się, że przez mamę nie zdąży na ba­let.

- Zdą­żymy - uspo­ko­iła Pa­try­cja. - Tylko nie damy rady już nic zjeść. Ku­pimy na sta­cji hot dogi i weź­miemy do sa­mo­chodu. Może być?

Maja ski­nęła głową, przy­zwa­la­jąco.

- Od­wiozę cię na ba­let i za­wiozę chłop­ców na ka­rate. W ra­zie gdy­bym się po­tem po cie­bie spóź­niła, po­cze­kasz chwilę z pa­nią, do­brze?

- Ta­tuś ich nie za­wie­zie? - spy­tała Maja.

Było to słuszne py­ta­nie, po­nie­waż jesz­cze nie tak dawno, przed wa­ka­cjami, to Grze­gorz od­wo­ził bliź­nia­ków, Pa­try­cja od­bie­rała i za­wo­ziła tylko córkę. Dzie­lili się obo­wiąz­kami nie­mal po równo, dzięki czemu nie były one aż tak ob­cią­ża­jące.

- Nie za­wie­zie. Ma dużo pracy - wy­ja­śniła spo­koj­nie Pa­try­cja. W środku jed­nak w niej bu­zo­wało. Ko­lejny ty­dzień, gdy Grze­gorz wy­mi­gi­wał się pracą.

- A pa­mię­tasz, żeby ku­pić pre­zent dla Amelki? - spy­tała Maja w sa­mo­cho­dzie, obok któ­rego na szczę­ście nie po­ja­wiła się jesz­cze straż.

- Kiedy te uro­dziny? - do­py­tała Pa­try­cja. Le­dwo co pa­mię­tała o uro­dzi­nach wła­snej przy­ja­ciółki.

- No prze­cież ju­tro. Na sie­dem­na­stą - przy­po­mniała Maja. - Nie ku­pi­łaś pre­zentu?

Pa­try­cja ścią­gnęła usta. Nie ku­piła. Ale pre­zent dla dziecka to nie pro­blem, można go szybko ku­pić w skle­pie z za­baw­kami znaj­du­ją­cym się nie­da­leko domu. Go­rzej, że uro­dziny ko­le­żanki, or­ga­ni­zo­wane na sali za­baw w in­nej dziel­nicy, wią­zały się z do­jaz­dem, i to w go­dzi­nach szczytu. Znów trzeba bę­dzie się spie­szyć, w sa­mo­cho­dzie ogar­nąć chłop­ców i czymś ich na­kar­mić, by zdą­żyć na po­po­łu­dniową im­prezę Amelki. A po­tem roz­ma­wiać z in­nymi ro­dzi­cami, któ­rzy pod­czas gdy dzieci będą się ba­wiły, zajmą miej­sca w ka­wiarni i po­dejmą nie­śmier­telne te­maty o szkole, kon­kur­sach, wy­ciecz­kach. Oni na lu­zie, a Pa­try­cja w roz­kroku, bo prze­cież trzeba bę­dzie do­glą­dać bliź­nia­ków w czę­ści wy­dzie­lo­nej dla młod­szych dzieci.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki