Rozdział drugi
1
Kalifornia z dziewczęcych lat Didion w czasach kryzysu zapewniała wystarczająco dużo otwartej przestrzeni, by wydawać się edenem, zwłaszcza w oczach dziecka. Góry Sierra Nevada, gdzie Donnerowie napotkali swoje granice, wciąż opierały się podejmowanym przez ludzi próbom ujarzmienia. Zmienna pogoda w Sacramento Valley, która wyznaczała fizyczny i emocjonalny rytm życia mieszkańców, codziennie objawiała swoją nieokiełznaną naturę. Na Przełęczy Donnera i w jej okolicach odnotowywano największe opady śniegu w Ameryce Północnej, średnio jedenaście metrów rocznie. Na zachodnim zboczu Sierry utworzył się lodowaty zbiornik, który topniał co roku około pierwszego maja, wypełniając, a czasem zalewając rzeki Feather, Bear, Yuba, American i Cosumnes, równoważąc upalne lato, odżywiając pola pszenicy, pola ryżowe i sady, dojrzewające jagody, buraki cukrowe, melony, śliwki, pomidory, brzoskwinie, gruszki, orzechy włoskie, oliwki, wiśnie i winogrona.
Ten raj był jednak przemysłowy. Srebrne rury systemu nawadniania ciągnęły się wśród źdźbeł pszenicy ścinanych wirującymi stalowymi ostrzami - a i tak pszenica zaczynała się przerzedzać. Złe praktyki uprawy roślin wyjałowiły glebę w dolinie. Kiedy Didion była dziewczynką, pisarz Carey McWilliams ubolewał nad kalifornijskimi "fabrykami na polach"; jego apele w gazetach i książkach o większą dbałość o ziemię i ludzi, którzy na niej pracują, przyświecały Johnowi Steinbeckowi, gdy pisał Grona gniewu. W mitach o pionierach, na których wychowała się Didion, nigdy nie wspominano o gorączce złota jako o przedsięwzięciu technologicznym, o dążeniu do opracowania systemu przenoszenia wody przez nieprzyjazny teren, by wesprzeć górników. Jako nastolatka Didion słyszała od matki, nauczycieli i władz Sacramento, że nowi przybysze, rząd federalny i szefowie korporacji ze Wschodu rujnują niegdyś doskonałe środowisko Kalifornii, ale w rzeczywistości ziemia już była androidem, a sztuczne włókna zrastały się z naturalnymi, wspomagając niezdrowy system agrarny.
O tym, że życie w dolinie nie jest kryształowe ani z góry przesądzone, Didion przekonała się na własne oczy, gdy w Sacramento pojawiły się wały przeciwpowodziowe. Od momentu powstania i we wszystkich swoich wczesnych wersjach miasto Sacramento udowadniało, jak pod wieloma względami jego założenie było kiepskim pomysłem. Powodzie niszczyły je w 1849 i ponownie w 1861 roku (być może to jeden z powodów, dla których Mark Twain zarzucił pisanie dla "Sacramento Union"). Na początku stycznia 1862 roku w ciągu niecałego miesiąca spadło tu pięćdziesiąt osiem centymetrów deszczu, co spowodowało stopienie części pokrywy śnieżnej Sierra Nevada i wygnało większość mieszkańców miasteczka z domów wypełnionych pudłami, przegniłymi sprzętami i gruzem na wzgórze znane jako Poverty Ridge (Grań Nędzarzy), gdzie górnicy rozbijali swoje namioty. Lokalna gazeta "Marysville Daily Appeal" donosiła, że "rzeką płynęły wszelkiego rodzaju zwierzęta, niektóre wciąż żywe, rykiem lub piszczeniem błagając o życie".
Do 1934 roku, kiedy urodziła się Didion, wały przeciwpowodziowe znacząco zmniejszyły liczbę powodzi. Tama Shasta na rzece Sacramento została ukończona w 1945 roku, wynurzając się z sieci stalowych konstrukcji, kabli i rusztowań. Ustawa Wrighta, która miała już kilkadziesiąt lat, gdy urodziła się Didion, osłabiła naturalny przepływ wody, pozwalając rolnikom, których ziemie nie przylegały do rzek, na organizowanie okrężnych systemów irygacyjnych, które miały za zadanie przekierowywać potrzebną wilgoć z jednego obszaru na drugi. Mimo to relacje takie jak ta przytoczona powyżej, opisujące przerażone bydło niesione rwącymi potokami przez miasto, jak się wydawało, należały do teraźniejszości. Pomimo rozwoju, nowych technologii i zmieniających się metod użytkowania ziemi polityka i folklor tego, co niektórzy wciąż nazywali Sacramento City, były żywym obrazem przeszłości, zwłaszcza dla dziecka o tak bujnej wyobraźni jak Didion. Sacramento, dawne miasto rozkwitu, położone między krainą kopaczy złota z Sierry a miejscem, gdzie kupcy z San Francisco, którzy przerabiali kruszec na delikatne, drogie bibeloty, wykształciło twarde, oportunistyczne i zamknięte w sobie społeczeństwo. Na początku była to społeczność w przeważającej mierze męska, miasto squattersów, hazardzistów i marzycieli zwabionych wizją złóż złota. W czasach Didion Sacramento wciąż nosiło ślady i blizny tego rodowodu. Początkowo niedostatek kobiet sprawiał, że mężczyźni idealizowali je, wyjąwszy te, które rzeczywiście wśród nich żyły, często zmuszane do prostytucji - ta ambiwalencja przejawia się w zachowanych piosenkach saloonowych z lat czterdziestych XIX wieku, takich jak Dziewczyny z Sacramento:
Trzeba przyznać, że dziewczyny ładne,
Kręcą się to tu, to tam, to tu, to tam;
I "Boziu droga", suknie mają paradne,
Gdy kręcą się to tu, to tam
Na J Street (...).
W słynnym stylu kobiet wyczuwało się aspiracje Sacramento. Było to miejsce, gdzie wydobywany w górskich ostępach skarb magia kapitału przekuwała w luksusy przeznaczone na salony San Francisco. A co wieczór ta piosenka mogła rozbrzmiewać w tawernie U Didiona przy ulicy Front, prowadzonej przez pradziadka Franka Didiona, do której przychodziły przyciągające wzrok kobiety.
Gdy początkowe ożywienie związane z gorączką złota opadło, mieszkańcy Sacramento tęsknili za kobietami, które "ucywilizowałyby" to miejsce i stanowiły moralny balast dla męskich ekscesów. Ta tęsknota znalazła swoje ujście w uformowaniu się pewnej niepisanej polityki obywatelskiej, stworzyła sztywną i podzieloną strukturę społeczną, która utrzymywała się w mieście aż do czasów dorosłości Didion. W latach pięćdziesiątych, kiedy miasto próbowało zaanektować kilka peryferyjnych gmin, ich mieszkańcy stawiali opór, częściowo dlatego, że postrzegali Sacramento jako miejsce "zimne", represyjne i skłonne do tolerowania brutalnych praktyk policyjnych. Napływ kobiet jako armii moralnej wyznaczył też wzorce rozwoju miasta: rodzina stała się czynnikiem sprzyjającym uspokojeniu. W przeciwieństwie do życia na farmie, które wymagało wielu rąk do pracy, życie w mieście, bardziej scentralizowane i zróżnicowane, funkcjonowało jako seria połączonych ze sobą uli. Obszar doliny usiany był podzielonymi działkami i domami jednorodzinnymi, co sprawiło, że kupno i sprzedaż nieruchomości stały się główną gałęzią biznesu w Sacramento, a rodzinie Didion zapewniły większość dochodów. Okazałe hotele w centrum miasta służyły jako miejsca spotkań i estrada dla powracających z gór mężczyzn, którzy chcieli pochwalić się swoją awanturniczą odwagą. Przybierali pozy postaci literackich z tanich powieści, historyjek z gazet i okólników reklamowych kolei, które skusiły wielu z nich do przyjazdu na Zachód - pierwowzorów Johna Wayne'a, takich jak Daniel Boone, Davy Crockett (którego Wayne pewnego dnia zagra w filmie), Kit Carson, John Charles Frémont, self-made man. Podczas gdy kobiety pilnowały porządku w domu, mężczyźni budowali swoją reputację jako dobroduszni awanturnicy lub odważni samotnicy gotowi odjechać w stronę zachodzącego słońca. Prowizoryczne kasyna pojawiały się i znikały, a duch hazardu był gęsty niczym morowe powietrze. Od samego początku hałaśliwa, wędrowna grupa ludności, która za nic miała apele o większy porządek, sprawiła, że w mieście dominował ton nostalgii. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku E. C. Ewer w artykule opłakiwał koniec starych, dobrych czasów, "kiedy górnicy płacili za wszystko [złotym] pyłem, kiedy szlachta w czerwonych koszulach stanowiła elitę tej ziemi (...). Te czasy już minęły, a wraz ze zmianą przyszły próżniactwo, włóczęgostwo i moneta jako środek płatniczy". W takim tonie Didion napisała w 1963 roku swoją pierwszą powieść Rzekobieg traktującą o życiu w dolinie.
Jak sama później przyznała, ton nie był do końca odpowiedni. Od samego początku Sacramento było miejscem prostackim, z mnóstwem martwych stref. Budynki administracji cechowała bezwzględna troska o wydajność, czego żadną miarą nie dało się powiedzieć o politykach. Wiele stolic, w których zawiera się niekorzystne umowy dla wzbogacenia ogółu, to w istocie miejsca paskudne i pozbawione życia, co odzwierciedla jeden z naszych najstarszych zwierzęcych instynktów: nie warto jeść tam, gdzie się sra.
2
Didion od samego początku marzyła o wyjeździe - a przynajmniej tak wspominała po latach. W rzeczywistości zachowała sentyment do wielu miejsc w Sacramento i okolicach. W jej wczesnym dzieciństwie nie wydarzyło się nic strasznego, ale większość tych lat upłynęła jej w ponurych, mrocznych pomieszczeniach. Pierwszy dom, który znała, mieścił się przy Highland Avenue, w dzielnicy zwanej teraz Curtis Park, na północny wschód od centrum miasta. Rodzice mieszkali tam razem z rodzicami jej matki. - To było przedmieście, które rozrosło się dzięki linii tramwajowej w latach 1880-1920 - powiedział mi William Burg, najzagorzalszy wielbiciel historii miasta. Tramwaj numer sześć przejeżdżał przez tę okolicę, pośród połaci chmielu i mięty, przewożąc bardzo różnych ludzi: robotników, bankierów i sprzedawców mebli; nocą, gdy matki układały dzieci do snu, odjeżdżający z Dwudziestej Pierwszej Ulicy tramwaj sunął obok szczelnie zasłoniętych okien. Domy, zarówno te w stylu późnowiktoriańskim, epoki Tudorów, jak i bungalowy, były świeżo skanalizowane i zaczynały już nabierać nowych kształtów pod wpływem sił, które za kilka lat miały diametralnie zmienić wygląd Sacramento. Najbardziej uderzającą cechą domu Didionów z 1923 roku była jego masywna wiata garażowa. Era tramwajów właściwie dobiegała końca. W 1947 roku firma Pacific Gas & Electric sprzedała ostatni egzemplarz pojazdu, a przedmieścia zaczęły się gwałtownie rozrastać wraz z rozwojem motoryzacji. Didionowie mieli dużą działkę, podwyższoną na wypadek powodzi, a dom (pudełkowaty, z wąskimi oknami, które nie przepuszczały światła) stał z dala od ulicy. Jednak ruch na ulicach stawał się coraz większy. Firma Sacramento Aviation Company rozwijała tu działalność, zatrudniając więcej pracowników i ich rodzin, co stanowiło kolejny znak nadchodzących wydarzeń.
Spisy mieszkańców miasta z 1940 i 1941 roku wymieniają miejsce zamieszkania Didionów jako 2211 U Street, dwukondygnacyjny budynek z 1908 roku w stylu Craftsman w Poverty Ridge, dawniej obóz bezdomnych migrantów i azyl przeciwpowodziowy. Pod koniec XIX wieku zmieniło się ono w ekskluzywną dzielnicę domów w stylu Queen Anne, Stick i Colonial Revival. To właśnie dom w Poverty Ridge Didion uważała za swój prawdziwy dom rodzinny. Znajdował się w pobliżu oddziału Biblioteki Publicznej imienia Elli K. McClatchy - wówczas dziecięcej - gdzie pod strzelistymi, rozświetlonymi słońcem oknami Didion z upodobaniem oddawała się lekturze.
W latach czterdziestych okolica wciąż była ładna, ale zaczynała podupadać, w miarę jak przedmieścia odciągały wiele rodzin z klasy średniej i zamożnych mieszkańców od centrum miasta. Migracja spowodowała, że ceny mieszkań w mieście osiągnęły przystępny poziom, a Didionowie, teraz z drugim dzieckiem, Jimem, urodzonym w grudniu 1939 roku, prawie podwoili dotychczasowy metraż, a przy okazji zyskali pięciomiejscowy garaż.
"Gdy się urodziłam, mój ojciec sprzedawał ubezpieczenia, ale ludzie niczego od niego nie kupowali, więc grał w pokera" - opowiada Didion. Niewykluczone, że Frank Didion czerpał zyski z hazardu, ale w latach czterdziestych nadal sprzedawał polisy za pośrednictwem Travelers Group, nawet gdy jego życie w Sacramento przerwała wojna, a on sam musiał opuścić miasto, a potem do niego wrócić. W miejskich książkach telefonicznych widnieje adres jego biura na przedmieściach. Frank Didion okazał się marnym sprzedawcą, a może po prostu roztargnionym; jego prawdziwą pasją było ryzyko. Trawiła go spekulacyjna gorączka miasta. Uwielbiał nie tylko pokera, ale wszystko, na co mógł postawić jakąś sumę, co warte było jakiejś stawki. Wydaje się, że po II wojnie światowej naprawdę się wzbogacił, bo wykupił sporo rzeczy na rządowej aukcji, między innymi dziesiątki maszyn do pisania Royal, które później odsprzedał z zyskiem, a także nieruchomości - wieżę strażacką, kilka dawnych stołówek stojących na wartościowych działkach - oraz wojskowego jeepa, którym uczył jeździć córkę. Po aukcji na dobre wsiąkł w spekulacje na rynku nieruchomości, przenosząc pieniądze z konta na konto.
Didion określała jego działalność zawodową mianem "gry w interesy". Mówiła, że był "mętny" w kwestii finansów. Didionom najwyraźniej się powodziło - mieli przestronny dom, dzieciom nigdy nie brakowało lodów czy wycieczek do San Francisco lub na plażę Stinson - niemniej ciągle towarzyszyło im poczucie, że ich dobrobyt jest ulotny: że to tylko mity i iluzje, podobnie jak zawarta w opowieściach przeszłość rodziny. Frank był cichy i przygnębiony - przystojny, choć rodzina Eduene uważała, że ma słabo zarysowane usta. Najdrobniejsze niepokoje wyciszał drinkiem. Didion zapamiętała go jako "pełnego lęku". Mówiła, że nawet na przyjęciach rodzinnych, gdy z pozoru dobrze się bawił i grywał na fortepianie ragtime'y, emanował takim napięciem, że uciekała do swojego pokoju i zamykała drzwi. Matka Franka zmarła podczas epidemii grypy w 1918 roku, gdy on był jeszcze mały, a jego ojciec ożenił się potem z energiczną kobietą o imieniu Genevieve, która więcej czasu poświęcała lokalnej polityce niż wychowywaniu pasierbów. Młodszy brat Franka, Robert, pewnego lata podczas zabawy z fajerwerkami stracił oko - w wypadku, jak się wydaje, nieuwaga Franka odegrała pewną rolę. Didion uważa, że Frank do końca życia czuł się winny z tego powodu. Jako nastolatek niespokojny, łaknący rozrywki, wciąż miał nadzieję na zatrudnienie na targach stanowych w Kalifornii, ale nigdy mu się to nie udało. Najlepiej odnajdywał się w sporcie. W 1928 roku zdobył tytuł mistrzowski w koszykówce w Sacramento City College. Ale potem, w dorosłości, zabrakło mu tej determinacji i wiecznie szukał okazji do zdobycia czegoś za darmo. Odwiedzał zarówno ekskluzywny Sutter Club (nie był jego członkiem), jak i najpodlejsze przybytki hazardu. Późną nocą jeździł na granicę z Nevadą, by grać w kości. Do 1940 roku na pływającym po rzece Sacramento statku Delta King można było grać w karty i pić mocne trunki. Prohibicja krótko przed tym się skończyła, a dziwne koktajle, które narodziły się w wyniku zakazu sprzedaży alkoholu, cieszyły się ogromną popularnością. Jako że jakość zakazanego alkoholu budziła wątpliwości, kreatywni barmani dodawali do niepewnej whisky przeróżne dodatki smakowe, słodziki i posypki z liści. A teraz, podczas obstawiania zakładów, Frank Didion radośnie popijał wszystko, co postawili przed nim kumple: gin slingi, manhattany, koktajle old fashioned i aviation. Pani Fortuna kołysała się na rzecznych falach to w górę, to w dół, w górę i w dół, a Frank nigdy nie miał dość pogoni za nią, jak powiedziałby ktoś o romantycznej naturze. Rodzinna legenda głosiła, że nazwisko Didion pochodzi od francuskiego imienia Didier, wariantu słowa desiderium: "niespełniona tęsknota". W poprzednich wiekach ta tęsknota zazwyczaj przybierała charakter duchowy, choć często odnosiła się do kobiecego pragnienia posiadania dziecka.
Frank spędził dzieciństwo kilka przecznic od ekscentrycznego białego domu na rogu ulic Szesnastej i H, zbudowanego w 1877 roku, z charakterystycznymi kopułami w kształcie ciastek, wiktoriańskimi gotyckimi detalami, piernikowymi wykończeniami i misternie zdobionymi drzwiami. Dom ten należał kiedyś do rodziny Steffensów. Jako chłopiec Frank zaprzyjaźnił się z Jane Hollister, siostrzenicą poety Lincolna Steffensa, a później uczęszczał z nią na zajęcia w Berkeley.
W 1903 roku stary dom Steffensów stał się rezydencją gubernatorską. Od tego momentu mieszkał tam każdy gubernator stanu Kalifornia, aż do czasów Ronalda Reagana w latach siedemdziesiątych. Didion, tak jak jej ojciec, zakochała się w tej ikonie dziewiętnastowiecznej cyganerii i podobnie jak ojca, zawsze nękało ją przeświadczenie, jakoby ta elegancja oznaczała, że przeszłość to piękna utracona sfera, a teraźniejszość to upadłe państwo zdominowane przez małostkowych ludzi bez klasy.
Eduene Didion kultywowała dawne wytworne rytuały, urządzając herbatki w damskim gronie dla przyjaciółek i licznych krewnych - niekończących się niedzielnych ciotek, jak wspomina Didion.
Jedna z nich, cioteczna babka Nell, miała nawyk obracania na palcach okazałych pierścieni, gasiła papierosy w masywnej kwarcowej popielniczce i tłumaczyła Didion, że jej babka jest "nerwowa", "inna". Kiedy Didion zapytała, co to znaczy, ciotka Nell odparła, że to znaczy, iż nie wolno jej dokuczać. Eduene, ubrana w czerwoną koronkową sukienkę do kostek, roznosiła maślane ciasteczka na tacach, plasterki cytryny na talerzykach z porcelany Wedgwood oraz kanapki z serkiem śmietankowym i rukwią wodną.
"Dzieciństwo to królestwo, w którym nikt nie umiera" - Didion zapamiętała ten wers z poematu Edny St. Vincent Millay i myślała o nim przy herbacie, ilekroć któraś ze zniedołężniałych pań opłakiwała śmierć starego przyjaciela czy przyjaciółki. Wyobrażenie, że jest się samemu, bez opieki, że wszyscy bliscy odeszli, było dla niej wyzwalające i ekscytujące, zwłaszcza w te niespieszne niedziele, kiedy ciotki podchodziły blisko niej powolnym krokiem, skąpane w mdłych perfumach.
Joan Didion z ojcem, Frankiem Reese'em Didionem, matką Eduene Didion i bratem Jamesem w bazie wojskowej, gdzie pracował Frank, 1943 rok. (Archiwum prywatne)
W pokojach domu przy ulicy U roiło się od starych muślinowych aplikacji. Była tam kołdra uszyta przez praprababkę Didion podczas przeprawy przez równiny, krótko po tym, jak pochowała dziecko na szlaku. W pokojach wisiały fotografie: kamienna tablica przy chacie Nancy Hardin Cornwall w Umpqua; prawnuczka Nancy, Edna Magee Jerrett, stojąca odważnie na nagim zboczu w górach Sierra Nevada. W domu panował mrok przetykany drobinami kurzu, zasłony były zwykle zaciągnięte: muzealny spokój, ustępstwo wobec "lęku" Franka, który wymagał ukojenia, a także pełen szacunku ukłon w stronę relikwii. Srebrne sztućce zmatowiały, tapeta wyblakła, kwiaty w wazonach były kruche i suche. Didion nie do końca czuła się tam jak w domu panny Havisham, gdzie w kuchni czekały na nią zasnute pajęczynami ciastka z pająkami w roli dekoracji, niemniej oddychała kurzem, którego jej matka nie chciała rozproszyć, żyła w ciemności, jadała chleb kukurydziany i sałatkę przygotowaną na bazie receptur przewiezionych przez górskie przełęcze przez ludzi, których tylko jeden czy dwa błędy dzieliły od pozjadania się nawzajem. Świadomość duchów rodzinnych i coraz bardziej zaniedbywany dom sprawiły, że Didion zazdrościła swoim przodkom bohaterskich wyczynów i paliła się ze wstydu, że nie może im dorównać.
Kościół nie łagodził jej poczucia niespełnienia. Eduene ochrzciła córkę w prokatedrze episkopalnej pod wezwaniem Świętej Trójcy przy ulicy M (gdzie wzięła ślub z Frankiem) i co niedziela zabierała tam dzieci na nabożeństwa. Didion uwielbiała wiązy zrzucające żółte liście przed kościołem i uśmiechała się, gdy ksiądz porównywał rolnicze bogactwa Sacramento do tych z Ziemi Świętej, ale nie licząc piękna muzyki i języka, niewiele wyniosła z tych nabożeństw.
Kiedy skończyła jedenaście lat, ogłosiła, że kończy z Kościołem. Matka jej matki, Edna, wychowana w episkopalnej szkole klasztornej, dała Didion drogi kapelusz z pracowni Lilly Daché jako zachętę do powrotu na łono wspólnoty. Podstęp się nie powiódł, aczkolwiek była to kolejna lekcja luksusu i dobrego smaku, tak jak wtedy, gdy Didion miała sześć lat i dochodziła do siebie po przebytej śwince, a babcia dała jej perfumy Elizabeth Arden w maleńkim kryształowym flakoniku owiniętym złotą nicią. Jej dom był kolejnym muzeum, pełnym delikatnych muszelek, fragmentów koralowca i kolekcji nasion.
Duchowa świadomość Didion, jakakolwiek by była, wykształciła się pod wpływem męża Edny. Herman był synem poszukiwacza złota z czasów gorączki 1849 roku i geologiem samoukiem, którego utrzymanie zależało od tego, czy potrafił dostrzec różnicę między serpentynitem a rudą złotonośną. W języku epok geologicznych, w słowach takich jak "wulkaniczne", "kredowe" czy "magmowe", Didion dostrzegała wielkość czasu i jego wpływ na znaczenie i cel. Ale to były abstrakcje, nad którymi nie sposób się rozwodzić. O wiele bardziej przekonująca była świadomość, że babci nie można dokuczać, bo by się rozpłakała. Didion niejednokrotnie doprowadzała ją na skraj płaczu, żeby tylko popatrzeć.
Od czasu do czasu Didion obserwowała na ulicy płaczącego mężczyznę lub kobietę. Pod koniec lat trzydziestych bezrobocie dotknęło ponad piętnaście tysięcy mieszkańców Sacramento. Wielu z nich pracowało wcześniej w branży przetwórstwa konserw, która niemal całkowicie upadła. W niektórych częściach miasta pojawiły się osiedla szałasów, tak zwane Hooverville, które rozprzestrzeniały się, gdy zimowe mrozy zniszczyły uprawy cytrusów w dolinie, pogłębiając ekonomiczną katastrofę. W deszczowe wiosenne noce, kiedy mieszkańcy miasta usypywali wały przeciwpowodziowe, Didion mogła dostrzec różnice między mężczyznami, dla których noszenie worków z piaskiem było jedynie obywatelskim obowiązkiem, a tymi zatroskanymi i obdartymi, których życie zależało od tej pracy. Kiedy miała dwanaście lub trzynaście lat, zapytała matkę, do jakiej klasy społecznej należy ich rodzina. Eduene odparła, że nie myślą w kategoriach klasowych. "Klasa to coś, czego my, Amerykanie, a zwłaszcza Kalifornijczycy, powinniśmy się już dawno wyzbyć" - usłyszała Didion. Jednak główny powód, dla którego "my" nie myślimy o klasie, krył się w odpowiedzi Eduene: nie musimy.
Didionowie i ich dalsi krewni - Jerrettowie, Reesowie - od zawsze cieszyli się w mieście dobrą reputacją jako ranczerzy, bankierzy, właściciele saloonów czy szeryfowie. Kiedy Didion była dzieckiem, jej dziadek był lokalnym poborcą podatkowym. Jego druga żona, Genevieve, została przewodniczącą Komisji Edukacji; ostatecznie jej imieniem nazwano szkołę podstawową. Inny Didion zasiadał w okręgowym sądzie apelacyjnym. - Byli częścią szlachty ziemiańskiej Sacramento - powiedział mi William Burg. - Jedną z rodzin, które określały się mianem rolników, farmerów, ranczerów, progresywistów, ale to oni byli właścicielami, a nie tymi, którzy brudzą sobie ręce.
Ośmioletnia Joan w kanionie Royal Gorge w Colorado. (Archiwum prywatne)
Mimo prominentnej pozycji i wpływów rodzina wydawała się małej Didion prozaiczna, przygaszona i smutna. Urzędnicy i administratorzy: trudno w nich dostrzec bohaterów z dawnych lat, którzy przetrwali głód i zamiecie. Co więcej, wpływy progresywistów na losy Sacramento osłabły w czasie kryzysu i po wprowadzeniu prohibicji - która okazała się prawdziwym ciosem dla plantatorów chmielu z doliny. Nad ziemią zawisła tragedia albo jej wyobrażenie. Kiedy Didion miała osiem lat, wielki browar Buffalo, położony kilka przecznic od jej domu, został zamknięty na dobre. Był to pałac piwa od końca lat osiemdziesiątych XIX wieku. W czasie prohibicji browar tymczasowo wstrzymał produkcję, ale w roku narodzin Didion został ponownie otwarty, gdy ustawę zniesiono. Wprowadził na rynek napoje w puszkach, ale nie udało mu się odrobić strat w sprzedaży. Progresywiści wpadli w popłoch. Zamknięcie browaru było nie tylko porażką biznesową, ale też końcem pewnej epoki, zagrożeniem dla stylu życia. Szlachcie zaczął towarzyszyć duch dekadencji. Kiedy Works Progress Administration (WPA) zatwierdziła pożyczki na roboty publiczne w Sacramento, co doprowadziło do budowy mostu Tower Bridge na rzece Sacramento i dało zielone światło na budowę czterdziestu sześciu nowych obiektów (w tym szkoły średniej, do której miała uczęszczać Didion) oraz pasów startowych na lokalnych lotniskach, Didionowie skorzystali z ożywienia w gospodarce, ale nigdy nie potwierdzili roli władz federalnych w tych zmianach. Uznanie wpływu obcych, przybyszów ze Wschodu, przedstawicieli rządu, oznaczałoby, że istnieją granice dumnej niezależności. W 1936 roku rozpoczęto budowę Bazy Sił Powietrznych McClellan (wtedy nazywanej McClellan Field). Mather, inne lokalne lotnisko, zostało ponownie otwarte po okresie uśpienia. Z ekonomicznego punktu widzenia były to dobre wieści, ale jednocześnie spowodowały napływ robotników z daleka, zaczęły zmieniać wygląd miasta i dały Didionom jeszcze jeden powód, by hołubić swoją chwalebną przeszłość i chwytać się wszystkiego, co zdawało się nietykalne w teraźniejszości.
Niedzielne ciotki robiły wszystko, co w ich mocy, by przeszłość wciąż trwała. Panna Pearl Didion zajęła się działalnością w Klubie Sobotnim, założonym w 1893 roku z myślą o wspieraniu muzyki klasycznej w Sacramento. Genevieve Didion stała się siłą napędową Towarzystwa Kameliowego, a w końcu stworzyła Gaj Kameliowy w parku naprzeciwko Kapitolu Stanowego, ku czci pionierów z doliny. Jej wysiłki wpisywały się w starania progresywistów, by znaleźć pokrzepienie w rewizji historii - między innymi poprzez przedstawienie założyciela miasta, Johna Suttera, nie jako ekonomicznego oportunisty, którym w istocie był, ale jako rolnika marzyciela.
Oprócz klubów muzycznych i kółek miłośników kwiatów Sacramento miało też towarzystwo literackie, ale wygląda na to, że nie należał do niego żaden z członków rodziny Didion.
Przez pewien czas działalność literacka Didion nie wychodziła poza jej pokój. Wkrótce po tym, jak zaczęła się jej obsesja na punkcie historii wyprawy Donnera, Didion ustawiła na komodzie oprawione zdjęcie Przełęczy Donnera. W książce Rzekobieg pisze o kobiecie, której ulubioną zabawą w dzieciństwie była "wyprawa Donnera", rytualny dramat, w którym "ona jako inicjatorka zawsze grała (...) rolę Tamsen Donner umierającej u boku męża, którego fałszywe kalkulacje stały się przyczyną zguby tylu ludzi"7. Możemy się zastanawiać, czy zabawa w "wyprawę Donnera" nie przyszła Didion do głowy dużo wcześniej niż podczas pisania pierwszej powieści.
Teatralność i dramaturgia przemawiały do niej tak samo jak pisanie - odgrywanie scenek zapewniało rozrywkę i zdawało się sugerować coś prawdziwego o ludziach w rodzinie, w której emocje często maskowano (Didion mówiła, że jej matka "z powodzeniem wcielała się w osobę bez depresji", odgrywając wspaniały spektakl).
"Chciałam być aktorką - powiedziała Didion. - Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że to ten sam impuls [co pisanie]. To udawanie. (...) Jedyna różnica polega na tym, że jako pisarka mogę to robić samodzielnie".
Deklaracje, uniki, wyznania stanowią sedno dramatu. Pragnienie Didion, by uchwycić dokładne dialogi, sprawiło, że wyszła z pokoju z notatnikiem w ręku. Skradała się po korytarzach, przystawała za półprzymkniętymi drzwiami, podsłuchiwała dorosłych i spisywała ich wypowiedzi. Ogólnie rzecz biorąc, bliscy Didion mimo woli uczestniczący w tym przedsięwzięciu rozczarowali pisarkę. Na przykład dziadek Didion, ojciec jej ojca, "nie odzywał się" - wspominała. "Nie sądzę, by dziadek znał imiona moje czy mojego brata, zawsze zwracał się do nas per "hej, ty"". Rozmowy rzadko miały dramatyczny przebieg.
- Jeśli człowiek urodził się w Sacramento i przechwalał się tym miejscem, to znaczyło, że zadziera nosa - powiedział mi William Burg. - Jeśli czuł się w tym mieście trochę nieswojo, łatwiej było mu je sprzedać osobom z zewnątrz. Lekka pogarda stanowiła odpowiednią postawę klasową. W najwcześniejszych esejach Didion o Sacramento ta pogarda wyraźnie się zaznacza, ale taka postawa nie przydawała się jej w pierwszych ćwiczeniach z dialogami. Niemniej lubiła potajemnie zbierać informacje. "Kiedy byłam mała, był komiks pod tytułem Niewidzialna Scarlet O'Neil - wspominała. - Niewidzialna Scarlet O'Neil była reporterką. Naciskała opaskę na nadgarstku, stawała się niewidzialna i niewidzialnie relacjonowała wydarzenia. I wszyscy dziwili się, że udało jej się zdobyć materiał". I tak Didion, trzymając w ręku swój notatnik, chowała się za drzewem i zza niego tropiła dorosłych.
W chwilach, kiedy była aż nazbyt widoczna - zmuszona iść do kościoła, na herbatę czy inne spotkanie rodzinne - matka ubierała ją w "stonowane zielenie, kolory kości słoniowej i brudny róż, co z perspektywy czasu wydaje się dość ekscentryczną ilością czerni" - pisała. Czarną koronkową mantylkę odziedziczyła po prababci. O ile Didion dobrze pamięta, to matka zaszczepiła w niej przekonanie, że jest zbyt delikatna i wrażliwa, podobnie jak wszystkie kobiety w rodzinie. Jak mówi matka: "miała smutną i niespokojną osobowość" - od dnia, w którym wróciła do domu ze Szpitala Miłosierdzia, gdzie czuwały nad nią zakonnice. Mówiono o niej, że ma oczy jak jej zmarła babcia Ethel, "oczy, które czerwienią się i łzawią przy pierwszym zwiastunie słońca, pierwiosnków czy podniesionych głosów, i mówiono też, że ma w sobie trochę z jej "odmienności", z jej dyskomfortu w chwili, gdy zaczynają się tańce..." To prawda, że w dzieciństwie niewiele jadła. Jej matka wymyśliła rytuał, który miał skłonić Didion do połykania jedzenia - nazywała to "klubem czystego talerza", aż pewnego wieczoru Frank krzyknął: "Przestań z niej robić ludzki śmietnik". Tak naprawdę skromny apetyt Didion mógł być raczej aktem buntu niż wynikiem jej słabości, formą zaburzeń odżywiania (Didion później tak właśnie sądziła). Przyznała, że Eduene uważała córkę za krnąbrne i trudne dziecko - do tego stopnia, że gdyby mogła zrobić wszystko od nowa, być może oddałaby ją do szkoły z internatem. To sugeruje, że pod cichą delikatnością kryje się hart niczym ze stali. Eduene dała córce notatnik, by powstrzymać jej "marudzenie", ale notes popchnął dziewczynkę ku życiu wewnętrznemu, w stronę prywatnego świata, gdzie rodzą się burze, nad którymi matka nie ma kontroli. Mit o słabym ogniwie, o tej, którą by pozostawiono na równinach, służył przekonaniu Didion, że potrzebne są jej ciemne pokoje, ciche popołudnia i marudzenie niedzielnych ciotek. Tak naprawdę to Eduene potrzebowała pewności rodzinnych rytuałów ("Moja matka "urządzała herbatki" tak, jak inne matki oddychały" - pisała Didion). Z carte blanche w bibliotece dla dorosłych, z prezentami w postaci drogich perfum i wymyślnych kapeluszy, gdy tylko zachorowała lub wymagała perswazji, Didion, jak się wydaje, była nie tyle ograniczana, co rozpieszczana.
Miała młodszą o półtora roku kuzynkę Brendę, córkę siostry matki, Glorii. Jej ulubioną zabawą z Brendą było "przeglądanie strona po stronie numeru "Vogue'a" i wybieranie, co ma być "kupione"" - napisała kiedyś. "Brenda mogła kupić, co tylko chciała, z miejsca po lewej stronie, ja natomiast musiałam ograniczać się do prawej. Chodziło o to, by zobaczyć, która z nas potrafi skompletować najbardziej pożądaną garderobę, mając do dyspozycji tylko te opcje, które tam się pojawiały". Didion uwielbiała wyobrażać sobie siebie jako kobietę noszącą drogie ubrania. Lubiła też kontrolować swoją kuzynkę. Jeśli Brenda wybrała jakąś rzecz, a Didion nie chciała, żeby ta przypadła kuzynce w udziale, oponowała pod byle pretekstem, twierdząc na przykład, że strona redakcyjna się nie liczy. "Byłam starszą kuzynką. Dlatego robiłyśmy to po mojemu" - powiedziała Didion. "Nigdy, przenigdy, ani razu nie przeszło mi przez myśl", co mogłaby woleć Brenda. Uwielbiała ją straszyć, układając dla nich obu scenariusze, w których miały wsiąść do windy zmierzającej ku zagładzie.
Być może Didion chciała ukarać kuzynkę: Brenda przestrzegała rodzinnych reguł, które nakazywały spożywanie posiłków z zachowaniem zasad kultury i przygotowywanie "doskonałego białego sosu"; chętniej akceptowała mit o "delikatności" i kładła się spać punktualnie o szóstej trzydzieści każdego wieczoru; co roku zgadzała się odgrywać Królewnę Śnieżkę przy choince, ku uciesze wszystkich rodziców. A może Didion próbowała wciągnąć kuzynkę w przedwczesny bunt (sytuacja powtórzyła się wiele lat później w przypadku Quintany: zmuszanie dziecka do dorosłości, zanim było na nią w pełni gotowe). Didion była przygotowana na to, by zająć swoje miejsce w świecie. Żadnych żółtych warzyw. Żadnych ciasteczek z mlekiem. Ona chciała pić koktajle. Obserwując ojca, brała liść sałaty lodowej, mieszała go z kruszonym lodem w szklance na długiej nóżce i udawała, że pije jak dorosła.
Didion nawiązała w mieście inne przyjaźnie, zwłaszcza z Nancy Kennedy, którą poznała, gdy obie miały po pięć lat i zaczynały zajęcia baletowe w szkole tańca Miss Marion Hall. Nancy była siostrą Anthony'ego Kennedy'ego, który później został sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Ponieważ nie dzieliła ich różnica wieku, Didion mniej ochoczo kontrolowała relację z Nancy, choć wynikające z niej przyjemności bardzo jej odpowiadały. Dziewczynki lubiły przebierać się w kostiumy baletowe (zwłaszcza na występ w Les Petites) i chętnie przymierzały ubrania. Kiedyś razem prezentowały stroje podczas charytatywnego pokazu mody. Didion wstąpiła do drużyny skautek. Wspomina, że zmuszano ją do śpiewania dla pensjonariuszy przytułku niedaleko Sacramento. W tekstach piosenek były takie zwroty jak "lilie z doliny wyściełają twą ścieżkę w ogrodzie" i "to nastąpi tylko wówczas, gdy zaśpiewają anioły". Jedna z jej dawnych koleżanek z drużyny powiedziała mi, że Didion najprawdopodobniej miała na myśli placówkę medyczną o nazwie Weimar, położoną na północ od miasta, gdzie leczono chorych na gruźlicę. Miejsce to unaoczniło Didion potencjalne niebezpieczeństwa związane z dorosłością, ale ona wciąż z utęsknieniem wypatrywała linii mety dzieciństwa.
Dwadzieścia cztery lata - odparła matka, gdy Didion zapytała, jaki jest najlepszy wiek. Eduene miała dwadzieścia cztery lata, gdy wyszła za mąż, dwadzieścia cztery lata, gdy urodziła Joan. Mówiła, że dwadzieścia cztery to jej "szczęśliwa liczba" (dla niej, podobnie jak dla jej męża, całe życie było pływającym kasynem). Dorosłe rozmowy to jedyna rzecz, którą Didion mogła dzielić z matką. Eduene wyciągała z szaf zakurzone pudła i pokazywała córce czerwoną aksamitną pelerynę z białym futrzanym kołnierzem, którą miała na sobie na przyjęciu weselnym, a także starsze sukienki wizytowe.
Na podstawie tych przebłysków modnej przeszłości matki i zdjęć z magazynów Didion snuła romantyczne marzenia. Nie chodziło o księżniczki czy magiczne karoce, ale o paparazzich, którzy gonili ją po jakimś egzotycznym miejscu, może w Argentynie (widziała je w "Vogue'u"), podczas gdy ona, w sobolowym płaszczu i ciemnych okularach, stara się o rozwód z bogatym mężem. Czarna koronkowa mantylka po prababci sprawiała wrażenie, jakby wyłoniła się wprost z tych wyobrażeń i dowodziła ich immanencji.
Didion tworzyła też fantazje literackie. "Ciągle bawiłam się w pisanie i wyobrażałam sobie, że jestem pisarką, co zwykle wiązało się z posiadaniem, w cudzysłowie, apartamentu na Manhattanie - powiedziała. - Takie miałam wyobrażenie o pisarskim życiu".
3
San Francisco to nie był Manhattan - po części wyglądało jak Sacramento, tylko większe - ale romantyzm tego miejsca dało się wyczuć, zwłaszcza w oknach wystawowych Paula Eldera i stoiskach z kwiatami po drugiej stronie Union Square, gdzie mieściły się sklepy z biżuterią i z książkami, artykułami artystycznymi, meblami, odzieżą i słodyczami. Podczas jednej z rodzinnych wycieczek do miasta nad zatoką babcia Edna kupiła fiołki dla Didion i Brendy, a w El Prado zamówiła sałatkę crab louie. Eduene i Gloria zastanawiały się, czy rozpieszczanie dziewczynek nie sprawi, że nie będą już miały czego oczekiwać od życia. Edna stwierdziła: "Oby to było waszym największym zmartwieniem".
Mimo że ponad siedemdziesiąt tysięcy robotników portowych straciło pracę, a w strajkach pracowniczych ginęli ludzie (mniej więcej połowa mieszkańców miasta należała do związków zawodowych), przybysze z doliny nie dostrzegali żadnych problemów - Didionowie nie myśleli o klasie - a zamiast tego gapili się na mewy we mgle, budynki w stylu secesji i Bauhausu, kutry z bananami zakotwiczone na zachód od mostu przy Trzeciej Ulicy i frachtowce pod latarniami. Wdychali zapachy gnijącej tarcicy, palonej kawy, surowego cukru; podziwiali nowiutki most Golden Gate. Rozpoczęta w 1928 roku budowa katedry Łaski Bożej (później działającej pod niekonwencjonalnym kierownictwem wielebnego Jamesa Alberta Pike'a, o którym Didion napisze kiedyś, że był prawdziwym kalifornijskim ekscentrykiem), pozostała niedokończona, a iglica przypominała zardzewiałe kości żebrowe. Eduene zawsze zostawiała datek na jej dokończenie.
W latach dwudziestych Eduene, wówczas smukła, młoda debiutantka, uczestniczyła w podwieczorkach urządzanych w ogrodzie hotelu Palace, popijając herbatę z winem, zajadając ręcznie robione babeczki z kremem devonshire i flirtując z zalotnikami. W oczach jej córki miasto spowijał nimb splendoru. Didion czuła, że ominął ją magiczny świat; w jej wyobraźni domy towarowe i hotele stały się wieżami i murami zamku w chmurach.
Często stawała nad brzegiem wody, próbując wyobrazić sobie dno zatoki. Może gdy dorośnie, nie będzie pisarką w Nowym Jorku. Może zamiast tego zajmie się badaniem oceanów. Marzyła o wyprawie na Hawaje na parowcu Lurline, o podróży, w którą każda kobieta zamożna i obdarzona dobrym gustem powinna przynajmniej raz wyruszyć. Hawaje pełne palm, słodkich drinków i kwiatowych naszyjników nadawały się jeszcze lepiej niż Argentyna na rozwód z bogatym mężem.
Wpatrując się w morze, zastanawiała się, co się stało z Amelią Earhart. Nagłówek w "San Francisco Chronicle" głosił: SAMOTNY OCEAN WCIĄŻ SKRYWA TAJEMNICĘ LOSU AMELII. Podobnie jak dawni pionierzy, wyruszyła w romantyczną podróż swoim kruchym wehikułem, nie wiedząc, czy dotrze do celu.
Kiedy Didionowie nie zwiedzali miasta, często wyjeżdżali do wyschniętej Central Valley. Rodzina posiadała tam ziemię. W skąpym cieniu drzew owocowych, obserwując ciemnoskórych mężczyzn w słomkowych kapeluszach, którzy zbierali plony obok białych kobiet, mężczyzn i dzieci, Didion dostrzegała związki między Kalifornią a południowymi obszarami. Całą okolicę przenikała migotliwa od żaru ostrość. Wszystko przejmowało aż do kości. To była prawdziwa Kalifornia.
Didion znała to dziedzictwo dzięki dziadkowi Hermanowi. Po odejściu z obozu górniczego w górach Sierra Nevada zajął się inżynierią lądową i działalnością adwokacką, a także pisaniem, tworząc techniczne traktaty, takie jak Teoria wyceny nieruchomości, oraz teksty poświęcone historii lokalnej. Jego relacje zawierały krótkie wzmianki o migrujących robotnikach linczowanych w odizolowanych miasteczkach.
W serii artykułów dla "San Francisco News" John Steinbeck pisał także o "znienawidzonych" przez miejscowych włóczęgach z Central Valley, mieszkających w szałasach z "tektury falistej" i namiotach "koloru ziemi". Te artykuły stanowiły wstęp do Gron gniewu. W powieści wydanej w 1939 roku, czyli mniej więcej w czasie, gdy Didion dostała swój pierwszy notatnik, Steinbeck odważył się zadeklarować, że książka wywodzi się z zaangażowanej społecznie publicystyki, a jej korzenie sięgają reportażu. Didion nigdy nie uważała, by Steinbeck wywarł na nią wpływ, ale jego rozważania na temat doliny pasowały do jej własnych refleksji, choć z innej perspektywy politycznej, i musiały jej przypominać pisarstwo dziadka (ponadto pradziadek ze strony ojca zrzeszał plantatorów winogron w hrabstwie Florin i posiadał blisko pięć tysięcy hektarów sadów owocowych). Historie takie jak ta opowiedziana przez Steinbecka, a także konsekwencje życia w Kalifornii dla potomków pierwszych grup Okiesów, przewijają się przez wczesne eseje Didion. Dokumentalne podejście Steinbecka, przypominające fotografie Dorothei Lange czy album Jamesa Agee i Walkera Evansa Let Us Now Praise Famous Men, pozostało modelowym przykładem tego, jak ujmować tematy polityczne. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych krytycy okrzyknęli Didion - obok Toma Wolfe'a, Normana Mailera i Huntera S. Thompsona - pionierką Nowego Dziennikarstwa, w którym reporterka włącza się w historię jako jej centralny element. W rzeczywistości postawa obserwacyjna - etyka świadka - esejów Didion i jej twardy ton, zgrzebny jak świąteczne wstęgi powiewające na latarniach ulicznych Sacramento, miały tyle wspólnego z proletariackim pisarstwem wielkiego kryzysu, co z popisowymi utworami Mailera, Wolfe'a i Thompsona.