Ostatnia pieśń miłosna. Biografia Joan Didion - Tracy Daugherty

Kup ebooka

65.00 zł
53.95 zł (54,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Strona tytułowa Strona redakcyjna Epigraf Wstęp do polskiego wydania Przedmowa CZĘŚĆ PIERWSZA Rozdział pierwszy Rozdział drugi Rozdział trzeci Przypisy końcowe Przypisy 1 3 4 5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 31 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70

Punkty orientacyjne

Okładka Tekst Spis treści

Przedmowa

Granice narracji

Pewnego popołudnia pod koniec września 2011 roku jechałem taksówką z Central Park West na lotnisko i czytałem poświęcony Joan Didion artykuł Christophera Hitchensa w "Vanity Fair", kiedy kierowca, który od początku pomstował pod nosem na drożejącą benzynę, oznajmił nagle ponurym tonem: "Nie wiem, co się stało z tym krajem".

Taksówkarz pochodził z Iranu. Narzekał na to, że Ameryka "tapla się" w obchodach dziesiątej rocznicy wydarzeń z jedenastego września. Christopher Hitchens właśnie umierał. Didion miała wkrótce wydać książkę Błękitne noce, poświęconą niemożności przeżycia tego, że straciła wszystkich, których kochała. W wywiadach udzielonych przed premierą sugerowała, że być może to jej łabędzi śpiew. "Kiedyś mówiłam, że jestem pisarką, ale teraz już nie wspominam o tym tak otwarcie. Może dlatego, że to mi nie pomogło" - powiedziała "Publishers Weekly".

Przypadek sprawił, że dziesięć lat wcześniej opublikowała Political Fictions w dniu, w którym uprowadzone przez terrorystów samoloty pasażerskie zniszczyły nowojorskie wieże World Trade Center i część Pentagonu. W Political Fictions Didion piętnowała amerykańską klasę rządzącą: polityków i bogaczy, a także sprzyjające im media, które rzekomo obnażały ich korupcję. Jak można się było spodziewać, książka znalazła się w ogniu krytyki ze strony środowisk politycznych i medialnych, które wykorzystywały wydarzenia jedenastego września do cenzurowania wypowiedzi i umacniania swoich wpływów.

Didion nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do przypadku. A teraz, dziesięć lat później, w kilka tygodni przed uroczystościami rocznicowymi, miała opublikować opowieść o śmierci swojej córki. Opowieść o tym, jakie to uczucie, kiedy nikogo się po sobie nie zostawia. Podsumowanie końca.

Przypadek?

Nie wiem, co się stało z tym krajem.

Zarówno z artykułu Hitchensa, jak i z innych recenzji wynikało, że Błękitne noce nie będą odczytywane wyłącznie jako medytacja nad prywatną stratą. Zważywszy na ówczesne okoliczności oraz reputację Didion jako osoby zawsze trzymającej rękę na pulsie, jej czytelnicy odebrali książkę jako elegię na cześć wszystkiego, czego doświadczyli żyjący obecnie, w tym być może także na cześć samych książek.

W USA nie mamy wprawy w mierzeniu się z końcem rzeczy. Jednak na fotografii dołączonej do artykułu o śmierci córki Didion widać, że nie unika aparatu ani nie ukrywa przed nim swoich fizycznych i psychicznych strat. Stoi z widzami twarzą w twarz, pogrążona w żałobie, wyniszczona. W cieniu, na tle kremowobiałej kanapy, jej prawa dłoń, pokryta żyłami i zwinięta, przypomina zwęgloną kość. A jednak widz wie, że ten kadr jest precyzyjnie upozowany, niczym jedno ze staroświeckich zdjęć Irvinga Penna, do których Didion zwykła tworzyć opisy - rodzaj fotosu z horroru w stylu glamour. Kim ona tak naprawdę była?

Tego dnia w taksówce zmierzającej na lotnisko JFK nie rozmyślałem o Didion bez powodu. W poprzednich latach - przez przypadek, jak mi się czasem wydaje, choć sam również w niego nie wierzę - zająłem się biografią literacką, więc uważnie śledziłem jej twórczość. Didion była jednym z najważniejszych głosów dla mojego pokolenia. Na początku swojej kariery zdecydowałem, że biografia literacka nie ma racji bytu, o ile nie dąży do uchwycenia tego, co i dlaczego zostało powiedziane w danym czasie. Nieuniknionym następstwem takiego podejścia było to, że biograf stawał się autorem piszącym lamentacje.

1

W przedmowie do książki Dryfując do Betlejem, pierwszego wydanego w 1968 roku zbioru tekstów non-fiction, Didion napisała: "Ta książka nosi tytuł Dryfując do Betlejem, ponieważ od kilku lat pewne wersy wiersza Yeatsa (...) odzywają się echem w moim uchu wewnętrznym"1. We wstępie, którym opatrzyła Błękitne noce, stwierdza natomiast: "Książka ta nosi tytuł Błękitne noce, ponieważ w czasie, gdy ją zaczęłam, mój umysł zwracał się coraz bardziej ku chorobie, ku końcowi obietnicy"2. Echa tych słów tworzą więź pomiędzy początkiem kariery Didion, kiedy centrum kultury zdawało się chwiać w posadach, a ona sama była być może najbardziej przenikliwą obserwatorką chaosu, a jej późnymi dziełami, kiedy - podobnie jak czytelnicy, którzy dojrzewali razem z nią - autorka dostrzegła własne osłabienie fizyczne postępujące równolegle z katastrofalnymi zmianami w kulturze. Czytelnicy Didion wiedzieli, że Błękitne noce będą traktować o żałobie w sposób szczególny. Dodatkowo jej geniusz i niezwykłe szczęście do wyczucia czasu sprawiły, że książka ta stała się nie tylko wstrząsającą kołysanką, ale też ostatnią miłosną pieśnią naszego pokolenia.

To nie lada postulat. A jednak kobieta, która zatytułowała jedną ze swoich książek Dryfując do Betlejem, a inną Demokracja, nigdy nie wzbraniała się przed wysuwaniem i przyjmowaniem wielkich postulatów, a w jej twórczości nie brakuje cichych sugestii, że zawsze przemawia w imieniu innych.

Uderzając w podłość amerykańskiej polityki w dniu, w którym zaatakowano dwa jej symbole, a następnie, dziesięć lat później, pogrążając się w lamencie, zgłębiając mechanizmy żałoby i nieodwracalnej straty niczym niewidoma osoba dotykająca obcej, nowej skóry, Didion opowiedziała nam, kim jesteśmy i kim byliśmy. Pomogła nam przyznać się do rzeczy, które przeczuwaliśmy, ale o których rzadko mówiliśmy: do kruchości naszych narodowych mitów i do ciągłej bliskości śmierci. W najlepszych momentach jej proza wydobywała na powierzchnię tłumione emocje, wywołując u czytających zawroty głowy, déja vu, a nawet wrażenie zbiegu okoliczności: tego, co teraz i tego, co ma nadejść, tego, co ukryte i tego, co znane, nakładających się na siebie jak ciepłe i zimne fale Pacyfiku. Tak rozumiane słowo "przypadek" sugestywnie opisuje to, czym zawsze byliśmy i co już tracimy. Podobnie jak wieczorny przypływ, ma barwę gęstego i ponurego błękitu: dla Didion jest to kolor obecnej chwili.

2

W tomie Political Fictions (Polityczne fikcje) Didion rozpoczęła kilka esejów od tego, co Susan Sontag nazwała "impulsem uogólniającym". Na przykład:

Latem 1988 roku, w Kalifornii, Atlancie i Nowym Orleanie, kiedy oglądałam najpierw prawybory w Kalifornii, a potem Konwencje Narodowe Demokratów i Republikanów, dotarło do mnie, że to nie przypadek, iż ludzie, z którymi lubiłam spędzać czas w szkole średniej, przesiadywali na stacjach benzynowych.

I:

Nikt, kto przekroczył próg amerykańskiej publicznej szkoły średniej, nie mógł oglądać Williama Jeffersona Clintona ubiegającego się o urząd w 1992 roku i nie rozpoznać znajomej drapieżnej seksualności nastolatka z prowincji.

Z retorycznego punktu widzenia w tych zdaniach pobrzmiewają echa dwóch najsłynniejszych literackich otwarć: Dumy i uprzedzenia Jane Austen oraz Anny Kareniny Lwa Tołstoja. Posłuchajmy:

Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony3.

I:

Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób4.

Pisarstwo Didion ma bardziej szczegółowy i osobisty charakter, ale podobnie jak Austen i Tołstoj, autorka przedstawia pewną siebie mówczynię z ugruntowanym światopoglądem, która wygłasza prawdy o ludzkiej naturze i kulturze. To, że nie są one prawdziwe (a przynajmniej niekoniecznie), nie ma nic do rzeczy. Wysiłek polega na stworzeniu kontekstu społecznego dla postaci, z którymi mamy się spotkać, oraz na ukazaniu wartości, którymi kieruje się narrator. Skoro poglądy na naturę ludzką i kulturę są, jak powszechnie wiadomo, subiektywne, to takie stwierdzenia z założenia należy podawać w wątpliwość, kwestionować i podważać.

Pozwolę sobie zatem skorygować nieco moje wcześniejsze stwierdzenie, jakoby to, że takie prawdy nie są prawdziwe, nie miało nic do rzeczy.

W Political Fictions najbardziej uderzające dla wieloletnich czytelników Joan Didion były obecne w jej prozie pewność i prawda. Ostatecznie to ta sama kobieta, która w 1968 roku napisała: "Opowiadamy sobie historie, żeby żyć", ale w pewnym momencie, w obliczu rosnącej przestępczości, telewizyjnych transmisji z wojny oraz kultury eksperymentującej z seksem i narkotykami, Didion zaczęła "wątpić w prawdziwość wszystkich historii", które sobie opowiadała. Sądziła, że jako dorosła Amerykanka powinna znać fabułę. Ale, jak mówi: "Ja wiedziałam tylko to, co widziałam: migające obrazki w zmiennych ciągach, obrazki bez "znaczenia"". W czasach, gdy gazety rozpisywały się o rytualnych morderstwach, a radio grało rockowe utwory, w których padały stwierdzenia, że "miłość to seks, a seks to śmierć i w tym jest zbawienie", nie mogła już dłużej "wierzyć w narrację i jej zrozumiałość". W latach 1966-1971 przy różnych okazjach mówiła:

Na werandzie hotelu Royal Hawaiian w Honolulu oglądałam pogrzeb Roberta Kennedy'ego, a także pierwsze doniesienia z My? Lai. Na plaży Royal Hawaiian przeczytałam ponownie całego George'a Orwella, a z dostarczanych z opóźnieniem z kontynentu gazet poznawałam historię Betty Lansdown Fouquet, dwudziestosześciolatki o spłowiałych blond włosach, która zostawiła swoją pięcioletnią córeczkę na pewną śmierć na środkowym pasie autostrady międzystanowej numer pięć, kilka kilometrów na południe od ostatniego zjazdu w Bakersfield. Palce dziecka trzeba było siłą odrywać od ogrodzenia, gdy dwanaście godzin później ratował ją kalifornijski patrol drogowy, a dziewczynka powiedziała później, że "długo biegła za samochodem wiozącym jej matkę i ojczyma oraz brata i siostrę". Niektóre z tych obrazów nie pasowały do żadnej znanej mi narracji.

W książce The White Album (Biały album) Didion zgłębiała amerykańską przemoc, amerykańską apatię i amerykańską obyczajowość seksualną lat sześćdziesiątych. Książkę wypełniały anegdoty - o Czarnych Panterach, Charlesie Mansonie, grupie The Doors - które nie pasowały do nadrzędnej opowieści o amerykańskiej obietnicy i amerykańskim śnie, znanej nam ze starych podręczników do historii i kultury popularnej. Stosując strukturę kolażu i urywane, wielokrotnie powtarzane zdania, Didion dezorientowała czytelników, aż zaczynaliśmy doświadczać bezsensu, który, jak twierdziła, nie odstępował jej w tamtych latach.

Świadomość ograniczeń narracji towarzyszyła jej twórczości beletrystycznej bezpośrednio po 1960 roku - powieściom Graj jak się da (1970) i Modlitewnik (1977), które podobnie jak The White Album, były fragmentaryczne, halucynacyjne i obsesyjnie powtarzalne. Jednak w jej książkach non-fiction z lat osiemdziesiątych - Salvador (1983) i Miami (1987) - uważny czytelnik wychwyci nieśmiałą, odradzającą się wiarę w to, że narracje, zwłaszcza te nadrzędne, które mówią nam, jak żyć, wciąż istnieją, wciąż mają sens, choć coraz częściej musimy ich szukać w nieprawdopodobnych miejscach.

Salvador, Miami i dwie późniejsze powieści, traktująca o upadku Sajgonu Demokracja (1984) oraz The Last Thing He Wanted (Ostatnie, czego chciał, 1996), opowiadająca o czasach afery Iran-Contras, przygotowały czytelników Didion na nowy, pewny głos, przywodzący na myśl jej pierwszą powieść, z którym spotykamy się później w Political Fictions. Począwszy od Rzekobiegu z 1963 roku, poprzez narracyjny rozpad w szeregu kolejnych tytułów, aż po ożywioną pewność w Political Fictions Didion śledziła historię Ameryki jako reporterka, powieściopisarka i zagorzała czytelniczka, znajdując, gubiąc i odnajdując na nowo fabuły narzucone naszemu narodowi przez czas, historię i kulturę. Jej wydane u schyłku życia wspomnienia Rok magicznego myślenia (2005) i Błękitne noce (2011), poświęcone starzeniu się, żałobie i śmierci, ukazały jeszcze intymniej, jak żyjemy, i pozwoliły prześledzić nieuniknioną drogę życiową większości Amerykanek i Amerykanów.

3

Wydaje nam się, że znamy kobietę, która stoi za tymi książkami. W reportażach, podobnie jak w esejach i wspomnieniach, Didion wykorzystywała własne doświadczenia do tworzenia kontekstów i łączenia naszych narodowych i indywidualnych historii. Od samego początku dowodziła w swojej twórczości, że w życiu jednostki zawiera się życie epoki.

Zanim odkryjemy to, co wiemy o tej kobiecie, odnotujmy kilka rzeczy o pisarce. Po pierwsze, przywołajmy przykład jej "narracji", dobrze znanej bajki, która mówi nam, jak żyć. W wersji Didion księżniczka nie jest zamknięta w zamku ani w domu złej macochy, ale w "konsulacie". Wplatając to nieoczekiwane słowo w dobrze znany motyw, Didion podkreśla swoją literacką wrażliwość. Nie obchodzą jej magiczne królestwa. Woli zwiedzać ambasady, place otoczone barykadami i czołgami. Gdyby to ten głos oznajmił: "Jest prawdą powszechnie znaną", to od razu byłoby wiadomo, że zamiast szklanych pantofelków trzeba włożyć wojskowe buty. Taką prawdę łatwiej będzie znaleźć na wojskowym poligonie niż w sali balowej. I raczej nie będzie powszechnie znana. Prawdy każdego pisarza czy pisarki - Austen, Tołstoja czy Didion - mają swoje granice i szczególne tereny.

Po drugie, "obrazy" Didion to tak naprawdę żadne obrazy. Mówi nam, że oglądała pogrzeb Roberta Kennedy'ego "na werandzie hotelu Royal Hawaiian". "Pogrzeb" i "weranda" rzadko występują razem w zdaniu; Didion nie przytacza żadnych detali wizualnych i, co ważniejsze, żadnego kontekstu, który złagodziłby dziwaczność tego połączenia. Co robiła w Royal Hawaiian podczas pogrzebu Roberta Kennedy'ego? Czy była sama? Czy przed telewizorem zebrał się pogrążony w smutku tłum, by oglądać ceremonię? Czy telewizor ustawiono na stoliku z kutego żelaza w pełnym słońcu? Jaki sens ma droczenie się z nami tym hotelem, jeśli nie jest to celowa dezorientacja czytelnika?

Po trzecie, historia, którą Didion opowiada o matce porzucającej córkę przy ostatnim zjeździe z autostrady międzystanowej numer pięć w Bakersfield, stanowi odmianę pewnej szczególnej amerykańskiej narracji. Kiedy w Gronach gniewu Johna Steinbecka Joadowie wyruszyli w drogę, zjechali z trasy w pobliżu Bakersfield z nadzieją, że znajdą tam "pastwiska obfitości". Słynna scena finałowa w powieści Steinbecka przedstawia młodą matkę, która karmi piersią jak niemowlę głodującego mężczyznę - oto obraz matczynej hojności, podważany przez przytoczoną przez Didion relację z autostrady. Wstrząsająca historia matki z autostrady numer pięć zyskuje jeszcze większą, niemal mityczną moc dzięki echom narracji z powieści Grona gniewu, które w niej pobrzmiewają. Od czasów Joadów raj raptownie zgnił. Mówiąc szerzej, Didion podejmuje grę z całym gatunkiem amerykańskich opowieści drogi, z których wszystkie, od Kerouacowskiego W drodze po telewizyjny serial Route 66, w ten czy inny sposób nawiązują do powieści Steinbecka, grającej z wyobrażeniem Zachodu jako ostatecznego pogranicza.

Przytaczam te przykłady, by pokazać, że nawet jeśli Didion niepokoi się o postrzępione narracje, to sama je tka. Starannie kreśli historię, manipuluje szczegółami, wyznacza wyraźny kierunek i ma poczucie, kto tu rządzi - ona sama, rozedrgana, niepewna, ale żywa i przemawiająca wyraźnie zachodnim głosem. Jej kolaże nie są zszywane z przypadkowych skrawków. Jej drogi nie kończą się ślepym zaułkiem. Jej narracyjne załamania okazują się mirażami. Każdy element pasuje, często tworząc mniej lub bardziej konwencjonalne wzory.

4

W przedmowie do Political Fictions Didion mówi nam, że spędziła dzieciństwo i lata licealne wśród "konserwatywnych kalifornijskich republikanów" w Sacramento, "w czasach powojennego boomu gospodarczego". Innymi słowy, dorastała w rodzinie z dobrymi koneksjami, otoczona przez Okiesów[1] i im podobnych, którzy przetrwali "grona gniewu", którym udało się uciec z pól owocowych i osiągnąć skromny dobrobyt, kupując kilka akrów ziemi uprawnej, pracując dla stoczni, firm lotniczych, na poligonach doświadczalnych czy też na innych obszarach rozwijającego się kalifornijskiego przemysłu obronnego. Amerykańska obietnica - w postaci wojny i idącego za nią ożywienia gospodarczego - przyniosła bezpośrednie korzyści tym rodzinom oraz tym, którzy, jak Didionowie, byli mocno związani z ziemią. Wszyscy oni mieli powody, by wierzyć w "narrację", gdy rozgorzała zimna wojna, a amerykańskie konsulaty rozlokowały się w regionach, które wyzwoliliśmy lub podbiliśmy. Jak pisze David Beers, syn pilota myśliwca, w pamiętniku Blue Sky Dream (Sen o błękitnym niebie), Sputnik był "szczęśliwą gwiazdą" dla dzieciaków z powojennej Kalifornii, "jego pojawienie się w ciemności stanowiło migotliwą, pikającą zapowiedź tego, że niczego nam nie zabraknie". W latach pięćdziesiątych ustawa o weteranach, nazywana G. I. Bill, kredyty mieszkaniowe i wydatki rządowe na rozwój informatyki, lotnictwa i inwestycji zagranicznych stworzyły coś, co Beers nazywa "Plemieniem Błękitnego Nieba" - nową klasą średnią, która czciła "Boga [popierającego] postęp osobisty i narodowy" i która wierzyła, że będzie żyła długo i szczęśliwie na nieskazitelnie czystych, wolnych od przestępczości przedmieściach. Ci, których zaproszono do tego plemienia - ludzie, wśród których wychowała się Didion - prosperowali w warunkach nowej gospodarki i głosowali na konserwatystów, by ją utrzymać, aż do załamania się marzeń w latach osiemdziesiątych.

4

We wczesnym eseju zatytułowanym John Wayne: A Love Song (John Wayne: pieśń miłosna) Didion naszkicowała inną wersję tej szczególnej westernowej narracji. Jak napisała: "John Wayne przegalopował przez moje dzieciństwo", definiując "na zawsze kształt części moich marzeń". Zasugerował "miejsce, które mężczyzna może swobodnie przemierzać, gdzie może stworzyć własny kodeks i zgodnie z nim żyć; świat, w którym, jeśli zrobi to, co do niego należy, może pewnego dnia zabrać dziewczynę, wyruszyć z nią konno przez dzikie ostępy i znaleźć sobie wolny dom (...) w zakolu bystrej rzeki, wśród topoli mieniących się w słońcu o świcie".

Później, gdy Didion twierdziła, że przestała rozumieć narrację, nie odnosiła się do kwestii abstrakcyjnych, jak to czyniło wielu jej współczesnych, do szaleństwa lat sześćdziesiątych, przewrotów społecznych związanych z protestami przeciwko wojnie w Wietnamie, rewolucji seksualnej czy ruchu praw obywatelskich, choć te wydarzenia ją poruszyły. Opłakiwała utratę bardzo konkretnej historii, z jasną rzeką i topolami, ze srebrzystymi gwiazdami satelitów opromieniającymi bogactwem oswojony i umiarkowany Zachód.

Przyczynom jej straty też daleko było do abstrakcji czy mętności w rodzaju stwierdzenia, które nasz naród powtarzał w każdej dekadzie swojego istnienia, jakoby Ameryka "straciła niewinność" (ile razy można tracić niewinność?). Nie. Didion jest równie precyzyjna w reportażu, jak w retoryce i frazeologii. Dla niej wszystko przestało się układać, gdy John Wayne, który zawsze i na zawsze "miał wydawać rozkazy", zachorował na raka. Niespodziewane pęknięcie w historii. "Nie wyrosłam na kobietę, która mogłaby zostać bohaterką westernu - ubolewa Didion - i chociaż znani mi mężczyźni mieli wiele zalet i zabierali mnie w różne miejsca, które pokochałam, to żaden z nich nie był Johnem Wayne'em".

Jeszcze później była "zszokowana i do pewnego stopnia osobiście urażona entuzjazmem, z jakim kalifornijscy republikanie (...) odrzucili autentycznego konserwatystę [Goldwatera]" i pospiesznie "przyjęli Ronalda Reagana", jej zdaniem człowieka mniej pryncypialnego. Zarejestrowała się jako wyborczyni demokratów, jak twierdziła - jako pierwsza i być może jedyna osoba z jej rodziny. Didion nie wylicza swoich zastrzeżeń wobec Reagana, ale daje do zrozumienia, że mimo póz rodem z westernu nie był z niego żaden John Wayne.

Kiedy sen się nie ziści, przez jakiś czas wydaje się, że nic nie ma sensu. Ale Didion nigdy nie prezentowała się jako naiwna dziewczyna o szeroko otwartych oczach. Przyznaje, że nawet gdy zakochała się w tajemniczym wizerunku Johna Wayne'a, rozumiała, że świat "pełen jest podłości, zwątpienia i paraliżujących wieloznaczności".

Jej proza obfituje w takie drobne uniki: subtelną pewność w obliczu wątpliwości, sugestię, że nie znamy kobiety stojącej za książkami tak dobrze, jak nam się wydaje. Po części impuls do takiego kluczenia odzwierciedla jej zachodnie wychowanie (pochodziła z rodziny hazardzistów). "Myślę, że ludzie, którzy dorastali w Kalifornii, wykazują więcej tolerancji dla apokaliptycznych wyobrażeń" - powiedziała kiedyś, mając na myśli trzęsienia ziemi, powodzie i pożary. "Jednak równolegle z akceptacją pojęć określających to, że świat dramatycznie się kończy, pojawia się przekonanie, że świat nie może się nie rozwijać i stawać coraz lepszy. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że sytuacja nie ulega poprawie, a takie właśnie myślenie stanowiło część życia w Kalifornii". W głębszym sensie paradoksy w jej pisarstwie sugerują, że tak naprawdę interesuje ją język, jego nieścisłość i iluzoryczność, to, jak słowa implikują własne przeciwieństwa, i to, w jaki sposób historie, zwłaszcza te, które mówią nam, jak żyć, są opowiadane albo nie. Mimo fascynacji polityką amerykańską, która pozornie stanowi temat większości jej tekstów, najbardziej fascynuje ją polityka językowa George'a Orwella. Cała twórczość beletrystyczna Didion nosi ślady krytyka literackiego, tak jak w jej późniejszych esejach pobrzmiewają echa dziewiętnastowiecznego powieściopisarstwa - wszechwiedzący, moralny głos. I jeśli w latach sześćdziesiątych zamiłowanie do struktury narracyjnej doprowadziło Didion do poczucia zdrady (żeby czuć się zdradzonym, trzeba najpierw intensywnie kochać), to ta sama miłość pozwoliła jej na nowo odkryć spójną i ciągłą amerykańską historię.

5

Didion tęskni za prostą opowieścią. Taką z morałem, z jasnym początkiem, środkiem i końcem. Wyprawą z punktem docelowym. Fabułą jak z filmu Johna Wayne'a. Ale wie też, że taka opowieść nie pomieściłaby czegoś tak rozległego, różnorodnego i zmiennego jak amerykańskie życie. "Pastwiska obfitości" na zawsze pozostaną nieuchwytne. Dlatego zarówno w jej literaturze faktu, jak i w beletrystyce punkt ciężkości spoczywa nie na upragnionej opowieści - która nigdy nie będzie w pełni opowiedziana - ale na samej tęsknocie. Na wrażliwości Didion. Na ironii, która kształtuje jej dezorientację i pragnienie, na jej zawiedzionych nadziejach.

Na kartach książek wrażliwość Didion jest zarówno indywidualna, "pasywna", "dziwna, skłócona", jak i wspólnotowa. Autorka próbuje przemawiać w imieniu nas wszystkich, stosując pozornie autodestrukcyjną strategię opierania własnego autorytetu na słabości. Zgodnie z monteskiuszowską tradycją konfesyjną Didion z góry przyznaje się do własnych ograniczeń i rozterek, dzięki czemu czytelnicy czują, że mają do czynienia z niezwykle szczerą mówczynią. "Chcę, żebyście, czytając mnie, wiedzieli dokładnie, kim jestem, gdzie jestem i co mam na myśli" - czytamy w książce The White Album. "Chcę, żebyście dokładnie zrozumieli, co dostajecie: kobietę, która od pewnego czasu czuje się diametralnie wyobcowana z większości idei, które najwyraźniej interesują innych ludzi". To pełne autoironii stwierdzenie jest jednocześnie stanowczą deklaracją. Z retorycznego punktu widzenia jego funkcja polega na ustanowieniu narratorki kimś o wyjątkowej świadomości, komu izolacja pozwala lepiej niż komukolwiek innemu wniknąć we współczesne życie. Jest outsiderką, której szczególna, nieskażona perspektywa upoważnia do publicznego zabierania głosu. Nasza reakcja na tę postać mówi nam mniej o kobiecie stojącej za książkami niż o nas samych.

Przypomnijmy sobie pogrzeb Roberta Kennedy'ego oglądany na werandzie hotelu Royal Hawaiian: czy to spojrzenie Joan Didion? Może tak, może nie. Ale temu detalowi przyświeca literacki cel. Amerykańskie hotele, podobnie jak amerykańskie konsulaty, są ostojami amerykańskich wartości, zwłaszcza w starych kolonialnych miejscach. Hotele często pojawiają się w twórczości Didion. Pasują do jej osobowości. Tworzą kontrasty (dom i niedom, wolność, ograniczenia i samotność), pozwalając jej łączyć publiczne rytuały z prywatnymi spostrzeżeniami i lokalną polityką - niekoniecznie po to, by dzielić się własnym życiem, ale po to, by odsłonić wspólnotowe prądy, punkty zwrotne. Nasza reakcja na nią jest w ogólniejszym sensie sprawdzianem naszych zasad i obaw.

Jeszcze jedna refleksja, którą warto mieć na uwadze, bo jeszcze do niej wrócimy: po upadku wież World Trade Center wielu komentatorów i komentatorek, w tym Michiko Kakutani, recenzentka książek dla "New York Timesa", i Graydon Carter, redaktor "Vanity Fair", zastanawiało się, czy nastąpiła śmierć ironii. Nikt nie miał ochoty się śmiać. Polityczny cynizm wydawał się nieczuły, a może nawet niepatriotyczny. Zamachy i późniejsza debata nad reakcjami nie stanowiły wyzwania dla literatury, które Didion podejmowała od lat sześćdziesiątych.

Political Fictions, dyskredytująca zepsucie amerykańskiej klasy rządzącej, trafiła do księgarń w dniu, w którym runęły wieże. Ironia? Przykład tego, dlaczego ironię powinno się pogrzebać pod gruzami (w dobie kryzysu nie stać nas na głosy sprzeciwu)? Obraz samolotów pasażerskich z premedytacją rozbijanych o biurowce z całą pewnością nie pasował do żadnej wcześniejszej amerykańskiej narracji.

6

"Moje miejsce jest na krawędzi opowieści" - powiedziała kiedyś Didion. Z temperamentu jest czytelniczką, a nie reporterką działającą na miejscu zdarzenia czy dziennikarką goniącą świadków po ulicach. W 1976 roku podpisała kontrakt na relację z procesu Patty Hearst dla magazynu "Rolling Stone". Napisała do wydawcy, Janna Wennera, że obecność na sali sądowej w konkretnym dniu nie ma znaczenia dla tego, co pisze. Wennera ta wiadomość zaniepokoiła, ale Didion utrzymywała, że myśli o Hearst w kategoriach wyobrażenia o Kalifornii, a nie jako o oskarżonej w procesie. Zapowiedziała, że pewnie spędzi więcej czasu w bibliotece Bancroft niż na sali sądowej.

Przy każdej okazji podkreślała ograniczenia tradycyjnego dziennikarstwa: miejsca rzadko ujawniają swoją przeszłość, a ludzie zwykle nie mówią prawdy. Relacje z pierwszej ręki bywają w większości przewidywalne, samochwalcze i nijakie (szczególnie pogardliwie odnosiła się do "insiderskich" reportaży Boba Woodwarda, który często spoufalał się ze swoimi rozmówcami i którego wywiady, jak przekonywała Didion, to tak naprawdę przecieki od oficjeli manipulujących informacjami o przebiegu wydarzeń). Od autorki czy autora wymaga się raczej dokładnego zbadania publicznych dokumentów. Didion uważa, że powierzchnie rzeczy - deklaracje zawarte w umowach prawnych, ściany i podłogi stacji benzynowych czy szkół średnich - ujawniają tyle samo, o ile nie więcej niż ich środek. Nie znosi abstrakcji. Jest ostrożna w interpretowaniu zachowań jako oznak charakteru (uzależnienie, niepewność seksualna, rana psychiczna powtarzająca się w każdym nowym związku), szuka natomiast owocnych niespójności. Stąd staranna językowa konstrukcja Joan Didion, jej nacisk na kształtowanie tożsamości przez brutalny świat, na znaczenie działań i faktów - czy też, mówiąc ściślej, form przyjmowanych przez "fakty" (dokumenty, eseje, architekturę); jej niechęć, zwłaszcza we wczesnych pracach, do wydawania osądów czy dokonywania klasyfikacji.

Biorąc pod uwagę to nastawienie, Didion zostawia biografom oczywiste wyboje na drodze, przeszkody pogłębione przez pozornie autobiograficzny materiał w swojej twórczości: ile z nich można potwierdzić, odrzucić lub uzupełnić? Co jeszcze pozostaje do powiedzenia? W chwili pisania tego tekstu Didion wciąż żyje. Czy biografia żyjącej osoby ma sens? (W najlepszym wypadku może co najwyżej przygotować grunt pod późniejsze, bardziej pogłębione badania i z konieczności musi koncentrować się na wczesnym okresie pisarstwa). Czy można teraz zachować odpowiedni, niezbędny do oceny dystans? Miałem nadzieję, że te pytania ożywią niniejsze przedsięwzięcie, a nie je zniweczą.

Wyraziłem tę nadzieję Didion za pośrednictwem jej wydawczyni Shelley Wanger. Niebawem miały się ukazać Błękitne noce. "Joan jest pochłonięta przygotowaniami do premiery, na razie nie bierze pod uwagę rozmowy z biografem" - odpowiedziała Wanger, mniej więcej tak, jak się spodziewałem. Odparłem, że rozumiem; że zapytam ponownie w bardziej dogodnym momencie, wiedząc, że mogę pozostać dokładnie lub niedokładnie na krawędzi tej opowieści. Didion słynęła z tego, że wybiórczo dopuszczała do siebie dziennikarzy. W liście z archiwum Lois Wallace Literary Agency, datowanym na osiemnastego stycznia 1979 roku, Maryanne Vollers pyta pisarkę, czy zgodziłaby się na publikację poświęconego jej artykułu na łamach "Rolling Stone". Pod listem Vollers Didion odpisała ołówkiem, że nie będzie to możliwe. Innym razem odmówiła komuś zgody na cytowanie swoich utworów w pracy naukowej, uzasadniając to tym, że nie chce, by ludzie o niej pisali, a nawet więcej - nie chce wiedzieć, czy ludzie o niej piszą. Ponieważ w tym czasie pozwalała też na przedrukowywanie i omawianie swoich prac w antologiach literackich, jej odmowne decyzje nie były kategoryczne, a najwyraźniej podyktowane względami osobistymi.

W książce Rok magicznego myślenia opisała zdarzenie, które miało miejsce w recepcji szpitala NewYork-Presbyterian, w noc śmierci jej męża, kiedy pracownik socjalny określił ją mianem "twardej sztuki"5. Jej opanowanie uwidaczniało się w wywiadach, których udzielała przez blisko pół wieku, a w których niewiele o sobie mówiła, tworząc inną postać, nie do końca sprzeczną z Joan Didion z oficjalnych tekstów, ale też nie do końca z nią zgodną. W wywiadach Joan Didion była na ogół swobodniejsza, zabawniejsza - ale równie skłonna do uników. "Widocznie jestem zdolna powiedzieć wszystko!" - przyznała radośnie w 2011 roku podczas trasy promującej Błękitne noce, gdy zapytano ją o wymijające odpowiedzi udzielone w przeszłości. Raz po raz powtarzała konkretne anegdoty, pisarskie mądrości i wykalkulowane wyznania. Rozmówcy zawsze zwracali uwagę na jej wątłą sylwetkę i ściszony głos, niewiele głośniejszy od szeptu. Szczegóły się zgadzały, ogólnie rzecz biorąc, ale ich powtarzalność przyczyniła się do powstania czegoś, co dziś określamy mianem marki, a co po raz pierwszy wypromowała sama Didion. W przedmowie do książki Dryfując do Betlejem napisała: "fizycznie jestem tak nieduża i mam tak nienarzucający się sposób bycia, a do tego wyduszenie z siebie słowa przychodzi mi z trudnością wręcz neurotyczną".

To właśnie taką Joan Didion mieliśmy poznać, z wyłączeniem wszystkich innych, bez względu na to, co mówiła w wywiadach. Rzecz jasna, żaden reporter nie zdołał wydobyć z niej tego, czego ona sama nie chciała ujawnić. I słusznie. Ale trzeba pamiętać, że Didion nieustannie pracowała na własną markę. W Błękitnych nocach oświadczyła: "[Pisanie] teraz już nie przychodzi mi łatwo". To "już nie" pasowało do jej aktualnej narracji o zaniku (stanie, któremu przeczyły nieco siła i giętkość prozy), ale głębszym skutkiem tej wypowiedzi było wzmocnienie ikonicznego wizerunku. Czterdzieści trzy lata wcześniej napisała: "zawsze podczas pisania następuje u mnie taki moment, kiedy siedzę w pokoju dosłownie wytapetowanym falstartami i nie jestem w stanie połączyć ze sobą dwóch słów; kiedy wyobrażam sobie, że doznałam lekkiego udaru". Pomyślałem, że z taką twardą sztuką lepiej trzymać się na uboczu tej opowieści. "Między dociekliwym biografem a bohaterką czy bohaterem chcącym kontrolować opowieść o swoim życiu na pewno powstaną tarcia" - powiedział kiedyś Carl Rollyson, autor biografii Normana Mailera i Susan Sontag. Zresztą, dlaczego Didion miałaby nie sprzeciwiać się biografii? Znaczną część kariery poświęciła na obnażanie iluzoryczności większości konwencjonalnych znaczeń, jakie przypisujemy literaturze. Podziwiałem jej zaciętość w tej kwestii i zdawałem sobie sprawę ze sprzeczności, które krępowały moje przedsięwzięcie.

Ostatecznie postanowiła nie podejmować współpracy. W swojej twórczości przywiązywała taką samą wagę do tego, co właściwie "postrzegane", jak i do tego, co "rzetelnie zrelacjonowane" - chodziło o to, by "zrobić to dobrze", mówiła. Starałem się kierować jej wskazówkami, a także radami jej dawnego nauczyciela Marka Schorera, który w książce The Burdens of Biography (Brzemiona biografii) napisał, że tak naprawdę rzadko można ufać żywym świadkom. Biograf musi być "wyrobnikiem", "wykwalifikowanym uczonym" i "artystą", aby "wydobyć kształt z masy" - pisał. Nie roszczę sobie pretensji do artyzmu, ale proszę czytelników, by przyjęli kryterium Schorera: "[W]ierz tylko w sposób prowadzenia narracji i rozstrzygania jej wartości".

Postanowiwszy zająć się Didion, proponuję specyficzną odmianę biografii literackiej. W duchu zasady deklarowania czytelnikom "dokładnie tego, co dostaną", pozwolę sobie przedstawić założenia tego podejścia. Istnieje gatunek biografów, którzy obiecują wyjaśnienia, grożąc ujawnieniem sekretów opisywanej osoby, obiecują, że wyjawią wszystko. Ja do tego gatunku nie należę. Nie zamierzam też przesadnie polegać na teoriach psychologicznych. Kiedy dostaję prywatną korespondencję, pamiętniki, dzienniki czy szkice pisarza lub pisarki, podchodzę sceptycznie do ich treści, zwracając raczej uwagę na sposób jej przedstawienia. To właśnie konstruowanie wizerunku, nawet na użytek prywatny - lęki, zawirowania i pragnienia w każdym utrwalonym w zapiskach życiu - oferuje szerszy wgląd. Pisarka kształtuje swoje historie, ale prawdą jest również odwrotność tego twierdzenia. Dotyczy to zwłaszcza Joan Didion, którą najbardziej zajmuje natura narracji i która często mawia, że nie wie, co myśli, dopóki tego nie zapisze. "Kobiety, które wymyślamy, zmieniły bieg naszego życia tak samo jak kobiety, którymi jesteśmy" - napisała kiedyś. Jej twórczość nie tyle dostarcza nam informacji o niej czy wprowadza nas w błąd, a raczej "odgrywa" Didion na stronach książek, odtwarzając jej mentalne i emocjonalne rytmy. Każde poważne opracowanie na jej temat powinno dążyć do tego samego.

Co więcej, wierzę, że jej metody literackie będą miały takie samo zastosowanie do niej, jak do innych - Joan Baez, Nancy Reagan, Dicka Cheneya, "Joan Didion" z jej powieści - odsłaniając podłoże pod warstwami mitu, plotek, PR-u, autopromocji, polityki kulturalnej, sprzecznych wyobrażeń o ludzkiej naturze i celów biografii.

Centralne pytanie brzmi następująco: czy życie ujawnia sztukę, a sztuka życie? W biografii Dostojewskiego zatytułowanej Miraculous Years Joseph Frank stwierdził, że to "arcydzieła" sprawiają, że "życie jest warte opowiedzenia". Ja chciałbym raczej wysunąć na pierwszy plan arcydzieła mojej bohaterki, niż traktować je "jako dodatek do życia per se", a także prześledzić jej rozwój intelektualny.

Prowadząc poszukiwania, miałem na uwadze ograniczenia narracji, ale podobnie jak Didion, nie widzę powodu, by nie próbować tego, co może zakończyć się porażką. Jak nauczył nas Joseph Conrad, pisarz niezwykle ważny dla Joan Didion, nawet katastrofy statków bywają pouczające.

Czytamy powieści, eseje i pamiętniki, by poznać poglądy ich autorów i autorek na świat. Czytamy biografie pisarzy i pisarek, by zrozumieć, jak wykonywali swoją pracę i jak ta praca ewoluowała. Wybierając Didion jako bohaterkę, odżegnuję się od abstrakcji ("szaleństwo artystki"), unikam oklepanych wyjaśnień osobistych wybryków (alkohol, płeć, trauma, nawet jeśli wpływają na opowieść), ważę sprzeczne świadectwa i wertuję publiczną dokumentację w poszukiwaniu niedostatecznie opisanych faktów, wykluczających się szczegółów.

Przede wszystkim jednak, badając Didion, konstruuję biografię literacką jednocześnie jako historię kultury i historię jednostki. Czerpię inspirację z jej długiej i bogatej kariery: jej życie rzuca światło na jej epokę i vice versa. Gdyby było inaczej, biografia Joan Didion służyłaby jedynie zaspokojeniu chorobliwej ciekawości. Pisanie to świadectwo naszych czasów. Pewne wspomnienia nabierają blasku z wiekiem - dzień, w którym zabrano nas na pierwsze strzyżenie, dzień, w którym opuściliśmy dom, dzień, w którym szliśmy do ślubu - podobnie karty naszych współczesnych, ślady, jakie odcisnęli na naszym życiu, stają się coraz żywsze, gdy znikają bezpośrednie okoliczności, a na pierwszy plan wysuwa się wyjątkowość zapisu.

Rozdział trzeci

1

Kiedy siódmego grudnia 1941 roku na Pearl Harbor spadły bomby, Sacramento przystąpiło do mobilizacji. O drugiej po południu na McClellan Field setki samolotów Curtiss P-40 i B-26 Marauder szykowały się do lotu na Alaskę, gdzie miały zostać przygotowane do boju. Burmistrz Thomas Monk rozkazał służbom bezpieczeństwa pilnować wałów przeciwpowodziowych na wypadek ataku na stały ląd. Ósmego grudnia zarządził zaciemnienie całego miasta. Trzy dni wcześniej Didion skończyła siedem lat. Uroczysta atmosfera towarzysząca obchodom jej urodzin szybko się popsuła, a potem świat pogrążył się w mroku. Dawniej, wpatrując się w fale w San Francisco czy patrząc na Stinson Beach, Didion mentalnie przemierzała wybrzeża Hawajów. W umysłach dobrze sytuowanych Kalifornijczyków to miejsce było bardzo ważne: raj w zasięgu ręki. Ale teraz stało się tylko rozmazaną plamką w atlasie. Terytorium nazwane "Wojną". Po ataku na Hawaje ojciec Didion został oddelegowany przez Korpus Lotniczy Armii Stanów Zjednoczonych do odbycia podróży z fortu Lewis w stanie Waszyngton do Durham w Karolinie Północnej, a następnie do Peterson Field w Kolorado. Zabrał ze sobą rodzinę, przez co formalna edukacja szkolna Didion przebiegała nieregularnie od końca pierwszej do czwartej klasy. Dokumenty wojskowe wskazują, że Frank Didion wstąpił do Gwardii Narodowej w 1939 roku. Jego rodzina od dawna była związana z Gwardią; wuj Franka, Edward Reese, wyróżnił się podczas służby w jednostce szpitalnej Gwardii w San Francisco po ogromnym trzęsieniu ziemi i pożarze miasta w 1906 roku. Didionom nie umknęło bynajmniej, że zaciąg do wojska często stawał się przepustką do rozmaitych okazji biznesowych. Frank pozostał w wojsku przez większość życia, pracując dla Służby Nadobowiązkowej (Selective Service) jako oficer zaopatrzeniowy w Sacramento, uzyskując stopień majora w Korpusie Powietrznym, by w końcu przejść na emeryturę w stopniu podpułkownika w sierpniu 1965 roku.

Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do II wojny światowej, Frank, wówczas po trzydziestce, pozostał w swoim stanie, pomagając armii w rozliczeniach finansowych. A konkretnie: zamykał zaległe kontrakty z czasów I wojny światowej, otwierając drogę dla nowych interesów.

Dla Didion oznaczało to pożegnanie z przyjaciółmi i przyjaciółkami. Od tej pory czytanie nie będzie już dla niej zajęciem kojarzonym ze szkołą, ale czymś, co robi się samodzielnie, gdziekolwiek się jest: sekretną przyjemnością. "Postrzegałam świat w kategoriach rzeczy przeczytanych na jego temat - powiedziała. - Miałam literackie wyobrażenie o doświadczeniu i nadal nie wiem, gdzie są wszystkie kłamstwa".

W mieście Tacoma w stanie Waszyngton mieszkania w bazie, a nawet w mieście, były przepełnione z powodu nagłego przybycia tak wielu żołnierzy. Eduene usilnie starała się znaleźć lokum dla rodziny, każdego ranka udawała się do wojskowego biura kwaterunkowego, by starać się o wolny pokój. Didion pamięta, jak pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyła matkę płaczącą przed biurem kwaterunkowym. "Tymczasem mieszkaliśmy w hotelu ze wspólną łazienką - wspomina pisarka. - Znajdował się w niezłej części miasta. Nie uważam, że był to zły hotel, ale w tamtym okresie pokoje hotelowe niekoniecznie miały łazienki. Pamiętam, że matka wlewała całą butelkę środka dezynfekującego do wanny za każdym razem, gdy nas kąpała". W końcu Didionowie znaleźli pokój w pobliskim pensjonacie. "To taka przygoda - powiedziała Eduene do córki, siląc się na pogodny ton. - Czas wojny, historia, a wy, dzieci, będziecie kiedyś wdzięczne, że mogłyście to wszystko zobaczyć".

Wkrótce Frank został przeniesiony do Karoliny Północnej, gdzie na Uniwersytecie Duke'a miał porządkować dokumentację wojskową. Wyruszył sam. Eduene z dziećmi podążyła za nim jakiś czas później. Pojechali pociągiem na Union Station w Los Angeles, a stamtąd złapali kolejny, Sunset Limited linii Southern Pacific. Zatrzymali się w Nowym Orleanie i spędzili noc w hotelu St. Charles, znacznie lepszym niż ten, który znali z Tacomy. Pociąg po brzegi wypełniali wojskowi. Eduene i dzieci często musieli stać w sprzęgach między wagonami, wdychając dym i woń smaru. Pewnego dnia, gdy pociąg zatrzymał się na trasie wiodącej przez południowy zachód, wysiadł z niego młody marynarz, kupił butelkę coli dla Eduene i bransoletkę plemienia Navajo dla Joan. Eduene podziękowała mu uprzejmie. Nawet w tych trudnych okolicznościach starała się zachowywać stosowny wygląd. Miała na sobie bawełnianą garsonkę w kratę i czółenka, a czasem, gdy udało jej się je zdobyć - jak w Nowym Orleanie - wpinała we włosy białe gardenie. Córkę ubierała w kardigany i plisowane spódniczki. Jej zwykła "niedepresyjna" maska podczas podróży opadła nieco i zamieniła się w surowość usztywnioną przez wysiłek, by uniknąć upokorzenia. Jeśli chodzi o Joan, to pośród tego zamieszania jej zamiłowanie do dramatu znajdowało znakomitą pożywkę. Matka miała rację: to była przygoda. Marynarz opowiedział, że przeżył zatopienie okrętu USS Wasp.

W Durham Didionowie znów mieszkali w jednym pokoju, tym razem w domu należącym do baptystycznego kaznodziei i jego rodziny. Wieczorami Joan siadała na szerokiej drewnianej werandzie, słuchała cykad, popijała grapetę albo jadła lody brzoskwiniowe prosto z opakowania. Towarzyszyły jej tęgie córki kaznodziei, a ona liczyła na to, że będzie mogła się pobawić ich papierowymi lalkami z serii inspirowanej Przeminęło z wiatrem. Nigdy jej nie pozwoliły.

W upalne popołudnia inne dzieci z okolicy wślizgiwały się pod schody wiodące do domów i wyjadały gliniastą ziemię, używając kawałka surowego ziemniaka jako łyżki. Eduene powiedziała córce, że robią to z powodu zaburzenia zwanego pica. "Biedne dzieci tak robią" - powiedziała. Glina zaspokajała jakiś rodzaj głodu na coś, czego brakowało w ich normalnej diecie. "W Sacramento nigdy byś tego nie zobaczyła" - powiedziała Eduene z niepewnym poczuciem spełnienia.

W tym okresie wykorzenienia Didion czasami uczęszczała do miejscowych szkół, innym razem nie (całkiem opuściła drugą klasę). Później mówiła, że nie zdążyła przyswoić sobie pewnych podstawowych umiejętności, takich jak odejmowanie, którego nigdy nie opanowała. Nauczyła się na pamięć wiersza Na polach Flandrii na Dzień Pamięci o Ofiarach Wojny, przypinała na lekcjach sztywny czerwony mak do sukienki, ale nie widziała związku między bohaterstwem I wojny światowej, oglądanym na porysowanych taśmach filmowych wyświetlanych w szkolnej salce, a wojskowymi przepisami, których jej ojciec musiał przestrzegać w każdej nowej bazie.

Pewnego dnia, pod koniec pobytu w Karolinie Północnej, Eduene zauważyła, że jej synek Jim sięga po coś przez pręty kojca: był to wąż, mokasyn miedziogłowiec, który przepełzł przez pokój, a potem sam się oddalił, być może po to, by poszukać ochłody w cieniu pod schodami, gdzie dzieci z sąsiedztwa ściskały swoje surowe ziemniaki.

Na Peterson Field w Colorado Springs Joan po raz pierwszy zobaczyła wojnę. Rodzina znalazła tu wprawdzie przyzwoite mieszkanie - czteropokojowy bungalow - a Didion zaznała wreszcie trochę stabilizacji dzięki stałym lekcjom w Columbia School i drużynie skautek, warunki w samej bazie były jednak spartańskie, a jej funkcjonowanie odbywało się zgodnie z posępną precyzją wymaganą przy procedurach nadzwyczajnych. Lotnisko wciąż się rozwijało; spora część lądowisk miała charakter tymczasowy, a podmuchy wiatru wzbijały tumany kurzu, powodując uciążliwy ból oczu. Teren otaczały kryte papą koszary, a między nimi mieścił się niewielki klub oficerski. Didion spędzała tam późne popołudnia, wpatrując się jak zahipnotyzowana w sztuczny niebieski deszcz za barem. Mniej więcej w czasie, gdy przybyli tam Didionowie, pole dostało nazwę na cześć porucznika Edwarda J. Petersona, który rozbił się tutaj, gdy awarii uległ lewy silnik jego F-4. Wyciągnięto go żywego z płonącego samolotu, ale później zmarł od poparzeń. Didion słyszała opowieści o nim, szeptane, niekompletne i zdawkowe, i prawdopodobnie myślała o nim za każdym razem, gdy hałaśliwy B-24 Liberator lądował, a szyby w domu brzęczały. Przypomniała sobie potem, że napisała babci w liście o nowej nazwie lotniska i pamiętała, jak "piloci wciąż spadali, pikując w rozrzedzonym powietrzu Kolorado. Można było to poznać po tym, że słyszało się wozy ratunkowe". Ciężka praca, poświęcenie i groza: rytm konfliktu. Dni upływały pod znakiem niepewności. Domek był dość ładny, ale Eduene nie chciała rozpakowywać rzeczy należących do rodziny. "Jakie to ma znaczenie?" - zastanawiała się. "Rozkazy" mogły nadejść w każdej chwili i zmusić ich do powrotu. Czym były te "rozkazy"? Czy ktoś pukał do drzwi, przynosząc je sobą? Czymkolwiek były, wprowadzały w życie napięcie i przygniatały matkę Joan. Zdarzały się takie błękitne godziny, kiedy Eduene się budziła. Podczas garnizonowych przyjęć przy grillu wpinała kwiaty we włosy. Kazała córce podarować żołnierzowi mydło o zapachu kwiatu jabłoni na pożegnanie w dniu, kiedy został przeniesiony. Dała jej książkę Emily Post o etykiecie i nauczyła ją, jak przyjmować i odrzucać oficjalne zaproszenia. Powiedziała jej, że po wojnie przeprowadzą się całą rodziną do Paryża, a Frank będzie studiował architekturę na Sorbonie.

Na Peterson Field Didion poznała Johna Wayne'a. Doszło do tego w krytym blachą baraku, późnym popołudniem. Na zewnątrz wiał gorący wiatr, który poruszał żółtymi kwiatami orlików. Dudniły silniki bombowców B-24. Trwało lato 1943 roku. Film nosił tytuł Wojny drapieżców,a Wayne był miłością od pierwszego wejrzenia. Jego gesty, jego głos, jego szacunek dla kobiet, jego powolny stoicyzm... Jeśli to wszystko razem nie składało się na "rozkazy", to właśnie takie "rozkazy" powinny być. W tych niespokojnych czasach świat potrzebował właśnie tego, zdecydowanej obecności Wayne'a. Był bardziej pewny siebie niż mężczyźni, których Joan znała, ale jednocześnie cechował go ten znajomy, swobodny pionierski duch. Kiedy powiedział dziewczynie z filmu, że kupi jej dom w zakolu bystrej rzeki, Didion wiedziała, gdzie jej miejsce.

2

W esejach, wspomnieniach i wywiadach Didion zawsze bagatelizowała lata, które jej rodzina spędziła na tułaczce i nie traktowała ich jako czegoś, co wpływało na jej pisarski rozwój, my jednak nie powinniśmy tego wątku lekceważyć. Wiele doświadczeń, zarówno tych współgrających z jej wspomnieniami z Sacramento, jak i tych z nimi sprzecznych, zbiegło się wtedy, tworząc zalążek jej przyszłego stylu.

W Colorado Springs ogród należący do ich bungalowu przylegał do szpitala psychiatrycznego. Didion zabierała notatnik na jego teren i zapisywała fragmenty przepełnionych udręką dialogów. Omawiając swoje wspomnienia z tych wydarzeń w Błękitnych nocach, zakończyła je puentą stylistycznie przyjemną, ale frustrującą ze względu na brak oceny, jaki wpływ na jej emocje mogły mieć podglądanie i podsłuchiwanie cierpiących ludzi: "W tamtych czasach nie uważałam tego za nierozsądną alternatywę do pozostania w Sacramento i pójścia do szkoły". To zdanie, zgrabna retoryczna zagrywka, przypomina The White Album, napisany ponad trzydzieści lat wcześniej, kiedy to autorka pominęła własną diagnozę psychiatryczną. W tytułowym eseju powiedziała, że jej alienacja "nie wydaje się teraz (...) niestosowną reakcją na lato 1968 roku".

Relacja w Błękitnych nocach utrwala obraz samotnej, ogarniętej obsesją straty pisarki, który po raz pierwszy pojawił się w tekście O prowadzeniu notatnika. W eseju tym Didion odróżnia własne rozgoryczone "ja" od rozsądniejszych, lepiej przystosowanych osób z jej otoczenia - swojej matki, córki - w Błękitnych nocach pisze zaś, że w Kolorado jej czteroletni brat "badał okolicę i zawierał przyjaźnie", podczas gdy ona w samotności rozmyślała o mrocznych wydarzeniach w strasznym miejscu i snuła opowieści. Bez wątpienia częste przeprowadzki odizolowały ją, uczyniły z niej outsiderkę i pogłębiły jej naturalną rezerwę (od koleżanki z klasy usłyszała, że jest "śmieciem z wojska"). Niemniej zbliżały się głębsze zmiany.

Po pierwsze, nie tylko jej młodszy brat poznawał nowych przyjaciół. Wyprawy na teren szpitala psychiatrycznego nie zawsze odbywały się w samotności. Kilka razy towarzyszyła jej córka jednego z lekarzy. Dziewczynka również zabierała ze sobą notatnik i spisywała podsłuchane przez otwarte okna rozmowy. Na koniec dnia obie spotykały się i porównywały, której udało się wyszpiegować najlepsze kawałki. Pisanie stało się więc zajęciem o charakterze towarzyskim, a Didion chętnie rywalizowała w tej dziedzinie.

Ani na chwilę nie zapominała, że jest córką kobiety, która "wydawała herbatki", choć teraz przyszło jej mieszkać wśród baraków krytych papą, nieutwardzonych pasów startowych, samolotów szkoleniowych, ciężarówek i jeepów. Jej matka się nie myliła: Joan oglądała tu rzeczy, których nigdy nie zobaczyłaby w Sacramento, ale przez większość czasu nie była pewna, co właściwie widzi. Samo patrzenie już nie wystarczało. Akt patrzenia wymagał wyjaśnienia historii i oceny. Obce przedmioty, zdarzenia i szczegóły wystawiały na próbę jej zdolności opisowe, ale co więcej, Didion podglądała świat mężczyzn. Nie kusiło jej, by zostać chłopczycą, ale zauważyła, jak została rozpieszczona w Sacramento. Nic dziwnego, że wystarczyło kilka lat, by zainteresowała się Ernestem Hemingwayem. Urzekał ją nie tylko jego styl, ale i tematy, na które zwracał uwagę - z których wiele zdążyła już dobrze poznać.

Wytrwale i w pojedynkę Didion zaczęła wyznaczać sobie literackie cele. Była reporterką, podobnie jak niewidzialna Scarlet O'Neil. Stosowała skryte metody. Nie próbowała pisać historii wojennych, ale opowieści o ludziach dotkniętych wewnętrzną udręką.

Nie była to żadna "nierozsądna alternatywa" ani "niestosowna reakcja": od początku pewność stanowiła jedną z najmocniejszych stron Didion, bez względu na to, jak często temu zaprzeczała (z perspektywy czasu nazwała to "fałszywą odwagą"). Młoda kobieta, która na początku drogi zawodowej potrafiła napisać, że "od pewnego czasu czuje się całkowicie oderwana od większości idei, które zdają się interesować innych ludzi", to pisarka swobodnie przemawiająca własnym głosem, doświadczona i pewna siebie mimo deklaracji słabości, kobieta, która nie zamierza przepraszać za własny punkt widzenia.

Ten punkt widzenia ugruntował się w czasie wojny, gdy podążała za ojcem po całym kraju. Dopiero po wyjeździe z Sacramento mogła zacząć - świadomie lub nie - doceniać to, że jest kobietą z Zachodu o silnych zachodnich zapatrywaniach: tę postawę rozwijała coraz intensywniej w miarę dorastania, nabierając większej świadomości i wybierając pisarstwo jako swoje powołanie. "Jeśli chodzi o moje poczucie miejsca, to w tamtych latach idealizowałam Sacramento - powiedziała kiedyś. - Po prostu tęskniłam za domem i chciałam tam wrócić".

Nie oznaczało to, że w swoich literackich fantazjach odrzucała Manhattan; jedną z jej ulubionych rozrywek w bazach wojskowych było czytanie czasopism "Mademoiselle" i "Vogue". Pewnego dnia Colorado Springs "sparaliżował śnieg", jak wspomina Didion, a ona razem z matką przeglądała magazyn. ""Vogue" organizował konkurs dla uczniów ostatnich klas college'u, w którym można było wygrać wycieczkę do Nowego Jorku, a matka wspomniała, że to coś dla mnie, gdy osiągnę odpowiedni wiek".

Choć z początku pisarstwo kojarzyło się jej z izolacją i nieprzystosowaniem, to wspomnienie zachęty ze strony matki pokazuje, jak ważne były książki w tej rodzinie; Didion zyskała milczące przyzwolenie na oddawanie się przyjemnościom związanym z zapiskami w notatniku. Kilkoro członków rodziny matki pisało wiersze. Dziadek Didion po kądzieli, Herman Daniel Jerrett, z redakcyjną pomocą Eduene w 1915 roku opublikował w małym wydawnictwie w Sacramento niewielki tomik zatytułowany California's El Dorado Yesterday and Today (Kalifornijskie El Dorado wczoraj i dziś), z dedykacją: "Mojej drogiej matce, która wraz z rodzicami i krewnymi przemierzyła równiny własnym taborem złożonym z piętnastu wozów, opuszczając dawny dom". W 1963 roku, tym samym, w którym Didion opublikowała swoją pierwszą powieść, jej dziadek wydał książkę Hills of Gold (Złote Wzgórza), ponownie w małej oficynie w Sacramento, podejmując, jak sam powiedział, "kwestie historyczne o kontrowersyjnym charakterze".

W książce Where I Was From Didion określiła dziadka jako "niewinnego przybysza" z gór, jednak szczerze go uwielbiała. Często o nim myślała podczas lat dzieciństwa spędzonych na wygnaniu z Sacramento. Znaczenie jego działalności literackiej polegało nie tylko na tym, że pokazał jej, iż może być pisarką, ale także na tym, że nauczył ją odrzucać pewne złudzenia. Mimowolnie podał w wątpliwość dziedzictwo rodzinne. Na przykład w California's El Dorado Yesterday and Today nazwał kalifornijskie uprawy źródłem "entuzjazmu i dumy" dla stanu, a nawadnianie "niezbędnym do produkcji owoców". Pisał to jako jeden z największych właścicieli ziemskich w Kalifornii, którego pola były uzależnione od nawadniania, a jednocześnie jako dyrektor Loon Lake Water and Power Company, która ustalała zasady irygacji. Minęło wiele lat, zanim Didion zdołała dostrzec w tekście dziadka jego dbałość o własne interesy. Ten proces powtórnej lektury i analizy tego, co do tej pory wydawało jej się oczywiste, z czasem przyczynił się do powstania książki Where I Was From. Nawyk kwestionowania, porównywania tego, co wie, ze świeżymi doświadczeniami i alternatywnymi punktami widzenia, zaczął zakorzeniać się w Didion na dobre w drodze z Waszyngtonu przez Karolinę Północną do Kolorado.

Świat Didion pogrążył się w ciemności podczas zaciemnienia Sacramento kilka dni po jej siódmych urodzinach, ale mrok nabrał osobistego kształtu i wymiaru, gdy miała osiem lat i mieszkała w Kolorado. Pewnego dnia podczas ćwiczeń przeciwpożarowych w Columbia School, rozbolała ją prawa skroń, a Didion poczuła, jakby z jej wzroku "zniknął sam środek". Straciła też coś "mentalnie". To nie był zwykły ból głowy. Powiedziała potem, że doświadczenie wręcz ją przygniotło. Do szkoły wezwano jej matkę, a ta zabrała córkę do domu. Joan leżała w łóżku bez ruchu. Nie była w stanie rozmawiać. Po jakimś czasie Eduene zabrała ją do ambulatorium na Peterson Field, a lekarz Korpusu Powietrznego przepisał jej lewatywę, która nie uśmierzyła bólu.

Może jednak jej matka miała rację. Może Didion rzeczywiście potrzebowała ciszy pogrążonych w mroku pokoi i marudzenia niedzielnych ciotek.

Didion dowiedziała się, że jej babcia, matka i ojciec przez większość życia cierpieli na migreny - "moja rodzina przywiozła ze sobą na Zachód te potworne bóle głowy razem z nasionami". Ona także odziedziczyła po nich tę przypadłość. Dolegliwości nasiliły się w okresie dojrzewania i wczesnej młodości, a choć Didion w końcu nauczyła się żyć z powracającym bólem, nigdy się od niego całkowicie nie uwolniła. Jeszcze w 2011 roku powiedziała twórcy filmu dokumentalnego, który przeprowadzał z nią wywiad: "Mam teraz [migrenę]. Niektóre słowa przychodzą mi z trudem. Widzę cię, ale gdybyś trzymał w ręku tabliczkę z jakimś napisem, (...) najprawdopodobniej nie mogłabym go przeczytać".

"Wydawało mi się, że moim życiem nie da się kierować, bo w każdej chwili może je przejąć ból głowy" - powiedziała. Ta bezradność, spotęgowana niewiedzą, kiedy kolejny zestaw "rozkazów" znów wywróci życie rodziny do góry nogami, wprawiała Didion w niepokój, ale być może podsycała też jej obraz samej siebie jako przewrotnie "wyjątkowego" dziecka, znajdującego ukojenie w pisaniu. Nic tak nie motywuje, by "samotnie urządzać rzeczywistość po swojemu", jak nagłe napady bólu.

3

"Miałam poczucie, że żyjemy w jedynym możliwym dla nas miejscu, że zapłaciliśmy ogromną cenę za to, by tam być. To poczucie stanowiło część tego, kim byłam" - powiedziała Didion. Przed Waszyngtonem, Karoliną Północną i Kolorado nie kwestionowała "ogromnej ceny", jaką płacili jej przodkowie za trudy podróży przez kontynent. Kalifornia była "jedynym możliwym miejscem" dla jej rodziny, ponieważ jej bliscy tak ciężko walczyli tam o ziemię. Jednak po zwiedzeniu części kontynentu i powrocie do Sacramento okazało się, że ma zaległości w szkole. Didion, okrzyknięta w klasie "tą głupią" i odrzucona przez grupy, które zdążyły się zawiązać, gdy jej nie było, zaczęła dostrzegać, że to ona płaci "ogromną cenę" za to, że tam jest. Jej pochodzenie okazało się ciężarem i pułapką. Co stało się z obiecanym przez matkę Paryżem? Eduene powiedziała, że zdaniem jej męża rodzina miała obowiązek wrócić do Kalifornii.

Didion była szczęśliwa, że znów może patrzeć na płaski horyzont (te wszystkie góry i drzewa były strasznie klaustrofobiczne!), że może zimą biegać wśród mgieł i czuć na skórze letni upał. Z dziwnym zadowoleniem przyjęła opady deszczu tak obfite, że zalały Natomas, nisko położoną autostradę prowadzącą na lotnisko. Zdawało się wówczas, że ziemia dryfuje. "Gdy słońce zachodziło po naprawdę upalnym dniu, otwierały się nowe możliwości" - wspominała po latach.

Pod koniec 1943 roku Eduene wróciła z dziećmi do Sacramento. Frank pojechał do Detroit, gdzie miał dalej załatwiać kontrakty obronne. "Myślę, że matka po prostu nie miała już siły szukać kolejnego pokoju w Detroit" - powiedziała Didion. Cała trójka zamieszkała u matki i ojca Eduene, w domu przy Highland Avenue, a Frank służył do końca wojny. Didion uczęszczała do Arden School. - Szkoła została zbudowana na istnym odludziu - powiedział mi Kel Munger, reporter "Sacramento News and Review". "Była przeznaczona głównie dla dzieci ranczerów i farmerów - białych dzieci. Rzecz jasna, ci, którzy naprawdę pracowali w polu, byli Meksykanami, podobnie jak ich dzieci. Miasto zdecydowało się na integrację szkół dopiero wtedy, gdy Didion była dużo starsza.

W 1943 roku "istne odludzie" zaczynało już powoli przekształcać się w przedmieścia, ku wielkiemu niezadowoleniu Joan.

Didion nie zżyła się z żadnym ze swoich nauczycieli. Stwierdziła potem: "Bardzo szybko prysło przekonanie, że jestem mądrzejsza od innych". Czuła, że z powodu przeprowadzek "nie została uspołeczniona". W szkole zamknęła się w sobie. W domu nie potrafiła się rozchmurzyć. Niewiele łączyło ją z bratem, który uwielbiał gonić swojego psa boksera po ulicach czy polach i miał pogodne usposobienie.

Zdarzało się, że po szkole specjalnie spóźniała się na autobus i wracała do domu pieszo, by po drodze minąć przemysłową szklarnię. Cisza, zamknięte ciepło, to, jak ukośne szyby skupiały rozproszone światło słoneczne - wszystko to bardzo do niej przemawiało. Zaproponowała, że zapłaci pięć centów za bratka, mając nadzieję, że właściciel szklarni pozwoli jej spędzić tam resztę dnia. Ten odparł jednak, że to nie wystarczy. Didion "zużywała powietrze".

Z powodu migreny często leżała w łóżku. Podczas weekendowych wycieczek płakała i mówiła, że boi się wyciągu narciarskiego. Bała się rzek i zapadlisk, bała się węży, bała się przemocy w komiksach. Most na rzece Sacramento? Pewnego dnia miał się zawalić. Irytowała tym matkę. Eduene nie mogła jej obiecać, że zawsze będzie bezpieczna. Co znaczyły obietnice dla kobiety, która czuła, że nic nie ma znaczenia? Eduene siadywała w kuchni naprzeciwko córki, układając podwójnego pasjansa. Czy matka nie powinna nauczyć córeczki prasować? Pokazać jej, jak zrobić jajecznicę? "Jeśli nigdy się tego nie nauczysz, to nie będziesz musiała tego robić" - wyjaśniła Eduene, wzruszając ramionami i odkładając kolejną kartę na stos odrzuconych.

"Moja matka nie wiedziała, dlaczego jestem taka przygnębiona" - powiedziała Didion. We wczesnym eseju O powrocie do domu napisała: "Nie kłóciłyśmy się. Nic złego się nie działo. A jednak jakiś bezimienny niepokój zabarwił emocjonalny związek między mną a miejscem, z którego pochodzę". Z Eduene, również przygnębioną i często zdystansowaną, córka rozpoczęła "wojnę partyzancką", której nigdy nie rozumiały.

Z Detroit Frank przywiózł córce trzy jedwabne chustki kupione w domu towarowym J. L. Hudson Company. Sprzedawczyni powiedziała mu, że wszystkie modne dziewczęta noszą je teraz na szyi: jedna była pomarańczowa, druga brązowa, a trzecia szmaragdowozielona. Frank nigdy wcześniej nie kupował Joan prezentów - nie bez namowy żony. Didion była oszołomiona pięknem jedwabiu, a jeszcze bardziej tym, że ojciec uważał ją za młodą damę. Usiadła z nim do lunchu: jedli kraba i pili mrożoną herbatę podaną w srebrnym dzbanku. Była już dorosła, więc sięgnęła po dzbanek, by samodzielnie napełnić swoją szklankę, ale okazał się tak ciężki, że upuściła go, rozlewając herbatę po całym stole. To był błąd dziecka, a nie czyn młodej dziewczyny zasługującej na wspaniałe jedwabne chusteczki. Didion wybiegła i zamknęła się na klucz w swoim pokoju.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Rozdział pierwszy

1

Dawniej, zanim tradycja literacka zaczęła w naszej kulturze ulegać erozji, pisarze i pisarki sami wybierali swoją przeszłość. Zapraszali Wielkich Umarłych, z którymi rozmawiali, pod kołdrę, i siedzieli z nimi albo ich przytulali. Didion wcześnie została pisarką. Jeśli jako dziecko nie znała jeszcze swoich literackich towarzyszy, to potrafiła wychwycić cechy i rytmy, które jej odpowiadały. Przyszła na świat w czasach, gdy w kulturze dużo się działo, na którą wpływ mieli: Virginia Woolf (choć Didion nigdy się do niej nie przekonała) - Własny pokój ukazał się sześć lat przed narodzinami Didion; powstały Pożegnanie z bronią Ernesta Hemingwaya; Na dnie w Paryżu i w Londynie George'a Orwella i Czuła jest noc F. Scotta Fitzgeralda - dwie ostatnie książki ukazały się na kilka miesięcy przed tym, jak Didion po raz pierwszy otworzyła oczy; oraz kinematografia, piąty co do wielkości przemysł w Ameryce, związany z rodzinną Kalifornią Didion od czasu, gdy Carl Laemmle założył Universal Studios na dawnej kurzej fermie w San Fernando Valley.

A przynajmniej po latach takim właśnie powietrzem postanowiła oddychać Didion.

Jej prawdziwym dziedzictwem, zarówno po matce, jak i po ojcu, była mentalność pionierów jadących wozami na Zachód, aż do miejsca, z którego nie było już, dokąd jechać dalej: zgodnie z tym zwyczajem zmarłych zostawiało się tam, gdzie upadli, tak jak zostawia się za sobą przeszłość, i nie traciło się czasu na żałobę, bo zanim człowiek osuszył brudne łzy, jakaś niesiona wiatrem katastrofa zdążyła już zniszczyć działkę, o którą się starał. Oto romantyczna wizja dziedzictwa, z którym Didion przez całe życie będzie się zmagać i którą będzie obalać, choć nigdy nie osiągnie pełnej satysfakcji. W Kalifornii dziewczynki z jej epoki - urodziła się piątego grudnia 1934 roku - dowiedziały się o tragedii grupy Donnera, stanowiącej część mitu założycielskiego tego stanu, z książki zatytułowanej History of the Donner Party: A Tragedy of the Sierra (Historia wyprawy Donnera: tragedia w Sierra Nevada) autorstwa byłego nauczyciela i adwokata C. F. McGlashana. Książka ukazała się po raz pierwszy w 1879 roku - zanim legendy Kalifornii "okrzepły", jak głosi przedmowa do edycji wydanej w czasie, gdy Didion miała sześć lat. Tak naprawdę McGlashan już wówczas lukrował te legendy.

"Prześladuje mnie kwestia kanibalizmu grupy Donnera", powiedziała Didion Alfredowi Kazinowi w 1970 roku, ale relacja McGlashana, jedna z pierwszych opowieści poświęconych tym czterdziestu kilku osobom, które zginęły podczas burzy śnieżnej w górach Sierra Nevada w 1846 roku, z którymi mogła się zetknąć, "pozostawia wiele do życzenia", jak piszą George i Bliss Hinkle w przedmowie do wydania książki z 1940 roku: "Język jest przesycony sentymentalizmem, a obszerne fragmenty noszą znamiona stylu znanego z dziewczęcych sztambuchów z tamtej epoki, pełnych suszonych kwiatów i pamiątek".

Sentymentalizm McGlashana osładzał inne wersje tej opowieści, takie jak Snow Covered Wagons: A Pioneer Epic (Wozy w śniegu: pionierski epos) Julii Cooley Altrocchi, która ukazała się, gdy Didion miała dwa lata, i którą pokochały potem dziewczynki w jej wieku. Altrocchi uważała, że ta historia stanowi "na tyle ważną część zachodnioamerykańskiej historii, że warto ją przełożyć na inne formy - dlaczego by nie spisać jej wierszem?". W przedmowie do swojej książki-poematu napisała: "Dołożyłam wszelkich starań, by wiernie oddać wszystkie wydarzenia i wszystkich ludzi. Przyszłe badania mogą wykazać, że trzeba przesunąć to i owo w strukturze opowieści, ale wierzę, że całość jest zasadniczo zgodna z prawdą". Czytelnicy i czytelniczki tacy jak Didion, młoda, wrażliwa potomkini jednego ze współtowarzyszy Donnerów, tworzyli idealne grono odbiorców Altrocchi:

Foster zjadł na wpół gotowe serce Antonia (...)

To już nie jest ciało śmiertelników,

To ciało bestii zesłanej przez Boga

Piecze się w ogniu!

Z czasem Didion ujawni, zarówno jako dziecięca pisarka, jak i młoda profesjonalistka, że powodem, dla którego dręczyła ją sprawa kanibalizmu w grupie Donnera, był nie tylko tragizm i desperacja tej historii, ale także to, że można ją opowiedzieć "w innej formie". Można ją wystylizować. Być może jako dziewczynka nie rozumiała jeszcze tej koncepcji, ale doświadczyła jej mocy. Widać to wyraźnie w spokoju, z jakim przedstawia katastrofy, które ubarwiają jej najwcześniejsze teksty. W końcu wyrosła z sentymentalizmu twórców w rodzaju McGlashana czy Altrocchi, ale wątki opowieści o wyprawie Donnera, ujęte w mitycznej oprawie, już zawsze będą jej towarzyszyć. Z apokalipsy można wydobyć piękno, a pośród burzy zawsze znajdzie się odważna, etyczna osoba, która stawi opór wydarzeniom (często je uwieczniając).

Jako nieco starsza czytelniczka Didion już nie tylko chłonęła opowieści o pionierach, ale analizowała je, poznając kolejne tajniki rzemiosła. O tym, czego się nauczyła, opowiada w swojej książce z 2003 roku Where I Was From (Skąd pochodzę), będącej z pozoru medytacją nad historią Kalifornii. W miarę jak dorastała, choć - jak sama mówi - ciągle jeszcze jako dziewczynka, zaczynała sięgać do źródeł z pierwszej ręki, pamiętników i dzienników pionierów, także tych, którzy byli jej przodkami. Śmierć i odrodzenie, a także odkupienie, to zasadnicze tematy mitu przeprawy: stare życie musi zgasnąć, by mogło rozpocząć się nowe. To, że teraz rozumiała to jako zabieg literacki, nie zmieniało faktu, że przyjęła to również jako niemal biologiczną prawdę o życiu. Co więcej, zdała sobie sprawę z tego, co później określiła jako "problematyczną elizję lub wyolbrzymienie, wadę narracyjną, problem związany z punktem widzenia" w autobiografiach pionierów. Didion przytacza relację syna swojej praprababki Nancy Hardin Cornwall, który opowiada o chwili, gdy jego dziadek zostawił matkę, by wyruszyć w podróż przez kontynent: "Przygotował się do drogi i wszedł do salonu matki. Odprowadziła go, żeby się z nim pożegnać i patrzeć, jak odjeżdża konno. Powiedziała mu, że już nigdy więcej nie zobaczy go na tym świecie". Jako młoda, bystra czytelniczka Didion zaczęła się zastanawiać, kto jest świadkiem tych wydarzeń. Z czyjego punktu widzenia były opowiadane te historie? W książce Where I Was From napisała: "Rzeczywistego obserwatora, czyli oko kamery, często trudno jest zlokalizować", ale "powaga tak istotnego rozstania wymaga narracji. Sprzeczne szczegóły trzeba rozstrzygnąć". Owszem, jako starsza pisarka Didion ciężko pracowała nad rozstrzygnięciem sprzecznych szczegółów, jednak początkowo pociągała ją tajemnica, jak to zwykle bywa z dziećmi: tajemnica brakującego środka, zawrót głowy spowodowany rozłamami, dziwna właściwość polegająca na tym, że nie do końca wiemy, co się dzieje, a jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że jest to "decydujące".

Elizja, która po raz pierwszy pojawiła się w świadectwach pionierów, stanie się jednym z pierwszych znaków rozpoznawczych pisarstwa Didion. Dotyczyło to nawet gramatyki: często przesuwała podmiot lub orzeczenie aż na koniec zdania, trzymając czytelnika w napięciu, sugerując, że znaczenie - lub rozstrzygnięcie sprzecznych szczegółów - nie jest najważniejsze, bo chodzi o to, by potrząsnąć muzyką i rytmem pamięci.

A sercem tych historii zawsze był romantyzm! Kiedy w 1968 roku w przedmowie do Dryfując do Betlejem Didion pisała, że "pisarze zawsze kogoś wystawiają", czyż nie było to jedynie przywołanie stoicyzmu pionierskiej rodziny w obliczu decydującego rozstania? Pozostawiasz zmarłych za sobą (może nawet musisz ich zabić samodzielnie), by móc podążać dalej. Kiedy opowiadała historię matki, która zostawiła swoje dziecko na śmierć na autostradzie numer pięć, niedaleko ostatniego zjazdu w Bakersfield, czyż nie była to opowieść o przeprawie niczym z Gron gniewu: o porzuceniu najsłabszego członka rodziny i oczekiwaniu, że koła wozu zatrą jego ślady?

2

Pierwsza czytelniczka Didion, jej matka, Eduene Jerrett Didion, była potomkinią Nancy Hardin Cornwall. Nancy podążała na Zachód za grupą Donnera i Reeda wraz ze swoim mężem, Josephusem Adamsonem Cornwallem, prezbiteriańskim pastorem, który nie zgadzał się na porzucenie swoich książek na szlaku, gdy droga stawała się trudna, co często wyznaczało kierunek jego wędrówki. Być może doprowadziło to do tego, że wraz z żoną i dziećmi odłączył się od grupy w Humboldt Sink w Nevadzie i wyruszył w kierunku dzisiejszej Willamette Valley w Oregonie. Rodzina przybyła z Arkansas, a zatem byli to przodkowie Arkiesów i Okiesów, z którymi Didion uczęszczała do szkoły w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku; ironią losu (i kolejną zagadką do rozwiązania dla Didion) było to, że w czasach kryzysu potomkowie pierwszych imigrantów obarczali nowych przybyszów winą za upadek regionu.

Kiedy Josephus Cornwall poślubił Nancy Hardin, miał odziedziczyć ziemię jej ojca w Greenbrier w stanie Arkansas, ale czuł, że nie zasłużył na prawo do jej użytkowania. Nigdy jej nie uprawiał. Dlatego, kierując się twardymi zasadami zawartymi we wszystkich rodzinnych opowieściach, których słuchała Didion, wyruszył z żoną i dziećmi starym oregońskim szlakiem. Odłączywszy się od grupy Donnera i Reeda, podążył do Applegate Creek w Umpqua Valley i tam zbudował niewielki domek. Pierwszej śnieżnej zimy obywali się bez soli i chleba, ale przez pół roku zabili i zjedli czterdzieści dziewięć jeleni. W beznamiętnym, pasywnym stylu, charakterystycznym dla wielu historii rodzinnych spisywanych z obowiązku przez amatorów (styl ten, podkreślający dystans, pełen niedopowiedzeń Didion przejęła i uprawiała z doskonałym skutkiem), współpracująca z Oregon Biographies Project genealożka Diana Smith stwierdza, że zimą w Umpqua Valley "zapasy jedzenia wyczerpały się i [Cornwallowie] doświadczyli ogromnego cierpienia".

Na tym terenie mieszkało wówczas od trzech do czterech tysięcy rdzennych Amerykanów, członków plemion południowych Molallów, Siuslaw i Cow Creek Band z plemienia Umpqua. Smith pisze: "Indianie odwiedzali [Cornwallów] i rozglądali się po domu, aż pewnego razu ojciec pokazał im kufer wypełniony książkami, a oni nie ruszali pozostałych kufrów, myśląc zapewne, że też są pełne książek, z których nie mają żadnego pożytku". Po raz drugi zamiłowanie Josephusa do czytania prawdopodobnie uratowało życie jego rodziny.

W Dryfując do Betlejem, w eseju zatytułowanym O prowadzeniu notatnika, Didion twierdzi, że po raz pierwszy na poważnie zaczęła pisać w wieku pięciu lat, w notesie Big Five, który dostała od matki "wraz z praktyczną sugestią, by przestała marudzić i nauczyła się zajmować sobą, zapisując swoje myśli". Jej matka, przed ślubem asystentka bibliotekarki w Sacramento, zawsze zachęcała córkę do czytania. Didion zaczęła przygodę z literaturą od beletrystyki, opowiadania o kobiecie, która uroiła sobie, że umiera na arktycznym mrozie, po czym budzi się i stwierdza, że tak naprawdę płonie na Saharze. To dziecięce wyobrażenie o pokonywaniu trudnych terenów, wczesna świadomość ironii, "pewna skłonność do popadania ze skrajności w skrajność, która prześladowała mnie po dorosłość" - napisała Didion w eseju.

Powiedziała też, że prowadzeniem notatników tego rodzaju interesują się zazwyczaj "samotni i z uporem urządzający rzeczywistość po swojemu, niespokojni malkontenci, dzieci, najwyraźniej już przy narodzinach dotknięte jakimś przeczuciem czy stratą". Powątpiewała, że jej córka Quintana, która w momencie wydania eseju O prowadzeniu notatnika nie miała jeszcze dwóch lat, kiedykolwiek zajmie się pisaniem, ponieważ "jest wyjątkowo pogodnym i ufnym dzieckiem, zachwycającym się życiem dokładnie takim, jakim się jej ono jawi, dzieckiem wolnym od lęku zasypiania i wolnym od lęku budzenia się". Taki obraz Quintany był nieprawdziwy, o czym Didion z pewnością wiedziała nawet na tak wczesnym etapie dzieciństwa swojej córki. Quintanę poznamy później. Na razie jednak chodzi o to, że pisarka już wtedy uznała swoją słabość, która rozpoczęła się w kołysce i niemal natychmiast zaowocowała potrzebą pisania. Dla podkreślenia oddzieliła swoje niespokojne, odizolowane "ja" od "rozsądnej" matki i "ufnego" dziecka (wiedząc, że matka przeczyta ten esej i że Quintana też może go kiedyś przeczytać).

Nie ulega wątpliwości, że mity zachodnich pionierów, a także rodzinne dzienniki i pamiętniki stanowiły dla Didion jeden z pierwszych modeli rzemiosła pisarskiego. Jasne jest też, że opowieści o odwadze w obliczu gwałtownych życiowych burz pobudzały jej wyobraźnię. Jej wyobrażenie o odbiorcach jest mniej oczywiste. Kiedy słyszymy, że matka wspierała ją w pisaniu, przed oczami mamy przychylną czytelniczkę, kogoś, kogo pisarka chciałaby zadowolić, z kim mogłaby się swobodnie dzielić przemyśleniami. Trzydzieści pięć lat później, gdy Eduene już nie żyła, Didion wyjawiła, że jedna z najczęstszych odpowiedzi jej matki - na dowolny temat - brzmiała: "Jakie to ma znaczenie?". Rzadko odkurzała dom czy ścieliła łóżka, bo "zaraz znowu będzie się w nich spało". Choć miała "żarliwe poglądy na wiele spraw", sprawiała wrażenie, jakby w nic nie wierzyła. Zatem tak naprawdę pierwsza czytelniczka Didion była wycofana, pasywna i przygnębiona; niezainteresowana, a może nawet często obojętna. Trudna odbiorczyni. Być może była taka ze względu na swoje pionierskie dziedzictwo - jako dziewczynka z północy Sacramento Valley (urodziła się w Tehamie w 1910 roku) na własne oczy oglądała sprawiedliwość na rubieżach - trupy zwisające z wysokich drzew przed budynkiem sądu. Jednakże źródło temperamentu Eduene ma mniejsze znaczenie niż to, że Didion próbowała się z nim zmierzyć za pomocą notatnika, który otrzymała od tej kobiety. Pewna "skłonność do popadania ze skrajności w skrajność": co innego mogłoby dotrzeć do osoby, dla której nic nie miało znaczenia? Jak inaczej zapisywać wydarzenia dla kobiety, która wątpiła, że cokolwiek jest warte zapisu?

Eduene jest często w sposób niedopowiedziany obecna w prozie Didion. Na przykład w 1979 roku, w recenzji powieści Normana Mailera Pieśń kata, poświęconej między innymi życiu kobiet na pustyni, Didion napisała: "Autentyczny głos Zachodu (...) często słyszy się w życiu, ale rzadko w literaturze, a to dlatego, że gdy prawdziwie zna się Zachód, nie ma się najmniejszej chęci, by go zapisać". Łatwo dostrzec w tym zdaniu beznamiętny cień matki (i warto zastanowić się nad ironią kryjącą się w podarowaniu przez nią notatnika). Centrum zachodniego doświadczenia stanowi "ogromna pustka - pisała Didion - nihilizm sprzeczny nie tylko z literaturą, ale i z większością innych form ludzkiego działania, groza tak bliska zeru, że ludzkie głosy zanikają, oddalają się, jak znaki na niebie". Mailer w swoim spojrzeniu na kobiety Zachodu zaimponował Didion niezwykłą trafnością: bohaterki jego książki są silne, przygnębione, niechętnie przywiązują wagę do słów. "Niewiele je zaskakuje. Nie wierzą, że można wpływać na wydarzenia. Przez ich życie zdaje się hulać pustynny wiatr".

Jako córka takiej kobiety Didion mogła czuć, że żyje "jednym z tych żyć", tak powszechnych na Zachodzie, "w których narracja nie przyniosłaby żadnego dodatkowego znaczenia". W eseju o notatniku deklaruje ułomność i przedstawia się jako słabe ogniwo rodziny, to, które porzucono na szlaku, być może postrzegając samą siebie oczami matki. Ale była też ocalałą, reporterką, tą, która zapisała stratę. "Zdążyłam już stracić kontakt z kilkoma osobami, którymi byłam" - napisała pod koniec tekstu. I: "opisując innych, próbujemy wytropić samych siebie". "Przeczucie straty", które dotyka pisarzy (i dzieci zachodnich matek), to dotkliwa świadomość nadchodzącej zmiany i śmierci, wyraźna niczym barwa dnia lub zimny błękit pustej butelki po lekarstwach wyrzuconej z krytego wozu. Porzucenie słabych to zrzucenie naszej własnej skóry. Pozostawiamy więc swój ślad na szlaku, choć dla tych, którzy przyjdą po nas, nie ma to większego znaczenia. Wygięta gałązka. Krąg z kamieni. Słowo na piasku. To stąd pochodzę.

Didion nigdy nie zapomniała, że jest mieszkanką Zachodu, nigdy nie wyrzuciła z pamięci charakterystycznej dla tutejszego języka gramatyki i jej związku z określonym światopoglądem. W Sacramento Valley w latach jej dzieciństwa powszechnie spotykano grzechotniki. Stanowiły nieodłączny element raju, do którego tęsknili jej przodkowie. Dlatego nauczyła się zrównywać fakty z obiektami na ziemi, a właściwe zachowanie - etykę, moralność - z ich umiejscowieniem. W tym świecie abstrakcja mogła cię zabić. Nie wolno było spuszczać węża z oka, żeby nie mógł cię zaskoczyć. Jako dziewczynka Didion przełożyła tę radę na pisarstwo. Nie ociągaj się i nie pomijaj faktów. Jeśli je przeoczysz, to wyłonią się znienacka i cię ugryzą. Jeśli zobaczysz grzechotnika, zabij go, by nie szkodził innym. Ten "kodeks Zachodu" wpoił Didion jej dziadek (były górnik z Sierry). Dla niej stał się on kodem językowym: dbaj o szczegóły. Nieprecyzyjne formułowanie wypowiedzi było nie tylko niechlujne, ale i niebezpieczne.

3

Kiedy Didion była mała, węże przemykały po jej rodzinnym cmentarzu, ale rzadko zapuszczały się w pobliże nagrobków, do czasu, gdy weszła w wiek nastoletni, a wandale zaczęli niszczyć groby. Ten proceder osiągnął niepokojące rozmiary na początku lat osiemdziesiątych, kiedy ktoś wykopał i ukradł czaszkę. Cmentarz imienia Matthew Kilgore'a, położony na wschód od Sacramento w Rancho Cordova, gdzie po II wojnie światowej Aerojet General produkował rakiety, został nazwany na cześć pradziadka Didion. Opuścił on Ohio i osiedlił się w Sacramento w 1855 roku. Jego potomkinią była Ethel Mira Reese, która pierwszego stycznia 1908 roku wydała na świat ojca Didion, Franka. Na działce w pobliżu American River Grange, wśród krzewów ognika, oleandra i jeżyny, na terenie, gdzie kiedyś znajdowała się ponadsześćdziesięciohektarowa farma Matthew Kilgore'a, mieści się dwieście czterdzieści pięć mogił.

Na cmentarzu Kilgore'a Eduene Didion, wyzbywając się swojej zwyczajowej powściągliwości, uświadomiła córce, co oznacza bycie Kalifornijką w piątym pokoleniu: sens ten krył się w ofiarach wyrytych w kamieniu śmiałymi pociągnięciami dłuta; w słowach takich jak wiara, wierność, odwaga i uczciwość. Przodkowie Didion przybyli po dobrodziejstwa tej krainy, przelewali krew wśród jej kwiatów, a ich pochówek w jej ziemi ją namaszczał - tak głosiła historia. Będąc już dorosłą, Didion dowiedziała się, że rodzinny cmentarz sprzedano w ramach nieprzyjemnego postępowania upadłościowego, podobnie jak wiele innych rancz w dolinie, rozparcelowanych i wystawionych na licytację. To tyle, jeśli chodzi o świętą ziemię. W listopadzie 2011 roku, gdy Didion opowiadała publiczności w Los Angeles o dniu, w którym matka poinformowała ją o sprzedaży cmentarza, załamał jej się głos. To była "sprzedaż tego, co chciałam uważać za swoje dziedzictwo" - powiedziała. Koniec bajki, "całkowity krach narracji". W ramach tego krachu, obok cmentarza Home of Peace w Sacramento, powstał warsztat samochodowy American Auto Wreckers, z którego wyciekł płyn niezamarzający i rozprzestrzenił się na najstarsze żydowskie groby na zachód od rzeki Missisipi; w połowie lat pięćdziesiątych szczątki ponad pięciu tysięcy pionierów zostały ekshumowane z cmentarza Helvetia i umieszczone w zbiorowych mogiłach, by umożliwić rozbudowę miasta. Potem stare nagrobki walały się po podwórkach, gdzie wśród nich bawiły się dzieci. Być może to wówczas matka Didion zaczęła tracić resztki wiary w obietnicę, jaką dawała Kalifornia. Jej depresja pogłębiała się, a wraz z nią ponura zawziętość. W kolejnych latach groziła, że "lada moment wyjedzie ze stanu. Po prostu o nim zapomni" - wspominała Didion.

W dzieciństwie Didion nauczyła się od matki szacunku dla pionierskiej przeszłości, uroczystego pielęgnowania pamięci o tych, którzy byli przed nią. Eduene mogła wątpić, że cokolwiek jest warte zapisu, ale jako matka musiała przestrzegać rodzinnych rytuałów; od przywiązania do przeszłości zależała pozycja społeczna rodziny. Obowiązkiem potomka była dbałość o pamięć o starszyźnie rodu w postaci wyrytych inskrypcji, zapisków w dziennikach, a także przechowywanie przedmiotów, jakie po sobie zostawili - tkanin, kołder, wygładzonych kamieni i butelek z niebieskiego szkła, które wypełniały ciemne pokoje w rodzinnych domach Didion. Kołdra, kartka prozy: obie były talizmanami, przypominały o tym, co jest, a czego już nie ma. Być może właśnie dlatego Didion sama nie prowadziła dziennika: nauczono ją, że pisanie nie służy wyrażaniu siebie czy oddawaniu się przyjemnościom; pisanie to historia.

Na cmentarzu Kilgore'a, klęcząc w cieniu granitowych iglic, Didion zobaczyła, jakie koszty trzeba ponieść, pochodząc z tego miejsca, widziała cierpienie rodziców, którzy starali się upamiętnić dni swoich dzieci, umieszczając na nagrobkach napisy: "Nasze skarby", rok i dziewięć tygodni, dwa lata i dziesięć miesięcy, urodzone martwe, ledwo zawitały i zaraz zniknęły.

Trudno o precyzyjniejsze zwroty niż te, które pojawiają się na nagrobkach. Ukochana Córka, Żona i Matka, Urodzona, Zmarła. Fakty ostre jak atak węża.

Gdy Didion miała dwanaście lat, a już od szóstego czy siódmego roku życia bazgroliła w notatnikach, odkryła podobny, ostry styl pisarski u Ernesta Hemingwaya. Chodziła do miejscowej biblioteki z karteczką od mamy, że może wypożyczać "dorosłe" książki (w wypożyczalni miała swobodę, ale "nie wolno jej było słuchać radia, bo leciały w nim straszne rzeczy" - czyli pozostałości po II wojnie światowej). Najczęściej czytała biografie. "Myślę, że biografie są bardzo ważne dla dzieci" - stwierdziła później. "Opowiadały o tym, jak wydostając się z beznadziejnego położenia, w którym się znajdowałam, stać się, powiedzmy, Katherine [sic] Cornell". Ale potem przeczytała pierwszy akapit Pożegnania z bronią. Wzięła książkę do domu i przepisała go na masywnej maszynie do pisania Olivetti Lettera 22. Cztery zdania, cztery przecinki, sto dwadzieścia sześć słów, z których tylko dwadzieścia trzy zawierały więcej niż jedną sylabę. Po raz pierwszy rytm innego pisarza wypełnił ją jak przypływ, a ona poddała się temu ruchowi. Pobrzmiewał w tym podniosły ton, jaki można usłyszeć podczas pogrzebu. Podobnie jak w opowiadaniach o pionierskich przeprawach, z którymi zetknęła się wcześniej, siła prozy Hemingwaya brała się głównie stąd, że pomijała informacje i rodziła wiele pytań. "Późnym latem którego roku? Jaka rzeka, jakie góry, jakie wojska?" - pytała samą siebie. W przeciwieństwie do pionierów tworzących mity Hemingway unikał abstrakcji. "Słowa: "święty", "chlubny", "ofiara" i "nadaremnie" zawsze wprawiały mnie w zakłopotanie - pisał. - Nie zobaczyłem nic świętego, rzeczy chlubne nie miały w sobie żadnej chluby..."6. I dalej: "Istniało wiele słów, których nie sposób było słuchać, i w końcu jedynie nazwy miejscowości miały jakąś godność". To było nowe spojrzenie na przeszłość - o czym tak naprawdę opowiadałyby te historie, gdyby wymazać z nich słowa "poświęcenie" i "odwaga"? Gdyby pozbawić te historie nazw konkretnych miejsc? W miarę jak Didion czytała coraz więcej Hemingwaya - ucząc się pisania na maszynie poprzez kopiowanie jego "magnetycznych" słów - hartowała własny styl. Zaczęła słyszeć mocniejszą muzykę, dostrzegać w pisaniu wyższy cel, wykraczający poza zwykłe prowadzenie zapisków, choć impuls do notowania wszystkiego pozostał, wraz z nawałnicą i postacią w samym jej centrum. Jak napisała Virginia Reed, ocalała z wyprawy Donnera, w liście do jednej ze swoich kuzynek, który to fragment Didion bardzo ceniła i mogła uznać za swoje credo: "Nie opisałam ci nawet połowy naszych nieszczęść, ale napisałam ci dość, byś wiedziała, co to za nieszczęścia".

Wstęp do polskiego wydania

Mentalne i emocjonalne rytmy Joan Didion

Jak myślała Joan Didion? Na przykład jak długo myślała o akcesoriach, zanim wyszła na poranny spacer do Central Parku? Ten spacer, o którym pisała w Roku magicznego myślenia. Codzienna włóczęga, na którą zabierała dokumenty w razie swojej nagłej śmierci wywołanej żalem za umarłymi. W tamtym czasie Didion czytała o żałobnikach uśmierconych tęsknotą. O ludziach i bohaterach literackich, takich jak Hermann Castorp - ojciec protagonisty Czarodziejskiej Góry Thomasa Manna - który umiera z żalu po stracie żony. A ona traci wielu: ojca, matkę, męża, córkę. Traci też na wadze i jak "głodomór" z opowiadania Franza Kafki pod tym samym tytułem, z tych strat, głodzenia się i znikania czyni sztukę. Didion interesuje bowiem niewidzialność ciał i słowa, które zamieniają brak w dziwną obecność. To prawda, że śmierć bliskich nakreśliła kierunek jej zainteresowań. Didion wczytywała się w Żałobę i melancholię Freuda, w specjalistyczne teksty Melanie Klein poświęcone psychoanalizie osób po stracie oraz w Smutek C. S. Lewisa. Pisała intymne eseje o rozpaczy, tęsknocie i poczuciu winy. A mimo to jej żałoba pozostała prywatna. To szczelina, rana, której nie sposób dotknąć.

Wróćmy jednak do porannego spaceru i lęku, który nie dotyczy tego, co już stracone, ale tego, co jeszcze jest do stracenia. Didion zdaje relację z tych wyjść tuż po przebudzeniu, tuż po śmierci bliskich i z tych obsesyjnych myśli, by pamiętać o drobiazgach, takich jak dokumenty potrzebne do zidentyfikowania ciała na wypadek nagłej śmierci. Czy da się myśleć o akcesoriach i innych detalach, gdy umierają ci bliscy? Albo inaczej: czy da się wtedy myśleć o czymkolwiek innym? A Joan nadal myślała i pisała. Strata zniszczyła wiele, ale nie zniszczyła jej jako pisarki. Autorka Błękitnych nocy pisała dalej: coraz mocniej, odważniej, gęściej. Bo w jej przypadku lękliwa odwaga nie jest oksymoronem. Didion idzie tam, gdzie najbardziej się boi. Nie odwraca wzroku. A nawet jeśli, to tylko na chwilę, by za moment, z jeszcze większą gęstością istnienia powrócić do tego, co wzbudza strach. Chodzi o coś jeszcze, o metalęk. Strach wyższego rzędu, że jeśli przestanę się niepokoić, wtedy stanie się to, czego najbardziej się boję: przyjdzie ten zmierzch, kiedy "siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, kończy się" - tak pisała Didion o dniu, kiedy nagle umarł jej mąż. Ale dopóki obsesyjnie myślimy o utracie, nic złego nie może nas spotkać. Niepokój zatrzyma katastrofę. "Ból, moim zdaniem, jest jak wąż - musisz go mieć na linii wzroku, wtedy cię nie ugryzie. Wolę wiedzieć, gdzie jest mój ból, wtedy mam nad nim kontrolę" - czytamy w Dryfując do Betlejem. W intelektualnej biografii pisarki myślenie magiczne miesza się z myśleniem analitycznym. To znaczy przeświadczenie, że niektóre aktywności obronią nas przed bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem, pojawia się na przemian z charakterystyczną dla Didion czujnością. I w tym rytmie pisała. Chociaż myślenie magiczne - poza okresem rozpaczy po śmierci bliskich, kiedy Didion wprawdzie żyła, ale jak delfin w żałobie odmawiała przyjmowania pokarmu - było jej obce. Tyle że ten czas udręki trwał w jej życiu bardzo długo.

Ale czy da się podejść bliżej, poczuć wzrok kobiety, która czuje głównie niepokój? Czy możemy zobaczyć, jak patrzyła Didion w okresie, zanim jeszcze straciła tak wielu, że czujność zamieniła w drżenie? Pozostały wprawdzie fotografie i filmy, głównie jednak z ostatnich lat jej życia. Widzimy na nich, jak Joan mówi, jak chodzi, jak układa ciało do obiektywu, jak się nie chowa. Ale znane nam kadry, między innymi z filmu dokumentalnego dla Netflixa, wyreżyserowanego przez bratanka jej męża - Griffina Dunne'a Wszystko w rozpadzie, niewiele mówią nam o pisarce sprzed żałoby. Nie wiemy, kim była Didion, gdy zjawiła się jako młoda stypendystka, niczym Sylvia Plath, u progu redakcji pisma "Mademoiselle"? A jak się zachowywała, gdy pracowała dla "Vogue'a"? Jak układała myśli, jak przechodziła z jednej do drugiej? Jaki miała wyraz twarzy? Sama o sobie pisała, że był to grymas "rozpoznawalny zapewne tylko dla tych, którzy widzieli go na własnych twarzach", i dalej: "to wyraz całkowitej bezbronności, nagości, odsłonięcia. Wyraz twarzy kogoś, kto z rozszerzonymi źrenicami wychodzi z gabinetu okulisty w jasne światło dnia". Ale ten opis też pochodzi z okresu późniejszego, z książki - rany, czyli Roku magicznego myślenia. A jak wcześniej przeżywała świat Joan Didion, jak doznawała rzeczywistości, czy miała mocne poczucie istnienia, czy była odcięta, nieobecna, czy żyła w swoim odczuciu intensywnie, czy raczej chodziła jak żywy trup, oddychała jak drzewo, patrzyła jak niedowidzący i niechcący się wysilać? Była czy nie była?

Tyle pytań. Autor Ostatniej pieśni miłosnej - Tracy Daugherty próbuje na nie wszystkie odpowiedzieć. I robi to w sposób niezwykle subtelny. Jak przekonuje bowiem biograf pisarki, postać Didion, obecność "jednego z najważniejszych głosów dla mojego pokolenia", była zauważalnie krucha. Nie pozwalała na brawurę czy brutalność, o którą łatwo posądzić Benjamina Mosera, autora gargantuicznej księgi o życiu Susan Sontag. Daugherty, inaczej niż autor Sontag. Życie i twórczość, stworzył dyskretną biografię literacką. Jak sam tłumaczy: "Istnieje gatunek biografów, którzy obiecują wyjaśnienia, grożąc ujawnieniem sekretów opisywanej osoby, obiecują, że wyjawią wszystko. Ja do tego gatunku nie należę". Daugherty dążył do uchwycenia tego, co i dlaczego powiedziała oraz napisała w danym czasie Didion. Uważał, że każde opracowanie na jej temat powinno dążyć do odtworzenia jej "mentalnych i emocjonalnych rytmów". Stąd tytuł mojego tekstu. Przestrzegał też przed stosowaniem wobec życia i twórczości Didion abstrakcyjnych uników, jak pisanie o "szaleństwie artystki", czy psychologicznego żargonu nadużywającego pojęć: "uzależnienie" i "trauma". Ale też, jakby mimochodem, Daugherty przenosi nas do Ameryki kolejnych dekad. Mnie przeniósł pamięcią do krótkiego pobytu w Kalifornii, choć w rodzinnym Sacramento Joan Didion nigdy nie byłam. Za to wspomnienia leniwego San Diego, pagórkowatych pól golfowych i wyblakłych od słońca elewacji moteli przywołane zostały z łatwością w zderzeniu z plastycznymi opisami stanu, w którym przez większość czasu mieszkała Didion. Bo ta kalifornijska atmosfera unosi się nad opowieścią o jej życiu. W tle słychać Johna Coltrane'a i Ninę Simone. Przenosimy się w czasie i przestrzeni. Przede wszystkim jednak Daugherty stworzył intymny portret pisarki. Bo Joan Didion z niniejszej biografii fascynuje i niepokoi. Pozwala na momenty utożsamienia - uwierzenia, że też znajdziemy w sobie tyle siły i odwagi, co ona. By za chwilę znów onieśmielać. Postać, jaka wyłania się z Ostatniej pieśni miłosnej, ratuje bowiem przed poczuciem bezsensu, ale i trzyma dystans, niczym sama Didion ze zdjęć, na których zerka na nas zza czarnych, wielkich okularów przeciwsłonecznych.

Spędziłam z nią cały wrzesień. Czytałam książki, które napisała Didion, czytałam książki, które jej biograf nazywał "ulubionymi powieściami Joan". Obsesyjnie wypożyczyłam w dzielnicowej bibliotece wszystkie wzmiankowane lektury pochłaniające Didion. Pozwoliłam, żeby i mnie nękały. Czytałam jej ulubionego Normana Mailera, wcześniej z tą samą zapalczywością i butnością czytałam tylko Henry'ego Millera. Wróciłam do uwielbianych przez nią gigantów literatury: Josepha Conrada i Ernesta Hemingwaya, myśląc o swojej pokrewnej, starej słabości do Michela Houellebecqa i Karla Oveego Knausg?rda. To było, zanim odkryłam dla siebie książki takich autorek jak Chanel Miller i jej prozę konfesyjną Nazywam się. Moja historia. I pomimo że ostatnio czytam prawie wyłącznie kobiety, rozumiałam, dlaczego Didion tak uwielbiała Mailera czy prozę Johna Hawkesa, zwłaszcza jego Gałązkę limony. Czytałam ich po niej. Wrześnie były najlepsze na lekko obsesyjne lektury według klucza autorskiego i odautorskiego. Może tylko tak - czytając wszystko, co napisała Didion, i mając naiwną nadzieję wychwycenia wszystkiego, co ją oczarowywało - można zaspokoić swoją ciekawość tej, która fascynuje, ale i zbija z tropu? Może tylko tak da się chłonąć Didion i dawać się pochłonąć jej osobie, utożsamiać i z dystansem wracać do siebie, jeśli ma się do kogo?

Szukałam filmów, do których Didion wraz z mężem napisała scenariusze. Wróciłam do Narodzin gwiazdy, ale nie udało mi się obejrzeć Narkomanów ani Prawdziwego wyznania. Szukałam publikacji jej autorstwa i te bez problemów znajdywałam. Bo trudno dziś napisać, że twórczość Joan Didion jest u nas nieznana, nietłumaczona. Choć książki jej autorstwa wydane po polsku można by ustawić w dwóch kontrastowych stosach. Na pierwszym znalazłyby się drobne, niczym sama Didion, książki prozatorskie, minipowieści opublikowane przez wydawnictwo Czytelnik w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i na początku lat dziewięćdziesiątych. Graj jak się da, Modlitewnik czy Rzekobieg. To niektóre z utworów Didion, które od lat możemy czytać po polsku. Na drugim stosie znalazłyby się nowe, bo zeszłoroczne, solidne, wydane w twardej oprawie, jak w wydawnictwie Relacje, lub śliskiej i żółtej, jak w Cyrance, eseje. Powiem wam, co o tym myślę, Błękitne noce czy Dryfując do Betlejem. Jednak z tej dychotomii wyrywa nas jedna książka. Pozycja osobna, wydana u nas w połowie drogi, bo w roku 2007, a w zeszłym roku wznowiona: Rok magicznego myślenia. To ten "introspekcyjny esej" - jak nazwał go Michał Choiński - był moim służbowym wejściem do twórczości Didion, a właściwie jego funeralność i jego melancholia. Ale dopiero wewnętrzny przymus nieustannego zaglądania w siebie i opowiadania prawdy na swój temat, charakteryzujący cały dorobek autorki Białego albumu, okazał się moją tajną furtką do uchwycenia filozofii Joan Didion. Pisarki uważnej i podejrzliwej. Intelektualistki paranoicznej wobec własnych myśli - czy są prawdziwe, czy nie chcą wypaść na lepsze przed nią samą, na lepsze, niż ona sama była dla siebie? Dlatego do znanego tercetu "mistrzów podejrzeń" Paula Ric?ura, do Nietzschego, Marksa i Freuda dodałabym z pewnością Didion. Choć wydaje mi się, że "męska" podejrzliwość skierowana jest bardziej wobec innych, a czujność pisarki zwrócona była zarówno wobec świata, jak i samej siebie. Bo ta uważna reporterka kieruje wątpliwości zwłaszcza w stronę własnych emocji, motywacji i połączeń myśli. I jest przy tym bezwzględnie przenikliwa.

I tak, nie wiadomo kiedy minął mi wrzesień na Didionowskich lekturach. Powietrze było teraz ciężkie. Jezdnie ciemne i mokre. Padało, a ja obcięłam włosy na krótko. Dopiero później zorientowałam się, że obcięłam włosy na Joan Didion. Bo gdy weszliśmy w październik, autorka bestsellerowego Roku magicznego myślenia była dla mnie już nie tylko postacią ze zdjęcia, z "Vogue'a", z Sacramento czy Nowego Jorku. Choć nie sądzę, by dało się oddzielić jej personę publiczną od prywatnej, a nawet, żeby warto było to robić. Didion, mimo dystansu, jaki wytwarzała, stała mi się po ludzku, po prostu bliska. A jednocześnie, niczym pełna pasji nauczycielka, nienachalnie podpowiadała, jak można pisać, jak myśleć o sprawach, których nie potrafimy roztrząsać, jak widzieć to, czego nie chcemy widzieć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dziecięco, świeżo, dałam się porwać wyobrażeniom o pisarce, jak teraz, po lekturze biografii i książek autorstwa Joan Didion. Może jako nastolatka po przeczytaniu Dzienników Ana?s Nin przeżyłam podobny rodzaj fascynacji. Choć trudno wyobrazić sobie wspólny mianownik dla twórczości Didion i Nin. W tym duecie inspirujących pisarek to Didion przypadłoby miejsce tej, która unika kokieterii, rozszyfrowuje siebie przez siebie, bez taryfy ulgowej, bez chęci podobania się sobie i innym.

W intymnym eseju Zadie Smith o Didion znalazłam ten sam podziw wobec eseistki. Smith jest jej wdzięczna za pokazanie na swoim własnym przykładzie "że kobieta może się wypowiadać bez asekurowania się, bez pozyskiwania sympatii, bez dbałości o miłe wrażenie, a nawet bez wątpliwości". Pisze z zachwytem o bezwzględnej uszczypliwości Didion oraz o tym, że unowocześniła Hemingwayowski "detektor bredni". I choć, jak twierdzi autorka Białych zębów, można w wielu sprawach nie zgadzać się z Didion, jeśli chodzi o kwestie osobiste, polityczne czy estetyczne, to trzeba szczerze docenić, ile zrobiła dla innych zabierających publicznie głos kobiet. Bo u Joan Didion zachwyca Zadie Smith przede wszystkim odwaga myślenia. I to, że nie znosiła konstruktów blokujących refleksyjność, a chęć bycia miłą i podobania się innym była właśnie takim rodzajem hamowania myślenia. Jak nad wieloma opowieściami o Didion i nad tą unosi się więc hasło "przenikliwa". W opublikowanym po śmierci pisarki artykule z "New Yorkera" Zadie Smith konstatuje, że "nawet pisząc o sobie, Didion nie przestawała być reporterką, i to ani trochę bardziej wyrozumiałą wobec własnych uczuć niż wobec uczuć Joan Baez, Nancy Reagan czy dzieciaka po LSD". Po polsku, niecałe pół roku później, felieton ten ukazał się w miesięczniku "Znak" pod celnym tytułem Joan Didion i przeciwieństwo magicznego myślenia. I właśnie tym stylem refleksji, podejrzliwym wobec utartych dobrych zdań, zwłaszcza dobrych zdań na własny temat, Didion ujęła i mnie.

Jest coś jeszcze, co frapuje mnie w tej postaci. A dostrzeże to chyba każdy, kto zechce podejść bliżej tej trzymającej się na dystans pisarki. Bo za fasadą obsesyjnej filozofki, dociekliwej dziennikarki, którą fascynowały trauma i terror, znawczyni polityki amerykańskiej i polityki językowej, którą z pewnością była, kryje się wyjątkowo kruche i chwiejne ciało. Gdy widzimy Didion z bliska - tak, jak widzi ją fotograf, a zwłaszcza jak widzi ją jej biograf - to połączenie bezwzględnych zainteresowań i cielesnej ulotności staje się jej znakiem szczególnym. Jest jak blizna na ustach. Didion wielokrotnie powtarzała, że czuje się właśnie "krucha i chwiejna". To był jej refren. Ale zdawała sobie również sprawę ze swojej siły, wytrzymałości, z "niemożności przeżycia tego, że straciła wszystkich, których kochała", po śmierci których mimo wszystko żyła i myślała. Didion była taka i taka. Miała metr pięćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu. W czasie, kiedy zdiagnozowano u niej dur rzekomy, ważyła trzydzieści kilo. W czasie, kiedy zdiagnozowano u niej smutnodur, jak dawno temu nazywali depresję polscy psychiatrzy, ważyła niewiele więcej. Jej waga niebezpiecznie się wahała. Jej żałoba pozbawiała ją kolejnych kilogramów z niewielu, które jej pozostały. U Didion można było, jak u wzmiankowanego "głodomora" Kafki, "dotknąć jej chudości", a zatem usłyszeć opowieść o stracie, opowieść, z której zrobiła sztukę: sztukę głodzenia, sztukę pisania. Jest w całym jej życiu, rozpartym od grudnia do grudnia, od 1934 do 2021 roku, od Sacramento do Nowego Jorku, onieśmielająca wytrzymałość i chwiejność. Może jak w życiu każdej osoby, a może jednak bardziej.

Kim więc była Didion? "Tą, która zapisała stratę" i zrobiła to dotkliwie dobrze? Tą, która w swych dociekaniach nie brała jeńców? Tą, która słyszała wszystko i wszystkich, sama będąc tak drobną, że niemal niewidzialną? Czy w końcu tą, która sama o sobie mówiła, że "nie wie, co myśli, dopóki tego nie zapisze"? A zatem, czy można powiedzieć, że Joan Didion była przede wszystkim pisarką? Didion opowiadała, że kiedy miała dziewiętnaście lat, najbardziej w życiu chciała pisać, w wieku czterdziestu lat nadal najbardziej tego pragnęła, ale - jak stwierdziła - nie wydarzyło się nic między tymi dwoma etapami życia, co utwierdziłoby ją w przekonaniu, że potrafi to robić. Didion przeżywała liczne kryzysy pisarskie. Mówiła, że to było coś więcej niż doświadczenie załamania twórczego, że brakowało jej minimalnego poczucia własnej wartości, jakiego potrzebuje każdy pisarz czy pisarka, by w ogóle zabrać się do pisania. W The White Album zauważyła, że w okresie, który miał prawdopodobnie znajdować się w połowie jej życia, nadal chciała wierzyć w narrację, jednak świadomość, że znaczenie opowieści może zmieniać się wraz z każdym cięciem, wywołało u niej kryzys. Bo, jak pisała w tym samym dziele: "Żyjemy wyłącznie, szczególnie jeśli jesteśmy pisarzami, dzięki narzuceniu pewnej linii narracyjnej niepowiązanym obrazom". W końcu, w ostatnich latach życia odpowiedziała dziennikarzom "Publishers Weekly": "Kiedyś mówiłam, że jestem pisarką, ale teraz już nie wspominam o tym tak otwarcie. Może dlatego, że to mi nie pomogło". A zatem skrzydlate słowa Didion: "Opowiadamy sobie historię, żeby żyć", stały się oskarżeniem rzuconym samej sobie, nieaktywnym hasłem, którego data ważności wygasała. I choć Didion do końca łapała się słów, które starannie układała w zdania, i choć miała niezwykle bogaty dorobek publikacyjny, trudno powiedzieć, czy ona sama zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że była przede wszystkim pisarką.

Jak poprzez wniknięcie w czyjeś życiopisanie wrócić do własnego? Jak by nam się żyło, gdybyśmy byli krusi i jednocześnie niezniszczalni jak Joan Didion? Jak w końcu skonfrontować się z opowieścią o życiu osoby, której udało się przeżyć to, czego przeżyć się nie da? Pisarka na dziesięć lat przed śmiercią mówiła: "Widocznie jestem zdolna powiedzieć wszystko!". Ale z pewnością nie powiedziała nam wszystkiego. Postać Joan Didion pozostaje tajemnicą. Mimo że sporo o niej wiemy, wiemy na przykład, że Didion była przenikliwą czytelniczką. Wiemy, że lubiła czytać zwłaszcza biografie. Bo lubiła myśleć, że jej życie również ułoży się w sensowną opowieść. Choć wiele okrutnych wydarzeń, których doświadczyła, miało być właśnie tego sensu pozbawionych. A ona i tak próbowała je opowiedzieć. Pisząc o umieraniu swojej córki Quintany, jak mantrę powtarzała zdanie: "A więc tak wyglądała sytuacja". Próbowała. Notowała odpamiętane słowa córki: "Jak wtedy, gdy ktoś umiera, nie rozpamiętuj tego zbyt długo". Trzymała się ich tak, jak gdyby dalej wierzyła w wyrazy, zdania, akapity i historie. I wciąż lubiła biografie. Jakby z przyzwyczajenia albo z przeczucia, że może to życie nie ma sensu, ale opowieść o nim już tak.

Biografia pisarki autorstwa Tracy'ego Daugherty Ostatnia pieśń miłosna została wydana w roku 2015, dwudziestego piątego sierpnia. Joan Didion zmarła dwudziestego trzeciego grudnia 2021 roku w swoim domu na Manhattanie w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. "A więc tak wyglądała sytuacja".

Mira Marcinów

Rozdział drugi

1

Kalifornia z dziewczęcych lat Didion w czasach kryzysu zapewniała wystarczająco dużo otwartej przestrzeni, by wydawać się edenem, zwłaszcza w oczach dziecka. Góry Sierra Nevada, gdzie Donnerowie napotkali swoje granice, wciąż opierały się podejmowanym przez ludzi próbom ujarzmienia. Zmienna pogoda w Sacramento Valley, która wyznaczała fizyczny i emocjonalny rytm życia mieszkańców, codziennie objawiała swoją nieokiełznaną naturę. Na Przełęczy Donnera i w jej okolicach odnotowywano największe opady śniegu w Ameryce Północnej, średnio jedenaście metrów rocznie. Na zachodnim zboczu Sierry utworzył się lodowaty zbiornik, który topniał co roku około pierwszego maja, wypełniając, a czasem zalewając rzeki Feather, Bear, Yuba, American i Cosumnes, równoważąc upalne lato, odżywiając pola pszenicy, pola ryżowe i sady, dojrzewające jagody, buraki cukrowe, melony, śliwki, pomidory, brzoskwinie, gruszki, orzechy włoskie, oliwki, wiśnie i winogrona.

Ten raj był jednak przemysłowy. Srebrne rury systemu nawadniania ciągnęły się wśród źdźbeł pszenicy ścinanych wirującymi stalowymi ostrzami - a i tak pszenica zaczynała się przerzedzać. Złe praktyki uprawy roślin wyjałowiły glebę w dolinie. Kiedy Didion była dziewczynką, pisarz Carey McWilliams ubolewał nad kalifornijskimi "fabrykami na polach"; jego apele w gazetach i książkach o większą dbałość o ziemię i ludzi, którzy na niej pracują, przyświecały Johnowi Steinbeckowi, gdy pisał Grona gniewu. W mitach o pionierach, na których wychowała się Didion, nigdy nie wspominano o gorączce złota jako o przedsięwzięciu technologicznym, o dążeniu do opracowania systemu przenoszenia wody przez nieprzyjazny teren, by wesprzeć górników. Jako nastolatka Didion słyszała od matki, nauczycieli i władz Sacramento, że nowi przybysze, rząd federalny i szefowie korporacji ze Wschodu rujnują niegdyś doskonałe środowisko Kalifornii, ale w rzeczywistości ziemia już była androidem, a sztuczne włókna zrastały się z naturalnymi, wspomagając niezdrowy system agrarny.

O tym, że życie w dolinie nie jest kryształowe ani z góry przesądzone, Didion przekonała się na własne oczy, gdy w Sacramento pojawiły się wały przeciwpowodziowe. Od momentu powstania i we wszystkich swoich wczesnych wersjach miasto Sacramento udowadniało, jak pod wieloma względami jego założenie było kiepskim pomysłem. Powodzie niszczyły je w 1849 i ponownie w 1861 roku (być może to jeden z powodów, dla których Mark Twain zarzucił pisanie dla "Sacramento Union"). Na początku stycznia 1862 roku w ciągu niecałego miesiąca spadło tu pięćdziesiąt osiem centymetrów deszczu, co spowodowało stopienie części pokrywy śnieżnej Sierra Nevada i wygnało większość mieszkańców miasteczka z domów wypełnionych pudłami, przegniłymi sprzętami i gruzem na wzgórze znane jako Poverty Ridge (Grań Nędzarzy), gdzie górnicy rozbijali swoje namioty. Lokalna gazeta "Marysville Daily Appeal" donosiła, że "rzeką płynęły wszelkiego rodzaju zwierzęta, niektóre wciąż żywe, rykiem lub piszczeniem błagając o życie".

Do 1934 roku, kiedy urodziła się Didion, wały przeciwpowodziowe znacząco zmniejszyły liczbę powodzi. Tama Shasta na rzece Sacramento została ukończona w 1945 roku, wynurzając się z sieci stalowych konstrukcji, kabli i rusztowań. Ustawa Wrighta, która miała już kilkadziesiąt lat, gdy urodziła się Didion, osłabiła naturalny przepływ wody, pozwalając rolnikom, których ziemie nie przylegały do rzek, na organizowanie okrężnych systemów irygacyjnych, które miały za zadanie przekierowywać potrzebną wilgoć z jednego obszaru na drugi. Mimo to relacje takie jak ta przytoczona powyżej, opisujące przerażone bydło niesione rwącymi potokami przez miasto, jak się wydawało, należały do teraźniejszości. Pomimo rozwoju, nowych technologii i zmieniających się metod użytkowania ziemi polityka i folklor tego, co niektórzy wciąż nazywali Sacramento City, były żywym obrazem przeszłości, zwłaszcza dla dziecka o tak bujnej wyobraźni jak Didion. Sacramento, dawne miasto rozkwitu, położone między krainą kopaczy złota z Sierry a miejscem, gdzie kupcy z San Francisco, którzy przerabiali kruszec na delikatne, drogie bibeloty, wykształciło twarde, oportunistyczne i zamknięte w sobie społeczeństwo. Na początku była to społeczność w przeważającej mierze męska, miasto squattersów, hazardzistów i marzycieli zwabionych wizją złóż złota. W czasach Didion Sacramento wciąż nosiło ślady i blizny tego rodowodu. Początkowo niedostatek kobiet sprawiał, że mężczyźni idealizowali je, wyjąwszy te, które rzeczywiście wśród nich żyły, często zmuszane do prostytucji - ta ambiwalencja przejawia się w zachowanych piosenkach saloonowych z lat czterdziestych XIX wieku, takich jak Dziewczyny z Sacramento:

Trzeba przyznać, że dziewczyny ładne,

Kręcą się to tu, to tam, to tu, to tam;

I "Boziu droga", suknie mają paradne,

Gdy kręcą się to tu, to tam

Na J Street (...).

W słynnym stylu kobiet wyczuwało się aspiracje Sacramento. Było to miejsce, gdzie wydobywany w górskich ostępach skarb magia kapitału przekuwała w luksusy przeznaczone na salony San Francisco. A co wieczór ta piosenka mogła rozbrzmiewać w tawernie U Didiona przy ulicy Front, prowadzonej przez pradziadka Franka Didiona, do której przychodziły przyciągające wzrok kobiety.

Gdy początkowe ożywienie związane z gorączką złota opadło, mieszkańcy Sacramento tęsknili za kobietami, które "ucywilizowałyby" to miejsce i stanowiły moralny balast dla męskich ekscesów. Ta tęsknota znalazła swoje ujście w uformowaniu się pewnej niepisanej polityki obywatelskiej, stworzyła sztywną i podzieloną strukturę społeczną, która utrzymywała się w mieście aż do czasów dorosłości Didion. W latach pięćdziesiątych, kiedy miasto próbowało zaanektować kilka peryferyjnych gmin, ich mieszkańcy stawiali opór, częściowo dlatego, że postrzegali Sacramento jako miejsce "zimne", represyjne i skłonne do tolerowania brutalnych praktyk policyjnych. Napływ kobiet jako armii moralnej wyznaczył też wzorce rozwoju miasta: rodzina stała się czynnikiem sprzyjającym uspokojeniu. W przeciwieństwie do życia na farmie, które wymagało wielu rąk do pracy, życie w mieście, bardziej scentralizowane i zróżnicowane, funkcjonowało jako seria połączonych ze sobą uli. Obszar doliny usiany był podzielonymi działkami i domami jednorodzinnymi, co sprawiło, że kupno i sprzedaż nieruchomości stały się główną gałęzią biznesu w Sacramento, a rodzinie Didion zapewniły większość dochodów. Okazałe hotele w centrum miasta służyły jako miejsca spotkań i estrada dla powracających z gór mężczyzn, którzy chcieli pochwalić się swoją awanturniczą odwagą. Przybierali pozy postaci literackich z tanich powieści, historyjek z gazet i okólników reklamowych kolei, które skusiły wielu z nich do przyjazdu na Zachód - pierwowzorów Johna Wayne'a, takich jak Daniel Boone, Davy Crockett (którego Wayne pewnego dnia zagra w filmie), Kit Carson, John Charles Frémont, self-made man. Podczas gdy kobiety pilnowały porządku w domu, mężczyźni budowali swoją reputację jako dobroduszni awanturnicy lub odważni samotnicy gotowi odjechać w stronę zachodzącego słońca. Prowizoryczne kasyna pojawiały się i znikały, a duch hazardu był gęsty niczym morowe powietrze. Od samego początku hałaśliwa, wędrowna grupa ludności, która za nic miała apele o większy porządek, sprawiła, że w mieście dominował ton nostalgii. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku E. C. Ewer w artykule opłakiwał koniec starych, dobrych czasów, "kiedy górnicy płacili za wszystko [złotym] pyłem, kiedy szlachta w czerwonych koszulach stanowiła elitę tej ziemi (...). Te czasy już minęły, a wraz ze zmianą przyszły próżniactwo, włóczęgostwo i moneta jako środek płatniczy". W takim tonie Didion napisała w 1963 roku swoją pierwszą powieść Rzekobieg traktującą o życiu w dolinie.

Jak sama później przyznała, ton nie był do końca odpowiedni. Od samego początku Sacramento było miejscem prostackim, z mnóstwem martwych stref. Budynki administracji cechowała bezwzględna troska o wydajność, czego żadną miarą nie dało się powiedzieć o politykach. Wiele stolic, w których zawiera się niekorzystne umowy dla wzbogacenia ogółu, to w istocie miejsca paskudne i pozbawione życia, co odzwierciedla jeden z naszych najstarszych zwierzęcych instynktów: nie warto jeść tam, gdzie się sra.

2

Didion od samego początku marzyła o wyjeździe - a przynajmniej tak wspominała po latach. W rzeczywistości zachowała sentyment do wielu miejsc w Sacramento i okolicach. W jej wczesnym dzieciństwie nie wydarzyło się nic strasznego, ale większość tych lat upłynęła jej w ponurych, mrocznych pomieszczeniach. Pierwszy dom, który znała, mieścił się przy Highland Avenue, w dzielnicy zwanej teraz Curtis Park, na północny wschód od centrum miasta. Rodzice mieszkali tam razem z rodzicami jej matki. - To było przedmieście, które rozrosło się dzięki linii tramwajowej w latach 1880-1920 - powiedział mi William Burg, najzagorzalszy wielbiciel historii miasta. Tramwaj numer sześć przejeżdżał przez tę okolicę, pośród połaci chmielu i mięty, przewożąc bardzo różnych ludzi: robotników, bankierów i sprzedawców mebli; nocą, gdy matki układały dzieci do snu, odjeżdżający z Dwudziestej Pierwszej Ulicy tramwaj sunął obok szczelnie zasłoniętych okien. Domy, zarówno te w stylu późnowiktoriańskim, epoki Tudorów, jak i bungalowy, były świeżo skanalizowane i zaczynały już nabierać nowych kształtów pod wpływem sił, które za kilka lat miały diametralnie zmienić wygląd Sacramento. Najbardziej uderzającą cechą domu Didionów z 1923 roku była jego masywna wiata garażowa. Era tramwajów właściwie dobiegała końca. W 1947 roku firma Pacific Gas & Electric sprzedała ostatni egzemplarz pojazdu, a przedmieścia zaczęły się gwałtownie rozrastać wraz z rozwojem motoryzacji. Didionowie mieli dużą działkę, podwyższoną na wypadek powodzi, a dom (pudełkowaty, z wąskimi oknami, które nie przepuszczały światła) stał z dala od ulicy. Jednak ruch na ulicach stawał się coraz większy. Firma Sacramento Aviation Company rozwijała tu działalność, zatrudniając więcej pracowników i ich rodzin, co stanowiło kolejny znak nadchodzących wydarzeń.

Spisy mieszkańców miasta z 1940 i 1941 roku wymieniają miejsce zamieszkania Didionów jako 2211 U Street, dwukondygnacyjny budynek z 1908 roku w stylu Craftsman w Poverty Ridge, dawniej obóz bezdomnych migrantów i azyl przeciwpowodziowy. Pod koniec XIX wieku zmieniło się ono w ekskluzywną dzielnicę domów w stylu Queen Anne, Stick i Colonial Revival. To właśnie dom w Poverty Ridge Didion uważała za swój prawdziwy dom rodzinny. Znajdował się w pobliżu oddziału Biblioteki Publicznej imienia Elli K. McClatchy - wówczas dziecięcej - gdzie pod strzelistymi, rozświetlonymi słońcem oknami Didion z upodobaniem oddawała się lekturze.

W latach czterdziestych okolica wciąż była ładna, ale zaczynała podupadać, w miarę jak przedmieścia odciągały wiele rodzin z klasy średniej i zamożnych mieszkańców od centrum miasta. Migracja spowodowała, że ceny mieszkań w mieście osiągnęły przystępny poziom, a Didionowie, teraz z drugim dzieckiem, Jimem, urodzonym w grudniu 1939 roku, prawie podwoili dotychczasowy metraż, a przy okazji zyskali pięciomiejscowy garaż.

"Gdy się urodziłam, mój ojciec sprzedawał ubezpieczenia, ale ludzie niczego od niego nie kupowali, więc grał w pokera" - opowiada Didion. Niewykluczone, że Frank Didion czerpał zyski z hazardu, ale w latach czterdziestych nadal sprzedawał polisy za pośrednictwem Travelers Group, nawet gdy jego życie w Sacramento przerwała wojna, a on sam musiał opuścić miasto, a potem do niego wrócić. W miejskich książkach telefonicznych widnieje adres jego biura na przedmieściach. Frank Didion okazał się marnym sprzedawcą, a może po prostu roztargnionym; jego prawdziwą pasją było ryzyko. Trawiła go spekulacyjna gorączka miasta. Uwielbiał nie tylko pokera, ale wszystko, na co mógł postawić jakąś sumę, co warte było jakiejś stawki. Wydaje się, że po II wojnie światowej naprawdę się wzbogacił, bo wykupił sporo rzeczy na rządowej aukcji, między innymi dziesiątki maszyn do pisania Royal, które później odsprzedał z zyskiem, a także nieruchomości - wieżę strażacką, kilka dawnych stołówek stojących na wartościowych działkach - oraz wojskowego jeepa, którym uczył jeździć córkę. Po aukcji na dobre wsiąkł w spekulacje na rynku nieruchomości, przenosząc pieniądze z konta na konto.

Didion określała jego działalność zawodową mianem "gry w interesy". Mówiła, że był "mętny" w kwestii finansów. Didionom najwyraźniej się powodziło - mieli przestronny dom, dzieciom nigdy nie brakowało lodów czy wycieczek do San Francisco lub na plażę Stinson - niemniej ciągle towarzyszyło im poczucie, że ich dobrobyt jest ulotny: że to tylko mity i iluzje, podobnie jak zawarta w opowieściach przeszłość rodziny. Frank był cichy i przygnębiony - przystojny, choć rodzina Eduene uważała, że ma słabo zarysowane usta. Najdrobniejsze niepokoje wyciszał drinkiem. Didion zapamiętała go jako "pełnego lęku". Mówiła, że nawet na przyjęciach rodzinnych, gdy z pozoru dobrze się bawił i grywał na fortepianie ragtime'y, emanował takim napięciem, że uciekała do swojego pokoju i zamykała drzwi. Matka Franka zmarła podczas epidemii grypy w 1918 roku, gdy on był jeszcze mały, a jego ojciec ożenił się potem z energiczną kobietą o imieniu Genevieve, która więcej czasu poświęcała lokalnej polityce niż wychowywaniu pasierbów. Młodszy brat Franka, Robert, pewnego lata podczas zabawy z fajerwerkami stracił oko - w wypadku, jak się wydaje, nieuwaga Franka odegrała pewną rolę. Didion uważa, że Frank do końca życia czuł się winny z tego powodu. Jako nastolatek niespokojny, łaknący rozrywki, wciąż miał nadzieję na zatrudnienie na targach stanowych w Kalifornii, ale nigdy mu się to nie udało. Najlepiej odnajdywał się w sporcie. W 1928 roku zdobył tytuł mistrzowski w koszykówce w Sacramento City College. Ale potem, w dorosłości, zabrakło mu tej determinacji i wiecznie szukał okazji do zdobycia czegoś za darmo. Odwiedzał zarówno ekskluzywny Sutter Club (nie był jego członkiem), jak i najpodlejsze przybytki hazardu. Późną nocą jeździł na granicę z Nevadą, by grać w kości. Do 1940 roku na pływającym po rzece Sacramento statku Delta King można było grać w karty i pić mocne trunki. Prohibicja krótko przed tym się skończyła, a dziwne koktajle, które narodziły się w wyniku zakazu sprzedaży alkoholu, cieszyły się ogromną popularnością. Jako że jakość zakazanego alkoholu budziła wątpliwości, kreatywni barmani dodawali do niepewnej whisky przeróżne dodatki smakowe, słodziki i posypki z liści. A teraz, podczas obstawiania zakładów, Frank Didion radośnie popijał wszystko, co postawili przed nim kumple: gin slingi, manhattany, koktajle old fashioned i aviation. Pani Fortuna kołysała się na rzecznych falach to w górę, to w dół, w górę i w dół, a Frank nigdy nie miał dość pogoni za nią, jak powiedziałby ktoś o romantycznej naturze. Rodzinna legenda głosiła, że nazwisko Didion pochodzi od francuskiego imienia Didier, wariantu słowa desiderium: "niespełniona tęsknota". W poprzednich wiekach ta tęsknota zazwyczaj przybierała charakter duchowy, choć często odnosiła się do kobiecego pragnienia posiadania dziecka.

Frank spędził dzieciństwo kilka przecznic od ekscentrycznego białego domu na rogu ulic Szesnastej i H, zbudowanego w 1877 roku, z charakterystycznymi kopułami w kształcie ciastek, wiktoriańskimi gotyckimi detalami, piernikowymi wykończeniami i misternie zdobionymi drzwiami. Dom ten należał kiedyś do rodziny Steffensów. Jako chłopiec Frank zaprzyjaźnił się z Jane Hollister, siostrzenicą poety Lincolna Steffensa, a później uczęszczał z nią na zajęcia w Berkeley.

W 1903 roku stary dom Steffensów stał się rezydencją gubernatorską. Od tego momentu mieszkał tam każdy gubernator stanu Kalifornia, aż do czasów Ronalda Reagana w latach siedemdziesiątych. Didion, tak jak jej ojciec, zakochała się w tej ikonie dziewiętnastowiecznej cyganerii i podobnie jak ojca, zawsze nękało ją przeświadczenie, jakoby ta elegancja oznaczała, że przeszłość to piękna utracona sfera, a teraźniejszość to upadłe państwo zdominowane przez małostkowych ludzi bez klasy.

Eduene Didion kultywowała dawne wytworne rytuały, urządzając herbatki w damskim gronie dla przyjaciółek i licznych krewnych - niekończących się niedzielnych ciotek, jak wspomina Didion.

Jedna z nich, cioteczna babka Nell, miała nawyk obracania na palcach okazałych pierścieni, gasiła papierosy w masywnej kwarcowej popielniczce i tłumaczyła Didion, że jej babka jest "nerwowa", "inna". Kiedy Didion zapytała, co to znaczy, ciotka Nell odparła, że to znaczy, iż nie wolno jej dokuczać. Eduene, ubrana w czerwoną koronkową sukienkę do kostek, roznosiła maślane ciasteczka na tacach, plasterki cytryny na talerzykach z porcelany Wedgwood oraz kanapki z serkiem śmietankowym i rukwią wodną.

"Dzieciństwo to królestwo, w którym nikt nie umiera" - Didion zapamiętała ten wers z poematu Edny St. Vincent Millay i myślała o nim przy herbacie, ilekroć któraś ze zniedołężniałych pań opłakiwała śmierć starego przyjaciela czy przyjaciółki. Wyobrażenie, że jest się samemu, bez opieki, że wszyscy bliscy odeszli, było dla niej wyzwalające i ekscytujące, zwłaszcza w te niespieszne niedziele, kiedy ciotki podchodziły blisko niej powolnym krokiem, skąpane w mdłych perfumach.

Joan Didion z ojcem, Frankiem Reese'em Didionem, matką Eduene Didion i bratem Jamesem w bazie wojskowej, gdzie pracował Frank, 1943 rok. (Archiwum prywatne)

W pokojach domu przy ulicy U roiło się od starych muślinowych aplikacji. Była tam kołdra uszyta przez praprababkę Didion podczas przeprawy przez równiny, krótko po tym, jak pochowała dziecko na szlaku. W pokojach wisiały fotografie: kamienna tablica przy chacie Nancy Hardin Cornwall w Umpqua; prawnuczka Nancy, Edna Magee Jerrett, stojąca odważnie na nagim zboczu w górach Sierra Nevada. W domu panował mrok przetykany drobinami kurzu, zasłony były zwykle zaciągnięte: muzealny spokój, ustępstwo wobec "lęku" Franka, który wymagał ukojenia, a także pełen szacunku ukłon w stronę relikwii. Srebrne sztućce zmatowiały, tapeta wyblakła, kwiaty w wazonach były kruche i suche. Didion nie do końca czuła się tam jak w domu panny Havisham, gdzie w kuchni czekały na nią zasnute pajęczynami ciastka z pająkami w roli dekoracji, niemniej oddychała kurzem, którego jej matka nie chciała rozproszyć, żyła w ciemności, jadała chleb kukurydziany i sałatkę przygotowaną na bazie receptur przewiezionych przez górskie przełęcze przez ludzi, których tylko jeden czy dwa błędy dzieliły od pozjadania się nawzajem. Świadomość duchów rodzinnych i coraz bardziej zaniedbywany dom sprawiły, że Didion zazdrościła swoim przodkom bohaterskich wyczynów i paliła się ze wstydu, że nie może im dorównać.

Kościół nie łagodził jej poczucia niespełnienia. Eduene ochrzciła córkę w prokatedrze episkopalnej pod wezwaniem Świętej Trójcy przy ulicy M (gdzie wzięła ślub z Frankiem) i co niedziela zabierała tam dzieci na nabożeństwa. Didion uwielbiała wiązy zrzucające żółte liście przed kościołem i uśmiechała się, gdy ksiądz porównywał rolnicze bogactwa Sacramento do tych z Ziemi Świętej, ale nie licząc piękna muzyki i języka, niewiele wyniosła z tych nabożeństw.

Kiedy skończyła jedenaście lat, ogłosiła, że kończy z Kościołem. Matka jej matki, Edna, wychowana w episkopalnej szkole klasztornej, dała Didion drogi kapelusz z pracowni Lilly Daché jako zachętę do powrotu na łono wspólnoty. Podstęp się nie powiódł, aczkolwiek była to kolejna lekcja luksusu i dobrego smaku, tak jak wtedy, gdy Didion miała sześć lat i dochodziła do siebie po przebytej śwince, a babcia dała jej perfumy Elizabeth Arden w maleńkim kryształowym flakoniku owiniętym złotą nicią. Jej dom był kolejnym muzeum, pełnym delikatnych muszelek, fragmentów koralowca i kolekcji nasion.

Duchowa świadomość Didion, jakakolwiek by była, wykształciła się pod wpływem męża Edny. Herman był synem poszukiwacza złota z czasów gorączki 1849 roku i geologiem samoukiem, którego utrzymanie zależało od tego, czy potrafił dostrzec różnicę między serpentynitem a rudą złotonośną. W języku epok geologicznych, w słowach takich jak "wulkaniczne", "kredowe" czy "magmowe", Didion dostrzegała wielkość czasu i jego wpływ na znaczenie i cel. Ale to były abstrakcje, nad którymi nie sposób się rozwodzić. O wiele bardziej przekonująca była świadomość, że babci nie można dokuczać, bo by się rozpłakała. Didion niejednokrotnie doprowadzała ją na skraj płaczu, żeby tylko popatrzeć.

Od czasu do czasu Didion obserwowała na ulicy płaczącego mężczyznę lub kobietę. Pod koniec lat trzydziestych bezrobocie dotknęło ponad piętnaście tysięcy mieszkańców Sacramento. Wielu z nich pracowało wcześniej w branży przetwórstwa konserw, która niemal całkowicie upadła. W niektórych częściach miasta pojawiły się osiedla szałasów, tak zwane Hooverville, które rozprzestrzeniały się, gdy zimowe mrozy zniszczyły uprawy cytrusów w dolinie, pogłębiając ekonomiczną katastrofę. W deszczowe wiosenne noce, kiedy mieszkańcy miasta usypywali wały przeciwpowodziowe, Didion mogła dostrzec różnice między mężczyznami, dla których noszenie worków z piaskiem było jedynie obywatelskim obowiązkiem, a tymi zatroskanymi i obdartymi, których życie zależało od tej pracy. Kiedy miała dwanaście lub trzynaście lat, zapytała matkę, do jakiej klasy społecznej należy ich rodzina. Eduene odparła, że nie myślą w kategoriach klasowych. "Klasa to coś, czego my, Amerykanie, a zwłaszcza Kalifornijczycy, powinniśmy się już dawno wyzbyć" - usłyszała Didion. Jednak główny powód, dla którego "my" nie myślimy o klasie, krył się w odpowiedzi Eduene: nie musimy.

Didionowie i ich dalsi krewni - Jerrettowie, Reesowie - od zawsze cieszyli się w mieście dobrą reputacją jako ranczerzy, bankierzy, właściciele saloonów czy szeryfowie. Kiedy Didion była dzieckiem, jej dziadek był lokalnym poborcą podatkowym. Jego druga żona, Genevieve, została przewodniczącą Komisji Edukacji; ostatecznie jej imieniem nazwano szkołę podstawową. Inny Didion zasiadał w okręgowym sądzie apelacyjnym. - Byli częścią szlachty ziemiańskiej Sacramento - powiedział mi William Burg. - Jedną z rodzin, które określały się mianem rolników, farmerów, ranczerów, progresywistów, ale to oni byli właścicielami, a nie tymi, którzy brudzą sobie ręce.

Ośmioletnia Joan w kanionie Royal Gorge w Colorado. (Archiwum prywatne)

Mimo prominentnej pozycji i wpływów rodzina wydawała się małej Didion prozaiczna, przygaszona i smutna. Urzędnicy i administratorzy: trudno w nich dostrzec bohaterów z dawnych lat, którzy przetrwali głód i zamiecie. Co więcej, wpływy progresywistów na losy Sacramento osłabły w czasie kryzysu i po wprowadzeniu prohibicji - która okazała się prawdziwym ciosem dla plantatorów chmielu z doliny. Nad ziemią zawisła tragedia albo jej wyobrażenie. Kiedy Didion miała osiem lat, wielki browar Buffalo, położony kilka przecznic od jej domu, został zamknięty na dobre. Był to pałac piwa od końca lat osiemdziesiątych XIX wieku. W czasie prohibicji browar tymczasowo wstrzymał produkcję, ale w roku narodzin Didion został ponownie otwarty, gdy ustawę zniesiono. Wprowadził na rynek napoje w puszkach, ale nie udało mu się odrobić strat w sprzedaży. Progresywiści wpadli w popłoch. Zamknięcie browaru było nie tylko porażką biznesową, ale też końcem pewnej epoki, zagrożeniem dla stylu życia. Szlachcie zaczął towarzyszyć duch dekadencji. Kiedy Works Progress Administration (WPA) zatwierdziła pożyczki na roboty publiczne w Sacramento, co doprowadziło do budowy mostu Tower Bridge na rzece Sacramento i dało zielone światło na budowę czterdziestu sześciu nowych obiektów (w tym szkoły średniej, do której miała uczęszczać Didion) oraz pasów startowych na lokalnych lotniskach, Didionowie skorzystali z ożywienia w gospodarce, ale nigdy nie potwierdzili roli władz federalnych w tych zmianach. Uznanie wpływu obcych, przybyszów ze Wschodu, przedstawicieli rządu, oznaczałoby, że istnieją granice dumnej niezależności. W 1936 roku rozpoczęto budowę Bazy Sił Powietrznych McClellan (wtedy nazywanej McClellan Field). Mather, inne lokalne lotnisko, zostało ponownie otwarte po okresie uśpienia. Z ekonomicznego punktu widzenia były to dobre wieści, ale jednocześnie spowodowały napływ robotników z daleka, zaczęły zmieniać wygląd miasta i dały Didionom jeszcze jeden powód, by hołubić swoją chwalebną przeszłość i chwytać się wszystkiego, co zdawało się nietykalne w teraźniejszości.

Niedzielne ciotki robiły wszystko, co w ich mocy, by przeszłość wciąż trwała. Panna Pearl Didion zajęła się działalnością w Klubie Sobotnim, założonym w 1893 roku z myślą o wspieraniu muzyki klasycznej w Sacramento. Genevieve Didion stała się siłą napędową Towarzystwa Kameliowego, a w końcu stworzyła Gaj Kameliowy w parku naprzeciwko Kapitolu Stanowego, ku czci pionierów z doliny. Jej wysiłki wpisywały się w starania progresywistów, by znaleźć pokrzepienie w rewizji historii - między innymi poprzez przedstawienie założyciela miasta, Johna Suttera, nie jako ekonomicznego oportunisty, którym w istocie był, ale jako rolnika marzyciela.

Oprócz klubów muzycznych i kółek miłośników kwiatów Sacramento miało też towarzystwo literackie, ale wygląda na to, że nie należał do niego żaden z członków rodziny Didion.

Przez pewien czas działalność literacka Didion nie wychodziła poza jej pokój. Wkrótce po tym, jak zaczęła się jej obsesja na punkcie historii wyprawy Donnera, Didion ustawiła na komodzie oprawione zdjęcie Przełęczy Donnera. W książce Rzekobieg pisze o kobiecie, której ulubioną zabawą w dzieciństwie była "wyprawa Donnera", rytualny dramat, w którym "ona jako inicjatorka zawsze grała (...) rolę Tamsen Donner umierającej u boku męża, którego fałszywe kalkulacje stały się przyczyną zguby tylu ludzi"7. Możemy się zastanawiać, czy zabawa w "wyprawę Donnera" nie przyszła Didion do głowy dużo wcześniej niż podczas pisania pierwszej powieści.

Teatralność i dramaturgia przemawiały do niej tak samo jak pisanie - odgrywanie scenek zapewniało rozrywkę i zdawało się sugerować coś prawdziwego o ludziach w rodzinie, w której emocje często maskowano (Didion mówiła, że jej matka "z powodzeniem wcielała się w osobę bez depresji", odgrywając wspaniały spektakl).

"Chciałam być aktorką - powiedziała Didion. - Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że to ten sam impuls [co pisanie]. To udawanie. (...) Jedyna różnica polega na tym, że jako pisarka mogę to robić samodzielnie".

Deklaracje, uniki, wyznania stanowią sedno dramatu. Pragnienie Didion, by uchwycić dokładne dialogi, sprawiło, że wyszła z pokoju z notatnikiem w ręku. Skradała się po korytarzach, przystawała za półprzymkniętymi drzwiami, podsłuchiwała dorosłych i spisywała ich wypowiedzi. Ogólnie rzecz biorąc, bliscy Didion mimo woli uczestniczący w tym przedsięwzięciu rozczarowali pisarkę. Na przykład dziadek Didion, ojciec jej ojca, "nie odzywał się" - wspominała. "Nie sądzę, by dziadek znał imiona moje czy mojego brata, zawsze zwracał się do nas per "hej, ty"". Rozmowy rzadko miały dramatyczny przebieg.

- Jeśli człowiek urodził się w Sacramento i przechwalał się tym miejscem, to znaczyło, że zadziera nosa - powiedział mi William Burg. - Jeśli czuł się w tym mieście trochę nieswojo, łatwiej było mu je sprzedać osobom z zewnątrz. Lekka pogarda stanowiła odpowiednią postawę klasową. W najwcześniejszych esejach Didion o Sacramento ta pogarda wyraźnie się zaznacza, ale taka postawa nie przydawała się jej w pierwszych ćwiczeniach z dialogami. Niemniej lubiła potajemnie zbierać informacje. "Kiedy byłam mała, był komiks pod tytułem Niewidzialna Scarlet O'Neil - wspominała. - Niewidzialna Scarlet O'Neil była reporterką. Naciskała opaskę na nadgarstku, stawała się niewidzialna i niewidzialnie relacjonowała wydarzenia. I wszyscy dziwili się, że udało jej się zdobyć materiał". I tak Didion, trzymając w ręku swój notatnik, chowała się za drzewem i zza niego tropiła dorosłych.

W chwilach, kiedy była aż nazbyt widoczna - zmuszona iść do kościoła, na herbatę czy inne spotkanie rodzinne - matka ubierała ją w "stonowane zielenie, kolory kości słoniowej i brudny róż, co z perspektywy czasu wydaje się dość ekscentryczną ilością czerni" - pisała. Czarną koronkową mantylkę odziedziczyła po prababci. O ile Didion dobrze pamięta, to matka zaszczepiła w niej przekonanie, że jest zbyt delikatna i wrażliwa, podobnie jak wszystkie kobiety w rodzinie. Jak mówi matka: "miała smutną i niespokojną osobowość" - od dnia, w którym wróciła do domu ze Szpitala Miłosierdzia, gdzie czuwały nad nią zakonnice. Mówiono o niej, że ma oczy jak jej zmarła babcia Ethel, "oczy, które czerwienią się i łzawią przy pierwszym zwiastunie słońca, pierwiosnków czy podniesionych głosów, i mówiono też, że ma w sobie trochę z jej "odmienności", z jej dyskomfortu w chwili, gdy zaczynają się tańce..." To prawda, że w dzieciństwie niewiele jadła. Jej matka wymyśliła rytuał, który miał skłonić Didion do połykania jedzenia - nazywała to "klubem czystego talerza", aż pewnego wieczoru Frank krzyknął: "Przestań z niej robić ludzki śmietnik". Tak naprawdę skromny apetyt Didion mógł być raczej aktem buntu niż wynikiem jej słabości, formą zaburzeń odżywiania (Didion później tak właśnie sądziła). Przyznała, że Eduene uważała córkę za krnąbrne i trudne dziecko - do tego stopnia, że gdyby mogła zrobić wszystko od nowa, być może oddałaby ją do szkoły z internatem. To sugeruje, że pod cichą delikatnością kryje się hart niczym ze stali. Eduene dała córce notatnik, by powstrzymać jej "marudzenie", ale notes popchnął dziewczynkę ku życiu wewnętrznemu, w stronę prywatnego świata, gdzie rodzą się burze, nad którymi matka nie ma kontroli. Mit o słabym ogniwie, o tej, którą by pozostawiono na równinach, służył przekonaniu Didion, że potrzebne są jej ciemne pokoje, ciche popołudnia i marudzenie niedzielnych ciotek. Tak naprawdę to Eduene potrzebowała pewności rodzinnych rytuałów ("Moja matka "urządzała herbatki" tak, jak inne matki oddychały" - pisała Didion). Z carte blanche w bibliotece dla dorosłych, z prezentami w postaci drogich perfum i wymyślnych kapeluszy, gdy tylko zachorowała lub wymagała perswazji, Didion, jak się wydaje, była nie tyle ograniczana, co rozpieszczana.

Miała młodszą o półtora roku kuzynkę Brendę, córkę siostry matki, Glorii. Jej ulubioną zabawą z Brendą było "przeglądanie strona po stronie numeru "Vogue'a" i wybieranie, co ma być "kupione"" - napisała kiedyś. "Brenda mogła kupić, co tylko chciała, z miejsca po lewej stronie, ja natomiast musiałam ograniczać się do prawej. Chodziło o to, by zobaczyć, która z nas potrafi skompletować najbardziej pożądaną garderobę, mając do dyspozycji tylko te opcje, które tam się pojawiały". Didion uwielbiała wyobrażać sobie siebie jako kobietę noszącą drogie ubrania. Lubiła też kontrolować swoją kuzynkę. Jeśli Brenda wybrała jakąś rzecz, a Didion nie chciała, żeby ta przypadła kuzynce w udziale, oponowała pod byle pretekstem, twierdząc na przykład, że strona redakcyjna się nie liczy. "Byłam starszą kuzynką. Dlatego robiłyśmy to po mojemu" - powiedziała Didion. "Nigdy, przenigdy, ani razu nie przeszło mi przez myśl", co mogłaby woleć Brenda. Uwielbiała ją straszyć, układając dla nich obu scenariusze, w których miały wsiąść do windy zmierzającej ku zagładzie.

Być może Didion chciała ukarać kuzynkę: Brenda przestrzegała rodzinnych reguł, które nakazywały spożywanie posiłków z zachowaniem zasad kultury i przygotowywanie "doskonałego białego sosu"; chętniej akceptowała mit o "delikatności" i kładła się spać punktualnie o szóstej trzydzieści każdego wieczoru; co roku zgadzała się odgrywać Królewnę Śnieżkę przy choince, ku uciesze wszystkich rodziców. A może Didion próbowała wciągnąć kuzynkę w przedwczesny bunt (sytuacja powtórzyła się wiele lat później w przypadku Quintany: zmuszanie dziecka do dorosłości, zanim było na nią w pełni gotowe). Didion była przygotowana na to, by zająć swoje miejsce w świecie. Żadnych żółtych warzyw. Żadnych ciasteczek z mlekiem. Ona chciała pić koktajle. Obserwując ojca, brała liść sałaty lodowej, mieszała go z kruszonym lodem w szklance na długiej nóżce i udawała, że pije jak dorosła.

Didion nawiązała w mieście inne przyjaźnie, zwłaszcza z Nancy Kennedy, którą poznała, gdy obie miały po pięć lat i zaczynały zajęcia baletowe w szkole tańca Miss Marion Hall. Nancy była siostrą Anthony'ego Kennedy'ego, który później został sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Ponieważ nie dzieliła ich różnica wieku, Didion mniej ochoczo kontrolowała relację z Nancy, choć wynikające z niej przyjemności bardzo jej odpowiadały. Dziewczynki lubiły przebierać się w kostiumy baletowe (zwłaszcza na występ w Les Petites) i chętnie przymierzały ubrania. Kiedyś razem prezentowały stroje podczas charytatywnego pokazu mody. Didion wstąpiła do drużyny skautek. Wspomina, że zmuszano ją do śpiewania dla pensjonariuszy przytułku niedaleko Sacramento. W tekstach piosenek były takie zwroty jak "lilie z doliny wyściełają twą ścieżkę w ogrodzie" i "to nastąpi tylko wówczas, gdy zaśpiewają anioły". Jedna z jej dawnych koleżanek z drużyny powiedziała mi, że Didion najprawdopodobniej miała na myśli placówkę medyczną o nazwie Weimar, położoną na północ od miasta, gdzie leczono chorych na gruźlicę. Miejsce to unaoczniło Didion potencjalne niebezpieczeństwa związane z dorosłością, ale ona wciąż z utęsknieniem wypatrywała linii mety dzieciństwa.

Dwadzieścia cztery lata - odparła matka, gdy Didion zapytała, jaki jest najlepszy wiek. Eduene miała dwadzieścia cztery lata, gdy wyszła za mąż, dwadzieścia cztery lata, gdy urodziła Joan. Mówiła, że dwadzieścia cztery to jej "szczęśliwa liczba" (dla niej, podobnie jak dla jej męża, całe życie było pływającym kasynem). Dorosłe rozmowy to jedyna rzecz, którą Didion mogła dzielić z matką. Eduene wyciągała z szaf zakurzone pudła i pokazywała córce czerwoną aksamitną pelerynę z białym futrzanym kołnierzem, którą miała na sobie na przyjęciu weselnym, a także starsze sukienki wizytowe.

Na podstawie tych przebłysków modnej przeszłości matki i zdjęć z magazynów Didion snuła romantyczne marzenia. Nie chodziło o księżniczki czy magiczne karoce, ale o paparazzich, którzy gonili ją po jakimś egzotycznym miejscu, może w Argentynie (widziała je w "Vogue'u"), podczas gdy ona, w sobolowym płaszczu i ciemnych okularach, stara się o rozwód z bogatym mężem. Czarna koronkowa mantylka po prababci sprawiała wrażenie, jakby wyłoniła się wprost z tych wyobrażeń i dowodziła ich immanencji.

Didion tworzyła też fantazje literackie. "Ciągle bawiłam się w pisanie i wyobrażałam sobie, że jestem pisarką, co zwykle wiązało się z posiadaniem, w cudzysłowie, apartamentu na Manhattanie - powiedziała. - Takie miałam wyobrażenie o pisarskim życiu".

3

San Francisco to nie był Manhattan - po części wyglądało jak Sacramento, tylko większe - ale romantyzm tego miejsca dało się wyczuć, zwłaszcza w oknach wystawowych Paula Eldera i stoiskach z kwiatami po drugiej stronie Union Square, gdzie mieściły się sklepy z biżuterią i z książkami, artykułami artystycznymi, meblami, odzieżą i słodyczami. Podczas jednej z rodzinnych wycieczek do miasta nad zatoką babcia Edna kupiła fiołki dla Didion i Brendy, a w El Prado zamówiła sałatkę crab louie. Eduene i Gloria zastanawiały się, czy rozpieszczanie dziewczynek nie sprawi, że nie będą już miały czego oczekiwać od życia. Edna stwierdziła: "Oby to było waszym największym zmartwieniem".

Mimo że ponad siedemdziesiąt tysięcy robotników portowych straciło pracę, a w strajkach pracowniczych ginęli ludzie (mniej więcej połowa mieszkańców miasta należała do związków zawodowych), przybysze z doliny nie dostrzegali żadnych problemów - Didionowie nie myśleli o klasie - a zamiast tego gapili się na mewy we mgle, budynki w stylu secesji i Bauhausu, kutry z bananami zakotwiczone na zachód od mostu przy Trzeciej Ulicy i frachtowce pod latarniami. Wdychali zapachy gnijącej tarcicy, palonej kawy, surowego cukru; podziwiali nowiutki most Golden Gate. Rozpoczęta w 1928 roku budowa katedry Łaski Bożej (później działającej pod niekonwencjonalnym kierownictwem wielebnego Jamesa Alberta Pike'a, o którym Didion napisze kiedyś, że był prawdziwym kalifornijskim ekscentrykiem), pozostała niedokończona, a iglica przypominała zardzewiałe kości żebrowe. Eduene zawsze zostawiała datek na jej dokończenie.

W latach dwudziestych Eduene, wówczas smukła, młoda debiutantka, uczestniczyła w podwieczorkach urządzanych w ogrodzie hotelu Palace, popijając herbatę z winem, zajadając ręcznie robione babeczki z kremem devonshire i flirtując z zalotnikami. W oczach jej córki miasto spowijał nimb splendoru. Didion czuła, że ominął ją magiczny świat; w jej wyobraźni domy towarowe i hotele stały się wieżami i murami zamku w chmurach.

Często stawała nad brzegiem wody, próbując wyobrazić sobie dno zatoki. Może gdy dorośnie, nie będzie pisarką w Nowym Jorku. Może zamiast tego zajmie się badaniem oceanów. Marzyła o wyprawie na Hawaje na parowcu Lurline, o podróży, w którą każda kobieta zamożna i obdarzona dobrym gustem powinna przynajmniej raz wyruszyć. Hawaje pełne palm, słodkich drinków i kwiatowych naszyjników nadawały się jeszcze lepiej niż Argentyna na rozwód z bogatym mężem.

Wpatrując się w morze, zastanawiała się, co się stało z Amelią Earhart. Nagłówek w "San Francisco Chronicle" głosił: SAMOTNY OCEAN WCIĄŻ SKRYWA TAJEMNICĘ LOSU AMELII. Podobnie jak dawni pionierzy, wyruszyła w romantyczną podróż swoim kruchym wehikułem, nie wiedząc, czy dotrze do celu.

Kiedy Didionowie nie zwiedzali miasta, często wyjeżdżali do wyschniętej Central Valley. Rodzina posiadała tam ziemię. W skąpym cieniu drzew owocowych, obserwując ciemnoskórych mężczyzn w słomkowych kapeluszach, którzy zbierali plony obok białych kobiet, mężczyzn i dzieci, Didion dostrzegała związki między Kalifornią a południowymi obszarami. Całą okolicę przenikała migotliwa od żaru ostrość. Wszystko przejmowało aż do kości. To była prawdziwa Kalifornia.

Didion znała to dziedzictwo dzięki dziadkowi Hermanowi. Po odejściu z obozu górniczego w górach Sierra Nevada zajął się inżynierią lądową i działalnością adwokacką, a także pisaniem, tworząc techniczne traktaty, takie jak Teoria wyceny nieruchomości, oraz teksty poświęcone historii lokalnej. Jego relacje zawierały krótkie wzmianki o migrujących robotnikach linczowanych w odizolowanych miasteczkach.

W serii artykułów dla "San Francisco News" John Steinbeck pisał także o "znienawidzonych" przez miejscowych włóczęgach z Central Valley, mieszkających w szałasach z "tektury falistej" i namiotach "koloru ziemi". Te artykuły stanowiły wstęp do Gron gniewu. W powieści wydanej w 1939 roku, czyli mniej więcej w czasie, gdy Didion dostała swój pierwszy notatnik, Steinbeck odważył się zadeklarować, że książka wywodzi się z zaangażowanej społecznie publicystyki, a jej korzenie sięgają reportażu. Didion nigdy nie uważała, by Steinbeck wywarł na nią wpływ, ale jego rozważania na temat doliny pasowały do jej własnych refleksji, choć z innej perspektywy politycznej, i musiały jej przypominać pisarstwo dziadka (ponadto pradziadek ze strony ojca zrzeszał plantatorów winogron w hrabstwie Florin i posiadał blisko pięć tysięcy hektarów sadów owocowych). Historie takie jak ta opowiedziana przez Steinbecka, a także konsekwencje życia w Kalifornii dla potomków pierwszych grup Okiesów, przewijają się przez wczesne eseje Didion. Dokumentalne podejście Steinbecka, przypominające fotografie Dorothei Lange czy album Jamesa Agee i Walkera Evansa Let Us Now Praise Famous Men, pozostało modelowym przykładem tego, jak ujmować tematy polityczne. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych krytycy okrzyknęli Didion - obok Toma Wolfe'a, Normana Mailera i Huntera S. Thompsona - pionierką Nowego Dziennikarstwa, w którym reporterka włącza się w historię jako jej centralny element. W rzeczywistości postawa obserwacyjna - etyka świadka - esejów Didion i jej twardy ton, zgrzebny jak świąteczne wstęgi powiewające na latarniach ulicznych Sacramento, miały tyle wspólnego z proletariackim pisarstwem wielkiego kryzysu, co z popisowymi utworami Mailera, Wolfe'a i Thompsona.