3
- Przepuśćcie mnie! - krzyczała Aurora, przepychając się łokciami, żeby zrobić przejście w tłumie. Ludzie zgromadzeni wokół miejsca zdarzenia nawet nie protestowali. Stali jak sparaliżowani, patrząc na ciało dziewczyny leżące w nienaturalnej pozycji, w dwóch dużych kałużach krwi zabarwiających asfalt na wysokości torsu i u podstawy czaszki.
Scena była jednocześnie potworna i surrealistyczna. Jakiś mężczyzna szlochał, szaleńczo drapiąc się w czoło, jakby próbował usunąć jakąś plamę ze skóry.
Aurora pochyliła się i oparła dwa palce na szyi dziewczyny, żeby zbadać jej puls.
- Jeszcze żyje! Niech ktoś wezwie karetkę!
Odezwał się jakiś typ z telefonem w ręku.
- Już to zrobiłem. Za kilka minut tu będą.
Jego głos dotarł do Aurory przytłumiony.
Była wstrząśnięta. W piersi czuła huragan emocji. Nie mogła w to uwierzyć, ale nieznajoma, którą spotkała zaledwie kilka minut wcześniej, w jasnej halce i ze zdecydowanym spojrzeniem, umierała na jej oczach. Kilka słów wypowiedzianych przed lustrem dało jej impuls, by chcieć jej pomóc, chociaż nie wiedziała nic o niej, o jej przeszłości ani o tym, dlaczego znalazła się na tym spotkaniu dotyczącym wychodzenia z traumy. Nie mogła przypuszczać, że szansa na to zostanie jej tak brutalnie odebrana.
Dziewczyna była bez butów i Aurora odruchowo rozejrzała się w poszukiwaniu czerwonych balerin, które na niej widziała, przypuszczając, że musiało odrzucić je na boki w czasie upadku; nie było jednak po nich śladu. Nie miała też na sobie bluzy, zbyt wielkiej jak na to drobne ciało.
Na ziemi, ubrana tylko w halkę, nieznajoma była wystawiona na spojrzenie świata, którego częścią być może nigdy się nie czuła.
I wtedy pewien szczegół ubrania przyciągnął uwagę Aurory.
Ledwie tylko zdążyła go zapamiętać, gdy inna rzecz przyciągnęła jej wzrok. Teraz, kiedy dziewczyna miała nagie ręce, Aurora zdała sobie sprawę, że są naznaczone bliznami. Niektóre miały kilka miesięcy, ale na tych nowszych widoczna była jeszcze leciutko czerwona barwa świeżo odbudowanej skóry.
Zastanowiło ją, że nie były to zwykłe cięcia; wcale nie przypominały sznytów, które widziała u osób z tendencją do samookaleczania się. Takich jak u Giulii, nastolatki leczącej się w tym samym szpitalu psychiatrycznym, gdzie leżała Aurora. Była ofiarą wielokrotnego wykorzystywania seksualnego i psychicznego ze strony ojca, a żyletka stała się dla niej sposobem na ponowne wejście w posiadanie swojego ciała.
Ale było oczywiste, że nie o to chodziło. Nie były to też charakterystyczne blizny kogoś, kto już wcześniej próbował odebrać sobie życie. Rysunek siateczki na nadgarstkach nie był na tyle głęboki, by domyślać się, że dziewczyna chciała sięgnąć tętnicy. Nie, te ślady miały jakieś konkretne znaczenie. Wystarczył rzut oka, by zdać sobie z tego sprawę.
Teraz Aurora wiedziała już na pewno, że instynkt jej nie zawiódł: było coś, co ta dziewczyna nosiła w sobie, coś tak strasznego, że aby przed tym uciec, targnęła się na swoje życie.
- Zostań ze mną - szepnęła. Potem zdjęła kurtkę i użyła jej, by okryć tamtą. Poranny chłód był przenikliwy, powietrze przesycone wilgocią.
Oddech nieznajomej był tak słaby, że ledwo można było dostrzec ruch klatki piersiowej. Oczy były przymknięte, powieki poruszały się szybko jak przysłona obiektywu w trakcie robienia zdjęć seryjnych.
Aurora wiedziała, że ciała nie należy w żaden sposób ruszać, zanim nie zjawią się ratownicy. Było oczywiste, że w trakcie upadku dziewczyna połamała nogi i kto wie, co jeszcze. Po takim uderzeniu byłoby cudem, gdyby w ciele znalazła się choć jedna cała kość. Sytuacja była beznadziejna, ale jeśli istniała jakakolwiek szansa na ocalenie, należało skrupulatnie trzymać się procedur.
Z pobliskiego posterunku nadbiegło dwóch funkcjonariuszy policji miejskiej, którzy natychmiast zaczęli nawoływać ciekawskich do rozejścia się.
- Proszę stąd odejść - nakazał Aurorze jeden z nich.
- Podkomisarz Scalviati - powiedziała po chwili wahania. Wyciągnęła z kieszeni spodni legitymację i pokazała ją policjantowi.
Tamten skinął głową.
- Proszę pomóc mi zrobić tu więcej miejsca.
Nastąpiła gorączkowa krzątanina, Aurora i dwaj policjanci wspólnymi siłami doprowadzili do opróżnienia terenu, chociaż wianuszek ciekawskich wciąż się powiększał.
Nawykowo zaczęła przyglądać się obecnym, zatrzymując wzrok na każdym, kto zachowywał się choćby odrobinę podejrzanie. Jej wzrok skanował twarze, jedną po drugiej, zapamiętując fizjonomie i szczegóły ubioru.
Była tam kobieta w beżowym płaszczu, przyciskająca do piersi torebkę, jakby była drogocennym skarbem, starszy mężczyzna z białym pieskiem, kilku chłopaków, którzy o czymś cicho dyskutowali i wyglądali na studentów. Może chodzili na wykłady do profesora Menniego, który brał udział w konferencji. Jej spojrzenie zatrzymało się na mężczyźnie około czterdziestki, z rękami wbitymi w kieszenie kurtki i twarzą, na której nie malowały się żadne emocje. Kiedy zdał sobie sprawę, że Aurora go obserwuje, ruszył pewnym krokiem w kierunku fontanny Neptuna, nie oglądając się więcej za siebie.
Chociaż wydawało się to oczywiste, wcale nie było powiedziane, że dziewczyna rzuciła się z własnej woli. W głowie Aurory jedna hipoteza goniła drugą. To leżało w jej naturze, to dlatego nie mogła zrezygnować z pracy w policji nawet wtedy, kiedy jej kariera legła w gruzach, kiedy wszyscy uznawali jej obecność w siłach porządku za niewygodną.
Często się zdarza, że odpowiedzialny za czyn przestępczy pojawia się na miejscu własnej zbrodni, ale chociaż zachowanie mężczyzny wydało się Aurorze dwuznaczne, była świadoma, że nie mógłby się znaleźć w takiej odległości od wejścia do pałacu zaraz po zepchnięciu dziewczyny z wysokiej wieży - dlatego tylko patrzyła za nim, gdy się oddalał.
Po chwili wycie syreny karetki pogotowia zagłuszyło odgłosy ruchu ulicznego i gwar obecnych. Pojazd zaparkował przed portalem Palazzo d'Accursio, wypadło z niego dwóch ratowników. Kiedy przygotowywali się do interwencji medycznej, poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia.
Odwróciła się szybko. To była Silvia.
Objęły się, nic nie mówiąc.
- Jak się czujesz?
Aurora potrząsnęła głową.
- Ciągle stoi mi przed oczami moment, kiedy ją spotkałam, ciągle sobie powtarzam, że wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdybym zdecydowała się ją zatrzymać. Przecież widziałam, że coś było nie tak! Mogłam...
- Błagam cię, nie rób tego - przerwała jej Silvia. - To, co się stało, jest straszne, ale nie możesz się o to obwiniać. Nie mogłaś wiedzieć, co zamierza zrobić. To była po prostu obca osoba, jak mogłaś to przewidzieć?
- Nie wiem... Z moją matką też niby rozumiałam, że jej stanu nie można lekceważyć, a jednak szłam naprzód ze swoim życiem, kiedy ona... - Aurora przełknęła ślinę. - Mogłam coś zrobić. Może gdybym nie zostawiła jej samej...
- To dwie zupełnie różne sytuacje. Nie miałaś pojęcia, co może mieć w głowie ta dziewczyna.
Kiedy ratownicy układali ciało na noszach, jeden z nich zwrócił się do obecnych:
- Czyja to kurtka?
- Moja. - Aurora skorzystała z okazji, żeby zapytać o stan nieznajomej.
- Ktoś z rodziny?
- Jestem policjantką.
Ratownik spojrzał na nią ze smutkiem.
- Trochę za wcześnie, żeby o tym mówić przed zrobieniem chociażby tomografii. Ale po takim skoku skłamałbym, gdybym nie powiedział, że jej sytuacja jest beznadziejna.
Aurora poczuła, że ogarnia ją fala zniechęcenia. Zacisnęła pięści i głęboko odetchnęła, po czym spojrzała na wieżę zegarową. Podest, który prawdopodobnie był miejscem, z którego skoczyła, znajdował się na co najmniej trzydziestu metrach wysokości. Z miejsca, w którym stała, mogła dostrzec, że na górze coś jest, ale w tym momencie nie potrafiła określić co dokładnie.
Ruszyła w kierunku wejścia do pałacu.
Silvia szła o krok za nią.
- Dokąd idziesz?
- Muszę lepiej to zrozumieć.
- Co masz na myśli?
Aurora zatrzymała się na chwilę, żeby popatrzeć uważnie na młodą karabinierkę.
- A jeśli to nie samobójstwo? Jeśli na szczycie wieży był z nią ktoś inny?
- Widziałaś ją z kimś?
- Nie, wyglądało na to, że jest sama. Ale to jeszcze nie oznacza...
- Nie daj się pochłonąć tej historii - przerwała jej Silvia. - Zgadzam się, że nic nie można wykluczyć, ale jesteśmy czterdzieści kilometrów od Sparvary. Obie jesteśmy poza swoim terenem.
- Mam w dupie jaki to teren! Ta dziewczyna miała najwyżej dwadzieścia lat. Zdajesz sobie sprawę, jakie to niesprawiedliwe? Miała przed sobą całe życie. Ale coś, albo ktoś sprawił, że uwierzyła, że nie ma dla niej miejsca na tym świecie.
- Poczekaj - powiedziała Silvia, starając się dotrzymać jej kroku. - Jeśli rzeczywiście ktoś z nią był, to może to być niebezpieczne. - Nie mogła nie pomyśleć o tym, że żadna z nich nie miała przy sobie służbowej broni.
Kiedy dotarły do sali na drugim piętrze, wcześniej zatłoczonej przez uczestników konferencji, powitała je dziwna, surrealistyczna atmosfera pustki i ciszy. Aurora rzuciła szybkie spojrzenie na aulę, w której wcześniej występował profesor Menni, również pustą, z rzędami krzeseł pozostawionymi w nieładzie przez pośpiech, w jakim stamtąd wybiegano; odtworzyła w pamięci trasę, którą przeszła przed spotkaniem z dziewczyną.
Jakieś niepozorne drzwi przykuły jej uwagę.
- Wiesz, dokąd prowadzą? - spytała Silvię.
- Nie mam pojęcia.
Chwyciła klamkę i otworzyła, odkrywając przejście do klatki schodowej prowadzącej na górę.
Przebycie schodów zajęło im kilka minut, w trakcie których powtórzyły drogę nieznajomej sprzed momentu, gdy rzuciła się w pustkę; minęły pomieszczenie z mechanizmem zegara i przeszły pod starodawnymi łukami podtrzymującymi dach wieży.
Robiły to ostrożnie, uważnie wypatrując, czy ktoś nie czai się pomiędzy odcinkami schodów. W końcu przeszły wąskim korytarzykiem prowadzącym na podest nad zegarem.
- Bluza - powiedziała Aurora jakby do siebie, rozpoznając to, co zwisało z podestu i co wcześniej zauważyła z dołu. Na posadzce stały czerwone baleriny.
Musiała je zdjąć, zanim skoczyła.
Podeszła, żeby przypatrzeć się okryciu.
- Raczej nie ma tu śladów walki. Bluza jest starannie złożona, buty też są w porządku. Teraz, mając możliwość obejrzenia ich z bliska, zauważyła małe paski zapinane na wierzchu stopy, nadające butom niemal dziecięcy wygląd.
- To znaczy, że rzuciła się z premedytacją.
- Albo że ktoś jej groził. Dziewczyna mogła wszystko starannie ułożyć, żeby zyskać na czasie.
- Ale nic tu nie świadczy o obecności kogoś jeszcze.
Aurora przytaknęła z roztargnieniem. Po chwili namysłu powiedziała:
- Bluza była dosyć zużyta. Buty też wyglądają na znoszone. A to kłóci się z pewnym szczegółem, który zauważyłam na jej ubraniu.
- O czym mówisz?
- Przy halce, którą miała na sobie, jest nadal metka ze sklepu, gdzie ją kupiono.
Silvia potarła czoło, zamyślona.
- Myślisz, że to może coś oznaczać?
Aurora przytaknęła.
- Jestem tego pewna. Może masz rację, ta biedna dziewczyna po prostu się rzuciła. Ale to tutaj wygląda dokładnie jak miejsce zbrodni. Żaden gest, który poprzedził jej skok, nie był przypadkowy. Zostawiając tu swoje wysłużone ubrania, próbowała zostawić nam jakąś wiadomość. Nie mówiąc już o halce... po co kupować sobie takie ubranie tuż przed samobójstwem?
- Nie potrafię powiedzieć, ale...
- Myślę, że pierwszym krokiem, aby się tego dowiedzieć, jest zrozumienie, dlaczego ma blizny.
- Przepraszam, ale nie rozumiem?
- Miała ręce całe w bliznach. Na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że większość jest sprzed kilku miesięcy, ale niektóre powstały niedawno. Może zrobiła je sama, ale mogła też być ofiarą jakiegoś dręczyciela, który znęcał się nad nią od jakiegoś czasu. Cokolwiek oznaczają, jestem pewna, że są kluczem do zrozumienia, co jej się stało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki