Ostatnia noc Aurory - Barbara Baraldi

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (39,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

- Prze­puść­cie mnie! - krzy­czała Au­rora, prze­py­cha­jąc się łok­ciami, żeby zro­bić przej­ście w tłu­mie. Lu­dzie zgro­ma­dzeni wo­kół miej­sca zda­rze­nia na­wet nie pro­te­sto­wali. Stali jak spa­ra­li­żo­wani, pa­trząc na ciało dziew­czyny le­żące w nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji, w dwóch du­żych ka­łu­żach krwi za­bar­wia­ją­cych as­falt na wy­so­ko­ści torsu i u pod­stawy czaszki.

Scena była jed­no­cze­śnie po­tworna i sur­re­ali­styczna. Ja­kiś męż­czy­zna szlo­chał, sza­leń­czo dra­piąc się w czoło, jakby pró­bo­wał usu­nąć ja­kąś plamę ze skóry.

Au­rora po­chy­liła się i oparła dwa palce na szyi dziew­czyny, żeby zba­dać jej puls.

- Jesz­cze żyje! Niech ktoś we­zwie ka­retkę!

Ode­zwał się ja­kiś typ z te­le­fo­nem w ręku.

- Już to zro­bi­łem. Za kilka mi­nut tu będą.

Jego głos do­tarł do Au­rory przy­tłu­miony.

Była wstrzą­śnięta. W piersi czuła hu­ra­gan emo­cji. Nie mo­gła w to uwie­rzyć, ale nie­zna­joma, którą spo­tkała za­le­d­wie kilka mi­nut wcze­śniej, w ja­snej halce i ze zde­cy­do­wa­nym spoj­rze­niem, umie­rała na jej oczach. Kilka słów wy­po­wie­dzia­nych przed lu­strem dało jej im­puls, by chcieć jej po­móc, cho­ciaż nie wie­działa nic o niej, o jej prze­szło­ści ani o tym, dla­czego zna­la­zła się na tym spo­tka­niu do­ty­czą­cym wy­cho­dze­nia z traumy. Nie mo­gła przy­pusz­czać, że szansa na to zo­sta­nie jej tak bru­tal­nie ode­brana.

Dziew­czyna była bez bu­tów i Au­rora od­ru­chowo ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu czer­wo­nych ba­le­rin, które na niej wi­działa, przy­pusz­cza­jąc, że mu­siało od­rzu­cić je na boki w cza­sie upadku; nie było jed­nak po nich śladu. Nie miała też na so­bie bluzy, zbyt wiel­kiej jak na to drobne ciało.

Na ziemi, ubrana tylko w halkę, nie­zna­joma była wy­sta­wiona na spoj­rze­nie świata, któ­rego czę­ścią być może ni­gdy się nie czuła.

I wtedy pe­wien szcze­gół ubra­nia przy­cią­gnął uwagę Au­rory.

Le­d­wie tylko zdą­żyła go za­pa­mię­tać, gdy inna rzecz przy­cią­gnęła jej wzrok. Te­raz, kiedy dziew­czyna miała na­gie ręce, Au­rora zdała so­bie sprawę, że są na­zna­czone bli­znami. Nie­które miały kilka mie­sięcy, ale na tych now­szych wi­doczna była jesz­cze le­ciutko czer­wona barwa świeżo od­bu­do­wa­nej skóry.

Za­sta­no­wiło ją, że nie były to zwy­kłe cię­cia; wcale nie przy­po­mi­nały szny­tów, które wi­działa u osób z ten­den­cją do sa­mo­oka­le­cza­nia się. Ta­kich jak u Giu­lii, na­sto­latki le­czą­cej się w tym sa­mym szpi­talu psy­chia­trycz­nym, gdzie le­żała Au­rora. Była ofiarą wie­lo­krot­nego wy­ko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­nego i psy­chicz­nego ze strony ojca, a ży­letka stała się dla niej spo­so­bem na po­nowne wej­ście w po­sia­da­nie swo­jego ciała.

Ale było oczy­wi­ste, że nie o to cho­dziło. Nie były to też cha­rak­te­ry­styczne bli­zny ko­goś, kto już wcze­śniej pró­bo­wał ode­brać so­bie ży­cie. Ry­su­nek sia­teczki na nad­garst­kach nie był na tyle głę­boki, by do­my­ślać się, że dziew­czyna chciała się­gnąć tęt­nicy. Nie, te ślady miały ja­kieś kon­kretne zna­cze­nie. Wy­star­czył rzut oka, by zdać so­bie z tego sprawę.

Te­raz Au­rora wie­działa już na pewno, że in­stynkt jej nie za­wiódł: było coś, co ta dziew­czyna no­siła w so­bie, coś tak strasz­nego, że aby przed tym uciec, tar­gnęła się na swoje ży­cie.

- Zo­stań ze mną - szep­nęła. Po­tem zdjęła kurtkę i użyła jej, by okryć tamtą. Po­ranny chłód był prze­ni­kliwy, po­wie­trze prze­sy­cone wil­go­cią.

Od­dech nie­zna­jo­mej był tak słaby, że le­dwo można było do­strzec ruch klatki pier­sio­wej. Oczy były przy­mknięte, po­wieki po­ru­szały się szybko jak przy­słona obiek­tywu w trak­cie ro­bie­nia zdjęć se­ryj­nych.

Au­rora wie­działa, że ciała nie na­leży w ża­den spo­sób ru­szać, za­nim nie zja­wią się ra­tow­nicy. Było oczy­wi­ste, że w trak­cie upadku dziew­czyna po­ła­mała nogi i kto wie, co jesz­cze. Po ta­kim ude­rze­niu by­łoby cu­dem, gdyby w ciele zna­la­zła się choć jedna cała kość. Sy­tu­acja była bez­na­dziejna, ale je­śli ist­niała ja­ka­kol­wiek szansa na oca­le­nie, na­le­żało skru­pu­lat­nie trzy­mać się pro­ce­dur.

Z po­bli­skiego po­ste­runku nad­bie­gło dwóch funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji miej­skiej, któ­rzy na­tych­miast za­częli na­wo­ły­wać cie­kaw­skich do ro­zej­ścia się.

- Pro­szę stąd odejść - na­ka­zał Au­ro­rze je­den z nich.

- Pod­ko­mi­sarz Sca­lviati - po­wie­działa po chwili wa­ha­nia. Wy­cią­gnęła z kie­szeni spodni le­gi­ty­ma­cję i po­ka­zała ją po­li­cjan­towi.

Tam­ten ski­nął głową.

- Pro­szę po­móc mi zro­bić tu wię­cej miej­sca.

Na­stą­piła go­rącz­kowa krzą­ta­nina, Au­rora i dwaj po­li­cjanci wspól­nymi si­łami do­pro­wa­dzili do opróż­nie­nia te­renu, cho­ciaż wia­nu­szek cie­kaw­skich wciąż się po­więk­szał.

Na­wy­kowo za­częła przy­glą­dać się obec­nym, za­trzy­mu­jąc wzrok na każ­dym, kto za­cho­wy­wał się choćby odro­binę po­dej­rza­nie. Jej wzrok ska­no­wał twa­rze, jedną po dru­giej, za­pa­mię­tu­jąc fi­zjo­no­mie i szcze­góły ubioru.

Była tam ko­bieta w be­żo­wym płasz­czu, przy­ci­ska­jąca do piersi to­rebkę, jakby była dro­go­cen­nym skar­bem, star­szy męż­czy­zna z bia­łym pie­skiem, kilku chło­pa­ków, któ­rzy o czymś ci­cho dys­ku­to­wali i wy­glą­dali na stu­den­tów. Może cho­dzili na wy­kłady do pro­fe­sora Men­niego, który brał udział w kon­fe­ren­cji. Jej spoj­rze­nie za­trzy­mało się na męż­czyź­nie około czter­dziestki, z rę­kami wbi­tymi w kie­sze­nie kurtki i twa­rzą, na któ­rej nie ma­lo­wały się żadne emo­cje. Kiedy zdał so­bie sprawę, że Au­rora go ob­ser­wuje, ru­szył pew­nym kro­kiem w kie­runku fon­tanny Nep­tuna, nie oglą­da­jąc się wię­cej za sie­bie.

Cho­ciaż wy­da­wało się to oczy­wi­ste, wcale nie było po­wie­dziane, że dziew­czyna rzu­ciła się z wła­snej woli. W gło­wie Au­rory jedna hi­po­teza go­niła drugą. To le­żało w jej na­tu­rze, to dla­tego nie mo­gła zre­zy­gno­wać z pracy w po­li­cji na­wet wtedy, kiedy jej ka­riera le­gła w gru­zach, kiedy wszy­scy uzna­wali jej obec­ność w si­łach po­rządku za nie­wy­godną.

Czę­sto się zda­rza, że od­po­wie­dzialny za czyn prze­stęp­czy po­ja­wia się na miej­scu wła­snej zbrodni, ale cho­ciaż za­cho­wa­nie męż­czy­zny wy­dało się Au­ro­rze dwu­znaczne, była świa­doma, że nie mógłby się zna­leźć w ta­kiej od­le­gło­ści od wej­ścia do pa­łacu za­raz po ze­pchnię­ciu dziew­czyny z wy­so­kiej wieży - dla­tego tylko pa­trzyła za nim, gdy się od­da­lał.

Po chwili wy­cie sy­reny ka­retki po­go­to­wia za­głu­szyło od­głosy ru­chu ulicz­nego i gwar obec­nych. Po­jazd za­par­ko­wał przed por­ta­lem Pa­lazzo d'Ac­cur­sio, wy­pa­dło z niego dwóch ra­tow­ni­ków. Kiedy przy­go­to­wy­wali się do in­ter­wen­cji me­dycz­nej, po­czuła, że ktoś do­tyka jej ra­mie­nia.

Od­wró­ciła się szybko. To była Si­lvia.

Ob­jęły się, nic nie mó­wiąc.

- Jak się czu­jesz?

Au­rora po­trzą­snęła głową.

- Cią­gle stoi mi przed oczami mo­ment, kiedy ją spo­tka­łam, cią­gle so­bie po­wta­rzam, że wszystko mo­gło po­to­czyć się ina­czej, gdy­bym zde­cy­do­wała się ją za­trzy­mać. Prze­cież wi­dzia­łam, że coś było nie tak! Mo­głam...

- Bła­gam cię, nie rób tego - prze­rwała jej Si­lvia. - To, co się stało, jest straszne, ale nie mo­żesz się o to ob­wi­niać. Nie mo­głaś wie­dzieć, co za­mie­rza zro­bić. To była po pro­stu obca osoba, jak mo­głaś to prze­wi­dzieć?

- Nie wiem... Z moją matką też niby ro­zu­mia­łam, że jej stanu nie można lek­ce­wa­żyć, a jed­nak szłam na­przód ze swoim ży­ciem, kiedy ona... - Au­rora prze­łknęła ślinę. - Mo­głam coś zro­bić. Może gdy­bym nie zo­sta­wiła jej sa­mej...

- To dwie zu­peł­nie różne sy­tu­acje. Nie mia­łaś po­ję­cia, co może mieć w gło­wie ta dziew­czyna.

Kiedy ra­tow­nicy ukła­dali ciało na no­szach, je­den z nich zwró­cił się do obec­nych:

- Czyja to kurtka?

- Moja. - Au­rora sko­rzy­stała z oka­zji, żeby za­py­tać o stan nie­zna­jo­mej.

- Ktoś z ro­dziny?

- Je­stem po­li­cjantką.

Ra­tow­nik spoj­rzał na nią ze smut­kiem.

- Tro­chę za wcze­śnie, żeby o tym mó­wić przed zro­bie­niem cho­ciażby to­mo­gra­fii. Ale po ta­kim skoku skła­mał­bym, gdy­bym nie po­wie­dział, że jej sy­tu­acja jest bez­na­dziejna.

Au­rora po­czuła, że ogar­nia ją fala znie­chę­ce­nia. Za­ci­snęła pię­ści i głę­boko ode­tchnęła, po czym spoj­rzała na wieżę ze­ga­rową. Po­dest, który praw­do­po­dob­nie był miej­scem, z któ­rego sko­czyła, znaj­do­wał się na co naj­mniej trzy­dzie­stu me­trach wy­so­ko­ści. Z miej­sca, w któ­rym stała, mo­gła do­strzec, że na gó­rze coś jest, ale w tym mo­men­cie nie po­tra­fiła okre­ślić co do­kład­nie.

Ru­szyła w kie­runku wej­ścia do pa­łacu.

Si­lvia szła o krok za nią.

- Do­kąd idziesz?

- Mu­szę le­piej to zro­zu­mieć.

- Co masz na my­śli?

Au­rora za­trzy­mała się na chwilę, żeby po­pa­trzeć uważ­nie na młodą ka­ra­bi­nierkę.

- A je­śli to nie sa­mo­bój­stwo? Je­śli na szczy­cie wieży był z nią ktoś inny?

- Wi­dzia­łaś ją z kimś?

- Nie, wy­glą­dało na to, że jest sama. Ale to jesz­cze nie ozna­cza...

- Nie daj się po­chło­nąć tej hi­sto­rii - prze­rwała jej Si­lvia. - Zga­dzam się, że nic nie można wy­klu­czyć, ale je­ste­śmy czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od Spa­rvary. Obie je­ste­śmy poza swoim te­re­nem.

- Mam w du­pie jaki to te­ren! Ta dziew­czyna miała naj­wy­żej dwa­dzie­ścia lat. Zda­jesz so­bie sprawę, ja­kie to nie­spra­wie­dliwe? Miała przed sobą całe ży­cie. Ale coś, albo ktoś spra­wił, że uwie­rzyła, że nie ma dla niej miej­sca na tym świe­cie.

- Po­cze­kaj - po­wie­działa Si­lvia, sta­ra­jąc się do­trzy­mać jej kroku. - Je­śli rze­czy­wi­ście ktoś z nią był, to może to być nie­bez­pieczne. - Nie mo­gła nie po­my­śleć o tym, że żadna z nich nie miała przy so­bie służ­bo­wej broni.

Kiedy do­tarły do sali na dru­gim pię­trze, wcze­śniej za­tło­czo­nej przez uczest­ni­ków kon­fe­ren­cji, po­wi­tała je dziwna, sur­re­ali­styczna at­mos­fera pustki i ci­szy. Au­rora rzu­ciła szyb­kie spoj­rze­nie na aulę, w któ­rej wcze­śniej wy­stę­po­wał pro­fe­sor Menni, rów­nież pu­stą, z rzę­dami krze­seł po­zo­sta­wio­nymi w nie­ła­dzie przez po­śpiech, w ja­kim stam­tąd wy­bie­gano; od­two­rzyła w pa­mięci trasę, którą prze­szła przed spo­tka­niem z dziew­czyną.

Ja­kieś nie­po­zorne drzwi przy­kuły jej uwagę.

- Wiesz, do­kąd pro­wa­dzą? - spy­tała Si­lvię.

- Nie mam po­ję­cia.

Chwy­ciła klamkę i otwo­rzyła, od­kry­wa­jąc przej­ście do klatki scho­do­wej pro­wa­dzą­cej na górę.

Prze­by­cie scho­dów za­jęło im kilka mi­nut, w trak­cie któ­rych po­wtó­rzyły drogę nie­zna­jo­mej sprzed mo­mentu, gdy rzu­ciła się w pustkę; mi­nęły po­miesz­cze­nie z me­cha­ni­zmem ze­gara i prze­szły pod sta­ro­daw­nymi łu­kami pod­trzy­mu­ją­cymi dach wieży.

Ro­biły to ostroż­nie, uważ­nie wy­pa­tru­jąc, czy ktoś nie czai się po­mię­dzy od­cin­kami scho­dów. W końcu prze­szły wą­skim ko­ry­ta­rzy­kiem pro­wa­dzą­cym na po­dest nad ze­ga­rem.

- Bluza - po­wie­działa Au­rora jakby do sie­bie, roz­po­zna­jąc to, co zwi­sało z po­de­stu i co wcze­śniej za­uwa­żyła z dołu. Na po­sadzce stały czer­wone ba­le­riny.

Mu­siała je zdjąć, za­nim sko­czyła.

Po­de­szła, żeby przy­pa­trzeć się okry­ciu.

- Ra­czej nie ma tu śla­dów walki. Bluza jest sta­ran­nie zło­żona, buty też są w po­rządku. Te­raz, ma­jąc moż­li­wość obej­rze­nia ich z bli­ska, za­uwa­żyła małe pa­ski za­pi­nane na wierz­chu stopy, na­da­jące bu­tom nie­mal dzie­cięcy wy­gląd.

- To zna­czy, że rzu­ciła się z pre­me­dy­ta­cją.

- Albo że ktoś jej gro­ził. Dziew­czyna mo­gła wszystko sta­ran­nie uło­żyć, żeby zy­skać na cza­sie.

- Ale nic tu nie świad­czy o obec­no­ści ko­goś jesz­cze.

Au­rora przy­tak­nęła z roz­tar­gnie­niem. Po chwili na­my­słu po­wie­działa:

- Bluza była do­syć zu­żyta. Buty też wy­glą­dają na zno­szone. A to kłóci się z pew­nym szcze­gó­łem, który za­uwa­ży­łam na jej ubra­niu.

- O czym mó­wisz?

- Przy halce, którą miała na so­bie, jest na­dal metka ze sklepu, gdzie ją ku­piono.

Si­lvia po­tarła czoło, za­my­ślona.

- My­ślisz, że to może coś ozna­czać?

Au­rora przy­tak­nęła.

- Je­stem tego pewna. Może masz ra­cję, ta biedna dziew­czyna po pro­stu się rzu­ciła. Ale to tu­taj wy­gląda do­kład­nie jak miej­sce zbrodni. Ża­den gest, który po­prze­dził jej skok, nie był przy­pad­kowy. Zo­sta­wia­jąc tu swoje wy­słu­żone ubra­nia, pró­bo­wała zo­sta­wić nam ja­kąś wia­do­mość. Nie mó­wiąc już o halce... po co ku­po­wać so­bie ta­kie ubra­nie tuż przed sa­mo­bój­stwem?

- Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, ale...

- My­ślę, że pierw­szym kro­kiem, aby się tego do­wie­dzieć, jest zro­zu­mie­nie, dla­czego ma bli­zny.

- Prze­pra­szam, ale nie ro­zu­miem?

- Miała ręce całe w bli­znach. Na pierw­szy rzut oka po­wie­dzia­ła­bym, że więk­szość jest sprzed kilku mie­sięcy, ale nie­które po­wstały nie­dawno. Może zro­biła je sama, ale mo­gła też być ofiarą ja­kie­goś drę­czy­ciela, który znę­cał się nad nią od ja­kie­goś czasu. Co­kol­wiek ozna­czają, je­stem pewna, że są klu­czem do zro­zu­mie­nia, co jej się stało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

Mgła. Zmrok zmu­szał ra­dio­wóz do po­ru­sza­nia się w tem­pie czło­wieka.

Na tym od­cinku drogi pro­win­cjal­nej nu­mer 43 w stronę Spa­rvary jezd­nia oświe­tlona była skąpo: tylko w po­bliżu naj­więk­szych rond stało kilka la­tarni.

Ko­mi­sarz Ma­lerba z roz­tar­gnie­niem prze­rzu­cił pro­to­kół: blo­kada drogi z po­wodu awa­rii po­jazdu, która na­stą­piła aku­rat w po­rze po­wrotu z pracy do­jeż­dża­ją­cych.

- Mam na­dzieję, że wie­czo­rem nie je­steś na nic umó­wiony - po­wie­dział. - Dzi­siaj znowu prze­dłu­żona zmiana.

- Parę nad­go­dzin nie za­szko­dzi - od­parł aspi­rant Ia­cono, zmie­nia­jąc bieg. - Kre­dyt, wy­datki na szkołę Az­zurry, ra­chunki i raty za sa­mo­chód... Trzeba się po­sta­rać, żeby do­cią­gnąć do końca mie­siąca.

- Świat nie jest spra­wie­dliwy. Weź Zac­cha­rel­lego...

- Tego go­ścia ze sta­rym for­dem ca­łym w he­avy­me­ta­lo­wych wlep­kach?

- Do­kład­nie tego. Był za­wsze strasz­nym nie­do­rajdą, żadna ro­bota się go nie trzy­mała dłu­żej niż kilka mie­sięcy. No i słu­chaj, co się stało. Wy­grał ze zdrapki pięć­dzie­siąt ty­sięcy euro.

- Pięć­dzie­siąt ty­sięcy?! Oj, to by roz­wią­zało parę pro­ble­mów.

- Jemu to po­wiedz. Te­le­wi­zor, kom­pu­ter, te­le­fon... W pierw­szym ty­go­dniu wy­dał pew­nie z dzie­sięć ty­sięcy.

- Za­łożę się, że do lata znowu bę­dzie bez gro­sza.

- Kurwa! - Ma­lerba wy­trzesz­czył oczy i wy­cią­gnął rękę do przodu. - Uwa­żaj!

Ia­cono wdep­nął ha­mu­lec.

Uru­cho­mił się ABS, wy­wo­łu­jąc se­rię trza­sków przy­po­mi­na­ją­cych strzały z ka­ra­binu.

Sa­mo­chód prze­je­chał na drugi pas i prze­su­nął się na­przód, wjeż­dża­jąc w wą­ziutką drogę grun­tową, po czym za­trzy­mał się kilka me­trów da­lej.

- Kurwa, nie za­uwa­ży­łem za­krętu!

- Cho­lerna mgła. - Ma­lerba ro­zej­rzał się w koło. - Przy ta­kiej wi­docz­no­ści le­piej nie wra­cać na wstecz­nym. Jedź da­lej, wró­cimy na pro­win­cjalną za la­skiem.

Ia­cono wci­snął gaz. Ręce jesz­cze mu się trzę­sły z ner­wów. Po­cho­dził z Bat­ti­pa­glii i za­nim pod­jął służbę w emi­liań­skiej Bas­sie[1], mgłę znał tylko ze sły­sze­nia.

Po ja­kichś dwóch ki­lo­me­trach pa­trol na­tknął się na sa­mo­chód ro­dzinny ze zga­szo­nymi świa­tłami, sto­jący w po­przek na brzegu drogi; jedno koło znaj­do­wało się tuż nad ro­wem.

- Ja­kaś parka? - spy­tał Ia­cono.

- Y-y... po­wie­dział­bym, że ćpun - od­parł ko­mi­sarz. - Za­trzy­maj się, rzućmy okiem.

Ia­cono za­trzy­mał po­jazd i włą­czył na da­chu sy­gnał świetlny, który za­czął roz­ta­czać wo­kół blade świa­tło.

Ma­lerba pierw­szy wy­siadł i pod­szedł do sa­mo­chodu.

- Po­li­cja dro­gowa - oznaj­mił, pu­ka­jąc w tylne okno. Po kilku chwi­lach zwró­cił się do ko­legi. - Tu­taj ni­kogo nie ma.

Tam­ten uniósł ra­miona.

- Dziwne miej­sce na par­ko­wa­nie.

Ma­lerba ro­zej­rzał się wkoło, szu­ka­jąc wzro­kiem do­mów, ale po bo­kach wid­niały tylko syl­wetki na­gich drzew spo­wi­tych mgłą. Po­dyk­to­wał ko­le­dze nu­mery, żeby je spraw­dzić, po­tem prze­szedł na bok i na­ci­snął bu­tem oponę. Przez okno do­strzegł, że klu­czyk tkwi w sta­cyjce.

Zaj­rzał uważ­niej do środka.

- Co...

- Coś zna­la­złeś?

Ma­lerba od­wró­cił się do dru­giego po­li­cjanta z osłu­pia­łym wy­ra­zem twa­rzy.

- Nie uwie­rzysz, co tam jest.

2

OSIEM­NA­ŚCIE MI­NUT WCZE­ŚNIEJ

- Prze­zwy­cię­że­nie traumy może być bar­dzo trudne z po­wodu ne­ga­tyw­nych uczuć, które zwy­kle po­ja­wiają się w nie­prze­wi­dzia­nym mo­men­cie - mó­wił męż­czy­zna sie­dzący na ka­te­drze pod wiel­kim fre­skiem. Pu­blicz­ność tłum­nie wy­peł­nia­jąca salę słu­chała go z za­in­te­re­so­wa­niem. - Wy­wo­łać je może ja­kieś słowo, ob­raz, na­wet za­pach, który przy­po­mni tamto do­świad­cze­nie; ta­kie sko­ja­rze­nie może mieć ka­ta­stro­falne efekty dla do­bro­stanu jed­nostki. Na przy­kład u ko­biet, które prze­żyły gwałt, czę­sto mamy do czy­nie­nia ze sta­nem cią­głej czuj­no­ści, po­dob­nej do tej, któ­rego do­świad­czają żoł­nie­rze wra­ca­jący z kraju ogar­nię­tego wojną. Strach, wstyd, li­to­wa­nie się nad sobą, złość albo po­czu­cie winy to uczu­cia łą­czące lu­dzi, któ­rzy prze­żyli ja­kieś eks­tre­malne nie­bez­pie­czeń­stwo. Są jak wi­rus po­tra­fiący za­ata­ko­wać ra­cjo­nalne my­śle­nie, a je­śli po­cią­gniemy da­lej tę me­ta­forę, tym, co po­trafi się mu prze­ciw­sta­wić, jest spe­cy­ficzny układ od­por­no­ściowy, który na­zy­wam drogą trzech kro­ków do od­zy­ska­nia rów­no­wagi: kon­fron­ta­cja, prze­pra­co­wa­nie, szansa.

- Ty też masz wra­że­nie, że on tro­chę rzuca slo­ga­nami? - po­wie­działa Au­rora Sca­lviati, pod­ko­mi­sarz z ko­mi­sa­riatu w Spa­rva­rze, do mło­dej ka­ra­bi­nierki le­śnej Si­lvii Sassi, która sie­działa obok niej na końcu sali.

- Może i tak - od­parła to­wa­rzyszka. - Ale pro­fe­sor Menni jest praw­dzi­wym au­to­ry­te­tem, je­śli cho­dzi o te­ra­pię stresu po prze­ży­tej trau­mie.

- Może i jest sławny, ale to prze­mó­wie­nie wy­daje się żyw­cem wy­jęte z ja­kie­goś po­rad­nika.

- Pierw­szy krok po­lega na roz­mo­wie o tym, co się wy­da­rzyło, oczy­wi­ście w bez­piecz­nym oto­cze­niu - cią­gnął Menni. - Wspar­cie te­ra­peuty jest kwe­stią pod­sta­wową, choć nie może się obyć bez pracy wła­snej w celu od­zy­ska­nia we­wnętrz­nej siły. W dru­gim kroku, prze­pra­co­wa­niu, mózg pró­buje prze­two­rzyć i zneu­tra­li­zo­wać ne­ga­tywne uczu­cia, do­kład­nie tak jak dzieje się w przy­padku ża­łoby. To może za­jąć wiele czasu i na tym eta­pie do­brze jest nie ule­gać po­ku­sie przy­śpie­sza­nia na siłę. Do­brą radą jest otwar­cie się na in­nych. Na­wią­za­nie no­wych przy­jaźni, słu­cha­nie hi­sto­rii po­dob­nych do swo­jej i roz­mowa o emo­cjach to świetne ka­ta­li­za­tory pro­cesu zdro­wie­nia. Trzeci i ostatni krok jest być może naj­trud­niej­szy, a po­lega na tym, żeby spoj­rzeć na prze­żytą traumę jak na szansę na od­ro­dze­nie się i roz­wój.

- Mia­łam na­dzieję, że tego nie po­wie - mruk­nęła Au­rora.

- Prze­stań kra­kać - od­parła Si­lvia. - Po­myśl o mo­jej hi­sto­rii. Kiedy za­cho­ro­wa­łam, ca­łymi mie­sią­cami ży­łam tak, jakby rak był je­dyną rze­czą, która mnie de­fi­niuje. Po wy­zdro­wie­niu by­łam cią­gle prze­ra­żona, że w każ­dej chwili może wró­cić. Po­czu­łam się le­piej, kiedy zmu­si­łam się do tego, żeby żyć w pełni każ­dym dniem, jakby miał być ostatni. Sta­łam się bar­dziej al­tru­istyczna, cho­ciaż uważ­niej do­bie­ra­łam przy­ja­ciół.

- To nie wy­ja­śnia, dla­czego cią­gle się ze mną wi­du­jesz.

Si­lvia stłu­miła śmiech.

- Naj­wy­raź­niej jesz­cze za mało się sta­ram.

Ja­kaś pani w rzę­dzie przed nimi od­wró­ciła się, gro­miąc je wzro­kiem.

- Ćśśś! Pró­buję słu­chać.

Au­rora pod­nio­sła ręce, jakby się pod­da­jąc.

- Prze­pra­szam. - Po czym do­dała, zwra­ca­jąc się do Si­lvii: - Mam wra­że­nie, że wró­ci­łam do szkoły.

Pro­fe­sor Menni na­gle prze­stał mó­wić. Po chwili nie­pew­no­ści od­chrząk­nął.

- Po­wie­dział­bym, że chwi­lowo na tym mo­żemy za­koń­czyć. Dzię­kuję wam wszyst­kim za uwagę i pro­po­nuję dzie­sięć mi­nut prze­rwy, ale bar­dzo pro­szę, nie ucie­kaj­cie. Za chwilę usły­szymy świa­dec­twa kil­korga go­ści, któ­rzy byli na tyle uprzejmi, że chcieli po­dzie­lić się z nami swoim do­świad­cze­niem.

Kiedy obecni wsta­wali, Au­rora ode­zwała się:

- Cią­gle nie mogę uwie­rzyć, że da­łam się prze­ko­nać do wzię­cia w tym udziału. Prze­cież mam aler­gię na wy­stą­pie­nia pu­bliczne. Boję się, że się za­blo­kuję, że nie będę umiała zna­leźć wła­ści­wych słów.

- Pój­dzie ci świet­nie. Kto le­piej niż ty może zmo­ty­wo­wać ko­goś, kto mie­rzy się z kon­se­kwen­cjami traumy? Może nie do końca zda­jesz so­bie z tego sprawę, ale prze­ma­wiasz świet­nie, a poza tym, czy ci się to po­doba, czy nie, sta­łaś się w tych stro­nach tro­chę ce­le­brytką. Pro­fi­lerka, która roz­pra­co­wuje sprawy, wcho­dząc do głowy se­ryj­nych mor­der­ców...

- To nie do końca tak.

- Oj, nie bądź już taka skromna. Z pod­nie­sioną głową zmie­rzy­łaś się z uprze­dze­niami i na ko­mi­sa­ria­cie zy­ska­łaś so­bie po­wszechny sza­cu­nek. Po­tra­fisz zmie­niać świat; gdyby tak nie było, to bym tak nie na­le­gała, że­byś wzięła udział w tej kon­fe­ren­cji.

- Taaa... "Po­ko­nać ból". Bra­kuje tylko do­pi­sku "Sa­tys­fak­cja albo zwrot pie­nię­dzy".

Au­rora przez kilka ostat­nich lat zma­gała się z cho­robą dwu­bie­gu­nową. Po okre­sach, kiedy czuła się po­grą­żona w de­pre­sji i po­zba­wiona sił, na­stę­po­wały fazy ma­nia­kalne, kiedy my­śli bie­gły tak szybko, że nie dało się za nimi na­dą­żyć, a lęk i agre­sja stały ra­mię w ra­mię z ra­cjo­nal­no­ścią. Mu­siała się na­uczyć żyć ze swo­imi pa­ra­no­jami i od­róż­niać ha­lu­cy­na­cje od rze­czy­wi­sto­ści. Ob­jawy po­ja­wiły się po strze­la­ni­nie, w któ­rej zo­stała ranna, i po któ­rej po­zo­stała jej długa bli­zna na le­wej skroni i frag­ment po­ci­sku w gło­wie, któ­rego nie dało się usu­nąć. Po strze­la­ni­nie wsz­częto śledz­two dys­cy­pli­narne; na ko­niec dłu­giej te­ra­pii uznano ją za zdolną do po­wrotu do czyn­nej służby. Od tam­tego mo­mentu utrzy­my­wa­nie pod kon­trolą mroku w jej gło­wie stało się naj­wyż­szą ko­niecz­no­ścią.

- Pra­wie za­po­mnia­łam, że kiedy czu­jesz się nie­pew­nie, sta­jesz się sar­ka­styczna - po­wie­działa Si­lvia z uśmie­chem.

Au­rora wzru­szyła ra­mio­nami.

- Sko­czę do au­to­ma­tów, po­trze­buję kawy.

- Bar­dzo mi przy­kro. Nie ma au­to­ma­tów. Może mia­sto Bo­lo­nia oba­wia się, że ja­kaś nie­zdara znisz­czy­łaby fre­ski w Pa­lazzo d'Ac­cur­sio.

- No to po pro­stu prze­myję twarz zimną wodą.

Si­lvia się­gnęła po te­le­fon, żeby spraw­dzić po­wia­do­mie­nia.

- Ła­zienki znaj­dują się na końcu ko­ry­ta­rza, po le­wej stro­nie, za szkla­nymi drzwiami - po­wie­działa ze wzro­kiem wle­pio­nym w ekran. Po­tem za­częła ude­rzać kciu­kami w te­le­fon.

- Twoja eks na­rzeka, że do niej nie za­dzwo­ni­łaś?

- Nie, to ko­le­żanka, prze­wod­niczka psów. Przy­syła mi wia­do­mo­ści o sy­tu­acji kon­tu­zjo­wa­nego psa. Na­zywa się Ene­asz, je­stem w trak­cie pro­ce­dury ad­op­cyj­nej.

- Fan­ta­stycz­nie. Bę­dziemy mo­gły wy­cho­dzić we czwórkę. Ty, Ene­asz, ja i mała T. Rex.

Au­rora wy­szła z sali. Od kilku mie­sięcy zaj­mo­wała się bez­pań­ską kotką, którą zna­la­zła na pa­ra­pe­cie przy swoim domu. Miały po­dobny rytm ży­cia: Au­rora przez więk­szość czasu była nie­obecna z po­wodu pracy zmia­no­wej w ko­mi­sa­ria­cie i to samo można było po­wie­dzieć o T. Rex, która po­tra­fiła znik­nąć na dwa dni, a po­tem zja­wić się jak gdyby ni­gdy nic.

Ko­ry­tarz był już wy­peł­niony ludźmi usta­wio­nymi w ko­lejce do ła­zie­nek. Rzecz ja­sna ogo­nek do ła­zienki dam­skiej był dłuż­szy. Au­rora za­dała so­bie py­ta­nie, jak to moż­liwe: wy­da­wało się, że wszy­scy obecni w sali zma­te­ria­li­zo­wali się na­gle w jed­nej chwili w tym miej­scu.

"Ja nie mogę", po­my­ślała. Miała na­dzieję, że bę­dzie miała tyle czasu, że zdąży jesz­cze wy­sko­czyć do baru i wziąć kawę na wy­nos, ale przy tym ob­ro­cie spraw sta­wało się to bar­dzo mało praw­do­po­dobne.

Mi­nęło kilka mi­nut i kiedy w końcu udało jej się wejść do ła­zienki, za­uwa­żyła nie­ty­powo ubraną dziew­czynę w per­ło­wej halce, co naj­mniej dwa roz­miary za du­żej blu­zie i czer­wo­nych ba­le­ri­nach na no­gach. Była ete­ryczna jak zjawa w mgli­sty dzień.

W lu­strza­nym od­bi­ciu Au­rora mu­siała do­strzec jej wzrok. Był po­zor­nie spo­kojny, ale jed­no­cze­śnie zdra­dzał ja­kiś ukryty głę­biej nie­po­kój. Ta­fla lu­stra przy­po­mi­nała krysz­ta­łową szka­tułkę, z któ­rej dziew­czyna bar­dzo chciała się wy­do­stać.

Sca­lviati zdała so­bie sprawę, że ob­ser­wuje ją już tro­chę za długo, kiedy oczy nie­zna­jo­mej w lu­strze utkwiły w jej oczach. Lekko się za­czer­wie­niła, zda­jąc so­bie sprawę, że za­cho­wała się nie­wła­ści­wie.

Ale nie tylko to wy­wo­łało u niej zmie­sza­nie. Na­gle wy­dało jej się, że ba­riery, które wznio­sła, by ukryć swoją nie­pew­ność, roz­pa­dły się. Po­czuła, że spoj­rze­nie tej mło­dej ko­biety ją prze­nika, jakby tamta po­tra­fiła wy­grze­bać z jej wnę­trza i wy­cią­gnąć na świa­tło dzienne jej se­krety.

- Na­prawdę w to wie­rzysz?

Głos dziew­czyny wy­rwał Au­rorę z roz­my­ślań. Cho­ciaż były tam też inne osoby, nie miała wąt­pli­wo­ści, że dziew­czyna zwraca się wła­śnie do niej.

- S-słu­cham?

- Czy na­prawdę my­ślisz, że mo­żesz wy­do­stać się z ciem­no­ści? Że da się prze­zwy­cię­żyć do­świad­cze­nia tak straszne, że wy­ma­zują całą resztę?

Au­rora nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć. Ona sama nie mo­głaby po­wie­dzieć, że do końca prze­pra­co­wała swoje traumy. Od czasu do czasu, kiedy była sama, w nocy, du­chy prze­szło­ści znów do niej wra­cały i żą­dały swo­jego miej­sca w te­raź­niej­szo­ści.

- Wiem tylko, że warto pró­bo­wać - po­wie­działa w końcu. - To prawda, wy­kład pro­fe­sora Men­niego był prze­siąk­nięty re­to­ryką, ale to nie zna­czy, że przy­naj­mniej w kilku kwe­stiach nie tra­fił w punkt.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się do niej za­gad­kowo przez lu­stro, a po­tem od­wró­ciła się, by odejść.

Au­rora pa­trzyła na nią, kiedy wy­cho­dziła. Prze­mie­rzała ko­ry­tarz lek­kim kro­kiem, z wy­soko unie­sioną głową, jakby nie­zdolna za­uwa­żyć lu­dzi wo­kół sie­bie. Zda­wało się, że tań­czy w po­wie­trzu, obo­jętna na gwar i spoj­rze­nia tych, któ­rych mi­jała.

Przez mo­ment, bez żad­nego ra­cjo­nal­nego po­wodu, po­czuła po­kusę, by za nią pójść. Cią­gnął ją do nie­zna­jo­mej ja­kiś dziwny ma­gne­tyzm, pły­nący z prze­ko­na­nia, że mają ze sobą coś wspól­nego. Może coś, co prze­żyły. Ale jak ta dziew­czyna za­re­ago­wa­łaby na próbę zbli­że­nia się?

Z kilku słów, które za­mie­niły, ja­sno wy­ni­kało, że pró­buje zo­sta­wić za sobą ja­kąś trudną hi­sto­rię. Au­rora po­my­ślała o tym, jak sama by się za­cho­wała, gdyby tuż po wyj­ściu ze szpi­tala psy­chia­trycz­nego ja­kaś nie­zna­joma ko­bieta pró­bo­wała z nią bez­po­śred­nio po­roz­ma­wiać. W tam­tym cza­sie nie ro­biła nic in­nego, jak od­py­chała lu­dzi, zwłasz­cza tych, któ­rzy pró­bo­wali jej po­móc. Pro­fe­sor Menni nie był bez ra­cji, twier­dząc, że wspar­cie psy­cho­lo­giczne ze strony te­ra­peuty lub przy­ja­ciół po­trafi bar­dzo przy­spie­szyć po­wrót do zdro­wia. Pro­blem po­lega na tym, że nie­ła­two zna­leźć od­wagę, by po­pro­sić o po­moc.

Chwilę póź­niej, wcho­dząc do sali kon­fe­ren­cyj­nej, ro­zej­rzała się wo­kół w po­szu­ki­wa­niu ta­jem­ni­czej dziew­czyny. Zdała so­bie jed­nak sprawę, że tamta znik­nęła bez śladu.

- Coś zgu­bi­łaś? - spy­tała Si­lvia bez­ce­re­mo­nial­nie.

Au­rora po­krę­ciła głową.

- Wi­dzia­łaś może mło­dziutką dziew­czynę z dłu­gimi, czar­nymi wło­sami w halce i blu­zie XXL?

Si­lvia unio­sła brew.

- Halka w środku zimy? Je­steś pewna, że ci się nie wy­da­wało?

- To nie jest śmieszne.

- Przy­kro mi, nie wi­dzia­łam jej. Dla­czego py­tasz?

Au­rora od­ru­chowo mu­snęła bli­znę na le­wej skroni. Miała wra­że­nie, że mo­głaby do­tknąć zim­nego me­talu ka­wałka po­ci­sku, który miała w gło­wie.

- Sama nie wiem, jak to wy­ja­śnić. To było krót­kie spo­tka­nie. Wy­glą­dała, jakby przed czymś ucie­kała... Po­czu­łam in­stynk­towne pra­gnie­nie, by się nią za­opie­ko­wać. Może po pro­stu przy­po­mniała mi, kim sama by­łam ja­kiś czas temu.

- Skoro tak, to chyba do­brze tra­fiła, nie?

Au­rora ski­nęła głową. Te­raz już nie czuła się nie na miej­scu. Zrobi jedną z rze­czy, któ­rych naj­bar­dziej nie znosi, bę­dzie prze­ma­wiać pu­blicz­nie, wła­śnie dla tej dziew­czyny, żeby dać jej ja­kiś okruch na­dziei, któ­rej nie po­tra­fiła już w so­bie od­na­leźć. Może jej słowa po­zwolą na to, by wy­kieł­ko­wało w niej ziarno no­wej siły, może to po­zwoli jej od­na­leźć wolę prze­ciw­sta­wie­nia się tej we­wnętrz­nej pu­stce, którą i ona sama do­brze znała. Da­lej się roz­glą­dała, jakby li­czyła na to, że w każ­dej chwili tamta może się znów po­ja­wić. Ale tak się nie stało.

Wró­ciła do sali są­sia­du­ją­cej z salą kon­fe­ren­cyjną. Były tam duże okna, przez które wi­dać było biel nieba za­po­wia­da­ją­cego śnie­życę.

- Po­cze­kaj - do­biegł ją głos Si­lvii.

Au­rora jej nie usły­szała. Coś za oknem prze­cięło jej pole wi­dze­nia, spa­da­jąc z wy­soka.

Krzyki prze­chod­niów na placu przedarły się do sali, uci­sza­jąc obec­nych.

Za­kryła ręką usta. Prze­stała od­dy­chać. Zgroza spra­wiła, że nogi za­częły jej drżeć, i żeby nie stra­cić rów­no­wagi, mu­siała cof­nąć się o kilka kro­ków i oprzeć się o ścianę.

Wie­działa, co zo­ba­czyła.

Kogo zo­ba­czyła.

Cho­ciaż to trwało tylko uła­mek se­kundy, nie miała wąt­pli­wo­ści.

Wi­działa, jak na zie­mię spada ona, nie­zna­joma, z którą roz­ma­wiała chwilę wcze­śniej.

Ty­tuł ory­gi­nału: L'ul­tima notte di Au­rora
Co­py­ri­ght ? 2019 Giunti Edi­tore SpA, Fi­renze-Mi­lano. www.giunti.it
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2024
Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Zo­fia Anusz­kie­wicz
Re­dak­cja: Jo­anna Płu­ska
Ko­rekta: Agnieszka Du­dek
Pro­jekt okładki: Na­ta­lia Krzesz­cza­kow­ska
Skład i ła­ma­nie: Jo­anna Bia­łecka
ISBN 978-83-213-5327-2
Wy­da­nie I, 2024, Sym­bol 5372/R
CIP Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Ba­raldi, Bar­bara
Ostat­nia noc Au­rory / Bar­bara Ba­raldi
; prze­ło­żyła Zo­fia Anusz­kie­wicz.
- Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra, 2024
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kadyFa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Le­tra, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two­_le­tra księ­gar­nia wy­sył­kowa: tel. 22 444 86 56 www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1

Dziew­czyna szła po scho­dach nie­śpiesz­nym, ale zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, mu­ska­jąc pal­cami po­ręcz. Po mi­nię­ciu dru­giego pię­tra prze­szła przez drzwi z me­ta­lową kratą i zna­la­zła się na po­de­ście, za któ­rym znaj­do­wało się wyj­ście na ze­wnątrz. Strze­gły go uchy­lone drew­niane drzwiczki, a zza nich wpa­dały do środka po­wiewy zim­nego po­wie­trza.

Ni­gdy wcze­śniej tu nie była, ale wie­działa, że jesz­cze za wcze­śnie, żeby się za­trzy­mać. Po­szła więc da­lej, mi­ja­jąc kilka kar­to­nów z ma­te­ria­łami wy­koń­cze­nio­wymi po­zo­sta­wio­nymi na pod­ło­dze, i ru­szyła ko­lej­nym od­cin­kiem scho­dów, te­raz węż­szym, nie­mal ocie­ra­jąc się ra­mie­niem o ce­glaną ścianę.

Bia­ławe świa­tło do­cho­dzące ze szczytu wieży rzu­cało na ściany geo­me­tryczne cie­nie, po­kry­wa­jąc siatką krzy­wych li­nii schody pnące się w górę bu­dynku.

Mi­nęła po­miesz­cze­nie z ol­brzy­mim me­cha­ni­zmem ze­gara, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nie na wie­kową kon­struk­cję. Nie­ustanny ruch urzą­dze­nia od­mie­rzał czas, który dla niej stra­cił już zna­cze­nie. Od kiedy zna­la­zła się w trze­wiach tej wieży, czas jakby prze­stał pły­nąć, skry­sta­li­zo­wał się w ja­kiejś nie­okre­ślo­nej te­raź­niej­szo­ści. Nie było istotne, że jej serce biło szyb­ciej, a od­dech był ury­wany od dłu­giego wcho­dze­nia po scho­dach. Kie­ro­wała nią trzeźwa de­ter­mi­na­cja, świa­do­mość, że te­raz nie ma już miej­sca na prze­my­śle­nia.

Dziew­czyna wie­działa, co musi zro­bić. Jej umysł był wolny od roz­pro­szeń, my­śli ja­sne. Ciało od­po­wia­dało z wi­go­rem, do któ­rego nie była przy­zwy­cza­jona. Może dla­tego, że wresz­cie ogar­nęło ją uczu­cie speł­nie­nia?

Sta­nęła, żeby za­czerp­nąć tchu do­piero wtedy, kiedy zo­ba­czyła przed sobą schody z bru­nat­nego drewna. Nad nimi wid­niał ce­glany łuk jak w re­ne­san­so­wym ko­ściele; mu­siały mieć setki lat. Z tego miej­sca ema­no­wało sa­crum, co do­brze har­mo­ni­zo­wało z jej sta­nem du­cha.

Me­ta­liczny dźwięk od­bił się echem wśród ścian, dziew­czyna pod­sko­czyła. Przez mo­ment bała się, że to drzwi wej­ściowe, że ktoś za­uwa­żył jej wtar­gnię­cie. Na­słu­chi­wała przez kilka se­kund. Ale to był po pro­stu me­cha­nizm ze­gara. Chwilę póź­niej roz­legł się ko­lejny stuk pod­kre­ślony przez dźwięk ze­ga­ro­wych zę­ba­tek.

We­szła po ostat­nich stop­niach, drewno przy każ­dym kroku lekko skrzy­piało. Mu­siała się schy­lić, prze­cho­dząc przez cia­sny ko­ry­ta­rzyk, aby w końcu wy­do­stać się na ze­wnątrz i wy­ło­nić na po­de­ście nad ze­ga­rem.

Jej dłu­gie włosy fa­lo­wały, tar­gane wia­trem. Były czarne jak atra­ment, pro­ste i wy­glą­dały, jakby nie przy­ci­nano ich od lat, nie li­cząc krót­kiej, nie­re­gu­lar­nej grzywki, ro­bio­nej naj­wy­raź­niej nie­wprawną ręką. Ciemne brwi od­ci­nały się na bla­dej ce­rze. Miała na so­bie je­dwabną, per­łową halkę, cał­ko­wi­cie nie­od­po­wied­nią do tem­pe­ra­tury w tym wy­jąt­kowo mroź­nym grud­niu, i bluzę, za dużą o co naj­mniej dwa roz­miary, mocno znisz­czoną zwłasz­cza przy nad­garst­kach, jakby szo­ro­wano nią be­to­nową po­wierzch­nię.

Z tego miej­sca dziew­czyna mo­gła zo­ba­czyć roz­cią­ga­jące się przed nią całe mia­sto. Liczne wieże gó­ro­wały, wy­nio­słe, po­nad da­chami, jakby szu­ka­jąc od­de­chu od du­szą­cej plą­ta­niny uli­czek śre­dnio­wiecz­nej dziel­nicy. Ka­wa­łek za Piazza Mag­giore wzno­siła się ko­puła ko­ścioła Santa Ma­ria della Vita, który zwie­dzała w pią­tej kla­sie pod­sta­wówki, za­nim jej ży­cie wy­wró­ciło się do góry no­gami. Za­nim na­stał długi mrok.

Po­pa­trzyła w prawo, w stronę ba­zy­liki San Pe­tro­nio z cha­rak­te­ry­styczną nie­ukoń­czoną fa­sadą, bocz­nymi przy­po­rami i strze­li­stymi oknami. Ale prze­cież nie zna­la­zła się tam, żeby oglą­dać pa­no­ramę. Jej więź z Bo­lo­nią była od dawna ze­rwana, a oglą­da­nie mia­sta z tej wy­so­ko­ści tylko wzmac­niało po­czu­cie dy­stansu.

"Na co cze­kasz? Zde­cy­duj się! Skacz i skończ już z tym". - Za ple­cami usły­szała głos matki.

Dziew­czyna oparła się po­ku­sie, by spoj­rzeć wstecz. Jej matki nie mo­gło tam być. Nie te­raz. Ostatni raz wi­działa ją wiele lat wcze­śniej, cho­ciaż nie po­tra­fi­łaby po­wie­dzieć do­kład­nie ile. To było w epoce, którą na­zy­wała swoim pierw­szym ży­ciem, za­nim na­stał długi mrok, wy­ma­zu­jący dzie­ciń­stwo i zmie­nia­jący czas w nie­koń­czący się, wciąż taki sam dzień. Ale głos matki - nie, on ni­gdy jej nie opu­ścił.

Zda­rzało jej się sły­szeć go na chwilę przed prze­bu­dze­niem, w ta­kich mo­men­tach zry­wała się gwał­tow­nie, chcąc spraw­dzić, czy ona jest w po­bliżu. Cza­sem to­wa­rzy­szył jej od rana do wie­czora, zwra­ca­jąc się do niej tym wład­czym, nie­mal gro­żą­cym to­nem, który spra­wiał, że bu­rzyła się w niej krew.

Ni­gdy się nie do­ga­dy­wały, ona i mama. Były zbyt różne, ich cha­rak­tery były naj­wy­raź­niej nie do po­go­dze­nia, zda­wało się, że kłót­nie ni­gdy się nie koń­czą. Jak tam­tego dnia la­tem. Kiedy wi­działa ją po raz ostatni.

Miała wtedy je­de­na­ście lat, ale za pięć ty­go­dni miała skoń­czyć dwa­na­ście. Matka po­wie­działa jej, że nie bę­dzie mo­gła da­lej brać lek­cji gry na for­te­pia­nie, twier­dząc, że nie mogą so­bie na to po­zwo­lić. Pro­te­sty nie zdały się na nic, de­cy­zja już za­pa­dła.

"Twój oj­ciec uważa tak samo" - usły­szała.

Za­ci­snęła pię­ści. Po pro­stu zdrada. Przy­naj­mniej tata za­wsze był po jej stro­nie, kie­dyś po­wie­dział na­wet, że z jej ta­len­tem bę­dzie mo­gła iść do kon­ser­wa­to­rium, roz­po­cząć ka­rierę so­listki. No fakt, to było za­nim stra­cił pracę. Za­nim bez­u­stanne kłót­nie ro­dzi­ców o pie­nią­dze spra­wiły, że w domu nie dało się już od­dy­chać.

Po­kłó­ciła się z matką, pa­dły mocne słowa. Na ko­niec za­ro­biła po­li­czek, od któ­rego przez kilka se­kund pisz­czało jej w uszach. A po­tem matka za­wio­zła ją sa­mo­cho­dem na ostat­nią lek­cję do ma­estro Ma­re­scot­tiego, wi­ta­jąc go sze­ro­kim uśmie­chem jak gdyby ni­gdy nic.

- Hi­po­krytka - po­wie­działa dziew­czynka.

- Bądź ci­cho - za­re­pli­ko­wała od razu matka. - Odro­binę sza­cunku dla osoby, która wy­dała cię na świat".

Dziew­czyna przez chwilę ba­wiła się tym wspo­mnie­niem, po czym po­zwo­liła, by za­brał je po­wiew lo­do­wa­tego wia­tru. Na jej twa­rzy po­ja­wił się cień uśmie­chu. Do­brze wie­działa, że nikt za nią nie stoi. My­ślała ja­sno. Świa­do­mość szybko re­ago­wała. Ow­szem, chwi­lami umysł pła­tał jej fi­gle. Ale to już nie miało zna­cze­nia.

Te­raz już nikt jej nie po­wstrzyma. Nie te­raz, kiedy je­dyna osoba, na ja­kiej kie­dy­kol­wiek jej za­le­żało, opu­ściła ją na za­wsze.

Czuła się jak mo­tyl, który wy­do­stał się z ko­konu, wolna od krę­pu­ją­cych wię­zów.

Schy­liła się, by zdjąć buty, czer­wone ba­le­riny z pa­skiem. Sta­ran­nie usta­wiła je na po­sadzce, tak samo jak ro­biła z kap­ciami przed pój­ściem spać, kiedy była mała. Za­wsze zo­sta­wiała je przy łóżku, sto­jące równo jak żoł­nie­rzyki. Lu­biła tak wła­śnie za­sta­wać je rano, usta­wione, cze­ka­jące. Po­tem ścią­gnęła bluzę i nie­śpiesz­nie ją zło­żyła i prze­wie­siła przez ba­rierkę.

Plac pod nią roił się od prze­chod­niów, stu­den­tów i tu­ry­stów. Tak­sówki, ma­lut­kie jak za­bawki, prze­jeż­dżały są­sia­du­jącą via dell'Ar­chi­gin­na­sio, po czym za­trzy­my­wały się na piazza Re Enzo. Z od­dali można było usły­szeć stłu­miony od­głos au­to­bu­sów ja­dą­cych przez via Riz­zoli.

Dziew­czyna z atra­men­to­wymi wło­sami sta­nęła na brzegu po­de­stu i roz­ło­żyła ra­miona, wdy­cha­jąc zimne po­wie­trze i śnieg, który osia­dał jej na twa­rzy.

Po­tem zro­biła krok w pustkę.