2
Dwa miesiące później
Mejl przyszedł niecałe dwa tygodnie temu, nie byłem jednak w stanie myśleć o niczym innym i zamierzałem rzucić dotychczasowe życie z powodu "być może", mrzonki, kaprysu.
Aby stłumić niepokój, stanąłem na chwilę, porozciągałem pogięte od podróży ciało, po czym ruszyłem dalej, ciągnąc walizkę na kółkach kolejnymi długimi korytarzami. Po ośmiogodzinnym locie z Nowego Jorku, zbyt nakręcony, aby choć chwilę się przespać, byłem równocześnie wycieńczony i napompowany adrenaliną.
Lotnisko Leonarda da Vinci niewiele się różni od większości lotnisk: jest bezosobowe, zatłoczone i oświetlone światłem, od którego bolą oczy. To, że nosi imię Leonarda, brzmiało jak przepowiednia, choć raczej nie nazwano go tak ze względu na mnie. Popatrzyłem na zegarek: szósta rano. Poszukałem lotniskowego pociągu i - dumny z siebie jak paw, że udało mi się go znaleźć - opadłem na siedzenie i zamknąłem oczy, próbując uciszyć dziesiątki myśli hałasujących mi w głowie niczym gzy.
Trzydzieści dwie minuty później byłem na Roma Termini, wielkiej, zatłoczonej stacji kolejowej, w pulsującym gnieździe podróżnych, naznaczonym jednak pewnym romantyzmem, którego nadają dyszące tuż za kasami pociągi parskające białym dymem w zimowe niebo.
Przepychałem się przez tłum - Scusami... scusami... - wdzięczny rodzicom, że odkąd zacząłem raczkować, mówili do mnie w ojczystym języku. Mijałem pociąg za pociągiem, ściskając w dłoni bilet, z każdą mijającą minutą coraz bardziej nerwowo wbijając wzrok w wielką tablicę w poszukiwaniu słowa FIRENZE. Ponieważ wyświetlała ona jedynie stację docelową mojego pociągu: Wenecję, miejsce, które z największą przyjemnością bym zwiedził (oczywiście nie teraz, gdy miałem do wykonania zadanie), niewiele zabrakło, aby mi uciekł.
Pociąg był czysty i wyglądał na nowy, siedzenia miał wygodne. Położyłem walizkę na górnej półce, zdjąłem plecak i usiadłem. W powietrzu majaczyły mi przed oczami obrazy zapisanych kartek i choć kilka razy pokiwałem głową w ich kierunku, nie udało mi się wyraźnie dostrzec ani jednej litery.
Wypiłem colę, aby nie przysnąć, i zacząłem wyglądać przez okno. Teren tuż obok toru był płaski jak stół, ale im dalej, tym bardziej falował, wznosząc się ku średniowiecznym miastom przycupniętym na szczytach coraz większych wzgórz. Wyglądało to nieco nierealnie, jakbym znajdował się w filmie, nie zaś w drodze ku - taką miałem przynajmniej nadzieję - rozwikłaniu stuletniej tajemnicy i zakończeniu dwudziestoletnich poszukiwań najsławetniejszego przestępcy w mojej rodzinie.
Półtorej godziny później wyszedłem przed tętniący życiem florencki dworzec Santa Maria Novella i znalazłem się w centrum miasta. Ciągnąłem walizkę po wyłożonych kostką ulicach, mętne słońce to wychodziło zza niskich chmur, to się za nimi chowało, powietrze było rześkie i zimne. Odtwarzałem w głowie wydarzenia minionych dwóch tygodni: wpłynięcie mejla, zakup biletu bez określonej daty powrotu, wycieczkę do włoskiego konsulatu, gdzie ugadałem młodą urzędniczkę, aby dała mi dokument z permesso i pismo zaświadczające, że jestem profesorem wydziału sztuki, co zapewniało mi dostęp do włoskich instytucji kultury, następnie telefon do kuzyna w Santa Fe - rzeźbiarza, marzącego całe życie o przebiciu się na nowojorskiej scenie artystycznej - który nieomal pękł ze szczęścia, że może podnająć mój loft przy Bowery. Tydzień później wszystkie moje obrazy stały poowijane w folię bąbelkową, studenci zostali oddani w ręce mojego asystenta i tydzień przed sesją zimową byłem na urlopie - odważny ruch ze strony adiunkta robiącego sobie nadzieję na stały etat.
Po przecięciu szerokiej ulicy przed dworcem i zagłębieniu się w plątaninę węższych uliczek kierowałem się wskazówkami z mapy w telefonie, które jednak ciągle się zmieniały. Dwa razy musiałem zmienić kierunek, ale dziesięć minut później dotarłem do wielkiego prostokątnego placu - Piazza di Madonna - zdominowanego przez jasnobrązową bryłę Kaplicy Medyceuszów z pokrytą dachówką kopułą i bez trudu dostrzegłem napisaną stylizowanymi literami nazwę hotelu: PALAZZO SPLENDOUR.
Hotelowe lobby było nie większe od ciasnej kuchni na Manhattanie, ściany wołały o odmalowanie, podłogi pokrywały marmurowe, pełne głębokich pęknięć i cętkowane na biało płyty, a jedynym elementem, który rościł sobie prawo do miana dekoracji, była spłowiała, czarno-biała fotografia Dawida Michała Anioła.
- Luke Perrone - przedstawiłem się mężczyźnie za kontuarem, dość młodemu, z ramionami pokrytymi kiepsko zrobionymi tatuażami, przystojnemu w sposób, w jaki przystojni bywają narkomani, który między barkiem a uchem trzymał telefon i kopcił papierosa.
- Passaporto - odparł, nie unosząc wzroku. Gdy zapytałem najlepszym włoskim, na jaki było mnie stać, czy mogę zostawić walizkę i wrócić za jakiś czas, uniósł palec, jakbym przeszkadzał mu w rozmowie, najwyraźniej osobistej, bo chyba nie zwracał się do gości hotelowych per il mio amore. Nie czekając na odpowiedź, zostawiłem walizkę i wyszedłem.
Mapa Google twierdziła, że San Lorenzo jest oddalone o pięć minut drogi, co wydało mi się do przyjęcia, dopóki się zorientowałem, że czytam mapę do góry nogami i oddalam od celu. Wracając, ponownie obszedłem kopulastą kaplicę na Piazza di Madonna i podążyłem za linią na mapie. Prowadziła mnie ona wzdłuż piętrzących się wysoko, malowanych ochrą budynków i długiego, poszarpanego muru ze schodami prowadzącymi ku ślepym łukom, który kończył się na rogu ulicy. Piazza San Lorenzo okazała się sporą, otwartą przestrzenią, pustą, jeśli nie liczyć kilku turystów i mnichów w ciemnobrązowych habitach.
Spróbowałem zrozumieć to, co widzę, uświadamiając sobie jednak po chwili, że to, co właśnie minąłem, i to, gdzie stoję, to jedynie części wielkiego kompleksu.
Na wprost miałem bazylikę w kolorze piasku wyglądającą, jakby nie dokończono jej budowy, tak że cały czas znajdowała się w stanie surowym; wszystkie trzy łukowate wejścia z grubymi drewnianymi drzwiami były zamknięte na głucho. Po uważnym przyjrzeniu się z lewej strony kościoła dało się dostrzec wąskie łukowate przejście, za którym biegła ciemna alejka prowadząca do sławnego klasztoru San Lorenzo, który dotychczas widziałem jedynie na zdjęciach.
Wystarczyło kilka kroków alejką, by poczuć się jak we śnie: niespodziewanie otwierał się prostokątny ogród z sześciokątnymi żywopłotami, za którym stała piętrowa loggia, klasyczna i harmonijna, a wszystko to było dziełem mojego ulubionego architekta epoki renesansu: Brunelleschiego. Przez chwilę przeszło mi wręcz przez myśl, że sam jestem artystą dojrzałego renesansu, nie zaś walczącym o przetrwanie nowojorskim malarzem, który uczy historii sztuki, aby mieć z czego płacić rachunki.
Gdy westchnąłem, mój oddech w chłodzie późnego poranka ściął się w kłąb mgły i uleciał nad ogrodem szczelnie pokrytym szronem. Trzech mnichów w długich wełnianych kurtach owijało rośliny lnianymi płachtami, a ja na ich widok zacząłem jeszcze bardziej dygotać w cienkiej skórzanej kurtce. Nie sądziłem, że we Florencji bywa tak zimno. Szczerze mówiąc, po otrzymaniu mejla o niewielu rzeczach myślałem.
Szanowny Panie Perrone,
jedną z ostatnich próśb profesora Antonia Gugglierma było, abym skontaktował się z Panem w sprawie książki, która może być dziennikiem Pańskiego pradziadka. Profesor planował publikację dotyczącą tego dziennika, która - jak twierdził - byłaby "rewelacją". Niestety, nagła śmierć przeszkodziła mu w napisaniu choćby artykułu.
Dziennik, wraz z książkami i dokumentami profesora, został podarowany florenckiej Bibliotece Laurencjańskiej. Miałem zaszczyt katalogowania jego prac i umieściłem dziennik w pudle opisanym jako "Mistrzowie dojrzałego renesansu".
Aby obejrzeć dokumenty pozostałe po profesorze Guggliermo, będzie Pan musiał uzyskać kulturalną permessa, co nie powinno być wielkim problemem.
Sugeruję, aby składając wniosek o wgląd w dokumenty, nie wspominał Pan o dzienniku. Wolałbym też, aby we wniosku nie wspominał Pan mojego nazwiska.
Z poważaniem,
Luigi Quattrocchi
quattrocchi@italia.university.org
Natychmiast skontaktowałem się z Quattrocchim, który odpisał, brzmiąc całkiem rozsądnie i trzeźwo na umyśle, i zapewnił mnie, że dziennik istnieje, aczkolwiek nie był w stanie zagwarantować jego autentyczności.
Przez lata pisałem listy i mejle, aby zdobyć jakiekolwiek informacje o swoim pradziadku. Większość pozostawała bez odpowiedzi. Jeżeli już jakaś się pojawiała, zawsze żądano pieniędzy, ale nigdy nie proponowano niczego konkretnego. Tym razem informacja była bezpłatna i najwyraźniej nie krył się za nią żaden ukryty motyw - przynajmniej niczego takiego nie dostrzegłem.
- Scusi, signore - powiedział jeden z mnichów, młody, z rudawą brodą i zaskakująco błękitnymi oczami. - Czeka pan na otwarcie biblioteki?
- Tak! - wrzasnąłem, jakbym miał o coś do niego żal, natychmiast się jednak opanowałem. - Zna pan angielski?
- Trochę.
Poinformowałem, że znam włoski i przeszliśmy na jego język.
- Il bibliotecario ? spesso in ritardo - stwierdził. Bibliotekarz często się spóźnia.
Spojrzałem na zegarek. Była dokładnie dziesiąta i biblioteka powinna być otwarta.
Zapytał, skąd jestem.
- Z Nowego Jorku, ale moja rodzina pochodzi z Ragusy - odparłem, choć nigdy nie byłem w tym sycylijskim miasteczku i nie zamierzałem mówić, skąd naprawdę pochodzi moja rodzina. W zasadzie o niczym nie zamierzałem mówić.
Mnich wyciągnął dłoń.
- Brat Francesco.
- Luke Perrone - odparłem i spojrzałem ku drzwiom prowadzącym do biblioteki.
- Niedługo otworzą. Pazienza.
Cierpliwości, o tak... Nigdy nie była ona moją mocną stroną, tym bardziej teraz, gdy z powodu pogoni za zwykłym majakiem porzuciłem dotychczasowe życie.
Brat Francesco wrócił do pary mnichów, trochę poszeptali, po czym wszyscy trzej zaczęli mi się przyglądać, mrużąc oczy w chłodnym zimowym powietrzu. Przeszedłem do cienia pod krużgankami, aby nie mogli mnie świdrować spojrzeniami, oparłem się o kolumnę i przywołałem widok swojego loftu przy Bowery oraz chaotycznej kolekcji, którą zacząłem tworzyć jako chłopiec w sypialni w Bayonne w New Jersey. Wypełniała ona teraz cały róg mojego malarskiego atelier: kserokopie stuletnich artykułów z gazet, plan muzeum z narysowaną czerwonym flamastrem drogą ucieczki pradziadka, metalowa szafka na akta wypchana artykułami opisującymi ze szczegółami kradzież i zawierającymi liczne teorie z nią związane, szuflada na listy i mejle, które zacząłem pisać jako nastolatek do każdego, kto mógł wiedzieć cokolwiek o samym przestępstwie albo o moim pradziadku - oraz odpowiedzi, które przychodziły rzadko i jeszcze rzadziej cokolwiek wyjaśniały.
Krużgankiem powiał wicher tak lodowaty, że zadygotałem. Stuknięcie palcem w ramię było tak nieoczekiwane, że odskoczyłem.
Stał obok mnie młody mnich.
- Mi scusi, ma la biblioteca ? aperta.
Kiwnąłem głową i ruszyłem krużgankiem w kierunku drzwi.