Ostatnia lekcja - Marta Malinowska

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Przechodzę za wielką, kutą, żelazną bramę, omiatając wzrokiem przestrzeń wokół mnie. Jakże tu spokojnie. Nikogo nie widzę, przynajmniej w tym momencie. Pewnie jak wejdę głębiej, to dostrzegę co najmniej kilka osób, które tak jak ja przyszły odwiedzić kogoś bliskiego. Wizyty na cmentarzu to także mój rytuał. Jestem tu przynajmniej raz w tygodniu. Odwiedzam grób dziadka i tym razem również tak robię, ale nie tylko.

Po drodze kupuję znicze i kwiaty, bo wiem, że dziadkowi się to spodoba, gdziekolwiek teraz się znajduje. Zawsze uwielbiał świeże kwiaty i pilnował, by takowe stały w wazonie na stole. Po jego śmierci postanowiłam, że to się nie zmieni. Niestety, nie ma wielkiego wyboru, bo tym razem jest wysyp chryzantem. No tak, Wszystkich Świętych właśnie minęło, więc to dlatego. Wiele kwiatów zostało.

Decyduję się na ogromną chryzantemę w żywym żółtym kolorze oraz kilka zniczy.

Wystarczyłby jeden, ale wiem, że nikt inny nie odwiedzi grobu dziadka, więc lubię zapalić wszystkie. Mam wrażenie, że więcej palącego się światła w jakiś magiczny sposób mnie do niego przybliża.

Zdaję sobie sprawę, że takie myślenie jest bez sensu i nie ma racji bytu, ale nic nie poradzę na to, że dzięki większej liczbie zniczy chyba sama czuję się lepiej i mniej samotnie. A cmentarz to najbardziej samotne miejsce na świecie. Niby wokół jest tylu ludzi, ale zmarłych, więc człowiek czuje się jeszcze bardziej pozostawiony sam sobie.

- Dzień dobry, dziadku - witam się spokojnym, cichym głosem, przecierając płytę nagrobka z zeschłych liści. - Przyniosłam ci kwiaty. Wiem, że tak jak ja nie przepadasz za chryzantemami, ale niestety, nic innego nie było. Ale są żółte, więc myślę, że jakoś przełkniemy tę sytuację.

Powoli nakręcam się z mówieniem jak katarynka, zawsze tak jest, gdy tu przychodzę. Jakbym nieobecność dziadka musiała jakoś zrekompensować i sobie, i jemu.

- Od kilku dni pracuję w szkole. - Uśmiecham się. - Jestem nauczycielem wspomagającym. Wiem, że to niewiele ci powie, ale najważniejsze, że się udało i nie zaprzepaściłam naszych planów, prawda?

Ustawiam na płycie znicze, które po kolei zapalam, i od razu robi się tak jakoś spokojniej, a mnie dopada refleksja i melancholia. Szepczę po cichu modlitwę i znowu rozglądam się wokół. Dostrzegam zdecydowanie więcej ludzi niż zawsze, ale to jest wynik minionych świąt. Nie umiem się do końca skupić, jeśli wszędzie ktoś się kręci.

Właściwie to nie lubię listopada. Wszyscy gnają na cmentarze, by zapalić znicze swoim bliskim, o których bardzo szybko zapominają wraz z gasnącym płomieniem świecy, i to na kolejny rok. Ja taka na szczęście nie jestem i przychodzę tutaj regularnie. Nie umiem inaczej i nie chcę.

Opowiadam dziadkowi o tych wszystkich tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce w szkole, i czuję, jak spada ze mnie ciężar tego wyznania.

- Myślisz, że to naprawdę zrobiła siostra tej Niny? Że ją zabiła? - zadaję pytanie, które pozostaje gdzieś w zawieszeniu, bo przecież dziadek nie udzieli mi na nie odpowiedzi. - Bardzo mi ciebie brakuje - wzdycham. - Nie mam do kogo zwrócić się o radę ani z kim porozmawiać na temat tego, co się dzieje. Muszę radzić sobie sama, ale jakoś to będzie - zapewniam sama siebie. - Zawsze powtarzałeś, że ze wszystkim sobie poradzę, bo jestem silną dziewczyną. Nie jestem całkiem o tym przekonana, ale wierzę, że miałeś rację, chcę w to wierzyć.

Zostaję nad grobem jeszcze przez kilka chwil, po czym żegnam się z dziadkiem i idę dalej. Dzisiaj przyszłam tutaj z zamiarem odwiedzenia jeszcze jednego grobu. Bez trudu odnalazłam w Internecie miejsce, w którym leży Nina.

Przemierzam kolejne alejki, mijam innych ludzi, którzy rzucają mi pełne zrozumienia spojrzenia, jakby mnie przejrzeli, jakby wiedzieli, po co tutaj przyszłam, ale to musi być po prostu takie wrażenie. Nie mogą wiedzieć, że przyszłam tu na przeszpiegi, że trochę wzięłam sobie do serca teorię Arka.

Tak, dopuszczam do siebie myśl, że to nie Julia stoi za zabójstwem swojej siostry. Niby wszystkie fakty się zgadzają i nie ma podstaw do tego, że mógłby to być ktoś inny. To było ekspresowe śledztwo, które zakończyło się zamknięciem Julii za kratami. Na zawsze.

A co, jeśli ona naprawdę tego nie zrobiła?

Przecież ludzie siedzą w więzieniach nie tylko za morderstwa. Popełniają różne błędy, a Julia już wcześniej odkupiła swoje winy i wyszła na wolność. Czy tylko po to, by pozbyć się siostry i wrócić do tak znanego jej ostatnimi czasy miejsca?

Słyszałam, że jak ktoś długo przebywa za takimi murami, w odizolowaniu od świata, to bywa, że po powrocie do normalnego życia nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości i często specjalnie popełnia kolejne przestępstwo, by tam wrócić.

Czy Julia należy do takich osób? Czy zrobiła to celowo?

Nie mam czasu na dalsze tego typu przemyślenia, gdyż orientuję się, że znalazłam się w odpowiedniej alejce i zaraz ujrzę grób Niny.

Już z daleka go dostrzegam, ponieważ cały obsypany jest kwiatami i obstawiony zniczami. Zdecydowanie wyróżnia się nie tylko w tej części, ale również na całym cmentarzu. Gdyby nie powaga sytuacji i to miejsce, mogłabym powiedzieć, że panuje tu wesoły rozgardiasz. Sama ganię się w myślach, bo to przecież nie przystoi w obliczu tego, co spotkało tę nauczycielkę.

- Nina Zagrodzka - czytam na nagrobku.

No właśnie, nagrobku. To raczej niemożliwe. aby pojawił się tak szybko po jej śmierci. Ludzie miesiącami, czasami latami czekają na postawienie pomnika, a tu proszę, rach-ciach i już jest. Ta Nina musiała być naprawdę kochana przez bliskich, którzy zdaje się, że poruszyli niebo i ziemię, aby postawić jej piękny i dostojny pomnik.

Wiele zniczy nadal się pali, co oznacza, że ktoś tutaj niedawno był, a kwiaty wręcz przesypują się przez płytę. Delikatnie odgarniam je, by móc przeczytać ewentualne napisy na wstążce i rzeczywiście kilka dostrzegam. Kochanej koleżance - współpracownicy. To pewnie od nauczycieli ze szkoły. Jest kilka szarf z napisem ostatnie pożegnanie, ale po odgarnięciu jeszcze kilku wiązanek odnajduję jedną, która szczególnie mnie intryguje. Ukochanej Ninie - kochający całym sercem Jarek i Natalka.

To musi być ta dziewczynka, o której mówiła pani Lucyna, jej wnuczka. Coś wspominała, że Natalka chodziła do klasy, którą opiekowała się Nina, a teraz zajmuję się nią ja. Przed oczami staje mi obraz ślicznej blondwłosej dziewczynki z dwoma kucykami i wielkimi niebieskimi oczami. Chociaż minęło dopiero kilka dni, Natalka wzbudziła moją sympatię, ale nie da się nie dostrzec, że w jej pięknych oczach gości smutek. Ją szczególnie musiała zaboleć śmierć Niny. Nie tylko straciła swoją ukochaną nauczycielkę, ale również osobę, która miała jej zastąpić matkę, więc musiała mieć wobec niej głębsze uczucia niż pozostali uczniowie.

A ten Jarek to zapewne jej ojciec, mężczyzna, który był blisko związany z Niną. Arek mi o tym opowiadał. Teraz wszystko bardziej klaruje mi się w głowie, zaczynam rozumieć i dostrzegać te niuanse. Gdybym sama nie zobaczyła nagrobka Niny wraz z kwiatami, zniczami i tymi wszystkimi napisami, tobym nie wierzyła, że to wydarzyło się naprawdę.

Ale teraz? Teraz mam pewność, że to nie był żart i że ktoś zabił tę biedną dziewczynę z zimną krwią, w dodatku Nina była tak bardzo podobna do mnie. Czuję, jak na tę myśl przebiegają mi po plecach dreszcze, a strużki zimnego i gorącego potu spływają wzdłuż kręgosłupa.

A jeśli prawdziwy morderca Niny zechce zamordować i mnie? Jeśli to rzeczywiście nie była Julia, tylko ktoś inny?

Wzdrygam się z niesmakiem na tę myśl i wtedy go dostrzegam. To niewyraźny obraz, ale wystarczy, że dyskretnie obrócę głowę w jego kierunku i wszelkie wątpliwości natychmiast ulatują niczym wiatr. Co on tutaj robi? Śledzi mnie? Jest wystarczający dziwny i przerażający sam w sobie, ale jeśli pokusił się o to, by za mną łazić, to już przechodzi ludzkie pojęcie!

Obserwuję go, jak się oddala, ale nie zauważam, aby zachowywał się przy tym, jakby nie chciał zostać rozpoznany, wręcz przeciwnie. Czyżby był aż tak zuchwały? Tak pewny siebie? Może to człowiek, który działa bez skrupułów? Kiedy udaje mi się zobaczyć wciąż oddalającą się postać, decyduję się dowiedzieć, czyj grób odwiedzał.

Ten cały Wojtek, co to jest niby taką cudowną złotą rączką, od początku nie wzbudzał we mnie zaufania, a teraz jeszcze to. To nie może być przypadek, że znalazł się w tym samym miejscu i czasie co ja. Mając z tyłu głowy myśl, że wyglądam zupełnie jak Nina, tym bardziej czuję się zaniepokojona.

Dostrzegłam go, gdy był dość blisko mnie, więc od razu ruszam do akcji. Zdecydowanym krokiem i napędzana adrenaliną mijam inne groby i po chwili znajduję się w miejscu, gdzie kilka minut temu widziałam Wojtka. Omiatam wzrokiem groby wokół mnie, ale nazwiska na nich wypisane nic mi nie mówią. Dopiero kiedy wchodzę w kolejny rządek grobów, jeden z nich przykuwa moją uwagę. Grażyna Maj, a pod spodem Lenka Maj. Tak chyba brzmi nazwisko naszego szkolnego konserwatora.

Wpatruję się w wyryte w kamieniu litery i dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że to pewnie matka i córka. A skoro tak, to muszą to być żona i córka Wojtka. Doznaję czegoś na kształt olśnienia i wtedy dochodzi do mnie ta okrutna prawda. Zginęły śmiercią tragiczną. Do oczu automatycznie napływają mi łzy.

Co się wydarzyło w tej rodzinie? Czyżby dlatego Wojtek chodził taki milczący i sprawiał wrażenie dziwaka? To musiał być dla niego cios, gdy stracił jednocześnie żonę i córkę. Z tego, co udaje mi się wyczytać, obydwie zmarły tego samego dnia, czyli obydwie musiały być ofiarą wypadku. To znaczy chyba, bo przecież pomnik nic innego mi nie powie. Resztę muszę sobie dopowiedzieć sama albo spróbować dowiedzieć się prawdy. Może ten cały Arek będzie mógł mnie oświecić?

Przez dłuższą chwilę wpatruję się w nagrobek, starannie lustrując wszystko, co się na nim znajduje. Są świeże kwiaty, piękne czerwone róże. To na pewno z myślą o jego żonie. Domyślam się, że gdyby wciąż żyła, toby się jej spodobały. Taki bukiet spodobałby się każdej kobiecie. Ciekawe, skąd je wziął. Przy cmentarzu ich nie sprzedają, więc musiał podjechać do jakiejś kwiaciarni.

Trochę dalej pali się kilka zniczy. Domyślam się, że nie tylko Wojtek musi odwiedzać swoje ukochane kobiety, ale bez trudu odnajduję te, które postawił właśnie on. Wielki, okazały znicz na środku pomnika oraz trochę mniejszy z aniołkiem obok niego. Ten drugi zapewne z myślą o córce. Musiał je naprawdę bardzo kochać.

Ciekawe, co takiego się wydarzyło, że tak nagle i w dramatyczny sposób zniknęły z tego świata...

Dochodzi to do mnie dopiero wtedy, gdy już mam się odwrócić i wracać. Żona i córka Wojtka zginęły wiele lat temu. Musiał być wtedy bardzo młodym mężczyzną, podejrzewam, że w okolicach trzydziestki, co oznacza, że żyje samotnie od bardzo dawna.

Jak sobie radzi po tym wszystkim? Czy ukrył się za maską dziwaka po śmierci kobiet swojego życia? A może stał się taki później, dopiero na starość? A może wcale nie jest samotny? Może ma drugą żonę albo jakąś przyjaciółkę? Może nawet założył rodzinę? Może udało mu się pozbierać po tym, jak upłynęło trochę czasu?

Czas leczy rany, tak mówią, ale ja w to nie wierzę. Uważam, że są takie rany, których nie jest w stanie uleczyć.

Zostało mi kilka zniczy, bo zawsze staram się kupić na zapas, więc sama zapalam świeczkę na grobie bliskich Wojtka, odmawiam szybką modlitwę i postanawiam czym prędzej wrócić do domu na herbatę cynamonową.

Straszliwy ziąb dzisiaj. Wiatr smaga moje włosy na wszystkie strony, chłód zbliżającej się zimy przenika mnie do szpiku kości, pomimo tego, że nareszcie wyciągnęłam z szafy odpowiedniej grubości kurtkę. Owijam się szczelniej szalikiem i zakładam ręce na klatkę piersiową, chcąc w ten sposób uchronić się przed zimnem. Na niewiele się to zdaje, ale zawsze to lepsze niż nic. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze niedawno chodziłam w lekkiej kurteczce, a nawet marynarce, którą większość ludzi nosiłoby najwyżej wiosną, na pewno nie o tej porze roku.

Szybkim krokiem przemierzam kolejne alejki, kierując się do wyjścia, a w mojej głowie zamiast wspomnień o dziadku, jak dotychczas, jest obraz pomnika Niny oraz żony i córki Wojtka. Czy on rzeczywiście mnie śledził? Może jednak wcale nie? Może po prostu przyszedł na cmentarz, żeby odwiedzić bliskich? Czy to możliwe? Czy istnieje coś takiego jak zbieg okoliczności?

Wychodzę na parking i kiedy wsiadam do auta, którego używam zazwyczaj jedynie podczas tych moich cotygodniowych wizyt, znów kątem oka dostrzegam znajomą sylwetkę. Wojtek wsiada do swojego wysłużonego golfa, którego zaparkował zaledwie kilka samochodów dalej.

Dlaczego on tu jeszcze jest? Przecież kiedy stałam nad grobem Niny, kierował się do wyjścia. A może jego wizyta w tym miejscu to tylko pozory? Niby przyszedł na grób swojej rodziny, ale tak naprawdę mnie śledził? Może grób Grażyny i Lenki to tylko taka przykrywka? Może to ja jestem jego celem, a on obserwuje mnie, by dowiedzieć się, jak wygląda moja codzienna rutyna? Może kiedy wreszcie dowie się, co i kiedy robię, uderzy, by...

No właśnie co? Pozbędzie się mnie? Zamorduje tak jak Ninę?

Z przerażeniem wymalowanym na twarzy odpalam silnik i czym prędzej wracam do domu. Jedynego miejsca, w którym czuję się bezpiecznie. Przynajmniej na razie.

Rozdział 7

Staram się skupić na pracy. W końcu zmieniłam swoje życie po to, by zacząć od nowa w miejscu, tak różnym od poprzedniego, że chyba bardziej nie można. W mojej głowie kłębią się przeróżne myśli, ale próbuję odsunąć je na dalszy plan. Słucham uważnie podczas zajęć, staram się wzmacniać pozytywnie uczniów, których mam pod opieką, a kiedy trzeba, pracuję z nimi indywidualnie, żeby nadrobić materiał. Utwierdzam się w przekonaniu, że podjęłam dobrą zawodową decyzję, bo bardzo lubię to, co robię.

Kiedy wybrzmiewa dzwonek na przerwę, idę do pokoju nauczycielskiego, by zrobić sobie herbatę. Ola gdzieś mi zniknęła z oczu, ale to nic. Mam szansę przyjrzeć się uważnie innym nauczycielom. Kilku pochłoniętych jest pracą nad dokumentami, dziennikami czy czymś podobnym. Jest jakiś młody informatyk, który pochłania kanapkę w takim tempie, jakby zaraz miał nastąpić koniec świata, i jednocześnie nieustannie przesuwa palcem po ekranie telefonu. Nie wiem, gdzie podziała się reszta, nie widziałam w ostatnim czasie nawet Arka, chyba jakoś się mijamy. No cóż, może to i lepiej, mam czas przemyśleć te jego rewelacje na temat Ducha Szkoły.

Zalewam wrzątkiem herbatę i do moich nozdrzy automatycznie dochodzi przyjemny korzenny aromat. Siadam przy stole i popijam małymi łyczkami. Nie wiem, kiedy obok mnie siada ktoś jeszcze.

- Dzień dobry. - Słyszę za sobą i natychmiast się odwracam.

Obok mnie siedzi ta starsza nauczycielka i uśmiecha się do mnie serdecznie.

Krystyna Czubaj, jeśli dobrze pamiętam. Ola pokrótce nakreśliła mi portrety większości nauczycieli. I miałam rację, to faktycznie polonistka.

- Dzień dobry. - Staram się odwzajemnić tym samym, ale nie wiem, o czym poza wymianą uprzejmości miałybyśmy rozmawiać.

- Jak ci się u nas pracuje?

- Dziękuję, na razie jestem zadowolona. Nadal poznaję dzieci, a z Olą dobrze się dogadujemy, chyba znalazłyśmy wspólny język. Jestem dobrej myśli.

- To bardzo dobrze, bardzo dobrze - mówi pod nosem i upija łyk kawy. - Tej szkole jest potrzebny ktoś, kto zostanie na dłużej. Te biedne dzieciaki z waszej klasy... - wzdycha - one potrzebują stabilizacji i bezpieczeństwa. Nam, dorosłym, nie jest łatwo pozbierać się po tym wszystkim, a co dopiero tak młodym osobom.

- To prawda - przyznaję jej rację i jestem mile zaskoczona.

Nie spodziewałam się, że będzie chciała znaleźć ze mną wspólny język i okaże się tak sympatyczna. Początkowo budziła we mnie respekt, jakąś wewnętrzną obawę. To za sprawą wyglądu - jest jakby żywcem wyjęta z dawnych lat. Niemodne, stare, długie spódnice, biała bluzka, którą widzę u niej niemal codziennie, i te włosy... Jakby poza trwałą ondulacją nie było innych fryzur, zwłaszcza w kolorze musztardy miodowej. Ale może tak jej się podoba? Nie powinnam zwracać na to zbytniej uwagi, liczy się to, jakim jest człowiekiem, a nie jak wygląda.

- Słyszałam od pani dyrektor, że jesteś bardzo wykształcona. Ponoć skończyłaś kilka kierunków studiów - odzywa się po dłuższej chwili, ale jej głos jest pełen ciepła i życzliwego zainteresowania.

- Tak, zawsze lubiłam się uczyć, a w dodatku byłam nieco rozdarta.

Obserwuję, jak na jej czole maluje się zmarszczka, która wyraża niezrozumienie.

- Gdzieś wewnętrznie chciałam pracować w szkole, stąd te studia pedagogiczne, ale kiedy zaraz po ich skończeniu trafiła mi się okazja, by podjąć pracę zupełnie niezwiązaną z moimi wcześniejszymi założeniami, to dodatkowo zrobiłam jeszcze filologię polską i zarządzanie. I nie żałuję. Dzięki studiom udało mi się poszerzyć swoją wiedzę.

- To dość niecodzienne, ale niezwykle interesujące. Nie spotyka się już młodych ludzi, którzy tak chłoną wiedzę, możesz być z siebie dumna.

- Dziękuję, jestem, ale nie obnoszę się z tym na co dzień. Raczej staram się być skromna.

- A jak radzi sobie ta Natalka z twojej klasy? Pozbierała się choć trochę po tej tragedii?

- Chyba jeszcze nie do końca. Wciąż jest smutna i taka pogrążona we własnych myślach, ale widocznie potrzebuje więcej czasu.

- Biedne dziecko, najpierw straciła matkę, a teraz tak jakby straciła ją po raz drugi.

- To naprawdę smutna historia. Ale mam nadzieję, że wreszcie uda nam się jej pomóc, a Natalka otworzy się na innych i będzie jeszcze tryskać radością. Ale wiadomo, musimy się uzbroić w cierpliwość i czekać.

- Dobrze, że Lucynka wciąż jest gdzieś obok niej. Kręci się po szkole, sprząta i zawsze ma oko na wnuczkę. Wiesz, że Natalka to wnuczka Lucyny?

- Tak, słyszałam. Miło mieć babcię tak blisko. Musi być dla niej ogromnym wsparciem.

- I tak jest. Lucyna pracuje tu od wielu lat, zresztą tak samo jak Wojtek i ja. Jesteśmy chyba najstarszymi pracownikami tej szkoły. A nie, jeszcze Irenka należy do tej grupy. - Śmieje się. - Lucyna jest oddanym pracownikiem, już od jakiegoś czasu powinna odpoczywać na emeryturze, ale wszyscy tak bardzo doceniamy jej pracę, że na szczęście wciąż jest z nami, a w dodatku to wspaniała i kochająca babcia. Poza Natalką świata nie widzi!

- Domyślam się - mówię i myślę, że to bardzo sympatyczne, kiedy pracownicy w tak pozytywny sposób wypowiadają się o innych. To jednak dobra wróżba na przyszłość.

- O, zobacz, i wszędzie są ślady jej bytności. Musiała wczoraj tu sprzątać. - Polonistka pochyla się, nurkuje pod stołem i podnosi mały kolorowy żelek, tym razem w kształcie owocu. - Jej ulubione słodycze - rozczula się, jakby mówiła o małej dziewczynce, a nie o starszej kobiecie.

- Zauważyłam, że pani Lucyna wszędzie gubi te żelki. Cóż... każdy z nas ma jakąś słabość. Moją jest herbata z cynamonem. - Wskazuję na prawie pusty kubek przed sobą.

- A moją niestety papierosy - szepcze mi do ucha i dopiero teraz dociera do mnie zapach tytoniu. - No nic, zbieram się. Mam jeszcze jedną lekcję z piątą A. Miło było sobie pogawędzić. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia!

Krystyna się oddala, a mnie robi się jakoś lżej na sercu. Okazuje się, że nie wszyscy, poza Ola i Arkiem, patrzą na mnie, jakbym była zjawą.

Dopijam herbatę i również spieszę na lekcję, a właściwie na omówienie ważnych spraw z Olą.

Wychodzę na korytarz i z miłej rozmowy, którą jeszcze przed chwilą toczyłam, wpadam w sam środek awantury, oczywiście z Janem Kowalskim w roli głównej.

- A czy ktoś sprawdził w ogóle kompetencje tej pani? Może ona nie nadaje się do pracy w szkole?! - wrzeszczy na stojącą przed nim Bogu ducha winną panią dyrektor, która już nieco kuli swoją tyczkowatą sylwetkę.

To dość skrajny obraz. Człowiek, który swoim wyglądem sprawia wrażenie wykształconego, wydziera się jak największy burak.

- Dzień dobry, może ja będę w stanie w czymś pomóc? - wtrącam się, chociaż wcale nie mam ochoty na ponowną rozmowę z tym mężczyzną.

Przekonuje mnie jedynie fakt, że jest rodzicem ucznia w mojej klasie. I tylko dlatego decyduję się interweniować.

- O proszę, o wilku mowa. - Zakłada ręce na klatce piersiowej i patrzy na mnie z wyższością.

Do moich nozdrzy natychmiast dociera ten duszący zapach wody kolońskiej.

- Słucham? O co chodzi? - Czuję się totalnie zdezorientowana.

- Właśnie pytałem szacowną panią dyrektor, jakie ma pani kompetencje. Niestety, nie została nam pani oficjalnie przedstawiona. - Jego głos ocieka sarkazmem.

- Zapewniam pana, że pani Malwina ma doskonałe kompetencje i nic nie stoi na przeszkodzie, by mogła pracować w tej szkole - tłumaczy pani dyrektor.

- Jeśli ma pan ochotę, chętnie pokażę panu CV. Nie mam nic do ukrycia - mówię zdecydowanie, bo naprawdę nie mam nic do ukrycia, ale w głębi duszy chciałabym wbić mu jakąś szpilę.

On rzeczywiście nie zostawia żadnej sprawy ot tak.

Już wcześniej szukał na mnie haka, ale spotkanie z klientem pokrzyżowało mu plany pogrążenia mnie. Czym prędzej kieruję się w stronę sekretariatu, by tam odnaleźć mój życiorys i pokazać temu dupkowi.

- Proszę, oto moje kwalifikacje. Niech pan sam oceni, czy nadaję się, by pracować w tej szkole.

Pani dyrektor i pan Jan są skonsternowani i zapewne nie spodziewali się takiego obrotu sytuacji. Ale ja mam dowody na swoją niewinność, jeśli można to tak nazwać, a chętnie popatrzę na minę tego całego Jana, kiedy dojdzie do listy moich kierunków studiów, kursów i tak dalej.

- I jak? Może ma pan jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem. - Tym razem to mój głos jest pełen ironii.

Wymieniam z panią dyrektor porozumiewawcze spojrzenia i obydwie mamy ochotę się roześmiać, ale dobrze wiemy, że teraz to nie przystoi.

- No, no, no... - duma Jan Kowalski. - Rzeczywiście to wygląda dość... imponująco - duka, ale widzę, że słowa z trudem przechodzą mu przez gardło. - Teraz już nie mam wątpliwości w tej sprawie.

Oddaje mi CV, ale widzę, że ma coś jeszcze w zanadrzu.

- Zastanawiam się, czy nasze dzieci faktycznie są bezpieczne w tej szkole - rzuca kolejne wyzwanie.

- Nie bardzo rozumiem, co ma pan na myśli - stwierdzam.

- Najpierw samobójstwo nauczyciela, teraz zaciukano nauczycielkę... Tak sobie myślę, kto będzie następny? Pani dyrektor, co zamierza pani zrobić, by ochronić nasze dzieci? - Patrzy na nas wyczekująco i wiem, że nie odpuści, póki nie otrzyma sensownej odpowiedzi.

- Pan Bogdan Król, o którym pan wspomniał, popełnił samobójstwo. Niestety, stało się to w szkole, ale na szczęście żaden z uczniów nie znalazł go w tym stanie. Pani Nina Zagrodzka została zaś zamordowana, a sprawca natychmiast schwytany. Myślę, że nie ma powodów do obaw, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. Nasz szkolny psycholog prężnie działa w tej sprawie. Niestety, te wydarzenia wskazują, że jeśli ktokolwiek jest w niebezpieczeństwie, to nauczyciele, a nie uczniowie - odpowiada z rozwagą i pełnym opanowania głosem.

Czuję, jak oblepia mnie strach, a na moim ciele pojawia się gęsia skórka. A co, jeżeli jest ktoś, kto morduje nauczycieli? Ktoś, kto zamierza nas wyeliminować? Kto będzie następny? Czy wyliczanka mordercy wciąż trwa? Co prawda obydwie tragedie dzieli kilkanaście lat, ale jednak dotyczą one pracowników oświaty. Uczniowie zdecydowanie powinni czuć się bezpieczni, lecz ja z pewnością nie jestem taka spokojna, jak byłam. Poza tym to już kolejna osoba, która wspomina o tym samobójstwie.

Skąd on w ogóle o tym wie? Ja nic wcześniej na ten temat nie słyszałam. Czyżby Jan Kowalski przestudiował całą historię szkoły, zanim zapisał do niej syna? Dlaczego w ogóle to zrobił, skoro placówka ma taką dramatyczną przeszłość? A może zrobił to specjalnie, by mieć na nas haka? A może to on stoi za zabójstwem Niny?

Studiuję jego twarz i postawę ciała i jestem przekonana, że gdybym spotkała go jako nieznajomego w ciemnej uliczce, to uciekałabym gdzie pieprz rośnie. To wysoki, dobrze zbudowany, barczysty mężczyzna, zapewne wiele godzin poświęca na rzeźbienie sylwetki. Jest zadbany i ubrany w markowe rzeczy, ale w ciemności wcale nie zwracałabym na to uwagi. Jego oczy wręcz zieją nienawiścią i ciskają błyskawice. Nie sprawia dobrego wrażenia. Ani pierwszego, ani drugiego, ani żadnego kolejnego. Ciekawe, co jeszcze wymyśli, by nam dopiec...

- Ma pani rację - odpowiada całkiem spokojnie, czym wzbudza nasze natychmiastowe zainteresowanie, a mnie przywołuje do rzeczywistości. - To wy - tutaj wskazuje na nas palcem, którym z chęcią by nas dźgnął, jakby tylko mógł - powinnyście się bać. Kto wie, może morderca jest gdzieś wśród nas i jeszcze nie zakończył swojego dzieła. - Z pełnym triumfu wzrokiem patrzy to na mnie, to na panią dyrektor, a mnie znów przechodzi nieprzyjemny dreszcz.

- A kiedy zostanie kupiony nowy sprzęt do sali gimnastycznej? - rzuca kolejne wyzwanie, skoro zdążył już zasiać niepokój. Przynajmniej we mnie.

- Nie planujemy na razie kupienia nowego sprzętu - informuje pani dyrektor.

Co ciekawe, zachowuje się, jakby nie było wcześniejszego tematu. Może w ten sposób próbuje poradzić sobie z tymi dramatycznymi historiami? Podziwiam ją, bo nie każdy człowiek udźwignąłby stanowisko dyrektora, kiedy obok niego giną nauczyciele. Wiele osób czym prędzej odeszłoby ze szkoły, a ona nadal w niej trwa.

Zastanawiam się nad tym chwilę i czuję, jak macki strachu oblepiają mnie ponownie.

Dlaczego właściwie ona pozostaje na tym stanowisku? Dlaczego nie chce ustąpić? Może tylko zgrywa smutną i zmartwioną? Może w głębi duszy śmieje się z nas wszystkich i to ona stoi za śmiercią Bogdana i Niny? Może to ona jest wspomnianym przez Arka Duchem Szkoły?

- Jak to? Obecny jest w fatalnym stanie. Tomek mi opowiadał, że nie może korzystać ze wszystkiego, jak należy. Ponoć ponad połowa nie nadaje się w ogóle do użytku! To skandal! - krzyczy, a ja zauważam, że nieźle się nakręcił.

Tym samym zbił mnie z pantałyku.

Za bardzo uciekam myślami, muszę skupić się na rozmowie, by nie dać mu się zaskoczyć.

- Niestety, w tej chwili szkoła nie ma na to środków. Ale jeśli rada rodziców zbierze finanse, to nie widzę przeszkód, aby kupić nowy sprzęt. Wpłacił pan składkę? - Uśmiech, który maluje się na twarzy pani dyrektor, jest zdecydowanie uśmiechem zwycięzcy. Musi zdawać sobie sprawę z tego, że Jan Kowalski to awanturnik, który lubi się kłócić o wszystko, ale sam niestety nie jest nieskazitelny.

- J-ja? - jąka się, czym od razu się przed nami zdradza. - Jeszcze nie, ale wpłacę! - zapewnia nieco zbyt gorliwie, nie wzbudzając tym samym za grosz zaufania.

- No widzi pan, a gdyby tak wszyscy rodzice wpłacali składkę od razu, na początku roku szkolnego, moglibyśmy sprawnie zaplanować wydatki i kupienie nowego sprzętu sportowego to byłaby jedynie formalność.

- J-jasne. Będę się już zbierał. - Ostentacyjnie patrzy na zegarek. - Mam ważne spotkanie z klientem.

- Oczywiście, rozumiemy, do widzenia. - Macham mu na pożegnanie z wyrazem triumfu na twarzy.

- Do zobaczenia! - rzuca i szybko wychodzi, opuszczając mury szkoły.

- Świetnie to pani rozegrała - gratuluję jej, ale nadal nie czuję się pewnie w obecności mojej przełożonej.

- Dziękuję, pani Malwino, ale i pani dała popis swoich możliwości.

- Starałam się. Z takimi trzeba krótko, zwięźle i na temat.

- To prawda. Ale zachowała pani zimną krew.

Kiedy słyszę słowo krew, mam wrażenie, jakby moja zaczęła szybciej płynąć w żyłach, powodując jednocześnie płytki oddech.

- Miałam już nieprzyjemność spotkać tego pana, i to na samym początku mojej pracy. Nie było to miłe spotkanie. Na szczęście zostałam już odpowiednio ostrzeżona i teraz zachowuję czujność. - Robię wszystko, by stwarzać pozory normalnej rozmowy z panią dyrektor.

- Bardzo dobra taktyka! Doskonale! Żałuję tylko, że to nie ja panią ostrzegłam. Powinnam była to zrobić, ale ta cała sytuacja po śmierci Niny... Trochę mnie to przerasta - wzdycha z rezygnacją i na jej twarzy na nowo gości smutek.

Ciekawe, czy prawdziwy, czy wystudiowany?

- Jak nas wszystkich. To nie jest łatwa sytuacja, ale przecież staramy się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i aby wszystko na nowo wróciło do normy.

- I bardzo to doceniam. Również to, że po usłyszeniu o tej tragicznej historii nie przestraszyła się pani i nie zostawiła nas tu na pastwę losu. Chociaż pani musi być dość trudno ze względu na...

- Mój wygląd? Początkowo rzeczywiście tak było. Czułam się nieswojo, kiedy obrzucano mnie dziwnymi spojrzeniami. Inni nauczyciele zachowywali się, jakbym była duchem. Ale nic nie poradzę na to, jak wyglądam.

- A jest pani pewna, że z Niną nie łączą was żadne więzy krwi? Może to jakaś daleka kuzynka?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo. Wątpię, abyśmy były w jakikolwiek sposób spokrewnione. To raczej taki niefortunny zbieg okoliczności. Czasami się zdarza, bywają ludzie do sobie podobni.

- Może i tak. No nic, nie zatrzymuję pani dłużej. I naprawdę cieszę się, że należy pani do naszego zespołu. - Posyła mi uśmiech, ale nie umiem stwierdzić, czy jest naturalny, czy próbuje mnie w jakiś sposób podejść.

- Ja również. - Uśmiecham się, ale pani dyrektor już oddala się do swojego gabinetu i nie jest w stanie tego zauważyć.

Odprowadzam ją wzrokiem, by mieć pewność, że za mną nie pójdzie, i kieruję się po schodach na górę. Ola czeka już jakiś czas i musi zadawać sobie pytanie, co mnie zatrzymało. Jak opowiem jej o Janie Kowalskim, to wszystko zrozumie. Postawa pani dyrektor jednak mnie zastanawia. Jestem pełna obaw i tak pogrążona we własnych myślach, że o mało co nie zderzam się z Arkiem.

- Hej, uważaj, bo ze schodów spadniesz i kolejna nauczycielska tragedia gotowa! - Łapie mnie za barki i przytrzymuje, żebym mogła złapać równowagę.

- Hej, dzięki - wykrztuszam. - Ta twoja historia na temat Ducha Szkoły...

- A widzisz, jednak zaczęłaś się nad tym zastanawiać - odpowiada z wyrazem triumfu na twarzy.

- Faktycznie tak jest. Początkowo nie chciałam nawet tego słuchać, a co dopiero w to wierzyć, ale teraz... sama już nie wiem.

- Czyli musisz mieć jakieś podejrzenia. - Zbliża się do mnie i niemal szepcze, jakby obawiał się, że ktoś może nas nakryć i podsłuchać.

- Właściwie to... - waham się.

- Dawaj! Komu jak komu, ale mnie możesz powiedzieć. Dotąd nikt poza tobą mi nie wierzył, ale teraz... możemy stworzyć taki team do spraw niewyjaśnionych. Co ty na to?

- W sumie... dobrze byłoby mieć sprzymierzeńca w tej sprawie.

- To kogo podejrzewasz? - Arek jest nadzwyczaj ciekawy mojej teorii, a ja wciąż nie wiem, czy powinnam się z nim nią dzielić.

- A, nieważne, zapomnijmy o tym!

- O nie, moja droga koleżanko. Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Teraz nie puszczę cię nigdzie, dopóki nie podzielisz się ze mną swoimi przemyśleniami.

- No dobra - daję za wygraną. - Mam kilka typów.

Arek zachęca mnie spojrzeniem do kontynuowania wypowiedzi.

- Podejrzewam Wojtka, Jana Kowalskiego albo... panią dyrektor.

Po moich słowach następuje cisza, która niczym echo wręcz odbija się od ścian, a ja nadal stoję na półpiętrze i wiem, że nie zrobię kroku, póki mój kolega z konspiracji nie odniesie się do tych pomysłów. Po upływie ciągnącego się w nieskończoność czasu, choć prawdopodobnie minęło raptem kilka sekund, Arek wychucha śmiechem. Patrzę na niego z grymasem zmieszania i nie wiem, jak się zachować.

- No co? - wyduszam wreszcie.

- Nic, przepraszam. Po prostu twoja teoria jakoś do mnie nie przemawia.

- A niby dlaczego?

- Panią dyrektor znam nie od dziś i nie wydaje mi się, żeby była zdolna do takich czynów. Przecież sama po tych wydarzeniach miała masę kłopotów. Myślisz, że zgotowałaby sobie taki los?

- A czemu nie? Najlepiej w ten sposób odsunąć od siebie podejrzenia.

- To dobre, nie pomyślałem o tym. Może te twoje domysły wcale nie są takie złe. Mimo wszystko ona mi jakoś nie pasuje.

- A Wojtek? - pytam, by bronić własnego zdania.

- Wojtek to najbardziej poczciwy człowiek, jakiego znam, muchy by nie skrzywdził.

- Może muchy nie, ale nauczyciela? No dobra, a ten awanturnik, Kowalski?

- On to już chyba najbardziej mi pasuje na mordercę. Ma taki błysk w oku, jakby lustrował wszystko i wszystkich. Sam omijam go szerokim łukiem kiedy tylko zauważę go na korytarzu. Nie chciałbym mieć z nim do czynienia.

- To prawda. Dopiero co miałam z nim stracie.

- I jak się skończyło?

- Jeden zero dla mnie, albo raczej dla nas.

Dla pani dyrektor i dla mnie, bo obydwie próbowałyśmy się z nim zmierzyć.

- O, tutaj jesteś! Wszędzie cię szukam! - Ola wychyla się z góry przez poręcz schodów.

- Już idę! Przepraszam! - krzyczę do niej. - Musimy przełożyć naszą rozmowę i spekulacje na inny czas - mówię do Arka.

- Jasne, ale podobasz mi się - mówi zupełnie nieoczekiwanie.

- Słucham? - dopytuję się, bo nie jestem pewna, czy dobrze usłyszałam.

- W sensie... - drapie się nerwowo po karku, chcąc ukryć zmieszanie - twoje teorie mi się podobają. To znaczy... nie chcę powiedzieć, że ty mi się nie podobasz, jesteś przecież bardzo atrakcyjną kobietą, ale...

- Dobra, już dobra, nie brnijmy w to dalej, bo aż strach pomyśleć, gdzie nas to może zaprowadzić. - Ratuję go z tej niezręcznej sytuacji. - Pogadamy innym razem, kiedy będziemy mieć więcej czasu. Niestety, jak widzisz, obowiązki zawodowe wzywają.

- Oczywiście, ma się rozumieć, panie kapitanie! - Salutuje i posyła mi przyjazny uśmiech.

Żegnam się z nim pospiesznie i pędzę do Oli, która wita mnie spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Tłumaczę moje spóźnienie starciem z Kowalskim oraz pogawędką z Arkiem i melduję gotowość do podjęcia obowiązków zawodowych.

Pogawędką! Dobre sobie! Ale nie wiem, jak inaczej jej to na szybko wyjaśnić.

- Nie mów, że nasz przystojny wuefista i ciebie chce wciągnąć w te rewelacje na temat Ducha Szkoły? - Ola przewraca oczami, wypełniając dokumenty.

- Tobie też o nim opowiadał? - pytam z niedowierzaniem.

- Wszystkich próbował przekonać, ale na szczęście nikt już nie wierzy w te bzdury. Mam nadzieję, że i ty prędko dasz sobie z tym spokój.

- Początkowo chciałam, ale teraz... nie jestem pewna. A co, jeśli jego teoria ma sens? Jeśli jest...

- Jakiś duch, który morduje nauczycieli? Daj spokój, Malwa, na jakim ty świecie żyjesz? Duchy to możesz spotkać w horrorach, ale nie w szkole. Tu są żywi ludzie, którzy wykonują swoją pracę i zapewniam cię, że w wolnym czasie nie latają po korytarzach, strasząc uczniów.

- Jasne, że nie, zgadzam się z tym, ale jeżeli ten wspomniany Duch Szkoły to nie prawdziwy duch, ale ktoś, kto jest w niej stałym bywalcem? - Chciałabym i w niej zasiać ziarno niepewności, które we mnie zakiełkowało.

- I co, myślisz, że to ktoś z rodziców? Nauczycieli? - Patrzy na mnie znacząco. - A może zaraz mnie zaczniesz podejrzewać! Mam się bać? - Ola jest ewidentnie wzburzona.

- Ciebie? Nie no, ciebie nie, ale mam kilka typów...

- A dlaczego nie mnie? Skoro uważasz, że mógł to zrobić jakiś rodzic albo pracownik szkoły, to równie dobrze mogłam to zrobić i ja.

Jej pewność siebie i determinacja pomieszana z oburzeniem uderzają we mnie niczym obuch. Ola ma rację. Powinnam wziąć pod uwagę każdego, absolutnie każdego i nie kierować się moimi odczuciami wobec innych nauczycieli czy rodziców.

- Masz rację, przepraszam - mówię ze skruchą.

- Nie przepraszaj, jak chcesz to sobie dywaguj z Arkiem na temat tego Ducha Szkoły czy innych zjawisk paranormalnych, ale mnie w to nie wciągaj, proszę. W pracy chcę się zająć przede wszystkim pracą. I nie zrozum mnie źle, nie mam na myśli tego, że od teraz nie możemy porozmawiać na jakieś bardziej luźne tematy, ale potwory, zjawy, duchy czy inne sprawy, które według was mają miejsce w tej szkole, mnie nie interesują. Czy to jest jasne?

- T-tak... - dukam, kuląc się w sobie, bo nie spodziewałam się takiego wybuchu ze strony mojej współpracowniczki. - Może zabierzmy się do pracy, lepiej, żebyśmy nie siedziały z tymi papierami do wieczora.

- W końcu mówisz z sensem - odpowiada, pochylając się nad rozłożonymi na biurku dokumentami.

- To co zostało nam jeszcze do zrobienia? - Staram się wyjść naprzeciw jej oczekiwaniom i przegonić czarne chmury, które się nad nami zebrały.

Przez kolejnych kilkadziesiąt minut pracujemy wspólnie, wymieniając się doświadczeniami oraz pomysłami i wypisując wszystko, co trzeba.

Trzymam fason i jestem skupiona na pracy, ale moje myśli biegną w zupełnie innym kierunku.

Nic nie poradzę na to, że sama zaczęłam ufać Arkowi i zastanawiać się nad innym sprawcą tych okropnych zbrodni. Bo przecież nie wiadomo, czy ten matematyk powiesił się sam, czy jednak ktoś mu pomógł. I kto to mógł być? Grono podejrzanych z dnia na dzień się powiększa, a ja łapię się na tym, że ta sprawa pochłania mnie bardziej i bardziej.

Poza tym odczuwam narastający strach i nie czuję się pewnie w tych murach. Murach, które patrzą na mnie ze wszystkich stron; murach, które mogą mieć oczy i uszy; murach, które stają się coraz ciaśniejsze. Przyprawiają mnie o klaustrofobię i utratę oddechu. Jeszcze rano byłam przekonana, że powinnam tutaj zostać, ale teraz już sama nie wiem.

Nie spocznę, póki nie dowiem się, kto stoi za zabójstwem Niny, póki nie zdobędę tej stuprocentowej pewności. Nieważne, czy Arek mi w tym pomoże, czy nie.

Rozdział 8

Przez ostatnie kilka nocy w ogóle nie mogłam spać. Przekręcałam się z boku na bok i nic mi nie pomagało. W desperacji zaczęłam nawet liczyć owce, ale i one nie zaprowadziły mnie w ramiona Morfeusza.

Cały czas zastanawiam się, czy to, co mówił Arek, może być prawdą. Jeśli to nie Julia stoi za zabójstwem swojej siostry, to kto? Kto miał motyw, by pozbyć się Niny? Z tego, co mówili inni nauczyciele, to wszyscy ją bardzo dobrze wspominają. Była wspaniałą nauczycielką, bardzo empatyczną i oddaną dzieciom. Nawet przychodziła z samego rana do szkoły lub zostawała po pracy, żeby przygotować coś specjalnego dla swoich uczniów. Poza tym była młodą i piękną kobietą, która miała przed sobą całe życie i rysującą się cudowną przyszłość u boku mężczyzny, z piękną i kochającą ją córeczką na dokładkę.

Kto chciałby zaburzyć jej spokój? Komu mogła podpaść? Najlepiej byłoby zapytać kogoś, kto był z nią bardzo blisko związany. Ojca Natalki nie mam śmiałości pytać, dla niego ta cała sprawa to cios prosto w serce, dla dziewczynki również.

Jest jedna osoba, którą mogłabym zapytać o zdanie. Tylko nie wiem, czy będzie chciała ze mną rozmawiać, ale jak nie spróbuję, to się nie dowiem.

Po pracy zakradam się do sekretariatu, aby nikt mnie nie widział, i szperam pośród przeróżnych papierów w segregatorach. Czuję się jak jakiś włamywacz, ale tylko tak jestem w stanie zdobyć adres Aldony, która była najlepszą przyjaciółką Niny. Na szczęście nikt nie nakrył mnie w tej podejrzanej sytuacji i po kilku minutach przeglądania dokumentów mam adres. To w zupełnie innej dzielnicy miasta, ale może i dobrze. Jak ta Aldona poszczuje mnie psem, nie będę się bała wyjść z domu w obawie, że to się powtórzy.

W sobotę, mając w perspektywie cały wolny dzień, postanawiam wybrać się do niej i wybadać, co wie, a przede wszystkim, co myśli na temat tej sytuacji. Może wskaże inną osobę, która wejdzie do grona moich podejrzanych?

Aldona mieszka na osiedlu domków jednorodzinnych, co nieco ułatwia sprawę. Nie będę skazana na spojrzenia sąsiadów zza wizjerów i nie spalę się ze wstydu na klatce schodowej, jeżeli ta nauczycielka dobitnie da mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziana.

Kiedy znajduję się pod jej domem, rozglądam się dookoła, ale wszędzie jest cisza i spokój. Albo sąsiedzi to starsi ludzie, którzy nie wyściubiają nosa z domu, albo wszyscy wyjechali na cotygodniowe wielkie zakupy weekendowe. Przynajmniej tyle dobrego. Złowrogie spojrzenia okolicznych mieszkańców nie będą mnie dręczyć.

Pcham furtkę prowadzącą do drzwi i nasłuchuję, czy faktycznie za chwilę zza zakrętu nie przybiegnie jakiś ogromny wilczur, który wbije we mnie swoje wielkie kły. Na szczęście nic takiego się nie dzieje.

Odważnie idę w kierunku drzwi, naciskam dzwonek i czekam. Mija jedna chwila... druga... i... nic. Nie przewidziałam, że może jej zwyczajnie nie być w domu.

Jestem zawiedziona. Nie poddaję się jednak tak szybko.

Okrążam dom i zaglądam do okien. Z boku nie wygląda to najlepiej, ale przecież w pobliżu nie ma żywej duszy. Pierwsze okno, przez które wypatruję czegokolwiek, to okno kuchenne. Widzę zlew, a w nim kilka brudnych kubków, poza tym zwyczajne wyposażenie, które sama mam w mojej kuchni. Niestety, żadnego ruchu.

Idę dalej i po chwili zaglądam do salonu, w którym stoi ogromna sofa, a naprzeciwko komoda z telewizorem, który na moje nieszczęście jest wyłączony. To zły znak, jeśli Aldona byłaby w domu, telewizor byłby włączony. Większość osób, które znam, podczas przebywania w domu ma uruchomiony ten sprzęt, nawet jeżeli aktualnie niczego nie ogląda.

Trochę zasmucona tym faktem nadal okrążam dom, ale raczej nie mam już nadziei na to, że ktokolwiek przebywa w środku.

Ostatnie okno, przez które zaglądam, to okno sypialni. Na środku stoi wielkie łóżko, na którym ktoś siedzi plecami do mnie. Zachęcona tym widokiem delikatnie stukam w szybę, czym wywołuję popłoch kobiety. To musi być Aldona. Jest wystraszona, ale nie dziwi mnie to. Na jej miejscu również bym się wystraszyła, gdyby ktoś chodził wokół mojego domu i stukał w szyby.

Czym prędzej wybiega z sypialni, a ja biegnę do drzwi i raz jeszcze dzwonię i pukam. Tym razem drzwi nieznacznie się uchylają.

- Kim pani jest i czego pani chce? - Słyszę zamiast powitania.

Trochę zbija mnie to z pantałyku, ale w sumie nie powinnam winić tej kobiety za brak kultury. Zachowuję się jak jakiś złoczyńca, poza tym nie znamy się, a Aldona nie ma pojęcia, jakie mam wobec niej zamiary.

- Dzień dobry, nazywam się Malwina Wysocka i od niedawna pracuję w szkole. Zatrudniono mnie po śmierci Niny, na jej miejsce, jeśli można tak powiedzieć.

- O Boże!

Kobieta zasłania usta dłonią i zamyka przede mną drzwi, po czym otwiera je szerzej. Musiała zdjąć łańcuch.

Boi się czegoś, że zamiast jedynie zamkiem posiłkuje się dodatkowo łańcuchem w drzwiach?

- Pani wygląda jak... - Łapczywie łapie powietrze i zastyga w niemej pozie.

- Jak Nina, wiem. Spokojnie, pani Aldono, proszę oddychać - próbuję ją uspokoić.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? Dlaczego mnie nachodzisz? Po co tu przyszłaś?

- Spokojnie, odpowiem pani na wszystkie pytania i postaram się rozwiać wszelkie wątpliwości, o ile i pani rozwieje moje.

- To znaczy? - Twarz tej kobiety wyraża niezrozumienie.

- Mogę wejść? Nie chciałabym rozmawiać w progu.

Widzę, że Aldona się waha i przez jej głowę musi przebiegać właśnie milion myśli. Czy warto wpuścić do domu nieznajomą, która wyglądem przypomina jej zamordowaną przyjaciółkę? Ja chybabym się nie odważyła i obawiam się, że i ona się na to nie zdecyduje.

- No dobrze, ale będę miała panią na oku!

Otwiera drzwi i znika w środku, co uznaję za zaproszenie, po czym wchodzę. Wnętrze zdążyłam obejrzeć podczas okrążania domu, więc nie dziwi mnie jego wygląd ani nie wzbudza żadnych odczuć.

- Zrobić pani herbatę? Przed chwilą zaparzyłam - odzywa się gdzieś z okolic kuchni.

- Poproszę! - krzyczę do niej i siadam na tej wielkiej sofie, czekając, aż kobieta usiądzie koło mnie.

Kiedy kończy krzątaninę kuchenną, stawia przed nami tacę z dzbankiem z gorącym naparem oraz dwie filiżanki, a także talerzyk z kruchymi ciasteczkami. Zauważam, że pomimo iż siedzi w domu, nie ma na sobie dresu jak niemal wszyscy na jej miejscu. Włożyła garniturowe spodnie i koszulę, oczywiście w odcieniach czerni, co musi być oznaką żałoby. Jej twarz zdobi nienaganny i starannie wykonany delikatny makijaż podkreślony intensywnie różową pomadką. Jasne włosy spięła w luźny kok na czubku głowy.

- Mam tylko tyle, nie spodziewałam się gości - tłumaczy się.

- Nie szkodzi, przyszłam tu porozmawiać, a nie objadać się słodyczami. Zresztą chyba z tymi ostatnimi powinnam przystopować - informuję, klepiąc się po brzuchu, który nie jest tak płaski jak Niny.

Jesteśmy do siebie bardzo podobne, ale niestety, ja ważę zdecydowanie więcej i nie jestem z tego dumna. Aldona macha ręką na moją uwagę i sama sięga po ciasteczko, napełniwszy nam filiżanki. Jej dbałość o szczegóły jest wręcz rozczulająca. Piękny porcelanowy serwis herbaciany ozdobiony prawdopodobnie ręcznie malowanymi kwiatami i do tego te malutkie ciasteczka. Czuję się jak bohaterka jakiegoś filmu, ale orientuję się, że życie pisze bardziej zaskakujące scenariusze, a mnie również przyszło odegrać swoją rolę.

- To o czym chce pani rozmawiać?

- Proszę mówić mi po imieniu. Jestem Malwina. Jak wspomniałam, pracuję w szkole, zostałam zatrudniona na miejsce Niny po tym... co się stało. - Przełykam napływającą mi do gardła żółć, bo nie dość, że cała ta sprawa jest emocjonująca, to jeszcze pierwszy raz rozmawiam z kimś tak bliskim zamordowanej nauczycielki. - Wiem, że bardzo szybko zamknięto śledztwo, sprawca został złapany i praktycznie od razu osądzony, ale zaczęłam się zastanawiać, czy siostra Niny naprawdę to zrobiła. Wiem, że wcześniej siedziała w więzieniu, ale mam pewne podejrzenia, że...

- Julia tego nie zrobiła - wtrąca zdecydowanym tonem, a mnie uderza jej pewność siebie.

Czyżby wiedziała coś, o czym nie wiem?

- Słucham?

- Julia tego nie zrobiła. Wiem, że wszystkie dowody wskazują na nią, że jakiś czas spędziła za kratkami i nie jest nieskazitelna. Ma swoje za uszami, ale nigdy nie skrzywdziłaby Niny. One były ze sobą bardzo blisko związane, to znaczy kiedyś, w przeszłości. Nina była jedyną osobą, która dobrze życzyła swojej siostrze, i Julia nie zaprzepaściłaby takiej szansy, swojej jedynej szansy na normalne życie po wyjściu na wolność.

- Miałam podobne odczucia, chociaż żadnej z nich nie poznałam.

Odnoszę wrażenie, że wreszcie spotkałam osobę, która myśli podobnie do mnie.

Jest jeszcze Arek, ale poza nami nikt nie dopuszcza do siebie teorii, że Julia jest niewinna.

- Łatwo jest osądzić kogoś, kto przez długi czas przebywał w więzieniu. Julia po prostu wpadła w złe towarzystwo i jak to bywa, znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Miała na koncie narkotyki, włamania czy kradzieże, ale zabójstwo to już zbrodnia całkiem innego kalibru. I wiem, po prostu wiem, że ona by tego nie zrobiła. Ale skąd takie wnioski u pani? To znaczy u ciebie?

- Zaczęłam zastanawiać się nad tym wszystkim, odkąd pracuję w tej szkole... To dość trudne. Nie znałam Niny, a mimo wszystko w jakiś sposób mnie to dotyka. Rozmawiałam też trochę z Arkiem...

- Nagadał ci o Duchu Szkoły? - Aldona w ogóle nie jest zdziwiona tym, co mam jej do powiedzenia.

- To też, ale...

- Daj sobie spokój, dziewczyno. Duch Szkoły to jego wymysł. Niny nie zabił żaden duch, ale człowiek z krwi i kości.

- Zgadzam się z tym i...

- Dość tego! - przerywa mi gwałtownie. - Po co tu przyszłaś? Opowiadać mi jakieś bajki o duchach? Myślisz, że dlaczego odeszłam ze szkoły? Moja najlepsza przyjaciółka, najbliższa mi osoba została zamordowana, a ja nie potrafię przejść obojętnie obok takiej zbrodni. - Jej twarz zalewa się łzami, widać przerwałam jakąś tamę. - Nigdy nie pozbieram się po tej tragedii! Nie mogłabym patrzeć na naszych uczniów, przechodzić szkolnymi korytarzami z myślą, że jej już z nami nie ma! Wszystko mi o niej przypomina! O mnie nikt nie myśli, a mnie wcale nie jest łatwo. Zostałam z tym sama i jeszcze muszę pomóc Julii.

- Pomóc? - wtrącam, bo ten wątek brzmi ciekawie.

- Tak, pomóc! Tylko ja jestem przekonana o jej niewinności. Poza Niną nie miała nikogo i jej również jest niezwykle trudno nie tylko pogodzić się ze śmiercią siostry, lecz także stanąć w obliczu tego, co ją po tej śmierci spotkało. Została oskarżona o morderstwo jedynej i najbliższej rodziny! Jak można pozbierać się po czymś takim? No powiedz mi jak?!

Nagle podnosi się ze swojego miejsca i krzyczy, wskazując na mnie palcem. Jakbym tylko ja mogła jej odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Nie wiem, jak się zachować. Sama przyszłam tu po odpowiedzi, a nie po kolejne pytania.

- J-ja... nie wiem, jjj-aaaa... tylko... - jąkam się.

- Przepraszam. - Z wydechem opada na poduszki i milknie. Jakby uleciała z niej cała nagromadzona energia. Wygląda jak bezwładna lalka, kukła.

Cisza, która między nami zapada, jest tak gęsta, że można ją ciąć nożem.

- Po tym, co się stało... - ukradkiem ociera łzy - zwolniłam się i zajęłam tłumaczeniami.

Mój wyraz twarzy zachęca ją do dalszych wyjaśnień.

- Z wykształcenia jestem również filologiem. Wcześniej od czasu do czasu zajmowałam się tłumaczeniami, żeby dorobić, w końcu pensja nauczyciela to nie kokosy.

Kiwam głową na znak zrozumienia, doskonale wiem, co ma na myśli. Komu jak komu, ale mnie nie musi tego tłumaczyć. Sama się o tym przekonałam, kiedy zobaczyłam różnicę między wypłatą z agencji reklamowej a tą ze szkoły.

- Po śmierci Niny zamknęłam się w domu, praktycznie nigdzie nie wychodzę. Unikam ludzi, jak tylko mogę. Dlatego nie chciałam otworzyć, kiedy zadzwoniłaś do drzwi. Każda rozmowa, możliwość spotkania drugiego człowieka bardzo wiele mnie kosztuje. Zajęłam się tłumaczeniami na pełny etat. Dzięki temu nie muszę nigdzie wychodzić i mogę pracować zdalnie. To mi odpowiada.

- Rozumiem i przepraszam, że moją wizytą zburzyłam twój spokój. - Podchodzę bliżej Aldony i kładę jej dłoń na ramieniu, próbując pocieszyć ją tym gestem.

- Nie przepraszaj, może dobrze się stało. Wreszcie to z siebie wyrzucę. - Bierze głęboki wdech i kontynuuje: - Tak więc pracuję z domu, ale staram się pomóc Julii na tyle, na ile jest to w tej chwili możliwe. Wynajęłam jej dobrego adwokata, ale niestety nie mam dobrych wieści. To będzie proces poszlakowy, nie ma żadnych dowodów i dopóki żadne się nie znajdą, to Julia prawdopodobnie zostanie skazana na długie lata, a może nawet na dożywocie. Ona jest przerażona. Już wcześniej była dość zamknięta w sobie, ale teraz jeszcze bardziej odizolowała się od świata, od wszystkich.

- Skąd wiesz? - pytam.

- Odwiedzam ją w więzieniu. Przejęłam te odwiedziny niczym spadek po Ninie. Wcześniej to ona dbała o to, by pojawiać się tam regularnie, a teraz ja.

- I co zamierzasz?

- A co ja mogę? Chciałabym rzec, że zamierzam ją stamtąd wyciągnąć i zdobyć dowód wskazujący na jej niewinność, ale to raczej nie jest możliwe. Julia była widziana przez wielu świadków, w tym nauczycieli ze szkoły w dniu, w którym Nina została dłużej. Kręciła się pod budynkiem, chyba wypuścili ją dzień wcześniej.

- To dlaczego nikt nie powiadomił o tym Niny? Przecież jeśli Julia jest niewinna, to ktokolwiek, kto by ją zauważył, natychmiast doniósłby o tym jej siostrze i może obydwie wróciłyby do domu i do żadnej tragedii by nie doszło.

- Dobrze mówisz, masz w sobie coś z Sherlocka Holmesa. Nina z wiadomych przyczyn nie chwaliła się przed gronem pedagogicznym, że ma siostrę w więzieniu. Nie chciała, aby ktokolwiek ją osądzał i patrzył przez pryzmat błędów jej rodziny. A tym bardziej rodzice uczniów. Gdyby któryś z nich, a nie daj Boże Jan Kowalski - patrzy na mnie znacząco - dowiedział się, że nauczyciel ich dziecka w wolnym czasie odwiedza rodzinę w więzieniu, nie skończyłoby się dobrze ani dla Niny, ani dla szkoły. O całej sprawie wiedziała tylko pani dyrektor i ja.

- Doskonale to rozumiem, a pana Jana miałam już nieprzyjemność poznać - informuję.

- No właśnie, a na nieszczęście Julia została wypuszczona dzień wcześniej i Nina nie miała o tym pojęcia. Była osadzona pierwsze kroki skierowała pod szkołę, do siostry, która zaoferowała jej pomoc. Czemu nie weszła do środka? Nie wiem, Julia nic nie chce mi powiedzieć, milczy jak grób. Całkowicie zamknęła się w sobie po tym wszystkim. Mogę tylko spekulować, że po prostu czekała, aż siostra wyjdzie z budynku, może chciała jej zrobić niespodziankę? Ale po kilku godzinach, kiedy szkoła opustoszała i Niny nie było, zrezygnowała i zwyczajnie poszła. Znów, tak jak kilka lat wcześniej, znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. A wiadomo, że łatwiej osądzić recydywistę i z powrotem wsadzić go za kratki, niż szukać prawdziwego mordercy.

- Który wciąż jest na wolności i być może czyha na kolejną ofiarę - dodaję.

- Właśnie. Gdybym tylko miała jeszcze notes Niny... - Zastanawia się. - Może udałoby mi się wpaść na jakiś trop. - Aldona się zamyśla.

- Jaki notes?

Podskórnie czuję, że malutkimi kroczkami odkrywam pewne fakty, które pomogą mi dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się tego feralnego wieczoru.

- Nina nigdy nie rozstawała się ze swoim czerwonym notesem. Pisała w nim wszystko i zawsze miała go pod ręką. Spisywała pomysły na zajęcia z dziećmi, ale również kilka spraw z każdego dnia, jakieś wrażenia, wydarzenia i tym podobne.

- Nie było go wśród jej rzeczy?

- Nie było. I to mnie zastanawia. Dokładnie wszystko przejrzałam i zabrałam do siebie. Część oddałam Jarkowi, to znaczy ojcu Natalki.

- To jest ten mężczyzna, z którym Ninę łączyła bliższa relacja? - upewniam się, bo wiem, że Aldona była najlepszą przyjaciółką zamordowanej nauczycielki i tylko ona może potwierdzić bądź obalić tę plotkę.

- Właśnie tak. Starała się najpierw bronić przed tym uczuciem, ponieważ zawsze była profesjonalna. Uważała, że nauczycielka i rodzic dziecka z jej klasy to nie powinno się wydarzyć, ale miłość przychodzi znienacka i nic nie mogła poradzić na to, że ich właśnie połączyła. A Natalka pokochała Ninę całym sercem, była dla niej jak matka, którą mała straciła kilka lat wcześniej.

- Może to on, ten Jarek, wziął notes? - Szukam racjonalnego rozwiązania, zanim znów zacznę dumać na temat Ducha Szkoły.

- Wykluczone. To ja spakowałam i przywiozłam jej rzeczy do domu. Część sama oddałam Jarkowi. To były jakieś ich wspólne zdjęcia, pamiątki, takie sentymentalne sprawy. Notesu pośród tego wszystkiego nie było.

- Jak myślisz, co mogło się z nim stać?

- Nie mam pojęcia, ale na pewno Nina miała go w dniu morderstwa. Rano tego dnia sama widziałam, jak chowała go po lekcjach do torebki.

- Czyli musiał zabrać go morderca - mówię, po czym zapada między nami cisza, a groza tego zdania jest wyczuwalna w każdym zakamarku pokoju.

- Też tak myślę, ale nie mamy na to dowodów.

- A co na to policja? Sprawdzili trop zaginionego notesu?

- Notes nie był wartościowy w sensie materialnym i nikt poza mną nie próbował go szukać. A policjanci uznali, że to nie ma związku ze sprawą, chcieli ją czym prędzej zamknąć. Szkoła jak najszybciej musiała wrócić do normalnego funkcjonowania, i to bez szkody dla dzieci. Zarówno władzy, jak i pani dyrektor bardzo na tym zależało.

Słowa, które wypowiada Aldona, wstrząsają mną do głębi. Po plecach znów przebiega mi dreszcz.

Zarówno władzy, jak i pani dyrektor bardzo na tym zależało - brzmi w mojej głowie niczym echo.

Czyżbyśmy miały sprawcę na wyciągnięcie ręki?

Pani dyrektor jest w gronie moich podejrzanych.

Dlaczego tak bardzo chciała, by szybko znaleźć mordercę?

Czy tylko ze względu na uczniów i powrót szkoły do normalnej pracy, czy też miała w tym jeszcze inny, ukryty i mroczny cel?

- O czym myślisz?

Aldona wyrywa mnie z analizowania faktów.

- Tak się zastanawiam, próbuję poukładać sobie to wszystko w głowie. Coraz bardziej skłaniam się ku temu, że Julia może być niewinna, a prawdziwy morderca wciąż jest na wolności.

- Julia na pewno jest niewinna, tylko w takim razie kto stoi za zabójstwem mojej przyjaciółki?

- Tego jeszcze nie wiem, ale się dowiem. - Jestem zdecydowana i gotowa do działania.

- Jak?

- Nie mam pojęcia, ale będzie mi łatwiej niż tobie.

Rozmówczyni patrzy na mnie niezrozumiałym wzrokiem.

- Pracuję w tej szkole, mogę obserwować innych pracowników, nauczycieli, spróbować dojść po nitce do kłębka. A ty, przepraszam, że będę dosłowna, ale siedzisz całymi dniami zamknięta w domu. W ten sposób niczego się nie dowiesz.

- Masz rację, ale nie potrafię inaczej. Na samą myśl, że miałabym wrócić do tej szkoły... - Aldona obejmuje się ramionami - oblepia mnie strach i jestem jak... jak sparaliżowana. Nigdy nie dam rady tam wrócić, może za jakiś czas do szkoły tak, ale na pewno nie do tej. Zbyt wiele wspomnień...

- Rozumiem, ale od czego masz mnie? - Staram się przywołać uśmiech na twarz, ale wychodzi mi tylko jakiś niezrozumiały grymas.

- A skąd pewność, że uda ci się znaleźć odpowiedni dowód?

- Nie wiem, ale moja w tym głowa, żeby się udało. Arek jest bardzo chętny do pomocy i może wspólnymi siłami...

- Arek jest zafiksowany w kwestii duchów i tylko to go interesuje - przerywa mi.

- Trochę tak, ale to jedyna osoba, która wykazuje jakąkolwiek chęć pomocy w sprawie, a ja tej pomocy nie mam zamiaru odrzucić.

- Nieważne jak, oby prawda ujrzała światło dzienne. Jeśli mogę ci w jakikolwiek sposób pomóc, to...

- Już mi wiele pomogłaś, ale mam jeszcze jedno pytanie.

- Zamieniam się w słuch. - Przyjaciółka Niny prostuje się i jest gotowa na kolejne, być może nawet niewygodne pytania.

Dobrze mieć w niej sojusznika, zamierzam to wykorzystać.

- Pracowałaś w tej szkole kilka lat, dłużej niż ja, co jest istotne, więc... Na pewno słyszałaś o samobójstwie nauczyciela - zaczynam, chociaż obawiam się, że to trudny temat i Aldona za chwilę przypomni sobie o Duchu Szkoły i jednak zaprzestanie naszej współpracy.

- Bogdana? A tak, słyszałam. Zaczęłam pracę kilka lat później, ale dość głośno o tym było. Co mogę ci o tym powiedzieć? Bogdan uczył matematyki i powiesił się na sali gimnastycznej. Nic więcej nie wiem, nie przypominam sobie. Jak zaczęłam pracę, to raczej na niej chciałam się skupić i starałam się zapomnieć, że jakiś nauczyciel, którego zresztą nie znałam, popełnił samobójstwo.

- No właśnie, myślisz, że to było samobójstwo? - zadaję to trudne pytanie.

- Tak, a dlaczego pytasz? Myślisz, że ktoś...

- Mu w tym pomógł? Nie wiem, ale dopuszczam taką możliwość. Jedną śmierć nauczyciela w szkole jeszcze jakoś można znieść, ale dwie?

- Tylko że Bogdan się powiesił, a Nina została zamordowana. Te śmierci wyglądały całkiem inaczej, nie ma podobnego modus operandi.

- Niby tak, ale kto to wie?

- Ale to znaczy, że musiał dokonać tego pracownik szkoły, i to taki, który pracował już wiele lat temu i pracuje do dziś.

- A to dość mocno zawęża nam grono podejrzanych - doprecyzowuję. - Pamiętasz może, jak został znaleziony?

- Wydaje mi się, że znalazł go Wojtek. Chociaż jak mówiłam, nie przywiązywałam do tego strasznego zdarzenia zbyt wielkiej wagi.

- I akurat do niego mi to bardzo pasuje - wtrącam, jednocześnie wypuszczając nagromadzone w płucach powietrze.

- Ale że co? Że Wojtek miałby zabić Bogdana? To chyba niemożliwe!

- Niby dlaczego? - pytam.

- Bo Wojtek to najbardziej łagodny człowiek, jakiego znam. Muchy by nie skrzywdził.

- Jesteś już drugą osobą, która tak twierdzi.

- Tym bardziej powinno dać ci to do myślenia i wykluczyć go z tego grona.

- Może masz rację, ale może ta łagodność, o której mówicie, to tylko taka maska? Może wcale nie jest taki nieskazitelny? Dla mnie idealnie pasuje na mordercę!

Niezrozumienie malujące się na twarzy mojej rozmówczyni zachęca mnie do dalszych wyjaśnień.

- Jest dziwny, siedzi wiecznie w tej swojej kanciapie, struga coś, jest zamknięty w sobie, a jak podjęłam próbę rozmowy, to tylko coś tam odburknął. Raczej nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Myślę, że w powieści kryminalnej mógłby zostać seryjnym mordercą.

- Wojtek taki już jest, ale zapewniam cię, że jak poznasz go lepiej, to zmienisz zdanie. To raczej nie on.

- Nie jestem przekonana do tego, by go bliżej poznać. Poza tym sama powiedziałaś chyba. Czyli gdzieś tam z tyłu głowy zakładasz, że jednak mógłby.

- Nigdy nie możemy być na sto procent pewni, ale moja kobieca intuicja mówi mi, że to nie on. Masz jeszcze jakieś typy? - pyta, po czym dopija swoją herbatę, czyniąc to jak dystyngowana starsza pani, a przecież musimy być w podobnym wieku.

Już chcę powiedzieć jej o pani dyrektor, ale jakoś tak myślę, że nie wypada. Nie znam Aldony na tyle, by zaryzykować takie podejrzenia.

- Raczej nie. Wcześniej myślałam o Janie Kowalskim, ale jeśli mam przyjąć teorię, że te dwie sprawy się łączą, to jednak wyklucza go z popełnienia tych zbrodni.

- Racja. On jest zbyt wielkim furiatem i awanturnikiem, żeby zachować zimną krew. Nie zrobiłby tego, a nawet jeśli, to zastawiłby po sobie całą masę dowodów.

- Nie miałby czasu na posprzątanie i zatarcie śladów, bo spieszyłby się na spotkanie z klientem - rzucam i od razu zastygam. - Przepraszam. Dla mnie ta cała sprawa jest jak udział w filmie kryminalnym, a ciebie to przecież bezpośrednio dotyka. Nie powinnam była tego mówić.

- Nie szkodzi. Nawet fajnie, że masz do tego wszystkiego taki dystans. To dobrze wróży na przyszłość. Ja, jako osoba blisko związana z Niną, patrzyłabym na to przez pryzmat własnych emocji, a ich należy się wyzbyć, jeśli pragnie się rozwikłać tę zagadkę.

- Staram się zachować trzeźwość myślenia, ale fakt, że jesteśmy z Niną tak do siebie podobne, wcale mi tego nie ułatwia. Mam nadzieję, że nie jestem kolejną osobą na liście do wyeliminowania.

- Ja też - przytakuje i patrzy mi głęboko w oczy, czym wywołuje powrót dreszczy na moich plecach.

Żadna z nas nie ma pewności, czy morderca wciąż nie będzie grasował i za dzień, tydzień albo miesiąc nie uderzy ponownie. Kto wtedy padnie jego ofiarą?

- Dziękuję ci za poświęcony czas. - Podnoszę się z miejsca, bo czuję, że na dzisiaj wystarczy mi tych nowych informacji. Muszę wrócić do domu i na spokojnie wszystko sobie przemyśleć i poukładać.

- Nie ma za co, to ja dziękuję.

Moje zmarszczone czoło wskazuje, że nie rozumiem.

- Dzięki tobie wreszcie spędziłam trochę czasu w towarzystwie, nie byłam sama dzisiejszego popołudnia. Mogłam z kimś porozmawiać, a przede wszystkim znalazłam kogoś, kto wierzy w niewinność Julii. Dziękuję ci za to.

- Nie ma sprawy. Chciałabym się dowiedzieć, jak było naprawdę. Nie twierdzę, że Julia jest niewinna, ale zakładam, że to możliwe.

- To już coś.

- Mam nadzieję, że jak będę miała jeszcze jakieś pytania, to mogę liczyć na twoją pomoc.

- Oczywiście! Zrobię wszystko, by wyciągnąć siostrę mojej przyjaciółki z więzienia.

Żegnam się z Aldoną, która nie wydaje się już taka zamknięta w sobie i odseparowana od reszty świata. Myślę, że rozmowa, którą odbyłyśmy, pomogła nam obu. Ona czuje, że ma we mnie sojusznika, a moja wiedza na temat tej zagadki kryminalnej zdecydowanie się poszerzyła.

Jeśli założę, że Julia nie zabiła Niny, mogę spojrzeć inaczej na pozostałych pracowników szkoły. Od teraz na każdego będę patrzeć jak na potencjalnego mordercę. Co więcej, sama muszę być ostrożna i mieć się na baczności. Jeśli zabójca dowie się, że węszę wokół tej sprawy, poczuje się zagrożony i zaatakuje.

Rozdział 9

Po kilku dniach od wizyty u Aldony nie jestem nawet o milimetr bliżej od poznania prawdy. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta przyjaciółka Niny jest wiarygodna. Może tak bardzo zafiksowała się na tym, że Julia jest niewinna, że nie przyjmuje do wiadomości żadnej innej wersji wydarzeń.

A może nie powinnam zawracać sobie tym głowy? Może prawda jest znana nam wszystkim? Może jednak nie należy szukać winnego, bo prawdziwy sprawca siedzi w więzieniu?

Czasami najprostsze rozwiązania są najlepsze i zazwyczaj jedyne zgodne z rzeczywistością.

W szkole skupiam się na dzieciach, pomagam Oli i czuję, że złapałam bliższą relację z Natalką. Nie jest już tak smutna jak na początku. Nie tryska radością, ale też nie popłakuje po kątach. Wciąż wydaje się przygnębiona, ale próbuję przyciągnąć jej uwagę, by mogła skupić się na konkretnych zadaniach.

Nie od dziś wiadomo, że praca skutecznie potrafi odciągnąć od wspomnień.

Niestety, z Olą nie mogę rozmawiać o moich przypuszczeniach, jedynie w Arku mam sojusznika, więc tylko jemu mogłam opowiedzieć o mojej wizycie u Aldony. Był pełen uznania dla mojej odwagi i bardzo uszanował fakt, że wzięłam sprawy w swoje ręce. Na razie pozostawiam je własnemu biegowi i nie myślę za dużo, a już na pewno nie myślę na siłę. Jeśli istnieje jakieś inne rozwiązanie, przyjdzie samo, z czasem.

Owszem, nie uśpiło to mojej czujności, ale poza tym wszystkim jestem normalnym nauczycielem, a przynajmniej takie wrażenie chcę sprawiać. Nikt nie może nabrać wobec mnie podejrzeń, więc zgrywam osobę, której w ogóle nie interesuje ta cała historia, ale w głębi duszy aż mnie skręca. Nie lubię żyć w niepewności, a chociaż dopuszczam myśl, że za tym wszystkim stoi Julia, to jednak podskórnie czuję, że zrobił to ktoś inny. Każdemu przyglądam się wnikliwie i bacznie go obserwuję.

Dzisiaj tak zasiedziałam się nad nowymi pomysłami i przeglądaniem dokumentów, że nawet nie wiem, kiedy zrobiło się ciemno. Jak tylko zorientowałam się, że sama popełniłam błąd Niny, która ochoczo zostawała w szkole po zmroku, poczułam się wysoce niekomfortowo.

Teraz nietrudno się zapomnieć, wystarczy chwilę dłużej nad czymś posiedzieć, by za oknami zrobiło się całkiem ciemno. Za kilka dni powitamy zimę, dni są niezwykle krótkie, a noce zimne, długie i ciemne.

Natychmiast sprzątam cały bałagan ze stołu i czym prędzej chcę opuścić ten budynek, który po zmroku nie wygląda przyjaźnie, a wręcz przerażająco. Długie, ciemne korytarze, schody, na których może się ktoś czaić, a przede wszystkim wszechogarniające pustka i cisza.

Szkoła wieczorami jakby wymiera.

Wzdrygam się na tę myśl i wychodzę z pokoju nauczycielskiego.

Omal nie zderzam się z panią Lucynką.

- Ojej! Przepraszam!

- Nie, to ja przepraszam! - Czuję się winna, że tak na nią wpadłam.

- Co pani tu jeszcze robi o tej porze?

- Praca, pani Lucynko, praca - tłumaczę.

- Ale dzieci już dawno poszły do domu...

- Moja praca polega również na wypełnianiu przeróżnych dokumentów, pisaniu opinii i takiej tam papierkowej robocie. Ale dzisiaj wyjątkowo się zasiedziałam. Musiałam dokładniej przejrzeć dokumentację kilku uczniów.

- Rozumiem, ale proszę się nie przemęczać. Musi pani o siebie dbać. W przeciwnym wypadku szybko się pani wypali, a ja nie zniosę kolejnej zmiany nauczyciela mojej Natalki.

- Spokojnie, jestem pełna zapału do pracy. - Uśmiecham się. - Dobrze, że wspomina pani o Natalce...

- Tak? - Pani Lucyna patrzy na mnie, jakby chciała przejrzeć mnie na wylot, i przysuwa się bliżej, aż czuję na policzku jej słodki oddech, w którym rozpoznaję zapach pomarańczy.

- Myślę, że pani wnuczka pomału wraca na dobre tory. Jest w coraz lepszym nastroju, Oczywiście nie znaczy to, że biega po klasie z uśmiechem od ucha do ucha, ale małymi kroczkami idziemy do przodu.

- Takie słowa, pani Malwinko, to miód na moje serce! - Łapie się za klatkę piersiową. - A już myślałam, że biedne dziecko nigdy nie pozbiera się po tej stracie.

- Dzieci radzą sobie z takimi... problemami szybciej niż my, dorośli.

- Dziękuję, że pani tak się stara. Jest pani istnym aniołem, pani Malwinko! - rozpływa się w zachwytach.

- Bez przesady, nic specjalnego nie zrobiłam, ale dziękuję za miłe słowa.

Obserwuję, jak w trakcie rozmowy pani Lucyna ustawia środki czystości w kanciapie obok biblioteki.

- To ja się będę zbierać, zanim noc całkiem mnie tu zastanie. Pani niech lepiej zrobi to samo. Po tej tragedii to strach samemu zostać w szkole.

- Ma pani rację, Malwinko. Dokończę układać i też idę do domu. Irenka poleciła mi świetny romans i nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę w fotelu, by go dokończyć.

- To miłego wieczoru, pani Lucynko! - żegnam się i czym prędzej wychodzę na zewnątrz.

Natychmiast czuję mroźny wiatr i deszcz, które zwiastują opady śniegu nocą, a rano jego całe połacie, przez które trudno będzie się przebić. Zapewne zima znów zaskoczy kierowców i kilkoro uczniów spóźni się na jutrzejsze lekcje.

Szybkim krokiem idę na przystanek, nie będę ryzykować samotnego spaceru do domu, chociaż czasami tak robię. Faktycznie za bardzo się zasiedziałam, powinnam na przyszłość pamiętać, by tego nie robić.

Po drodze rozmyślam o pani Lucynie i jej nadchodzącym wieczorze w towarzystwie książki. Czyżby była samotna? Nie ma męża? Poza tym, że Natalka jest jej wnuczką, to nic więcej o niej nie wiem. Jest taka miła i wręcz rozczulająca z tym swoim uzależnieniem od żelków. Dziś również owionął mnie jej oddech, który był przesiąknięty ich zapachem, a z kieszeni musiała wystawać napoczęta paczka tych słodkości.

To takie... niewinne... ale czy na pewno? W sumie ona również idealnie pasuje do grona moich podejrzanych. W dodatku pracuje w tej szkole od wielu, wielu lat, więc także musi pamiętać o samobójstwie matematyka. Czy byłaby zdolna do zbrodni?

Niestety, nie mam czasu dłużej się nad tym zastanawiać, ponieważ na horyzoncie pojawia się ta stara kobieta z wózkiem. Jak ona się nazywała? Chyba ktoś mi o niej wspominał, że mieszka w okolicy i często się tu kręci... Jej nazwisko kojarzy się z jedzeniem. Schabowa? Parówkowa? A, tak! Kiełbaskowa! Wiedziałam, że chodzi o jakieś mięso.

Na samą myśl robię się głodna.

- Dzień dobry, pani Kiełbaskowa - witam się z nią, bo pomimo całej jej dziwności trochę mi żal tej kobiety.

Jak zwykle ma na głowie kolorową chustę, spod której wystaje kilka kępek siwych włosów. Powinna zamienić ją na wełnianą czapkę. Dobrze, że przynajmniej ma na sobie grubą puchową kurtkę oraz nieodłączną spódnicę w kwiaty.

- Dobry. - Kiwa głową, co zauważam ze zdumieniem.

Dotychczas raczej nie wyglądała na zrównoważoną i niby mnie widziała, ale jakby w ogóle nie zauważała. Jakby żyła we własnym zamkniętym świecie.

- Jak się pani miewa? - zagajam, bo może ktoś tak samotny jak ta stara kobieta potrzebuje od czasu do czasu z kimś porozmawiać.

- Ta szkoła... - wskazuje palcem na mury, które przed chwilą opuściłam - dla dzieci... i dorosłych...

Wzdycham z rezygnacją. Chciałam wyciągnąć rękę do staruszki, ale to bez sensu. Ona nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Wciąż powtarza jedno i to samo, żyje zamknięta gdzieś w przeszłości. Może jest autystyczna? Echolalie są jedną z cech charakterystycznych dla tego zaburzenia. W czasach jej młodości nikt jej nie zdiagnozował, ale z pewnością wykazuje objawy spektrum niepełnosprawności intelektualnej lub choroby psychicznej.

- Tak, wracam ze szkoły do domu. Ciemno już i zimno, lepiej niech pani również idzie do domu, pani Kiełbaskowa. - Klepię ją przyjaźnie po ramieniu.

Nie wiem, co jeszcze mogłabym dla niej zrobić. Nie pomogę jej, na jakąkolwiek terapię jest już dla niej za późno. Dziwi mnie, że nikt z rodziny się nią nie zajął. Nawet jeśli nie chcieli, to mogli oddać ją do jakiegoś specjalistycznego zakładu.

Tylko że to też kosztuje, więc pewnie jak zawsze chodzi o pieniądze...

- Proszę wracać do domu i odpocząć. Dobrej nocy! - rzucam na pożegnanie i odchodzę, zostawiając ją na środku drogi.

Może jak rozwiążę zagadkę śmierci Niny - o ile w ogóle rozwiążę - to spróbuję znaleźć sposób, aby pomóc tej kobiecie?

Zaraz po przekroczeniu progu domu marzę o mojej ulubionej herbacie cynamonowej, ale jak tylko dotykam włącznika światła, niestety jasność nie następuje.

- Cholera! Nie ma prądu! - pojękuję pod nosem, ale nikt poza mną tego nie słyszy.

Rzeczywiście na klatce schodowej panowała ciemność, ale byłam przekonana, że to wina przepalonej żarówki. Niestety, problem musi być poważniejszy. Włączam latarkę w telefonie i zdejmuję zimowe rzeczy.

Kieruję się do kuchni, by zagotować wodę, i w duchu dziękuję sobie za pozostawienie kuchenki gazowej, która na szczęście działa.

W półmroku przygotowuję sobie rozgrzewający płyn i wraz z nim podchodzę do okna. Nie mam pomysłu na to, jak spędzić resztę tego wieczoru. Skoro nie ma prądu i nie wiadomo ile to potrwa, nie mogę obejrzeć kolejnego odcinka serialu, który ostatnio pochłonął mnie całkowicie. Nie mogę także wskoczyć pod kocyk z książką w ręku jak pani Lucynka. Mogę tylko siedzieć i czekać na powrót światła.

Patrzę na ludzi, którzy kręcą się po osiedlu, ale nie ma ich zbyt wielu. Latem, kiedy dni są dłuższe i jasno jest aż do wieczora, na podwórku słychać krzyki i śmiech dzieci, a rodzice spotykają się na palcu zabaw na sąsiedzkie pogawędki. Teraz mało kto przechodzi pod blokiem, a jeśli już, to prędzej przemyka, by jak najszybciej znaleźć się w zaciszu własnego domu.

Jedna osoba szczególnie przykuwa moją uwagę, mianowicie przechadzający się tam i z powrotem mężczyzna z psem. Niby nic nadzwyczajnego, czy to lato, czy to zima zwierzę trzeba wyprowadzić, to nie kwestia hobby, ale obowiązku. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ów mężczyzna wygląda jakoś znajomo.

Wytężam wzrok, uchylam firankę i w tej nieprzeniknionej ciemności próbuję zobaczyć coś więcej. Wydaje mi się, że znam ten chód, ubiór również. Kto to może być? Mam to gdzieś z tyłu głowy, ale wciąż brakuje mi wskakującego na swoje miejsce klocka z tej układanki.

Dopiero kiedy mężczyzna zadziera głowę i patrzy w moje okno, przychodzi zrozumienie. To Wojtek! Jak mogłam tak długo zastanawiać się, kto to jest? Tylko że nie powinno mnie dziwić, kto to, ale raczej dlaczego kręci się pod moim oknem? Śledzi mnie? Najpierw ta sytuacja na cmentarzu, a teraz pod moim domem! Mam wrażenie, jakbym była w potrzasku. Gdziekolwiek się obrócę, widzę tego człowieka.

Jeszcze sam jego spacer w tej okolicy nie zdziwiłby mnie tak bardzo, ale to, że patrzył wprost na mnie, w okna mojego mieszkania, jest wysoce niepokojące. Jakby doskonale wiedział, gdzie mieszkam i... No właśnie, co? Co on chce osiągnąć? Chce mnie nastraszyć? Może w jakiś sposób dowiedział się, że węszę w sprawie Niny, szukam innych tropów, a co więcej, podejrzewam kilka osób, w tym jego? Może daje mi znak, abym zaprzestała mojej detektywistycznej pracy?

Instynktownie cofam się od okna, choć nawet jeśli wie, gdzie jest moje okno, to nie ma możliwości mnie dostrzec. Jest ciemno i na moje szczęście prądu nadal brak. Postanawiam, że nie dam się zastraszyć. Nikomu, ktokolwiek stoi za zabójstwem najlepszej przyjaciółki Aldony.

Nina zasługuje na to, by morderca, kimkolwiek on jest, poniósł zasłużoną karę.

Stoję i wpatruję się w niego z determinacją w oczach, tak samo jak on we mnie. Nie boję się, podchodzę jeszcze bliżej, aż mój nos napotyka przeszkodę w postaci szyby. Bliżej już się nie da podejść.

Chwila, kiedy patrzymy na siebie, trwa i trwa. Jakby minęła cała wieczność, ale żadne z nas nie odchodzi. Wojtek wciąż stoi na dole, a ja przy oknie. Nie jestem pewna, czy może mnie dostrzec w tym mroku, ale za to ja mogę przyjrzeć się jemu. Jego twarz nie przybiera żadnego wyrazu. Jakby założył maskę, jest całkiem obojętny. Tylko te jego głęboko osadzone, ciemne oczy, które obecnie wydają się jeszcze większe i ciemniejsze.

I nagle... pyk!

Światło się włącza, a ja, oszołomiona i oślepiona tą niespodziewaną jasnością, dopiero po chwili orientuję się, że powinnam się odsunąć. Niestety, jest za późno. Wojtek zdążył mnie dostrzec, a co więcej, teraz mocniej przytrzymuje swojego pupila, coś do niego mówi i się oddala.

Rozdział 10

Wspomnienia...

Zawsze byliśmy szczęśliwą i kochającą się rodziną. Zawsze. Moje dzieciństwo przypomina lody na patyku o słodko-owocowym smaku, które pewnego dnia się roztopiły. Było jak tęczowa bańka mydlana, która pękła. Jak słoneczne wakacje nad morzem, do czasu aż spadł deszcz. Wszystko układało się idealnie, ale jak wiadomo, nic nie może wiecznie trwać. Kiedyś ta sielanka się skończyła. Tak nagle i niespodziewanie.

Wszystko zaczęło się, a raczej skończyło w Wigilię. Uwielbiałam święta, choinkę pachnącą lasem, pyszne potrawy i prezenty. Każde dziecko pragnie prezentów i ja podczas tych świąt dostałam od Świętego Mikołaja wszystko to, o co prosiłam w liście. Mnóstwo zabawek i słodkości. Teraz wiem, że tata zrobił to z poczucia winy. Jakby tymi prezentami mówił mi do widzenia. On wiedział, ja dowiedziałam się dopiero po latach, ale do dziś nie potrafię zrozumieć.

Kiedy po uroczystej kolacji próbowałam zasnąć w swoim pokoju z uśmiechem na ustach, do moich uszu dobiegły odgłosy kłótni. Kręciłam się z boku na bok, ale z nadmiaru emocji nie mogłam spać, więc gdy usłyszałam krzyki rodziców, po cichutku wstałam i podeszłam do drzwi, by sprawdzić, co się dzieje. Było tak głośno, że ani mama, ani tata mnie nie zauważyli.

- Jak to masz nową rodzinę?! - pytała rozpaczliwie mama.

- Normalnie. Po prostu się zakochałem. Przepraszam, nie planowałem tego, ale się stało - tłumaczył się tata.

- Jak to się stało? Nic się samo nie dzieje! Gdzie ją poznałeś?! Jak długo to trwa?!

- Uspokój się! Chcę z tobą porozmawiać.

- Uspokój się?! Jak śmiesz mnie uspokajać?!

- Obudzisz małą - szeptał, ale mama nie zwracała uwagi na to, że z każdym następnym zdaniem podnosiła głos.

Siedziałam niczym trusia i zastanawiałam się, jak wysoka jest skala jej głosu, o ile jeszcze może go podnieść, i czy istnieje jakakolwiek granica, do której dotrze. Może to dziwne, że nie skupiałam się na słowach, które do sobie wykrzykiwali, lecz na samej głośności, ale byłam jedynie małą zagubioną dziewczynką, która potrzebowała do szczęścia tylko swoich rodziców i ich miłości.

- I dobrze! Niech sama usłyszy, co zamierzasz! Jak sobie to teraz wyobrażasz?! Za chwilę urodzi się twój bachor, a co z naszą córeczką?! Odstawisz ją jak jakiś przedmiot? Już nie jest ci potrzebna? Zastąpisz ją innym, lepszym dzieckiem?!

- Nie mów tak. Przecież zawsze będę ją kochał.

- Ale mnie już nie! - Mama wybuchnęła płaczem i ukryła twarz w dłoniach, opadając bez sił na kolana.

- Nie udawaj, że jesteś zdziwiona. Nasze małżeństwo od dawna nie istnieje. Łączy nas tylko dziecko.

- Tylko? Nasza córeczka to dla ciebie tylko? Jesteś podłym draniem! - Po tych słowach rzuciła się na tatę z pazurami. Zachowywała się dziko i agresywnie, jakby chciała mu wydrapać oczy.

Ojciec w obronie osłaniał twarz rękami, ale na niewiele się to zdało. Aż sama z przestrachem cofnęłam się w stronę mojego pokoju i schowałam pod kołdrą, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa, bo ta nagła i nieoczekiwana złość mamy mnie przeraziła. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. W tamtej chwili to tata wykazał się spokojem i opanowaniem, wciąż był moją ostoją.

Kolejnego poranka zastałam mamę przy stole niesprzątniętym po kolacji wigilijnej. Była zamyślona, smutna i pogrążona we własnych myślach. W dodatku miała zapuchnięte oczy. Nie odzywała się do mnie, jakby wyłączyła się ze świata. Nie cieszyły jej już święta, choinka i śnieg za oknem. Taty nigdzie nie było.

- Mamusiu, a gdzie jest tatuś? - zapytałam nieśmiało, zjadając śniadanie, które przygotowała mi w milczeniu.

Nie odpowiedziała. Minęło wiele czasu, zanim w ogóle się do mnie odezwała.

Od tamtej wigilii nie zobaczyłam już taty. Nigdy do nas nie wrócił. Jakby zniknął, rozpłynął się w powietrzu lub we mgle. Zauważyłam, że wraz z nim zniknęły wszystkie jego rzeczy. Jakby wymazał się z naszego życia z dnia na dzień. Po tamtych świętach już nic nie było takie samo. Nie było już naszych wędrówek po lesie, wspólnego spędzania czasu, niczego nie było.

Byłyśmy tylko ja i mama. Czasami podczas zakupów, spacerów czy w drodze ze szkoły widziałam ojca w twarzach mijanych mężczyzn. Bardzo chciałam go zobaczyć, móc się do niego przytulić, sprawić, by to był tylko zły sen, z którego za chwilę się obudzę, i powrócę do tych świąt, do tej najszczęśliwszej w moim dzieciństwie wigilii. Wielokrotnie zastanawiałam się, co się z nim stało.

Dopiero po latach zrozumiałam, że zostawił nas, mnie i mamę, i wybrał tę drugą, być może lepszą, a z pewnością nowszą rodzinę. Czy nigdy nas nie kochał? A może zrozumiał to dopiero wtedy? Dlaczego nie starał się utrzymywać ze mną kontaktu?

Gdy dorosłam, nie potrafiłam już go tłumaczyć. Jak można zostawić własne dziecko? Wiem, że czasami ludzie się rozwodzą, zakładają nowe rodziny, chociaż uważam, że to niedopuszczalne, ale żeby zostawić własne dziecko? Dziecko, które kocha się najbardziej na świecie, dla którego rodzic jest w stanie zrobić wszystko. Jak można?

Mój ojciec był do tego zdolny. Nie przychodził, nie szukał ze mną kontaktu, jakby nie chciał mnie znać. Jakbym przestała być jego malutką i słodką córeczką, której pokazywał świat, którą chronił przed złem, chowając jej malutką rączkę w swojej wielkiej, szorstkiej i bezpiecznej.

Od tamtego czasu musiałyśmy radzić sobie zupełnie same. Mama brała dodatkowe dorywcze prace, żeby móc nas utrzymać, przez co nie widziałam jej całe dnie, czasem i noce. Dziś doceniam jej poświęcenie, ale wtedy czułam, że zostałam pozbawiona nie tylko ojca, ale również matki. A moja rodzicielka postawiła wszystko na jedną kartę, czyli na przetrwanie, i udało jej się.

Nie poznała już żadnego innego mężczyzny. Mogła postąpić tak samo jak ojciec. Założyć nową wspaniałą rodzinę, ale tego nie zrobiła. Do końca byłyśmy we dwie. Tylko my dwie przeciwko całemu światu.

Niezwykle to doceniam, bo przecież nie po to przysięgamy przed ołtarzem, żeby potem na pstryknięcie palcami się rozejść i być z kimś innym. W przysiędze jest mowa o tym, że dwoje zakochanych w sobie ludzi, kobieta i mężczyzna, powinno być ze sobą, dopóki śmierć ich nie rozłączy.

Ja myślę, że nawet dłużej.

Rozdział 11

Od kiedy zobaczyłam Wojtka pod oknem, chodzę, starając się mieć oczy dookoła głowy. Zaczęłam bardziej się bać i mieć się na baczności. Co prawda nie widziałam go już w mojej okolicy, ale to nie znaczy, że go tutaj nie było. Mógł spacerować akurat wtedy, gdy nie patrzyłam.

Każdy człowiek pod moimi oknami po zmroku sprawia, że na moim ciele pojawia się gęsia skórka. W szkole również unikam kontaktu z naszym konserwatorem. Ostatnio poprosiłam Olę, żeby porozmawiała z nim w kwestii naprawy drabinek na sali gimnastycznej. Jedna z nich odstawała od ściany. Dla naszej złotej rączki to chwila roboty, ale na samą myśl, że miałabym z nim spędzić kilka minut na osobności, i to jeszcze w tej ciasnej kanciapie, robi mi się niedobrze.

Niestety, w sprawie posunięcia śledztwa w jakimkolwiek kierunku - najlepiej do przodu - całkowicie leżę. Nie mam pomysłu, a coraz bardziej skłaniam się ku Wojtkowi. Chociaż tak naprawdę mógłby to zrobić każdy z moich podejrzanych.

Skoro po poprzedniej wizycie u Aldony trochę rozjaśniło mi się w głowie, postanawiam ponownie ją odwiedzić. Już się tak nie obawiam. Nie będzie na mnie wrogo patrzeć, ponieważ pod koniec naszej rozmowy wytworzyła się między nami nić sympatii. Pokrzepiona tą myślą przemierzam ulice miasta, by po kilkudziesięciu minutach znaleźć się pod jej domem.

Dzisiaj okolica nie jest aż tak opustoszała.

Może dlatego, że to środek tygodnia. Każdy mija się w przelocie, w tym pracoholicznym pędzie pomiędzy pracą, zakupami a odbiorem dzieci ze szkół i przedszkoli, które trzeba jeszcze dowieźć na zajęcia dodatkowe.

Mam wrażenie, że żyjemy coraz szybciej i coraz bardziej przestajemy zwracać uwagę na to, co naprawdę jest ważne. Nie mamy na to zwyczajnie czasu. Powoli, nawet nie wiedząc kiedy, zatracamy siebie i wszelkie relacje międzyludzkie.

Dzwonię dzwonkiem, stojąc na ganku domku Aldony i chowając się pod daszkiem przed zacinającym śniegiem. Zima rozkwitła w pełni, zwłaszcza teraz, po świętach.

Na chwilę odpływam myślami do minionego Bożego Narodzenia. Ten szczególny czas zawsze spędzałam z dziadkiem, ale po jego śmierci zostałam zupełnie sama. Nie umiałam wyobrazić sobie, jak mam przejść przez te kilka dni w całkowitym osamotnieniu.

Na szczęście z odsieczą przybyła Krystyna, która zupełnie nieoczekiwanie zaproponowała, byśmy spędziły te święta wspólnie. Zgodziłam się i nie żałuję. Pomimo różnicy wieku świetnie się dogadujemy i dzięki polonistce nie musiałam w bólu wspominać dawnych czasów, a mogłam cieszyć się z chwil, które miałyśmy tylko dla siebie i które nas zbliżyły.

Odkąd wróciłam do szkoły po Nowym Roku, odliczam już dni do wiosny, bo nie znoszę tego przeszywającego na wskroś zimna. Nie lubię też upałów, co może wydawać się dziwne, bo przecież wszyscy kochamy lato. Jako osoba o nieco większych kształtach źle znoszę temperatury powyżej dwudziestu pięciu stopni. Spływa po mnie pot i mam nieestetyczne plamy na ubraniach. Na szczęście podczas tegorocznego lania się żaru z nieba uniknę tej niekomfortowej sytuacji. Jako nauczyciel będę miała wakacje tak samo jak uczniowie. To znaczy prawie tak samo, ale jednak wolnego przysługuje mi zdecydowanie więcej niż wtedy, gdy pracowałam w agencji.

- O proszę, jaka miła niespodzianka!

Aldona wita mnie w pięknej wełnianej sukience. Tym razem rozpuściła włosy, więc swobodnie opadają jej na ramiona. Na twarzy ma szeroki uśmiech. Zdaje mi się czy wygląda on na wymuszony? Czyżbym przyszła nie w porę? Może powinnam była ją uprzedzić?

- Dzień dobry. Wiem, że się nie umawiałyśmy, ale pomyślałam, że może... - zaczynam niepewnie.

- Dobrze, że przyszłaś, Malwino, chodź, zaparzę nam pyszną zimową herbatę, bo mróz dzisiaj niemiłosierny. Nie pozwoliłabym się w żadnym wypadku wywlec z domu w taki ziąb. Tym bardziej doceniam, że chciałaś przyjechać aż tutaj, na drugi koniec miasta. Rozgość się w salonie, a ja za chwilę do ciebie dołączę.

Kiwam głową i rozglądam się po wnętrzu. Minęło trochę czasu, od kiedy byłam tu ostatnio, ale chyba nic się nie zmieniło. A jednak jest jeden szczegół, którego wcześniej nie było. Podchodzę do komody i biorę w dłoń niewielki, ale niezwykle cenny przedmiot.

- Widzę, że przyglądasz się zdjęciu Niny. - Słyszę nagle głos gospodyni.

Nawet nie wiem, kiedy pojawiła się w salonie.

- Tak, szukam jakichś znaków szczególnych, podobieństwa do siebie. To znaczy na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy do siebie podobne, ale może łączą nas dodatkowe znamiona czy coś...

- Wątpię, Nina żadnych nie miała. Ani znamion, ani tatuaży, ani nic takiego. Myślisz, że mordercy chodzi o jakieś znaki szczególne, które nauczyciele mają na ciele?

- Nie! To znaczy nie wiem, ale każda teoria jest dobra. Wcześniej nie było tu tego zdjęcia, prawda? - pytam.

- Tak. Nie byłam gotowa, by codziennie patrzeć na zdjęcie ukochanej przyjaciółki, za bardzo mnie to bolało. Ale minęło już kilka miesięcy, więc chyba po prostu do tego dojrzałam - tłumaczy.

- Rozumiem.

- Skoro do mnie przyszłaś, to najprawdopodobniej masz jakieś wieści, a może zdołałaś odkryć prawdę? - pyta mnie, nalewając herbatę.

Jak mogłam się tego spodziewać, zaparzyła ją w porcelanowym imbryczku, ozdobionym pięknym lawendowym wzorem, a dwie filiżanki, które postawiła przed nami, są tak samo śliczne. To absolutnie zachwycający komplet. Gdybym była jej przyjaciółką nie miałabym problemu z wybraniem dla niej odpowiedniego prezentu.

- Niestety nie. - Opadam ciężko na kanapę.

Nie umyka jednak mojej uwadze, że przez ułamek sekundy Aldona się zasmuca, ale szybko odzyskuje rezon. Robi dobrą minę do złej gry, podobnie jak ja.

- Ale masz jakieś nowe tropy, przemyślenia? - dopytuje się, upijając spory łyk gorącej herbaty.

Zaskakuje mnie jej kamienny wyraz twarzy, bo nawet nie krzywi się, gdy gorący płyn wypełnia jej delikatne usta.

- Sama nie wiem... - zaczynam, po czym opowiadam jej o Wojtku, o tej niecodziennej i trochę strasznej sytuacji pod moim domem, kiedy nie było prądu.

- Wojtek? On jest łagodnym człowiekiem, dość... hm... specyficznym, ale dobrym. Wykluczyłabym go z listy podejrzanych, ale doceniam, że masz na celowniku wszystkich i bacznie ich obserwujesz.

- To po co chodzi pod moimi oknami?

- Nie wiemy, czy chodzi. Sama powiedziałaś, że widziałaś go tylko raz.

- To nie znaczy, że tego nie robi. Może lepiej się kamufluje? - Nie daję za wygraną.

- Może, ale i tak uważam, że to nie on. Lepiej, abyście z tym całym Arkiem szybko do czegoś doszli. Z Julią jest coraz gorzej.

- Skąd wiesz?

- Byłam dzisiaj u niej na widzeniu. Ledwie się trzyma. Im więcej czasu mija od śmierci Niny, tym jest gorzej.

- Na widzeniu? Myślałam, że tylko adwokat ma do tego prawo. I rodzina.

- Jak najbardziej, ale Julia umieściła mnie na liście bliskich osób, więc mogę ją odwiedzać. I nie musimy być ze sobą spokrewnione.

- To w sumie dobrze, w sensie, że jej nie opuściłaś i chcesz pomóc.

- Tak jak Nina wcześniej - wzdycha i na chwilę odpływa gdzieś myślami.

- Teraz jesteś jedyną osobą, która dobrze jej życzy i wierzy, że jest niewinna.

- Pewnie tak. Nie potrafię jej tak po prostu zostawić. Naprawdę chcę jej pomóc, wyciągnąć ją z tego bagna. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wiem, że ona tego nie zrobiła. Niestety, wszystko wskazuje na nią. I jeśli ty wraz z Arkiem i tą waszą teorią na temat Ducha Szkoły niczego sensownego nie wymyślicie, to być może Julia resztę swojego życia spędzi za kratkami, a z pewnością znaczną jej część.

- Nie możemy do tego dopuścić! Może ja spróbuję z nią porozmawiać? - proponuję.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie jesteś bliską jej osobą, a ona raczej nie zechce z tobą rozmawiać. A poza tym widzenie w takim miejscu to nie sąsiedzka wizyta. Nie możesz tam ot tak wejść.

- No tak, chyba się zagalopowałam. Mam jednak pewien pomysł... - Robię zadumaną minę, czym natychmiast zaciekawiam moją rozmówczynię.

- Pomysł? Jaki? - Dolewa nam jeszcze herbaty, a ja zachłannie wciągam aromat korzennych przypraw, które uwielbiam podczas tej pory roku.

- Może napiszę do niej list? Wiem, że to nie to samo, co spotkanie twarzą w twarz, ale zawsze coś.

- To może być ciekawe, ale pamiętaj, że korespondencja może zostać ocenzurowana.

- Domyślam się, widziałam kilka seriali o tematyce więziennej, ale jak nie spróbuję, to się nie dowiem, czy uda mi się wpłynąć jakoś na Julię. Chciałabym jej przekazać, że oprócz ciebie ma jeszcze mnie. Nie znamy się, ale ja również coraz bardziej skłaniam się ku temu, że jest niewinna. Zbyt wiele jest podejrzanych osób w szkole, by to ona stała za tą tragedią. Chyba że jest wytrawnym graczem, świetną aktorką i morderczynią, która w każdej sytuacji potrafi zachować zimną krew.

- To, co mówisz, w ogóle nie pasuje do siostry mojej najlepszej przyjaciółki - potwierdza moje domysły.

- W takim razie postanowione. Napiszę do niej, ale czy to cokolwiek zmieni? Zawsze trzeba próbować. To właśnie powtarzam moim uczniom. Prywatnie wyznaję jeszcze zasadę, że lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się tego nie zrobiło.

- Jest w tym sporo racji. Liczę na to, że twoje słowa dodadzą jej nieco otuchy i choćby częściowo obudzą wolę walki. Julia całkowicie się poddała. Nie chce ze mną rozmawiać, na pytania adwokata wzrusza ramionami, jakby było jej wszystko jedno. A dnie spędza, siedząc na pryczy i czytając książki. Zamknęła się na cały świat, nawet ten więzienny.

Ostatnie słowa Aldony docierają do mnie z opóźnieniem, ale dlatego że właśnie nieświadomie naprowadziła mnie na nowy trop. Gdzieś tam brałam pod uwagę tę osobę, ale chyba nigdy tak na poważnie, a może jednak? Może ktoś, kto stwarza pozory skromności, wycofania, wręcz niezauważalności, jest prawdziwym mordercą?

- O czym tak myślisz? - zagaduje mnie, a ja pomału powracam do rzeczywistości.

- Właśnie wpadłam na nowy i interesujący trop.

Podjeżdżające w górę brwi Aldony dają mi znać, że powinnam wyjaśnić, co mam na myśli.

- Książki! - Wystawiam palec wskazujący niczym Archimedes, gdy doznał olśnienia.

- Malwina, nadal nie rozumiem. Co książki?

- Powiedziałaś, że Julia tylko siedzi i czyta książki.

- Bo tak jest, ale wciąż nie wiem, co... - Przerywa na moment. - Przecież nie znajdzie w nich rozwiązania zagadki na temat śmierci siostry.

- Nie o to chodzi. - Macham ręką. - Książki! Książki! Rozumiesz?! - krzyczę, ale widzę, że Aldona niczego nie rozumie. - Kto w szkole czyta książki?

- Oj, tutaj byś się zdziwiła. Wielu nauczycieli u nas czyta. Z pewnością Krystyna, pani Lucynka, ale nawet Arek, chociaż raczej się z tym nie obnosi. Sama czytałam sporo, jak jeszcze pracowałam i razem z Olą wymieniałyśmy się wrażeniami z lektury. Myślałyśmy nawet, aby założyć taki dyskusyjny klub czytelniczy...

- Nie! - przerywam jej gwałtownie. - Kto najwięcej czyta w szkole?

- Aaaa, o to chodzi. - Kiwa głową na znak, że nareszcie zrozumiała mój tok myślenia. - No oczywiście, że pani Irenka! Ale zaraz... myślisz, że ona...

- Na razie nic nie myślę. To tylko taki nowy trop. Trzeba się jej przyjrzeć, wziąć pod lupę, poobserwować.

- Ale pani Irenka w roli zabójcy? To też mi się jakoś nie klei...

- Niby dlaczego?

- Przecież ona prawie nie wyściubia nosa z tej swojej biblioteki. Siedzi ukryta gdzieś między regałami i czyta. Ewentualnie plotkuje z Lucyną.

- Skąd wiesz, że czyta? Może czasem czyta, a czasem jedynie udaje? A może sprawia wrażenie osoby, która czyta schowana pośród książek, a tak naprawdę...

- Morduje nauczycieli? Jakoś mi to nie pasuje, ale jakby się tak nad tym głębiej zastanowić.... - Kładzie palec na ustach i pogrąża się w myślach. - Pani Irenka uwielbia czytać kryminały. Z wiadomych względów nie poleca tego typu lektur uczniom, ale sama wręcz się w nich zaczytuje. Niestety, żaden z pracowników nie podziela jej pasji do tej odmiany gatunkowej. Pani Lucynka czyta tylko romanse, Krystyna literaturę piękną, Arek najchętniej sensację i przygodówki, Ola raczej wybiera książki o tematyce psychologicznej. Ja, kiedy jeszcze pracowałam, czytałam w oryginale. To znaczy po angielsku. Jedynie Irenka czyta kryminały, i to w dodatku te najbardziej krwawe... Myślisz, że ta miłość przybrała bardziej praktyczny wymiar?

- Czemu nie? Skoro tyle czyta, to podstawy teoretyczne ma w małym paluszku. Nie powinna mieć problemu z zaplanowaniem zbrodni i zatarciem śladów. Każdy miłośnik tej literatury wie, jak działa morderca, ale nie każdy jest zdolny do tego, by wcielić te plany w życie.

- Może i racja. Czyli co, mamy nowego, a raczej nową podejrzaną? - Aldona jest wyraźnie podekscytowana. - Dasz teraz spokój z Wojtkiem?

- Tego nie powiedziałam. Będę się przyglądać obojgu. Nie mamy pewności co do nikogo. Czy możesz mi powiedzieć coś więcej o tej całej Irence?

- Poza tym, co komu polecała, to raczej nie. Wszyscy znają ją z potajemnego czytania. Zachowuje się przy tym niczym mały mól książkowy, który zrobi wszystko, by móc dokończyć ukochaną powieść. Mogę się założyć, że w dzieciństwie była jednym z tych dzieci, które nocami chowały się pod kołdrą i czytały w świetle latarki.

- To wciąż za mało. Nie martw się, będę ją miała na oku. I oczywiście koniecznie muszę omówić to z Arkiem. - Uśmiecham się bezwiednie na myśl o wuefiście.

- Koniecznie! - Aldona mruga do mnie porozumiewawczo, jakby przejrzała moje myśli.

Czyżby dawała mi znaki, że Arek znaczy dla mnie więcej, niż powinien i niż ja sama wiem?

Rozdział 12

Gdy wchodzę rano do szkoły, mój wzrok napotyka skierowane w moją stronę bacznie spojrzenie Wojtka.

Wytrzymuję tę próbę ognia, którą toczą nasze oczy, i nie odwracam się, by pokazać, że jestem odważna i nie mam nic do ukrycia. Jeśli się spłoszę, konserwator od razu zorientuje się, że mam coś na sumieniu, i jeszcze nie daj Boże zacznie mnie śledzić.

Na szczęście po chwili sam odchodzi i znika za drzwiami składziku, jakby nic się tutaj nie wydarzyło.

Oddycham z ulgą, poprawiam torebkę, która zwisa na moim ramieniu, i zmierzam do pokoju nauczycielskiego, by zacząć nowy dzień pracy. Towarzyszą mi codzienny tupot uczniowskich stóp na korytarzu, dobiegające z oddali śmiechy, strzępki rozmów i ta swojska już dla mnie krzątanina przed pierwszym dzwonkiem na lekcję.

Gdy tylko przekraczam próg pomieszczenia przeznaczonego dla nas, nauczycieli, znów napotykam wpatrzony we mnie wzrok.

Tym razem przyjazny.

- Cześć, Malwa! - Uśmiecha się na powitanie i z zakłopotaniem drapie się po karku.

To już chyba jego znak rozpoznawczy. Nawet gdzieś zagubił ten swój szyderczy uśmiech. A może wcale go nie było i jedynie sprawiał takie wrażenie?

- Cześć! - odpowiadam. - I dzień dobry - kłaniam się innym, bo przecież nie jesteśmy tu sami, chociaż ja czuję się zgoła inaczej.

Pragnę natychmiast podzielić się z nim ostatnimi spostrzeżeniami po wizycie u Aldony, ale muszę czekać na odpowiedni moment, gdy będziemy sami. Nie chcę, by ktokolwiek z nauczycieli wiedział, że wciąż zajmujemy się zagadką morderstwa Niny i według nas każdy jest potencjalnym zabójcą.

Zdaje się, że wraz z nadejściem zimy i nowego roku ludzie zapomnieli o wydarzeniach z początku roku szkolnego, a przede wszystkim wzięli za pewnik to, że Julia jest winna, i już przeszli nad tym do porządku dziennego.

Nawet się im nie dziwię. Każdy ma swoje życie i własne problemy, a dla dobra uczniów i siebie lepiej puścić przeszłość w niepamięć, niż próbować rozwikłać zagadkę, która teoretycznie została dawno rozwiązana.

Tylko że ciągle coś mi tu nie gra. I nie chodzi o to, że nagle uwierzyłam w teorię o Duchu Szkoły, ale o to, że jedynie ja i Arek dopuszczamy możliwość, że prawda może być inna, niż się wszystkim wydaje.

- Zaparzyłem ci twoją ulubioną herbatę cynamonową. - Wuefista wskazuje na stojący przed nim kubek, z którego unosi się tak znany moim nozdrzom aromat.

Wciągam go z uwielbieniem i zauważam, że mój rozmówca sam już kończy swoją czarną jak noc kawę.

- Dziękuję. - Biorę w dłoń ciepły napój i ogrzewam zimne jak lód dłonie, po czym ostrożnie upijam łyk. - Zrobiłeś ją specjalnie dla mnie?

- Chyba już wszyscy wiedzą, że uwielbiasz tę herbatę. - Przewraca oczami. - Tak czułem, że zaraz się zjawisz, w dodatku jak zawsze zziębnięta, i po prostu chciałem zrobić ci przyjemność.

- Tym bardziej dziękuję. - Upijam kolejny łyk i przysuwam krzesło bliżej Arka, by podzielić się nowymi spostrzeżeniami. - Mam kolejną nową teorię - szepczę.

- Świetnie, chętnie ją z tobą omówię, ale nie tutaj i nie teraz. Zaraz rozpoczną się lekcje.

- W takim razie może po południu? Wpadniesz do mnie po szkole?

Nie wiem, dlaczego tak nagle wyskoczyłam z tą propozycją. Z Arkiem znamy się jedynie z pracy, poza wymianą nowych tropów i teorią na temat Ducha Szkoły nie łączy nas zbyt wiele. Jestem zdecydowaną domatorką i raczej niespecjalnie przepadam za przyjmowaniem gości, tym bardziej nie rozumiem, czemu tak zareagowałam.

- Jasne, czemu nie. - Jego mina przybiera wesołkowaty wyraz. - Wyślij mi tylko adres esemesem - rzuca, podnosząc się z krzesła i jedną ręką zbierając swoje rzeczy, a drugą sięgając po dziennik trzeciej D.

Jego zręczność i refleks wzbudzają we mnie podziw. Zanim na dobre zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób tego dokonał, już go nie było.

Siadam ciężko przy stole i dopijam herbatę. W odróżnieniu od innych nauczycieli, którzy w pośpiechu mijają się w drzwiach i pędzą na zajęcia, ja zaczynam dziś od drugiej lekcji, więc mam czas posiedzieć i pozbierać myśli.

Co mnie napadło z tym zapraszaniem Arka do siebie do domu? Niby nie jest całkiem obcy, ale z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. A jeśli to on zamiast w kręgu moich przyjaciół powinien znaleźć się w kręgu podejrzanych?

Natychmiast otrząsam się z tego okropnego pomysłu. To niemożliwe.

Gdyby miał coś na sumieniu, raczej nie prowadziłby ze mną śledztwa, prawda?

Pokrzepiona tą myślą otwieram notatnik i zatracam się w pracy, by należycie się do niej przygotować i nie marnować więcej czasu na głupie rozmyślania.

Kiedy słyszę dzwonek na przerwę, zbieram swoje rzeczy, bo za chwilę sama zaczynam pracę. Wchodzę po schodach na piętro, na którym znajduje się moja klasa, i niemal zderzam się z mężczyzną wyłaniającym się zza zakrętu. Początkowo jestem tak zdezorientowana, że przez kilka sekund nie wiem, co się dzieje i kim jest ten człowiek. Tym bardziej że podczas zderzenia upuściłam torebkę, na moje nieszczęście otwartą, i wysypało się z niej mnóstwo moich drobiazgów, które jak każda kobieta noszę przy sobie, i jak każda kobieta wiem, że co najmniej połowa z nich nie jest mi do niczego potrzebna.

Schylam się pospiesznie i przykucam, by szybko posprzątać ten bałagan, i dopiero po chwili orientuję się, że człowiek, z którym się zderzyłam, stara się mi pomóc. Kiedy wspólnymi siłami udaje nam się zapanować nad tym całym chaosem, a ja prostuję się, zgrabnym i latami wyćwiczonym ruchem zarzucając torebkę na ramię, uświadamiam sobie, kim jest osoba, która przyszła mi z pomocą.

To Jan Kowalski! Gorzej trafić nie mogłam!

Czy on kiedykolwiek przestanie chodzić po szkolnych korytarzach?

- Dziękuję serdecznie i dzień dobry - mówię, natychmiast wyczuwając drażniącą woń wody kolońskiej, która snuje się za nim niczym cień.

Czy to awanturnik, czy nie, kultura wymaga ode mnie profesjonalnego zachowania, chociaż tak naprawdę mam ochotę zapaść się pod ziemię, by tylko uniknąć rozmowy z nim.

Nawet gdyby to była jedynie miła wymiana zdań o pogodzie.

- Nie ma sprawy. Proszę na siebie uważać i ostrożniej poruszać się po tym budynku. Gdyby zamiast ze mną zderzyła się pani z jakimś uczniem, to...

Wzdycham po cichu i w myślach przewracam oczami - o ile to w ogóle możliwe, bo już wiem, że kolejna kłótnia wisi w powietrzu, a pan Jan z pewnością skorzysta z pretekstu, który nieopatrznie sama mu dałam.

- Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło - mówię spokojnym tonem, chociaż w środku aż się gotuję i robię uśmiech numer sto pięćdziesiąt dziewięć.

- Ale mogło! Kto by wtedy za to odpowiedział? No kto? A gdyby doszło do zderzenia czołowego? Mogła polać się krew!

Boże, spraw, aby właśnie nastąpił koniec świata i żebym bez skrupułów mogła zniknąć z powierzchni ziemi - myślę, modląc się w duchu.

Czy ten mężczyzna ma pojęcie, co za bzdury wygaduje? Przecież podczas przerw dzieciaki notorycznie zderzają się ze sobą, mniej lub bardziej próbując się wyminąć. Mnie zdarzyło się to pierwszy raz i oczywiście musiałam mieć pecha, że trafiłam akurat na Kowalskiego!

- A co pan tutaj robi? - Słyszę głos, wraz z którym włoski jeżą mi się na całym ciele. To znaczy te włoski, których nie usuwam w procesie depilacji.

- Ja? Doniosłem synowi zeszyt ćwiczeń, bo zapomniał spakować, ale teraz...

- Właśnie, skoro już zeszyt jest w rękach pana syna, to proszę, aby natychmiast opuścił pan szkołę. Za chwilę rozpocznie się kolejna lekcja i nikt, absolutnie nikt nieproszony nie może się kręcić po korytarzu! - Wojtek wkroczył między nas niczym bohater z filmu akcji.

- No wie pan co! Wypraszam sobie takie traktowanie! Jestem rodzicem, porządnym obywatelem, a nie jakimś dilerem, który...

- Rozumiem - przerywa mu, a ja nie mogę wyjść ze zdumienia.

Jeszcze nigdy nie widziałam, by konserwator z kimkolwiek rozmawiał, a już na pewno nie wiedziałam, że jest w stanie powiedzieć tyle słów naraz, i to jeszcze budując z nich sensowne zdania.

- Ma pan rację. Za piętnaście minut mam spotkanie z klientem i nie mogę się spóźnić. - Kowalski macha ręką na znak, że nie będzie więcej wchodził w dyskusję, i ostentacyjnie spogląda na zegarek.

Mam wrażenie, że te jego spotkania z klientami to taka sztuczka, by uniknąć niezręcznych sytuacji, ale nic na to nie poradzę. Taki typ człowieka.

- Do widzenia! - rzuca na odchodne i szybko zbiega po schodach, najprawdopodobniej w stronę wyjścia.

- Dziękuję panu. - Wypuszczam ze świstem nagromadzone w płucach powietrze. - Uratował mnie pan z opresji. Naprawdę, gdyby nie pan, to...

- Dobra, już dobra, wystarczy - przerywa mi. - Nie ma co gadać, do roboty trzeba się brać. A tego no... - Wskazuje na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał pan Jan.

- Kowalskiego? Tego rodzica? - upewniam się.

- Tak! Tego Kowalskiego to wybitnie nie lubię. Działa wszystkim nauczycielom na nerwy. Poza tym nie pozwolę, by się tu tak bezkarnie panoszył, jakby był u siebie.

- To prawda. Jak tylko pojawia się w szkole, zawsze wszczyna awantury, i to praktycznie bez powodu - tłumaczę.

- Słyszałem. Ale nikt niepożądany nie powinien się kręcić po korytarzu. Zwłaszcza że przecież wciąż pamiętamy o tym, co spotkało tę Ninę - informuje, a jego twarz przybiera smutny wyraz.

Czyżby ta śmierć zrobiła na nim większe wrażenie, niż zakładałam? A może robi to celowo? Chce się w ten sposób wybielić, by nie wzbudzać podejrzeń? Dzwonek na lekcję ucina i moje niespokojne myśli, i naszą rozmowę, chyba pierwszą od początku roku szkolnego.

- Proszę iść do dzieci, ja wracam do swojej roboty. - Odwraca się i odchodzi, pozostawiając mnie z otwartymi ustami, pełną zdziwienia i niedowierzania.

- Dziękuję jeszcze raz! - krzyczę, ale Wojtka już nie ma i nie wiem, czy słyszał moje ponowne podziękowania.

Jeszcze kilkanaście sekund stoję zszokowana tym zajściem i nie mogę wyjść z podziwu dla postawy naszej złotej rączki. Raczej wydawało mi się, że całe dnie spędza zamknięty w swojej kanciapie, dłubiąc coś i wychylając się tylko wtedy, kiedy musi coś naprawić. A teraz? Nie dość, że samowolnie wyściubił nos ze swojego ciasnego pokoiku, to jeszcze stanął w mojej obronie i pokazał, że potrafi mówić, a nie tylko mruczeć. Jakby miał jakieś ludzkie uczucia.

Trochę mnie to zastanawia i przywołuje obraz sprzed ponad godziny, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, a mnie ten moment napawał lękiem.

Pomimo tego, że pojawił się nowy podejrzany w postaci pani Irenki, to jednak dla mnie numerem jeden wciąż pozostaje Wojtek. Idealnie pasuje do profilu zabójcy, tylko nie wiem jeszcze, jaki miałby mieć motyw.

- Malwina! Idziesz czy będziesz tu stała tak bezczynnie?

Ola szturcha mnie w ramię i dopiero teraz zauważam, że wszystkie dzieci już weszły do klasy, a ja powinnam zrobić to samo.

- Jasne, już idę. - Uśmiecham się i powracam do szkolnej rzeczywistości.

Muszę się wziąć w garść i skupić na pracy. Ola już raz krzywo na mnie spojrzała po usłyszeniu o Duchu Szkoły. Gdybym wyjawiła jej, że podejrzewam Wojtka, raczej przestałaby patrzeć na mnie łaskawym okiem.

*

Po pracy, kiedy nareszcie opuszczam stary budynek szkoły, a wraz z nim wszelkie sprawy związane z dziećmi, lekcjami i materiałami na zajęcia, przypominam sobie, że zaprosiłam do siebie Arka, który ma się u mnie zjawić za nieco ponad godzinę. Usilnie staram się przypomnieć sobie, w jakim stanie zostawiłam rano mieszkanie i czy zdołam doprowadzić je do jako takiego porządku w tak krótkim czasie. Przydałoby się także kupić po drodze jakieś ciasto, bym miała czym poczęstować mojego gościa. Sama nie zdążę niczego upiec.

Mogłam to lepiej rozegrać i zaprosić go chociażby na jutro. Miałabym więcej czasu, by odpowiednio przygotować się do tego spotkania. Z przestrachem spoglądam w lusterko, które zawsze noszę w torebce, i z moich ust wydobywa się cichy jęk. Mój makijaż nieco się rozmazał, a włosy pod wpływem wiatru wymknęły się z ciasnych oków gumki. Pędzę na przystanek i marzę o tym, by jak najszybciej dotrzeć do domu i doprowadzić go do stanu używalności. Siebie zresztą również.

Wpadam do mieszkania niczym Struś Pędziwiatr i omiatam wzrokiem wszystkie pomieszczenia. Nie jest ich wcale wiele, salon połączony z aneksem kuchennym, z którego jest wejście do malutkiego pokoiku, raczej klitki, który zaadaptowałam na sypialnię, i niewielką łazienka.

Na moje potrzeby to wystarcza i dobrze czuję się w tym miejscu.

Rozpakowuję kupione w cukierni ciasto, zbieram rozrzucone rano ubrania, upycham je do kosza na pranie, przecieram szklany stolik kawowy i stwierdzam, że to musi wystarczyć. Czym prędzej biegnę do łazienki, gdzie przebieram się w ulubioną sukienkę z wiskozy. Nie dość, że jest wygodna i nie trzeba jej prasować, to jeszcze ma dodatkowy atut, mianowicie jest czarna, a wiadomo, że czarny wyszczupla. Nie to, żebym myślała, że nagle za pomocą ubioru stracę kilka kilogramów, ale przynajmniej będę się czuła nieco swobodniej.

Poprawiam makijaż i przeczesuję dłonią włosy, tworząc coś w rodzaju artystycznego nieładu.

Nie mam z tym większych problemów, ponieważ od zawsze noszę długie, ciemne loki, które tak jakoś same się układają. Spryskując je odżywką nadającą puszystości, zastanawiam się, czy Nina również w ten sposób traktowała swoje włosy, nosząc taką nonszalancką fryzurę. A może robiła tak tylko podczas spotkań z ojcem Natalki, a do pracy wiązała niesforne kosmyki w kucyk? Ja tak robię, bo nie lubię, kiedy włosy opadają mi na twarz podczas uzupełniania kart pracy z dziećmi i wypełniania dokumentów.

Niestety, nie mam więcej czasu, aby się głębiej nad tym zastanowić, bo słyszę dzwonek.

Arek!

- Hej! - woła wesoło, gdy uchylam drzwi, i wręcza mi papierową torbę, z której unosi się apetyczny zapach.

Kiszki grają mi marsza, głośno przypominając, że nie zdążyłam zjeść dzisiaj nic poza śniadaniem.

- Cześć, wejdź proszę. - Robię zapraszający gest w stronę wnętrza.

Arek wchodzi pewnym krokiem i nawet nie kryje się z tym, że z ciekawością przygląda się mojemu małemu mieszkanku. Dziś dla odmiany nie ma na sobie dresu, który w szkole jest jego nieodłącznym atrybutem. Włożył klasycznie jeansy oraz koszulę w kolorze liliowym, która podkreśla jego niebieskie oczy. Włosy nie są już tak ujarzmione żelem, ale swobodnie opadają na czoło, dodając mu nieco nonszalancji, a mnie przyprawiając o szybsze bicie serca.

- Ładnie tutaj. - Uśmiecha się. - Zanim zaczniemy omawiać strategię, najpierw zjedzmy. - Wskazuje na torbę, którą przyniósł, a którą ja wciąż dzierżę w dłoni.

- Co to takiego? - pytam, jednocześnie rozpakowując jedzenie. - Chińszczyzna? Skąd wiedziałeś, że lubię?

- Strzelałem w ciemno. Nie znam nikogo, kto by nie lubił chińszczyzny. Wziąłem kaczkę i wołowinę, nie wiedziałem, co preferujesz, a ja zjem cokolwiek, bo jestem potwornie głodny.

- Dziękuję, miło, że o mnie pomyślałeś. - Nie wiem czemu, ale się rumienię. - Chętnie zjem kaczkę.

Po chwili obydwoje siedzimy na kanapie i jemy w milczeniu, chcąc zaspokoić pierwszy głód. Popijamy herbatę, którą przygotowałam, i nie wiem, kiedy znajdujemy się niebezpiecznie blisko siebie.

- No, to teraz mogę myśleć. - Arek rozkłada się na poduszkach i ostentacyjnie klepie się po pełnym brzuchu. Na głodniaka nie jestem w stanie nic robić.

- To może teraz deser? Kupiłam ciasto - proponuję.

- O, super, uwielbiam słodycze, ale może za chwilę. Na razie jestem pełny.

- Gdzie ty to wszystko mieścisz? - dziwię się, bo Arek ma imponującą sylwetkę i jest najlepszym przykładem nauczyciela wychowania fizycznego, jakiego znam.

- To się nazywa dobra przemiana materii, zawsze tak miałem. - Macha ręką, jakby jego waga kompletnie go nie interesowała. - Poza tym ruszam się w pracy z dzieciakami, ze dwa, trzy razy w tygodniu biegam albo jeżdżę na rowerze i jakoś tak samo się dzieje.

- Zazdroszczę, ja tylko spojrzę w kierunku czekolady i już tyję dwa kilogramy - wzdycham ze wstydem, bo w obecności tak dobrze zbudowanego mężczyzny, a w dodatku przystojnego, co sobie nagle uświadamiam, nie czuję się pewnie.

Arka widuję na co dzień w dresie, ale teraz sprawia wrażenie kogoś innego. To dlatego patrzę na niego jakoś inaczej. Typ mężczyzny, który mógłby skraść moje serce. Mógłby, gdyby tylko chciał, ale z moją figurą to raczej niemożliwe.

- Daj spokój, Malwina, co ty chcesz od siebie? Wyglądasz fantastycznie! - prawi mi komplement i czuję, że to nie są puste słowa, tylko naprawdę tak uważa.

- Ja? Dziękuję, ale mam lustro w domu i czasami go używam. - Znów się czerwienię jak jakiś podlotek.

- Nie powinnaś zadręczać się swoją wagą. Dla mnie wyglądasz pięknie. Nigdy nie podobały mi się tyczkowate modelki, ale dziewczyny z krwi i kości. Prawdziwa kobieta powinna mieć zarysowane kształty. Faceci, a z pewnością ja, to lubią. - Posyła mi uwodzicielski uśmiech i wiem, że jeśli zaraz nie przerwę rozmowy, która zmierza w niebezpiecznym kierunku, to obydwoje możemy się za mocno zagalopować.

- Okej, przyjmuję do wiadomości i dziękuję. Ale może porozmawiajmy na temat naszego Ducha Szkoły.

- Czyli jednak w niego wierzysz?

- W duchy nie wierzę, ale coraz bardziej się skłaniam ku temu, że to nie Julia zabiła siostrę.

- Ja też. Mówiłaś, że masz kolejnych podejrzanych...

- Właśnie - relacjonuję mu ostatnią wizytę u Aldony i kieruję podejrzenia na panią Irenkę.

- Irena? Co ty! To się już w ogóle nie klei.

- Dlaczego? Niby siedzi w tej swojej bibliotece i nawet kiedy nie można jej zlokalizować, i tak każdy myśli, że się dobrze ukryła. Jadąc na takiej opinii, mogła spokojnie i niepostrzeżenie wyjść i dokonać morderstwa.

- Niby masz rację. - Arek się zamyśla.

- Poza tym czyta same kryminały - podsuwam kolejne tropy.

- Nie tylko, choć faktycznie najczęściej sięga po kryminał. Ale to nie oznacza, że od razu bierze się do mordowania! Ja czytam od czasu do czasu sensację i wcale nie biegam po mieście z pistoletem w dłoni. Myśląc w ten sposób, do niczego nie dojdziemy.

Dyskutujemy jeszcze przez chwilę na ten temat, aż sama daję za wygraną.

Nadal jestem w kropce i nasza rozmowa nie posunęła tego śledztwa do przodu.

- Wciąż jednak najbardziej skłaniam się ku Wojtkowi. Pomimo jego dzisiejszej interwencji w sprawie Kowalskiego uważam, że to dziwny typ, a w dodatku mnie śledzi.

- Śledzi? Co masz na myśli?

- Bywa tu pod moim blokiem i patrzy mi w okna.

Nie przyznaję się, że widziałam go zaledwie raz, i to jakieś dwa miesiące temu. Nie mogę przecież wykluczyć, że nie powtarzał tych wycieczek, ponieważ od tamtej pory boję się podejść do firanki.

- Jak to bywa? - Mój rozmówca jest wyraźnie zainteresowany.

- Widziałam go, jak chodzi tu z psem i patrzy wprost w moje okna.

- A, to trzeba było tak od razu.

- Co od razu?

- Wojtek wyprowadzał psa, a tobie musiało się coś przywidzieć. Za dużo myślisz o całej tej sprawie.

- Może pies to taka przykrywka?

- Wątpię. Pies to dla Wojtka raczej substytut rodziny, którą stracił. A to, że pojawia się czasami w tej okolicy, to jakoś mnie specjalnie nie dziwi. Pies to pies, musi się trochę nachodzić, pobiegać, żeby dobrze funkcjonować.

- O czym ty mówisz? - Teraz sama przysuwam się do niego.

- Nie miałaś nigdy psa? Mam tłumaczyć zasady opieki nad zwierzętami?

- Nie, ja nie o to pytałam! Wspomniałeś coś o rodzinie.

- A, to! - Klepie się w czoło.

- Możesz to rozwinąć?

- Nie słyszałaś o Wojtku? O jego tragedii?

- Tragedii? Nic na ten temat nie wiem, ale chętnie posłucham.

Niespiesznie podnoszę się z miejsca i kieruję w stronę kuchni, by zaparzyć kawę i pokroić ciasto. Liczę na to, że słodkości skłonią Arka do podzielenia się tą historią. Jak przez mgłę przypominam sobie o wizycie na cmentarzu w okolicach listopada i obecności Wojtka. Sama znalazłam grób Grażyny i Lenki, które zginęły tragicznie. Nie wiem dlaczego, ale zupełnie o tym zapomniałam, a teraz słowa Arka zaczynają nabierać sensu.

- Wojtek wiele lat temu stracił rodzinę. Żonę i córkę.

Przypominam sobie imiona wyryte w kamieniu, w które wpatrywałam się przez kilka minut, próbując domyślić się prawdy.

- Był wtedy młodym mężczyzną, dopiero kilka lat po ślubie. Z Grażyną, jego żoną, znali się jeszcze ze szkoły i dość szybko stanęli przed ołtarzem, a potem urodziła im się córeczka. Lena chyba miała na imię.

- I co się wydarzyło? - dopytuję się, bo ciekawość zżera mnie do środka.

- Plotka głosi, że Wojtek miał romans, o którym jego żona się dowiedziała.

- Romans?

Nie wierzę. Nigdy nie posądziłabym naszego konserwatora o coś podobnego, ale jak widać, każdy może mieć coś za uszami.

- Tak, bardzo się zakochał, nawet planował rozwód, by zacząć nowe życie z tamtą kobietą. Ale jak wspomniałem, Grażyna się o wszystkim dowiedziała, spakowała rzeczy swoje i córki i wsiadła w pociąg do matki. Nie dojechały na miejsce. Jak na tamte czasy w mediach było dość głośno o tej katastrofie kolejowej. Obydwie zginęły na miejscu.

- O Boże! - Zatykam dłonią usta z przerażenia. - To straszne!

- Oj, tak, straszne. Pewnie do dziś Wojtek żyje z tym poczuciem winy.

- A kim była ta kobieta, dla której chciał zostawić rodzinę?

- O tym niestety szkolne plotki nic nie mówią. Nie mam pojęcia, ale po śmierci żony i córki już się z nią nie związał. Do dzisiaj jest sam jak palec. To znaczy z psem.

- To smutne. Nie wiem, czy umiałabym żyć, niosąc taki krzyż. Przecież gdyby nie doszło do tego romansu, Grażyna o niczym by się nie dowiedziała i wraz z córką nie uległaby wypadkowi.

- Odwieczne pytanie ludzkości: co by było, gdyby... - podsumowuje Arek.

- Ale to nie znaczy, że nie jest zdolny do morderstwa.

- Może. Jest dziwny, wycofany i milczący, ale do dobry fachowiec. I zawsze służy pomocą - wyjaśnia wuefista.

- Jakoś tego nie zauważyłam. Przed dzisiejszą rozmową nie byłam pewna, czy on w ogóle potrafi mówić.

- Pewnie nosi ten ból w sobie, ale jego praca, w przeciwieństwie do naszej, nie wymaga bycia specjalnie rozmownym.

- O tak, cała prawda. My, nauczyciele, to się musimy nagadać. - Śmieję się.

- I mieć anielską cierpliwość, by po stokroć powtarzać te same teksty każdego dnia. Jakby nasi uczniowie cierpieli na sklerozę - przytakuje mi.

- Jeszcze kawałek ciasta? - proponuję, a Arek ochoczo się zgadza.

Obydwoje zajadamy się biszkoptem z bitą śmietaną, śmiejąc się i rozmawiając, ale już nie na tematy szkolne.

Nie wiem, kiedy mijają mi kolejne godziny, bo w towarzystwie Arka czuję się dobrze i swobodnie. Dawno się czułam się tak podczas spotkania z mężczyzną. Gdy opowiadam jakiś żart, mój kolega z pracy zbliża się do mnie i zakłada za ucho jeden z niesfornych kosmyków, który nieopatrznie przysłonił mi twarz. Nagle między nami zapada niezręczna cisza. Obydwoje patrzymy sobie głęboko w oczy, a atmosfera gęstnieje z sekundy na sekundę.

- Trochę późno się zrobiło - przerywam ten moment.

- Faktycznie. - Arek się reflektuje i patrzy na zegarek, a czar pryska. - Będę leciał. Dziękuję za ciasto i miło spędzony czas.

- Ja również. - Rumienię się.

- Do zobaczenia jutro w szkole - rzuca i pochyla się nade mną, by złożyć na moim policzku delikatny pocałunek.

Jestem tak zszokowana tym, co się właśnie wydarzyło, że dopiero po chwili zauważam, iż mężczyzna, z którym spędziłam kilka ostatnich godzin, już wyszedł, pozostawiając mnie w stanie odrętwienia.

Dotykam policzka, na którym nadal czuję ślad miękkich ust Arka, i bezwiednie uśmiecham się do siebie. Może poza rozwikłaniem zagadki kryminalnej ta znajomość przyniesie mi coś jeszcze?

Podchodzę do okna i dyskretnie rozsuwam firankę, by spojrzeć na oddalającego się od mojego domu Arka. Znowu się uśmiecham i już mam się odwrócić, kiedy zauważam kogoś jeszcze i krew natychmiast zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach.

Wojtek! Znowu Wojtek! Co prawda prowadzi psa na smyczy, ale to wcale mnie nie uspokaja. Kręci się pod moim blokiem kolejny raz. Obserwuję go w niewielkim oddaleniu od szyby, ale nie da się nie dostrzec, że on ewidentnie patrzy w moje okna. Jakby prowokował mnie tymi spacerami ze zwierzakiem. To świetny pretekst do tego, by kogoś śledzić i wprowadzić w stan permanentnego strachu. Tak właśnie się czuję. Jeszcze niedawno byłam szczęśliwa i podekscytowana spotkaniem z Arkiem, a teraz Wojtek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawił, że czar prysł.

Wyłączam światło, dając mojemu obserwatorowi do zrozumienia, że położyłam się spać, i kolejny raz podglądam go z góry. Chyba dał za wygraną, bo się oddala, ale zanim znika za zakrętem, znów posyła mi długie spojrzenie swoich ciemnych oczu. Przechodzi mnie dreszcz, a nocą śnią mi się koszmary, w których przeżywam morderstwo Niny, z tą różnicą, że to ja jestem ofiarą. W środku nocy budzę się z krzykiem w przepoconej pościeli.

Rozdział 13

Nina

Wcześniej...

Zasiadam w mojej ulubionej kawiarni po odbytej przed kilkunastoma minutami wizycie u Julii. To już ostatnia. Kolejnej nie będzie. Niebawem moja siostra wyjdzie na wolność i zacznie wszystko od nowa. Muszę być silna dla niej, za nas dwie, inaczej to się nie uda.

Jak zwykle zamawiam słodką kawę i najbardziej tuczące ciasto, jakie jest w ofercie.

Wpatruję się w szybę, ale dzisiaj wyjątkowo nie dostrzegam przechodniów. Jakby byli za mgłą, jakby mnie tu nie było. Nie potrafię się skupić na obserwowaniu ich reakcji i zachowań. Może dlatego, że więcej już tutaj nie przyjdę? Skoro kończą się widzenia w więzieniu, kończy się również mój rytuał picia kawy i patrzenia przez okno.

- Tak myślałam, że cię tu znajdę. - Słyszę gdzieś z boku i nie od razu orientuję się, że te słowa są skierowane do mnie.

- Ada? A co ty tu robisz?

- Nie mogłam pozwolić na to, żebyś ten ostatni raz po spotkaniu z Julką siedziała w samotności - oznajmia.

Moja dobra i kochana Aldona, Ada... Najlepsza przyjaciółka jaką mogłabym mieć.

Zawsze mogę na nią liczyć.

- Co zamawiamy? - pyta, zarzucając na plecy długie blond włosy i poprawiając elegancką marynarkę.

- Ja już zamówiłam. Wszystko, co jest najsłodsze i ma najwięcej kalorii.

- Świetnie, podoba mi się. - Ten jej entuzjazm jest trochę sztuczny, ale myślę, że robi to specjalnie. - Poproszę to samo - składa zamówienie u kelnerki, kiedy ta stawia przede mną kawę i ciastko.

Jej wyraz twarzy mówi, że raczej nikt poza nami nie porywa się na tak słodkie połączenie smaków, ale za moment tylko się do nas uśmiecha i znika za ladą.

- Co w szkole? - pytam, chcąc uniknąć niewygodnych tematów, ale po minie Aldony wiem, że mi się to nie uda.

- W szkole jak w szkole, bez zmian. Jeden dzień cię nie było i wyobraź sobie, że jakoś się nie zawaliła - żartuje. - Lepiej opowiadaj, jak tam Julka.

- Sama nie wiem...

- To znaczy?

- Jak byłam ostatnio, to co prawda nie milczała przez cały czas, ale zaczęła na mnie warczeć, kiedy tylko wyciągnęłam do niej rękę - tłumaczę.

- A teraz?

- Teraz jakby jakoś tak... złagodniała.

- To chyba dobrze? A co konkretnie masz na myśli?

- Dopytywała mnie o pracę, upewniała się kilkukrotnie, czy nie boję się wziąć ją pod swoje skrzydła i przyjąć do mieszkania, a nawet zapytała, czy przyjdę po nią, kiedy ją wypuszczą, bo nie chce wtedy być sama.

- No widzisz! Wszystko powoli się układa. - Ada klaszcze radośnie, podobnie ja nasza pani dyrektor, co moim zdaniem jest lekką przesadą, ale jak widać, bardzo jej zależy, by podnieść mnie na duchu.

- Niby tak, ale jakoś trudno mi to sobie poukładać w głowie.

- Myślałam, że się ucieszysz. - Moja przyjaciółka wkłada do ust kawałek ciasta, które właśnie postawiła przed nią obsługująca nasz stolik dziewczyna, i krzywi się z niesmakiem. - Co to za ulepek? Jak możesz to jeść?

- Jem na siłę, licząc na to, że po powrocie do domu zrobi mi się niedobrze i będę wymiotować, ale jakoś do tej pory niestety mi się to nie zdarzyło - informuję.

- Fuj! Tej kawy chyba też nie jestem w stanie wypić - krztusi się, popijając deser.

- Trzeba było nie zamawiać tego co ja.

- Chciałam być solidarna, ale chyba w kwestii słodkości to moja ostatnia próba solidarności z tobą. - Śmieje się, czym wywołuje uśmiech także na mojej twarzy.

- Następnym razem cię uprzedzę.

- Następnego razu nie będzie. - Ada jest pewna swego. - W sensie, że nie będzie następnej wizyty w kawiarni po widzeniu. Jula niebawem wychodzi, więc możemy za jakiś czas wybrać się gdzieś wszystkie trzy. Co ty na to?

- Mówisz poważnie? Jasne, że tak. Cieszę się, że nie skreślasz Julki.

- No co ty. Twoja siostra jest poniekąd moją siostrą i chętnie służę pomocą w jej sprawie, jeśli tylko taka będzie twoja wola.

- Dziękuję. - Ściskam ją. - Taka przyjaciółka to skarb! - Wierzchem dłoni ocieram pojawiające się w kącikach oczu łzy.

- Masz już dla niej pracę?

- Prawie. - Wpycham sobie kawałek ciacha i od razu popijam słodką karmelową latte. - Pani dyrektor obiecała załatwić jakieś sprzątanie.

- U nas w szkole?

- Nie, w szkole to raczej nie byłby dobry pomysł. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby Kowalski dowiedział się, że klasy sprząta była osadzona.

- Faktycznie! - Aldona klepie się w czoło. - Zrobiłby istny armagedon!

- Właśnie. Nie znam jeszcze szczegółów, ale robota dla Julki się znajdzie, o ile ona będzie chciała podjąć pracę.

- A dlaczego by nie?

- Ostatnim razem kręciła nosem na czyszczenie toalet, więc nie wiem, czy z dnia na dzień zapała ochotą do tego typu pracy. Ale z drugiej strony nie ma za bardzo wyjścia, od czegoś musi zacząć.

- Będzie dobrze, zobaczysz, że wszystko się ułoży.

- Dzięki, że w nas wierzysz. Mam nadzieję, że za jakiś czas poza legalnym zatrudnieniem uda się odbudować również naszą relację.

- Uda, uda. Jeszcze wspomnisz moje słowa! - Ada wznosi toast i stukamy się filiżankami z kawą. - A jak ci się układa z ojcem Natalki?

- Z Jarkiem? Fantastycznie! - Na samą myśl o nim robi mi się ciepło na sercu.

- Cieszę się. A jak Natalka reaguje na tę waszą relację?

- A wiesz, że nadzwyczaj dobrze? Początkowo trochę się bałam i broniłam przed tym uczuciem, głównie ze względu na nią, ale teraz jestem dobrej myśli. Z Natalką zawsze miałam świetny kontakt, a teraz mam wrażenie, jakbyśmy się jeszcze bardziej do siebie zbliżyły. Mam świadomość, że nie zastąpię jej matki i wcale tego nie pragnę, ale mogłabym zostać taką bliską ciocią, może przyjaciółką?

- Masz świetne podejście do tej małej, zresztą do wszystkich dzieci. Za jakiś czas powinniście pomyśleć z Jarkiem o powiększeniu tej waszej rodzinki.

- To raczej nie jest najlepszy pomysł... - Po słowach Aldony natychmiast sztywnieję i w moich oczach ponownie pojawiają się łzy.

- Co się stało? Powiedziałam coś nie tak? - Przyjaciółka nachyla się ku mnie i stara się pocieszyć.

- Wiem, że znamy się nie od dziś i powinnam była ci powiedzieć wcześniej, ale jakoś nie miałam odwagi - zaczynam niepewnie.

- To znaczy? Nina, czy coś poważnego się stało?

- Po tym, jak mój związek z Jarkiem przybrał nieco innych barw - czerwienię się - zrobiłam badania i niestety, moje obawy się potwierdziły.

Wreszcie wydusiłam z siebie to, co poza sytuacją z Julką mnie tak ostatnio dręczyło. Ada jest wyraźnie zaniepokojona i dostrzegam troskę malującą się na jej twarzy. Wiem, że mogę jej zaufać i powierzyć ten sekret.

- Nie mogę mieć dzieci.

Przyjaciółka wpatruje się we mnie z szeroko otwartymi oczami, otwiera również usta, ale nic nie mówi. Jakby nagle odebrało jej mowę.

Nawet ją rozumiem, bo kiedy usłyszałam diagnozę, którą wcześniej sama podejrzewałam, to też mnie zatkało.

- Jesteś pewna? Może należy powtórzyć badania? Może trzeba poradzić się innego lekarza? Słuchaj, moja kuzynka zna świetnego ginekologa, który pracuje w klinice leczenia bezpłodności, i on mógłby...

- Ada! Stop! Nie rozpędzaj się tak! To pewna diagnoza i zmiana lekarza, dodatkowe badania czy wizyta w najlepszej klinice świata jej nie zmienią.

- Nina, bardzo mi przykro... Ja... Nie wiem, co powiedzieć...

- Nic nie mów, po prostu przyjmij to do wiadomości i oczywiście proszę cię o dyskrecję w tej sprawie. Nie chciałabym, aby ktokolwiek...

- Jasne, nikt się o tym nie dowie. Obiecuję! Ale w tej sytuacji dobrze, że masz Natalkę. Będziesz mogła być dla niej jak...

- Nie mów tego słowa, proszę. Nie będę mogła, bo matkę ma się tylko jedną, a jej niestety umarła. Oczywiście, zajmuję się nią i kocham ją, jakby była moja, ale...

- Nic nie mów, wszystko wiem. Gdybyś potrzebowała pomilczeć w tej czy innej kwestii, to wiesz...

- Wiem. I dziękuję.

Następuje między nami kilkuminutowa cisza, podczas której obydwie próbujemy przetrawić tę informację. Ja już częściowo się z tym pogodziłam, o ile w ogóle kobieta może się z tym pogodzić.

Rozmawiamy jeszcze chwilę na neutralne tematy, starannie omijając te trudne, by dzień skończył się choć trochę lepiej, niż się zapowiadał, a ja jestem na swój sposób szczęśliwa. Julia niebawem wychodzi i będę ją miała blisko siebie, mój związek z Jarkiem, który wie o tym, że nie mogę mieć dzieci, rozkwita, a na dokładkę mamy jeszcze Natalkę.

Pod kawiarnią żegnam się z Aldoną, dziękując jej za okazane wsparcie, i ruszam w drogę do domu. Po drodze wpadam do pobliskiego supermarketu, w którym kupuję kilka podstawowych produktów, bo moja lodówka świeci pustkami. Wychodząc, mijam się w drzwiach z panią Lucynką, która jest pogrążona w rozmowie z panią Irenką.

- Dzień dobry! - kłaniam się im.

- Dobry - rzuca mi dość opryskliwie Lucyna, czym mnie zaskakuje.

Nawet nie obdarza mnie przelotnym spojrzeniem, o choćby krótkiej i miłej pogawędce o pogodzie nie wspominając. Irena za to jest tak zaaferowana opowiadaniem przyjaciółce jakiejś historii, że chyba w ogóle mnie nie zauważyła. Jestem w lekkim szoku, przez co nadal stoję w przejściu, tarasując je innym klientom. Obserwuję kroki babci Natalki i bibliotekarki oraz ich przechadzkę między regałami. Kupują pieczywo, szynkę i oczywiście żelki, które jednej z nich są potrzebne do życia niczym tlen.

Jarek wspominał, że Lucyna nie jest zachwycona faktem, że znalazł sobie kogoś nowego po śmierci żony, ale przecież minęło już kilka lat, więc to nic dziwnego, że chce na nowo ułożyć sobie życie. Dobiega dopiero do czterdziestki, jeszcze wiele lat życia przed nim. Nie powiedział jej o mnie, ale może Natalka wygadała się babci? Mają doskonałą, bliską relację. Nie spodziewałabym się po dziewczynce aż tak dogłębnych zwierzeń, ale kto wie?

Lucyna jest już przy kasie i płaci za zakupy, a Irena wciąż mówi coś z przejęciem, po czym wychodzą, pozostawiając po sobie jedynie pęd powietrza. Ja nadal stoję i nie mogę się temu nadziwić. Wcześniej chętnie ze mną rozmawiały, zaczepiały na szkolnych korytarzach. Lucyna z ochotą wymieniała ze mną uwagi na temat przeczytanych romansów, chociaż nie jest to moja ulubiona odmiana gatunkowa. Dotąd byłam przekonana, że mam w niej sojusznika i kiedy związek z Jarkiem ujrzy światło dzienne, ona będzie nam kibicować. Zawsze darzyłyśmy się przecież sympatią. Nie mam pojęcia, co jej się stało. Może ma gorszy dzień? Oby tylko o to chodziło. Liczę, że będę miała szansę powiedzieć Lucynie o tym, co łączy mnie z Jarkiem. Nie zniosłabym nienawistnych spojrzeń z jej strony każdego dnia.

Odprowadzam kobiety wzrokiem i kiedy orientuję się, że powinnam pójść w ich ślady, czyli wrócić do domu, zauważam na chodniku kilka żelków, które znaczą drogę niczym wysypywany przez Grzesia piasek w tym wierszu Tuwima. Idzie Grześ przez wieś, worek piasku niesie...

Uśmiecham się na tę myśl i zbieram rozrzucone miśki, bo nie lubię, gdy ktoś śmieci na ulicy. Lucyna i Irena oddalają się szybkim krokiem, więc nie mam szans ich dogonić i nawet tego nie chcę. Podniesione słodkości wyrzucam do śmietnika, obiecując sobie, że kupię naszej pani sprzątającej kilka paczek tych kolorowych, ciągnących się zwierzątek i spróbuję z nią porozmawiać, by delikatnie naprowadzić na temat Jarka i Natalki. Powinna się cieszyć, że mam z jej wnuczką taki dobry kontakt, który z dnia na dzień jeszcze się pogłębia.

Po śmierci mamy Natalki to ja mogę zająć jej miejsce przy boku Jarka, na co skrycie liczę. Jesteśmy razem dopiero od kilku miesięcy, ale nic nie poradzę, że czasami stają mi przed oczami obrazy nas zmierzających w stronę ołtarza. Rodzina to moje największe marzenie, a skoro nie mam możliwości urodzenia dziecka, to Natalka daje mi nadzieję, że mogę mieć nie tylko kochającego mężczyznę przy boku, ale również jego córkę, naszą córkę, jak coraz częściej o niej myślę.

Ganię się, bo wszystkich moich uczniów powinnam traktować jednakowo i nikogo nie wyróżniać. Źle się z tym czuję, dlatego zaraz po przyjściu do domu zamierzam przygotować niespodziankę dla całej klasy. Nic nie poradzę na to, że dzieciaki są dla mnie wszystkim i całą miłość przelewam właśnie na nich. Uwielbiam pracę z dziećmi, Ada czasami mówi, że za bardzo się angażuję, zwłaszcza jak zostaję po lekcjach lub przyjeżdżam bladym świtem. No cóż... taka już jestem.

Kiedy zbliżam się do zakrętu, wychwytuję jeszcze w tłumie plecy Lucyny i Ireny. Uspokajam samą siebie, że być może kobiety miały dziś nieco gorszy humor, który wcale nie ma związku ze mną.

Rozdział 14

Wraz z trwającą za oknem zimową i przygnębiającą aurą czuję, jak udziela mi się ponury nastrój. Jestem znużona i coraz częściej popadam w melancholię. Jedynie Arek potrafi mnie trochę rozweselić. Nie wiem, czy to ta pogoda, czy sytuacja w szkole, o której prawie nikt już nie pamięta, albo woli nie pamiętać, ale od kilku dni zastanawiam się, czy chcę jeszcze tam pracować.

Kiedy spotkałam młodego, rozgadanego wuefistę w szkolnej bibliotece i wspólnie ustaliliśmy, że postaramy się oczyścić Julię z zarzutów i wskazać prawdziwego mordercę, myślałam, że po kilku tygodniach sprawa jakoś sama się rozwiąże, że to będzie ciekawa odskocznia od codzienności. Ale teraz nie jestem już o tym przekonana. Zagadka utknęła w martwym punkcie, nie przynosząc oczekiwanych rezultatów, i nie wiem, co powinnam zrobić.

Gdy staję na takim rozdrożu, jest tylko jedna osoba, która może mi pomóc podjąć właściwą decyzję. Mój dziadek.

Pakuję do torby kilka zniczy i wyruszam na cmentarz Grabiszyński, bo od kilku miesięcy jest to nasze miejsce spotkań. Wcześniej odwiedzałam go tutaj, w tym mieszkaniu, które po nim odziedziczyłam. Jakiś czas wahałam się, czy zamieszkanie tutaj ma sens, bo wszystko mi o nim przypominało, łącznie z ciężką chorobą, która doprowadziła do jego śmierci. Chociaż powinnam powiedzieć, że był to jeden nieszczęśliwy wypadek, po którym nastąpiła cała lawina nieszczęść.

Mama i tata nie poczuli instynktu rodzicielskiego i w ten sposób trafiłam pod skrzydła dziadków. Nie chcieli nawet słyszeć o oddaniu mnie do domu dziecka i niezwłocznie się mną zajęli, wychowali. A właściwie to zrobił to dziadek. Babcia niestety dość szybko opuściła ten świat, ale po jej śmierci dziadek się nie poddał i podołał wszelkim czynnościom wychowawczym. Był moją opoką i wsparciem, jedyną najbliższą rodziną, jaką miałam, i kochałam go najbardziej na świecie.

To on kibicował mi, kiedy wybrałam kilka kierunków studiów, i dopingował w nauce, twierdząc, że dam radę. Nie był zbyt szczęśliwy, gdy zdecydowałam się na pracę w agencji, bo wiedział, że skrycie marzyłam o pracy z dziećmi. Dla mnie jednak była to niesamowita okazja, z której postanowiłam skorzystać, i przez jakiś czas dawała mi radość. Dopiero po latach zrozumiałam, że dziadek od początku czuł, co jest dla mnie dobre.

I tak sobie żyliśmy w tej naszej małej, ale kochającej się rodzince. Aż do dnia, w którym jeden incydent wszystko zmienił. Pamiętam, że wracałam z pracy, było późno, a raczej ciemno, bo zimą dni są bardzo krótkie. Dziadek, chcąc mi zrobić niespodziankę, wyszedł na chwilę do pobliskiej cukierni po moje ulubione ciasto. Pech chciał, że został zaatakowany, i to pod samą klatką. Grupa młodych ludzi, a raczej młodocianych bandytów, go poszarpała, brutalnie pobiła i oczywiście okradła, choć w portfelu miał raptem kilka złotych.

Widziałam końcową scenę tego pobicia, ale spóźniłam się kilka minut i nie zdążyłam zareagować. To znaczy moja obecność nieco ich przestraszyła i rozpierzchli się, jak tylko mnie zobaczyli.

Pamiętam jedną dziewczynę. Wyglądała bardzo młodo, może nawet była jeszcze nastolatką. Akurat szperała w kieszeni kurtki dziadka, szukając w niej kosztowności, których tam nie było, i wtedy nasze spojrzenia się spotkały.

Była wystraszona, wyglądała, jakby to był jej pierwszy napad, i być może właśnie tak było. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że się wycofa, że odda skradzione rzeczy i przeprosi, ale kiedy reszta ją zawołała, od razu za nimi pobiegła. Do dziś pamiętam jej pełne lęku spojrzenie.

Po tamtym wypadku dziadek zaczął gasnąć w oczach. Nabawił się przeróżnych chorób i podupadł na zdrowiu. Najpierw cukrzyca, potem miażdżyca, a na końcu ten okropny rak, który w ostatnich dziesięcioleciach wykańcza wielu ludzi. Opiekowałam się nim do kresu jego dni. Spędzałam przy jego łóżku każdą wolną chwilę. Oczywiście przez pracę w agencji, która pochłaniała większość mojego czasu, zatrudniałam pielęgniarkę, ale to nie to samo, co bliska osoba.

Kiedy wracałam wykończona, zmieniałam ją i do późnych godzin wieczornych, czasami aż to świtu, czuwałam przy moim ukochanym dziadku niczym anioł stróż. To wtedy prowadziliśmy rozmowy na temat mojej przyszłości. Odważyłam się wyznać mu, że praca w agencji to nie do końca jest mój świat.

- W takim razie co cię tam jeszcze trzyma? - zapytał, wodząc po mojej twarzy smutnym i wyczerpanym przez chorobę wzrokiem.

- Głównie pieniądze, dziadku - odpowiedziałam. - Ja wiem, że szczęścia nie dają, ale bez nich nie mogłabym sobie pozwolić na mieszkanie w centrum miasta, a przede wszystkim opłacanie odpowiedniej opieki dla ciebie.

- Doceniam to, ale nie mogę patrzeć, jak się tak męczysz, dziecko.

- Nie przejmuj się mną, najważniejsze, żebyś ty miał jak najlepiej - powiedziałam ze łzami w oczach.

- Ja to już powoli wybieram się na tamten świat - westchnął.

- Ależ co ty! - oburzyłam się.

- Taka prawda, czuję to już w kościach. Niewiele mi tego życia zostało. Zresztą co to za życie, kiedy ja się męczę, a ty jeszcze bardziej, zarywając noce i czuwając przy moim łóżku.

- Nie powinieneś się teraz tym zajmować.

- A właśnie, że powinienem. Zastanów się, Malwinka, czy ta praca sprawia ci przyjemność? Tylko odpowiedz szczerze.

- W sumie to już od jakiegoś czasu nie...

- A co chciałabyś tak naprawdę robić w życiu?

- Dobrze wiesz, że zawsze marzyłam o pracy w szkole. Poza tym miałabym więcej wolnego, ale nie stać by mnie było na to, co teraz.

- W takim razie obiecaj mi, że kiedy opuszczę na zawsze ten padół łez, ty zmienisz pracę i wreszcie spełnisz swoje zawodowe marzenia.

- Dziadku! Nie mów tak!

- Obiecaj...

- No dobrze, obiecuję. - Wywróciłam oczami, ale tylko po to, by ukryć w ten sposób gromadzące się w nich łzy.

- Pensja, nawet ta skromna nauczycielska, powinna ci wystarczyć na podstawowe wydatki, zwłaszcza jak zrezygnujesz z tego cholernie drogiego mieszkania przy rynku.

- Jak to? To gdzie mam mieszkać?

- Jak to gdzie? Tutaj. Po mojej śmierci możesz się tu przenieść. Wszystko zapisałem na ciebie, wszelkie dokumenty są przygotowane. Zrobisz sobie jakiś mały remont, na koncie też mam odłożoną sporą sumkę.

- Nie mogę tego zrobić! Poza tym nie wierzę, że odejdziesz.

- Malwinko, ludzie umierają, zwłaszcza tak starzy i schorowani jak ja. A ty jesteś młoda, powinnaś mieć odpowiedni start i ja się nie pytam, ale informuję, że mieszkanie i pieniądze na ten start będziesz miała. Jedyne, o co proszę, to to, byś szła za głosem serca. Rzuć tę okropną pracę w agencji! Ona nie sprawia ci radości, a tylko przytłacza codziennymi nawarstwiającymi się obowiązkami!

- No dobrze, obiecuję, że kiedy odejdziesz, to tak zrobię, ale i tak uważam, że stanie się to za wiele, wiele lat.

Uśmiechnęłam się blado do dziadka, który po moim zapewnieniu zamilkł i po prostu usnął, gdyż ta rozmowa kosztowała go sporo wysiłku.

Wracam pamięcią do tego dnia, kiedy stoję nad grobem jedynej bliskiej mi osoby. Nie spodziewałam się wtedy, że dzień, w którym pożegnam dziadka raz na zawsze, nadejdzie tak szybko. Za to on musiał wiedzieć i czuć, że to nieuniknione i nastąpi szybciej, niż oboje przypuszczaliśmy. Po jego śmierci dopilnowałam, by dotrzymać danego mu słowa. Wypowiedziałam umowę najmu mieszkania w centrum miasta, zrobiłam remont w nowym, tym dziadkowym, i od tamtej pory tu mieszkam.

Dziadek nie kłamał, odziedziczyłam po nim nie tylko dom, ale również dość pokaźną kwotę na koncie. Musiał na nią pracował i odkładać ją latami, dlatego zdecydowałam się także na porzucenie pracy w agencji, co akurat sprawiło mi nie lada ulgę i doprowadziło mnie do szkoły, w której o dziwo znalazłam zatrudnienie od ręki.

Szkoda tylko, że dziadek nie uprzedził mnie, iż wraz z nową pracą czeka na mnie zagadka kryminalna.

Przecieram pomnik ze śniegu i zapalam znicz, rozglądając się nerwowo wokół siebie. Nikogo nie ma, jest niesamowicie zimno, a w dodatku zaraz zrobi się całkiem ciemno. Ale przyszłam tu po odpowiedzi i liczę na to, że dziadek wkrótce da mi jakiś znak, odpowie na dręczące mnie pytania. Pospiesznie odmawiam modlitwę i czym prędzej zawracam, bo cmentarz po zmroku to ostatnie miejsce, w jakim chciałabym się znaleźć.

Mam głowę pełną niejasności i najróżniejszych scenariuszy na przyszłość, ale nadal brakuje mi pewności w kwestii tego, co zrobić.

Kolejne dni w szkole przeciekają mi przez palce. Może dlatego, że biję się z myślami i przestałam zwracać uwagę na każdy najdrobniejszy szczegół w zachowaniu czy wyrazie twarzy pozostałych pracowników placówki. Wszystkie zadania wykonuję mechanicznie i nie zastanawiam się nad nimi, nad ich sensem. Wiem, że jako nauczyciel powinnam się bardziej zaangażować i włączyć w życie uczniów.

Może wraz z nadejściem wiosny będzie jakoś lepiej? Wraz z rozkwitającymi pąkami rozkwitnę i ja?

Wypełniam dzienniki i robię notatki, gdy zaczepia mnie Ola.

- Kurczę, spieszę się dzisiaj po moje osobiste dziecko i już nie zdążę - rzuca, chwytając w biegu torebkę.

- Czego nie zdążysz? - pytam znad papierów, nie podnosząc nawet głowy.

- Miałam sprawdzić w Komnacie Tajemnic, czy jest ten wyższy stolik na wymianę. Lena i Marcin podrośli jakoś tak szybciej niż reszta klasy i trzeba im wymienić ławkę.

- Ja to ogarnę, nic się nie martw - odpowiadam. - Tylko skończę to i mogę zerknąć.

- Dzięki! Ja dzisiaj już nie dam rady. Jestem niemiłosiernie spóźniona.

- W takim razie co tu jeszcze robisz? Zmykaj już, a ja się wszystkim zajmę.

- Dzięki, Malwa, dobrze, że mogę na ciebie liczyć! - rzuca, ale nie czeka na moją odpowiedź, bo od razu znika za drzwiami, które zamykają się za nią z hukiem.

Po jakiejś godzinie nareszcie kończę tę papierologię i przeciągam się z ulgą, a w plecach coś mi strzyka. No tak, za długo siedziałam w jednej pozycji i niebawem obudzi się dawno zapomniany ból kręgosłupa. Wyrzucam sobie, że wypełniając dokumenty, podjadałam delicje, bo to również nie wpływa dobrze na mój kręgosłup, który musi dźwigać jeszcze większy ciężar.

Chcąc zagłuszyć wyrzuty sumienia, postanawiam poszperać w graciarni. Poszukam tego stolika, a może nawet uda mi się znaleźć jakieś interesujące materiały do zajęć.

Wynurzam się z klasy i jak zawsze zbyt późno orientuję się, że nikogo już nie ma. Być może jedna z pań sprzątających gdzieś się tu jeszcze kręci, ale wcale nie jestem tego taka pewna. No trudno, obiecałam Oli, że pomogę, to pomogę. Do domu mi się nie spieszy, nikt tam na mnie nie czeka.

Idę po schodach na piętro i wchodzę do Komnaty, w której panują nieziemski bałagan oraz charakterystyczny i nieprzyjemny zapach stęchlizny. Drzwi zamykają się za mną z przeraźliwym skrzypnięciem. Wzdrygam się na ten dźwięk, który boleśnie odczuwają moje uszy, ale jestem zdeterminowana, by odnaleźć potrzebne rzeczy.

Omiatam wzrokiem wnętrze. Panuje tu szarówka, światło dzienne z trudem próbuje przebić się przez szyby, które dawno nie widziały środków myjących. Szukam włącznika, ale nadaremno, gdyż w tym pomieszczeniu nie ma prądu. Trudno, muszą wystarczyć mi ostatnie promienie zachodzącego słońca. W razie czego mogę posiłkować się latarką w telefonie.

Dość szybko udaje mi się zlokalizować krzesła i stoliki, co nie jest wcale dziwne, bo to największe rzeczy, które są tutaj upchnięte. Wydaje mi się, że jeden ze stolików będzie idealny dla Lenki i Marcina. Już mam go podnieść i zatachać do klasy, ale uświadamiam sobie, że odkąd tu pracuję, nigdy jakoś nie było okazji, bym mogła swobodnie pomyszkować w tym niecodziennym wnętrzu.

Chcę to wykorzystać i już po chwili przerzucam worki z zabawkami, starymi zeszytami i innymi gratami. Czego tu nie ma! Większego bałaganu w życiu nie widziałam. Stare rozpadające się meble, morze kartonów z różnościami, ozdoby choinkowe i inne cuda. Jakbym się postarała, to mogłabym tu znaleźć i stracha na wróble. Koniecznie należy poruszyć temat graciarni na jakimś zebraniu czy radzie pedagogicznej. Ktoś musi się tym zająć i uprzątnąć to wszystko, bo jak tak dalej pójdzie, to za parę lat nie będzie tu można szpilki włożyć!

Moje oko przykuwa jeden z worków koło okna i zaciekawiona postanawiam w nim pogrzebać. Wybieram właśnie ten ze względu na to, że pada na niego resztka dziennego światła. Odnajduję tam stare podręczniki, gry planszowe i jakieś książki w typie poradników. Pani Irenka mogłaby się ucieszyć z takich zasobów i nieco doposażyć bibliotekę. Domyślam się, że jest tu więcej skarbów.

Przeglądam je niespiesznie i nagle na samym dnie natrafiam na czerwony zeszyt, który w odróżnieniu od innych nie wygląda na stary i całkowicie zapomniany. Otwieram go i z zachwytem wpatruję się w pięknie pismo, każda litera napisana jest z należytą atencją. Czytam przez kilka minut, ale treść zapisków nie wskazuje na to, by należał do ucznia. Prędzej do jakiegoś nauczyciela.

Wpatruję się w niego i nagle doznaję olśnienia! To notes Niny!

Zaginiony notes Niny, o którym wspominała Aldona! Wcześniej nie mogła go znaleźć i nie było go pośród rzeczy zamordowanej. A teraz się odnalazł! To oznacza, że morderca musiał go tu włożyć i nie przypadkiem zeszyt leżał na samym dnie, schowany pod innymi starymi gratami. Ktoś ukrył go tu celowo! To musi być znak! I dowód w sprawie!

Utwierdza mnie to w przekonaniu, że sprawcą śmierci Niny jest ktoś ze szkoły, bo przecież Julia nie miałaby powodu, by zakraść się do graciarni i schować w niej notes siostry. Niestety, dla policji to nie będzie specjalnie znaczący fakt, ale dla mnie owszem. Jestem podekscytowana i pragnę jak najszybciej przeczytać zapiski nauczycielki.

Wtedy drzwi znów odzywają się z przeraźliwym skrzypnięciem, po którym następuje charakterystyczny dźwięk przekręcania klucza w zamku.

O Boże! Ktoś mnie tu zamknął? Ale kto i dlaczego?!

Natychmiast biegnę do drzwi, naciskam klamkę, ale drzwi są solidnie zamknięte i zostałam uwięziona. Czuję, jak panika atakuje moje ciało, na czole pojawiają się krople potu, a serce szybciej pompuje krew. Nerwowo naciskam klamkę raz za razem, ale to wcale nie powoduje, że mogę stąd wyjść. Na szczęście przypominam sobie o telefonie, który mam przy sobie, i drżącymi dłońmi sięgam po niego, by przekonać się, że bateria się rozładowała.

Jęczę w duchu. Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach, ale najwidoczniej się myliłam. Nie pozostaje mi nic innego, jak krzyczeć i mocno walić w drzwi.

- Ratunku! Pomocy! Niech mnie ktoś stąd uwolni! - drę się wniebogłosy, ale obawiam się, że nikt mnie nie usłyszy.

Przecież wychodząc z klasy, nikogo nie widziałam. Wszyscy poszli już do domu. Liczę na to, że któraś ze sprzątaczek jednak gdzieś się tu jeszcze kręci i może mnie usłyszeć, ale kiedy po kilku minutach nic się nie wydarza, tracę nadzieję.

Zrezygnowana osuwam się po śliskiej, brudnej tafli drzwi i powoli przyzwyczajam się do myśli, że przyjdzie mi spędzić tu noc. Bez światła, bez dostępu do łazienki, bez szansy na uwolnienie.

Jedyna pozytywna rzecz w tej patowej sytuacji to fakt, że wraz ze znalezieniem notesu Niny podjęłam decyzję. Nie odejdę z pracy i nic ani nikt mnie nie zatrzyma przed dotarciem do prawdziwego mordercy nauczycielki.

A morderca czyha gdzieś obok i to z pewnością on mnie tu zamknął, bo kto inny?

Rozdział 15

Wspomnienia...

Po wielu latach nieobecności ojca w końcu pogodziłam się z tym faktem i przyzwyczaiłam do myśli, że jesteśmy tylko ja i mama.

Mogłyśmy liczyć na siebie nawzajem, a obraz taty zacierał się wraz z upływem miesięcy.

Dzisiaj, kiedy powracam myślami do czasów mojego dzieciństwa, są to wspomnienia zatopione we mgle.

Brakowało mi ojca, mama ze wszystkich sił starała się go zastąpić, ale nie związała się już z nikim.

Nawet teraz, gdy jestem dorosłą kobietą, nie dopuszcza do siebie myśli, aby spotkać się z jakimś mężczyzną. Ja ją doskonale rozumiem i szanuję za to, że uparcie wytrwała w tej przysiędze złożonej przed ołtarzem. Tym bardziej teraz, kiedy sama jestem szaleńczo zakochana.

Spotkaliśmy się przypadkiem, ja spacerowałam w parku po pracy, on siedział zamyślony na ławce. W ręku trzymał piękny kolorowy bukiet liści i chyba ten fakt sprawił, że postanowiłam się zatrzymać i przysiąść obok niego. Jego twarz wyrażała pewien rodzaj melancholii, a oczy, piękne, ciemne i głęboko osadzone, przyciągały mnie niczym magnes. Chyba tak rodzi się miłość od pierwszego wejrzenia.

- Przepraszam, czy mogę obok pana usiąść? - zapytałam nieśmiało, bo raczej nie jestem osobą odważną, tym bardziej w stosunku do mężczyzn.

Uważam, że to ta brzydsza płeć powinna zabiegać o względy tej ładniejszej.

- Oczywiście, proszę bardzo. Jest sporo miejsca - odpowiedział, robiąc mi nieco więcej przestrzeni.

I tak to się zaczęło. Zupełnie niewinnie, uroczo, jak w filmie. Nie wiem, kiedy upłynęły nam dwie godziny na rozmowie, potem spotkaliśmy się znowu i znowu, aż zostaliśmy parą. Wybranek mego serca jest nie tylko przystojny, lecz także inteligentny i zaradny. Tworzymy szczęśliwy związek, który mam nadzieję, że niebawem przerodzi się w coś trwalszego. Jesteśmy razem już kilka miesięcy i skrycie liczę na to, że mój ukochany wreszcie zdecyduje się na zrobienie kolejnego kroku.

Już teraz wieczorami, kiedy leżę samotnie w łóżku ze wspomnieniem wspólnie spędzonych chwil uniesienia, snuję wyobrażenia o białej sukni, przysiędze małżeńskiej oraz o rodzinie, którą stworzymy. Marzę o co najmniej dwójce lub trójce dzieci. Co prawda jeszcze nie rozmawialiśmy tak szczegółowo na temat przyszłości, ale w głębi serca wiem, że on czuje podobnie jak ja.

Z nami będzie inaczej niż z moimi rodzicami.

Rozczulam się na samą myśl o nim. Nigdy nikogo nie kochałam tak mocno jak jego. Uwielbiam nasze długie nocne rozmowy, głębokie spojrzenie jego oczu, a także łóżkowe ekscesy, przed którymi nie potrafimy się powstrzymać.

Powinnam być mądrzejsza i zaczekać z tym do ślubu, ale to jest silniejsze od nas. Jakby przyciągała nas do siebie jakaś magiczna siła, jakbyśmy byli dwoma połówkami jabłka, które ktoś kiedyś brutalnie rozdzielił, a teraz na nowo się odnaleźliśmy. To jest cudowne! I ten jego uwodzicielski ton, gdy mówi do mnie tym owocowym zdrobnieniem... Moja słodka Malinko... Wtedy cała się rozpływam i jestem gotowa zrobić wszystko, czego zażąda. Skoczyłabym za nim w ogień!

Sama jestem zdziwiona siłą tego uczucia. Nie spodziewałam się, że można kogoś tak mocno kochać, a jednak.

Teraz już wiem, rozumiem, co mama musiała czuć do ojca i dlaczego nigdy nie zdecydowała się na nowy związek. Jeśli przysięgała mu przed Bogiem, to musiała być przekonana o sile tego uczucia, tak jak ja teraz.

Tylko wciąż nie rozumiem, jak tata mógł pokochać inną kobietę. Przecież też przysięgał do samej śmierci. A może on już nie żyje? Kto to wie? Jak odszedł wiele lat temu, to do tej pory się nie pojawił.

Ze mną i z moim cudownym mężczyzną będzie zupełnie inaczej. Nasze uczucie jest silniejsze niż cokolwiek na tym świecie, jest silniejsze niż śmierć.

Wszystkie koleżanki zazdroszczą mi tej miłości i takiego chłopaka. Kiedy przedstawiłam go na domówce u Anki, widziałam tę zazdrość w oczach dziewczyn, to, jak pożerały go wzrokiem, i zdecydowanie było to miłe doznanie.

Wreszcie, po latach życia w samotności, z matką pod jednym dachem, czując się wyrzutkiem społecznym po tym, jak tata mnie opuścił, stałam się ważna i doceniona. Przyszedł czas dla mnie, moje pięć minut, które mam zamiar przerodzić w całą resztę życia w kochającej się rodzinie.

Ta rodzina, moja rodzina, będzie zupełnie odmienna od tej, w której się wychowałam. Nie pozwolę na to, żeby mój mąż odszedł ode mnie. Nie pozwolę na to, by, zakochał się w innej. Nawet nie biorę pod uwagę sytuacji, w której mógłby mieć jakieś inne dzieci niż nasze wspólne. Nie przeżyłabym tego.

Miłość rządzi się swoimi prawami i nie ma możliwości, by którekolwiek z nas dopuściło się zdrady. Rodzina jest najważniejsza i stoi ponad wszystkim. Nie praca, nie pieniądze, ale miłość i szczęście najbliższych było, jest i będzie dla mnie najważniejsze.

Głęboko wierzę, że mój ukochany podziela moje zdanie. Nie może być inaczej, skoro rozumiemy się bez słów i niemalże czytamy w swoich myślach. A ostatnio i on chodzi jakiś taki bardziej zamyślony, jakby ktoś odłączył mu dopływ prądu, odciął go od świata. Jak go znam, to obmyśla zaręczyny i snuje plany naszej wspólnej przyszłości.

Trochę się z niego podśmiewam w duchu, bo to dość urocze, a trochę pozostawiam go wraz z tymi przemyśleniami i nie angażuję się w rozmowę. Widocznie potrzebuje czasu, by wszystko dokładnie i odpowiednio przygotować.

Nie ma co się dziwić, to ważny moment dla nas obojga. Wkraczamy w nowy etap naszej znajomości, a mężczyzna jest głową rodziny, musi o nią zadbać. Na szczęście o to się nie martwię, wiem, że ma dobrą pracę, oboje mamy, i wszystko się ułoży. Jestem przepełniona miłością i radością nadchodzących dni. Przyszłość rysuje się w samych różowych barwach i wiem, że nic nie jest w stanie jej zakłócić.

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog

Podziękowania

Rozdział 16

- Pomocy! Ratunku! - krzyczę i z całej siły uderzam pięścią w drzwi.

Nie wiem, dlaczego to robię, przecież nikogo oprócz mnie tu nie ma. Mimo to nie poddaję się i co jakiś czas podejmuję kolejne próby.

- Kurwaaaa! - wrzeszczę, by uwolnić nagromadzone emocje. - Ja pierdolę!

Kopię jakąś starą walającą się po zakurzonej podłodze zabawkę. Wyrzucam z siebie jeszcze inne, bardziej wyszukane przekleństwa. To chyba jedyna okazja, by móc to zrobić w takim miejscu jak szkoła. Na co dzień raczej nie przeklinam, a już przy dzieciach zawsze się pilnuję i starannie dobieram słowa, ale teraz?

Teraz nie ma tu ani dzieci, ani dorosłych. Jestem tylko ja, ciemność i moja czarna rozpacz.

Żałuję, że nie mam żadnego oświetlenia, które pozwoliłoby mi poczuć się nieco spokojniej i dało możliwość przeczytania notesu Niny. Jestem ogromnie ciekawa, czy znajdę w nim jakąś wskazówkę mogącą naprowadzić mnie na trop mordercy. Niestety, muszę się z tym wstrzymać do jutra rana, dopiero wtedy będzie szansa, że zostanę uwolniona. Gdyby chociaż moja komórka działała...

Dałam się podejść jak małe dziecko, powinnam była być bardziej czujna. Teraz mogę mieć pretensje jedynie do siebie. Zaciskam zęby i otulam się ramionami. Trochę tu zimno. Ciemno i zimno. Nikt nie zawraca sobie głowy, by ogrzewać rzadko odwiedzane pomieszczenie, a jeśli już, to tylko przez nauczycieli i na chwilę - by coś przynieść, wziąć czy zamienić. Gdyby przerobić je na mniejszą klasę, to byłby sens w utrzymywaniu ciepła, ale teraz nie ma po co.

Ciaśniej otulam się połami swetra i automatycznie przesuwam dłońmi po ramionach, by się rozgrzać, ale na niewiele się to zdaje. Wciąż jest mi zimno, zapewne spędzając tutaj noc, załapię jakieś paskudne przeziębienie. Chucham sobie w dłonie i pocieram je raz za razem. Mogłabym trochę poskakać i pobiegać, sport powoduje szybszy przepływ krwi i powinno mi się zrobić cieplej, ale również po kilku minutach będę spragniona, a tu nie mam dostępu to wody.

Czuję narastającą panikę, ale staram się być silna. Nie wiem, ile czasu już tu siedzę. Minęła godzina? A może kilka?

Przechadzam się od ściany do ściany, próbuję zapamiętać rozkład pomieszczenia i rozmieszczenie wszystkich sprzętów, mebli oraz worków i kartonów, które tutaj wszędzie leżą. Niedługo zrobi się tak ciemno, że nie będę w stanie niczego zobaczyć i pozostanie mi przemieszczanie się po omacku.

Kiedy jestem już trochę zmęczona tą wędrówką tam i z powrotem, podejmuję jeszcze jedną próbę walenia w drzwi połączoną z moim rozpaczliwym krzykiem.

- Pomocyyy! Po-mo-cy! - drę się wniebogłosy.

Po jakiejś minucie od mojego ostatniego wrzasku nagle słyszę za drzwiami jakieś poruszenie. Czyżby ktoś tu jednak był? Ktoś mnie usłyszał? A może to sprawca mojego zamknięcia i jednocześnie morderca Niny? Może trzeba było siedzieć cicho aż do rana? Jeśli to on, to opuszczona szkoła, ciemność zapadającego zmierzchu oraz brak świadków nie powstrzymają go przed dokonaniem kolejnej zbrodni. Skoro już raz zabił, to każdy następny przyjdzie mu z dużą łatwością.

Nagle coś chrobocze, po czym drzwi się otwierają, a w progu widzę niewyraźną sylwetkę, która z pewnością należy do mężczyzny. Na ułamek sekundy moje serce zamiera, a ja wstrzymuję oddech. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć z uwolnienia czy raczej zacząć obawiać się tego, co teraz nadejdzie. Czy spotka mnie śmierć z rąk tego człowieka? Czy jest on dla mnie zagrożeniem, czy wybawieniem?

- Co pani tu robi? - Głos, który wydobywa się z ciemnej sylwetki, oświetlonej jedynie wątłym światłem na korytarzu, wywołuje gęsią skórkę.

Znam ten głos, doskonale go znam. Tę sylwetkę również. I nie czuję się ani odrobinę lepiej.

- C-co? - pytam niewyraźnie i ze strachem.

- Co pani tu robi? Dlaczego się tu pani zamknęła?

- Jjj-a? - Wciąż odczuwam niepewność, a mój puls przyspiesza.

Najchętniej czym prędzej opuściłabym szkołę, ale niestety, nie da się tego zrobić bez przejścia obok nadal stojącego w drzwiach mężczyzny.

- No tak. Wszytko w porządku? Pani Malwino?

Wojtek podchodzi do mnie powoli, a ja cofam się instynktownie. Kiedy on robi krok naprzód, ja robię w tył. Niestety, po kilku czuję dotkliwe zimno ściany, która przylega do moich pleców, i aż wzdrygam się z obrzydzeniem. Nie tylko w reakcji na ten dotyk, ale również na sytuację, w jakiej się właśnie znalazłam. Jeśli Wojtek ma zamiar pozbawić mnie życia, nikt nie będzie w stanie mi pomóc.

- Pani Malwino? - pyta, jednocześnie kładąc mi dłoń na ramieniu.

Nic złego się nie dzieje. Jego gest jest pełen ciepła i wyrozumiałości, nie ma w nim oznak tego, o czym przed chwilą myślałam. Delikatnie prowadzi mnie za rękę niczym bezbronne dziecko, a ja natychmiast mrużę oczy. Musi minąć kilka chwil, abym ponownie przyzwyczaiła wzrok do światła. Łzawię i pocieram powieki wierzchem dłoni, a Wojtek czeka w milczeniu, aż się pozbieram. Nie wywołuje na mnie presji, nie zadręcza gradem pytań.

- Ktoś mnie tu zamknął - mówię, kiedy moje serce wreszcie bije w swoim normalnym rytmie.

- Jak to? Kto to był?

Wydaje się naprawdę zaniepokojony, ale nie mam pewności, czy tylko się nie zgrywa. Może to on mnie zamknął, a teraz, dokonawszy spektakularnego uwolnienia, chce odsunąć od siebie podejrzenia. Jak to mówią, najciemniej pod latarnią.

- Nie mam pojęcia - informuję, pocierając ramiona, bo nadal mi zimno.

- Co pani tu robiła o tej porze?

- Wypełniałam dokumenty, trochę się zasiedziałam, a potem, kiedy miałam już wracać, przypomniałam sobie o prośbie Oli. Chciałyśmy wymienić ławkę i poszłam sprawdzić, czy ona tu jest, i wtedy... Zaraz... A pan co tu robi? - Nagle wstępuje we mnie odwaga i z ofiary wchodzę w rolę oskarżyciela.

- Nie mogłem wysiedzieć w domu, chciałem trochę porzeźbić w drewnie, a najlepiej mi się pracuje w mojej kanciapie, w samotności, wśród własnych myśli. Czasami tak robię.

Jego tłumaczenia wydają się sensowne, ale być może przygotował je sobie wcześniej. Od momentu mojego zamknięcia do uwolnienia upłynęło trochę czasu.

- Skoro tak szczęśliwie się stało, że akurat tu byłem i panią usłyszałem, to może pomogę z tą ławką?

- J-jasne - jąkam się trochę, bo emocje jeszcze całkowicie nie opadły.

Bierzemy ławkę i przenosimy ją do mojej klasy, a tę starą, mniejszą, wstawiamy do graciarni.

- Uf... - Wojtek przeciera ręką czoło, gdyż dźwiganie musiało kosztować go nieco wysiłku.

Nie dziwię się wcale, to w końcu starszy człowiek i takie chodzenie z ławkami, zwłaszcza po całym dniu pracy, bywa męczące.

- To teraz chyba możemy już opuścić szkołę.

- Chwileczkę!

Ponownie wbiegam do graciarni, zupełnie zapominając o tym, że to Wojtek okazał się moim wybawicielem, i nie bacząc na fakt, że może mnie tu zamknąć ponownie.

Chwytam w locie notes Niny, który koniecznie chcę zabrać do domu. Nie pozwolę, by zniknął kolejny raz. To może być cenny dowód, przynajmniej dla mnie i dla Arka. Myślę, że będzie także piękną pamiątką po najlepszej przyjaciółce dla Aldony. Oddam go jej, ale dopiero jak sama go przeczytam i wyciągnę odpowiednie wnioski.

- Możemy już iść - informuję, oddychając z ulgą, bo Wojtek nie poruszył się o milimetr, kiedy wpadłam do graciarni po notes.

- To proszę, panie przodem.

Puszcza mnie pierwszą, ale wcale nie czuję się dzięki temu spokojniejsza. Gdy tracę go z oczu, nie umiem przewidzieć jego ruchu. Mimo to idę posłusznie, usilnie trzymając się myśli, by jak najszybciej opuścić mury szkoły.

- A jak to się stało, że udało się panu mnie wypuścić? Skąd miał pan klucz? - pytam, chcąc wbić mu szpilę, bo przecież musiał go mieć.

Aż do dzisiaj nie miałam pojęcia o tym, że Komnata Tajemnic w ogóle jest zamykana na klucz, i dlatego straciłam czujność.

- Był w drzwiach, wystarczyło przekręcić - odpowiada, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

- Aha... - mówię, by zamknąć ten temat, ale przez głowę przebiega mi milion myśli.

Klucza do graciarni nigdy nie było w drzwiach. Zapamiętałabym ten fakt.

Ktoś musi go gdzieś trzymać i kiedy dzisiaj mnie tam zamknął, zostawił go dla niepoznaki.

- A gdzie ten klucz można na co dzień znaleźć? Pytam, aby na przyszłość uniknąć tej nieprzyjemnej sytuacji.

- A tego to nie wie nikt. - Macha ręką, jakby chciał przegonić brzęczącą nad nim muchę. - Raz jest w naszej kanciapie, raz w bibliotece, a czasem leży zapomniany gdzieś w pokoju nauczycielskim albo w którejś z klas.

Ta informacja nie bardzo mi się przydaje. Ciekawe, czy Wojtek mówi tak specjalnie, by zrzucić z siebie podejrzenia... Klucz, który nie ma swojego stałego miejsca i może być wszędzie i nigdzie.

- Poza tym wcześniej chyba nikt nie zamykał tego pomieszczenia, tym bardziej zdziwiłem się, gdy usłyszałem pani rozpaczliwe wołanie o pomoc.

No cóż... ja również...

- Całe szczęście, że pojawiłem się w szkole, inaczej musiałaby pani spędzić tam noc i czekać na uwolnienie aż do jutra.

Otóż to! Interesujący zbieg okoliczności, nieprawdaż?

Bacznie obserwuję konserwatora spod wpółprzymkniętych powiek i chciałabym móc mieć rentgen w oczach, by go prześwietlić, ale to niestety niemożliwie.

Wychodzimy ze szkoły w ciemną, chłodną noc, ale po drodze zdążyłam włożyć kurtkę i zabrać swoje rzeczy z klasy. W nerwach ściskam rączkę mojej czarnej eleganckiej torebki, do której włożyłam notes Niny. Pomimo panującego zimna czuję palącą obecność tego zeszytu i nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę w domu do jego lektury.

O dziwo, Wojtek nie pytał, po co się wróciłam do graciarni, jakby w ogóle nie był tym zainteresowany.

Jest aż tak dobrym aktorem?

Jeśli to on zabił nauczycielkę, to również jest osobą, która ukryła jej notes. Powinno mu raczej zależeć na tym, aby nikt postronny go nie znalazł.

- Która godzina? - pytam go jak gdyby nigdy nic, a panująca wszędzie ciemność utrudnia określenie, ile czasu spędziłam w zamknięciu.

- Osiemnasta dziesięć - informuje mnie grzecznie. - Miała pani cały czas telefon przy sobie? Przecież mogła pani wezwać pomoc - dziwi mi się, czym bardziej zbija mnie z pantałyku.

- Boże, jak późno! Miałam telefon, ale niestety całkiem się rozładował - wzdycham z rezygnacją.

Nie miałam szans na sprowadzenie pomocy. Szkoda, że straciłam tyle czasu. Planowałam jeszcze dzisiaj podjechać na cmentarz.

- Jestem wykończona, ale naprawdę chciałam jeszcze odwiedzić grób dziadka. Teraz jest na to zdecydowanie za późno.

- Na który cmentarz chciała pani jechać?

- Na Grabiszyński, ale o tej porze to już nie ma sensu. Jest prawie noc i chodzenie w tych ciemnościach po cmentarzu wydaje się wyczynem jak z taniego horroru - oznajmiam z nerwowym śmiechem.

- Też się tam wybieram. Mogę panią podwieźć.

- Ale jest już późno i pewnie zaraz zamykają - mówię nie bez strachu.

Cmentarz i Wojtek to brzmi przerażająco.

- Z tego, co wiem, to zamykają o dwudziestej, więc mamy jeszcze trochę czasu. Jeśli się pospieszymy, to zdążymy. Chyba że ma pani plany na spędzenie tam nocy, ale tym razem nie gwarantuję, że panią uwolnię. - Śmieje się, czym przyprawia mnie o dreszcze. - To co, jedziemy? Za rogiem stoi mój samochód, zapraszam. Potem odwiozę panią do domu - proponuje i patrzy na mnie tymi swoimi małymi, ciemnymi oczami.

Wszechobecny brak dostatecznego światła wokół powoduje, że nie umiem odczytać wyrazu jego twarzy i nie jestem w stanie przewidzieć, co nim kieruje i jakie ma wobec mnie zamiary.

- Dobrze, dziękuję. W takim razie chodźmy.

Nie wiem, dlaczego tak łatwo się na to zgadzam, może pod wpływem emocji? A może jakiś głosik podpowiada mi, że skoro to Wojtek przyszedł mi dziś z odsieczą, to jednak wcale nie ma złych zamiarów?

Posłusznie idę za nim w stronę opuszczonej ulicy, na której stoi kilka samochodów. Już z daleka rozpoznaję jego golfa, ale nie przyznaję się do tego. Musiałabym mu opowiedzieć, że już wcześniej widziałam go na cmentarzu, a nie jestem do tego zdolna. Raczej wolałabym zachować to w tajemnicy. Nie jestem pewna, czy tamtego dnia mnie śledził, czy raczej to ja śledziłam jego. Lepiej, by sądził, że jest moim wybawcą, i tyle. Nie może się domyślić, że uważam go za głównego podejrzanego.

Słyszę ciche kliknięcie, które odblokowuje zamki w drzwiach, a Wojtek nagle podchodzi do mnie i jest bardzo, ale to bardzo blisko. Znowu czuję niepokój wywołany tą sytuacją i niewiedzą wynikającą z tego, co nadejdzie, ale on jedynie otwiera przede mną drzwi pasażera i zapraszającym gestem pokazuje mi, że mam wsiąść.

- Dziękuję - chrypię, gdyż głos znowu grzęźnie mi w gardle.

Okazuje się, że konserwator jest człowiekiem starej daty i traktuje mnie po dżentelmeńsku, otwierając przede mną drzwi, ale nic nie poradzę na to, że muszę być uważna na każdym kroku.

Kiedy drzwi auta się zamykają, a Wojtek odpala silnik, wiem już, że popełniłam błąd. Teraz może zrobić ze mną, co mu się podoba, wywieźć mnie, gdziekolwiek zechce. Nikt nie wie o tym, że teraz jestem z nim, mój telefon jest rozładowany, a samochód właśnie powoli wyjechał z parkingu i nabiera prędkości.

Co też strzeliło mi do głowy, żeby się z nim zabrać?

Mijamy okoliczne domy, w których dostrzegam włączone światła. Staram się na nich skupić, by poczuć się lepiej, bezpieczniej, ale na niewiele się to zdaje.

Wojtek prowadzi samochód w milczeniu. Nie nawiązuje niezobowiązującej rozmowy, co nawet mnie nie dziwi. Od samego początku miałam go za skrytego człowieka, który niechętnie wdaje się w pogawędki, ale do dziś nie rozumiem jego fenomenu.

Każdy w szkole, począwszy od pani dyrektor, a skończywszy na paniach sprzątających, wpatrzony jest w niego jak w obrazek. Zachwycają się nim, jakby był jakimś bóstwem. Nie widzę najmniejszego powodu, by się tak zachowywać.

Owszem, dzisiaj mnie uwolnił, ale to wcale nie znaczy, że natychmiast mu zaufam. Wciąż nie wiem, po co urządza te spacery pod moim domem i gdzie mnie teraz wiezie. Żałuję, że wsiadłam z nim do auta, ale czasu już nie cofnę. Najbezpieczniej będzie, jeśli zachowam pozory.

Nie mogę pokazać, że się go obawiam.

Dyskretnie obserwuję go spod półprzymkniętych powiek, ale wydaje się skupiony na drodze. Co więcej, wygląda na to, że faktycznie jedziemy w kierunku cmentarza Grabiszyńskiego. Może jednak Wojtek nie ma złych zamiarów? Albo po prostu nie dzisiaj? Przecież nadal może być osobą, która zamknęła mnie w graciarni. Wciąż powinnam być ostrożna i mieć go na celowniku.

Po kilkunastu minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Parkujemy pod bramą cmentarza i wysiadamy w ciemną, coraz chłodniejszą noc. Na szczęście udaje nam się kupić znicze przed wejściem i wspólnie wchodzimy na teren pełen grobów.

- Chyba tutaj się rozdzielimy - proponuje Wojtek.

- Może być - mówię niepewnie, bo chociaż sam konserwator wciąż budzi we mnie sprzeczne uczucia, to przebywanie w obecności kogoś znajomego jednak dodaje trochę odwagi.

Teraz zostanę zupełnie sama, i to w dodatku pod osłoną nocy. Na cmentarzu.

- Jak każde z nas skończy odwiedziny, to spotkajmy się w tym samym miejscu, odwiozę panią do domu.

- Dobrze, dziękuję.

Konserwator odchodzi w ciemność, zostawiając mnie za sobą. Jeśli chcę, mogę wziąć nogi za pas i stąd uciec, ale podskórnie czuję, że nie ma takiej potrzeby.

Po chwili odrętwienia wreszcie biorę głęboki wdech i idę w jakże znajomą mi alejkę.

Zapalam znicz, odmawiam modlitwę i stoję w zamyśleniu. Nie umiem dzisiaj skupić się na rozmowie z nim. Pomimo tego, że zawsze jest to monolog, to jednak czuję się lepiej po wizycie u niego, jest mi lżej na duchu. Nie wiem, czy to panująca dookoła ciemność, czy też brak ludzi, czy po prostu emocje, które nie do końca opadły i jeszcze tlą się wątłym płomieniem gdzieś wewnątrz mnie.

Nie będę próbować rozmowy z dziadkiem na siłę. Zawsze mi powtarzał, że trzeba postępować według własnych uczuć i iść za głosem serca, więc tym razem również tak zrobię.

Stoję tak jeszcze przez jakiś czas, po czym ruszam w drogę powrotną i wtedy dostrzegam pochylonego nad grobem Wojtka. Dzisiejszego popołudnia i wieczoru dzieją się dziwne rzeczy, więc i tym razem nie sprzeciwiam się temu, co podpowiada mi ciało, i ruszam w kierunku konserwatora.

Zatrzymuję się w odległości pół metra od niego, bo nie chcę mu przeszkadzać. W takim miejscu każdy powinien mieć czas na zatopienie się we własnych myślach. Nawet ten pełen zagadek mężczyzna. Pomimo mroku wokół nas dostrzegam w jego oczach ogromny ból, który próbuje przedrzeć się przez niego, oraz łzy spływające po policzkach. Kiedy widzi, że zauważyłam jego słabość, wcale nie ociera łez, ale pozwala im swobodnie płynąć. Jakby pokazywał mi, że prawdziwy mężczyzna nie powinien wstydzić się swoich uczuć i ma prawo płakać.

Znam już ten grób, byłam tu kiedyś, ale wtedy stałam nad nim samotnie, chcąc zrozumieć, kogo odwiedza nasz konserwator, i sprawdzić, czy jednak mnie nie śledzi w tym miejscu.

- Wszystko w porządku? - pytam, biorąc na siebie rolę pocieszycielki.

- Tak, już się zbieram, potrzebuję jeszcze chwili - mówi drżącym głosem.

Widać, jak wiele kosztują go te wizyty.

- Spokojnie, mamy czas. Sam pan mówił, że zamykają dopiero o dwudziestej. Poczekam.

Nie wiem, jak powinnam się zachować. Dla niego to naprawdę trudna sytuacja.

- Tu leżą moja żona i córka - odzywa się po dłuższej chwili milczenia, jakby zbierał się w sobie, by opowiedzieć mi swoją historię.

- Tak myślałam.

- Zginęły w wypadku wiele lat temu. Jechały pociągiem i... - Zawiesza głos, powstrzymując napływające do oczu łzy. - I to była straszna katastrofa kolejowa. Gdybym wiedział wcześniej, gdybym był wtedy mądrzejszy, gdybym się opamiętał... To wszystko moja wina.

- Proszę nie mówić w ten sposób - staram się go pocieszyć.

Nie potrafię mu wyznać, że wiem, co się wydarzyło, że Arek mi wszystko powiedział. Jeśli Wojtek chce, niech mówi. Czasami takie wyznanie prawdy, podzielenie się z kimś własnym cierpieniem przynosi ulgę. Może tego właśnie potrzebuje.

- Tak jest! To moja wina! - krzyczy, a ja cofam się instynktownie, bo przecież nie znam go aż tak dobrze.

Wciąż może mieć wobec mnie niekoniecznie dobre zamiary. Nikt nie zna szczegółów tej tragedii, a kto wie co czyha w jego głowie.

- Przepraszam! - Robi krok w moją stronę. Chyba zauważył, że mnie wystraszył. - Nie chciałem pani przestraszyć. Lepiej jedźmy już do domu. Późno się zrobiło, a pani musi mieć dość wrażeń na dzisiaj.

- Racja, jedźmy już - oznajmiam beznamiętnym tonem, bo nagle zapragnęłam znaleźć się w zaciszu mojego mieszkania pod kocem i z kubkiem ulubionej herbaty cynamonowej w dłoniach.

Idziemy tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, zachowując lekki dystans, który jakby się powiększył po wyznaniu konserwatora. Posłusznie wsiadam do samochodu i odjeżdżamy. Wciąż milczymy, obydwoje pogrążeni we własnych myślach, mierzący się ze swoimi demonami. Z tą różnicą, że teraz zupełnie mi to nie przeszkadza.

To musiało być dla niego trudne - podzielić się kawałkiem rodzinnego dramatu z zupełnie obcą osobą. Doceniam ten gest i rozmyślam nad tym, co od niego usłyszałam. Więcej nie chciał mi powiedzieć, a ja nie będę przecież go ciągnąć za język, skoro to taka tragedia. Stracić żonę i córkę, i to gdzieś w okolicach trzydziestki, kiedy całe życie było przed nimi. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła, gdyby coś podobnego spotkało mnie. Co prawda nie mam rodziny, ale mimo to umiem wczuć się w jego sytuację. Noszenie takiego krzyża przez resztę życia musi być straszne.

Wreszcie docieramy pod mój blok, a ja wysiadam i raz jeszcze dziękuję mu za uwolnienie oraz podwózkę na cmentarz i do domu. Wojtek odjeżdża, pozostawiając po sobie pęd powietrza, gdy powoli zmierzam w kierunku klatki schodowej. Przed samymi drzwiami uświadamiam sobie, że przecież nie podawałam mu mojego adresu, o który on również nie zapytał. Odwiózł mnie do domu, jakby doskonale wiedział, gdzie mieszkam. Nie dziwi mnie to, w końcu widuję go pod moimi oknami, gdy przechadza się z psem, ale on powinien zachować chociażby resztki pozorów i zapytać mnie, gdzie mieszkam.

Momentalnie oblewają mnie zimne poty, a strach znów czai się gdzieś za rogiem. Pomimo tego, że konserwator już odjechał i powinnam czuć się bezpiecznie, jest zgoła odmiennie. Szybko otwieram kluczem drzwi i czym prędzej je zamykam. Wciąż nie mam poczucia bezpieczeństwa. Włączam wszystkie światła i kieruję się do łazienki, by zmyć z siebie wspomnienia tego dnia oraz by się ogrzać. Dopiero kiedy wskakuję w moją ulubioną piżamę flanelową i trzymam w dłoni kubek herbaty o korzennym zapachu, czuję ulgę.

Jestem bezpieczna, jestem w domu, wszystko już jest w porządku.

Uspokajam siebie, by uwierzyć w te słowa. Podłączam komórkę do ładowania i kiedy ona wreszcie ożywa, widzę, że mam kilka nieodebranych połączeń od Arka. No tak! Koniecznie muszę opowiedzieć mu o tym, co mnie dziś spotkało. Oddzwaniam.

- Hej, Malwa, co się z tobą działo cały dzień? - pyta, odebrawszy po pierwszym sygnale.

- Telefon mi się rozładował, ale to nie wszystko. Nie uwierzysz, co się stało! Ktoś zamknął mnie w Komnacie Tajemnic! A co więcej, nie uwierzysz, kto mnie stamtąd uwolnił! Wojtek!

Przez kilka kolejnych minut opowiadam mu o moich dzisiejszych przygodach i wyobrażam sobie jego pełną niedowierzania minę, gdy wprowadzam go w te rewelacje.

- No coś ty... - Słyszę co chwilę, bo tylko na tyle go teraz stać. Chyba całkowicie go zatkało.

- Ale wyobraź sobie, że moje siedzenie tam nie poszło całkiem na marne. Znalazłam coś! Coś, co stawia Julię w zupełnie innym świetle, to znaczy w świetle niewinności.

Mówię mu o czerwonym notesie Niny, który zaginął wraz z jej śmiercią.

- To znaczy, że morderca wciąż jest na wolności, a co więcej, poczuł się zagrożony i dlatego zamknął cię w graciarni.

- Też tak myślę.

- A co jest w tym notesie? Przyda nam się? Jest tam jakiś ślad, który doprowadzi nas do mordercy?

- Nie wiem, jeszcze go nie przeczytałam, dopiero niedawno wróciłam do domu - tłumaczę.

- Koniecznie go przejrzyj, a najlepiej weź go jutro ze sobą do szkoły, to razem to zrobimy.

- Razem? - powtarzam, bo nagle zabrzmiało to niezwykle kusząco.

Po ostatniej wizycie Arka u mnie poczułam, że zbliżyliśmy się do siebie. Jest dla mnie przyjacielem, ale gdyby miał ochotę na coś więcej, to...

- A co robisz jutro po szkole? Może skoczymy gdzieś na miasto? Niedawno otworzyła się świetna suszarnia - proponuje, jakby czytał w moich myślach.

- Pewnie, czemu nie? Widzę, że doskonale udaje ci się wstrzelić w moje upodobania kulinarne. Najpierw chińszczyzna, a teraz sushi.

- To jesteśmy umówieni - oznajmia, jakby to było takie oczywiste, a ja od razu czuję, że odpływają wszystkie lęki, które jeszcze niedawno mi towarzyszyły.

Rozmawiamy chwilę, a potem już nie mogę się doczekać, aż otworzę notes Niny. Ciekawość mnie zżera. Nie wiem, co tam znajdę, ale bardzo chcę przeczytać. Robię sobie kolejną herbatę i biorę się do pracy. Studiuję dokładnie zapiski, ale niestety nie odnajduję niczego, co byłoby pomocne. Są interesujące pomysły na zajęcia, zadania dla dzieci, kilka ważnych dla nauczycielki dat, zapisanych wizyt i właściwie to tyle.

Jestem rozczarowana. Ryzykowałam dzisiaj naprawdę sporo i to wszystko poszło na marne. To znaczy nie wiedziałam, że natrafię na ten notes, ale jednak ktoś musiał się postarać, aby go tam ukryć, więc albo zobaczył w nim coś, co mogłoby zdemaskować sprawcę, albo ten ktoś nie wiedział, co jest w zeszycie, i nie miał czasu, by go przeczytać, więc wolał go schować, by nie dać się złapać. Każda z tych możliwości może okazać się prawdziwa, a która, to już ustalę z Arkiem.

Na samą myśl o nim robi mi się cieplej na sercu. Ja chyba też nie jestem mu obojętna, skoro zaprosił mnie jutro na... randkę?

To spotkanie, takie nieformalne, po pracy, to już raczej randka.

Ziewam, przeciągając się, bo jestem bardzo zmęczona. Wyłączam światła i podchodzę do okna, by je zasłonić, i wtedy dostrzegam Wojtka. Uczucie rozanielenia natychmiast mija, a zastępują je strach i oplatające mnie jego macki. Konserwator znów kręci się pod moimi oknami z psem. Rozumiem raz czy dwa - można to uznać za przypadek, ale kilka? Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.

Po co on tu przychodzi? W dodatku zawsze pod osłoną nocy, zasłaniając się niejako spacerem z psem. Męczy to biedne zwierzę, a mnie stawia w poczuciu zagrożenia.

Dzisiaj po raz pierwszy sprawiał wrażenie takiego dobrego człowieka. Gdy otworzył drzwi graciarni, jego troska wydawała się prawdziwa. Jakby naprawdę przejął się moim losem i chciał mi pomóc. Pierwszy wyciągnął do mnie rękę, zaproponował podwózkę. Przez chwilę uwierzyłam, że moje podejrzenia względem niego są bezzasadne, ale teraz?

Teraz jestem wręcz przekonana, że on ma coś wspólnego z morderstwem Niny. W przeciwnym wypadku po co przechodziłby pod moim domem? Po co by mnie śledził? A to uwolnienie mnie? Zgrywał bohatera, a przecież sam mógł mnie tam zamknąć. Jego tłumaczenia dotyczące klucza w ogóle nie trzymały się kupy.

Biorę głęboki wdech i patrzę wprost na niego, kiedy on rzuca mi jedno ze swoich nic niewyrażających spojrzeń tych małych, ciemnych i głęboko osadzonych oczu. Jestem zdeterminowana i nie spuszczam wzroku, a on wtedy odchodzi i nie odwraca się już ani razu.

Rozdział 17

Mam trudną noc. Przez wiele godzin w ogóle nie mogę zasnąć, nieustannie kręcę się z boku na bok. Wciąż wracam myślami do uwięzienia w graciarni, do wspólnej wyprawy z Wojtkiem na cmentarz, a wreszcie do jego wieczornych spacerów z psem pod moim blokiem. W mojej głowie kłębi się milion myśli i nie mogę odpocząć, pomimo że jestem wyczerpana i fizycznie, i emocjonalnie.

Dopiero gdzieś nad ranem udaje mi się przymknąć powieki i od razu zapadam w głęboki sen. Niestety, przekłada się to na niemożność obudzenia się na dźwięk budzika, przez co zwyczajnie jestem spóźniona.

Niczym oparzona wyskakuję z łóżka, w locie łapię rzeczy i szybko wparowuję do łazienki. Jestem gotowa do wyjścia w jakieś siedem minut, co jest moim nowym rekordem. Wybiegam z domu w tym szalonym pędzie, ale niestety, mijam się z jadącym w stronę szkoły autobusem.

- O nieeeee - jęczę zrezygnowana, gdy kierowca pojazdu odjeżdża z uśmiechem na ustach. - Co ja teraz zrobię?

Idę, zwalniając tempo, bo wiem, że i tak będę spóźniona. Nic już na to nie poradzę. Muszę poczekać na kolejny autobus lub po prostu zrobić sobie bardzo długi spacer. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku nie mam szans zdążyć na pierwszą lekcję. Wyjmuję telefon, by powiadomić Olę o moim niefortunnym poranku, kiedy raptownie obok mnie zatrzymuje się jakiś samochód. Gdy podnoszę wzrok znad komórki, by spojrzeć, kto to taki, szyba od strony pasażera się opuszcza.

- Może panią podwieźć? - Wojtek od wczoraj pojawia się nie wiadomo skąd i ratuje mnie z opresji.

- Bardzo dziękuję, chętnie - mówię i czym prędzej wskakuję do auta, w ogóle się nad tym nie zastanawiając.

Po dzisiejszej nocy i wszystkich złych myślach, które przeleciały przez moją głowę, nie powinnam była tego robić, ale sytuacja mnie do tego zmusza. Oczywiście, mogłam odmówić, ale w jakim świetle by mnie to postawiło? Zaraz cała szkoła dowiedziałaby się o tym, że nie skorzystałam z pomocy konserwatora, co nie tylko byłoby dziwne, ale również mogłoby rzucić na mnie niepotrzebne oskarżenia.

- Jak się pani czuje? Już lepiej? - Jego głos jest nad wyraz wesoły, zupełnie inny niż wczoraj.

Ciekawe, co go wprowadziło w taki nastrój?

- Dobrze, dziękuję. Chociaż nie mogłam spać niemal przez całą noc, a kiedy nareszcie mi się to udało, przegapiłam budzik i zaspałam.

- Oj, to fatalnie. Dobrze, że akurat tędy przejeżdżałem. - Uśmiecha się. - Teraz na pewno zdążymy.

- Tak, jeszcze raz dziękuję - bąkam pod nosem, bo nie wiem, jak się zachować.

To wysoce niepokojące, że wieczorami patrzy w moje okna, pod przykrywką spacerów z psem, a teraz zupełnie przypadkiem zjawia się obok i marzy o tym, by podwieźć mnie do pracy. Jakoś nie wierzę w takie zbiegi okoliczności. Coś musi być na rzeczy.

Oczywiście nie ujawniam się z moją wiedzą na ten temat, on jeszcze nie wie, że go przejrzałam. Nie będę się z tym wychylać, póki nie poznam motywów jego działania.

Bo że jest celowe, to raczej mnie nie dziwi.

- I proszę, już jesteśmy. - Parkuje w tym samym miejscu co wczoraj, a ja natychmiast wysiadam z auta, jakby się paliło.

Może to niegrzeczne z mojej strony, ale to nic, nie mam zamiaru się teraz tym przejmować.

W porannym pośpiechu mijam kilku uczniów, kłaniam się nauczycielom, w tym Krystynie, która żywi do mnie szczególną sympatię, i w ostatniej chwili udaje mi się zdążyć na lekcję.

Po pracy moje myśli biegną w stronę spotkania z Arkiem, z którym nie miałam okazji się dziś zetknąć na szkolnym korytarzu, ale już niemal wychodząc, dostrzegam innego mężczyznę, który kroczy pospiesznie. Jego chód jest wyważony, a garnitur idealnie dopasowany.

- Dzień dobry, może mogę w czymś pomóc? - oferuję, ale tak naprawdę mam ochotę krzyknąć: "Boże, czemu ja zawsze mam takiego pecha i na niego wpadam?!".

- Dzień dobry, dziękuję już nie trzeba. Wszystko załatwiłem.

Kowalski jest dzisiaj wyjątkowo nerwowy i jakiś taki nieswój. Jakbym przyłapała go na gorącym uczynku, a on musiał brać nogi za pas.

- Do widzenia! - rzuca i zanim dotrą do mnie jego słowa, jego już nie ma.

Pozostaje jedynie gęsta woń tej przeklętej wody kolońskiej, która omiata mnie duszącym zapachem.

Co tu się dzieje? Ojciec Tomka nigdy nie przepuściłby okazji do awanturowania się. Zawsze coś mu się nie podoba, coś mu nie pasuje i chętnie wylewa swoje żale na innych, głownie na Bogu ducha winnych nauczycieli. A dzisiaj? Odniosłam wrażenie, że przed czymś, a może przed kimś uciekał. Czyżby miał coś na sumieniu? Coś więcej niż tylko nękanie pracowników oświaty?

Spoglądam na obydwa końce korytarza i nikogo nie widzę. Większość dzieci i dorosłych już skończyła lekcje i niewiele osób się tu teraz kręci, a przynajmniej ja nikogo nie widzę.

Skąd on wychodził? Czyżby z pokoju nauczycielskiego? A może z sekretariatu? Czego tam szukał?

Postanawiam to sprawdzić, ale w jednym i w drugim pomieszczeniu nie znajduję nikogo. Wszyscy poszli już do domu.

Czy to realne, że wychodził z któregoś z tych pomieszczeń, do których nie ma wstępu? Chciał coś ukraść? Coś podłożyć?

Nie, chyba nie. Naoglądałam się za dużo kryminałów i na siłę wymyślam teorie spiskowe. Potrząsam głową, by jak najszybciej przegonić te pomysły, i wychodzę ze szkoły.

Na podłodze odnajduję kilka żelków, które podczas sprzątania musiała upuścić pani Lucynka. Zbieram je pospiesznie i wrzucam do pobliskiego kosza, mijając po drodze szkolną bibliotekę, i wtedy czuję nagłe silne przyciąganie do tego wnętrza.

Może powinnam przeczytać jakiś kryminał albo ckliwe romansidło, by choć na chwilę odciąć się od tego, co aktualnie dzieje się w moim życiu? Może to jest jakiś sposób?

Nie zastanawiając się nad tym dłużej, wchodzę do środka i co ciekawe, od razu dostrzegam panią Irenkę, która siedzi za biurkiem i porządkuje książki. W dodatku nie sama, tylko w towarzystwie pani Lucyny.

- Dzień dobry! - witam się z nimi.

Naprawdę cieszę się na ten widok, bo zastać bibliotekarkę widoczną dla odwiedzających to wielkie szczęście. Nie znam się za bardzo na książkach i liczę na to, że chętnie poleci mi coś dobrego, bym mogła zapomnieć o własnych problemach.

- Dzień dobry, pani Malwinko!

Pani Irenka obdarza mnie uśmiechem w przeciwieństwie do

Lucyny, która na mój widok jakby się zmieszała i pospiesznie żegna się suchym do widzenia, nie powiedziawszy nawet dzień dobry.

Czuję się przez to jak intruz, który przerwał niezwykle ważną rozmowę.

Trochę to nietypowe zachowanie jak dla niej, ale może przeszkodziłam paniom w jakichś ważnych prywatnych sprawach. To jednak miłe zastać je razem, pogrążone w rozmowie. Zapewne się przyjaźnią. Są w podobnym wieku i obydwie pracują w tej szkole od lat.

Pani Irenka ma długie, czarne włosy, które zawsze związuje w wysoki kok, wokół którego wpina całe mnóstwo wsuwek. Do tego nosi długie i przylegające do ciała sukienki. Nic w tym nadzwyczajnego, jeśli ma się taką figurę jak ona. Na pewno jest w okolicach sześćdziesiątki, ale niejedna modelka mogłaby jej pozazdrościć takich kształtów. Ja również.

- Może miałaby pani jakiś ciekawy kryminał do polecenia?

Niewątpliwe łechcę jej ego, bo chyba każdy już wie, że to jej ulubiony gatunek literacki i gdyby tylko miała czas, bezustannie gadałaby o książkach. Poza tym w ten sposób mogę ją nieco wybadać, bo nadal znajduje się w kręgu moich podejrzanych.

- A pewnie, że tak! Co pani lubi? Literatura polska czy raczej coś amerykańskiego? A może brytyjskiego? Czego sobie pani życzy? Do wyboru, do koloru!

- Yyyy... - Nie wiem, co powiedzieć, bo w ogóle się na tym nie znam. - Może pani mi coś poleci?

- A jakże! Bardzo chętnie! To ja proponuję naszych rodzimych autorów z Wrocławia. Jak dobry kryminał, to seria z Zakrzewskim pana Mieczysława Gorzki będzie idealna, a jak coś nieco lżejszego, ale wciąż w dusznym klimacie, to może jakiś thriller pani Alicji Sinickiej? Ona co prawda nie jest z Wrocławia, ale z pobliskiej Oławy, to w sumie też taka trochę nasza. Mogę jeszcze polecić...

- Dobrze, wezmę obydwie pozycje. Chętnie zapoznam się z twórczością tych autorów.

Pani Irenka coś tam wypisuje, po czym przemieszcza się pomiędzy regałami, jakby była u siebie, i po chwili wręcza mi wspomniane powieści. Dziękuję jej i wychodzę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Bibliotekarka okazała mi wiele serca i mam zamiar sumiennie przeczytać te książki. Nie wyglądała jak morderczyni, ale czy ktokolwiek tak wygląda?

W drodze na przystanek spotykam panią Kiełbaskową.

- Dzień dobry! - witam się, ale ona wciąż przebywa we własnym świecie.

- Ta szkoła... Dla dzieci i dorosłych - powtarza te słowa niczym mantrę. ilekroć ją spotykam.

Żal mi tej kobiety, nie wiem, jak i czy w ogóle mogłabym jej pomóc. Gdyby nie była tak zamknięta we własnym świecie, chętnie zaproponowałabym jej pomoc w postaci zrobienia zakupów, wykupienia leków czy odprowadzenia do domu, ale nawet nie wiem, gdzie ona mieszka. Gdzieś w pobliżu szkoły, lecz na tym moja wiedza się kończy.

- Dzień dobry paniom.

Odwracam się i znowu widzę Wojtka. Ten człowiek od wczoraj mnie wręcz prześladuje. Uwziął się czy co? Ponadto zrobił się jakiś taki miły, czym wzbudza we mnie dodatkowe podejrzenia.

- Ta szkoła... dla dzieci i dorosłych.

Kiełbaskowa nie odpuszcza i już wiem, że nie tylko w stosunku do mnie jest taka. Przynosi mi to pewnego rodzaju ulgę, ale jedynie chwilową, bo jeszcze dobitniej zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo chora jest ta biedna kobieta.

- Może odwiozę panią do domu? - zwraca się do mnie Wojtek, zupełnie nie zwracając uwagi na starszą panią.

- Dziękuję, ale tym razem zdążę na autobus - wymiguję się, bo jak tak dalej pójdzie, to nie uwolnię się od tego mężczyzny.

Właśnie przeszło mi przez myśl, że może on w ten sposób próbuje zdobyć moje zaufanie, a kiedy to osiągnie, wreszcie pokaże swoją prawdziwą naturę.

- W takim razie potowarzyszę pani w drodze na przystanek - oznajmia, po czym rusza, pozostawiając Kiełbaskową w tyle.

- Szkoda mi tej naszej szkolnej sąsiadki - mówię, chcąc poprowadzić jakąś rozmowę, by uniknąć niezręcznej ciszy, a ten temat wydaje się dość neutralny.

- Jest chora, ale w sumie to nic dziwnego, biorąc pod uwagę, co ją w życiu spotkało. - Mężczyzna ewidentnie jest chętny do podjęcia konwersacji.

- A co takiego ją spotkało? - pytam, bo nie znam jeszcze tej historii.

- Wiele lat temu miała rodzinę, męża i malutkie dziecko, niemowlę jeszcze.

- I co się stało?

- Dziecko zmarło. Tak nagle. Ponoć śmierć łóżeczkowa, zdarza się czasami, chociaż bardzo rzadko. Mąż od niej odszedł, obwiniał ją o to, co się wydarzyło, i od tamtej pory jest sama. Zupełnie załamała się po stracie dziecka.

- Smutna historia - mówię. - To dlatego nieustannie chodzi z tym wózkiem. Wizualizuje sobie siebie jako matkę z maluszkiem.

- Bardzo możliwe. Coś jej się w głowie poprzestawiało i... ludzie mówią, że kompletnie zwariowała.

- Na jej miejscu również nie byłabym normalna po takich przeżyciach. Ale za każdym razem, kiedy ją spotykam, ona mówi to jedno zdanie o szkole.

- Nie tylko pani. Chyba wszyscy nauczyciele i okoliczni mieszkańcy zostali już przez nią zaczepieni i im powtarza to samo.

- Co to może oznaczać?

- A kto to wie? To stara schorowana kobieta, nikt nie wie, co siedzi w jej głowie. Lepiej po prostu dać jej spokój, przecież spacerowaniem z wózkiem i tym gadaniem nikomu krzywdy nie robi.

Kiwam głową na znak zgody i przyswajam usłyszane od Wojtka informacje. Coraz bardziej mi jej żal. Postanawiam, że od tej pory będę patrzeć na nią nieco łagodniej.

W autobusie przyklejam nos do szyby i zastanawiam się nad tym, ile tragicznych historii wydarzyło się w tej szkole i jej okolicach. Najpierw samobójstwo matematyka, potem morderstwo Niny, rodzinny dramat Wojtka i starej Kiełbaskowej.

Czy jeszcze coś smutnego czeka mnie za tymi murami? Może limit wreszcie zostanie wyczerpany? Ile nieszczęść jest w stanie znieść jeden budynek? Ile łez zostało tam wylanych, ile krwi, ile poplątanych nici życia.

Wysiadając pod domem, cieszę się, że nie jestem ich częścią, że mam to, co mam. Dopiero w obliczu takich historii człowiek docenia, jak wygląda jego choćby nudna codzienność.

Dziś postanawiam zostawić cały ten bagaż wraz z odjeżdżającym środkiem komunikacji miejskiej i skupić się na tym, co przede mną, czyli popołudniu w towarzystwie Arka. Muszę zrobić się na bóstwo i odpowiednio ubrać, w końcu to randka, na której nie byłam od bardzo, bardzo dawna. Bezwiednie uśmiecham się na tę myśl i pędzę, by przygotować się na to wspaniałe wydarzenie.

Rozdział 18

Nina

Wcześniej...

Jestem szczęśliwa. To uczucie mnie przepełnia, przelewa się przeze mnie i sprawia, że każdy dzień chcę witać w radosnych podskokach. Te motyle w brzuchu, przyjemne trzepotanie ich skrzydeł, coś, czym chciałabym się podzielić z resztą świata, wykrzyczeć, jak cudowne jest życie.

Jeszcze do niedawna byłam przekonana, że nigdy nie doznam tego, co się teraz wokół mnie dzieje. Mam pracę, którą kocham, wspaniałych uczniów, którym poświęcam każdą wolną chwilę, najlepszą przyjaciółkę, na której zawsze i wszędzie mogę polegać, i... przyzwyczaiłam się do tego i doceniam codziennie to wszystko.

Kiedy dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci, całą miłość przelałam na "moje" dzieci w klasie, w szkole, dzięki czemu nie dotknęło mnie to tak bardzo jak inne kobiety. Owszem, był to cios prosto w serce, ale ja staram się znaleźć plusy każdej, nawet najgorszej sytuacji. I kiedy to matczyne uczucie skierowałam na Natalkę, która jako jedyna z całej klasy nie ma mamy, bo straciła ją w wyniku choroby, los się do mnie uśmiechnął.

Ojciec Natalki, Jarek, coraz częściej przychodził po lekcjach i pytał o samopoczucie córki, o to, jak się odnajduje w tej trudnej szkolnej rzeczywistości. Nie interesowały go jedynie postępy w nauce, lecz także emocje jedynego dziecka. Bardzo to cenię, bo w dzisiejszych czasach, kiedy każdy goni za pieniędzmi, rodzice nie mają siły, by zwrócić uwagę na własne pociechy, nie mówiąc już o poświęceniu im kilku chwil.

W tej rodzinie - co prawda niepełnej, ale jednak rodzinie - jest zupełnie inaczej. Widzę, że Jarek już pozbierał się po stracie żony i wszystkie uczucia przelał na Natalkę. Jak dobrze, że dziewczynka może liczyć na tak wspaniałego tatę. A to nie wszystko, bo obok siebie ma jeszcze troskliwą babcię, panią Lucynę, która sprząta w naszej szkole, dzięki czemu może mieć oko na swoją wnuczkę, dając jej dodatkowe wsparcie.

I tak od słowa do słowa jakoś zbliżyłam się do Jarka. Nie wiem nawet, kiedy od rozmów na temat jego córki przeszliśmy na bardziej osobiste tematy i... stało się. I ja, i on poczuliśmy do siebie coś więcej niż tylko sympatię. Bardzo się cieszę, chociaż nie obnoszę się z tym specjalnie, w końcu to rodzic dziecka z mojej klasy i wiem, że im mniej osób o nas wie, tym lepiej. Nawet w tej szkolnej rzeczywistości znajdzie się jakiś życzliwy, który wykorzysta tę wiedzę do własnych celów.

Z ojcem Natalki jesteśmy razem od kilku miesięcy, wie o nas tylko Aldona, której z naturalnych przyczyn musiałam się zwierzyć. W przeciwnym wypadku dopytywałaby się o mój nagle dobry nastrój i nieschodzący z twarzy uśmiech. Przyjaciółka nam kibicuje, a ja jestem dobrej myśli.

Z Natalką od zawsze miałam świetny kontakt i kiedy przychodzę do nich do domu, dziewczynka nie patrzy na mnie ze zdziwieniem, ale również okazuje radość, że jej ulubiona pani spędza z nią więcej czasu niż z innymi dziećmi. Gdy tak na nas patrzę z boku, to myślę, że tworzymy coś na kształt szczęśliwej rodziny i gdy idziemy ulicą, pewnie tak właśnie postrzegają nas inni ludzie.

Cieszy mnie to, zwłaszcza że oprócz miłości zyskałam także córkę - dziecko, którego sama mieć nie mogę. Jarek nadzwyczaj spokojnie zniósł tę wiadomość, a po tym, jak zrzuciłam z siebie ten ciężar podczas rozmowy z nim, po prostu mocno mnie przytulił i nie obwiniał ani nie miał o nic pretensji. Widzę dla nas przyszłość, pierwszy raz w życiu mam poczucie, że to jest to, a każdy moment w towarzystwie Jarka i Natalki tylko mnie w tym utwierdza.

Postanowiliśmy pójść o krok dalej i powoli wprowadzić w nasze uczucie kolejne osoby, dlatego właśnie szykuję się na uroczysty niedzielny obiad u Lucyny. To nie tylko babcia Natalki, ale również teściowa Jarka. Jej córka zmarła kilka lat temu, ale pomimo tego ich relacje rodzinne nie uległy zmianie. Lucyna kocha swoją wnuczkę i dużo pomaga jej tacie, niemal jak matka, co bardzo mnie cieszy.

Niejedna kobieta po stracie dziecka zamknęłaby się w sobie i zerwała rodzinne więzi, zwłaszcza z byłym zięciem, ale ona jest inna. Zawsze czułam, że to empatyczna osoba, a teraz sama będę miała okazję, by się o tym przekonać.

Lucyna jeszcze nie wie, kto przyjdzie dziś na obiad, chcemy jej zrobić niespodziankę. Domyśla się, że Jarek się z kimś spotyka, ale nie ma pojęcia, kto to jest. Liczę, że kiedy mnie zobaczy, uśmiechnie się i pomyśli, że wnuczka i jej tata są w dobrych rękach. Mam tylko nadzieję, że Natalka niczego jej nie zdradziła, ale raczej nie. Ta dziewczynka potrafi dochować tajemnicy.

Wkładam elegancką granatową sukienkę do kolan i szpilki na niewielkim obcasie. Włosy upinam w wysoki kok, a na szyję zakładam perły - mój ostatni prezent od ukochanego. Myślę, że w tym wydaniu spodobam się Lucynie jeszcze bardziej. Na co dzień jestem nieco bardziej nonszalancka, ale dziś jest wyjątkowy dzień i chciałabym, aby Lucyna również to doceniła. W końcu jest ważną osobą dla nas wszystkich i pełni istotną rolę w tej rodzinie.

Jeszcze jeden rzut oka na odbicie w lustrze, przeciągam błyszczykiem po ustach i jestem gotowa do wyjścia. Makijaż jest dyskretny, ale ani nie jestem mistrzynią w tej dziedzinie, ani nie lubię mocnego podkreślania urody, raczej stawiam na naturalność.

Pod samymi drzwiami biorę głęboki wdech i wchodzę do klatki, z której właśnie wychodzi ktoś, z kim niemal zderzam się w drzwiach.

- Przepraszam - mówię odruchowo i aż nie wierzę, że prawie weszłam w panią Irenkę.

- Dzień dobry. - Obdarza mnie swoim pięknym uśmiechem, a ja czuję, jak wstępuje we mnie chwilowo utracona odwaga.

Pani Irenka zawsze wywołuje u mnie ciepłe uczucia.

- O, co za niespodzianka, dzień dobry - odpowiadam.

Pomimo mojej sympatii do bibliotekarki widok jej wychodzącej z domu Lucyny w niedzielne popołudnie jest raczej niespotykany. Byłam pewna, że babcia Natalki dni wolne od pracy celebruje wyłącznie w obecności bliskich, ale z drugiej strony kto jej zabroni spotkać się z koleżanką? Może pani Irena jest dla niej wyjątkowo bliska?

- Teraz już nie muszę się martwić o moją przyjaciółkę. - Poklepuje mnie przyjacielsko po ramieniu bibliotekarka. - Lucynka tak bardzo przeżywa i zastanawia się, kim jest wybranka serca jej zięcia, że nie może spać po nocach. Byłam ją trochę uspokoić, ale skoro to nasza kochana pani Nina, to jestem zupełnie spokojna o los tej rodziny. Miłego popołudnia i proszę się tak nie denerwować!

Dziękuję jej za słowa wsparcia i pocieszona tą krótką wymianą zdań zdecydowanym krokiem wchodzę po schodach.

Otwiera mi Natalka z radosnym okrzykiem, ubrana w śliczną zwiewną sukienkę, w której wygląda jak prawdziwa księżniczka.

- Dzień dobry! - rzucam od progu, ale nikt mi nie odpowiada.

Dopiero po chwili zza rogu wyłania się Jarek, który czule, ale szybko wita się ze mną, składając na moim policzku pocałunek. Lucyny nigdzie nie widzę, lecz w całym domu wyczuwam unoszący się aromat przygotowywanych potraw.

Jarek wspominał, że niedzielne obiady z teściową to ich wieloletni zwyczaj i jak to w polskim domu mogę spodziewać się tradycyjnych potraw. Doceniam tak przyjęte normy postępowania i nie mam zamiaru się im przeciwstawić. Wszystkim nam zależy na tym, by dotychczasowe życie Natalii się nie zmieniło i by dziewczynka wciąż czuła się bezpiecznie.

Gdy posłusznie zasiadam do stołu, z kuchni wychodzi Lucyna, która na mój widok traci pewność siebie, ale tylko na ułamek sekundy. Gdybym się jej nie przypatrywała, w ogóle bym tego nie zauważyła.

- To pani... - mówi, a z tonu jej głosu nie da się niczego wyczytać. Jest zupełnie obojętny, jakby bała się okazać jakiekolwiek emocje.

- Dzień dobry, pani Lucynko - staram się być miła na tyle, na ile potrafię. - Przyniosłam ciasto z owocami na deser. - Wskazuję na pakunek, który trzymam w dłoni, a który ona natychmiast przejmuje.

- Pamięta pani, że moja wnuczka jest uczulona na truskawki, a mimo to upiekła pani ciasto z...

- Z malinami - wchodzę jej w słowo. - Oczywiście, że pamiętam o tym, że Natalka nie może jeść truskawek pod żadną postacią.

- To dobrze. W takim razie siadajmy do stołu, zanim rosół nam ostygnie.

Posłusznie wykonuję zalecenia teściowej Jarka i ze zdumieniem obserwuję tę kobietę. Jest zupełnie inna niż w szkole. Owszem, domyślam się, że u siebie w domu musi czuć się swobodniej, a co za tym idzie - może zachowywać się odmiennie, ale ta różnica jest wręcz uderzająca. Jakby naprzeciwko mnie siedziała zupełnie inna, w dodatku obca osoba.

Jem wszystko, co jest serwowane, jednocześnie zachwalając znakomitą kuchnię i niezwykłe wyczucie smaku gospodyni, ale ona w ogóle nie jest łasa na tego typu komplementy. Kiwa głową w milczeniu i nie spuszcza ze mnie wzroku. Lustruje mnie co jakiś czas i wydaje się niezainteresowana toczącą się przy stole konwersacją.

- Babciu! Babciu! Jak ci się podoba niespodzianka? - pyta Natalka po tym, jak zmiotła wszystko z talerza.

- Wspaniała, kochanie, zupełnie się nie spodziewałam, że wybranką serca mojego zięcia okaże się pani, pani Nino. - Wbija we mnie spojrzenie swych dużych i niebieskich jak u wnuczki oczu.

- Mam nadzieję, że przyjmie mnie pani do rodziny - odzywam się niepewnie, bo nagle zapragnęłam jej aprobaty, i to bardziej niż się tego spodziewałam.

- Mamo, znasz Ninę nie od dziś, więc myślę, że pozytywnie odbierzesz mój wybór. Natalka również jest szczęśliwa, prawda? - zwraca się do córki, troskliwie głaszcząc jej podbródek.

- Tak! Kocham panią Ninę! To moja ulubiona pani, a niedługo będzie moją mamą!

- Dość tego! - Lucyna uderza pięścią w stół i wstaje.

Zapada cisza jak makiem zasiał.

- Matkę ma się tylko jedną! A twoja już nie żyje. I nikt, absolutnie nikt nie może jej zastąpić! - Swój gromki głos kieruje do wnuczki, a ona nieznacznie kuli się w sobie pod jego wpływem.

- Spokojnie, pani Lucynko - próbuję opanować niezręczną sytuację. - Natalka nie miała niczego złego na myśli. To oczywiste, że nie zastąpię jej mamy, której już nie ma. Mogę postarać się być dobrą ciocią, przyjaciółką, ale zapewniam panią, że nigdy nie chciałam zająć wyjątkowego miejsca, które w tej rodzinie zajmuje mama dziewczynki.

- Mam nadzieję. - Tym razem głos starszej pani jest mrukliwy.

- Mamo, daj spokój. Natalka chciała dobrze. Jest podekscytowana tą nową sytuacją, zresztą ja również. - Jarek posyła mi pełne uczuć spojrzenie. - To nic złego, że obdarza Ninę sympatią. Mnie, jako jej ojca, to cieszy. Byłoby nam wszystkim o wiele trudniej, gdybym wybrał kogoś, kogo żadna z was nie zna, i gdybyśmy wszyscy musieli się poznawać od początku. Myślę, że to szczęście w nieszczęściu, że jestem akurat z Niną. Liczę na to, że to będzie miłość do końca życia.

- Tak! Tak! - krzyczy radośnie Natalka.

- Miłość do końca życia można mieć tylko jedną - oznajmia beznamiętnym tonem babcia dziewczynki.

- Właśnie o tym mówię, mamo.

- Nie to miałam na myśli - rzuca, po czym zostawia nas i idzie do kuchni szykować deser.

Czuję się niezręcznie z tym, co tu się przed chwilą wydarzyło, ale widzę, że na nikim oprócz mnie nie zrobiło to wrażenia. Być może Jarek z Natalką znają Lucynę lepiej niż ja i jej zachowanie ich nie dziwi, ale ja czuję jakiś niepokój.

Wcześniej wydawało mi się, że to będzie dobry dzień, że teściowa mojego partnera z miejsca mnie zaakceptuje i przyjmie do rodziny z otwartymi ramionami. Teraz wiem, że to będzie trudna przeprawa. Z jednej strony się jej nie dziwię, w końcu nie jest łatwo patrzeć, jak zięć przedstawia jej swoją nową dziewczynę. Liczyła, że u jego boku zawsze będzie jej córka.

Niestety, los zdecydował inaczej. Może jak damy jej trochę czasu na oswojenie się z sytuacją, to w końcu zacznie mnie nie tylko tolerować i okazywać mi szacunek, ale również spojrzy na mnie łaskawszym okiem?

Do końca uroczystego obiadu atmosfera jest już taka nijaka i ani humor Natalki, ani żarty sypane przez Jarka nie są w stanie tego uratować. Robię dobrą minę do złej gry i zachowuję pozory, ale dyskretnie obserwuję Lucynę i widzę, że nie tryska radością. Postanawiam nie męczyć jej dłużej niż to koniecznie. Kiedy tylko dopijam kawę, natychmiast się podnoszę, dziękuję za miłe popołudnie, które tak naprawdę dla mnie wcale nie było miłe, i żegnam się z nimi.

Przed wyjściem Jarek znów delikatnie całuje mnie w policzek, co tym razem nie uchodzi uwadze jego teściowej, i czuję, jak jej spojrzenie pali mnie do żywego. Jedynie Natalka zdaje się niczego nie zauważać i w radosnych podskokach zachwyca się tym niedzielnym popołudniem. Jak dobrze być dzieckiem i nie potrafić zrozumieć dwuznacznych sytuacji, metafor i gęstej atmosfery.

Rozdział 19

Wspomnienia...

Zakochałam się. Zakochałam i przepadłam w tym uczuciu na dobre. On jest dla mnie najważniejszy na świecie i zrobiłabym dla niego wszystko. Wiem, że on również to czuje. Myślę, że niebawem poprosi mnie o rękę. Od kilku tygodni wyczuwam w nim zmianę i podskórnie wiem, że to z pewnością efekt jego przygotowań do zaręczyn. A potem... będzie jak w bajce, będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Będąc na fali wznoszącej, postanawiam rozeznać się w sytuacji i odwiedzić po pracy znajomą krawcową, by omówić szczegóły sukni ślubnej. Muszę być odpowiednio przygotowana, kiedy zostanę poproszona o bycie żoną.

Przechodząc przez park, mimowolnie uśmiecham się do siebie, ponieważ to miejsce wywołuje u mnie przyjemny dreszczyk podniecenia. Tutaj się poznaliśmy i od tego miejsca zaczęła się nasza wspólna miłosna przygoda. Opuszczając park z radosnym wyrazem twarzy, dostrzegam, jak do pobliskiego sklepu wchodzi mój ukochany.

Otrząsam się, bo mam wrażenie, że na pewno mi się przywidziało. To niemożliwe, powiedział mi, że dzisiaj będzie pracował do późna. Zbliżam się do witryny, zza której mam doskonały widok na całą przestrzeń. To jednak nie sen, to rzeczywistość. Mój mężczyzna stoi tam i wskazuje palcem produkty, które chce kupić, a w dodatku nie jest tam sam. Obok niego stoi dziecko wpatrzone w niego jak w obrazek, a on sam czule obejmuje stojącą obok niego kobietę.

Przecieram oczy, chcąc pozbyć się malującego się przede mną widoku, ale niestety to nic nie daje. Po upływie kilku sekund nic się nie zmienia. Co więcej, nasze spojrzenia niespodziewanie się krzyżują i wtedy widzę przerażenie w jego oczach. Jakby właśnie dotarło do niego wszystko, czego się dopuścił - to, że pozwolił, bym się w nim zakochała i snuła wizje o naszej przyszłości; to, że sam pozwolił sobie na chwilę zapomnienia i również obdarzył mnie uczuciem.

Ale to na nic.

Najszybciej, jak tylko potrafię, biegnę przed siebie, z powrotem przez park, który teraz przeklinam w myślach. Przedzieram się ścieżkami, rękami macham na wszystkie strony, by utorować sobie drogę ucieczki.

Jak on mógł mi to zrobić?! Rozkochał mnie w sobie, kiedy nie powinien był nawet na mnie spojrzeć! Ma rodzinę! Żonę! Dziecko! A ja głupia myślałam, że możemy wspólnie pójść do ołtarza! On przed ołtarzem już stał, i to nie ze mną, tylko z tą kobietą, która w dodatku urodziła mu dziecko.

Łzy zasłaniają mi widok, nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Ktoś chyba próbuje mnie zatrzymać, chce mi pomóc, ale ja nie chcę tego słyszeć, chcę jak najszybciej dotrzeć do domu, by tam zaszyć się przed światem i nie wychodzić do końca życia. Taki wstyd!

Popłakuję sobie aż do samego wieczora, będąc całkowicie bezradną, kiedy ktoś puka do drzwi. Mama? Raczej nie, miała wziąć dodatkową zmianę. Od wielu lat pracuje na kilka etatów i nie potrafi już z nich zrezygnować, chociaż wcale nie potrzebuje aż tylu pieniędzy. Chociażby z powodu szacunku do własnego zdrowia mogłaby trochę sobie odpuścić, ale nie może. Taka już jest moja mama.

Z przestrachem i niepokojem podchodzę do drzwi, bo nie mam ochoty na żadne wizyty, a tym bardziej na tłumaczenie komukolwiek powodów mojego stanu i wyglądu. Nie prezentuję się dobrze, ale teraz jest mi wszystko jedno. Zerkam przez judasza i serce zamiera mi w ułamku sekundy. To on!

- Otwórz, Malinko, proszę.

Nawet w obliczu tego, co się stało, wciąż jest czuły i używa mojego ulubionego zdrobnienia, które sam wymyślił.

- Idź sobie! - krzyczę, ale serce mi się kraje.

- Proszę, wpuść mnie! Wszystko ci wytłumaczę!

Nie umiem mu odmówić. Rozum podpowiada mi, że powinnam go pogonić i nie pozwolić na to, by dalej mnie krzywdził, ale serce mówi zupełnie coś innego, a ja zawsze szłam za głosem serca.

Gdy tylko drzwi się uchylają, natychmiast otulają mnie silne i jakże znajome ramiona ukochanego. Zatapiam się w nich, one mnie chronią, a ja wreszcie czuję się bezpiecznie. Tylko jak długo to jeszcze potrwa?

- Masz żonę, dziecko, rodzinę! Zrobiłeś ze mnie idiotkę! - krzyczę, opamiętując się nagle, i biję w niego pięściami, zadając ciosy, których nie da się porównać do ran, które mi dziś zadał.

- Tak, ale posłuchaj, chcę ci wytłumaczyć - prosi, a ja się temu poddaję, choć sama nie wiem dlaczego. - Tak, masz rację, okłamałem cię. Mam żonę i dziecko, mam rodzinę i dopóki cię nie poznałem, myślałem, że jestem szczęśliwy. Ale dopiero kiedy ujrzałem cię w tym parku, w blasku słońca, kiedy szłaś taka lekka, taka zwiewna, taka piękna, zrozumiałem, że się myliłem. Poszedłem za tym doznaniem i nawet nie wiem, kiedy pokochałem cię tak bardzo, jak nigdy nie kochałem mojej żony.

- To dlatego miałeś ten bukiet z jesiennych liści. Dla...

- Tak, dla mojej córki.

- A ja głupia myślałam, że jesteś taki romantyczny. - Łapię się za głowę oszołomiona tym wszystkim.

- Ale to teraz nieważne. Zakochałem się w tobie, pokochałem cię, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

- Będziesz musiał, masz rodzinę. Co niby chciałeś zrobić?

- Odejdę od żony, założymy własną rodzinę.

- Słucham? Chyba nie wiesz, co mówisz.

- Wiem i jestem tego pewien. Nigdy nikogo tak nie kochałem jak ciebie - wyznaje, a ja widzę w jego oczach, że tym razem nie kłamie, że jego uczucie jest szczere.

Natychmiast przypominam sobie własnego ojca, jego rozmowę z matką zaraz po wigilii. Pomimo tego, że minęło wiele lat, wciąż doskonale pamiętam każde słowo, które zostało wypowiedziane. Pamiętam moje smutne, pozbawione obecności ojca dzieciństwo. Zmęczenie i poświęcenie mojej mamy, która samotnie musiała stawić czoła rodzicielskim obowiązkom. Przede wszystkim jednak pamiętam własne uczucia - pustkę w sercu po jego odejściu i lekkość, z jaką mówił o nowej rodzinie.

Nie mogę być przyczyną rozpadu innej rodziny i rozpaczy kolejnej małej dziewczynki. Nieważne, co czuję, nieważne, jak bardzo kocham jej ojca, nie pozwolę spędzić jej kolejnych lat w uczuciu osamotnienia i smutku.

- Odejdę od żony i będziemy mogli być razem, obiecuję - zapewnia, czym sprowadza mnie na ziemię i rozwiewa moje wątpliwości w kwestii tego, co powinnam zrobić.

- Nie - mówię cicho.

- Słucham? Ależ nie wiesz, co mówisz, przecież...

- Nie! - krzyczę, i to dość dosadnie. - Nie, nie i jeszcze raz nie! - Wpadam w jakiś szał. - To koniec! Teraz odwrócisz się, wyjdziesz tymi drzwiami i wrócisz do swojej rodziny, którą będziesz kochał i szanował do końca swoich dni.

- Ale Malinko...

- Bez dyskusji! Zrobisz, jak mówię!

Popycham go ku drzwiom, które natychmiast za nim zatrzaskuję, a następnie osuwam się wzdłuż nich i pozwalam płynąć łzom, aż czuję, że wypłakałam wszystkie.

Wtedy wstaję, otrząsam się i postanawiam żyć dalej.

Od tamtej pory mój ukochany, a właściwie mój były ukochany nie kontaktował się już ze mną. Chcę wierzyć, że postąpił, jak mu kazałam, i że moje modlitwy za tę rodzinę zdziałały cuda.

Kilka tygodni później poznaję Jakuba. Jak? Zupełnie banalnie. Przechodzę przez ulicę, zagapiam się i w ostatniej chwili ktoś ciągnie mnie za ramię, ratując mi życie. Jest zjawiskowo, filmowo i niezwykle romantycznie. Dużo bardziej romantycznie niż wtedy w parku.

Nagle znów znajduję się w ramionach mężczyzny, ramionach, które dają mi poczucie bezpieczeństwa i są jak zacumowanie do przystani. Trzymam się ich kurczowo. Nasze spojrzenia się spotykają i chociaż Jakub jest przeciwieństwem mojego ukochanego, postanawiam tym razem nie iść za głosem serca, ale rozumu.

Bronię się przed uczuciem do niego rękami i nogami, ale po jakimś czasie mimowolnie coś do niego czuję. Nie jest to miłość, która zalewała mnie falami namiętności, nie ma snucia przyszłości i wyobrażania sobie wspólnej drogi do ołtarza, ale coś jest.

Pojawia się uczucie, któremu się poddaję i za którym po jakimś czasie idę do kościoła, staję przed księdzem, a zarówno w moich oczach, jak i oczach mojej mamy lśnią łzy wzruszenia.

Zawsze marzyłam o takim zakończeniu młodości, które jest jednocześnie otwarciem. Otwarciem na męża, dzieci, rodzinę i Jakub może mi to wszystko zapewnić, a co więcej, bardzo tego pragnie. To dobry człowiek i jestem niezwykle wdzięczna losowi, że postawił go na mojej drodze. Z nim nie ma szalonych uniesień serca, ale jest świadoma i pełna szacunku miłość. To nie to, czego oczekiwałam, o czym nieustannie latami marzyłam, ale jest i będzie trwać do końca naszych dni.

Teraz już nie ma odwrotu, w tym związku wytrwamy i na zawsze będziemy razem. Doczekamy się dzieci i stworzymy piękną rodzinę. Rodzinę, której jako dziecko zostałam pozbawiona. Rodzinę, którą uchroniłam przed rozbiciem, przeciwstawiając się własnym uczuciom, wyrzekając się ich.

Nie żałuję. Zrobiłam tak, jak należało postąpić. Zrobiłam to, czego nie potrafił zrobić mój ojciec. Nie umiał zachować się jak prawdziwy mężczyzna i poskromić swojego popędu, zgnieść namiętności w zarodku. Był słaby, bo poszedł za tymi niskimi pobudkami, potrzebami, zamiast zająć się dbaniem o bliskich. Jeśli przyrzekał przed Bogiem, powinien był zostać i trwać do końca życia przy mnie i mamie.

Dopiero teraz, kiedy sama znalazłam się w podobnej sytuacji, jestem z siebie zadowolona i dumna, że poszłam inną drogą. Drogą, którą wybrałby każdy rozsądny człowiek.

Z Jakubem dni mijają mi powoli, ciągną się jak guma. Poza grzecznościową wymianą zdań i pogadance o pogodzie raczej nie mamy tematów do rozmowy, ale jemu zdaje się to nie przeszkadzać. W sypialni też żaden z niego ogier, raczej tradycjonalista, a poza tym krótkodystansowiec. Wszystko skłania mnie ku temu, bym po prostu zaszła w ciążę, o czym sama marzę, bo pragnę zająć się czymś więcej niż siedzenie w milczeniu z własnym mężem.

Ale nie narzekam. Jakub jest naprawdę dobrym człowiekiem, dba o mnie i troszczy się, by niczego nam nie brakowało. Ma dobrą pracę i chętnie podejmuje się pomocy przy domowych obowiązkach. A nie każdy mężczyzna jest do tego stworzony. Poza tym mogę na niego liczyć i daje mi poczucie pełnej rodziny, którą zawsze chciałam mieć. To mi wystarcza. Życie nie polega na uniesieniach serca, ale na budowaniu go z takich wartości jak zdrowie, praca, szacunek, odpowiedzialność. To wszystko u mojego męża jest na najwyższym miejscu i ja to naprawdę doceniam.

Nigdy więcej już nie spotkałam mojej parkowej miłości. Tak właśnie o nim myślę, by łatwiej mi było pogodzić się z tym, co się stało, i zapomnieć o wszystkim, co z nim związane, by zapomnieć nawet jego imię. Nie wiem, jak mu się układa, ale chcę wierzyć, że mnie posłuchał i wrócił do żony i córki. Chcę wierzyć, że również o mnie zapomniał i stara się żyć zgodnie z własnym sumieniem. Muszę w to wierzyć i trzymać się tego, inaczej bym zwariowała.

Poza tym wciąż obawiam się, że jednak przypadkiem gdzieś na siebie wpadniemy, nawet w tak dużym mieście jak Wrocław. Co wtedy zrobię? Jak się zachowam? Chociaż bardziej obawiam się tego, co on zrobi. Mam nadzieję, że nic głupiego, w końcu Jakub nie ma o nim pojęcia.

Powiedziałam mu, że jest moją pierwszą i jedyną miłością, a on nie zadawał pytań, nie dziwił się, nawet po pierwszych zbliżeniach w sypialni. Musiał zauważyć, że nie jest moim pierwszym kochankiem, ale nie pisnął nawet słowa na ten temat. Cały Jakub. Milczący i opanowany do granic możliwości.

Nie ma między nami tego ognia, który wcześniej łączył mnie z tamtym. Brak namiętności nie powoduje jednak braku miłości. Owszem, to inna miłość, ale kiedyś przeczytałam, że przecież każdego mężczyznę kocha się inaczej i coś w tym musi być.

Jakub nie jest mi obojętny. Darzę go uczuciem, kocham go, ale... no właśnie inaczej. I tak już pozostanie. Może to i lepiej? Może tak miało być? Może to moja kara za błędy ojca? Skoro on nas opuścił i wybrał nową żonę i nowe dziecko, to może ja teraz powinnam za to odpokutować?

Jeśli nawet, to ta pokuta nie jest taka zła. Jesteśmy zgodnym małżeństwem i kochamy się. Codziennie utwierdzam się w tym przekonaniu. I tylko czasami tęsknię za dawnymi uczuciami, ale tłumaczę sobie, że to były nic nieznaczące młodzieńcze miłostki, pierwsze zakochanie, które pamięta się na zawsze i które każdy z nas wyolbrzymia, jakby to było najważniejsze uczucie na świecie, a przecież wcale tak nie jest.

Prawdziwa miłość to miłość dojrzała zbudowana na silnych fundamentach, a nie na porywach serca. I tego się trzymam.

Rozdział 20

Po wczorajszym wieczorze spędzonym na randce z Arkiem czuję, jakby wstąpiła we mnie nowa energia. Chyba się zakochałam.

Arek nie kłamał, zabrał mnie do nowego miejsca, gdzie serwują naprawdę świetne sushi. Było miło, pysznie i mam wrażenie, że nasza relacja wchodzi na zupełnie inne tory. I coraz bardziej mi się to podoba.

W drodze do pracy znowu zauważam tę starą kobietę. Idzie wolno, pchając wózek dziecięcy. Jej głowa otulona jest kolorową, choć już dość zniszczoną i wyblakłą chustką, a kwiecista i długa spódnica dawno ma za sobą czasy świetności. Mam jeszcze chwilę, zanim rozpocznę lekcje, i postanawiam spróbować z nią porozmawiać. Może z rana jej umysł pracuje trochę lepiej, sprawniej? Może bez świadków w postaci konserwatora łatwiej się przede mną otworzy?

- Dzień dobry, pani Kiełbaskowa! - Witam się z nią uśmiechem, zachęcając do podjęcia rozmowy.

- Dobry! - odpowiada mi chyba po raz pierwszy od wielu miesięcy. To już postęp.

- Wybrała się pani na spacer? Może do sklepu?

- Sklepu, tak, do sklepu. Jeść, trzeba jeść.

Zaczynam ją coraz bardziej rozumieć. Co prawda używa prostego języka, ale już wiem, że idzie na zakupy spożywcze. Szybkie spojrzenie na zegarek w telefonie uświadamia mi, że mam wystarczająco dużo czasu, by jej pomóc, o ile wybiera się do pobliskiego sklepu.

- Idzie pani do spożywczego na rogu? Chętnie pani pomogę.

- Dziękuję. - Kiwa nieznacznie głową i wspólnie ruszamy w tym samym kierunku.

W sklepie czuję, jak spojrzenia wszystkich klientów i pracowników oblepiają mnie i są pełne zdziwienia, że postanowiłam wybić się z ogólnie przyjętego schematu i pomóc tej kobiecie.

Nie przejmuję się tym, bo do takich spojrzeń jestem przyzwyczajona.

W dzieciństwie wszyscy się na mnie gapili przez moją tuszę. Dzieciaki nieustannie się ze mnie wyśmiewały. Początkowo mnie to bolało, w końcu byłam dzieckiem, ale kiedy trochę dorosłam, przeszłam nad tym do porządku dziennego. Nakładałam maskę obojętności i robiłam swoje. To naprawdę pomaga i dzisiaj zachowuję się tak samo.

Przyszłam tutaj, by pomóc Kiełbaskowej w zrobieniu zakupów, więc tego się trzymam i nie będę zwracać uwagi na to, co myślą na ten temat inni.

Pakuję do koszyka chleb, masło, mleko, jakąś szynkę i ser oraz trochę warzyw. Po namyśle dodaję również jajka, mąkę, cukier, a także coś słodkiego. Tego w moich zakupach nigdy nie może zabraknąć. Mam nadzieję, że starczy jej na kilka dni. Kiedy podchodzę do kasy, płacę za zakupy, bo nasza szkolna sąsiadka wydaje się zagubiona. Ciekawe, jak do tej pory sobie radziła?

Biorę siatki w dłonie i wychodzimy.

- Gdzie pani mieszka? Pomogę pani z tymi zakupami.

- Tam. - Wskazuje palcem na domy w niewielkiej odległości, ale to mało precyzyjne.

Idę posłusznie za nią. Kiełbaskowa dociera na podwórko małego domku, z którego tynk odchodzi płatami. Okna są stare i brudne, nie wiem, czy cokolwiek przez nie widać. Samo obejście wymaga ogromu pracy, aż boję się tego, co zastanę w domu.

Mimo to wchodzę do środka.

Natychmiast dociera do mnie smród niewietrzonego, brudnego i zaniedbanego domu. W dodatku wszędzie piętrzą się śmieci i resztki jedzenia, niektóre już spleśniałe. Mam ochotę wybiec stąd jak najszybciej, ale zachowuję pozory, oddychając przez usta.

Rozpakowuję jej zakupy i dyskretnie rozglądam się wokół. Wszędzie panują brud i bałagan. Widać, że ta kobieta nie radzi sobie z podstawowymi obowiązkami. Koniecznie muszę coś z tym zrobić, nie mogę jej tak zostawić na pastwę losu. Skoro zrobiłam pierwszy krok ku temu, by wyciągnąć do niej pomocną dłoń, muszę to doprowadzić do końca.

Kiełbaskowa zajmuje się jedzeniem, które dla niej kupiłam, przy wtórze głośnych dźwięków dochodzących z telewizora. To pudło musi być dla niej jedynym oknem na świat. Zauważam, że kobieta bezwiednie powtarza pod nosem słowa lecących w tle reklam, niczym mantrę.

Przechadzam się po domu, zaglądając we wszystkie zakamarki. Jest tu bardzo skromnie, ale w dawnych czasach ten dom nie odbiegał wystrojem od innych. Od lat nikt tu nie sprzątał i nie robił remontu. Ale jeśli jest tak, jak mówił Wojtek - że z dnia na dzień straciła rodzinę i nie ma nikogo bliskiego, to wcale mnie ten widok nie dziwi.

Boję się tu czegokolwiek dotknąć, zwłaszcza że zaraz zaczynam pracę i idę do dzieci. Nie chcę sprzedać im jakichś bakterii czy pasożytów.

Już mam wychodzić, kiedy dostrzegam jeszcze jedne, zamknięte drzwi i postanawiam sprawdzić, co się za nimi kryje. Delikatnie je otwieram, upewniając się, że właścicielka domu wciąż jest zajęta oglądaniem reklam, i zapiera mi dech w piersiach.

To pokój dziecięcy! Jest piękny! Oczywiście jak na stare czasy. Widzę cudną, zapewne ręcznie robioną kołyskę, kilka maskotek, słodką tapetę w niebiskie chmurki i półki pełne zabawek. Wszystko pokryte jest grubą warstwą kurzu, ale nie panuje tu tak nieprzyjemny zapach jak w pozostałej części domu.

Widocznie Kiełbaskowa po stracie syna niczego tu nie ruszała i zapewne nawet nie wchodziła. Pokój wygląda, jakby niemowlę miało zaraz tutaj wrócić, jakby ktoś zabrał je na spacer i miał za chwilę przyjść, by położyć je w łóżeczku.

Czuję, jak moje oczy napełniają się łzami. Jest mi jeszcze bardziej żal tej kobiety. Nic nie przywróci jej spokoju ducha. To, że zrobiłam jej zakupy, niczego nie zmieni. To nie zwróci jej syna, za którym musi tęsknić każdego dnia, bez względu na to, jak bardzo pokręcony jest jej umysł.

Nagle za moimi plecami słyszę zwierzęcy ryk, który wydaje z siebie kobieta.

- Nieeee! Nieee!

Biegnie w moją stronę i natychmiast zatrzaskuje drzwi, które miałam czelność otworzyć, i tym samym zajrzeć do jej bolesnej przeszłości.

- Jjj-aaa.... - jąkam się. - Przepraszam - dukam, bo nie wiem, jak się zachować.

To musi być dla niej straszne, a w dodatku ja ośmieliłam się zbrukać to, co postanowiła zostawić za zamkniętymi drzwiami.

- Idź! - krzyczy do mnie. - Idź stąd!

- Dobrze, już idę, przepraszam, ja nie chciałam.

Nie mogę nic więcej powiedzieć, bo Kiełbaskowa popycha mnie ku drzwiom.

- Gdyby pani potrzebowała pomocy, to...

- Idź! - krzyczy, a z jej trzewi znowu wydobywa się ten zwierzęcy ryk.

Nie mam innego wyjścia, niż jej posłuchać. Raczej nie chciałabym zwrócić na siebie uwagi sąsiadów. Miałam dobre zamiary, by pomóc tej kobiecie, a przypadkiem trafiłam w sam środek tragedii, którą ona pielęgnuje każdego dnia. Musi nosić w sobie niewypowiedziany ból. Codziennie.

Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co ona czuje, jak potrafi zdobyć się na odwagę, by zmierzyć się z kolejnym dniem, tygodniem, miesiącem. Na swój sposób ją podziwiam, ale nie mogę jej tak po prostu zostawić. Po południu zadzwonię do opieki społecznej. Pora, by się zapoznali ze sprawą naszej sąsiadki.

Docieram wreszcie do szkoły i jak zwykle, gdy mam czas, przygotowuję mój ulubiony gorący napój. Po porannych wydarzeniach z ulgą wdycham unoszący się nad kubkiem korzenny aromat. Siadam przy stole i korzystając z okazji, że nikogo nie ma, wpatruję się w czystą kartkę.

Obiecałam Aldonie, że napiszę list do Julii i jakoś do tego pory tego nie zrobiłam. Nie wiem, czy to w jakikolwiek sposób pomoże, ale nie dowiem się, jeśli nie spróbuję. Nie mam pojęcia, co powinnam napisać, jak ująć w słowa naszą tajną akcję z Arkiem, polegającą na szukaniu prawdziwego mordercy, bo żadne z nas nie wierzy w winę siostry Niny.

Muszę zrobić to dyskretnie i z pewną dozą tajemniczości, ponieważ nie jestem pewna, czy korespondencja przychodząca do osadzonych nie jest cenzurowana przez pracowników więzienia. Właśnie dlatego nie mogę napisać wprost, że w szkole, w której pracuję na miejscu jej zmarłej siostry, szukam sprawcy. W dodatku uważam, że zrobił to ktoś z pracowników. Spowodowałabym tylko lawinę dalszych wydarzeń, z których przesłuchiwanie mnie i Arka na komisariacie byłoby zaledwie jej początkiem.

Może trzeba użyć jakiegoś szyfru? Albo tego, no... grypsu? Ale jak mam to zrobić, kiedy zupełnie się na tym nie znam?

Z tych rozmyślań wyrywa mnie wchodzący do pokoju nauczycielskiego Arek.

- Hej, Malwa! Jak się dzisiaj masz? - Uśmiecha się do mnie, a ja czuję, jak miękną mi kolana. - Pięknie wyglądasz.

- Hej! Dziękuję.

Moje policzki od razu płoną czerwienią, bo nie jestem przyzwyczajona do jakichkolwiek komplementów, a to właśnie za sprawą tuszy, która latami była wyśmiewana przez społeczeństwo. Arek jest chyba pierwszą osobą na świecie, która zdaje się tego nie zauważać.

Nawet poprzedni partnerzy robili aluzje do mojego wyglądu i próbowali dać mi do zrozumienia, że powinnam schudnąć. A ja wtedy wiedziałam, że jedyne, co powinnam zrobić, to ich zostawić. Skoro nie akceptowali mnie takiej, jaka jestem, nie widziałam sensu w budowaniu wspólnej przyszłości.

Arek podchodzi i składa na moim policzku pocałunek, a mnie przechodzi dreszcz podniecenia.

Dawno żaden facet tak na mnie nie działał. Nie wiem, co on takiego we mnie widzi, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy mam na sobie zwyczajne jeansy i biały sweterek w typowo zimowy wzór, czyli mój ulubiony strój na tę porę roku. Klasyka i wygoda w jednym.

- Co robisz? - pyta i podchodzi do szafki, by przygotować sobie kawę.

- Piszę list do Julii. To znaczy próbuję, ale zupełnie nie wiem, jak się do tego zabrać - wzdycham.

- No to ciekawie zaczęłaś dzień.

- To prawda, ale nie to jest moją najciekawszą przygodą dzisiejszego poranka - oznajmiam, wzbudzając aurę tajemniczości.

- To znaczy? - dopytuje się, po czym bierze łyk gorącej kawy, patrząc na mnie w skupieniu.

Opowiadam mu o mojej wizycie w domu starej Kiełbaskowej i o wszystkim, co tam widziałam.

- Czyli mówisz, że dzisiaj była wyjątkowo kontaktowa - podsumowuje mój wywód.

- Tak, jeszcze nigdy nie rozmawiała ze mną tak sensownie. Oczywiście na tyle, na ile można powiedzieć, że było to sensowne, ale wiesz... w jej przypadku to i tak spory postęp. Nareszcie wiedziałam, o co jej chodzi, nawet kiedy kazała mi się wynosić.

- Zapytałaś ją o naszą szkołę? Cały czas kręci się gdzieś w pobliżu i powtarza w kółko to samo, może wreszcie udało ci się z niej wyciągnąć, co ma na myśli.

- No tak! - Klepię się dłonią w czoło. - To pierwsze, o co powinnam była ją spytać, ale niestety, przyznaję się bez bicia, że tego nie zrobiłam. Tak mocno skupiłam się na tym, by jej pomóc, że zupełnie mi to wyleciało z głowy! A potem jeszcze jej dom. Obraz nędzy i rozpaczy. A ten pokój dziecięcy... jakby zatrzymał się czas.

- Rozumiem. Jeśli znowu będzie miała takie przebłyski świadomości, koniecznie musimy ją o to zapytać.

- Jasne, ale nie wiem, czy po dzisiejszej sytuacji ona w ogóle będzie chciała ze mną rozmawiać.

- Pożyjemy, zobaczymy. Ale skoro jest tam tak źle, jak mówisz, to może powinniśmy zawiadomić opiekę społeczną? - proponuje.

- O tym samym pomyślałam. Tak zróbmy!

Cieszę się, że mamy przed sobą kolejny wspólny cel. Arek to dobry człowiek. Poza tym, że jest atrakcyjnym mężczyzną, kieruje się w życiu pobudkami serca i działa. Działanie to jego drugie imię. Łatwo jest rzucać słowa na wiatr, ale on tego nie robi i po chwili już wybiera odpowiedni numer telefonu. Jest pomysł, jest reakcja i to mi bardzo imponuje.

- Załatwione! - Szczerzy do mnie swoje idealnie równe zęby.

- Jak udało ci się to tak szybko załatwić?

- Nie wiem, może urok osobisty? Pani, która odebrała, obiecała, że zajmie się tym jeszcze dzisiaj.

- To dobrze, ale wiesz, co mnie zastanawia?

- Tak?

- Jak to się stało, że dotąd nikt nie zareagował? Nikt nie pomógł tej kobiecie, a ona ewidentnie tej pomocy potrzebuje.

- Faktycznie, czuję się winny.

- Wiesz, że nie to miałam na myśli.

- Rozumiem, ale widocznie ta szkoła potrzebowała ciebie, żeby rozwiązać tę sprawę.

- Schlebiasz mi, a nie tylko ja tutaj pracuję. Ponadto są jeszcze inni okoliczni mieszkańcy, rodzicie - zaczynam wyliczać.

- Niby tak, ale wiesz, jak jest. Każdy zna Kiełbaskową i wie, co to za kobieta. Przyzwyczailiśmy się do tego i dotknęła nas społeczna znieczulica.

- Niestety, to straszne, że każdy dzisiaj widzi tylko czubek własnego nosa.

- Na szczęście zajęliśmy się tym i teraz nie pozostaje nam nic innego, niż czekać, aż ktoś tej kobiecie pomoże. Ktoś, kto ma większą moc sprawczą niż nasz duet.

- Zgadzam się z tobą w stu procentach.

- Muszę już lecieć na lekcję, ale zdaje się, że ty też. - Arek jednym haustem dopija swoją kawę, bierze z półki dziennik i już go nie ma.

Ja również zbieram swoje rzeczy, ale przez chwilę wpatruję się jeszcze w czystą kartkę, która wciąż leży przede mną. Nie zdołałam napisać ani słowa. Rozmowa z wuefistą tak mocno mnie zajęła, że zupełnie zapomniałam o liście do Julii. No nic, może wieczorem się tym zajmę.

Przynajmniej udało nam się rozwiązać inną, równie ważną sprawę i teraz z dumą będziemy mogli patrzeć, jak stara Kiełbaskowa otrzymuje należną jej pomoc.

Uśmiecham się do siebie, biorę dziennik, idąc za przykładem Arka, i zmierzam ku moim uczniom.

Rozdział 21

Tego dnia po skończeniu zajęć postanawiam pomyszkować w bibliotece. Na samym początku mojej przygody z tą szkołą spędziłam w niej trochę czasu i okazało się to pomocne. Właśnie tam dowiedziałam się o ważnych i tragicznych wydarzeniach. Mam wyrzuty sumienia, że nasze śledztwo nie idzie do przodu. Dość mocno zafiksowałam się na tym, że to Wojtek jest winny, i oczywiście wciąż może tak być, ale muszę przyjrzeć się uważniej innym tropom.

Poza tym w ostatnim czasie miejsce w moich myślach zajął Arek i to na nim się skupiłam. Muszę wyostrzyć zdolność widzenia i obserwowania. Rodzące się między nami uczucie nie powinno zaburzać obrazu sytuacji.

Zmierzam do biblioteki pustymi o tej porze korytarzami. Niemal wszyscy uczniowie poszli już do domów, chociaż nie wykluczam, że gdzieś jeszcze mogą odbywać się zajęcia dodatkowe czy kółka zainteresowań. Mimo wszystko jest spokojniej, a to idealny moment, bym mogła działać.

Po cichu wchodzę do środka, ale tym razem nigdzie nie widzę pani Irenki. Albo poszła już do domu, albo zaszyła się z książką między regałami. Przeczytałam jedną z poleconych przez nią powieści i liczę, że niebawem będziemy mogły wymienić się wrażeniami.

Od razu przechodzę do półek, na których znajduję stare gazety oraz kroniki szkolne i po kolei wyciągam je na stół. Zrobił się dość pokaźny stos i nie wiem, jak tego dokonam, ale muszę przejrzeć wszystko. Nic nie może umknąć mojej uwadze. Wszędzie może znaleźć się wskazówka, która doprowadzi mnie do sprawcy.

Najpierw skupiam się na samobójstwie Bogdana Króla. To było pierwsze wydarzenie, które na zawsze zmieniło tę szkołę.

Czy rzeczywiście matematyk targnął się na swoje życie?

Przeglądam stare artykuły prasowe, które zgromadziła biblioteka.

Trochę mnie to dziwi, bo nie jestem pewna, czy uczniowie powinni mieć do nich swobodny dostęp. Ale z drugiej strony cieszę się, bo dzięki temu ja mogę spróbować wyczytać coś między wierszami. Nagłówki aż krzyczą i są wśród nich mocne słowa: śmierć, samobójstwo, a nawet zabójstwo. Jedna z gazet próbuje rozstrzygnąć tę ostatnią kwestię. Samobójstwo i zabójstwo dzieli przecież cienka granica. Nie wiadomo czy nauczycielowi nikt nie pomógł przenieść się na tamten świat.

Nagle słyszę za sobą jakieś poruszenie. Wydaje mi się, że to może być zagubiona pani Irenka, która odnalazła się w labiryncie regałów, ale to Krystyna.

- Dzień dobry - wita się ze mną. - A co ty tu jeszcze robisz? - pyta, a mnie owiewa nutka jej tytoniowego oddechu.

- Przeglądam stare gazety. Szukam informacji na temat śmierci matematyka - odpowiadam zgodnie z prawdą, ale nie zdradzając zbyt wiele.

- Nadal zajmujesz się wywoływaniem duchów z Arkiem? Powinnaś dać sobie z tym spokój. To do niczego dobrego nie doprowadzi.

Tymi słowami wywołuje u mnie dreszcz. Dlaczego tak jej zależy na tym, żebym zostawiła to w spokoju? Czyżby miała coś do ukrycia?

- Nie, po prostu chciałabym wiedzieć, może zrozumieć, co się wtedy stało.

Tym razem odpowiadam niezgodnie z prawdą, ale ona nie musi o tym wiedzieć. Może powinnam włączyć ją do kręgu podejrzanych? Jakoś do tej pory mi umykała i nie wpisywała się w żadne ramy, ale teraz? Ta rozmowa może okazać się bardzo interesująca.

- Bogdan był genialnym matematykiem, poza tym miał doskonałe podejście do dzieci. Nie wiem, dlaczego tak nagle zapragnął odejść z tego świata.

- Nic wcześniej nie wskazywało na to, że ma jakieś problemy?

- Nic. Dla nas wszystkich był to cios prosto w serce, tak samo jak teraz z Niną... Moim zdaniem kilka miesięcy przed śmiercią zrobił się aż nadto wesoły. Rozpierały go energia, radość, jakby... jakby się zakochał. Tak, zakochanie najlepiej opisuje stan, w jakim był Bogdan. - Krystyna w zamyśleniu kiwa głową. - Tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego to zrobił.

- To faktycznie niespotykane. A wiadomo, kto był wybranką jego serca?

- Nie. Nawet nie wiem, czy rzeczywiście był zakochany. Na takiego mi wyglądał, ale to nie znaczy, że tak było.

- Rozumiem. A czy nie było żadnych śladów na miejscu zbrodni? - dopytuję się, dziękując w duchu za obecność Krystyny w tym miejscu.

Samo czytanie gazet nie doprowadziło mnie zbyt daleko, a opowieść polonistki - osoby, która była na miejscu - może wnieść coś do sprawy.

- Było, było, całe mnóstwo!

Chyba nie rozumiem co ma na myśli.

- To się zdarzyło na sali gimnastycznej, a tam oprócz śladów Bogdana i setek uczniów były również odciski palców, czy jak to się tam nazywa, innych pracowników szkoły i to wcale nie jest takie dziwne.

- No tak. Sala gimnastyczna to miejsce, z którego korzysta wiele osób.

- Właśnie tak, więc trudno było wyizolować jakieś niepokojące ślady. Od razu uznano to za samobójstwo, więc wszyscy się tej wersji trzymaliśmy i zostało tak do dzisiaj. Nie chcę nawet dopuścić do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.

- A ja biorę to pod uwagę - odzywam się odważnie.

- Lepiej to zostaw, drogie dziecko, nie grzeb w tym. Jeszcze coś wygrzebiesz, a Bogdanowi i Ninie i tak nic już nie pomoże. Życia im nie wrócisz - wzdycha. - Dobrze ci radzę.

Przyjacielsko klepie mnie po ramieniu, ale wcale nie odczuwam tego jako gestu o pozytywnym zabarwieniu. Raczej mam gęsią skórkę, kiedy tylko palce Krystyny dotykają mojego ciała.

Zostaję sama i jeszcze przez jakiś czas przeglądam materiały, które piętrzą się na stole, ale i tak nie znajduję nic ciekawego. Dużo bardziej interesująca okazała się rozmowa z polonistką.

Dlaczego mnie odwodzi od dalszych poszukiwań? Może sama ma z tym coś wspólnego? Pracowała razem z Bogdanem i Niną. Wszystko jest możliwe. Postanawiam, że jej również będę się przyglądać.

Zerkam na telefon, by sprawdzić godzinę. Nie chcę znowu zapomnieć o upływie czasu, bo wieczorami robi się tu dość niebezpiecznie, o czym sama się niedawno przekonałam. Natrafiam również na miłego SMS-a od Arka, ale postanawiam odpisać mu już w domu, by nie tracić cennego czasu i jak najszybciej się stąd zabrać, zanim na dobre zapadnie zmrok. Za oknami robi się coraz ciemniej, więc pospiesznie chowam wszystkie materiały, obiecując sobie, że zajmę się nimi kiedy indziej.

Wychodząc, natrafiam na otwartą kanciapę sprzątaczek i konserwatora.

Ktoś musi być w środku. Zbieram po drodze żelki, które znaczą drogę do pomieszczenia, z którego dobiega mnie cichutka melodia, zapewne płynąca z radia. Już po słodyczach domyślam się, kto może się tam kryć, więc z uśmiechem na ustach wchodzę śmiało do środka, ale zaraz staję jak wryta. Byłam przekonana, że porozmawiam z Lucyną, ale to nie ją tam zastaję, tylko Wojtka.

- Pani Malwina? A co pani tu jeszcze robi o tej porze? Chce pani znowu zostać zamknięta?

- Dzień... dzień dobry. Czytałam trochę w bibliotece i... pozbierałam żelki... myślałam, że znajdę tu panią Lucynę - bąkam coś bez ładu i składu, bo czuję się sparaliżowana na myśl, że zostałam tu sama z konserwatorem.

Co prawda ostatnio nic nie wskazywało na to, że może mi coś grozić z jego strony, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Na pewno nie bez powodu wciąż chodzi wokół mojego domu.

- Lucyna już dawno wyszła. Tylko ja zostałem - tłumaczy, dłubiąc jakąś figurkę w drewnie.

Nieśmiało rozglądam się po tym małym, ciasnym wnętrzu i dopiero teraz dostrzegam, że wszędzie porozstawiane są inne, jakże piękne figurki, które wystrugał Wojtek. Czemu wcześniej nie zwróciłam na to uwagi?

- Jakie cudne! - zachwycam się nimi i podchodzę bliżej, zapominając o zachowaniu należytej ostrożności. - To wszystko pan zrobił? Sam?

- Tak. Lubię posiedzieć w samotności i zająć czymś ręce. Stąd pomysł na wykorzystanie drewna.

- Powinien pan je sprzedawać! Teraz mało jest takich ludzi z pasją! Zrobiłby pan furorę w Internecie!

- E tam, dla mnie to tylko taka dłubanina. Wolałbym uniknąć zamieszania. To nie dla mnie.

- Często pan tak dłubie sobie po zamknięciu szkoły?

- Często. Próbuję tym zagłuszyć wyrzuty sumienia i zapomnieć o przeszłości, ale ona nie odpuszcza.

O czym on mówi? Czyżbym przypadkiem trafiła na jakiś dodatkowy trop?

- Wyrzuty sumienia? A jakie pan może mieć wyrzuty sumienia? - Śmieję się nerwowo, bo zabrzmiało to dość złowieszczo w obliczu moich podejrzeń.

Zaczynam żałować, że nie skontaktowałam się wcześniej z Arkiem. Czuję, jak się pocę.

- Mówiłem już, że miałem żonę i córkę - zaczyna, a ja przypominam sobie wizytę na cmentarzu. - Zginęły przeze mnie - mówi ze skruchą.

- Jak to? - dopytuję się, czując, jak serce coraz mocniej wali mi w piersi.

Albo zaraz coś się wyjaśni, albo ja sama doświadczę losu Niny.

- Popełniłem błąd, za który płacę do dzisiaj.

Zapada cisza, a ja nie umiem się ruszyć i czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Wojtek zbiera się w sobie i widzę, jak wiele go to wszystko kosztuje.

- Zrobiłem coś złego. Potem moja żona wraz z córką wsiadły do tego pociągu i... on się wykoleił. Gdybym nie błąd, który popełniłem, obydwie do dzisiaj by żyły. To wszystko moja wina! Codziennie noszę ten krzyż, od wielu lat. A odkąd pracuję w tej szkole, los postanowił mnie jeszcze bardziej pokarać, a Bóg dał mi pokutę, z którą mierzę się każdego dnia.

Po tych słowach konserwator milknie i wiem, że nic więcej już nie powie. Liczyłam na opowieść w nieco szerszym kontekście, ale albo on nie jest na to gotowy, albo zwyczajnie nie chce wchodzić w szczegóły i tym samym zadawać sobie jeszcze większego bólu.

- Lepiej niech pani już idzie. Zaraz będzie całkiem ciemno.

Nie mam pojęcia, jak się zachować, bo chociaż bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia Wojtka, to z czystej ludzkiej przyzwoitości wiem, że nie powinnam tego robić. I tak jest mu trudno. Nurtuje mnie tylko jedna rzecz - dlaczego twierdzi, że praca w tej szkole ma sprawiać, iż cierpi jeszcze bardziej? Nie wiem, co miał na myśli, i dzisiaj się tego nie dowiem.

- Pani mi ją przypomina - mówi po dłuższej chwili, akurat gdy chciałam już wrócić do domu.

- Słucham?

- Grażynę. Przypomina mi pani moją zmarłą żonę, Grażynę.

Nagle robi mi się żal tego człowieka. Każdy z nas ma swoje problemy, ale on w tej swojej samotni musi czuć się paskudnie. A teraz jeszcze pojawiłam się ja, która sprawia mu ból.

- Naprawdę? Czyli Nina również panu o niej przypominała - rzucam mu wyzwanie.

Chociaż mi go szkoda, to przecież podobieństwo do jego żony mogło zrodzić w nim mordercze instynkty.

- Nie, Nina nie. To znaczy widzę podobieństwo między wami, ale pani ma w sobie coś takiego... nie wiem, jak to opisać... coś, co miała w sobie moja Grażynka. Dlatego mi ją pani przypomina.

- Rozumiem.

- Proszę już iść, ja jeszcze trochę tu pobędę. Mam nadzieję, że trafi pani bezpiecznie do domu.

Nie pozostaje mi nic innego niż czym prędzej się stąd zabrać. W drodze powrotnej towarzyszą mi niejasne uczucie niepokoju i tysiące myśli. Wojtek wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Niby taki samotny, pogrążony we własnym świecie i bólu, o czym sam mi dziś powiedział, ale właśnie poprzez ten fakt wzbudza we mnie lęk. Nigdy nie wiadomo co takiemu człowiekowi siedzi w głowie. Z jednej strony chcę się nad nim litować, ale z drugiej wciąż się go boję.

A jeszcze dzisiaj ta rozmowa z Krystyną... Ona również jest podejrzana. Pozornie niegroźna, chętna do pogawędek, ale to może być tylko maska, za którą kryje się zupełnie inna osoba.

Muszę się z tym przespać i wszystko przemyśleć. Powinnam spotkać się z Arkiem i omówić z nim fakty, o których się właśnie dowiedziałam. Co ciekawe, tylko mnie spotykają takie nieoczekiwane wydarzenia, a przecież wszyscy wiedzą, że wuefista od dawna zajmuje się sprawą Ducha Szkoły. Mam wrażenie, że jego jakoś omijają wszelkie dziwne sytuacje i zawsze kiedy coś takiego się dzieje, jestem zupełnie sama albo w otoczeniu ludzi, których oboje podejrzewamy. To również zasługuje na przemyślenie.

Nogi same prowadzą mnie na przystanek i akurat mam szczęście, bo autobus właśnie podjeżdża. Zanim do niego wsiądę, kątem oka spostrzegam Lucynę wraz z Natalką i uśmiecham się na ten widok. Jak dobrze, że dziewczynka ma tak kochającą babcię, która się nią zajmuje i wspiera ją w tym trudnym czasie.

Przypominam sobie o żelowych misiach, które dzisiaj znowu znalazłam, i myślami jestem już przy mojej cynamonowej herbacie. Każdy z nas ma przecież swoje małe przyjemności. Z tą myślą mijam babcię i wnuczkę, które pogrążone w rozmowie nie są w stanie mnie dostrzec, i wracam do domu.

Rozdział 22

Wspomnienia...

Z Jakubem tworzyliśmy zgodne małżeństwo. Każdy, kto nas znał, od razu to dostrzegał i zazdrościł nam tego uczucia. Uczucia, które jeśli popatrzeć z bliska, było pozbawione głębszych uniesień, ale przecież nie to jest najważniejsze. Szanowaliśmy siebie nawzajem i ufaliśmy sobie, a to już dość dużo, by móc iść razem przez życie.

Do naszego domu zawitało wreszcie wielkie szczęście, bo urodziła nam się córeczka. Kochałam ją całym sercem, nareszcie mogłam poświęcić jej czas i uwagę oraz przelać w nią wszystko to, co dobre. Nie musiałam już przesiadywać w milczeniu z mężem, miałam doskonałą wymówkę.

Kasia zawsze czegoś potrzebowała. A to trzeba było ją nakarmić, przewinąć, uśpić. I tak w kółko. Jakub to rozumiał i nie próbował już udawać, że świetnie czujemy się we własnym towarzystwie. Byłam wdzięczna, że córeczka pojawiła się na świecie. Od tamtej pory tworzyliśmy pełną rodziną i tym bardziej nie potrafiłam zrozumieć ojca, który porzucił swoją z dnia na dzień. Jak można porzucić małą, bezbronną istotę, dla której jest się całym światem i największą miłością? Nawet nie umiałam sobie tego wyobrazić i wiedziałam, że mój mąż myślał podobnie.

Lata mijały, a ja z dumą i radością patrzyłam, jak nasza Kasia dorastała, jak się zmieniała, jak z dziewczynki przeobraziła się w kobietę. Niestety, wraz z tą metamorfozą Jakub coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Zrobił się jakiś taki mniejszy, jakby się skurczył, schudł i nawet nie miał ochoty na moje pierogi. Wcześniej doceniał polską kuchnię, a potrawy, które przygotowywałam, zawsze mu smakowały i zjadał je do ostatniego okruszka. A potem nawet nie spojrzał w stronę bigosu czy żeberek. W dodatku skarżył się na ból żołądka, tłumacząc tym brak apetytu. Kiedy namówiłam go na badania, diagnoza okazała się druzgocząca. Rak trzustki. Nic nie dało się zrobić, można było tylko czekać.

I tak czekałam... Dni mijały, a ja czekałam. Opiekowałam się mężem najlepiej, jak potrafiłam. Kasia mi pomagała i jakoś sobie radziłyśmy.

Do czasu.

Wcześniej nie zaprzątałam sobie głowy domowymi finansami, bo Kuba się tym zajmował, ale wraz z jego śmiercią skończył się stały dopływ gotówki. Musiałam podjąć pracę. Córka prawie dorosła, miała własne życie i wiedziałam, że za chwilę wyfrunie z gniazda, a ja muszę zadbać o siebie.

*

Przeglądam gazetę w poszukiwaniu ofert pracy, którym dałabym radę sprostać, kiedy słyszę pukanie do drzwi.

- Zosia? Chodź, wejdź, kochana, napijemy się kawki - zapraszam do środka moją ulubioną sąsiadkę.

- Dziękuję. Tak właśnie sobie siedzę i pomyślałam o tobie. Musi ci być bardzo trudno samej, teraz... kiedy.... - Jej nieumiejętność wysłowienia się jest wręcz urocza.

Uśmiecham się nieznacznie, by nie dać po sobie poznać, że tak naprawdę śmierć Jakuba nie zrobiła na mnie wrażenia. Owszem, odczuwam smutek i żal, ale nigdy nie darzyłam go takim uczuciem, jak powinnam była, stąd o wiele łatwiej jest mi się pozbierać po tej stracie.

- To prawda - ucinam, by uniknąć niezręcznej sytuacji. - Teraz jednak należy skupić się na przyszłości.

- To znaczy? - Ciekawość w oczach Zośki tylko potwierdza jej wścibską naturę.

- Muszę znaleźć pracę. Trzeba opłacić rachunki, mieć co do garnka włożyć - tłumaczę, chociaż nie wiem, czy ona w ogóle rozumie, co mam na myśli.

Jej mąż, Mietek, dobrze zarabia i sąsiadka nigdy nie musi martwić się takimi przyziemnymi rzeczami, a jej jedynym problemem jest wybór, do kogo dziś wpaść na kawę. W sumie się nie dziwię, na jej miejscu zachowywałabym się podobnie, sama do niedawna nie przejmowałam się rachunkami, ale życie pokazuje, że wszystko może się zmienić, i to niekoniecznie na lepsze.

- No tak, masz rację - przytakuje mi. - To stąd ta gazeta? - Wskazuje na wciąż leżącą na stole prasę, wpatrując się w otwartą stronę, na której można znaleźć najnowsze ogłoszenia. - Lepiej daj sobie z tym spokój - oświadcza po chwili.

- Jak to?! Dobrze wiesz, że nie mogę sobie na to pozwolić. Pieniądze się kurczą w zastraszającym tempie i jeśli wkrótce czegoś nie znajdę, to nie wiem, co zrobię.

- Nie ma możliwości, by w takich gazetach znaleźć odpowiednią pracę. Ale nie martw się, na szczęście masz mnie. - Zośka uśmiecha się, zakłada ręce na klatce piersiowej i patrzy na mnie wyzywającym wzrokiem. - Mam dla ciebie pracę, i to choćby od jutra.

- Naprawdę? To opowiadaj, co to za praca? - Jestem wyraźnie podekscytowana i aż palę się do tego, by dowiedzieć się, czym już za moment będę mogła się zajmować.

- Najpierw zaparz kawę i pokrój tę pyszną szarlotkę, a wszystko ci opowiem.

- Skąd wiesz, że upiekłam szarlotkę?

- Ten zapach rozpoznam wszędzie i tylko z tej przyczyny stanęłam dzisiaj na progu twojego mieszkania.

No tak, cała Zośka. Nie pozostaje mi nic innego, niż posłusznie iść do kuchni i podać ciasto, na które sama nabrałam ochoty.

*

W ten oto sposób znalazłam się w zupełnie nowym miejscu i w zupełnie nowej roli, ale pasuje mi to. Spełniam się w tym, co robię. Nieświadomie sąsiadka załatwiła mi pracę, w której robię to, co lubię. W dzisiejszych czasach los rzadko daje taką szansę.

Powoli powracam na dobre tory i znowu doceniam życie. Nie potrzebuję wiele do szczęścia, a i tak jakoś to dostaję. Pozbierałam się po stracie Jakuba, i to szybko. Nie miałam innego wyjścia. Nauczyłam się tego od mojej świętej pamięci mamy, która również nie miała czasu do stracenia i musiała zakasać rękawy, by mnie utrzymać. Tylko że ją ojciec zostawił z dnia na dzień, a ja mogłam pogodzić się z nieuchronną śmiercią męża trochę wcześniej. Ostatecznie i tak obydwie musiałyśmy być silne dla swoich córek.

*

Kilka miesięcy później, kiedy wypełniam swoje obowiązki zawodowe i podśpiewuję sobie wesoło, nie mam pojęcia o tym, co się za chwilę wydarzy. Kończę pracę i porządkuję wszystkie rzeczy. Już prawie wychodzę, by ugotować obiad dla Kasi, która niebawem wróci ze szkoły.

Stara się ta moja dziewczyna i uczy od rana do wieczora. Nie ma czasu, by pomyśleć o jedzeniu. Dlatego nadal przygotowuję domowe obiadki, jak za dawnych lat, by nie odczuła braku ojca i by miała świadomość, że pod tym względem nic się nie zmieniło.

Już wychodzę, kiedy nagle staję jak wryta. W progu wraz z moją pracodawczynią stoi nie kto inny jak mój dawny ukochany. Moje serce natychmiast przyspiesza, jakby nic się nie zmieniło, jakby to uczucie było we mnie przez te wszystkie lata, jakbyśmy widzieli się zaledwie wczoraj.

Zawsze gdzieś tam wiedziałam, że spotkamy się przypadkiem, że to całkowicie normalne, ale w najgorszych snach nie przypuszczałabym, że spotkam go tutaj.

- Dzień dobry, przedstawiam pani naszego nowego pracownika.

Głos szefowej dociera do mnie jakby z oddali. Ona coś tłumaczy, opowiada, ale to w ogóle do mnie nie trafia. Jakbym znalazła się za mgłą. To takie niedorzeczne, że nie jestem w stanie w to uwierzyć. Szczypię się, ale sen nie mija, a ja już wiem, że będzie trwać i trwać i od dzisiaj mój świat znowu legnie w gruzach.

On się przedstawia i nie daje po sobie poznać, że się znamy, zatem ja robię to samo. Nawet udaje mi się uśmiechnąć jak do każdego innego człowieka, czyli z należną przyzwoitością, ale w gardle czuję wielką gulę, więc słowa wypowiadam z trudem.

Po chwili obraz jakby znowu się rozmywa i wszyscy znikają.

Mrugam, chcąc go wyostrzyć, przecieram powieki i masuję palcami nasadę nosa, bo nagle moją koncentrację przyćmił ból zatok, który powoduje, że kręci mi się w głowie.

Tylko czy to przez ból? Może z nadmiaru emocji? A może to rzeczywiście był sen? Czy to możliwe, że on tu był? Czy faktycznie będziemy razem pracować? Mamy inne obowiązki, ale przecież nie unikniemy swojej obecności, będziemy się mijać, wymieniać choćby grzecznościowe słówka, patrzeć sobie w oczy.

- A ty jeszcze tutaj?

Z zamyślenia wyrywa mnie głos koleżanki.

- Co? A tak, już się zbieram. Muszę ugotować obiad dla Kasi.

Powracam do swojej codzienności, spychając daleko w kąt ostatnie zdarzenie.

- Widziałaś tego nowego? - pyta mnie. - Straszny z niego przystojniak. - Daje mi kuksańca.

- Kogo?

- No coś ty! Z choinki się urwałaś czy jak? Od jutra będzie z nami pracował ten nowy, wydawało mi się, że tobie też go przedstawili.

- A, tak, był tutaj.

- Nie udawaj, że jesteś taka święta i nie zrobił na tobie wrażenia. Nie będziesz przecież do końca życia nosić żałoby po mężu.

- Co? Mężczyzna jak mężczyzna. Może być - oznajmiam, starając się, by mój głos pozbawiony był jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego. - A mężowi przysięgałam przed ołtarzem i nie chcę nawet myśleć o innych chłopach. Miłość jest jedna na całe życie.

- A daj spokój. Wygłaszasz jakieś staroświeckie poglądy. Ja tam już mam na niego chrapkę jakby co.

Jej słowa pozostawiam bez odpowiedzi; chwyciwszy torebkę i płaszcz, wychodzę, mając w głowie moją córkę.

To na niej powinnam się skupić. Ale nie mogę.

Wiatr smaga mnie po twarzy swymi podmuchami, ale niestety, nie jest w stanie usunąć z mojej głowy myśli o nim. Dzisiaj wszystko do mnie wróciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystkie uczucia, które latami próbowałam zdławić, które chciałam uciszyć i zakopać, na nowo się odrodziły.

Teraz wiem, że to, co czułam do męża, to nie była prawdziwa miłość. Ale to jemu ślubowałam przed ołtarzem i to z nim byłam do samego końca. Mój ukochany mnie oszukał, a wiadomo, że na kłamstwie i nieszczęściu innych nie można zbudować związku. Jestem na siebie zła, jestem wręcz wściekła za to, że żar w moim sercu nie zgasł, ale na nowo zapłonął. Przez lata tak bardzo pragnęłam o nim zapomnieć, a kiedy już sądziłam, że mi się to udało, wszystko rozpadło się w drobny mak.

Jak ja teraz będę pracować? Jak mam udawać, że nic do niego nie czuję? Jak przejść obok niego obojętnie? Czy będę miała w sobie taką siłę i odwagę? Muszę, muszę, inaczej stracę pracę, a na to nie mogę sobie pozwolić. Ta praca jest dla mnie niezwykle ważna.

I Kasia. Kasia, Kasia, Kasia.... To na niej muszę się skupić. To dla niej dam radę i to dla niej to wszystko robię. Tak, uda mi się. Wierzę w siebie.

Przecież nie mam obowiązku z nim rozmawiać, zresztą on jest na zupełnie innym stanowisku niż ja i wcale nie musimy na siebie wpadać tak często, jak mogłoby się wydawać. Owszem, będziemy się mijać, ale no właśnie... mijać. Wyłącznie mijać. Nic więcej. Może zdobędę się na zdawkowe Dzień dobry, ale to wszystko. Poza tym on przecież ma rodzinę, do której wrócił, do której kazałam mu wrócić po tym, jak jego kłamstwa wyszły na jaw. Dawno o mnie zapomniał i się odkochał. Nie miał innego wyjścia.

Następnego dnia idę do pracy z duszą na ramieniu.

Do tej pory chętnie tam szłam i z radością wypełniałam swoje obowiązki, ale od wczoraj wszystko się zmieniło. Boję się, że wpadnę na niego, że on będzie próbował mnie zaczepiać, chciał rozmawiać, odnowić relację, którą ja pogrzebałam żywcem.

Z przestrachem przekraczam próg budynku, czemu zawsze towarzyszy miły dla mojego ucha hałas roześmianych i pełnych życia oraz energii osób.

Może w tym tłumie jakoś uda mi się zniknąć i on nawet mnie nie zauważy?

Niestety, moja radość nie trwa zbyt długo, bo zanim się przebiorę, już stoi w drzwiach, tak samo jak poprzedniego dnia.

- Dzień dobry - mówię automatyczne, chcąc go wyminąć i zająć się swoimi obowiązkami.

Uniknięcie wymiany zdań z tym człowiekiem to mój nowy cel.

- Dzień dobry - odpowiada smutno, wzdycha i odwraca się ode mnie, zajmując swoimi sprawami.

Jestem w szoku. Spodziewałam się po nim zupełnie czegoś innego. Byłam przekonana, że będzie próbował się tłumaczyć, może porozmawiać, a nawet odnowić łączące nas przed laty uczucie, a okazał jedynie obojętność.

Wpatruję się w jego plecy przez kilka ciągnących się sekund, ale nic się nie dzieje. On jakby w ogóle mnie nie poznał. A może właśnie poznał? Może specjalnie się tak zachowuje? Aż tak mocno mną gardzi? Kiedyś był inny. To jednak prawda, co mówią - od miłości do nienawiści tylko jeden krok. I mój dawny ukochany go wykonał.

Może to i lepiej? Nie muszę się obawiać, że zacznie mnie nachodzić, nagabywać. Mogę w spokoju zająć się pracą i własnymi myślami, które codziennie kieruję w stronę mojej Kasi oraz zmarłego męża. Nie bez przyczyny mam w głowie również tragiczną historię mojej mamy, tak ku przestrodze.

Rozdział 23

Dzisiaj mam wyjątkowo mało zajęć. Cała szkoła bierze udział w jakichś zawodach sportowych i większość lekcji zostało odwołanych. Nie jestem specjalnie potrzebna, raczej Ola wiedzie prym, poza tym lubi wszelką aktywność związaną z ruchem, więc praktycznie mam wolne na resztę dnia.

Mimo to postanawiam wpaść na chwilę i zobaczyć, jak idzie mojej klasie. Są tłumy rozentuzjazmowanych uczniów oraz nauczycieli, trudno się przebić. Dostrzegam Olę, która ustawia już drużynę składającą się z naszej klasy, i macham im, pokazując na migi, że mocno trzymam za nich kciuki. Mijam po drodze Krystynę, która ewidentnie nie bawi się dobrze i najchętniej znalazłaby się w jakimś ustronnym, cichym miejscu, najpewniej z papierosem w dłoni, a także Wojtka, który jak zawsze kręci się wszędzie i nigdzie. Tym razem jednak nie wzbudza we mnie niepokoju, być może dlatego, że dla odmiany wokół jest mnóstwo innych ludzi i czuję się bezpieczniej.

Wreszcie udaje mi się dotrzeć na trybuny, ocierając pot z czoła. Tusza jednak robi swoje. Takie zawody przydałyby się najbardziej mnie, ale każdy, kto mnie zna, wie, że nie jest to moja ulubiona aktywność.

Wpatruję się w wydającego polecenia i koordynującego wszystko Arka i mój podziw dla niego rośnie. Jest zaangażowany i ma świetne podejście do dzieciaków. Potrafi zagrzać ich do walki i dopingować. Doskonale sprawdziłby się w roli ojca. Uświadamiam sobie, że moje rozmyślania chyba zmierzają zbyt daleko, więc postanawiam się wycofać.

Ola dobrze sobie radzi, a ja resztę wolnego dnia mogę wykorzystać w inny sposób. To dobry czas, by powrócić do biblioteki i przejrzeć pozostałe materiały, które ostatnio porzuciłam w obawie, że mogę zostać zamknięta w budynku zupełnie sama lub z konserwatorem. Nie wiem, co byłoby gorsze. Nadal mam mieszane uczucia względem niego.

Korytarze świecą pustkami, bo uczniowie zgromadzili się tłumnie na sali gimnastycznej, ale nawet stąd słyszę ich dopingujące okrzyki. Uśmiecham się bezwiednie, bo pomimo tego, co ta szkoła przeszła, ile bólu i tragedii kryje się w jej ścianach, to jednak dzieciaki wciąż pozostają beztroskie i pełne radości. I tak powinno być.

Pewnym i dynamicznym ruchem otwieram drzwi do biblioteki i jestem zdziwiona, widząc panią Irenkę, która tym razem jest odwrócona do mnie plecami. Jak zawsze ma starannie uczesane i wysoko upięte włosy oraz elegancką czarną sukienkę, która podkreśla jej doskonałe kształty. Zastać ją na stanowisku pracy to rzadkość, ale zastać ją zajętą rozmową z kimkolwiek to chyba jeszcze trudniejsze, a mnie to się udało już kolejny raz.

- Myślę, że trochę przesadzasz, moja droga. - Słyszę jej głos.

- Nie wiem... nas to doprowadzi.... Kolejna tragedia...

Niestety ten drugi głos dobiega bardziej z oddali i nie jestem w stanie wyraźnie usłyszeć, co rozmówca bibliotekarki ma do powiedzenia.

- Dzień dobry! - rzucam, bo nie czuję się komfortowo z tym, że podsłuchuję czyjąś rozmowę.

- Dzień dobry. - Uśmiech pani Irenki od razu rozpromienia jej twarz.

- Ja tu już właściwie skończyłam. Idę ogarniać klasy.

Zza regałów wyłania się postać pani Lucyny, która niesie ze sobą mop i całą stertę różnokolorowych szmatek.

- Dzień dobry. - Z nią również się witam i już wiem, że słowa, których nie byłam w stanie zrozumieć, wypowiadała ona.

- Dobry, dobry - mówi obojętnym tonem, wymijając mnie z tym swoim całym majdanem, co nie jest łatwe jak na tak korpulentną osobę.

Takie kobiety zawsze wzbudzały we mnie przyjazne uczucia, bo zazwyczaj nieco bardziej obfite kształty szły w parze z wesołym usposobieniem, które jak dotąd było także domeną Lucyny. Tym mocniej dziwi mnie jej zachowanie. Potraktowała mnie niczym powietrze, co nie jest do niej podobne. Nim zdążę się nad tym głębiej zastanowić, sprzątaczka znika w najbliższej klasie.

Wymieniam z bibliotekarką kilka uwag na temat ostatnio przeczytanych książek. Nie chcę wzbudzić w niej podejrzeń, że tak właściwie to przyszłam tu pogrzebać w starych materiałach i dokumentach szkoły.

Kiedy nareszcie zostaję sama, wyciągam te, których poprzednim razem nie zdążyłam przejrzeć, ale niestety po upływie kilkunastu minut moja praca zostaje przerwana.

- Kochanieńka, ja już muszę iść. Pani dyrektor ze względu na te zawody dała mi dziś wolne na resztę dnia, a w związku z tym... sama wiesz. - Jest wyraźnie zmieszana, ale rozumiem ją. Nie może mnie tu zostawić całkiem samej. Trochę to śmieszne, bo na co dzień praktycznie jej tu nie ma i wtedy jakoś jej nie przeszkadza, czy ktoś tu przesiaduje, a już tym bardziej nie sprawdza, kto co robi.

- Jasne, proszę dać mi chwilę, poodkładam wszystko na miejsce i pójdę.

- Pewnie, wrócę po panią za pięć minut. W ramach rekompensaty wybiorę dla pani świetną książkę.

Gdy tylko wychodzi, pospiesznie chowam papiery, których nie zdążyłam przejrzeć. Nie będę ryzykować kolejnego dnia w czytelni, bo to staje się podejrzane. W duchu dziękuję sobie, że mam tak obszerną torebkę. To prawda, że nauczycielki noszą w nich wszystko i dlatego zawsze wybierają te największe. Nie widać, że cokolwiek stąd wynoszę. Resztę materiałów odkładam i kiedy biorę płaszcz, spojrzenia moje i bibliotekarki się krzyżują. Zdążyłam w ostatniej chwili, ale moje serce i tak wali jak młotem.

- Gotowa? - pyta mnie.

- Tak - mówię, starając się wyrównać oddech. Mam nadzieję, że nie zauważyła niczego podejrzanego.

- Tym razem polecam ci Oszukaną Magdy Stachuli. Ta powieść otwiera trylogię o Lenie, która... ups... - Zakrywa dłonią usta. - Chyba za wiele bym zdradziła. Musisz sama przeczytać, tym bardziej jeśli spodobały ci się książki Alicji Sinickiej. A wiesz, że te dwie autorki są koleżankami? Napisały nawet książkę wspólnie z...

- Dziękuję, pani Irenko. - Biorę od niej powieść i tym samym zamykam jej buzię.

Mam wrażenie, że gdybym jej tylko pozwoliła, to cały czas opowiadałaby o książkach, autorach i relacjach, jakie mają z bohaterami, których kreują. Jeśli miałabym głowę wolną od spraw, jakie mnie zajmują, to może nawet z ochotą wysłuchałabym tych jej opowieści, ale teraz muszę zająć się czym innym, a im szybciej się ulotnię, tym lepiej.

Nie chcę, by Irena w jakikolwiek sposób domyśliła się, że wykradłam tak cenne dla mnie materiały z czytelni. Jak dobrze pójdzie, to odniosę je ukradkiem choćby jutro, ale najpierw porządnie muszę się w nie zgłębić. Żegnam się z bibliotekarką, jeszcze raz dziękuję jej za kolejną poleconą powieść i pędzę do domu.

Zaparzam kojący moje zmysły napój i włączam telewizor. Robię tak codziennie i automatycznie. Lubię, jak coś do mnie gada. Mam poczucie, że nie jestem sama i daje mi to namiastkę rozmowy z drugim człowiekiem. Może to głupie, ale dzięki temu lepiej się czuję.

Przez kilkanaście minut przeskakuję po kanałach, ale wszędzie natrafiam na reklamy. Zupełnie tego nie rozumiem. Z jednej strony stacje tak mocno między sobą rywalizują, a z drugiej w tym samym czasie nadają reklamy. To skąd mam wiedzieć, co chcę obejrzeć, skoro wszędzie jest to samo? Bez sensu.

Rzucam pilota na kanapę i nie przejmuję się lecącymi w tle reklamami różnych produktów od jogurtów czy żelków, przez telefony, aż po proszki do prania.

Zagłębiam się w lekturze dokumentów, czując się niemal jak złoczyńca, ale tłumaczę sobie, że robię to w dobrej wierze. Poza tym moje zachowanie to nic w porównaniu z tym, czego dopuścił się morderca Niny.

No właśnie. Znowu podążanie za poszukiwaniem nowych tropów pochłonęło mnie tak bardzo, że zapomniałam o liście do Julii. Już widzę ten ostry wzrok Aldony, którym by mnie obdarzyła, gdyby tylko dowiedziała się, że nie dotrzymałam danego jej słowa.

Pół godziny później list jest gotowy. Nie wiem, czy przechodzi przez cenzurę, i nie wiem, co powinnam w nim zawrzeć, ale postawiłam na szczerość. Bez szczegółów opisałam, jak zaczęła się moja przygoda z tą szkołą, i zaznaczyłam, że nie wierzę w winę Julii, wciąż poszukując sprawcy pośród mijanych codziennie twarzy.

Może nie trzeba było pisać tego tak dosadnie, choć z drugiej strony co mi szkodzi? Najwyżej list nie dotrze do adresatki, ale to już nie moja wina. Robię, co mogę. Chowam go do koperty, postanawiając wysłać następnego dnia w drodze do pracy, i znów zagłębiam się w lekturze materiałów z czytelni.

Wszędzie jest to samo, co czytałam wcześniej, tylko z innych źródeł i napisane innymi słowami.

Jedna rzecz na dłużej przykuwa moją uwagę.

To zapis wypowiedzi syna Bogdana Króla. Utrzymywał on z ojcem bardzo dobre relacje, które pogłębiły się po odejściu matki.

Tata mocno przeżył śmierć mamy, ale nie poddawał się. Ukojenia szukał w pracy, całkowicie poświecił się uczniom, co mnie wcale nie dziwiło. Od zawsze był im oddany. Myślę, że to dzięki nim przetrwał ten trudny czas, kiedy zostaliśmy już tylko we dwóch. Byłem dorosłym mężczyzną, więc czułem się w obowiązku go wspierać, ale bez tych dzieciaków by się to nie udało.

Z dnia na dzień było coraz lepiej, lecz po kilku latach ojciec jakby narodził się na nowo. Stał się nadmiernie wesoły, rozpierała go energia. Nie miałem pojęcia, co wprawiało go w tak dobry nastrój, ale z obawy przed tym, że zaczął zażywać jakieś pobudzające i niedozwolone substancje, zapytałem go o to wprost. Odpowiedź, jakiej mi udzielił, wprawiła mnie w niemałą konsternację. Mój tata nie dość, że niczego nie brał, to jeszcze zachowywał się, jakby był na totalnym odlocie.

Co się stało? Po prostu się zakochał! Nie mogłem w to uwierzyć, ale przecież skoro mama odeszła jakiś czas temu, to dlaczego miał żyć sam? Miał prawo ułożyć sobie życie na nowo. Nawet mnie to cieszyło, ale nie chciał mi powiedzieć, kim jest jego ukochana. To miała być niespodzianka.

Niestety, wtedy wydarzył się ten wypadek i ojciec zamilkł na wieki. Do dziś nie wiem, kogo tak pokochał, ale jednego jestem pewien. Mój ojciec nie targnął się na swoje życie. Zwłaszcza że miał akurat dobrą passę, chciał związać się z kobietą, więc nie mógłby popełnić samobójstwa. Nie miał ku temu najmniejszych powodów.

Jestem w szoku.

Syn Króla był przekonany, że jego ojciec nie popełnił samobójstwa, a on przecież znał go najlepiej. Jeśli jego słowa są prawdą, to oznacza, że... ktoś pomógł matematykowi odejść z tego świata. W przerażeniu przykładam dłoń do ust i na chwilę tracę oddech.

Przypominam sobie moją ostatnią rozmowę z Krystyną. Ona także uważała, że nauczyciel zmienił się pod koniec życia, że rozpierała go energia i za przykład podała właśnie zakochanie się!

To może być interesujący trop. Rozmyślam nad tym jeszcze chwilę.

Nagle przerywa mi sygnał telefonu.

Moje serce przyspiesza, tym razem w radosnym tempie, bo dzwoni Arek.

- Cześć, piękna! - Jego głos jest miły i ciepły, otula mnie niczym pluszowy kocyk w najzimniejszą noc.

- Cześć - odpowiadam radośnie. - Jak zawody? Udały się?

Jeśli dla mnie ten dzień był nieco luźniejszy, do dla Arka wręcz przeciwnie. Z tymi całymi zawodami miał mnóstwo roboty i wszystko odbywało się na jego terenie, czyli na sali gimnastycznej. Zapewne musiał mieć oczy dookoła głowy, więc tym bardziej nie wciągałam go w nasze śledztwo i ostatnio sama się nim zajęłam, ale jak dotąd raczej z marnym skutkiem.

- Tak, wszystko wyszło idealnie, a dzieciaki miały mnóstwo śmiechu i zabawy. Zawody wygrała piąta A, ale na szczęście rada rodziców stanęła na wysokości zadania i kupiła prezenty nie tylko dla wygranych. Każdy dostał drobny upominek.

- To świetna wiadomość, ale podejrzewam, że to tylko będzie przyczynkiem do kolejnej awantury z Kowalskim na czele.

- Trudno, jestem gotów się z nim zmierzyć. Skoro taka niewinna i dobra istota jak ty potrafiła go nieco poskromić, to tym bardziej taki rosły facet jak ja powinien dać sobie radę. Poza tym, z tego, co wiem, to rozmowy z nim nie trwają długo, bo gość zawsze spieszy się na... spotkanie z klientem.

- Spotkanie z klientem - mówię w tym samym czasie co on, po czym wybuchamy śmiechem.

Rozmowa z Arkiem poprawia mi humor, ale postanawiam podzielić się z nim moim małym, acz haniebnym czynem. Opowiadam mu o liście do Julii, a przede wszystkim o wykradnięciu materiałów z biblioteki.

- No wiesz... Nie podejrzewałem cię o takie rzeczy... - Słyszę, ale wiem, że w jego głosie nie ma nagany, raczej nutka zaintrygowania.

- Ja siebie też, aczkolwiek nie miałam innego wyjścia. Boję się, że Irenka z Lucynką zaczną krzywo na mnie patrzeć. Ilekroć się tam pojawiam, natrafiam na te dwie panie.

- Nic dziwnego, są w podobnym wieku, to się przyjaźnią.

- Wiem, ale jakoś tak niezręcznie się czuję.

- Znalazłaś coś ciekawego?

- Na razie niewiele, niemniej jest coś, co przykuło moją uwagę.

Opowiadam mu pokrótce o słowach syna Bogdana, które potwierdzają teorię Krystyny.

- To może omówimy to wspólnie na kolacji? - proponuje.

Nie wiem, czy faktycznie zależy mu na naszym śledztwie, czy raczej na rodzącym się między nami uczuciu, a kolacja jest jedynie pretekstem do tego, by spędzić ze mną czas. Mimo to wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Umawiamy się na kolejny wieczór.

*

Następnego poranka w drodze do pracy wrzucam do skrzynki list do Julii z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Mijam także panią Kiełbaskową z jej nieodłącznym atrybutem, którym jest wózek, ale tym razem towarzyszy jej ktoś jeszcze. Elegancka i przyjaźnie wyglądająca kobieta. Może opieka społeczna wreszcie zainteresowała się tą biedną staruszką?

Mijając je, kiwam głową i rzucam zdawkowe dzień dobry, ponieważ nie wiem, czy po mojej ostatniej wizycie i wtargnięciu do pokoju dziecięcego Kiełbaskowa znowu nie ruszy do ataku i nie zacznie wydzierać się na całą okolicę, ale nic takiego się nie dzieje. Widocznie już o tym zapomniała i pogrążyła się we własnych dramatach, które przeżywa każdego dnia.

Moje myśli przez cały dzień biegną w stronę wieczoru i kolacji, na którą zaprosił mnie Arek. Przez to w ogóle nie umiem skupić się na zajęciach i przynajmniej na chwilę zapominam o tym, by mieć oko na każdego pracownika szkoły.

- Pani Malwino! Dobrze, że panią złapałam. Czy Ola już pani mówiła?

Pani dyrektor zaczepia mnie na korytarzu, a ja przypominam sobie, że ona również jest w kręgu moich podejrzanych. Dyrektorka, która po śmierci dwóch nauczycieli nadal dzielnie trwa na swoim stanowisku i nie zamierza z niego odejść, choć sprawia wrażenie smutnej, zmęczonej i przygarbionej.

Może to tylko pozory?

- O czym? - Nie mam pojęcia, co chce mi przekazać.

- Rozmawiałam z rodzicami Poli z waszej klasy. Niebawem wpłynie orzeczenie w jej sprawie. Prawdopodobnie również zostanie wyznaczony jej nauczyciel wspomagający. To oznacza dla pani więcej pracy.

- Rozumiem. To dobrze, że rodzice wreszcie się zabrali do tego, by jej pomóc. I bez orzeczenia pracujemy z nią indywidualnie na tyle, na ile to jest możliwe.

- Doskonale! - Klaszcze. - Bardzo to doceniam. Ja tylko chciałam poinformować.

- Jasne, będę miała to na uwadze.

Pani dyrektor oddala się, wciąż przygarbiona, jakby przytłumiona nadmiarem obowiązków. Albo poczucia winy. Kto to może wiedzieć? Odprowadzam ją wzrokiem, a po moich plecach przechodzi dreszcz niepokoju.

Dzisiaj jednak postanawiam się tym w ogóle nie przejmować, bo muszę skupić się wreszcie na sobie. Planuję iść za radą dziadka, któremu chyba bardziej ode mnie zależało na tym, bym zrobiła coś dla siebie i zaczęła się doceniać. Małe przyjemności to coś, co powinno stać się moim mottem. Przynajmniej od czasu do czasu.

W domu wykonuję staranny makijaż, upinam włosy, męcząc się przy tym kilkukrotnie, bo trudno je okiełznać, a ja raczej nie jestem mistrzynią fryzjerstwa. Na szczęście nie mam problemu z wyborem stroju, bo po latach pracy w agencji moja szafa pęka w szwach od nadmiaru garsonek, marynarek, ale również pięknych, zwiewnych sukienek wkładanych na różne okazje. Dzisiaj jedna z nich będzie miała swoje pięć minut.

Przekraczam próg restauracji, do której zaprosił mnie Arek, i wreszcie po raz pierwszy od wielu, wielu lat czuję się piękna. Dobrze mi ze sobą, choć mam świadomość, że mojej sylwetce daleko jest do ideału. Nie przejmuję się tym jednak, ponieważ mojemu towarzyszowi zdaje się to w ogóle nie przeszkadzać.

Obdarza mnie czarującym uśmiechem i teatralnie składa na mojej dłoni pocałunek, a potem jak dżentelmen odsuwa mi krzesło i podaje menu.

Czuję się jak jakaś księżniczka, a to przecież dopiero początek naszej kolacji. Cieszy mnie, że pomimo tej atencji nie próbuje mnie kontrolować i daje mi swobodę w wyborze potraw. Moi wcześniejszy partnerzy zawsze robili to za mnie, zapewne w obawie o to, że mój wybór padnie na jakieś kaloryczne danie, po którym jeszcze bardziej utyję.

Przez chwilę obserwuję go dyskretnie zza karty dań i czuję miłe łaskotanie w okolicach brzucha. Jestem w eleganckiej restauracji na kolacji z przystojnym mężczyzną, który prezentuje się doskonale.

Na dzisiejszy wieczór włożył granatową koszulę opinającą jego umięśnione ciało, do tego zaprasowane w kant szare spodnie i pasującą do całości marynarkę. Ten strój podkreśla głębię jego niebieskich oczu oraz blond włosy, które delikatnie opadają mu na powieki, dodając nutki tajemniczości.

Tym bardziej cieszę się, że zdecydowałam się na sukienkę w podobnym odcieniu, z wszytym paskiem ozdobionym perłami, i wysokie szpilki, które dodają mi trochę centymetrów oraz pewności siebie. Kolorystycznie idealnie do siebie pasujemy.

Arek wybiera krwistego steka z dodatkiem sałaty, jak na mężczyznę przystało, ja carbonarę, bo uwielbiam makaron i wiem, że przed Arkiem nie muszę tego ukrywać. Mogę zjeść to, na co mam ochotę, a dla makaronu z sosem - o ile nie jest na słodko - potrafiłabym zabić, choć w obecnych okolicznościach to chyba nie najlepsze stwierdzenie.

Do picia Arek proponuje wino, na co z ochotą przystaję, bo akurat nie znam się na tym alkoholu, więc zdaję się na mojego towarzysza. I to jest bardzo dobra decyzja, bo już po chwili obydwoje raczymy się kieliszkiem pysznego trunku, który łaskocze podniebienie, wprawiając mnie w jeszcze weselszy nastrój.

- To mówisz, że Bogdan przed śmiercią był zakochany?

Arek otwiera naszą rozmowę, decydując się na neutralny temat, który od początku nas łączy.

- Tak, to coś nowego w naszej sprawie, więc myślę, że warto się temu bliżej przyjrzeć. Wiesz coś więcej? W kim mógł się zakochać?

- Nie mam pojęcia. Rozpocząłem pracę w szkole kilka lat później. Nikt już wtedy nie wspominał o tej tragedii, a jak pytałem, to zostawałem spławiany.

- Nawet mnie to nie dziwi. Nikt nie chciał wracać do bolesnej przeszłości.

- No tak. A nadal na pierwszym miejscu listy podejrzanych znajduje się Wojtek?

- Jak dla mnie to numer jeden. Poza tym często przesiaduje w szkole po godzinach pracy, więc w dniu śmierci Niny również mógł tak zrobić.

- W sumie... może i tak. Czyli teraz bardziej przyglądamy się właśnie jemu - oznajmia Arek, jakby zgadzając się z moim stwierdzeniem.

- A ty kogo masz na pierwszym miejscu listy? - pytam, bo niby miało być to nasze wspólne śledztwo, ale jakoś tak nie czuję, aby mój partner in crime wysuwał się na prowadzenie.

- Sam nie wiem. Może to wcale nie był taki dobry pomysł, aby bawić się w tego Ducha Szkoły?

- Już w niego nie wierzysz?

- Wierzę, ale skoro po upływie tylu miesięcy nic się nie zadziało... - Arek bezwiednie rozkłada ręce - to może lepiej dać sobie z tym spokój i zająć się innymi sprawami?

- Na przykład jakimi?

- Naszymi - mówi, po czym patrząc mi głęboko w oczy, delikatnie pieści moją dłoń.

Zupełnie zatracam się w tym doznaniu i zapominam o całym przeklętym śledztwie. Może i Wojtek jest winny, ale nie mamy na to jednoznacznych dowodów. Nic nie zdziałamy. Trochę mi głupio, bo obiecałam Aldonie i sobie, że się tym zajmę, ale bez twardych dowodów niczego nie udowodnię. Żal mi również Julii, która zapewne niesłusznie przebywa za kratami, osądzona i skazana na społeczne potępienie od samego początku.

Dziwi mnie jednak zachowanie Arka. Najpierw tak usilnie szukał tropów, przyglądał się każdemu z podejrzliwością, nawet mnie w to wszystko wciągnął, a teraz się wycofuje. Tak nagle.

Może się przestraszył? Może czegoś się obawia? Ale czego?

Co ciekawe, to ja wpadam w różne pułapki i na nowe tropy, a kiedy to wszystko się dzieje, jego nie ma obok mnie. Jestem zupełnie sama, a jedyną osobą, która pojawia się nieoczekiwanie, jest Wojtek, któremu z wiadomych przyczyn nie mogę zaufać.

Rozmowa między nami toczy się naturalnie i przebiega w miłej atmosferze. Jestem szczęśliwa, bo spotkałam bratnią duszę, mężczyznę, na którym mogę polegać i z którym łączą mnie coraz bliższe relacje i nadzwyczaj ciepłe uczucia.

Może powinnam podejść do całej sprawy tak jak Arek? Co będzie, to będzie, a my powinniśmy brać to, co daje nam los, i skupić się na sobie i rozwijaniu tego, co się między nami dzieje?

Wpatruję się w niego jak zakochana nastolatka i już wiem, co czuł Bogdan Król, zanim opuścił ten świat. Wraz z tą myślą zamieram, a moje ciało przeszywa chłód, aż wzdrygam się z niesmakiem.

- Zimno ci? - Mój towarzysz jest czujny i zauważa zmianę, jaka we mnie zaszła.

- Nie - odpowiadam. - Może trochę.

- Zamówimy jeszcze herbatę? Mają tu twoją ulubioną, cynamonową. Sprawdziłem przed zrobieniem rezerwacji.

- Tak, poproszę. To miłe z twojej strony.

Doceniam wysiłki Arka, który zabiega o moje względy.

Nagle jednak pojawiła się w mojej głowie uporczywa myśl, która nie daje mi spokoju. Bogdan Król zakochał się przed śmiercią i nie skończyło się to dla niego dobrze. Nina otworzyła się na relację z drugim człowiekiem i również została zamordowana.

A teraz ja... Jestem zauroczona Arkiem, lada moment to uczucie rozpali się we mnie na dobre i też będę zakochana po uszy. Jakie to będzie miało konsekwencje dla mnie? Czy też skończę tragicznie? A właściwie dlaczego wuefista tak nagle odpuszcza? Tylko ze względu na mnie? Chce się skupić na nas, zamiast ścigać Ducha Szkoły?

A może... O matko! Może to on za tym wszystkim stoi? Zaraz, zaraz, muszę sobie to wszystko poukładać, a fakt, że spędzający ze mną ten wieczór przystojniak oddala się na chwilę w stronę toalety, zapewniając, że po drodze zamówi dla nas deser, daje mi kilka minut spokoju.

Jeżeli Bogdan się zakochał, to wcale nie znaczy, że ktoś go zamordował. Ta miłość mogła finalnie okazać się nieszczęśliwą i jednak matematyk popełnił samobójstwo. Arek nie miałby w tym udziału, zwłaszcza że jeszcze nie pracował w szkole.

Ale Nina...? Nina była zakochana w tacie Natalii, Jarku. Tworzyli dobraną parę i nic nie wskazywało na to, że ktoś miałby stanąć na drodze ich miłości. Arek już wtedy pracował w szkole, właściwie kadra była taka sama jak obecnie, jedynie Aldona zdecydowała się odejść z pracy, ale to w jej przypadku nie jest czymś, co wzbudzałoby powszechny niepokój. A skoro Nina tak bardzo przypominała mnie, to może Arek ją również obdarzył uczuciem? Nie umiał pozbyć się rywala stojącego na drodze do jej serca, więc... pozbył się jej!

O Boże! A ja tu siedzę z nim sam na sam... Ta jego teoria o Duchu Szkoły... może to taka przykrywka, by odsunąć od siebie podejrzenia? Może specjalnie rozpowiada o niej wszem wobec, aż pozostali nauczyciele mają jej dosyć? Tylko ja, naiwna, dałam się wciągnąć w tę całą pokręconą historię. A zaraz mogę skończyć tak samo jak moja poprzedniczka. Zwłaszcza że Arek nie jest już taki chętny do rozwikłania zagadki, tym bardziej teraz, kiedy sama się w to mocno zaangażowałam.

- Proszę bardzo. Herbata cynamonowa i brownie. - Kelner stawia przede mną zamówiony deser.

Gdy tylko do moich nozdrzy dociera słodki zapach, czuję, jak robi mi się niedobrze. Ubóstwiam słodycze, ale dzisiaj wyjątkowo nie dam rady nawet ich tknąć. Obleciał mnie strach, bo uświadomiłam sobie, że wpadłam w pułapkę, którą zastawił na mnie mój kompan w prowadzonym dochodzeniu. Czy taki był jego pierwotny zamiar? Zainteresować mnie opowieścią o niewinności Julii, rozbudzić wyobraźnię, potem rozkochać, zdobyć zaufanie i... jaki będzie następny krok? Zabić!

- I jak tam? Nie jesz? Byłem pewien, że lubisz brownie. - Arek wraca z toalety i nerwowo drapie się po karku.

Czym się tak denerwuje? Ma wobec mnie jakieś zamiary na ten wieczór? Zaplanował już mój koniec?

- Chyba najadłam się makaronem. Przepraszam, ale nie dam rady wcisnąć już nic więcej.

- Rozumiem, ja chętnie zjem, jeśli nie masz nic przeciwko.

- Jasne, na zdrowie. - Przesuwam talerz w jego stronę i obserwuję, jak pożera ciasto, nie odrywając przy tym ode mnie wzroku.

Znów czuję, jak oblepia mnie strach.

- Dziękuję za miły wieczór. - Podnoszę się z krzesła, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu, gdzie poczuję się odrobinę bezpieczniej.

- Poczekaj, odwiozę cię do domu. Przecież nie pozwolę, żebyś wracała sama po nocy. Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało. - Arek zatrzymuje mnie silnym uściskiem, który wtapia się w moje ramię, i już nie daje kojącego ciepła, a boleśnie zaznacza swoją obecność.

- Ale piłeś wino - przypominam, szukając drogi ucieczki.

- Głuptasie, zamówię taksówkę - odpowiada, a ja natychmiast się pocę.

Po kilku minutach wsiadamy do podjeżdżającego samochodu i zmierzamy w kierunku mojego domu. Przez całą drogę nerwowo przebieram palcami i wymiguję się od rozmowy, tłumacząc, że jestem potwornie zmęczona. Gdy dojeżdżamy na miejsce, wysiadam, jakby się co najmniej paliło, ale orientuję się, że za mną pojawia się Arek. Taksówkarz oddala się z piskiem opon i znów jesteśmy zupełnie sami.

- Jeszcze raz dziękuję za miły wieczór. - Próbuję się pożegnać i pójść do siebie, ale on mi nie pozwala.

Przyciąga mnie do siebie i namiętnie całuje, przez co tracę rozum i na kilka sekund czuję pulsowanie krwi płynącej prosto do mojego serca, które coraz mocniej tłucze się w piersi. On nie jest mi obojętny i dobrze o tym wie, ale nie mogę dać się ponieść emocjom. Muszę być czujna i tym razem iść za głosem rozumu.

- Do zobaczenia! Teraz możesz iść, ale gdybyś nie była tak zmęczona...

Urywa, a ja domyślam się, że chętnie wszedłby do środka i być może został do rana. Trochę się boję, że jednak zmieni zdanie i właśnie tak zrobi, ale on macha mi i odchodzi jak gdyby nigdy nic, pozostawiając mnie z bijącym sercem, feerią wielobarwnych uczuć oraz głową pełną sprzecznych i splątanych myśli.

Rozdział 24

Nina

Wcześniej...

To niewiarygodne, jak rozpiera mnie energia. Cieszę się, że wreszcie otworzyłam się na ludzi, na drugą osobę. Początkowo dość sceptycznie podchodziłam do Jarka, ale teraz pozbyłam się wszelkich wątpliwości. Mamy szansę zbudować szczęśliwy związek oparty na solidnych fundamentach. W dodatku otrzymałam jeszcze kogoś. Natalka jest dla mnie jak córka i wspólnie możemy stworzyć rodzinę, o jakiej zawsze marzyłam. Utwierdziłam się w tym przekonaniu po wakacjach, na które pojechaliśmy razem.

Jeszcze tylko żeby Julka wyszła na prostą i będzie dobrze. Opuszcza więzienie już jutro, więc dzisiejszy wieczór spędzam w szkole, by maksymalnie przygotować się na najbliższy czas.

Lubię tę ciszę i spokój, kiedy te stare mury pustoszeją. Jakby śmiech dzieciaków i hałas niosący się w ciągu dnia na korytarzach zamierał gdzieś w ścianach, by z kolejnym dniem rozbrzmieć z nową siłą.

Zamykam się w sekretariacie, bo tutaj nikt nie będzie mi przeszkadzał. Te pomieszczenia są sprzątane jako pierwsze, ponieważ pani Ela ma stałe godziny pracy i po piętnastej nigdy jej już tutaj nie ma. A dzięki temu mogę popracować i przygotować się na zajęcia. Nie przeszkadzam też paniom sprzątającym, bo one mają do ogarnięcia pozostałe klasy. I wszyscy są zadowoleni.

Włączam komputer i z czeluści ogromnej torby wyjmuję mój magiczny notes. Zapisuję w nim wszelkie pomysły, zabawy, zadania. Jest to bardzo pomocne narzędzie, bo takie momenty oświecenia przychodzą o różnych porach, a kiedy od razu zapiszę te myśli, to później, gdy mam na to czas, mogę je skrupulatnie opracować. A moi uczniowie, którzy znajdują się w spektrum, potrzebują zupełnie innego podejścia do danego tematu i zwyczajne wytłumaczenie im, co mają robić, nie przynosi pożądanego efektu. Im trzeba poświęcić więcej czasu i uwagi, wytłumaczyć kilkukrotnie, jakie zadanie mają do wykonania, i te, które wynajduję w wolnych chwilach, są bezcenne w mojej nauczycielskiej pracy.

Szum włączającego się sprzętu koi moje nerwy, a z oddali dobiega do mnie również dźwięk radia, które nieodłącznie towarzyszy pani Lucynie podczas sprzątania. Pomimo późnej pory nie jestem tu sama. Oprócz Lucyny i jej koleżanek po fachu są jeszcze Wojtek, zaciekle dłubiący kolejną figurkę w drewnie, oraz pani Irena, która nowy rok szkolny rozpoczęła od ustawiania książek na półkach według innego klucza. Widziałam ją pogrążoną w rozmowie z Krystyną na temat listy lektury szkolnych. Tak że niby spokojnie i uczniów nie ma, ale nauczyciele i pracownicy wciąż się tutaj kręcą.

Otwieram notatnik i zapisuję parę rzeczy, klikam myszką i w odmętach Internetu wyszukuję zabawy, którym muszę się uważnie przyjrzeć. Następnie drukuję kilka kart pracy, ziewając przy tym przeciągle.

Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się tak późno.

Aby nieco rozciągnąć zastane mięśnie i dać oczom odpocząć od ekranu, przeciągam się i pod­chodzę do okna. Podciągam roletę, by poobserwować uliczny zgiełk, ale natychmiast odskakuję przestraszona. Tuż za szybą stoi pani Kiełbaskowa. Niemiłosiernie mnie przestraszyła. Wiem, że kręci się tu w okolicy, spacerując z wózkiem, i na nikim już ten widok nie robi wrażenia, ale to nieoczekiwane spotkanie z nią twarzą w twarz spowodowało, że przebiegł mi po plecach dreszcz niepokoju. Poza nią niczego nie widać, bo zrobiło się już dość ciemno.

Macham jej nieśmiało, by nie pomyślała, że nie jestem jej życzliwa, ale tak naprawdę to mi jej trochę szkoda. Żyje sama, snując się dzień w dzień w sąsiedztwie. Nie ma żadnej bliskiej rodziny czy kogoś, komu zależałoby na jej losie. Nic dziwnego, że z zaciekawieniem podchodzi do szkoły i w ten sposób chce zabić ciągnący się czas.

Kobieta po chwili odchodzi od okna, ale widzę, że zagląda w kolejne.

Nikogo tu o tej porze nie spotka, chyba zostałam tylko ja. Nie słyszę już nawet muzyki ani kroków w oddali, więc pewnie reszta poszła już do domów.

Siadam ponownie do biurka, bo chcę jeszcze sprawdzić jedno zadanie. Obiecuję sobie, że to już ostatnie, a potem sama wrócę do domu i myśli o Jarku i Natalii. Jestem jednak już dość mocno zmęczona, więc długopis wypada mi z ręki i toczy się po podłodze, by wylądować gdzieś pod komodą. Klnę w myślach, ale wiem, że muszę się schylić i wyłowić go z kłębów kurzu.

Biorę telefon, by sobie poświecić i sprawdzić jego położenie, ale wtedy słyszę za sobą jakiś szelest. Jestem w bardzo niewygodnej pozycji, bo schylona i sprowadzona do parteru, więc tym trudniej mi się odwrócić. Z jednej strony chcę to zrobić, by zlokalizować źródło hałasu, ale z drugiej jednak trochę się boję.

Dotąd nigdy nic mnie nie zaniepokoiło, kiedy spędzałam w szkole samotne wieczory lub wczesne poranki, ale teraz czuję się co najmniej przestraszona. Oprócz szelestu słyszę również nieokreślony ruch i przesuwanie jakiegoś przedmiotu po biurku. Ryzykuję i odwracam się, czując, jak kamień spada mi z serca. Przecież doskonale znam tę osobę! I nie muszę się jej obawiać.

- Uf... Ale się wystraszyłam! Byłam przekonana, że nikogo już tu nie ma.

- No widzisz, a jednak jestem jeszcze ja.

- Też dużo pracy?

- Można tak powiedzieć. - Patrzy na mnie jakoś tak tajemniczo i przenikliwie.

- Ja już prawie skończyłam, to może razem wrócimy do domu? - proponuję, pamiętając o zapadającym zmierzchu, a wiadomo, że razem zawsze raźniej.

- To akurat nie jest najlepszy pomysł.

- Słucham? - Nie rozumiem.

- Myślałaś, że pozostaniesz bezkarna? Że możesz zbudować swoje szczęście na czyimś nieszczęściu?

- Co takiego? O co tu chodzi?

- O co chodzi, o co chodzi... Niby taka wykształcona nauczycielka, a nie rozumie podstawowych prawd życiowych.

Patrzę niczego nierozumiejącym wzrokiem, bo nie spodziewałabym się po tej osobie takich słów i ataków.

- Moja droga, miłość jest jedna na całe życie i ja jestem tego dobrym przykładem, a jeśli uważasz, że możesz rozbić rodzinę, wejść sobie do niej ot tak, jakby nigdy nic, to się grubo mylisz! Nigdy na to nie pozwolę, rozumiesz?! Nigdy!

Zbliża się do mnie powoli z wyrazem wściekłości na twarzy, a w oczach ma ogniki, które ciskają błyskawice. Instynktownie cofam się z każdym kolejnym krokiem, który stawia, idąc w moją stronę, ale kiedy moje plecy natrafiają na parapet i boleśnie się w niego wciskają, już wiem, że nie mam możliwości ruchu. Jestem w pułapce.

- Nigdy! Nigdy! - Wciąż idzie, ciężko dysząc.

Dopiero teraz zauważam, że trzyma w dłoni jakiś przedmiot. To nim szurała po stole. To przycisk do papieru pani dyrektor. Jest nieduży, ale bardzo ciężki i można zadać nim cios, po którym nie wiem, czy będę w stanie się pozbierać. Odruchowo kulę się w sobie i wyciągam przed siebie ręce w obronnym geście, ale już wiem, że przegrałam, że to koniec.

Tak bardzo zaskoczyła mnie ta sytuacja, że nie umiem znaleźć rozwiązania ani drogi ucieczki. Zostałam osaczona i oszołomiona. Kiedy złowroga postać zbliża się do mnie na odległość kilku centymetrów, wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Podnosi rękę, bierze zamach, a potem... potem są już tylko ból i ciemność.

Pozbawiona sił z głośnym plaśnięciem opadam na podłogę. Jestem jednak jeszcze przytomna, ale czuję ciepło, które otula moją głowę. To prawdopodobnie wypływająca krew. Próbuję podnieść powieki, ale one są takie ciężkie... tak bardzo ciężkie...

Postać, a raczej potwór w ludzkiej skórze, który zadał mi ten śmiertelny cios, oddala się z uśmiechem na twarzy jak gdyby nigdy nic, pozostawiając mnie tu samą w powiększającej się kałuży krwi. Próbuję coś powiedzieć, ale z moich ust wydobywa się jedynie jakiś niezrozumiały charkot, po którym milknę. Nawet gdybym zdołała krzyczeć, nikt by mnie nie usłyszał. Szkoła jest pusta, nie licząc mojego oprawcy i mnie. Nikt mnie nie znajdzie, nikt mi nie pomoże, a ja czuję, jak z każdą kolejną chwilą opadam z sił.

Spoglądam jeszcze w okno, pragnąc ujrzeć cokolwiek. Nie chcę, by ostatnim, co zobaczyłam za życia, była osoba, która zgotowała mi ten los. Za oknem jednak wciąż jest ciemno, nie widać żadnych drzew czy ptaków. A szkoda. Może taki widok dałby mi jakieś pocieszenie w tym najtrudniejszym dla mnie czasie.

Patrzę w nieprzenikniony mrok i dostrzegam w nim znajomą twarz. To pani Kiełbaskowa znowu zagląda do środka. Czy widziała, co tu się przed momentem wydarzyło? Czy jest na tyle inteligentna, by zrozumieć sytuację i wezwać pomoc? Nie jestem tego taka pewna, ale jeśli ktokolwiek coś widział, to tylko ona. W niej moja ostatnia nadzieja.

W tej chwili żałuję, że nie wyciągnęłam do niej pomocnej dłoni, kiedy jeszcze mogłam. Teraz to się na mnie zemści. Jestem tu sama i ona mi nie pomoże. Nie jest w stanie, nie wie, nie umie, nie ma pojęcia, jak się zachować. Gdybym spróbowała polepszyć jej los, może i mój dałoby się jeszcze odratować? A teraz? Teraz wszystko stracone.

Moje powieki niemal z wdzięcznością spokojnie opadają, a pod nimi rysują się obrazy najpiękniejszych chwil, jakie przeżyłam w ostatnim czasie. Przed oczami mam Jarka, jego pełne miłości spojrzenie, którym mnie obdarzał, Natalkę, jej dziecięcą radość i beztroskę.

I wreszcie Julię - na myśl o niej czuję ucisk w sercu. Jutro miała wyjść i rozpocząć nowe życie, a ja miałam jej w tym pomóc. Tylko że już wszystko stracone. Byłam jedyną osobą, na którą mogła liczyć, a teraz zabraknie i mnie. Zostanie całkiem sama, przez co znowu może wpaść w nieodpowiednie towarzystwo i zaprzepaścić całą resztę swojego życia.

Siłą woli po raz ostatni otwieram powieki, ale nie wiem, czy robię to naprawdę, czy tylko to mi się śni. Widzę, jak pani Kiełbaskowa się oddala, jej twarz znika z mojego pola widzenia.

Czy wezwie pomoc? A może już o mnie zapomniała i powróciła do własnych demonów? Już się tego nie dowiem.

To koniec. Na te ostatnie kilka sekund przed oczami wiruje mi feeria barw, przeróżnych emocji, widzę całe moje życie.

Wspominam moją siostrę, niedoszłą rodzinę, którą planowaliśmy założyć z Jarkiem, oraz moją najlepszą przyjaciółkę Aldonę. Jest mi przykro, że z dnia na dzień to wszystko stracę, jest mi żal bliskich, którzy będę cierpieć po mojej śmierci, ale już dłużej nie dam rady. Jestem tak zmęczona, jak jeszcze nigdy w życiu nie byłam.

Co ciekawe, nie czuję bólu, ale błogość. Moje ciało poddaje się temu błogiemu uczuciu i robi się coraz cięższe, jakby coś próbowało ciągnąć mnie w dół. Zamykam oczy, których już nie otworzę, czuję, jak moje serce bije ostatkiem sił, ale jakby wolniej, z każdym kolejnym uderzeniem wolniej, aż wreszcie całkowicie przestaje, a ja zasypiam na zawsze.

Rozdział 25

Budzę się rano zlana potem. Całą noc dręczyły mnie koszmary z Arkiem w roli głównej. Po wczorajszej randce mam mętlik w głowie i zupełnie nie wiem, co o tym myśleć. Jeśli to nie Julia zabiła Ninę, to do mojej koncepcji pasował tylko Wojtek, który w dodatku zaczął się pojawiać pod moim domem, co nie stawia go w dobrym świetle. Potem doszły jeszcze podejrzenia w kierunku kilku innych pracowników szkoły, lecz to on idealnie wpasowuje się w profil mordercy. Ale teraz... Nagle zaczęła się do mnie dobijać jeszcze jedna teoria, w której to Arek jest winny. Muszę się uspokoić i spróbować nabrać do tego dystansu.

Zwlekam się z łóżka, chociaż ani trochę nie czuję się wypoczęta.

Zerkam na telefon, jest dziesięć po siódmej. Jest także wiadomość od Arka, który pisze, że spędził ze mną wspaniały wieczór, i pyta o moje samopoczucie. Odpisywanie mu spycham na dalszy plan, zwłaszcza że nie wiem, co powinnam o nim myśleć.

Biorę szybki prysznic, wkładam pierwszy z brzegu sweter i czarne jeansy, rezygnuję przy tym z makijażu.

Nie prezentuję się najlepiej, ale nie mam siły dzisiaj o siebie zadbać. O ile jeszcze wczoraj rozpierała mnie energia i z chęcią udoskonalałam swój wygląd, o tyle dzisiaj jest mi wszystko jedno.

Szerokim łukiem omijam okolice sali gimnastycznej, czyli miejsca, w którym mogę spotkać wuefistę. Nawet nie mam potrzeby zaglądania do pokoju nauczycielskiego, gdzie również mógłby się kręcić. Chcę maksymalnie skupić się na pracy i dzieciach. Wspinając się po schodach, mijam panią Lucynkę, która zatrzymuje mnie, widząc moje zbolałe spojrzenie.

- Dzień dobry, ale dla pani chyba nie najlepszy? - pyta, przypatrując mi się uporczywie.

- Dzień dobry. Faktycznie, miałam trudną noc - przyznaję.

- Coś się stało? Może mogę jakoś pomóc? - Jej twarz jest rozpromieniona, jakby czerpała radość z mojego cierpienia, ale może tylko tak mi się wydaje. Od wczoraj mam zaburzony obraz rzeczywistości.

- Nie, dziękuję. Jakoś sobie poradzę - mówię, pozostawiając ją między piętrami, a sama wchodzę wyżej, kierując się w stronę klasy.

Lucyna odprowadza mnie wzrokiem, aż zniknę na górze, przez co czuję się trochę nieswojo. To odczucie prawdopodobnie zostanie ze mną na cały dzień.

Wychodząc ze szkoły, dziękuję w duchu, że uniknęłam spotkania z Arkiem gdzieś na korytarzu, ale gdy tylko mijam bramę, ktoś mnie zatrzymuje.

- Malwina! - krzyczy, a ja się odwracam.

- Aldona? Co ty tutaj robisz? - Jest chyba ostatnią osobą, którą spodziewałabym się spotkać. - Skąd wiedziałaś, kiedy kończę?

- Nie wiedziałam. Stoję tu od jakiegoś czasu.

- I nie weszłaś do środka chociażby po to, aby się ogrzać? Stać pośród tego śniegu to musiał być nie lada wyczyn.

- Jakoś nie mogę się przemóc, by przekroczyć próg tej szkoły.

- Ale czemu na mnie czekałaś? Coś się stało? - dopytuję się.

- Wiesz co, za rogiem jest w miarę sensowna kawiarnia. Może pójdziemy tam i porozmawiamy? Nie ukrywam, że chętnie napiłabym się czegoś ciepłego.

- Jasne.

Obydwie ruszamy w milczeniu. Jestem zaintrygowana tą wizytą przyjaciółki Niny. Aldona jak zawsze jest elegancko i gustownie ubrana. Ma długi brązowy płaszcz, do tego pasujący kolorystycznie beret z antenką oraz piękną skórzaną torebkę. Jej włosy opadają kaskadami na plecy, a całość uzupełnia czerwona szminka, która kontrastuje z blond kosmykami, czyniąc z niej interesującą i tajemniczą kobietę. Przy niej czuję się trochę jak szara myszka, zwłaszcza że zrezygnowałam dzisiaj z makijażu.

Docieramy do wspomnianej kawiarni i siadamy w jej najdalszym kącie. Jest tu nawet przytulnie.

Aldona zamawia kawę z syropem karmelowym, a ja herbatę brzoskwiniową. Niestety, w menu nie mają cynamonowej. Nerwowo tupię pod stołem, bo nie mam pojęcia, w jakim celu zostałam tu zaproszona.

- To powiesz mi wreszcie, co skłoniło cię, by wyjść z domu i dotrzeć aż do szkoły, by mnie złapać?

- Bez przesady. Od jakiegoś czasu zaczęłam już wychodzić do ludzi. Nie jest ze mną aż tak źle, ale masz rację. Ten dzień to coś w rodzaju aktu odwagi z mojej strony, bo od śmierci Niny omijałam tę okolicę szerokim łukiem.

Kelnerka przynosi nasze zamówienie, więc Aldona milknie, ale po chwili kontynuuje:

- Byłam ciekawa, czy wraz z Arkiem doszliście do czegoś... interesującego.

- Mogłaś zadzwonić, nie musiałaś od razu jechać przez pół miasta - mówię, bo wydaje mi się to podejrzane.

Od wczoraj chyba stałam się dużo bardziej podejrzliwa, niż byłam wcześniej.

- Mogłam, ale od adwokata wiem, że Julia nie jest w najlepszej formie.

- Nic dziwnego, na jej miejscu raczej nikt nie byłby w najlepszej formie.

- Jesteś dzisiaj wyjątkowo złośliwa - zauważa kąśliwie.

- Masz rację, przepraszam. Od wczoraj mam sieczkę w głowie i nie mam pojęcia, co dalej.

- A co takiego stało się wczoraj?

Opowiadam jej o mojej randce z Arkiem.

Z należytą atencją wspominam o miłości - uczuciu, które prawdopodobnie doprowadziło Bogdana do śmierci.

Ninę także.

W końcu kiedy otworzyła się na związek, zginęła. A teraz ja wpadłam w te sidła i boję się o to, co może mnie spotkać. Niby Wojtek najbardziej pasuje na mordercę, ale nie powinnam wykluczać też tych, którzy twierdzą, że są po mojej stronie.

- Chyba trochę przesadzasz. Za bardzo wkręciłaś się w tę historię. Arek nie wygląda mi na kogoś, kto mógłby coś zrobić mojej przyjaciółce. Poza tym nie miał motywu.

- A miłość? Czy przed śmiercią Nina nie wspominała ci o tym, że ją nagabywał, nachodził? Może z nią też chciał się umówić? Przecież była tak bardzo podobna do mnie.

- Owszem, była, ale budowała szczęście z Jarkiem. Na Arka nie zwracała uwagi, na pewno nie w takim kontekście, o jakim mówisz.

- No właśnie. Może on się zakochał, został przez nią odrzucony z wiadomych przyczyn i w odpowiedzi...

- Rzucił się na nią, zadając śmiertelny cios? - kończy za mnie zdanie.

- To wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, mógłby to zrobić bez wysiłku.

- No dobrze, przyjmijmy na moment twoją teorię - mówi, upijając łyk kawy. - Skoro tak, to po co wciągałby cię w te swoje poszukiwania Ducha Szkoły?

- Żeby odciągnąć moją uwagę od niego, żebym pozbyła się wszelkich podejrzeń co do niego i żeby mnie omotać, a potem... może skończyłabym podobnie.

- Cóż... cieszy mnie, że masz tak bujną wyobraźnię, ale według mnie jednak przesadzasz. Gdyby było tak, jak mówisz, Nina wspomniałaby mi o tym, że Arek ma wobec niej poważniejsze zamiary. Gwarantuję ci, że nic takiego nie miało miejsca.

- Jesteś pewna?

- Jestem. Arek darzył Ninę sympatią, ale to nic nadzwyczajnego. Wszyscy nauczyciele ją lubili i cenili. Nina już taka była, empatyczna, pomocna, w dodatku całkowicie oddana swojej pracy i wszyscy potrafili to docenić. Wiem także, że wśród tych osób jest ktoś, kto nie życzył jej dobrze, bo finalnie skończyło się, jak się skończyło. Myślałam, że dasz radę to jakoś odkryć. Przepraszam, nie powinnam była cię tym obarczać. Musisz żyć swoim życiem, a nie zajmować się cudzym, w dodatku brutalnie zakończonym kilka miesięcy temu.

Aldona spuszcza głowę i ukradkiem ociera łzy. Nawet w takiej sytuacji potrafi zachować elegancję i robi to nazbyt teatralnie. Jakby chciała pokazać, że cierpi, ale z drugiej strony jej oczy są ledwie mokre.

- Nie przepraszaj. Nie masz za co. Jako najlepsza przyjaciółka chciałaś jedynie dowiedzieć się, co się stało. To niż zdrożnego. Poza tym pomagasz Julii. A ja? Gdybym nie chciała, nie angażowałabym się w to całe śledztwo. Nie znałam Niny, ale naprawdę zależy mi na tym, by rozwikłać tę zagadkę. Choćby dla własnego spokoju. Przez całą tę sytuację nie potrafię poczuć się w pełni komfortowo w szkole. A przeniesienie się do innej niczego nie zmieni, bo sprawa wciąż nie zostanie rozwiązana. Będę kopać, kopać i kopać, aż dokopię się do prawdy, przynajmniej na tyle, na ile starczy mi sił i samozaparcia. I zrobię to z Arkiem lub bez niego, to nie ma znaczenia.

- Dziękuję ci. Wiesz... teraz tak mocno przypominasz mi Ninę. Ona też taka była, nie spoczęła dopóty, dopóki nie doprowadziła czegoś do końca. Bardzo mi tym imponowała. Mam coś dla ciebie. - Aldona sięga do torebki i wyciąga plik kartek, które podaje mi przez stół.

- Co to jest?

- Przeglądałam ostatnio jej rzeczy, te, które zabrałam po jej śmierci, i znalazłam jej notatki. Może teraz tobie się przydadzą.

- Nie chcesz ich zatrzymać?

- Ja do szkoły i do nauczania dzieci już nie wrócę, więc u mnie będą bezużyteczne. A do tłumaczeń raczej mi się nie przydadzą. Masz w sobie coś, co sprawia, że czuję, jakby moja przyjaciółka wciąż tu gdzieś była, i myślę, że chciałaby, byś ty przejęła jej notatki. Może twoi uczniowie na tym skorzystają?

- Dziękuję w takim razie. - Biorę te kartki z nabożną czcią, bo tak wypada, i przypominam sobie o notesie, który znalazłam w Komnacie Tajemnic, a który cały czas noszę przy sobie. - Ja też mam coś dla ciebie!

Podaję jej zaginiony i bezcenny zeszyt, a ona zamiera. Widzę, że próbuje coś powiedzieć, ale odebrało jej mowę.

- Jak... Gdzie go znalazłaś?

- W graciarni. Poszłam tam sprawdzić stoliki, postanowiłam trochę pogrzebać i on leżał na dnie jednego z worków pośród starych rzeczy. A potem zostałam tam zamknięta.

- Co takiego? - Aldona jest przerażona.

Opowiadam jej o tamtym feralnym wieczorze oraz uwolnieniu mnie przez Wojtka, co wprawia moją rozmówczynię w jeszcze większą konsternację.

- Może jednak powinnaś dać sobie z tym spokój? Po tym, co mówisz, wnioskuję, że morderca może czyhać również na ciebie.

- Tym bardziej nie odpuszczę! Widocznie jestem blisko, a sprawca czuje się zagrożony i dlatego to się stało. Tylko ostatnio mam wrażenie, że kręcę się w kółko i nie mogę dojść do niczego sensownego. Ale podskórnie czuję, że niedługo wszyscy dowiemy się, co wydarzyło się tej tragicznej nocy w październiku.

- A jeśli nie?

- Nie spocznę, póki ta sprawa się nie wyjaśni. Chociaż dzisiaj mam milion myśli w głowie i każdy wydaje mi się mordercą, to może jak dam sobie kilka dni na załapanie oddechu i dystansu, wszystko samo się jakoś wyjaśni?

- Oby było tak, jak mówisz. Dziękuję ci za spotkanie i za to, że znalazłaś notes. Był dla Niny niezwykle cenny - mówi, oddając mi go.

- Nie chcesz go zatrzymać? - dziwię się.

- Nie. To znaczy ma dla mnie sentymentalne znaczenie, ale myślę, że to ty powinnaś go mieć. Może dzięki jej notatkom, z których niby nic nie wynika, uda ci się wyczytać coś więcej?

- Dobrze, spróbuję mu się jeszcze przyjrzeć.

Wychodzę na mroźne lutowe powietrze, które błyskawicznie powoduje, że jest mi przeraźliwie zimno, choć dopiero co opuściłam ciepłą kawiarnię.

Aldona przytula mnie na pożegnanie, a ja czuję, że pragnie znaleźć we mnie resztki utraconej przyjaciółki. Poddaję się temu uściskowi, bo nie chcę robić jej przykrości. Dość już wycierpiała, ale nie zmienia to faktu, że nie jestem Niną. Poza fizycznym podobieństwem i wykonywaniem tego samego zawodu nic nas nie łączy. Chyba. Chcę tak myśleć. Jestem Malwina, nie Nina i niech tak pozostanie.

By wrócić do domu, muszę ponownie przejść obok szkoły. Wciąż jednak żywię nadzieję, że nie spotkam przy niej Arka. Nie poukładałam sobie jeszcze tego wszystkiego w głowie, nie odpisałam mu też na poranną wiadomość. Muszę dać sobie więcej czasu.

Może Aldona ma rację co do niego? Może za bardzo się nakręcam i Arek jest całkowicie niewinny? Może Wojtek również, a mordercą jest ktoś zupełnie inny? Chociaż akurat on doskonale wpisuje się w tę niewdzięczną rolę.

Z oddali widzę, jak mury szkoły opuszczają dwie znajome postaci pogrążone w rozmowie, Lucynka i Irenka. To piękne, że przyjaźnią się od dawna, niczym Nina i Aldona, tylko kilkanaście, a raczej kilkadziesiąt lat później. Macham im z daleka, ale są tak zajęte sobą, że mnie nie zauważają. Oczywiście po drodze gubią żelki, ale zdają się tym w ogóle nie przejmować, tak mocno gestykulują i konwersują.

Uśmiecham się bezwiednie na ten widok, bo mieć taką przyjaciółkę to bezcenny dar. Sama chciałabym mieć kogoś, na kim mogłabym polegać zawsze i wszędzie. Do wczoraj myślałam, że Arek mógłby być taką osobą, ale teraz nie jestem już pewna. W pracy chyba nikt nie jest mi tak przychylny. Może poza Krystyną. Tylko że dzieli nas dość spora różnica wieku i polonistka prędzej dołączyłaby do tej pary, która właśnie wyszła ze szkoły, niż szukałaby wsparcia u mnie. Może jeszcze Ola, ale to typowa służbistka i pomimo że dobrze nam się razem pracuje, to poza pracą nie mamy wspólnych tematów.

Cóż... muszę to wszystko przemyśleć, a wiadomo, że na przemyślenia najlepsza jest herbata cynamonowa.

Rozdział 26

Wspomnienia...

Praca, którą tak lubiłam i w której dawałam z siebie wszystko, z dnia na dzień stała się przykrym obowiązkiem. Natykam się na niego niemal codziennie, chociaż staram się go unikać. Widzę, że on również nie pała do mnie specjalną sympatią. Może to i dobrze, tak jest zdecydowanie lepiej.

Miał wrócić do żony i córki i tak zrobił, ale okazało się, że nie cieszył się zbyt długo rodzinnym szczęściem. Obydwie odeszły z tego padołu łez. Powinno mi być smutno z tego powodu, ale nie jest. Sam sobie na to zasłużył i zgotował taki los. Gdyby od początku był szczery i z nią, i ze mną, do niczego strasznego by nie doszło. Innym jest go żal, ale mnie nie. To jego kara za grzechy, których dopuścił się w młodości.

Patrząc na niego, uświadamiam sobie, że dobrze się stało, iż Bóg postawił na mojej drodze Jakuba. Może nie była to płomienna miłość, ale pełna zrozumienia i wzajemnego szacunku, a dzięki temu przez lata małżeństwa nie zrobiłam nic głupiego. Cały czas zachowywałam zdrowy rozsądek, w przeciwieństwie do związku z tamtym, dla którego zupełnie straciłam głowę.

Im więcej czasu mija, od kiedy razem pracujemy, tym więcej nienawiści leje się do mojego serca. Czasami łapię się na myśleniu o tym, co takiego w nim widziałam? Jak mogłam go pokochać? I to taką szaleńczą miłością? Z perspektywy czasu wiem, że Jakub był dużo lepszym wyborem, doskonałą partią, i z tym większym sentymentem go wspominam. Częściej zachodzę na cmentarz, by pielęgnować pamięć o nim. Szkoda, że los nie dał nam więcej czasu, ale jest, jak jest.

On nie jest zbyt rozmowny, wręcz przeciwnie. Zamknął się w sobie i zrobił niesamowicie mrukliwy. To do niego niepodobne, ale co mnie to obchodzi. Wolę, żeby było tak, niżby miał ciągle za mną łazić. Właśnie, mam poważniejsze problemy niż zamartwianie się o dawną miłość, która wypaliła się, zgasła i zamieniła w nienawiść.

Teraz, na stare lata, komuś jeszcze zebrało się na amory. Czy on w ogóle jest poważny? W naszym wieku?! Żeby chodzić za kobietą i naprzykrzać się jej? Nie przystoi takiemu poważanemu w społeczeństwie człowiekowi. Próbowałam mu tłumaczyć, że nie, że nie jestem zainteresowana, że jestem pogrążoną w rozpaczy wdową i nie mam ochoty na jakieś miłostki, zwłaszcza w moim wieku. Ale to jego nagabywanie, słodkie słówka wypowiadane skrzekliwym głosem. Brr! Aż mnie przechodzi dreszcz obrzydzenia na samą myśl o nim.

Może wybierzemy się do kina? Może masz ochotę na coś słodkiego? Tuż za rogiem jest całkiem przyjemna cukiernia. Może dasz się zaprosić na kolację?

Ale najgorsze są chyba te jego komplementy, którymi stara się mnie oczarować, nie widząc, że tak naprawdę uzyskuje zupełnie odwrotny efekt.

Jak ślicznie dzisiaj wyglądasz! Ta bluzka podkreśla kolor twoich oczu. Nowa fryzura? Bardzo ci w niej do twarzy. Wyszczupla cię, chociaż dla mnie i tak masz doskonałą figurę. Pachniesz tak uwodzicielsko! Te perfumy przyprawiają mnie o zawrót głowy!

Nie umiem się od niego uwolnić. Nie wiem, co zrobić, aby dał mi wreszcie spokój. Wszelkie aluzje, a nawet odmowy wprost nie przynoszą skutku. Nie mam ochoty na spotykanie się z mężczyznami. Ślubowałam Jakubowi. Zawsze byłam i będę mu wierna.

Nie rozumiem, jak można mieć po kilku mężów czy związków? Wiem, że ludzie tak robią, ale oni chyba nie wiedzą, co czynią.

Moja mama również była wierna tacie, pomimo że ją zostawił i odszedł do innej. Nigdy mu nie wybaczyłam, że porzucił rodzinę. Ja tego nie zrobiłam i nawet teraz, po śmierci Jakuba, nie mam zamiaru jej porzucać. Wspomnienie o nim oraz opieka i miłość mojej Kasi to wszystko, czego potrzebuję, i zupełnie nie umiem pojąć, jak można układać sobie życie na nowo u boku kogoś innego. To jak zdrada! Zdrada samego siebie, bo nie jest się wiernym własnym uczuciom i przekonaniom.

Ten, któremu zachciało się amorów, tego nie rozumie. Już myślałam, że jakoś dam radę w pracy, mimo iż muszę pracować u boku dawnej miłości. Ale w obecnej sytuacji, kiedy jeszcze przypałętał się ten drugi, to nie wiem, czy wytrzymam. Czuję wzbierający we mnie gniew.

I to wszystko stało się akurat teraz, gdy poukładałam sobie relacje z tym pierwszym, o ile w ogóle można mówić o jakichkolwiek relacjach. Przez to, że ten drugi mężczyzna nachodzi mnie na każdym kroku, zaczepia, posyła przymilne uśmiechy i robi maślane oczy, nie umiem skupić się na pracy. A ja z natury jestem perfekcjonistką, więc nie znoszę odwalania fuszerki, a tym bardziej teraz, kiedy w życiu pozostała mi tylko Kasia i ta praca.

*

Tego dnia coś we mnie wstępuje. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to coś w rodzaju oświecenia, jak grom z jasnego nieba. Przychodzi nagle, gości w moim sercu i w mojej głowie i po chwili na dobre się tam zadomawia. Krzyczy do mnie, wie lepiej ode mnie, co powinnam zrobić, a z drugiej strony chce, bym wreszcie uwolniła się od coraz bardziej męczącej codzienności. Nawet uśmiecham się na tę myśl, szybko ganiąc się za nią w duchu, ale nie trwa to długo. Podskórnie czuję, że tak trzeba, że tak należy i że muszę to zrobić, by móc odetchnąć pełną piersią.

Już od progu wita mnie jego promienny uśmiech, który chyba po raz pierwszy odwzajemniam, snując w głowie mój niecny plan.

- Dzień dobry, moja droga! Może dzisiaj znajdziesz dla mnie troszkę czasu po pracy? Myślę, że byłoby szalenie miło się spotkać.

On nigdy nie odpuszcza i nie daje mi spokoju, a tym powitaniem tyko utwierdził mnie w słuszności mojej decyzji.

- A wiesz, że to nie jest taki zły pomysł - odpowiadam, czym wprawiam go w konsternację.

Ale to dobrze. Niech wie, że po mnie można się wszystkiego spodziewać.

- Nawet nie wiesz, jaką radość sprawiłaś mi swoją reakcją. Już myślałem, że...

- Odmówię? - Zalotnie poprawiam włosy. Nie powinien nabrać żadnych podejrzeń.

- Tak, ale moje serce się raduje, że dasz nam szansę. Obiecuję, że to będzie niezapomniany wieczór.

- Nie wątpię. Spotkajmy się w tym miejscu po pracy, kiedy wszyscy już pójdą do domu - proponuję.

- No, no, no... Od razu spotkanie sam na sam. Już mi się to podoba. - Puszcza do mnie oko. - Będę na pewno! Do zobaczenia, moja słodka! - Oddala się, a ja odprowadzam go wzrokiem, śmiejąc się w duchu, ale muszę grać moją rolę do końca.

Po upływie kilku godzin, kiedy wokół zapada zmrok, a w uszach aż dzwoni od wszechobecnej ciszy, mój absztyfikant już na mnie czeka.

Jak zwykle jest nienagannie ubrany, w idealnie wyprasowaną białą koszulę oraz czarne spodnie. Całości dopełniają wypastowane na glanc buty, które aż błyszczą. Denerwuje się, co zauważam po tym, jak zaczesuje włosy, których i tak nie ma już zbyt wielu. Widzę, że jego ciało drży w niemym oczekiwaniu i podekscytowaniu. To dobrze, dzięki temu łatwiej będzie mi uśpić jego czujność.

- To gdzie cię zabrać, moja droga? Jak masz ochotę spędzić ten cudowny wieczór w moim towarzystwie? - pyta, patrząc mi głęboko w oczy.

- Cóż... pomyślałam, że skoro tyle razy cię odpychałam, zasługujesz, by ci to wynagrodzić - zaczynam snuć moją wizję.

- Och! - Łapie się za pierś, a ja już wiem, że mam go w garści.

- Najpierw chodźmy tam, przygotowałam dla ciebie niespodziankę - informuję z tajemniczym wyrazem twarzy.

Nie mogę dać się ponieść emocjom. Powinnam trzymać je na wodzy, zachowując zimną krew.

- Cóż to za niespodzianka? - pyta, ale idzie za mną posłusznie niczym owieczka prowadzona na rzeź.

Mijamy opustoszałe pomieszczenia, wokół słychać jedynie stukanie naszych butów.

To doskonały moment, by upewnić się, że wszyscy poszli już do domów. Nie zniosłabym, gdyby ktoś nakrył mnie na tym, co za chwilę zamierzam uczynić.

- To tutaj? - Jest wyraźnie zdezorientowany.

- Tak, mój drogi. - Uśmiecham się i oddycham głęboko, by nabrać odwagi.

- To co to za niespodzianka?

- Widzisz, jestem taką osobą, która ma nieco... inne fascynacje, jeśli chodzi o relacje w kontekście miłości. - Wskazuję na scenerię, którą przygotowałam.

- Rozumiem. - Kiwa głową, bo chyba wreszcie pojął, co mam na myśli, a właściwie co uważa, że mam na myśli.

Nie spodziewa się tego, co faktycznie go tu spotka.

- Czy uczynisz mi tę przyjemność i zechcesz tu wejść, a potem założyć to? Niesamowicie mnie to podnieca!

Pokazuję po kolei palcem, by miał jasność co do moich oczekiwań, jednocześnie zapewniając go, że to tylko taka zabawa.

- Dobrze. - Przełyka głośno ślinę, omiatając wzrokiem to wielkie pomieszczenie, z którego uczyniłam scenę do jego ostatniego aktu. - A co potem? Dołączysz do mnie?

- Oczywiście! - zapewniam. - Potem możemy zrobić wszystko, na co tylko masz ochotę. Kino, kolacja, teatr... To jak, możemy zaczynać?

- Ttt-ak... - Głos mu drży, ale posłusznie wykonuje moje polecenia, więc nie przejmuję się tym.

Wskazuję mu krzesło, na które wchodzi, a potem zakłada pętlę na szyję i delikatnie zaciska wiązanie. Wzrok ma niepewny i obawiam się, że jednak się rozmyśli.

- Spokojnie, kochany. Zaraz będzie po wszystkim. Wytrzymaj dla mnie jeszcze chwilę, a obiecuję spełnić każdą twoją fantazję.

Moje słowa rzeczywiście go uspokajają, a ton, którym je wypowiadam, łagodny i pełen miłości, dodatkowo zachęca go do działania.

- Wszystkie moje fantazje? - upewnia się.

- Tak! Co tylko sobie zamarzysz. Każdy z nas ma jakieś... fascynacje i moje są właśnie takie. Potem z przyjemnością przystąpię do spełniania twoich.

- Dobrze, kochanie.

- Mocniej! Zaciśnij pętlę mocniej!

Patrzę na niego, przewiercam go wzrokiem, a on posłusznie wykonuje moje polecenia. Wszystko w imię miłości! Jakże głupi jest! Jakże lekkomyślny! Jakże ślepy!

Podchodzę bliżej, obserwując rozwój sytuacji. Pętla ciasno okala jego szyję, mężczyzna wzrok ma rozbiegany, na czole skrzą się krople potu, który zaczyna powoli spływać, a koszula lepi się do ciała. Emocje sięgają zenitu! Jestem reżyserem tego przedstawienia! Czuję moc, władzę, bo za chwilę ten słaby, nic nieznaczący człowiek nareszcie zamilknie na zawsze.

- Bardzo dobrze, mój kochany - łechcę go, by nie rozmyślił się w ostatniej chwili. - Jesteś taki cudowny, tak bardzo się dla mnie poświęcasz, tak bardzo mnie kochasz... - wymieniam, a jego twarz łagodnieje, co biorę za dobrą monetę.

I wtedy następuje punkt kulminacyjny tego spektaklu. Z całej siły kopię krzesło, na którym wciąż stoi, a on opada, pętla zaciska się jeszcze bardziej. Jego mina wyraża więcej niż tysiąc słów. Robi się cały czerwony, charczy, wymachuje rękami i nogami na wszystkie strony, a mnie chce się śmiać.

To jest ostatni moment, w którym mogę się wycofać. To czas, kiedy mogę jeszcze zmienić bieg historii. Zaraz wszystko będzie stracone. Ale czy faktycznie tak będzie? Dla niego tak, lecz dla mnie oznacza to nowe otwarcie. Wreszcie będę mogła odetchnąć pełną piersią. Uwolnię się od niego, od jego infantylnych komplementów, chodzenia za mną krok w krok.

On miota się i rzuca coraz bardziej. Jego oczy są mętne, jakby nieobecne. Przelatuje mu przez głowę kalejdoskop wspomnień z całego życia. Zanim wydaje ostatnie tchnienie, jego wzrok spotyka się z moim - bezwzględnym i poważnym. On już wie, zrozumiał, że właśnie tak planowałam to zakończyć, ale jest już za późno.

Nieruchomieje i zastyga w niemej pozie, a ja nie czuję zupełnie nic. Jakby był wypchaną kukłą, marionetką, którą mogłam sterować. Nie wzbudza we mnie nawet litości. Patrzę na niego jeszcze przez chwilę i jedyne, co jest wewnątrz mnie, to poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Uśmiecham się nieznacznie i odwracam, chcąc stąd wyjść i zapomnieć o tym, co się tutaj wydarzyło, ale wtedy dostrzegam, że ktoś stoi w progu. Moje serce natychmiast zamiera.

- Co ty tu robisz? - pytam, a krew szumi mi w uszach.

Tego się nie spodziewałam, ale przecież dobrze się znamy, może uda mi się jakoś z tego wybrnąć.

- Muszę przyznać, że bardzo dobrze zostało to zaplanowane. Upozorowanie samobójstwa, no, no. - Podchodzi do mnie, klaszcząc, co w tak dużej sali roznosi się echem, nadając sytuacji złowrogi wydźwięk.

Stoję nieruchomo, czując, jakbym wrosła w podłogę. Nie umiem się ruszyć. Nie przypuszczałam, że ktoś jednak może się tu jeszcze kręcić.

Co teraz? Co teraz? Co teraz?

Tylko te słowa kłębią się w mojej głowie.

*

Na szczęście nie miałam się czego bać. To, co nas łączy od jakiegoś czasu, to uczucie mocniejsze niż miłość, która bywa okrutna i nietrwała. I w ten sposób pozbyłam się jednego człowieka, a zyskałam drugiego, który stał się moim wspólnikiem w zbrodni i z którym połączyła mnie mordercza tajemnica. Nie przypuszczałam jeszcze wtedy, że kilkanaście lat później ten głos, który nakazywał mi stanąć w obronie rodziny i jej niepodważalnych wartości, znów pojawi się w mojej głowie. A ja znowu mu ulegnę.

Rozdział 27

Kolejny dzień wita mnie promieniami słońca, próbującymi przebić się przez firanę, która delikatnie wiruje pod wpływem wiatru. Wdycham ten świeży zapach powietrza, czując w nim nadchodzącą wiosnę. Albo przynajmniej chcę ją poczuć.

Szykując się do pracy, zerkam na telefon. Widnieje tam kilka wiadomości od Arka, ale nie mam odwagi do nich zajrzeć, a tym bardziej mu odpisać. Nie jestem jeszcze gotowa i póki nie rozwieję swoich wątpliwości, wolę go unikać. Nie będzie to łatwe, ale i tak odwlekam to, jak mogę.

W szkole działam na najwyższych obrotach, chcąc trochę odpuścić sprawę tego całego śledztwa. Co prawda jeszcze wczoraj zapewniałam Aldonę, że nie spocznę, dopóki to wszystko się nie wyjaśni, ale myślę, że potrzebuję przerwy. Kiedy przestanę patrzeć na każdego, jakby był potencjalnym mordercą, to może spłynie na mnie jakieś oświecenie i ten problem sam się rozwiąże.

Tak to sobie tłumaczę.

Na nieszczęście, kiedy podczas przerwy zmierzam do pokoju nauczycielskiego, by przygotować sobie coś ciepłego do picia, trafiam na Arka i od razu się rumienię. Nie tylko dlatego, że na sam jego widok moje serce przyspiesza, lecz także dlatego, że nie wiem, jak się wytłumaczyć z mojego nagłego milczenia.

- Hej, Malwa! - mówi rozpromieniony, co wprawia mnie w konsternację.

Zakładałam, że raczej będzie zły lub smutny, ale nie radosny.

- Hej - zaczynam niepewnie.

- Czemu się nie odzywasz? Myślałem, że dobrze się dogadujemy, że mamy wspólne tematy, wspólne śledztwo i że łączy nas coś więcej. - Marszczy czoło z niemym oczekiwaniem na odpowiedź.

Milczę, ale on przewierca mnie wzrokiem na wskroś, przez co zaczynam odczuwać coś na kształt niepokoju.

- Tak, masz rację. Przepraszam. Po prostu nie wiem już, co myśleć o tym całym Duchu Szkoły. Chyba dzieje się ze mną coś złego, bo każdy wydaje mi się podejrzany i nie mogę poczuć się swobodnie w obecności żadnego z pracowników czy nauczycieli.

- Nawet w mojej? - żartuje, ale kiedy spogląda na mnie, jego twarz natychmiast zastyga. - No co ty, serio? Nawet ja? I co, myślisz, że teraz cię zabiję? - Stawia krok w moją stronę, a ja rozglądam się dyskretnie i widzę, że korytarz opustoszał, przez co robi mi się nieprzyjemnie.

Nie odpowiadam, co on ewidentnie bierze do siebie i cofa się ostentacyjnie.

Nie musi nic mówić, widzę, że jest mu przykro. Niby nic nie powiedziałam, ale i tak go zraniłam. Może za szybko oceniłam Arka, wystawiając mu negatywną notę? Może powinnam była być bardziej ostrożna w osądach?

- W takim razie przekonasz się, że nie miałem złych zamiarów, a już z pewnością nie wobec ciebie.

- Ale... zaczekaj! Przepraszam, po prostu to całe nasze śledztwo... Najpierw się zaangażowałam, potem nagle zostałam na lodzie. Zawsze kiedy coś dziwnego mnie spotykało, to ciebie nie było w pobliżu i...

- I od razu założyłaś, że to ja jestem winny?

- Tak, to znaczy nie, ale potem pomyślałam, że Nina, która była tak bardzo do mnie podobna, zginęła, a teraz ty tak zainteresowałeś się mną, że...

- Że rozwikłałaś zagadkę. Zabiłem Ninę, a teraz to samo spotka ciebie - kończy za mnie, wywołując dreszcz strachu na moim ciele. - Prędzej czy później przekonasz się, że jestem niewinny.

Stoi jeszcze chwilę i patrzy na mnie jakoś tak... inaczej. O dziwo, nie jest zły, jego twarz wyraża raczej zrozumienie dla całej tej pokręconej sytuacji. Wyciąga dłoń w moją stronę, na co ja mimowolnie się wzdrygam, ale on tylko zakłada mi kosmyk włosów za ucho, tak jak za pierwszym razem, kiedy zajadaliśmy się chińszczyzną i ciastem. To dobre wspomnienia, ale czy pozostaną jedynie wspomnieniami? Gdybym go nie oskarżyła... Choć przecież może być winny, nie śmierci Bogdana, ale Niny już tak.

- Do zobaczenia, Malwa - rzuca, po czym odwraca się na pięcie i odchodzi, nie oglądając się za siebie.

Nie wiem, co o tym myśleć, zwłaszcza o jego słowach, które powiedział na pożegnanie. Do zobaczenia. To groźba czy obietnica? Nie umiem nic wyczytać z tonu jego głosu. Nerwowo pocieram dłońmi ramiona, bo nagle zrobiło mi się zimno. Potrząsam głową, by odgonić wszelkie złe myśli. Niech się dzieje, co chce! Wszystko się wyjaśni, prędzej czy później, tak jak powiedział Arek.

Po południu kieruję swe kroki do sekretariatu, bo chcę coś sprawdzić w dokumentach, których bacznie pilnuje pani Ela, ale kiedy zaglądam do pomieszczenia, okazuje się, że jest puste. Z rezygnacją spoglądam na zegarek i kiedy widzę, że jest później, niż myślałam, wzdycham z poczuciem rozczarowania. Chyba jeszcze nikt w tej szkole nie widział, aby sekretarka została choćby minutę po piętnastej. W sumie się jej nie dziwię, ma swoje życie, swoją rodzinę i pracę traktuje, wypełniając obowiązki od do.

Mimo to wchodzę do środka i zauważam, że panuje tu porządek. Nie tylko w dokumentach i segregatorach, ale również wszędzie wokół. To znak, że pomieszczenie zostało już posprzątane przez którąś z pań sprzątających. Kiedy przemierzam drogę od drzwi do biurka, zauważam dwa małe, kolorowe, misiowe żelki. Podnosząc je, uśmiecham się do siebie, bo już wiem, że przede mną musiała być tutaj Lucyna.

Włączam komputer, mimo że nie ma pani Eli, postanawiam sprawdzić kilka spraw sama i odpowiedzieć na maile. Mogłabym zrobić to w domu, ale wolę wrócić do mojego azylu z poczuciem, że mogę spokojnie wypić herbatę cynamonową oraz odpocząć przed telewizorem lub z ostatnio poleconą mi przez Irenkę książką.

Pospiesznie stukam w klawisze na klawiaturze, gdyż nie mam zamiaru zostać tu dłużej niż to konieczne. Już mi się to zdarzało i nie kończyło się szczęśliwie. Wokół jest straszne cicho, więc włączam radio, które umila mi czas pracy. Podśpiewuję sobie wesoło i zupełnie zapominam o tym wszystkim, co ostatnio siedziało w mojej głowie. Dobrze tak przewietrzyć umysł, a muzyka jeszcze to ułatwia i odpędza wszelkie złe myśli.

Już prawie kończę, mając na uwadze, że poza Lucyną chyba nikogo już nie ma i ja także powinnam się ewakuować. Wtedy do moich uszu dobiega głos z radia, a ja zamieram. To reklama. Reklamy w radio to nic nowego. Ta reklama często leci też w telewizji. I nawet ostatnio, kiedy przeglądałam w domu materiały wykradzione z biblioteki - na szczęście nazajutrz udało mi się podrzucić - również leciała w telewizji, ale wówczas nie zwróciłam na nią uwagi. Nigdy nie zwracam uwagi na reklamy. Są raczej przykrym przerywnikiem, który trzeba przeczekać.

Teraz, po jej wysłuchaniu, wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce. Nagle wszystko układa się w spójną całość.

Z przerażenia nie mogę się ruszyć. Wiem, że powinnam się stąd jak najszybciej ewakuować, jak najprędzej znaleźć się w domu i porozmawiać z kimś, kto mi pomoże. Wiem to, ale nie umiem podnieść się z krzesła. Reklama w radio się skończyła, a ja nadal powtarzam ją w głowie jak mantrę.

Arek miał rację, to nie on jest winny. Jestem na siebie zła, że w ogóle zakładałam jego winę. Jestem zła, że tak łatwo oskarżyłam inną osobę, a wreszcie jestem zła na siebie za to, że nie byłam dość ostrożna i wciąż ufałam ludziom. Zwłaszcza tym, którym nie powinnam była.

Jakże jestem głupia i naiwna!

Słowa i obrazy przelatują mi przed oczami, a serce wali w piersi niczym młot. W końcu zbieram się w sobie i pakuję do torby swoje rzeczy, chcąc natychmiast stąd wyjść. Z trudem łapię powietrze, duszę się i jest mi niedobrze. Wstaję powoli na drżących nogach, ale one są jak z waty.

Mimo to przełamuję się i nie ustaję w wysiłkach, by stąd wyjść. Wyjść, wyjść, wyjść - to mój najważniejszy cel. Ze strachu i zdenerwowania upuszczam notes Niny, który spada pod biurko. Schylam się, by go podnieść, a kiedy mi się to udaje i pospiesznie wygładzam zgniecione pod wpływem upadku kartki, moje serce się zatrzymuje.

Wiem, że to nie może być prawda, ale tak właśnie czuję. Trzymam w dłoniach krwistoczerwony notes Niny i patrzę w oczy jej mordercy, który niezauważalnie, bezszelestnie niczym skradający się po swoją ofiarę kot stanął w progu.

- A, to pani. Nadal pani pracuje? - pyta mnie jakby nigdy nic.

To nic nadzwyczajnego, jeszcze nie wie, że ja wiem.

- Tak - odpowiadam najspokojniej, jak tylko potrafię, wkładając do torby zeszyt, od którego ona nie może odwrócić wzroku.

Rozpoznała go, nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Notes, który miał mi pomóc w tym cholernym śledztwie, teraz całkowicie mnie pogrąży.

W tej jednej sekundzie następuje między nami zrozumienie. Ja wiem i ona też już wie, że ja wiem. Wszystko skończone. A jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to zapętlająca się w moim umyśle głupia reklama, która przypadkiem zasłyszana obnażyła całą prawdę.

Haribo smak radości. Dla dzieci i dorosłych1.

Słowa, które stara Kiełbaskowa wypowiadała za każdym razem, kiedy ją spotykałam, nabrały wreszcie sensu. Każdy uważa, że to chora psychicznie kobieta. Może i tak, ale jednak za pomocą tych słów z reklamy próbowała przekazać nam, co się wydarzyło w dniu, w którym zginęła Nina. Czy to możliwe, że sąsiadka była świadkiem tego morderstwa? Być może, inaczej skąd by wiedziała, jakich słów użyć? Jak przez mgłę pamiętam wizytę w jej domu. Skoro jedyną jej rozrywką jest gapienie się w szklany ekran, to nie ma co się dziwić, że doskonale zapamiętała jedną z reklam. W dodatku świetnie skojarzyła ją ze stojącą przede mną osobą. Zauważyła, że Lucyna uwielbia żelki, które wciąż gdzieś gubi, i połączyła ten fakt ze znaną reklamą.

- To pani. To od samego początku była pani.

Odwaga wstępuje we mnie zupełnie nieoczekiwanie i patrząc w oczy morderczyni, wymierzam w nią mój palec wskazujący niczym palec sprawiedliwości.

- Dość szybko doszłaś do prawdy. Zbyt szybko. Liczyłyśmy, że dłużej ci to zajmie.

Widzę, że nie jest zadowolona.

- Liczyłyśmy? - Nie rozumiem.

- Myślisz, że przez cały ten czas działałam sama? Miałam wspólnika. Doskonałego wspólnika, który nie tylko potrafi dochować tajemnicy, ale również mogę na nim, a raczej na niej polegać. Łączy nas uczucie doskonale.

- Miłość?

- Miłość? - prycha wściekle. - Miłość to bardzo zgubne uczucie. Do niczego dobrego nie prowadzi. Sama zobacz, jak skończyli Nina i Bogdan.

Czyli jednak za śmiercią obydwojga stała jedna i ta sama osoba. Dobrze zakładałam od początku.

- Nas łączy przyjaźń. Dzięki temu głupie uczucia nie zamazują nam obrazu rzeczywistości. Potrafimy działać nie pod wpływem emocji, ale rozumu.

- I dlatego przez tyle lat udawało wam się to ukryć?

- Właśnie tak. Sprytna z ciebie osóbka. Nie spodziewałam się po tobie, że podążysz za teorią tego szaleńca, Arka.

- A jednak... - dorzucam.

Nie wiem, skąd we mnie ta odwaga, raczej powinnam szukać drogi ucieczki. Niemniej jedyne wyjście, jakie tu jest, prowadzi prosto w ramiona mordercy, bo Lucyna wciąż stoi w progu.

- I teraz, kiedy znasz już całą prawdę, będziesz musiała za to zapłacić. Słono zapłacić.

Robi krok w moją stronę, ale ja nie mogę się ruszyć. Droga ucieczki nadal jest zablokowana.

- Zaraz, zaraz - przerywam jej. - Nie znam jeszcze całej prawdy. Kim jest ten wspólnik w zbrodni?

Staram się wydłużyć tę rozmowę, by dać sobie w ten sposób czas na wymyślenie, jak się stąd wydostać.

- Jeszcze się nie domyśliłaś? Taka jesteś wykształcona, taka mądra, zupełnie podobna do tej wywłoki, której miejsce zajęłaś, a jednak nie umiesz połączyć kropek.

Milczę, wpatrując się w nią intensywnie. Czekam posłusznie na dalszy rozwój wydarzeń.

- To moja najlepsza przyjaciółka Irenka. Tylko jej mogę zaufać i tylko ona zna moje najmroczniejsze sekrety.

- Faktycznie, zauważyłam, że się przyjaźnicie - stwierdzam nieco zbyt ochoczo, chowając gdzieś głęboko w sobie cały mój strach. Chcę go stłumić, stłamsić, pogrzebać, by jak najdłużej mieć trzeźwy umysł. - Ale nie jestem dość dobra w zagadkach kryminalnych. Wciąż nie wiem, dlaczego Bogdan i Nina musieli zginać.

- Nie wiem, nie wiem, nie wiem! - krzyczy, wymachując rękami. - Niby takie mądre, a głupie! Życia nie rozumiecie! To banalne! Oboje zginęli przez miłość!

- Przez miłość? - Nie rozumiem.

- Miłość to piękne uczucie, ale raz ślubowane drugiemu człowiekowi wiąże dwoje ludzi na zawsze.

Moje zmarszczone czoło i wyraz konsternacji na twarzy dają jej milczące przyzwolenie na rozwinięcie tej myśli.

- Może trudno to sobie wyobrazić, ale ja też kiedyś byłam małą dziewczynką. Miałam wspaniałych kochających się rodziców, ale ta cudowna bańka z dnia na dzień pękła. Mój ojciec odszedł do innej i założył nową rodzinę. Zupełnie wymazał mnie i mamę z pamięci i od tamtej pory już nigdy go nie spotkałam. Za to widziałam poświecenie mojej mamy, która dwoiła się i troiła, by zapewnić nam byt, i która nigdy nie spojrzała już na innego mężczyznę. Brzydziła się nimi, bo dla niej istniał tylko ten jeden jedyny, mój ojciec. Z takim przekonaniem wyszłam z domu i w młodości od razu szaleńczo się zakochałam. To uczucie zawładnęło mną, przejęło nade mną kontrolę i wcale nie było dobre. Ten związek szybko się skończył, bo mój ukochany mnie okłamywał. Szeptał mi czułe słówka, a tak naprawdę miał żonę i dziecko. Kazałam mu uciekać gdzie pieprz rośnie, a potem spotkałam Jakuba, który został moim mężem.

Nie mam pojęcia, po co ona opowiada mi historię swojego życia, ale widać jest to konieczne do zrozumienia całego obrazu sytuacji. Nie przerywam jej, zwłaszcza że jest całkowicie zatopiona we wspomnieniach, co biorę za dobrą monetę. To świetny moment, bym rozejrzała się za czymś, co ułatwi mi ucieczkę stąd i przed nią.

- Tworzyliśmy zgodne małżeństwo. To nie była ta sama miłość co wcześniej, była bardziej dojrzała, głębsza, oparta na szacunku i zaufaniu, a nie na porywach namiętności. Niestety, Jakub szybko opuścił ten świat. Rak trzustki... - wzdycha. - Pozostawiając nas same, mnie i Kasię, moją córkę. Musiałam wziąć się w garść i pójść do pracy. Tak trafiłam tutaj. I kiedy myślałam już, że moje życie wreszcie wraca na odpowiednie tory, okazało się, że znów pojawił się on. Moja wielka młodzieńcza miłość. Na szczęście jakoś poukładaliśmy sobie relacje, skutecznie się unikając, czyli nie wchodząc sobie w drogę, dopóki ten cały Bogdan nie zaczął za mną chodzić. Matko, jaki on był upierdliwy! Łaził i łaził, totalnie się we mnie zakochał, a ja miałam go już serdecznie dość. Wtedy postanowiłam skutecznie się go pozbyć.

- Czyli jednak nie popełnił samobójstwa?

- Oczywiście, że nie! Ale przyznaj, że doskonale to rozegrałam. Upozorowałam jego targnięcie się na życie. Miłość go zgubiła! - Śmieje się, a jej śmiech echem odbija się od ścian, przez co czuję się jeszcze bardziej klaustrofobicznie.

- Jak udało się pani to zrobić? - To ciekawe, że w obliczu zagrożenia wciąż mówię do niej per pani.

- Bogdan zrobiłby dla mnie wszystko. Odpowiednia rozmowa, wypowiedziane łagodnym tonem słowa i robił to, co mu kazałam. Posłusznie założył sobie pętlę na szyję, myśląc, że to taka moja seksualna fantazja. A potem było z górki, kopnęłam krzesło, na którym stał, i po kilku minutach już nie żył.

- A jaki udział miała w tym bibliotekarka?

- Irena wszystko widziała, była świadkiem zabójstwa, dość niepożądanym początkowo, ale na szczęście potrafiła mnie zrozumieć i kryć. Aż do dzisiaj.

- No dobrze, wydaje się to dość sensowne. A co z Niną?

O ile w ogóle w tym wypadku można mówić o jakimś sensownym działaniu.

- Nina była bezczelną paniusią! Omotała mojego zięcia i chciała zająć miejsce mojej Kasi!

- Przecież z tego, co wiem, ojciec Natalki jest wdowcem, więc nie rozumiem. Miał prawo ułożyć sobie życie na nowo. Czy to z Niną, czy z jakąkolwiek inną kobietą.

- Nie miał! Nie miał takiego prawa! To Kasi ślubował przed ołtarzem. To ją powinien kochać i wielbić do końca swoich dni. I nie ma znaczenia, że ona nie żyje! Powinien być wierny nawet po śmierci! Tak samo jak ja! Mój świętej pamięci Jakub odszedł dawno temu, a ja pomimo tego nie próbowałam odzyskać mojej dawnej miłości, a tym bardziej szukać pocieszenia w ramionach Bogdana. Każdy z nas powinien być wierny jednemu jedynemu człowiekowi i samemu sobie!

Lucyna sapie coraz głośniej i jest wściekła. Z jej ust raz po raz wypadają kropelki jak u potwora, który ślini się na widok swojej ofiary.

- Teraz, kiedy już wszystko wiesz, nie mogę tego tak zostawić! Dołączysz do grona tamtych dwojga!

- Zaraz, chwila.

Lucyna przystaje.

- A jaki udział w tym wypadku miała pani Irenka?

- To proste. Dała mi alibi.

- No tak... - wzdycham, bo nie mam więcej pomysłów, jak jeszcze pociągnąć tę rozmowę.

- Już pora. Oprócz nas nikogo nie ma w szkole, a moja przyjaciółka z ochotą zapewni mi kolejne alibi. - Lucyna podchodzi do mnie, biorąc przycisk do papieru, który cały czas był w zasięgu mojej dłoni.

Ganię się w duchu, że nie wpadłam na to, by go chwycić. Niestety, teraz już za późno. Zginę tak samo jak moja poprzedniczka. Z rąk tej samej kobiety, w dodatku za sprawą tego samego narzędzia zbrodni.

Nowy przycisk do papieru aż lśni. Dziwię się, że pani dyrektor sprawiła sobie kolejny, wiedząc, od czego zginęła Nina, ale teraz nie czas na takie wywody.

Zamykam oczy, kiedy Lucyna bierze zamach, i czekam na to, co nieuniknione, ale nic się nie dzieje. Za to do moich uszu dobiega głos, którego bym się tutaj nie spodziewała.

- Malinko! Nie! Nie rób tego!

Nieoczekiwanie w progu pojawił się Wojtek, który nie wiem dlaczego, używa względem Lucyny tego owocowego zdrobnienia.

Babcia Natalki zamiera z przyciskiem w górze i już ma się odwrócić, ale konserwator nie daje jej na to szans. W przeciągu ułamka sekundy obezwładnia ją, a przycisk z hukiem upada na podłogę. Chcę go podnieść, lecz Wojtek mnie zatrzymuje.

- Nie rób tego! Tam są jej odciski palców! Wszystko będzie dowodem w sprawie.

- Dobrze...

Opadam bez sił na krzesło i dopiero teraz czuję, jak emocje ze mnie schodzą.

Wojtek pojawił się w ostatniej chwili, gdyby nie on, już by mnie tu nie było. Uratował mnie, a ja go podejrzewałam... Ba! Byłam niemal pewna, że to on stoi za tymi morderstwami.

- Malinko, już dobrze, spokojnie - przemawia do niej łagodnym tonem, a ona rozpływa się, słysząc jego słowa, i ciężko siada na krześle.

Wojtek natychmiast związuje jej ręce, choć nie mam pojęcia, skąd wziął sznurek, i siada obok.

- Już po wszystkim. Dzwonię po policję - oświadcza, wybierając numer, po czym krótko, acz treściwie zawiadamia o próbie popełnienia przestępstwa.

Lucyna jest załamana, ale milczy. Jej wzrok wędruje raz do mnie, raz do konserwatora, lecz już wie, że przegrała. Została złapana na gorącym uczynku i teraz nie wywinie się od odpowiedzialności.

- Skoro musimy tu poczekać, teraz ja opowiem pani pewną historię.

Z jego ust wydobywa się potok słów, a ja powoli zaczynam rozumieć cały kontekst sytuacji, którą przedstawiła mi Lucyna, a te zasłyszane wcześniej strzępki informacji nareszcie łączą się w spójną całość.

- Ja i Lucyna byliśmy kiedyś parą. Nazywałem ją pieszczotliwie swoją Malinką, bo wydawało mi się to nad wyraz słodkie i rymowało się z Lucynką. Byliśmy bardzo szczęśliwi, ale ja zrobiłem błąd, nie powiedziałem jej prawdy. Miałem już żonę i córkę, a kiedy Lucyna się o tym dowiedziała, wszystko rozpadło się jak domek z kart i od tamtej pory moje życie przypominało równię pochyłą. Wróciłem posłusznie do rodziny, ale jakimś cudem moja żona zdążyła się dowiedzieć o zdradzie. Spakowała rzeczy, zabrała Lenkę i wyruszyła w podróż pociągiem do swojej matki. Niestety, obie zginęły w katastrofie kolejowej. Bardzo to przeżyłem, obwiniałem się o to. Przecież gdyby nie moja zdrada, one wciąż by żyły. Ale nic nie mogłem zrobić. Po czasie postanowiłem zmienić zawód, bo gdy pracowałem na kolei, wszystko przypominało mi o tej osobistej tragedii. Podjąłem zatem pracę w szkole, a tu czekała mnie następna przykra niespodzianka. Spotykałem Lucynę, która również przypominała mi o tym wszystkim. Postanowiłem już niczego więcej nie szukać, uznałem, że to moja pokuta, krzyż, który muszę nieść każdego dnia.

- Bardzo mi przykro. To taka smutna historia. - Jestem wzruszona.

- I prawdziwa. Jak widzisz, miłość zgubiła nas wszystkich - wtrąca się Lucyna.

- A ja podejrzewałam pana. Idealnie pasował mi pan do obrazu mordercy. Teraz mi głupio, przepraszam.

- Nie szkodzi. Najważniejsze, że wszystko się wyjaśniło i udało mi się ocalić twoje życie. Jestem w szoku, że tak się zmieniłaś, Malinko. Nigdy nie przypuszczałbym, że jesteś zdolna do takich czynów.

- Widzisz, nie dane ci jednak było poznać mnie dość dobrze. Może by nam się udało, gdybyś nie kłamał! I nie mów tak do mnie! Nie jestem już twoją Malinką!

- Przestańcie! - krzyczę. - Teraz nie ma co rozdrapywać starych ran.

- Ma pani rację - przyznaje konserwator.

- A dlaczego chodził pan pod moim domem? Wcześniej zawsze bałam się zadać to pytanie wprost, podejrzewałam pana, ale teraz...

- Miałem obawy, że skoro jest pani tak podobna do Niny, to jednak może pani grozić niebezpieczeństwo. I jak widać, nie myliłem się. Może to głupie, że chodziłem pod oknami, ale mieszkam na osiedlu obok, adres podpatrzyłem w sekretariacie, a mój Cezar uwielbia dłuższe spacery, więc tak jakoś samo wyszło. Pies to obowiązek, trzyma człowieka w ryzach. Nie chce ci się rano wstać, ale kiedy patrzysz w oczy tego niewinnego zwierzęcia, znajdujesz w sobie pokłady siły. Niestety, dopiero niedawno zrozumiałem, że jeżeli cokolwiek pani zagraża, to raczej niebezpieczeństwo czyha w szkole, a nie poza nią.

- I dlatego pan dziś wrócił?

- Tak, czasami nie mogę wytrzymać w domu. Wciąż wracają do mnie wspomnienia z dawnych lat, więc wolę posiedzieć tutaj w spokoju i podłubać w drewnie. Całe szczęście, że akurat dzisiaj na to wpadłem, a jak usłyszałem podniesione głosy dobiegające z sekretariatu, wziąłem pierwsze, co miałem pod ręką, czyli sznur, i zjawiłem się w odpowiednim momencie.

Wywód Wojtka przerywa pojawienie się funkcjonariuszy policji, którzy zastają naszą trójkę w niecodziennej sytuacji. Siedzimy, jakbyśmy wspominali stare dobre czasy, a jedynie związane ręce Lucyny świadczą o tym, że coś tu jest nie tak.

Po kolei składamy wyjaśnienia, to znaczy ja i Wojtek, bo Lucyna stała się nadzwyczaj milcząca, ale to w jej przypadku całkowicie normalne. Kiedy babcia Natalki zostaje zabrana na przesłuchanie, ja wreszcie oddycham z ulgą.

Wraz z Wojtkiem wracam do domu. Już nie boję się wsiąść z nim do samochodu, a wręcz przeciwnie.

W jego obecności czuję się bezpiecznie.

Gdy nareszcie opadam bez sił na kanapę, wybieram numer Arka, któremu należą się przeprosimy, a poza tym niezwykle mocno potrzebuję dziś jego męskich ramion, by móc się w nich zatopić i trwać tak jak najdłużej.

Jestem pełna obaw, czy on w ogóle będzie miał ochotę ze mną rozmawiać, ale odbiera już po pierwszym sygnale. Z nadmiaru emocji, które we mnie buzują, nie umiem wypowiedzieć ani jednego słowa, ale on już zdążył mnie trochę poznać, więc zapewnia, że zaraz się zjawi, i przerywa połączenie.

Z bezsilności i niemożności podjęcia jakiejś decyzji oraz w oczekiwaniu na mojego mężczyznę przygotowuję herbatę cynamonową - w myśl zasady, że jak nie wiesz, co zrobić, to zrób herbatę - i czekam.

Arek przyjeżdża bardzo szybko, a ja od razu rzucam mu się na szyję, jakbyśmy się nie widzieli całe wieki. Potem opowiadam i z każdym wypowiedzianym słowem czuję, jak wszystko ze mnie schodzi, a ja będę mogła nareszcie zacząć od nowa z czystą kartą.

1 Reklama żelków marki Haribo.

Rozdział 28

Po tym zdarzeniu z Lucyną w szkole zrobiło się straszne zamieszanie. Część uczniów zrezygnowała z uczestnictwa w zajęciach przez kilka dni, co wcale mnie nie dziwi, a część tłumnie ustawiła się w kolejce do psychologa.

Najbardziej żal mi Natalki. Ile to biedne dziecko musiało już przejść w swoim krótkim życiu. Najpierw straciła matkę, potem kogoś, kto miał być jej namiastką i kogo również darzyła uczuciem, a na końcu ukochaną babcię. Długo jej nie zobaczy, o ile w ogóle. Lucyna spędzi za kratkami lata.

Jest mi smutno.

Powinnam się cieszyć, skoro sprawa została wyjaśniona, ale moje myśli biegną w stronę Niny. Zastanawiam się, co czuła w ostatnich chwilach życia...

Czy spodziewała się ataku ze strony teściowej ukochanego? Czy ją podejrzewała? Czy ktokolwiek oprócz Arka domyślał się, że samobójstwo Bogdana mogło być starannie zaplanowanym morderstwem? Czy ktokolwiek w tej szkole oglądał się za siebie?

Nie muszę pytać, znam odpowiedzi na te pytania. Wszyscy cenili pracę Lucyny i ją samą jako osobę. Faktycznie, nie wygląda na klasyczną morderczynię. Miła, korpulentna kobieta, która ma wesołe usposobienie, a jej jedyną słabością są żelki. I proszę, zamiłowanie do tych słodyczy ją zgubiło. Gdyby nie to, być może wciąż pracowalibyśmy u boku oprawczyni.

Nina... nadal nie mogę się od niej uwolnić, chociaż wcale jej nie znałam. Miała zaplanowaną przyszłość, chciała założyć rodzinę oraz zaopiekować się siostrą.

Czy umierając, uniosła się nad budyniem szkoły i widziała, co się dzieje?

Czy zauważyła Julię, która walczyła ze sobą, by wyjść jej na spotkanie, ale ostatecznie się nie zdecydowała? Dlaczego? Bała się? Czy cokolwiek widziała?

To drugie raczej odpada, bo przecież gdyby coś zauważyła, miałaby jakiś argument przemawiający na jej korzyść.

Gdzie poszła tamtej nocy? I jak znalazła ją policja?

Czy Nina, umierając, wierzyła, że Kiełbaskowa złoży właściwe zeznania? Że dzięki niej Lucyna zostanie skazana? Pytanie, ile faktycznie widziała ta obłąkana sąsiadka i czy policja da wiarę jej słowom? Czy w ogóle można brać pod uwagę zeznania osób chorych psychicznie?

Pytania, pytania i pytania...

Wciąż je sobie zadaję i nie znajduję właściwych odpowiedzi. Jakoś nie potrafię odetchnąć z ulgą po tym wszystkim. Nie pomaga nawet picie herbaty w zwiększonych ilościach.

Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek do drzwi. Pospiesznie je otwieram, już nie jestem tak ostrożna, jak jeszcze do niedawna. Już wiem, że nic złego nie może mnie spotkać.

- Hej, Malwa!

To Arek, który wchodzi jak do siebie i składa na moich ustach pocałunek. Czuje się tu coraz swobodniej, co w sumie nie jest takie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że po tamtym feralnym wieczorze, gdy doszło do zatrzymania Lucyny, został na noc.

- Hej. - Przytulam się do niego i chłonę ciepło męskiego ciała.

- Zrobiłem zakupy. Może ugotujemy coś razem? - proponuje.

Zwykłe, małe rzeczy, którymi cieszymy się każdego dnia, a które w natłoku spraw i w codziennym pędzie nie zostają zauważane.

Jak dobrze żyć tak spokojnie z dnia na dzień i nie musieć oglądać się za siebie.

Wspólnie przygotowujemy posiłek, ale chyba oboje czujemy, że nie wszystko zostało między nami powiedziane.

- Wiesz... - zaczynam niepewnie - przepraszam. Wcześniej jakoś się nie złożyło. Tyle się działo, emocje we mnie buzowały, a przecież niesłusznie cię oskarżyłam.

- Daj spokój. Cieszę się, że to całe nasze śledztwo dobiegło końca. Wreszcie możemy myśleć o przyszłości, o naszej wspólnej przyszłości, i nie martwić się jakimś Duchem Szkoły.

- Masz rację, ale Duch Szkoły to jednak nie był twój wymysł. On istnieje naprawdę. Jest nim Lucyna, która na szczęście już nikomu nie zrobi krzywdy.

- I dobrze. Ale to twoja zasługa.

- Moja?

- Tak, przecież gdybyś tak w tym nie grzebała, to Lucyna wciąż byłaby na wolności i kto wie co by się jeszcze stało. Nie wiadomo do czego jeszcze jest zdolna to kobieta. Podziwiam cię za odwagę.

- Mnie? To raczej zasługa Wojtka. Jeśli nie pojawiłby się w odpowiednim momencie, dziś mnie również mogłoby tu nie być.

- A co z Ireną? - pyta, a w jego oczach pojawiają się łzy.

Gdyby nie fakt, że kroi cebulę, mogłoby to być odebrane jako wyraz troski o bibliotekarkę.

- Odpowie za krycie morderczyni. Sama nikomu niby nic złego nie zrobiła, ale doskonale wiedziała, że jej przyjaciółka zabiła i Bogdana, i Ninę.

- Lucyna ją wsypała?

- Nie. Nadal milczy w tej sprawie, twierdząc, że nikt nie wiedział o jej morderczych zapędach. Odpowie za swoje czyny tylko dzięki moim zeznaniom. Myślę, że jak ją dobrze przycisną, to chętnie zacznie mówić i ta ich wielka przyjaźń rozsypie się w drobny mak.

- Cóż... to już nie nasz problem. Szkoda tylko dzieciaków. Biblioteka zostanie zamknięta. Przynajmniej na jakiś czas.

- A, i tu się mylisz - wystawiam w jego stronę ostrze noża, ale po chwili je odkładam, widząc niezręczność tej sytuacji.

- To znaczy?

- Przejmę pracę w bibliotece na pół etatu, a drugie pół weźmie Krystyna. Nie chcemy pozbawić ani uczniów, ani nas samych dostępu do dobrej literatury.

- To świetny pomysł. Dasz radę połączyć obowiązki?

- Jasne, nie zapominaj, że mam doświadczenie w pracy w agencji, dzięki czemu umiem rozciągać dobę do granic możliwości i zarządzać czasem, by ze wszystkim zdążyć. A praca w bibliotece szkolnej to nic trudnego. Irena prowadziła zeszyt, w którym skrupulatnie opisywała organizację biblioteki z uwzględnieniem zawartości każdego regału. A resztę znajdę w systemie czy w Internecie. Poza tym nie będę sama, mam do pomocy Krystynę.

- Widzę, że się zaprzyjaźniłyście?

- Może przyjaźń to zbyt mocne słowo, ale faktycznie, lubimy się. Odkąd zobaczyła mnie w drzwiach pokoju nauczycielskiego, nie patrzyła na mnie krzywo, tylko inaczej, tak z sympatią i zainteresowaniem. Nie oceniła mnie jak cała reszta nauczycieli. Przyjęła mnie z czystą kartą i za to jestem jej wdzięczna.

- No tak. Cieszę się, że masz w szkole kogoś bliskiego.

- Mam ciebie.

- Ale ja czas spędzam głównie na sali gimnastycznej. Dobrze, że masz też koleżankę, z którą możesz porozmawiać i która nie jest Olą.

- Masz coś do Oli?

- Nie, tylko straszna z niej służbistka.

- Nie mogę się z tym nie zgodzić. - Śmieję się.

Jemy obiad w miłej atmosferze, a potem oznajmiam Arkowi, że chciałabym, aby kogoś poznał. Jest zaintrygowany, ale nie protestuje.

Ubieramy się ciepło i jedziemy do centrum miasta. Kiedy stajemy przed bramą cmentarza, jego zdziwienie sięga zenitu, ale nic nie mówi. W milczeniu daje się prowadzić alejkami, gdzieniegdzie pokrytymi jeszcze grubymi i zbitymi hałdami śniegu.

Docieramy do odpowiedniego grobu. Zapalam znicze i dłonią w rękawiczce przecieram płytę nagrobka.

- Dziadku, poznaj, proszę, Arka - oznajmiam poważnym tonem.

- Dzień dobry, bardzo mi miło. Cieszę się, że Malwina zaufała mi na tyle, iż zabrała mnie do pana.

Mój partner doskonale wchodzi w rolę i wcale nie jest skonsternowany tą sytuacją. Rozmawiamy jeszcze chwilę z dziadkiem, a wracając, dostrzegamy, że dzisiaj na cmentarz wybrał się również Wojtek. Mam jeszcze dwa zapasowe znicze, więc postanawiam odwiedzić także grób jego rodziny.

- O, to wy, dzieciaki. - Wojtek uśmiecha się na nasz widok, chyba pierwszy raz, od kiedy go poznałam.

- Dzień dobry - mówimy razem.

Przystajemy przy właściwym grobie, a gdy konserwator widzi, że zapalamy światełko świadczące o pamięci o zmarłych, jest wzruszony.

- Dziękuję, to miłe - wyznaje, ocierając łzy.

- Nie ma za co. To, co pan przeszedł w życiu i co zrobił pan dla Malwiny... - Arkowi głos grzęźnie w gardle. - Nigdy tego panu nie zapomnimy.

- Właśnie tak. Jestem panu bardzo wdzięczna.

- E tam! - Macha ręką, jakby odganiał natrętną muchę. - Nie ma o czym gadać. Było, minęło. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło.

- Jak pan się czuje? Możemy jakoś pomóc? - proponuję.

- Mnie już nie da się pomóc, drogie dziecko. Od lat jestem wrakiem człowieka. Tym bardziej cieszę się, że mogłem pomóc pani, pani Malwino, i wybawić z tej opresji.

- Nie jest panu przykro?

- Przykro? - Wojtek ewidentnie nie rozumie.

- Z powodu Lucyny. W końcu była panu bardzo bliska.

- To było tak dawno temu... To uczucie już minęło, wywietrzało. Pozostały jedyne wspomnienia, które teraz są bardziej gorzkie niż słodkie.

Stoimy w milczeniu jeszcze chwilę, po czym się żegnamy.

Idziemy na grób Niny, ale tam żadne z nas nic nie mówi. Oboje jesteśmy zatopieni we własnych myślach.

Jej grób, pomimo tego, że minęło już sporo czasu, wygląda pięknie, o ile w tym wypadu można mówić o pięknie. Jest mnóstwo kwiatów i zniczy, aż całość się wysypuje. Część leży obok nagrobka. Nie wiem, czy to z powodu wiatru, czy wielości tego wszystkiego.

Nie dziwi mnie to. Po zatrzymaniu Lucyny większość uczniów, przyjaciół, znajomych, bliższych czy dalszych, wróciła na cmentarz i ponownie odwiedziła grób zamordowanej nauczycielki. Nie tylko mnie jest jej żal i odczuwam smutek, gdy myślę, ile straciła w tak młodym wieku. Została bezczelnie odarta z tych codziennych spraw, uczuć, przeżyć, które należą się każdemu człowiekowi.

Trochę obawiam się, co pomyśli o tym popołudniu Arek, ale wydaje się zadowolony z tego, że go tu zabrałam. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że może to być odpowiedni mężczyzna.

Spędzamy miły wieczór, a ja wreszcie wierzę, że wszystko się dobrze ułoży. W przeciwieństwie do Niny mam szansę, by snuć plany na przyszłość, by założyć rodzinę, by marzyć i móc spełniać te marzenia. Choć początkowo czuję się trochę nieswojo, to jednak zaczynam się do tej myśli przyzwyczajać i jest mi z nią dobrze.

Epilog

Od zatrzymania Lucyny minęło już trochę czasu. Zostanie skazana, nie ma co do tego wątpliwości i stanie się to ku uldze nas wszystkich.

Powoli układam sobie życie.

To zawodowe jest o wiele spokojniejsze; choć przybyło mi obowiązków w bibliotece, z Krystyną dobrze się rozumiemy i dodatkowa praca sprawia nam przyjemność.

To prywatne pędzi w szaleńczym rytmie mojego serca, które bije w stronę Arka. Tworzymy fajną parę, a na początek to w zupełności wystarczy. Niebawem wspólnie spędzimy Wielkanoc z jego rodziną.

Cieszę się na ten czas, chociaż trochę przykro mi zostawiać Krystynę w samotności. To ona przygarnęła mnie na Boże Narodzenie, dzięki czemu obydwie mogłyśmy trochę poczuć magię świąt. To wspaniała przyjaciółka, kibicuje mi i Arkowi, twierdząc, że po wydarzeniach, które miały miejsce w szkole, z jeszcze większą ochotą spędzi świąteczny okres w odosobnieniu. Widać potrzebuje pobyć tylko ze sobą. Cóż, każdy z nas inaczej radzi sobie z tym dramatem.

Do wyczekiwanego wolnego zostało jeszcze trochę czasu, więc chcąc nie chcąc trzeba jeszcze popracować. Zmierzam do szkoły zatopiona we wspomnieniach wczorajszego wieczoru, który spędziliśmy tylko we dwoje, i bezwiednie uśmiecham się do otaczającego mnie świata.

Ten uśmiech natychmiast znika, kiedy widzę, że Kowalski rozmawia z panią Kiełbaskową. Właściwie to nie rozmawia, ale krzyczy.

Postanawiam interweniować, bo nawet z daleka dostrzegam, jak starsza pani kuli się w sobie i nie czuje komfortowo w obecności tego człowieka. Nie wiem, czy w ogóle jest ktoś, kto dobrze się przy nim czuje.

- Co tu się dzieje? - Wpadam w sam środek toczącej się awantury, chociaż raczej należałoby rzec: monologu, który wygłasza ojciec Tomka.

- Nic, rozmawiamy sobie z sąsiadką - stwierdza z tą swoją wyższością jak gdyby nigdy nic.

Jak zwykle jest nienagannie ubrany, w garnitur, na który nonszalancko narzucił ciemny płaszcz.

- Nie wydaje mi się, aby pani Kiełbaskowa była zadowolona z przebiegu rozmowy. - Zakładam ręce na klatce piersiowej i mój wzrok pada na twarz mężczyzny.

- Oj, dobrze, już dobrze. Próbowałem wyciągnąć coś z tej kobiety na temat tych śmierci.

- Słucham? Czy pan jest poważny?! - Nie wierzę w to, co słyszę. - To starsza schorowana kobieta i nie powinien jej pan męczyć. Poza tym dochodzeniem zajmuje się policja, a nie wydaje mi się, żeby zmienił pan zawód. Chyba że o czymś nie wiem?

- Ale pani jest uparta. No co, chciałem się tylko dowiedzieć czegoś więcej, ale to strata czasu. Ta kobieta jest całkowicie obłąkana i wątpię, aby policji udało się uzyskać od niej jakiekolwiek zeznania.

- Proszę zostawić ją w spokoju. Jej sprawą zajmuje się także pomoc społeczna i raczej nie będzie zadowolona, kiedy zgłoszę, że ją pan nagabuje.

- I tak za chwilę mam spotkanie z klientem, więc żegnam panie - rzuca na odchodne i po chwili już go nie ma.

Niby się rzuca, ale tak naprawdę to tchórz. Zawsze ucieka, tłumacząc się klientami. Nie wierzę, że oni w ogóle istnieją. Z najnowszych plotek jednak wynika, że Kowalski ma ludzkie uczucia, od czasu do czasu. Ponoć w sporej części sfinansował nowy sprzęt do sali gimnastycznej. Przypominam sobie, że mijałam go kiedyś na szkolnym korytarzu. Wydawało mi się, że mógł myszkować w sekretariacie, a to wtedy dogadywał szczegóły z Arkiem.

Biorę panią Kiełbaskową pod ramię i odprowadzam do domu. Chociaż nic nie mówi, to widzę, że jest mi wdzięczna. Czasami nie trzeba używać słów, by zrozumieć, co druga osoba ma na myśli.

W trakcie pracy dostaję SMS od Aldony, która w ramach wdzięczności za doprowadzenie śledztwa do końca zaprasza mnie na obiad do restauracji, pisze też, że ma dla mnie niespodziankę. Cieszę się na to spotkanie, ale nie sądzę, że przyczyniłam się do rozwiązania tej zagadki. Uważam, że większe podziękowania należą się Wojtkowi, który wybawił mnie z opresji. Ja prawdziwego sprawcę rozpoznałam w ostatniej chwili, która tylko dzięki konserwatorowi nie okazała się ostatnią chwilą mojego życia.

Po południu wchodzę do lokalu, gdzie z daleka macha do mnie przyjaciółka Niny. Ściągam kurtkę, pod którą włożyłam klasyczną małą czarną oraz kozaki na niewysokim obcasie. Zawsze wkładam ten strój, kiedy nie wiem, w co się ubrać. Przeczesuję dłonią moje długie falowane włosy i poprawiam wciąż opadające okulary.

- Cieszę się, że przyjęłaś moje zaproszenie. Pięknie wyglądasz. Zaczęłaś nosić okulary?

Aldona jak zwykle jest elegancka. Dziś ma na sobie czerwoną sukienkę i pasującą do niej czerwoną szminkę. Włosy starannie upięła w kok.

- Dziękuję. Okulary powinnam była nosić od dawna, ale nigdy siebie w nich nie lubiłam. Dopiero od niedawna do nich wróciłam. Poza tym Arek uważa, że mi w nich ładnie.

- I ma rację. Widzę, że zbliżyliście się do siebie? - Patrzy na mnie z niemym wyrazem oczekiwania, a ja się rumienię.

- Tak, można tak powiedzieć. To co to za niespodzianka? - pytam, chcąc zmienić temat.

- Będzie za jakąś chwilę.

- Nic więcej mi nie zdradzisz?

- No dobrze. Zaprosiłam dzisiaj również Julię. Wiesz, że ją wypuścili?

- Coś słyszałam. W końcu skoro znalazła się winowajczyni, Julia została oczyszczona z zarzutów. Jak sobie radzi? - pytam, a w międzyczasie pojawia się kelnerka, która przyjmuje nasze zamówienie.

- Wynajęłam jej kawalerkę. Nie chciała ze mną zamieszkać, twierdząc, że potrzebuje zacząć od nowa, a ja za mocno przypominam jej o siostrze. Ale dostała twój list. Napełnił ją nadzieją w czasie, kiedy prawie całkiem ją straciła.

- To dość zrozumiałe. Cieszę się, że w jakiś sposób mogłam jej pomóc.

- Nina miała jakieś oszczędności, a Julia jest jej jedyną spadkobierczynią. Wszystko załatwiłam i na początek to wystarczy. Obecnie jesteśmy na etapie poszukiwania pracy.

- Może w szkole coś by się znalazło? - wypalam, nie zastanawiając się nad słowami.

- Szkoła to chyba nie jest najlepszy wybór. Ja nie chciałam tam wracać i Julia też raczej nie ma ochoty, zwłaszcza że wciąż ma w pamięci dzień śmierci siostry. Czuje się winna, że nie weszła do środka. Może dzięki temu udałoby jej się zapobiec tym strasznym wydarzeniom.

- Racja. A co się z nią działo tamtego wieczoru? Gdzie poszła? Widziała coś podejrzanego?

- Niestety. Mówiła, że widziała spacerującą Kiełbaskową i kilku nauczycieli, którzy nie patrzyli na nią zbyt przychylnie. Nie zebrała się na odwagę, by przywitać się z siostrą, i wróciła do centrum miasta. Spędziła noc, szwendając się po dworcu.

- Jak ją złapali?

- Policja ją wylegitymowała, a kiedy wieść o śmierci siostry rozeszła się echem w policyjnych szeregach, od razu ją zatrzymali. Niczego nie ułatwiał też fakt, że nie miała alibi oraz że nauczyciele i inni pracownicy widzieli ją w pobliżu szkoły tamtego wieczoru.

- No tak, biedna dziewczyna - wzdycham, czując, że jest mi jej żal.

- Chciałam ci podziękować. Wiesz, podziwiam cię za odwagę, za to, że zmierzyłaś się z tym wszystkim.

- To nie do końca moja zasługa. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, o ile możemy mówić o takim zakończeniu. Niestety, ani Ninie, ani Bogdanowi życia to nie wróci, ale nie będzie już więcej ofiar.

- I bardzo dobrze. Czyli ta wasza teoria o Duchu Szkoły się sprawdziła. To Lucyna nim jest.

- Można tak powiedzieć. W duchy nie wierzę, ale w ludzi, którymi kierują mordercze instynkty, już tak. Dobrze, że ta sprawa się rozwiązała. Miewałam momenty zwątpienia i nie byłam wcale pewna, czy chcę tam zostać.

- Mnie mówiłaś co innego.

- Owszem, ale i tak szarpały mną sprzeczne emocje.

- To całkowicie zrozumiałe. Mimo to zostaniesz?

- Teraz już tak. Jestem o tym przekonana. Zwłaszcza że zaprzyjaźniłam się z Krystyną i z...

- Arkiem? - pyta, puszczając do mnie oko.

- No tak. Poza tym obiecałam dziadkowi, że zmienię pracę i wreszcie będę robić w życiu to, co lubię, a nie to, co każą mi inni. Obecnie, kiedy te tragiczne zdarzenia możemy zamknąć w przeszłości, czuję się bezpiecznie. Wierzę, że dziadek nade mną czuwa i że już nic złego nie będzie miało miejsca w naszej szkole. Limit potworności spływających na te mury został wyczerpany.

Przerywamy rozmowę, ponieważ pojawia się obsługa z naszym zamówieniem. Aldona zamówiła również dla Julii, która właśnie wchodzi do środka niepewnym krokiem.

- No proszę, jest i ona. - Przyjaciółka Niny jest w znakomitym humorze, widząc zbliżającą się w naszą stronę drobną postać.

Julia jest podobna do swojej siostry. Widać to i w zarysie sylwetki, i w wyrazie twarzy, nawet z tej niewielkiej odległości. Jest niespokojna, wciąż ogląda się za siebie, jakby się czegoś bała. Wzrok ma rozbiegany i ciężko oddycha. Ubrała się zwyczajnie, tak jak ja na co dzień do pracy.

Ma na sobie jeansy i bluzę w nijakim kolorze, ze startym napisem na środku.

Jej włosy są w nieładzie, co widać nawet mimo że włożyła kaptur, który obawia się ściągnąć, a na twarzy nie ma ani grama makijażu. Widocznie jeszcze nie doszła do siebie po tym, co ją spotkało.

To dla niej wyjątkowo trudna sytuacja. W młodym wieku trafiła za kratki, potem straciła siostrę i gdyby nie Aldona i jej pomocna dłoń, to kto wie co by się z nią stało.

Kiedy podchodzi bliżej nas, Ada wskazuje jej krzesło obok mnie i łagodnym tonem mówi, że zamówiła dla niej obiad, który powinna zjeść. Faktycznie, dość mizernie wygląda, więc wątpię, aby regularnie jadała posiłki. Unoszący się aromatyczny zapach potrawy zachęca ją jednak do sięgnięcia po sztućce oraz do ściągnięcia kaptura.

Wtedy nasze spojrzenia się krzyżują, a ja zamieram w bezruchu. Już kiedyś ją widziałam! Te oczy, takie piękne, ale z drugiej strony niepewne, jakby nie wiedziała, co ma robić, i czekała na polecenia.

To ją widziałam pod klatką kilka lat temu po brutalnym pobiciu dziadka! To była ona, niepewna dziewczyna, która nie miała pojęcia, czy zostać, czy uciekać, a która posłusznie poszła za swoim przywódcą niczym owieczka prowadzona na rzeź.

Ona też mnie rozpoznaje, bo wpatruje się we mnie niczym zaczarowana. To jest ten moment, ten ułamek sekundy, od którego zależy cała jej przyszłość. Mogę jej zaszkodzić, zrobić wszystko, by nie powiodło jej się zbudowanie nowego życia. Mogę to zniszczyć, zemścić się za to, co zrobiła mojemu ukochanemu dziadkowi, albo... mogę udawać, że o tym nie pamiętam, i pozwolić jej, by dokonała właściwych zmian i stała się innym, lepszym człowiekiem.

Patrzę na nią, otwieram usta i już wiem, co zrobię.

Prolog

Przecieram zmęczone i sklejające się powieki, szczypię policzki, by nie odpłynąć w objęcia Morfeusza. Autobus miarowo posuwa się do przodu, lecz dźwięk silnika i lekkie kołysanie sprawiają, że jeszcze bardziej chce mi się spać. Dlaczego wstałam o tak wczesnej porze? Mogłam właśnie przewracać się na drugi bok, otulając cieplutką kołderką, która rozumie mnie jak nikt inny. Ale zrobiłam to, zmobilizowałam się do działania.

Nigdy nie byłam rannym ptaszkiem, raczej nocnym markiem, ale to Nina, moja najlepsza przyjaciółka, sprawiła, że poczułam potrzebę zrobienia czegoś więcej, lepiej, bardziej. Podziwiam ją. Niemal codziennie zjawia się w szkole bladym świtem albo zostaje długo po godzinach. Po co? Aby przygotować dodatkowe materiały, opracować pomysły na kolejne zajęcia z dzieciakami. Szkoła podstawowa, a przynajmniej nasza szkoła podstawowa, pełna jest zaniedbanych młodych ludzi, dzieci jeszcze. Zaniedbanych głównie emocjonalnie, choć materialne także się zdarza. Do tego dochodzą wszechobecne używki, które jakimiś dziwnymi i nieznanymi nauczycielom zakamarkami przedostają się za mury szkoły, łapiąc w swoje sidła te biedne, zagubione istoty. Dlatego Nina tak bardzo się stara, tak mocno chce zająć czymś umysły uczniów, by nie mieli nawet czasu spojrzeć w kierunku narkotyków czy dopalaczy.

Mnie to imponuje i właśnie dlatego wstałam dziś o tak nieludzkiej porze. No dobrze, też dlatego, że ostatnio wzięłam na siebie zbyt wiele tłumaczeń i zwyczajnie mam zaległości. Skoro Nina może wykazywać się taką inicjatywą i poświęceniem, to ja również, chociaż mam wrażenie, że jej przychodzi to zdecydowanie łatwiej.

Autobus zatrzymuje się, a ja niemal w ostatniej chwili uświadamiam sobie, że to mój przystanek. Zrywam się z miejsca i na szczęście udaje mi się wysiąść, zanim kierowca zamknie drzwi.

Rozglądam się niepewnie wokół siebie, ale wszędzie ciemno choć oko wykol. Nawet latarnie nie są włączone, chociaż powinny. Biorę głęboki wdech, ale wcale nie czuję się dzięki temu lepiej, wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że na plecy wskoczył mi potwór w postaci strachu, a na całym ciele czuję nieprzyjemne dreszcze.

Wzdrygam się z niesmakiem i powoli ruszam przed siebie. Kompletnie nic nie widzę i poruszam się raczej po omacku. Nie wiem, jak Nina to znosi, musi być cholernie dzielna, skoro nawet ta ciemnica jej nie odstrasza. Te mroczne poranki nie powinny mnie dziwić, w końcu mamy połowę października i nie tylko w powietrzu, ale również w porannym braku naturalnego światła czuć nieuchronnie zbliżającą się zimę. To nie zmienia faktu, że latarnie powinny być włączone. Ale tak nie jest.

Kiedyś była tu wieś, a szkoła, w której pracuję, była zwykłą szkołą wiejską, lecz na przestrzeni lat tak duże miasto jak Wrocław ponownie się rozrosło i tę malutką wioseczkę wchłonęło. Teraz jest to szkoła miejska, ale różnicę widać jedynie w nazwie. Od lat siedemdziesiątych zupełnie nic się w okolicy nie zmieniło. Wiem, bo kiedyś oglądałam stare zdjęcia tej szkoły, chyba na jakimś wykładzie, a może warsztatach?

Nieważne, faktem jest, że szkoła stoi i niszczeje. Nie przeprowadzono nawet gruntownego remontu. Rozumiem, że o jakości danej placówki decydują przede wszystkim nauczyciele i poziom, jaki sobą ta placówka reprezentuje, ale naprawdę gdyby miasto znalazło choćby trochę funduszy na remont jednego czy drugiego skrzydła, wyszłoby to nam wszystkim tylko na plus.

Staram się iść bardzo cicho, choć nie jest to łatwe. Wszędzie pod stopami czuję coś szeleszczącego. Większość to jakieś śmieci, a część to pewnie pierwsze liście, które zdążyły już spaść z drzew i w blasku słońca prezentują się bajkowo. Nie ma nic piękniejszego niż polska złota jesień, ale nocą nie wygląda to korzystnie.

Właściwie to w ogóle nie wygląda, bo nic nie widzę. Jeszcze nigdy nie szłam tak bardzo nieoświetloną drogą. Gdyby chociaż księżyc ułatwił mi przejście tego kawałka, byłoby zdecydowanie łatwiej, ale oczywiście akurat tego ranka, a dla mnie nadal nocy, postanowił schować się za chmurami, co dodatkowo wprowadza niepokojącą atmosferę. Przez chwilę rozważam, czy wyciągnąć telefon i włączyć latarkę, ale kiedy uświadamiam sobie, że w ostatnim czasie w okolicy dochodziło do włamań, szybko porzucam ten pomysł. Dam radę, to już niedaleko. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i będę bezpieczna w szkolnych murach.

Mimo tych automatycznych zapewnień wcale nie jest mi lepiej.

Strach nie odpuszcza, a w środku czuję dodatkowy niepokój. Jakby organizm starał się mnie ostrzec, że wstawanie ciemnym - zdecydowanie nie bladym! - świtem to nie był najlepszy pomysł. Kiedy jestem już naprawdę blisko, dostrzegam zbliżającą się w moim kierunku postać. Mimowolnie kulę się w sobie, ale nie mam gdzie się ukryć. Wszędzie wokół są domki jednorodzinne, a wejścia do nich broni albo czujnie drzemiący pies, albo mosiężna brama. Nie zaryzykuję wspinaczki po niej, bo jeszcze spowoduję tymi ćwiczeniami włączenie alarmu i narażę się na dodatkowe nieprzyjemności.

Postać jest coraz bliżej, a ja nie mam możliwości, by się obronić.

Przypominam sobie o gazie pieprzowym, który noszę zawsze w torebce, nawet uśmiecham się do siebie na tę myśl, ale nagle ciężkie uderzenie serca o klatkę piersiową uświadamia mi, że ten gaz, jedyny ratunek, jaki mogłabym mieć przy sobie, został w innej torbie. Przed wyjściem z domu szybko zrezygnowałam z mojej codziennej wielkiej torebki, uznając, że zwykła listonoszka będzie najwygodniejsza.

Moja panika sięga zenitu, bo ten ktoś jest już tylko kilka kroków przede mną. Nie spieszy się, idzie wolno, trzymając coś przed sobą. Oby to nie był ten włamywacz! A może jednak to on? Może dzierży w dłoniach łup, który właśnie skradł w jednym z okolicznych domostw? Co zrobi, jak tutaj dojdzie? Może okradnie i mnie?

Nie mam przy sobie nic szczególnie cennego. Jedynie komórkę, która od dawna nie należy do modnych, a tym bardziej drogich modeli, oraz portfel, w którym mam może góra dziesięć złotych i kartę do bankomatu. Na koncie też specjalnie nie można dopatrzyć się jakiejś pokaźnej sumy, w końcu jestem nauczycielką, a jak powszechnie wiadomo, nauczyciele w tym kraju nie zarabiają najlepiej. I akurat te fakty podawane w wieczornych serwisach informacyjnych są jak najbardziej zgodne z prawdą. Dorabiam sobie na tłumaczeniach, ale nie jest to specjalnie wielki zastrzyk gotówki.

Strach oblepia mnie swymi mackami, czuję na zmianę zimne i gorące poty, nawet czoło mi się skropliło, chociaż na dworze jest dość zimno. Kiedy po prostu nastawiam się na to, co nieuniknione, i niemal mijam osobę, która z daleka wydawała się najgorszym możliwym koszmarem, już wiem, że nie mam się czego bać.

- Dzień dobry, pani Kiełbaskowa. - Próbuję opanować drżenie głosu, kiedy już wiem, z kim mam do czynienia, i przede wszystkim, że nie mam się czego bać.

Kiełbaskowa to chyba najstarsza mieszkanka tej okolicy, a z pewnością najstarsza osoba, jaką kiedykolwiek widziałam. Jest dziwna, ale nieszkodliwa. Ludzie mówią, że jest chora psychicznie, ponoć kiedyś spotkała ją jakaś tragedia i od tamtego czasu zwariowała. Kiedy jednak była w pewnej odległości ode mnie, wyglądała groźnie. Każdy by tak wyglądał w tej otaczającej wszystko wokół ciemności.

- Ta szkoła... - odzywa się staruszka.

- Tak, pani Kiełbaskowa, idę do pracy, do szkoły właśnie. - Staram się nawet uśmiechnąć, chociaż nie wiem, czy cokolwiek można zobaczyć na mojej twarzy, kiedy brakuje oświetlenia.

- Ta szkoła... - powtarza - dla dzieci... i dorosłych.

Co ona wygaduje? Znów jej się pomieszało w głowie. Nic dziwnego, skoro chodzi po nocy z tym swoim wózkiem, który nieopatrznie wzięłam za łup zbliżającego się do mnie włamywacza.

- Ta szkoła... dla dzieci... i dorosłych... - Starucha znowu swoje.

- Szkoła, pani Kiełbaskowa, jest dla dzieci, a dorośli to nauczyciele, którzy w niej pracują - próbuję wytłumaczyć, co na ten temat myślę, ale po jej minie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu.

Zaplątała się gdzieś w swoim chorym umyśle i nic tego pewnie nie zmieni.

Macham ręką na znak, że nic tu po mnie i zostawiam ją tak na środku chodnika.

W końcu nie po to się zrywałam z łóżka, żeby teraz marnować czas na pogaduszki z jakąś starą wariatką.

Idę dalej, nieco przyspieszam, bo chcę się znaleźć już w środku, napić gorącej herbaty i zabrać do pracy. To się dopiero Nina zdziwi, kiedy jej powiem, że i ja potrafię się zorganizować i również zrobić coś więcej dla naszych uczniów.

Odwracam się jeszcze przez ramię i widzę, że ona nadal stoi w tym samym miejscu i wskazuje palcem na budynek szkoły. Nie zawracam sobie tym jednak dłużej głowy, czując, jak opuszcza mnie cały wcześniejszy niepokój. Może jest to spowodowane tym, że jestem już pod szkołą, a może tym, że jedyne, co mogłoby mnie spotkać tu złego, to stara Kiełbaskowa.

Wyciągam z torebki klucz, którym otwieram drzwi - wczoraj o to zadbałam i pożyczyłam go od pani Reni, jednej z naszych sprzątaczek - i po chwili jestem już w środku. Przyklejam plecy do ściany i oddycham głęboko, mając pewność, że jestem już bezpieczna.

Spoglądam na długi i wąski korytarz przede mną i wszystkie włoski na moim ciele stają dęba. Tutaj naprawdę jest strasznie. To ciekawe, że szkoła nocą wygląda zupełnie inaczej niż w świetle dnia. Czym prędzej kieruję dłoń do włącznika światła, chcę, by wreszcie zapanowała jasność, ale po pstryknięciu nic się nie dzieje.

- Co jest? - zadaję sobie pytanie.

Pokonuję strach i idę tym strasznym, długim korytarzem, bo na jego drugim końcu również jest włącznik światła. Po jego naciśnięciu jednak również nic się nie dzieje.

- Pewnie jakaś awaria.

Na szczęście obok mnie jest skrzyneczka z bezpiecznikami, którą otwieram, ale niczego niepokojącego w niej nie znajduję. Nie znam się na elektryce, ale na moje oko wszystko jest w porządku i jeśli nie ma światła to nie wina bezpieczników, tylko pewnie jakaś lokalna awaria. Oby ją szybko usunęli, w przeciwnym razie czeka nas wszystkich szkolny chaos, ku uciesze uczniów.

- To faktycznie zrobiłaś interes życia, Ada - stwierdzam.

Niepotrzebnie się zrywałam z łóżka, skoro nie ma prądu. Nie popracuję zbyt wiele z rana przed otwarciem szkoły. Ba! Nawet herbaty sobie nie zrobię, bo do tego też jest potrzebny prąd.

Nagle opada mój poranny entuzjazm, jaki miałam w sobie, i kieruję się do sekretariatu. Może chociaż uzupełnię dziennik. W świetle telefonicznej latarki powinnam sobie z tym poradzić. Do domu i tak nie opłaca mi się wracać. Już nawet te ciemności przestały robić na mnie wrażenie.

Dziarsko kroczę po korytarzu i z energią otwieram drzwi, by natychmiast znieruchomieć. To, co widzę, nie może dziać się naprawdę. Otwieram szerzej przerażone oczy. Wiem, że powinnam coś zrobić, ale nie jestem w stanie się ruszyć. A może przysnęłam w klasie i to wszystko mi się śni? To jakiś koszmar...

Przecieram powieki, ale obraz nie znika, szczypię się w ręce, lecz nadal nic się nie dzieje.

Nagle zaczynam się dusić, nie mogę złapać oddechu i słyszę mój pełen bólu i cierpienia krzyk.

Nie wiem, ile czasu trwam w tym zawieszeniu, ale po upływie kilku, może kilkunastu chwil podchodzę nadal przerażona do osoby, która leży bez ruchu w kałuży krwi.

- Nina... - szepczę. - Nina! - krzyczę, nerwowo potrząsając ją za ramiona.

Dopiero teraz sprawdzam oddech i puls, jak uczono nas na kursie pierwszej pomocy. Nic nie wyczuwam. Sprawdzam drugi i trzeci raz, ale nadal nic.

- Nina! Obudź się, do cholery! - wrzeszczę, ale doskonale wiem, że nic tym nie zdziałam.

Nina, moja najlepsza przyjaciółka, oddana i pełna empatii nauczycielka, nie żyje. Delikatnie głaszczę ją po długich, falowanych i ciemnych włosach, uważając, by nie dotknąć zakrwawionych miejsc. Moje łzy kapią na jej śliczną twarz. A potem dzwonię pod numer alarmowy.

Rozdział 1

Stoję i patrzę na budynek o zabarwieniu szaro-nijakim. Szkoła. Tak, to na pewno jest szkoła. Sama utwierdzam się w tym przekonaniu. Jeszcze raz sprawdzam adres, ale wszystko się zgadza, nie może być inaczej. Mury są dość zniszczone, ale nie zniechęcam się. Jak to mówią, nie szata zdobi człowieka i nie ocenia się książki po okładce, chociaż każdy z nas doskonale wie, że to tylko takie gadanie.

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

Dobrze, że ja się odpowiednio prezentuję. Czarne spodnie, biała klasyczna koszula i granatowa marynarka. Do tego moje ulubione botki, które pasują do wszystkiego. To dla mnie ważny dzień. Dzień, w którym może zmienić się całe moje życie zawodowe.

Może to dziś otrzymam od losu kolejną szansę?

Rozglądam się i dostrzegam biegające wokół boiska dzieciaki, które krzyczą coś do siebie. W powietrzu czuć wolność i radość. Tak powinna wyglądać szkolna dziecięca beztroska. Kiedy byłam w wieku tych dzieci, myślałam, że świat stoi przede mną otworem i jeśli tylko chcę, mogę dokonać wielkich rzeczy. Mogę wszystko. Im również tego życzę i takie zasady będę im wpajać. O ile oczywiście zostanę tu na dłużej. To nie do końca jest zależne ode mnie.

W oddali widzę pełne uśmiechu twarze prawdopodobnie dwóch wuefistów, którzy rozmawiają i szczerze się śmieją. Być może jeden z nich opowiadał temu drugiemu jakiś dowcip. Skoro nauczyciele dobrze się tutaj czują, to nie powinnam mieć powodów do obaw. Oddycham pełną piersią i zmierzam w kierunku wielkich przeszklonych drzwi.

Rozglądam się i ze smutkiem stwierdzam, że środek wcale nie prezentuje się lepiej niż zewnętrze. Widać gdzieniegdzie odłażącą farbę, a drzwi, poręcze schodów czy ściany na korytarzu wręcz wołają o odświeżenie. Rozumiem, że to jedna z wielu bolączek polskiej szkoły. Bez trudu odnajduję sekretariat i zanim do niego wejdę, ostrożnie pukam.

- Proszę! - Udaje mi się usłyszeć zza drzwi.

Zdecydowanie pociągam za klamkę i energicznie wchodzę, tłumacząc cel mojej wizyty.

- Proszę usiąść i chwilę poczekać. Pani dyrektor za chwilę panią poprosi - informuje profesjonalnym tonem sekretarka.

Kiwam głową i dyskretnie rozglądam się wokół siebie. Czas w tym miejscu się zatrzymał. Sekretariat wygląda jak wyjęty z czasów świetności Gierka, ale staram się nie przywiązywać do tego większej wagi. Atmosfera pracy to dla mnie kluczowy czynnik. Jeśli pracują tu fajni i zgrani ludzie, a do tego uczniowie są znośni, to nic innego się dla mnie nie liczy.

W mojej poprzedniej pracy atmosfera między pracownikami była koszmarna. Każdego ranka nie dość, że ledwo zwlekałam się z łóżka, to jeszcze z dnia na dzień z coraz większą niechęcią tam chodziłam. Liczę, że tutaj będzie inaczej.

- Pani Malwina Wysocka? - pyta mnie pojawiająca się w drzwiach kobieta o całkiem przyjemnej twarzy, choć sprawiającej wrażenie nieco zrezygnowanej.

- Dzień dobry, tak, to ja.

- Zapraszam do mojego gabinetu.

Teraz dostrzegam całą sylwetkę pani dyrektor.

Jest wysoka, a przy tym bardzo szczupła. Właściwie wygląda, jakby była chora albo miała zaburzenia odżywiania w kierunku anoreksji. Jej twarz jest sympatyczna, a na pierwszy plan wysuwają się wielkie zielone oczy. Tym większe się wydają, im bardziej ona jest chuda. Nie wiem, czy faktycznie cierpi na jakąś chorobę, czy to po prostu taka jej natura.

Zawsze zazdrościłam tym wszystkim osobom, które potrafią zjeść konia z kopytami i wciąż być przeraźliwie wychudzone, a ja tylko popatrzę w kierunku czekolady i od razu tyję trzy kilogramy. Przez to nie należę do najszczuplejszych, ale nie przejmuję się tym aż tak bardzo. Właściwie dotąd nie miałam czasu się tym przejmować, bo całe moje życie wypełniała praca, na inne rzeczy nie było już miejsca.

- Proszę sobie usiąść, może napije się pani czegoś? Kawy? Herbaty?

Pani dyrektor uśmiecha się do mnie zachęcająco i widzę, że usilnie stara się być miła, chociaż w głębi jej oczu dostrzegam jakiś smutek, a nawet przerażenie. Próbuję nie odbierać tego osobiście, ale wygląda, jakbym to ja ją przestraszyła. Może to jednak skutek choroby?

- Nie, dziękuję - odpowiadam krótko i rzeczowo, czyli tak jak do tej pory byłam nauczona.

Taki system odpowiedzi wypracowałam sobie przez lata.

- W takim razie przejdźmy do rzeczy.

Przysuwa sobie krzesło, jednocześnie wskazując mi to znajdujące się naprzeciwko niej i zakłada za uszy włosy w kolorze jasnego brązu.

Przekłada jakieś papiery na biurku, czegoś szuka, znowu przekłada, a przy tym kilkukrotnie poprawia włosy, tak jak zrobiła to na początku. Sprawia wrażenie dużo bardziej zdenerwowanej niż ja, jakby to ona przyszła na rozmowę kwalifikacyjną. Trochę to dziwne i wprowadza pewnego rodzaju niepokój, ale składam to na karb jej sposobu bycia. Może przy bliższym poznaniu zyskuje nieco więcej. W końcu jest dyrektorką, więc nie powinna być zbytnio chaotyczna ani zagubiona, przecież ma na głowie całą szkołę i wszelkie sprawy związane z jej funkcjonowaniem.

- Pani Malwino, muszę przyznać, że pani CV jest dość... hm... imponujące. Wiele lat pracowała pani w agencji reklamowej, skończyła pani filologię polską, zarządzanie i marketing, pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną z terapią pedagogiczną, oligofrenopedagogikę... - wymienia wszystkie kierunki studiów, jakie ukończyłam. - Jest tego sporo. Do tego liczne kursy i szkolenia... - Patrzy na mnie z szacunkiem.

- To prawda. - Kiwam głową i uśmiecham się nieznacznie.

- W takim razie co skłoniło panią do tak radykalnej zmiany pracy? Bo rozumiem, że to pani zdecydowała o odejściu z agencji?

- Tak. Uznałam, że potrzebuję tej zmiany. Praca w agencji reklamowej jest ciekawa, pełna wyzwań, ale czy szkoła też nie jest miejscem, gdzie stale się coś dzieje, a każdy dzień to jedna wielka niewiadoma? A i wyzwań z pewnością również można się spodziewać.

- Ale w kwestii zarobków praca nauczyciela nie jest szczególnie atrakcyjna.

- To prawda, lecz pieniądze to nie wszystko. Dla mnie najważniejsza jest atmosfera w pracy i możliwość ciągłego rozwoju. Poza tym z tamtej pracy zrezygnowałam niejako z powodów osobistych - dodaję.

- Rozumiem. - Pani dyrektor kiwa głową z uznaniem, spoglądając raz na mnie, a raz na mój życiorys.

- Pracowała pani kiedykolwiek w szkole?

- Niestety nie, jedynie wiele lat temu odbyłam praktyki, ale szybko się uczę nowych rzeczy oraz dostosowuję do sytuacji. Myślę, że potrafiłabym się tu odnaleźć.

- A dojazd? Obawiam się, że może się pani zniechęcić, jeśli będzie musiała dojeżdżać do szkoły z drugiego końca miasta.

- Dojazd nie jest problemem. Niedawno się przeprowadziłam, zaledwie kilka dni temu, i teraz mieszkam dwa przystanki stąd. Odziedziczyłam mieszkanie po dziadku. W CV pewnie wpisałam jeszcze stary adres, a ta przeprowadzka to świeża sprawa.

- To doskonale! - Dyrektorka jest ewidentnie uradowana, a tę radość okazuje, klaszcząc. - Czy ma pani może jakieś pytania?

- Nie... myślę, że na ten moment raczej nie. Jeśli dostanę tę pracę, to wtedy chętnie poznam uczniów, nauczycieli, klasę, do której zostanę przydzielona, i oczywiście chciałabym obejrzeć budynek szkoły, dowiedzieć się, gdzie jest pokój nauczycielski i tak dalej ...

- Oczywiście! - Pani dyrektor ponownie klaszcze i jest wyraźnie rozentuzjazmowana moimi wypowiedziami. - Może od razu oprowadzę panią po szkole? Ma pani czas?

Jestem zdziwiona jej nagłą zmianą nastroju.

- Jak najbardziej, z przyjemnością zapoznam się ze wszystkim.

Dyrektorka niemal podskakuje w miejscu, uśmiecha się coraz bardziej, dzięki temu teraz już nie wygląda na tak chorą jak przed tą rozmową. Prowadzi mnie do drzwi, które przede mną otwiera, i zaprasza gestem na korytarz. W locie łapię jeszcze równie skonfundowane spojrzenie sekretarki, ale potulnie kroczę za moim potencjalnym pracodawcą.

Trochę to dziwne, a nawet niekomfortowe, że pani dyrektor zachowuje się, jakby to ona starała się o tę pracę, a nie ja. Co prawda całe lata nie byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, ale z tego, co pamiętam, to przebiegały one zupełnie inaczej, a przede wszystkim moje odczucia co do nich były zgoła odmienne.

- Tutaj mamy klasy, wszystkie obok siebie wzdłuż korytarza do samego końca. Na pierwszym i drugim piętrze jest taki sam układ. Na początku i tam w oddali - wskazuje - znajdują się toalety. Jedynie tu, na parterze, zaraz na prawo od wejścia jest sekretariat, a w nim mój gabinet, obok biura pokój nauczycielski. A, i jeszcze po lewej stronie na parterze mamy szkolną bibliotekę. Jest naprawdę dobrze wyposażona, nie tylko w lektury szkolne, więc jeśli lubi pani czytać, to zachęcam do regularnych odwiedzin.

- Lubię czytać, chociaż pracując w agencji, nie miałam na to praktycznie czasu, więc jeśli dostałabym tę pracę, to chętnie nadrobię zaległości czytelnicze.

- Świetnie, pani Malwino, doskonale. - Klaszcze, po czym wskazuje mi kolejne pomieszczenie obok biblioteki. - Tutaj jest taki składzik dla pań sprzątających oraz pana Wojtka, naszej złotej rączki. Czego to on nie potrafi naprawić! Chyba nie istnieje taka rzecz, której naprawy by się nie podjął. I oczywiście robi to doskonale!

Potakuję głową w milczeniu, gdyż nieco mnie deprymuje jej nagły i nadmierny entuzjazm.

Właściwe nie wiem, co powiedzieć.

Przyszłam tu tylko na rozmowę, nie oczekując żadnych konkretów, a przynajmniej nie w tej chwili, a ona zachowuje się, jakbym już dostała tę pracę, i w dodatku wygląda na wniebowziętą, że mnie zatrudniła.

- Czyli układ pomieszczeń jest właściwie podobny jak w każdej szkole - mówię, bo mam wrażenie, że powinnam się odezwać po dość długiej ciszy.

- W sumie to tak, a raczej nie! - wykrzykuje pani dyrektor. - Mamy tu jeszcze jedno pomieszczenie, które jest dość... szczególne i które pewnie nie znajduje się w każdej szkole.

- A co to takiego jest? - czuję się zaciekawiona tym nowym faktem.

- Najlepiej będzie, jak pani pokażę! - Proszę za mną!

Nie czeka na mnie, tylko czym prędzej udaje się na schody, po których pospiesznie się wspina. Jakby bała się, że jej ucieknę, rozmyślę się i nie zechcę podjąć tej pracy.

Próbuję nadążyć za jej szybkim krokiem, w pośpiechu mijam zbiegające po stopniach dzieciaki, bo na nasze nieszczęście akurat wybrzmiał dzwonek na przerwę i zewsząd wylewają się falami kolejne grupy uczniów. Nagle wokół mnie robi się nieprzyjemnie głośno i niekomfortowo. Zapomniałam już, jak wygląda szkolna rzeczywistość.

Praktyki robiłam dawno, a w agencji panowały raczej cisza i spokój. Chyba że akurat mieliśmy deadline i musieliśmy wytężyć swoje umysły, wtedy bywało głośno. Każdy kłócił się z każdym, a wokół panowała nerwowa i pełna napięcia atmosfera.

Tutaj też jest głośno, ale inaczej. Słychać śmiechy, radosne okrzyki, w tle do moich uszu dociera nawet muzyka, która napełnia mnie pozytywną energią. Ta cała mieszanka sprawia, że naprawdę dobrze się tu czuję. Tylko czy to wystarczy? Czy zechcą tutaj nauczyciela bez doświadczenia w tej branży?

- To tutaj, na pierwszym piętrze. Na parterze i na drugim piętrze w tym miejscu są toalety, tak jak pani mówiłam, ale akurat na pierwszym na końcu tego długiego korytarza nie ma toalety tylko to. - Z dumą otwiera drzwi i prezentuje mi wnętrze.

Zaglądam jej przez ramię i omiatam wzrokiem pomieszczenie. Spodziewałam się... właściwie to nie mam pojęcia, czego się spodziewałam, ale z pewnością nie tego, co widzę. To duże wnętrze, nie tak duże jak klasa, ale jednak, do tego surowe, trochę ciemne, pewnie za sprawą malutkich okien, przez które wpada mało światła. Gdyby wymienić je na większe, odmalować i uporządkować, można by tu zrobić dodatkową klasę. Wszędzie walają się różne przedmioty, krzesła, stoły, worki i pudła. Mnóstwo pudeł, które nie wiem, co skrywają, ale chyba mnie to nawet nie interesuje.

- Co tutaj jest? - pytam, będąc jednocześnie mocno skonsternowana. Mam wrażenie, że jest tu wszystko poza porządkiem.

- To jest nasza Komnata Tajemnic. Tak, wiem, że brzmi jak z książek o Harrym Potterze. Ale można nazywać to pomieszczenie inaczej. Słyszałam przeróżne nazwy jak bezkresie, czyściec czy po prostu zwykła graciarnia. Mnie najbardziej jednak podoba się ta pierwsza. Wiem, że pewnie pierwsze, co pani pomyślała, to to, czemu nie przerobiliśmy jej na klasę ani na toaletę, jak na każdym innym piętrze, ale to fizycznie niemożliwe, a raczej wolę myśleć, że tak jest.

- To znaczy? - dopytuję się.

- To znaczy, że oczywiście, można by tu zrobić jakąś małą klasę czy salkę, ale jest jakiś problem z prądem.

- Z prądem? - Nie bardzo rozumiem, co ma na myśli.

- Trzeba by tutaj zrobić jakieś podłączenie, pociągnąć kable czy coś, nie wiem. Nie znam się na tym. Pewnie moglibyśmy to zrobić, jestem przekonana, że nawet nasz cudowny pan Wojtek byłby w stanie tego dokonać, ale to się wiąże z remontem, remont z kosztami i wiadomo. Pieniądze może i by się znalazły, ale z drugiej strony wspólnie z gronem pedagogicznym zgodnie orzekliśmy, że nie jest to aż tak konieczne. A takie dodatkowe pomieszczenie na meble, jakieś pomoce naukowe, a nawet środki czystości, które panie sprzątające tutaj zostawiają czasami, kiedy sprzątają to piętro, jest nam, jako szkole, bardzo potrzebne. I tak zostało, w sumie to nawet chyba nikt z nas nie chce tego zmieniać. Za mojej kadencji jako dyrektora tej placówki to się nie zmieni. A dyrektorem będę jeszcze bardzo długo i to nie ulega wątpliwości. - Z tymi słowami jej mina nieco rzednie.

Dziwna kobieta. Zamiast cieszyć się, że ma możliwość pełnienia tak ważnej i na pewno bardziej opłacalnej finansowo funkcji niż zwykły nauczyciel, ona staje się nagle smutna. Jakby sprawowanie pieczy nad tą szkołą było tylko przykrym obowiązkiem. A może to pierwsze objawy wypalenia zawodowego? Może stąd ta jej chudość, wielkie oczy i początkowy brak entuzjazmu.

- A to co? - zadaję pytanie, które kieruję i do siebie, i do pani dyrektor, podnosząc z podłogi kolorowego małego żelowego misia.

- Aaaa, to te żelki. Jedna z naszych sprzątaczek wiecznie je gdzieś gubi.

- To chyba nie sprząta dość dokładnie, skoro nie zauważa porozrzucanych słodyczy - zdobywam się na kąśliwą uwagę, jednocześnie gryząc się w język.

Nie powinnam wygłaszać tego typu teorii, jeśli zależy mi na tej pracy.

- Pani Lucynka jest doskonała w swoim fachu, więc wszyscy wybaczamy jej takie niedociągnięcia. Te żelki to jej jedyny nałóg. Przyzna pani, że dość specyficzny, ale można powiedzieć, że słodki. - Uśmiecha się. - Do pracy pań sprzątających nie mamy żadnych zastrzeżeń. Ani do pani Lucynki, ani do pani Reni. To jak, podoba się pani?

Jej głos, w którym wyczuwam ogromne pokłady nadziei, wyrywa mnie z zamyślenia.

- T-tak... - jąkam się.

- A od kiedy mogłaby pani zacząć? Nie ukrywam, że potrzebujemy nauczyciela wspomagającego na gwałt. Dzieci ze spektrum autyzmu nie powinny czekać. Każdego dnia wymagają indywidualnej pomocy.

- To jak najbardziej zrozumiałe. Myślę, że mogłabym zacząć choćby od jutra, ale rozumiem, że musi się pani zastanowić, przemyśleć, który z kandydatów najlepiej spełnia pani oczekiwania.

- To cudownie! - Znowu klaszcze. - Mogłaby pani zacząć jutro? O ósmej?

- Nap.. Naprawdę? Już jutro? Jest pani pewna, że to mnie chce zatrudnić?

- Oczywiście, że tak! Nie potrzebuję czasu do namysłu, pani kwalifikacje są świetne, a poza tym nie ma żadnych innych kandydatów.

- Nie ma innych... - staram się przebić przez jej słowotok i zachwyt, w który nagle wpadła.

- Chodźmy do sekretariatu, pani Ela wydrukuje dla pani umowę o pracę. Będziemy mogły od razu ją podpisać. - Ciągnie mnie delikatnie za rękę w stronę schodów, tym razem na dół.

Wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy skończyła się przerwa i cały hałas, który mnie otaczał kilka minut temu, nagle wyparował, a w jego miejsce powróciła tak dobrze mi znana cisza.

- Proszę przeczytać, czy wszystko się zgadza, i podpisać tu i tu. Jeden egzemplarz dla pani, a jeden dla mnie.

Nie wiem nawet, kiedy i jak to się dzieje, ale po godzinie, którą spędziłam w tej szkole, mam za sobą nie tylko rozmowę kwalifikacyjną, lecz także pracę, podpisaną umowę i zwiedzanie budynku. Jakbym wróciła z jakiejś alternatywnej rzeczywistości, a ostatnie sześćdziesiąt minut spędziła na odległej planecie.

Wychodzę ze szkoły zadowolona, ale również zdezorientowana. To wszystko poszło jakoś tak łatwo, zbyt łatwo. Czyżby krył się za tym jakiś haczyk?

W tym zamyśleniu kieruję się w stronę przystanku, zupełnie tracąc kontakt z otaczającym mnie światem. Usilnie przepracowuję w głowie ostatnich kilkadziesiąt minut, które spędziłam w tej jakże dziwnej szkole, w której od jutra sama będę pracować. Nie jestem do końca przekonana, czy podjęłam słuszną decyzję. Pragnęłam tej zmiany, obiecałam, że tego dokonam i tak po prostu się to udało. Aż trudno w to uwierzyć!

I ta cała dyrektorka...

Zatrudniła mnie od ręki i ponoć nie było innych kandydatów. Rozumiem, że mało kto chce być nauczycielem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale jednak to jakieś takie dziwne. Może w tej umowie jest coś na kształt cyrografu? Nie czytałam jej uważnie, raczej rzuciłam okiem.

Na tę myśl wygrzebuję ją z torebki i dokładnie studiuję, co jest trudne, bo właśnie zerwał się dość mocny wiatr i przenika mnie do szpiku kości. Nic dziwnego, zaraz połowa listopada, a ja mam na sobie jedynie marynarkę. Większość ludzi zapewne od Wszystkich Świętych nie rozstaje się z kurtkami zimowymi, ale ja, jako osoba puszysta, nie narzekam na zimno. Mam jakiś inny termoregulator własnego ciała.

Wiatr się wzmaga, podrywając resztki jesiennych liści i wprowadzając je w wirujący taniec. Na chwilę zatrzymuję się poruszona tym widokiem. Zawsze lubiłam jesień. Za piękne kolory, za to, że nareszcie nie panują upały, i za rozgrzewającą herbatkę, którą można popijać pod kocykiem w długie jesienne wieczory.

Pewnie dlatego ten obrazek tak mnie pochłonął.

Na głowę spadają mi pierwsze krople deszczu, a ja nadal stoję i patrzę to na liście, to na umowę, którą próbuję przeczytać. Nie odnajduję w niej jednak żadnego podejrzanego zapisu, który mógłby być tym haczykiem. Powoli posuwam się do przodu, bo jednak deszcz nieco się wzmaga i nagle wpadam na jakąś kobietę.

- Przepraszam! - wołam wystraszona.

Nie wiem, jak to się stało, nie chciałam jej zrobić krzywdy. Na co dzień raczej nie zdarza mi się wpadać na innych ludzi.

- Ta szkoła... - Wskazuje na budynek, który dopiero co opuściłam.

- O, widzę, że jest pani na spacerze z maluszkiem.

Uśmiecham się do starszej pani. Dopiero teraz zauważam jej pooraną zmarszczkami twarz, zgarbione plecy i smutek w oczach, chociaż bardziej wygląda mi to na zmęczenie. Ma zwiewną i długą kwiecistą spódnicę oraz podobną chustkę na głowie, a na plecy zarzuciła stary i znoszony jesienny płaszcz w odcieniu szarości.

Kiedy na nią patrzę, wygląda mi na jakieś sto lat, ale to nic dziwnego, ludzie w podeszłym wieku wiele przeszli i są zmęczeni życiem.

Mój podziw budzi jednak fakt, że mimo tego zajmuje się takim maluszkiem. Niemowlęta to ciężka praca, która wymaga nieustannej uwagi.

- Mogę zobaczyć? Uwielbiam małe dzieci, są takie słodkie - mówię i nie czekając na odpowiedź, zaglądam do wózka, po czym natychmiast odskakuję przerażona.

Sytuacja, w jakiej się znalazłam, przypomina jakiś horror. Wózek, który ta staruszka prowadzi, jest całkowicie pusty! Nie ma tam żadnego dziecka!

- Dlaczego pani to robi? - zadaję jej pytanie, ale widząc obłęd w jej oczach, nie spodziewam się sensownej odpowiedzi.

- Ta szkoła... - Starucha wyciąga palec w stronę mojego przyszłego miejsca pracy. - Ta szkoła... dla dzieci... i dorosłych.

Nie mam pojęcia, o co jej chodzi. Może to jakaś lokalna wariatka, której zupełnie pomieszało się w głowie? Może to jest ten haczyk, którego nie mogłam znaleźć w umowie?

Stoję i wpatruję się w nią, ale ona wciąż niczym mantrę powtarza to samo zdanie. Że ta szkoła jest dla dzieci i dorosłych. Z tego, co wiem, jest to szkoła podstawowa i nie prowadzi żadnych wieczorowych kursów dla dorosłych, więc dlaczego kobieta tak usilnie twierdzi, że szkoła jest dla dorosłych? Może ma na myśli nauczycieli i innych pracowników?

- Ale... - zaczynam, by po chwili zrezygnować z dalszej rozmowy z tą dziwaczką.

Ona znowu to powtarza, a ja już wiem, że powinnam stąd jak najszybciej uciekać. Trochę się jej boję, zwłaszcza że panująca dookoła aura nie sprzyja zawieraniu nowych znajomości. Coraz mocniej wieje i pada, ale nawet tak zimnolubna osoba jak ja okrywa się szczelniej marynarką, by wytworzyć jak najwięcej ciepła.

Powinnam już iść, ale stoję i wpatruję się w tę starszą kobietę, jakby mnie w jakiś magiczny sposób zaczarowała. Nie potrafię się ruszyć. Nie wiem, ile tak razem stoimy, ale po jakimś czasie ona po prostu zmierza w stronę szkoły. Jeśli zacznie zaczepiać dzieci, nie skończy się to dla niej najlepiej. Mam nadzieję, że inni nauczyciele zareagują w odpowiedni sposób. Być może ona jest zupełnie nieszkodliwa, ale z takimi nigdy nic nie wiadomo. Skoro prowadzi pusty wózek dziecięcy, to nie jest do końca normalna.

Kiedy czuję, że zaczyna coraz mocniej padać, szybkim krokiem ruszam jak najdalej stąd. Pragnę znaleźć się w domu, w którym czekają na mnie mój ulubiony kocyk i gorąca herbatka z nutą cynamonu. Jutro będę musiała zmierzyć się z nową rzeczywistością. Przede mną interesujące znajomości, wyzwania i wiele pracy, ale tego akurat się nie boję. O wiele bardziej martwi mnie ta nowo poznana dziwna kobieta, która budzi strach i niepokój. Oby tylko uczniowie byli bezpieczni i tak się czuli. To jest dla mnie najważniejsze i tego będę się trzymać.

Rozdział 2

Przedzieram się przez tłumy rozwrzeszczanych dzieciaków. Dookoła panuje chaos, a przejście tym wąskim korytarzem staje się trudne niczym przedzieranie się przez dżunglę. Muszę się rozpychać, czego nie ułatwia fakt, że na ramieniu zwisa mi torba z dokumentami, starymi notatkami ze studiów oraz kilkoma gadżetami, które mogą mi się przydać w pracy.

Postanowiłam sobie, że do pełnienia moich obowiązków będę się przygotowywała starannie i solidnie. Nieważne, czy to agencja reklamowa, czy szkoła, zawsze jestem profesjonalna w tym, co robię i czego się ode mnie oczekuje. Tym bardziej teraz, kiedy przede mną taka zmiana. Nie mogę zawieść pani dyrektor, a zwłaszcza nie mogę zawieść bliskiej mi osoby, której obiecałam, że na taką zmianę się zdecyduję.

Gdzieś w tle rozbrzmiewa nagle przerażająco głośny dzwonek, który prawdopodobnie wzywa uczniów na lekcję. Mimowolnie zakrywam uszy dłońmi. Wczoraj wydawało mi się, że ten dźwięk jest bardziej znośny. A poza tym jestem przekonana, że przyszłam dość wcześnie, by móc się starannie przygotować, ale chyba jednak upływ czasu mnie zaskoczył. Na szczęście odnajduję wreszcie pokój nauczycielski i szybko docieram do niego przez nadal przetaczający się korytarzami tłum uczniów.

Uf...

Stopniowo wyrównuję oddech i otwieram oczy, które bezwiednie zamknęłam, jak mam w zwyczaju to czynić w tego typu sytuacjach. Kilkukrotnie mrugam, ale obraz, jaki się przede mną maluje, jest zgoła dziwny.

Cały pokój nauczycielski, a właściwie wszyscy zgromadzeni w nim nauczyciele wpatrują się we mnie w bezruchu i z szeroko otwartymi oczami. Jakbym była jakimś zjawiskiem paranormalnym albo kosmitką, która wybrała się na wycieczkę do ziemskiej szkoły. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego oni tak na mnie patrzą, ale nie jest to dla mnie komfortowe. Nie dość, że przeżywam stres związany z pierwszym dniem w pracy, to jeszcze coś takiego...

O co im chodzi? Czyżbym w porannym pośpiechu nie zdążyła zmienić piżamy na nadający się do pokazania światu strój? Zerkam w dół, ale wciąż mam na sobie jeansy i beżowy sweterek. A może pomalowałam tylko jedno oko i przez to wyglądam komicznie? Nikt jednak się nie śmieje, więc to chyba nie to. Wszyscy jak jeden mąż patrzą na mnie, jakbym była kimś lub czymś, co ich przeraża. Tylko dlaczego?

- Dzień dobry - odzywam się wreszcie nieśmiało.

- Dzień dobry - odpowiada mi jedna osoba i to dopiero po dłuższej chwili.

To dystyngowana starsza nauczycielka, która dumnie dzierży w dłoni dziennik, a na jej ramieniu znajduje się idealnie skrojona czarna torebka. Jakby była uszyta właśnie dla niej. Jej twarz zdobi delikatny, staranny makijaż, a krótkie włosy w odcieniu musztardowym są idealnie wystylizowane i z pewnością potraktowane taką ilością lakieru, którą ja zużywam przez cały miesiąc. Do tego ma długą ciemną spódnicę oraz dopasowaną marynarkę.

Takie nauczycielki kojarzą mi się tylko z nauczaniem języka polskiego, ewentualnie matematyki, skoro jest taka skrupulatna w każdym szczególe swojego wyglądu.

Pozostali nadal patrzą na mnie w bezruchu.

- Jestem... To znaczy nazywam się Malwina Wysocka i jestem...

- Nowym nauczycielem wspomagającym w mojej klasie - odzywa się stojąca z tyłu młoda i sympatycznie wyglądająca kobieta, która na pierwszy rzut oka wzbudza same pozytywne emocje.

Jest ładna, ma około trzydziestu lat i długie blond włosy w kolorze słomy.

Uroku dodaje jej uśmiech, którym mnie obdarza, a kiedy spostrzegam, że jest ubrana w podobnym do mnie stylu, czuję, jak jakiś ciężar spada mi z serca, choć jeszcze nie całkiem. Na razie ląduje gdzieś w okolicach żołądka.

- Tak... Właśnie - kończę, bo nie mam pojęcia, co dalej i co powinnam zrobić.

- Ja jestem Ola i będziemy razem prowadzić tę klasę. - Podchodzi do mnie. - Ale zdaje mi się, że przed chwilą słyszałam dzwonek, więc powinnyśmy udać się już na lekcję. - Delikatnie bierze mnie pod rękę i wyprowadza z pokoju nauczycielskiego, w którym pozostali nadal stoją, nie wykonując żadnego ruchu, a przynajmniej tak się dzieje do momentu zamknięcia za mną drzwi.

Jestem trochę skonsternowana i nie wiem, jak powinnam się zachować. Ci wszyscy nauczyciele są albo bardzo dziwni, albo nie akceptują nowych osób w swoim gronie. Nie rozumiem, dlaczego się tak we mnie wpatrywali. Jedynie Ola oraz ta starsza polonistka lub matematyczka okazały mi nieco zrozumienia i sympatii.

- Zobacz, tu jest nasza klasa. Chodź, przedstawię cię dzieciom. Z pewnością będą zachwycone. - Ciągnie mnie do klasy na pierwszym piętrze.

Staję przed siedzącymi w ławkach uczniami i czuję radość pomieszaną ze stresem, albo może powinnam powiedzieć: tremą.

Dawno nie byłam w szkole, po praktykach dostałam propozycję pracy w agencji i jakoś tak się stało, że porzuciłam swoje plany i marzenia związane z pracą w zawodzie. W międzyczasie ukończyłam jeszcze kilka kierunków studiów, zaharowując się prawie na śmierć, ale czułam, że tak trzeba, i po kilku latach nie umiałam już funkcjonować inaczej niż na wysokich obrotach.

Może dobrze się stało, że tu jestem, w końcu trzeba walczyć o swoje marzenia. Uśmiecham się do wpatrzonych we mnie dziecięcych twarzy, ale nie widzę w ich oczach zrozumienia ani cienia empatii. Uczniowie też patrzą na mnie tak jakoś... dziwnie. Podobnie jak nauczyciele jeszcze kilka minut temu.

- Kochani, przedstawiam wam naszego nowego nauczyciela wspomagającego, panią Malwinę Wysocką. Pani Malwina jest przydzielona do naszej klasy i będzie wspierać w pracy głównie Maję i Pawła, którzy, jak wiecie, mają specjalnie orzeczenia. To teraz, skoro już wszystko jasne, nie traćmy czasu i zabierajmy się do nauki.

Jej ostatnim słowom towarzyszy rozchodzący się po sali cichy jęk zawodu. Dzieci są tylko dziećmi i w każdej sytuacji szukają pretekstu do tego, by ominąć zajęcia edukacyjne. Pewnie myślały, że moja obecność im w tym pomoże, ale widzę, że Ola jest profesjonalistką i przeszła nad tym faktem do porządku dziennego. Nakazuje uczniom otworzyć książki na konkretnej stronie, a mnie wskazuje wspomnianych wcześniej Maję i Pawła, obok których powinnam znaleźć sobie miejsce.

- Nie wiem, dlaczego oni wszyscy tak dziwnie na mnie patrzą. Najpierw nauczyciele, a teraz dzieci - szepczę dyskretnie.

- Pewnie dlatego, że wyglądasz niemal jak Nina - rzuca w odpowiedzi, jakby to było coś zupełnie oczywistego.

- Ale kim jest Nina? - pytam, bo nie mam pojęcia, o kim Ola mówi.

- Naprawdę nie wiesz? Chcesz powiedzieć, że zatrudniłaś się w tej szkole, nie mając pojęcia o tragedii, jaka się tu wydarzyła? - Jej oczy napełniają się całym oceanem zdumienia.

- N-n-nie... - dukam.

- W takim razie koniecznie musisz się dowiedzieć, ale nie teraz. Spotkajmy się po lekcjach w bibliotece, to opowiem ci całą historię.

Przez kolejne kilka godzin staram się słuchać tego, co Ola mówi i tłumaczy swoim, to znaczy naszym uczniom, ale jakoś nie potrafię się skupić. Nie świadczy to o mnie najlepiej, zwłaszcza że to mój pierwszy dzień pracy, lecz nic na to nie poradzę. Nie wiem, jaką tragedię miała na myśli i co w tym wszystkim chodzi.

Kim jest ta cała Nina?

Wciąż się zastanawiam, a moje rozważania uciekają w stronę zupełnie inną niż edukacja. Aż mnie palce świerzbią, aby sprawdzić to w Internecie, ale jestem na lekcji i nie mogę używać telefonu. Takie panują tu zasady, a ja zadeklarowałam przestrzeganie ich, podpisując wczoraj umowę. Uczniowie i nauczyciele nie korzystają z telefonów w trakcie lekcji. Przez to mam wrażenie, że czas zamiast płynąć, zatrzymał się i nie chciał zrobić kolejnego kroku w przód.

Po zakończeniu wszystkich zajęć Ola nareszcie ciągnie mnie w stronę biblioteki. Niestety, na korytarzu mijamy kilku innych nauczycieli, którzy obdarzają mnie wymownymi spojrzeniami. Część z nich kojarzę już z dzisiejszego feralnego spotkania w pokoju nauczycielskim, ale część widzę pierwszy raz. Nie zmienia to faktu, że wszyscy, dosłownie wszyscy patrzą na mnie, jakby zobaczyli ducha. Nie czuję się z tym dobrze i zaczynam się zastanawiać, czy ta zmiana pracy to był dobry pomysł.

Nie mam jednak kiedy dobrze tego przemyśleć, bo przed biblioteką natykamy się na panią dyrektor.

- O! Pani Malwina! Dzień dobry! Jak mija pani pierwszy dzień w pracy? - Obdarza mnie uśmiechem, który podszyty jest nadzieją, jaką we mnie pokłada.

- Dzień dobry, czuję się trochę niepewnie, zwłaszcza że wszyscy tak dziwnie na mnie patrzą - wyjaśniam.

- Malwina nie ma pojęcia o Ninie - tłumaczy mnie Ola.

- Jak to nie ma pojęcia? Myślałam, że pani chce tu pracować mimo tych wszystkich... trudności.

- Tak, to znaczy chciałam pracować w szkole i bardzo dziękuję, że dała mi pani szansę, ale nie mam pojęcia, kim jest ta cała Nina i dlaczego każdy patrzy na mnie jak na jakąś zjawę.

- Raczej kim była - rzuca Ola.

- Słucham? - Nie rozumiem.

- Nie kim jest Nina, ale kim była. Nie ma jej już wśród nas. - Pani dyrektor natychmiast smutnieje. - Byłam przekonana, że przychodząc na rozmowę o pracę, wie pani o tej tragedii. Tak mnie wczoraj ucieszyło, że nareszcie znalazł się ktoś, komu niestraszne te okropne historie; ktoś, kto jest w stanie podjąć się pracy pomimo wszelkich przeciwności. Tak dawno nikogo chętnego nie mogliśmy znaleźć... Pani przybycie było dla nas jak manna z nieba. - Rozkłada ręce w geście, który może oznaczać rozpacz lub zachwyt, zależy jak na to spojrzeć. - Mam jednak nadzieję, że nie zrezygnuje pani, ale wiadomo, to pani decyzja. Do widzenia! - rzuca i odchodzi pospiesznym krokiem ze spuszczoną głową.

- Czy w końcu wyjaśnisz mi, co tu jest grane? - pytam Olę, a moja mina mówi sama za siebie.

- Chyba nie mam innego wyjścia, co? Chodź, w bibliotece będzie cisza i spokój i będziemy mogły spokojnie porozmawiać.

Wchodzimy do dusznego pomieszczenia, lecz nikogo w nim nie zastajemy.

- Nie macie tu żadnej bibliotekarki?

- Mamy, pani Irenka pewnie schowała się gdzieś między regałami i czyta. Często tak robi, ale wszyscy przymykamy na to oko. Przecież nikt nie zwolni jej tylko dlatego, że uwielbia czytać. Poza tym taki pracownik jest chodzącą reklamą tego miejsca. - Śmieje się.

Przez kilka minut Ola buszuje wśród regałów, na których są poukładane gazety, i wreszcie znajduje odpowiedni artykuł. Poza tym wyciąga z szuflady opasłą księgę i kładzie to wszystko przede mną.

- Co to jest? - pytam.

- Otwórz, to sama się przekonasz.

Kiedy spoglądam na pierwszą stronę, czuję, jakbym miała przed sobą lustro. Osoba, na której zdjęcie patrzę, wygląda niemal tak samo jak ja. Ma długie, falowane, ciemne włosy, niebieskie oczy, prosty nos i naprawdę podobne rysy twarzy. To, co nas różni, to nadprogramowe kilogramy, i to niestety z mojej strony, ale gdybym tak trochę schudła...

- I co? Jesteś pewna, że nie masz siostry bliźniaczki?

- Co? - dopytuję się, bo przez jakiś czas byłam wyłączona.

Tak mocno wstrząsnęło mną to, co zobaczyłam, że nie wiem, czy uda mi się przejść nad tym do porządku dziennego.

- Wyglądacie niemal identycznie! - Ola się ekscytuje. - Jedyne, co was różni, to chyba te okulary. - Wskazuje na fotografię dziewczyny. - Nina nigdy się z nimi nie rozstawała, ale wszyscy wiedzieliśmy, że dodają jej uroku. Gdyby nie ten drobny szczegół... - waha się i zamiera, kiedy podnosi wzrok ze zdjęcia na mnie. - O Boże! - Jej dłoń automatycznie wędruje w kierunku ust, by zdławić rodzący się w nich krzyk.

- Teraz już wyglądamy praktycznie tak samo - mówię, kiedy prezentuję się mojej współpracowniczce w okularach, które właśnie założyłam. - Na co dzień ich nie noszę, bo nie lubię i nie chcę, ale powinnam.

- Przepraszam cię, ale mam wrażenie, jakbym zobaczyła ducha, jakby Nina znów była tu z nami, ale to nie może być prawda. - Ukradkiem ociera łzy w kącikach oczu.

- Co się z nią stało? - pytam, by wyciągnąć z niej więcej szczegółów.

- Nina była nauczycielką w naszej szkole. Pełniła tę samą funkcję co ty, ale niestety, nie żyje.

- Chorowała na coś?

- Boże, ty naprawdę nie masz o niczym pojęcia. - Ola patrzy na mnie niezrozumiałym wzrokiem, a ja w odpowiedzi obdarzam ją spojrzeniem pełnym oczekiwania.

Tu i teraz muszę się dowiedzieć, co się z nią stało.

- Nie, ona... - Głos się jej łamie. - Nina została zamordowana.

Czuję, jak spada na mnie ciężar tych słów, tych emocji, tych wszystkich niewypowiedzianych i przemilczanych rzeczy. Zamordowana? To teraz mnie nie dziwi, dlaczego nikt nie chciał pracować na miejscu nieżyjącej nauczycielki. Już rozumiem, czemu pani dyrektor tak entuzjastycznie mnie przyjęła i dlaczego tak bardzo zależało jej, bym podpisała umowę od ręki.

- To straszne - mówię, bo to jedyne, na co mnie w tej chwili stać.

- Co gorsze, Nina została zamordowana tutaj.

- Co? Jak to tutaj? Masz na myśli szkołę?

- Tak. Została znaleziona w sekretariacie przez inną nauczycielkę, w dodatku swoją najlepszą przyjaciółkę.

- O Boże, to musiało być straszne! - krzyczę, zupełnie zapominając o tym, że znajdujemy się w bibliotece i powinnyśmy zachować ciszę.

- I było, nadal jest. Dla nas wszystkich.

- A nauczycielka, która ją znalazła?

- Aldona? Już u nas nie pracuje. I na razie chętnych na jej miejsce brak. Zwolniła się zaraz po tym... zdarzeniu. Nie dziwię się jej. Nie wiem, jak sama zachowałabym się na jej miejscu.

- A uczniowie? Nikt nie zmienił szkoły?

- Kilku, ale nie narzekamy na wolne miejsca. Te zwolnione od razu zajęły inne dzieciaki. Niestety, szkoły w okolicy również są przepełnione, a dzieci muszą przecież gdzieś się uczyć. Nikt nie zamknie ot tak szkoły tylko dlatego, że doszło w niej do tragedii.

- To okropne - stwierdzam smutno.

- Faktycznie, i do tego trochę bezduszne, ale na to już nic nie poradzimy.

- A czy wiadomo, kto ją zamordował? Został złapany? To ktoś ze szkoły? - pytam, czując, jak nagle obleciał mnie strach.

Skoro wyglądam bardzo podobnie do Niny, to morderca może zechcieć zlikwidować i mnie. Zależy, jaki miał ku temu powód.

- Nie, to nikt stąd, nie musisz się obawiać - tłumaczy, jakby przejrzała moje myśli. - Morderca został złapany. To dość ciekawa, ale i dramatyczna historia, bo to był...

- O, dzień dobry, drogie panie.

Nagle zza naszych pleców wyłania się wysportowany, przystojny mężczyzna, w dodatku ubrany w wygodny dres, po czym wnioskuję, że musi być wuefistą. Tak jak ja ma niebieskie oczy oraz krótkie blond włosy, które opadałyby mu nonszalancko na czoło, gdyby nie trzymał ich w ryzach za pomocą mocnego żelu.

- Cześć, Arek - rzuca chłodno Ola.

- Widzę, że bawicie się w detektywa? A może wprowadzasz naszą nową koleżankę w tajniki Ducha Szkoły?

- Słucham?

Nie rozumiem, o czym on mówi. Najpierw ta zamordowana nauczycielka, a teraz jeszcze jakiś duch. To dla mnie za wiele jak na jeden dzień, w dodatku pierwszy w nowej pracy.

- Przepraszam was, ale muszę już iść. Zupełnie zapomniałam, że miałam odebrać dziś wcześniej syna z przedszkola. - Ola wstaje i w pośpiechu opuszcza bibliotekę.

- Jasne, rozumiem. To do zobaczenia jutro! - krzyczę za nią, ale zdaje się, że ona już mnie nie słucha.

Co się stało, że tak nagle uciekła? Czyżby faktycznie straciła poczucie czasu i gnało ją tylko spełnienie obowiązków rodzicielskich, a może coś lub ktoś spowodował jej nerwową reakcję?

Z tymi myślami odwracam wzrok w kierunku Arka, który nie dość, że nigdzie się nie spieszy, to jeszcze zajął ciepłe miejsce, na którym przed chwilą siedziała Ola.

- I jak ci mija dzień w nowej szkole? - Arek obdarza mnie uśmiechem, który wydaje się podszyty szyderstwem, i czuję, jak wielka gula staje mi w gardle.

- W sumie to chyba nie najlepiej. - Stawiam na szczerość w rozmowie, podświadomie licząc na to, że on odpłaci mi się tym samym.

- Z powodu Niny? To znaczy tego, że wyglądasz...

- Jak ona? Właśnie się dowiedziałam - wzdycham z rezygnacją.

- No co ty! Na serio nie wiedziałaś o niej? - Wuefista wpada w śmiech.

- Niestety na serio. Co w tym dziwnego?

- Chyba całe miasto o tym mówiło! Pisały o tym wszystkie lokalne gazety, czego przykład masz teraz przed sobą. - Wskazuje rozłożony na stole artykuł. - A nawet telewizja! Jak mogłaś o tym nie wiedzieć?

- Powiedzmy, że miałam inne sprawy na głowie, a poza tym nie miałam czasu siedzieć przed telewizorem - odpowiadam z chłodem w głosie, bo nie zamierzam tłumaczyć mu się z mojego życia osobistego. To nie jego sprawa.

- No cóż... trochę to dziwne, ale niech będzie, że rozumiem. Albo staram się zrozumieć. To co, zostaniesz z nami czy jednak w obliczu nowych okoliczności zrezygnujesz? - Patrzy na mnie, ale jego wzrok nie wyraża żadnych emocji i trudno stwierdzić, czy wolałby, abym tu została, czy też wręcz przeciwnie.

- Jeszcze nie wiem - odpowiadam wymijająco. - Muszę to wszystko na spokojnie przemyśleć. Ale skoro jesteśmy przy tym temacie, a Ola niestety musiała już iść, to może ty mi opowiesz coś więcej? Na przykład o tym Duchu Szkoły?

- Pewnie, bardzo chętnie. Otóż...

W tym momencie wybrzmiewa dzwonek.

- Kurczę, muszę lecieć na lekcję! - Spogląda na zegarek. - Opowiem ci innym razem! To na razie, cześć! - rzuca w biegu i mknie, pozostawiając po sobie pęd powietrza, który mnie omiata.

O co tutaj chodzi?

Jak tylko zadałam bardziej szczegółowe pytania, to najpierw

Ola się stąd zmyła, a teraz ten cały Arek. Jakby nie chcieli mi nic powiedzieć, albo może sami mieli coś do ukrycia? To całkiem możliwe. Szkoła to mała, zamknięta społeczność, gdzie z pewnością krążą różne plotki i tajemnice. Może dowiem się czegoś z tego artykułu i wielkiej księgi, które położyła przede mną Ola.

Zagłębiam się w lekturze, ale po kilku minutach już wiem, że w gazetach niczego konkretnego nie ma. Jest opis całego zdarzenia, ale brak tu winnych, dowodów oraz motywów. Widocznie napisała to jakaś lokalna dziennikarzyna, lejąc wodę i licząc na to, że informacje sprzedadzą się tylko ze względu na chwytliwy temat.

Jedyne, co wydaje mi się interesujące, to to, że jest podane, a nawet sfotografowane narzędzie zbrodni. Zdjęcie jest nieostre, ale jak się tak uważnie przyjrzeć, to można zauważyć ciemne plamy, które mogą być plamami krwi, i tym zapewne są. Sam przedmiot jest kanciasty i wygląda na ciężki, więc zadając nim cios, można spowodować śmierć, zwłaszcza jeśli wiadomo, gdzie uderzyć. Zdarza mi się czytywać kryminały, więc wiem.

Tylko co to może być?

Przebiegam wzrokiem po tekście, szukając dalszych wskazówek, i wreszcie udaje mi się znaleźć informację, że to był przycisk do papieru. W dodatku ulubiony pani dyrektor, który zawsze stał na jej biurku. Czyżby to ona była odpowiedzialna za zabicie Niny? Mogłaby użyć swojego ulubionego przedmiotu, by tym samym odsunąć od siebie podejrzenia. To byłby nawet ciekawy trop. Ola jednak wspominała, że to nikt ze szkoły i że morderca został złapany. Muszę koniecznie dowiedzieć się, kto to był. W przeciwnym wypadku nie będę potrafiła czuć się tu bezpiecznie.

Po przeczytaniu artykułów przeglądam opasłą księgę, w której na pierwszej stronie widnieje fotografia Niny. Są też wpisy upamiętniające nauczycielkę. Kilka z nich czytam i okazuje się, że była ona niezwykle zdolna, lubiana i podziwiana. Wpisała się tu chyba cała szkoła, głównie nauczyciele. Odnajduję nawet kilka stron, na których pochwały i wspomnienia zapisali uczniowie. Jeden z wpisów rozczula mnie do głębi. Wyraźnie biją z niego miłość i tęsknota za utraconym uczuciem, które skończyło się, gdy brutalnie pozbawiono życia tę młodą i piękną dziewczynę. To pewnie jej mąż albo partner. Mnie samej łzy stanęły w oczach. Taka tragedia!

Z głośnym plaskiem zamykam księgę i ocieram łzy wierzchem dłoni. Nie mogę się mazać, muszę wziąć się w garść i na spokojnie zastanowić, czy powinnam zostać w tej szkole, zwłaszcza że sam mój wygląd przypomina wszystkim o tej dramatycznej historii.

Opuszczam bibliotekę, starannie po sobie posprzątawszy, ale nadal nie dostrzegam nigdzie pani Irenki, z którą chętnie bym się zapoznała. Pewnie wciąż przebywa gdzieś zakopana w książkach. Może powinnam jej poszukać i się przedstawić? Ostatecznie nie decyduję się na to. Mogłabym ją przerazić swoim wyglądem; skoro tak mocno przypominam Ninę, może lepiej niech ktoś ją na to przygotuje. Dla mnie na dziś wystarczy tego typu wrażeń.

Wychodząc, mijam jedną ze sprzątaczek, która pcha wózek z środkami czystości, i widzę, jak z kieszeni wypada jej kilka drobnych przedmiotów. Natychmiast podbiegam, by je pozbierać i oddać właścicielce.

- Przepraszam! - krzyczę, jednocześnie podnosząc z podłogi nic innego jak żelki. W takim razie to musi być ta sprzątaczka, o której mówiła pani dyrektor. - Zgubiła pani - informuję i uśmiecham się do kobiety, która wydaje się niezwykle sympatyczna.

Ma już swoje lata, może za chwilę odejdzie na emeryturę, chociaż jestem pewna, że już od dawna powinna na niej przebywać.

Ma pucołowatą twarz o rumianych policzkach oraz krótkie kręcone blond włosy, które prawdopodobnie są efektem trwałej. Na otyłe ciało włożyła fartuch, jego guziki są napięte do granic możliwości i mam wrażenie, że za chwilę eksplodują. Ganię się w myślach za takie gapienie się na jej tuszę i podnoszę wzrok na twarz, pokazując zebrane żelki.

- Musiała pani je zgubić po drodze.

- Rzeczywiście! - Jej głos podszyty jest zdumieniem, jakby zdarzyło jej się to po raz pierwszy, a przecież ponoć nieustannie gubi te słodycze. - Dziękuję, ale myślę, że należy je wrzucić do kosza. Mimo że dopiero co tu sprzątnęłam, to jednak to podłoga, a ja w tej kwestii ufam tylko zasadzie pięciu sekund. - Śmieje się.

- Jasne, rozumiem. Jestem Malwina, nowa nauczycielka. - Wyciągam dłoń na powitanie, którą sprzątaczka w odpowiedzi ściska z uznaniem.

- A ja Lucyna.

Nadal się uśmiecha i mam poczucie, że wreszcie spotkałam jakąś dobrą duszę. No, może nie licząc Oli, która także wydaje się sympatyczna.

- To pani będzie teraz uczyć w klasie mojej Natalci? - pyta.

- Słucham? Nie bardzo rozumiem.

- Uczy pani w klasie Oli? - pyta, na co ja kiwam głową. - No, to będzie pani uczyć moją Natalcię - stwierdza z dumą.

- Być może, przepraszam, ale to mój pierwszy dzień i nie znam jeszcze wszystkich uczniów w klasie.

- Natalia Borecka to moja wnuczka. Bardzo zdolna dziewczynka - rozpływa się. - Z pewnością się pani na niej pozna.

- Jestem o tym przekonana. To miłe mieć wnuczkę w szkole, w której się pracuje. Musicie się często spotykać.

- O tak, kocham Natalkę całym sercem. - Układa dłonie na klatce piersiowej w geście miłości i zachwytu.

- W takim razie chętnie poznam ją bliżej.

- Proszę się nią dobrze opiekować! To moja jedyna wnuczka i nie jest jej łatwo wychowywać się bez matki - dodaje ze smutkiem.

- Oczywiście, będę ją miała na oku - zapewniam.

Zastanawia mnie historia tej dziewczynki, ale nie mam siły na jej poznanie już teraz. Wiele dziś się wydarzyło i jak dla mnie to wystarczająco jak na jeden dzień.

- Wie pani, Natalka teraz bardzo potrzebuje uwagi, bo... - zaczyna, a pode mną uginają się nogi, gdyż nagle ogarnia mnie zmęczenie i jedyne, na co mam ochotę, to jak najszybciej znaleźć się w domu. - Ale to może opowiem pani innym razem, miłego popołudnia - rzuca i natychmiast się oddala, nie czekając nawet na moją reakcję.

Co się stało, że tak nagle zmieniła zdanie? Raczej nie wygląda na kobietę, która łatwo odpuszcza, i widziałam po niej, że naprawdę bardzo chce się podzielić historią swojej wnuczki. Biedna mała, musi być jej trudno wychowywać się bez matki. Ciekawe, dlaczego tak się stało. Matka ją opuściła? Umarła? Jutro spróbuję podpytać Olę, jako wychowawca klasy powinna o tym wiedzieć.

Już mam w końcu wyjść z budynku, kiedy zauważam bacznie przyglądającego mi się starszego mężczyznę. Łypie na mnie okiem z wejścia do składziku sprzątaczek i ma taki niepokojący wyraz twarzy.

To musi być ten pan złota rączka, o którym opowiadała pani dyrektor. Rozpływała się nad jego zdolnościami konserwatorskimi i remontowymi. Kiedy jej słuchałam, wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej. Raczej myślałam, że będzie to nieco grubszy straszy mężczyzna o wesołym usposobieniu.

Ten, który się we mnie wpatruje, nie ma w sobie za grosz radości. Jest raczej przygaszony, a w dodatku wygląda na introwertyka. Jest niewysoki i chudy o pooranej zmarszczkami twarzy. I wciąż się we mnie wpatruje.

Czyżby Lucyna tak nerwowo zareagowała właśnie na jego widok?

W milczeniu kiwam mu głową na znak przywitania i w pośpiechu opuszczam szkołę. I tak spędziłam tam więcej czasu, niż powinnam była.

Co chwilę oglądam się za siebie i próbuję poukładać sobie w głowie wszystko, czego się dziś dowiedziałam, ale mam tylko mętlik. Morderstwo Niny, Duch Szkoły, dziwacznie szyderczy Arek, niepokojąco wyglądający konserwator i jeszcze sprzątaczka Lucyna. Co ciekawe, ona jako jedyna nie patrzyła na mnie, jakbym wstała z grobu.

Rozglądam się wokół siebie, szukając jeszcze jednej nieprzyjemnej niespodzianki, czyli tej starej wariatki, którą tu wczoraj spotkałam, a która wystraszyła mnie nie na żarty. Na szczęście wygląda na to, że dziś nie urządza spacerów po okolicy z pustym wózkiem. O nią też muszę podpytać Olę. Cokolwiek skrywają mury tej szkoły, raczej nie są to bajki ze szczęśliwym zakończeniem.

Rozdział 3

Wspomnienia...

Chciałabym móc powiedzieć, że mam wiele wspomnień związanych z moim ojcem. Ale to nieprawda. To, co pamiętam, to przede wszystkim las. Wspólne spacery i wędrówki po lesie to najpiękniejsze, co mnie spotkało w dzieciństwie, i powracanie myślami do tych chwil jest dla mnie ukojeniem po trudnym dniu. Nawet teraz, po tych wszystkich latach.

Pamiętam powiew wiatru wokół nas, zapach drzew, żywicy, wilgoć i szczęście. Tak, szczęście też ma zapach. Ma zapach ciepłej, dużej, nieco chropowatej, bo naznaczonej ciężką pracą, dłoni mego ojca, która chowa w sobie tę drugą, mniejszą, moją. Przywołuję w pamięci śpiew ptaków, brzęczenie owadów, trzask łamanej pod stopami gałęzi i ufność spojrzenia, jakim mnie wtedy obdarzał. Był dla mnie całym światem. Jego początkiem i końcem. Wspólnie wchodziliśmy do lasu nieopodal naszego domu. Robiliśmy to konsekwentnie bez względu na porę roku. To był taki nasz rytuał, któremu się poddałam i bez którego nie wyobrażałam sobie istnienia naszej rodziny. Poczuć tę lekkość, wolność, dziecięcą radość.

Latem, kiedy drzewa były w pełnym rozkwicie, chłonęłam odgłosy przyrody, przyglądałam się przebijającym promieniom słońca, poszukiwałam kojącego chłodu w samym środku upalnych dni. Jesienią wsłuchiwałam się w szelest spadających liści, zbierałam je i tworzyłam bukiety dla mamy. Zimą bawiłam się w chowanego, co było o tyle trudniejsze, że nie było już żadnych liści, a skrzypiący pod butami śnieg utrudniał znalezienie odpowiedniej kryjówki. Wiosną zachwycałam się budzącym się do życia nowym cyklem, od którego wszystko brało swój początek.

W tym wszystkim towarzyszył mi tata. Jego dłoń niczym bezpieczna przystań zawsze była blisko, wskazywała właściwą drogę, odkrywała przede mną tajemnice lasu, które pragnęłam poznać całą sobą. To on nauczył mnie, jak zbierać grzyby, jak rozpoznawać te jadalne, a potem pokazywał, co z nich przyrządzić. Na samo wspomnienie grzybowego sosu na śmietanie cieknie mi ślinka. Nie było możliwości, by Boże Narodzenie odbyło się bez suszonych grzybów, które razem zbieraliśmy, starannie przebieraliśmy i oddzielaliśmy do różnych potraw w zależności od gatunku.

To dzięki tacie wiem, jak należy poruszać się w lesie; jak znaleźć drogę do domu, jeśli się zgubię; gdzie jest północ, a gdzie południe. Wiem, jakie drewno nadaje się, by rozpalić ognisko, które zwierzęta warto obserwować, a przed jakimi trzeba uciekać.

Nasze wędrówki to była jedyna stała w moim życiu jako małej dziewczynki. Cotygodniowe wycieczki, jak lubiłam o nich myśleć.

Kiedy przychodził na nie czas, byłam podekscytowana i przepełniona radością. Wiedziałam, że przez najbliższe kilka godzin ojciec będzie tylko mój, tylko dla mnie i że dla niego to znaczy co najmniej tyle, co dla jego córki. Zawsze zabierał ze sobą koszyk pełen pyszności przygotowanych wcześniej przez mamę, chociaż twierdził, że wszystkie smakołyki zrobił samodzielnie. Uśmiechałam się do niego w odpowiedzi, pomimo tego, że doskonale zdawałam sobie sprawę z jego kłamstwa. Ale kto z nas w dzieciństwie nie przymykał oczu na takie rzeczy?

Gdy nacieszyliśmy oczy i uszy dobrodziejstwami natury, siadaliśmy na pobliskiej polance, gdzie mogliśmy się posilić i porozmawiać. Ojcu mogłam powiedzieć wszystko, zwierzyć się z każdego problemu, a on od razu znajdował rozwiązanie, jakby kłopoty w ogóle nie miały miejsca, jakby był magikiem z czarodziejską różdżką i sprawiał, że one po prostu znikały.

Dziś wiem, że to nie było możliwe, ale jakie zmartwienia może mieć kilkuletnia dziewczynka? Kłótnia z koleżanką? Poharatane kolano? Oderwana rączka ulubionego misia, z którym codziennie zasypia? Na wszystkie te sprawy tata miał gotowy przepis. Rach-ciach, i już! To, co złe, natychmiast znikało. Ufałam, że dzieje się tak dlatego, iż miał konszachty z wróżkami, w które wierzyłam, a że jest tak wspaniałym, dzielnym, pracowitym i kochającym człowiekiem, to żadna wróżka nie może postąpić inaczej, niż mu pomóc.

I tak było. Jak w bajce.

Ojciec pracował na kolei. Co tam robił? Nie wiem, nie pamiętam, nie chcę pamiętać. Przychodził zmęczony, spracowany, ale kiedy stał w progu domu, a jego spojrzenie napotkało moje, od razu się rozpromieniał. Byłam jego promyczkiem, na pewno, nie mogło być inaczej. Kochałam go całym sercem, a on kochał mnie.

Mama przyglądała się tej naszej miłości z dumą w oczach. Wiedziała, czuła, że pomimo trudnych czasów ona jako kobieta dobrze wybrała. Wybrała odpowiedniego męża, który stał się dobrym i odpowiedzialnym ojcem dla jej córki, dla mnie.

Jakże się myliła!

Często przymykała oko na pakt, który nas łączył, bo bez wątpienia to tata był dla mnie tym ważniejszym rodzicem. Może to dziwne, ale to nie z matką łączyła mnie szczególna więź. Byłam córeczką tatusia i byłam też przekonana, że nic nigdy tego nie zmieni, że nie ma takiej siły, która by nas rozdzieliła, oddaliła nas od siebie. Coś takiego nie miało racji bytu. Taka miłość między rodzicem a dzieckiem się nie zdarza.

To głupie myślenie, bo przecież każde dziecko wyobraża sobie, że jest szczególne, wyjątkowe, nadzwyczajnie umiłowane przez mamę i tatę. Ale ja naprawdę tak mocno wierzyłam, że to prawda! Tak mocno chciałam w to wierzyć, że wreszcie po latach nie mam już złudzeń - wiem, że to wszystko było mrzonką, ulotnym marzeniem, błyskotką, którą ktoś zachłannie zabrał i zniszczył, niwecząc w ten sposób cały mój dziecięcy świat.

Inne dzieci z okolicy zazdrościły mi tej cudownej relacji. Owszem, miały rodziców, ale jak to zwykle bywa, ojcowie chodzili do pracy i harowali od rana do wieczora, by utrzymać rodzinę, a matki zostawały w domach, sprzątały, prały, gotowały i poświęcały się dzieciom. Dzieciom, które zajmowały się same sobą, bo one zapracowane i oddane domowym czynnościom nie miały wiele czasu, by móc spędzić go ze swymi pociechami. Dzieciaki kręciły się wokół maminych spódnic, odganiane miotłami, garnkami czy szmatami, które matki dzierżyły w dłoniach każdego dnia. Miały swoje obowiązki, i nie było wśród nich miejsca dla tych, którzy są osią rodziny i którzy tę rodzinę trzymają w ryzach.

Ze mną było inaczej.

Raz w tygodniu tata, pomimo zmęczenia, potrafił wykroić dla mnie te kilka chwil. Inne maluchy mi tego zazdrościły, miałam coś cennego, czego one nie miały, a czego pragnęły równie mocno jak każde dziecko.

Kiedy dzisiaj powracam do tych wspomnień, także chciałabym mieć magiczną moc, by zatrzymać czas. Gdyby to było możliwe, to kolejne lata mogłyby mieć zupełnie inny przebieg, mogłyby być beztroskie jak nasze leśne wędrówki. Niestety, tak się nie stało i wszystko prysło jak bańka mydlana. Tak z bajki trafiłam prosto do rzeczywistości, i to dużo gorszej niż codzienność moich koleżanek i kolegów.

Rozdział 4

Gdy tylko przekraczam próg mieszkania, od razu lecę do laptopa, by sprawdzić tę historię z Niną. Już po kilkunastu minutach mam dość spory obraz sytuacji. Rzeczywiście, ta nauczycielka została zamordowana w szkole i znaleziona martwa przez swoją najlepszą przyjaciółkę, która również tam pracuje. A raczej pracowała. Z tego, co mówiła Ola, Aldona zwolniła się z pracy zaraz po tym wszystkim.

Przeskakuję ze strony na stronę, przeglądając wszystkie możliwe i znane mi serwisy informacyjne, i wszędzie jest to samo. Nie słyszałam o tej tragedii. W sumie nie ma się co dziwić, skoro pochłaniały mnie zupełnie inne sprawy, równie trudne i traumatyczne, w dodatku także związane ze śmiercią. W tym czasie totalnie wyłączyłam się z życia, nie wychodziłam do ludzi, nie słuchałam ani radia, ani telewizji, wylogowałam się z mediów społecznościowych.

Czy gdybym wcześniej wiedziała o całej sprawie, to zdobyłabym się na odwagę, by podjąć tę pracę? Nie wiem, ale nie to jest teraz najważniejsze. Najważniejszy jest fakt, że morderca Niny został złapany i siedzi za murami więzienia. A raczej złapana.

To kobieta, w dodatku siostra tej nauczycielki! Ta wiadomość uderza we mnie niczym obuch. Jak ktoś tak bliski Ninie mógł być zdolny do tak karygodnego czynu?

Chociaż... gdyby się głębiej zastanowić, to nie jest to aż tak niewiarygodne. Często zdarza się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i pozornie bliskie osoby wcale nie są tak bliskie, jak mogłoby się wydawać.

Przyglądam się jej zdjęciu, ale jak to w przypadku takich osób w mediach bywa, oczy zakryte ma czarnym paskiem.

Szukam kolejnych informacji na ten temat, bo nadal nie wiem, dlaczego w ogóle doszło do morderstwa. Okazuje się, że Julia, młodsza siostra Niny, od jakiegoś czasu odbywała karę więzienia. Skazano ją za włamanie z pobiciem, a że wcześniej miała na koncie drobne kradzieże i handel narkotykami, to wreszcie musiała pójść za kratki.

Jak to się życie nieoczekiwanie plecie, jedna z nich była szanowaną, lubianą, podziwianą i wykształconą nauczycielką, a druga stoczyła się na samo dno. Nigdy nie wiemy, co nas spotka w przyszłości i jak potoczą się koleje losu.

Co ciekawe, dzień, w którym Julia dokonała tej straszliwej zbrodni, był dniem, w którym wyszła na wolność. Miała przed sobą całą resztę życia, mogła robić plany, snuć marzenia i wreszcie wziąć się w garść, by nie popełniać więcej błędów, za które trzeba słono zapłacić. A jednak wybrała powrót do więzienia.

Tylko dlaczego zabiła własną siostrę? Tak bardzo jej nienawidziła? O co tutaj chodzi?

Rozumiem, że mogły nie utrzymywać kontaktu, tym bardziej że żyły w dwóch różnych światach, mogły się nawet nie cierpieć, ale żeby od razu posuwać się do zbrodni? Tego jakoś nie umiem pojąć.

Szkoda mi tej całej Niny. Widać, że wszyscy w szkole ją dobrze wspominają, że była lubiana zarówno przez uczniów, jak i nauczycieli, czego dowodem były ich przerażone spojrzenia i wlepiony we mnie wzrok. Gdybym schudła kilka kilogramów, mogłybyśmy uchodzić za siostry bliźniaczki. Cóż, każdy z nas ma gdzieś swojego sobowtóra i moim widocznie była Nina. Całe szczęście, że nie mam rodzeństwa. Skoro jesteśmy do siebie tak podobne, miałabym obawy, co mogłoby mnie spotkać.

Uf... Zamykam klapę laptopa i odchylam głowę na oparcie fotela. Jak dla mnie dzisiaj było zdecydowanie zbyt wiele wrażeń. Czuję, że głowa mi pęka. Jedyne, o czym marzę, to łóżko, dlatego staram się wyłączyć myślenie, co wcale nie jest takie łatwe, i kładę się, by jak najszybciej powitać nowy dzień.

*

Kolejnego poranka jestem zdecydowanie spokojniejsza. Wczorajsze rewelacje wywarły na mnie ogromne wrażenie, ale dziś jest nowy dzień, nowa szansa i powinnam stawić temu czoła.

Trochę z ciężkim sercem, ale i z pewnego rodzaju nadzieją wchodzę do szkoły i się rozglądam. Niemal nikt nie zauważa mojej obecności, pomimo tego, że kilku nauczycieli wyłapuje mnie wzrokiem, a nasze spojrzenia się krzyżują. Skinieniem głowy witam się z nimi, a oni odpowiadają mi tym samym. To dobry znak. Widocznie zaakceptowali fakt, że będą pracować z sobowtórem zmarłej koleżanki, i mój widok nie jest już taki straszny. Punkt dla mnie, od razu czuję, jak wstępują we mnie nowe siły i chęć rozwinięcia skrzydeł.

Ruszam do pokoju nauczycielskiego, by odnaleźć Olę i przygotować się do zajęć.

- Dzień dobry, pani Malwino! Nawet pani nie wie, jak się cieszę, że panią widzę! - wita mnie radośnie pani dyrektor, pojawiwszy się nie wiadomo skąd.

Nie powinno mnie to tak bardzo dziwić, w końcu dobry dyrektor wie wszystko o swojej szkole i zawsze pojawia się niezauważony.

- Dzień dobry - odpowiadam, próbując przywołać uśmiech na twarz.

- Jak to dobrze, że jest dziś pani z nami, wręcz doskonale!

- Ja także jestem zadowolona, ale... dlaczego miałoby mnie nie być?

- Po tym, co wydarzyło się wczoraj, to znaczy, jak dowiedziała się pani o tej naszej niechlubnej historii - zatacza dłońmi koło w powietrzu - miałam spore obawy co do pani obecności. Na szczęście bezpodstawne. - Znów się uśmiecha, a jej wychudzona twarz przybiera nieco komiczny wyraz.

- Tak łatwo się nie poddaję. Ale nie powiem, że wczorajsze wieści nie zrobiły na mnie wrażenia. To okropna tragedia, lecz może dobrze się stało.

- Nie rozumiem.

- Chodzi mi o to, że gdybym wcześniej o niej wiedziała, to nie wiem, czy zdecydowałabym się na tę pracę.

- W takim razie może i lepiej, że los zdecydował za nas, a pani, mam nadzieję, zdoła odczarować nieco to miejsce i wkrótce wszyscy odczujemy ulgę. Nie mogę powiedzieć, że zapomnimy o tym, co się stało, ale z pewnością za jakiś czas zdołamy powrócić na właściwe tory.

- Również mam taką nadzieję.

- W takim razie miłego dnia! - rzuca na odchodne i zostawia mnie na korytarzu.

Teraz już rozumiem, dlaczego jest taka wychudzona i ma smutne spojrzenie. To nie objaw choroby ani wypalenia zawodowego. Jako dyrektor tej szkoły musiała sporo przejść po tym wszystkim. Kosztowało ją to dużo stresu. Ludzie różnie reagują na stres. Jedni go zajadają, przez co nadmiernie tyją, a inni wręcz odwrotnie - przestają jeść i tracą na wadze. Ona zapewne należy do tej drugiej grupy.

Lekcje mijają mi dziś dość szybko, zauważam, że jestem bardziej skupiona i zaangażowana, zupełnie inaczej niż wczoraj. Na kilkadziesiąt minut zapomniałam o całej sytuacji, co jest także zasługą Oli, z którą mam szansę się zaprzyjaźnić. Systematycznie wprowadza mnie w życie szkoły i klasy. To życzliwa i pełna empatii osoba, idealna do prowadzenia młodszych dzieci. Cieszę się, że trafiłam akurat na nią.

Po pracy znów udaję się do biblioteki w celu zgłębienia księgi pamiątkowej poświęconej Ninie. Wczoraj jedynie pobieżnie ją przejrzałam, ale chciałabym nieco bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Naprawdę mnie interesuje, zwłaszcza że jesteśmy tak podobne. To trochę tak, jakby dotyczyło to też mnie.

Jestem tak mocno skupiona i zaczytana, że nie zauważam, kiedy ktoś staje za moimi plecami. Dodatkowo obrazu grozy dopełnia fakt, że jestem tu zupełnie sama. Nie ma uczniów ani nauczycieli, a pani Irenki nadal nie poznałam, nawet w przelocie. Dopiero kiedy czuję na karku ciepły oddech, momentalnie się odwracam, a serce bije mi tak szybko, jakby miało wylecieć z klatki piersiowej.

- O Boże! To ty! - rzucam oskarżycielsko.

- Jakie miłe powitanie, ale nie musisz się aż tak wysilać. Wystarczy zwykłe cześć.

- Co? - Jestem jeszcze trochę skonsternowana. - A tak, jasne, ale wystraszyłeś mnie na śmierć!

- Lepiej uważaj, co mówisz w tych murach. Słowo śmierć nie jest w ostatnim czasie tu mile widziane.

- Racja - przytakuję.

- Co robisz? Nadal szukasz informacji na temat morderstwa? - Arek przysuwa sobie krzesło i siada obok mnie. Zdecydowanie zbyt blisko.

- Nie, wczoraj poczytałam sporo w Internecie i już wszystko wiem. Raczej próbuję bliżej poznać Ninę, o ile to w ogóle możliwe.

- Poznać?

- No wiesz, to taka przenośnia. Wiem, że nie żyje, ale czytając te wpisy, chciałabym się dowiedzieć, jaka była, co lubiła, jak wspominają ją inni.

- Ja mogę ci powiedzieć. Tu nie znajdziesz wiele poza bólem, tęsknotą, stratą i tym podobnymi dyrdymałami.

- Dyrdy... - Chciałabym powtórzyć, ale głos grzęźnie mi w gardle i szeroko otwieram oczy. Nie wierzę, że ten wuefista jest tak bezduszny.

- No tak, to tylko nic nieznaczące słowa. Jestem pewien, że wpisali się wszyscy uczniowie i ich rodzice. Nawet ci, którzy nigdy nie mieli z nią do czynienia, może poza grzecznościowym dzień dobry. - Wywraca oczami.

- To po co się wpisali?

- Nie wiem. - Wzrusza ramionami. - Pewnie dlatego, że tak wypada. A Nina... Nina była naprawdę fajną dziewczyną. Tchnęła w to miejsce nowe życie. Zawsze była pełna pomysłów i energii do działania. Dzieciaki ją kochały, a ta cała Natalia z klasy, którą przejęłaś wraz z Olą, to już całkiem. Wpatrzona była w nią jak w obrazek. Zresztą nie tylko ona, jej ojciec również.

- Słucham?

- O matko, jaka ty jesteś niedomyślna. - Znowu wywraca oczami. - Natalia Borecka, kojarzysz?

Przypominam sobie śliczną blondyneczkę, która wpatrywała się we mnie dzisiaj wielkimi błękitnymi oczami.

- Kojarzę - odpowiadam posłusznie. - To jest wnuczka pani, która sprząta u nas w szkole. Lucyny chyba?

- Właśnie tak. Widzę, że jesteś dość dobrze poinformowana jak na drugi dzień pracy. - Uśmiecha się nieco szyderczo.

Zaczynam się zastanawiać, czy to taki grymas, czy jego słowa zawsze podszyte są sarkazmem.

- Po prostu wczoraj na nią wpadłam. To znaczy pomogłam pozbierać jej wypadające z kieszeni żelki.

- O tak! Żelki to jej nałóg! Nie potrafi się im oprzeć. A najbardziej lubi te kolorowe misie.

- Być może, ale chyba nie o słodyczach chciałeś mi powiedzieć?

- A tak! - reflektuje się. - Otóż ta Natalia, wnuczka Lucyny, wychowuje się bez matki.

- I? - Wciąż nie bardzo rozumiem.

- Jej matka to była córka Lucyny. Zmarła kilka lat temu, jakiś nowotwór czy inna zaraza, nieważne. I jej ojciec dość mocno zainteresował się inną kobietą.

- To chyba nic złego? Jeśli jego żona zmarła jakiś czas temu...

- Pewnie, że nie, ale ta kobieta, którą się zainteresował i z którą zaczął się spotykać, to... - Zawiesza na moment głos w celu wywołania większego napięcia. - To Nina!

- Nina? Ta Nina?

- A znasz jakąś inną?

- Masz rację. Ale co w tym takiego dziwnego?

- Jak dla mnie nic, niektórzy nauczyciele szeptali, że to może nie wypada, aby rodzic wiązał się z nauczycielką swojej córki, ale mnie nic do tego. - Wystawia dłonie w obronnym geście. - Niech każdy patrzy na siebie, mnie nic do tego, kto z kim śpi. Do sypialni nikomu nie wchodzę i tego samego oczekuję w zamian.

- Mam takie samo zdanie jak ty. Jeśli nawet Nina i ojciec Natalki byli razem, to co z tego?

- Nic, ale on jako jedyny rodzic miał prawo do wylewania łez i słów pełnych bólu w tej księdze.

Potakuję głową w milczeniu, próbując przyswoić sobie nowe informacje. Przez chwilę panuje między nami cisza, którą przerywa Arek.

- A co myślisz o tej teorii z mordercą w postaci Julii, w sensie siostry Niny? - zagaduje mnie.

- Jak co myślę? Tu chyba nie ma nic do myślenia. Z tego, co wiem, to ona zamordowała i teraz siedzi w więzieniu. Koniec kropka. - Jestem pewna swego.

- A ja nie byłbym tak do końca pewien. - Arek obrzuca mnie tajemniczym spojrzeniem i kiwa się na krześle, czym mnie denerwuje.

Nienawidzę, jak ktoś podczas rozmowy buja się na tym, na czym aktualnie siedzi. Tak samo wkurza mnie nerwowe podrygiwanie nogami.

- Co masz na myśli?

- Duch Szkoły - oznajmia i patrzy wyczekująco.

- Co Duch Szkoły?

- Słyszałaś o nim?

- Tyle, ile sam mi wczoraj napomknąłeś, nic więcej.

- To w takim razie musisz koniecznie poznać tę historię.

- W takim razie zamieniam się w słuch.

- Otóż śmierć Niny nie jest jedyną śmiercią wśród nauczycieli w tej szkole - mówi, po czym robi znaczącą pauzę.

- Co takiego? Chcesz powiedzieć, że nie tylko Nina tutaj umarła?

- Właśnie tak - oznajmia, a ja czuję, jak po plecach spływa mi zimny pot.

Co jeszcze za chwilę usłyszę? Z jednej strony bardzo chcę wiedzieć, co Arek ma do powiedzenia na ten temat, ale z drugiej jestem przerażona tym, co może powiedzieć.

- Kilkanaście lat temu ówczesny matematyk, Bogdan Król, popełnił samobójstwo na sali gimnastycznej.

- Co takiego? - Nie wierzę w to, co słyszę.

- Powiesił się na drabinkach.

- Ale dlaczego?

- Tego nikt nie wie.

- Zaraz, zaraz... - Zastanawiam się. - Z tego, co mówisz, wynika, że to nie jest taka sama sytuacja. Nina została zamordowana, a ten cały Bogdan popełnił samobójstwo.

- Niby tak, ale ponoć nie można było jednoznacznie stwierdzić, czy nikt mu w tym nie pomógł.

- I co, sądzisz, że zrobił to Duch Szkoły?

- Jestem o tym przekonany. - Zbliża się na odległość kilku centymetrów i ostatnie zdanie szepcze mi do ucha, czym powoduje u mnie dreszcze.

- To niedorzeczne! - Śmieję się nerwowo, bo nagle uświadomiłam sobie, że ten Arek to raczej ma nierówno pod sufitem, ale z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że nie obleciał mnie strach.

- Wierz albo nie, ale ja wiem, że to on go zabił.

- A Nina? Przecież zamordowała ją siostra.

- Siostra została oskarżona o ten czyn i zostanie skazana, ale czy na pewno jest temu winna? - Z tymi słowami wstaje z krzesła, przeciąga się i wsłuchuje w odgłosy dobiegające zza ściany. - O! dzwonek! Na mnie niestety już czas. A ty, Malwa, pomyśl o tym, co ci powiedziałem. Może chociaż ty weźmiesz sobie do serca moje słowa. Nikt inny mi nie wierzy. A Duch Szkoły czai się gdzieś za rogiem i bacznie nas obserwuje.

Zostawia mnie samą i wychodzi, a ja nagle czuję się bezradna. Jestem tu dopiero drugi dzień, a już zdążyłam dowiedzieć się dość sporo i raczej nie są to najlepsze wieści. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Na dziś wystarczy mi tych rewelacji, więc zbieram swoje rzeczy i opuszczam bibliotekę, rejestrując, że gdzieś między półkami mignęła mi chyba jakaś postać. Może to pracująca tu pani Irenka? Pewnie tak i wydaje mi się, że powinnam się chociaż przywitać, ale nie mam siły. Odkładam to na inny czas, choć wiem, że to nieładnie z mojej trony. Ale skoro jest tak bardzo zaczytana, istnieje szansa, że może nawet nie zauważy?

Wychodząc, trafiam w sam środek awantury toczącej się na korytarzu. Jakiś mężczyzna zachowuje się nerwowo i krzyczy na wszystkich wokół, a na jedną z nauczycielek to już zwłaszcza.

- Co pani mi tutaj insynuuje? To niby moja wina, tak? Ja nie popełniam tego typu błędów! Ja mam wszystko zapisane w kalendarzu!

- Przepraszam, może mogę w czymś pomóc? - wtrącam się nieoczekiwanie w rozmowę, chociaż tak naprawdę mam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie, kiedy jednak napotykam przerażone spojrzenie tej biednej nauczycielki, czuję coś na kształt solidarności.

- A pani to kto? - Rzuca mi wyzywające spojrzenie i zakłada ręce na klatkę piersiową, lustrując mnie z góry z na dół.

Jest elegancki, ma na sobie idealnie skrojony garnitur, przez przedramię przerzucił czarny płaszcz. Jego ciemne włosy są starannie ułożone, twarz gładko ogolona, a wokół siebie roztacza silną i duszną woń wody kolońskiej.

- Malwina Wysocka, jestem nowym nauczycielem wspomagającym w drugiej B. - Wystawiam dłoń, która niestety nie zostaje uściśnięta.

- Co? W drugiej B? Jeszcze tego brakowało, żebym o nowym nauczycielu syna dowiadywał się przypadkiem na korytarzu! Istny nonsens! Chcę rozmawiać z dyrekcją! Natychmiast!

- Proszę się uspokoić, to jest szkoła i nie trzeba fundować uczniom tego rodzaju stresu.

- Stresu, mówi pani? A mało to się stresu najedliśmy, jak zaciukano tę nauczycielkę?!

- Proszę pana, proszę się uspokoić i zważać na słowa - staram się, jak mogę, ale widzę, że to twardy zawodnik.

- To może pani mi wytłumaczy, dlaczego tak okropnie potraktowano mnie w tej pożal się Boże szkole.

- Jeśli tylko będę mogła pomóc, to chętnie to zrobię. Co się stało?

- Najpierw nie poinformowano mnie o zebraniu, a teraz...

- Zebranie odbyło się w zeszłym miesiącu i do wszystkich rodziców wysłano mail w tej sprawie. Sprawdzał pan pocztę? - wtrąca nauczycielka o przestraszonym spojrzeniu.

- Oczywiście! Zawsze czytam wszystkie maile! Codziennie! Za kogo pani mnie ma?

- A spam też pan przejrzał? - wbija mu szpilę.

- Spam? A w życiu! Spam od razu wyrzucam, po co mi śmieci?

- Ano właśnie, a tam czasami mogą wylądować tego typu informacje.

- W rzeczy samej, proponuję panu na przyszłość uważniej sprawdzać, zanim pan cokolwiek usunie - wchodzę w dyskusję, chcąc ratować koleżankę z opresji.

Nie wiem nawet, jak ma na imię i czego uczy, ale wygląda na miłą osobę, więc lepiej pokazać, że jesteśmy po tej samej stronie.

- Nie musi mnie pani pouczać! Wiem, co robię! - warczy na nas, a ja uśmiecham się w duchu, bo okazuje się, że jest jeden zero dla nas.

- Czy coś jeszcze mogę dla pana zrobić? - Uśmiecham się przymilnie.

- Owszem. To pani jest tą nową na miejsce tej zabitej?

Jakże jest bezpośredni w słowach.

- Tak, jestem nowym nauczycielem wspomagającym na miejsce pani Niny.

- To uczy pani mojego Tomka.

- Prawdopodobnie tak, a czy jest w czymś problem?

- Problem? W tej szkole problem goni problem, proszę pani! Dlaczego my, rodzice, nic nie wiemy o pani obecności? Dlaczego nikt nam pani oficjalnie nie przedstawił? A poza tym widzę, że nie zna pani nawet imion dzieci z własnej klasy! To skandal!

- Panie Janie, pani Malwina jest tu od wczoraj i dopiero jest wprowadzana w zakres swoich obowiązków. Na pewno za kilka dni lepiej pozna uczniów i zapamięta ich imiona - ratuje mnie koleżanka.

- Za kilka dni? A co jeśli do tego czasu Tomkowi coś się stanie?

- Zapewniam pana, że nic złego mu nie grozi, kiedy jest pod opieką nauczycieli. Dbamy o naszych uczniów.

- Dbacie? Dobre sobie! O nauczycieli też? Jeśli tak dbaliście o tę poprzednią, to niczego dobrego to nie wróży. Raczej marnie skończyła, same panie przyznajcie.

- To był wypadek, na który nie mieliśmy wpływu, mógł się wydarzyć w każdej szkole.

- Dobra, muszę iść, bo spóźnię się na spotkanie z klientem. Ale ta szkoła to jest masakra! Jeden wielki burdel tu macie!

- Zawsze może pan zapisać syna do innej, jeśli nie jest pan zadowolony z funkcjonowania tej placówki - oświadczam z dumą, bo mam dosyć tego wariata.

- Taaa... jasne, jakby to było takie proste - rzuca. - Wrócimy do tematu innym razem, żegnam ozięble! - Niemal wybiega, a my wypuszczamy długo wstrzymywane powietrze.

- O Boże... kto to był?

- Jan Kowalski. A ja jestem Ewa, bo chyba nie miałyśmy jeszcze okazji, żeby się bliżej poznać. - Wyciąga rękę na powitanie, którą od razu delikatnie potrząsam, chcąc zatrzeć niemiłe wrażenie po tym geście u rodzica, z którym miałyśmy nieprzyjemność rozmawiać.

- Malwina, miło mi. Czego uczysz?

- Uczę klasę trzecią A, jestem nauczycielem prowadzącym.

- To wyjaśnij mi, proszę, co to był za idiota?

- To ojciec Tomka, niestety z twojej klasy. W sensie niestety, że masz takiego rodzica, bo Tomek to fajny chłopak, zupełne przeciwieństwo ojca.

- Czyli nasza znajomość nie zapowiada się zbyt dobrze - wzdycham z rezygnacją.

- Nie będę cię zapewniać, że jest inaczej. Przygotuj się na wojnę z tym człowiekiem. O wszystko się ciska. Robi z igły widły i zawsze znajdzie sobie jakiś problem, najczęściej tam, gdzie w ogóle go nie ma. Masakra!

- Właśnie widziałam. O co jeszcze potrafi zrobić awanturę?

- Raczej zapytaj, o co nie potrafi, będzie prościej. - Śmieje się, czym wywołuje również uśmiech na mojej twarzy.

- To muszę się uzbroić w morze cierpliwości.

- Chyba lepiej w cały ocean. Ale co ci powiem, to ci powiem, że to nie z dziećmi jest zawsze najwięcej kłopotów, a przede wszystkim z rodzicami.

- Domyślam się. A on naprawdę nazywa się Jan Kowalski? Taki Jan Kowalski jak z dowcipów?

- Właśnie tak, jest takim naszym uosobieniem wszystkich wad rodziców. Ale pocieszę cię, na nikogo gorszego już raczej nie trafisz, przynajmniej w tym roku szkolnym.

- Dzięki Bogu! Chyba powinnam odmówić modlitwę dziękczynną.

Obydwie zaśmiewamy się do rozpuku, bo co innego możemy zrobić w tej sytuacji? Przecież nie zbawimy całego świata, a tego szczególnego pana zwłaszcza.

- Jest z niego agent, ostatnio zrobił aferę o to, że szkoła nie wygląda reprezentacyjnie.

- To znaczy?

- Chodziło mu o to, że przydałby się remont, bo jak sama widzisz, budynek jest stary i z każdej strony coś się sypie, ale to przecież nie nasza wina.

- Jakby chciał, mógłby skrzyknąć kilkoro rodziców i zorganizować jakieś malowanie czy coś - rzucam pomysł.

- Jasne, że tak! Ale widzisz, to taki typ, że woli sobie pokrzyczeć, pogadać, ponarzekać, niż zakasać rękawy i wziąć się do roboty.

- Rozumiem i będę na niego uważać. Dzięki za ostrzeżenie!

- Muszę już lecieć, mam dokumenty do uzupełnienia i nie chciałabym z tym siedzieć aż do wieczora - mówi i macha i na pożegnanie.

Też mam ochotę już wyjść, ale znowu, jak wczoraj, dostrzegam w kanciapie tego konserwatora. Przypomniało mi się, że Ola wspomniała, abym go zaczepiła i poprosiła o naprawę zawiasów w szafce w naszej klasie. Czuję się trochę niepewnie, gdyż ten człowiek nie wzbudza we mnie sympatii, ale muszę się przemóc i ruszam w jego stronę.

- Dzień dobry! - zagajam ostrożnie, starając się, by ton mojego głosu brzmiał jak najmilej.

- Dzień dobry - odburkuje mi mężczyzna, obrzucając mnie ledwie przelotnym spojrzeniem znad kawałka drewna, przy którym coś skrobie.

Co za gbur! Ja do niego z uśmiechem, prawie z gałązką oliwną na dłoni, a on taki nieprzyjemny w obyciu.

- Jestem Malwina, od wczoraj pracuję w tej szkole jako nauczyciel wspomagający. - Wyciągam dłoń na powitanie, ale tak jak w przypadku rozmowy z Janem Kowalskim, tak i teraz nie spotyka się to z jakąkolwiek reakcją poza lekceważeniem. - W naszej klasie zepsuła się szafka, trzeba naprawić zawias i pomyślałyśmy, że pan mógłby nam w tym pomóc. Klasa to druga B, jest na pierwszym piętrze.

- Wiem, gdzie to jest - odzywa się nareszcie, ale wciąż sprawia wrażenie nieprzyjemnego. W dodatku nie zaszczyca mnie choćby przelotnym spojrzeniem.

- To w takim razie, czy mógłby pan...

- Naprawię to wieczorem, teraz mam inną robotę.

Nie patrzy nawet w moją stronę, jedynie dłubie coś odwrócony bokiem. Pewnie gdyby tylko miał okazję, odwróciłby się ode mnie plecami i zakończył tę rozmowę raz na zawsze.

- Dobrze, dziękuję bardzo, liczymy na pana pomoc. - Naprawdę staram się być miła.

- Zrobi się.

Po tych słowach następuje cisza.

Widocznie to człowiek, który odzywa się tylko wtedy, kiedy musi. Trudno, nie zmuszę go do kontynuowania konwersacji. Jak nie chce, to niech nie gada.

Wychodzę z tego ciasnego i dusznego pomieszczenia, w którym nie ma nawet najmniejszego okna, i od razu mi lepiej. Jakbym zaczerpnęła łyk świeżego powietrza. Obracam się jeszcze, chcąc spojrzeć na tego dziwaka, i wtedy nasze spojrzenia się krzyżują. Jego wzrok oblepia mnie niczym smoła, jest niepokojący, niekomfortowy i budzący strach. Jak dobrze, że nie muszę przebywać z nim w jednym miejscu zbyt długo, chyba nie umiałabym pracować z kimś takim. Jestem zwolenniczką przyjemnej atmosfery w pracy, toczącej się przyjaźnie konwersacji, a z kimś takim jak ten pan złota rączka nie mogłabym spędzić więcej niż kilka minut.

Gdy zamykam za sobą wielkie drzwi wejściowe, on nadal na mnie patrzy. Wczoraj też to robił. Zaczynam się go trochę bać, a te historie Arka o Duchu Szkoły dodatkowo napędzają mi strachu. Może to on jest tym Duchem? W końcu jest stary i pomarszczony, wygląda, jakby miał ze sto lat, całe dnie spędza samotnie w tej kanciapie albo naprawiając szkolne zakamarki i do nikogo się nie odzywa. W dodatku jest zamyślony i jakby odcięty do całej reszty świata. Jakby żył w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, na innej planecie. Nie wiem, dlaczego pani dyrektor się tak nad nim rozpływała. To stary, ponury dziwak. Może i dobrze radzi sobie z naprawami, ma jakiś fach w ręku, ale sympatii to on nie wzbudza. I jestem przekonana, że nie tylko u mnie, ale u pozostałych nauczycieli również.

Ciekawe, jak wytrzymuje z nim pani Lucyna. W końcu dzielą razem przestrzeń. On tam pracuje, a ona trzyma środki czystości. Na pewno często się mijają i spędzają ze sobą więcej czasu niż inni pracownicy. Zastanawiam się, czy do niej też niewiele mówi i jest taki mrukliwy. A może ma taki stosunek tylko do nauczycieli... Dziwne...

Ja tam zawsze uważałam, że nieważne, czy ma się wyższe wykształcenie, czy wręcz przeciwnie - wszystkich ludzi należy traktować z szacunkiem. I tego się trzymam.

A ten konserwator jest niepokojący i tyle. Muszę mu się baczniej przyjrzeć.

Rozdział 5

Nina

Wcześniej...

Zawsze kiedy patrzę na te wielkie mury, jestem przerażona ich wielkością, pewnego rodzaju majestatem, ale przede wszystkim faktem, że gdzieś tam za nimi jest moja mała siostrzyczka. Zupełnie sama. A te kraty w oknach? Brrr... Aż mnie ciarki przechodzą. Nie wiem nawet, kiedy i jak zdążyłyśmy się od siebie oddalić i jak doszło do tego, że Julia się tutaj znalazła. Była moją ukochaną malutką przyjaciółką, wpatrzoną we mnie jak w obrazek. Opiekowałam się nią i dzieliłam wszystkie sekrety. Do czasu.

Gdy ja pogłębiałam wiedzę, a potem poszłam na studia, nie bywałam już tak często w domu i nasz kontakt się rozluźnił. Myślę, że to wtedy Julia zeszła na złą drogę i wpadła w nieodpowiednie towarzystwo, a potem poszło z górki. Narkotyki, alkohol, drobne kradzieże, nazbierało się tego, już kiedy była w liceum, przez co zrezygnowała z dalszego kształcenia. Wolała bawić się z przyjaciółmi, którzy pochodzili z marginesu społecznego. Nigdy nie darzyłam ich sympatią, ale siostra nie chciała mnie słuchać. Wiedziała lepiej ode mnie, co będzie dla niej dobre. Bardzo żałuję, że nie miałam więcej czasu i determinacji, by sprowadzić ją ponownie na właściwe tory.

Dlatego teraz tu stoję.

Przede mną wielkie wrota, które za chwilę się otworzą, i po kilku czy kilkunastu minutach będę mogła spojrzeć mojej siostrze w oczy, uściskać ją i wziąć za rękę. Nie jestem tylko pewna, czy ona również chce tego co ja. Przychodzę tu niezmiennie od czasu, gdy została skazana i osadzona. Tym razem nie skończyło się na wyroku w zawieszeniu. Zbyt wiele rzeczy się nawarstwiło i sąd nie patrzył już na Julię łagodnym okiem, jak na młodą dziewczynę, która na chwilę zboczyła z raz obranej ścieżki.

Mam nadzieję, że wzięła sobie wreszcie moje słowa do serca i wszystko skrupulatnie przemyślała przez ten czas, który tu jest, w efekcie czego raz na zawsze zerwie z tym życiem.

Nareszcie nastał ten moment, kiedy przechodzę za bramę, jakbym niczym Alicja przedostała się na drugą stronę lustra. Ten świat za nimi jest tak odmienny od naszego, że czasami muszę się szczypać w dłonie, by upewnić się, że to nie sen. Strażnicy są pozbawieni jakiegokolwiek wyrazu twarzy, jakby codziennie nakładali maskę obojętności. Wydają tylko krótkie polecenia niczym rozkazy, ale nawet na mnie nie spojrzą. Może to i lepiej. Źle się czuję z myślą, że tu przychodzę. Robię to tylko dla Julii, ale nie zmienia to faktu, że wokół nie panuje przyjemna atmosfera.

Siadam przy stoliku na wyznaczonym mi miejscu i czekam na doprowadzenie mojej siostry na salę. To chwila kiedy rozglądam się dyskretnie dookoła. Za każdym razem uderza we mnie wygląd innych więźniarek. Są brudne, zaniedbane, z potarganymi włosami. Nie zdziwiłabym się, gdyby część z nich miała wszy albo pluskwy. Pewnie mają, skoro w szkole w dwudziestym pierwszym wieku zdarza się co roku jakiś uczeń z wszawicą, to tym bardziej w takim miejscu musi być to powszechne. Nie przeszkadza to jednak bliskim tych osadzonych i zawsze zanim zjawi się moja siostra, jestem świadkiem radosnych powitań, jednocześnie zastanawiając się, czy dziś takie powitanie spotka i mnie.

W końcu Julia wchodzi do sali, a ja natychmiast wstaję i mocno ją przytulam. Niestety, ona nie odwzajemnia mojego dotyku. Jest jak szmaciana lalka, kukła, która jest obca, sztywna i pozbawiona uczuć.

Po chwili siadamy, a ja łapię ją za rękę, którą ona od razu zabiera, jakby mój dotyk ją brzydził, naznaczał niezmywalnym piętnem.

- Jak się czujesz? - pytam ze łzami w oczach.

Julia jest wychudzona, ma szarą i niezdrową cerę. Wygląda, jakby nie spała przez tydzień, a jej ubranie jest pomięte i ma plamy.

- Julia? Wszystko w porządku?

Moje pytania często pozostają bez odpowiedzi. Ona jedynie wzrusza ramionami, jakby zamknęła się w kokonie obojętności.

- Może ci coś przywieźć? Może potrzebujesz czegoś?

- Niedługo wychodzę - odzywa się po wielu tygodniach milczenia.

- Wiem, już wszystko zaplanowałam. Możesz się zatrzymać u mnie. Na początek dobrze ci zrobi, jak będziesz z kimś bliskim, a potem poszukamy dla ciebie pracy. - Uśmiecham się.

- Widzę, że już wszystko zaplanowałaś. - Jej głos ocieka sarkazmem.

- Po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej.

- I jaką niby pracę dla mnie znajdziesz? Nikt nie zatrudni kogoś takiego jak ja, z wyrokiem na karku.

- Rozmawiałam już z panią dyrektor. Być może znajdzie coś dla ciebie.

- Niby co?

- Na początek będziesz mogła sprzątać, może nawet u nas w szkole, a nawet jeśli nie, to w jakimś innym miejscu. Pani dyrektor ma wiele znajomości i nam pomoże.

- Sprzątać? Jaja sobie robisz? Mam czyścić jakieś zasrane kible? Chyba już całkiem cię pojebało - prycha.

- Julia, zrozum, że po wyjściu... - waham się - z więzienia nikt nie da ci od razu wymarzonej pracy, na to trzeba sobie zasłużyć.

- Zasłużyć? To już wolę zostać tutaj, przynajmniej nie muszę sprzątać czyjegoś gówna.

- Pomogę ci, zobaczysz, razem damy sobie ze wszystkim radę.

- Będziesz za mnie sprzątać gówno?

- No nie, mam swoją pracę, przecież wiesz, ale pani dyrektor...

- Pani dyrektor i pani dyrektor! W dupie mam twoją panią dyrektor! Kto to jest?! Jakieś bóstwo?! Niech sama czyści szczochy, a mnie dajcie święty spokój.

- Siostrzyczko... - Ponownie łapię ją za dłoń, którą ona cofa.

Mam łzy w oczach i wiem, że zaraz całkiem pęknę.

- Czego ty ode mnie chcesz? Po co tu przychodzisz?

- Do ciebie, Julia... ja cię kocham, jesteś moją siostrą i nie zostawię cię, nigdy.

- A szkoda.

- Proszę cię, nie mów tak. Naprawdę bardzo chciałabym ci pomóc. Niebawem wychodzisz i nie pozwolę, byś ponownie zniszczyła sobie życie.

Julia odwraca wzrok i wiem, że toczy właśnie wewnętrzną walkę. Z jednej strony chce mi dogryźć, ale z drugiej trochę odpuszcza. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że za chwilę będzie potrzebowała pomocy. Musi coś jeść, mieć gdzie spać. Potrzebuje dachu nad głową, a w dalszej perspektywie pracy. Pieniądze też przecież nie spadają z nieba.

- Przed twoim wyjściem mamy jeszcze jedno widzenie. Przyjdę na nie i proszę, abyś do tego czasu zastanowiła się nad moją propozycją. Możesz to dla mnie zrobić? - pytam, chwytając się resztek nadziei i strzępków uczuć, które Julia musi przecież gdzieś w sobie skrywać.

- Dobra, pomyślę - rzuca od niechcenia, ale na dotyk już mi mnie pozwala.

- Proszę państwa, koniec widzenia! - warczy mi nad głową strażnik, po czym patrzy ostentacyjnie na Julię, która pod jego wpływem podnosi się i wychodzi z sali.

- Proszę, pomyśl o tym! - krzyczę za nią, ale nie wiem, czy nie słyszy.

Nie odwraca się do mnie. Pozostaje mi jedynie wierzyć, że naprawdę przemyśli sobie moją propozycję.

Wracam do domu okrężną drogą przepełniona smutkiem, a łzy ciurkiem lecą mi po policzkach. Te wizyty wyczerpują mnie emocjonalnie. Jakbym straciła całą energię i chęć do życia, ale muszę być silna. Dla Julii. Nikt w nią nie wierzy, nikt nie rzuci jej koła ratunkowego. Mogę zrobić to tylko ja. Mamy tylko siebie i chcę jej pokazać, że na mnie i na moją pomoc zawsze może liczyć.

Zatrzymuję się w pobliskiej kawiarni i zamawiam moje ulubione latte z syropem karmelowym oraz ciasto dnia, największy i najbardziej słodki kawałek. To taki mój rytuał po wizycie w więzieniu. Muszę poszukać sobie jakiegoś pocieszenia, a nie potrafię o tym z nikim porozmawiać. Mogłabym z Aldoną, moją najlepszą przyjaciółką, ale nie umiem, nie chcę. To mój ciężar, mój bagaż doświadczeń i sama muszę go dźwigać, zmierzyć się z tym, kim jest moja siostra, jak bardzo się ode mnie różni. Na jej przeszłość już nic nie poradzę, ale mogę mieć wpływ na ukształtowanie jej przyszłości i zwyczajnie chcę jej pomóc.

Gdy dzwoni telefon, automatycznie odrzucam połączenie, bo nie mam ochoty z kimkolwiek rozmawiać. Sama muszę sobie z tym wszystkim poradzić, bez udziału innych. Wbijam widelec w sam środek ciasta i biorę wielki kęs do ust, popijając go słodką jak ulepek kawą. Przeżuwam to, przeżuwając moje myśli, które kłębią się gdzieś w mojej głowie. Spoglądam na wielkie okna wychodzące na ulicę. Zawsze siadam w tym samym miejscu, na szczęście jeszcze nigdy nie było zajęte, od kiedy tu przychodzę. Obserwuję ludzi. Lubię patrzeć na innych, zwłaszcza kiedy nie mają pojęcia, że są podglądani. Spieszą się gdzieś, pędzą w tym ulicznym tłumie. Zaprzątają ich własne zmartwienia.

Ale odróżnia nas jedno, a mianowicie oni z pewnością nie mają siostry, która odsiaduje wyrok w więzieniu, więc czymże ich problemy są w porównaniu z moimi?

Łapię w przelocie spojrzenie starszego pana, który z trudnością porusza się o lasce, przejście na drugą stronę ulicy sprawia mu nie lada kłopot.

Ukradkiem podglądam dziecko w wózku, które szczerze uśmiecha się do kobiety, która ten wózek prowadzi, zapewne swojej mamy. Dostrzegam zaśmiewające się dwie nastolatki, które rozumieją się bez słów i trzymają za ręce niczym papużki nierozłączki.

W jakże innym momencie swojego życia jestem ja. Jakże chciałabym oddać jego część za to, by przez chwilę poczuć się jak ktoś inny - ktoś, komu towarzyszą troski dnia codziennego; ktoś, kto nie musi organizować życia dorosłej siostrze i prowadzić jej za rękę. Tylko gdyby ona tę rękę chociaż chciała przyjąć... Ale Julia za każdym razem ją odrzuca, odrzuca moją dłoń, mój uścisk, moją pomoc. A ja nie mam przecież złych intencji, chcę dobrze.

Zamawiam jeszcze jedno ciastko, bo dzisiaj czuję się wyjątkowo podle i potrzebuję zwiększonej dawki cukru. Telefon znów dzwoni i kiedy widzę, kto tak usilnie próbuje się ze mną skontaktować, to jednak się przełamuję i odbieram.

- Czeeeść - przeciągam powitanie, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej normalnie.

- Hej, jak się czujesz? To dzisiaj był ten dzień, prawda?

Aldona to moja najlepsza przyjaciółka i zna mnie jak nikt inny. Doskonale wie, że odwiedzam Julię w więzieniu i że te wizyty kosztują mnie wiele stresu.

- Tak, ale chyba nie chcę o tym rozmawiać.

- Aż tak źle?

- Nie wiem, nie potrafię jej rozgryźć. Kiedyś rozumiałyśmy się bez słów, wystarczyło, że na nią spojrzałam i od razu wiedziałam, czy coś ją dręczy, czy ma dobry nastrój. A teraz? Jakby była kimś obcym, zmieniła się tak bardzo, że jej nie poznaję.

- Więzienie to specyficzne miejsce i to niedziwne, że zmienia ludzi. Daj jej trochę czasu. Przemyśli sprawę i da sobie szansę.

- Tak myślisz?

- Pewnie, kto inny wyciągnie do niej pomocną dłoń? Jeśli ty jej nie pomożesz, to nikt tego nie zrobi. Ona doskonale o tym wie, tylko udaje, że tak nie jest. Chce pokazać twardą skorupę, ale tak naprawdę w środku nadal jest małą, bezbronną dziewczynką, która potrzebuje opieki i wsparcia.

- Oby było tak, jak mówisz. Nie mamy za wiele czasu.

- Kiedy wychodzi?

- Już całkiem niedługo. Do tego wielkiego dnia zostało nam już tylko jedno widzenie. Myślisz, że zdołam ją przekonać do siebie?

- Wiesz, Nina, łatwo nie będzie i nie ma co ukrywać, że na początku życie z Julią będzie bajką, raczej ciężką pracą ze strony was obu, ale dacie radę. Kto jak nie wy?

- Dzięki za wsparcie. Jak dobrze, że zawsze mogę na ciebie liczyć.

- Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość.

Gdy rozmowa dobiega końca, mój nastrój zdecydowane się poprawia. Ada, bo tak zdrobniale do niej mówię, zawsze umie wprowadzić mnie w dobry humor. To nie przypadek, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami i przyjaźnimy się od lat. Nawet wylądowałyśmy w tej samej szkole, co jedynie potwierdza, jak świetnie się ze sobą dogadujemy, nie tylko prywatnie, ale również zawodowo.

Jestem już spokojniejsza i wierzę, że Julia podejmie właściwą decyzję. Jeśli nie przyjmie mojej pomocy, ponownie się stoczy i znów wyląduje w więzieniu. Jakoś nikt z jej znajomych, przez których znalazła się wśród osadzonych, nie kwapi się do tego, by jej pomóc. Nikt jej nawet nie odwiedził, co tylko świadczy o tym, jakiego rodzaju to byli przyjaciele. I kto z nich wyszedł na tym wszystkim najgorzej. Moja siostra cierpi, a reszcie tej bandy się upiekło. Julia nikogo nie wsypała.

Moim zdaniem popełniła błąd, ale nie zmuszę jej do składania zeznań. Może dzięki temu przemyśli swoją sytuację i da sobie pomóc. W końcu jesteśmy siostrami i musimy być dla siebie oparciem w trudnych chwilach.