Rozdział 4
Gdy tylko przekraczam próg mieszkania, od razu lecę do laptopa, by sprawdzić tę historię z Niną. Już po kilkunastu minutach mam dość spory obraz sytuacji. Rzeczywiście, ta nauczycielka została zamordowana w szkole i znaleziona martwa przez swoją najlepszą przyjaciółkę, która również tam pracuje. A raczej pracowała. Z tego, co mówiła Ola, Aldona zwolniła się z pracy zaraz po tym wszystkim.
Przeskakuję ze strony na stronę, przeglądając wszystkie możliwe i znane mi serwisy informacyjne, i wszędzie jest to samo. Nie słyszałam o tej tragedii. W sumie nie ma się co dziwić, skoro pochłaniały mnie zupełnie inne sprawy, równie trudne i traumatyczne, w dodatku także związane ze śmiercią. W tym czasie totalnie wyłączyłam się z życia, nie wychodziłam do ludzi, nie słuchałam ani radia, ani telewizji, wylogowałam się z mediów społecznościowych.
Czy gdybym wcześniej wiedziała o całej sprawie, to zdobyłabym się na odwagę, by podjąć tę pracę? Nie wiem, ale nie to jest teraz najważniejsze. Najważniejszy jest fakt, że morderca Niny został złapany i siedzi za murami więzienia. A raczej złapana.
To kobieta, w dodatku siostra tej nauczycielki! Ta wiadomość uderza we mnie niczym obuch. Jak ktoś tak bliski Ninie mógł być zdolny do tak karygodnego czynu?
Chociaż... gdyby się głębiej zastanowić, to nie jest to aż tak niewiarygodne. Często zdarza się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i pozornie bliskie osoby wcale nie są tak bliskie, jak mogłoby się wydawać.
Przyglądam się jej zdjęciu, ale jak to w przypadku takich osób w mediach bywa, oczy zakryte ma czarnym paskiem.
Szukam kolejnych informacji na ten temat, bo nadal nie wiem, dlaczego w ogóle doszło do morderstwa. Okazuje się, że Julia, młodsza siostra Niny, od jakiegoś czasu odbywała karę więzienia. Skazano ją za włamanie z pobiciem, a że wcześniej miała na koncie drobne kradzieże i handel narkotykami, to wreszcie musiała pójść za kratki.
Jak to się życie nieoczekiwanie plecie, jedna z nich była szanowaną, lubianą, podziwianą i wykształconą nauczycielką, a druga stoczyła się na samo dno. Nigdy nie wiemy, co nas spotka w przyszłości i jak potoczą się koleje losu.
Co ciekawe, dzień, w którym Julia dokonała tej straszliwej zbrodni, był dniem, w którym wyszła na wolność. Miała przed sobą całą resztę życia, mogła robić plany, snuć marzenia i wreszcie wziąć się w garść, by nie popełniać więcej błędów, za które trzeba słono zapłacić. A jednak wybrała powrót do więzienia.
Tylko dlaczego zabiła własną siostrę? Tak bardzo jej nienawidziła? O co tutaj chodzi?
Rozumiem, że mogły nie utrzymywać kontaktu, tym bardziej że żyły w dwóch różnych światach, mogły się nawet nie cierpieć, ale żeby od razu posuwać się do zbrodni? Tego jakoś nie umiem pojąć.
Szkoda mi tej całej Niny. Widać, że wszyscy w szkole ją dobrze wspominają, że była lubiana zarówno przez uczniów, jak i nauczycieli, czego dowodem były ich przerażone spojrzenia i wlepiony we mnie wzrok. Gdybym schudła kilka kilogramów, mogłybyśmy uchodzić za siostry bliźniaczki. Cóż, każdy z nas ma gdzieś swojego sobowtóra i moim widocznie była Nina. Całe szczęście, że nie mam rodzeństwa. Skoro jesteśmy do siebie tak podobne, miałabym obawy, co mogłoby mnie spotkać.
Uf... Zamykam klapę laptopa i odchylam głowę na oparcie fotela. Jak dla mnie dzisiaj było zdecydowanie zbyt wiele wrażeń. Czuję, że głowa mi pęka. Jedyne, o czym marzę, to łóżko, dlatego staram się wyłączyć myślenie, co wcale nie jest takie łatwe, i kładę się, by jak najszybciej powitać nowy dzień.
*
Kolejnego poranka jestem zdecydowanie spokojniejsza. Wczorajsze rewelacje wywarły na mnie ogromne wrażenie, ale dziś jest nowy dzień, nowa szansa i powinnam stawić temu czoła.
Trochę z ciężkim sercem, ale i z pewnego rodzaju nadzieją wchodzę do szkoły i się rozglądam. Niemal nikt nie zauważa mojej obecności, pomimo tego, że kilku nauczycieli wyłapuje mnie wzrokiem, a nasze spojrzenia się krzyżują. Skinieniem głowy witam się z nimi, a oni odpowiadają mi tym samym. To dobry znak. Widocznie zaakceptowali fakt, że będą pracować z sobowtórem zmarłej koleżanki, i mój widok nie jest już taki straszny. Punkt dla mnie, od razu czuję, jak wstępują we mnie nowe siły i chęć rozwinięcia skrzydeł.
Ruszam do pokoju nauczycielskiego, by odnaleźć Olę i przygotować się do zajęć.
- Dzień dobry, pani Malwino! Nawet pani nie wie, jak się cieszę, że panią widzę! - wita mnie radośnie pani dyrektor, pojawiwszy się nie wiadomo skąd.
Nie powinno mnie to tak bardzo dziwić, w końcu dobry dyrektor wie wszystko o swojej szkole i zawsze pojawia się niezauważony.
- Dzień dobry - odpowiadam, próbując przywołać uśmiech na twarz.
- Jak to dobrze, że jest dziś pani z nami, wręcz doskonale!
- Ja także jestem zadowolona, ale... dlaczego miałoby mnie nie być?
- Po tym, co wydarzyło się wczoraj, to znaczy, jak dowiedziała się pani o tej naszej niechlubnej historii - zatacza dłońmi koło w powietrzu - miałam spore obawy co do pani obecności. Na szczęście bezpodstawne. - Znów się uśmiecha, a jej wychudzona twarz przybiera nieco komiczny wyraz.
- Tak łatwo się nie poddaję. Ale nie powiem, że wczorajsze wieści nie zrobiły na mnie wrażenia. To okropna tragedia, lecz może dobrze się stało.
- Nie rozumiem.
- Chodzi mi o to, że gdybym wcześniej o niej wiedziała, to nie wiem, czy zdecydowałabym się na tę pracę.
- W takim razie może i lepiej, że los zdecydował za nas, a pani, mam nadzieję, zdoła odczarować nieco to miejsce i wkrótce wszyscy odczujemy ulgę. Nie mogę powiedzieć, że zapomnimy o tym, co się stało, ale z pewnością za jakiś czas zdołamy powrócić na właściwe tory.
- Również mam taką nadzieję.
- W takim razie miłego dnia! - rzuca na odchodne i zostawia mnie na korytarzu.
Teraz już rozumiem, dlaczego jest taka wychudzona i ma smutne spojrzenie. To nie objaw choroby ani wypalenia zawodowego. Jako dyrektor tej szkoły musiała sporo przejść po tym wszystkim. Kosztowało ją to dużo stresu. Ludzie różnie reagują na stres. Jedni go zajadają, przez co nadmiernie tyją, a inni wręcz odwrotnie - przestają jeść i tracą na wadze. Ona zapewne należy do tej drugiej grupy.
Lekcje mijają mi dziś dość szybko, zauważam, że jestem bardziej skupiona i zaangażowana, zupełnie inaczej niż wczoraj. Na kilkadziesiąt minut zapomniałam o całej sytuacji, co jest także zasługą Oli, z którą mam szansę się zaprzyjaźnić. Systematycznie wprowadza mnie w życie szkoły i klasy. To życzliwa i pełna empatii osoba, idealna do prowadzenia młodszych dzieci. Cieszę się, że trafiłam akurat na nią.
Po pracy znów udaję się do biblioteki w celu zgłębienia księgi pamiątkowej poświęconej Ninie. Wczoraj jedynie pobieżnie ją przejrzałam, ale chciałabym nieco bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Naprawdę mnie interesuje, zwłaszcza że jesteśmy tak podobne. To trochę tak, jakby dotyczyło to też mnie.
Jestem tak mocno skupiona i zaczytana, że nie zauważam, kiedy ktoś staje za moimi plecami. Dodatkowo obrazu grozy dopełnia fakt, że jestem tu zupełnie sama. Nie ma uczniów ani nauczycieli, a pani Irenki nadal nie poznałam, nawet w przelocie. Dopiero kiedy czuję na karku ciepły oddech, momentalnie się odwracam, a serce bije mi tak szybko, jakby miało wylecieć z klatki piersiowej.
- O Boże! To ty! - rzucam oskarżycielsko.
- Jakie miłe powitanie, ale nie musisz się aż tak wysilać. Wystarczy zwykłe cześć.
- Co? - Jestem jeszcze trochę skonsternowana. - A tak, jasne, ale wystraszyłeś mnie na śmierć!
- Lepiej uważaj, co mówisz w tych murach. Słowo śmierć nie jest w ostatnim czasie tu mile widziane.
- Racja - przytakuję.
- Co robisz? Nadal szukasz informacji na temat morderstwa? - Arek przysuwa sobie krzesło i siada obok mnie. Zdecydowanie zbyt blisko.
- Nie, wczoraj poczytałam sporo w Internecie i już wszystko wiem. Raczej próbuję bliżej poznać Ninę, o ile to w ogóle możliwe.
- Poznać?
- No wiesz, to taka przenośnia. Wiem, że nie żyje, ale czytając te wpisy, chciałabym się dowiedzieć, jaka była, co lubiła, jak wspominają ją inni.
- Ja mogę ci powiedzieć. Tu nie znajdziesz wiele poza bólem, tęsknotą, stratą i tym podobnymi dyrdymałami.
- Dyrdy... - Chciałabym powtórzyć, ale głos grzęźnie mi w gardle i szeroko otwieram oczy. Nie wierzę, że ten wuefista jest tak bezduszny.
- No tak, to tylko nic nieznaczące słowa. Jestem pewien, że wpisali się wszyscy uczniowie i ich rodzice. Nawet ci, którzy nigdy nie mieli z nią do czynienia, może poza grzecznościowym dzień dobry. - Wywraca oczami.
- To po co się wpisali?
- Nie wiem. - Wzrusza ramionami. - Pewnie dlatego, że tak wypada. A Nina... Nina była naprawdę fajną dziewczyną. Tchnęła w to miejsce nowe życie. Zawsze była pełna pomysłów i energii do działania. Dzieciaki ją kochały, a ta cała Natalia z klasy, którą przejęłaś wraz z Olą, to już całkiem. Wpatrzona była w nią jak w obrazek. Zresztą nie tylko ona, jej ojciec również.
- Słucham?
- O matko, jaka ty jesteś niedomyślna. - Znowu wywraca oczami. - Natalia Borecka, kojarzysz?
Przypominam sobie śliczną blondyneczkę, która wpatrywała się we mnie dzisiaj wielkimi błękitnymi oczami.
- Kojarzę - odpowiadam posłusznie. - To jest wnuczka pani, która sprząta u nas w szkole. Lucyny chyba?
- Właśnie tak. Widzę, że jesteś dość dobrze poinformowana jak na drugi dzień pracy. - Uśmiecha się nieco szyderczo.
Zaczynam się zastanawiać, czy to taki grymas, czy jego słowa zawsze podszyte są sarkazmem.
- Po prostu wczoraj na nią wpadłam. To znaczy pomogłam pozbierać jej wypadające z kieszeni żelki.
- O tak! Żelki to jej nałóg! Nie potrafi się im oprzeć. A najbardziej lubi te kolorowe misie.
- Być może, ale chyba nie o słodyczach chciałeś mi powiedzieć?
- A tak! - reflektuje się. - Otóż ta Natalia, wnuczka Lucyny, wychowuje się bez matki.
- I? - Wciąż nie bardzo rozumiem.
- Jej matka to była córka Lucyny. Zmarła kilka lat temu, jakiś nowotwór czy inna zaraza, nieważne. I jej ojciec dość mocno zainteresował się inną kobietą.
- To chyba nic złego? Jeśli jego żona zmarła jakiś czas temu...
- Pewnie, że nie, ale ta kobieta, którą się zainteresował i z którą zaczął się spotykać, to... - Zawiesza na moment głos w celu wywołania większego napięcia. - To Nina!
- Nina? Ta Nina?
- A znasz jakąś inną?
- Masz rację. Ale co w tym takiego dziwnego?
- Jak dla mnie nic, niektórzy nauczyciele szeptali, że to może nie wypada, aby rodzic wiązał się z nauczycielką swojej córki, ale mnie nic do tego. - Wystawia dłonie w obronnym geście. - Niech każdy patrzy na siebie, mnie nic do tego, kto z kim śpi. Do sypialni nikomu nie wchodzę i tego samego oczekuję w zamian.
- Mam takie samo zdanie jak ty. Jeśli nawet Nina i ojciec Natalki byli razem, to co z tego?
- Nic, ale on jako jedyny rodzic miał prawo do wylewania łez i słów pełnych bólu w tej księdze.
Potakuję głową w milczeniu, próbując przyswoić sobie nowe informacje. Przez chwilę panuje między nami cisza, którą przerywa Arek.
- A co myślisz o tej teorii z mordercą w postaci Julii, w sensie siostry Niny? - zagaduje mnie.
- Jak co myślę? Tu chyba nie ma nic do myślenia. Z tego, co wiem, to ona zamordowała i teraz siedzi w więzieniu. Koniec kropka. - Jestem pewna swego.
- A ja nie byłbym tak do końca pewien. - Arek obrzuca mnie tajemniczym spojrzeniem i kiwa się na krześle, czym mnie denerwuje.
Nienawidzę, jak ktoś podczas rozmowy buja się na tym, na czym aktualnie siedzi. Tak samo wkurza mnie nerwowe podrygiwanie nogami.
- Co masz na myśli?
- Duch Szkoły - oznajmia i patrzy wyczekująco.
- Co Duch Szkoły?
- Słyszałaś o nim?
- Tyle, ile sam mi wczoraj napomknąłeś, nic więcej.
- To w takim razie musisz koniecznie poznać tę historię.
- W takim razie zamieniam się w słuch.
- Otóż śmierć Niny nie jest jedyną śmiercią wśród nauczycieli w tej szkole - mówi, po czym robi znaczącą pauzę.
- Co takiego? Chcesz powiedzieć, że nie tylko Nina tutaj umarła?
- Właśnie tak - oznajmia, a ja czuję, jak po plecach spływa mi zimny pot.
Co jeszcze za chwilę usłyszę? Z jednej strony bardzo chcę wiedzieć, co Arek ma do powiedzenia na ten temat, ale z drugiej jestem przerażona tym, co może powiedzieć.
- Kilkanaście lat temu ówczesny matematyk, Bogdan Król, popełnił samobójstwo na sali gimnastycznej.
- Co takiego? - Nie wierzę w to, co słyszę.
- Powiesił się na drabinkach.
- Ale dlaczego?
- Tego nikt nie wie.
- Zaraz, zaraz... - Zastanawiam się. - Z tego, co mówisz, wynika, że to nie jest taka sama sytuacja. Nina została zamordowana, a ten cały Bogdan popełnił samobójstwo.
- Niby tak, ale ponoć nie można było jednoznacznie stwierdzić, czy nikt mu w tym nie pomógł.
- I co, sądzisz, że zrobił to Duch Szkoły?
- Jestem o tym przekonany. - Zbliża się na odległość kilku centymetrów i ostatnie zdanie szepcze mi do ucha, czym powoduje u mnie dreszcze.
- To niedorzeczne! - Śmieję się nerwowo, bo nagle uświadomiłam sobie, że ten Arek to raczej ma nierówno pod sufitem, ale z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że nie obleciał mnie strach.
- Wierz albo nie, ale ja wiem, że to on go zabił.
- A Nina? Przecież zamordowała ją siostra.
- Siostra została oskarżona o ten czyn i zostanie skazana, ale czy na pewno jest temu winna? - Z tymi słowami wstaje z krzesła, przeciąga się i wsłuchuje w odgłosy dobiegające zza ściany. - O! dzwonek! Na mnie niestety już czas. A ty, Malwa, pomyśl o tym, co ci powiedziałem. Może chociaż ty weźmiesz sobie do serca moje słowa. Nikt inny mi nie wierzy. A Duch Szkoły czai się gdzieś za rogiem i bacznie nas obserwuje.
Zostawia mnie samą i wychodzi, a ja nagle czuję się bezradna. Jestem tu dopiero drugi dzień, a już zdążyłam dowiedzieć się dość sporo i raczej nie są to najlepsze wieści. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Na dziś wystarczy mi tych rewelacji, więc zbieram swoje rzeczy i opuszczam bibliotekę, rejestrując, że gdzieś między półkami mignęła mi chyba jakaś postać. Może to pracująca tu pani Irenka? Pewnie tak i wydaje mi się, że powinnam się chociaż przywitać, ale nie mam siły. Odkładam to na inny czas, choć wiem, że to nieładnie z mojej trony. Ale skoro jest tak bardzo zaczytana, istnieje szansa, że może nawet nie zauważy?
Wychodząc, trafiam w sam środek awantury toczącej się na korytarzu. Jakiś mężczyzna zachowuje się nerwowo i krzyczy na wszystkich wokół, a na jedną z nauczycielek to już zwłaszcza.
- Co pani mi tutaj insynuuje? To niby moja wina, tak? Ja nie popełniam tego typu błędów! Ja mam wszystko zapisane w kalendarzu!
- Przepraszam, może mogę w czymś pomóc? - wtrącam się nieoczekiwanie w rozmowę, chociaż tak naprawdę mam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie, kiedy jednak napotykam przerażone spojrzenie tej biednej nauczycielki, czuję coś na kształt solidarności.
- A pani to kto? - Rzuca mi wyzywające spojrzenie i zakłada ręce na klatkę piersiową, lustrując mnie z góry z na dół.
Jest elegancki, ma na sobie idealnie skrojony garnitur, przez przedramię przerzucił czarny płaszcz. Jego ciemne włosy są starannie ułożone, twarz gładko ogolona, a wokół siebie roztacza silną i duszną woń wody kolońskiej.
- Malwina Wysocka, jestem nowym nauczycielem wspomagającym w drugiej B. - Wystawiam dłoń, która niestety nie zostaje uściśnięta.
- Co? W drugiej B? Jeszcze tego brakowało, żebym o nowym nauczycielu syna dowiadywał się przypadkiem na korytarzu! Istny nonsens! Chcę rozmawiać z dyrekcją! Natychmiast!
- Proszę się uspokoić, to jest szkoła i nie trzeba fundować uczniom tego rodzaju stresu.
- Stresu, mówi pani? A mało to się stresu najedliśmy, jak zaciukano tę nauczycielkę?!
- Proszę pana, proszę się uspokoić i zważać na słowa - staram się, jak mogę, ale widzę, że to twardy zawodnik.
- To może pani mi wytłumaczy, dlaczego tak okropnie potraktowano mnie w tej pożal się Boże szkole.
- Jeśli tylko będę mogła pomóc, to chętnie to zrobię. Co się stało?
- Najpierw nie poinformowano mnie o zebraniu, a teraz...
- Zebranie odbyło się w zeszłym miesiącu i do wszystkich rodziców wysłano mail w tej sprawie. Sprawdzał pan pocztę? - wtrąca nauczycielka o przestraszonym spojrzeniu.
- Oczywiście! Zawsze czytam wszystkie maile! Codziennie! Za kogo pani mnie ma?
- A spam też pan przejrzał? - wbija mu szpilę.
- Spam? A w życiu! Spam od razu wyrzucam, po co mi śmieci?
- Ano właśnie, a tam czasami mogą wylądować tego typu informacje.
- W rzeczy samej, proponuję panu na przyszłość uważniej sprawdzać, zanim pan cokolwiek usunie - wchodzę w dyskusję, chcąc ratować koleżankę z opresji.
Nie wiem nawet, jak ma na imię i czego uczy, ale wygląda na miłą osobę, więc lepiej pokazać, że jesteśmy po tej samej stronie.
- Nie musi mnie pani pouczać! Wiem, co robię! - warczy na nas, a ja uśmiecham się w duchu, bo okazuje się, że jest jeden zero dla nas.
- Czy coś jeszcze mogę dla pana zrobić? - Uśmiecham się przymilnie.
- Owszem. To pani jest tą nową na miejsce tej zabitej?
Jakże jest bezpośredni w słowach.
- Tak, jestem nowym nauczycielem wspomagającym na miejsce pani Niny.
- To uczy pani mojego Tomka.
- Prawdopodobnie tak, a czy jest w czymś problem?
- Problem? W tej szkole problem goni problem, proszę pani! Dlaczego my, rodzice, nic nie wiemy o pani obecności? Dlaczego nikt nam pani oficjalnie nie przedstawił? A poza tym widzę, że nie zna pani nawet imion dzieci z własnej klasy! To skandal!
- Panie Janie, pani Malwina jest tu od wczoraj i dopiero jest wprowadzana w zakres swoich obowiązków. Na pewno za kilka dni lepiej pozna uczniów i zapamięta ich imiona - ratuje mnie koleżanka.
- Za kilka dni? A co jeśli do tego czasu Tomkowi coś się stanie?
- Zapewniam pana, że nic złego mu nie grozi, kiedy jest pod opieką nauczycieli. Dbamy o naszych uczniów.
- Dbacie? Dobre sobie! O nauczycieli też? Jeśli tak dbaliście o tę poprzednią, to niczego dobrego to nie wróży. Raczej marnie skończyła, same panie przyznajcie.
- To był wypadek, na który nie mieliśmy wpływu, mógł się wydarzyć w każdej szkole.
- Dobra, muszę iść, bo spóźnię się na spotkanie z klientem. Ale ta szkoła to jest masakra! Jeden wielki burdel tu macie!
- Zawsze może pan zapisać syna do innej, jeśli nie jest pan zadowolony z funkcjonowania tej placówki - oświadczam z dumą, bo mam dosyć tego wariata.
- Taaa... jasne, jakby to było takie proste - rzuca. - Wrócimy do tematu innym razem, żegnam ozięble! - Niemal wybiega, a my wypuszczamy długo wstrzymywane powietrze.
- O Boże... kto to był?
- Jan Kowalski. A ja jestem Ewa, bo chyba nie miałyśmy jeszcze okazji, żeby się bliżej poznać. - Wyciąga rękę na powitanie, którą od razu delikatnie potrząsam, chcąc zatrzeć niemiłe wrażenie po tym geście u rodzica, z którym miałyśmy nieprzyjemność rozmawiać.
- Malwina, miło mi. Czego uczysz?
- Uczę klasę trzecią A, jestem nauczycielem prowadzącym.
- To wyjaśnij mi, proszę, co to był za idiota?
- To ojciec Tomka, niestety z twojej klasy. W sensie niestety, że masz takiego rodzica, bo Tomek to fajny chłopak, zupełne przeciwieństwo ojca.
- Czyli nasza znajomość nie zapowiada się zbyt dobrze - wzdycham z rezygnacją.
- Nie będę cię zapewniać, że jest inaczej. Przygotuj się na wojnę z tym człowiekiem. O wszystko się ciska. Robi z igły widły i zawsze znajdzie sobie jakiś problem, najczęściej tam, gdzie w ogóle go nie ma. Masakra!
- Właśnie widziałam. O co jeszcze potrafi zrobić awanturę?
- Raczej zapytaj, o co nie potrafi, będzie prościej. - Śmieje się, czym wywołuje również uśmiech na mojej twarzy.
- To muszę się uzbroić w morze cierpliwości.
- Chyba lepiej w cały ocean. Ale co ci powiem, to ci powiem, że to nie z dziećmi jest zawsze najwięcej kłopotów, a przede wszystkim z rodzicami.
- Domyślam się. A on naprawdę nazywa się Jan Kowalski? Taki Jan Kowalski jak z dowcipów?
- Właśnie tak, jest takim naszym uosobieniem wszystkich wad rodziców. Ale pocieszę cię, na nikogo gorszego już raczej nie trafisz, przynajmniej w tym roku szkolnym.
- Dzięki Bogu! Chyba powinnam odmówić modlitwę dziękczynną.
Obydwie zaśmiewamy się do rozpuku, bo co innego możemy zrobić w tej sytuacji? Przecież nie zbawimy całego świata, a tego szczególnego pana zwłaszcza.
- Jest z niego agent, ostatnio zrobił aferę o to, że szkoła nie wygląda reprezentacyjnie.
- To znaczy?
- Chodziło mu o to, że przydałby się remont, bo jak sama widzisz, budynek jest stary i z każdej strony coś się sypie, ale to przecież nie nasza wina.
- Jakby chciał, mógłby skrzyknąć kilkoro rodziców i zorganizować jakieś malowanie czy coś - rzucam pomysł.
- Jasne, że tak! Ale widzisz, to taki typ, że woli sobie pokrzyczeć, pogadać, ponarzekać, niż zakasać rękawy i wziąć się do roboty.
- Rozumiem i będę na niego uważać. Dzięki za ostrzeżenie!
- Muszę już lecieć, mam dokumenty do uzupełnienia i nie chciałabym z tym siedzieć aż do wieczora - mówi i macha i na pożegnanie.
Też mam ochotę już wyjść, ale znowu, jak wczoraj, dostrzegam w kanciapie tego konserwatora. Przypomniało mi się, że Ola wspomniała, abym go zaczepiła i poprosiła o naprawę zawiasów w szafce w naszej klasie. Czuję się trochę niepewnie, gdyż ten człowiek nie wzbudza we mnie sympatii, ale muszę się przemóc i ruszam w jego stronę.
- Dzień dobry! - zagajam ostrożnie, starając się, by ton mojego głosu brzmiał jak najmilej.
- Dzień dobry - odburkuje mi mężczyzna, obrzucając mnie ledwie przelotnym spojrzeniem znad kawałka drewna, przy którym coś skrobie.
Co za gbur! Ja do niego z uśmiechem, prawie z gałązką oliwną na dłoni, a on taki nieprzyjemny w obyciu.
- Jestem Malwina, od wczoraj pracuję w tej szkole jako nauczyciel wspomagający. - Wyciągam dłoń na powitanie, ale tak jak w przypadku rozmowy z Janem Kowalskim, tak i teraz nie spotyka się to z jakąkolwiek reakcją poza lekceważeniem. - W naszej klasie zepsuła się szafka, trzeba naprawić zawias i pomyślałyśmy, że pan mógłby nam w tym pomóc. Klasa to druga B, jest na pierwszym piętrze.
- Wiem, gdzie to jest - odzywa się nareszcie, ale wciąż sprawia wrażenie nieprzyjemnego. W dodatku nie zaszczyca mnie choćby przelotnym spojrzeniem.
- To w takim razie, czy mógłby pan...
- Naprawię to wieczorem, teraz mam inną robotę.
Nie patrzy nawet w moją stronę, jedynie dłubie coś odwrócony bokiem. Pewnie gdyby tylko miał okazję, odwróciłby się ode mnie plecami i zakończył tę rozmowę raz na zawsze.
- Dobrze, dziękuję bardzo, liczymy na pana pomoc. - Naprawdę staram się być miła.
- Zrobi się.
Po tych słowach następuje cisza.
Widocznie to człowiek, który odzywa się tylko wtedy, kiedy musi. Trudno, nie zmuszę go do kontynuowania konwersacji. Jak nie chce, to niech nie gada.
Wychodzę z tego ciasnego i dusznego pomieszczenia, w którym nie ma nawet najmniejszego okna, i od razu mi lepiej. Jakbym zaczerpnęła łyk świeżego powietrza. Obracam się jeszcze, chcąc spojrzeć na tego dziwaka, i wtedy nasze spojrzenia się krzyżują. Jego wzrok oblepia mnie niczym smoła, jest niepokojący, niekomfortowy i budzący strach. Jak dobrze, że nie muszę przebywać z nim w jednym miejscu zbyt długo, chyba nie umiałabym pracować z kimś takim. Jestem zwolenniczką przyjemnej atmosfery w pracy, toczącej się przyjaźnie konwersacji, a z kimś takim jak ten pan złota rączka nie mogłabym spędzić więcej niż kilka minut.
Gdy zamykam za sobą wielkie drzwi wejściowe, on nadal na mnie patrzy. Wczoraj też to robił. Zaczynam się go trochę bać, a te historie Arka o Duchu Szkoły dodatkowo napędzają mi strachu. Może to on jest tym Duchem? W końcu jest stary i pomarszczony, wygląda, jakby miał ze sto lat, całe dnie spędza samotnie w tej kanciapie albo naprawiając szkolne zakamarki i do nikogo się nie odzywa. W dodatku jest zamyślony i jakby odcięty do całej reszty świata. Jakby żył w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, na innej planecie. Nie wiem, dlaczego pani dyrektor się tak nad nim rozpływała. To stary, ponury dziwak. Może i dobrze radzi sobie z naprawami, ma jakiś fach w ręku, ale sympatii to on nie wzbudza. I jestem przekonana, że nie tylko u mnie, ale u pozostałych nauczycieli również.
Ciekawe, jak wytrzymuje z nim pani Lucyna. W końcu dzielą razem przestrzeń. On tam pracuje, a ona trzyma środki czystości. Na pewno często się mijają i spędzają ze sobą więcej czasu niż inni pracownicy. Zastanawiam się, czy do niej też niewiele mówi i jest taki mrukliwy. A może ma taki stosunek tylko do nauczycieli... Dziwne...
Ja tam zawsze uważałam, że nieważne, czy ma się wyższe wykształcenie, czy wręcz przeciwnie - wszystkich ludzi należy traktować z szacunkiem. I tego się trzymam.
A ten konserwator jest niepokojący i tyle. Muszę mu się baczniej przyjrzeć.