1940
Tabor mozolnie przeciskał się traktem przez karpacką puszczę. Była końcówka lata. Świeża zieleń już dawno ustąpiła miejsca rudym barwom nadchodzącej jesieni.
Nad drogą zwisały ciężkie gałęzie świerków, tworząc gąszcz zasłaniający słońce. Ich korzenie wdzierały się drapieżnie w wydartą górom przecinkę. Od czasu do czasu trakt zalewały potoki niosące otoczaki i żwir, a miejscami przejazd zagradzały masywne głazy.
Cyganie nic sobie z tego nie robili. Podobnie jak setki wędrowców przed nimi, sprawnie, acz wolno posuwali się naprzód. Wozy podskakiwały na wybojach, a dzieciarnia darła się wniebogłosy, biegając z psami w pobliżu. Gdzieniegdzie spod plandek wydobywały się smętne dźwięki skrzypiec i gitar.
Było ich wielu. Kełderasze z Węgier liczyli, że uda im się sprzedać kotły. W bogatszych miejscowościach najmowali się do ciesiółki i budowy domów. Przy okazji sprzedawali kute z wprawą kunsztowne kołatki i zawiasy. Lowarzy - odwieczni koczownicy - trzymali się z boku. Podróżowali tylko paroma wozami i z tabunem koni. Liczyli na dobry handel i obłaskawianie wierzchowców. Na tym znali się najlepiej.
Zmierzali w okolice Żywca. Zostawili już za sobą wysokie stoki Pilska. Szli przez Rajczę i mniejsze wioski, obozowali nieopodal ludzkich siedzib. Od lat przywozili w Beskidy dobrą zabawę, tańce, śpiewy i wróżby. Wrócili nawet w tym dziwnym roku, zasnutym od wiosny żelaznymi chmurami spod znaku czarnego orła. Jego cień napawał ich obawą, że czasy wędrujących Romów się kończą. Być może byli ostatnią grupą w tych górach. Nawet jeśli jeszcze się łudzili, że tak nie jest.
Krzepki siwy Lowar jadący na czele kołysał się w siodle. Z przyzwyczajenia obserwował drogę, którą znał jak własną kieszeń. Miał na imię Tagar, co oznaczało króla. Był już stary, choć na takiego nie wyglądał. Na jego ogorzałej twarzy próżno było szukać zmarszczek innych niż te wokół oczu i ust, będące oznakami radosnego usposobienia. Bruzda biegnąca przez środek czoła świadczyła o mądrości, która pokona każde zmartwienie. Tagar, od dziecka wielokrotnie przemierzający szlak na drugą stronę Beskidów, mamrotał coś do siebie i przymykał oczy, jakby przysypiał, ale spod opuszczonych powiek co rusz spoglądał na końskie uszy. Od czasu do czasu podnosił wzrok, aby dojrzeć koniec drogi lub zbliżający się zakręt. W pewnej chwili obejrzał się, słysząc za plecami kłusującego jeźdźca.
Podjechał do niego mężczyzna z gracją trzymający się w siodle, ubrany w drogi płaszcz z karakułów, który kompletnie nie nadawał się do konnej jazdy. Spod jego ekstrawaganckiego melonika wystawały długie kruczoczarne włosy, których strąki zawijały się za uszami i kładły na kołnierzu płaszcza. Spojrzenie miał nieco rozmarzone, ale wystarczająco bystre, by uznać, że wie, czego chce i dokąd zmierza. Nazywał się Manouche Baval i dołączył do taboru niedawno. Skąd pochodził i jaką skrywał tajemnicę - tego Tagar nie wiedział. Nie pytał o to, bo liczył, że obcy, który kazał do siebie mówić Mano, w końcu sam mu wszystko powie.
Elegant nonszalancko trzymał wodze jedną ręką. W drugiej miał złotą fifkę z palącym się papierosem. Konie wyrównały tempo. Mano zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym.
- Daleko jeszcze? - odezwał się, kiedy uznał, że chwila jest odpowiednia.
- Niedaleko. Będzie jakiś tydzień - zażartował przewodnik.
Mówili po niemiecku. Tagar wyuczył się tego języka przez lata wędrówek po krainach austro-węgierskiego imperium. Znał też francuski, węgierski, rumuński, rosyjski i polski, a także różne narzecza romskie. Był obieżyświatem jakich mało, ostatnim może w tej części Karpat.
- A bez postojów? - Mano się zaśmiał. - Jak prędko zajadę do Żywca?
- Opuszczasz nas?
- Może...
- Co ci tak śpieszno?
- Nie twoja rzecz.
- Moja czy nie... - sapnął starzec. - Jak Cygan się spieszy, to może być jedno z dwóch: zabawa albo dziewczyna. Więc co?
- Nie twoja rzecz.
- Moja, boś w moim taborze. Stanie się co, oskarżą, niesłusznie nawet, i wszyscy odpowiemy. Gadzie nas za jednego mają i za twoje uczynki do mnie przyjdą na osąd.
- Dziewczyna.
- Tutejsza czy romska?
- Tutejsza, romska, z osiadłych - skłamał elegant.
- To ci radzę, a posłuchaj mnie... - Tagar przerwał, gdy zauważył, że towarzysz przewraca oczami. - Dojedziemy tam wszyscy w tydzień i się z nią zobaczysz. Pozór się stworzy, odpust jest niedługo, zabawa będzie. Ludziska się zejdą, to i ona okazję będzie lepszą miała, żeby braciom i ojcu z oczu zejść. Nieprawda może?
- Prawda - przyznał niechętnie Mano.
- No. - Starzec popędził konia do kłusu. - To postanowione.
Od taboru oderwał się jeździec. Wyprzedził wszystkich i zagrodził przejazd.
- Kto ty jesteś?! - krzyknął do eleganta. - Łabanec pewnie jaki albo oszust!
Obcy ściągnął wodze. Nie odpowiedział. Nie rozumiał po lowarsku.
- Nawet nie gadasz po naszemu. - Młody Rom prychnął. - Mów zaraz, coś za jeden. Za plecami starego się nie chowaj.
Obcy wzruszył ramionami. Przewodnik wjechał między nich.
- Jedź ze mną, Ćwiek. Pogadamy. - Zmierzył młodego Lowara wzrokiem. Nie znosił sprzeciwu.
Tamten szarpnął wodze i pokłusowali dwie staje przed czoło taboru, zostawiając przybysza.
- Co z niego za Cygan? Z jakich jest Roma? - pytał Ćwiek. - Nie mówi nawet po naszemu. Po co go żeście przyjęli?
- Dołączył, bo się zgodziłem - rzekł twardo Tagar. - Samotnemu wędrowcowi nie odmawiamy pomocy. Masz co przeciw niemu?
Kary ogier przewodnika wyczuł nastrój swojego pana i potrząsnął grzywą. Podjezdek, na którym siedział młody Cygan, wierzgnął nerwowo.
- To może być szpicel. Wiecie wszak, Mądra Głowo, co się Romom szykuje. Licho nie śpi, a broni u nas mało.
- Wiem i nic nowego to nie jest, że na nas nastają. Po zmroku będziemy o tym radzić. - Starzec uspokoił młodego gestem. - A obcy to dobra dusza, wiem to. Choć zbłąkana.
- Skąd niby wiecie?
- Bo prowadzam Lowarów i innych od dziesiątek lat przez te góry. Jak mój ojciec i dziad prowadzali. I umiem poznać, kto jest przeklęty, kto skalany, kto złodziej, szpieg, a kto gorączka, jak ty, Ćwiek. Biedy se tą złością napytasz, Janko, mówię ci.
- Bajanie starucha - syknął Ćwiek.
- Co ty masz do niego, pytam?
- Cokolwiek wam mówi, łże - gorączkował się młodzieniec. - Próba niech będzie. Albo niech opowie wszystkim, skąd się wziął i po co z nami jedzie.
- Nie zmusisz nikogo, by o sobie gadał, kiedy nie jest gotów. Mnie rzekł, jaki ma cel. - Przewodnik zacisnął palce na wodzach. - I wystarczy.
- Nie mnie. - Koń młodego Lowara zatańczył, zbyt mocno pociągnięty za łeb. - Żądam sądu, próby czaszki, że nie łże ten obcy.
- To nie sprawa na picie z czaszki! - odparł z oburzeniem starzec. - Świecy nawet nie ma co na nią łamać.
- Tak mówicie, a ja ciekawym, jak z przysięgą będzie kręcił. Szpicel to, mówię wam. - Skierował oskarżycielsko palec w stronę obcego.
Ten ostentacyjnie patrzył to na swoje paznokcie, to na wierzchołki drzew.
- Próby żądam! - warknął Ćwiek. - Na pierwszym postoju.
- A żądaj sobie. - Stary wzruszył ramionami.
- Nie możecie odmówić.
- Mogę i odmawiam.
- Nie możecie, jeśli przed wszystkimi zażądam i oskarżę, że on łabanec.
- Czym niby skażony jest?
- Łgarstwem, bo to gadzio, nie żaden Cygan. Albo co gorsza zdrajca i wywołaniec, famuso.
- Uważaj, Ćwiek, jakie słowa na wiatr rzucasz. Bo się poniosą i już ich nie złapiesz. Wielkie to oskarżenie, którego będziesz musiał dowieść. Masz siłę w sobie, żeby się spierać ze mną przy wszystkich? - W głosie starca zabrzmiało złowrogie ostrzeżenie. - Obyś nie skalał czci Lowarów i sam wywołańcem nie został.
- Do czorta z tym! - Ćwiek wściekle szarpnął wodze. - Jeśli do następnego postoju nie powie, kim jest, wezwę go przy wszystkich do próby. I zobaczymy, czy on, czy ja.
- Zobaczymy. - Przewodnik uśmiechnął się pod wąsem. - Może nawet wcześniej niż chcesz. A ty tymczasem zważaj na swojego konia, bo coś mu fałszywie gra podkowa.