Ostatnia gospoda. Zapiski - Imre Kertesz

Reflow text when sidebars are open.
1. "Właściwie mógłbym zacząć pisać na klawiaturze. Utworzyłbym plik pod nazwą "sekretny plik"", napisał Imre Kertész 18 marca 2001 roku. Tym zdaniem węgierski noblista otworzył swój ostatni dziennik, ujawniając przed czytelnikiem największy sekret (nowej) pisarskiej kondycji: gotowość do kontynuowania praktyk twórczych na ekranie czarnego laptopa. Kertész precyzyjnie odnotowuje wszelakie potyczki z ciałem rozchwianym chorobą Parkinsona - uporczywe drżenie ręki, która nie potrafi już utrzymać pióra, słabnące libido, kłopoty z chodzeniem, zmęczenie i bezsenność. Pisanie na granicy nocy i dnia staje się mistrzowskim popisem literatury pisanej nie w noblowskim fraku, ale w szlafroku. Zmagania z własną słabością i chorobą żony stają się tłem twórczości zrodzonej z wyczerpania, a przede wszystkim z siły ufundowanej na świadomości śmierci dotąd Kertészowi nieznanej. Śmierci, której się wyczekuje, którą się prowokuje, mierząc odległość z balkonu do ulicznego bruku, z którą toczy się fizyczną i intelektualną grę. W kontekście prymarnego doświadczenia obozu umieranie w berlińskim apartamencie z oknem "idealnym do samobójstwa" - jak mówi pisarzowi Tankred Dorst - jest zupełnie nowym, nieznanym światem. A taki świat domaga się zupełnie nowego, nieznanego języka.
Sposób, jaki Kertész wybiera, by jeszcze raz o sobie opowiedzieć, tylko z pozoru przypomina jego własne dokonania (Dziennik galernika, Ja, inny. Kronika przemiany)1 i wybitną tradycję europejskiej diarystyki. By móc nakreślić ten misterny plan, należy zacząć od historii książki, którą Czytelnik i Czytelniczka trzymają w dłoniach, ponieważ drobiazgowa analiza zmian wprowadzanych do tekstu, począwszy od pierwszego wydania z 2011 roku, zatytułowanego wtedy Mentés másként. Feljegyzések 2001-2003 (Zapisz jako. Zapiski 2001-2003)2, do Végső kocsma (Ostatnia gospoda)3 z roku 2014, pozwala zrozumieć intelektualny koncept autora. Poprawki dotyczą praktycznie każdego poziomu tekstu. Pisarz zmieniał jego objętość (obecna, prezentowana w przekładzie, jest największa), podmieniał przydawki, wycinał passusy, usuwał komentarze (na przykład dotyczące uciążliwych zmagań z komputerem) i fragmenty zbyt - jak można domniemywać - intymne (takie jak erotyczne sny), a przede wszystkim usunął daty, co w wypadku dziennika ma kolosalne znaczenie, bo podważa genologiczną poprawność samego tytułu.
Co zrobić z dziennikiem, który nie chce być dziennikiem, choć niezaprzeczalnie nim jest? Kertész, jak zawsze, ujawnia swój sekret tylko przed tymi, którzy potrafią niezwykle uważnie obcować z tekstem. Dukt narracji prowadzi przez plątaninę kilkunastu tematów, tylko pozornie niezwiązanych ze sobą. Mamy tutaj obserwowanie z okna żebraka, umieranie Ligetiego, "katastrofę noblowską", podróże, notatki z lektur, refleksje o muzyce, fascynujące raporty z wizyt w ekskluzywnych europejskich restauracjach, bezsenność, chorobę Magdi (drugiej żony autora), starość, upadek Europy, niechęć do Węgier, pisarską niemoc, przygotowywanie się do śmierci, pamięć o Auschwitz i polityczne diagnozy dotyczące współczesności. Mógłby Kertész rzec, parafrazując zapis z Dziennika żałobnego Rolanda Barthes'a, "moje pisanie będzie chaotyczne", ale w niemal egzotycznej wielości i plątaninie wątków kryje się kluczowa metafora tej książki. Można do niej dotrzeć różnymi drogami - poprzez dekodowanie mott i ukrytych cytatów usuwanych z kolejnych wydań, analizę motywów konsekwentnie powtarzanych na okładkach, ściśle korespondujących z dyskretnie przemycanymi do tekstu wskazówkami. Wszystkie te tropy prowadzą w głębiny oceanu.
2. Słone przymierze między literaturą a podwodnym światem towarzyszy Kertészowi od pierwszych prób dziennikowych. Jak pamiętamy, śródtytuły Dziennika galernika układały się w następującą morską sekwencję: wypływa - błąka się (wśród raf i mielizn) - puszcza (ster) - odkłada (wiosła) - jest szczęśliwy4. Od Stendhala wiemy, że nie pisze się dziennika w stanie szczęścia, ale ten literacki podszept przegrywa z potrzebą zapisu. Kertész niechętnie patrzy na ramy, granice, stabilność i stałość, pożądając żywiołu odwzorowującego życiowe i fizyczne rozchwianie. Wybiera więc przestrzeń oceanu, bo w jego bezkresie zawiera się najgłębsza metafizyka tekstu i czytelniczych praktyk. Zwodnicze fale i ich szamańskie obrzędy nieobliczalnego rytmu jawią się jako idealny finał. Choć w istocie nie o impresje morskie tu chodzi, ale o zapewne niemającą końca intertekstualną sieć, którą diarysta rybak zarzuca na tekst. Od Coleridge'a do Londona, od Melville'a do Conrada, od Verne'a do Hughesa. Morze to przecież nie tylko historie o grozie sztormu, lecz także czekanie na wypłynięcie do nieznanych zakątków globu, snucie sagi o istnieniu w nadbrzeżnych karczmach. Z nich bierze swój początek Ostatnia gospoda.
3. Osobnym fenomenem niniejszej książki jest jej tytuł. Podczas przekładania tomu stawiałam mu (tytułowi i tomowi) wciąż to samo pytanie: czy kod tytułu powinien naprowadzać na tropy nabrzeża jako Ostatnia karczma, poezji Baudelaire'owskiej jako Ostatnia oberża, czy może przydrożnej gospody, przyjmując tytuł Ostatnia gospoda lub Ostatni zajazd. Każde z tych rozwiązań jest zasadne, każde broni się osobnym inwentarzem argumentów, każde zasługuje na wybranie. Niestety, nie mogły zaistnieć w trójharmonii, choć w pewnym sensie się to dokonało, bo każde z wydań zagranicznych wybrało jedną z zaproponowanych wersji. Po niemiecku dziennik jest "zajazdem" (Letzte Einkehr), po francusku "oberżą" (L'Ultime Auberge). Ostateczna decyzja o polskim tytule wyniknęła z konotacji językowych słowa "gospoda". Miejsce, w którym Kertész sporządza zapis, nie jest tylko "karczmą", ale przede wszystkim przestrzenią użyczającą schronienia, niekiedy nawet gościnną i intymnie bliską. Polski tytuł stara się zaakcentować to właśnie znaczenie węgierskiego słowa kocsma.
4. Krytycy węgierscy, komentujący tomy ostatniego dziennika, zwracali uwagę na dominujący w dziele kryzysowy ton i obniżenie pisarskiego stylu, które miały uzasadnić bardzo trudną do przyjęcia nad Dunajem krytykę Węgier, przenikającą prawie każdą stronę tej książki. Dla uważnych obserwatorów prowokacyjne wypowiedzi odnotowane w dzienniku nie są niczym nowym, bo mają swoje początki w poprzednich dziełach, takich jak Dossier K., Ja, inny..., Dziennik galernika, Język na wygnaniu czy tom wywiadów A megfogalmazás kalandja (Przygoda opisu) z 2009 roku. Wtedy Kertész mówił o "pierzchającej nadziei", nieznajdującej dla siebie miejsca w świecie pozornie tylko demokratycznym, który ma wszelkie predyspozycje do tego, by ponownie zgodzić się na rządy totalitarne. Wyrażał głębokie zaniepokojenie brakiem debaty o historii węgierskich Żydów, dla których nie znaleziono na mapie rodzimego kanonu literackiego właściwego miejsca. Wreszcie potrafił odnaleźć własne miejsce jedynie poza Węgrami, mimo że językiem Kertésza i żywiołem jego ekspresji był i jest język węgierski. W dzienniku odnajdujemy wszystkie odcienie goryczy wywołanej sytuacją w ojczyźnie pisarza. Kertész, świadomy roli, jaką jego ostatnie dzieło może odegrać w dyskusji o bardzo negatywnej kondycji Węgrów, zdobywa się na odwagę i szczerość. Unika omowni, nie łagodzi kąśliwych komentarzy. Pod tym względem ten ostatni dziennik jest pierwszym.
5. Jean-Paul Sartre pisał w Słowach: "Niekiedy podchodziłem bliżej, by przyglądać się owym szkatułkom, co rozwierały się jak ostrygi - i odkrywałem nagość ich narządów wewnętrznych: karty sinawe i spleśniałe, z lekka opuchnięte, pokryte czarnymi żyłeczkami, karty, które wchłaniały atrament i pachniały grzybem"5. Jakże wymownie przywołane zdania jednego z mistrzów Kertésza obejmują diarystyczne uniwersum, wskazując spleśniałe piękno zapisanego papieru. Taki właśnie jest ostatni dziennik węgierskiego noblisty. Kiedy pisarz po raz pierwszy postanowił prowadzić zeszyt i zapisywać swoje zmagania z powieścią, która przyniosła mu (po dwudziestu dziewięciu latach) Nagrodę Nobla, nie mógł jeszcze wiedzieć, że u kresu karty tej wielkiej twórczości zsinieją, lecz równocześnie otworzą się na podobieństwo morskich owoców. Niech czytelnik czuje się zaproszony do ostatniej portowej gospody.
Kinga Piotrowiak-Junkiert
Ta książka, którą traktuję jako ukoronowanie mojej twórczości, nigdy nie powstałaby bez zapału, pomocy i fachowego wsparcia mojego przyjaciela i współpracownika Zoltána Hafnera. Niech to będzie moje, pełne wdzięczności, podziękowanie za to, że dowiódł on istnienia człowieczeństwa, rozumu i wiary w tym nieprzyjaznym świecie.
I.K.
Świt. Widmowość świata i ludzi. Jakby nie istnieli ludzie, tylko zjawy. Także ja jestem duchem, nie wiem czyim, nie wiem też, jakiego rodzaju reguły określają, że coś ma wprawiać moją widmowość w ruch i nią kierować na ziemi.
Europejski Żyd jest reliktem, ale nie tak anachronicznym jak ortodoksyjny judaizm, który w dodatku ma wiele różnych odłamów. Nie, europejski Żyd to w istocie rasa określona przez innych, zmuszona do bycia Żydem, nieumiejąca już nawiązywać bliskich relacji. Religia jako taka może jeszcze funkcjonować, ale wtedy pojawia się uzasadnione pytanie, dlaczego nie jest ortodoksyjna? I co znaczy: "Do zobaczenia w Jerozolimie" - chociaż Jerozolima naprawdę istnieje i mieszkają tam Żydzi. To szczególna sytuacja, którą trzeba przyjąć do wiadomości ze zrozumieniem, ale też odrobiną nostalgii, i nieustannie się jej przyglądać. I czym prędzej się wycofać. Także literacko. A nawet - zwłaszcza literacko.
Przegadany esej Kundery o powieści6. Powszechnie znane ogólniki wypowiedziane z francuską elokwencją, odrobinę łagodzącą niekompetencję wywodu. Kundera między innymi stwierdza, że powieść, począwszy od Kafki, opisuje człowieka zniewolonego, pozbawionego większych szans w starciu z zawłaszczającą wszystko władzą - myśli znane z czasów Losu utraconego. Powstaje jednak pytanie: jeśli władza jest totalitarna, a ludzie totalnie się do niej dostosowują, dla kogo mamy opisywać człowieka poddanego totalitarnej władzy? Ściślej mówiąc: dlaczego mamy go przedstawiać jako nacechowanego negatywnie, by tajemnicza, pozostająca poza totalitarnym światem, jednostka wydawała wyroki, więcej - bo przecież idzie o powieść - bawiła się i uczyła, a nawet wyciągała wnioski co do przyszłych dzieł literackich? Absurd polega na tym, że odkąd Bóg umarł, nie ma obiektywnego spojrzenia. Żyjemy w stanie panta rhei, nie mamy czego się uchwycić, a jednak piszemy tak, jakbyśmy mieli, jak gdyby istniał jakiś aspekt sub species aeternitatis, boski punkt widzenia albo "wiecznie ludzki" punkt widzenia. Gdzie zatem się kryje rozwiązanie tego paradoksu?7.
30 marca 2001. W nocy powrócił do mnie ze wzmożoną siłą Samotny sodomczyk - pierwszy wielki pomysł, temat z czasów młodości, nazwałbym go: opis przeżycia dionizyjskiego, wyzwolenie własnego indywidualizmu z rytualnej orgii tłumu. Krótko mówiąc, ten motyw określił całą moją późniejszą twórczość, a więc fabuły wszystkich powieści. Pamiętam nawet, że spacerowałem ulicą Zivatar z młodym człowiekiem imieniem Péter (mogliśmy mieć wówczas może ze dwadzieścia trzy lata) i mówiłem mu, bo kształcił się na pisarza (pisarz był z niego kiepski i umarł młodo), o opowiadaniu bazującym na moich najważniejszych przeżyciach z wojska, tak jak to opisałem po dziesiątkach lat we Fiasku. Ale historia sodomskiego Lota, którą wtedy wymyśliłem, ciągle jeszcze czeka na opisanie. (Warto wspomnieć, że z tym motywem zetknąłem się ponownie w trakcie tłumaczenia Nietzschego, przy opisie apolińskiego, a właściwie dionizyjskiego, człowieka Grecji; i było to niemal déja vu. Czy aby nie czytałem dawno, dawno temu, w latach młodości, Narodzin tragedii - oczywiście w archaicznym, topornym przekładzie Lajosa Fülepa? No więc nie pamiętam, czy czytałem. Inną sprawą jest tekst, a inną zawarty w nim nastrój i odczucie świata; ta niezmiennie przerażająca "wiedza" wywołała we mnie poczucie nostalgii, gdy sam tłumaczyłem Narodziny tragedii8).
Jeśli chodzi o mnie: gdy tylko mam się wypowiedzieć w kwestii teorii powieści, a także gdy coś na ten temat czytam, czuję, że zasycha mi w ustach. To wszystko i tak jest daremne, bo opiera się jedynie na talencie plastycznym: czy człowiek potrafi stworzyć swój własny świat, czy nie. A mimo to w czasie pisania Losu utraconego poświęciłem mnóstwo czasu na zgłębianie kwestii teoretycznych, wtedy jednak znajdowałem w tym przyjemność i wymagała tego sama powieść. Teraz wszystko się zmieniło: przy Likwidacji też jest potrzebne potężne zaplecze teoretyczne do stawiania i rozwiązywania mnóstwa problemów, ale pracuję nad nimi niemal ze wstydem, w ciszy, byle tylko nikt mnie nie zauważył. Ponieważ powieść, pisana wielkimi literami, czyli w ogólnym tego słowa znaczeniu "rozpoznanie problemów powieściowych", nie przynależy wyłącznie do kwestii "badania Bytu narzędziami powieści". Pokazuje ona także, że obecnie jakiekolwiek badanie Bytu jest zbyteczne; w ten sposób niepotrzebna jest też powieść, a jeszcze bardziej zbędny jest powieściopisarz.
Najważniejszym kryterium "stanu losu utraconego" jest ostatecznie całkowity brak związku między egzystencją a prawdziwym życiem. Byt pozbawiony egzystencji - albo raczej: egzystencja pozbawiona Bytu - to jest największe novum tej epoki.
Jak należy pisać? "Pan Leuwen ojciec, jeden ze wspólników słynnego banku Van Peters, Leuwen i Spółka, bał się tylko dwóch rzeczy na świecie: nudziarzy i wilgoci"9 - Stendhal. Wstęp, w którym zwyczajowo poleca on książkę the happy fews - "nielicznej grupie czytelników" - nieoczekiwanie robiąc woltę, przechodzi do zdania: "Pamiętaj, żeby nienawiść i trwoga nie stały się treścią twojego życia"10. (Mógłbyś to sobie zapisać jako życiowe motto).
"(...) większości dogadza owo ckliwe skojarzenie obłudy i kłamstwa zwane rządem reprezentantów"11 - Lucien Leuwen. Swoją drogą, to Ligeti polecił mi Stendhala. W pewnym czasie przepadałem za nim, później uznałem, że współcześni są bardziej interesujący. Nie ma pewności, czy miałem rację. Od kogo nauczyłem się najwięcej? Myślę, że od Thomasa Manna (rezolutności i dyscypliny pisarskiej, pilności i godności, a także - żebym nie zapomniał - erudycji) oraz od Camusa (nieustępliwego podążania za każdą możliwością kryjącą się w tekście). Od pewnego czasu żadnego z nich nie czytam. A tak na marginesie: Stendhal był pisarzem nowoczesnym. "Każda sztuka jest nową sztuką".
Niechętnie czekam na chwilę, gdy bezspornie wyjdzie na jaw, jak bardzo zepsuł mi się styl i jak podupadłem na duchu, od czasu gdy piszę na komputerze. I jakim stałem się gadułą.
Ostatniemu tomowi dziennika dałbym taki tytuł: Ostatni występ w Lokalu Niechybnie Spisanym na Straty.
Te zapiski całkowicie różnią się od wcześniejszych. Chciałbym wyjaśnić, dlaczego dzisiaj piszę tak banalnie. Możliwe, że po prostu żyję w bardziej trzeźwym świecie, w którym nie ma metafizyki albo (by zadośćuczynić potrzebom świata) metafizyka nie jest potrzebna. Poza tym nie ma żadnej tajemnicy, jest po prostu tylko materialno-duchowe ubóstwo, stagnacja historyczna, motłoch, polityczna niemoc. To wszystko nie jest dziełem zewnętrznych okoliczności, ale faktem; kraj jest konsekwencją samodzielnej, niezależnej działalności społeczeństwa. I jeśli rodzi się pytanie, co ja mam z tym wspólnego, muszę szukać odpowiedzi obywatelskiej, ponieważ jestem obywatelem (citoyen) wolnego i niepodległego państwa, choć moje doświadczenia pokazują coś zupełnie innego. To trudne pytanie, na które relewantną i jednoznaczną odpowiedzią byłaby tylko emigracja. Ale emigracja też jest banalna. Chociaż dzisiaj skłonny jestem przyznać, że uwarunkowania społeczne rzeczywiście odegrały niemałą rolę w stwarzaniu "mnie samego". Po części jestem więźniem warunków życiowych, w których się znalazłem, i ma to także związek z moimi rozterkami duchowymi. Gdybym powiedział: jestem pisarzem żydowskim (ponieważ fakt ten odcisnął i odciska piętno na moim życiu), nie oznaczałoby to, że sam jestem Żydem, bo mając na względzie mój krąg kulturowy i przekonania, niestety nie mógłbym tego o sobie powiedzieć. Ale mogę za to powiedzieć, że jestem pisarzem anachronicznej formy żydowskiej egzystencji - pisarzem galutu, zasymilowanej żydowskiej diaspory - jej wcieleniem, jej twórcą, kronikarzem jej likwidacji i posłańcem wieszczącym nieuchronne jej zniknięcie. Pod tym względem Endlösung odgrywa decydującą rolę: ktoś, dla kogo tożsamość żydowska to wyłącznie Auschwitz i próba unicestwienia Żydów, w pewnym sensie nie powinien nazywać siebie Żydem, jest bowiem kimś w rodzaju deutscherowskiego "nieżydowskiego Żyda"12, jego europejskim, pozbawionym swojego miejsca na ziemi, choć pełniącym ważną funkcję, wariantem. W kulturze europejskiej (o ile takowa istnieje) taki Żyd odegrał dużą i ważną rolę, ale nie ma już znaczenia w najnowszej historii Żydów, w procesie jej odradzania się - i znowu muszę powiedzieć: jeśli w ogóle mamy lub będziemy mieć z tym do czynienia. Pojęcie "Żyd" jest jednoznaczne tylko dla antysemitów.
Powieść, niczym dziecko urodzone w późnym wieku, jest rozpieszczona i wydelikacona. Budzi wielki niepokój u starego ojca. Łapie wszystkie choroby wieku dziecięcego i stale przysparza trosk pytanie: ile zniesie jej wola życia? Nie zdziwiłbym się, gdybym któregoś ranka znalazł ją martwą. Ależ byłbym niepocieszony...
W pewnym sensie zaliczam Koestlera do grona moich duchowych krewnych, tak jak wszystkich, których uwiodło prowadzące na manowce i pozbawiające domu poczucie odpowiedzialności za świat i którzy w końcu odnaleźli swoje ukojenie, a nawet powołanie, jako bezpaństwowcy. Klęska Europy w latach trzydziestych była dramatem, który długo jeszcze będziemy wspominać, i gdy czytam Koestlera, nie sięgam po jego powieści, ale po wstrząsające dokumenty, w których jako świadek XX wieku opisuje rozpad mieszczańskiej egzystencji, ułudę ruchu komunistycznego, swoją ucieczkę i internowanie we Francji.
Śmiertelne zmęczenie. Od tygodni ani przez chwilę nie miałem styczności z Twórczością, z tym nagłym (i cudownym) porywem szczęścia, które niegdyś tak często mnie nawiedzało. A teraz: depresja, bezsenność. Nie umiem ochronić mojej, użyczonej mi przez Boga samotności. Być może nosi to miano klęski, którą tak dotkliwie odczuwam w chwilach krytycznych.
Nie mam wielkich wizji, wielkich pomysłów. Ale mój styl jest dobry i to, co rozpocząłem - powieść - zmierza ku końcowi.
Muszę zdecydować, czy powieść jest w ogóle potrzebna? Czy dowodem potwierdzającym jej sens jest jedenaście lat, które jej poświęciłem? Czy potwierdzeniem może być fakt, że traktuję ją jako finał, ukoronowanie całego mojego dorobku? Czy to możliwe, że chcę opowiedzieć historię, której nie da się opowiedzieć albo której nie umiem opowiedzieć? I jak ona wygląda, dlaczego w ogóle chcę ją opowiedzieć? Czy to aby nie z ambicji miałbym napisać jeszcze jedną powieść, wszystko jedno jaką? Pytanie jest złe, bo napisanie jeszcze jednej powieści to kwestia ambicji i ta ambicja nie ma w sobie nic z fałszu, to absolutnie uzasadniona ambicja każdego pisarza, twórcy, który jeszcze nie jest gotowy pójść na emeryturę.
Wczorajszy odczyt podczas pewnej żydowskiej uroczystości (nie zanotowałem nazwy organizatora). Ostatni rozdział Losu utraconego. Poczułem siłę i (jak widać) ponadczasową aktualność tego tekstu. A potem "rozmowa" na forum, przed publicznością. Byłem naprawdę krytyczny (pod względem politycznym), czego nie mam w zwyczaju. Ale teraz z wielkim obrzydzeniem myślę o tym, że danie upustu emocjom sprawiło mi przyjemność. M. była trochę przerażona. Rzeczywiście, jeśli w sali byli obecni szpicle - bo dlaczego miałoby ich nie być - mieli sporo rzeczy do zrelacjonowania. Kilka (nie)paranoicznych refleksji: otaczają mnie (chcieliby mnie otoczyć) murem. Istnieją tak zwane "listy" (nawet mówienie o nich jest hańbiące: wykreślili mnie z listy pisarzy francusko-węgierskiego roku kultury, po proteście strony francuskiej wróciłem na listę, dokładnie tak, jak się to robiło za Kádára; oczywiście ani mi się śni przyjąć bilet lotniczy, raczej nie pojadę). Przywołałbym tutaj kilka inwektyw w prasie i radiu zainspirowanych przez władze tego kraju. Szczególnie się nimi nie interesuję, ale jako connaisseur dyktatury, którym jestem, potrafię zinterpretować tego typu zjawiska (przede wszystkim to, że dyktatura na nowo ożywia dyktatury). Pod tym względem trzeba się obawiać pisania na komputerze, bowiem urządzenie jest znacznie trwalsze niż dający się łatwo podrzeć papier. Kto bowiem chciałby z powodu śmiertelnego niebezpieczeństwa, w popłochu roztrzaskiwać o podłogę swój komputer? Swoją drogą, to ciekawe spostrzeżenie, że od czasu wykorzystywania komputerów do celów publicznych i prywatnych nie było prawdziwej dyktatury, przynajmniej nie w Europie. Ale na to, jak na wszystko inne, znajdą jakieś radykalne rozwiązanie, na przykład po prostu zakażą używania komputerów i nie będzie ich można kupić w sklepach.
"Z zapisków węgierskiego katolika..."13. Ależ, Drogi Przyjacielu, czy nie dotarło jeszcze do Pana, że judaizm - i wszystkie jego heretyckie odłamy (na przykład chrześcijaństwo, nie mówiąc o katolicyzmie) - zniknął, rozproszył się, że został zasymilowany i porzucił nas, wyznawców?! Pan, Mój Drogi węgierski Przyjacielu, który życzyłby sobie, aby Kościół katolicki postrzegał Romów jako bliźnich i ogłosił to z ambony, miałby nie znać jego oblicza i historii? Czyżby Pan nie słyszał o serii aktów pokuty, wykluczeń, prześladowań, namacalnych i mentalnych przejawów inkwizycji, których ostateczną konsekwencją było zgładzenie Żydów? Czyżby Pan nie wiedział, że każdy pojedynczy etap tego procesu, każdą ustawę i wszystkie rozporządzenia z nim związane, od żółtej gwiazdy po zinstytucjonalizowane społeczne wykluczenia i odseparowanie (nazywamy je, Mój Przyjacielu, gettem), nazistowskie władze przejęły od Kościoła katolickiego, a finałem ich "ponownego zastosowania" (w miejsce dawnych stosów i pogromów) były komory gazowe? Czyżby Pan nie wiedział, że biskupi tego Kościoła przegłosowali w swoim parlamencie węgierskie "ustawy żydowskie"? Czyżby nie zdawał Pan sobie sprawy z tego, że Kościół katolicki (podobnie zresztą jak Żydzi i wszyscy pozostali) przez czterdzieści lat współpracował z władzami komunistycznymi i oddał w ręce policji tych księży, którzy traktowali poważnie swoje powołanie i stan konsekrowany? Czyżby Pan nie wiedział, że Pana papież, ten "schorowany człowiek", ciało astralne, poniekąd przeprosił za Holokaust, wszelako Baranek Boży nie wziął na siebie tego grzechu?
Tutaj, Mój Drogi katolicki Przyjacielu, popełniono gafę, była to wielka okazja kryjąca w sobie możliwość oczyszczenia i odnowy, na które jednak Kościół, z przyczyn czysto politycznych, nie był gotów. A tym samym nie był też gotowy na uratowanie samego siebie, na uratowanie chrześcijaństwa. Czym jest dziś chrześcijaństwo? Jeśli pozostaniemy na węgierskim podwórku: pustą, upolitycznioną formułą. Jeśli spojrzymy na to szerzej - wyniszczoną kulturą europejską. Nie łudźmy się: oficjalne, zinstytucjonalizowane kościelne formuły dotyczące wiary są wewnętrznie puste i dotyczy to każdej wiary, każdego Kościoła, każdej grupy wyznawców. Możliwe, że zjawi się jeszcze święta Teresa z Ávila i święty Jan od Krzyża, którzy swoją wiarą odnowią religię, ale nie karmmy się próżnymi nadziejami. Pewne jest natomiast, że od czasów kardynała Paskaiego14 zmartwychwstania oczekiwać nie można. I nie zajdzie daleko katolik, który pokładałby nadzieje w zmartwychwstaniu swojego Kościoła, dając temu wyraz jedynie za pomocą wzniosłych słów. Na tej szali trzeba położyć własne życie, mniejszą stawką niczego się nie zdziała, jedynym "głosem wołającego na puszczy" jest pedagogiczny artykuł w "Życiu i Literaturze", na który ci lepsi pokiwają głowami, a ci gorsi będą szczerzyć złośliwie zęby, by następnego dnia tak pierwsi, jak i drudzy zapomnieli o całej sprawie.
Trwająca od tygodni depresja. Żyję poza powieścią. Codziennie jem kolację w "towarzystwie", w otoczeniu obcych. Większa część życia wydaje mi się bezsensowną stratą czasu. Nie umiem z tego wybrnąć. Słabość względem M. Fizyczne poniżenia wieku starczego. Starość - nigdy bym nie pomyślał - przychodzi nagle. Z dnia na dzień, niemal z sekundy na sekundę. Nagle tracisz panowanie nad ciałem i nic na to nie poradzisz. Dopada cię nagłe parcie na pęcherz, z którym musisz się uporać w ciągu kilku minut, bo inaczej, w szczególnie upokarzający sposób, pobrudzisz moczem bieliznę. Największą klęską jest impotencja, gdy ani na chwilę nie przestają cię interesować kobiety. Drugim nieszczęściem jest bezsenność. W tej chwili są czterdzieści dwie minuty po trzeciej w nocy, a jeszcze nie zmrużyłem oka. Rano mam prezentować "szerszej publiczności" pisarzy hiszpańskich, których nie znam; nie znam też hiszpańskiego; ujawnię całą swoją niekompetencję. Inna sprawa, że czasy, w których żyjemy, są niekompetentne.
Zupełnie inna kwestia:
Dlaczego nie umiem zapomnieć pierwszego karcącego policzka wymierzonego mi przez ojca? Zdarzyło się to pewnego dnia w porze obiadowej w sypialni internatu, w której oprócz nas dwóch nikogo więcej nie było. Ojciec powiedział mi kiedyś, że jeśli będę głodny, mam otworzyć rachunek u sklepikarza na rogu. Kupiec nazywał się Ács, lokal mieścił się w piwnicy u zbiegu ulic Szondi i Mihálya Munkácsa; miałem brać na kredyt to, czego mi potrzeba. Kiedyś przez cały tydzień posilałem się tam salami i chlebem z masłem. Czy rzeczywiście ojciec dużo za to zapłacił (ile to go mogło kosztować)? Wszystko jedno, bo był wtedy biedny i moje objadanie się salami uznał za rozpustę.
Ale nie marnował zbytnio słów na wyjaśnienia. Widocznie postanowił zamanifestować swoją opinię poprzez czyn - wymierzył mi siarczysty policzek. Ustronność miejsca, w którym się to wydarzyło, oraz jego miażdżąca przewaga sprawiły, że krzyknąłem i zacząłem płakać. To wydarzenie złamało mnie duchowo. Mogłem mieć osiem lat. Dopiero teraz, po upływie wielu lat, gdy wnikliwiej się temu przyglądam, potrafię rozpoznać w tym rodzaj jakiegoś wyzwolenia. To tak, jak Flaubert doradzał Maupassantowi, że ma patrzeć na drzewo tak długo, jak długo widzi je innym niż pozostałe i dostrzega jego niepowtarzalną wyjątkowość.
Hiszpanie. Już po wszystkim; czterech pisarzy, trzech z nich naprawdę sympatycznych, a zwłaszcza Se?or Mendoza. Później sałatka z tuńczykiem na tarasie Bristolu. Promienna wiosna. Delektuję się tym, że mogę sobie pozwolić na coś, co wiele lat temu, kiedy jeszcze bywałem tutaj z przyjaciółmi, było poza moim zasięgiem. Wtedy wielką pokusą była "zapiekanka makaronowa", której nigdy, z braku pieniędzy, nie udało mi się spróbować. Czy pocieszy mnie fakt, że przynajmniej byłem wtedy młody? Marna to dla mnie pociecha. Zdecydowanie wolę być starcem, ale z pieniędzmi w kieszeni. Ale to dygresja. Około czwartej - bardzo zmęczony - wróciłem do domu i nagle, pstryk!, w miejscu, gdzie wcześniej utknąłem, pojawił się dalszy ciąg powieści. Usiadłem przed komputerem i pracowałem do ósmej wieczorem. Czuję, że udało się zachować spójność powieści i jest uratowana. I co dziwne, bo nie uwierzyłbym, że to się uda, podoba mi się pisanie na komputerze. Intymne i eleganckie. W każdym razie taki właśnie jest mój mały czarny laptop, niczym zgrabna, posłuszna dziewczyna.
Wczoraj wieczorem na Strinbergu. Chciałbym przeczytać jego prozę, ale jest niedostępna, przynajmniej po węgiersku. Kobiety i mężczyźni; znajomość psychiki podszyta złośliwością; wiedza na ogół jest złośliwa.
Przy okazji pisania Likwidacji przeglądanie Kadyszu; zdumiało mnie szczere pragnienie śmierci, które jest praprzyczyną tej powieści, jej spiritus rector. I nagle wróciłem pamięcią do ponurego nastroju tamtych lat, w którym było, jak się zdaje, tyle napięcia, ile potrzeba do stworzenia takiej powieści jak Kadysz.
Ostatnio przyzwyczaiłem się do środków nasennych. Mam już prawie wyrzuty sumienia. Powiedzmy tak: nie pracuję nad tym, by się wyspać. Biorę sen na kredyt. M. opowiadała dzisiaj rano, że kiedy zasnąłem, przez dobre pół godziny poruszałem lewym ramieniem. Nie pamiętam tego i nic mi się nie śniło. Możliwe, że mojej śmierci będą wtórować objawy choroby świętego Wita: to będzie zabawne, ale już nie dla mnie. Ja raczej nie będę umiał się śmiać w chwili agonii.
Nawet jeśli pewnego dnia zniknąłby wszystkowiedzący autor, to i tak będziemy się zmagać z wszechwiedzą, ponieważ rozwijamy ją w "trzeciej osobie"... Może jednak uda się znaleźć jakieś rozwiązanie - nawet jeśli nie będzie konkretne: podstawą powieści jest sztuka teatralna. Rzeczywistość dzieła jest osobnym dziełem. Poza tym tego drugiego dzieła - sztuki - nie znamy w całości. Sztuka jest dla nas w równym stopniu niejasna co sam proces Tworzenia i tak samo niejasna, i w podobny sposób fragmentaryczna jest dana nam rzeczywistość. Ta jednak jest stosunkowo zrozumiała, bowiem żyjemy zgodnie z jej logiką.
Wypowiedź nie musi być prawdą tylko dlatego, że jest dla ciebie korzystna. Jeśli chcesz być sprawiedliwy, musisz skrupulatnie sprawdzać każdą, która jest dla ciebie niekorzystna, a nawet szkodliwa. Pojawiają się tutaj pytania: czy takim przekazem może być choroba? A jeśli tak, czego lub kogo dotyczy? (I tak dalej aż do zupełnego absurdu albo wprost w absurd).
Wczoraj pewna dama (po niemiecku): Ich lese Ihr Galeerenbuch. Es ist wie ein Gebetbuch15. To jak dotąd najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałem o tej książce. Ta kobieta to katoliczka (jak mniemam, praktykująca).
Według głupiego, oszczerczego artykułu miałem powiedzieć jednej z holenderskich gazet, że "nie żyję tutaj z przekonania, a moja walizka jest zawsze spakowana"16 itd. Miałbym "żyć tutaj bez przekonania"? Na pewno nie mogłem powiedzieć takiej bzdury. W bardzo niewielu miejscach człowiek żyje naprawdę z przekonania. Powiedzmy, że wielu Izraelczyków mieszka w Izraelu z prawdziwego przekonania. No ale na Węgrzech? Tutaj człowiek rodzi się w wirze historii i albo zostaje przy życiu, albo nie. Nie może być tu mowy o przekonaniu.
Czytając "jawne sekrety": doprawdy nie ma tutaj żadnych sekretów. Gdzie się podział mój radykalizm? Ogarnęłoby mnie zwątpienie, gdybym nie wiedział, że radykalizm wciąż jest obecny w mojej powieści.
W tym podeszłym wieku, w tym leciwym świecie, jak długo on trwa i jak długo ja istnieję, interesuje mnie powieść i tylko powieść. Czy to nie jest dziwne? Co to za obsesja, która włada moim życiem i czyni je błogosławionym?
Ach, te piękne listy Gizeli z Rzymu, które są niczym smutne sonaty samotności. - Dzisiejszej nocy zagłębiam się w życie Celana, w to wielkie i smutne życie. Żydowskość przenika tu wszystko pod taką postacią i na takim poziomie, że już nie umiem dotrzymać Celanowi kroku lub widzę w jego widzeniu świata coś przekornego, coś, czego potrzebuje poeta, ludzie, żeby świat był wierny ogromowi swojej nędzy i ogromnemu cudowi życia. Ile delikatności, ile kobiecego czaru emanuje z tej kobiety, którą Paul prawdopodobnie doprowadził do upadku, jakby przeznaczeniem mężczyzny na tej ziemi nie było nic innego jak doprowadzanie do upadku każdej słabości, każdego piękna, wszystkiego, co jest od mężczyzny słabsze i bardziej kruche. Nie znam nikogo, kto umiałby się sprzeciwić temu przeznaczeniu. A wszystko tylko po to, by mógł się później zwrócić przeciw sobie samemu; ile niewypowiedzianego buntu rodzi się we mnie - przeciwko czemu? Czuję się jak ktoś, kto nigdy nie żył. Nigdy nie zaznałem takich przygód w życiu. Nigdy nie byłem bezpaństwowcem, nigdy moja rodzina nie była z dala ode mnie, gdzie indziej niż ja, nie trapiło mnie poczucie odpowiedzialności za dzielącą nas odległość, dystans. Jak dobrze znane jest takie życie, życie Celana; kobieta, która go kochała, która stała się z jego powodu Żydówką, którą ta próżna miłość doprowadziła do upadku. - Teraz żyję bardzo daleko od wszystkiego, z zasady, zagłębiam się w tworzenie tekstów, które czytam z zaskoczeniem i uszczęśliwiony - nie zawsze je rozumiem, ale spływają z mojego pióra, pióra, które jest małą czarną skrzyneczką i nazywa się komputer.
Na zewnątrz świta, rozśpiewały się ptaki. Ile nocy spędziłem, czuwając, na Szigliget, ile majowych świtów tam zastałem. Nie jestem szczęśliwy. Ale jestem szczęśliwy.
Celan w jakimś napadzie szaleństwa zaatakował w Paryżu swojego siąsiada, który posądzał go o dręczenie własnego syna. Kiedy znaleźli się w komisariacie, wykrzyknął: "Jestem Francuzem! Jestem Francuzem...!". A był tylko Żydem. Swoją drogą, nie został ukarany. Odesłano go do kliniki psychiatrycznej.
Jak to możliwe, że dotąd jeszcze nie oszalałem? A może już się to stało?
Czy metafizyka (w naszym myśleniu) ma rację bytu, czy nie, czy jest nieistotna? Prawdą jest, że metafizyka porzuciła "człowieka". Taka jest jego dzisiejsza kondycja duchowa i niebezpieczny to stan.