Ostatnia godzina - Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Z koszmaru obudził go ogłuszający rumor.

Alexander zerwał się z łóżka, zlany zimnym potem, i odruchowo sięgnął po pistolet leżący na szafce nocnej. W pierwszej chwili nie mógł się zorientować, skąd dobiegał hałas i co go spowodowało, dlatego oddychając szybko, wręcz sapiąc, rozejrzał się po pokoju hotelowym.

Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Ustawione naprzeciwko łóżka biurko znajdowało się nadal na swoim miejscu, tak samo jak przystawione do niego krzesło zasłane ubraniami, które zdjął z siebie poprzedniego wieczora. Drzwi do łazienki, usytuowanej po lewej stronie pomieszczenia tuż obok wyjścia, były uchylone. Przez szparę widział, że światło wewnątrz jest zgaszone. Nikt nie czaił się w kabinie prysznicowej, by za chwilę przeprowadzić zamach na jego życie.

Zanim odetchnął z ulgą i pozwolił swemu ciału się rozluźnić, podszedł do okna. Wychylając się lekko zza firanek, zerknął na skąpaną w deszczu ulicę. Zobaczył kłótnię kierowców. Kobieta jadąca lśniącym audi wymachiwała rękoma, krzycząc coś do gościa w niebieskim bmw, którego przód wgniótł cały prawy bok jej auta.

Zamknął okno i wszedł do łazienki, sycząc z bólu. Rana nad biodrem nie wyglądała tak przerażająco, jak dzień wcześniej, ale zdecydowanie bolała bardziej niż w chwili jej zadawania. Spojrzał z pogardą na opatrunek przesiąknięty krwią - nienawidził, gdy ktoś naruszał jego przestrzeń osobistą. Dlatego też od samego początku kariery unikał wszelkich zadań wymagających bójek, porwań i wszystkiego, co prowadziło do dotyku. Kiedy musiał udać się w teren, zdecydowanie preferował broń dalekiego zasięgu, a gdy nie mógł otrzymać roli snajpera, był gotów zaszyć się w najgorszym, najbardziej śmierdzącym miejscu, jakie można tylko sobie wyobrazić, i stamtąd dowodzić misją. Najlepiej gdy w takim centrum dowodzenia był sam, jednak ku jego niezadowoleniu ostatecznie zawsze ktoś dołączał do zespołu. Po kilku misjach większość ludzi wiedziała, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Ekipa TESSY bardzo szybko nauczyła się go ignorować.

Telefon zadzwonił akurat wtedy, gdy odrywał od skóry plastry przytrzymujące gazy. Spojrzał w lustro zawieszone nad umywalką w łazience i odebrał, wcale nie mając na to ochoty.

- Który to pokój? - Szybkie pytanie nie zaskoczyło go ani trochę. Jego siostra Joanne była bardzo konkretna, nie zawracała sobie głowy takimi błahostkami jak przywitanie się na początku rozmowy, bądź przesadne uprzejmości w osobistych kontaktach.

- Dwieście dwadzieścia jeden.

- Będę za minutę.

Niedbale odłożył telefon na brzeg umywalki i dokończył odrywanie opatrunku. Jeszcze zanim sięgnął do apteczki po czystą gazę, usłyszał walenie do drzwi. Poszedł otworzyć.

Joanne wpadła do środka niczym burza, która w ciągu ostatnich kilku minut zdążyła rozpętać się za oknem. Alex widział siostrę tylko przez chwilę, a właściwie jej czarne włosy przemykające gdzieś obok, na wysokości jego ramienia. Mógł się jej przyjrzeć dopiero, gdy usiadła przy biurku i otworzyła komputer. Od dziecka miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że niemal znikała przy poruszaniu się. Jakąś dziwną płynność i grację, przez które trudno było skupić się na niej i zauważyć jakiś charakterystyczny szczegół.

Gdy mieli po dziesięć lat, zgubiła się w centrum handlowym. Poszukiwania trwały prawie cztery godziny - przez to, że nawet ich matce trudno było opisać jej wygląd. Jo należała do tych osób, które można znać całe życie, a mimo to przy pytaniu o rysopis nie wiadomo było, od czego zacząć. Odkąd pamiętał, ojciec powtarzał, że jego ukochana córcia ma twarz szpiega. Pozbawioną znaków szczególnych, mimo to ładną, z układem rysów utrudniającym zapamiętanie, wtapiającą się w tłum. Alex był chyba jedyną osobą, która mogła odnaleźć ją w masie innych twarzy, może przez dobrą znajomość własnego, bliźniaczo podobnego oblicza.

- Miałam rację - rzuciła nieznoszącym sprzeciwu tonem i wskazała na ekran komputera.

Alexander zerknął jej przez ramię na newsy serwisów internetowych i kręcąc głową, poszedł do łazienki. Jo jednak nie odpuściła i ruszyła za nim.

- Założę się, że odwołają nam loty. Możemy więc wybrać się obejrzeć te mieszkania.

- Błagam cię, Joanne. Na razie jeszcze nic nie wiadomo - mruknął, oczyszczając ranę.

Siostra posłała mu pogardliwe spojrzenie. Oparła się o framugę i założyła ręce na piersi. Z jej ramion po powierzchni czarnego płaszcza powoli spływały krople wody, a czarne włosy przez wilgoć zaczęły niekontrolowanie skręcać się wokół jej głowy. Deszcz musiał złapać ją, gdy szła ulicą.

- Alex, nie tylko tu jest paskudna pogoda. Przez kontynent też przetoczyły się burze, powodzie i wichury. Zamiast koczować w hali odlotów, mógłbyś choć trochę mi pomóc.

W jej głosie pobrzmiewało tyle niezadowolenia i wyrzutu, że Alex automatycznie zapragnął znaleźć się jak najdalej od niej. Joanne znowu weszła w tryb zrzędzenia i mimo że była jego siostrą, to miał ochotę ją udusić. Albo przynajmniej wystawić za drzwi.

- Pomagam ci, Joanne, dokładam do tego mieszkania trzy czwarte ceny, ale akurat dzisiaj nie mam czasu na jeżdżenie po całym Londynie za agentem nieruchomości.

- I tak będziesz siedzieć na tyłku, więc moglibyśmy już załatwić tę sprawę i ściągnąć panią Carol.

Słysząc jakiś komunikat dobiegający z pokoju, wybiegła z łazienki i za chwilę wróciła z laptopem.

Odepchnęła Alexa łokciem i postawiła sprzęt na blacie otaczającym umywalkę, niemal zrzucając przy tym jego telefon, który złapał w ostatniej chwili. Syknął gniewnie i zadrżał, gdy dźgnęła go łokciem w zdrowy bok. Odsunął się od niej i nawet nie spojrzał na odtwarzany materiał, odkładając telefon na bok ze zniesmaczoną miną.

- Zdaniem specjalistów anomalie występujące na terenie kraju i kontynentu są ze sobą powiązane, jednak przyczyna kataklizmów nie jest jeszcze znana. Jedyne, co jest pewne, to to, że taki stan ma się utrzymać przez najbliższe kilka tygodni. Specjaliści obawiają się, że wkrótce Europę może spotkać ten sam los, co Australię. Nadal toczą się dyskusje dotyczące prawdopodobieństwa zatonięcia tak dużego i wysoko położonego kontynentu. Wedle przeprowadzonych badań żadna z tych anomalii nie miała prawa wystąpić, ze względu na różnice w wysokości geograficznej pomiędzy...

Joanne posłała Alexowi znaczące spojrzenie i wskazała dłonią na dziennikarza stojącego na tle wybuchającego wulkanu. Wyglądała przy tym jak rodzic karcący dziecko, który zaraz wypowie swoje ikoniczne "a nie mówiłam?".

- Joanne. - Alex spojrzał na siostrę. - Przestań wierzyć w te bzdury. To nie jest przecież koniec świata. Media tworzą jakąś dziwną propagandę wokół zwyczajnych, naturalnych zjawisk. Pewnie mają jakąś umowę z rządem, żeby odwrócić uwagę od afer korupcyjnych.

- Ale ty jesteś głupi. - Joanne nie mogła uwierzyć, że jest tak bardzo przez niego ignorowana i traktowana jak dziecko. - Serio, Alex. Zachowujesz się jak totalny dupek. Niby jesteś taki idealny, ale jak przychodzi co do czego, to masz wszystko i wszystkich gdzieś.

Alex westchnął głośno w duchu.

- Tak, siostro, jestem idealny - rzucił z przekąsem, dokładnie tak, jakby nadal byli dziećmi. - Ale po prostu mam na głowie inne sprawy i nie mam zamiaru zajmować się twoimi - wskazał na komputer - i ich urojeniami.

Joanne zacisnęła usta w wąską linię, a na jej czole pojawiła się pojedyncza pionowa zmarszczka. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, jednak w końcu fuknęła pod nosem, a następnie wyszła z łazienki. Alexander zamknął za nią drzwi i wszedł pod prysznic.

Joanne była jedyną osobą na całym świecie, od której nie mógł uciec, mimo że czasami bardzo tego chciał.

Od dzieciństwa bardzo uważnie dobierał sobie znajomych i raczej ograniczał się do chłodnych kontaktów z zaledwie jedną osobą. Nie potrzebował więcej - męczył się, gdy ktoś był blisko i czegoś od niego chciał. Z Joanne sprawa była bardziej skomplikowana. Jako jego bliźniaczka ciągle kręciła się w pobliżu, zarówno w dzieciństwie, jak i potem w dorosłym życiu. Dopiero po latach zrozumiał, że zgodził się na taką, a nie inną pracę, bo najzwyczajniej w świecie lubił przebywać z dala od domu, w obcych krajach, gdzie nikt go nie znał i nie miał zamiaru poznawać. Niemal do perfekcji opanował groźny wyraz twarzy, który idealnie odstraszał ludzi i kończył niemal każdą znajomość, zanim ta w ogóle miała możliwość zaistnieć.

Poza tym, nie miał za bardzo innego wyjścia. Los prowadził go ścieżkami, które zamykały przed nim wszelkie drogi ucieczki.

Potem okazało się, że Joanne ma niewiele oleju w głowie i sama zainteresowała się pracą dla TESSY, przez co cały misterny plan odsunięcia się od przeszłości wziął w łeb. Gdy tylko zleceniodawcy Alexandra zobaczyli zbieżność nazwisk, od razu postanowili umieścić Jo na szkoleniu właśnie pod jego okiem, co skończyło się gigantyczną awanturą. Joanne zdawała się kompletnie nie rozumieć, że nie chciał dla siebie i dla niej takiego życia.

To, co różniło ich od siebie, to fakt, że on nie mógł wymiksować się z tego kontraktu. Zdecydował się na umowę, która dała mu wolność w zamian za lata pracy na rzecz nie do końca zgodnej z jego moralnością agencji, podczas gdy Joanne sama skoczyła na głęboką wodę. "Chcę być w tym z tobą, żebyś nie był w tym sam" - wytłumaczyła, i kompletnie nie akceptowała jego odmowy.

Finalnie spędzili razem prawie rok, zamknięci w małej chacie na jednej z Wysp Owczych, z podręcznikami, wideoprezentacjami i stosem dyrektyw, ucząc się, jak radzić sobie w plenerze.

Mało brakowało, a ciało Joanne gniłoby zakopane głęboko w ziemi, jednak ostatecznie oboje przetrwali trening i wrócili do domu, do Londynu. Takich przeżyć Alexander nie życzył najgorszemu wrogowi. Jego nerwy i zdrowie psychiczne były nadwyrężone do tego stopnia, że przez tydzień nie wychodził z domu. Potrzebował ciszy i spokoju.

Mając w perspektywie dalsze przepychanki z siostrą, Alex wyszedł spod prysznica i z rozmysłem poszedł do pokoju po swoje ubrania, niby zapominając przy tym, że wypadałoby owinąć się ręcznikiem. Joanne tylko uniosła wzrok, siedząc w fotelu i paląc papierosa. Widok nagiego brata ani trochę jej nie speszył.

- Tu nie wolno palić. - Wskazał na czujnik dymu zawieszony na suficie nad drzwiami.

- Naprawdę myślisz, że zrobisz na mnie wrażenie? - Posłała mu spojrzenie pełne politowania. Mimo to uchyliła drzwi balkonowe odrobinę bardziej, by dym chociaż częściowo ulatywał z pokoju.

- Miałem nadzieję pokazać ci, jak bardzo denerwuje mnie twoja ingerencja w moją prywatność.

- Jestem twoją siostrą, kochanieńki. Nie licz, że się zarumienię, widząc cię nagiego. - Zgasiła papierosa w popielniczce z logo hotelu, którą następnie odstawiła na stolik na tarasie. - Rozumiem, że cię nie przekonałam i lecisz do Amsterdamu?

- Skąd wiesz, że do Amsterdamu?

Zrobił się podejrzliwy. Zmrużył oczy, zakładając koszulę. Skoczyło mu ciśnienie na samą myśl o tym, że Joanne mogła dostać ten sam przydział co on.

- Spokojnie, nie lecę z tobą, mam przydział do Mediolanu. Miło mi, że się martwisz.

- Za cztery godziny mam samolot z Heathrow. A ty? - zapytał, siląc się na uprzejmy ton z wyraźnym wyrazem ulgi malującym się na twarzy.

- Dopiero jutro. Dzisiaj muszę jeszcze dokończyć bieżące sprawy - mruknęła z udawaną niedbałością.

Alex podskórnie czuł, że za tymi słowami kryje się coś więcej, ale nie miał ochoty ciągnąć jej za język.

Za bardzo zdenerwowała go do tej pory, by chciał przedłużać tę dyskusję.

- Więc może w takim razie zajmij się pracą, a mnie pozwól się przygotować?

- Och, spokojnie, braciszku. Już idę. Poszukam sobie kogoś, kto zechce mnie wysłuchać i trochę bardziej ogarnia, co się dzieje na świecie. - Posłała mu ostatnie znaczące spojrzenie, a następnie, zabrawszy jego ostatnią paczkę papierosów z szafki nocnej, wyszła z pokoju.

Alexander westchnął i skończył się ubierać. Jak zwykle założył czarny, dopasowany garnitur i koszulę w tym samym kolorze. Spakował się, zgodnie ze swoim przyzwyczajeniem wyczyścił wszystkie przedmioty, których używał, i po chwili stał już przed hotelem, próbując złapać taksówkę.

Droga na lotnisko upłynęła mu nadzwyczaj szybko - ostatnimi czasy Londyn znacząco opustoszał, głównie przez drastyczne pogarszanie się pogody. Od miesięcy całe miasto tonęło w niewyobrażalnym słońcu, które podnosiło temperaturę do ponad czterdziestu stopni, by następnie z dnia na dzień pomiędzy londyńskimi budynkami pojawiały się niewiarygodnie silne wiatry niosące deszcz. Większość drzew w mieście została wyrwana z korzeniami, a niektóre dachy i budynki ucierpiały do tego stopnia, że ludzie zmuszeni byli do opuszczenia swoich domów. Taki stan rzeczy skutecznie odstraszał turystów i zmusił wielu Brytyjczyków do przeniesienia się w bardziej przystępne do życia rejony Anglii.

Mimo ignorowania marudzenia Joanne na temat sytuacji na świecie Alex musiał przyznać, że miewał złe przeczucia. Oczywiście przed siostrą nigdy w życiu by się do tego nie okazał, ale trudno mu było trzymać swoje myśli z daleka od tych wszystkich złych prognoz. Od kilku miesięcy media bombardowały społeczeństwo informacjami o zbliżających się burzach i powodziach, a potem płynnie przechodziły do prezentowania relacji na żywo z najróżniejszych części świata. To, co się działo, zdecydowanie wprawiało go w niepokój i nawet wchodząc na teren lotniska, czuł ten charakterystyczny ucisk w dołku. Mimo że znalazł się w przestronnej hali odlotów, a wokół nie było tłumów napierających na niego z każdej strony, miał wrażenie, że w każdej chwili coś złego może się stać. Sam do końca nie wiedział, czego się spodziewać - uderzenia pioruna, wypadku na pasie startowym czy awarii prądu - ale z tyłu głowy słyszał ten denerwujący głosik nakazujący mu mieć się na baczności.

Zanim poszedł na odprawę, zatrzymał się na chwilę przed tablicą informacyjną, by upewnić się, że jego lot nie jest odwołany. Wiele połączeń zostało zlikwidowanych już kilka tygodni wcześniej, więc nie musiał długo czekać na wyświetlenie informacji o locie do Amsterdamu, który na szczęście, jako jeden z niewielu, miał się odbyć o czasie.

Ciesząc się w duchu, że Joanne nie miała racji, poszedł na kontrolę bezpieczeństwa. Taka mała rzecz, którą przy kolejnym spotkaniu mógł jej wytknąć i utrzeć nosa, niesamowicie go cieszyła.

Jak zwykle zmusił się do przybrania w miarę sympatycznego wyrazu twarzy i zachował się jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało - uprzejmie i z klasą, mimo że w rzeczywistości pragnął obdarzyć wszystkich piorunującym spojrzeniem. W takich chwilach jak ta po prostu wychodził z niego wewnętrzny zrzęda, nieważne, jak bardzo się starał. Wolał jednak wmawiać sobie, że takie podejście do życia jest cechą zbiorczą jego rodaków, a nie jego własnym dziwactwem, którego powinien się wstydzić.

Chwilę jeszcze spędził na lotnisku, popijając kawę i obserwując przez ogromne szyby pas startowy oraz samoloty podstawione do rękawów. Odruchowo zastanowił się, czy bezpiecznie doleci do Amsterdamu, czy jednak zdradliwa pogoda zdecyduje się pokrzyżować mu plany. Gdy w końcu znalazł się na pokładzie maszyny, nadal czuł spory niepokój.

Samoloty kojarzyły mu się z pewnego rodzaju rytuałem przejścia - prawie zawsze zaczynał i kończył pracę właśnie na pokładzie, gdzieś w chmurach z dala od tego, czego dokonał na ziemi. Szum silników, rozmowy pasażerów, a czasami również płaczące dzieci towarzyszyły mu w trakcie rozważań na temat tego, co poszło dobrze, a co źle, i jakie musi podjąć kroki, by następne zadanie okazało się bardziej udane. Tak długo, jak nikt nie siedział na fotelu obok, mógł nawet do pewnego stopnia zatracić się w swoich myślach i nie analizować tego, jak wysoko się znajduje.

Już dawno zauważył, że nie jest taki jak większość ludzi, jednak dopiero niedawno doszedł do takiego momentu w swoim życiu, w którym totalnie mu to nie przeszkadzało. Przestał się nawet przejmować, że Joanne wyśmiewa jego perfekcjonizm i że większość pracowników agencji ma go za dziwaka. Obchodziło go jedynie wykonanie zadania i respekt, który budził za każdym razem, gdy wychodził cało z najbardziej beznadziejnych sytuacji, jakie można sobie wyobrazić.

Od razu przypomniał sobie poprzedni wieczór i niefortunną konfrontację, której wynikiem była rana nad biodrem.

Zadanie było pozornie proste - miał śledzić i w razie potrzeby zlikwidować podrzędnego kuriera dostarczającego narkotyki do jednej z szemranych organizacji działających na terenie Londynu. Ostatecznie jednak cel zorientował się, że jest śledzony, a Alexander za późno to zauważył. Skończyło się na krótkiej bójce, dźgnięciu nożem i strzale w potylicę. Przesłał do TESSY raport o zakończeniu zadania, pomijając w nim swoje obrażenia, ponieważ wiedział, że nie dostałby kolejnego przydziału, o który tak bardzo walczył. Jego pracodawca nie pozwalał na to, by coś takiego zmniejszyło szanse na powodzenie kolejnego zlecenia.

Amsterdam był jedną z ważniejszych operacji - doszły go słuchy, że ściągano nie tylko jego, ale też kilku innych pracowników, a także jakiegoś rodzaju wsparcie i nawet samo szefostwo. Nie znał jeszcze wszystkich szczegółów, jak zwykle przy bardziej skomplikowanych operacjach, ale ani trochę się tym nie martwił. Po dotarciu do hotelu teczka z potrzebnymi dokumentami będzie na niego czekała, tak samo jak nowa broń i sprzęt potrzebny do wykonania zadania.

Dlatego też nie przejmował się kontrolą bagażową - broń towarzysząca mu w Londynie wróciła do depozytu TESSY i czekała tam, aż Alex wróci do kraju. Musiał przyznać, że taka mechanika funkcjonowania firmy bardzo mu odpowiadała. Dzięki temu podróżował praktycznie bez przeszkód, a potem, na miejscu zadania, nie musiał się przejmować kompletowaniem zaopatrzenia. W takich chwilach nie przeszkadzało mu nawet to, że w sumie pracował jako zbir do wynajęcia. Może nie był to szczyt jego marzeń, ale po tylu latach spędzonych w terenie trudno mu było sobie wyobrazić siebie w innej pracy.

***

Po lądowaniu na lotnisku Schiphol docenił przestrzeń i małą liczbę pasażerów na londyńskim Heathrow. Amsterdam był jednym z tych miast, które jakimś cudem jeszcze pozostawało nietknięte niszczycielską siłą żywiołów, przez co ściągał do siebie wiele zbłąkanych dusz, poszukujących spokoju i stabilizacji niemożliwej do zapewnienia przez resztę Europy.

Całe zamieszanie potęgował zjazd kilku ważniejszych organizacji, co w rzeczywistości miało tylko dać ludziom poczucie, że ktoś próbuje jakkolwiek reagować na zagrożenie. Ostatecznie jednak Alexander odniósł wrażenie, że na niewiele się to zdaje, bo wszyscy mijani przez niego przechodnie wyglądali na podenerwowanych i spiętych.

Zła pogoda towarzyszyła mu praktycznie przez cały lot, wielokrotnie zdarzały się turbulencje, a z tego, co mówiły stewardesy, wynikało, że samolot wystartował w ostatniej chwili, by dotrzeć do Amsterdamu przed burzą. Dopiero gdy odebrał swój bagaż, za oknami pojawiły się czarne chmury. Przechodząc w stronę bramek, usłyszał mechaniczny komunikat w dwóch językach, informujący pasażerów o odwołanych lotach. Dziękował losowi, że udało mu się zdążyć przed burzą i bez większych przeszkód dotrzeć na miejsce. Szybkim krokiem przemierzył halę przylotów i starając się nie zważać na złą aurę, wyszedł na ulicę. Jako że wiele osób spieszyło się, by znaleźć się w domu przed ulewą, postój dla taksówek był niesamowicie oblegany. Szybko zdecydował się przejść pod inne wyjście, żeby spróbować szczęścia z dala od hali przylotów, co finalnie okazało się bardzo dobrym pomysłem. Nie minęło dziesięć minut, a już znajdował się w ciepłej i suchej taksówce. Chwilę potem zaczęło padać.

Przez jakiś czas podróż nie sprawiała problemów, w miarę przemierzania ulic Amsterdam coraz bardziej się przed nim odkrywał. Spokojne przedmieścia ustępowały miejsca kamienicom pochylającym się nad licznymi kanałami otoczonymi zielenią, a taksówka coraz częściej zwalniała, by przepuścić pieszych uciekających przed złą pogodą do domów. Droga przez to dłużyła się, stawała coraz bardziej nużąca i irytująca. Korki były coraz gęstsze i dłuższe, aż w końcu pojazd całkowicie się zatrzymał.

- Co się stało? - zapytał Alexander po angielsku, wychylając się w bok, by zobaczyć przez przednią szybę. Wiedział, jaka jest przyczyna postoju, jednak miał nadzieję, że taksówkarz zrozumie to subtelne ponaglenie.

- Nie mam pojęcia. Pewnie jakiś wypadek. - Leniwy, naznaczony silnym akcentem głos taksówkarza podniósł mu ciśnienie. Nie lubił, gdy coś szło źle.

Jeszcze przez chwilę siedzieli w ciszy - kierowca wpatrując się w przednią szybę, Alexander zaś w jego owłosiony kark, aż w pewnym momencie coś drgnęło, jakby cały świat wokół miał dreszcze. Zawieszki zapachowe, dyndające smętnie na lusterku wstecznym, obiły się o siebie, wydając przy tym brzęczący dźwięk.

Alexander już wiedział, że coś jest nie tak. Cały się spiął, zaczął rozglądać się dookoła, próbując coś dostrzec przez strugi deszczu, które niespodziewanie się ucięły. Zupełnie tak, jakby ktoś ni stąd, ni zowąd zakręcił kran.

Nagle ludzie zaczęli wysiadać z samochodów i na oślep uciekać z początku zatoru na jego koniec. Taksówkę mijały tłumy ludzi, którzy w panice, z krzykiem wpadali na siebie i na karoserię poszczególnych aut. Zanim Alexander zdążył zareagować, taksówkarz wydał z siebie dźwięk przypominający pisk i wyskoczył na zewnątrz, zostawiając w samochodzie zdezorientowanego Alexa. Kto normalny zostawiłby klienta w samochodzie? - pomyślał, a po chwili uderzyło go kolejne pytanie, dużo bardziej niepokojące.

Co sprawiło, że ktoś tak nagle porzuciłby wszystko i zaczął uciekać?

Alexander obserwował, jak taksówkarz pada na kolana, by chwilę potem zerwać się na równe nogi i przytrzymując na głowie czapkę z daszkiem, uciec w sobie tylko znanym kierunku. Poczuł, jak po karku spływa mu stróżka potu.

Organizm Alexandra automatycznie przygotował się do walki. Płynnym ruchem wyskoczył z samochodu, przy okazji niechcący uderzył drzwiami jednego z uciekinierów. Dopiero wtedy mógł dostrzec to, co tak śmiertelnie przeraziło tych wszystkich ludzi i zmusiło ich do porzucenia samochodów.

Jakieś kilkaset metrów przed nim niebo przybrało kolor czerni tak głębokiej, że skojarzyła mu się ona z czarną dziurą wyłaniającą się na samym środku miejskiego krajobrazu. Pomiędzy niewyraźnymi kształtami chmur w podobnym kolorze przeskakiwały rozjaśniające nieco ciemność błyskawice. Cała bezkształtna masa była na tyle ogromna, że zdawało się, że nie ma końca. Na domiar złego zbliżała się w jego kierunku w zastraszająco szybkim tempie, choć przecież nie dalej jak chwilę temu burza została za jego plecami.

Alexander nie potrzebował widzieć więcej, nie próbował nawet racjonalizować sobie tego zjawiska. Po prostu tak jak pozostali rzucił się do ucieczki. Gdy ziemia ponownie zadrżała, tym razem przywodząc mu na myśl odgłos stąpania olbrzyma, znajdował się już przy samym końcu gigantycznego korka. Na chwilę odwrócił się, by zobaczyć, jak początek ulicy tonie w nieprzeniknionym mroku czegoś, co bardzo chciał nazwać zwykłą burzą, jednak ogrom tego zjawiska mu na to nie pozwalał.

Mało brakowało, a w całym tym zamieszaniu nie zauważyłby drobnej kobiety, która prawdopodobnie będąc w szoku, stała na jego drodze i tylko przyglądała się, jak niebo spada na ulice Amsterdamu.

Początkowo przebiegł obok niej, jednak po chwili poczuł jakiś dziwny impuls, który nakazał mu się odwrócić. Miał niemal wrażenie, że coś trzyma go za kołnierz i nie pozwala biec dalej, niczym w koszmarze, z rodzaju tych, w których dajesz z siebie wszystko, ale i tak stoisz w miejscu.

Czując pulsowanie w kościach, zatrzymał się i spojrzał na kobietę ponad samochodem. Jej jasne, krótkie włosy odcinały się na tle burzy połykającej miasto. Stała prosto, jednak przez niski wzrost wydawała się malutka i niewiarygodnie drobna. Alexander kilkoma szybkimi krokami podbiegł do niej, by następnie złapać ją pod ramię. Nie miał kompletnie pojęcia, dlaczego to zrobił. To się po prostu stało.

- Uciekaj! - Odruchowo używając angielskiego, spróbował przekrzyczeć grom, który przerwał panikę uciekających ludzi.

Dziewczyna tylko spojrzała na niego spokojnie i lekko rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Miał cichą nadzieję, że go zrozumiała.

Alexander poczuł się absurdalnie, obserwując jej wygląd akurat w chwili takiej jak ta, jednak prześledził obce rysy twarzy. W ułamku sekundy zarejestrował kolor jej tęczówek - błękitny z plamkami bieli - pełne usta oraz jasną cerę. Zdał sobie sprawę, że zachowują się irracjonalnie i zamiast uciekać, oboje stali, gapiąc się na siebie.

- Musimy iść. - Zdziwił się, gdy te słowa wyszły z jego ust. Czuł, jakby coś przejęło nad nim kontrolę. Miał wrażenie, że jego ciałem rządzi strach, instynkt samozachowawczy oraz jakaś siła, której nie potrafił sprecyzować.

Nigdy wcześniej nie dbał o nikogo poza sobą, momentami nawet losy Joanne były mu obojętne. Po pewnym czasie jednak jego siostra zrozumiała, że Alex nie jest zdolny do przedłożenia cudzego dobra nad własne i przestała oczekiwać, że braciszek wyciągnie ją z opresji. Początkowo próbował sobie wmówić, że cały chłód, którym obdarza Jo, miał pomóc jej się usamodzielnić, a jego ignorancja nauczy ją samowystarczalności, tak jak jego też ktoś kiedyś nauczył. Po latach zauważył, że takie zachowanie jest po prostu wygodne - nie dbając o nikogo poza sobą, unikał płonnych nadziei, że będzie mógł na kimś polegać.

Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego wrócił się po tę dziewczynę. Nie rozumiał, czemu ryzykował swoje życie dla kobiety wyglądającej jak zagubiona nastolatka. Była to jedna z tych sytuacji, w których człowiek mimo dojrzałości i jasno sprecyzowanych poglądów nagle, pod wpływem chwili, stawia na szali całe swoje życie, by zrobić coś dla obcej osoby.

Gdy niemal mimowolnie biegła obok niego pomiędzy samochodami, zaczął się zastanawiać, czy jest do końca zdrowa. W końcu kto normalny stoi na środku ulicy, gdy niebo spada mu na głowę?

- Dokąd idziemy? - Alex wzdrygnął się, słysząc jej miękki, spokojny głos tuż przy swoim ramieniu.

Posłał jej krótkie spojrzenie, w głębi duszy ciesząc się, że go zrozumiała. Mówiła po angielsku z wyraźnie słyszalnym akcentem.

- Gdzieś, gdzie jest bezpiecznie - odparł mechanicznie.

Nagle jej ramię wyślizgnęło się mu z ręki. Zatrzymali się.

- Kim ty jesteś? - zapytała zdezorientowana.

Wokół nich wiatr przybrał na sile, gdzieś w oddali niebo przecięła błyskawica, a chwilę po niej wrzawę ponownie przerwał głośny grzmot. Alex wzdrygnął się, a serce podskoczyło mu do gardła.

- Słuchaj, to chyba nie jest najlepszy moment na wymienianie się personaliami.

Chciał ruszyć przed siebie, jednak w tym momencie rozpętał się prawdziwy armagedon. Wichura rozszalała się na dobre, trzęsła samochodami i targała ubraniami uciekających ludzi. W jednej chwili świat utonął w mroku, chmura dotarła niebezpiecznie blisko nich i zaczynała otulać ich, niczym woal twarz wdowy. Alexander z trudem oddychał, gdy wiatr smagał go bezlitośnie po twarzy i wręcz przesuwał nim do tyłu. Wyciągnął rękę do dziewczyny, chciał jak najszybciej uciec w bezpieczne miejsce, jednak gdy tylko znalazł się choć trochę bliżej, na moment tracił równowagę i musiał cofnąć się o krok, by nie wylądować na ziemi. Podjął jeszcze kilka prób walki z żywiołem, zasłaniając oczy i twarz kołnierzem marynarki. Miał się już poddać, zostawić ją samą w sercu burzy, po prostu uciec najdalej jak się tylko dało, gdy nagle uniósł wzrok, a ich spojrzenia się spotkały.

Kobieta wydawała się niewzruszona i mimo iż wiatr nie pozwalał na swobodne stanie w miejscu, ta jakimś cudem opierała się żywiołowi.

Na twarzy ukrytej częściowo za potarganymi włosami malowały się spokój oraz ciekawość. Nie zwróciła nawet uwagi na jego wyciągniętą dłoń.

Mijały sekundy, w końcu zostali sami.

Alexander nie widział innych ludzi poza nimi. Wszyscy o zdrowych zmysłach już dawno uciekli ile sił w nogach i teraz pewnie chowali się w tunelach metra, piwnicach czy nawet podziemnych parkingach. Przez to nikt nie widział, jakie piekło rozpętały błyskawice bijące w ziemię dookoła niego i dziewczyny. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, zobaczył gigantyczny rozbłysk światła, a po chwili poczuł niewyobrażalny ból wstrząsający jego ciałem. Padł na kolana, dokładnie w tej samej chwili, w której wiatr wokół ucichł.

Dzwoniło mu w uszach, czaszka wypełniła się dziwnym wrzaskiem pomieszanym z agonalnym jękiem, a po plecach przebiegł mu dreszcz.

Powstrzymując się od krzyku, spojrzał na swoje dłonie, które nagle spowiły się czernią. Wokół niego rozprzestrzeniał się dym pochodzący z błyskawicy, wsiąkał przez skórę do wnętrza organizmu, podróżował żyłami, zmieniając je w siatkę szaro-czarnych kanalików. Widząc to, nie mógł dłużej powstrzymywać przerażenia. Obsesyjnie wycierał dłonie o spodnie i marynarkę, jednocześnie starając się uciec od źródła tego czegoś. Czuł się, jakby wysysano z niego życie, mimo iż dym tak naprawdę wnikał w jego organizm, zamiast go opuszczać.

- Spokojnie. - Dziewczyna wyglądała na trochę bardziej przytomną.

W ciszy, która panowała od kilku chwil, jej głos wydał się Alexowi niewyobrażalnie donośny. Podeszła do niego powoli i położyła dłonie na jego ramionach. Sapiąc z bólu, uniósł wzrok i spojrzał na nią.

- Co tu się dzieje? - zapytał, lecz nie dosłyszał odpowiedzi, bo nagle stracił przytomność. Bezwładnie padł na ziemię, tuż obok stóp dziewczyny.

Ciemności rozstąpiły się niemal w mgnieniu oka. Czarna chmura, jeszcze niedawno pełna błyskawic i wiatru, rozpełzła się niczym mgła o poranku, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Na ulicy ponownie pojawili się ludzie. Z każdą chwilą byli odważniejsi, coraz śmielej badali teren. Zdezorientowani i zdjęci strachem wychodzili z budynków oraz niektórych samochodów stojących nieopodal. Wszyscy nadal zachowywali się ostrożnie, bojąc się, że za chwilę pogoda znów ich zaatakuje.

Chyba nikt z nich nie mógł być do końca pewien, czego byli świadkami. Dziwiła ich nagła, niepowtarzalna anomalia pogodowa, a przecież nikt nie widział błyskawicy uderzającej prosto w Alexandra. Nawet on sam nie wiedział, że tak naprawdę światło nie pojawiło się znikąd, lecz przepłynęło przez niego razem z prądem niesionym przez piorun. Całe zdarzenie widziała tylko drobna blondynka stojąca nad jego ciałem, która nagle przybrała zatroskany wyraz twarzy. Wskazała kilka osób ze zbierającego się tłumu i kazała im zadzwonić po karetkę. Jednocześnie pochyliła się nad Alexandrem, sprawdzając puls i oddech. Do czasu przyjazdu karetki próbowała jakoś delikatnie wytłumaczyć gapiom, co właściwie się stało. Jakim cudem, będąc świadkiem tego wszystkiego, pozostawała spokojna, a potem przeszła nad tym do porządku dziennego i zachowała trzeźwy umysł? Kiedy wszyscy dawali wyraz swojemu przerażeniu, gdy słyszeli o piorunie, który uderzył niebezpiecznie blisko nich, ona jakby w ogóle o tym nie pamiętała.

Przez całe zamieszanie na ulicach minęło dużo czasu, zanim znaleźli się w karetce, otoczeni ratownikami, którzy nie bardzo wiedzieli, jak mogą pomóc Alexandrowi. Jego ciało wyglądało na ekstremalnie wyczerpane, było wiotkie i gorące. Lekarz miotał się dookoła niego, próbując znaleźć przyczynę jego stanu, lecz z każdą chwilą stawał się coraz bardziej bezradny.

Przejechanie przez miasto zajęło im sporo czasu. Dziewczyna cały czas towarzyszyła ekipie ratunkowej, nikt nie pytał jej, kim jest, ani skąd zna poszkodowanego. Jakimś cudem pozwolili jej wejść do pojazdu, nikt nie oponował ani nie kazał jechać za karetką. Nie zadawano pytań do chwili, gdy przenieśli go na noszach na oddział. Wtedy podszedł do niej jeden z lekarzy dyżurnych.

- Zna go pani? Mogłaby pani podać nam trochę więcej informacji?

- Niestety nie. Widzę tego człowieka pierwszy raz - odparła, odgarniając włosy z twarzy. Spojrzała kątem oka na Alexandra, który powoli zaczynał się wybudzać.

- Rozumiem. Potrzebuje pani chwili oddechu? Media w kółko pokazują materiały z tej burzy. Mówią, że to koniec świata, a pani znalazła się w samym jego centrum.

- Dziękuję, wszystko w porządku. Chciałabym tylko porozmawiać z pacjentem, gdy się...

Przerwał jej nagły atak kaszlu i rumor spadających na podłogę metalowych przedmiotów. Alexander nagle zerwał się do pozycji siedzącej, niemal zderzając się przy tym z ratownikiem, który się przy nim kręcił. Przypadkowo zrzucił tacę z narzędziami stojącą tuż obok jego ramienia, wprawiając tym w osłupienie pielęgniarkę.

Chwilę mu zajęło, zanim jego umysł w pełni przeanalizował sytuację. Zmiana otoczenia dodatkowo utrudniła mu powrót do świadomości. Dopiero gdy dostrzegł znaną mu twarz, na chwilę się uspokoił.

- Proszę uważać. - Blondynka podeszła do metalowego szpitalnego łóżka, na którym siedział. - Niemal trafił cię piorun, mogłeś odnieść poważne obrażenia.

- Co? - zdołał wyjąkać. Zamrugał kilkakrotnie i spróbował wstać. Zachwiał się i oparł o szafkę. Stos gazików i bandaży wylądował na podłodze.

- Niech pan usiądzie, na litość boską! - Lekarz odłożył teczkę w nogach łóżka i podszedł do Alexa.

Razem z sanitariuszem złapał go pod pachy i posadził na miejscu. Początkowo Alexander chciał się wyrwać, z nieznanych nawet sobie powodów odejść, jak najdalej było to możliwe, jednak jego ciało mu na to nie pozwoliło.

- Nienawidzę szpitali - wymamrotał w szoku i ponownie stracił przytomność.

***

Kiedy otworzył oczy, w pomieszczeniu panował półmrok.

Rozejrzał się powoli, pozwalając swojemu półprzytomnemu umysłowi przetrawić wszystkie nowe bodźce. Od razu zrozumiał, że znajduje się w szpitalu.

Niewiele pamiętał z czasu przed omdleniem, po ciemnościach za oknem doszedł do wniosku, że zapewne przespał cały dzień. Kontrolnie poruszył każdą kończyną, by sprawdzić, czy wszystkie są na swoim miejscu, a następnie spróbował usiąść. Zdał sobie sprawę, że jest podłączony do urządzenia monitorującego pracę serca, a z jego przedramienia wystaje wenflon. Ostrożnie odkleił czujniki od klatki piersiowej i usunął wkłucie. Wiedział, że monitory za chwilę prześlą do dyżurki pielęgniarek sygnał o odłączeniu się pacjenta, dlatego wstał i powoli skierował się w stronę drzwi. Gdy oparł się dłonią o ścianę tuż przy wyjściu, zakręciło mu się w głowie. Przymknął na chwilę oczy, a następnie wyszedł na korytarz, który w przeciwieństwie do jego pokoju był dobrze oświetlony. Spojrzał w prawo, a potem w lewo, podświadomie poszukując wyjścia, jednak jedyne, co zauważył, to ciąg drzwi, identycznych jak te, które dopiero co za sobą zamknął. Stąpając boso po zimnej podłodze, skierował się w lewo. Na końcu korytarza skręcił za róg, a jego oczom ukazała się dyżurka pielęgniarek, sale zabiegowe i malutki bufet. Omiótł spojrzeniem dwa puste stoliki, zamknięty sklepik i stare maszyny z przekąskami. Zegar wiszący na ścianie wskazywał piątą czterdzieści.

Z dyżurki dobiegało ciche pikanie, którego źródłem był panel pełen przełączników i lampek. Jedna z nich, z oznaczeniem 15A, migała czerwonym światełkiem.

Alexander powoli podszedł do lady, rozglądając się w poszukiwaniu pracowników szpitala. Kiedy upewnił się, że jest sam, obszedł blat, a następnie zasiadł przed komputerem. W bazie pacjentów wyszukał nazwisko, które widniało w jego dokumentach. Szybko prześledził swoją kartę, by sprawdzić, co mu robili i jakie odniósł obrażenia. Wedle wpisów, lekarze ustalili, że jego stan jest wynikiem ostrego porażenia prądem. Czytając, spróbował sobie przypomnieć, co tak naprawdę się wydarzyło, jednak jego umysł jak na złość nie potrafił przywołać odpowiednich obrazów. Pamiętał, że znalazł się w samym centrum burzy, a potem obudził się w tym szpitalu. Zaczął się zastanawiać, skąd taka diagnoza, bo nie przypominał sobie, by gdzieś na tamtej ulicy były niezabezpieczone źródła prądu. Jedyną ewentualność stanowiły błyskawice przecinające burzę, jednak nie chciał w to wierzyć. Nie słyszał nigdy o kimkolwiek, kto wyszedł bez szwanku z trafienia piorunem.

Gdzieś w oddali usłyszał ciche trzaśnięcie drzwi. Zerwał się z miejsca i szybko podszedł do automatu z przekąskami. Stanął przodem do niego, udając, że próbuje się na coś zdecydować. Dopiero po chwili zrozumiał, jak absurdalnie musi to wyglądać - nie miał przy sobie pieniędzy, a szpitalna koszula nie miała kieszeni, w których mógłby je znaleźć.

- Co pan tu robi? - usłyszał. Odwrócił się i dostrzegł zaspaną pielęgniarkę stojącą przy dyżurce, z teczką w ręce. - Jak się pan nazywa? Proszę wrócić do swojego pokoju.

Gdy nie odpowiedział, podeszła bliżej i chciała sięgnąć ręką do jego nadgarstka, na którym miał zapiętą plastikową opaskę z danymi osobowymi. Odruchowo cofnął się, wprawiając ją w lekkie osłupienie.

- Hector Ikonn. Chciałbym się wypisać na własne żądanie.

- Musi pan poczekać na obchód lekarzy. Zaczną o szóstej i wtedy może pan z nimi o tym porozmawiać. Zbadają pana i określą, czy wszystko w porządku - odparła stanowczo. Wskazała ręką na korytarz. - Proszę wrócić do łóżka i poczekać. Nie chciałabym wzywać ochrony.

Alexander posłał jej badawcze spojrzenie.

Wiedział, że nie żartowała, ale jednocześnie miał też świadomość swoich zdolności. Gdyby zechciał, mógłby z łatwością zmusić ją, by wyjawiła mu, gdzie znajdzie swoje rzeczy. Potem wyjście ze szpitala byłoby tylko czystą formalnością. Ostatecznie jednak zdecydował się nie wzbudzać podejrzeń. Głowa ciągle go bolała i obawiał się, że może rzeczywiście coś się mu stało. W tej sytuacji najlepszą opcją było przeczekanie, aż w szpitalu zrobi się większy tłok. Może nawet uda mu się załatwić wypis bez rozpoczynania awantury.

Skierował się do swojego pokoju, czując na plecach uważne spojrzenie pielęgniarki. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi, zdał sobie sprawę z jednej rzeczy. Już wiedział, o czym zapomniał.

Dziewczyna.

2

- Pani godność?

- Mercy Vaughn - powiedziała jasnowłosa kobieta, nie odrywając wzroku od leżącego na noszach czarnowłosego mężczyzny.

Miał zamknięte oczy.

Jego skóra była pokryta czerwonymi plamami powstałymi na skutek szybkiego krążenia krwi. Przejdzie w ciągu kilku godzin - pomyślała. Szukała śladów poparzeń, charakterystycznych fioletowo-żółtych siniaków lub jakichkolwiek innych znamion świadczących o porażeniu piorunem. Przez chwilę wydawało jej się, że żyły pod skórą mężczyzny zamigotały błękitnym blaskiem. Mrugnęła i dziwny obraz minął.

Lekarze szybko przenieśli go na oddział i po chwili do Mercy podszedł jeden z nich.

- Zna go pani? Mogłaby pani podać nam trochę więcej informacji?

- Niestety nie. Widzę tego człowieka pierwszy raz.

Nie znała go, to prawda. Ale czuła się dziwnie spokojna w momencie, gdy na nią spojrzał i rzucił krótką komendę: "Musimy iść!". Bez skrupułów posłuchała się, chwyciła jego dłoń i ruszyła za nim. Dopiero po chwili otrząsnęła się i doszła do wniosku, że powinna spytać, kim jest i co się tu dzieje. Niewiele zdążyła się dowiedzieć, bo burza rozszalała się na dobre.

Mercy widziała w oczach nieznajomego coś dziwnego. Nie był to strach. Raczej... zdziwienie. Patrzył na nią, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Szybko zorientował się, że na nią to wszystko nie działa. Silny wiatr omijał jej ciało, jakby nie chciał zrobić jej krzywdy. Było tak, jak gdyby przez krótką chwilę burza nie robiła na Mercy żadnego wrażenia.

Gdy uderzył piorun, miała wrażenie, że oślepła. Mrugała zapamiętale, ale widziała przed sobą tylko białą plamę. Dopiero po chwili wszystko wróciło na swoje miejsce. Zobaczyła, że nieznajomy leży na ziemi, a jego ciało drży konwulsyjnie. Miał czarne, jakby osmolone dłonie. Mercy opadła koło niego na kolana, chcąc mu jakoś pomóc. Gdy znalazła się bliżej, poczuła silny swąd spalenizny. Sprawdzając jego puls, czuła pod palcami, jak gorąca była jego skóra. A kilka minut później - niespodziewanie niebo się rozpogodziło.

W szpitalu znajdowało się dużo więcej osób niż zwykle o tej godzinie.

Ludzie, którzy opuścili niedaleko swoje samochody albo akurat znajdowali się w okolicy, skryli się tu przed burzą. Czekali na moment, w którym wiatr przestanie szaleć, a grzmiące niebo się uspokoi i będzie można wyjść na ulicę.

Chwilę po tym jak zagadnął ją lekarz, mężczyzna ocknął się nagle. Zrywając się z miejsca, próbował wstać, co zaskoczyło personel. Ta chwila świadomości trwała raptem kilka sekund. Stracił przytomność ponownie.

- Piorun nie uderzył w niego bezpośrednio, prawda? - Głos lekarza wyrwał ją z zamyślenia.

- Oczywiście, że nie - odpowiedziała pewnym głosem. - Od razu straciłby przytomność, pewnie byłby sparaliżowany. - Oczekujące spojrzenie lekarza sugerowało, że chciał, aby Mercy powiedziała mu coś więcej. - Nie mam pojęcia, jak to się stało. Uderzenie było nagłe. Przez chwilę nic nie widziałam. Nie słychać było grzmotu.

Lekarz uniósł pytająco brew, jakby nie wierzył jej słowom.

- On... - Zastanowiła się chwilę. - Miotał się na ziemi, jakby próbował zetrzeć coś z ubrań, miał drgawki. Dopiero potem stracił przytomność. Sprawdziłam mu puls. Był zadziwiająco pewny, serce pracowało normalnie.

- Jest pani lekarzem?

- Psychiatrą.

Lekarz zapisał coś szybko na kartce, którą przytrzymał na ścianie. W międzyczasie Mercy rozejrzała się po korytarzu. Ludzie powoli wychodzili na ulicę i rozglądali się, chcąc upewnić, że burza rzeczywiście minęła. Wracali do samochodów, obejmując najbliższych. Kilka osób rozmawiało z lekarzami.

- Czy mogę się z nim zobaczyć? - spytała nagle. Wcześniej próbowała się tego dowiedzieć, ale niespodziewana pobudka poszkodowanego nie pozwoliła jej dokończyć.

- Obawiam się, że jeśli nie jest pani nikim z jego rodziny, nie mogę na to pozwolić.

- Jego nazwiska też mi pan pewnie nie poda?

Spojrzał na nią z żalem.

- Przykro mi.

Westchnęła ciężko i zerknęła w kierunku oddziału, do którego przeniesiono mężczyznę. Jeśli nie mogła zobaczyć się z nim w ten sposób, zrobi to inaczej. Lekarz już się od niej odwracał, gdy powiedziała:

- Powinien zbadać go neurolog. Mogło dojść do uszkodzenia mózgu.

- Oczywiście - zgodził się mężczyzna. - Proszę się o to nie martwić.

- Można by też rozważyć spotkanie z psychiatrą.

- Czy pani coś sugeruje? - spytał podejrzliwie, podnosząc głos. Najwyraźniej miał już dość tej rozmowy.

Albo się teraz uda, albo nie - pomyślała Mercy, sięgając do torebki i wyjmując z niej brązowe etui na dokumenty. Wręczyła lekarzowi swoją licencję.

- Mogę przyjść jutro. Zrobię rutynowe badanie. - Zanim zdążył zaprotestować, dodała: - Nie chcę pieniędzy.

Wziął jej legitymację do ręki i przez chwilę wpatrywał się w dokument, marszcząc czoło. Otworzył szeroko oczy.

- Tak myślałem, że pani nazwisko jest mi znajome.

- Uznam to za zgodę - powiedziała butnie, uśmiechając się lekko.

Taka pewność siebie nie była dla niej typowa. Jednak ten moment właśnie czegoś takiego wymagał. Może lekarz słyszał o badaniach Mercy, skoro ją skojarzył. Jeśli będzie nieśmiała i niepewna, powie jej po prostu, że mężczyznę równie dobrze może zbadać pracujący tu psycholog.

On jednak pokiwał powoli głową, oddając jej licencję. Wyglądał, jakby jeszcze się zastanawiał, nie będąc do końca przekonanym, co zrobić.

- W porządku - stwierdził krótko.

Mercy uśmiechnęła się delikatnie i odebrała dokument, kiwając głową na pożegnanie. Jeśli się już zgodził, nie chciała mu dać czasu na zmianę zdania. Szła już do wyjścia, gdy krzyknął za nią:

- Obchód zaczyna się o szóstej!

Nie zatrzymując się, uniosła kciuk.

Zza chmur wyłoniło się słońce. Zapowiadało się na naprawdę piękny dzień.

Kto by pomyślał, że tak całkiem niedawno nad Amsterdamem niebo było zasłane czarnymi, burzowymi chmurami.

Samochody pozostawione na ulicy przez uciekających przed burzą ludzi powoli odjeżdżały, wymijając wciąż przestraszonych przechodniów. Mercy ruszyła chodnikiem w stronę miejsca, gdzie zostawiła swój. Spacer nie trwał długo.

Podeszła do swojej białej skody, wrzuciła torebkę na miejsce pasażera i usiadła za kierownicą.

Odetchnęła głęboko. Udało się. Jakimś cudem naprawdę się udało.

Trudno powiedzieć, czy bardziej stresowała się dynamiczną zmianą pogody i zaskakującym spotkaniem z ciemnowłosym mężczyzną, czy raczej rozmową z dyżurującym w szpitalu lekarzem.

Popołudniowa burza była kolejnym trudnym do wytłumaczenia zjawiskiem pogodowym, które niespodziewanie nawiedziło zachodnią Europę. Na razie Mercy nie wiedziała, czy anomalia, której była świadkiem, w innych częściach miasta lub kraju miała podobny przebieg. Może gdzieś całkiem niedaleko deszcz podtopił czyjeś domy. A może ktoś, podobnie jak spotkany przez nią na ulicy mężczyzna, został porażony piorunem, ale nie miał tyle szczęścia. W ciągu ostatnich miesięcy trudno było przewidywać, co przyniosą kolejne godziny albo dni.

Mercy obserwowała wszystkie te zmiany, skrupulatnie notując i szukając odpowiedzi. Nie była meteorologiem, nie zajmowała się badaniami przyrodniczymi, nie miała więc wystarczającej wiedzy, by zrozumieć, co się dzieje. W wolnych chwilach prowadziła własne obserwacje, raczej z potrzeby systematyzowania i nazywania tego, co się wokół niej działo, niż rozczarowania zagubieniem naukowców. Poszukiwanie odpowiedzi na niedające jej spać pytania miała we krwi. Nie potrafiła przejść obojętnie obok trzęsień ziemi w rejonach świata, w których nie powinno do nich dojść. Na co dzień Mercy pracowała nad zupełnie innymi badaniami. Nie zajmowała się światem, lecz ludźmi. Ale było w niej coś, co po prostu kazało jej zastanowić się nad tym, co ją otacza. Nie zwykła ignorować tego typu wewnętrznych przymusów, oglądała więc wiadomości do późna, czekając na specjalne wydanie serwisu informacyjnego, w którym wywiadu udzieli ktoś, kto będzie miał coś ciekawego do powiedzenia na temat zmieniającego się klimatu czy fal imigracji. Przeglądała także magazyny branżowe, żeby dać sobie odpocząć dopiero w środku nocy.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk klaksonu. Spojrzała w tylne lusterko i ujrzała samochód próbujący ją wyminąć. Miał za mało miejsca. Mercy spuściła ręczny hamulec i ruszyła powoli do przodu. Nie lubiła takich sytuacji. Zbyt często ludzie uświadamiali jej, że gubi się w swoich rozważaniach. Wystarczyła chwila, by się wyłączyć i zacząć zastanawiać. Nad czymkolwiek. Po co nam sen? Dlaczego akurat wtedy regeneruje się ludzki organizm? Jak to się stało, że na świecie nie ma już siedmiu kontynentów?

Trzy lata temu Australia przestała istnieć. Choć wydawało się to niemożliwe, Melbourne, Brisbane, Canberra i inne miasta utonęły w Oceanie Indyjskim. Nie było też Nowej Zelandii, Papui-Nowej Gwinei i Filipin. Geolodzy zachodzili w głowę, jak to możliwe, że Australia znalazła się pod wodą, a rejony położone niżej wciąż mają się dobrze. Do dziś nikt nie znalazł na to odpowiedzi.

Myśl o jej zniszczonym przez żywioł, rodzinnym domu w Perth niosła ze sobą nieprzyjemny ucisk w żołądku. Mercy wyobraziła sobie swój pokój, zarośnięty jakąś nową odmianą rafy koralowej, która zastąpiła tą wymarłą lata wcześniej. Może ta nowa nie straci koloru i nie zginie?

Choć mieszkała w Amsterdamie od trzech lat, cały czas nie czuła się tu w pełni jak u siebie. Z każdym rokiem do stolicy Holandii przybywało coraz więcej ludzi. Amsterdam był uważany za jeden z ostatnich bastionów normalności. Cały czas był wilgotny, mokry i zimny. Dawał możliwości naukowcom, humanistom i inżynierom. Procent bezrobocia był bliski zeru.

Mercy właściwie nie miała wyjścia. Jej studia i kariera zależały od ojca, który zarządzał pieniędzmi. Opłacał jej naukę, płacił rachunki, sprezentował jej samochód. Od lat podróżował w interesach do Amsterdamu, który uważał niemal za swój drugi dom, więc po katastrofie w Australii przeprowadzka akurat do tego miasta była dla niego oczywista. Mercy nie była tym faktem zachwycona. Wolałaby jechać gdzie indziej, ale ojciec postawił jej ultimatum - nie pomoże jej, jeśli nie zdecyduje się na wyjazd do Holandii. Ostatecznie nie skończyło się tak źle. Z dostaniem się na studia nie miała żadnych problemów. Doskonałe oceny i kilka pochlebnych opinii wykładowców nie pozwoliły władzom amsterdamskiego uniwersytetu na odrzucenie jej kandydatury.

Krótko po przeprowadzce zgłosiła się do pracy z profesorem Jonathanem Schultzem, jednym z najważniejszych wykładowców na jej wydziale, który szukał kilku osób do grupy badawczej. Mercy udało się przejść rozmowę kwalifikacyjną, którą Schultz zakończył stwierdzeniem: "Z pewnością się do pani odezwę". Posłał jej serdeczny uśmiech i uścisnął dłoń na pożegnanie. Zadzwonił tydzień później i oznajmił, że się dostała.

Praca z Schultzem odmieniła jej życie. Studia stały się ciekawsze, nauka francuskiego, którego uczyła się dodatkowo, okazała się być o wiele przyjemniejsza. Z pomocą ojca kupiła własne malutkie mieszkanie na obrzeżach Amsterdamu, skąd miała dobry dojazd do wielu ważnych punktów w mieście. Po skończeniu studiów od razu rozpoczęła kurs psychoterapii. Nie czekając, zaczęła rozglądać się również za pracą. Szpital, w którym odbywała praktyki studenckie, odpadł w pierwszej kolejności. Nie było tam nikogo, kogo dobrze by wspominała. Mercy zależało na czymś innym. Któregoś dnia na uczelnianym korytarzu usłyszała, jak dwóch studentów rozmawiało o Instytucie Kilmana, prywatnej klinice psychiatrycznej, która poza standardowymi usługami prowadziła badania nad pracą mózgu osób cierpiących na zaburzenia osobowości i choroby psychiczne. Jeden z nich starała się tam o posadę. A skoro tak, to może wciąż kogoś szukali. Warto było spróbować.

Mercy podejrzewała, że pracę w Instytucie dostała głównie dzięki rekomendacji Schultza. Kto wie, jak wielu chętnym odmówiono tej posady? W końcu konkurencja na rynku pracy była ogromna. Do Amsterdamu przeniosło się tysiące ludzi, w tym zapewne setki specjalistów. Jakim więc cudem Mercy okazała się lepszym kandydatem od całej reszty, a szczególnie od studenta z jej roku?

Wjeżdżając na osiedle, na którym kupiła mieszkanie, zwolniła, by przepuścić czterech rowerzystów. Większość mieszkańców Amsterdamu korzystała z tego środka transportu. Jeśli nie padało, Mercy również wybierała rower. Samochodem jeździła raczej rzadko, ale akurat dziś wracała z Haarlemu, gdzie mieszkała jej koleżanka ze studiów.

To miał być dzień jak każdy inny. Gdy wjechała do miasta, uspokoiła się na widok znajomych ulic. Drogę do domu znała właściwie na pamięć. A potem rozpoczęła się burza, od której nie mogła oderwać wzroku. Większość osób zatrzymała samochody, ale pozostała w środku, albo czym prędzej odjeżdżała, mając nadzieję, że zdąży przed największą ulewą. Mercy wyszła na zewnątrz i uderzyło ją chłodne, pachnące piaskiem i morzem powietrze, jakby znajdowała się na plaży. Wiatr rozwiał jej włosy i wycisnął z oczu łzy. Choć instynkt podpowiadał jej, że powinna się gdzieś ukryć, to nie mogła ruszyć się z miejsca. Wpatrywała się w kłębiące się na niebie czarne chmury, aż czarnowłosy mężczyzna, którego widziała po raz pierwszy w życiu, szarpnął ją za ramię.

Wszystko działo się tak szybko, że zanim zdążyła mu się dobrze przyjrzeć, uderzył piorun, który pozbawił ją wzroku i słuchu na kilka długich sekund. Było to tak niespodziewane... Nie słyszała grzmotu ani nie poczuła bólu, choć stała tuż koło nieznajomego, który chwilę później leżał na ulicy.

Gdy Mercy myślała o tym wszystkim teraz, nic nie miało sensu. Przez całą drogę do szpitala przyglądała się mężczyźnie. Jego ubranie było całe, nigdzie nie widać było oparzeń, serce pracowało równo i pewnie. Nic się nie zgadzało. Miała mnóstwo pytań i zastanawiała się, czy na część z nich będzie w stanie uzyskać odpowiedź od nieznajomego.

Mercy zaparkowała na przydzielonym jej miejscu parkingowym i udała się na górę do swojego mieszkania na parterze. Celowo wybrała takie na najniższym piętrze. Nie lubiła przebywać na wysokościach.

Zaraz po wejściu otworzyła okno i usiadła przy stole, zawalonym pracą i kubkami po kawie. Na wszystkich innych półkach i blatach panował porządek. Książki były ułożone tematycznie, dokumenty leżały w szufladach posegregowane w teczkach. Tylko wielki stół, stojący między salonem a kuchnią, był zagracony. Stanowił centralny punkt domu. Mercy nie miała biurka, pracowała więc i jadła w tym samym miejscu, często jednocześnie.

Wzięła do ręki pióro i notes, w którym zapisywała wszystkie ważne myśli. W skrócie opisała sytuację z mężczyzną i przeszła do dość dokładnego opisu pogody. Ale jakby nie skupiała się na rozważaniach dotyczących pogodowych anomalii, jej myśli konsekwentnie powracały do nieznajomego. Zastanowiła się, co może się z nim teraz dziać. Przeszedł już pewnie przez szereg badań, może lekarzom udało się z nim porozmawiać.

Czuła, że cała ta sytuacja jest co najmniej dziwna. Ale Mercy miała już pewną teorię. Podparła się łokciem o blat i wbiła wzrok w okno. Jeśli jutro okaże się, że mężczyzna czuje się dobrze i nie widać po nim jakichkolwiek śladów porażenia prądem, będzie musiała zrobić wszystko, by przekonać go do prywatnej rozmowy, najlepiej gdzieś poza szpitalem. Nie mogli zostać przyłapani. Nie wiedziała, kim jest z zawodu mężczyzna, może kimś znanym, może nie. Ale ona musiała przede wszystkim chronić swoją reputację, na którą pracowała, odkąd przyjechała do Holandii. A jeśli jej podejrzenia się potwierdzą i uda się jej z nim porozmawiać... Cóż, jeśli ktokolwiek się dowie, wszystko, co zbudowała przez te trzy lata, może runąć w ułamku sekundy.

***

Mercy obudziła się piętnaście minut przed budzikiem. Przetarła oczy, ziewnęła przeciągle i zawczasu wyłączyła alarm, jeszcze zanim zadzwonił.

Wstała z łóżka i rozpoczęła kolejny dzień. Niewielkie śniadanie, filiżanka mocnej kawy. Potem mycie zębów, spięcie włosów gumką, ubranie się w coś ciepłego i wygodnego. Każdy jej poranek składał się z dokładnie tych samych czynności.

Spojrzała na swoje odbicie w dużym lustrze wiszącym w przedpokoju. Poprawiła kitkę i przygładziła włosy przy lewym uchu. Wyglądała tak jak zawsze. Nic specjalnego. Jednak w jej oczach błyszczały nadzieja i podekscytowanie.

Padało, więc postanowiła podjechać do szpitala tramwajem. O tej godzinie korki były zbyt duże, by decydować się na samochód. Całą drogę nerwowo stukała paznokciem w metalowy uchwyt, którego się złapała. Kilka osób posłało jej pełne dezaprobaty spojrzenia, ale zignorowała je. Drugą rękę Mercy zacisnęła na pasku torebki, gdzie znajdował się między innymi zeszyt z notatkami, nad którymi siedziała wczoraj do późnej nocy.

Mimo wczesnej pory szpital był na dobre rozbudzony. Lekarze i pielęgniarki kręcili się po korytarzach. W poczekalni siedziało już kilka osób, czekających na konsultację albo spotkanie z bliskimi. Niektórzy pacjenci spacerowali, opierając się o stojak z kroplówką albo o kogoś z personelu. Mercy podeszła do okienka recepcji, nie wiedząc zbytnio, gdzie szukać lekarza, z którym rozmawiała wczoraj. Skarciła się w myślach, że nie zapamiętała jego nazwiska.

- Dzień dobry - powiedziała po niderlandzku. Pielęgniarka uniosła głowę i obdarzyła Mercy znudzonym spojrzeniem. - Nazywam się Mercy Vaughn, miałam przeprowadzić badania...

Pielęgniarka nie czekała, aż Mercy skończy. Przyłożyła do ucha słuchawkę telefonu i nie patrząc, wybrała numer.

- Doktorze Buijs, doktor Vaughn do pana.

Zaskoczona Mercy wyprostowała się i rozejrzała po korytarzu. Po chwili z windy wypadł znajomy lekarz i podszedł do niej szybkim krokiem.

- W samą porę - powiedział i uścisnął jej rękę, prawie wyrywając ramię ze stawu.

Zachowywał się zupełnie inaczej niż wczoraj. Sprawiał wrażenie energicznego lekarza, którego nie przerażała praca od wczesnych godzin porannych. W trakcie ich pierwszego spotkania wydawał się odrobinę zagubiony.

- Nie miałem okazji się wczoraj pani przedstawić. Nazywam się Anders Buijs.

- Miło mi.

Mercy ledwo zdążyła wypowiedzieć te dwa krótkie słowa, gdy Buijs wcisnął jej do ręki kartę pacjenta.

- Chyba wiem, dlaczego ten pacjent tak panią interesuje - powiedział. - Sytuacja jest niezwykle ciekawa. Opowiem pani po drodze.

Ruszyli korytarzem w stronę pokoju, w którym leżał mężczyzna. Buijs cały czas coś mówił, ale Mercy kompletnie go nie słuchała. Była zbyt zajęta analizowaniem wyników badań i czytaniem opinii lekarskich. Po pierwsze nadal nie do końca wierzyła, że jej plan się udał i właściwie bez problemu zdołała uzyskać dane o mężczyźnie, którego wczoraj poznała. Ponadto dane wręczone jej przez Buijsa wyglądały... inaczej, niż by się tego spodziewała.

Nieznajomy nazywał się Hector Ikonn. Zmarszczyła brwi, wypowiadając w myślach to nazwisko. Nie bardzo do niego pasowało.

Ale to, co interesowało ją bardziej, widniało pod rubryczką z podstawowymi danymi. Tak jak podejrzewała, nie wykryto u pacjenta żadnych skutków porażenia piorunem. Wyniki badań krwi były idealne, żadnych oparzeń, żadnych przemian skórnych. Według jednego z lekarzy Ikonn mógł opuścić szpital w ciągu dwudziestu czterech godzin. Do badań dołączono też wynik rezonansu magnetycznego. Nie wskazywał na nic niepokojącego. Jedyne, co ją zaalarmowało, to wzmianka o ranie kłutej w lewym boku.

- Kiedy przeprowadzono te badania? - spytała Mercy, przerywając wywód Buijsa.

- Krew pobrano od razu. Był na obserwacji przez prawie całą noc. Właściwie to pan Ikonn czuł się nad ranem tak dobrze, że wybrał się na krótki spacer. - Zaśmiał się cicho pod nosem, ale gdy zorientował się, że usta Mercy nie drgnęły, szybko się uspokoił. - Rezonans zrobiono nad ranem, właśnie odebrałem wyniki. Wszyscy lekarze w szpitalu byli zainteresowani tym pacjentem.

- Nie dziwię się.

Oczekiwała takich wyników. Mimo to po plecach przeszedł jej dreszcz. Jeśli jej przeczucia były dobre, znajdowała się coraz bliżej potwierdzenia swojej tezy.

Gdy dotarli do odpowiedniego pokoju, Buijs przepuścił ją w drzwiach. Z ulgą przyjęła fakt, że na sali poza Hectorem Ikonnem nikt nie leżał. Zatrzymała się gwałtownie i lekarz prawie na nią wpadł. Odwróciła się do niego z uprzejmym uśmiechem.

- Od tego momentu poradzę sobie sama.

Buijs miał minę, jakby wyrosła jej druga głowa.

- Nie wydaje mi się, by...

- Proszę mi zaufać, na co dzień pracuję z naprawdę trudnymi przypadkami. Poproszę pielęgniarkę, by pana zawołała, kiedy skończę.

Lekarz zastanawiał się chwilę, stojąc w progu. W końcu ustąpił. Kiwnął głową i zamknął za sobą drzwi. Mercy wzięła głęboki wdech i zwróciła się twarzą do środka pomieszczenia. Ikonn leżał na ostatnim łóżku przy oknie. Mierzył ją spojrzeniem, gdy szła w jego kierunku. Miał jasne, niebieskie oczy. Spokojne, pewne, zainteresowane.

Mercy usiadła na sąsiednim łóżku, żeby nie znaleźć się zbyt blisko. Nie bardzo wiedziała, jak powinna zacząć, więc zdecydowała się na standardowe powitanie. Wzięła wdech i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dała rady. Ikonn cały czas na nią patrzył. Wodził spojrzeniem po jej twarzy i dłoniach, w których trzymała jego kartę.

- Pamiętasz mnie? - wykrztusiła w końcu.

- Tak.

Mercy spodziewała się, że powie coś więcej, ale nie odzywał się dłuższą chwilę i między nimi zapadła niezręczna cisza. Zaczęła bawić się złotym krzyżykiem, który nosiła na szyi.

- Wydaje mi się, że jestem ci winna wyjaśnienia i... podziękowania. - Spojrzała mu w oczy. - Dziękuję ci. Gdyby nie ty, to naprawdę nie wiem, co by się wczoraj stało.

Mając w pamięci fakt, że ani deszcz, ani wiatr nie zrobiły jej wczoraj krzywdy, nie była pewna, czy rzeczywiście coś jej groziło, ale uważała, że uprzejmie było mu podziękować za to, że się nią zainteresował.

- Jak cię tu wpuścili? - spytał przytomnie Ikonn.

- Oficjalnie jestem tu po to, żeby cię zbadać. - Uniosła lekko kartę pacjenta. - Jestem lekarzem i zaproponowałam swoją pomoc.

Otworzyła dokumenty, które dostała od Buijsa i przebiegła je jeszcze raz wzrokiem.

- Masz bardzo dobre wyniki badań. Rezonans też nie wykazał nic niepokojącego. - Wyjęła z torebki malutką latarkę i nachyliła się nad Ikonnem.

- Już to sprawdzali - powiedział, odsuwając się od niej.

- Nie zaszkodzi, jeśli sprawdzę po raz drugi.

Poświeciła mu w oczy. Źrenice pracowały poprawnie. Usiadła z powrotem na swoim miejscu.

- Mam kilka pytań. Zaczniemy od tej rany na boku. Zapewne zaczęła mocniej krwawić po uderzeniu? - spytała szybko, nie dając mu chwili na zastanowienie.

- Po rezonansie zdjęli mi opatrunek. Wszystko się zagoiło.

Mercy otworzyła szerzej oczy.

- Kiedy to się stało? To znaczy...

- Jakieś trzy, cztery dni temu - powiedział jakby od niechcenia. - Nic poważnego.

- Ale...

Gdyby to nie było nic poważnego, tak jak twierdził, lekarze w ogóle nie uwzględnialiby tego w karcie. Spojrzała na rubryczkę jeszcze raz. Rana kłuta na lewym boku. Coś ścisnęło ją w brzuchu.

- Czy możesz mi powiedzieć, co pamiętasz? Jaka była ostatnia rzecz przed tym, jak straciłeś przytomność?

- Pamiętam ciebie - zaczął powoli. - Biegliśmy, by się gdzieś ukryć. Na chwilę się zatrzymaliśmy, ale nie wiem dlaczego. A potem nic. Obudziłem się w szpitalu.

Mercy pokiwała powoli głową.

- Czy odczuwasz w jakimś miejscu mrowienie? Może swędzi cię skóra? Bóle głowy? Przyspieszona praca serca? Zimne poty?

Na każde pytanie Ikonn konsekwentnie kręcił głową. Wzdłuż kręgosłupa Mercy rozlała się zimna fala. To naprawdę się działo. Odetchnęła i odłożyła kartę na bok.

- Posłuchaj - ściszyła głos, mimo że poza nimi w pokoju nikogo nie było. - Cieszę się, że nic ci nie dolega i będziesz mógł wrócić do domu, ale musisz wiedzieć, że to, co się z tobą dzieje, nie jest do końca normalne.

Ikonn uniósł pytająco brwi i czekał na wyjaśnienia.

- Skutki porażenia piorunem są bardzo poważne. Ludzie cierpią na zaburzenia mowy lub wzroku, tracą pamięć, mają sparaliżowane kończyny. Mogłabym tak wymieniać dalej. - Sięgnęła do torebki i wyjęła zdjęcie, które wydrukowała wczoraj wieczorem. Przedstawiało plecy mężczyzny poprzecinane tak zwanymi "naturalnymi tatuażami". Wzdłuż kręgosłupa biegły fioletowe plamy. Całe były w żółtych siniakach. - Tak powinieneś wyglądać. Nie wspominam już o poparzeniach. Ani o ubraniach, które miałeś na sobie. Powinny być miejscowo przypalone albo dziurawe, a nie były.

Wziął do ręki zdjęcie i przez chwilę przyglądał mu się w skupieniu. Nie odezwał się ani słowem, gdy je oddawał.

- Widziałam cię, jak się trzęsiesz. Widziałam twoje osmolone dłonie. Na rezonansie nie widać wstrząśnienia mózgu, więc upadając, nie uderzyłeś się w głowę. Nie uważasz, że to wszystko jest trochę... niepokojące? A skoro piorun cię nie uderzył, to co się w takim razie stało?

Ikonn długo nie odpowiadał. Nie patrzył na nią. Siedział nieruchomo, oparty o stertę poduszek. Nie wydawał się zbytnio przejęty albo zaskoczony.

- Nie wiem, co mam o tym myśleć - odezwał się w końcu. - Nigdy wcześniej nie uderzył mnie piorun, więc nie wiem, jak to jest. Może tym razem też mnie nie trafił.

- Wokół nas nie było niczego, co przewodziłoby prąd. Twoja reakcja świadczyłaby o tym, że zostałeś trafiony. Obrażenia już na to nie wskazują. Poza tym stałam tuż obok, trzymałeś mnie za rękę, więc część ładunku powinna spłynąć na mnie.

- W takim razie co się twoim zdaniem dzieje? Mam wrażenie, że masz jakąś teorię na ten temat - powiedział chłodno.

Mercy zawahała się.

Ikonn nie wyglądał na kogoś, kto byłby zainteresowany tą niepokojącą sytuacją. Może to ona przesadzała. W końcu na całym świecie od wielu miesięcy działy się rzeczy niewytłumaczalne. To mogła być po prostu jedna z nich.

- Mam, ale nie chciałabym o tym mówić tutaj - powiedziała w końcu. - Pracuję w Instytucie Kilmana, tam mam możliwość zrobienia ci dokładniejszych badań i wtedy będę mogła z pewnością określić...

- Żadnych badań - przerwał jej, podnosząc lekko głos.

Jego zdecydowanie nie zapowiadało łatwych negocjacji, ale mimo to Mercy spróbowała.

- Może teraz nie widać u ciebie skutków, ale kto wie, co stanie się za kilka dni i...

- W takim razie będę się tym martwić za kilka dni.

- Proszę - powiedziała z nadzieją. - Badania będą darmowe. Bez nich nie jestem pewna mojej teorii, bo rzeczywiście jakąś mam. To, co mówisz, wpasowuje się w nią idealnie.

- Możesz mi więc chyba zdradzić ją już teraz, prawda? Nie będę oceniał.

Jego zirytowane spojrzenie mówiło zupełnie co innego. Mercy czuła, że zraziła go do siebie i Ikonn niechętnie jej wysłucha. Z takim nastawieniem nie przyjmie tego dobrze. Nie uwierzy jej.

- W porządku. - Głos jej zadrżał, ale gdy wzięła głęboki wdech, zdenerwowanie chwilowo ją opuściło. - Jakiś czas temu przeżyłam podobną sytuację co ty. Nie poraził mnie prąd, ale miałam dość poważny wypadek, z którego nie powinnam wyjść cało, a tak jak w twoim przypadku, nic mi się nie stało. Robiłam tomografię komputerową, która także nic nie wykryła. Od dwóch tygodni obserwuję swoje reakcje i wszystkie skrupulatnie zapisuję tutaj. - Wyciągnęła z torebki prosty, czarny notes, który kupiła po wypadku, a który już prawie w całości zapełniła. - To stało się w czasie kąpieli. Zanurzyłam się, by zamoczyć włosy. Wzięłam wdech, zamknęłam oczy i położyłam się pod wodą. Zazwyczaj wytrzymuję tak około piętnaście sekund. Zdążyłam doliczyć do ośmiu, gdy poczułam, jak brakuje mi tchu. Próbowałam się wynurzyć, ale nie mogłam. Jakby ktoś przytrzymywał mnie za ramiona. Ale gdy otworzyłam oczy, nikogo nade mną nie było.

Ikonn słuchał w skupieniu, kompletnie nie reagując.

- Czułam, jak zwalnia mi akcja serca. Miałam dwa wyjścia. Mogłam wziąć wdech i napić się wody, albo po prostu się udusić. Zaczęło mi ciemnieć przed oczami i byłam pewna, że to już naprawdę koniec. Miotałam się pod wodą, ale nie mogłam się wynurzyć. - Zniżyła głos do szeptu: - Nie wiem, jak to możliwe, ale czułam, jak moje serce przestało pracować. Jestem pewna, że minęła minuta, a ono nie zabiło ani razu. I dopiero wtedy nacisk na moich ramionach zelżał. Po wynurzeniu moje serce pracowało normalnie, mogłam z powrotem oddychać. Było mi słabo i niedobrze, ale nic wielkiego się nie stało. Zrobiłam wszystkie badania, jakie przyszły mi do głowy. Nic nie wykazały.

Mercy poprawiła nerwowo włosy, przygładzając je przy uszach. Pokręciła głową.

- Powinnam nie żyć. A jestem tutaj i z tobą rozmawiam.

Ikonn momentalnie oparł się o poduszki, tym samym odsuwając się od Mercy. Skrzywiony, uniósł wątpiąco brew. Nie wierzył jej. Uznał, że bredziła.

- To chyba dobrze - stwierdził. W jego głosie wyraźnie słychać było lekceważącą nutę. - Jesteś zdrowa, skoro badania nic nie wykazały. Nie ma się czym przejmować, prawda?

Przez chwilę Mercy wahała się, czy powinna zdradzać mu, że nie do końca ma rację. Gdyby była całkowicie zdrowa, pewne rzeczy by się nie działy. Nie miałyby miejsca.

- Dzieją się... jeszcze inne rzeczy - zaczęła niepewnie. - Dlatego zależałoby mi na obserwacji, ponieważ...

- Mam być szczurem laboratoryjnym?

Zapewne gdyby mógł, Ikonn odsunąłby się od niej jeszcze dalej. Wszystko w nim krzyczało, że nie chce mieć z Mercy nic wspólnego. Nie interesowały go jej słowa. Nie przyjmował też do wiadomości faktu, że dzisiejsze wydarzenia nie są w jakikolwiek sposób typowe. Chciał wierzyć, że wszystko jest w porządku. Często będąc jeszcze pod wpływem szoku, ludzie z całej siły próbowali racjonalizować pewne zjawiska. W innych okolicznościach Mercy popierałaby takie podejście.

Tym razem postanowiła odpuścić.

- Nie musisz decydować teraz. Rozumiem, że masz wiele na głowie - powiedziała, wstając. - Zostawiam ci tu plik z badaniami i mój numer telefonu. Kartę pacjenta powinieneś zwrócić dyżurującemu lekarzowi. Pewnie zaraz do ciebie zajrzy.

Mężczyzna w żaden sposób nie skomentował jej słów. Zmierzył tylko wzrokiem teczkę, którą Mercy położyła na stoliku obok jego łóżka.

- Gdybyś chciał porozmawiać - dodała po chwili - dzwoń śmiało.