Rozdział 1
Kioto, Japonia, 1872
Kioto pachniało deszczem, który jeszcze nie spadł - tą szczególną wonią wilgoci zawieszonej w powietrzu jak niewidzialna mgła, mieszającą się z zapachem kadzideł płynącym z niezliczonych świątyń miasta.
Hana[1] uniosła podbródek, wdychając to wszystko głęboko, pozwalając zapachom przywołać wspomnienia, których nie powinna pamiętać. Jej matka, Tsukiko[2], nauczyła ją rozpoznawać znaki nadchodzącej burzy, jeszcze zanim świat się rozpadł, zanim ojciec wrócił z ostatniej bitwy bez dwóch mieczy[3], które przez pokolenia definiowały jego klasę, zanim hańba sprowadziła śmierć do ich domu w Narze. "Patrz na małe znaki - mówiła matka, układając białe chryzantemy w popękanym wazonie. - Sposób, w jaki liście odwracają się srebrną stroną do nieba, zapach wiatru, nagła cisza cykad, wszystko ma znaczenie, wszystko coś mówi".
Teraz, czternaście lat po tym, jak okiya[4] Sakura-ya stała się jej nowym domem - nie, jej całym światem, jak chcieliby inni, jej więzieniem i schronieniem jednocześnie - Hana wciąż słyszała głos matki w szumie bambusów rosnących wzdłuż starożytnego kanału Shirakawa, tym samym, który przepływał przez dzielnicę Gion[5] od czasów, gdy Kioto było jeszcze Heian-ky?, stolicą poetów i dworzan. Codziennie przechodziła tą samą drogą z okiya do ochaya[6], gdzie obsługiwała gości.
Wagasa[7] z lakierowanego papieru spoczywał lekko na jej ramieniu, jeszcze zamknięty, jeszcze niepotrzebny, choć niebo nad dachami pokrytymi szarą dachówką kawara[8] zaczynało przybierać barwę starego ołowiu. Jej kimono tego dnia było w kolorze młodej trawy - bladej, wiosennej zieleni, jak pierwsze pędy bambusa przebijające się przez zmarznięty grunt - z haftem przedstawiającym tsuru - żurawia w locie nad górskim strumieniem - symbol długowieczności i szczęścia. Każda fałda układała się perfekcyjnie dzięki godzinie pracy jej służącej Chiyo, która zawiązała obi[9] tak ciasno, że Hana mogła brać tylko płytkie oddechy charakterystyczne dla kobiet jej profesji - oddech gejszy nie powinien być słyszalny, nie powinien poruszać piersi, powinien być jak wszystko inne w jej świecie: kontrolowany, wyrafinowany, sztuczny.
"Stań się kimś innym - powtarzała sobie jak mantrę buddyjską, jedną z tych, które słyszała każdego ranka z pobliskiej świątyni Kennin-ji[10]. - Yukiko[11] nie czuje bólu, Yukiko nie pamięta przeszłości, Yukiko jest tylko piękną skorupą, namalowaną maską, żywą lalką dla rozrywki mężczyzn".
Ale Hana - prawdziwa Hana, ta którą pochowała głęboko pod warstwami białego makijażu - pamiętała wszystko.
Pamiętała dzień, gdy wszystko się skończyło i zaczęło jednocześnie - mglisty poranek w kwietniu, gdy miała sześć lat, gdy jej ojciec, były samuraj rodu Matsuda, siedział w ich ogrodzie przez całą noc w pozycji seiza[12] i patrzył na kwitnącą śliwę, którą posadził w dniu jej narodzin. Pamiętała, jak matka ubierała ją w najlepsze kimono - białe z różowymi płatkami wiśni - i jak drżały jej ręce, gdy wiązała małe obi.
- Musisz być dzielna, Hana-chan[13] - szeptała Tsukiko, a jej głos był jak płatki opadające na wodę. - Idziesz do miejsca, gdzie nauczą cię rzeczy, których ja nie mogę ci już dać: jak przetrwać w świecie, w którym nie ma miejsca dla córek upadłych samurajów.
Nie rozumiała wtedy, że długi ojca po utracie pozycji i ziemi były tak wielkie, że jedynym sposobem ich spłacenia była sprzedaż jedynego dziecka. Nie rozumiała, dlaczego matka płakała, układając jej włosy, dlaczego szeptała:
- Zachowaj swoje prawdziwe imię głęboko w sercu, moja mała Hano. Niech Hana kwitnie w tobie, nawet gdy będą próbowali zmienić cię w kogoś innego. Pamiętaj, że jesteś córką samuraja i wnuczką uczonego, że w twoich żyłach płynie krew poetów i wojowników.
Dopiero później, gdy służące w okiya szeptały między sobą, dowiedziała się, że tego samego wieczoru Tsukiko weszła do rzeki Katsura w swoim ślubnym kimonie, z kamieniami przywiązanymi do rękawów - popełniła jigai[14], honorowe samobójstwo kobiety, która nie mogła znieść hańby.
Trzeci tydzień chodzenia tą samą drogą przez Gion, trzeci tydzień spoglądania w górę na to samo okno w kamienicy przy Shirakawa - jednej z tych nowych, brzydkich konstrukcji z czerwonej cegły w stylu zachodnim, które wyrastały w Kioto jak grzyby po deszczu, odkąd cesarz Meiji ogłosił bunmei kaika[15] - "cywilizację i oświecenie". Te budynki były jak rany w ciele starego miasta, miejsca, gdzie tradycyjna architektura ustępowała zachodniej nowoczesności, a delikatność brutalnej funkcjonalności, gdzie drewno i papier były zastępowane cegłą i szkłem.
W tym konkretnym budynku, jak słyszała od innych gejsz podczas kąpieli w publicznej łaźni, mieszkał gaijin[16] z brytyjskiej ambasady - ten, który nosił dziwne pudełko i kradł twarze kobiet.
- To tamashii-nuki, kradzież duszy.
Słowo przyszło niespodziewanie, przywołane głosem starej Matsumoto-san, która prała kimona w okiya już od czterdziestu lat, której ręce były tak spracowane, że wyglądały jak korzenie starego drzewa.
- Te nowe maszyny gaijinów - szeptała, polerując drewniane sandały specjalną pastą z wosku pszczelego - łapią twoje odbicie w srebrne pudełko i część ciebie zostaje uwięziona na zawsze. Widziałam taką skradzioną kobietę na papierze. Płaska jak cień, czarno-biała jak duch w piekle buddyjskim. A tydzień później ta prawdziwa kobieta umarła, bo jak ciało może żyć, gdy część duszy jest uwięziona?
Hana zwykle nie wierzyła w zabobony służących - w jej domu rodzinnym ojciec, choć samuraj, był człowiekiem oświeconym, czytał księgi konfucjańskie i traktaty o strategii, a matka, córka uczonego, znała klasyczną chińską poezję i mogła dyskutować o filozofii. Ale teraz, stojąc pod oknem gaijina, przypominała sobie wszystkie opowieści o tamashi[17], która może zostać skradziona, uwięziona, rozbita na kawałki.
W oknie na drugim piętrze błysnęło coś srebrnego - jak oko demona z opowieści starej niańki, jak mityczne zwierciadło, jedno z cesarskich regaliów kradnące dusze, jak...
- Yukiko-san[18]! Yukiko-san! Zaczekaj!
Odwróciła się płynnie, wykonując ruch wyćwiczony przez lata pod okiem surowego nauczyciela tańca - pięta obraca się pierwsza na małych kamyczkach ścieżki, potem biodro w jedwabnym szeleście kimona, ramiona zostają w miejscu do ostatniej chwili jak gałęzie wierzby kołysane wiatrem, głowa porusza się na końcu, włosy upięte w tradycyjną fryzurę shimada ozdobioną szpilkami z kości żółwia i koralem kreślą w powietrzu linię.
Młodsza maiko[19] biegła w jej stronę, nieporadnie przytrzymując poły swojego jaskrawoczerwonego kimona z długimi rękawami, które mogły nosić tylko uczennice. Sumire[20] miała dopiero czternaście lat, twarz wciąż okrągłą jak kleiste ciastko ryżowe podczas święta księżyca, policzki naturalnie różowe bez potrzeby używania czerwonego barwnika z krokosza.
- Ok?san[21] cię wzywa - wydyszała Sumire, kłaniając się przy tym niezgrabnie. Wciąż nie opanowała sztuki ukłonu, który powinien być jak spadający liść: naturalny, płynny, pełen wdzięku. - Dziś wieczorem będą zagraniczni goście, bardzo ważni, z ambasady brytyjskiej, sam Parkes-sama[22] będzie, i ten nowy...
- Ten z pudełkiem - dokończyła Hana cicho, modulując głos tak, by brzmiał jak szklany dzwonek na wietrze, czysty i pozbawiony emocji.
Sumire pokiwała głową tak energicznie, że jedna ze szpilek wpiętych w jej włosy prawie wypadła.
- Bennett-san, tak, ten co mieszka w... - Wskazała nieśmiało na ceglaną kamienicę. - Matsumoto-obaasan[23] mówi, że ma całą komnatę pełną skradzionych kobiet, że wiszą na ścianach jak motyle przypięte do deski, że...
- To tylko kopie prawdy, fotografie - przerwała jej Hana, używając nowego słowa, które niedawno weszło do języka. - Obrazy wykonane światłem zamiast pędzlem, nic więcej.
Ale gdy wypowiadała te słowa, czuła ich fałsz na języku jak gorzki smak niedojrzałej kaki. Widziała kiedyś jedno ze zdjęć - znalazła je tydzień temu na ulicy, upuszczone pewnie przez jakiegoś gaijina, pogniecione i zabłocone od deszczu. Twarz kobiety - gejszy z sąsiedniej okiya, Michiko, którą znała - patrzyła z papieru z taką dokładnością, z taką ostrością szczegółów, że Hana poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. To nie było jak drzeworyty "płynącego świata", gdzie artysta interpretował rzeczywistość. To było jak... jak gdyby ktoś złapał samą esencję osoby i uwięził ją między włóknami papieru.
- Pospiesz się, Yukiko-san! - błagała Sumire. - Ok?san jest już w złym nastroju, bo O-Katsu znowu się wczoraj upiła i obraziła ważnego klienta z Osaki, a dziś rano przyszedł list z rachunkami za kimona i... - Dziewczyna urwała, przypominając sobie, że gejsza nie powinna plotkować o problemach okiya.
- Tak, rozumiem - odpowiedziała Hana. - Powiedz Ok?san, że będę za czas potrzebny na wypalenie jednego kadzidełka.
Gdy maiko pobiegła z powrotem wąskimi uliczkami Gion, jej czerwone kimono migało między drewnianymi fasadami jak płomień świecy.
Hana pozwoliła sobie na jeden moment słabości. Spojrzała znowu w górę na okno. Srebrne oko wciąż patrzyło na nią, a za szkłem mogła przysiąc, że widzi zarys bladej twarzy - twarz gaijina o włosach koloru pszenicy gotowej do żniw, o oczach, których barwy nie mogła dostrzec z tej odległości, ale których spojrzenie czuła na sobie jak fizyczny dotyk.
Jeśli naprawdę kradniesz dusze - pomyślała, posyłając pytanie do obcego za szkłem - to co zrobisz z moją? Czy zobaczysz Yukiko - perfekcyjną maskę, żywą lalkę? Czy może dostrzeżesz Hanę - dziewczynę, która umarła, gdy jej matka weszła do rzeki?
Zaczął padać deszcz - najpierw pojedynczymi kroplami, jak łzy bogów, potem coraz gęściej, zmywając kurz z ulic, przynosząc zapach mokrej ziemi i świeżości. Hana otworzyła parasol jednym płynnym ruchem i ruszyła w stronę okiya. Jej geta stukały rytmicznie o mokre kamienie.
W oknie na drugim piętrze Thomas Bennett wciąż patrzył za nią. Odsunął się od aparatu fotograficznego, przeklinając pod nosem w trzech językach - angielskim, którym władał od urodzenia, francuskim, którego nauczył się w Oksfordzie, i japońskim, który wciąż szlifował z uporem maniaka opętanego nową obsesją. Pot spływał mu po plecach mimo chłodnego popołudnia, tworząc wilgotne plamy na lnianej koszuli, którą sprowadził z Londynu razem z dwudziestoma identycznymi. Nie ufał japońskim praczkom, które według niego używały za dużo krochmalu ryżowego.
Stanie nieruchomo przez pięć minut - czas potrzebny na ekspozycję przy tym pochmurnym świetle - próbując utrzymać oddech na tyle płytki, by nie poruszyć masywnego aparatu Thomasa Suttona, było torturą godną hiszpańskiej inkwizycji, o której czytał w zakazanych książkach przemyconych z biblioteki ojca. Aparat, jego duma i przekleństwo, kosztował fortunę - trzysta funtów plus koszty transportu drogą morską przez Suez, Ocean Indyjski, Morze Południowochińskie, aż do portu w Yokohamie. Był to najnowszy model z Londynu, z soczewką Petzvala i mechanizmem migawki, który pozwalał na relatywnie krótkie ekspozycje - rewolucja w świecie fotografii, gdzie jeszcze dekadę temu pozowanie do zdjęcia wymagało piętnastu minut absolutnego bezruchu.
Ale było warto. O tak, zdecydowanie było warto - pomyślał.
Już trzeci tydzień z rzędu, dzień w dzień, ta sama gejsza - nie, ta sama kobieta, bo było w niej coś więcej niż w innych gejszach, które fotografował - stawała pod jego oknem i patrzyła prosto w obiektyw, jakby przeczuwała jego obecność, spojrzenie soczewki, tak jak niektórzy wyczuwają nadchodzącą burzę w kościach. To było niemożliwe z punktu widzenia optyki - był na drugim piętrze, aparat ustawiony pod kątem trzydziestu stopni, ukryty za importowaną z Belgii koronkową firanką, którą poprzedni lokator pozostawił w mieszkaniu. Z ulicy powinna widzieć najwyżej odbicie światła w szybie, może cień poruszający się za tkaniną, a jednak...
Zamknął obiektyw obrotową zaślepką i ostrożnie wyjął kliszę - szklaną płytkę wielkości dłoni, pokrytą kolodionem, substancją tak delikatną, że jeden nieostrożny oddech mógł zniszczyć obraz. Emulsja była jeszcze wilgotna - miał może dziesięć minut, zanim wyschnie i obraz zostanie utracony na zawsze, jak sen, który blednie z każdą sekundą po przebudzeniu.
Jego "ciemnia" była w rzeczywistości łazienką - jedynym pomieszczeniem w wynajmowanym mieszkaniu, które dało się skutecznie zaciemnić, zaklejając okno czarnym papierem i uszczelniając szpary pod drzwiami wojskowym kocem. Wannę - importowaną żeliwną konstrukcję, luksus w Japonii, gdzie większość ludzi kąpała się w publicznych łaźniach - przykrył deską sosnową, tworząc w ten sposób prowizoryczny stół laboratoryjny. Chemikalia stały w równych rzędach jak żołnierze szykujący się do bitwy: siarczan żelaza (wywoływacz), kwas octowy (utrwalacz), azotan srebra (uczulacz), cyjanek potasu (do późniejszego złocenia) - każda substancja potencjalnie śmiertelna, każda niezbędna do uchwycenia ulotnego światła.
W rogu, na trójnogu kupionym od handlarza starociami w dzielnicy Teramachi, czerwona lampka rzucała krwawy blask - jedyne bezpieczne światło dla nieutrwalonych jeszcze obrazów, światło, które nie niszczyło delikatnych halogenków srebra, ale pozwalało widzieć wystarczająco, by pracować.
Zanurzył kliszę w pierwszym roztworze, licząc pod nosem metodą, której nauczył go jego mentor w Londynie, stary Szkot McPherson:
- Jeden tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące...
Proces przypominał alchemię średniowiecznych mędrców - połączenie nauki i magii, chemicznej precyzji i artystycznej intuicji. Jeden błąd w proporcjach, jedno drgnięcie ręki, zbyt długa lub zbyt krótka kąpiel w chemikaliach i obraz zniknie jak duch o świcie.
Powoli, jak zjawa materializująca się z mgły nad Tamizą, którą tak dobrze pamiętał z londyńskich poranków, na szkle zaczął pojawiać się obraz. Najpierw zarys architektury - charakterystyczne drewniane kamienice kupieckie Kioto z ich wąskimi fasadami i głębokimi wnętrzami, bambusowe rolety zwisające z okien jak zasłony z koralików. Potem ulica - nieregularne kamienie ułożone w ścieżkę, błyszczące od wilgoci jak obsydian. I wreszcie ona.
Thomas pochylił się niżej, aż nos prawie dotykał szkła. Marszczył brwi w sposób, który jego matka zawsze nazywała "nieprzystojnym". Coś było nie tak - nie, nie "nie tak", raczej "inne", "niepokojące", "fascynujące" w sposób, którego nie potrafił nazwać. Na wszystkich poprzednich fotografiach, które wykonał gejszom - a miał ich już ponad trzydzieści, starannie skatalogowanych w tekturowych pudełkach z Bristol Board, opisanych jego drobnym, pedantycznym pismem - kobiety wyglądały jak porcelanowe lalki sprzedawane podczas festiwalu Hina-matsuri[24]: piękne, puste, identyczne w swojej sztucznej perfekcji, jakby były produktami tej samej manufaktury.
Ale ta była inna.
Może to było światło - sposób, w jaki popołudniowe słońce, przebijając się przez chmury zwiastujące deszcz, padało na jej twarz pod konkretnym kątem, wydobywając cienie, które gruba warstwa oshiroi[25] miała ukryć, pokazując pod maską topografię prawdziwej skóry. Może to był ten ułamek sekundy - niewielka część chwili - gdy myślała, że nikt nie patrzy, gdy jej prawdziwe ja wynurzyło się jak ryba wypływająca na powierzchnię stawu. Ale Thomas widział coś pod maską, coś, co sprawiło, że jego serce zabiło szybciej: smutek głęboki jak studnie w opuszczonych świątyniach, złość ostrą jak krótki sztylet schowany w rękawie, znużenie tak absolutne, że aż bolesne w swojej szczerości. Jej oczy patrzyły prosto na niego z mokrego kolodionu. Oskarżające. Świadome. Żywe w sposób, w jaki żadna fotografia nie powinna być żywa.
- To tylko pareidolia - mruknął do siebie po angielsku, używając terminu, o którym niedawno przeczytał w czasopiśmie naukowym "Nature" - skłonność ludzkiego umysłu do dostrzegania twarzy i znaczeń w przypadkowych wzorach. To tylko psychologiczny efekt, projekcja moich własnych oczekiwań na przypadkowy układ światła i cieni, nic więcej.
Ale jego ręce drżały, gdy przenosił kliszę do kolejnego roztworu, a kropla potu spadła niebezpiecznie blisko delikatnej emulsji.
Wyszedł z łazienki-ciemni i zamrugał w świetle zachodzącego słońca wpadającego przez wysokie okna - te same, przez które ją obserwował. Jego salon wyglądał jak pole bitwy między cywilizacją zachodnią a japońskim chaosem: książki w trzech językach piętrzyły się na każdej powierzchni jak fortyfikacje oblężnicze - Baudelaire sąsiadował z japońskimi drzeworytami, Darwin leżał na stosie map Kioto, Ruskin był przygnieciony przez traktat o ceremonii parzenia herbaty. Pośrodku tego wszystkiego, jak ołtarz poświęcony nowej religii wieku pary i postępu, stał jego aparat na mahoniowym trójnogu.
Nalał sobie whisky z butelki Glenlivet, którą trzymał na parapecie - jednej z sześciu, które przemycił w swoim bagażu ukryte między chemikaliami fotograficznymi. Szkocka single malt, dwunastoletnia, jedyna rzecz, której naprawdę brakowało mu z domu. Nie, to kłamstwo, którego nie musiał wypowiadać nawet przed samym sobą. Brakowało mu też mglistych poranków nad Tamizą, kiedy światło było miękkie jak aksamit; zapachu deszczu na londyńskim bruku zmieszanego z końskim łajnem i dymem z kominów; nawet przekleństw dorożkarzy w gwarze cockney, którą ledwie rozumiał. Ale nie mógł wrócić. Nie po tym, co się stało. Nie po Charlotte.
Zacisnął powieki, próbując wymazać wspomnienie, które wracało jak przypływ - nieuchronne, niszczące. Charlotte z jej włosami koloru jesiennych liści, rozpuszczonymi na perskiej poduszce w błękitnym salonie. Charlotte śmiejąca się z jego "dziwacznego hobby", fotografowania, nazywająca go swoim "małym alchemikiem". Charlotte w ramionach swojego męża, lorda Pembertona, gdy Thomas wszedł niezapowiedziany do salonu, bo zapomniał swojego notesu z ekspozycjami...
Wypił whisky jednym haustem, czując, jak pali gardło, i nalał kolejną porcję - tym razem podwójną.
- To tylko jakaś kurtyzana w drogim przebraniu - powiedział do pustego pokoju po angielsku, potem powtórzył po francusku dla dodania sobie animuszu: - Une putain en soie.
Słowa odbijały się echem od gołych ścian, z których poprzedni lokator zdarł tapety, zostawiając plamy kleju jak ślady po ranach.
- Sprzedają swoje towarzystwo jak każda prostytutka z Whitechapel, tylko owijają to w jedwab i poezję, w ceremonie i gry na tych swoich piekielnych instrumentach.
Ale nawet gdy to mówił, wiedział, że łże jak pies. Widział gejsze podczas ich występów - obserwował je godzinami przez lornetkę teatralną z balkonu kabuki. Sposób, w jaki poruszały składanymi wachlarzami, jakby malowały obrazy w powietrzu, każdy ruch zapisany w jakimś sekretnym alfabecie gestów. Precyzja, jaką wkładały w rytuał parzenia herbaty, gdzie każdy ruch był wyważony co do milimetra. To nie były prostytutki, przynajmniej nie w zachodnim rozumieniu. To były... Kim były? Artystkami? Żywymi dziełami sztuki? Rzeźbami, które oddychają?
I ta konkretna, ta, która patrzyła w jego okno jak w studnię... Kim ona była pod całym tym białym ołowiem i cynobrem, pod warstwami jedwabiu ciężkiego jak zbroja?
Spojrzał na mokrą jeszcze kliszę trzymaną pod światło. Jej twarz patrzyła na niego, uwięziona w szkle i srebrze jak owad w bursztynie.
- Kim jesteś? - zapytał szeptem, najpierw po angielsku, potem po japońsku: - Dare desu ka?
Zegar na ścianie - niemiecki Gustav Becker, który kupił jeszcze w Londynie i przewiózł ze sobą, bo miejscowy sposób liczenia czasu go irytował - wybił szóstą. Cholera jasna! Przyjęcie w okiya było o ósmej, według japońskiego liczenia w "Godzinie Psa"[26], a on musiał się jeszcze przebrać w ten niewygodny frak, który dyplomaci uznawali za "stosowny dla reprezentowania Imperium Brytyjskiego". Kolejny wieczór udawania, że rozumie niuanse japońskiej etykiety, gdzie każdy gest miał trzy znaczenia, a każde słowo było jak piekąca w oczy cebula - warstwa pod warstwą. Kolejny wieczór tłumaczenia komplementów, które brzmiały jak haiku[27] w japońskim i jak bełkot pijaka w angielskim.
Ale może dziś będzie inaczej? Może dziś spotka ją - tę, która patrzy w górę, tę, która wie, że on patrzy w dół?
Odstawił kliszę ostrożnie na półkę między inne - jego kolekcję dusz, jak zaczął o nich myśleć. Miał już całą galerię: twarze kobiet z Gion, każda piękna jak sen o raju, każda pusta jak maska w teatrze Noh. Oprócz tej jednej.
[1] Hana - japońskie imię żeńskie oznaczające "kwiat"
[2] Tsukiko - "dziecko księżyca"
[3] dwa miecze (daish?) - zestaw katany i wakizashi, symbol statusu samuraja; prawo ich noszenia odebrano w 1876 r. edyktem Hait?-rei
[4] okiya - dom gejsz; miejsce zamieszkania i szkolenia gejsz, zarządzane przez Ok?san (matkę domu)
[5] Gion - najsłynniejsza dzielnica gejsz w Kioto istniejąca od XVII wieku.
[6] ochaya - dom herbaty, herbaciarnia; ekskluzywny lokal w dzielnicy gejsz, w którym odbywały się spotkania z klientami
[7] wagasa - tradycyjny japoński parasol z bambusa i olejowanego papieru
[8] Kawara - tradycyjna japońska dachówka ceramiczna charakteryzująca się falistym kształtem i szarą lub czerwoną barwą. Stosowana od wieków w Japonii do pokrywania dachów świątyń, pałaców i domów mieszkalnych. Nadaje architekturze charakterystyczny, orientalny wygląd.
[9] obi - szeroki jedwabny pas wiązany wokół kimona, w przypadku gejsz może ważyć do 5 kg
[10] Kennin-ji - najstarsza świątynia zen w Kioto, założona w 1202 r.
[11] Yukiko - "śnieżne dziecko"
[12] seiza - formalna pozycja siedząca na kolanach
[13] "-chan" - przyrostek dodawany w języku japońskim do imion dzieci, by nadać im pieszczotliwego, zdrobniałego charakteru
[14] jigai - rytualne samobójstwo kobiet przez podcięcie tętnicy szyjnej lub utonięcie (odpowiednik męskiego seppuku)
[15] Bunmei kaika - "cywilizacja i oświecenie"; hasło modernizacji w epoce Meiji. Era Meiji (1868-1912) - okres gwałtownej modernizacji Japonii po 250 latach izolacji. Nazwa pochodzi od cesarza Meiji (Mutsuhito), który w wieku 15 lat został przywrócony do władzy po obaleniu szogunatu Tokugawa. To czas radykalnych zmian, desperacka modernizacja przy próbie zachowania japońskiej tożsamości.
[16] gaijin - cudzoziemiec, dosł. "osoba z zewnątrz"
[17] tamashi - dusza, duch
[18] Przyrostek "-san" w języku japońskim to powszechnie stosowany, uniwersalny tytuł grzecznościowy, odpowiednik polskiego "Pan" lub "Pani", używany zarówno do kobiet, jak i mężczyzn. Stosuje się go po imieniu lub nazwisku, aby okazać szacunek, zwłaszcza w stosunku do osób obcych, starszych, lub w sytuacjach formalnych.
[19] maiko - uczennica gejszy
[21] Ok?san - "matka", tytuł właścicielki okiya, która opiekuje się gejszami jak matka
[22] "-sama" - najbardziej szacowny przyrostek grzecznościowy
[23] "-obaasan" - babcia, starsza kobieta (z szacunkiem)
[24] Hina-matsuri - Święto, Festiwal Lalek, obchodzone 3 marca
[25] oshiroi - biały makijaż na bazie ołowiu, później ryżu, ponieważ wiele gejsz umierało młodo z poczerniałymi twarzami
[26] "Godzina Psa" - w tradycyjnym japońskim systemie 19:00-21:00
[27] haiku - krótka, nierymowana forma poetycka