1
Na północy świt przychodzi wcześnie. Gdy bombowce odlatywały znad
miasta, na wschodzie zaczęły się właśnie pojawiać pierwsze przebłyski
dnia. Tego bezwietrznego poranka nad dzielnicami Pankow, Weissensee i Lichtenberg wysoko w niebo wzbijały się słupy dymu. Chmury wisiały nisko
i trudno było odróżnić delikatną poświatę dnia od łuny pożarów
szalejących w zbombardowanym Berlinie.
Z zasnuwającego ruiny dymu wyłaniało się w całej swej makabrycznej
okazałości najbardziej bombardowane miasto w Niemczech. Było poczerniałe
od kopciu, pokryte dziobami tysięcy lejów po bombach i przybrane niczym
koronką poskręcanymi konstrukcjami zburzonych budynków. Całe kwartały
domów mieszkalnych leżały w gruzach, a w sąsiedztwie centrum zniknęły z powierzchni ziemi wielkie połacie zabudowy. Niegdyś szerokie ulice
pokrywały teraz stosy gruzów, przez które wiły się wyboiste przejścia.
Wszędzie, gdziekolwiek spojrzeć, wyciągały się ku niebu kikuty
wypalonych domów - bez okien, bez dachów. Po nalocie spadały jak deszcz
drobinki sadzy i popiołu, pokrywając gruzy, i w wielkich wąwozach
rozbitej cegły i poskręcanej stali nie poruszało się nic poza wirującym
pyłem. Kołował po szerokiej Unter den Linden z jej słynnymi lipami,
teraz odartymi z liści, z osmalonymi pączkami na gałęziach. Jedynie
kilka banków, bibliotek i luksusowych sklepów przy tej słynnej alei nie
było zniszczonych. A wysoka na siedem pięter Brama Brandenburska na jej
zachodnim końcu - najbardziej znana budowla Berlina, rozkraczona nad ową
via triumphalis - chociaż poobijana i poszczerbiona, stała na swych
dwunastu masywnych doryckich kolumnach.
Na pobliskiej Wilhelmstrasse, ulicy budynków rządowych i pałaców,
połyskiwało w gruzach szkło z tysięcy okien. Pod numerem 73 szalejący
ogień strawił piękny pałacyk, będący przed Trzecią Rzeszą rezydencją
niemieckich prezydentów. Kiedyś pisano o nim jako o małym Wersalu. Teraz
przed arkadami głównego wejścia leżały roztrzaskane nimfy wodne z ozdobnej fontanny na przednim dziedzińcu, a stojące wzdłuż skraju dachu
bliźniacze posągi cór Renu, potłuczone i pożłobione przez odłamki,
pochylały się bezgłowe nad zaśmieconym dziedzińcem.
Wzniesiony na planie litery "L" pobliski budynek pod numerem 77 był na
zewnątrz uszkodzony, ale cały. Dokoła leżały zwały gruzu. Na jego
żółtobrązowej fasadzie pełno było śladów po odłamkach, które poharatały
też i pokryły dziobami wiszące nad każdym wejściem wyzywające złociste
orły trzymające w szponach wieniec ze swastyką. Znad nich wystawał
imponujący balkon, z którego zasypywały świat obłąkańcze mowy.
Reichskanzlei, Kancelaria Rzeszy Adolfa Hitlera, wciąż stała.
W górnej części zbombardowanej Kurfürstendamm, berlińskiej
odpowiedniczki nowojorskiej Fifth Avenue, sterczał okaleczony szkielet
niegdyś bardzo popularnego kościoła pamiątkowego cesarza Wilhelma I.
Wskazówki na poczerniałej od ognia tarczy zegara zatrzymały się
dokładnie na 7.30. Stały tak od 1943 roku, kiedy to pewnego
listopadowego wieczoru bomby obróciły w perzynę tysiące akrów miasta.
O sto jardów dalej rozpościerała się dżungla ruin tego, co kiedyś było
słynnym na cały świat berlińskim ogrodem zoologicznym. Akwarium zrównano
z ziemią. Poważnie uszkodzone zostały pomieszczenia dla gadów,
hipopotamów, kangurów, tygrysów i słoni oraz wiele innych zabudowań.
Otoczenie Tiergarten, liczącego 630 akrów słynnego parku, wyglądało jak
ziemia niczyja z frontu I wojny światowej, pełne lejów wielkości dużych
pokojów, jezior wypełnionych gruzem i częściowo zniszczonych budynków
ambasad. Park ten był dawniej naturalnym lasem, pełnym wspaniałych
drzew. Teraz większość z nich straszyła szpetnymi kikutami spalonych
konarów. W północno-wschodniej części Tiergarten znajdowały się
najbardziej przyciągające wzrok ruiny - gmachu, którego nie zniszczyły
alianckie bomby, lecz niemiecka polityka. Ogromny Reichstag, siedzibę
parlamentu, w 1933 roku rozmyślnie podpalili naziści i oskarżywszy o to
komunistów, dali Hitlerowi pretekst do objęcia pełnej, dyktatorskiej
władzy. Na architrawie rozsypującego się portyku wejściowego z rzędem
sześciu kolumn, górujące nad morzem gruzów, które niemal pochłonęły
budynek, widniały wykute i poczernione słowa: DEM DEUTSCHEN VOLKE -
"Narodowi niemieckiemu".
Dawniej przed Reichstagiem stało wiele posągów i pomników. Zburzono
wszystkie z wyjątkiem dwustustopowej kolumny z czerwonego granitu i brązu posadowionej na masywnym, zwieńczonym okrągłą kolumnadą
postumencie. Po pożarze w 1933 roku Hitler kazał ją przesunąć. Teraz
stała o milę dalej, przy Charlottenburger Chaussee, blisko środka Osi
Wschód-Zachód - ciągu głównych arterii biegnących przez miasto od Haweli
na zachodzie do, z grubsza biorąc, końca Unter den Linden na wschodzie.
Kiedy tego marcowego poranka wstało słońce, jego promienie objęły
złocistą statuę na szczycie kolumny: uskrzydloną postać trzymającą w jednym ręku wieniec laurowy, a w drugim włócznię przyozdobioną Krzyżem
Żelaznym. Ten smukły i gustowny berliński pomnik, Kolumna Zwycięstwa,
nietknięty przez bombardowania, jakby wyrastał z morza ruin.
W całym udręczonym mieście rozległo się zawodzenie syren, co oznaczało
odwołanie alarmu. Zakończył się 314 aliancki nalot na Berlin. W pierwszych latach wojny były one sporadyczne, ale obecnie na stolicę
Niemiec bomby spadały prawie bez przerwy. W dzień bombardowali
Amerykanie, w nocy - RAF. Rejestr zniszczeń rósł niemal z godziny na
godzinę i był wstrząsający. Bomby obróciły w perzynę ponad 10 mil
kwadratowych zabudowanych dzielnic, obszar dziesięciokrotnie większy od
zburzonego przez Luftwaffe w Londynie. Na ulicach leżały 3 miliardy stóp
sześciennych gruzu - dość, by usypać kopiec wysoki na ponad tysiąc stóp.
Ponad połowa z 1 562 000 mieszkań w Berlinie została uszkodzona, a co
trzeci dom był albo całkowicie zniszczony, albo nie nadawał się do
zamieszkania. Straty w ludziach były tak wysokie, że ich rozmiarów nigdy
nie uda się ustalić, ale zginęły co najmniej 52 tysiące osób, a dwakroć
więcej zostało ciężko rannych, co pięciokrotnie przewyższa liczbę
zabitych i ciężko rannych podczas bombardowania Londynu. Berlin stał się
drugą Kartaginą, ale jego agonia miała dopiero nadejść.
Dziw, że w tym ogromie zniszczeń w ogóle żyli ludzie, ale to ich życie
wśród ruin toczyło się wedle jakiejś lunatycznej rutyny. Wciąż pełniło
służbę 12 tysięcy policjantów. Listonosze dostarczali pocztę, codziennie
ukazywały się gazety. Ciągle też funkcjonowały telefony i telegraf.
Czynne były niektóre kina i teatry, a nawet część zniszczonego zoo.
Kończyła sezon Filharmonia Berlińska. Domy towarowe prowadziły sprzedaż
specjalną. Każdego dnia rano otwierano sklepy spożywcze i piekarnie, a pralnie, zwykłe i czyszczące odzież na sucho, oraz salony kosmetyczne
miały duże obroty. Kursowały pociągi metra i miejskiej kolei naziemnej.
W nielicznych wytwornych barach i restauracjach, które jeszcze
pozostały, wciąż było tłoczno. I niemal na każdej ulicy, jak w czas
pokoju, słychać było donośne nawoływania słynnych berlińskich
sprzedawców kwiatów.
Ale chyba najbardziej zdumiewało to, że w większej lub mniejszej mierze
funkcjonowało ponad 65 procent dużych zakładów berlińskich. Pracę miało
prawie 600 tysięcy ludzi, ale wielki problem stanowił teraz dojazd do
niej. Często trzeba było na to całych godzin. Komunikację miejską
paraliżowały objazdy, korki i przerwy w ruchu. W rezultacie berlińczycy
musieli wstawać bardzo wcześnie. Każdy chciał na czas dostać się do
pracy, ponieważ Amerykanie, którzy sami wcześnie wstawali, często
zaczynali "robotę" nad miastem o dziewiątej rano.
Tego pogodnego ranka w dwudziestu przeoranych bombami dzielnicach
berlińczycy wychodzili z ukrycia jak jacyś neolityczni mieszkańcy
jaskiń. Wynurzali się ze stacji metra, ze schronów pod budynkami
publicznymi, z piwnic i suteren swoich zburzonych domów. I niezależnie
od tego, jakie żywili nadzieje czy obawy, komu byli wierni czy jakie
mieli przekonania polityczne, łączyło ich jedno pragnienie: ci, którzy
przeżyli jeszcze jedną noc, chcieli przeżyć jeszcze jeden dzień.
To samo można powiedzieć o całym narodzie. W szóstym roku II wojny
światowej hitlerowskie Niemcy rozpaczliwie walczyły o przeżycie. Rzeszę,
która miała trwać tysiąc lat, najechano z zachodu i ze wschodu. Wojska
brytyjskie i amerykańskie rozlały się jak fala na linii Renu, przerwały
ją w Remagen i pędziły teraz na Berlin. Znajdowały się zaledwie trzysta
mil na zachód. Na wschodnim brzegu Odry powstało zagrożenie o wiele
bliższe i nieskończenie bardziej straszliwe. Stały tam armie radzieckie,
odległe o niecałe pięćdziesiąt mil.
Była środa, 21 marca 1945 roku, pierwszy dzień wiosny. Tego ranka w radioodbiornikach berlińczyków w całym mieście rozbrzmiewała melodia
najnowszego przeboju: "Będzie to wiosna bez końca".
2
Na zagrażające im niebezpieczeństwa berlińczycy reagowali każdy na swój
sposób. Niektórzy uparcie je lekceważyli, mając nadzieję, że ich ominą.
Inni je wręcz wyzywali. Jeszcze inni reagowali złością i strachem, a byli i tacy, którzy z ponurą logiką ludzi postawionych pod murem śmiało
szykowali się na to, co ich spotka, zdecydowani przyjąć wyrok losu z podniesioną głową.
W południowo-zachodniej dzielnicy Zehlendorf mleczarz Richard Poganowska
wstał, jak zwykle, o świcie. W minionych latach jego codzienne zajęcia
często wydawały mu się monotonne. Teraz był z tego powodu zadowolony.
Pracował w dużym gospodarstwie rolnym Domäne Dahlem na pięknie
urządzonym przedmieściu Zehlendorfu, Dahlem, odległym tylko o parę mil
od śródmieścia wielkiej stolicy. W każdym innym mieście takie położenie
gospodarstwa mlecznego uznano by za dziwactwo, ale nie w Berlinie. Jedna
piąta całego miasta położona była w parkach i na terenach lesistych, nad
jeziorami, kanałami i potokami. Niemniej Poganowska, jak wielu innych
pracowników Domäne, pragnąłby, żeby gospodarstwo znajdowało się gdzie
indziej, z dala od niebezpieczeństwa ciągłych bombardowań.
Poganowska, jego żona Lisbeth i ich troje dzieci znowu spędzili noc w piwnicy głównego budynku przy Königin-Luise-Strasse. Huk bijących jak
młotem dział przeciwlotniczych i wybuchy bomb prawie uniemożliwiały sen.
Trzydziestodziewięcioletni mleczarz w tych dniach - jak wszyscy w Berlinie - był ciągle zmęczony.
Nie miał pojęcia, gdzie tej nocy zrzucono bomby, ale wiedział, że żadna
z nich nie spadła w pobliżu dużych obór. Cenne mleczne stado było całe.
Wydawało się, że nic nie może zaniepokoić tych dwustu krów. Wybuchały
bomby, grzmiała artyleria przeciwlotnicza, a one stały cierpliwie,
spokojnie przeżuwając pokarm, i jakimś cudem wciąż dawały mleko.
Poganowska nie mógł się temu nadziwić.
Ospale załadował starą platformę z przyczepą, zaprzągł dwa rudo
umaszczone konie, Lisę i Hansa, i z psem, szpicem Poldi, na siedzeniu
obok ruszył w objazd. Turkocząc na kocich łbach podwórza, platforma
skręciła w prawo, w Pacelli-Allee, i pojechała na północ, w kierunku
Schmargendorfu. Była szósta rano. Zanim Poganowska skończy pracę, będzie
dziewiąta wieczorem.
Zmęczony i niewyspany wciąż jednak nie zatracił swego pogodnie
burkliwego sposobu bycia. Stał się czymś w rodzaju podpory duchowej dla
swych 1200 klientów. Jego trasa prowadziła skrajem trzech dużych
dzielnic: Zehlendorf, Schöneberg i Wilmersdorf. Wszystkie trzy poważnie
ucierpiały od bombardowań - Schöneberg i Wilmersdorf, leżące najbliżej
centrum miasta, zostały niemal starte z powierzchni ziemi. W samym tylko
Wilmersdorfie alianci zniszczyli ponad 36 tysięcy mieszkań. Prawie
połowa z 340 tysięcy mieszkańców obu dzielnic straciła dach nad głową.
Pogodna twarz była w tych okolicznościach widokiem rzadkim i pożądanym.
Nawet o tak wczesnej godzinie ludzie czekali na mleczarza na każdym
skrzyżowaniu. W tamtych dniach kolejki stały wszędzie - do rzeźnika, do
piekarza, nawet po wodę, gdy bomba trafiła w rury wodociągowe. Mimo że
klienci czekali już na niego w kolejce, Poganowska oznajmiał, że
przybywa, potrząsając dużym dzwonkiem, jaki wiesza się krowom na szyi.
Zaczął tak robić na początku roku, kiedy nasilone dzienne naloty
uniemożliwiły mu dostarczanie mleka pod drzwi. Dzwonek ten, jak i sam
Poganowska, stał się dla jego klientów niemal symbolem.
Ten ranek niczym się nie różnił od innych. Poganowska pozdrowił klientów
i wydał kartkowe przydziały mleka i produktów mlecznych. Niektórych z tych ludzi znał prawie od dziesięciu lat, a oni wiedzieli, że można na
niego liczyć, że dostaną od czasu do czasu trochę towaru poza
przydziałem.
Poganowska, manipulując kartkami żywnościowymi, z reguły mógł
wykombinować trochę więcej mleka czy śmietany na specjalne okazje, jak
chrzciny czy wesela. Co prawda było to nielegalne, a tym samym
ryzykowne, ale wszyscy berlińczycy musieli w tamtych dniach ryzykować.
Klienci wydawali się coraz bardziej zmęczeni, napięci i zatroskani.
Tylko niektórzy jeszcze mówili o wojnie. Nikt nie wiedział, co się
działo, a zresztą nikt nie mógłby nic na to poradzić. Poza tym dosyć
było kawiarnianych generałów. Poganowska nie wszczynał rozmów na temat
bieżących doniesień. Całkowicie oddawał się swym codziennym,
piętnastogodzinnym zajęciom i w ogóle nie myślał o wojnie. Jak tysiące
innych berlińczyków niemal uodpornił się na to wszystko. Każdego dnia
wypatrywał jakichś oznak, które nie pozwoliłyby mu upaść na duchu.
Przede wszystkim drogi były wciąż przejezdne. Na głównych ulicach nie
było zapór czy pułapek przeciwczołgowych. Nie było też dział lub
wkopanych w ziemię czołgów ani żołnierzy, którzy by obsadzali kluczowe
pozycje. Nic nie wskazywało na to, by władze obawiały się ataku Rosjan
lub że Berlinowi grozi okrążenie.
Była jeszcze jedna wskazówka, chociaż mało znacząca. Każdego ranka
Poganowska przejeżdżał przez rejon Friedenau, gdzie mieszkali niektórzy
z jego prominenckich klientów. Spoglądał wówczas na dom powszechnie
znanego nazisty, grubej ryby w Ministerstwie Poczty. Przez otwarte okna
saloniku mógł dojrzeć wielki portret w masywnych ramach. Krzykliwa
podobizna Adolfa Hitlera z butną miną ciągle tam wisiała. Poganowska
znał zwyczaje biurokratów Trzeciej Rzeszy - gdyby sytuacja była
krytyczna, ta kapliczka Führera już by zniknęła.
Cmoknął cicho na konie i dalej jechał swoją trasą. Mimo wszystko nie
widział żadnego poważnego powodu, aby się zbytnio niepokoić.
Bombardowania nie ominęły żadnej części miasta, ale Spandau, druga co do
wielkości dzielnica Berlina, położona najbardziej na zachód, uniknęła
tego, czego wszyscy bali się najbardziej: nalotu dywanowego. Mieszkańcy
Spandau spodziewali się go co noc. Byli zdumieni, że nie następował,
ponieważ Spandau było potężnym ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego.
W przeciwieństwie do dzielnic położonych w centrum miasta, gdzie
zniszczenia sięgały 50-75 procent, w Spandau ucierpiało tylko 10 procent
budynków. Chociaż oznaczało to, że ponad tysiąc domów zostało albo
całkowicie zniszczonych, albo nie nadawało się do zamieszkania, to wedle
zahartowanych w nalotach berlińczyków było to tyle co ukąszenie pchły. W poczerniałych od bomb, zamienionych w pustynię dzielnicach śródmiejskich
mówiło się zjadliwie: Die Spandauer Zwerge kommen zuletzt in die Särge
- "Karły ze Spandau w końcu trafią do trumien".
Robert i Ingeborg Kolbowie byli więcej niż wdzięczni losowi, że żyją
jakby w oazie spokoju w sielskim rejonie Staaken na najbardziej na
zachód wysuniętym skraju Spandau. Jedynymi bombami, jakie spadły w tym
rejonie, nawet niedaleko, były te, które nie trafiły w pobliskie
lotnisko. Nie wyrządziły większych szkód. Ich piętrowy dom z werandą,
pokryty pomarańczowym i brązowym tynkiem, otaczający go trawnik i ogród
nie poniosły najmniejszego uszczerbku. Życie toczyło się tu niemal
normalnie, poza tym, że Robert, pięćdziesięcioczteroletni dyrektor
techniczny zakładów drukarskich, stwierdzał, iż z każdym dniem coraz
trudniej mu dotrzeć do pracy w centrum miasta, co świadczyło o nasilaniu
się dziennych nalotów. Było to powodem nieustannego niepokoju Ingeborg.
Tego wieczoru, jak zwykle, zamierzali posłuchać audycji BBC w języku
niemieckim, chociaż od dawna było to zabronione. Krok po kroku śledzili
posuwanie się wojsk ze wschodu i z zachodu. Obecnie Armia Czerwona
znajdowała się zaledwie o kurs autobusu ze wschodnich przedmieść miasta.
Mimo to - uśpieni sielską atmosferą okolicy - uważali bezpośrednie
zagrożenie miasta za nie do pomyślenia, a wojnę za odległą i nierealną.
Robert Kolb był przekonany, że są całkowicie bezpieczni, a Ingeborg - że
mąż ma zawsze rację. Ostatecznie był weteranem I wojny światowej. "Wojna
- zapewniał ją - przejdzie obok nas".
Kolbowie spokojnie patrzyli w przyszłość, pewni, że cokolwiek się
stanie, ich to nie będzie dotyczyło. Nastała wiosna i Robert zastanawiał
się, gdzie w ogrodzie powiesić hamaki. Ingeborg miała mnóstwo własnych
spraw: zamierzała posiać szpinak, pietruszkę, sałatę i zasadzić wczesne
ziemniaki. Był tylko jeden problem: czy wczesne ziemniaki powinna sadzić
w pierwszej połowie kwietnia, czy też poczekać do maja, kiedy wiosna
przyjdzie na dobre.
Marszałek Związku Radzieckiego Gieorgij Konstantinowicz Żukow siedział
przy biurku w swoim sztabie, mieszczącym się w krytym szarym tynkiem
dwupiętrowym domu na przedmieściu Landsbergu1, pięćdziesiąt
mil od Odry, rozważając własne zamierzenia. Wiszący na ścianie duży plan
Berlina ukazywał w szczegółach planowaną przezeń ofensywę, której celem
było zdobycie stolicy Trzeciej Rzeszy. Na jego biurku stały trzy
telefony polowe. Jeden służył do ogólnego użytku, drugi łączył go z jego
kolegami: Konstantym Rokossowskim i Iwanem Stiepanowiczem Koniewem,
dowódcami potężnych związków operacyjnych na jego północnym i południowym skrzydle, przez trzeci telefon miał bezpośrednią łączność z Moskwą i naczelnym dowódcą, Józefem Stalinem. Ten krępy,
czterdziestodziewięcioletni dowódca 1. Frontu Białoruskiego co noc o jedenastej rozmawiał ze Stalinem, składając raport o postępach w ciągu
dnia. Teraz zastanawiał się, jak szybko Stalin wyda rozkaz zdobycia
Berlina. Liczył na to, że ma jeszcze trochę czasu. Gdyby było trzeba,
pomyślał, mógłby wziąć miasto natychmiast, ale nie był jeszcze całkiem
gotów. Wstępnie planował, że przeprowadzi natarcie gdzieś pod koniec
kwietnia. A gdyby dopisało mu szczęście, mógłby dojść do Berlina i zlikwidować wszelki opór w ciągu dziesięciu-dwunastu dni. Spodziewał
się, że Niemcy będą z nim walczyć o każdą piędź ziemi. Przypuszczalnie
najbardziej zacięty opór stawią na zachodnim skraju miasta. Tam, jak
sądził, znajdowała się jedyna dogodna droga ucieczki dla Niemców
broniących Berlina. Zamierzał uderzyć na nich z dwóch stron, w razie
gdyby chcieli z niej skorzystać. Na pierwszy tydzień maja planował
masakrę w dzielnicy Spandau.
W Wilmersdorfie w swoim mieszkaniu na piętrze Carl Johann Wiberg
otworzył przeszklone drzwi na mały balkon, pchnął okiennice i wyszedł z saloniku, żeby sprawdzić, jaka jest pogoda. Byli z nim jego wierni
towarzysze - Wujek Otto i Ciotka Effie, dwa drepczące jak kaczki brązowe
jamniki. Spojrzały na niego wyczekująco, chcąc już wyjść na poranny
spacer.
W tych dniach spacerowanie było niemal jedynym zajęciem Wiberga. Wszyscy
w sąsiedztwie lubili tego czterdziestodziewięcioletniego przedsiębiorcę.
Uważali go przede wszystkim za dobrego berlińczyka, a dopiero potem za
Szweda. Nie wyjechał z miasta, kiedy rozpoczęły się bombardowania, jak
wielu innych obcokrajowców. Poza tym, chociaż Wiberg nigdy się nie
skarżył, sąsiedzi wiedzieli, że stracił niemal wszystko. W 1939 roku
zmarła mu żona. Jego wytwórnia kleju została zbombardowana. Teraz, po
trzydziestu latach prowadzenia w Berlinie niewielkiego przedsiębiorstwa,
nie pozostało mu nic poza psami i mieszkaniem. W opinii niektórych
sąsiadów był lepszym człowiekiem niż wielu rodowitych Niemców.
Wiberg spojrzał na Wujka Ottona i Ciotkę Effie. "Pora na spacer" -
powiedział. Zamknął balkon i przeszedł salonikiem do małego przedpokoju.
Włożył doskonale skrojony płaszcz Chesterfield, a na głowę - starannie
wyszczotkowanego homburga. Otworzywszy szufladę wypolerowanego do
połysku mahoniowego stolika, wyjął zamszowe rękawiczki i przez chwilę
patrzył na leżącą w niej oprawioną litografię. Kolorowa odbitka
przedstawiała rycerza w zbroi na spiętym koniu z uniesionymi przednimi
kopytami. U kopii rycerza powiewała chorągiew. Rycerz dzikim wzrokiem
patrzył przed siebie spod uniesionej zasłony hełmu. Włosy opadały mu na
czoło. Miał przenikliwe spojrzenie i mały czarny wąsik. Na powiewającej
chorągwi widniał napis: Der Bannerträger - "Chorąży".
Wiberg powoli zamknął szufladę. Trzymał w niej tę karykaturę Hitlera, by
nie rzucała się w oczy - jej posiadanie było w Niemczech zakazane. Ale
Wiberg nie chciał się jej pozbyć. Była zbyt zabawna.
Wziąwszy psy na smycz, starannie zamknął za sobą drzwi wejściowe i zszedł na dół, na pokrytą gruzem ulicę. Uchyliwszy kapelusza, skłonił
się napotkanym sąsiadom i poprzedzany przez psy ruszył ulicą, ostrożnie
stąpając wśród wybojów. Zastanawiał się, gdzie teraz, kiedy koniec wojny
wydawał się bliski, może być "Der Bannerträger"? W Monachium? W górskim
Orlim Gnieździe w Berchtesgaden? A może tutaj, w Berlinie? Wydawało się,
że nikt tego nie wie, co wcale nie było dziwne. Miejsce pobytu Hitlera
zawsze otaczała ścisła tajemnica.
Tego dnia Wiberg postanowił zajrzeć do swego ulubionego baru Harry'ego
Rosse przy Nestorstrasse 7, jednego z nielicznych już w tej dzielnicy.
Przychodzili tu różni ludzie: nazistowskie grube ryby, niemieccy
oficerowie i znający się o tyle o ile biznesmeni. Zawsze żywo tam
rozprawiano i można było wysłuchać najnowszych wiadomości - gdzie
ubiegłej nocy spadły bomby, które fabryki trafiono, jak sobie Berlin
radzi w tej sytuacji. Wiberg lubił się spotykać ze starymi przyjaciółmi
w tej beztroskiej atmosferze, a interesowało go prawie wszystko, co
dotyczyło wojny, szczególnie zaś skutki bombardowań i morale Niemców.
Zwłaszcza zaś chciał się wywiedzieć, gdzie przebywa Hitler. Przechodząc
przez ulicę, ukłonił się pewnemu staremu znajomemu. Niezależnie od
wszystkich pytań, jakie go nurtowały, Wiberg skrywał parę spraw, które
zdumiałyby jego sąsiadów. Ten Szwed, który wydawał się bardziej
niemiecki niż Niemcy, pracował bowiem dla amerykańskiego Biura Służb
Strategicznych - Office of Strategic Services. Był alianckim szpiegiem.
Doktor Arthur Leckscheidt, ewangelicki pastor kościoła Filipa
Melanchtona, siedział przygnębiony na parterze swego mieszkania w Kreuzbergu. Miał wiele powodów do zmartwienia. Jego gotycki kościół o bliźniaczych strzelistych wieżach został zniszczony, a jego owieczki się
rozproszyły. Z okien widział ruiny świątyni. Parę tygodni temu trafiła w nią bomba burząca, a kilka minut później stanęła w ogniu od bomb
zapalających. Ból, którego doznawał za każdym razem, gdy patrzył na jej
ruiny, jeszcze nie osłabł. W czasie nalotu, nie bacząc na własne
bezpieczeństwo, pastor Leckscheidt wbiegł do płonącego kościoła. Tył
budowli i wspaniałe organy były jeszcze całe. Gdy biegł wąskimi schodami
na chór, zaprzątała go tylko jedna myśl: pożegnać się z ukochanymi
organami i kościołem. Z oczami pełnymi łez, śpiewając w myślach, doktor
Leckscheidt zagrał pożegnalną pieśń. Na cały Kreuzberg spadały bomby.
Pacjenci w pobliskim szpitalu miejskim i ludzie, którzy schronili się w sąsiednich piwnicach, nie mogli uwierzyć własnym uszom, gdy wśród
wybuchów bomb usłyszeli organy kościoła Filipa Melanchtona
rozbrzmiewające starym psalmem Z głębokości wołam do Ciebie, Panie.
Teraz Leckscheidt zajęty był innego rodzaju pożegnaniem. Na jego biurku
leżał brulion listu, jaki zamierzał wysłać w odbitkach do licznych
parafian, którzy wyjechali z miasta lub służyli w wojsku. "Poza tym, że
walki na wschodzie i na zachodzie trzymają nas w napięciu - pisał -
stolica Niemiec jest nieustannie bombardowana przez lotnictwo [...]
możecie sobie wyobrazić, drodzy przyjaciele, że śmierć zbiera obfite
żniwo. Trumny stały się rzadkością. Pewna kobieta powiedziała mi, że
proponowała dwadzieścia funtów miodu za trumnę, w której chciała
pochować zmarłego męża".
Doktor Leckscheidt nie ukrywał też, że jest zagniewany. "Nas, pastorów,
nie zawsze wzywa się do pogrzebów ofiar nalotów - pisał. - Często Partia
urządza pogrzeby bez pastora [...], bez Słowa Bożego". W całym liście
ciągle nawiązywał do niszczenia miasta. "Nie możecie sobie wyobrazić,
jak teraz wygląda Berlin. Najpiękniejsze budowle legły w gruzach [...].
Często nie mamy światła, gazu lub wody. Chroń nas, Boże, od głodu! Ceny
towarów na czarnym rynku są przeraźliwie wysokie". I kończył z gorzkim
pesymizmem: "To przypuszczalnie ostatni list na długi czas. Może wkrótce
zostaniemy bez żadnej łączności ze światem. Czy się jeszcze kiedyś
zobaczymy? Wszystko w rękach Boga".
Inny duchowny, ojciec Bernhard Happich, wytrwale jadąc na rowerze
zaśmieconymi ulicami Dahlem, postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Od
tygodni dręczył go pewien delikatny problem. Noc w noc modlił się o radę
i rozmyślał, jak powinien postąpić. Teraz podjął decyzję.
Zapotrzebowanie na posługi wszystkich duchownych było ogromne, ale ta
sprawa miała dla ojca Happicha szczególne znaczenie. Ten
pięćdziesięciopięcioletni ksiądz, w którego dowodzie osobistym na całą
szerokość przybito stempel: "Jezuita - nie nadaje się do służby
wojskowej" (nazistowskie piętno, jak te, którymi naznaczano Żydów oraz
inny niebezpieczny i niepożądany element), był także wysoko
kwalifikowanym doktorem medycyny. Poza wieloma innymi obowiązkami miał
też pod opieką Haus Dahlem - sierociniec, szpital położniczy i dom dla
podrzutków prowadzony przez siostry misyjne Świętego Serca. To właśnie
matka przełożona Cunegundes i jej zgromadzenie były przyczyną problemu,
który go nurtował, i jego decyzji.
Ojciec Happich nie miał złudzeń co do nazistów ani tego, jak się
zakończy ta wojna. Dawno doszedł do wniosku, że Hitler z jego brutalnym
nowym porządkiem jest skazany na klęskę. Teraz szybko zbliżał się
przełom. Berlin - pokryty patyną kielich, na którym spoczęło oko
zdobywcy - znalazł się w potrzasku. Co się stanie z Haus Dahlem i jego
dobrymi, mało doświadczonymi życiowo siostrami?
Zatroskany ojciec Happich zatrzymał się przed Haus Dahlem. Budynek
ucierpiał nieznacznie i siostry były przeświadczone, że to za sprawą ich
modlitw. Happich był podobnego zdania, ale że twardo stąpał po ziemi,
pomyślał, że mogą mieć w tym udział zwykłe szczęście i błędy
bombardujących.
Przechodząc przez hol, spojrzał na dużą, strojną w błękit i złoto figurę
z wysoko uniesionym mieczem - Michała Archanioła walczącego w imię Boga
ze złem. Wiara sióstr w tego świętego była głęboka; równie głębokie było
zadowolenie ojca Happicha z decyzji, którą podjął. Jak wszyscy, słyszał
od ludzi, którzy uciekli przed nadciągającymi Rosjanami, o przerażających rzeczach, jakie działy się we wschodnich Niemczech. Był
pewien, że wiele tych relacji było przesadzonych, ale orientował się, że
niektóre są zgodne z prawdą. Ojciec Happich postanowił ostrzec siostry.
Musiał jeszcze tylko wybrać odpowiednią chwilę, aby o tym z nimi
pomówić, a przede wszystkim znaleźć odpowiednie słowa. Martwił się tym.
Jak powiedzieć sześćdziesięciu siostrom zakonnym, że grozi im gwałt?
Gorzowa Wielkopolskiego (przyp. tłum.). [wróć]
3
Strach przed gwałtami spowił miasto jak całun, ponieważ Berlin po prawie
sześciu latach działań wojennych był teraz głównie miastem kobiet.
Na początku wojny, w 1939 roku, stolica Niemiec liczyła 4 miliony 321
tysięcy mieszkańców. W latach 1943-1944 liczba ta zmniejszyła się o ponad jedną trzecią z powodu ogromnych strat w ludziach, jakie
pociągnęła za sobą wojna, powołania do wojska zarówno mężczyzn, jak i kobiet oraz spontanicznej ewakuacji miliona mieszkańców do
bezpieczniejszych rejonów wiejskich. Teraz znaczną liczbę osób płci
męskiej stanowiły jedynie dzieci i młodzież do osiemnastego roku życia
oraz mężczyźni po sześćdziesiątce. Mężczyzn w wieku od osiemnastu do
trzydziestu lat pozostało zaledwie sto tysięcy i byli oni w większości
zwolnieni od służby wojskowej lub ranni. W styczniu 1945 roku liczbę
mieszkańców miasta oceniano na 2 miliony 900 tysięcy, ale obecnie, w połowie marca, było ich już na pewno mniej. Po osiemdziesięciu pięciu
nalotach w ciągu niespełna jedenastu tygodni oraz wobec wiszącej nad
miastem groźby oblężenia opuściło je wiele tysięcy ludzi. Według oceny
władz wojskowych w Berlinie żyło obecnie 2 miliony 700 tysięcy osób, w tym ponad 2 miliony kobiet. Ale nawet i te dane były tylko przybliżone.
Próby ustalenia rzeczywistej liczby ludności komplikował ogromny napływ
uciekinierów z terenów wschodnich, okupowanych przez Sowietów. Niektórzy
szacowali, że jest ich aż pół miliona. Uciekający cywile, którzy
opuścili domy z dobytkiem na plecach, wozach konnych lub ręcznych
wózkach, często pędząc przed sobą bydło, na całe miesiące zatarasowali
drogi do Berlina. W większości nie zatrzymali się w mieście, ale
powędrowali dalej na zachód. Zostawili jednak masę koszmarnych opowieści
o tym, co przeżyli. Relacje te błyskawicznie rozeszły się po Berlinie,
napawając wielu mieszkańców panicznym strachem.
Uciekinierzy opowiadali o mściwym, niepohamowanym, żądnym łupów
zdobywcy. Ludzie, którzy wędrowali aż z tak daleka, jak z Polski czy z zajętych przez Armię Czerwoną Prus Wschodnich, Pomorza i Śląska,
wystawiali jak najgorsze świadectwo wrogowi, który nikogo nie
oszczędzał. To prawda, twierdzili uciekinierzy, że rosyjska propaganda
zachęca czerwonoarmistów, aby nikogo nie oszczędzali. Opowiadali o odezwie, napisanej - jak utrzymywali - przez czołowego radzieckiego
propagandzistę Ilję Erenburga, odczytywanej przez radio i rozpowszechnianej w formie ulotki wśród żołnierzy. "Zabijajcie!
Zabijajcie! - głosiła. - W rasie germańskiej nie ma nic prócz zła! [...]
Postępujcie, jak nakazuje Towarzysz Stalin. Dobijcie faszystowską bestię
w jej legowisku! Użyjcie siły i złamcie rasową butę germańskich kobiet.
Bierzcie je jak należną wam zdobycz. Zabijajcie! Kiedy idziecie do
szturmu, zabijajcie, dzielni żołnierze Armii Czerwonej"1.
Uciekinierzy opowiadali, że oddziały pierwszoliniowe są zdyscyplinowane
i zachowują się poprawnie, natomiast idące za nimi jednostki tyłowe to
rozwydrzona czerń. Ci żołnierze Armii Czerwonej urządzają dzikie
pijackie orgie, mordują, grabią i gwałcą. Wydaje się, twierdzili
uciekinierzy, że wielu rosyjskich dowódców rozgrzesza postępowanie swych
żołnierzy albo przynajmniej nie robi nic, żeby ich powstrzymać. Od
chłopów do właścicieli majątków ziemskich relacje te brzmiały jednakowo.
I wszędzie w tej powodzi uciekinierów były kobiety, które opowiadały
mrożące krew w żyłach historie o brutalnym napastowaniu, o zmuszaniu pod
lufą karabinu do rozbierania się i poddawania wielokrotnym gwałtom.
Ile w tym było zmyśleń, a ile prawdy? Co do tego berlińczycy nie mieli
pewności. Ci, którzy wiedzieli o okrucieństwach i masowych mordach
dokonywanych przez niemieckie oddziały SS w Związku Radzieckim - a wiedziały o tym tysiące - obawiali się, że opowieści te są prawdziwe.
Ci, którzy wiedzieli, co spotyka Żydów w obozach koncentracyjnych - o której to straszliwej zbrodni narodowego socjalizmu wolny świat miał się
dopiero dowiedzieć - także wierzyli uciekinierom. Bardziej zorientowani
berlińczycy mogli słusznie uważać, że ciemięzca stał się ciemiężonym, że
koło zbrodni dokonało pełnego obrotu i nadszedł czas zapłaty. Wielu
zorientowanych w rozmiarach okropności popełnionych przez Trzecią Rzeszę
nie chciało ryzykować. Urzędnicy wysokiego szczebla i wyżsi
funkcjonariusze partii nazistowskiej po cichu wywieźli swoje rodziny z Berlina lub właśnie je wywozili.
Jednakże fanatycy pozostali. Zostali również zwykli berlińczycy, gorzej
poinformowani i nieświadomi, w jakiej są naprawdę sytuacji. Albo nie
mogli, albo nie chcieli wyjechać. "O Niemcy, Niemcy, moja ojczyzno -
pisała w swym pamiętniku sześćdziesięciopięcioletnia Erna Saenger, pani
domu i matka sześciorga dzieci. - Wiara przynosi rozczarowanie. Wierzyć
bezgranicznie znaczy być głupim i ślepym [...], ale my zostaniemy w Berlinie. Jeżeli wszyscy wyjadą, jak nasi sąsiedzi, wróg dostanie to,
czego chce. Nie, nie chcemy takiej klęski".
Niemniej tylko nieliczni berlińczycy nie zdawali sobie sprawy, co im
grozi. Prawie każdy o tym słyszał. Hugo i Edith Neumannowie, małżeństwo
mieszkające w Kreuzbergu, dowiedzieli się tego nawet przez telefon. Ich
krewni mieszkający na terenach już zajętych przez Sowietów krótko przed
przerwaniem wszelkiej łączności zaryzykowali życie, aby ostrzec
Neumannów, że zdobywcy nagminnie gwałcą, zabijają i rabują. Mimo to
małżonkowie pozostali. Zakład elektryczny Hugona został zbombardowany,
ale porzucenie go teraz było dlań nie do pomyślenia.
Inni postanowili nie dawać posłuchu tym historiom, ponieważ propaganda -
czy to rozpowszechniana przez uciekinierów, czy inspirowana przez rząd -
nie robiła już na nich większego wrażenia bądź też w ogóle nie zwracali
na nią uwagi. Odkąd w 1941 roku Hitler wydał rozkaz do niesprowokowanego
ataku na ZSRR, wszyscy Niemcy znaleźli się pod bezlitosnym ostrzałem
propagandy nienawiści. Obywateli radzieckich przedstawiano jako
barbarzyńców i podludzi. Kiedy wydarzenia przybrały inny obrót i niemieckie wojska w Związku Radzieckim zmuszone zostały do cofania się
na wszystkich frontach, doktor Joseph Goebbels, kulawy szef propagandy
Rzeszy, wzmógł wysiłki swego ministerstwa, zwłaszcza w Berlinie.
Pomocnik Goebbelsa, doktor Werner Naumann, przyznał prywatnie, że "nasza
propaganda na temat tego, jacy są Rosjanie, czego ludność Berlina może
się po nich spodziewać, była tak skuteczna, że wprawiliśmy berlińczyków
w przerażenie". Pod koniec 1944 roku odniósł on wrażenie, że
"posunęliśmy się za daleko - nasza propaganda rykoszetem trafiła w nas".
Jej ton zatem się zmienił. Kiedy imperium Hitlera kurczyło się kawałek
po kawałku, kiedy dom po domu niszczono Berlin, Goebbels zaczął nadawać
propagandzie inny kierunek, przechodząc od straszenia do przywracania
zaufania. Teraz mówiono ludziom, że zwycięstwo jest bliskie. Goebbelsowi
jednak udało się przez to osiągnąć niewiele więcej niż wzbudzenie u kosmopolitycznych berlińczyków wisielczego humoru. Przejawiał się on
między innymi w szeroko rozpowszechnionym powiedzonku, które odnosili do
siebie, do swoich przywódców i do świata. Berlińczycy szybko zmienili
hasło Goebbelsa "Führer dowodzi, my idziemy za nim" na "Führer dowodzi,
my zbieramy tego owoce". A jeśli chodzi o obiecywane przez szefa
propagandy ostateczne zwycięstwo, kpiarze z poważną miną zalecali:
"Ciesz się wojną, pokój będzie straszny". W graniczącej z paniką
atmosferze wywołanej przez opowiadania uciekinierów górę wzięły
pogłoski, zaczęto zniekształcać fakty. W całym mieście szerzyły się
różne opowieści o okrucieństwach Sowietów. Opisywano ich jako
skośnookich Mongołów od ręki zarzynających kobiety i dzieci, żywcem
palących duchownych miotaczami ognia. Opowiadano, że gwałcą zakonnice, a następnie zmuszają je do chodzenia nago po ulicach, że kobiety obracają
w prostytutki towarzyszące wojsku, a mężczyzn zabierają do niewolniczej
pracy na Syberii. Nawet przez radio nadano, że Rosjanie przybijają
gwoździami do stołów języki swych ofiar. Ludzie niepoddający się łatwo
emocjom uważali te opowieści za zbyt fantastyczne, aby dać im wiarę.
Inni z ponurą jasnością zdawali sobie sprawę, co nadchodzi. Doktor
Anne-Marie Durand-Wever, absolwentka uniwersytetu w Chicago, ginekolog o europejskiej sławie, ordynująca w swej prywatnej klinice w Schönebergu,
znała prawdę. Ta pięćdziesięciopięcioletnia lekarka znana z antynazistowskich poglądów (była autorką wielu książek broniących praw
kobiet, równouprawnienia i kontroli urodzeń - wszystko to było wyjęte
spod prawa przez nazistów) usilnie nakłaniała swoje pacjentki, żeby
wyjechały z Berlina. Zbadała liczne uciekinierki i doszła do wniosku, że
fakty są gorsze niż opowieści o gwałtach.
Sama zamierzała pozostać w Berlinie, ale gdziekolwiek się teraz udawała,
miała w torebce małą, łatwą do zgryzienia kapsułkę z cyjankiem. Po
latach praktyki lekarskiej nie była pewna, czy zdoła popełnić
samobójstwo. Mimo to nosiła tę kapsułkę, ponieważ sądziła, że gdy
Rosjanie zajmą Berlin, to każda dziewczyna czy kobieta od ośmiu do
osiemdziesięciu lat może się spodziewać zgwałcenia.
Także doktor Margot Sauerbruch była przygotowana na najgorsze. Pracowała
wraz z mężem, profesorem Ferdinandem Sauerbruchem, najwybitniejszym
niemieckim chirurgiem, w najstarszym i największym szpitalu Berlina,
Charité, w dzielnicy Mitte. Z uwagi na jego wielkość i położenie w pobliżu dworca głównego trafiały tu najcięższe przypadki spośród
uciekinierów. Badając swe pacjentki, doktor Sauerbruch nie miała złudzeń
co do brutalnego zachowania żołnierzy Armii Czerwonej, gdy ogarniał ich
szał. Miała pewność, że gwałty nie są wytworem propagandy.
Margot Sauerbruch była przerażona liczbą prób samobójczych wśród
uciekinierów, w tym mnóstwa kobiet, które nie były napastowane czy
zgwałcone. Wiele z nich - przerażonych tym, co widziały bądź słyszały -
podcinało sobie żyły. Niektóre nawet próbowały zabić swoje dzieci. Nikt
nie wie, ile takich kobiet odebrało sobie życie. Doktor Sauerbruch
widziała tylko te, którym to się nie udało. Zdawało się nie ulegać
wątpliwości, że jeśli Rosjanie zdobędą Berlin, w mieście nastąpi fala
samobójstw.
Tak samo uważała większość innych lekarzy. Chirurg Günther Lamprecht z Wilmersdorfu zanotował w swym dzienniku, że "głównym tematem rozmów -
nawet wśród lekarzy - są sposoby popełnienia samobójstwa. Takie rozmowy
stały się nie do zniesienia".
Było to coś więcej niż tylko rozmowy, ludzie bowiem już planowali, jak
zadadzą sobie śmierć. W każdej dzielnicy pacjenci i przyjaciele oblegali
lekarzy, by się dowiedzieć, jak szybko popełnić samobójstwo, i poprosić
o receptę na truciznę. Kiedy zaś lekarze odmawiali, ludzie zwracali się
do znajomych aptekarzy. Tysiące przerażonych berlińczyków postanowiły,
że raczej odbiorą sobie życie, niż wpadną w ręce żołnierzy Armii
Czerwonej.
"Kiedy zobaczę pierwszy rosyjski mundur, popełnię samobójstwo" -
zwierzyła się dwudziestoletnia Christa Meunier swej przyjaciółce Juliane
Bochnik. Christa zdobyła już truciznę. Miała ją także koleżanka Juliane,
Rosie Hoffman, i jej rodzice. Hoffmanowie byli zupełnie załamani i nie
spodziewali się od Rosjan żadnej litości. Juliane wtedy jeszcze nie
wiedziała, że są spokrewnieni z Reichsführerem Heinrichem Himmlerem,
szefem Gestapo i SS, człowiekiem odpowiedzialnym za masowe mordowanie
milionów ludzi w obozach koncentracyjnych.
Preferowaną metodą samobójstwa było otrucie, głównie cyjankiem.
Poszukiwano zwłaszcza kapsułek KCB zawierających roztwór cyjanowodoru,
czyli kwasu pruskiego. Był on tak silny, że śmierć następowała prawie
natychmiast; nawet jego opary mogły zabić. Niektóre urzędy w Berlinie z iście germańską zapobiegliwością zgromadziły znaczne zapasy KCB.
Funkcjonariusze partyjni, wyżsi oficerowie i urzędnicy administracji
państwowej, a nawet niżsi rangą bez większych trudności mogli się
zaopatrzyć w truciznę dla siebie, swoich rodzin i przyjaciół. Także
lekarze, stomatolodzy i pracownicy laboratoriów mieli dostęp do
zabójczych pigułek czy kapsułek. Niektórzy nawet wzmacniali ich siłę
oddziaływania. Doktor Rudolf Hückel, profesor patologii na Uniwersytecie
Berlińskim, sława w dziedzinie patologii raka w tym mieście, do kapsułek
z cyjankiem dla siebie i żony dodał sól kwasu octowego. Gdyby przyszło
ich użyć, zapewnił ją, spowoduje ona, że trucizna zadziała jeszcze
szybciej.
Berlińczycy, którym nie udało się zdobyć szybko działającego cyjanku,
gromadzili barbiturany lub pochodne cyjanku. Znany komik Heinz Rühmann,
często nazywany niemieckim Dannym Keyem2, tak się bał o los
swojej pięknej żony, aktorki Herthy Feiler, i ich młodego syna, że na
wszelki wypadek schował w doniczce trutkę na szczury. Były ambasador
nazistowski w Hiszpanii, emerytowany generał porucznik Wilhelm Faupel,
zamierzał otruć siebie i żonę, przedawkowując lekarstwa. Generał
chorował na serce. W razie kłopotów z krążeniem brał środki zawierające
wyciąg z naparstnicy. Faupel wiedział, że przedawkowanie może spowodować
zapaść i szybki zgon. Odłożył nawet sporą ilość tego leku dla swych
przyjaciół.
Dla innych znowu najlepszym i najbardziej bohaterskim końcem wydawała
się szybka kula. Ale zadziwiająco dużo kobiet, przeważnie w średnim
wieku, wybrało najbardziej krwawy ze wszystkich sposobów - żyletkę. W rodzinie Ketzlerów w Charlottenburgu czterdziestodwuletnia Gertrud,
kobieta zazwyczaj pogodna, teraz nosiła w portmonetce żyletkę. Podobnie
jej siostra i teściowa. Żyletkę miała także przyjaciółka Gertrud, Inge
Rühling. Obie kobiety z niepokojem zastanawiały się, jak jej użyć, aby
spowodować pewną śmierć - przeciąć żyły w poprzek nadgarstka czy wzdłuż
przedramienia.
Zawsze też jednak istniała możliwość, że nie trzeba się będzie uciekać
do aż tak drastycznych środków. Większość berlińczyków wciąż żywiła
ostatnią nadzieję. W panicznym strachu przed Armią Czerwoną ogromna ich
większość, a zwłaszcza kobiety, rozpaczliwie pragnęła, żeby Berlin
zajęły wojska anglo-amerykańskie.
Dochodziło południe. Na tyłach frontu, w Brombergu, kapitan Siergiej
Iwanowicz Gołbow rozglądał się mętnym wzrokiem po dużym salonie
luksusowego mieszkania na drugim piętrze, które dopiero co "wyzwolił"
wraz z dwoma innymi korespondentami Armii Czerwonej. Wszyscy mieli już
dobrze w czubie. Co dzień jechali ze sztabu w Brombergu na odległy o dziewięćdziesiąt mil front, aby zebrać wiadomości, ale w tej chwili
panował tam spokój; niewiele będzie do relacjonowania, dopóki nie
rozpocznie się ofensywa berlińska. Teraz zaś, po całych miesiącach
przesyłania korespondencji z pierwszej linii frontu,
dwudziestopięcioletni Gołbow przyjemnie spędzał czas.
Stał z butelką w ręku, przyglądając się kosztownie urządzonemu
mieszkaniu. Na ścianach wisiały duże obrazy w bogato zdobionych
pozłacanych ramach, w oknach zaś atłasowe kotary. Meble obite były
brokatem. Podłogi zasłano grubymi perskimi dywanami, a w salonie i w sąsiedniej jadalni wisiały masywne żyrandole. Gołbow był przekonany, że
mieszkanie to musiał zajmować jakiś ważny nazista.
W jednym końcu salonu Gołbow dostrzegł uchylone małe drzwi. Otworzył je
kopniakiem i znalazł się w łazience. Na końcu sznura uwiązanego do haka
w ścianie wisiał trup jakiegoś nazistowskiego funkcjonariusza w galowym
mundurze. Gołbow przyjrzał mu się pobieżnie. Widział tysiące martwych
Niemców, lecz ten wisielec wyglądał jakoś głupio. Zawołał kolegów, ale
zbyt dobrze się bawili, żeby zwrócić na to uwagę. Obrzucali żyrandole i siebie nawzajem weneckimi kryształami.
Gołbow wrócił do salonu, zamierzając usiąść na długiej sofie, którą tam
zauważył, ale była już zajęta. Leżała na niej martwa kobieta w drogiej
sukni w greckim stylu, przepasanej sznurem z chwastami. Była młoda i starannie przygotowała się na śmierć. Włosy zaplotła w warkocze, które
opadały jej teraz na ramiona, ręce złożyła na piersiach. Gołbow,
ściskając butelkę, usiadł w fotelu i przypatrywał się jej. Za nim w jadalni rozbrzmiewał śmiech i słychać było brzęk tłuczonych kieliszków.
Kobieta mogła mieć jakieś dwadzieścia parę lat. Gołbow, sądząc po sinych
plamach na jej wargach, uznał, że prawdopodobnie zażyła truciznę.
Za sofą, na której leżała, stał stolik, a na nim oprawione w srebrne
ramki fotografie roześmianych dzieci z młodą parą, przypuszczalnie ich
rodzicami, oraz jakaś starsza para. Gołbow pomyślał o swojej rodzinie. W czasie oblężenia Leningradu jego matka i ojciec, na pół zagłodzeni,
próbowali ugotować zupę na czymś w rodzaju oleju przemysłowego. Oboje po
niej zmarli. Jeden z braci zginął w pierwszych dniach wojny. Drugi,
trzydziestoczteroletni Michaił, dowódca oddziału partyzanckiego, został
złapany przez SS, przywiązany do słupa i żywcem spalony. Ta leżąca na
sofie kobieta umarła spokojnie, nie męcząc się, pomyślał Gołbow.
Pociągnął duży łyk z butelki, zbliżył się do sofy i podniósł ciało.
Podszedł do okna. Za nim, w jadalni, wśród wybuchów śmiechu z hukiem
rozbił się na podłodze żyrandol. Gołbow też stłukł dużo szkła,
wyrzucając ciało dziewczyny przez zamknięte okno.
Nie widziałem ulotki Erenburga, ale czytało ją wiele osób, z którymi rozmawiałem. Ponadto nieraz mówi się o niej w oficjalnych dokumentach niemieckich, wspomnieniach wojennych i licznych opowiadaniach. Najpełniejszą wersję jej przekładu zawierają Memoirs admirała Dönitza, s. 179 [wyd. pol. 10 lat i 20 dni, "Finna" 1999 - przyp. red.]. Nie mam wątpliwości, że ta ulotka istniała. Ale podaję w wątpliwość tę wersję, ponieważ niemieckie tłumaczenia z rosyjskiego znane były z nieścisłości. Niemniej Erenburg pisał też inne rzeczy, równie złe, co każdy może stwierdzić, czytając jego prace, zwłaszcza te, które publikowali w czasie wojny po angielsku sami Sowieci w ośmiu tomach Soviet War News. Motyw "zabijajcie Niemców" pojawiał się u niego cały czas, najwyraźniej z pełną aprobatą Stalina. 15 kwietnia 1945 roku Erenburga oficjalnie skarcił szef propagandy, Aleksandrow, w bezprecedensowym artykule wstępnym radzieckiej gazety wojskowej "Krasnaja Zwiezda". Pisał on: "Towarzysz Erenburg popada w przesadę [...]. Nie walczymy z narodem niemieckim, tylko z Hitlerami tego świata". Taki zarzut zniszczyłby każdego innego radzieckiego pisarza, ale nie Erenburga. Wciąż jak gdyby nigdy nic uprawiał tę swoją propagandę, a Stalin przymykał na to oczy. W piątym tomie swych wspomnień Ludzie, lata, życie, wydanych w Moskwie w 1963 roku, Erenburgowi wygodniej było zapomnieć, do czego nawoływał w czasie wojny. Pisze on na s. 126: "W dziesiątkach artykułów powtarzałem, że nie powinniśmy, że nie wolno nam się mścić - nie jesteśmy przecież faszystami, ale ludźmi radzieckimi" [cyt. wg wyd. pol. w tłumaczeniu Wacławy Komarnickiej, "Czytelnik" 1984, s. 223 - przyp. tłum.]. Ale należy też powiedzieć, że - niezależnie od tego, co pisał Erenburg - nie było to gorsze od publikacji szefa nazistowskiej propagandy, Goebbelsa. O tym wielu Niemcom także wygodniej było zapomnieć. [wróć]
Słynny amerykański artysta kabaretowy, znany także z wielu komediowych ról filmowych (przyp. tłum.). [wróć]
4
Berlińczycy, którzy niemal codziennie wygrażali pięściami bombowcom,
przeważnie opłakując rodziny, krewnych czy przyjaciół zabitych podczas
nalotów lub na froncie, teraz z zapałem mówili o Brytyjczykach i Amerykanach nie jako o zdobywcach, lecz o wyzwolicielach. Była to
zadziwiająca zmiana nastawienia. Nastroje te dały ciekawe rezultaty.
Maria Köckler, mieszkająca w dzielnicy Charlottenburg, nie wierzyła, że
Amerykanie i Brytyjczycy pozwolą, aby Berlin wpadł w ręce Rosjan. Była
nawet zdecydowana pomóc aliantom zachodnim. Ta czterdziestopięcioletnia
posiwiała gospodyni domowa powiedziała przyjaciołom, że "gotowa jest
walczyć, aby powstrzymać czerwonych, póki nie przyjdą tu "Amis"".
Wielu berlińczyków wyzbyło się obaw, słuchając audycji BBC, i śledziło
przebieg każdej fazy walk na rozpadającym się froncie zachodnim niemal
tak, jak gdyby chodziło o postępy zwycięskiej armii niemieckiej
spieszącej na odsiecz Berlinowi. Margarete Schwarz, księgowa, co noc w przerwach między nalotami dokładnie nanosiła na mapę postępy
anglo-amerykańskiego natarcia w zachodnich Niemczech. Każda zdobyta mila
wydawała się jej kolejnym krokiem do wyzwolenia. Podobnie uważała
Liese-Lotte Ravene. W swym zastawionym rzędami książek mieszkaniu w Tempelhofie godzinami pieczołowicie zaznaczała ołówkiem na dużej mapie
ostatnie postępy Amerykanów, z niecierpliwością oczekując przyjścia
"Amis". Frau Ravene nawet nie chciała myśleć, co by się działo, gdyby
pierwsi przyszli Rosjanie. Była półinwalidką: biodra i prawą nogę miała
spięte stalowymi klamrami.
Tysiące mieszkańców stolicy Niemiec było święcie przekonanych, że "Amis"
pierwsi dotrą do Berlina. Ich wiara była niemal dziecinna - nieokreślona
i mglista. Frau Annemarie Hückel, żona lekarza, zaczęła drzeć
podniszczone nazistowskie flagi na bandaże, przewidując, że się
przydadzą, gdy dojdzie do wielkiej bitwy, której spodziewała się wraz z nadejściem Amerykanów. Mieszkająca w dzielnicy Charlottenburg
dwudziestoletnia Brigitte Weber, zaledwie od trzech miesięcy mężatka,
też była pewna, że przyjdą Amerykanie. Sądziła nawet, że wie, gdzie będą
stacjonować. Brigitte słyszała, że ich standard życia jest wysoki i że
lubią luksusowe rzeczy. Była gotowa się założyć, że wybrali zamożną,
willową dzielnicę Nikolasee, bo nie spadła na nią chyba ani jedna bomba.
Inni, licząc na najlepsze, przygotowywali się na najgorsze. Trzeźwo
myśląca Pia van Hoeven i jej przyjaciele Ruby i Eberhard Borgmannowie z ciężkim sercem doszli do wniosku, że tylko cudem Rosjanie pierwsi nie
zajmą Berlina. Toteż z radością przyjęli zaproszenie swego dobrego
przyjaciela, jowialnego, pucołowatego Heinricha Schellego, aby - gdy
rozpocznie się bitwa o miasto - przyłączyli się do niego i jego rodziny.
Schelle był właścicielem jednej z najsłynniejszych winiarni i restauracji w Berlinie, mieszczącej się na parterze pod mieszkaniem
Borgmannów. Aby przetrwać oblężenie, jedną ze swych piwnic zamienił w luksusowy schron, który wyposażył we wschodnie dywany, draperie i trunki. Żywności, poza ziemniakami i konserwami z tuńczyka, zgromadził
tam niewiele, za to w sąsiedniej piwnicy miał obfite zapasy wyborowych,
najrzadszych gatunków win niemieckich i francuskich, koniaku Hennessy i mnóstwo skrzynek szampana. "Czekając Bóg jeden wie na co - powiedział im
- możemy żyć przyjemnie". A potem dodał: "A gdy zabraknie wody, zawsze
będzie szampan".
Biddy Jungmittag, czterdziestojednoletnia matka dwóch młodocianych
córek, uważała, że cała ta gadanina o przyjściu Amerykanów i Anglików
jest - mówiąc jej słowami - "diabła warta". Ta Brytyjka z pochodzenia,
żona Niemca, znała nazistów aż nadto dobrze. Pięć miesięcy temu stracono
jej męża podejrzanego o przynależność do niemieckiego ruchu oporu.
Uważała, że naziści będą walczyć równie zaciekle z aliantami zachodnimi
jak z Sowietami i że wystarczy spojrzeć na mapę, aby stwierdzić, iż
Brytyjczycy i Amerykanie nie mają szans dotrzeć do Berlina pierwsi. A to, że stolicę Rzeszy zajmie Armia Czerwona, zbytnio jej nie trwożyło.
Była pewna, że Sowieci nie odważą się jej tknąć. Kierując się angielskim
zdrowym rozsądkiem, postanowiła pokazać pierwszemu napotkanemu
czerwonoarmiście swój stary brytyjski paszport.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki