Ostatnia batalia - C.J. Tudor

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Błędem byłoby powie­dzieć, że Beau Gra­in­ger miał nie­cie­kawe życie.

Żył spo­koj­nie, bez eks­cy­tu­ją­cych wyda­rzeń albo dra­ma­tów (naj­czę­ściej), ale także bez gory­czy czy uraz. Zawsze miesz­kał w nie­wiel­kim mie­ście na Ala­sce, w któ­rym przy­szedł na świat, i nie widział powodu, by się prze­pro­wa­dzać. Po jakimś cza­sie więk­szość miejsc staje się zna­joma, podob­nie jak ludzie.

Kochał dwie kobiety i poślu­bił jedną z nich. Wycho­wali trójkę dzieci i widzieli, jak zaczy­nają doro­słe życie. Czwarte zmarło jako nie­mowlę, nim po raz pierw­szy ode­tchnęło. Zabawne, ale Beau myślał o nim naj­czę­ściej. Zawsze marzymy o tym, czego nie możemy mieć. Taka jest natura ludzka.

Przed dzie­się­ciu laty żona Beau, Patri­cia, zacho­ro­wała na demen­cję. W tej chwili nie żyła już pra­wie od trzech lat. Kiedy zmarła, Beau pocho­wał nie­zna­jomą.

Teraz, w sie­dem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku życia, miał kilku dobrych przy­ja­ciół i żało­wał nie­wielu rze­czy. Czło­wiek roz­po­czy­na­jący ostatni etap swo­jej drogi nie może liczyć na wię­cej. Oprócz szyb­kiej, bez­bo­le­snej śmierci. Beau był zado­wo­lony. Na tyle zado­wo­lony, na ile można być zado­wo­lonym. Ale nawet taki męż­czy­zna jak Beau, nie­skłonny do intro­spek­cji albo sen­ty­men­ta­li­zmu, mie­wał dni, kiedy myślał za dużo.

Dziś był jeden z takich dni.

Bolały go stawy, co zda­rzało się cza­sami przy złej pogo­dzie. Kawa miała gorzki smak i nie pomógł nawet kie­li­szek whi­sky. Tele­wi­zja była nudna i nie mógł się sku­pić na lek­tu­rze. Nie potra­fił się uspo­koić.

Prze­cha­dzał się po salo­nie. Małym, przy­tul­nym, z wytar­tymi skó­rza­nymi fote­lami i dużym komin­kiem. Wisiały nad nim jego tro­fea.

Był myśli­wym. Kochał przy­rodę, lecz uwiel­biał rów­nież dresz­czyk emo­cji zwią­zany z zabi­ja­niem. Dobry myśliwy musi mieć mnó­stwo cier­pli­wo­ści. Beau jej nie bra­ko­wało. Obser­wo­wał, cze­kał na ide­alny moment do zada­nia ciosu. Jeśli ktoś chce naprawdę poznać bestię, musi spoj­rzeć jej w oczy w chwili śmierci.

Pod­szedł bli­żej do głów. Były ich trzy, zamon­to­wane na solid­nych drew­nia­nych pod­staw­kach wyko­na­nych przez Cala Bag­shawa (nie­spełna rok wcze­śniej zmar­łego na raka gar­dła).

Popa­trzył w szkli­ste oczy, dotknął pal­cem bla­dej, suchej skóry, musnął ostre, białe zęby.

-?Ugryź­cie mnie -?szep­nął i zachi­cho­tał. Nagle poczuł na szyi lodo­waty chłód.

"Okej, Beau. Ale pamię­taj, że pierw­sze ugry­zie­nie jest naj­głęb­sze".

Cof­nął się, a potem powie­dział sobie, że nie powi­nien być sta­rym głup­cem. Odwró­cił się w stronę okna. Na hory­zon­cie zebrały się czarne chmury. Biały śnieg przy­po­mi­nał ogromne zamar­z­nięte morze. Zbli­żała się zamieć, w powie­trzu uno­sił się dziwny, brzydki zapach. Beau czuł go już wcze­śniej, podob­nie jak lodo­waty dreszcz.

Wró­cili.

To się znowu zacznie.

2

Taksów­karz oka­zał się gadułą.

Świet­nie.

Bar­bara domy­ślała się, że o tej porze roku nie ma zbyt wielu klien­tów, więc łak­nie towa­rzy­stwa. Miesz­kał samot­nie. Praw­do­po­dob­nie od zawsze. Gęsta broda, koszula popla­miona jedze­niem, a do tego zapach świad­czący, że ma wszystko w nosie. Nie suge­ro­wała, że potrze­buje kobiety, by się nim zajęła. Nie, w żad­nym wypadku. Ale każdy potrze­buje kogoś, dla kogo mógłby się sta­rać. Bez tego można dość szybko przy­zwy­czaić się do wła­snego smrodu. Dobrze o tym wie­działa.

Według licen­cji miał na imię Alan.

-?Pro­szę mnie nazy­wać Al -?powie­dział z uśmie­chem. -?Wie pani, jak w pio­sence You Can Call Me Al.

Ski­nęła głową i rów­nież się uśmiech­nęła.

-?Dobrze.

Nie zno­siła tej pio­senki. Nie podo­bał jej się rów­nież srebrny krzy­żyk i róża­niec, które You Can Call Me Al powie­sił na lusterku wstecz­nym. Ale każdy ma prawo do swo­ich przy­zwy­cza­jeń.

Przez kilka następ­nych kilo­me­trów uni­kała odpo­wie­dzi na oczy­wi­ste pyta­nia. "Pierw­szy raz w tej oko­licy?" "Tak". "Turystka?" "Tak". Kłam­stwo, ale zaczął opi­sy­wać główne atrak­cje Deadhart. Lista była dość krótka, lecz roz­wo­dził się nad tym tema­tem przez pięć­dzie­siąt kilo­me­trów.

Dokoła widać było tylko lód i śnieg. Kra­jo­brazy Ala­ski zapie­rają dech w pier­siach, pomy­ślała Bar­bara. Jeśli ktoś lubi śnieg, lasy, góry, mnó­stwo śniegu, mnó­stwo lasów, mnó­stwo gór. Są ładne, jasne, ale jeśli ktoś w nich zabłą­dzi, w ciągu kilku minut zmie­nisz się w zamar­z­nięte zwłoki. Nie takie ładne.

Stłu­miła ziew­nię­cie. Wcze­sny lot z Nowego Jorku do Ancho­rage, dener­wu­jący lot tak­sówką powietrzną, a teraz pół­to­rej godziny jazdy zaśnie­żoną auto­stradą AK-3. Boże, dla­czego się na to zgo­dziła?

-?Jest pani naszym naj­lep­szym detek­ty­wem -?powie­dział Dec­ker.

-?A Edwards?

-?Ma rodzinę, w prze­ci­wień­stwie do pani.

-?Więc muszę jechać na Ala­skę, bo jestem samotna i bez­dzietna?

Dec­ker pochy­lił się do przodu i poło­żył na bla­cie biurka dło­nie o krót­kich, gru­bych pal­cach. Wyglą­dał jak brat Tuck z fil­mów o Robin Hoodzie. Był niskim, krę­pym męż­czy­zną z łysą głową oto­czoną wia­nusz­kiem wło­sów i twa­rzą, która wyglą­dała, jakby za chwilę miał doznać zawału serca. Został sze­fem Bar­bary ponad dzie­sięć lat wcze­śniej i w dal­szym ciągu nie była pewna, czy zna jej imię.

-?Chce pani, żebym panią pochwa­lił, Atkins? Powie­dział, że jest pani lep­sza od Edwardsa? Że jest pani naszą główną spe­cja­listką w tej dzie­dzi­nie?

-?To byłoby miłe, sir.

Dec­ker spoj­rzał na nią ze zło­ścią.

-?Zare­zer­wo­wa­li­śmy miej­sce w samo­lo­cie. Pro­szę nie zapo­mnieć zabrać czo­snek.

Odwró­cił się w stronę kom­pu­tera, dając do zro­zu­mie­nia, że roz­mowa dobie­gła końca.

Bar­bara wstała.

-?Dosko­nały dow­cip, sir. Mam go im podać na kola­cję?

-?Cie­szę się, że doce­nia pani dobre żarty.

Uśmiech­nęła się.

-?Z całym sza­cun­kiem, sir, cza­sami jest pan praw­dzi­wym dup­kiem.

Póź­niej wyszła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Kiedy się nad tym zasta­na­wiała, stwier­dziła, że została wysłana na Ala­skę z powodu swo­jego pogod­nego, miłego cha­rak­teru.

-?Deadhart nie odwie­dza wielu tury­stów. -?Al patrzył na nią w lusterku wstecz­nym. -?Cza­sami poja­wiają się Goci, foto­gra­fują się na tle nazwy mia­sta. Ale więk­szość nie zostaje tu długo. Wra­cają do Tal­ke­etny. Ale pani pla­nuje pew­nie dłuż­szy pobyt?

Domy­ślił się, kim jestem, pomy­ślała Bar­bara. Ni­gdy nie wolno lek­ce­wa­żyć tak­sów­ka­rzy, nawet w takiej dziu­rze. Wozili mnó­stwo ludzi. Potra­fią czy­tać w myślach.

-?Trudno powie­dzieć -?powie­działa. -?To zależy od sytu­acji.

Al ski­nął głową, odchrząk­nął.

-?Pomy­śla­łem po pro­stu... że przy­je­chała pani z powodu chło­paka.

Bar­bara stę­żała. Lokalny wydział poli­cji otrzy­mał pole­ce­nie, by przez pierw­sze czter­dzie­ści osiem godzin cze­kać na jej przy­jazd i ocenę, nie ujaw­nia­jąc infor­ma­cji o śmierci ofiary. Nie należy wywo­ły­wać zamie­sza­nia.

-?Jakiego chło­paka? -?spy­tała ostroż­nie.

Ich oczy spo­tkały się w lusterku. Dyn­dał na nim srebrny krzy­żyk.

-?Tego, który został zamor­do­wany -?odpo­wie­dział Al.

Okej. A zatem plotka już się roze­szła. Skoro Al roz­ma­wia o tym z pasa­że­rami, ozna­cza to, że wszy­scy już wie­dzą. Bar­bara powinna usta­lić, co wyszło na jaw. Zasta­na­wiała się, czy byłaby w sta­nie powstrzy­mać plotki. Naj­le­piej mówić szcze­rze. Albo przy­naj­mniej spra­wiać takie wra­że­nie.

-?Tra­fił pan -?wes­tchnęła. -?Jestem tu z powodu chło­paka. Co pan sły­szał?

Uśmiech­nęła się lekko do Ala. Był sprytny. Prze­chy­trzył ją. Teraz dawała mu oka­zję, by zdra­dził, co jesz­cze wie.

-?Pro­szę posłu­chać. -?Zni­żył lekko głos, choć byli sami w tak­sówce. - Wiem, że chce pani zacho­wać to w tajem­nicy. Nie jestem plot­ka­rzem, okej?

-?Dzię­kuję panu.

-?Wspo­mnia­łem o tym tylko dla­tego, że moja sio­stra Carol mieszka w Deadhart.

-?Rozu­miem.

-?Opo­wie­działa mi o chłopcu i wspo­mniała, że ma przy­le­cieć jakaś poli­cjantka, spe­cja­listka.

-?Tak.

-?To oczy­wi­ste, że nie mieszka pani w Deadhart, nie wożę tam wielu pasa­że­rów. Poza tym, bez urazy, wygląda pani jak poli­cjantka.

Rze­czy­wi­ście? Bar­bara zda­wała sobie sprawę, że nie jest kró­lową pięk­no­ści. Niska, tęga, z gru­bymi nogami i nosem, który wyczu­wał dobry stek z odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kro­ków. Miała w sobie coś solid­nego. Ludzie czę­sto ją tak opi­sy­wali. Dobra, stara, solidna Bar­bara. Kiedy skoń­czyła pięć­dzie­siąt lat, z każ­dym dniem sta­wała się coraz bar­dziej solidna. Wiek to nie tylko mądrość, lecz także nie­straw­ność i ela­styczne majtki.

-?No cóż, to prawda. Tra­fił pan w dzie­siątkę, ale była­bym wdzięczna, gdyby nikomu pan o tym nie wspo­mi­nał.

-?Och, w żad­nym wypadku. Zamie­rza pani zostać na długo?

Jechali pod górę. Po jej pra­wej stro­nie wzno­siły się strome wzgó­rza poro­śnięte ciem­nymi świer­kami i cien­kimi brzo­zami. Po lewej zie­mia opa­dała. Bar­bara widziała błysk wody w oddali. Rzeka Susitna. Prze­łknęła ślinę. Nie lubiła wzgórz ani wody.

-?To chyba zależy od tego, co odkryję -?powie­działa.

Zer­k­nęła w lusterko i zoba­czyła, że Al marsz­czy brwi.

-?Bez urazy, ale to chyba zupeł­nie jasne, co się stało.

-?Naprawdę? -?Nie zdo­łała się powstrzy­mać, w jej gło­sie zabrzmiała lekka iry­ta­cja.

-?Tak, pro­szę pani. Rozu­miem, dla­czego pani przy­je­chała. Musi pani zała­twić for­mal­no­ści, zamknąć sprawę. Ale każdy w mie­ście wie, że chło­paka zabił ktoś z kolo­nii. Nie twier­dzę, że zro­bili to celowo. Po pro­stu nie mogą się powstrzy­mać, ale to nie zmie­nia fak­tów. Młody chło­pak nie żyje.

Zmu­siła się do uśmie­chu.

-?Cóż, nie jestem osobą, która odfaj­ko­wuje punkty w for­mu­la­rzu, Al. Chcę po pro­stu zna­leźć sprawcę.

Mówił dalej, jakby jej nie sły­szał.

-?Niech pani posłu­cha. Nie jestem uprze­dzony, nie nie­na­wi­dzę ich. Żyj i pozwól żyć innym, to moja zasada. Wam­piry to zwie­rzęta. Kocham swo­jego psa, ale gdyby ugryzł dziecko, zastrze­lił­bym go bez waha­nia. Gdy tylko posma­kują krwi, wra­cają i chcą zdo­być jesz­cze wię­cej. Zawsze jest tak samo.

-?Zabiłby pan też szcze­nięta tego psa i całe stado? -?spy­tała Bar­bara.

-?Tak, gdy­bym nie wie­dział, który pies ugryzł dziecko.

Na lusterku koły­sał się krzy­żyk. Droga stała się stroma i nie­bez­pieczna. Bar­bara nagle wyczuła, że pod kołami tak­sówki znaj­duje się zlo­do­wa­ciały śnieg. Auto miało cięż­kie opony zimowe, przy­po­mi­nało raczej tere­nówkę, ale i tak z tru­dem dawało sobie radę. Jeden poślizg i sto­czą się do lodo­wa­tej rzeki. Nie chciała dener­wo­wać Ala, więc nie zaczęła z nim dys­ku­to­wać i ski­nęła głową.

-?Cóż, jestem pewna, że ma pan rację. Chcia­ła­bym pana o coś zapy­tać. Spę­dzę tu cały tydzień. Jeśli się okaże, że zostało tro­chę czasu do zabi­cia, co pana zda­niem powin­nam robić?

Uśmiech­nął się i znów zamilkł. Bar­bara doszła do wnio­sku, że woli, gdy odgrywa rolę prze­wod­nika. Usia­dła wygod­niej w fotelu, droga zaczęła biec w dół. Samo­chód jechał auto­stradą, a potem skrę­cił w węż­szą drogę. Po obu stro­nach rosły ciemne lasy. Zaczęło się ściem­niać. Spoj­rzała na zega­rek. Kwa­drans po trze­ciej. O tej porze roku na Ala­sce czę­sto jest ciemno. Na pół­nocy wkrótce zacznie się noc polarna: na ponad dwa mie­siące zapad­nie cał­ko­wity mrok. Nawet tutaj, w cen­tral­nej czę­ści stanu, Bar­bara mogła się spo­dzie­wać zale­d­wie pię­cio­go­dzin­nego dnia. Dla­tego osie­dliły się tu wam­piry. Latem zapa­dały w stan hiber­na­cji. Słońce by ich nie zabiło, ale nie czuły się dobrze. W regio­nie cen­tral­nym ciem­ność trwała dość długo, lecz latem nie­które kolo­nie prze­no­siły się na obszary mniej nasło­necz­nione.

Świa­tła tak­sówki oświe­tliły pro­wi­zo­ryczny drew­niany znak przy dro­dze: "Witamy w Deadhart. Liczba miesz­kań­ców -?673". Pod spodem jakiś dow­cip­niś dopi­sał: "ŻYWYCH".

Cie­kawe. Popu­la­cja, rzecz jasna, spa­dła teraz do sze­ściu­set sie­dem­dzie­się­ciu dwóch osób, pomy­ślała Bar­bara.

Samo­chód minął kolejny sze­roki zakręt, drzewa się prze­rze­dziły i w zasięgu wzroku poja­wiło się mia­sto.

-?Co to za...

Cho­ciaż był dopiero począ­tek listo­pada, Deadhart wyglą­dało jak w cza­sie Bożego Naro­dze­nia. Świa­tła, mnó­stwo świa­teł. Każdy budy­nek wzdłuż nie­wiel­kiej głów­nej ulicy był ozdo­biony festo­nami migo­cą­cych lam­pek cho­in­ko­wych. W oknach pło­nęły gwiazdy i krzyże. Drzewa ozdo­biono kolo­ro­wymi żarów­kami. Nie­któ­rzy miesz­kańcy wydali dużo pie­nię­dzy, zain­sta­lo­wali oświe­tlone reni­fery i miga­jące napisy "Weso­łych Świąt!". Co dziwne, znaj­do­wały się one obok ozdób na Hal­lo­ween, a także tra­dy­cyj­nych poroży jeleni i cza­szek zwie­rząt. Na dachu sklepu wie­lo­bran­żo­wego stał ogromny roz­świe­tlony Miko­łaj, który machał ręką w górę i w dół. Nie­które lampki były prze­pa­lone, więc wyda­wało się, że pociera sobie geni­ta­lia.

Bar­bara zamru­gała.

-?Wygląda na to, że w Deadhart panuje świą­teczny nastrój.

-?Świa­tło spra­wia, że ludzie czują się bez­pieczni -?powie­dział Al.

-?Wie­dzą, że sztuczne świa­tło nie odstra­sza wam­pi­rów, prawda?

-?To prawda, ale przy­naj­mniej pozwala widzieć, kto albo co się zbliża.

-?Chyba tak.

-?Gdzie mam panią wysa­dzić? -?spy­tał Al. -?Przy hotelu czy komen­dzie poli­cji?

-?Hm, może mnie pan zawieźć pro­sto na poli­cję...

Urwała. Al gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Bar­bara przy­gry­zła sobie język, rzu­cona do przodu i przy­trzy­mana przez pas bez­pie­czeń­stwa.

-?O kurwa! -?zaklął Al. Roz­legł się odgłos ude­rze­nia. Bar­bara unio­sła wzrok. Przez przed­nią szybę patrzył na nich chło­pak; miał bladą twarz, sze­roko otwarte oczy, przy­warł rękami do maski tak­sówki.

Nagle zerwał się na równe nogi, prze­szedł na czwo­ra­kach po dachu samo­chodu i zesko­czył z bagaż­nika. Al szybko otwo­rzył drzwi i krzyk­nął za nim:

-?Jeśli uszko­dzi­łeś mi auto, gów­nia­rzu, popa­mię­tasz!

Chło­pak znik­nął mię­dzy budyn­kami. Al pokrę­cił głową.

-?Prze­klęci smar­ka­cze.

Bar­bara wysia­dła tyl­nymi drzwiami.

-?Zra­ni­li­śmy go?

-?Widziała pani, jak zesko­czył z samo­chodu. Myśli pani, że byłby w sta­nie to zro­bić, gdy­by­śmy go zra­nili?

Jed­nak Bar­bara miała wra­że­nie, że sły­szała głu­chy odgłos. Przy­kuc­nęła i rozej­rzała się. W roz­mię­kłym śniegu lśniła kro­pla jaskra­wo­czer­wo­nej cie­czy. Krew. Wycią­gnęła dłoń i jej palce dotknęły cze­goś ostrego. Nie­rów­nego odłamka szkła. Bar­bara ostroż­nie go pod­nio­sła i spoj­rzała z powro­tem na tak­sówkę. Żad­nych uszko­dzeń. Ale na ziemi znaj­do­wały się szkło i krew.

-?Przy­się­gam, że go nie ude­rzy­li­śmy. -?Al wysiadł i sta­nął obok drzwi. Wyda­wał się zde­ner­wo­wany.

Bar­bara się wypro­sto­wała. Jej krę­go­słup wydał cichy chrzęst.

-?Zna pan tego chło­paka?

Pokrę­cił głową.

-?Pro­szę posłu­chać. Tutej­sze dzie­ciaki nie są złe, ale po pro­stu się nudzą. Cza­sami robią głup­stwa. Nar­ko­tyki. Alko­hol. -?Wzru­szył ramio­nami. -?Dzieci zawsze pozo­staną dziećmi -?dodał.

Bar­bara uśmiech­nęła się pojed­naw­czo.

-?Wszy­scy byli­śmy kie­dyś mło­dzi, prawda?

-?Jasne. -?Al się uspo­koił. Znowu usiadł za kie­row­nicą.

Uśmiech Bar­bary przy­bladł. W zamy­śle­niu spo­glą­dała w stronę, gdzie uciekł chło­pak. "Dzieci zawsze pozo­staną dziećmi". Może Al ma rację? Ale chło­pak nie wyglą­dał na pija­nego albo naćpa­nego.

Raczej śmier­tel­nie prze­ra­żo­nego.

3

Al zatrzy­mał się przed bia­łym drew­nia­nym budyn­kiem mię­dzy apteką a Roadho­use Grill (i hotelem).

Bar­bara zmarsz­czyła brwi.

-?Popro­si­łam o pod­wie­zie­nie na komendę.

-?To jest wła­śnie nasza komenda, pro­szę pani.

Bar­bara wyj­rzała przez okno tak­sówki i zauwa­żyła trudno czy­telny kar­to­nowy szyld z napi­sem: "Bur­mistrz Deadhart i Depar­ta­ment Poli­cji".

-?Zamó­wili nowy szyld -?wyja­śnił Al. -?Ten jest tylko tym­cza­sowy.

-?Co się stało ze sta­rym?

-?Ukra­dli go jacyś smar­ka­cze.

-?Rozu­miem.

Al się uśmiech­nął.

-?Wezmę pani bagaże.

Kiedy wyj­mo­wał walizkę, Bar­bara wysia­dła z tak­sówki. Przy­pływ adre­na­liny wywo­łany groźbą wypadku znik­nął i czuła chłód. Było tu zim­niej niż w Ancho­rage. Bra­ko­wało wyso­kich budyn­ków zapew­nia­ją­cych osłonę przed lodo­wa­tym, pół­noc­nym wia­trem, który nad­la­ty­wał znad rzeki i ciął skórę niczym milion żyle­tek. Niósł ten sam zna­jomy, nie­przy­jemny zapach. Świerk, stę­chła woda i ryby. Może odro­bina trawki? Na Ala­sce było to dozwo­lone. Nie widziała żad­nego otwar­tego okna, ale może ktoś pali w jed­nym z domów?

Zaczęła tupać nogami i kla­skać dłońmi odzia­nymi w ręka­wiczki. Nagle poczuła głód.

Al przy­niósł jej torbę.

-?Sto czter­dzie­ści dola­rów, pro­szę pani.

Sto czter­dzie­ści, naprawdę? -?pomy­ślała. W tak­sówce nie było licz­nika, a była pewna, że kobieta, u któ­rej zamó­wiła tak­sówkę, powie­działa, że kurs będzie kosz­to­wał sto dwa­dzie­ścia dola­rów. Ale miała za sobą długi dzień i nie była w nastroju do kłótni. Teraz, po przy­by­ciu do Deadhart, ogar­nęła ją zwy­kła nie­cier­pli­wość. Powinna się zabrać do roboty. Wyko­nać zada­nie, a potem się stąd wynieść. Może Al ma rację? Może musi po pro­stu wyko­nać ruty­nowe czyn­no­ści, a potem wybie­rze się na wycieczkę po oko­licy? Przy­szło jej to wcze­śniej do głowy, lecz uwa­żała ten sce­na­riusz za mało praw­do­po­dobny. Ni­gdy nie lubiła bier­no­ści. Oczy są zawod­nym narzę­dziem, mogą kła­mać. Aby naprawdę zro­zu­mieć jakieś miej­sce, trzeba w nim zamiesz­kać, poczuć jego zapach, kli­mat. Pobru­dzić sobie ręce.

Wyjęła bank­noty z port­fela i wrę­czyła Alowi trzy pięć­dzie­się­cio­do­la­rówki. Miejmy nadzieję, że to wystar­czy, żeby nie plot­ko­wał o jej przy­jeź­dzie.

Kiw­nął głową.

-?Dzię­kuję pani. Pro­szę do mnie zadzwo­nić, gdy będzie pani chciała wyje­chać. Niech pani obser­wuje pogodę. Jeśli zacznie się zamieć, tak­sówka powietrzna będzie uzie­miona. Zimą pociąg prze­jeż­dża przez Tal­ke­etnę tylko raz w mie­siącu, a główna droga szybko staje się nie­prze­jezdna. Może się oka­zać, że utknie tu pani na jakiś czas.

Cudow­nie. Bar­bara się rozej­rzała. Mimo świa­teł czuła przy­tła­cza­jącą obec­ność mroku. Jasne oświe­tle­nie głów­nej ulicy wyda­wało się pod­kre­ślać, że wokół roz­ciąga się pust­ko­wie. Surowe, dzi­kie lasy. Dzi­kie lasy. "Natura pożera nie­ostroż­nych" -?mawiał ojciec, zwy­kle po piwie albo sze­ściu piwach. "Musisz być pewna, że jesteś myśli­wym, nie ofiarą".

-?Wezmę to pod uwagę -?odpo­wie­działa. -?Mogę dostać fak­turę?

-?Jasne. -?Al wyjął z kie­szeni plik kar­tek i podał jej. -?Są in blanco - powie­dział i mru­gnął.

-?Dzięki. -?Uśmiech­nęła się, cho­ciaż wie­działa, że wpi­sze praw­dziwą kwotę. Była abso­lut­nie uczciwa. Taką miała naturę. Tu, na Ala­sce, naj­waż­niej­sza jest natura.

Poże­gnała się z Alem i patrzyła, jak odjeż­dża, z pew­no­ścią do nie­wiel­kiego domku, w któ­rym zje gotowy posi­łek, a póź­niej obej­rzy film porno i spu­ści się przed snem. A może nie? Może Al lubi goto­wa­nie, muzykę, książki? Może nawet nie ma tele­wi­zora? Może. Zga­dy­wa­nie, kim są ludzie, jest nie­bez­pieczne, ale cza­sami trudno się oprzeć intu­icji. Byłaby zdzi­wiona, gdyby Al nie ona­ni­zo­wał się wie­czo­rami przed tele­wi­zo­rem.

Odwró­ciła się i spoj­rzała na budy­nek komendy poli­cji. Wokół ram okien­nych wisiały lampki cho­in­kowe w kształ­cie wierz­ga­ją­cych reni­fe­rów prze­pla­tane minia­tu­ro­wymi dyniami. Całe mia­sto przy­po­mi­nało dzi­waczny obraz z filmu Mia­steczko Hal­lo­ween.

Przy­po­mniała sobie, że nie­wiel­kie mia­sta mie­wają swoje zwy­czaje. Trzeba się z tym pogo­dzić. Pod­nio­sła torbę i pode­szła do drzwi. Były zamknięte, więc naci­snęła dzwo­nek z boku. Nic. Spró­bo­wała ponow­nie, trzy­ma­jąc palec na guziku.

Z domo­fonu dobiegł ogłu­sza­jący trzask i stłu­miony kobiecy głos:

-?O cho­lera! -?Chwilę póź­niej: -?Biuro bur­mi­strza Deadhart i depar­ta­ment poli­cji. Czym mogę słu­żyć?

-?Eee... dzień dobry. Nazy­wam się detek­tyw Bar­bara Atkins. Pra­cuję w Depar­ta­men­cie Antro­po­lo­gii Kry­mi­na­li­stycz­nej Wam­pi­rów.

-?Och, dok­torka od wam­pi­rów. Pro­szę zacze­kać. Wpusz­czę panią. Niech pani wej­dzie.

"Dok­torka od wam­pi­rów". Bar­bara prze­wró­ciła oczami. Zapo­wia­dał się ciężki tydzień. Drzwi zabrzę­czały. Pchnęła je i weszła na krótki kory­tarz. Pokój po pra­wej prze­ro­biono na dwie nie­wiel­kie cele, w grun­cie rze­czy klatki z pry­czami.

Po lewej stro­nie znaj­do­wały się kolejne drzwi pro­wa­dzące do pomiesz­cze­nia, które -?jak przy­pusz­czała -?było biu­rem bur­mi­strza i sie­dzibą depar­ta­mentu poli­cji. Zauwa­żyła trzy biurka i kilka dużych segre­ga­to­rów na doku­menty. W pokoju pano­wała cia­snota.

Pośrodku stała niska, krępa kobieta. Wyglą­dała na rodo­witą miesz­kankę Ala­ski, z gęstymi, ciem­nymi wło­sami i fry­zurą na boba. Jakieś czter­dzie­ści pięć lat, oku­lary, kolo­rowa bluzka i dżinsy. Bar­bara domy­śliła się, że nie jest to sze­ryf Pete Nicholls. Kobieta wycią­gnęła rękę na jej widok.

-?Witam, detek­tyw Atkins! -?umil­kła i zmarsz­czyła brwi. -?Mam panią nazy­wać detek­tywem czy dok­to­rem?

Bar­bara uśmiech­nęła się i uści­snęła drobną dłoń kobiety.

-?Wystar­czy Bar­bara.

Była zarówno detek­ty­wem, jak i dok­to­rem. Dok­to­rem antro­po­lo­gii kry­mi­na­li­stycz­nej wam­pi­rów i detek­ty­wem wydziału zabójstw.

Kobieta uśmiech­nęła się sze­rzej.

-?Mów do mnie Rita.

-?Miło cię poznać, Rito.

Bar­bara poczuła do niej instynk­towną sym­pa­tię. Rita miała jasne, bez­po­śred­nie spoj­rze­nie i szczery uśmiech.

-?Pra­cu­jesz z sze­ry­fem Nichol­l­sem? -?spy­tała.

Na twa­rzy kobiety prze­mknął wyraz roz­ba­wie­nia.

-?W pew­nym sen­sie. Poma­gam. Cze­kamy na nowego funk­cjo­na­riu­sza, który wkrótce przy­je­dzie. Do tego czasu Pete ma tylko mnie.

-?Czyżby ktoś wzy­wał mojego imie­nia nada­remno?

Bar­bara się odwró­ciła. Z tyłu pokoju, gdzie znaj­do­wały się drzwi do nie­wiel­kiej kuchni, stał wysoki, chudy męż­czy­zna trzy­ma­jący fili­żankę kawy. Miał na sobie kra­cia­stą koszulę z pod­wi­nię­tymi ręka­wami i ciemne dżinsy. Krótko przy­cięte prze­rze­dzone włosy i schludny wąsik. Bar­bara domy­śliła się, że jest mniej wię­cej w jej wieku, ale w lep­szej for­mie. Instynk­tow­nie wcią­gnęła brzuch.

-?Sze­ryf Nicholls?

Pod­szedł i wycią­gnął gładką, lekko pie­go­watą rękę.

-?We wła­snej oso­bie. A pani to na pewno detek­tyw Atkins, ceniona spe­cja­listka od antro­po­lo­gii kry­mi­na­li­stycz­nej wam­pi­rów.

Uści­snęła mu dłoń.

-?Ale może mnie pan nazy­wać dok­torką od wam­pi­rów... -?Mru­gnęła do Rity.

Nicholls spoj­rzał na drugą kobietę.

-?Pro­szę, powiedz, że tego nie powie­dzia­łaś.

Rita zasło­niła usta dło­nią, uda­jąc prze­ra­że­nie.

-?Nic się nie stało. -?Bar­bara się uśmiech­nęła. -?Czę­sto to sły­szę. Wła­ści­wie to jedno z mil­szych prze­zwisk, jakie mi nadano.

Nicholls uśmiech­nął się z lek­kim przy­mu­sem.

-?Cóż, praw­do­po­dob­nie bywa­łem nazy­wany o wiele gorzej. -?Pod­szedł do biurka i posta­wił kawę. -?Zapa­rzyć pani fili­żankę? Tro­chę się pani roz­grzeje.

-?Byłoby świet­nie -?odpo­wie­działa Bar­bara.

-?Zaraz przy­go­tuję kawę -?ode­zwała się Rita. -?Jaką lubisz, Bar­baro?

-?Z mle­kiem i dwiema łyżecz­kami cukru.

-?Już się robi.

-?To wielki zaszczyt, że bur­mistrz Wil­liams parzy pani kawę -?powie­dział Nicholls do Bar­bary.

Bar­bara spoj­rzała na Ritę.

-?Jesteś bur­mi­strzy­nią?

Rita mach­nęła ręką.

-?Brzmi to dum­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści to przy­ziemna praca. Głów­nie papier­kowa robota, spraw­dza­nie, czy doku­menty są w porządku. Dba­nie o aktu­al­ność pozwo­leń na broń i higienę żyw­no­ści. Cza­sami poma­gam sze­ry­fowi i parzę nie­złą kawę.

Nicholls uniósł brwi.

-?Dla­czego ni­gdy nie parzysz dla mnie?

-?Jestem bur­mi­strzy­nią, kochany. -?Rita ode­szła, chi­cho­cąc pod nosem.

Nicholls pokrę­cił głową.

-?Kom­pletna wariatka, ale mia­sto ją kocha.

-?Rozu­miem dla­czego -?powie­działa Bar­bara. -?Wydaje się, że trudno jej nie lubić.

Usia­dła wygod­nie na fotelu i roz­pięła suwak obszer­nej kurtki. W biu­rze było cie­plej, ale nie gorąco.

Nicholls przyj­rzał jej się uważ­nie. Wymie­niła z nim tylko jed­nego krót­kiego mejla i nie wie­działa, czego się spo­dzie­wać. Sze­ryf praw­do­po­dob­nie myślał to samo.

-?Podróż była miła? -?spy­tał.

-?Zno­śna, sze­ry­fie -?umil­kła. -?Tak­sów­karz sły­szał o chłopcu...

-?Mar­cu­sie Ander­so­nie -?prze­rwał Nicholls. -?Miał na imię Mar­cus.

Bar­bara ski­nęła głową.

-?Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam, sze­ry­fie. Cho­dzi o to, że tak­sów­karz wie­dział. Podobno ma sio­strę w mie­ście.

Nicholls cmok­nął.

-?To pew­nie Al Hay­nes. Jego sio­stra ma na imię Carol. Pra­cuje w skle­pie z narzę­dziami. Tak, jest znana z plot­kar­stwa. Ale cóż, to nie­wiel­kie mia­sto. Ludzie gadają. Wła­śnie dla­tego mam nadzieję, że szybko to pani zała­twi.

Bar­bara poru­szyła się w fotelu.

-?Zro­bię, co w mojej mocy, sze­ry­fie.

Wes­tchnął.

-?Nie mie­li­śmy takiego zabój­stwa od dwu­dzie­stu pię­ciu lat...

Tym razem prze­rwała Bar­bara.

-?Z całym sza­cun­kiem, sze­ry­fie, moje zada­nie polega na tym, by usta­lić, jaki to rodzaj zabój­stwa.

Nicholls powoli ski­nął głową.

-?To prawda. Ale pro­szę mi pozwo­lić naświe­tlić tło. To spo­kojne mia­sto. Jasne, mamy nor­malne pro­blemy: alko­hol, nar­ko­tyki. Nie­które dzie­ciaki od czasu do czasu wpa­dają w kło­poty. Ale nie mie­li­śmy mor­der­stwa od śmierci syna Dane­sów... -?Bar­bara zauwa­żyła, że sze­ryf zaci­snął zęby.

-?To było ponad rok temu, po powro­cie kolo­nii, prawda?

-?Tak. Będę z panią szczery, od tam­tej pory całe mia­sto żyje w napię­ciu. Ludzie mar­twią się, zasta­na­wiają, czemu wró­cili. Dla­czego teraz? Zde­ner­wo­wa­nie nara­sta. Wielu ludzi nie ma ochoty cze­kać, aż pani zarzą­dzi odstrzał.

Bar­bara zało­ży­łaby się o wła­sny pie­go­waty tyłek, że to prawda. Mia­sta takie jak Deadhart zawsze uwa­żają, że prawo doty­czy innych, ale ich samych nie obo­wią­zuje.

-?Odstrzał to bar­dzo poważna decy­zja. Dla­tego zda­rza się tak rzadko. Mówimy o zgo­dzie na zabi­cie całej kolo­nii, męż­czyzn, kobiet, dzieci...

-?A ja mówię o bez­pie­czeń­stwie całego mia­sta, męż­czyzn, kobiet, dzieci. -?Wargi Nichol­lsa drgnęły. -?Prawo prze­wi­duje, że można zarzą­dzić odstrzał, gdy kolo­nia sta­nowi zagro­że­nie dla życia ludz­kiego...

-?Znam prze­pisy.

-?Zgi­nął młody chło­pak -?cią­gnął. -?Jego rodzice są zała­mani. Ludzie chcą spra­wie­dli­wej kary, nie­za­leż­nie od tego, kto ją wymie­rzy.

Bar­bara się naje­żyła.

-?Cóż, jestem pewna, że uświa­do­mił pan miesz­kań­com, że wła­dze są obec­nie o wiele mniej wyro­zu­miałe w kwe­stii nie­upraw­nio­nych odstrza­łów... zwłasz­cza jeśli biorą w nich udział nie­letni. Nie możemy pozwo­lić, żeby ludzie brali prawo w swoje ręce.

Nie zaszko­dzi dać Nichol­l­sowi do zro­zu­mie­nia, że odro­biła pracę domową. Wie­działa wszystko o mor­der­stwie Todda Danesa... i o jego następ­stwach.

Sze­ryf kiw­nął głową.

-?Po pro­stu przed­sta­wiam pani sytu­ację.

Bar­bara uwa­żała, że ma cał­kiem nie­złe poję­cie o sytu­acji, lecz ugry­zła się w język.

-?Nie był pan sze­ry­fem w chwili zabój­stwa Todda Danesa? -?spy­tała, posta­na­wia­jąc zmie­nić tak­tykę.

-?Nie. Był nim Jen­sen Tuc­ker. Potem zastą­pił go Ben Gra­ves, ale sześć lat temu prze­szedł na eme­ry­turę. Wtedy obją­łem sta­no­wi­sko.

-?Gdzie pan słu­żył wcze­śniej?

-?W Seat­tle.

Bar­bara unio­sła brwi.

-?Bar­dzo daleka podróż, pro­szę wyba­czyć ten komen­tarz.

-?Potrze­bo­wa­łem zmiany.

Cze­kała, ale nie roz­wi­nął tematu.

-?A pani? -?spy­tał.

-?Ja?

-?Jak zaczęła pani pra­co­wać w tej... dzie­dzi­nie?

Na szczę­ście nie musiała odpo­wia­dać. Ura­to­wało ją przy­by­cie Rity.

-?W porządku, kochani. Spe­cjal­ność pani bur­mistrz dla pani detek­tyw. - Rita uśmiech­nęła się i posta­wiła na biurku kubek kawy. Bar­bara poczuła słodki, aro­ma­tyczny zapach.

-?Do licha... Naprawdę ład­nie pach­nie.

-?Ni­gdy nie kła­mię... cóż, w każ­dym razie nie o kawie. -?Rita znowu gło­śno się roze­śmiała. Potem przyj­rzała im się uważ­nie. -?Domy­ślam się, że chce­cie poroz­ma­wiać o spra­wach zawo­do­wych, więc koń­czę na dzi­siaj. Reszta może pocze­kać do jutra.

-?Nie musisz wycho­dzić -?powie­dział Nicholls. -?Jestem pewien, że detek­tyw Atkins chcia­łaby odwie­dzić swój pokój i umyć się... Oczy­wi­ście po kawie.

-?Tak naprawdę wola­ła­bym poroz­ma­wiać -?wtrą­ciła Bar­bara. -?Mówił pan, że chce szybko zakoń­czyć śledz­two.

Nicholls lekko się uśmiech­nął.

-?To prawda.

Rita się roz­pro­mie­niła.

-?Przy­pusz­czam, że świet­nie się doga­da­cie.

Bar­bara się­gnęła po kubek.

-?Och, sze­ryf i ja dobrze się rozu­miemy, prawda?

Nicholls miał kamienne spoj­rze­nie.

-?Tak.

Dziew­czyna sie­działa w swoim pokoju. Cze­kała. Słu­chała. Była głodna; ostat­nio czę­sto się to zda­rzało. Przy­zwy­cza­iła się igno­ro­wać nie­ustanne ssa­nie w żołądku. Pory­waczka dawała jej mało poży­wie­nia.

Drzwi były zamknięte. Było tylko jedno małe, zakra­to­wane okienko ze szkłem poma­lo­wa­nym na czarno. Dziew­czy­nie to nie prze­szka­dzało. Było to konieczne. Pory­waczka powie­siła nad oknem różową roletę z tań­czą­cymi jed­no­roż­cami, żeby pomiesz­cze­nie nie wyglą­dało jak cela.

Zapew­niła jej wiele roz­ry­wek: radio, stary gra­mo­fon, tele­wi­zję kablową i magne­to­wid. Dziew­czyna miała regał pełen ksią­żek w mięk­kich opra­wach i rower tre­nin­gowy do ćwi­czeń. A nawet wła­sną łazienkę z dużym prysz­ni­cem.

Pory­waczka nie była potwo­rem. Kochała ją. Powta­rzała to codzien­nie.

Cho­dziło tylko o jej dobro. Nale­żało ją chro­nić. Rozu­miała to, prawda?

Tak, rozu­miała.

Nie, nie rozu­miała.

Pode­szła do regału z książ­kami. Jej gust czy­tel­ni­czy zmie­niał się przez lata -?naj­pierw kla­syka, potem kry­mi­nał, science fic­tion, hor­ror, lite­ra­tura, poezja. Poznała więk­szość gatun­ków lite­rac­kich, a nawet pró­bo­wała sił w pisa­niu. Ale trudno jej było prze­ka­zać swoje emo­cje na papie­rze. Wyda­wało się, że zna za mało słów, by opi­sać to, co czuje. Teraz bar­dziej inte­re­so­wała ją lite­ra­tura naukowa. Książki o reli­gii, filo­zo­fii, dzieła ana­li­zu­jące duszę, psy­chikę. Pory­waczka zachę­cała ją do takich lek­tur. Mówiła, że to dobre przy­go­to­wa­nie do dnia, gdy wróci do świata. Dziew­czyna nauczyła się także kilku języ­ków, w tym łaciny. Umysł nie ma dna. Ni­gdy nie można go wypeł­nić.

Znowu usia­dła na łóżku.

Nie inte­re­so­wały jej dziś książki, pro­gramy tele­wi­zyjne ani gry.

Nie cho­dziło tylko o kłu­jący ból w żołądku.

Poja­wiło się coś nowego, a jed­nak sta­rego. Pra­wie zapo­mnia­nego.

Poczu­cie, że nie jest sama.

Cichy szept w umy­śle.

Zapach, mro­wie­nie w kościach.

Ktoś się zbli­żał.

I podob­nie jak ona, był głodny.

4

-?Dla­czego nie powie mi pani tego, co już pani wie?

Nicholls otwo­rzył szu­fladę i poło­żył na biurku kilka postrzę­pio­nych teczek. Nowo­cze­sne archi­wum poli­cyjne. Cóż, Bar­bara też była sta­ro­świecka. Miała smart­fon i lap­topa, ale sta­rego i kosz­mar­nie powol­nego. Uży­wała komórki tylko do roz­mów i ese­me­sów.

Usia­dła wygod­nie, trzy­ma­jąc w rękach kubek.

-?Szcze­rze mówiąc, chcia­ła­bym to usły­szeć pro­sto z pań­skich ust.

Nicholls otwo­rzył jedną z teczek. Bar­bara popi­jała kawę. Pozwo­liła mu pano­wać nad sytu­acją i wyczu­wała, że Nicholls to lubi. Nie miała nic prze­ciwko temu. Na razie.

-?Mar­cus Ander­son, pięt­na­ście lat, wyszedł z domu w pią­tek dzie­sią­tego listo­pada. Nie wró­cił na noc. Jego rodzice nie mar­twili się zbyt­nio, ponie­waż powie­dział, że może zostać w domu przy­ja­ciela, Ste­phena Gar­retta. Kiedy następ­nego ranka się nie poja­wił, jego matka zaczęła się tro­chę nie­po­koić. Wysłała mu ese­mesa. Brak odpo­wie­dzi. Następ­nie zadzwo­niła do matki Ste­phena, która powie­działa, że Mar­cus u nich nie noco­wał. Ste­phen oświad­czył, że ostatni raz widział Mar­cusa około dzie­wią­tej wie­czo­rem. Był z innym chłop­cem, Jaco­bem Bel­lem, w sta­rej cha­cie myśliw­skiej w lesie. Zagląda tam wiele dzie­cia­ków. Piją, palą i... cóż, domy­śla się pani.

-?Rozu­miem. -?Bar­bara umil­kła. -?I tam go pan zna­lazł?

Nicholls ski­nął głową i wyjął kilka zdjęć. Miej­sce zbrodni.

Przyj­rzała się foto­gra­fiom. Chło­pak był chudy, kości­sty. Była to pierw­sza rzecz, jaką zauwa­żyła. Naj­wy­raź­niej zaczął szybko rosnąć i reszta ciała nie nadą­żała. W tym wieku muszą mnó­stwo jeść, by utrzy­mać wagę. Leżał z roz­rzu­co­nymi rękami i nogami na brud­nej drew­nia­nej pod­ło­dze chaty, ubrany tylko w dżinsy i bluzę od dresu. Spod dżin­sów wysta­wały białe łydki i postrzę­pione skar­petki. Jeden but się zsu­nął. Bar­bara prze­łknęła ślinę. Nale­ża­łoby obcią­gnąć nogawkę, by ogrzać chło­paka, ale od dawna był mar­twy.

Przyj­rzała się jego szyi, poszar­pa­nej skó­rze i chrząst­kom. Twarz i górną część bluzy pokry­wała krew, lecz było jej sto­sun­kowo nie­wiele jak na taką ranę gar­dła. Krew powinna być wszę­dzie. Na ubra­niu, na deskach pod­łogi. Ale znik­nęła. Co suge­ro­wało, że została usu­nięta albo wypita.

Raport był praw­dziwy. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dało to na mor­der­stwo doko­nane przez kolo­nię.

"Popatrz jesz­cze raz, Bar­baro" -?usły­szała głos Susan. "Myślisz, że się przyj­rza­łaś, ale to nie­prawda. Po pro­stu zer­k­nę­łaś. Teraz przyj­rzyj się dokład­nie".

Zało­żyła oku­lary i zaczęła po kolei oglą­dać foto­gra­fie. Tym razem sku­piła uwagę na oto­cze­niu Mar­cusa. Kilka przed­mio­tów na pod­ło­dze zostało ozna­czo­nych nume­rami jako dowody rze­czowe. Pół tuzina nie­do­pał­ków, trzy puszki piwa, tele­fon komór­kowy leżący obok ręki chło­paka i coś jesz­cze.

-?Co to takiego? -?spy­tała, wska­zu­jąc nie­wielki różowy przed­miot.

Nicholls się­gnął do szu­flady, która wyda­wała się zastę­po­wać szafkę na dowody rze­czowe, i wyjął prze­zro­czy­stą torebkę foliową.

Bar­bara wzięła ją i zaj­rzała do środka. Mały, poszar­pany kawa­łek różo­wego pla­stiku. Zmarsz­czyła brwi. Nie potra­fiła okre­ślić, co to takiego. Wyglą­dał jak ode­rwany frag­ment jakie­goś przed­miotu.

-?Jakieś hipo­tezy? -?spy­tał Nicholls.

-?Cóż, ode­rwany kawa­łek pla­stiku.

-?Tak. Zabez­pie­czy­łem go, ale nie jestem pewien, czy ma jakieś zna­cze­nie. Mógł tam leżeć od dłuż­szego czasu.

-?Może, choć wydaje się czy­sty. Reszta chaty jest brudna. Ale zga­dzam się z panem: to może być przy­pa­dek.

Mimo to takie dro­bia­zgi czę­sto mie­wają zna­cze­nie. Bar­bara wyjęła notes i napi­sała: "Różowy pla­stik?".

-?Zapa­rzę sobie następną kawę -?powie­dział Nicholls. -?Pro­szę zadzwo­nić, gdyby mnie pani potrze­bo­wała.

-?Dobrze.

Znowu spoj­rzała na zdję­cia. Wokół ciała Mar­cusa nie było krwi, ale sprawca musiał zostać zalany krwią. Tęt­nica szyjna to gej­zer. Musiałby zmie­nić ubra­nie. Zro­biła jesz­cze kilka nota­tek. Pomy­ślała, że jest jesz­cze jeden pro­blem zwią­zany z ubra­niem.

Popa­trzyła na Mar­cusa. Nie­bie­ska bluza od dresu, dżinsy, skar­petki i buty. Ale żad­nej kurtki. Nasto­latki prze­sia­dy­wały w nocy w sta­rym domku myśliw­skim. Tem­pe­ra­tura musiała wyno­sić co naj­mniej minus pięć stopni. Żad­nej kurtki. Więc gdzie się podziała?

Do pokoju wró­cił Nicholls.

-?Zna­leź­li­ście jego kurtkę? -?spy­tała.

-?Co?

-?Kurtkę Mar­cusa. Nie ma jej na sobie na zdję­ciach.

Nicholls odsta­wił kawę.

-?Nie. Nie zna­leź­li­śmy kurtki.

-?Ach...

-?Ach?

Spoj­rzała na niego.

-?No cóż, musiał mieć kurtkę. Pyta­li­ście jego rodzi­ców, przy­ja­ciół?

Nicholls wyda­wał się ziry­to­wany.

-?Oczy­wi­ście. Tak, miał kurtkę. Firmy North Face. Szarą, zupeł­nie nową.

-?Więc gdzie ona jest? -?naci­skała Bar­bara.

-?Przy­pusz­czam, że sprawca musiał ją zabrać. Może na pamiątkę?

Bar­bara zmarsz­czyła brwi. Coś się w tym wszyst­kim nie zga­dzało. Jeśli zabój­stwa doko­nała kolo­nia, zostało popeł­nione z wście­kło­ści, pożą­da­nia, głodu. Wam­piry nie zabie­rają pamią­tek. Zdo­byli wszystko, czego potrze­bo­wali.

-?Niech pan opo­wie o pozo­sta­łych chłop­cach -?popro­siła.

Nicholls zaci­snął zęby.

-?Oni tego nie zro­bili.

Zaprze­cze­nie było zbyt szyb­kie. Bar­bara uśmiech­nęła się uprzej­mie i się­gnęła po kawę.

-?Nie powie­dzia­łam, że zro­bili, sze­ry­fie. Chcia­ła­bym po pro­stu cze­goś się o nich dowie­dzieć.

Spoj­rzał na nią nie­pew­nie i znowu wes­tchnął.

-?Ste­phen to typowy nasto­la­tek. Inte­li­gentny, ale łatwo się nudzi. Jego rodzice pro­wa­dzą firmę tury­styczną. Matka, Jess, dora­stała w Deadhart. Dan, ojciec, prze­pro­wa­dził się z Kanady. Zabiera tury­stów na wycieczki po parku naro­do­wym. Cza­sami Ste­phen mu towa­rzy­szy.

-?Więc Ste­phen dobrze zna ten rejon?

-?Chyba tak. Mie­wał drobne kło­poty, ale który nasto­la­tek ich nie ma? To, co zwy­kle: pijań­stwo, a kie­dyś wdał się w bójkę z innym dzie­cia­kiem. Ale nie jest mor­dercą.

Ja to oce­nię, pomy­ślała Bar­bara. Z jej doświad­cze­nia wyni­kało, że jeśli kogoś przy­ła­pano na jed­nym wykro­cze­niu, ma na kon­cie pół tuzina innych, o któ­rych nikt nie wie. Choć w każ­dej gru­pie jest kozioł ofiarny. Chło­pak, który zadał ostatni cios, gdy przy­je­chała poli­cja, albo zaczął rzy­gać. Musi poroz­ma­wiać ze Ste­phe­nem, by się zorien­to­wać, kim jest.

-?A drugi przy­ja­ciel, Jacob Bell? -?spy­tała.

Nicholls odchrząk­nął.

-?Prze­pro­wa­dził się do mia­sta z ojcem jakieś dzie­więć mie­sięcy temu.

-?Bez matki?

-?Rodzice się roz­wie­dli.

-?Dla­czego wła­śnie do Deadhart?

-?Jego ojciec, Nathan Bell, wycho­wał się w tej oko­licy.

Bell. Bar­bara pomy­ślała, że nazwi­sko brzmi zna­jomo.

-?To jeden z przy­ja­ciół Todda Danesa?

-?Tak. Ale nie przy­wią­zy­wał­bym do tego zbyt wiel­kiej wagi. To małe mia­steczko, a zabójca Todda się przy­znał. Nie ma wąt­pli­wo­ści, co stało się z Tod­dem.

Tak, pomy­ślała Bar­bara. Śmierć Todda została wyja­śniona, lecz były wąt­pli­wo­ści, co się stało póź­niej.

-?Pro­szę posłu­chać -?cią­gnął Nicholls. -?Szcze­rze mówiąc, nie prze­pa­dam za Natha­nem Bel­lem. Za dużo pije, nie obcho­dzi go, czy Jacob cho­dzi do szkoły albo ma czy­ste ubra­nia, ale to nie wina Jacoba.

Bar­bara ski­nęła głową, lecz zano­to­wała w pamięci uwagę sze­ryfa.

-?Nikt nie wybiera sobie rodzi­ców, prawda?

-?Tak.

-?A co z rodzi­cami Mar­cusa?

-?Porządni ludzie. Pro­wa­dzą sklep. Są teraz u krew­nych w Tal­ke­et­nie. Mar­cus był jedy­na­kiem.

-?Muszę z nimi poroz­ma­wiać.

-?Wiem. Powinni wró­cić za dzień lub dwa.

Bar­bara kiw­nęła głową. Roz­mowa nie spra­wiała jej przy­jem­no­ści, ale była konieczna. Przy­szło jej do głowy coś innego.

-?Rodzice Todda Danesa cią­gle miesz­kają w Deadhart?

Nicholls zaprze­czył.

-?Sły­sza­łem, że wkrótce po mor­der­stwie prze­pro­wa­dzili się do Fair­banks z jego młod­szą sio­strą. Chcieli zacząć wszystko od nowa. -?Spoj­rzał zna­cząco na Bar­barę. -?Jeśli naprawdę można zacząć życie od nowa z pro­chami syna w walizce.

Jasne i pro­ste, pomy­ślała Bar­bara.

-?Okej -?powie­działa ener­gicz­nie. -?A zatem Ste­phen i Jacob ostat­nio widzieli Mar­cusa około dwu­dzie­stej pierw­szej?

-?Tak. Mar­cus wra­cał z nimi do domu, gdy przy­po­mniał sobie, że zosta­wił w cha­cie komórkę, i posta­no­wił po nią wró­cić.

-?Nie poszli z nim?

-?To chło­paki. Nie trzy­mają się razem tak jak dziew­czyny.

-?Cóż, dziew­czyny nie musia­łyby trzy­mać się razem, gdyby nie chło­paki, sze­ry­fie. -?Bar­bara mówiła dalej, nim zdą­żył odpo­wie­dzieć. -?Więc mamy tylko ich zezna­nie, że Mar­cus żył, kiedy go zosta­wili?

Nicholls prze­wró­cił oczami.

-?Sądzi pani, że nie bra­li­śmy pod uwagę innych moż­li­wo­ści? Bójka, awan­tura po pijaku. Gdyby tak było, z całym sza­cun­kiem... nie byłoby pani tutaj.

-?Wolno spy­tać, dla­czego jest pan taki pewny, sze­ry­fie?

Nicholls znowu się­gnął do szu­flady i wyjął następną torebkę z prze­zro­czy­stego pla­stiku. Bar­bara widziała, że znaj­duje się w niej tele­fon komór­kowy.

-?Tele­fon Mar­cusa?

Sze­ryf uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem. Celowo zacho­wał to na koniec, pomy­ślała. Sta­rał się spra­wić jej przy­jem­ność, gdy zada­wała pyta­nia.

Pchnął tele­fon po bla­cie w jej stronę.

-?Dowód na to, że zabój­stwa doko­nała kolo­nia.

5

Film był ciemny i ziar­ni­sty. Trwał nie­spełna minutę, choć wyda­wało się, że dłu­żej. Zaczął się od widoku brud­nej pod­łogi chaty. Mar­cus musiał chwy­cić komórkę w chwili ataku. Może ostat­nia próba zare­je­stro­wa­nia tego, co się stało? Jakimś cudem udało mu się obró­cić tele­fon i Bar­bara zoba­czyła postać sto­jącą na czwo­ra­kach i przy­gnia­ta­jącą go do ziemi.

Nie dawało się okre­ślić, czy to męż­czy­zna, czy kobieta. Było zbyt ciemno, a postać miała na sobie czarny strój. Dżinsy, bluzę z kap­tu­rem. Nie wyda­wała się duża, ale wam­piry są silne.

Mar­cus sza­mo­tał się i wal­czył. Postać unio­sła głowę. Bar­bara zauwa­żyła ostre, białe kły, które dotknęły szyi chło­paka. Krzyk­nął. Poczuła, że zabiło jej serce. Musiał wypu­ścić komórkę, bo teraz widziała tylko pod­łogę i część ściany. Znowu krzyk­nął. Sta­tyczny obraz trwał jesz­cze kilka sekund. Póź­niej nagle znik­nął.

Dowód. Tak to nazwał Nicholls (a jej szef, ten skur­wy­syn Dec­ker, jej o tym nie wspo­mniał).

Ale nie była wcale pewna.

Przede wszyst­kim kto zatrzy­mał nagry­wa­nie? Mar­cus, w chwili ago­nii? Zabójca? W takim razie dla­czego nie zabrał tele­fonu?

Coś się nie zga­dzało. Coś nie paso­wało.

-?Muszę to jesz­cze raz dokład­nie prze­ana­li­zo­wać -?powie­działa.

-?Niech się pani nie śpie­szy -?odparł z zado­wo­le­niem. -?Jutro może pani obej­rzeć zwłoki. Mam nadzieję, że to pani wystar­czy.

Może tak, może nie.

Bar­bara nie mogła zabrać tele­fonu, więc przed wyj­ściem z gabi­netu Nichol­lsa wgrała film do lap­topa. Póź­niej poje­chała do Roadho­use Grill and Hotel.

Podej­rze­wała, że hotel sta­nowi doda­tek do restau­ra­cji, i potwier­dzał to wygląd pokoju. Nie wyda­wał się zły. Naj­lep­szym okre­śle­niem byłoby "dzi­waczny". Sko­śny sufit spra­wiał, że nale­żało się schy­lić, by wejść do zapad­nię­tego dwu­oso­bo­wego łóżka. Miał wspólną łazienkę z sąsied­nim poko­jem, jed­nym z dwóch w tak zwa­nym hotelu, a stary prysz­nic gul­go­tał jak indor. Ale prze­ście­ra­dła oka­zały się czy­ste i wypra­so­wane, a pat­chwor­kowa koł­dra przy­po­mi­nała Bar­ba­rze bab­cię. Gospo­da­rze zosta­wili nawet tro­chę kawy i mleka.

Młoda dziew­czyna, która zapro­wa­dziła ją do pokoju, dała jej bre­lok z dwoma klu­czami. "Jeden jest do pokoju, a drugi do drzwi wej­ścio­wych. Roadho­use Grill jest czynny od dzie­sią­tej. Nie poda­jemy śnia­dań, ale kawiar­nia po dru­giej stro­nie ulicy działa od ósmej".

Bar­bara noco­wała w gor­szych miej­scach. Znacz­nie gor­szych.

Restau­ra­cja była dokład­nie taka, jak się spo­dzie­wała. Odwie­dzała takie same w kil­ku­na­stu róż­nych sta­nach w całej Ame­ryce. Bar po pra­wej, stoły na środku i boksy po lewej. Na ścia­nach wisiały zabyt­kowe strzelby myśliw­skie, głowy zwie­rząt oraz stare zdję­cia mia­sta i jego miesz­kań­ców. Za barem znaj­do­wały się inne pamiątki. Duże krzyże, osi­nowe kołki i pudełko dłu­gich, pożół­kłych kłów. Dys­try­bu­tory piwa miały uchwyty wyko­nane z kości ramie­nia. Domy­ślała się, że to zabytki. Nie były nie­le­galne. Po pro­stu nie­smaczne.

Ale nie były to kosmo­po­li­tyczny Nowy Jork ani libe­ralna Kali­for­nia, gdzie cza­sami wie­szano na ścia­nach pamiąt­kowe stryczki albo kap­tury Ku Klux Klanu, co ucho­dziło za żart. Mia­sta takie jak Deadhart miały swoją spe­cy­fikę. Nie­któ­rzy mogliby je nazwać zaco­fa­nymi; z upo­rem trzy­mały się tra­dy­cji. W końcu się zmie­nią, dosto­sują do współ­cze­sno­ści, ale miesz­kańcy gar­dzili postę­pem.

Dobrze przy­naj­mniej, że menu w Roadho­use Grill nie było zbyt odra­ża­jące (choć poda­wano tro­chę za dużo mięsa dzi­ków i reni­fe­rów). Potrawy wyno­szone z kuchni miały ape­tyczny zapach. Bar­bara ukryła się w odosob­nio­nym bok­sie w rogu, po czym zamó­wiła che­ese­bur­gera, frytki i duże piwo od tej samej mło­dej dziew­czyny, która poka­zała jej pokój. Miała około dzie­więt­na­stu lat, fio­le­towe włosy ogo­lone z jed­nej strony i była ubrana w koszulkę z logo zespołu Pearl Jam oraz podarte dżinsy ("postęp"). Naj­pierw przy­nio­sła piwo, a Bar­bara wypiła łyk i puściła film w lap­to­pie.

Nicholls nie zapro­po­no­wał, że zje z nią kola­cję; Bar­bara domy­ślała się, że nie cho­dziło tylko o to, że chce pozwo­lić jej się "zado­mo­wić". Była out­si­derką, nowi­cjuszką. Nie chciał nawią­zy­wać z nią zbyt bli­skich rela­cji. Obec­ność Bar­bary w Deadhart była nie­miłą koniecz­no­ścią. Przy­naj­mniej w tej kwe­stii się zga­dzali.

Bar był w poło­wie pełny. Miej­scowi. Nie był to sezon tury­styczny ani mia­sto tury­styczne. Nie takie jak Tal­ke­etna czy Fair­banks. Bar­bara spo­strze­gła star­szą parę w innym bok­sie, rodzinę z dwójką dzieci przy więk­szym okrą­głym stole i zwra­ca­jącą uwagę kobietę z siwymi wło­sami sie­dzącą naprze­ciwko nasto­latki ubra­nej w tra­dy­cyjną nie­bie­ską sukienkę; zaj­mo­wały miej­sca przy sto­liku dla dwóch osób. Na stoł­kach przy barze sie­działo kilku star­szych męż­czyzn. Wszy­scy unie­śli głowy, gdy weszła. Nie­któ­rzy ukrad­kiem, inni jaw­nie. Bar­bara nie wyróż­niała się zbyt­nio w tłu­mie, co było korzystne w jej pracy, ale tu rów­nie dobrze mogłaby wbiec i zatań­czyć kan­kana w try­ko­cie obszy­tym ceki­nami, z boa z piór. Jeden z gości sie­dzą­cych przy barze mruk­nął coś pod nosem, kiedy prze­cho­dziła. Była pewna, że nie był to kom­ple­ment.

Ski­nęła uprzej­mie głową.

-?Dobry wie­czór.

Skrzy­wił się, uniósł drinka, wypił go, po czym trza­snął szkla­neczką w bar. Kla­syczny pokaz tok­sycz­nej męsko­ści, pomy­ślała Bar­bara. Nie zdzi­wiła się zbyt­nio, gdy wstał i tro­chę nie­pew­nie pod­szedł do jej sto­lika. W jakiś spo­sób na to cze­kała. Zamknęła lap­topa, wypro­sto­wała się i uśmiech­nęła.

-?W czym mogę panu pomóc?

Męż­czy­zna zbli­żał się do osiem­dzie­siątki, był wysoki jak na swój wiek, żyla­sty. Domy­śliła się, że pod kra­cia­stą koszulą i wia­trówką wciąż znaj­dują się jędrne mię­śnie. Twarz pokry­wały głę­bo­kie zmarszczki, a oczy miały odcień wod­ni­stego błę­kitu (może cier­piał na zaćmę?). Siwe, prze­rze­dzone włosy były krótko przy­cięte jak u żoł­nie­rza.

-?To pani jest dok­torką od kłów? -?spy­tał.

Bar­bara nie prze­stała się uśmie­chać ("przy­pnij uśmiech pinezką", jak mawiała jej matka) i wycią­gnęła rękę.

-?Bar­bara Atkins. Miło pana poznać.

Spoj­rzał na jej dłoń, jakby była pokryta gów­nem.

-?Bez urazy, ale mar­nuje pani czas.

A więc to tak. Bar­bara opu­ściła rękę.

-?Naprawdę?

-?Wszy­scy wiemy, kto albo co zabiło chło­paka Ander­so­nów, i potra­fimy sobie z tym pora­dzić.

-?Jak?

-?Ostat­nim razem, kiedy jedno z tych stwo­rzeń zabiło dziecko, wytro­pi­li­śmy je i prze­pę­dzi­li­śmy. Ni­gdy potem nie mie­li­śmy żad­nych pro­ble­mów.

Bar­bara ski­nęła głową.

-?Czy­ta­łam o tym. Nie­le­galny odstrzał. Zabito trzech człon­ków kolo­nii. Mie­li­ście szczę­ście, że nikt nie został oskar­żony.

Męż­czy­zna prych­nął. Bar­bara poczuła zapach whi­sky.

-?Nie karze się ludzi za tępie­nie robac­twa -?wark­nął.

-?Jeden z tych roba­ków był nie­peł­no­letni.

Prze­wró­cił oczami.

-?To nie są praw­dziwe dzieci. Nie­które wyglą­dają jak dzieci, ale nimi nie są.

To nie­prawda, pomy­ślała Bar­bara. Prze­mie­nia­nie dzieci już dawno zostało zaka­zane przez kolo­nie. A wam­piry mogą się roz­mna­żać. Więk­szość dzieci w kolo­niach to potom­stwo wam­pi­rów. Rosną i sta­rzeją się wol­niej, ale cią­gle są dziećmi.

-?Ura­to­wa­li­śmy te stwo­rze­nia przed wiecz­nym potę­pie­niem -?cią­gnął męż­czy­zna. -?Speł­ni­li­śmy swój obo­wią­zek.

-?Naprawdę? Oszpe­ca­nie ciał rów­nież było waszym obo­wiąz­kiem?

Błysk w zamglo­nych oczach. Zaci­snął zęby.

-?Wszystko w porządku? -?roz­legł się nowy głos.

Bar­bara unio­sła wzrok. Do boksu pode­szła siwo­włosa kobieta o ude­rza­ją­cym wyglą­dzie. Zauwa­żyła ją już wcze­śniej.

W prze­ci­wień­stwie do reszty klien­tów, któ­rzy nosili kra­cia­ste koszule i dżinsy typowe dla miesz­kań­ców małych mia­ste­czek, miała na sobie długą, szarą sukienkę, raj­stopy i czarne buty na gru­bych pode­szwach. Na szyi wisiał ozdobny srebrny krzyż.

-?Po pro­stu gawę­dzimy -?odpo­wie­działa Bar­bara.

Kobieta się uśmiech­nęła.

-?Cóż, miło to sły­szeć. -?Zer­k­nęła na męż­czy­znę. -?Może lepiej byłoby, gdy­byś wró­cił do domu, Beau? Nie chcesz chyba, żeby Jess znowu musiała po cie­bie przy­jeż­dżać.

Męż­czy­zna wyglą­dał, jakby miał zamiar się sprze­ci­wić, lecz potem wes­tchnął i nagle opu­ściła go agre­sja. Ski­nął głową w stronę Bar­bary.

-?Nie chcia­łem pani zde­ner­wo­wać.

-?Nie zde­ner­wo­wał mnie pan. Pro­szę na sie­bie uwa­żać.

Beau wró­cił do swo­jego stołka przy barze, wziął kurtkę i ruszył w stronę wyj­ścia. Kobieta bez pyta­nia zajęła miej­sce naprze­ciwko Bar­bary. Kiedy to zro­biła, Bar­bara poczuła, że goście się uspo­ko­ili. Znowu zaczęli roz­ma­wiać, poru­szać się. Krót­kie przed­sta­wie­nie się skoń­czyło. Pra­wie jakby zostało przez kogoś wyre­ży­se­ro­wane.

Bar­bara uśmiech­nęła się do kobiety sie­dzą­cej po dru­giej stro­nie stołu.

-?Nazy­wam się...

-?Dok­tor Bar­bara Atkins, antro­po­log sądowy, spe­cja­listka od wam­pi­rów - dokoń­czyła kobieta. -?Wiem o tym.

-?Domy­ślam się, że wie­ści szybko się tu roz­cho­dzą.

-?To chyba jedyna rzecz, która odbywa się szybko w Deadhart. -?Kobieta wycią­gnęła rękę. Miała dłu­gie, zadbane paznok­cie. Nie paso­wały do miesz­kanki małego mia­sta. -?Nazy­wam się Col­leen Grey. Jestem pastorką.

Pastorka. Cóż, to wyja­śniało obec­ność krzyża. Bar­bara uści­snęła rękę kobiety, zda­jąc sobie sprawę, że sama ma obgry­zione paznok­cie i nie­równe skórki.

-?Miło mi panią poznać -?umil­kła na chwilę. -?Nie wie­dzia­łam, że w Deadhart jest kościół.

-?Chyba można mnie nazwać pio­nierką. Sama zbu­do­wa­łam tu kaplicę.

Nie sama, nie z takimi paznok­ciami, pomy­ślała Bar­bara. Col­leen zauwa­żyła jej scep­tyczne spoj­rze­nie i dodała:

-?Oczy­wi­ście pomo­gła mi miej­scowa spo­łecz­ność. Świą­ty­nia nie jest duża i dość pro­sta, ale mia­sto jej potrze­bo­wało. Podob­nie jak mnie.

Col­leen Grey z pew­no­ścią nie bra­ko­wało pew­no­ści sie­bie. Duchow­nym ewan­ge­li­kań­skim rzadko jej bra­kuje.

-?Od dawna pani tu mieszka? -?spy­tała Bar­bara.

-?Już pra­wie trzy lata.

-?Więc w prak­tyce jest pani przy­by­szem.

Col­leen się roze­śmiała.

-?To prawda. -?Spoj­rzała na Bar­barę prze­ni­kli­wymi sza­ro­nie­bie­skimi oczami. -?Mówi pani tak, jakby znała pani małe mia­steczka.

Bar­bara zawa­hała się, a potem powie­działa:

-?Wycho­wa­łam się w miej­sco­wo­ści podob­nej do Deadhart.

Col­leen ski­nęła głową.

-?Mia­łam wra­że­nie, że wyczu­wam w pani akcen­cie ślad Środ­ko­wego Zachodu. Nie­wielki, ale trudno się go pozbyć.

-?Zga­dła pani -?odparła Bar­bara, się­ga­jąc po piwo. Wypiła nieco więk­szy łyk.

-?Gdzie teraz pani mieszka? -?spy­tała Col­leen.

-?W Nowym Jorku, na Bro­okly­nie.

-?Ach, Nowy Jork... Mieszka pani sama czy...

"Czy..." W sło­wie tym kryło się mnó­stwo dwu­znacz­no­ści. Przez chwilę ktoś był, ale Bar­bara nie zamie­rzała opo­wia­dać tej kobie­cie o Susan. Uśmiech­nęła się.

-?Lubię wła­sne towa­rzy­stwo. -?Spoj­rzała w stronę baru. -?Chyba zna pani dżen­tel­mena, który do mnie pod­szedł?

Col­leen ski­nęła głową.

-?Pro­szę nie oce­niać Beau zbyt surowo. Ste­phen Gar­rett to jego wnuk.

Bar­bara unio­sła brwi.

-?Przy­ja­ciel Mar­cusa?

-?Powinna pani zro­zu­mieć, dla­czego jest zde­ner­wo­wany. Jego wnuk też mógł zgi­nąć, prawda? -?Pastorka przy­ci­snęła dłoń do krzyża. -?Ludzie po pro­stu chcą spra­wie­dli­wo­ści.

-?Więc sto­imy po tej samej stro­nie.

-?Bar­dzo się cie­szę, że to sły­szę, pani detek­tyw. Nie­któ­rzy miesz­kańcy mia­sta chcieli od razu wziąć sprawy w swoje ręce, ale sze­ryf Nicholls i ja prze­ko­na­li­śmy ich, żeby pocze­kali.

-?Naprawdę? -?Bar­bara nic o tym nie wie­działa, lecz nie była zdzi­wiona.

-?Postą­piła pani bar­dzo przy­zwo­icie.

Col­leen się roz­pro­mie­niła. Jej zęby, krzywe i lekko pożół­kłe, nie paso­wały do ele­ganc­kiego wyglądu.

-?Znała pani Mar­cusa Ander­sona? -?spy­tała Bar­bara.

-?Nie­zbyt dobrze. Ale był dobrym chło­pa­kiem.

-?Sze­ryf Nicholls mówił, że chłopcy cza­sami spo­ty­kali się w cha­cie, żeby pić i ćpać. To prawda?

-?Dobry dzie­ciak, ale nie ideał. Nasto­latki eks­pe­ry­men­tują. To część doj­rze­wa­nia.

Bar­bara spoj­rzała w stronę, gdzie sie­działa nasto­latka w nie­bie­skiej sukience, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach, w mil­cze­niu wpa­tru­jąc się w prze­strzeń. Tro­chę dziwne. Zazwy­czaj dziew­czyny w jej wieku bez prze­rwy gapią się w komórki.

-?Ma pani na myśli swoją córkę? -?spy­tała.

-?Córkę? -?Col­leen zmarsz­czyła brwi. Potem obró­ciła głowę, podą­ża­jąc za wzro­kiem Bar­bary. -?Och, Grace? -?Uśmiech­nęła się. -?Nie jest moją córką, tylko asy­stentką.

-?Och, prze­pra­szam... wygląda bar­dzo młodo.

-?Ma osiem­na­ście lat. Jej matka zmarła. Wzię­łam ją pod swoje skrzy­dła. Pomaga mi pro­wa­dzić kościół.

Bar­bara znowu spoj­rzała na dziew­czynę.

-?Znała Mar­cusa? -?spy­tała.

Coś w twa­rzy Col­leen się zmie­niło.

-?Grace nie zadaje się z chło­pa­kami -?odpo­wie­działa krótko. -?Jest bar­dzo pobożna.

Tak się tylko pani wydaje, pomy­ślała Bar­bara. Z jej doświad­czeń wyni­kało, że mło­dzi ludzie pro­wa­dzą podwójne życie. Rodzice lub opie­ku­no­wie wie­dzą o jed­nym, a nie mają poję­cia o dru­gim.

Do sto­lika pode­szła kel­nerka o fio­le­to­wych wło­sach, nio­sąc tacę z jedze­niem.

-?Che­ese­bur­ger i frytki?

Bar­ba­rze zabur­czało w brzu­chu.

-?To dla mnie, dzię­kuję.

Col­leen zgrab­nie wstała.

-?Zosta­wię panią, by mogła pani spo­koj­nie zjeść kola­cję. -?Zatrzy­mała się. -?Powinna pani wpaść tu na wie­czorny grill, jeśli zosta­nie pani dosta­tecz­nie długo.

Znowu się uśmiech­nęła i ode­szła od stołu.

Bar­bara zro­zu­miała alu­zję. Nie zosta­nie w Deadhart wystar­cza­jąco długo. Jej zada­niem było napi­sa­nie raportu, by lokalne wła­dze mogły zarzą­dzić odstrzał.

Kel­nerka posta­wiła talerz na stole.

-?Powinna pani na nią uwa­żać -?powie­działa swo­bod­nie.

-?Na pastorkę Grey? Dziew­czyna unio­sła brwi.

-?To taka sama pastorka jak... -?Scho­wała ser­wetkę do far­tu­cha i ode­szła.

Bar­bara polała frytki keczu­pem i w zamy­śle­niu wło­żyła jedną do ust. Chciała jak naj­szyb­ciej opu­ścić to mia­sto. Zaczy­nało wywo­ły­wać zbyt wiele wspo­mnień. "Mia­łam wra­że­nie, że wyczu­wam w pani akcen­cie ślad Środ­ko­wego Zachodu". Akcent nie jest jedyną rze­czą, któ­rej trudno się pozbyć.

Ale cią­gle męczyło ją dziwne prze­czu­cie. Lubiła robić wszystko dobrze. Jeśli masz wyko­nać jakąś pracę, zrób to porząd­nie. Żad­nych dróg na skróty. Zawsze pojawi się czkawka.

"Pas, szelki i meta­lowa kurtka, Bar­baro".

Kolejne powie­dzonko Susan. Bar­bara pod­nio­sła bur­gera do ust i zamarła.

Wła­śnie o to cho­dziło.

Prze­czu­cie.

"Kurtka".

Odło­żyła bur­gera i wytarła palce w ser­wetkę. Póź­niej otwo­rzyła lap­topa. Znowu puściła ziar­ni­sty film. Mar­cus leżał na pod­ło­dze. Bluza i dżinsy, brak kurtki. Nie miał na sobie kurtki, gdy go zaata­ko­wano.

Tele­fon wyśli­zguje mu się z ręki, uka­zu­jąc widok brud­nej pod­łogi i ściany chaty. Bar­bara zatrzy­mała film i powięk­szyła obraz. Tam. Nie­wy­raźna szara plama.

Obraz był zama­zany, ale wie­działa, na co patrzy, było to oczy­wi­ste.

Kurtka wisząca na ścia­nie.

"Szara. Marki North Face. Zupeł­nie nowa".

Kurtka Mar­cusa. Musiał ją zdjąć i powie­sić.

Ale dla­czego? Czy wró­cił do chaty po coś wię­cej niż tele­fon? Może umó­wił się z kimś na seks? Ale po co zdjął kurtkę? Było tam lodo­wato.

Chyba że wie­dział, że położy się na pod­ło­dze chaty. I nie chciał pobru­dzić kurtki.

Bo była zupeł­nie nowa.

-?Do licha... -?szep­nęła.

Nagra­nie nie było żad­nym dowo­dem. Zostało zain­sce­ni­zo­wane.