1
Błędem byłoby powiedzieć, że Beau Grainger miał
nieciekawe życie.
Żył spokojnie, bez ekscytujących wydarzeń albo dramatów (najczęściej),
ale także bez goryczy czy uraz. Zawsze mieszkał w niewielkim mieście na
Alasce, w którym przyszedł na świat, i nie widział powodu, by się
przeprowadzać. Po jakimś czasie większość miejsc staje się znajoma,
podobnie jak ludzie.
Kochał dwie kobiety i poślubił jedną z nich. Wychowali trójkę dzieci i widzieli, jak zaczynają dorosłe życie. Czwarte zmarło jako niemowlę, nim
po raz pierwszy odetchnęło. Zabawne, ale Beau myślał o nim najczęściej.
Zawsze marzymy o tym, czego nie możemy mieć. Taka jest natura ludzka.
Przed dziesięciu laty żona Beau, Patricia, zachorowała na demencję. W tej chwili nie żyła już prawie od trzech lat. Kiedy zmarła, Beau
pochował nieznajomą.
Teraz, w siedemdziesiątym dziewiątym roku życia, miał kilku dobrych
przyjaciół i żałował niewielu rzeczy. Człowiek rozpoczynający ostatni
etap swojej drogi nie może liczyć na więcej. Oprócz szybkiej,
bezbolesnej śmierci. Beau był zadowolony. Na tyle zadowolony, na ile
można być zadowolonym. Ale nawet taki mężczyzna jak Beau, nieskłonny do
introspekcji albo sentymentalizmu, miewał dni, kiedy myślał za dużo.
Dziś był jeden z takich dni.
Bolały go stawy, co zdarzało się czasami przy złej pogodzie. Kawa miała
gorzki smak i nie pomógł nawet kieliszek whisky. Telewizja była nudna i nie mógł się skupić na lekturze. Nie potrafił się uspokoić.
Przechadzał się po salonie. Małym, przytulnym, z wytartymi skórzanymi
fotelami i dużym kominkiem. Wisiały nad nim jego trofea.
Był myśliwym. Kochał przyrodę, lecz uwielbiał również dreszczyk emocji
związany z zabijaniem. Dobry myśliwy musi mieć mnóstwo cierpliwości.
Beau jej nie brakowało. Obserwował, czekał na idealny moment do zadania
ciosu. Jeśli ktoś chce naprawdę poznać bestię, musi spojrzeć jej w oczy
w chwili śmierci.
Podszedł bliżej do głów. Były ich trzy, zamontowane na solidnych
drewnianych podstawkach wykonanych przez Cala Bagshawa (niespełna rok
wcześniej zmarłego na raka gardła).
Popatrzył w szkliste oczy, dotknął palcem bladej, suchej skóry, musnął
ostre, białe zęby.
-?Ugryźcie mnie -?szepnął i zachichotał. Nagle poczuł na szyi lodowaty
chłód.
"Okej, Beau. Ale pamiętaj, że pierwsze ugryzienie jest najgłębsze".
Cofnął się, a potem powiedział sobie, że nie powinien być starym
głupcem. Odwrócił się w stronę okna. Na horyzoncie zebrały się czarne
chmury. Biały śnieg przypominał ogromne zamarznięte morze. Zbliżała się
zamieć, w powietrzu unosił się dziwny, brzydki zapach. Beau czuł go już
wcześniej, podobnie jak lodowaty dreszcz.
Wrócili.
To się znowu zacznie.
2
Taksówkarz okazał się gadułą.
Świetnie.
Barbara domyślała się, że o tej porze roku nie ma zbyt wielu klientów,
więc łaknie towarzystwa. Mieszkał samotnie. Prawdopodobnie od zawsze.
Gęsta broda, koszula poplamiona jedzeniem, a do tego zapach świadczący,
że ma wszystko w nosie. Nie sugerowała, że potrzebuje kobiety, by się
nim zajęła. Nie, w żadnym wypadku. Ale każdy potrzebuje kogoś, dla kogo
mógłby się starać. Bez tego można dość szybko przyzwyczaić się do
własnego smrodu. Dobrze o tym wiedziała.
Według licencji miał na imię Alan.
-?Proszę mnie nazywać Al -?powiedział z uśmiechem. -?Wie pani, jak w piosence You Can Call Me Al.
Skinęła głową i również się uśmiechnęła.
-?Dobrze.
Nie znosiła tej piosenki. Nie podobał jej się również srebrny krzyżyk i różaniec, które You Can Call Me Al powiesił na lusterku wstecznym. Ale
każdy ma prawo do swoich przyzwyczajeń.
Przez kilka następnych kilometrów unikała odpowiedzi na oczywiste
pytania. "Pierwszy raz w tej okolicy?" "Tak". "Turystka?" "Tak".
Kłamstwo, ale zaczął opisywać główne atrakcje Deadhart. Lista była dość
krótka, lecz rozwodził się nad tym tematem przez pięćdziesiąt
kilometrów.
Dokoła widać było tylko lód i śnieg. Krajobrazy Alaski zapierają dech w piersiach, pomyślała Barbara. Jeśli ktoś lubi śnieg, lasy, góry, mnóstwo
śniegu, mnóstwo lasów, mnóstwo gór. Są ładne, jasne, ale jeśli ktoś w nich zabłądzi, w ciągu kilku minut zmienisz się w zamarznięte zwłoki.
Nie takie ładne.
Stłumiła ziewnięcie. Wczesny lot z Nowego Jorku do Anchorage,
denerwujący lot taksówką powietrzną, a teraz półtorej godziny jazdy
zaśnieżoną autostradą AK-3. Boże, dlaczego się na to zgodziła?
-?Jest pani naszym najlepszym detektywem -?powiedział Decker.
-?A Edwards?
-?Ma rodzinę, w przeciwieństwie do pani.
-?Więc muszę jechać na Alaskę, bo jestem samotna i bezdzietna?
Decker pochylił się do przodu i położył na blacie biurka dłonie o krótkich, grubych palcach. Wyglądał jak brat Tuck z filmów o Robin
Hoodzie. Był niskim, krępym mężczyzną z łysą głową otoczoną wianuszkiem
włosów i twarzą, która wyglądała, jakby za chwilę miał doznać zawału
serca. Został szefem Barbary ponad dziesięć lat wcześniej i w dalszym
ciągu nie była pewna, czy zna jej imię.
-?Chce pani, żebym panią pochwalił, Atkins? Powiedział, że jest pani
lepsza od Edwardsa? Że jest pani naszą główną specjalistką w tej
dziedzinie?
-?To byłoby miłe, sir.
Decker spojrzał na nią ze złością.
-?Zarezerwowaliśmy miejsce w samolocie. Proszę nie zapomnieć zabrać
czosnek.
Odwrócił się w stronę komputera, dając do zrozumienia, że rozmowa
dobiegła końca.
Barbara wstała.
-?Doskonały dowcip, sir. Mam go im podać na kolację?
-?Cieszę się, że docenia pani dobre żarty.
Uśmiechnęła się.
-?Z całym szacunkiem, sir, czasami jest pan prawdziwym dupkiem.
Później wyszła, nie oglądając się za siebie. Kiedy się nad tym
zastanawiała, stwierdziła, że została wysłana na Alaskę z powodu swojego
pogodnego, miłego charakteru.
-?Deadhart nie odwiedza wielu turystów. -?Al patrzył na nią w lusterku
wstecznym. -?Czasami pojawiają się Goci, fotografują się na tle nazwy
miasta. Ale większość nie zostaje tu długo. Wracają do Talkeetny. Ale
pani planuje pewnie dłuższy pobyt?
Domyślił się, kim jestem, pomyślała Barbara. Nigdy nie wolno lekceważyć
taksówkarzy, nawet w takiej dziurze. Wozili mnóstwo ludzi. Potrafią
czytać w myślach.
-?Trudno powiedzieć -?powiedziała. -?To zależy od sytuacji.
Al skinął głową, odchrząknął.
-?Pomyślałem po prostu... że przyjechała pani z powodu chłopaka.
Barbara stężała. Lokalny wydział policji otrzymał polecenie, by przez
pierwsze czterdzieści osiem godzin czekać na jej przyjazd i ocenę, nie
ujawniając informacji o śmierci ofiary. Nie należy wywoływać
zamieszania.
-?Jakiego chłopaka? -?spytała ostrożnie.
Ich oczy spotkały się w lusterku. Dyndał na nim srebrny krzyżyk.
-?Tego, który został zamordowany -?odpowiedział Al.
Okej. A zatem plotka już się rozeszła. Skoro Al rozmawia o tym z pasażerami, oznacza to, że wszyscy już wiedzą. Barbara powinna ustalić,
co wyszło na jaw. Zastanawiała się, czy byłaby w stanie powstrzymać
plotki. Najlepiej mówić szczerze. Albo przynajmniej sprawiać takie
wrażenie.
-?Trafił pan -?westchnęła. -?Jestem tu z powodu chłopaka. Co pan
słyszał?
Uśmiechnęła się lekko do Ala. Był sprytny. Przechytrzył ją. Teraz dawała
mu okazję, by zdradził, co jeszcze wie.
-?Proszę posłuchać. -?Zniżył lekko głos, choć byli sami w taksówce. -
Wiem, że chce pani zachować to w tajemnicy. Nie jestem plotkarzem, okej?
-?Dziękuję panu.
-?Wspomniałem o tym tylko dlatego, że moja siostra Carol mieszka w Deadhart.
-?Rozumiem.
-?Opowiedziała mi o chłopcu i wspomniała, że ma przylecieć jakaś
policjantka, specjalistka.
-?Tak.
-?To oczywiste, że nie mieszka pani w Deadhart, nie wożę tam wielu
pasażerów. Poza tym, bez urazy, wygląda pani jak policjantka.
Rzeczywiście? Barbara zdawała sobie sprawę, że nie jest królową
piękności. Niska, tęga, z grubymi nogami i nosem, który wyczuwał dobry
stek z odległości pięćdziesięciu kroków. Miała w sobie coś solidnego.
Ludzie często ją tak opisywali. Dobra, stara, solidna Barbara. Kiedy
skończyła pięćdziesiąt lat, z każdym dniem stawała się coraz bardziej
solidna. Wiek to nie tylko mądrość, lecz także niestrawność i elastyczne
majtki.
-?No cóż, to prawda. Trafił pan w dziesiątkę, ale byłabym wdzięczna,
gdyby nikomu pan o tym nie wspominał.
-?Och, w żadnym wypadku. Zamierza pani zostać na długo?
Jechali pod górę. Po jej prawej stronie wznosiły się strome wzgórza
porośnięte ciemnymi świerkami i cienkimi brzozami. Po lewej ziemia
opadała. Barbara widziała błysk wody w oddali. Rzeka Susitna. Przełknęła
ślinę. Nie lubiła wzgórz ani wody.
-?To chyba zależy od tego, co odkryję -?powiedziała.
Zerknęła w lusterko i zobaczyła, że Al marszczy brwi.
-?Bez urazy, ale to chyba zupełnie jasne, co się stało.
-?Naprawdę? -?Nie zdołała się powstrzymać, w jej głosie zabrzmiała lekka
irytacja.
-?Tak, proszę pani. Rozumiem, dlaczego pani przyjechała. Musi pani
załatwić formalności, zamknąć sprawę. Ale każdy w mieście wie, że
chłopaka zabił ktoś z kolonii. Nie twierdzę, że zrobili to celowo. Po
prostu nie mogą się powstrzymać, ale to nie zmienia faktów. Młody
chłopak nie żyje.
Zmusiła się do uśmiechu.
-?Cóż, nie jestem osobą, która odfajkowuje punkty w formularzu, Al. Chcę
po prostu znaleźć sprawcę.
Mówił dalej, jakby jej nie słyszał.
-?Niech pani posłucha. Nie jestem uprzedzony, nie nienawidzę ich. Żyj i pozwól żyć innym, to moja zasada. Wampiry to zwierzęta. Kocham swojego
psa, ale gdyby ugryzł dziecko, zastrzeliłbym go bez wahania. Gdy tylko
posmakują krwi, wracają i chcą zdobyć jeszcze więcej. Zawsze jest tak
samo.
-?Zabiłby pan też szczenięta tego psa i całe stado? -?spytała Barbara.
-?Tak, gdybym nie wiedział, który pies ugryzł dziecko.
Na lusterku kołysał się krzyżyk. Droga stała się stroma i niebezpieczna.
Barbara nagle wyczuła, że pod kołami taksówki znajduje się zlodowaciały
śnieg. Auto miało ciężkie opony zimowe, przypominało raczej terenówkę,
ale i tak z trudem dawało sobie radę. Jeden poślizg i stoczą się do
lodowatej rzeki. Nie chciała denerwować Ala, więc nie zaczęła z nim
dyskutować i skinęła głową.
-?Cóż, jestem pewna, że ma pan rację. Chciałabym pana o coś zapytać.
Spędzę tu cały tydzień. Jeśli się okaże, że zostało trochę czasu do
zabicia, co pana zdaniem powinnam robić?
Uśmiechnął się i znów zamilkł. Barbara doszła do wniosku, że woli, gdy
odgrywa rolę przewodnika. Usiadła wygodniej w fotelu, droga zaczęła biec
w dół. Samochód jechał autostradą, a potem skręcił w węższą drogę. Po
obu stronach rosły ciemne lasy. Zaczęło się ściemniać. Spojrzała na
zegarek. Kwadrans po trzeciej. O tej porze roku na Alasce często jest
ciemno. Na północy wkrótce zacznie się noc polarna: na ponad dwa
miesiące zapadnie całkowity mrok. Nawet tutaj, w centralnej części
stanu, Barbara mogła się spodziewać zaledwie pięciogodzinnego dnia.
Dlatego osiedliły się tu wampiry. Latem zapadały w stan hibernacji.
Słońce by ich nie zabiło, ale nie czuły się dobrze. W regionie
centralnym ciemność trwała dość długo, lecz latem niektóre kolonie
przenosiły się na obszary mniej nasłonecznione.
Światła taksówki oświetliły prowizoryczny drewniany znak przy drodze:
"Witamy w Deadhart. Liczba mieszkańców -?673". Pod spodem jakiś
dowcipniś dopisał: "ŻYWYCH".
Ciekawe. Populacja, rzecz jasna, spadła teraz do sześciuset
siedemdziesięciu dwóch osób, pomyślała Barbara.
Samochód minął kolejny szeroki zakręt, drzewa się przerzedziły i w zasięgu wzroku pojawiło się miasto.
-?Co to za...
Chociaż był dopiero początek listopada, Deadhart wyglądało jak w czasie
Bożego Narodzenia. Światła, mnóstwo świateł. Każdy budynek wzdłuż
niewielkiej głównej ulicy był ozdobiony festonami migocących lampek
choinkowych. W oknach płonęły gwiazdy i krzyże. Drzewa ozdobiono
kolorowymi żarówkami. Niektórzy mieszkańcy wydali dużo pieniędzy,
zainstalowali oświetlone renifery i migające napisy "Wesołych Świąt!".
Co dziwne, znajdowały się one obok ozdób na Halloween, a także
tradycyjnych poroży jeleni i czaszek zwierząt. Na dachu sklepu
wielobranżowego stał ogromny rozświetlony Mikołaj, który machał ręką w górę i w dół. Niektóre lampki były przepalone, więc wydawało się, że
pociera sobie genitalia.
Barbara zamrugała.
-?Wygląda na to, że w Deadhart panuje świąteczny nastrój.
-?Światło sprawia, że ludzie czują się bezpieczni -?powiedział Al.
-?Wiedzą, że sztuczne światło nie odstrasza wampirów, prawda?
-?To prawda, ale przynajmniej pozwala widzieć, kto albo co się zbliża.
-?Chyba tak.
-?Gdzie mam panią wysadzić? -?spytał Al. -?Przy hotelu czy komendzie
policji?
-?Hm, może mnie pan zawieźć prosto na policję...
Urwała. Al gwałtownie zahamował. Barbara przygryzła sobie język, rzucona
do przodu i przytrzymana przez pas bezpieczeństwa.
-?O kurwa! -?zaklął Al. Rozległ się odgłos uderzenia. Barbara uniosła
wzrok. Przez przednią szybę patrzył na nich chłopak; miał bladą twarz,
szeroko otwarte oczy, przywarł rękami do maski taksówki.
Nagle zerwał się na równe nogi, przeszedł na czworakach po dachu
samochodu i zeskoczył z bagażnika. Al szybko otworzył drzwi i krzyknął
za nim:
-?Jeśli uszkodziłeś mi auto, gówniarzu, popamiętasz!
Chłopak zniknął między budynkami. Al pokręcił głową.
-?Przeklęci smarkacze.
Barbara wysiadła tylnymi drzwiami.
-?Zraniliśmy go?
-?Widziała pani, jak zeskoczył z samochodu. Myśli pani, że byłby w stanie to zrobić, gdybyśmy go zranili?
Jednak Barbara miała wrażenie, że słyszała głuchy odgłos. Przykucnęła i rozejrzała się. W rozmiękłym śniegu lśniła kropla jaskrawoczerwonej
cieczy. Krew. Wyciągnęła dłoń i jej palce dotknęły czegoś ostrego.
Nierównego odłamka szkła. Barbara ostrożnie go podniosła i spojrzała z powrotem na taksówkę. Żadnych uszkodzeń. Ale na ziemi znajdowały się
szkło i krew.
-?Przysięgam, że go nie uderzyliśmy. -?Al wysiadł i stanął obok drzwi.
Wydawał się zdenerwowany.
Barbara się wyprostowała. Jej kręgosłup wydał cichy chrzęst.
-?Zna pan tego chłopaka?
Pokręcił głową.
-?Proszę posłuchać. Tutejsze dzieciaki nie są złe, ale po prostu się
nudzą. Czasami robią głupstwa. Narkotyki. Alkohol. -?Wzruszył ramionami.
-?Dzieci zawsze pozostaną dziećmi -?dodał.
Barbara uśmiechnęła się pojednawczo.
-?Wszyscy byliśmy kiedyś młodzi, prawda?
-?Jasne. -?Al się uspokoił. Znowu usiadł za kierownicą.
Uśmiech Barbary przybladł. W zamyśleniu spoglądała w stronę, gdzie
uciekł chłopak. "Dzieci zawsze pozostaną dziećmi". Może Al ma rację? Ale
chłopak nie wyglądał na pijanego albo naćpanego.
Raczej śmiertelnie przerażonego.
3
Al zatrzymał się przed białym drewnianym budynkiem
między apteką a Roadhouse Grill (i hotelem).
Barbara zmarszczyła brwi.
-?Poprosiłam o podwiezienie na komendę.
-?To jest właśnie nasza komenda, proszę pani.
Barbara wyjrzała przez okno taksówki i zauważyła trudno czytelny
kartonowy szyld z napisem: "Burmistrz Deadhart i Departament Policji".
-?Zamówili nowy szyld -?wyjaśnił Al. -?Ten jest tylko tymczasowy.
-?Co się stało ze starym?
-?Ukradli go jacyś smarkacze.
-?Rozumiem.
Al się uśmiechnął.
-?Wezmę pani bagaże.
Kiedy wyjmował walizkę, Barbara wysiadła z taksówki. Przypływ adrenaliny
wywołany groźbą wypadku zniknął i czuła chłód. Było tu zimniej niż w Anchorage. Brakowało wysokich budynków zapewniających osłonę przed
lodowatym, północnym wiatrem, który nadlatywał znad rzeki i ciął skórę
niczym milion żyletek. Niósł ten sam znajomy, nieprzyjemny zapach.
Świerk, stęchła woda i ryby. Może odrobina trawki? Na Alasce było to
dozwolone. Nie widziała żadnego otwartego okna, ale może ktoś pali w jednym z domów?
Zaczęła tupać nogami i klaskać dłońmi odzianymi w rękawiczki. Nagle
poczuła głód.
Al przyniósł jej torbę.
-?Sto czterdzieści dolarów, proszę pani.
Sto czterdzieści, naprawdę? -?pomyślała. W taksówce nie było licznika, a była pewna, że kobieta, u której zamówiła taksówkę, powiedziała, że kurs
będzie kosztował sto dwadzieścia dolarów. Ale miała za sobą długi dzień
i nie była w nastroju do kłótni. Teraz, po przybyciu do Deadhart,
ogarnęła ją zwykła niecierpliwość. Powinna się zabrać do roboty. Wykonać
zadanie, a potem się stąd wynieść. Może Al ma rację? Może musi po prostu
wykonać rutynowe czynności, a potem wybierze się na wycieczkę po
okolicy? Przyszło jej to wcześniej do głowy, lecz uważała ten scenariusz
za mało prawdopodobny. Nigdy nie lubiła bierności. Oczy są zawodnym
narzędziem, mogą kłamać. Aby naprawdę zrozumieć jakieś miejsce, trzeba w nim zamieszkać, poczuć jego zapach, klimat. Pobrudzić sobie ręce.
Wyjęła banknoty z portfela i wręczyła Alowi trzy
pięćdziesięciodolarówki. Miejmy nadzieję, że to wystarczy, żeby nie
plotkował o jej przyjeździe.
Kiwnął głową.
-?Dziękuję pani. Proszę do mnie zadzwonić, gdy będzie pani chciała
wyjechać. Niech pani obserwuje pogodę. Jeśli zacznie się zamieć,
taksówka powietrzna będzie uziemiona. Zimą pociąg przejeżdża przez
Talkeetnę tylko raz w miesiącu, a główna droga szybko staje się
nieprzejezdna. Może się okazać, że utknie tu pani na jakiś czas.
Cudownie. Barbara się rozejrzała. Mimo świateł czuła przytłaczającą
obecność mroku. Jasne oświetlenie głównej ulicy wydawało się podkreślać,
że wokół rozciąga się pustkowie. Surowe, dzikie lasy. Dzikie lasy.
"Natura pożera nieostrożnych" -?mawiał ojciec, zwykle po piwie albo
sześciu piwach. "Musisz być pewna, że jesteś myśliwym, nie ofiarą".
-?Wezmę to pod uwagę -?odpowiedziała. -?Mogę dostać fakturę?
-?Jasne. -?Al wyjął z kieszeni plik kartek i podał jej. -?Są in blanco -
powiedział i mrugnął.
-?Dzięki. -?Uśmiechnęła się, chociaż wiedziała, że wpisze prawdziwą
kwotę. Była absolutnie uczciwa. Taką miała naturę. Tu, na Alasce,
najważniejsza jest natura.
Pożegnała się z Alem i patrzyła, jak odjeżdża, z pewnością do
niewielkiego domku, w którym zje gotowy posiłek, a później obejrzy film
porno i spuści się przed snem. A może nie? Może Al lubi gotowanie,
muzykę, książki? Może nawet nie ma telewizora? Może. Zgadywanie, kim są
ludzie, jest niebezpieczne, ale czasami trudno się oprzeć intuicji.
Byłaby zdziwiona, gdyby Al nie onanizował się wieczorami przed
telewizorem.
Odwróciła się i spojrzała na budynek komendy policji. Wokół ram
okiennych wisiały lampki choinkowe w kształcie wierzgających reniferów
przeplatane miniaturowymi dyniami. Całe miasto przypominało dziwaczny
obraz z filmu Miasteczko Halloween.
Przypomniała sobie, że niewielkie miasta miewają swoje zwyczaje. Trzeba
się z tym pogodzić. Podniosła torbę i podeszła do drzwi. Były zamknięte,
więc nacisnęła dzwonek z boku. Nic. Spróbowała ponownie, trzymając palec
na guziku.
Z domofonu dobiegł ogłuszający trzask i stłumiony kobiecy głos:
-?O cholera! -?Chwilę później: -?Biuro burmistrza Deadhart i departament
policji. Czym mogę służyć?
-?Eee... dzień dobry. Nazywam się detektyw Barbara Atkins. Pracuję w Departamencie Antropologii Kryminalistycznej Wampirów.
-?Och, doktorka od wampirów. Proszę zaczekać. Wpuszczę panią. Niech pani
wejdzie.
"Doktorka od wampirów". Barbara przewróciła oczami. Zapowiadał się
ciężki tydzień. Drzwi zabrzęczały. Pchnęła je i weszła na krótki
korytarz. Pokój po prawej przerobiono na dwie niewielkie cele, w gruncie
rzeczy klatki z pryczami.
Po lewej stronie znajdowały się kolejne drzwi prowadzące do
pomieszczenia, które -?jak przypuszczała -?było biurem burmistrza i siedzibą departamentu policji. Zauważyła trzy biurka i kilka dużych
segregatorów na dokumenty. W pokoju panowała ciasnota.
Pośrodku stała niska, krępa kobieta. Wyglądała na rodowitą mieszkankę
Alaski, z gęstymi, ciemnymi włosami i fryzurą na boba. Jakieś
czterdzieści pięć lat, okulary, kolorowa bluzka i dżinsy. Barbara
domyśliła się, że nie jest to szeryf Pete Nicholls. Kobieta wyciągnęła
rękę na jej widok.
-?Witam, detektyw Atkins! -?umilkła i zmarszczyła brwi. -?Mam panią
nazywać detektywem czy doktorem?
Barbara uśmiechnęła się i uścisnęła drobną dłoń kobiety.
-?Wystarczy Barbara.
Była zarówno detektywem, jak i doktorem. Doktorem antropologii
kryminalistycznej wampirów i detektywem wydziału zabójstw.
Kobieta uśmiechnęła się szerzej.
-?Mów do mnie Rita.
-?Miło cię poznać, Rito.
Barbara poczuła do niej instynktowną sympatię. Rita miała jasne,
bezpośrednie spojrzenie i szczery uśmiech.
-?Pracujesz z szeryfem Nichollsem? -?spytała.
Na twarzy kobiety przemknął wyraz rozbawienia.
-?W pewnym sensie. Pomagam. Czekamy na nowego funkcjonariusza, który
wkrótce przyjedzie. Do tego czasu Pete ma tylko mnie.
-?Czyżby ktoś wzywał mojego imienia nadaremno?
Barbara się odwróciła. Z tyłu pokoju, gdzie znajdowały się drzwi do
niewielkiej kuchni, stał wysoki, chudy mężczyzna trzymający filiżankę
kawy. Miał na sobie kraciastą koszulę z podwiniętymi rękawami i ciemne
dżinsy. Krótko przycięte przerzedzone włosy i schludny wąsik. Barbara
domyśliła się, że jest mniej więcej w jej wieku, ale w lepszej formie.
Instynktownie wciągnęła brzuch.
-?Szeryf Nicholls?
Podszedł i wyciągnął gładką, lekko piegowatą rękę.
-?We własnej osobie. A pani to na pewno detektyw Atkins, ceniona
specjalistka od antropologii kryminalistycznej wampirów.
Uścisnęła mu dłoń.
-?Ale może mnie pan nazywać doktorką od wampirów... -?Mrugnęła do Rity.
Nicholls spojrzał na drugą kobietę.
-?Proszę, powiedz, że tego nie powiedziałaś.
Rita zasłoniła usta dłonią, udając przerażenie.
-?Nic się nie stało. -?Barbara się uśmiechnęła. -?Często to słyszę.
Właściwie to jedno z milszych przezwisk, jakie mi nadano.
Nicholls uśmiechnął się z lekkim przymusem.
-?Cóż, prawdopodobnie bywałem nazywany o wiele gorzej. -?Podszedł do
biurka i postawił kawę. -?Zaparzyć pani filiżankę? Trochę się pani
rozgrzeje.
-?Byłoby świetnie -?odpowiedziała Barbara.
-?Zaraz przygotuję kawę -?odezwała się Rita. -?Jaką lubisz, Barbaro?
-?Z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru.
-?Już się robi.
-?To wielki zaszczyt, że burmistrz Williams parzy pani kawę -?powiedział
Nicholls do Barbary.
Barbara spojrzała na Ritę.
-?Jesteś burmistrzynią?
Rita machnęła ręką.
-?Brzmi to dumnie, ale w rzeczywistości to przyziemna praca. Głównie
papierkowa robota, sprawdzanie, czy dokumenty są w porządku. Dbanie o aktualność pozwoleń na broń i higienę żywności. Czasami pomagam
szeryfowi i parzę niezłą kawę.
Nicholls uniósł brwi.
-?Dlaczego nigdy nie parzysz dla mnie?
-?Jestem burmistrzynią, kochany. -?Rita odeszła, chichocąc pod nosem.
Nicholls pokręcił głową.
-?Kompletna wariatka, ale miasto ją kocha.
-?Rozumiem dlaczego -?powiedziała Barbara. -?Wydaje się, że trudno jej
nie lubić.
Usiadła wygodnie na fotelu i rozpięła suwak obszernej kurtki. W biurze
było cieplej, ale nie gorąco.
Nicholls przyjrzał jej się uważnie. Wymieniła z nim tylko jednego
krótkiego mejla i nie wiedziała, czego się spodziewać. Szeryf
prawdopodobnie myślał to samo.
-?Podróż była miła? -?spytał.
-?Znośna, szeryfie -?umilkła. -?Taksówkarz słyszał o chłopcu...
-?Marcusie Andersonie -?przerwał Nicholls. -?Miał na imię Marcus.
Barbara skinęła głową.
-?Oczywiście. Przepraszam, szeryfie. Chodzi o to, że taksówkarz
wiedział. Podobno ma siostrę w mieście.
Nicholls cmoknął.
-?To pewnie Al Haynes. Jego siostra ma na imię Carol. Pracuje w sklepie
z narzędziami. Tak, jest znana z plotkarstwa. Ale cóż, to niewielkie
miasto. Ludzie gadają. Właśnie dlatego mam nadzieję, że szybko to pani
załatwi.
Barbara poruszyła się w fotelu.
-?Zrobię, co w mojej mocy, szeryfie.
Westchnął.
-?Nie mieliśmy takiego zabójstwa od dwudziestu pięciu lat...
Tym razem przerwała Barbara.
-?Z całym szacunkiem, szeryfie, moje zadanie polega na tym, by ustalić,
jaki to rodzaj zabójstwa.
Nicholls powoli skinął głową.
-?To prawda. Ale proszę mi pozwolić naświetlić tło. To spokojne miasto.
Jasne, mamy normalne problemy: alkohol, narkotyki. Niektóre dzieciaki od
czasu do czasu wpadają w kłopoty. Ale nie mieliśmy morderstwa od śmierci
syna Danesów... -?Barbara zauważyła, że szeryf zacisnął zęby.
-?To było ponad rok temu, po powrocie kolonii, prawda?
-?Tak. Będę z panią szczery, od tamtej pory całe miasto żyje w napięciu.
Ludzie martwią się, zastanawiają, czemu wrócili. Dlaczego teraz?
Zdenerwowanie narasta. Wielu ludzi nie ma ochoty czekać, aż pani
zarządzi odstrzał.
Barbara założyłaby się o własny piegowaty tyłek, że to prawda. Miasta
takie jak Deadhart zawsze uważają, że prawo dotyczy innych, ale ich
samych nie obowiązuje.
-?Odstrzał to bardzo poważna decyzja. Dlatego zdarza się tak rzadko.
Mówimy o zgodzie na zabicie całej kolonii, mężczyzn, kobiet, dzieci...
-?A ja mówię o bezpieczeństwie całego miasta, mężczyzn, kobiet, dzieci.
-?Wargi Nichollsa drgnęły. -?Prawo przewiduje, że można zarządzić
odstrzał, gdy kolonia stanowi zagrożenie dla życia ludzkiego...
-?Znam przepisy.
-?Zginął młody chłopak -?ciągnął. -?Jego rodzice są załamani. Ludzie
chcą sprawiedliwej kary, niezależnie od tego, kto ją wymierzy.
Barbara się najeżyła.
-?Cóż, jestem pewna, że uświadomił pan mieszkańcom, że władze są obecnie
o wiele mniej wyrozumiałe w kwestii nieuprawnionych odstrzałów...
zwłaszcza jeśli biorą w nich udział nieletni. Nie możemy pozwolić, żeby
ludzie brali prawo w swoje ręce.
Nie zaszkodzi dać Nichollsowi do zrozumienia, że odrobiła pracę domową.
Wiedziała wszystko o morderstwie Todda Danesa... i o jego następstwach.
Szeryf kiwnął głową.
-?Po prostu przedstawiam pani sytuację.
Barbara uważała, że ma całkiem niezłe pojęcie o sytuacji, lecz ugryzła
się w język.
-?Nie był pan szeryfem w chwili zabójstwa Todda Danesa? -?spytała,
postanawiając zmienić taktykę.
-?Nie. Był nim Jensen Tucker. Potem zastąpił go Ben Graves, ale sześć
lat temu przeszedł na emeryturę. Wtedy objąłem stanowisko.
-?Gdzie pan służył wcześniej?
-?W Seattle.
Barbara uniosła brwi.
-?Bardzo daleka podróż, proszę wybaczyć ten komentarz.
-?Potrzebowałem zmiany.
Czekała, ale nie rozwinął tematu.
-?A pani? -?spytał.
-?Ja?
-?Jak zaczęła pani pracować w tej... dziedzinie?
Na szczęście nie musiała odpowiadać. Uratowało ją przybycie Rity.
-?W porządku, kochani. Specjalność pani burmistrz dla pani detektyw. -
Rita uśmiechnęła się i postawiła na biurku kubek kawy. Barbara poczuła
słodki, aromatyczny zapach.
-?Do licha... Naprawdę ładnie pachnie.
-?Nigdy nie kłamię... cóż, w każdym razie nie o kawie. -?Rita znowu głośno
się roześmiała. Potem przyjrzała im się uważnie. -?Domyślam się, że
chcecie porozmawiać o sprawach zawodowych, więc kończę na dzisiaj.
Reszta może poczekać do jutra.
-?Nie musisz wychodzić -?powiedział Nicholls. -?Jestem pewien, że
detektyw Atkins chciałaby odwiedzić swój pokój i umyć się... Oczywiście po
kawie.
-?Tak naprawdę wolałabym porozmawiać -?wtrąciła Barbara. -?Mówił pan, że
chce szybko zakończyć śledztwo.
Nicholls lekko się uśmiechnął.
-?To prawda.
Rita się rozpromieniła.
-?Przypuszczam, że świetnie się dogadacie.
Barbara sięgnęła po kubek.
-?Och, szeryf i ja dobrze się rozumiemy, prawda?
Nicholls miał kamienne spojrzenie.
-?Tak.
Dziewczyna siedziała w swoim pokoju. Czekała. Słuchała. Była głodna;
ostatnio często się to zdarzało. Przyzwyczaiła się ignorować nieustanne
ssanie w żołądku. Porywaczka dawała jej mało pożywienia.
Drzwi były zamknięte. Było tylko jedno małe, zakratowane okienko ze
szkłem pomalowanym na czarno. Dziewczynie to nie przeszkadzało. Było to
konieczne. Porywaczka powiesiła nad oknem różową roletę z tańczącymi
jednorożcami, żeby pomieszczenie nie wyglądało jak cela.
Zapewniła jej wiele rozrywek: radio, stary gramofon, telewizję kablową
i magnetowid. Dziewczyna miała regał pełen książek w miękkich oprawach i rower treningowy do ćwiczeń. A nawet własną łazienkę z dużym
prysznicem.
Porywaczka nie była potworem. Kochała ją. Powtarzała to codziennie.
Chodziło tylko o jej dobro. Należało ją chronić. Rozumiała to, prawda?
Tak, rozumiała.
Nie, nie rozumiała.
Podeszła do regału z książkami. Jej gust czytelniczy zmieniał się przez
lata -?najpierw klasyka, potem kryminał, science fiction, horror,
literatura, poezja. Poznała większość gatunków literackich, a nawet
próbowała sił w pisaniu. Ale trudno jej było przekazać swoje emocje na
papierze. Wydawało się, że zna za mało słów, by opisać to, co czuje.
Teraz bardziej interesowała ją literatura naukowa. Książki o religii,
filozofii, dzieła analizujące duszę, psychikę. Porywaczka zachęcała ją
do takich lektur. Mówiła, że to dobre przygotowanie do dnia, gdy wróci
do świata. Dziewczyna nauczyła się także kilku języków, w tym łaciny.
Umysł nie ma dna. Nigdy nie można go wypełnić.
Znowu usiadła na łóżku.
Nie interesowały jej dziś książki, programy telewizyjne ani gry.
Nie chodziło tylko o kłujący ból w żołądku.
Pojawiło się coś nowego, a jednak starego. Prawie zapomnianego.
Poczucie, że nie jest sama.
Cichy szept w umyśle.
Zapach, mrowienie w kościach.
Ktoś się zbliżał.
I podobnie jak ona, był głodny.
4
-?Dlaczego nie powie mi pani tego, co już pani
wie?
Nicholls otworzył szufladę i położył na biurku kilka postrzępionych
teczek. Nowoczesne archiwum policyjne. Cóż, Barbara też była
staroświecka. Miała smartfon i laptopa, ale starego i koszmarnie
powolnego. Używała komórki tylko do rozmów i esemesów.
Usiadła wygodnie, trzymając w rękach kubek.
-?Szczerze mówiąc, chciałabym to usłyszeć prosto z pańskich ust.
Nicholls otworzył jedną z teczek. Barbara popijała kawę. Pozwoliła mu
panować nad sytuacją i wyczuwała, że Nicholls to lubi. Nie miała nic
przeciwko temu. Na razie.
-?Marcus Anderson, piętnaście lat, wyszedł z domu w piątek dziesiątego
listopada. Nie wrócił na noc. Jego rodzice nie martwili się zbytnio,
ponieważ powiedział, że może zostać w domu przyjaciela, Stephena
Garretta. Kiedy następnego ranka się nie pojawił, jego matka zaczęła się
trochę niepokoić. Wysłała mu esemesa. Brak odpowiedzi. Następnie
zadzwoniła do matki Stephena, która powiedziała, że Marcus u nich nie
nocował. Stephen oświadczył, że ostatni raz widział Marcusa około
dziewiątej wieczorem. Był z innym chłopcem, Jacobem Bellem, w starej
chacie myśliwskiej w lesie. Zagląda tam wiele dzieciaków. Piją, palą i...
cóż, domyśla się pani.
-?Rozumiem. -?Barbara umilkła. -?I tam go pan znalazł?
Nicholls skinął głową i wyjął kilka zdjęć. Miejsce zbrodni.
Przyjrzała się fotografiom. Chłopak był chudy, kościsty. Była to
pierwsza rzecz, jaką zauważyła. Najwyraźniej zaczął szybko rosnąć i reszta ciała nie nadążała. W tym wieku muszą mnóstwo jeść, by utrzymać
wagę. Leżał z rozrzuconymi rękami i nogami na brudnej drewnianej
podłodze chaty, ubrany tylko w dżinsy i bluzę od dresu. Spod dżinsów
wystawały białe łydki i postrzępione skarpetki. Jeden but się zsunął.
Barbara przełknęła ślinę. Należałoby obciągnąć nogawkę, by ogrzać
chłopaka, ale od dawna był martwy.
Przyjrzała się jego szyi, poszarpanej skórze i chrząstkom. Twarz i górną
część bluzy pokrywała krew, lecz było jej stosunkowo niewiele jak na
taką ranę gardła. Krew powinna być wszędzie. Na ubraniu, na deskach
podłogi. Ale zniknęła. Co sugerowało, że została usunięta albo wypita.
Raport był prawdziwy. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na morderstwo
dokonane przez kolonię.
"Popatrz jeszcze raz, Barbaro" -?usłyszała głos Susan. "Myślisz, że się
przyjrzałaś, ale to nieprawda. Po prostu zerknęłaś. Teraz przyjrzyj się
dokładnie".
Założyła okulary i zaczęła po kolei oglądać fotografie. Tym razem
skupiła uwagę na otoczeniu Marcusa. Kilka przedmiotów na podłodze
zostało oznaczonych numerami jako dowody rzeczowe. Pół tuzina
niedopałków, trzy puszki piwa, telefon komórkowy leżący obok ręki
chłopaka i coś jeszcze.
-?Co to takiego? -?spytała, wskazując niewielki różowy przedmiot.
Nicholls sięgnął do szuflady, która wydawała się zastępować szafkę na
dowody rzeczowe, i wyjął przezroczystą torebkę foliową.
Barbara wzięła ją i zajrzała do środka. Mały, poszarpany kawałek
różowego plastiku. Zmarszczyła brwi. Nie potrafiła określić, co to
takiego. Wyglądał jak oderwany fragment jakiegoś przedmiotu.
-?Jakieś hipotezy? -?spytał Nicholls.
-?Cóż, oderwany kawałek plastiku.
-?Tak. Zabezpieczyłem go, ale nie jestem pewien, czy ma jakieś
znaczenie. Mógł tam leżeć od dłuższego czasu.
-?Może, choć wydaje się czysty. Reszta chaty jest brudna. Ale zgadzam
się z panem: to może być przypadek.
Mimo to takie drobiazgi często miewają znaczenie. Barbara wyjęła notes i napisała: "Różowy plastik?".
-?Zaparzę sobie następną kawę -?powiedział Nicholls. -?Proszę zadzwonić,
gdyby mnie pani potrzebowała.
-?Dobrze.
Znowu spojrzała na zdjęcia. Wokół ciała Marcusa nie było krwi, ale
sprawca musiał zostać zalany krwią. Tętnica szyjna to gejzer. Musiałby
zmienić ubranie. Zrobiła jeszcze kilka notatek. Pomyślała, że jest
jeszcze jeden problem związany z ubraniem.
Popatrzyła na Marcusa. Niebieska bluza od dresu, dżinsy, skarpetki i buty. Ale żadnej kurtki. Nastolatki przesiadywały w nocy w starym domku
myśliwskim. Temperatura musiała wynosić co najmniej minus pięć stopni.
Żadnej kurtki. Więc gdzie się podziała?
Do pokoju wrócił Nicholls.
-?Znaleźliście jego kurtkę? -?spytała.
-?Co?
-?Kurtkę Marcusa. Nie ma jej na sobie na zdjęciach.
Nicholls odstawił kawę.
-?Nie. Nie znaleźliśmy kurtki.
-?Ach...
-?Ach?
Spojrzała na niego.
-?No cóż, musiał mieć kurtkę. Pytaliście jego rodziców, przyjaciół?
Nicholls wydawał się zirytowany.
-?Oczywiście. Tak, miał kurtkę. Firmy North Face. Szarą, zupełnie nową.
-?Więc gdzie ona jest? -?naciskała Barbara.
-?Przypuszczam, że sprawca musiał ją zabrać. Może na pamiątkę?
Barbara zmarszczyła brwi. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało. Jeśli
zabójstwa dokonała kolonia, zostało popełnione z wściekłości, pożądania,
głodu. Wampiry nie zabierają pamiątek. Zdobyli wszystko, czego
potrzebowali.
-?Niech pan opowie o pozostałych chłopcach -?poprosiła.
Nicholls zacisnął zęby.
-?Oni tego nie zrobili.
Zaprzeczenie było zbyt szybkie. Barbara uśmiechnęła się uprzejmie i sięgnęła po kawę.
-?Nie powiedziałam, że zrobili, szeryfie. Chciałabym po prostu czegoś
się o nich dowiedzieć.
Spojrzał na nią niepewnie i znowu westchnął.
-?Stephen to typowy nastolatek. Inteligentny, ale łatwo się nudzi. Jego
rodzice prowadzą firmę turystyczną. Matka, Jess, dorastała w Deadhart.
Dan, ojciec, przeprowadził się z Kanady. Zabiera turystów na wycieczki
po parku narodowym. Czasami Stephen mu towarzyszy.
-?Więc Stephen dobrze zna ten rejon?
-?Chyba tak. Miewał drobne kłopoty, ale który nastolatek ich nie ma? To,
co zwykle: pijaństwo, a kiedyś wdał się w bójkę z innym dzieciakiem. Ale
nie jest mordercą.
Ja to ocenię, pomyślała Barbara. Z jej doświadczenia wynikało, że jeśli
kogoś przyłapano na jednym wykroczeniu, ma na koncie pół tuzina innych,
o których nikt nie wie. Choć w każdej grupie jest kozioł ofiarny.
Chłopak, który zadał ostatni cios, gdy przyjechała policja, albo zaczął
rzygać. Musi porozmawiać ze Stephenem, by się zorientować, kim jest.
-?A drugi przyjaciel, Jacob Bell? -?spytała.
Nicholls odchrząknął.
-?Przeprowadził się do miasta z ojcem jakieś dziewięć miesięcy temu.
-?Bez matki?
-?Rodzice się rozwiedli.
-?Dlaczego właśnie do Deadhart?
-?Jego ojciec, Nathan Bell, wychował się w tej okolicy.
Bell. Barbara pomyślała, że nazwisko brzmi znajomo.
-?To jeden z przyjaciół Todda Danesa?
-?Tak. Ale nie przywiązywałbym do tego zbyt wielkiej wagi. To małe
miasteczko, a zabójca Todda się przyznał. Nie ma wątpliwości, co stało
się z Toddem.
Tak, pomyślała Barbara. Śmierć Todda została wyjaśniona, lecz były
wątpliwości, co się stało później.
-?Proszę posłuchać -?ciągnął Nicholls. -?Szczerze mówiąc, nie przepadam
za Nathanem Bellem. Za dużo pije, nie obchodzi go, czy Jacob chodzi do
szkoły albo ma czyste ubrania, ale to nie wina Jacoba.
Barbara skinęła głową, lecz zanotowała w pamięci uwagę szeryfa.
-?Nikt nie wybiera sobie rodziców, prawda?
-?Tak.
-?A co z rodzicami Marcusa?
-?Porządni ludzie. Prowadzą sklep. Są teraz u krewnych w Talkeetnie.
Marcus był jedynakiem.
-?Muszę z nimi porozmawiać.
-?Wiem. Powinni wrócić za dzień lub dwa.
Barbara kiwnęła głową. Rozmowa nie sprawiała jej przyjemności, ale była
konieczna. Przyszło jej do głowy coś innego.
-?Rodzice Todda Danesa ciągle mieszkają w Deadhart?
Nicholls zaprzeczył.
-?Słyszałem, że wkrótce po morderstwie przeprowadzili się do Fairbanks z jego młodszą siostrą. Chcieli zacząć wszystko od nowa. -?Spojrzał
znacząco na Barbarę. -?Jeśli naprawdę można zacząć życie od nowa z prochami syna w walizce.
Jasne i proste, pomyślała Barbara.
-?Okej -?powiedziała energicznie. -?A zatem Stephen i Jacob ostatnio
widzieli Marcusa około dwudziestej pierwszej?
-?Tak. Marcus wracał z nimi do domu, gdy przypomniał sobie, że zostawił
w chacie komórkę, i postanowił po nią wrócić.
-?Nie poszli z nim?
-?To chłopaki. Nie trzymają się razem tak jak dziewczyny.
-?Cóż, dziewczyny nie musiałyby trzymać się razem, gdyby nie chłopaki,
szeryfie. -?Barbara mówiła dalej, nim zdążył odpowiedzieć. -?Więc mamy
tylko ich zeznanie, że Marcus żył, kiedy go zostawili?
Nicholls przewrócił oczami.
-?Sądzi pani, że nie braliśmy pod uwagę innych możliwości? Bójka,
awantura po pijaku. Gdyby tak było, z całym szacunkiem... nie byłoby pani
tutaj.
-?Wolno spytać, dlaczego jest pan taki pewny, szeryfie?
Nicholls znowu sięgnął do szuflady i wyjął następną torebkę z przezroczystego plastiku. Barbara widziała, że znajduje się w niej
telefon komórkowy.
-?Telefon Marcusa?
Szeryf uśmiechnął się z zadowoleniem. Celowo zachował to na koniec,
pomyślała. Starał się sprawić jej przyjemność, gdy zadawała pytania.
Pchnął telefon po blacie w jej stronę.
-?Dowód na to, że zabójstwa dokonała kolonia.
5
Film był ciemny i ziarnisty. Trwał niespełna minutę, choć wydawało się,
że dłużej. Zaczął się od widoku brudnej podłogi chaty. Marcus musiał
chwycić komórkę w chwili ataku. Może ostatnia próba zarejestrowania
tego, co się stało? Jakimś cudem udało mu się obrócić telefon i Barbara
zobaczyła postać stojącą na czworakach i przygniatającą go do ziemi.
Nie dawało się określić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Było zbyt
ciemno, a postać miała na sobie czarny strój. Dżinsy, bluzę z kapturem.
Nie wydawała się duża, ale wampiry są silne.
Marcus szamotał się i walczył. Postać uniosła głowę. Barbara zauważyła
ostre, białe kły, które dotknęły szyi chłopaka. Krzyknął. Poczuła, że
zabiło jej serce. Musiał wypuścić komórkę, bo teraz widziała tylko
podłogę i część ściany. Znowu krzyknął. Statyczny obraz trwał jeszcze
kilka sekund. Później nagle zniknął.
Dowód. Tak to nazwał Nicholls (a jej szef, ten skurwysyn Decker, jej o tym nie wspomniał).
Ale nie była wcale pewna.
Przede wszystkim kto zatrzymał nagrywanie? Marcus, w chwili agonii?
Zabójca? W takim razie dlaczego nie zabrał telefonu?
Coś się nie zgadzało. Coś nie pasowało.
-?Muszę to jeszcze raz dokładnie przeanalizować -?powiedziała.
-?Niech się pani nie śpieszy -?odparł z zadowoleniem. -?Jutro może pani
obejrzeć zwłoki. Mam nadzieję, że to pani wystarczy.
Może tak, może nie.
Barbara nie mogła zabrać telefonu, więc przed wyjściem z gabinetu
Nichollsa wgrała film do laptopa. Później pojechała do Roadhouse Grill
and Hotel.
Podejrzewała, że hotel stanowi dodatek do restauracji, i potwierdzał to
wygląd pokoju. Nie wydawał się zły. Najlepszym określeniem byłoby
"dziwaczny". Skośny sufit sprawiał, że należało się schylić, by wejść do
zapadniętego dwuosobowego łóżka. Miał wspólną łazienkę z sąsiednim
pokojem, jednym z dwóch w tak zwanym hotelu, a stary prysznic gulgotał
jak indor. Ale prześcieradła okazały się czyste i wyprasowane, a patchworkowa kołdra przypominała Barbarze babcię. Gospodarze zostawili
nawet trochę kawy i mleka.
Młoda dziewczyna, która zaprowadziła ją do pokoju, dała jej brelok z dwoma kluczami. "Jeden jest do pokoju, a drugi do drzwi wejściowych.
Roadhouse Grill jest czynny od dziesiątej. Nie podajemy śniadań, ale
kawiarnia po drugiej stronie ulicy działa od ósmej".
Barbara nocowała w gorszych miejscach. Znacznie gorszych.
Restauracja była dokładnie taka, jak się spodziewała. Odwiedzała takie
same w kilkunastu różnych stanach w całej Ameryce. Bar po prawej, stoły
na środku i boksy po lewej. Na ścianach wisiały zabytkowe strzelby
myśliwskie, głowy zwierząt oraz stare zdjęcia miasta i jego mieszkańców.
Za barem znajdowały się inne pamiątki. Duże krzyże, osinowe kołki i pudełko długich, pożółkłych kłów. Dystrybutory piwa miały uchwyty
wykonane z kości ramienia. Domyślała się, że to zabytki. Nie były
nielegalne. Po prostu niesmaczne.
Ale nie były to kosmopolityczny Nowy Jork ani liberalna Kalifornia,
gdzie czasami wieszano na ścianach pamiątkowe stryczki albo kaptury Ku
Klux Klanu, co uchodziło za żart. Miasta takie jak Deadhart miały swoją
specyfikę. Niektórzy mogliby je nazwać zacofanymi; z uporem trzymały się
tradycji. W końcu się zmienią, dostosują do współczesności, ale
mieszkańcy gardzili postępem.
Dobrze przynajmniej, że menu w Roadhouse Grill nie było zbyt odrażające
(choć podawano trochę za dużo mięsa dzików i reniferów). Potrawy
wynoszone z kuchni miały apetyczny zapach. Barbara ukryła się w odosobnionym boksie w rogu, po czym zamówiła cheeseburgera, frytki i duże piwo od tej samej młodej dziewczyny, która pokazała jej pokój.
Miała około dziewiętnastu lat, fioletowe włosy ogolone z jednej strony i była ubrana w koszulkę z logo zespołu Pearl Jam oraz podarte dżinsy
("postęp"). Najpierw przyniosła piwo, a Barbara wypiła łyk i puściła
film w laptopie.
Nicholls nie zaproponował, że zje z nią kolację; Barbara domyślała się,
że nie chodziło tylko o to, że chce pozwolić jej się "zadomowić". Była
outsiderką, nowicjuszką. Nie chciał nawiązywać z nią zbyt bliskich
relacji. Obecność Barbary w Deadhart była niemiłą koniecznością.
Przynajmniej w tej kwestii się zgadzali.
Bar był w połowie pełny. Miejscowi. Nie był to sezon turystyczny ani
miasto turystyczne. Nie takie jak Talkeetna czy Fairbanks. Barbara
spostrzegła starszą parę w innym boksie, rodzinę z dwójką dzieci przy
większym okrągłym stole i zwracającą uwagę kobietę z siwymi włosami
siedzącą naprzeciwko nastolatki ubranej w tradycyjną niebieską sukienkę;
zajmowały miejsca przy stoliku dla dwóch osób. Na stołkach przy barze
siedziało kilku starszych mężczyzn. Wszyscy unieśli głowy, gdy weszła.
Niektórzy ukradkiem, inni jawnie. Barbara nie wyróżniała się zbytnio w tłumie, co było korzystne w jej pracy, ale tu równie dobrze mogłaby
wbiec i zatańczyć kankana w trykocie obszytym cekinami, z boa z piór.
Jeden z gości siedzących przy barze mruknął coś pod nosem, kiedy
przechodziła. Była pewna, że nie był to komplement.
Skinęła uprzejmie głową.
-?Dobry wieczór.
Skrzywił się, uniósł drinka, wypił go, po czym trzasnął szklaneczką w bar. Klasyczny pokaz toksycznej męskości, pomyślała Barbara. Nie
zdziwiła się zbytnio, gdy wstał i trochę niepewnie podszedł do jej
stolika. W jakiś sposób na to czekała. Zamknęła laptopa, wyprostowała
się i uśmiechnęła.
-?W czym mogę panu pomóc?
Mężczyzna zbliżał się do osiemdziesiątki, był wysoki jak na swój wiek,
żylasty. Domyśliła się, że pod kraciastą koszulą i wiatrówką wciąż
znajdują się jędrne mięśnie. Twarz pokrywały głębokie zmarszczki, a oczy
miały odcień wodnistego błękitu (może cierpiał na zaćmę?). Siwe,
przerzedzone włosy były krótko przycięte jak u żołnierza.
-?To pani jest doktorką od kłów? -?spytał.
Barbara nie przestała się uśmiechać ("przypnij uśmiech pinezką", jak
mawiała jej matka) i wyciągnęła rękę.
-?Barbara Atkins. Miło pana poznać.
Spojrzał na jej dłoń, jakby była pokryta gównem.
-?Bez urazy, ale marnuje pani czas.
A więc to tak. Barbara opuściła rękę.
-?Naprawdę?
-?Wszyscy wiemy, kto albo co zabiło chłopaka Andersonów, i potrafimy
sobie z tym poradzić.
-?Jak?
-?Ostatnim razem, kiedy jedno z tych stworzeń zabiło dziecko,
wytropiliśmy je i przepędziliśmy. Nigdy potem nie mieliśmy żadnych
problemów.
Barbara skinęła głową.
-?Czytałam o tym. Nielegalny odstrzał. Zabito trzech członków kolonii.
Mieliście szczęście, że nikt nie został oskarżony.
Mężczyzna prychnął. Barbara poczuła zapach whisky.
-?Nie karze się ludzi za tępienie robactwa -?warknął.
-?Jeden z tych robaków był niepełnoletni.
Przewrócił oczami.
-?To nie są prawdziwe dzieci. Niektóre wyglądają jak dzieci, ale nimi
nie są.
To nieprawda, pomyślała Barbara. Przemienianie dzieci już dawno zostało
zakazane przez kolonie. A wampiry mogą się rozmnażać. Większość dzieci w koloniach to potomstwo wampirów. Rosną i starzeją się wolniej, ale
ciągle są dziećmi.
-?Uratowaliśmy te stworzenia przed wiecznym potępieniem -?ciągnął
mężczyzna. -?Spełniliśmy swój obowiązek.
-?Naprawdę? Oszpecanie ciał również było waszym obowiązkiem?
Błysk w zamglonych oczach. Zacisnął zęby.
-?Wszystko w porządku? -?rozległ się nowy głos.
Barbara uniosła wzrok. Do boksu podeszła siwowłosa kobieta o uderzającym
wyglądzie. Zauważyła ją już wcześniej.
W przeciwieństwie do reszty klientów, którzy nosili kraciaste koszule i dżinsy typowe dla mieszkańców małych miasteczek, miała na sobie długą,
szarą sukienkę, rajstopy i czarne buty na grubych podeszwach. Na szyi
wisiał ozdobny srebrny krzyż.
-?Po prostu gawędzimy -?odpowiedziała Barbara.
Kobieta się uśmiechnęła.
-?Cóż, miło to słyszeć. -?Zerknęła na mężczyznę. -?Może lepiej byłoby,
gdybyś wrócił do domu, Beau? Nie chcesz chyba, żeby Jess znowu musiała
po ciebie przyjeżdżać.
Mężczyzna wyglądał, jakby miał zamiar się sprzeciwić, lecz potem
westchnął i nagle opuściła go agresja. Skinął głową w stronę Barbary.
-?Nie chciałem pani zdenerwować.
-?Nie zdenerwował mnie pan. Proszę na siebie uważać.
Beau wrócił do swojego stołka przy barze, wziął kurtkę i ruszył w stronę
wyjścia. Kobieta bez pytania zajęła miejsce naprzeciwko Barbary. Kiedy
to zrobiła, Barbara poczuła, że goście się uspokoili. Znowu zaczęli
rozmawiać, poruszać się. Krótkie przedstawienie się skończyło. Prawie
jakby zostało przez kogoś wyreżyserowane.
Barbara uśmiechnęła się do kobiety siedzącej po drugiej stronie stołu.
-?Nazywam się...
-?Doktor Barbara Atkins, antropolog sądowy, specjalistka od wampirów -
dokończyła kobieta. -?Wiem o tym.
-?Domyślam się, że wieści szybko się tu rozchodzą.
-?To chyba jedyna rzecz, która odbywa się szybko w Deadhart. -?Kobieta
wyciągnęła rękę. Miała długie, zadbane paznokcie. Nie pasowały do
mieszkanki małego miasta. -?Nazywam się Colleen Grey. Jestem pastorką.
Pastorka. Cóż, to wyjaśniało obecność krzyża. Barbara uścisnęła rękę
kobiety, zdając sobie sprawę, że sama ma obgryzione paznokcie i nierówne
skórki.
-?Miło mi panią poznać -?umilkła na chwilę. -?Nie wiedziałam, że w Deadhart jest kościół.
-?Chyba można mnie nazwać pionierką. Sama zbudowałam tu kaplicę.
Nie sama, nie z takimi paznokciami, pomyślała Barbara. Colleen zauważyła
jej sceptyczne spojrzenie i dodała:
-?Oczywiście pomogła mi miejscowa społeczność. Świątynia nie jest duża i dość prosta, ale miasto jej potrzebowało. Podobnie jak mnie.
Colleen Grey z pewnością nie brakowało pewności siebie. Duchownym
ewangelikańskim rzadko jej brakuje.
-?Od dawna pani tu mieszka? -?spytała Barbara.
-?Już prawie trzy lata.
-?Więc w praktyce jest pani przybyszem.
Colleen się roześmiała.
-?To prawda. -?Spojrzała na Barbarę przenikliwymi szaroniebieskimi
oczami. -?Mówi pani tak, jakby znała pani małe miasteczka.
Barbara zawahała się, a potem powiedziała:
-?Wychowałam się w miejscowości podobnej do Deadhart.
Colleen skinęła głową.
-?Miałam wrażenie, że wyczuwam w pani akcencie ślad Środkowego Zachodu.
Niewielki, ale trudno się go pozbyć.
-?Zgadła pani -?odparła Barbara, sięgając po piwo. Wypiła nieco większy
łyk.
-?Gdzie teraz pani mieszka? -?spytała Colleen.
-?W Nowym Jorku, na Brooklynie.
-?Ach, Nowy Jork... Mieszka pani sama czy...
"Czy..." W słowie tym kryło się mnóstwo dwuznaczności. Przez chwilę ktoś
był, ale Barbara nie zamierzała opowiadać tej kobiecie o Susan.
Uśmiechnęła się.
-?Lubię własne towarzystwo. -?Spojrzała w stronę baru. -?Chyba zna pani
dżentelmena, który do mnie podszedł?
Colleen skinęła głową.
-?Proszę nie oceniać Beau zbyt surowo. Stephen Garrett to jego wnuk.
Barbara uniosła brwi.
-?Przyjaciel Marcusa?
-?Powinna pani zrozumieć, dlaczego jest zdenerwowany. Jego wnuk też mógł
zginąć, prawda? -?Pastorka przycisnęła dłoń do krzyża. -?Ludzie po
prostu chcą sprawiedliwości.
-?Więc stoimy po tej samej stronie.
-?Bardzo się cieszę, że to słyszę, pani detektyw. Niektórzy mieszkańcy
miasta chcieli od razu wziąć sprawy w swoje ręce, ale szeryf Nicholls i ja przekonaliśmy ich, żeby poczekali.
-?Naprawdę? -?Barbara nic o tym nie wiedziała, lecz nie była zdziwiona.
-?Postąpiła pani bardzo przyzwoicie.
Colleen się rozpromieniła. Jej zęby, krzywe i lekko pożółkłe, nie
pasowały do eleganckiego wyglądu.
-?Znała pani Marcusa Andersona? -?spytała Barbara.
-?Niezbyt dobrze. Ale był dobrym chłopakiem.
-?Szeryf Nicholls mówił, że chłopcy czasami spotykali się w chacie, żeby
pić i ćpać. To prawda?
-?Dobry dzieciak, ale nie ideał. Nastolatki eksperymentują. To część
dojrzewania.
Barbara spojrzała w stronę, gdzie siedziała nastolatka w niebieskiej
sukience, z rękami złożonymi na kolanach, w milczeniu wpatrując się w przestrzeń. Trochę dziwne. Zazwyczaj dziewczyny w jej wieku bez przerwy
gapią się w komórki.
-?Ma pani na myśli swoją córkę? -?spytała.
-?Córkę? -?Colleen zmarszczyła brwi. Potem obróciła głowę, podążając za
wzrokiem Barbary. -?Och, Grace? -?Uśmiechnęła się. -?Nie jest moją
córką, tylko asystentką.
-?Och, przepraszam... wygląda bardzo młodo.
-?Ma osiemnaście lat. Jej matka zmarła. Wzięłam ją pod swoje skrzydła.
Pomaga mi prowadzić kościół.
Barbara znowu spojrzała na dziewczynę.
-?Znała Marcusa? -?spytała.
Coś w twarzy Colleen się zmieniło.
-?Grace nie zadaje się z chłopakami -?odpowiedziała krótko. -?Jest
bardzo pobożna.
Tak się tylko pani wydaje, pomyślała Barbara. Z jej doświadczeń
wynikało, że młodzi ludzie prowadzą podwójne życie. Rodzice lub
opiekunowie wiedzą o jednym, a nie mają pojęcia o drugim.
Do stolika podeszła kelnerka o fioletowych włosach, niosąc tacę z jedzeniem.
-?Cheeseburger i frytki?
Barbarze zaburczało w brzuchu.
-?To dla mnie, dziękuję.
Colleen zgrabnie wstała.
-?Zostawię panią, by mogła pani spokojnie zjeść kolację. -?Zatrzymała
się. -?Powinna pani wpaść tu na wieczorny grill, jeśli zostanie pani
dostatecznie długo.
Znowu się uśmiechnęła i odeszła od stołu.
Barbara zrozumiała aluzję. Nie zostanie w Deadhart wystarczająco długo.
Jej zadaniem było napisanie raportu, by lokalne władze mogły zarządzić
odstrzał.
Kelnerka postawiła talerz na stole.
-?Powinna pani na nią uważać -?powiedziała swobodnie.
-?Na pastorkę Grey? Dziewczyna uniosła brwi.
-?To taka sama pastorka jak... -?Schowała serwetkę do fartucha i odeszła.
Barbara polała frytki keczupem i w zamyśleniu włożyła jedną do ust.
Chciała jak najszybciej opuścić to miasto. Zaczynało wywoływać zbyt
wiele wspomnień. "Miałam wrażenie, że wyczuwam w pani akcencie ślad
Środkowego Zachodu". Akcent nie jest jedyną rzeczą, której trudno się
pozbyć.
Ale ciągle męczyło ją dziwne przeczucie. Lubiła robić wszystko dobrze.
Jeśli masz wykonać jakąś pracę, zrób to porządnie. Żadnych dróg na
skróty. Zawsze pojawi się czkawka.
"Pas, szelki i metalowa kurtka, Barbaro".
Kolejne powiedzonko Susan. Barbara podniosła burgera do ust i zamarła.
Właśnie o to chodziło.
Przeczucie.
"Kurtka".
Odłożyła burgera i wytarła palce w serwetkę. Później otworzyła laptopa.
Znowu puściła ziarnisty film. Marcus leżał na podłodze. Bluza i dżinsy,
brak kurtki. Nie miał na sobie kurtki, gdy go zaatakowano.
Telefon wyślizguje mu się z ręki, ukazując widok brudnej podłogi i ściany chaty. Barbara zatrzymała film i powiększyła obraz. Tam.
Niewyraźna szara plama.
Obraz był zamazany, ale wiedziała, na co patrzy, było to oczywiste.
Kurtka wisząca na ścianie.
"Szara. Marki North Face. Zupełnie nowa".
Kurtka Marcusa. Musiał ją zdjąć i powiesić.
Ale dlaczego? Czy wrócił do chaty po coś więcej niż telefon? Może umówił
się z kimś na seks? Ale po co zdjął kurtkę? Było tam lodowato.
Chyba że wiedział, że położy się na podłodze chaty. I nie chciał
pobrudzić kurtki.
Bo była zupełnie nowa.
-?Do licha... -?szepnęła.
Nagranie nie było żadnym dowodem. Zostało zainscenizowane.