Ostatni zdrajca - Krzysztof Koziołek

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

Leon So­kal wpa­try­wał się w za­mknięte boczne drzwi do ko­ścioła z ta­kim wy­cze­ki­wa­niem, jakby chwilę wcze­śniej znik­nęła w nich uko­chana osoba.

- Mo­gli­śmy tej babci po­wie­dzieć prawdę - rzu­cił po chwili nie­po­cie­szony.

Lena Au­gu­styn po­ło­żyła ko­le­dze dłoń na ra­mie­niu. Po­cze­kała, aż ten od­wróci się do niej, do­piero wtedy się ode­zwała:

- Nie mo­gli­śmy.

- Dla­czego nie? - Mar­cel Ro­szak po­sta­no­wił po­dzie­lić się swoim zda­niem. - Wy­szli­śmy przed nią na azbest.

- Prze­cież sta­ruszka na­wet nie wie, co to słowo zna­czy - za­uwa­żyła Lena Au­gu­styn. - Mam na my­śli na­sze zna­cze­nie, a nie zna­cze­nie bo­omer­skie.

- I tak mi głu­pio. - Mar­cel Ro­szak nie da­wał za wy­graną.

- Chło­paki, nie mo­żemy zdra­dzać, co tu ro­bimy! - tłu­ma­czyła Lena Au­gu­styn da­lej.

- Tej sta­ruszce? - Leon So­kal par­sk­nął śmie­chem. - A kim ona jest? Ru­skim szpie­giem pod przy­krywką? - Za­re­cho­tał.

- Zdzi­wił­byś się. - Lena Au­gu­styn wbiła spoj­rze­nie w ko­legę. - Dzi­siaj każdy może się oka­zać ru­skim szpie­giem. Na­wet ty. - Po­ka­zała pal­cem na niego. - I ty. - Prze­su­nęła dłoń w kie­runku Mar­cela Ro­szaka.

- A ty nie? - za­kpił ten ostatni.

- Ja też - rze­kła ci­cho.

Za­pa­dła ci­sza. Prze­rwała ją do­piero Lena Au­gu­styn.

- Spójrz­cie na to z in­nej per­spek­tywy - za­częła tłu­ma­czyć. - Skoro sta­ruszka tak nas po­trak­to­wała, to zna­czy, że mamy świetny ka­mu­flaż. Big brain z tymi smart­fo­nami.

- Przy­po­mi­nam, że to był mój po­mysł - wtrą­cił Leon So­kal.

- Twój? - Lena Au­gu­styn skrzy­wiła się, jakby po­li­zała pla­ste­rek cy­tryny. - Chyba mój!

- Nie­ważne czyj, ważne, że do­bry - rzu­cił Mar­cel Ro­szak prze­sad­nie po­waż­nym gło­sem. - Po­win­ni­ście bić bol­sze­wi­ków... - Wtem za­czął na­śla­do­wać głos sta­ruszki. - Czorty, a nie mło­dzież...

Po­zo­stali dwoje za­śmiali się gło­śno, po­tem dali mu kilka przy­ja­ciel­skich kuk­sań­ców. Prze­ko­ma­rza­nie chwilę trwało, jako pierw­szy opa­no­wał się Leon So­kal.

- Busa nie ma - za­uwa­żył. - Drona też. Mo­żemy iść.

Reszta, nie cze­ka­jąc na po­na­gle­nie, ru­szyła w stronę za­krętu. Nie­długo po­tem wszy­scy troje sta­nęli przed ko­lum­nadą skła­da­jącą się z dzie­się­ciu trzy­me­tro­wych ko­lumn i koń­czącą się bramą wjaz­dową. Dru­gie tyle ozdob­nych fi­la­rów cią­gnęło się za nią.

- Bę­dziemy uda­wać tu­ry­stów. - Leon So­kal wy­jął smart­fona, za­czął ro­bić zdję­cia.

- Zwa­rio­wa­łeś? - za­opo­no­wała Lena Au­gu­styn, ła­piąc ko­legę za rękę. - Nie pa­mię­tasz, co na­pi­sał tam­ten fa­cet? - ści­szyła głos. - Mamy nie rzu­cać się w oczy.

- Zro­bimy to po mo­jemu. - Wy­rwał dłoń z uchwytu.

- Dla­czego po two­jemu? - Nie da­wała za wy­graną. - Bę­dziemy gło­so­wać.

- Nie mo­że­cie się kłó­cić gło­śniej? - rzekł Mar­cel Ro­szak, przy­glą­da­jąc się scy­sji z nie­sma­kiem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy. - A może od razu pod­nie­ście ręce do góry i za­dzwoń­cie na po­li­cję, żeby się przy­znać, że spi­sku­jemy?

Py­ta­nie po­zo­stało bez od­po­wie­dzi.

- W su­mie nie mu­sie­li­by­śmy na­wet dzwo­nić na po­li­cję - mó­wił da­lej z prze­ką­sem. - Wy­star­czy po­cze­kać, aż znów po­jawi się ten bus.

- My­ślisz, że to taj­niacy? - spy­tał Leon So­kal ci­cho.

- A kto? - Lena Au­gu­styn od­po­wie­działa py­ta­niem na py­ta­nie. - Łowcy kur?

- Nie wiem, kim są, ale na pewno nie po­winno nam za­le­żeć na bliż­szej zna­jo­mo­ści z nimi - za­uwa­żył Mar­cel Ro­szak kwa­śno. - Coś wam po­wiem. - Ode­tchnął głę­boko. - Je­śli mamy pro­blem z czymś ta­kim, jak do­tar­cie na miej­sce spo­tka­nia, to mar­nie wi­dzę na­sze szanse w tej ca­łej za­ba­wie w par­ty­zan­tów.

- To nie jest za­bawa - skon­tro­wała Lena Au­gu­styn. - Nie ro­zu­mie­cie tego?

- Na­gry­wamy rolki na Tak­Taka. - Leon So­kal pu­ścił uwagę ko­le­żanki mimo uszu. - Da­waj! - rzu­cił do Mar­cela Ro­szaka.

Ten za­czął na­gry­wać, chwilę póź­niej Leon So­kal do­łą­czył do niego ze swoim sprzę­tem. Byli tak po­chło­nięci wy­ko­ny­waną czyn­no­ścią, że nie zwró­cili uwagę na twarz Leny Au­gu­styn, na któ­rej wcze­śniej­sza złość na ko­le­gów zwol­niła miej­sce prze­ra­że­niu.

Gdy wresz­cie się zo­rien­to­wali, za ple­cami po­czuli czy­jąś obec­ność.

Od­wró­cili się jed­no­cze­śnie, ale było już za późno na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję.

Bus, któ­rego tak się oba­wiali, zbli­żał się do nich w sza­lo­nym tem­pie.

Se­kundę póź­niej z pi­skiem opon za­trzy­mał się obok nich.

Na ten wi­dok Mar­ce­lowi Ro­sza­kowi smart­fon wy­padł z ręki i z głu­chym trza­skiem ude­rzył o as­falt.

Roz­dział 4

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

Wer­ste­ler już od kwa­dransa nie na­peł­niał kie­lisz­ków z wła­snej ini­cja­tywy - po­zo­stali dwaj też nie na­le­gali - wi­dział, że mają dość i wy­cze­ki­wał tylko wła­ści­wego mo­mentu.

- Sły­sza­łem, że w tym pa­łacu go­ścił swego czasu wasz na­ro­dowy wieszcz - rzekł oli­gar­cha.

- Adam Mic­kie­wicz? - za­cie­ka­wił się pre­mier.

- Tak.

- Nie mia­łem po­ję­cia...

- To tylko po­gło­ski. - Wer­ste­ler włą­czył się do dys­ku­sji. - Nie ma na to do­wo­dów. Acz­kol­wiek bar­dzo moż­liwe, że od­wie­dził członka ro­dziny ów­cze­snych wła­ści­cieli.

- Pio­truś, skąd wiesz o ta­kich rze­czach? - Pre­mier był pod au­ten­tycz­nym wra­że­niem.

- To moja praca. - Ko­men­dant główny po­li­cji uśmiech­nął się sze­roko. - Wie­dza to mały krok dla oby­wa­tela, ale wielki krok dla pil­nu­ją­cej po­rządku po­li­cji. - Za­śmiał się, za­do­wo­lony z sie­bie.

- Wie­dza daje wol­ność, ale uniesz­czę­śli­wia - rzekł Młot za­du­ma­nym gło­sem. - Im mniej czło­wiek wie, tym ła­twiej mu żyć. - Spoj­rzał na roz­mów­ców. - Erich Ma­ria Re­ma­rque... - do­dał wy­ja­śnia­jąco.

W tym cza­sie pre­mier mu­skał pal­cami ekran smart­fona.

- Mą­drość przy­cho­dzi wtedy, kiedy nie jest nam już do ni­czego po­trzebna - prze­czy­tał po chwili. - Ga­briel Gar­cia Ma­rquez. - Spoj­rzał na go­spo­da­rza.

Ten z ko­lei po­pa­trzył wy­cze­ku­jąco na ko­men­danta po­li­cji.

Wer­ste­ler po­sta­no­wił zbu­do­wać lek­kie na­pię­cie. Ode­zwał się do­piero po krót­kim ocze­ki­wa­niu.

- Praw­dziwa wie­dza to zna­jo­mość przy­czyn. - Uśmiech­nął się, opu­ściw­szy po­wieki. Nie chciał, żeby któ­ry­kol­wiek z kom­pa­nów pró­bo­wał te­raz od­czy­tać to, co po­ka­zy­wały jego oczy. Tę myśl wo­lał za­cho­wać dla sie­bie.

- Kto to po­wie­dział? - spy­tał Młot.

Ko­men­dant główny po­li­cji nie od­po­wie­dział, sy­cił się chwilą.

- So­kra­tes? - do­py­ty­wał Ro­sja­nin.

Wer­ste­ler krę­cił prze­cząco głową, cały czas ma­jąc za­mknięte oczy

- Pla­ton? - Oli­gar­cha za­ci­snął pię­ści tak mocno, że palce przy­po­mi­na­jące wy­glą­dem ser­delki na­brały bia­łego ko­loru.

Po­li­cjant wciąż mil­czał.

- Ary­sto­te­les! - wrza­snął Ro­sja­nin. - To musi być Ary­sto­te­les!!!

- Brawo! - rzekł Wer­ste­ler, otwo­rzyw­szy oczy. Wstał z fo­tela, na­peł­nił kie­liszki. - Wzno­szę to­ast za twórcę lo­giki!

Młot i Ko­pyto swoje por­cje wy­chy­lili dusz­kiem, za to ko­men­dant po­li­cji pod­lał ro­do­den­drona.

Chwilę póź­niej ostroż­nie wy­jął kie­liszki, naj­pierw z dłoni go­spo­da­rza, po­tem pre­miera.

Obaj spali jak za­bici.

*

Wer­ste­ler opu­ścił bi­blio­tekę, sta­ra­jąc się zro­bić to jak naj­ci­szej, nie chciał obu­dzić żad­nego z po­zo­sta­łych męż­czyzn, cho­ciaż tak na­prawdę były to zbędne środki ostroż­no­ści. Por­cja al­ko­holu, jaką obaj w sie­bie wlali, po­ło­ży­łaby tru­pem więk­szość męż­czyzn.

Ko­men­dant główny po­li­cji za­mknął drzwi, po czym zwró­cił się do pil­nu­ją­cego ich bar­czy­stego fa­ceta z głową ogo­loną na łyso. Z wcze­śniej­szej wy­miany zdań wie­dział, że to je­dyny ochro­niarz Młota po­słu­gu­jący się ję­zy­kiem pol­skim w stop­niu ko­mu­ni­ka­tyw­nym.

- Śpią? - spy­tał Ro­sja­nin.

- Tak jest - po­twier­dził Wer­ste­ler. - Gdzie reszta ekipy?

- Od­po­czy­wają w kuchni.

- Piją?

Ochro­niarz tylko się skrzy­wił.

- Mój zmien­nik bę­dzie za dwie go­dziny - jęk­nął, my­śląc o tym, czy wtedy bę­dzie jesz­cze coś do pi­cia.

- W sali ba­lo­wej są za­pasy wódki. - Ko­men­dant główny po­li­cji jakby czy­tał w jego my­ślach. - Mo­że­cie się czę­sto­wać.

- Dzięki!

- Tylko żeby żad­nemu z was nie przy­szło do głowy ro­bić im te­raz zdję­cia. - Kiw­nął głową na drzwi.

- Moje ży­cie jest par­szywe, ale nie aż tak, że­bym miał z niego do­bro­wol­nie re­zy­gno­wać - za­uwa­żył ochro­niarz.

- I słusz­nie - stwier­dził Wer­ste­ler. - Ostro po­pili, więc tro­chę po­trwa, za­nim się obu­dzą. Na wa­szym miej­scu bym im nie prze­szka­dzał. Jak będą cze­goś po­trze­bo­wać, to na pewno da­dzą znać.

- Tak jest! - za­pew­nił. - A pan do­kąd idzie?

- A co was to in­te­re­suje? - rzekł ostro. Za­raz po­tem zła­god­niał. To nie była wina ochro­nia­rza, że mu­siał stać na war­cie o su­chym py­sku, pod­czas gdy ko­le­dzy sma­ko­wali pol­skiej wódki. Po­ka­zał na schody wio­dące na górną kon­dy­gna­cję. - Idę nad­ro­bić za­le­gło­ści.

- Bę­dzie pan pra­co­wać?

- Pra­co­wać? - Po­lak za­śmiał się gło­śno. - Za mało mi płacą, że­bym ha­ro­wał dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. Zdro­wie ma się tylko jedno... - Klep­nął ru­ska po przy­ja­ciel­sku w ra­mię. - Idę się wresz­cie, kurwa, wy­spać!

Roz­dział 10

18 maja 2025, War­szawa

Głowa Pawła Ki­chy zaj­mo­wała całą po­wierzch­nię te­le­wi­zora. Wi­dział swój pod­gląd na od­bior­niku usta­wio­nym obok ka­mery, nie prze­szka­dzało mu to, wręcz prze­ciw­nie, dzięki temu mógł na bie­żąco kon­tro­lo­wać mi­mikę.

- Mamy zwy­cięzcę wy­bo­rów pre­zy­denc­kich i to już w pierw­szej tu­rze! - Ki­cha cie­szył się ca­łym sobą. Zwy­kle, gdy pod­czas pro­gramu na żywo zro­bił coś, z czego był ogrom­nie za­do­wo­lony, sta­rał się to w so­bie tłam­sić, ale dziś był tak szczę­śliwy, że po­zwo­lił so­bie na chwilę bez­tro­ski na an­te­nie.

Ope­ra­tor ka­mery prze­szedł na dal­szy plan.

- Dro­dzy wi­dzo­wie Te­le­wi­zji Pra­wi­co­wej. - Ki­cha mó­wił już do­stoj­nym to­nem. - Za chwilę jako je­dyne me­dium te­le­wi­zyjne w tym kraju do­stą­pimy za­szczytu i po­łą­czymy się ze szta­bem wy­bor­czym nie­spo­dzie­wa­nego zwy­cięzcy wy­bo­rów... - Na­gle zro­bił pauzę. - Co ja mó­wię? Nie­spo­dzie­wa­nego? - Uśmiech­nął się de­li­kat­nie. - Nie­spo­dzie­wany może dla zgrai le­wa­ków i li­be­ra­łów, któ­rzy przez ostat­nie ty­go­dnie bez­u­stan­nie ata­ko­wali swo­ich kontr­kan­dy­da­tów. - Prze­stał na chwilę mó­wić. - Praw­dziwi pa­trioci i lu­dzie wal­czący z ko­ali­cją trzy­dzie­stego lu­tego o praw­dziwą de­mo­kra­cję wie­rzyli od po­czątku, że ten sen może się zi­ścić. Sen jak ro­dem z ame­ry­kań­skiego USA!

Ka­mera zro­biła od­jazd i wi­dzo­wie mo­gli zo­ba­czyć, jak Ki­cha prze­kłada ner­wowo kartki le­żące na bla­cie szkla­nego stołu.

- Mamy chwi­lowe pro­blemy tech­niczne... - rzekł. - Bar­dzo pań­stwa prze­pra­szamy... Jesz­cze mo­ment... O! Już jest po­łą­cze­nie! - Ucie­szył się.

Ra­dość była jed­nak przed­wcze­sna, jako że te­raz na ekra­nie te­le­wi­zo­rów uka­zało się wnę­trze nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cego sie­dzibę klubu osie­dlo­wego z póź­nych lat 80. ubie­głego wieku niż sztab wy­bor­czy kan­dy­data, który w sen­sa­cyj­nych oko­licz­no­ściach wy­grał pierw­szą turę. Pa­no­wał w nim ner­wowy roz­gar­diasz, pa­rę­na­ście prze­by­wa­ją­cych w nim osób bie­gało ner­wowo. Można było od­nieść wra­że­nie, że żadna z nich nie wie, gdzie jest nowo wy­brany pre­zy­dent elekt.

Chaos po­ka­zy­wany przez ka­merę trwał kil­ka­dzie­siąt se­kund. W końcu, po nie­zno­śnie dłu­gim ocze­ki­wa­niu, Ki­cha mógł za­try­um­fo­wać, wi­dząc, jak przed obiek­ty­wem po­ja­wia się młody męż­czy­zna w na­su­nię­tej na gło­wie cza­peczce z dasz­kiem w biało-czer­wo­nych bar­wach. Naj­pierw jedną ręką po­pra­wił słu­chawkę wci­śniętą w ucho, drugą sta­ran­nie przy­cze­sał sto­jące włosy.

- Halo, czy się sły­szymy?... Tak?... Świet­nie! - Ki­cha sy­cił się chwilą wła­snego suk­cesu, jakby to on był gwiazdą tego wie­czoru. - Pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie, że się tak wy­rażę. Naj­pierw pro­szę przy­jąć gra­tu­la­cje od te­le­wi­dzów naj­chęt­niej oglą­da­nej te­le­wi­zji w Pol­sce.

- Dzię­kuję. - Ma­rek Rab­ban miał 37 lat i ni­gdy nie był mi­strzem elo­kwen­cji, do­dat­kowo stres po­tę­go­wał też fakt, że ani on, ani nikt inny ze sztabu wy­bor­czego nie przy­go­to­wał się na taką ewen­tu­al­ność. - Dzię­kuję w imie­niu par­tii Je­dyni Pa­trioci.

- Ja­kie to uczu­cie wy­grać z mu­ro­wa­nymi fa­wo­ry­tami i to już w pierw­szej tu­rze? - mó­wił pre­zen­ter da­lej.

- Po­wiem tak... - Rab­ban jesz­cze do­brze nie za­czął się wy­po­wia­dać, a znów zro­bił pauzę.

Mimo że ope­ra­tor ka­mery zre­zy­gno­wał ze zbli­że­nia i po­ka­zy­wał te­raz tylko plan ogólny, było wi­dać, że męż­czy­zna ma ogromny pro­blem z ze­bra­niem my­śli.

- Pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie... - Ki­cha po­sta­no­wił przyjść roz­mówcy z po­mocą. - Jest pan za­sko­czony?

- Je­stem za­sko­czony.

- Bar­dzo?

- Bar­dzo.

- Ro­zu­miem, że jest pan szczę­śliwy z po­wodu wy­niku, jaki pan osią­gnął? - Ki­cha był w ży­wiole. - Przy­po­mnę, że w hi­sto­rii wy­bo­rów pre­zy­denc­kich, ja­kie od­były się w Pol­sce po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku nikt do tej pory nie wy­grał w pierw­szej tu­rze.

Dzien­ni­karz się my­lił - od­no­to­wano je­den taki przy­pa­dek, w dwu­ty­sięcz­nym roku, gdy re­elek­cję uzy­skał w ten spo­sób Alek­san­der Kwa­śniew­ski - ale nie było ni­kogo, kto by go te­raz na wi­zji po­pra­wił.

- Cie­szę się. - To były je­dyne słowa wy­po­wie­dziane przez Rab­bana.

- Można pro­sić o tro­chę wię­cej z pań­skiej strony, pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie?

- Cie­szę się ze zwy­cię­stwa de­mo­kra­cji.

Na­gle w ka­drze po­ja­wiła się młoda dziew­czyna - wy­glą­dała na taką, która do­wód oso­bi­sty miała od nie­dawna, je­śli w ogóle go po­sia­dała - i wsu­nęła Rab­ba­nowi do ręki zmiętą kartkę pa­pieru.

Ten pod­niósł ją na wy­so­kość oczu, prze­czy­tał uważ­nie treść, po czym spoj­rzał w obiek­tyw ka­mery.

- W tym miej­scu chciał­bym po­dzię­ko­wać bli­sko dwu­na­stu mi­lio­nom wy­bor­ców, któ­rzy dzi­siej­szego wie­czoru od­dali na mnie głos. - Rab­ban skoń­czył mó­wić z pa­mięci. Przy­bli­żył kartkę, za­czął czy­tać na głos. - Ni­niej­szym za­pra­szam też par­tie opo­zy­cyjne do współ­pracy, szcze­gól­nie Spra­wie­dli­wych, z któ­rymi łą­czy nas mi­łość do na­szej oj­czy­zny, jaką jest Pol­ska. Ra­zem z pew­no­ścią uda nam się od­bić wła­dzę spra­wo­waną obec­nie przez ręce słu­gu­sów z Bruk­seli, Ber­lina i Pa­ryża.

- Pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie. - Ki­cha wy­ko­rzy­stał mo­ment, aby znów za­zna­czyć swoją obec­ność. - W imie­niu naj­chęt­niej oglą­da­nej te­le­wi­zji w Pol­sce jesz­cze raz skła­dam na pana ręce gra­tu­la­cje. Czy...

- Jesz­cze coś po­wiem. - Te­raz to Rab­ban wszedł w zda­nie pre­zen­te­rowi. - Uczyńmy Pol­skę znów wielką!

Po­wie­dziaw­szy to, męż­czy­zna od razu za­czął kla­skać, nie zwra­ca­jąc uwagi na kartkę trzy­maną wciąż w dłoni.

Za jego śla­dem po­szli wszy­scy obecni w po­miesz­cze­niu.

Ope­ra­tor ka­mery wresz­cie miał co ro­bić.

- Uczyńmy Pol­skę znów wielką! - po­wtó­rzył Rab­ban. Ścią­gnął cza­peczkę, za­czął nią wi­wa­to­wać.

Chwilę póź­niej w te­le­wi­zyj­nym okienku po­ka­zu­ją­cym na żywo re­dak­cję dało się wi­dzieć bi­ją­cego brawa Ki­chę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 8

18 maja 2025, War­szawa (cztery mie­siące wcze­śniej)

Pa­weł Ki­cha miał do­piero 30 lat, a już był wscho­dzącą gwiazdą Te­le­wi­zji Pra­wi­co­wej - czę­ści me­dial­nego im­pe­rium, ja­kie dwa mie­siące wcze­śniej do ży­cia po­wo­łał w Pol­sce Aron Pysk - czyli mi­liar­der z Ma­da­ga­skaru, jak na­zy­wali go zło­śliwcy. Oprócz niej - dia­mentu w ko­ro­nie - two­rzyła ją mię­dzy in­nymi sieć naj­więk­szych re­gio­nal­nych dzien­ni­ków i pro­wa­dzone przez nie por­tale in­ter­ne­towe, które w po­przed­nim mie­siącu od­no­to­wały pra­wie dwa mi­liardy od­słon, go­niąc za­gra­nicz­nych li­de­rów. Ki­cha nie był tak głupi jak pra­wie dwie setki dzien­ni­ka­rzy pro­te­stu­ją­cych prze­ciwko temu za­ku­powi i wal­czą­cych o wol­ność prasy, któ­rych Pysk zwol­nił na­stęp­nego dnia. On ce­nił so­bie nie­za­leż­ność, ale poj­mo­wał ją zu­peł­nie w inny spo­sób: gra­nica dzien­ni­kar­skiej wol­no­ści koń­czyła się tam, gdzie po­ja­wiały się pie­nią­dze - czego oczy­wi­ście na głos ni­komu nie zwykł ma­wiać. To pełny port­fel po­zwa­lał we­dług niego praw­dzi­wemu dzien­ni­ka­rzowi peł­nić swoją mi­sję - mi­sję kształ­to­wa­nia ludz­kich su­mień i umy­słów. Speł­niać po­win­ność, bę­dąc dro­go­wska­zem pro­wa­dzą­cym ma­lucz­kich.

Ten dzień - a wła­ści­wie wie­czór: wie­czór wy­bor­czy - miał być naj­waż­niej­szym w jego krót­kiej, acz bły­sko­tli­wej już ka­rie­rze. Z tą my­ślą Ki­cha spoj­rzał w swoje od­bi­cie w lu­strze.

- Da­rio, jesz­cze tu­taj. - Do­tknął dło­nią boku głowy. - Roz­czesz to, bo będę źle wy­glą­dać. Wiesz, że Ry­siu lubi mnie po­ka­zy­wać z tego pro­filu. Twier­dzi, że tak wy­pa­dam le­piej. - Za­śmiał się, ale bar­dziej przy­po­mi­nało to ka­szel. - A prze­cież ja wy­glą­dam do­brze z każ­dej strony, prawda? - Za­czął chrzą­kać raz za ra­zem.

- Tak, mi­strzu. - Da­ria Ślisz miała kilka lat wię­cej od pre­zen­tera i była spe­cja­listką od ma­ki­jażu. Z Te­le­wi­zją Pra­wi­cową współ­pra­co­wała od dłu­giego czasu, znała więc więk­szość pra­cu­ją­cych tu dzien­ni­ka­rzy i pra­cow­ni­ków ob­sługi tech­nicz­nej, włącz­nie z ta­bu­nem lu­dzi, ja­kich pre­zes za­trud­nił po prze­ję­ciu przez Py­ska. - Już to roz­cze­suję.

Gdy dło­nie ko­biety do­tknęły skóry głowy, noz­drza dzien­ni­ka­rza de­li­kat­nie się roz­sze­rzyły. Za­raz po­tem za­mknął oczy, po­zwo­lił, by my­śli po­pły­nęły swo­bod­nie.

To już nie były te czasy, co kilka mie­sięcy temu, gdy ci­snęli się w ja­kimś sta­rym ma­ga­zy­nie i dzie­lili jedną gar­de­robą. Dzięki mi­lio­nom do­la­rów, ja­kie Pysk wpom­po­wał w swoją nową grupę me­dialną, Ki­cha miał te­raz pry­watne po­miesz­cze­nie i asy­stentkę na wy­łącz­ność.

- Tak... - roz­ma­rzył się w my­ślach. - Wiatr zmian, tak długo przez nas ocze­ki­wany, wresz­cie nad­szedł... - Pod­niósł po­wieki, uśmie­cha­jąc się przy tym sze­roko, po­ka­zu­jąc sa­memu so­bie śnież­no­białe zęby, zro­bione za­le­d­wie ty­dzień wcze­śniej w jed­nej z naj­droż­szych tu­rec­kich kli­nik.

Splótł palce obu dłoni, wy­krę­cił je kilka razy tam i z po­wro­tem, jakby szy­ko­wał się do co­ty­go­dnio­wego me­czu squ­asha. Spoj­rzał so­bie pro­sto w oczy, mo­ty­wu­jąc się tak, jak na­uczył się tego na szko­le­niu.

- Mu­szę dać z sie­bie wszystko! - po­wta­rzał w gło­wie. - Mu­szę po­ka­zać, że stoję na straży je­dy­nej słusz­nej wi­zji rze­czy­wi­sto­ści! - Zro­bił krótką pauzę, jak miał w zwy­czaju. - Mu­szę wal­czyć o de­mo­kra­cję, któ­rej byt w uko­cha­nym kraju jest w śmier­tel­nym za­gro­że­niu!

- Coś jesz­cze, mi­strzu?

Ki­cha prze­rwał ci­chy wy­wód, nie­za­do­wo­lony z tego, że mu prze­szko­dzono. Szybko jed­nak przy­wo­łał się do po­rządku. Da­rię Ślisz lu­bił, ce­nił jako ma­ki­ja­żystkę i nie chciał, aby się na niego ob­ra­ziła.

- Masz być jak bul­te­rier! - wark­nął na­gle bez ostrze­że­nia.

Ko­bieta za­marła.

- No będę! - mó­wił Ki­cha da­lej.

Da­ria Ślisz stała nie­ru­chomo.

- Jak wście­kły byk! - wrza­snął pre­zen­ter.

Dło­nie ma­ki­ja­żystki drgnęły w nie­mal nie­do­strze­galny spo­sób.

- No będę! - Emo­cjo­no­wał się co­raz moc­niej.

Ko­bieta szy­ko­wała się do ostat­niego słow­nego ude­rze­nia.

- Jak Tomy Lee Jo­nes w Ści­ga­nym! Będę! No, to spie­przaj! - Ki­cha był tak pod­eks­cy­to­wany, że trzy ostat­nie frazy wy­po­wie­dział jed­nym cią­giem, co wcze­śniej ni­gdy mu się nie zda­rzyło.

Na dźwięk ostat­nich słów Da­ria Ślisz ner­wowo pod­sko­czyła, cho­ciaż sły­szała je już nie­zli­czoną liczbę razy. Ki­cha miał w so­bie coś ta­kiego, że gdy je wy­po­wia­dał - wpa­tru­jąc się za po­śred­nic­twem lu­stra w jej oczy - od­no­siła wra­że­nie, jakby wwier­cał się jej w mózg, do­ko­nu­jąc swo­istej wi­wi­sek­cji. Wie­działa, kiedy pad­nie owa fraza, przy­go­to­wy­wała się do tego mo­mentu i pró­bo­wała wtedy ucie­kać wzro­kiem - lecz do tej pory się to jej nie udało.

Ile razy przy­go­to­wy­wała go do wej­ścia na an­tenę i na sam ko­niec przy­wo­ły­wał cy­tat z ulu­bio­nego filmu Ki­ler - o czym przy­po­mi­nał ko­le­gom i ko­le­żan­kom z re­dak­cji śred­nio raz dzien­nie - tyle razy nie wie­działa, jak się za­cho­wać. Pierw­szych kilka ta­kich sy­tu­acji ją ba­wiło, po­tem za­częła się tym mę­czyć, od dwóch ty­go­dni miała ochotę ro­ze­śmiać się mu w twarz. Wie­działa jed­nak do­sko­nale, że byłby to ostatni dzień jej pracy w re­dak­cji. A od­kąd sta­cję ku­pił Pysk, nie mo­gła na­rze­kać na wy­na­gro­dze­nie. Zresztą, w po­rów­na­niu z dzien­ni­ka­rzami za­ra­biała nędzne gro­sze, o ich pen­sjach krą­żyły le­gendy. Po­dobno Ki­cha był jed­nym z tych, który otrzy­my­wał co ty­dzień naj­wyż­sze prze­lewy.

- Go­towe, mi­strzu... - szep­nęła.

- Dzię­kuję. - Ta krótka słowna uprzej­mość nie wy­szła na­tu­ral­nie, choć Ki­cha sta­rał się, jak mógł. Z życz­li­wo­ścią wo­bec in­nych ni­gdy nie było mu po dro­dze, ale wie­dział, że ktoś taki, jak on, musi dbać o ze­wnętrzny image. Poza tym, ogólny por­tret, jaki wi­działy mi­liony wi­dzów, za­le­żał od se­tek skła­do­wych ele­men­tów. Wśród nich czo­łowe miej­sce zaj­mo­wał wy­gląd. - Je­steś wolna.

Da­ria Ślisz za­trza­snęła spraw­nie ku­fe­rek i szybko opu­ściła gar­de­robę, nie chciała spę­dzać w niej ani se­kundy dłu­żej niż było to ko­nieczne.

Ki­cha spoj­rzał w lu­stro, za­raz po­tem opu­ścił wzrok i za­trzy­mał go na smart­fo­nie. Cze­kał na ten je­den te­le­fon, ale on wciąż mil­czał. Nie zra­żał się jed­nak, czuł, że to jesz­cze tro­chę za wcze­śnie, że musi uzbroić się w cier­pli­wość, ale sy­cił się na­dzieją, iż ten dzień wresz­cie przyj­dzie.

Gdy Aron Pysk we wła­snej oso­bie za­dzwoni, by zło­żyć mu gra­tu­la­cje za au­tor­ski pro­gram.

Roz­my­śla­nia prze­rwał dźwięk po­wia­do­mie­nia. Dzien­ni­karz aż pod­sko­czył z wra­że­nia na fo­telu. Za­raz po­tem chwy­cił smart­fon, prze­bie­ra­jąc szybko pal­cami, spraw­dził wia­do­mość.

Uśmiech­nął się sze­roko, wi­dząc naj­now­szy wpis Py­ska na Por­talu Y, któ­rego zresztą był wła­ści­cie­lem. Nie był może tak do­bry i mocny, jak ten o pre­mie­rze Kra­kow­skim, ale też mu się po­do­bał.

A tam, po­do­bał - był świetny!

Ode­tchnął głę­boko, wiel­biąc fa­ceta w my­ślach. Zbli­ża­jąc opu­szek palca do ikonki z ser­dusz­kiem, czuł ro­snącą eks­cy­ta­cję.

Wy­ra­ził swoją apro­batę, po­tem za­jął się przy­go­to­wa­niem do pro­gramu. Wy­jął kartkę z py­ta­niami przy­go­to­wa­nymi wcze­śniej pod okiem re­dak­tora na­czel­nego, zer­k­nął na pierw­sze z nich. Za­czął czy­tać na głos.

- Le­wac­kie i li­be­ralne śro­do­wi­ska za­rzu­cają Pań­stwo­wej Ko­mi­sji Wy­bor­czej po­mi­nię­cie nie­zgod­nych z pra­wem dzia­łań na Tak­Taku i Por­talu Y. - Pa­trzył w lu­stro, re­je­stru­jąc uważ­nie mi­mikę twa­rzy. - Jed­nym z ich ar­gu­men­tów jest fakt, że Aron Pysk pu­bli­ko­wał co­dzien­nie wpisy otwar­cie kry­ty­ku­jące kan­dy­data Li­be­ral­nych oraz Praw­dzi­wie Le­wi­co­wych, a pro­mu­jące przed­sta­wi­ciela Je­dy­nych Pa­trio­tów, ni­szo­wego ugru­po­wa­nia, które za­ło­żono nie­długo przed wy­bo­rami.

Na­gle go zmro­ziło. Za­po­mniał o naj­waż­niej­szym!

Wziął smart­fona, spraw­dził wia­do­mo­ści. Ode­tchnął z ulgą. Eks­pert, któ­rego za­pro­sił dziś do stu­dia, po­twier­dził, że za­po­znał się już z od­po­wie­dzią.

Ki­cha pod­niósł wzrok, spoj­rzał w lu­stro, uśmiech­nął się de­li­kat­nie.

- Moim i pań­stwa go­ściem jest dok­tor ha­bi­li­to­wany Ma­rian Ho­lewa, wy­kła­dowca po­li­to­lo­gii i fi­zyki na Col­le­gium Cal­li­dus. Pa­nie dok­to­rze. Le­wac­kie i li­be­ralne śro­do­wi­ska za­rzu­cają...

Próbę prze­rwało po­nowne dźwię­cze­nie te­le­fonu. Tym ra­zem przy­szło po­wia­do­mie­nie z banku.

- Świet­nie! - Ucie­szył się, wi­dząc, że Ho­lewa wła­śnie prze­lał mu umó­wione dwie stówy od każ­dego ty­siąca pła­co­nego przez re­dak­cję za wi­zytę w stu­diu.

Wró­cił do tek­stu. Tym ra­zem spraw­dził od­po­wiedź, gra­tu­lu­jąc so­bie w du­chu ge­niu­szu. Nie dyk­to­wał za­pra­sza­nym przez sie­bie eks­per­tom peł­nych zdań, po­da­wał je­dy­nie my­śli, ja­kie mieli roz­wi­nąć we wła­snym za­kre­sie. Dzięki temu pro­wa­dzone przez niego roz­mowy wy­pa­dały tak au­ten­tycz­nie!

Za­tarł dło­nie z ra­do­ścią, jak małe dziecko w pia­skow­nicy, któ­remu - po wielu nie­uda­nych pró­bach - wy­szła wresz­cie wy­ma­rzona babka z pia­sku.

Na­gle z ko­ry­ta­rza do­bie­gło de­li­katne stu­ka­nie.

Uśmiech­nął się sze­roko. Ani za gło­śne, ani za ci­che. Do­kład­nie ta­kie, ja­kiego uczył asy­stentkę od kilku ty­go­dni. Wresz­cie po­jęła, w czym rzecz!

- Wla­zła! - rzekł gło­śno.

Za­raz po­tem do środka we­szła Mała Gra­żynka - jak na­zy­wali ją wszy­scy w re­dak­cji. Sta­nęła przy drzwiach, ski­nęła głową.

Tych kilka se­kund wy­star­czyło Ki­sze, by zlu­stro­wać ją wzro­kiem. - Czeka nas po­ważna roz­mowa - stwier­dził w my­ślach. W ze­szłym ty­go­dniu ubie­rała się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sto­sow­nie, bluzki miały więk­szy de­kolt. Czas na dys­cy­pli­nu­jącą po­ła­jankę! Je­śli chciała uczyć się u boku naj­bły­sko­tliw­szego żur­na­li­sty te­le­wi­zyj­nego w tym kraju, mu­siała być go­towa na pewne wy­rze­cze­nia.

- Mi­strzu... - Mała Gra­żynka nie była w sta­nie wię­cej z sie­bie wy­krztu­sić.

- Czego?

- Już czas. - Dy­gnęła tak, jak ją uczył. - Za pięć mi­nut wcho­dzimy na an­tenę.

Roz­dział 2

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

- Ja­kiego pana? - wy­beł­ko­tał Ko­pyto. - An­drzej je­stem! - se­ple­nił. - Dla przy­ja­ciół: An­drew! - Pod­sko­czył jak opa­rzony, tym ra­zem to on rzu­cił się w ob­ję­cia dru­giemu z Po­la­ków.

Oli­gar­cha do­łą­czył się, choć nie od razu, po­trze­bo­wał dłuż­szej chwili, by wy­gra­mo­lić się z fo­tela. Nie dość, że opa­słe ciel­sko było prze­szkodą, to nie po­ma­gał też fakt, iż miał już nie­źle w czu­bie, po­dob­nie jak pre­mier.

Za to Wer­ste­ler był z nich wszyst­kich naj­bar­dziej trzeźwy.

- Pio­trze, po­le­waj! - Kiedy Młot to mó­wił, jego po­dwójny pod­bró­dek za­trząsł się jak ga­la­reta.

Ko­men­dant główny po­li­cji nie miał wyj­ścia, mu­siał peł­nić ho­nory. Ob­ró­cił się, aby pu­stą bu­telkę zdjąć ze stołu i po­sta­wić na niej nową, ale mało bra­ko­wało, aby tę pierw­szą roz­bił o do­nicę z ro­do­den­dro­nem. Zlu­stro­wał uważ­nie li­ście, a wi­dząc, że są mocno za­ku­rzone, stwier­dził w my­ślach, że przy­da­łoby się tu­taj po­rządne sprzą­ta­nie.

Roz­lał na­stępną ko­lejkę, po­dał kie­liszki kom­pa­nom. Gdy ci wy­chy­lali za­war­tość, on sam - ba­cząc, by ża­den z po­zo­sta­łych go nie przy­ła­pał - wy­lał wódkę do ziemi, po­dob­nie jak wcze­śniej po­stą­pił z więk­szo­ścią por­cji.

- Uschnie, jak nic... - za­fra­so­wał się w my­ślach, pa­trząc na oka­załą ro­ślinę.

Nie­ocze­ki­wa­nie rów­nie za­tro­skany wy­raz twa­rzy przy­jął oli­gar­cha.

- An­drzeju... An­drew... - rzekł ci­cho. - Tak się za­czą­łem za­sta­na­wiać...

- Nad czym, to­wa­rzy­szu Młot? - Pre­mier pod­ła­pał w lot.

- Prze­cież prze­szli­śmy na ty, prawda? - Ro­sja­nin wal­nął pię­ścią w opar­cie fo­tela, aż pod­niósł się kurz.

- Nad czym się za­sta­na­wiasz, Wia­cze­sła­wie? - Ko­pyto na­tych­miast się po­pra­wił.

- Czy aby przy­pad­kiem nikt was nie wi­dział, jak za­jeż­dża­li­ście do pa­łacu? - W gło­sie Młota dało się sły­szeć nie­po­kój.

Pre­mier od razu po­sta­no­wił za­re­ago­wać.

- Wia­cze­sła­wie drogi, przy­je­cha­łem tu prak­tycz­nie bez ob­stawy, tylko z jedną ekipą osła­nia­jącą - wy­ja­śnił Ko­pyto. - Chłopcy mają ze sobą tro­chę elek­tro­niki i dwa drony, ale poza tym nie rzu­cają się w oczy.

Oli­gar­cha spoj­rzał na Wer­ste­lera.

- Ja przy­je­cha­łem z War­szawy pry­wat­nym au­tem - tłu­ma­czył ko­men­dant po­li­cji. - Zo­sta­wi­łem je na par­kingu przy ko­ściele. Nikt nie zwróci na niego uwagi.

- Wie­cie, jak bar­dzo za­leży mi na tym, aby nikt nie­po­wo­łany się o tym spo­tka­niu nie do­wie­dział? - py­tał da­lej Młot.

Po­lacy po­tak­nęli zgod­nie.

- Lu­bię dzia­łać z tyl­nego sie­dze­nia, bez nie­po­trzeb­nego ujaw­nia­nia się - pe­ro­ro­wał go­spo­darz. - Taki sys­tem w Ro­sji spraw­dza się naj­le­piej - za­uwa­żył. - Wie­cie?... Ro­zu­mie­cie?...

Tym ra­zem pre­mier za­re­ago­wał nieco szyb­ciej od ko­men­danta.

- Po­lej­cie! - Młot się­gnął po ogórka, zjadł go, mla­ska­jąc gło­śno.

W tym cza­sie Wer­ste­ler ko­lejny raz na­peł­nił kie­liszki. Pu­stą bu­telkę - po­mny wcze­śniej­szej nie­zdar­no­ści - wło­żył do do­nicy, tam była bez­pieczna.

- Tak, jak pro­si­łeś, po­roz­ma­wia­łem z pre­zy­den­tem... - Młot pa­trzył na pre­miera. - Po­nie­waż na kie­runku ukra­iń­skim sy­tu­acja kla­ruje się co­raz le­piej... Można po­wie­dzieć, że to wielka za­sługa nie tylko bły­sko­tli­wego umy­słu mo­jego pryn­cy­pała Mi­chała Mi­chaj­ło­wi­cza, ale też tro­chę tego de­bila zza oce­anu... - Za­czął się gło­śno śmiać, chwilę póź­niej śmiech prze­szedł w ka­szel. - W każ­dym ra­zie po­de­ślemy wam te dwa obie­cane ba­ta­liony.

- To świetna wia­do­mość! - Mało bra­ko­wało, a Ko­pyto za­kla­skałby z ra­do­ści.

Wer­ste­ler zmu­sił się do uśmie­chu.

- Poza tym wszystko w po­rządku? - spy­tał oli­gar­cha na­gle.

- Tak, wszystko jest w po­rządku - za­pew­nił pre­mier so­len­nie.

- Oby­wa­tele te­raz jacy? - py­tał da­lej.

- Mie­szani.

- Ale jest tro­chę ele­mentu?

- Ale mie­szani - od­parł Ko­pyto.

Na­gle Młot wbił spoj­rze­nie w ko­men­danta po­li­cji i fo­tel, w któ­rym ten chwilę wcze­śniej wy­god­nie się roz­siadł, na­law­szy wódki do kie­lisz­ków.

- Co to? Wy książki czy­ta­cie? - za­cie­ka­wił się oli­gar­cha.

Wer­ste­ler wy­cią­gnął nie­duży no­tat­nik na spi­rali wci­śnięty mię­dzy niego i opar­cie.

- To in­for­ma­cje o naj­groź­niej­szych prze­stęp­cach - wy­ja­śnił skwa­pli­wie.

- To cie­kawe - rzekł go­spo­darz.

- No - po­twier­dził Po­lak krótko.

- Ja lu­bię po­czy­tać ta­kie ży­ciowe książki. - Młot się za­my­ślił. - Bę­dzie pełna, przy­jadę, po­czy­tam, zo­ba­czymy. Bę­dzie w po­rządku, będę pa­mię­tał. Będę pa­mię­tał, bę­dzie do­brze. - Wtem zro­bił pauzę. - Bę­dziemy krę­cić, nie bę­dzie do­brze. Ro­zu­miemy się?

Wer­ste­ler po­tak­nął gwał­tow­nie.

- Jak się bę­dziemy ro­zu­mieć, bę­dzie do­brze. - Ro­sja­nin po­pa­trzył pro­sto w oczy pre­mie­rowi. - Nie bę­dziemy się ro­zu­mieć... Ro­zu­miemy się?!

- Ro­zu­miemy się! - krzyk­nęli obaj Po­lacy jed­nym gło­sem.

- I tak ma być! - Młot za­kla­skał gło­śno. - Za przy­jaźń mię­dzy na­ro­dami Ro­sji i Pol­ski! - Się­gnął po kie­li­szek.

Tym ra­zem Wer­ste­ler wy­pił swoją por­cję i nie zro­bił tego by­naj­mniej dla do­bra ro­do­den­dronu, ale dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa, wo­lał nie ku­sić losu. Świat po­li­tyki nie lu­bił tych, któ­rzy nie lu­bili al­ko­holu. Odło­żył kie­li­szek, zła­pał pu­stą bu­telką sto­jącą na stole, w drugą dłoń chwy­cił tę z do­niczki.

- Pójdę uzu­peł­nić za­pasy. - Nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie, skie­ro­wał się do drzwi.

Wy­szedł z bi­blio­teki na ko­ry­tarz, chwilę póź­niej mi­nął kręte drew­niane schody ozdo­bione rzeźbą lwa trzy­ma­ją­cego przed sobą kar­tusz. Do­tarł do dwu­kon­dy­gna­cyj­nej sali ba­lo­wej, zo­ba­czył drew­niane skrzy­nie - naj­praw­do­po­dob­niej wy­peł­nione me­blami przy­wie­zio­nymi przez Młota z Ro­sji - kilka mniej­szych kon­te­ne­rów - z opisu cy­ry­licą można było wy­czy­tać, że za­wie­rały ubra­nia - a także parę skrzy­nek wódki - pol­skiej i to był chyba je­dyny lo­kalny ak­cent w tym prze­stron­nym po­miesz­cze­niu.

Wziął dwie bu­telki - uznał, że wię­cej nie po­trzeba, sza­co­wał, że za­równo ru­sek, jak i pre­mier lada mo­ment prze­kro­czą gra­nicę, za którą każdy męż­czy­zna robi się ła­godny jak ba­ra­nek i do­bro­wol­nie kła­dzie się spać, choćby le­żał na lo­do­wa­tej po­sadzce. Wró­cił do bi­blio­teki tą samą drogą, uważ­nie się przy tym roz­glą­da­jąc i re­je­stru­jąc mnó­stwo de­tali, tak, jak na­uczył się tego przez lata służby w for­ma­cjach mun­du­ro­wych.

Kiedy wszedł do re­pre­zen­ta­cyj­nego po­miesz­cze­nia, na jego twa­rzy z po­wro­tem po­ja­wił się przy­ja­zny uśmiech. Wie­dział do­sko­nale, że za­równo ta wi­zyta u na­miest­nika - jak w kan­ce­la­rii pre­zesa rady mi­ni­strów na­zy­wano Młota - jak i praca u boku Ko­pyty, to oka­zja do po­pcha­nia ka­riery, ja­kiej nie wolno mu było prze­ga­pić.

Re­ali­zo­wał plan krok po kroku, po­woli, ostroż­nie - może mo­men­tami na­wet do prze­sady - ale nie od­pusz­czał ani na chwilę. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że tylko taka tak­tyka po­zwoli osią­gnąć po­sta­wiony przed sobą cel. Wielu za­rzu­cało mu kunk­ta­tor­stwo i wspi­na­nie się po szcze­blach bły­ska­wicz­nej ka­riery po tru­pach, ale nie zwra­cał na to uwagi. Czasy były nie­zwy­czajne i ta­kich sa­mych wy­ma­gały czy­nów.

Usiadł w fo­telu, za­czął przy­słu­chi­wać się wy­mia­nie zdań.

- W przy­szłym ty­go­dniu de­kre­tem wpro­wa­dzam do szkół nowy przed­miot - rzekł pre­mier ci­cho.

- Jaki? - Trudno było wy­czuć, czy Młot jest fak­tycz­nie za­in­te­re­so­wany, czy tylko ta­kiego udaje, by do­peł­nić kur­tu­azji.

- Wy­cho­wa­nie pa­trio­tyczne - od­po­wie­dział Ko­pyto.

Ro­sja­nin mo­men­tal­nie się oży­wił.

- Od razu przy­go­tu­jemy też sto­sowne prze­pisy dys­cy­pli­nu­jące na­uczy­cieli i dy­rek­to­rów szkół oraz ro­dzi­ców - wy­ja­śnił pre­mier.

- Aby ni­komu nie przy­szło cza­sem do głowy pro­te­sto­wać prze­ciwko no­wemu przed­mio­towi - do­po­wie­dział Wer­ste­ler.

- Sza­cu­jemy, że już po roku na­ucza­nia no­wego przed­miotu wskaź­nik po­par­cia rządu wśród naj­młod­szej grupy wie­ko­wej wy­bor­ców wzro­śnie o dwa­na­ście do osiem­na­stu punk­tów pro­cen­to­wych. - Kiedy Ko­pyto to mó­wił, aż ja­śniał z za­do­wo­le­nia. - A i tak już jest hi­sto­rycz­nie wy­soki!

- I to jest bar­dzo do­bry po­mysł, to­wa­rzy­szu An­drzeju, bar­dzo do­bry! - Oli­gar­cha ze­rwał się z fo­tela. - Da­waj py­ska!

Wer­ste­ler przy­glą­dał się wy­mia­nie "mi­siów" z ra­do­ścią wy­pi­saną na twa­rzy. Za­nim któ­ry­kol­wiek z po­zo­sta­łych męż­czyzn zdą­żył go o to po­pro­sić, na­peł­nił kie­liszki. Spraw­nie chwy­cił dwa z nich, po­dał je Mło­towi i Ko­py­cie. Do­piero po­tem wziął do ręki swoją stopkę. Spoj­rzał na pre­miera, póź­niej na ro­syj­skiego oli­gar­chę, po czym krzyk­nął:

- Za przy­jaźń mię­dzy na­ro­dami Ro­sji i Pol­ski!

Kiedy Młot i Ko­pyto pili wódkę, on swoją por­cją ko­lejny raz pod­lał biedną ro­ślinę.

Roz­dział 1

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

W tym cza­sie, gdy Wia­cze­sław Młot, pre­mier Ko­pyto i ko­men­dant główny po­li­cji wle­wali w sie­bie ko­lejne por­cje wódki, ży­cie za ogro­dze­niem ota­cza­ją­cym pa­ła­cowe wło­ści to­czyło się swoim zwy­kłym po­wol­nym tem­pem. Sam mur ozdo­biony był kre­ne­la­żem, nie li­cząc głów­nego wjazdu, po któ­rego stro­nach roz­cią­gała się do­rycka ko­lum­nada. Na te­re­nie po­sia­dło­ści, oprócz neo­go­tyc­kiego pa­łacu i roz­le­głego parku, znaj­do­wało się też kilka in­nych za­bu­do­wań, w tym dawna staj­nia i ujeż­dżal­nia. Te ostat­nie za sprawą ko­lumn, em­por oraz in­nych zdo­bień bar­dziej przy­po­mi­nały grec­kie świą­ty­nie.

Nie­mal tuż za ogro­dze­niem stał póź­no­ba­ro­kowy ko­ściół św. Sta­ni­sława Bi­skupa wznie­siony w 1778 roku, a w la­tach 1914-1916 roz­bu­do­wany przez ro­dzinę Kur­na­tow­skich. Świą­ty­nia mie­ściła kryptę gro­bową tego rodu.

As­fal­towa droga wio­dąca wzdłuż płotu i te­renu ko­ściel­nego była tak wy­pro­fi­lo­wana, że mało kto de­cy­do­wał się na jazdę po­wy­żej obo­wią­zu­ją­cego na tym od­cinku ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści do 30 km/h, ry­zy­ku­jąc wy­rzu­ce­nie na prze­ciw­le­gły pas.

Na pod­mu­rówce oka­za­łego ogro­dze­nia mię­dzy pa­ła­cem a ko­ścio­łem sie­działo troje mło­dych lu­dzi, trudno było oce­nić ich wiek, w każ­dym ra­zie można było przy­jąć, że gdyby któ­reś z nich chciało ku­pić w skle­pie al­ko­hol, pa­pie­rosy czy choćby ener­ge­tyki, mu­sia­łoby się naj­pierw wy­le­gi­ty­mo­wać do­wo­dem oso­bi­stym.

Wszy­scy mieli na­su­nięte na czoło czapki z dasz­kiem i byli wpa­trzeni w ekrany smart­fo­nów. Wy­glą­dali tak, jakby świat wo­kół zu­peł­nie dla nich nie ist­niał.

Nie­spo­dzie­wa­nie je­den z chło­pa­ków pod­niósł wzrok, za­raz po­tem za­śmiał się gło­śno.

- Kura! - Mar­cel Ro­szak miał na so­bie krót­kie spodenki i t-shirt z na­pi­sem POV. - Zo­bacz­cie! - Szturch­nął ręką sie­dzą­cego po le­wej stro­nie chło­paka. - Patrz! - Emo­cjo­no­wał się co­raz bar­dziej. - Kura! - Pod­niósł smart­fon, za­czął na­gry­wać.

- Kury nie wi­dzia­łeś? - Leon So­kal za­re­ago­wał ner­wowo, jak to miał w zwy­czaju, gdy ktoś prze­kra­czał jego sferę in­tymną bez ze­zwo­le­nia. - Na wsi nie by­łeś? - Miał dwa­dzie­ścia lat i był z tej trójki naj­star­szy, cho­ciaż le­d­wie wi­doczny za­rost pod no­sem jakby temu prze­czył.

- Pies ją goni. - Lena Au­gu­styn za­śmiała się gło­śno na wi­dok kun­dla bie­gną­cego za trze­po­czącą skrzy­dłami kurą. Dziew­czyna była ob­cięta krótko na jeża, a nos i oboje uszu zdo­biło kil­ka­na­ście kol­czy­ków. - Bę­dzie ro­sół.

- Moja bab­cia opo­wia­dała mi kie­dyś, jak co so­botę wie­czo­rem za­bi­jała kurę na nie­dzielny obiad - rzekł Leon So­kal po­waż­nym to­nem. - Ła­pała za skrzy­dła... - Ru­chem pra­wej dłoni za­pre­zen­to­wał wy­ima­gi­no­wany chwyt. - A po­tem ciach sie­kierą! - Drugą ręką wy­ko­nał gwał­towny ruch.

Mar­cel Ro­szak przy­glą­dał się temu po­ka­zowi z uwagą, za to Lena Au­gu­styn z po­wro­tem za­pa­trzyła się w ekran smart­fona.

- A wie­cie, że taka kura, jak się wy­rwała z rąk, po­tra­fiła bie­gać jesz­cze po po­dwórku przez kilka mi­nut? - spy­tał Leon So­kal, po­pra­wia­jąc czapkę w żółto-biało-zie­lo­nych ko­lo­rach, bar­wach klubu żuż­lo­wego Fa­lu­baz Zie­lona Góra.

- Że niby bez głowy? - Mar­cel Ro­szak nie do­wie­rzał.

- Bez głowy - po­twier­dził Leon So­kal skwa­pli­wie.

- Nie wie­rzysz, to zo­bacz. - Lena Au­gu­styn pod­su­nęła te­le­fon pod twarz ko­legi, włą­czyła od­twa­rza­nie.

Przez ja­kąś mi­nutę wszy­scy troje pa­trzyli na na­gra­nie, na któ­rym trze­po­cząca skrzy­dłami kura bez głowy bie­gała po obej­ściu, obi­ja­jąc się przy tym o ściany bu­dyn­ków i ochla­pu­jąc je krwią try­ska­jącą z szyi.

- Za­je­bi­ste - rzekł Mar­cel Ro­szak z nie­kła­ma­nym po­dzi­wem. - Jak­bym oglą­dał hor­ror.

- Ja pier­dolę!... - Lena Au­gu­styn za­klęła gło­śno, wpa­tru­jąc się w ekran smart­fona. - Kur­czak żył bez głowy przez pół­tora roku!

- Po­każ! - Leon So­kal zaj­rzał ko­le­żance przez ra­mię. - Rze­czy­wi­ście! - rzu­cił z uzna­niem. - Na­wet miał imię - za­uwa­żył. - Mike...

- Dać kur­cza­kowi bez głowy imię... - Mar­cel Ro­szak par­sk­nął śmie­chem. - Tak po­tra­fią tylko Ame­ry­ka­nie.

- Chło­paki. - Ton głosu Leny Au­gu­styn za­brzmiał po­waż­nie, choć ona sama miała wzrok wciąż wbity w smart­fon. - Jesz­cze kwa­drans.

- To zdążę do­koń­czyć gierkę - rzu­cił Mar­cel Ro­szak.

- Znasz ży­cie poza gra­niem? - Leon So­kal szturch­nął ko­legę w ra­mię. - Patrz. - Po­ka­zał dło­nią na po­bli­ski ko­ściół.

- Chcesz iść się po­mo­dlić? - wy­pa­lił Mar­cel Ro­szak.

- Wi­dzisz tamtą płytę na ścia­nie? - Leon So­kal zi­gno­ro­wał uwagę.

- Ja wi­dzę. - Lena Au­gu­styn włą­czyła się w wy­mianę zdań.

- To na­gro­bek Krzysz­tofa Jana Że­goc­kiego - rzekł Leon So­kal.

- Wi­dzisz tak z da­leka? - spy­tał Mar­cel Ro­szak.

- Nie wi­dzę - od­parł spo­koj­nie. - Ale mam do­brą pa­mięć. I tak, znam zio­mala.

- Oso­bi­ście? - dzi­wił się da­lej.

W od­po­wie­dzi po­zo­stała dwójka się za­śmiała.

- Tak, oso­bi­ście znam zio­mala, który wal­nął w ka­len­darz kilka stu­leci temu. - Leon So­kal wciąż krztu­sił się ze śmie­chu. - My­ślisz tro­chę czy tylko uda­jesz?

Mar­cel Ro­szak od­wró­cił się ple­cami, ob­ra­żony.

- Co z tym zio­ma­lem? - spy­tał po chwili. Cie­ka­wość zwy­cię­żyła.

- To była ja­kaś wielka szy­cha w tam­tych cza­sach. - Lena Au­gu­styn jed­no­cze­śnie czy­tała ar­ty­kuł wy­świe­tlany na ekra­nie smart­fona i stresz­czała jego treść. - W cza­sie po­topu szwedz­kiego sto­so­wał wo­bec ob­cych wojsk wojnę pod­jaz­dową.

- Jaką wojnę? - Mar­cel Ro­szak zmarsz­czył brwi.

- Par­ty­zancką - od­parł Leon So­kal. - Ku­masz?

- Ja­sne, że ku­mam - ob­ru­szył się. - Lu­bię filmy wo­jenne.

- Dla­tego zio­mala na­zy­wają pierw­szym par­ty­zan­tem Rze­czy­po­spo­li­tej - roz­wo­dziła się da­lej Lena Augu-styn.

- Sigma! - rzu­cił Mar­cel Ro­szak, po czym wró­cił do wcze­śniej­szego za­ję­cia. - Nie uwie­rzy­cie! - wrza­snął po chwili. - Do­piero wrzu­ci­łem fil­mik na Tak­Taka, a już mam dwa ty­siące ser­du­szek!

- Co wrzu­ci­łeś? - Leon So­kal ob­da­rzył ko­legę bacz­nym spoj­rze­niem.

- Kurę - od­parł, cały czas wpa­tru­jąc się w ekran.

- Wrzu­ci­łeś stąd rolkę?! - Nie mógł uwie­rzyć. - Co za de­bil!

- De­bil? - Do­piero te­raz Mar­cel Ro­szak pod­niósł wzrok. - Sam je­steś de­bil!

- Za­po­mnia­łeś, po co tu je­ste­śmy? - Leon So­kal mó­wił ci­cho, pra­wie nie było go sły­chać. - Mam ci przy­po­mnieć?

- Prze­cież to dziura za­bita de­chami - za­opo­no­wał. - Nikt nas tu nie znaj­dzie...

- Za­mknij­cie się obaj. - Lena Au­gu­styn we­szła ko­le­dze w zda­nie. - Znowu je­dzie...

Ża­den z po­zo­sta­łych chło­pa­ków nie pod­niósł wzroku, wręcz prze­ciw­nie, wbili go w smart­fony, uda­jąc po­chło­nię­tych świa­tem wir­tu­al­nym. Nie mu­sieli pa­trzeć, do­sko­nale wie­dzieli, przed czym prze­strze­gała ich kum­pela - cho­dziło o czar­nego busa z przy­ciem­nia­nymi szy­bami na war­szaw­skich nu­me­rach re­je­stra­cyj­nych, który co kilka mi­nut jeź­dził w tę i z po­wro­tem, zwal­nia­jąc do prze­pi­so­wej pręd­ko­ści na za­krę­cie, przy któ­rym sie­dzieli.

- Znik­nął - rzekł Mar­cel Ro­szak. - Alarm od­wo­łany.

- Nie - za­pro­te­sto­wał Leon So­kal. - Leci... Sły­szy­cie?

Nie od­po­wie­dzieli, wsłu­chi­wali się w cha­rak­te­ry­styczny dźwięk, jakby wy­soko nad gło­wami po­ja­wiło te­raz stado os.

- Uda­jemy, że gramy - szep­nęła Lena Au­gu­styn.

- Dwa razy nie trzeba mi po­wta­rzać. - Mar­cel Ro­szak wy­tarł nos w rę­kaw ko­szulki, za­jął się smart­fo­nem.

Wszy­scy troje byli tak po­chło­nięci gra­niem, że nie za­uwa­żyli, jak obok nich po­ja­wiła się nie­zna­joma ko­bieta.

- Ska­ra­nie bo­skie z tą dzi­siej­szą mło­dzieżą! - rze­kła, a jej głos przy­po­mi­nał bar­dziej tar­cie pa­znok­ciami po me­ta­lo­wej bla­sze. - Nic tylko te smart­fony!

Jako pierw­szy głowę pod­niósł Leon So­kal. Naj­pierw ostroż­nie zlu­stro­wał niebo nad głową - upew­nia­jąc się, że drona już nie ma - po­tem spoj­rzał na nie­zna­jomą. Twarz, po­orana nie­zli­czoną liczbą głę­bo­kich zmarsz­czek, owi­nięta była w chu­stę.

- Pro­szę pani, my tylko cze­kamy na ko­legę - skła­mał szybko.

- Na ko­legę cze­kają... - Ko­bieta pod­nio­sła la­skę, wy­ko­nała nią ruch, jakby chciała nią ude­rzyć.

Gest był tak su­ge­stywny, że znaj­du­jący się naj­bli­żej sta­ruszki Mar­cel Ro­szak in­stynk­tow­nie się sku­lił.

- Nic, tylko te dia­bel­skie in­ter­nety! - pe­ro­ro­wała na­dal. - Wy­glą­da­cie z tymi te­le­fo­nami jak ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

Mło­dzi byli tak za­sko­czeni ata­kiem, że nie wie­dzieli, jak za­re­ago­wać.

- W wa­szym wieku bie­ga­łam z gra­na­tami w po­wsta­niu... - Eks­cy­to­wała się da­lej.

- War­szaw­skim? - wy­pa­lił Leon So­kal bez za­sta­no­wie­nia.

- A ja­kim? - Znów pod­nio­sła la­skę. - Prze­cież nie li­sto­pa­do­wym! - Za­częła nią ma­chać na wszyst­kie strony.

- To pani musi mieć ze sto lat... - rzu­cił Mar­cel Ro­szak z au­ten­tycz­nym po­dzi­wem w gło­sie.

- Ja­kie sto! - ob­ru­szyła się. - Dzie­więć­dzie­siąt, smro­dzie je­den! - Pac­nęła chło­paka la­ską w udo. - Nie wy­mą­drzaj mi się tu­taj je­den z dru­gim. - Tym ra­zem ude­rzyła po­zo­stałą dwójkę. - A wy co ro­bi­cie? - Na­gle się uspo­ko­iła, la­skę po­sta­wiła na ziemi, oparła się o nią.

Przez chwilę gło­śno ła­pała po­wie­trze i mło­dzi za­częli się bać, że sta­ruszce coś się stało. W końcu jed­nak od­zy­skała mowę.

- Za­miast wal­czyć z na­jeźdźcą, gra­cie w te swoje in­ter­nety - po­wie­działa smutno. Na­gle obej­rzała się do­okoła, bacz­nie lu­stru­jąc wzro­kiem oto­cze­nie. - Po­win­ni­ście bić bol­sze­wi­ków!

Leon So­kal spoj­rzał na ko­legę, po­tem na ko­le­żankę, jakby w ten spo­sób chciał spra­wić, by któ­reś z nich za­re­ago­wało na słowną za­czepkę. Ko­niec koń­ców nie ode­zwało się żadne.

- Wie­cie cho­ciaż, gdzie je­ste­ście? - spy­tała sta­ruszka.

- W Go­ście­szy­nie - od­parł Mar­cel Ro­szak bez zbęd­nej zwłoki.

Ko­bieta po­ki­wała głową, a na jej ustach oto­czo­nych zmarszcz­kami po­ja­wił się drwiący uśmiech.

- Py­tam was o miej­sce pa­mięci. - Po­ka­zała la­ską na prze­strzeń za ich ple­cami.

Jak je­den mąż zer­k­nęli za sie­bie - na ta­blicę pa­miąt­kową osa­dzoną na ogro­dze­niu z kre­ne­la­żem.

- Le­piej by­ście znicz za­pa­lili - mruk­nęła. - Czorty, a nie mło­dzież.

Jakby jej nie sły­szeli, wpa­try­wali się w nie­wielki obe­lisk. Było wi­dać, że są za­sko­czeni, prze­jęci tym, że wcze­śniej nie zwró­cili na to miej­sce uwagi, choć sie­dzieli wła­ści­wie na wy­cią­gnię­cie ręki.

Leon So­kal od­chrząk­nął, jakby szy­ko­wał się do wy­stępu na szkol­nej aka­de­mii, po­tem za­czął czy­tać:

- W cza­sach pru­skiej nie­woli Go­ście­szyn wraz z oko­licą sta­no­wił ba­stion pol­skiego ży­cia na­ro­do­wego... - Zro­bił pauzę, pa­trząc na twa­rze po­zo­sta­łych.

Ci słu­chali w peł­nym sku­pie­niu.

- W mrocz­nych la­tach dru­giej wojny świa­to­wej dał przy­kład umi­ło­wa­nia oj­czy­zny i do­świad­czył szcze­gól­nej nie­na­wi­ści ze strony hi­tle­row­skiego na­jeźdźcy - de­kla­mo­wał da­lej. Od salw eg­ze­ku­cyj­nych, pod gi­lo­tyną w obo­zach i wię­zie­niach zgi­nęli... - Wstrzy­mał głos.

- Prze­czy­taj... - szep­nęła Lena Au­gu­styn prze­jęta.

Leon So­kal za­czął wy­mie­niać ko­lejne imiona i na­zwi­ska wy­gra­we­ro­wane na mo­nu­men­cie.

- Cześć ich pa­mięci... - skoń­czył po dłuż­szej chwili.

- Sześć­dzie­siąt na­zwisk... - W gło­sie Leny Au­gu­styn na­dal było sły­chać po­wagę.

- Po­li­czy­łaś? - zdzi­wił się Mar­cel Ro­szak.

- Po­li­czy­łam - po­twier­dziła ci­cho. - W tym dzie­się­ciu żoł­nie­rzy po­le­głych na polu walki.

Wszy­scy troje spoj­rzeli po so­bie. Żadne z nich już się nie śmiało, nie żar­to­wało. Byli śmier­tel­nie po­ważni.

Lena Au­gu­styn od­wró­ciła głowę, otarła dło­nią po­liczki, nie chciała, by ko­le­dzy wi­dzieli, że się wzru­szyła. Nie­po­trzeb­nie, oni też mieli łzy w oczach.

- Nie ma jej - rzekł Mar­cel Ro­szak po chwili mil­cze­nia.

- Kogo nie ma? - za­in­te­re­so­wał się Leon So­kal.

- Sta­ruszki - wy­ja­śnił. - Znik­nęła.

- Pew­nie po­szła do ko­ścioła na mszę - za­uwa­żyła Lena Au­gu­styn. - Do­cho­dzi szó­sta. - Kiedy wy­po­wia­dała te słowa, ko­ścielna wieża roz­brzmiała jed­nym głu­chym ude­rze­niem ze­gara sy­gna­li­zu­ją­cego wy­bi­cie peł­nej go­dziny. - Już czas.

Roz­dział 5

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

Z busa wy­sia­dło dwóch męż­czyzn. Nie trzeba było mieć bo­ga­tego do­świad­cze­nia ży­cio­wego, by od razu móc w nich roz­po­znać przed­sta­wi­cieli służb mun­du­ro­wych. I nie cho­dziło na­wet o poły ma­ry­na­rek wy­pchane w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób na le­wej piersi, co ogólną apa­ry­cję. Nie dość tego, wyż­szy z nich miał włosy ścięte krótko na jeża - zu­peł­nie, jakby był fa­nem pru­skiego drylu - drugi zaś był cał­ko­wi­cie łysy.

- Czego tu szu­ka­cie? - wark­nął ten ścięty na jeża.

- Ro­bimy filmy na Tak­Taka. - Z braku lep­szego po­my­słu Leon So­kal po­sta­no­wił po­wie­dzieć prawdę, przy­naj­mniej tę przy­go­to­waną na­prędce chwilę wcze­śniej. - Ten za­byt­kowy pa­łac...

- W du­pie mam za­byt­kowy pa­łac! - Prze­rwał mu łysy bez­ce­re­mo­nial­nie. Pod­szedł tak bli­sko, że chło­pak mógł bez pro­blemu po­li­czyć kro­sty na jego twa­rzy, ślady po prze­by­tej w dzie­ciń­stwie ospie wietrz­nej. - To te­ren pry­watny.

- Pry­watny? My­śmy nie wie­dzieli... - Chło­pak grał rolę ży­cia, pod­czas gdy jego to­wa­rzy­sze przy­pa­try­wali się wszyst­kiemu w mil­cze­niu. - Chcie­li­śmy tylko zro­bić parę fil­mi­ków... Tak z ulicy... Nie za­mie­rza­li­śmy wcho­dzić na te­ren ogrodu...

Ścięty na jeża pod­szedł bli­żej, wy­ko­nu­jąc ruch, jakby miał wy­pro­wa­dzić cios pię­ścią, ale po­wstrzy­mała go ręka ko­legi za­ci­śnięta na prze­gu­bie. Spoj­rzał na kom­pana, po­tem po­wiódł za jego wy­mow­nym spoj­rze­niem w kie­runku głów­nego wej­ścia do pa­łacu.

Mimo że znaj­do­wali się po­nad 100 me­trów da­lej, sto­jącą tam po­stać po­znał od razu.

- Ty idź - rzekł ci­cho, wi­dząc przy­wo­łu­jący gest ręki czło­wieka z od­dali. - Ja nie pójdę.

- Za­wsze je­steś mą­dry tylko w gę­bie. - Ścięty na jeża wes­tchnął głę­boko, ru­sza­jąc przed sie­bie raź­nym kro­kiem. Wie­dział, że ten, który go wzy­wał, nie to­le­ro­wał sprze­ciwu.

Tym­cza­sem łysy - w ocze­ki­wa­niu na po­wrót ko­legi - po­sta­no­wił za­ba­wić się kosz­tem za­trzy­ma­nych.

- Wie­cie, kto tu te­raz mieszka? - spy­tał, ce­dząc słowa.

Mar­cel Ro­szak i Leon So­kal kiw­nęli prze­cząco gło­wami. Lena Au­gu­styn była jesz­cze bar­dziej prze­stra­szona od ko­le­gów i w ogóle nie za­re­ago­wała.

- Taka star­sza pani - wy­pa­lił Leon So­kal bez ostrze­że­nia. - Roz­ma­wia­li­śmy z nią kwa­drans temu. Aku­rat szła do ko­ścioła na mszę. Po­wie­działa, że tu mieszka i że może nam po­ka­zać starą ujeż­dżal­nię. - Łgał jak na­jęty, po­ka­zu­jąc pal­cem na bu­dy­nek sto­jący po pra­wej stro­nie pa­łacu. Ozdo­biony był ko­lum­nami ni­czym grecka świą­ty­nia, a nie bu­dy­nek go­spo­dar­czy peł­niący obec­nie funk­cję miesz­kalną.

- Py­ta­łem o pa­łac. - Męż­czy­zna bły­snął bielą zę­bów. - Wie­cie, kto tu mieszka? - Mimo że mó­wił szep­tem, jego głos brzmiał do­no­śnie. Przy­naj­mniej ta­kie wra­że­nie od­nie­śli mło­dzi.

Po­trzą­snęli gwał­tow­nie gło­wami. Strach, jaki mieli w oczach, po­dzia­łał na ły­sego jak czer­wona płachta na byka. Mimo że do­stał wy­raźny roz­kaz, aby toż­sa­mość no­wego wła­ści­ciela pa­łacu Kur­na­tow­skich utrzy­mać w ści­słej ta­jem­nicy, nie mógł się po­wstrzy­mać.

Kiedy fał­szywi tu­ry­ści usły­szeli na­zwi­sko - po­da­wane w ostat­nich ty­go­dniach przez nie­mal wszyst­kie me­dia - sta­nęli jak wryci.

- A wy nie po­szli­ście do ko­ścioła ra­zem z tą sta­ruszką? - Męż­czy­zna ba­wił się w naj­lep­sze. - Co wy kom­bi­nu­je­cie?

- Do ko­ścioła? - Lena Au­gu­styn zmu­siła się, by od­po­wie­dzieć. - Po co? Tam są same nudy - do­dała szybko, mo­dląc się w du­chu, by wy­pa­dło to na­tu­ral­nie.

Łysy splu­nął na chod­nik, zer­ka­jąc na wej­ście do pa­łacu.

- Ta dzi­siej­sza mło­dzież - wes­tchnął. - Idzie mój ko­lega - do­dał, wi­dząc, że ścięty na jeża zmie­rza w ich kie­runku. - Tak czy siak ma­cie prze­je­bane. - Wy­szcze­rzył zęby w groź­nym uśmie­chu, a po­tem ru­szył w stronę kom­pana, do­strze­gł­szy krót­kie kiw­nię­cie głową.

Od­szedł kilka kro­ków, za ple­cami usły­szał, że mło­dzi szep­czą coś mię­dzy sobą z prze­ję­ciem i, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, od­wró­cił się, by jesz­cze raz zmie­rzyć ich su­rowo wzro­kiem.

- Mamy im wpier­do­lić? - spy­tał kom­pana.

- Nie - od­po­wie­dział ścięty na jeża.

- Nie?! - zdzi­wił się nie­po­mier­nie. - To czego stary chciał?

- Opier­do­lić nas.

- Nas? - Łysy wy­trzesz­czył oczy ze zdzi­wie­nia. - Za co?!

- Za to, że nie­po­trzeb­nie stra­szymy miej­scową lud­ność

- Prze­cież to nie miej­scowa lud­ność, tylko tu­ry­ści.

- Chcesz to po­wie­dzieć sta­remu oso­bi­ście? - skon­tro­wał. - Tak my­śla­łem - wark­nął.

- Do­stał ge­ne­ral­skie gwiazdki i mu od­biło - rzekł z na­ci­skiem.

- Że­byś wie­dział - po­twier­dził ocho­czo. Wy­krzy­wił usta, za­czął prze­drzeź­niać. - Mu­simy my­śleć o spo­łecz­nym od­bio­rze - na­śla­do­wał po­ważny ton swo­jego roz­mówcy sprzed chwili. - Jak by to wy­glą­dało w me­diach, gdy­by­śmy kilku tu­ry­stów za­in­te­re­so­wa­nych za­byt­kami po­trak­to­wali w tak ob­ce­sowy spo­sób? - imi­to­wał na­dal.

Łysy za­śmiał się gar­dłowo, ale za­raz po­tem spo­waż­niał.

- Ob­ce­sowy, tak po­wie­dział?

Ścięty na jeża po­tak­nął, wzdy­cha­jąc przy tym gło­śno.

- Wiesz, co to zna­czy? - rzu­cił po chwili, pa­trząc kpiąco na ko­legę.

- Wal się! - od­ciął się łysy mo­men­tal­nie. - Co z nimi ro­bimy?

- Mamy po­uczyć o pró­bie wtar­gnię­cia na te­ren pry­watny i pu­ścić wolno.

Łysy mruk­nął coś nie­zro­zu­miale pod no­sem.

- Jego de­cy­zja, nie na­sza - za­zna­czył ścięty na jeża. - My tu nie je­ste­śmy od my­śle­nia. - Za­czął iść w kie­runku mło­dych.

Wi­dząc to, ci na­tych­miast prze­stali szep­tać mię­dzy sobą.

- No, gów­nia­rze. - Ścięty na jeża sta­nął w roz­kroku. - Tym ra­zem wam się upie­kło. - Cmok­nął nie­za­do­wo­lony.

- Na co jesz­cze cze­ka­cie? - wrza­snął łysy na­gle. - Spier­da­lać stąd, ale już!

*

Dwie mi­nuty póź­niej mło­dzi sie­dzieli w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym wcze­śniej sta­ruszka okła­dała ich la­ską.

- Przez główną bramę nie mo­żemy te­raz wejść - za­wy­ro­ko­wał Leon So­kal. - Drugi raz te go­ryle nie da­dzą się na­brać.

- Masz ra­cję. - Mar­cel Ro­szak miał za­fra­so­waną twarz, na ekra­nie smart­fona po­ja­wiła się długa rysa. - To co ro­bimy?

- Mu­simy wró­cić do ko­ścioła - od­po­wie­dział Leon So­kal. - Za ko­ścio­łem wi­dzia­łem gę­ste za­ro­śla. Nikt nas tam nie zo­ba­czy. Znaj­dziemy w krza­kach ja­kieś do­godne miej­sce i przej­dziemy przez ogro­dze­nie.

- A jak nas zła­pią? - Mar­cel Ro­szak zro­bił minę, jakby miał się za­raz roz­pła­kać.

- Cy­kor cię ob­le­ciał? - Lena Au­gu­styn uśmiech­nęła się kpiąco. - Cy­kor jak nic.

- Sama je­steś cy­kor - wy­ce­dził. - Jak mamy iść, to idziemy. Bo i tak już je­ste­śmy spóź­nieni.

- Ra­cja - po­twier­dził Leon So­kal i jako pierw­szy ru­szył w stronę ko­ścioła.

Chwilę póź­niej prze­dzie­rali się już przez gę­stą ro­ślin­ność.

- Nie ku­mam, dla­czego ten czło­wiek wy­brał na spo­tka­nie aku­rat to miej­sce. - Lena Au­gu­styn za­wi­sła z no­gami za­wie­szo­nymi na be­to­no­wym pło­cie. Za­raz po­tem ze­sko­czyła na drugą stronę.

- Pew­nie dla­tego, że naj­ciem­niej jest za­wsze pod la­tar­nią - za­uwa­żył Leon So­kal, do­łą­cza­jąc do ko­legi. - Ale jak chcesz mieć pew­ność, to za chwilę bę­dziesz mo­gła go spy­tać sama.

Roz­dział 9

18 maja 2025, War­szawa

W tym cza­sie w stu­diu wy­bor­czym Te­le­wi­zji Pu­blicz­nej trwała za­żarta dys­ku­sja o wstępne son­da­żowe wy­niki wy­bo­rów - tak zwane exit poll - pro­wa­dzona mię­dzy Grze­go­rzem Mo­lem, naj­le­piej opła­ca­nym dzien­ni­ka­rzem re­dak­cji a prze­wod­ni­czą­cym klubu po­sel­skiego Li­be­ral­nych Ja­ro­mi­rem Wą­grow­cem.

- Po­wiem tak. - Mol zro­bił te­atralną pauzę. Spraw­dził, która ka­mera go bie­rze, wbił w nią wzrok. - Je­śli te wy­niki nie są efek­tem ja­kie­goś kosz­mar­nego błędu me­to­do­lo­gicz­nego pra­cowni ba­dań czy też po­myłki wy­ni­ka­ją­cej ze złego prze­pro­wa­dze­nia sa­mych wy­wia­dów poza lo­ka­lami wy­bor­czymi, to mamy do czy­nie­nia z czymś nie­wia­ry­god­nym.

Wą­gro­wiec ner­wowo zmie­nił po­zy­cję na fo­telu. To nie on miał uczest­ni­czyć w tej roz­mo­wie, ale po pierw­szych prze­cie­kach wy­ni­ków szef jego ma­cie­rzy­stego ugru­po­wa­nia za­szył się głę­boko i nie chciał pu­blicz­nie po­ka­zać. W ten spo­sób go­rący kar­to­fel wpadł w jego ręce.

- Chciał­bym z całą mocą i sta­now­czo­ścią pod­kre­ślić... - za­czął mó­wić. - Par­tia Li­be­ral­nych i pan pre­mier oso­bi­ście co naj­mniej od dwóch ty­go­dni alar­mo­wali o pró­bach in­ge­ren­cji służb ob­cych państw w prze­bieg kam­pa­nii wy­bor­czej, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem dez­in­for­ma­cji pro­wa­dzo­nej z wy­ko­rzy­sta­niem sztucz­nej in­te­li­gen­cji.

- Kilka mie­sięcy temu Ame­ry­ka­nie na­ło­żyli na­wet sank­cje na tak zwane ośrodki eks­perc­kie po­wią­zane z ro­syj­skim wy­wia­dem woj­sko­wym - wtrą­cił Mol.

- Nie­stety - po­seł po­ki­wał gwał­tow­nie głową - opo­zy­cja stor­pe­do­wała na­sze plany, aby ta­kim hy­bry­do­wym ata­kom prze­ciw­dzia­łać z równą mocą i sta­now­czo­ścią, jak nasi przy­ja­ciele zza oce­anu.

- Mówi pan o przy­ja­cio­łach, ale Aro­nowi Py­skowi, do­radcy pre­zy­denta Ro­nalda Gompa rów­nież za­rzuca się nie­le­galny wpływ na prze­bieg wy­bo­rów - za­uwa­żył dzien­ni­karz. - I to nie tylko w Pol­sce, także w Niem­czech, Ru­mu­nii, we Fran­cji i na Ma­da­ga­ska­rze. - Wstrzy­mał na chwilę głos. - Czy wo­bec ta­kich dzia­łań na­le­ża­łoby rów­nież pod­jąć ja­kieś dzia­ła­nia? Oczy­wi­ście mam na my­śli rząd pana pre­miera Kra­kow­skiego.

- Nie chciał­bym w tym miej­scu wcho­dzić w kom­pe­ten­cje in­nych osób... Wie pan re­dak­tor... - Wił się jak pi­skorz. - Mu­simy pa­mię­tać, że Stany Zjed­no­czone są na­szym stra­te­gicz­nym part­ne­rem po­li­tycz­nym i go­spo­dar­czym.

- Nie zmie­nia to faktu, iż Aron Pysk wpły­nął na wy­nik wy­bo­rów w na­szym kraju. Sam to zresztą przy­znał w jed­nym z wy­wia­dów.

Wą­gro­wiec sklął w my­ślach pre­miera, przez któ­rego mu­siał te­raz tu sie­dzieć i ro­bić z sie­bie przy­sło­wio­wego dur­nia.

- Chciał­bym wi­dzom Te­le­wi­zji Pu­blicz­nej przy­po­mnieć jedną rzecz. - Po­seł Li­be­ral­nych przy­jął spraw­dzoną tak­tykę: naj­lep­szą obroną jest atak. - Już pół roku temu ko­mi­sja do spraw ba­da­nia wpły­wów ro­syj­skich alar­mo­wała, że na­sze pań­stwo po­winno zro­bić o wiele wię­cej na polu prze­ciw­dzia­ła­nia dez­in­for­ma­cji sto­so­wa­nej przez Ro­sję, która to dez­in­for­ma­cja ma już wła­ści­wie wy­miar dez­in­for­ma­cji zor­ga­ni­zo­wa­nej i zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nej. Z po­wodu wolty na­szego ko­ali­cjanta, który sta­nął ra­mię w ra­mię z opo­zy­cją to­talną, nie udało się przy­jąć sto­sow­nej ustawy.

- Pa­nie po­śle. - Mol uśmiech­nął się, ale w tym uśmie­chu nie było za grosz sym­pa­tii. - To ja przy­po­mnę panu po­słowi, że ra­port ko­mi­sji uka­zał się mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym pol­skie służby na­mie­rzyły i zli­kwi­do­wały siatkę agen­tów szko­lo­nych przez Ro­sjan, jak do­ko­ny­wać po­dzia­łów na sce­nie po­li­tycz­nej w na­szym kraju. Nad­mie­nię, że do­ko­nały tego służby nad­zo­ro­wane przez wa­szego ko­ali­cjanta.

- Bar­dzo do­brze, że służby w tym przy­padku sta­nęły na wy­so­ko­ści za­da­nia. Ale po­trzeba cze­goś znacz­nie wię­cej. - Od­bił pi­łeczkę. - Rząd musi za­dbać o to, aby walka z dez­in­for­ma­cją pły­nącą do nas zza wschod­niej gra­nicy przy­brała wy­miar in­sty­tu­cjo­nalny. Trzeba to wło­żyć w ramy prawne. Do tego po­trzeba po­nad­par­tyj­nego po­ro­zu­mie­nia. Na szczę­ście do dru­giej tury jesz­cze dwa ty­go­dnie. Mamy czas, aby...

- Chwi­leczkę, pa­nie po­śle. - Pro­wa­dzący stu­dio wy­bor­cze prze­rwał mu gwał­tow­nym ru­chem otwar­tej dłoni.

Wą­gro­wiec na­tych­miast prze­stał mó­wić. Czuł, że stało się coś waż­nego.

- Sza­nowni pań­stwo... - Mol od­chrząk­nął ner­wowo, na­wet nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. - Zwra­cam się do na­szych wi­dzów i na­szego sza­now­nego go­ścia... Do­tarły do nas wła­śnie pierw­sze wy­niki late poll z wy­bra­nych lo­kali wy­bor­czych... - Przy­ło­żył palce pra­wej dłoni do ucha, wci­ska­jąc weń słu­chawkę. - Nie... Nie ro­zu­miem... - Był wy­raź­nie zbity z tropu. - Po­cze­kajmy na gra­fikę... Halo?... - jęk­nął, pa­trząc wprost do ka­mery. - Czy mogę pro­sić o za­pre­zen­to­wa­nie tej gra­fiki?!

OSOBY DRA­MATU

Człon­ko­wie ru­chu oporu:

Ten, zwany także Du­chem - przy­wódca ru­chu oporu, nikt nie wie, jak wy­gląda.

Pod­po­rucz­nik Jan Krzyk (pseu­do­nim: Ko­ściuszko) - 39 lat, służy w 34 Bry­ga­dzie Ka­wa­le­rii Pan­cer­nej im. Het­mana Wiel­kiego Ko­ron­nego Jana Za­moy­skiego w Ża­ga­niu, do­wódca czołgu Le­opard, zbyt czę­sto mówi to, co my­śli.

Jó­zef Bem - 65 lat, eme­ry­to­wany ge­ne­rał Woj­ska Pol­skiego, po wy­bu­chu po­wsta­nia ma prze­jąć tym­cza­sowo wła­dzę.

Czło­wiek ge­ne­rała - łącz­nik mię­dzy Be­mem a lo­kal­nymi ko­mór­kami ru­chu oporu, jego atry­bu­tem są oku­lary w ro­go­wej opra­wie.

Ka­pi­tan To­masz Wrzos - przy­ja­ciel Krzyka, służy w tej sa­mej jed­no­stce.

Ha­ke­rzy (Ano­ny­mous Pa­triot):

Leon So­kal - 20 lat, mieszka w Zie­lo­nej Gó­rze, jest fa­nem miej­sco­wego klubu żuż­lo­wego Fa­lu­baz.

Mar­cel Ro­szak - 17 lat, kilka lat miesz­kał z ro­dzi­cami w An­glii, trzy lata temu wró­cił do Pol­ski.

Lena Au­gu­styn - 17 lat, dwa lata wcze­śniej wła­mała się do su­per­taj­nego sys­temu woj­sko­wego, za co pra­wie tra­fiła do wię­zie­nia, jest naj­in­te­li­gent­niej­sza z ca­łej trójki, wy­cho­wuje ją matka.

Ju­docy:

Stan­ley - klu­bowy tre­ner.

Li­te­rat - po­wie­dzieć, że się wy­mą­drza, to nic nie po­wie­dzieć.

Hela - on też za­wsze wszystko wie naj­le­piej.

Dudy - jego śmiech jest wy­soce za­raź­liwy.

Fi­lip - można go roz­po­znać po fry­zu­rze z dre­dami.

Ki­zias - naj­bar­dziej opa­no­wany z nich wszyst­kich.

Przed­sta­wi­ciele no­wej wła­dzy:

Pre­zy­dent Ma­rek Rab­ban - 37 lat, mi­ło­śnik wszyst­kiego, co ro­syj­skie i ra­dziec­kie, czło­nek par­tii Je­dyni Pa­trioci.

Pre­mier An­drzej Ko­pyto - 36 lat, ma­rio­netka pre­zesa par­tii Spra­wie­dliwi.

Ma­ciej Braun - mi­ni­ster bez teki, jego zna­kiem roz­po­znaw­czym jest ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur, czło­wiek pre­zy­denta Rab­bana.

Piotr Wer­ste­ler - 48 lat, ko­men­dant główny po­li­cji i jed­no­cze­śnie szef wy­działu do walki z ter­ro­ry­zmem we­wnętrz­nym oraz spe­cjalny peł­no­moc­nik pre­miera do spraw unor­mo­wa­nia kon­tak­tów pol­sko-ro­syj­skich.

Ma­jor Fran­ci­szek Gó­recki - za­stępca do­wódcy, a po­tem do­wódca 34 Bry­gady Ka­wa­le­rii Pan­cer­nej, trak­tuje jed­nostkę jak udzielne księ­stwo, ka­wał gnoja.

Inni:

Ma­ria Bem - żona ge­ne­rała i jego wielka mi­łość, cho­ruje na Alz-he­imera.

Lud­miła - opie­kunka Ma­rii, Bem trak­tuje ją jak córkę.

Ob­co­kra­jowcy:

Ro­nald Gomp - pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Aron Pysk - je­den z naj­bo­gat­szych lu­dzi świata, szef do­rad­ców Gompa.

Mi­chał Mi­chaj­ło­wicz Spi­ri­do­now - pre­zy­dent Ro­sji.

Wia­cze­sław Młot - je­den z naj­bo­gat­szych Ro­sjan, naj­bar­dziej za­ufany czło­wiek Spi­ri­do­nowa, przez Po­la­ków na­zy­wany na­miest­ni­kiem.

Hek­tor Gu­lyás - pre­mier Wę­gier.

Nor­bert Lica - pre­mier Sło­wa­cji.

Pro­log

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn koło Wolsz­tyna

- Za nową przy­jaźń mię­dzy na­ro­dami Ro­sji i Pol­ski! - Wia­cze­sław Młot ru­szył kor­pu­lentne ciało, zmie­nia­jąc po­zy­cję w głę­bo­kim fo­telu, w któ­rym za­padł się kil­ka­na­ście mi­nut wcze­śniej. Miał 61 lat, cho­le­ste­rol na po­zio­mie Mo­unt Eve­re­stu i był jed­nym z naj­bo­gat­szych Ro­sjan, a przy tym naj­bar­dziej za­ufa­nym czło­wie­kiem urzę­du­ją­cego władcy Kremla Mi­chała Mi­chaj­ło­wi­cza Spi­ri­do­nowa. Wielki por­tret tego ostat­niego, ja­kiego swego czasu nie po­wsty­dziłby się sam Io­sif Wis­sa­rio­no­wicz Dżu­gasz­wili - znany bar­dziej jako Jó­zef Sta­lin - stał oparty o ścianę przy oka­za­łym piecu ka­flo­wym, ta­kim, ja­kich w obec­nych cza­sach trzeba było szu­kać ze świecą.

Ro­syj­ski oli­gar­cha przy­tknął kie­li­szek do ust i wy­chy­lił go jed­nym hau­stem.

- Jesz­cze nie zdą­ży­łem go po­wie­sić. - Po­ka­zał wy­mow­nie na po­do­bi­znę pre­zy­denta oj­czy­stego kraju. - Po­lej­cie, to­wa­rzy­sze!

Pre­mier An­drzej Ko­pyto spoj­rzał su­ge­styw­nie na to­wa­rzy­szą­cego mu męż­czy­znę, który jako je­dyny do tej pory ani razu się nie ode­zwał. Cały czas mil­cząc, spraw­nie na­peł­nił trzy kie­liszki. Za­raz po­tem otwo­rzył sto­jący obok pę­katy słoik. Od­krę­ca­niu wieka to­wa­rzy­szyło cha­rak­te­ry­styczne syk­nię­cie.

- Wy, Po­lacy, wie­cie, jak się kul­tu­ral­nie pije: z za­gry­chą! - Młot wsa­dził tłu­ste pa­lu­chy do na­czy­nia. Chwilę trwało, za­nim udało mu się wy­jąć z niego nie­wielki okaz kształ­tem przy­po­mi­na­jący ba­nana. Wsu­nął go do ust, za­ci­snął zęby ro­bione na za­mó­wie­nie w Lon­dy­nie, pry­ska­jąc do­okoła kwa­śnym so­kiem. Nie zwró­cił na to uwagi, za to znów mla­snął z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem. - I wie­cie, jak po­rząd­nie uki­sić ogó­reczki. - Za­re­cho­tał.

Pre­mier Ko­pyto po­szedł w ślady go­spo­da­rza: naj­pierw się za­śmiał, po­tem opróż­nił kie­li­szek, na­stęp­nie wy­jął ogó­reczka i zjadł go, mla­ska­jąc rów­nie gło­śno jak go­spo­darz. Póź­niej zer­k­nął wład­czo na to­wa­rzy­szą­cego mu męż­czy­znę.

Ten w mil­cze­niu do­ko­nał iden­tycz­nego ob­rzędu, sta­ra­jąc się przy tym nie krzy­wić, jako że nie lu­bił al­ko­holu. Wie­dział jed­nak do­sko­nale, że na tym spo­tka­niu jego za­mi­ło­wa­nie do abs­ty­nen­cji musi po­zo­stać nie­zau­wa­żone, z ru­skimi ina­czej się po pro­stu nie dało. Z tą my­ślą za­jął się na­le­wa­niem ko­lej­nych por­cji.

- Za nowy roz­dział w hi­sto­rii Eu­ropy! - rzu­cił Młot gromko, pod­no­sząc kie­li­szek i wy­mow­nie cze­ka­jąc.

- Za nowy roz­dział w hi­sto­rii Eu­ropy! - za­wtó­ro­wał pre­mier, ude­rza­jąc swoją stopką w trzy­many w ide­al­nym bez­ru­chu kie­li­szek go­spo­da­rza.

Trzeci z męż­czyzn nie ode­zwał się sło­wem, za to stuk­nął na­czy­niem w stopkę pre­miera tak mocno, że po­łowa wódki się wy­lała.

Ko­pyto i ro­syj­ski oli­gar­cha byli jed­nak zbyt po­chło­nięci sobą, by zwró­cić na to uwagę.

- Za nowy roz­dział w hi­sto­rii świata! - Młot wy­chy­lił ko­lejny to­ast, po czym od­su­nął kie­li­szek od sie­bie, da­jąc w ten spo­sób znak, że pora na prze­rwę.

Wi­dząc to, pre­mier Ko­pyto ode­tchnął w du­chu z ulgą, po­dob­nie po­stą­pił trzeci z męż­czyzn.

- Ładne so­bie gniazdko zna­la­złem, prawda? - rzekł go­spo­darz gło­śno.

Męż­czyźni po­wie­dli wzro­kiem po ścia­nach i su­fi­cie. Znaj­do­wali się w bi­blio­tece ozdo­bio­nej sztu­ka­te­rią o róż­nych mo­ty­wach, w któ­rych do­mi­no­wały ak­centy ro­ślinne i fi­gury geo­me­tryczne. Po­miesz­cze­nie było jed­nym z naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nych w ca­łym pa­łacu Kur­na­tow­skich w Go­ście­szy­nie koło Wolsz­tyna, mia­sta le­żą­cego na po­gra­ni­czu Wiel­ko­pol­ski i ziemi lu­bu­skiej. Wieś znaj­do­wała się z da­leka od głów­nych szla­ków ko­mu­ni­ka­cyj­nych i z dala od re­por­ter­skich fle­szy.

Bu­dowla zo­stała wznie­siona na pla­nie wy­dłu­żo­nego pro­sto­kąta z wie­żami w na­roż­ni­kach. Fa­sadę fron­tową ozda­biał pię­trowy ga­nek zwień­czony kre­ne­la­żem, po­dob­nie jak wieże. Taki wy­gląd pa­łac zy­skał w la­tach 1904-1911, pod­czas prze­bu­dowy dworu z XVIII stu­le­cia. Nieco póź­niej po­sia­dłość do­cze­kała się też stajni i ujeż­dżalni, które obec­nie peł­niły funk­cję miesz­ka­niową. Mimo że po­sia­dłość lata świet­no­ści miała za sobą, na­dal przy­cią­gała wzrok prze­jeż­dża­ją­cych po­bli­ską drogą oko­licz­nych miesz­kań­ców i przy­pad­ko­wych tu­ry­stów.

Nad wej­ściem głów­nym do pa­łacu wid­niała ła­ciń­ska sen­ten­cja Ora et la­bora - Módl się i pra­cuj. Te­raz jed­nak nie mo­dlono się tu­taj, po­stronny ob­ser­wa­tor mógłby też do­dać, że rów­nież nie pra­co­wano - w tym aspek­cie byłby jed­nak w błę­dzie. To­wa­rzy­skie spo­tka­nie, na ja­kie Młot za­pro­sił pol­skiego pre­miera i to­wa­rzy­szą­cego mu męż­czy­znę, nie było ni­czym in­nym, jak nie­for­mal­nym po­sie­dze­niem cze­goś na kształt dwu­oso­bo­wej rady re­gen­cyj­nej, ciała, o któ­rym wie­działo nie­wielu, a które tak na­prawdę po­dej­mo­wało klu­czowe de­cy­zje do­ty­czące po­li­tyki we­wnętrz­nej i za­gra­nicz­nej Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. Przy czym wio­dący głos we wszel­kiego ro­dzaju róż­ni­cach zdań miał Wia­cze­sław Młot.

- Bar­dzo ładne. - Ko­pyto po­śpie­szył z za­pew­nie­niem. - Piękne. Świetny wy­bór.

- Na ra­zie zdą­ży­łem przy­wieźć kilka me­bel­ków i je­den skromny ob­raz. - Młot pod­niósł się z fo­tela, pod­szedł do ramy opar­tej o ścianę prze­ciw­le­głą do tej, na któ­rej wspie­rała się po­do­bi­zna Mi­chała Mi­chaj­ło­wi­cza Spi­ri­do­nowa. Ob­ró­cił ją tak, żeby go­ście mo­gli przyj­rzeć się ma­lo­wi­dłu.

Trzeci z męż­czyzn, wi­dząc Gra­ją­cych w karty Paula Cézanne'a aż jęk­nął. Jak można było coś ta­kiego trzy­mać w pa­łacu strze­żo­nym na co dzień przez paru kiep­sko uzbro­jo­nych lu­dzi? Prze­cież to aż się pro­siło o kra­dzież! Na­gle się zre­flek­to­wał - tak by­łoby jesz­cze kilka ty­go­dni wcze­śniej, te­raz nikt o zdro­wych zmy­słach nie od­wa­żyłby się okra­dać naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka w kraju.

- Ar­cy­dzieło... - Pre­mier Ko­pyto trzy dni wcze­śniej skoń­czył 36 lat, miał żonę-ce­le­brytkę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem odzieży spor­to­wej, trójkę dzieci, dwa psy i nie tylko nie znał się na ma­lar­stwie post­im­pre­sjo­ni­stycz­nym, ale w ogóle nie miał po­ję­cia o kul­tu­rze wy­so­kiej. Zwykł zresztą chwa­lić się, że w trak­cie ukoń­czo­nych z tru­dem stu­diów po­li­to­lo­gicz­nych prze­czy­tał tylko dwie książki, z czego jedną była po­wieść ero­tyczna. By­cie na ba­kier z kul­turą nie było jed­nak żadną prze­szkodą na dro­dze do tego, aby wy­ra­zić swój po­dziw. - Ile kosz­to­wało? - Do­sko­nale znał kwotę z prze­ka­zów me­dial­nych, ale uznał, że to do­bra oka­zja, aby ko­lejny raz przy­po­chle­bić się ro­syj­skiemu dy­gni­ta­rzowi. Bądź co bądź to w du­żej mie­rze od niego za­le­żało to, jak długo utrzyma się w fo­telu pre­zesa rady mi­ni­strów.

- Pra­wie dwie­ście sie­dem­dzie­siąt mi­lio­nów do­la­rów... - Młot ziew­nął.

- Mają roz­mach, skur­wy­syny... - mruk­nął pod no­sem ten, który do tej pory sie­dział bez słowa na fo­telu sto­ją­cym naj­da­lej od stołu, w na­roż­niku bi­blio­teki, tuż obok po­tęż­nej do­nicy z roz­ło­ży­stym ro­do­den­dro­nem.

- Co ta­kiego? - Mało bra­ko­wało, a pre­mier spio­ru­no­wałby kom­pana wzro­kiem. Mi­mo­wol­nie spoj­rzał na go­spo­da­rza, pró­bu­jąc po­znać, czy do jego uszu do­le­ciała im­per­ty­nencka uwaga.

- Pa­łac jest piękny, ma też bo­gatą hi­sto­rię. - To było pierw­sze pełne zda­nie, ja­kim Piotr Wer­ste­ler ode­zwał się, od­kąd kwa­drans temu z okła­dem prze­kro­czył próg ga­bi­netu ra­zem z pre­mie­rem - nie li­cząc ci­chej uwagi sprzed chwili, jaka wy­msknęła mu się z ust. Wer­ste­ler przez ostat­nie ty­go­dnie piął się po szcze­blach rzą­do­wej ka­riery nie­mal tak szybko, jak wcze­śniej sie­dzący obok niego pre­mier - który nie­dawno po­wo­łał go na sta­no­wi­sko ko­men­danta głów­nego po­li­cji. - Ale naj­lep­sze lata ma już chyba za sobą... - do­dał ostroż­nie. - Co nie zmie­nia faktu, że to­wa­rzysz Młot ma świetny gust - za­strzegł na wszelki wy­pa­dek. Aby nie dać ru­skowi czasu, by oce­nił jego wcze­śniej­sze spo­strze­że­nie jako afront, szybko na­peł­nił kie­liszki, je­den po­dał go­spo­da­rzowi.

- Naj­lep­sze lata to miej­sce ma do­piero przed sobą! - Oli­gar­cha łap­czy­wie wy­chy­lił za­war­tość.

Obaj roz­mówcy po­szli w jego ślady.

- Pla­nuję mały re­mont - wy­ja­śnił Młot, od­kła­da­jąc kie­li­szek.

Po­lacy spoj­rzeli na niego py­ta­jąco.

- Mam już pierw­sze ostrożne sza­cunki na te­mat kosz­tów... - Ro­sja­nin opu­ścił po­wieki. Wy­glą­dał te­raz tak, jakby za­mie­rzał się zdrzem­nąć. - Trzeba bę­dzie wpom­po­wać w to miej­sce kilka mi­lio­nów - mó­wił z za­mknię­tymi oczami.

- Zło­tych? - spy­tał Ko­pyto przy­mil­nie.

- Do­la­rów! - Młot na­dal wy­glą­dał tak, jakby spał.

- Tylko kilka? - rzu­cił Wer­ste­ler. - Zna­jąc roz­mach na­szego ro­syj­skiego przy­ja­ciela, kilka mi­lio­nów może w osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie wy­star­czyć... - Na­gle zro­bił pauzę, zdaw­szy so­bie sprawę z tego, że być może prze­sa­dził z za­ży­ło­ścią.

Kiedy oli­gar­cha otwo­rzył oczy, obaj Po­lacy za­marli. Pre­mier spoj­rzał na ko­men­danta z wy­rzu­tem, za­sta­na­wia­jąc się, co się za­raz wy­da­rzy. Młot znany był nie tylko z za­mi­ło­wa­nia do pięk­nych ko­biet, dro­gich ob­ra­zów i rzek al­ko­holu, ale też po­ryw­czego tem­pe­ra­mentu. W ko­ry­ta­rzach kan­ce­la­rii pre­zesa rady mi­ni­strów szep­tano, że kilka dni przed wkro­cze­niem wojsk ro­syj­skich do Pol­ski za­strze­lił dwie osoby, a trzy ciężko ra­nił tylko dla­tego, że auto, któ­rym je­chali, ude­rzyło w jedną z jego pan­cer­nych wołg wy­ko­na­nych na in­dy­wi­du­alne za­mó­wie­nie.

- Ma­cie ra­cję, to­wa­rzy­szu... - Ro­sja­nin zmarsz­czył brwi. - Jak wy się, do cho­lery, na­zy­wa­cie?

- Wer­ste­ler - po­śpie­szył pre­mier z od­po­wie­dzią. - To­wa­rzysz Wer­ste­ler pełni funk­cję ko­men­danta głów­nego po­li­cji.

- Tak... Wer­ste­ler... - Oli­gar­cha za­kasz­lał. - Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam... Bar­dzo cię po­lu­bi­łem, chło­pie. - Ob­da­rzył Po­laka przy­ja­znym uśmie­chem. - Masz ab­so­lutną ra­cję: kilka mi­lio­nów może nie wy­star­czyć. Ale kto bo­ga­temu za­broni? - Za­śmiał się gar­dłowo.

Obaj Po­lacy mu za­wtó­ro­wali, dużo bar­dziej na­tu­ral­nie wy­padł ko­men­dant główny po­li­cji.

- To­wa­rzy­szu Młot, je­śli mogę spy­tać... - Tak, jak Wer­ste­ler wcze­śniej mil­czał, tak te­raz nie mógł utrzy­mać ję­zyka za zę­bami. - To­wa­rzysz mógł so­bie wy­brać inną, o wiele bar­dziej oka­załą po­sia­dłość w na­szym kraju. Lu­biąż... Książ... Za­mek Kró­lew­ski... Dla­czego aku­rat pa­łac Kur­na­tow­skich?

Pre­mier spoj­rzał na swo­jego za­ufa­nego czło­wieka, za­cho­dząc w głowę, do czego ten zmie­rza. Mu­siał prze­cież wie­dzieć, że Młot otrzy­mał tę po­sia­dłość na oso­bi­ste ży­cze­nie - jako dar od na­rodu pol­skiego. Wcze­śniej na­le­żała do pry­wat­nej osoby i zo­stała bły­ska­wicz­nie zna­cjo­na­li­zo­wana na mocy ustawy o spe­cjal­nych po­trze­bach Skarbu Pań­stwa, przy­ję­tej rów­nie szybko. Pe­wien zło­śliwy dzien­ni­karz na­zwał ją ustawą o spe­cjal­nych po­trze­bach zło­dziei, ale tego sa­mego dnia - po in­ter­wen­cji mi­ni­stra skarbu pań­stwa - zo­stał zwol­niony z pracy. Sprawę od razu na­gło­śniły służby pra­sowe i nikt wię­cej się na ta­kie zło­śli­wo­ści nie od­wa­żył. Chęt­nych nie było tym bar­dziej, że wy­wa­lo­nemu na bruk żur­na­li­ście wy­sta­wiono jed­no­cze­śnie wil­czy bi­let. Nie­szczę­śnik nie miał szans nie tylko na an­gaż w in­nych me­diach rzą­do­wych, ale na­wet w tych, w któ­rych tliły się jesz­cze resztki nie­za­leż­no­ści. Nikt o zdro­wych zmy­słach nie za­trud­niłby ko­goś, kto tak bar­dzo pod­padł pre­mie­rowi, któ­rego jedno słowo na ra­dzie mi­ni­strów wy­star­czało, by ta czy inna spółka prawa han­dlo­wego zo­sta­wała wchło­nięta przez spółkę skarbu pań­stwa, zresztą do­ty­czyło to nie tylko przed­się­biorstw zwią­za­nych z ryn­kiem me­dial­nym.

- Lu­bię rze­czy nie­oczy­wi­ste... - od­rzekł Młot fi­lo­zo­ficz­nym to­nem. - Za rok to miej­sce zmieni się nie do po­zna­nia... - Roz­ma­rzył się. - Bar­dzo moż­liwe, że za­pro­szę Mi­chała Mi­chaj­ło­wi­cza... - Z pre­me­dy­ta­cją nie użył na­zwi­ska pre­zy­denta, aby w ten spo­sób uzmy­sło­wić po­lacz­kom za­ży­łość, jaka łą­czyła go z władcą Kremla.

- To­wa­rzy­szu, gdy­byś znał losy tego miej­sca, nie­ko­niecz­nie chciał­byś w nim po­dej­mo­wać Spi­ri­do­nowa - rzu­cił Wer­ste­ler w my­ślach. Spoj­rzał na pre­miera, za­sta­na­wia­jąc się, czy ten zna hi­sto­rię sto­ją­cego opo­dal pa­łacu ko­ścioła, w któ­rym po­dobno spo­czy­wało ciało Krzysz­tofa Jana Że­goc­kiego. Nie za­mie­rzał ani jemu, ani ro­syj­skiemu oli­gar­sze da­wać te­raz lek­cji. Mo­głoby się to oka­zać nie­bez­pieczne, jako że trudno było prze­wi­dzieć, jak Młot ode­brałby taki wy­kład. Je­śli uznałby, że to za­wo­alo­wany przy­tyk ze strony Wer­ste­lera, mo­głoby to ozna­czać ko­niec jego do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­riery w pol­skiej po­li­cji i po­li­tyce. Ow­szem, na obej­mo­wane obec­nie sta­no­wi­sko de­sy­gno­wał go pre­mier, ale on sam do­sko­nale wie­dział, kto tu roz­daje karty.

- To­wa­rzy­szu!... - Młot ze­rwał się z fo­tela, za­raz po­tem chwy­cił pre­miera w ob­ję­cia. - An­drzeju!... Z ca­łego serca dzię­kuję za ten skromny po­da­ru­nek!...

Ko­pyto od­wza­jem­nił czu­ło­ści, kry­jąc przy tym za­sko­cze­nie nie­ocze­ki­wa­nym wy­bu­chem wy­lew­no­ści go­spo­da­rza.

- To­wa­rzy­sze! - Ro­sja­nin wstał, po­pra­wił ko­szulę, która zdą­żyła wy­su­nąć się ze spodni. - Już te­raz czuj­cie się za­pro­szeni!

Wer­ste­ler wy­czuł, że to wła­ściwy mo­ment, na­peł­nił kie­liszki.

- Wy­pijmy za zdro­wie praw­dzi­wych pol­skich pa­trio­tów! - Młot wzniósł to­ast.

Wy­pili wódkę w mil­cze­niu, za­gry­za­jąc ogó­recz­kami - jako pierw­szy za­gry­chy skosz­to­wał go­spo­darz, po czym wró­cił na wy­godne miej­sce w fo­telu.

- To­wa­rzy­sza Wer­ste­lera nie znam zbyt do­brze... - Spoj­rzał na po­li­cjanta. - Ja­koś nie mia­łem oka­zji... - Łyp­nął okiem po­dejrz­li­wie.

- To je­den z mo­ich naj­lep­szych lu­dzi - rzu­cił pre­mier, żywo ge­sty­ku­lu­jąc rę­koma. - Robi świetną ro­botę. Jego ostre i zde­cy­do­wane dzia­ła­nia prze­ciwko opo­zy­cji są pełne po­dziwu. - Za­czął opo­wia­dać, mó­wił przez kilka mi­nut, ani przez mo­ment nie tra­cąc wątku.

- Wła­śnie ta­kich lu­dzi nam dzi­siaj po­trzeba! - po­chwa­lił Młot, gdy Po­lak skoń­czył opo­wieść. - To­wa­rzy­szu Wer­ste­ler... - Pod­niósł kie­li­szek, który ko­men­dant główny po­li­cji na­peł­nił usłuż­nie chwilę temu. - Pio­trze... Mogę się do cie­bie tak zwra­cać?

Wer­ste­ler po­tak­nął gwał­tow­nie, nie kry­jąc dumy.

- Jak po­wie­dział twój szef - oli­gar­cha spoj­rzał na pre­miera - świetna ro­bota!

- Po­wiem szcze­rze: in­nego wyj­ścia nie mia­łem, je­śli chcę osią­gnąć po­sta­wiony przed sobą cel. - Wer­ste­ler rósł w oczach. - To zna­czy cel po­sta­wiony przede mną przez pana pre­miera - po­pra­wił się mo­men­tal­nie.

Roz­dział 6

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

Mło­dzi do­stali się do środka daw­nej stajni bocz­nym wej­ściem - choć po­ję­cie mo­gło być mylne, bo kryło się ono mię­dzy dwoma pa­rami ko­lumn ma­ją­cymi ja­kieś cztery me­try wy­so­ko­ści. Gdy tylko prze­mknęli pod rów­nie oka­za­łym tym­pa­no­nem, zna­leźli się w ko­ry­ta­rzu, któ­rego ciem­no­ści z tru­dem roz­ja­śniała słaba ża­rówka. Kie­ru­jąc się otrzy­ma­nymi wcze­śniej wska­zów­kami, do­tarli do celu. We­szli do po­miesz­cze­nia, było prze­stronne, ale ze względu na za­cią­gnięte ko­tary nie­wiele można było zo­ba­czyć.

Do­piero po chwili, gdy przy­zwy­cza­ili wzrok do pa­nu­ją­cych tu pół­ciem­no­ści, do­strze­gli, że je­dy­nym wy­po­sa­że­niem po­koju był ręcz­nie wy­ko­nany stół dę­bowy i wy­pchana fi­gura niedź­wie­dzia.

Na­gle wy­ło­niły się zza niej dwie za­ma­sko­wane po­staci. Jedna - ubrana w spor­towy gar­ni­tur - miała na gło­wie ma­skę znaną z cy­klu Straszny film, wy­krzy­wioną w cha­rak­te­ry­stycz­nym gry­ma­sie, czę­sto uży­waną pod­czas ba­lów na hal­lo­ween. Druga - w je­an­sach i ciem­nej ko­szulce polo - cho­wała się za po­do­bi­zną Jo­kera.

- Jezu! - wrza­snął Mar­cel Ro­szak. Okrę­cił się na pię­cie i już miał rzu­cić się do ucieczki, ale zo­stał po­wstrzy­many przez po­zo­sta­łych.

- Cze­kaj. - Lena Au­gu­styn jedną dło­nią trzy­mała kom­pana, drugą za­częła ner­wowo po­cie­rać pal­cami. - Przy­cho­dzimy z po­le­ce­nia pana Ko­ziołka. - Użyła umó­wio­nego ha­sła.

W od­po­wie­dzi ode­zwał się Jo­ker.

- J-23 znów na­daje... - Zro­bił krótką pauzę.

Gdyby to­wa­rzy­szący mu męż­czy­zna ścią­gnął te­raz prze­bra­nie, Jo­ker zo­ba­czyłby twarz pełną dez­apro­baty.

- Nie mo­głem się po­wstrzy­mać - mó­wił Jo­ker da­lej. - Uwiel­biam Stawkę więk­szą niż ży­cie. A wy?

Od­po­wie­działo mu mil­cze­nie.

- Zna­cie ten se­rial? - py­tał da­lej. - Nie... - od­parł sam so­bie. - No tak... Nie to po­ko­le­nie...

- To jest bal prze­bie­rań­ców? - Mar­cel Ro­szak rzu­cił to szep­tem, ale na tyle gło­śno, by za­ma­sko­wali męż­czyźni go usły­szeli.

- Co mó­wi­łeś? - Jo­ker zro­bił krok do przodu.

- Nic ta­kiego, pro­szę pana - za­pew­nił Mar­cel Ro­szak. - Tak się tylko za­sta­na­wia­łem, skąd te prze­bra­nia...

Męż­czy­zna w ma­sce du­cha pod­szedł do stołu, oparł się o niego, me­bel za­trzesz­czał zło­wrogo.

- Za­cznijmy od tego, że w na­szej or­ga­ni­za­cji sto­su­jemy modę ame­ry­kań­ską. - Jo­ker wciąż stał w tym sa­mym miej­scu. - To zna­czy wszy­scy je­ste­śmy ze sobą na "ty". Bez względu na wiek.

- Ale pan, są­dząc po gło­sie, mógłby być moim oj­cem - za­uwa­żył Leon So­kal.

- Nie ma to zna­cze­nia - uciął Jo­ker.

- A ten pan ile ma lat? - Lena Au­gu­styn po­ka­zała na Du­cha.

- Może być twoim dziad­kiem - od­parł Jo­ker. - A może oj­cem? - po­pra­wił się szybko. - A może nieco star­szym ku­zy­nem. Co cię to tak in­te­re­suje?

Dziew­czyna nie ode­zwała się sło­wem i w po­miesz­cze­niu za­pa­no­wała nie­zręczna ci­sza. Prze­rwał ją do­piero męż­czy­zna w ma­sce Jo­kera.

- Ma­cie ja­kieś py­ta­nia na po­czą­tek?

Lena Au­gu­styn spoj­rzała na ko­le­gów bła­gal­nie, li­cząc, że we­zmą na sie­bie cię­żar roz­mowy. Nic ta­kiego nie miało jed­nak miej­sca.

- Ja mam jedno... - za­częła nie­śmiało.

- Wal śmiało. - Po gło­sie Jo­kera było można wy­czuć, że kiedy to mó­wił, się uśmiech­nął.

Lena Au­gu­styn jesz­cze raz zer­k­nęła na kom­pa­nów. Znów nie otrzy­maw­szy od nich po­mocy, ze­brała się w so­bie.

- Dla­czego spo­ty­kamy się tu­taj?

- W ja­kim sen­sie? - Jo­ker od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie.

- Dla­czego tu­taj?

- Ale co masz na my­śli? - do­cie­kał. - Wa­runki lo­ka­lowe wam nie od­po­wia­dają? Chcie­li­ście spo­tkać się w bar­dziej ele­ganc­kim miej­scu? Ja­kimś luk­su­so­wym ho­telu? - strze­lał py­ta­niami jak se­rią z ka­ra­binu ma­szy­no­wego.

- Nie o to cho­dzi. - Lena Au­gu­styn wy­ko­nała ner­wowy ruch głową. Jesz­cze raz po­pa­trzyła na jed­nego ko­legę, po­tem na dru­giego, jakby wciąż li­czyła, że przyjdą jej w su­kurs. Gdy nic ta­kiego nie na­stą­piło, na­brała głę­boko po­wie­trza, wy­pu­ściła je. - Wiesz, kto mieszka w tym pa­łacu?

- Wiem.

- A twój ko­lega wie? - Ski­nęła głową w kie­runku Du­cha.

- Wie - od­po­wie­dział bez za­sta­no­wie­nia. - To świetna przy­krywka.

- Naj­ciem­niej jest za­wsze pod lampą - wtrą­cił Mar­cel Ro­szak.

- Pod la­tar­nią - po­pra­wił go Jo­ker ma­chi­nal­nie. - Kto by po­dej­rze­wał, że pod okiem tego ru­skiego skur­wy­syna ruch oporu zor­ga­ni­zuje spo­tka­nie re­kru­ta­cyjne? - Py­ta­nie było re­to­ryczne, nie cze­kał za­tem na od­po­wiedź. - Wy by­ście coś ta­kiego po­dej­rze­wali?

- Ja nie - przy­znał Mar­cel Ro­szak.

- Ja też nie - po­prał go Leon So­kal.

- A ty? - Jo­ker wbił wzrok w dziew­czynę.

- Mnie by to prze­mknęło przez głowę - od­parła Lena Au­gu­styn ostroż­nie.

- No cóż... - Jo­ker my­ślał nad tym, jak do­brać słowa, żeby ni­kogo do sie­bie nie zra­zić. - Mam na­dzieję, że twoi ko­le­dzy się nie ob­rażą... Ale od razu wi­dać... Po two­ich py­ta­niach... Że je­steś in­te­li­gentna.

- Chcia­łeś po­wie­dzieć, że z na­szej trójki je­stem naj­mą­drzej­sza? - W gło­sie Leny Au­gu­styn dało się sły­szeć wy­cze­ki­wa­nie. - Bez urazy, chło­paki. - Po­pa­trzyła na ko­le­gów.

- Na pewno nie je­steś naj­skrom­niej­sza. - Jo­ker się za­śmiał. - Ale fak­tycz­nie, prze­mknęło mi to przez głowę, że z ca­łej wa­szej trójki masz naj­by­strzej­szy umysł. - Za­my­ślił się. - Co wcale nie ozna­cza, że twoi ko­le­dzy są mniej by­strzy. Może po pro­stu są mniej śmiali i dla­tego tyle się nie od­zy­wają?

- Nor­mal­nie gęby nie za­my­kają im się na se­kundę - burk­nęła Lena Au­gu­styn. - Chyba że grają.

- Zna­la­zła się ta, co nie gra - żach­nął się Mar­cel Ro­szak.

- A dla­czego on w ogóle się nie od­zywa? - Lena Au­gu­styn po­ka­zała głową na Du­cha.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby - od­rzekł Jo­ker szybko.

Leny Au­gu­styn ta od­po­wiedź nie za­do­wo­liła. Przy­glą­dała się Du­chowi wciąż opar­temu o dę­bowy stół. Już chwilę wcze­śniej zwró­ciła uwagę, że cały czas trzy­mał przy tym ręce w kie­sze­niach i chyba czymś się w nich ba­wił, bo co chwilę było wi­dać, jak ma­te­riał, z któ­rego były wy­ko­nane spodnie, się ru­sza.

- Jak mamy do cie­bie mó­wić? - spy­tał Leon So­kal.

- Mów­cie do mnie: Ko­ściuszko.

- Ale masz ma­skę Jo­kera. - Mar­cel Ro­szak nie krył zdzi­wie­nia.

- Po­wiedzmy, że Ko­ściuszki nie było w skle­pie.

Mar­cel Ro­szak się­gnął do kie­szeni, wy­jął z niej smart­fona. Z ulgą stwier­dził, że upa­dek na as­falt - poza rysą - mu nie za­szko­dził.

- Co ro­bisz? - spy­tał Jo­ker.

- Chwila... - Chło­pak na­wet na niego nie spoj­rzał. - Mo­głeś za­mó­wić w sieci - rzekł po krót­kiej chwili.

- Chcesz po­wie­dzieć, że wła­śnie spraw­dzi­łeś to w in­ter­ne­cie? - Jo­ker był po­iry­to­wany. - A przy­szło ci do głowy, że w ten spo­sób mo­żesz na­pro­wa­dzić na mnie wy­dział do walki z ter­ro­ry­zmem we­wnętrz­nym?

- Niby jak?

- Wy­star­czy, że sztuczna in­te­li­gen­cja, którą wy­ko­rzy­stuje do in­wi­gi­la­cji, wpad­nie na po­wią­za­nie. - De­ner­wo­wał się co­raz bar­dziej. - Już sam fakt, że na­sze smart­fony lo­gują się w jed­nym miej­scu, może być nie­bez­pieczny.

- Mo­głeś swo­jego smart­fona wy­łą­czyć - za­uwa­żył Mar­cel Ro­szak.

- To mo­głoby być rów­nie nie­bez­pieczne - skon­tro­wał Jo­ker. - Al­go­rytmy, ja­kie ru­scy i Chiń­czycy wy­ko­rzy­stują do na­uki AI są co­raz lep­sze, a nasi do­stali od nich li­cen­cje. Zresztą, wy po­win­ni­ście to chyba wie­dzieć naj­le­piej? - Po­pa­trzył na resztę. - Wy­łą­cze­nie pię­ciu te­le­fo­nów w tym sa­mym cza­sie i miej­scu mo­głoby być jesz­cze bar­dziej po­dej­rzane.

- Nie wie­dzia­łem, że chi­nole współ­pra­cują na tym polu z ru­skimi - wtrą­cił Leon So­kal.

- To już wiesz - spu­en­to­wał Jo­ker.

Lena Au­gu­styn po­sta­no­wiła włą­czyć się z po­wro­tem do roz­mowy.

- Jak mamy mó­wić na niego? - Po­ka­zała na Du­cha. - Krzyk?

Jo­ker za­śmiał się gło­śno.

- To jest Ten. - Ge­stem dłoni do­ko­nał pre­zen­ta­cji. - Tak go na­zy­waj­cie: Ten.

- Ten jest nie­mową? - spy­tał Leon Ro­szak.

- Nie.

- Oce­nia nas? - spy­tała Lena Au­gu­styn po­dejrz­li­wie.

Jo­ker znów się za­śmiał, ale znacz­nie ci­szej.

- Jak już mó­wi­łem: od razu wi­dać, że je­steś z ca­łej trójki naj­bar­dziej in­te­li­gentna.

- Dzięki, stary - żach­nął się Leon So­kal.

- Bez urazy. - Jo­ker pod­niósł otwarte dło­nie w ge­ście prze­pro­sin. - Tak żeby było ja­sne: obaj was oce­niamy.

- Dla­czego ma­cie ma­ski? - Mar­cel Ro­szak przy­gryzł wargę.

- Za­sady kon­spi­ra­cji - wy­ja­śnił Jo­ker.

- Dla­czego my nie mu­simy mieć ma­sek?

- Z jed­nej pro­stej przy­czyny - od­parł. - My dwaj wiemy, kim je­ste­ście. Z ko­lei wy swoją toż­sa­mość zna­cie, więc nie mu­si­cie jej przed sobą ukry­wać.

- To są dwa po­wody - za­uwa­żyła Lena Au­gu­styn ci­cho.

- Słu­cham?

- Wy się nie zna­cie, prawda? - mó­wił da­lej. - Ty nie wiesz, kim on jest.

Jo­ker się za­wa­hał.

- Nie wiesz - na­ci­skała Lena Au­gu­styn.

- Nie wiem - po­twier­dził po krót­kim na­my­śle.

- Ale on wie, kim ty je­steś?

Męż­czy­zna w ma­sce Jo­kera nie od­po­wie­dział, po­pa­trzył na Tego.

- Nie mogę udzie­lić od­po­wie­dzi na to py­ta­nie - od­parł do­piero po dłuż­szej chwili.

- Czyli wie - stwier­dziła Lena Au­gu­styn. - To zna­czy, że Ten jest tu sze­fem.

Duch za­kasz­lał ner­wowo.

- Je­steś sze­fem wszyst­kich sze­fów? - Tym ra­zem Lena Au­gu­styn skie­ro­wała py­ta­nie bez­po­śred­nio do Tego.

Ale nie do­cze­kała się od­po­wie­dzi.

- Nie po­win­naś za­da­wać ta­kich py­tań - za­uwa­żył Jo­ker.

- Dla­czego? - spy­tała Lena Au­gu­styn.

- Za­sady kon­spi­ra­cji - wy­ja­śnił cier­pli­wie. - Po­szcze­gólni człon­ko­wie ru­chu oporu nie po­winni znać praw­dzi­wych da­nych ko­le­gów i ko­le­ża­nek.

- Żeby w ra­zie wpadki ich nie wsy­pać? - wtrą­cił Leon So­kal.

- Do­kład­nie.

- Po­wie­dzia­łeś, że obaj nas oce­nia­cie. - Lena Au­gu­styn po­sta­no­wiła zmie­nić te­mat. - Zda­li­śmy eg­za­min?

- Do­wie­cie się w swoim cza­sie - od­parł Jo­ker, pa­trząc na Tego.

Ten pal­cem wska­zu­ją­cym pra­wej ręki do­tknął prze­gubu pra­wej, jakby po­ka­zy­wał na ze­ga­rek.

- Do rze­czy, dzie­ciaki - rzekł Jo­ker.

- Tylko nie tym to­nem... - Lena Au­gu­styn się ob­ru­szyła.

- Sorry... - rzekł Jo­ker. - Za­pro­si­li­śmy was na to spo­tka­nie, żeby za­dać wam kilka py­tań...

- Szu­ka­cie ha­ke­rów. - Lena Au­gu­styn we­szła mu w zda­nie.

- Prze­cież że nie grzecz­nych chłop­ców i dziew­czyn. - Męż­czy­zna znów się uśmiech­nął. - Chcemy wie­dzieć, czy da­cie radę zor­ga­ni­zo­wać ze­spół... - Za­my­ślił się. - Albo kilka ze­spo­łów... Nie­ważne... - Mach­nął znie­cier­pli­wiony ręką. - Chcemy wie­dzieć, czy mo­że­cie stwo­rzyć grupę ha­ke­rów, która po­ra­dzi so­bie z kil­koma za­da­niami. - Za­czął po­da­wać de­tale.

Nie miał przy so­bie kartki - nie chciał po­dej­mo­wać zbęd­nego ry­zyka w ra­zie wpadki i prze­szu­ka­nia - a że nie znał fa­cho­wych słów, dla­tego co chwilę któ­ryś z chło­pa­ków prze­ry­wał mu lub go po­pra­wiał, Lena Au­gu­styn od­zy­wała się rza­dziej, wo­lała słu­chać. Nie de­ner­wo­wał się jed­nak z tego po­wodu, wie­dział, że ro­bią tak, by wszystko było ja­sne.

Opo­wieść za­jęła mu kilka mi­nut. Gdy skoń­czył, czuł się bar­dziej zmę­czony niż po po­ran­nej za­pra­wie w jed­no­stce.

- Da się zro­bić - oce­nił Leon So­kal ostroż­nie. - Do­brze mó­wię? - spoj­rzał na po­zo­sta­łych.

Mar­cel Ro­szak po­tak­nął de­li­kat­nie, za to Lena Au­gu­styn wy­ko­nała dużo bar­dziej prze­ko­nu­jący ruch głową.

- Ile czasu na to po­trzeba? - spy­tał Jo­ker.

- A jaki mamy bu­dżet? - od­parł Leon So­kal.

- Bu­dżet?

- Ile kasy mo­żemy za­pro­po­no­wać ko­le­gom z za­gra­nicy.

- Nie mamy ja­kie­goś wiel­kiego bu­dżetu. - Jo­ker wzru­szył ra­mio­nami. - To jest kon­spi­ra­cja, nie kor­po­ra­cja. - Spoj­rzał na Tego. Wi­dząc jego po­tak­nię­cie, do­dał: - Może pa­rę­dzie­siąt ty­sięcy by się zna­la­zło.

- Na tylu lu­dzi? Mało - oce­niła Lena Au­gu­styn. - Nie­któ­rzy ha­ke­rzy za­ra­biają tyle w mie­siąc. I to bez ta­kiego ry­zyka.

- Tu trwa wojna, ale poza Pol­ską to­czy się nor­malne ży­cie - do­dał Leon So­kal. - Lu­dzie mają swoje zo­bo­wią­za­nia, umowy, ro­botę do wy­ko­na­nia.

- Da się czy nie? - Jo­ker był wy­raź­nie znie­cier­pli­wiony.

- Po­py­tamy i damy znać, okay? - spy­tała Lena Au­gu­styn.

- Ja­sne. - Po re­ak­cji było wi­dać, że Jo­ker jest za­wie­dziony.

- Ko­ściuszko... - za­czął Leon So­kal. - Nie zro­zum nas źle... - Szu­kał słów. - My to zro­bimy za darmo. Dla kraju. Ale nie wszy­scy, któ­rych po­pro­simy o po­moc, będą rów­nie chętni do ro­boty za free.

- Te­raz od­bie­rzemy od was ślu­bo­wa­nie. - Z kie­szeni spodni Jo­ker wy­cią­gnął biało-czer­woną flagę. Roz­wi­nął ją. Nie była duża, miała wy­miary jed­nej czwar­tej kartki pa­pieru. - Z oczy­wi­stych po­wo­dów więk­szej nie mam. - Pal­cami obu rąk chwy­cił za dwa końce, roz­po­starł ją mię­dzy dłońmi.

Nie cze­ka­jąc na po­le­ce­nie, mło­dzi usta­wili się w rów­nym rzę­dzie.

- Pod­nie­ście prawe dło­nie - in­stru­ował Jo­ker. - Je­śli któ­reś z was ma przy so­bie krzyż i chce na niego przy­się­gać, może to zro­bić. Ważna rzecz: ze względu na cha­rak­ter miej­sca, w któ­rym się znaj­du­jemy, mów­cie ci­cho. Żad­nych okrzy­ków.

Po­tak­nęli.

- Przy­się­gam wier­ność oj­czyź­nie, Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej - za­czął Jo­ker.

Po­wtó­rzyli za nim.

- Przy­się­gam stać na straży jej wol­no­ści, a o wy­zwo­le­nie jej z nie­woli wroga ze­wnętrz­nego i we­wnętrz­nego wal­czyć ze wszyst­kich sił, włącz­nie z ofiarą wła­snego ży­cia - re­cy­to­wał Jo­ker da­lej, a oni za nim po­wta­rzali. - Przy­się­gam bez­względne po­słu­szeń­stwo wy­zna­czo­nemu do­wódcy ar­mii kon­spi­ra­cyj­nej... Przy­się­gam do­cho­wać po­wie­rzone mi ta­jem­nice bez względu na to, co mia­łoby mnie spo­tkać z rąk wroga...

Kiedy skoń­czyli mó­wić, po­dał im do po­ca­ło­wa­nia flagę Pol­ski. Po­tem zło­żył ją z na­masz­cze­niem i wsu­nął z po­wro­tem do kie­szeni spodni.

- Przyj­mu­jemy was w sze­regi żoł­nie­rzy ar­mii kon­spi­ra­cyj­nej wal­czą­cej z na­jeźdźcą ze­wnętrz­nym i wro­giem we­wnętrz­nym o wy­zwo­le­nie oj­czy­zny - mó­wił Jo­ker gło­sem peł­nym po­wagi. - Wa­szym obo­wiąz­kiem bę­dzie wal­czyć z bro­nią w ręku lub bez niej. Wy­grana bę­dzie wa­szą i na­szą na­grodą. Za zdradę ka­rzemy śmier­cią.

Na dźwięk tych słów mło­dzi za­drżeli.

Ich re­ak­cja nie umknęła uwagi męż­czy­zny.

- Na­dal chce­cie być człon­kami kon­spi­ra­cji? - spy­tał ci­cho.

Wszy­scy troje po­tak­nęli.

Nie­spo­dzie­wa­nie Ten wy­pro­sto­wał się i ru­szył w ich kie­runku. Wy­jął dłoń z kie­szeni, wy­pro­sto­wał ją, le­żały na niej trzy ma­lut­kie cy­lin­dryczne me­ta­lowe przed­mioty. Po­dał je dru­giemu z męż­czyzn.

- To dla was - po­wie­dział Jo­ker. - Wie­cie, co to jest?

Za­prze­czyli.

- Nie mie­li­ście w szkole za­jęć prak­tyczno-tech­nicz­nych? - zdzi­wił się męż­czy­zna.

- Czego? - wy­pa­lił Mar­cel Ro­szak.

- Nie­ważne. - Jo­ker mach­nął zre­zy­gno­wany ręką. - To są opor­niki wy­ko­rzy­sty­wane do ogra­ni­cze­nia prze­pływu prądu. Ze względu na swoją na­zwę są sym­bo­lem ru­chu oporu.

- Ale z cie­bie bam­bik... - Za­śmiała się Lena Au­gu­styn. - Za­kła­da­cie na twa­rze ma­ski, że­by­śmy w ra­zie wpadki nie mo­gli was wsy­pać, ale mamy od was wziąć opor­niki, które nas sa­mych wsy­pią w ra­zie prze­szu­ka­nia?!

Ten w mil­cze­niu wy­cią­gnął przed sie­bie pu­stą dłoń.

- Słuszna uwaga, młoda - po­chwa­lił Jo­ker i od­dał opor­niki Temu.

- Czyli te­raz mamy pew­ność, że on tu jest big brain - za­uwa­żyła Lena Au­gu­styn.

Jo­ker po­pa­trzył na nią za­sko­czony.

- On tu rzą­dzi - wy­ja­śnił Mar­cel Ro­szak. - Tak się mówi: big brain. Wielki mózg.

- Ja­sne. - Wes­tchnął Jo­ker. - Jaką na­zwę chce­cie dla swo­jej ko­mórki?

- Ano­ny­mous - za­pro­po­no­wał Leon So­kal.

- Ano­ny­mous z Go­ście­szyna - do­rzu­ciła Lena Au­gu­styn.

- Nie mo­żemy wy­ko­rzy­sty­wać na­zwy tej miej­sco­wo­ści - za­uwa­żył Jo­ker. - Służby wroga mo­głyby po­wią­zać dane... Szcze­gól­nie sztuczna in­te­li­gen­cja.

- Punkt dla cie­bie. - Lena Au­gu­styn była nie­po­cie­szona. - Ano­ny­mous Pa­triot?

- Może być - zgo­dził się od razu. - Pa­mię­taj­cie, że wa­szym za­da­niem jest stwo­rze­nie grupy god­nej za­ufa­nia. Mu­si­cie być pewni każ­dego z jej człon­ków jak sie­bie sa­mych. Jedna nie­wła­ściwa osoba i wszy­scy wy­lą­du­jemy w obo­zie albo do­sta­niemy kulkę w łeb. Wie­cie, że ta wła­dza nie pa­tycz­kuje się z prze­ciw­ni­kami?

Po­tak­nęli zgod­nie.

- Wbij­cie so­bie do głów: mu­si­cie być bar­dzo ostrożni - mó­wił Jo­ker da­lej. - Ina­czej mo­że­cie tra­fić do wię­zie­nia albo, co gor­sza, zgi­nąć. Ru­scy i ich po­plecz­nicy z na­szych pol­skich służb nie cac­kają się ze spi­skow­cami.

- Wiemy, na co się pi­szemy. - Lena Au­gu­styn po­wie­działa to moc­nym gło­sem. - Znamy ry­zyko.

- Do­brze - rzekł męż­czy­zna. - Ko­niec spo­tka­nia. Ko­lejne wia­do­mo­ści do­sta­nie­cie tymi sa­mymi ka­na­łami ko­mu­ni­ka­cji, co wcze­śniej.

Roz­dział 7

21 wrze­śnia 2025, Go­ście­szyn

Kiedy mło­dzi opu­ścili po­miesz­cze­nie, męż­czy­zna w ma­sce Du­cha usiadł w tym sa­mym fo­telu, w któ­rym sie­dział wcze­śniej. Jo­ker od­cze­kał chwilę, wyj­rzał na ko­ry­tarz, upew­nia­jąc się, że żad­nemu z ha­ke­rów nie przy­szło do głowy ukryć się za drzwiami, po czym za­jął miej­sce na dru­gim fo­telu, mosz­cząc się wy­god­nie.

- Zmyli się. - Do­piero te­raz ścią­gnął z twa­rzy ma­skę.

Gdyby któ­ryś z mło­dych zde­cy­do­wał się jed­nak zo­stać w bu­dynku imi­tu­ją­cym grecką świą­ty­nię i wró­cił na miej­sce spo­tka­nia, na­wet w pa­nu­ją­cych tu wciąż pół­ciem­no­ściach mógłby bez pro­blemu oce­nić, że ma do czy­nie­nia z kimś dwa razy star­szym od sie­bie.

Męż­czy­zna na­zy­wał się Jan Krzyk, miał 39 lat, był za­wo­do­wym żoł­nie­rzem w stop­niu pod­po­rucz­nika i wdow­cem wy­cho­wu­ją­cym sa­mot­nie 11-let­nią córkę Ni­kolę.

Krzyk otarł spo­coną twarz, wziął głę­boki wdech, po­woli wy­pu­ścił po­wie­trze, po czym wy­pro­sto­wał nogę, ude­rza­jąc stopą w wy­pcha­nego niedź­wie­dzia, jakby tym ner­wo­wym ge­stem chciał dać upust tłu­mio­nym od dłuż­szej chwili emo­cjom.

- To nie był do­bry po­mysł - rzekł wolno.

- Mam ta­kie same zda­nie. - Męż­czy­zna w ma­sce Du­cha sie­dział nie­ru­chomo w fo­telu, nie zdjął ma­ski i nie za­mie­rzał tego uczy­nić, do­póki Krzyk prze­by­wał w tym sa­mym po­koju. - Gów­nia­rze kom­plet­nie nie na­dają się do tej ro­boty.

- O ja pier­dolę... - jęk­nął Krzyk. - Tylko nie to... - Uniósł głowę, wbił wzrok w su­fit. - Mia­łem na my­śli mi­sia.

- Mi­sia?!

- To nie był do­bry po­mysł, żeby uma­wiać spo­tka­nie w tej ciem­nicy i z ta­kim oprzy­rzą­do­wa­niem. - Wy­pro­wa­dził ko­lejne kop­nię­cie, ale tym ra­zem wło­żył w to dużo wię­cej siły, aż fi­gura niedź­wie­dzia za­częła się nie­bez­piecz­nie chy­bo­tać. - Ro­szak... Ten w krót­kich spoden­kach i ko­szulce z na­pi­sem POV... - do­dał wy­ja­śnia­jąco. - Pra­wie zro­bił w ga­cie, jak nas zo­ba­czył, gdy wy­szli­śmy zza niedź­wiadka.

Ten nie sko­men­to­wał. Z kie­szeni spodni wy­jął opor­nik, za­czął się nim ba­wić, prze­kła­da­jąc mię­dzy pal­cami.

- Tak na mar­gi­ne­sie: wiesz, co ozna­cza POV? - spy­tał Krzyk. - Po­int of view... Punkt wi­dze­nia...

- Do rze­czy, bo za­raz mu­szę iść.

- Po pierw­sze: dla­czego ani razu się nie ode­zwa­łeś? - Po to­nie, ja­kim Krzyk wy­po­wie­dział te słowa, było można po­znać, że wciąż tar­gają nim emo­cje.

- Mo­gliby roz­po­znać mój głos - wy­ja­śnił. - Mało praw­do­po­dobne, ale nie nie­moż­liwe.

- Wy­star­czyło mnie uprze­dzić przed spo­tka­niem.

Ten pod­rzu­cił opor­nik w po­wie­trze, za­raz po­tem zła­pał go w tę samą dłoń i za­ci­snął palce.

- Mój błąd - rzekł ci­cho. - Dziew­czyna mi się po­doba. Po­wie­działa, że je­stem big brain.

- Ty tu rzą­dzisz.

- Nie cho­dzi o rzą­dze­nie - za­opo­no­wał Ten na­tych­miast. - Jest in­te­li­gentna. I by­stra.

- Ale? - wtrą­cił. - Bo jest ja­kieś: ale, prawda?

Do­piero te­raz męż­czy­zna w prze­bra­niu otwo­rzył dłoń. W miej­scu, w któ­rym cienki drut opor­nika prze­bił skórę, do­strzegł kro­pelkę krwi.

- Co są­dzisz o ich war­to­ści... - spy­tał, cho­wa­jąc re­zy­stor do kie­szeni.

- Bo­jo­wej?! - Krzyk prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie. - Na polu walki nie chciał­bym mieć ich ani z przodu, ani z tyłu...

- Mógł­byś się tak nie wy­ry­wać? - Tym ra­zem to Ten wszedł w zda­nie swo­jemu roz­mówcy. - Po­cze­kaj ła­ska­wie, aż czło­wiek skoń­czy zda­nie. Nie py­ta­łem o ich war­tość bo­jową, bo ta jest żadna. Obaj do­brze o tym wiemy.

- Po­gu­bi­łem się... - Spoj­rzał na kom­pana, jakby za­po­mniał, że spod skry­tej pod ma­ską twa­rzy nie da się nic wy­czy­tać. - Do­piero po­wie­dzia­łeś, że nie na­dają się do tej ro­boty.

- Chcę znać twoje zda­nie - wy­ja­śnił cier­pli­wie. - Ty ro­bi­łeś wy­wiad. Ja wi­dzia­łem ich tylko przez chwilę.

- Ale masz wy­ro­bioną opi­nię?

- Mam - przy­znał Ten. - Boję się, że nie da­dzą rady.

- Ja też się boję - przy­znał Krzyk. - Ale masz ko­goś in­nego na ich miej­sce?

Py­ta­nie było re­to­ryczne, obaj do­sko­nale o tym wie­dzieli.

- Moim zda­niem na ha­kerkę się nada­dzą - rzekł Krzyk po chwili. - A do tego po­trze­bu­jemy tych dzie­cia­ków, nie do ostrej ak­cji. Ich bro­nią mają być kom­pu­tery, nie ka­ra­biny. Od strze­la­nia bę­dzie ktoś inny. Za­po­mnia-łeś?

- Nie za­po­mnia­łem. - Ten zmie­nił ner­wowo po­zy­cję, po­chy­la­jąc się w stronę Krzyka. - Ile oni mają lat?

- Dziew­czyna i ten stra­chliwy nie­długo będą peł­no­letni.

- Wy­glą­dają jak przed­szko­laki.

- Prze­sa­dzasz. - Po­wie­dział to twardo, w jego gło­sie nie było cie­nia zwąt­pie­nia. - Lena Au­gu­styn... Ta naj­by­strzej­sza... - do­dał szybko. - To ona dwa lata temu zha­ko­wała ten nowy sys­tem za sto pięć­dzie­siąt mi­lio­nów. Gów­niara, jak ją na­zwa­łeś, zła­mała go prak­tycz­nie za po­mocą sa­mego smart­fona.

- Zła­pali ją?

- Cu­dem. Nie py­taj mnie o szcze­góły tech­niczne, bo się na tym nie znam. Po­peł­niła ja­kiś szkolny błąd i zo­sta­wiła ślad, po któ­rym do niej do­szli.

- A jak te­raz też zo­stawi taki ślad?

- Masz ko­goś in­nego? - Krzyk od­bił pi­łeczkę. - Woj­sko wy­ci­szyło sprawę, me­dia nic nie zwą­chały. Dla niej to le­piej, bo ro­ze­szło się po ko­ściach. Gdyby była peł­no­let­nia, jak nic po­szłaby sie­dzieć.

- Po­winni jej ra­czej po­dzię­ko­wać - za­uwa­żył. - Ten sys­tem był po­dobno nie do zła­ma­nia... - Zro­bił pauzę. - Co o niej wiemy?

- Wy­cho­wuje ją matka. Oj­ciec zmarł na raka, gdy cho­dziła jesz­cze do przed­szkola.

- Matka ma ja­kie­goś przy­du­pasa?

- Obec­nie jest sama.

- Wzią­łeś pod uwagę, że po ta­kiej ak­cji dziew­czyna może być te­raz pod ob­ser­wa­cją służb? - spy­tał Ten.

- Chcia­łeś ko­goś, kto so­bie po­ra­dzi.

- A ten w ko­szulce?

- O nim wiemy naj­mniej. Kilka lat miesz­kał w An­glii, trzy lata temu wró­cił z matką do Pol­ski. Dziew­czyna go spraw­dziła i za niego rę­czy.

Ten aż pod­sko­czył w fo­telu.

- Jed­nym gów­nia­rzem uwia­ry­gad­niasz dru­giego? - pod­niósł głos.

Krzyk in­stynk­tow­nie po­wiódł spoj­rze­niem w kie­runku drzwi.

- Ci­szej... - syk­nął. - Do­sta­łem cho­ler­nie mało czasu na zna­le­zie­nie tych gów­nia­rzy i ze­bra­nie in­for­ma­cji o nich.

- Wiem. - Ten uniósł obie ręce. - Już się nie będę cze­piać - obie­cał. - A ten trzeci?

- Leon jest naj­star­szy i naj­bar­dziej zdolny z ca­łej trójki, cho­ciaż na ta­kiego nie wy­gląda.

- Na naj­star­szego? - od­parł ma­chi­nal­nie.

- Naj­by­strzej­szego.

- A nie Lena?

- Oboje są bar­dzo in­te­li­gentni - zgo­dził się Krzyk. - I oboje mają pro­blemy z kon­tak­tami spo­łecz­nymi.

- Dla nas to na­wet le­piej - za­uwa­żył Ten. - Przy­naj­mniej nie będą ła­zić po knaj­pach i ga­dać z byle kim.

- Nie będą, to fakt - po­twier­dził. - Ca­łymi dniami sie­dzą w domu i na­pier­da­lają w kla­wia­tury.

- To jesz­cze dzie­ciaki...

Krzyk wzru­szył ra­mio­nami.

- Ry­zy­ku­jemy z nimi... - Ten cmok­nął wy­mow­nie.

- Ry­zy­ku­jemy od pierw­szego dnia, gdy ta swo­łocz ze wschodu prze­kro­czyła gra­nicę, a tacy, jak my, zde­cy­do­wali się zejść do pod­zie­mia - skon­tro­wał Krzyk.

- Oba­wiam się, czy będą chcieli się słu­chać - rzekł. - Nie wy­glą­dają na ta­kich, któ­rzy mają sza­cu­nek do au­to­ry­te­tów.

- Skąd ty się wzią­łeś? - wy­pa­lił. - Dzi­siej­sza mło­dzież nie chce mieć au­to­ry­te­tów i ich nie ma. Nie li­cząc kró­lów in­ter­netu, nie­po­tra­fią­cych skle­cić po­praw­nego zda­nia. Li­czą się tylko fol­lo­wersi.

Ten wstał, ob­cią­gnął ma­ry­narkę, ru­szył w kie­runku drzwi. Już miał je otwo­rzyć, ale za­miast tego od­wró­cił się w stronę Krzyka.

- Nie spy­ta­łeś, kim je­stem - za­uwa­żył.

- A po­wi­nie­nem spy­tać?

- Nie po­wi­nie­neś.

- To nie spy­ta­łem. - Krzyk kop­nął niedź­wie­dzia, ale tym ra­zem de­li­kat­nie, jakby się z nim dro­czył.

- Nie chcesz wie­dzieć?

- Za­po­mi­nasz, że służę w woj­sku. Znam swoje miej­sce w sze­regu.

- Ja­sne... - po­wie­dział Ten spo­koj­nie. Otwo­rzył drzwi, ro­zej­rzał się w obie strony. Upew­niw­szy się, że ko­ry­tarz jest pu­sty, wy­cią­gnął w stronę Krzyka unie­siony kciuk. - Jak wyjdę, od­cze­kaj dzie­sięć mi­nut.

- Okay - od­parł. - Przyj­dzie taki dzień, że mi po­wiesz, prawda?

- Po­wiem.

- Chciał­bym wie­dzieć, kiedy to się sta­nie.

- Ja też chciał­bym, żeby to na­stą­piło jak naj­prę­dzej. Wiesz, co to bę­dzie ozna­czać?

- Wiem. - Krzyk pa­trzył, jak Ten znika w ko­ry­ta­rzu. - Że je­ste­śmy bli­sko celu.

.

Por­tal Y

Użyt­kow­nik: Aron Pysk

Ob­ser­wu­ją­cych: 207.188.956

Post dnia

Pol­ski pre­mier po­wi­nien na­tych­miast przejść na po­li­tyczną eme­ry­turę. Ten fa­cet to na­prawdę kom­plet­nie nie­kom­pe­tentny du­pek.

Po­lu­biło: 195.333.029

Po­dało da­lej: 158.722