Bendlerstrasse oczekuje
Na dźwięk dzwonka generał szybko uniósł słuchawkę. Jego goście zamilkli
natychmiast, chociaż jeszcze przed sekundą cały gabinet pełen był gwaru.
Generał zamienił się w słuch, lecz już po krótkiej chwili, mruknąwszy
tylko coś w odpowiedzi niewidzialnemu rozmówcy, nie bez złości przerwał
połączenie.
- Głupstwa, zwyczajne głupstwa - powiedział.
Jego twarz zdradzała wyraźnie rozczarowanie, choć generał starał się je
ukryć. System nerwowy był już jednak zbyt długo utrzymywany w stanie
napięcia, aby w pełni okazywać posłuszeństwo. Zresztą nastrój, w jakim
znajdował się generał, nie był tylko jego udziałem. Zniecierpliwienie
wyzierało z oczu wszystkich tu obecnych. Gra toczyła się o wielką
stawkę, a wieść o szczęśliwym locie miał przynieść właśnie ów lśniący
przedmiot, zwany aparatem telefonicznym.
Jak do tej pory przedmiot ów wykazywał zadziwiającą złośliwość donosząc
o sprawach, które stojący generał określał mianem niewdzięcznych. Minęła
już druga po południu, czas więc był najwyższy, aby w słuchawce
zabrzmiał długo oczekiwany głos. Można było być pewnym, że każdy ze
znajdujących się w tym gabinecie zadał sobie w duchu kilka już razy
pytanie, co stanie się z nim samym, jeśli głos ten z pewnych przyczyn do
nich nie dotrze...
W tym samym czasie ku Berlinowi, stolicy Wielkich Niemiec, których
granice z woli Führera narodu niemieckiego rozciągały się od ziem
Ukrainy po fale Atlantyku, leciał ponad postrzępionymi chmurami samotny
w pustce powietrznego oceanu samolot. Silnik pluł płomieniami, pilot
wyciskał z niego resztki mocy.
Pilota przynaglano. Starał się więc jak mógł, choć odczuwał wielce
podejrzaną wibrację maszyny. Prędzej, prędzej! Lotnik mełł w ustach
przekleństwa, ilekroć leutnant stukał go znacząco w plecy.
Przystojny oficer wypełniał polecenia swego przełożonego, któremu
zależało teraz na każdej minucie. Wiedział to, czego nie mógł wiedzieć
pilot. Znał powód nadzwyczajnego pośpiechu. Spoglądając w twarz
pułkownika dziwił się, jak bardzo wytrzymały jest ten człowiek, który
przed dwiema godzinami oglądał oblicze samej śmierci.
"Brutus niemieckiego imperium" - pomyślał leutnant von Haeften i odczuł
dumę, że właśnie jego przeznaczył los na towarzysza tego dzielnego
człowieka, który uratował Niemcy.
Jednooki pułkownik wpatrzył się w mapę, w kontury lądu, o który toczył
się parę już lat najcięższy dotąd w dziejach bój. Bez względu na jego
ostateczny wynik można było być spokojnym o sławę niemieckiej armii.
Prowadziła działania bez precedensu w historii wojen. Walczyła sama.
Chociaż nie... Walczyła wespół ze swymi sojusznikami, z których każdy był
większym balastem od innego. Oto armia! - myślał z dumą. - Oto siła,
która łamie wroga do cna, niszczy go i depce. Oto potęga, która teraz,
gdy uzurpator przestał oddychać powietrzem, potrafi obronić Niemcy,
stanie się ich opoką przed tymi, co w swej głupocie i zadufaniu prowadzą
je do upadku, przed tymi także, którzy chcieliby je zniszczyć. Jeden
rozkaz zjednoczy ją i pchnie tam, gdzie być powinna.
Mapa załamała się na brzegu, pułkownik wygładził ją dłonią. Angielska
wyspa, śmieszny królik z podkurczonymi łapami, przykucnęła wprost nad
północną Francją. Teraz trwała inwazja, toczyły się walki, których
początek dopiero się zarysował. Końca nie było jeszcze widać, ale można
było go przewidzieć. Amerykanie i Anglicy, spokojnie jak na manewrach,
nie spiesząc się, pchali na zajęte tereny niesłychane wprost ilości
ludzi i sprzętu. Trzy armie, wyposażone w najnowocześniejszą broń, były
już właściwie gotowe do uderzenia. Przeszło czterdzieści kompletnych
dywizji, z czego trzecia część pancernych.
Amerykański dowódca, Eisenhower, czekał jeszcze pewnie na piękną pogodę,
aby lotnictwo mogło operować samodzielnie i pomagać piechocie. Kiedy
uderzy, front pęknie.
Lecz front zachodni wydawał się bardzo jeszcze odległy, może dlatego
właśnie, że nie zapłonął ogniem generalnego natarcia. Gorzej było tam,
za plecami lecącego do stolicy pułkownika. Pamiętał on jedną z majowych
narad, na której Führer zobowiązał dowódców wschodniego frontu do
utrzymania za wszelką cenę osiągniętej linii stanowisk. Wszyscy byli
wówczas dobrej myśli ,,Rosjanie nie uderzą wcześniej, zanim nie ruszą
się Anglosasi - prorokował długogłowy Jodl.- To zaś potrwa jeszcze
trochę czasu". Udający skromnisia feldmarszałek Model, który dowodził
wtedy w Galicji, ruszając kwadratową szczęką winszował swym północnym
sąsiadom spokojnego lata. Keitel zawyrokował wreszcie, że uderzenie
rosyjskie może nastąpić najprawdopodobniej w kierunku Karpat; z polecenia Hitlera zwrócił uwagę na konieczność pewniejszego
zabezpieczenia naftowego rejonu Ploeszti.
Najbardziej czujny był feldmarszałek Ernest Busch. Wybrzuszenie frontu
na dowodzonym przezeń obszarze, sięgające za Orszę i Połock, wydawało mu
się niebezpieczne. Grupa wojsk, którą dowodził, była mimo posiłków zbyt
słaba, by móc się przeciwstawić silnemu uderzeniu. W dodatku Rosjanie
potrafili już nie tylko uderzać silnie, lecz i umiejętnie. Busch
ostrzegł Hitlera i zaproponował skrócenie frontu.
- Śmieszne! - zawołał porywczo Führer. - Czyżby i pan należał do tych
generałów, którzy to tak chętnie spoglądają do tyłu? Niech pan się nie
lęka, w razie czego osobiście pana zastąpię.
Po paru tygodniach, gdy Rosjanie uderzyli z nieprawdopodobnym impetem,
front zaczął się skracać błyskawicznie, czemu nie mógł już zaradzić
nikt. Model zmienił w końcu czerwca Boscha, nie mógł zmienić jednak
sytuacji. Nie pozostawało mu nic innego, jak skomleć o posiłki, które
też ściągano skąd się tylko dało.
Niewiele one pomogły i po miesiącu 25 dywizji niemieckich na obszarze od
Pskowa do Kowla zamieniło się dosłownie w proch. Reszta parła w niepowstrzymanej ucieczce na zachód. "Pomyśleć tylko: uciekający
żołnierze w Prusach Wschodnich!" - wołał pewien szanowny niemiecki
dyplomata. Była to straszliwa prawda. Żołnierz niemiecki uciekał przed
ścigającym go wrogiem.
Pułkownik wzdrygnął się. Kto zadecyduje o zakończeniu tej wojny? Czy
właśnie nie Rosjanie? Czy niesłuszne były jego własne przewidywania, o których zresztą starał się mówić mało? 12 lipca, a więc zaledwie przed
tygodniem, gdy doktor Gisevius referował stary i wcale nie jego
autorstwa plan jednostronnej kapitulacji przed mocarstwami zachodnimi,
on właśnie zadał mu wiele znaczące pytanie:
- Czy przypadkiem nie jest już na to za późno?
Claus Schenk, hrabia von Stauffenberg, szef sztabu dowódcy wojsk
rezerwy, pułkownik sztabu generalnego, uważał siebie za człowieka
rozsądnego. Za takiego uważali go i inni. Fizyczne cierpienia, których
doznał w czasie wojny w wyniku ciężkich ran, rozsądek ten pogłębiły.
Dziś, gdy ogólna sytuacja wymagała szczególnej trzeźwości i maksymalnego
obiektywizmu, właśnie on, który uważany był mimo młodego wieku, za jeden
z czołowych sztabowych mózgów, mógł uczynić wiele.
Czy postąpił dziś słusznie? Czy historia osądzi czyn, jakiego dokonał,
tak jak osądzał go on sam?
Był przekonany, że cios, który zadał, był wyjściem jedynym. Może uda się
jeszcze uratować to, co uratować można?
Samolot położył się w skręt, mapa spadła z kolan pułkownika. Poprzez
wstążki Bugu, Wisły, Odry, Łaby i Renu biegły czarne, ciężkie litery:
GROSSDEUTSCHLAND. Pułkownik pomyślał, że trzeba będzie uczynić wszystko,
aby nie zostały one starte z żadnej z map.
Adiutant pozwolił sobie zwrócić uwagę pułkownika na bliskie lądowanie.
Pułkownik skinął głową, a gdy samolot dotknął podwoziem trawy lotniska
Rangsdorf zwrócił się do porucznika:
- Drogi Haeften! Nim załatwi pan samochód, niech pan spróbuje zadzwonić
na Bendlerstrasse. Powie pan generałowi Olbrichtowi, że jesteśmy już w Berlinie. Może pan dodać resztę, bo świadectwo nasze jest ważne, choć
przypuszczam, że generał Fellgiebel zdążył wykonać swe zadanie.
Leutnant szybko uzyskał połączenie.
W odległości paru kilometrów na dźwięk brzęczyka aparatu telefonicznego
generał, znużony już, uniósł tylko głowę. Telefon zadzwonił raz jeszcze,
jak gdyby ostrzej, co pobudziło generała do właściwego ruchu ręką.
- Co? Kto mówi? - zawołał drżącym ze wzruszenia głosem.
Poprzez metalowy przewód płynęły doń długo oczekiwane słowa.
Generał odłożył słuchawkę i zwróciwszy się do obecnych powiedział po
prostu:
- Er ist tot. On nie żyje.
Wszyscy pojęli te słowa.
Po dłuższej dopiero chwili rozległ się w ciszy głos generała pułkownika,
nowej głowy państwa niemieckiego:
- Proszę zażądać wydania rozkazu "Walkiria".
Od rewolwerowej kuli do szarży pruskich ułanów
Zamachów na Hitlera było w sumie niewiele mniej, niż można się tego było
spodziewać, ale więcej, niż o tym na ogół się wie. Hitler z zamachów na
jego życie wychodził cało. Po małej wycieczce w przeszłość przestaniemy
temu się dziwić.
Na początku wojny Adolf Hitler odbył triumfalny wjazd do Gdańska. Jego
wizyta miała charakter szczególnie uroczysty, była przecież
ukoronowaniem świetnego zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem. Podczas
powrotu do Berlina, gdy pociąg wiozący Führera zwolnił, w pewnej chwili
wagon salonowy, w którym on przebywał, został niespodziewanie ostrzelany
z... rewolweru. Jeden z pocisków miał podobno przedziurawić czapkę
Hitlera. Ponieważ zamachowiec przepadł bez wieści, jedyną ofiarą gestapo
z racji owej rewolwerowej kanonady został dróżnik kolejowy zawiadujący
odcinkiem linii. Spędził on resztę swych dni w więzieniu, a następnie w obozie Flossenbürg. Tak oto "opatrzność", mówiąc słowami samego Hitlera,
nie po raz ostatni rozwinęła nad nim opiekuńcze skrzydła. Jak się
okazało, nie bez wiedzy gestapo, którego właśnie dziełem był ów
"zamach". Ponieważ cała historia była zbyt naiwna, aby mogła iść w świat
w postaci propagandowego chwytu, skończyło się "jedynie" na stosowaniu
nadzwyczajnych środków ostrożności, ilekroć Führer wybierał się w podróż. Miał on okazję przekonać się, jak bardzo są niezbędne nie tylko
dla całości Rzeszy, lecz i dla niego osobiście karne i czujne kohorty
himmlerowskiego aparatu bezpieczeństwa.
Inny zadziwiający przypadek.
9 listopada 1939 roku, w rocznicę hitlerowskiej próby przewrotu, która
miała miejsce w Monachium w roku 1923, odbywała się w monachijskiej
piwiarni "Bürgerbräukeller", skąd Hitler wyruszył na podbój Niemiec i Europy, wielka uroczystość. Zebrali się w starej knajpie najbardziej
zasłużeni członkowie partii narodowo socjalistycznej, aby wysłuchać mowy
wodza, który zapoczątkował dzieło tysiącletniej Rzeszy krwawym atakiem
na Polskę.
Hitler stanął na trybunie witany rykiem entuzjazmu, wygłosił świetne
przemówienie, a następnie szybko i niespodziewanie opuścił piwiarnię. W kilkanaście minut później opodal miejsca, gdzie przemawiał, wybuchła
silna bomba, umieszczona w słupie podtrzymującym strop. Można było
przypuszczać, że gdyby Führer w chwili wybuchu znajdował się na swym
miejscu, duch jego opuściłby ziemski padół i przeniósł się do Walhalli.
Jednakże tym razem do germańskiego raju udało się tylko ośmiu jego
partyjnych towarzyszy. Sześćdziesięciu zostało rannych.
Jak oświadczył sam Hitler, ocalenie swe zawdzięczał właśnie opatrzności,
która nieustannie czuwając nad jego posłannictwem nakazała mu
wcześniejsze zakończenie przemówienia i opuszczenie zgromadzenia. Gdy
dowiedział się o tym dyktator Włoch, Mussolini, bliski zresztą w teorii
i praktyce dyktatorowi Niemiec, nie mógł powstrzymać ironicznej uwagi na
temat autoreklamiarskich zdolności sojusznika.
Mussolini miał najprawdopodobniej rację. Wszystko wskazywało na to, że
listopadowy zamach był zwyczajną mistyfikacją zorganizowaną przez
Hitlera z jednej strony dla zdobycia popularności, z drugiej zaś dla
rozpętania propagandowej nagonki przeciw Anglii.
W oficjalnym komunikacie oświadczono, iż zamach przygotowany został
przez angielski wywiad, Intelligence Service, konkretnie zaś przez dwóch
jego wysłanników, których 8 listopada ujęto w pobliżu granicy
holenderskiej. Oni to, synowie zdradzieckiego Albionu, postarać się
mieli o umieszczenie bomby w sali monachijskiej piwiarni, by pozbawić
życia Führera i w ten prosty sposób przechylić szalę wojny na korzyść
Anglii. W rzeczywistości obaj oficerowie angielscy przybyli do Niemiec w innym celu i nie mieli z zamachem nic wspólnego. Wywiad angielski nie
był zresztą na tyle nierozsądny, aby wierzyć w to, iż odejście Hitlera
na tak zwany drugi świat może zmienić panujący w Niemczech reżim.
Gestapo postarało się także o wykrycie bezpośredniego wykonawcy zamachu.
Okazał się nim niejaki Georg Elser, monachijski stolarz, który w śledztwie, przekonany szybko argumentami sędziów, oświadczył, iż on
właśnie umieścił niepostrzeżenie bombę w kolumnie, przybywszy do
piwiarni na kufel doskonałego bawarskiego piwa. Uczynił to na dziesięć
dni przed zamachem.
Elser zatrzymany został w czasie nielegalnego przekraczania granicy
szwajcarskiej. Znaleziono przy nim niezbity dowód winy: plan piwiarni z dokładnie oznaczonym punktem umieszczenia bomby typu zegarowego.
Rzecz na pierwszy rzut oka nieprawdopodobna: Elser uciekał do Szwajcarii
po raz wtóry. Pierwszy raz przekroczył granicę tuż po podłożeniu bomby,
lecz po kilku dniach powrócił do Monachium.
- Po cóż wracał pan na miejsce zamierzonej zbrodni? - surowo zapytał
prowadzący śledztwo.
Protokolant skrzętnie zanotował odpowiedź zamachowca:
- Powróciłem do Monachium dlatego, aby przekonać się, czy wybuch bomby
rzeczywiście nastąpi. Musiałem to zrobić, był to przymus wewnętrzny. Gdy
przekonałem się, że mechanizm nie zawiódł, udałem się ponownie do
Szwajcarii.
Cała ta historia jest więc jak gdyby żywcem wyjęta z kart
trzeciorzędnych powieści kryminalnych. Nawet przestępca powraca na
miejsce zbrodni, a każe mu to uczynić nic innego tylko "przymus
wewnętrzny". Autorzy tej ponurej tragifarsy, jak widać, nie wysilali się
zbytnio.
Georg Elser, człowiek, który chciał Niemcom odebrać Führera i pchnąć je
przez to na manowce klęski, został zadziwiająco łagodnie ukarany,
znalazł się mianowicie w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie otrzymał
do swej dyspozycji... trzypokojowe pomieszczenie. Powodziło mu się
dobrze, chwile samotności zabijał grą na gitarze. Przetrwałby on lata
wojny, gdyby tuż przed jej zakończeniem nie przypomniał sobie o nim sam
Heinrich Himmler, naczelny kat hitlerowskiej Rzeszy. Na specjalny rozkaz
najwyższego dowódcy SS i gestapo, Elser został zastrzelony i zabrał
tajemnicę swego "zamachu" do wspólnej mogiły.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki