Ostatni zamach na Hitlera - Robert Weiss

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bendlerstrasse oczekuje

Na dźwięk dzwonka gene­rał szybko uniósł słu­chawkę. Jego goście zamil­kli natych­miast, cho­ciaż jesz­cze przed sekundą cały gabi­net pełen był gwaru. Gene­rał zamie­nił się w słuch, lecz już po krót­kiej chwili, mruk­nąw­szy tylko coś w odpo­wie­dzi nie­wi­dzial­nemu roz­mówcy, nie bez zło­ści prze­rwał połą­cze­nie.

- Głup­stwa, zwy­czajne głup­stwa - powie­dział.

Jego twarz zdra­dzała wyraź­nie roz­cza­ro­wa­nie, choć gene­rał sta­rał się je ukryć. Sys­tem ner­wowy był już jed­nak zbyt długo utrzy­my­wany w sta­nie napię­cia, aby w pełni oka­zy­wać posłu­szeń­stwo. Zresztą nastrój, w jakim znaj­do­wał się gene­rał, nie był tylko jego udzia­łem. Znie­cier­pli­wie­nie wyzie­rało z oczu wszyst­kich tu obec­nych. Gra toczyła się o wielką stawkę, a wieść o szczę­śli­wym locie miał przy­nieść wła­śnie ów lśniący przed­miot, zwany apa­ra­tem tele­fo­nicz­nym.

Jak do tej pory przed­miot ów wyka­zy­wał zadzi­wia­jącą zło­śli­wość dono­sząc o spra­wach, które sto­jący gene­rał okre­ślał mia­nem nie­wdzięcz­nych. Minęła już druga po połu­dniu, czas więc był naj­wyż­szy, aby w słu­chawce zabrzmiał długo ocze­ki­wany głos. Można było być pew­nym, że każdy ze znaj­du­ją­cych się w tym gabi­ne­cie zadał sobie w duchu kilka już razy pyta­nie, co sta­nie się z nim samym, jeśli głos ten z pew­nych przy­czyn do nich nie dotrze...

W tym samym cza­sie ku Ber­li­nowi, sto­licy Wiel­kich Nie­miec, któ­rych gra­nice z woli Führera narodu nie­miec­kiego roz­cią­gały się od ziem Ukra­iny po fale Atlan­tyku, leciał ponad postrzę­pio­nymi chmu­rami samotny w pustce powietrz­nego oce­anu samo­lot. Sil­nik pluł pło­mie­niami, pilot wyci­skał z niego resztki mocy.

Pilota przy­na­glano. Sta­rał się więc jak mógł, choć odczu­wał wielce podej­rzaną wibra­cję maszyny. Prę­dzej, prę­dzej! Lot­nik mełł w ustach prze­kleń­stwa, ile­kroć leut­nant stu­kał go zna­cząco w plecy.

Przy­stojny ofi­cer wypeł­niał pole­ce­nia swego prze­ło­żo­nego, któ­remu zale­żało teraz na każ­dej minu­cie. Wie­dział to, czego nie mógł wie­dzieć pilot. Znał powód nad­zwy­czaj­nego pośpie­chu. Spo­glą­da­jąc w twarz puł­kow­nika dzi­wił się, jak bar­dzo wytrzy­mały jest ten czło­wiek, który przed dwiema godzi­nami oglą­dał obli­cze samej śmierci.

"Bru­tus nie­miec­kiego impe­rium" - pomy­ślał leut­nant von Haeften i odczuł dumę, że wła­śnie jego prze­zna­czył los na towa­rzy­sza tego dziel­nego czło­wieka, który ura­to­wał Niemcy.

Jed­no­oki puł­kow­nik wpa­trzył się w mapę, w kon­tury lądu, o który toczył się parę już lat naj­cięż­szy dotąd w dzie­jach bój. Bez względu na jego osta­teczny wynik można było być spo­koj­nym o sławę nie­miec­kiej armii. Pro­wa­dziła dzia­ła­nia bez pre­ce­densu w histo­rii wojen. Wal­czyła sama. Cho­ciaż nie... Wal­czyła wespół ze swymi sojusz­ni­kami, z któ­rych każdy był więk­szym bala­stem od innego. Oto armia! - myślał z dumą. - Oto siła, która łamie wroga do cna, nisz­czy go i depce. Oto potęga, która teraz, gdy uzur­pa­tor prze­stał oddy­chać powie­trzem, potrafi obro­nić Niemcy, sta­nie się ich opoką przed tymi, co w swej głu­po­cie i zadu­fa­niu pro­wa­dzą je do upadku, przed tymi także, któ­rzy chcie­liby je znisz­czyć. Jeden roz­kaz zjed­no­czy ją i pchnie tam, gdzie być powinna.

Mapa zała­mała się na brzegu, puł­kow­nik wygła­dził ją dło­nią. Angiel­ska wyspa, śmieszny kró­lik z pod­kur­czo­nymi łapami, przy­kuc­nęła wprost nad pół­nocną Fran­cją. Teraz trwała inwa­zja, toczyły się walki, któ­rych począ­tek dopiero się zary­so­wał. Końca nie było jesz­cze widać, ale można było go prze­wi­dzieć. Ame­ry­ka­nie i Anglicy, spo­koj­nie jak na manew­rach, nie spie­sząc się, pchali na zajęte tereny nie­sły­chane wprost ilo­ści ludzi i sprzętu. Trzy armie, wypo­sa­żone w naj­no­wo­cze­śniej­szą broń, były już wła­ści­wie gotowe do ude­rze­nia. Prze­szło czter­dzie­ści kom­plet­nych dywi­zji, z czego trze­cia część pan­cer­nych.

Ame­ry­kań­ski dowódca, Eisen­ho­wer, cze­kał jesz­cze pew­nie na piękną pogodę, aby lot­nic­two mogło ope­ro­wać samo­dziel­nie i poma­gać pie­cho­cie. Kiedy ude­rzy, front pęk­nie.

Lecz front zachodni wyda­wał się bar­dzo jesz­cze odle­gły, może dla­tego wła­śnie, że nie zapło­nął ogniem gene­ral­nego natar­cia. Gorzej było tam, za ple­cami lecą­cego do sto­licy puł­kow­nika. Pamię­tał on jedną z majo­wych narad, na któ­rej Führer zobo­wią­zał dowód­ców wschod­niego frontu do utrzy­ma­nia za wszelką cenę osią­gnię­tej linii sta­no­wisk. Wszy­scy byli wów­czas dobrej myśli ,,Rosja­nie nie ude­rzą wcze­śniej, zanim nie ruszą się Anglo­sasi - pro­ro­ko­wał dłu­go­głowy Jodl.- To zaś potrwa jesz­cze tro­chę czasu". Uda­jący skrom­ni­sia feld­mar­sza­łek Model, który dowo­dził wtedy w Gali­cji, rusza­jąc kwa­dra­tową szczęką win­szo­wał swym pół­noc­nym sąsia­dom spo­koj­nego lata. Keitel zawy­ro­ko­wał wresz­cie, że ude­rze­nie rosyj­skie może nastą­pić naj­praw­do­po­dob­niej w kie­runku Kar­pat; z pole­ce­nia Hitlera zwró­cił uwagę na koniecz­ność pew­niej­szego zabez­pie­cze­nia naf­to­wego rejonu Plo­eszti.

Naj­bar­dziej czujny był feld­mar­sza­łek Ernest Busch. Wybrzu­sze­nie frontu na dowo­dzo­nym prze­zeń obsza­rze, się­ga­jące za Orszę i Połock, wyda­wało mu się nie­bez­pieczne. Grupa wojsk, którą dowo­dził, była mimo posił­ków zbyt słaba, by móc się prze­ciw­sta­wić sil­nemu ude­rze­niu. W dodatku Rosja­nie potra­fili już nie tylko ude­rzać sil­nie, lecz i umie­jęt­nie. Busch ostrzegł Hitlera i zapro­po­no­wał skró­ce­nie frontu.

- Śmieszne! - zawo­łał poryw­czo Führer. - Czyżby i pan nale­żał do tych gene­ra­łów, któ­rzy to tak chęt­nie spo­glą­dają do tyłu? Niech pan się nie lęka, w razie czego oso­bi­ście pana zastą­pię.

Po paru tygo­dniach, gdy Rosja­nie ude­rzyli z nie­praw­do­po­dob­nym impe­tem, front zaczął się skra­cać bły­ska­wicz­nie, czemu nie mógł już zara­dzić nikt. Model zmie­nił w końcu czerwca Boscha, nie mógł zmie­nić jed­nak sytu­acji. Nie pozo­sta­wało mu nic innego, jak skom­leć o posiłki, które też ścią­gano skąd się tylko dało.

Nie­wiele one pomo­gły i po mie­siącu 25 dywi­zji nie­miec­kich na obsza­rze od Pskowa do Kowla zamie­niło się dosłow­nie w proch. Reszta parła w nie­po­wstrzy­ma­nej ucieczce na zachód. "Pomy­śleć tylko: ucie­ka­jący żoł­nie­rze w Pru­sach Wschod­nich!" - wołał pewien sza­nowny nie­miecki dyplo­mata. Była to strasz­liwa prawda. Żoł­nierz nie­miecki ucie­kał przed ści­ga­ją­cym go wro­giem.

Puł­kow­nik wzdry­gnął się. Kto zade­cy­duje o zakoń­cze­niu tej wojny? Czy wła­śnie nie Rosja­nie? Czy nie­słuszne były jego wła­sne prze­wi­dy­wa­nia, o któ­rych zresztą sta­rał się mówić mało? 12 lipca, a więc zale­d­wie przed tygo­dniem, gdy dok­tor Gise­vius refe­ro­wał stary i wcale nie jego autor­stwa plan jed­no­stron­nej kapi­tu­la­cji przed mocar­stwami zachod­nimi, on wła­śnie zadał mu wiele zna­czące pyta­nie:

- Czy przy­pad­kiem nie jest już na to za późno?

Claus Schenk, hra­bia von Stauf­fen­berg, szef sztabu dowódcy wojsk rezerwy, puł­kow­nik sztabu gene­ral­nego, uwa­żał sie­bie za czło­wieka roz­sąd­nego. Za takiego uwa­żali go i inni. Fizyczne cier­pie­nia, któ­rych doznał w cza­sie wojny w wyniku cięż­kich ran, roz­są­dek ten pogłę­biły. Dziś, gdy ogólna sytu­acja wyma­gała szcze­gól­nej trzeź­wo­ści i mak­sy­mal­nego obiek­ty­wi­zmu, wła­śnie on, który uwa­żany był mimo mło­dego wieku, za jeden z czo­ło­wych szta­bo­wych mózgów, mógł uczy­nić wiele.

Czy postą­pił dziś słusz­nie? Czy histo­ria osą­dzi czyn, jakiego doko­nał, tak jak osą­dzał go on sam?

Był prze­ko­nany, że cios, który zadał, był wyj­ściem jedy­nym. Może uda się jesz­cze ura­to­wać to, co ura­to­wać można?

Samo­lot poło­żył się w skręt, mapa spa­dła z kolan puł­kow­nika. Poprzez wstążki Bugu, Wisły, Odry, Łaby i Renu bie­gły czarne, cięż­kie litery: GROSS­DEUTSCH­LAND. Puł­kow­nik pomy­ślał, że trzeba będzie uczy­nić wszystko, aby nie zostały one starte z żad­nej z map.

Adiu­tant pozwo­lił sobie zwró­cić uwagę puł­kow­nika na bli­skie lądo­wa­nie. Puł­kow­nik ski­nął głową, a gdy samo­lot dotknął pod­wo­ziem trawy lot­ni­ska Rangs­dorf zwró­cił się do porucz­nika:

- Drogi Haeften! Nim zała­twi pan samo­chód, niech pan spró­buje zadzwo­nić na Ben­dler­strasse. Powie pan gene­ra­łowi Olbrich­towi, że jeste­śmy już w Ber­li­nie. Może pan dodać resztę, bo świa­dec­two nasze jest ważne, choć przy­pusz­czam, że gene­rał Fel­l­gie­bel zdą­żył wyko­nać swe zada­nie.

Leut­nant szybko uzy­skał połą­cze­nie.

W odle­gło­ści paru kilo­me­trów na dźwięk brzę­czyka apa­ratu tele­fo­nicz­nego gene­rał, znu­żony już, uniósł tylko głowę. Tele­fon zadzwo­nił raz jesz­cze, jak gdyby ostrzej, co pobu­dziło gene­rała do wła­ści­wego ruchu ręką.

- Co? Kto mówi? - zawo­łał drżą­cym ze wzru­sze­nia gło­sem.

Poprzez meta­lowy prze­wód pły­nęły doń długo ocze­ki­wane słowa.

Gene­rał odło­żył słu­chawkę i zwró­ciw­szy się do obec­nych powie­dział po pro­stu:

- Er ist tot. On nie żyje.

Wszy­scy pojęli te słowa.

Po dłuż­szej dopiero chwili roz­legł się w ciszy głos gene­rała puł­kow­nika, nowej głowy pań­stwa nie­miec­kiego:

- Pro­szę zażą­dać wyda­nia roz­kazu "Wal­ki­ria".

Od rewolwerowej kuli do szarży pruskich ułanów

Zama­chów na Hitlera było w sumie nie­wiele mniej, niż można się tego było spo­dzie­wać, ale wię­cej, niż o tym na ogół się wie. Hitler z zama­chów na jego życie wycho­dził cało. Po małej wycieczce w prze­szłość prze­sta­niemy temu się dzi­wić.

Na początku wojny Adolf Hitler odbył trium­falny wjazd do Gdań­ska. Jego wizyta miała cha­rak­ter szcze­gól­nie uro­czy­sty, była prze­cież uko­ro­no­wa­niem świet­nego zwy­cię­stwa nad znie­na­wi­dzo­nym wro­giem. Pod­czas powrotu do Ber­lina, gdy pociąg wio­zący Führera zwol­nił, w pew­nej chwili wagon salo­nowy, w któ­rym on prze­by­wał, został nie­spo­dzie­wa­nie ostrze­lany z... rewol­weru. Jeden z poci­sków miał podobno prze­dziu­ra­wić czapkę Hitlera. Ponie­waż zama­cho­wiec prze­padł bez wie­ści, jedyną ofiarą gestapo z racji owej rewol­we­ro­wej kano­nady został dróż­nik kole­jowy zawia­du­jący odcin­kiem linii. Spę­dził on resztę swych dni w wię­zie­niu, a następ­nie w obo­zie Flossenbürg. Tak oto "opatrz­ność", mówiąc sło­wami samego Hitlera, nie po raz ostatni roz­wi­nęła nad nim opie­kuń­cze skrzy­dła. Jak się oka­zało, nie bez wie­dzy gestapo, któ­rego wła­śnie dzie­łem był ów "zamach". Ponie­waż cała histo­ria była zbyt naiwna, aby mogła iść w świat w postaci pro­pa­gan­do­wego chwytu, skoń­czyło się "jedy­nie" na sto­so­wa­niu nad­zwy­czaj­nych środ­ków ostroż­no­ści, ile­kroć Führer wybie­rał się w podróż. Miał on oka­zję prze­ko­nać się, jak bar­dzo są nie­zbędne nie tylko dla cało­ści Rze­szy, lecz i dla niego oso­bi­ście karne i czujne kohorty him­m­le­row­skiego apa­ratu bez­pie­czeń­stwa.

Inny zadzi­wia­jący przy­pa­dek.

9 listo­pada 1939 roku, w rocz­nicę hitle­row­skiej próby prze­wrotu, która miała miej­sce w Mona­chium w roku 1923, odby­wała się w mona­chij­skiej piwiarni "Bürgerbräukeller", skąd Hitler wyru­szył na pod­bój Nie­miec i Europy, wielka uro­czy­stość. Zebrali się w sta­rej knaj­pie naj­bar­dziej zasłu­żeni człon­ko­wie par­tii naro­dowo socja­li­stycz­nej, aby wysłu­chać mowy wodza, który zapo­cząt­ko­wał dzieło tysiąc­let­niej Rze­szy krwa­wym ata­kiem na Pol­skę.

Hitler sta­nął na try­bu­nie witany rykiem entu­zja­zmu, wygło­sił świetne prze­mó­wie­nie, a następ­nie szybko i nie­spo­dzie­wa­nie opu­ścił piwiar­nię. W kil­ka­na­ście minut póź­niej opo­dal miej­sca, gdzie prze­ma­wiał, wybu­chła silna bomba, umiesz­czona w słu­pie pod­trzy­mu­ją­cym strop. Można było przy­pusz­czać, że gdyby Führer w chwili wybu­chu znaj­do­wał się na swym miej­scu, duch jego opu­ściłby ziem­ski padół i prze­niósł się do Wal­halli. Jed­nakże tym razem do ger­mań­skiego raju udało się tylko ośmiu jego par­tyj­nych towa­rzy­szy. Sześć­dzie­się­ciu zostało ran­nych.

Jak oświad­czył sam Hitler, oca­le­nie swe zawdzię­czał wła­śnie opatrz­no­ści, która nie­ustan­nie czu­wa­jąc nad jego posłan­nic­twem naka­zała mu wcze­śniej­sze zakoń­cze­nie prze­mó­wie­nia i opusz­cze­nie zgro­ma­dze­nia. Gdy dowie­dział się o tym dyk­ta­tor Włoch, Mus­so­lini, bli­ski zresztą w teo­rii i prak­tyce dyk­ta­torowi Nie­miec, nie mógł powstrzy­mać iro­nicz­nej uwagi na temat auto­re­kla­miar­skich zdol­no­ści sojusz­nika.

Mus­so­lini miał naj­praw­do­po­dob­niej rację. Wszystko wska­zy­wało na to, że listo­pa­dowy zamach był zwy­czajną misty­fi­ka­cją zor­ga­ni­zo­waną przez Hitlera z jed­nej strony dla zdo­by­cia popu­lar­no­ści, z dru­giej zaś dla roz­pę­ta­nia pro­pa­gan­do­wej nagonki prze­ciw Anglii.

W ofi­cjal­nym komu­ni­ka­cie oświad­czono, iż zamach przy­go­to­wany został przez angiel­ski wywiad, Intel­li­gence Service, kon­kret­nie zaś przez dwóch jego wysłan­ni­ków, któ­rych 8 listo­pada ujęto w pobliżu gra­nicy holen­der­skiej. Oni to, syno­wie zdra­dziec­kiego Albionu, posta­rać się mieli o umiesz­cze­nie bomby w sali mona­chij­skiej piwiarni, by pozba­wić życia Führera i w ten pro­sty spo­sób prze­chy­lić szalę wojny na korzyść Anglii. W rze­czy­wi­sto­ści obaj ofi­ce­ro­wie angiel­scy przy­byli do Nie­miec w innym celu i nie mieli z zama­chem nic wspól­nego. Wywiad angiel­ski nie był zresztą na tyle nie­roz­sądny, aby wie­rzyć w to, iż odej­ście Hitlera na tak zwany drugi świat może zmie­nić panu­jący w Niem­czech reżim.

Gestapo posta­rało się także o wykry­cie bez­po­śred­niego wyko­nawcy zama­chu. Oka­zał się nim nie­jaki Georg Elser, mona­chij­ski sto­larz, który w śledz­twie, prze­ko­nany szybko argu­men­tami sędziów, oświad­czył, iż on wła­śnie umie­ścił nie­po­strze­że­nie bombę w kolum­nie, przy­byw­szy do piwiarni na kufel dosko­na­łego bawar­skiego piwa. Uczy­nił to na dzie­sięć dni przed zama­chem.

Elser zatrzy­many został w cza­sie nie­le­gal­nego prze­kra­cza­nia gra­nicy szwaj­car­skiej. Zna­le­ziono przy nim nie­zbity dowód winy: plan piwiarni z dokład­nie ozna­czo­nym punk­tem umiesz­cze­nia bomby typu zega­ro­wego.

Rzecz na pierw­szy rzut oka nie­praw­do­po­dobna: Elser ucie­kał do Szwaj­ca­rii po raz wtóry. Pierw­szy raz prze­kro­czył gra­nicę tuż po pod­ło­że­niu bomby, lecz po kilku dniach powró­cił do Mona­chium.

- Po cóż wra­cał pan na miej­sce zamie­rzo­nej zbrodni? - surowo zapy­tał pro­wa­dzący śledz­two.

Pro­to­ko­lant skrzęt­nie zano­to­wał odpo­wiedź zama­chowca:

- Powró­ci­łem do Mona­chium dla­tego, aby prze­ko­nać się, czy wybuch bomby rze­czy­wi­ście nastąpi. Musia­łem to zro­bić, był to przy­mus wewnętrzny. Gdy prze­ko­na­łem się, że mecha­nizm nie zawiódł, uda­łem się ponow­nie do Szwaj­ca­rii.

Cała ta histo­ria jest więc jak gdyby żyw­cem wyjęta z kart trze­cio­rzęd­nych powie­ści kry­mi­nal­nych. Nawet prze­stępca powraca na miej­sce zbrodni, a każe mu to uczy­nić nic innego tylko "przy­mus wewnętrzny". Auto­rzy tej ponu­rej tra­gi­farsy, jak widać, nie wysi­lali się zbyt­nio.

Georg Elser, czło­wiek, który chciał Niem­com ode­brać Führera i pchnąć je przez to na manowce klę­ski, został zadzi­wia­jąco łagod­nie uka­rany, zna­lazł się mia­no­wi­cie w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Dachau, gdzie otrzy­mał do swej dys­po­zy­cji... trzy­po­ko­jowe pomiesz­cze­nie. Powo­dziło mu się dobrze, chwile samot­no­ści zabi­jał grą na gita­rze. Prze­trwałby on lata wojny, gdyby tuż przed jej zakoń­cze­niem nie przy­po­mniał sobie o nim sam Hein­rich Him­m­ler, naczelny kat hitle­row­skiej Rze­szy. Na spe­cjalny roz­kaz naj­wyż­szego dowódcy SS i gestapo, Elser został zastrze­lony i zabrał tajem­nicę swego "zama­chu" do wspól­nej mogiły.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki