Ostatni uśmiech - Paulina Ziarko

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Czytałem o demonach, które były na tyle długo w naszym świecie, że przez krótki czas potrafiły udawać człowieka. Nigdy jednak nie sądziłem, że takiego spotkam, a zwłaszcza takiego, który sam do mnie przyjdzie.

Cofnąłem się gwałtownie, a demon otworzył paszczę o dziewięćdziesiąt stopni, co w przypadku człowieka oznaczałoby pękniętą szczękę i czaszkę. Tym samym jednak pomógł mi dojść do tego, czym był.

W tym momencie srebrny nóż myśliwski przebił tors demona, przez co ten zamknął paszczę, spojrzał na ostrze wystające z jego piersi, a następnie na mnie, po czym zamienił się w proch. Aleks zakręciła nożem i oddała go Kamińskiemu, który zamarł w takiej pozycji, jakby szykował się do ucieczki.

Rokitnik - krwiożerczy demon, którego przybycie jest zwiastowane załamaniem pogody. Nie zdążyłem się przyjrzeć jego plecom, ale byłem pewien, że gdyby mnie dopadł, rozwinąłby swoje nietoperze skrzydła. Co najmniej pięciuset letnie rokitniki, które już mogą przybierać ludzką postać, specjalizują się w zwabianiu ofiary w odludne miejsce, żeby ją pożreć. Taka chora demoniczna uczta. Gdy demon już pojmie swoją zdobycz, albo jeśli odkryje ona wcześniej jego tożsamość, zrzuca ludzką powłokę i jego twarz "otwiera się" o dziewięćdziesiąt stopni, ukazując masę ostrych zębów. Na szczęście można te stwory zabić srebrem, jak to zrobiła przed chwilą zaklinaczka.

Wyjrzałem znowu przez okno. Czyli to dlatego pogoda tak nagle się zmieniła.

- Uuff, ale niespodzianka! - odezwał się Chryzostom, opadając na kanapę.

- Zaskakująco szybko chciałeś spieprzyć, co niespodzianką nie jest - zauważyłem.

Kamiński wyglądał, jakby miał na to przygotowaną odpowiedź, ale w tym momencie zamarł, po czym uderzył się dłonią w okolicach mostka. Uniosłem brwi.

- Sorki, telefon służbowy - odparł z uśmiechem i wybiegł przed dom.

Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że stowarzyszenie łowców skontaktowało się z nim telepatycznie, ale tak naprawdę Chryzostom nosił przy sobie zaklętą monetę z wizerunkiem dużej litery Ł, która służyła do utrzymywania kontaktu z jego pracodawcą, jak i informowała o zakończeniu danego zlecenia i tym samym wpłynięciu wypłaty na jego konto.

Nagle doznałem nieodpartego wrażenia, że powiało chłodem po mojej prawej stronie i spojrzałem tam, napotykając niezwykle chłodne spojrzenie Aleks.

- Dzięki, za wcześniej - powiedziałem, uznając, że jest w złym humorze dlatego, że jej nie podziękowałem za zabicie demona.

Ale dziewczyna nie zmieniła nastawienia, cały czas przewiercając mnie wzrokiem.

- Musisz jechać? - zapytała nagle, gdy nie znalazłem w pamięci innej sytuacji, w której mogłem ją urazić.

Milczałem chwilę. Zbiła mnie trochę z tropu.

- Nie jedziesz ze mną? - odpowiedziałem pytaniem.

Milczała, więc uznałem, że typowa dla niej krótka wymiana zdań dobiegła końca, ale ona kontynuowała.

- Wierzysz w to?

- W istnienie pieczęci?

- Czy wierzysz, że to guślarz zostawił to w inkluzie?

Nie odpowiedziałem od razu.

- Coś sugerujesz?

Aleks skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i oparła się o ścianę kuchni.

- Bajki o przeklętych pieczęciach znane były od wieków, jeszcze zanim powstała o nich powieść, która je rozsławiła. Zaczęto się nimi szerzej interesować po wydaniu zakazu przeprowadzania procesów o czary w XIX wieku.

Niemal spadłem z kanapy, kiedy przestała mówić.

- Czekaj, czekaj... Ty wiesz o pieczęciach? Wiesz, gdzie można znaleźć pozostałe?

Zaklinaczka pokręciła głową.

- Wiem tylko to, co usłyszałam od ludzi. Każdy rejon ma swoją wersję bajki. Nie wiadomo, ile prawdy jest w każdej z nich. Kiedyś najprawdopodobniej istniało tyle pieczęci, ile znano run słowiańskich, więc możliwe, że zaczęto je tworzyć już w okolicach VIII wieku.

- Każda pieczęć od zawsze miała swoją funkcję?

- Najpewniej tak. Jednak ich właściwości były jedną z przyczyn rozpoczęcia łapanek szeptuch i zaklinaczy. Rzadziej guślarzy. Jako że niewierzący nie rozróżniali ich, określali ich ogólnie mianem czarownic.

- Polowania na czarownice... - wyszeptałem zszokowany.

Pieczęcie były powodem, dla którego niewierzący w drugi świat zaczęli prześladować tych, co w ten świat wierzyli. Sprowadzało się to do tego, że były one nie tylko niebezpieczne w działaniu, ale i miały zły wpływ na człowieka znajdującego się w ich pobliżu.

- Co próbujesz mi powiedzieć?

- Do czego potrzebujesz pieczęci?

Nie odpowiedziałem. Mimo że razem sporo przeszliśmy i uratowała mnie nie raz, tak naprawdę znaliśmy się bardzo krotko i nic o niej nie wiedziałem. Tu nie chodziło o jej ciche, czasem złowieszcze, usposobienie, które samo w sobie mogło odpychać. Bardziej miałem na myśli dowód, że przynajmniej w jakimś zakresie mogłem jej zaufać. A w tym momencie czułem, że jeszcze nie mogłem.

- Jedziesz ze mną, czy nie?

Aleks wpatrywała się we mnie jeszcze chwilę, po czym odwróciła się do wyjścia i odparła krótko:

- Nie.

Gdy wyszła z domu, poczułem lekki zawód. Może i jej nie ufałem do końca, ale do pewnego stopnia na niej polegałem.

W tym momencie wrócił Chryzostom. Zakładałem, że zacznie kwestionować moją decyzję o podróży, ale i tu się myliłem.

- Sorki, psorze. Trafił mi się naprawdę klejnocik, za którym każą mi jechać do Katowic. Dacie sobie radę beze mnie?

Prychnąłem, z jakiegoś powodu zły.

- Od kiedy to słuchasz innych?

- Ja tylko słucham innych! Jestem posłuszny jak piesek.

To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że zostałem na lodzie. W każdym razie nie przyznałem się, że będę sam jechał do Wrocławia.

Rozdział 3

Droga do Wrocławia zapowiadała się spokojnie, dopóki nie chciałem zająć swojego miejsca w pociągu.

Mając w pamięci ostatnią podróż tym środkiem transportu, myślałem o samolocie, a nawet autobusie, jako że moja choroba lokomocyjna nieco złagodniała, ale ostatecznie zdecydowałem się ponownie na pociąg. Tym razem trafiłem na wagon bezprzedziałowy, co uznałem za dobry znak, bo gwarantowało to lepszą widoczność nie tylko na demony, ale i ewentualnych tropicieli.

Tego dnia w wagonie poza mną znalazło się starsze małżeństwo, dwie nastolatki, elegancka kobieta w okularach przeciwsłonecznych oraz jakiś ponury jegomość, siedzący na samym końcu. Zatrzymałem się w przejściu, patrząc zdumiony na swój bilet. Miałem miejsce numer siedemdziesiąt sześć, ale właśnie tam siedział ten jegomość w garniturze. Głowę miał spuszczoną, z rondem kapelusza zasłaniającym część jego twarzy, więc musiał spać. Uznałem, że nie powinno być problemu, żebym usiadł gdziekolwiek indziej, jako że było nas stosunkowo mało, a pociąg już ruszył.

- Dzień dobry - usłyszałem po chwili i uniosłem głowę. Starszy mężczyzna, który był ze swoją żoną i do tej pory układali bagaże, stał nade mną z biletami. - Muszę pana przeprosić. To nasze miejsca.

Postanowiłem się z nimi nie kłócić i ustąpiłem.

- Przepraszam, na moim miejscu też ktoś siedzi, dlatego usiadłem tutaj.

- A jaki ma pan numer?

- Siedemdziesiąt sześć. Tam, gdzie siedzi ten pan w kapeluszu.

Starszy mężczyzna spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku, po czym wrócił na mnie wzrokiem, zmieszany. Wtedy zrozumiałem.

- Tam nikogo nie ma - oznajmił niepewnie pasażer i usiedli z żoną na swoich miejscach, więcej się do mnie nie odzywając.

Spojrzałem niepewnie na jegomościa w garniturze. Głowę miał cały czas spuszczoną, a nie było opcji, żeby mnie nie usłyszał. Zrobiłem kilka kroków ku niemu i wyłapałem wzrokiem jego złożone na kolanach dłonie. Faktycznie, śmiertelnie blade. Jak u ducha. Zerknąłem na pozostałych pasażerów, ale nikt nie zwracał na niego uwagi poza mną. Położyłem dłoń na drewnianym relikcie, który znalazłem na strychu dwa miesiące temu. Nie miałem pojęcia, czy miał jakieś anty-demoniczne moce, ale byłem pewien, że należał do przyroków i czułem się z nim bezpieczniej. Mimo że duch ostatecznie nie zainteresował się mną, resztę podróży postanowiłem spędzić w innym wagonie.

Po dwóch godzinach pociąg zaczął zwalniać, więc przeniosłem się pod drzwi wyjściowe. Według rozkładu powinniśmy być w okolicach Oławy. Zmarszczyłem brwi, widząc po prawej stronie opuszczony tunel. Dlaczego mnie to zaniepokoiło?

Nagle sobie przypomniałem. Trasa Wrocław - Oława z XIX-wiecznego rękopisu guślarza!

Notatnik, który był w tunelu przy jednym z ciał, okazał się być nie ręcznie napisaną wersją powieści o trzech pieczęciach, tylko brudnopisem, w którym autor zawarł jedynie niektóre ze swoich myśli w postaci opowieści. Wielu stron albo brakowało, albo były pokreślone bądź zachlapane tuszem. Do tej pory zdołałem kilkanaście razy przewertować notatnik, ale nic pożytecznego nie znalazłem. Najbardziej w głowie utkwiły mi słowa autora z początku brudnopisu mówiące o tym, że nie dotarł on do prawdziwych korzeni pieczęci, ale był pewien, że nie powinien iść śladami ludzi, tylko demonów.

Odwróciłem się od okna i znieruchomiałem, stając twarzą w twarz z jegomościem w garniturze.

Staliśmy tak naprzeciwko siebie przez kilka sekund. Zdawało mi się, że duch mnie nawet nie widział. Bardzo możliwe, że za życia to był jego przystanek i po prostu po śmierci utknął w tym świecie, przemierzając taką samą trasę w nieskończoność. Przesunąłem się ostrożnie w bok, w razie czego zacisnąwszy dłoń na relikcie.

Gdy miałem ducha minąć, ten niespodziewanie chwycił mnie za ramię, zatrzymując.

Odruchowo zamachnąłem się kijem, ale zamiast w ducha, trafiłem nim w metalowe drzwi za mną, które wydały przeciągły głęboki dźwięk, podobny do uderzenia w gong. Następnie poczułem znajomy ból w okolicach potylicy. To samo odczułem przy walce z upiorem i potem jędzą.

Nagłe szarpnięcie zaparło mi dech w piersiach. Po chwili otworzyłem niepewnie oczy, nie czując już uścisku ducha. Wyprostowałem się zdumiony.

Nie znalazłem się ani w lesie, ani na strychu. Wciąż byłem w pociągu, przy drzwiach wyjściowych. Różnicą było to, że stałem w nieruchomym wagonie, zupełnie sam. Zrobiłem kilka kroków przed siebie, które rozbrzmiały delikatnym echem. Zerknąłem w dół. Na wysokości moich kostek unosiła się, gdzieniegdzie przerzedzona, mgła.

Co to za miejsce...? Czy to był wciąż pociąg, czy...

Zrobiło mi się gorąco ze strachu. A może umarłem? Może ten duch zabił mnie na miejscu? Czy w takim razie to była Nawia? Istniała jeszcze opcja snu, do którego z sekundy na sekundę coraz bardziej się przekonywałem, jako że zarówno atmosfera, jak i uczucie ociężałych nóg bardzo przypominały koszmar senny. Dźwięki wokół mnie również zdawały się być nieco przytłumione.

Zatrzymałem się pośrodku wagonu, wyglądając przez okno. Na zewnątrz nic nie odbiegało od normy, poza mgłą i poszarzałym zachmurzonym niebem. To tak jakby ktoś przyciemnił barwy świata do tego stopnia, że przypominał stare zdjęcia. Podszedłem bliżej szyby, wytężając wzrok, ale im dalej chciałem zobaczyć, tym miałem wrażenie, że więcej mgły się tam gromadziło.

W pewnym momencie usłyszałem trzaśnięcie. Spojrzałem niżej, w róg szyby. Na moich oczach pojawił się tam odcisk dłoni. Cofnąłem się gwałtownie. Zaraz po tym, wraz z kolejnymi stukotami, zaczęło pojawiać się więcej takich śladów, kierujących się ku dachowi, jakby jakaś niewidzialna istota wspinała się po wagonie. Po tym zapadła cisza. Wyciszyłem własny oddech, szukając miejsca pobytu tego czegoś, ale zamiast kolejnego uderzenia, usłyszałem za plecami szept.

Zadrżałem, ale nie odważyłem się odwrócić. Szept był wyraźniejszy niż dotychczas w tym "świecie" i mógłbym przysiąc, że powiedział do mnie "hej".

Kiedy kolejny rozbrzmiał tuż przy mojej stopie, podskoczyłem przestraszony. Po nim dobiegło do mnie kilkanaście szeptów, nakładających się na siebie, jak gdyby każdy z nich chciał się wybić i zostać wysłuchanym. Zacząłem się rozglądać gorączkowo, ale nikogo ani nic nie dostrzegłem. Po chwili powrócił ten ból głowy, który niemal zwalił mnie z nóg. Zachwiałem się i podtrzymałem siedzenia, ale nagle opadłem na kolana, kiedy moja ręka "przeszła" przez oparcie. Zerknąłem na nie zszokowany. Miejsce, które przed sekundą dotykałem zamieniło się w szary dym, który zaraz z powrotem ukształtował się w oparcie siedzenia, jak gdyby było tylko błędem w systemie i właśnie się naprawiło. Otworzyłem usta, żeby zakląć, ale ze strachem zdałem sobie sprawę, że nie wydobywa się ze mnie żaden głos. Krzyknąłem, ale też nic. Cisza.

Cisza przerywana szeptami.

- HEJ - usłyszałem nagle głośny szept tuż przy uchu i spojrzałem w lewo, widząc zniekształconą ludzką twarz, wykrzywioną w przerażającym, nienaturalnym uśmiechu.

Odskoczyłem i rzuciłem się w kierunku wyjścia, ale zahamowałem gwałtownie, napotykając kolejną przeszkodę.

Jegomościa w garniturze.

Stał naprzeciwko drzwi, dokładnie tak, jak go zostawiłem na jawie. Nagle podniósł rękę i otworzył drzwi. Gdy wyszedł z pociągu, niewiele myśląc pobiegłem za nim, byle jak najdalej od szeptów i niezidentyfikowanych istot.

Po przejściu kilku kroków obejrzałem się. Wagon pociągu stał przy tunelu. Nie kojarzyłem jednak, żebyśmy przez niego przejeżdżali. Kiedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego z całego pojazdu został tylko jeden wagon, mgła podniosła się, chowając go za sobą. Potrząsnąłem głową i wróciłem wzrokiem na jegomościa, ale nigdzie go nie widziałem. Podbiegłem do ściany, która musiała być pozostałością po posterunku dróżnika przejazdowego. W oddali dostrzegłem gąszcz roślinności pokrywający tory. To tam najprawdopodobniej guślarz spotkał strzygonia. Skierowałem wzrok na miejsce obok zarośli i przełknąłem głośno ślinę.

Duch znajdował się przy kontenerze na śmieci, wpatrując się w niego. Wtedy przekręcił głowę w moim kierunku. Czy on... czekał na mnie? Ruszyłem powoli w jego stronę. Kiedy upewnił się, że za nim podążam, minął śmietnisko i zniknął w kolejnej ścianie.

Doszedłem zaledwie do jej połowy, kiedy mój oddech stał się cięższy i zaczęły mi się trząść ręce. Opadłem na kolana, nagle widząc podwójnie. Potrząsnąłem głową. Kiedy niewidzialna siła zaczęła mi ściskać płuca, coś szarpnęło mnie do tyłu i upadłem na plecy, łapiąc spazmatycznie powietrze i natychmiast siadając.

Od razu wiedziałem, że obudziłem się z koszmaru. Powietrze tutaj było rześkie i nie czułem już ciężaru na nogach. Zmrużyłem oczy od słońca. Tak... to bez wątpienia była rzeczywistość. Zaraz jednak znowu uderzył mnie niepokój, kiedy zorientowałem się, że siedziałem dokładnie w tym samym miejscu, w którym przed chwilą byłem we śnie. Odwróciłem się w stronę tunelu. Nie był zamglony, ale był na pewno opuszczony i pociąg zdecydowanie tu nie dojeżdżał. Być może chodziłem we śnie i wysiadłem na najbliższej stacji.

Wstałem i oparłem się o ścianę, czekając aż dojdę do siebie do końca. Gdy zawroty głowy minęły, spojrzałem na kontener na śmieci, za którym zniknął duch. Postanowiłem sprawdzić, co się tam znajdowało.

Za nim była faktycznie ściana, która, tak jak pozostałe, nie kryła za sobą nic poza gruzami. Po jegomościu nie było śladu. Wątpiłem, żeby w ogóle opuścił pociąg, choć nie miałem pojęcia, dlaczego miałby pojawić się w moim śnie i mnie tu przyprowadzić.

Przeszukałem okolicę, ale nic nie znalazłem, dopóki nie przewróciłem się o stertę zużytych kubków jednorazowych i równie zużytego papieru toaletowego.

- Szlag... - warknąłem, wycierając dłonie o spodnie i już miałem odejść, kiedy nadepnąłem na coś szeleszczącego. Spojrzałem w dół i podniosłem kartkę. Wyglądała na wyrwaną z jakiegoś zeszytu i zaczynała się zdaniem, któremu brakowało początku.

dzie największe cierpienie. Wskazane przez płomienie najdroższej rzeczy ludowego koszmaru.

Zmarszczyłem brwi. Brzmiało to znajomo, ale jednocześnie obco.

Nagle poczułem dreszcz na plecach i odwróciłem się. Poczułem się obserwowany. Czy to był strzygoń albo inny demon?

Schowałem szybko kartkę i ruszyłem w stronę tunelu, za którym powinna znajdować się ostatnia stacja przed Wrocławiem.

Rozdział 5

Zanim zdołałem go ostrzec, Kamiński westchnął z irytacją i złapał rękę, wyciągając z szafki jej właściciela, którym okazało się dziecko. Zdecydowanie nie wyglądało na ducha i dodatkowo było usmarowane na buzi czymś brązowym, co miałem nadzieję było kremem czekoladowym. Łowca puścił chłopca, który uciekł, a sekundę po tym drzwiczki szafki obok również się otwarły i wypadła zza nich bardzo podobna do niego dziewczynka, która pobiegła w ślad za chłopcem.

- Twoje rodzeństwo? - zapytałem niepewnie.

- Kto wie. Mam wybiórczą pamięć.

Nagły huk otwieranych drzwi wejściowych sprawił, że ugryzłem się w język z zaskoczenia.

- Tobiasz! Na litość boską, czyś ty do reszty zdurniał? - Elegancko ubrana blond włosa kobieta wpadła do holu, prawie najeżdżając walizką na moją stopę. - Tyle razy mówiłam, żebyś postawił w ogrodzie coś normalnego! Rzygającą dziewczynkę zamieniłeś na sikającego półnagiego faceta?! W tym domu są dzieci!

- Matka rozrządza ogrodem! - rozległ się głęboki męski głos od strony pomieszczenia bez drzwi. - Poza tym twoje dzieciaki mają już po dziesięć lat, wyjmij je w końcu spod klosza!

- JAK ŚMIESZ UCZYĆ MNIE WYCHOWYWAĆ MOJE DZIECI!

Chryzek szarpnął mnie za ramię, najpewniej chcąc uciec zapowiadającej się kłótni.

- To Aurelia, siostra mojego ojca - burknął po drodze. - Nie pałamy do siebie sympatią.

- Ile was w ogóle jest? Od kiedy tu wszedłem, czuję się jak na wykładzie.

- Och, moja babcia miała tylko dwójkę dzieciaków, mojego ojca i ciotkę Aurelię. Tyle że moja matka ma rodzeństwo, więc wielodzietność jest w mojej rodzinie na topie. A z jakiegoś powodu wszyscy traktują ten dom jak hotel.

W międzyczasie weszliśmy do jadalni, gdzie znajdowała się chyba cała jego rodzina. Wolałem jednak wykłady. Były spokojniejsze.

Długi stół, ciągnący się prawie przez całe pomieszczenie, kończył się wielkim krzesłem, przywodzącym na myśl tron. Domyśliłem się, że należał do głowy rodziny, która aktualnie na nim siedziała i przeglądała jakieś papiery. Kilka krzeseł od niej siedziała nastoletnia dziewczyna, czytająca książkę. Mężczyzna, który nas wpuścił do domu, właśnie szedł ku tronowi z dzbankiem wody z cytryną. Skierowałem wzrok na lewo. Przy jednym z okien stały dwie kobiety, dyskutując o czymś z zaciekłą gestykulacją. Obok jednej z nich znajdował się wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem.

Aurelia wparowała do salonu, tym razem skutecznie najeżdżając mi walizką na stopę i zmierzając w kierunku głowy rodziny. W międzyczasie została prawie przewrócona przez biegające wokół stołu dzieci: bliźniaki, które widziałem przed chwilą, dwóch innych chłopców i rudowłosą dziewczynkę, która wydawała się być najstarsza z biegającego towarzystwa.

- Nie, nie, nie słuchasz mnie! - wzdrygnąłem się, słysząc ostry głos, po czym wyszedł zza mnie mężczyzna rozmawiający przez telefon. - Mam widzieć ten raport jutro na moim biurku. Nie, nie obchodzi mnie, że twoja żona rodzi. Urodzi sobie później!

Skrzywiłem się. Chryzek to zauważył i parsknął śmiechem.

- To wuj Sebastian, jeden z braci mojej matki. Kawaler i pracoholik. Nawet sobie nie wyobrażam, jak patologiczna musiałaby być jego rodzina, żeby mu dogodzić. Ale poza tym ma słabość do gier na telefonie, co zawsze w dzieciństwie wykorzystywałem. - Następnie machnął ręką w różnych kierunkach, przedstawiając pozostałą rodzinę. - Adama poznałeś, to nasz lokaj. Ten gbur, któremu serwuje wodę, to mój ojciec, Tobiasz. Przy oknie plotkują moje dwie ciotki, ta z dzieckiem to Gemma, a ta machająca łapami jak wiatrak to Lena. Są siostrami byłego męża ciotki Aurelii, Stephena. Ogólnie nie polecam dyskusji z ciotką Leną. A w rękach Gemmy jest najpewniej jej osobisty ostatni nabytek. - Rozejrzał się. - Ten rudzielec, co biega z innymi dzieciakami, to Anna, córka Leny. A przy stole siedzi najstarsza córka Aurelii, Sabrina.

Potrzebowałem chwili, by to wszystko przetrawić. Za dużo informacji naraz.

- Podobno nie było cię tu trzynaście lat?

- Mam na tyle duże wpływy, że nie muszę gdzieś być osobiście, żeby zdobyć informacje, psorze.

Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na jasnowłosą nastolatkę czytającą książkę. Minę miała wyniosłą i nieco zniesmaczoną, jakby treść lektury jej nie zadowalała. Kiedy odwróciłem się z powrotem twarzą do jadalni, z trudem powstrzymałem przekleństwo.

Przede mną zmaterializowała się Lena i wpatrywała się we mnie podejrzliwie, z rękami umiejscowionymi na biodrach, jakby ostro mnie oceniała. Następnie skierowała wzrok na Chryzostoma, który z kolei odwrócił głowę.

- No ładnie - powiedziała nagle. - Nie widzieliśmy się kilka miesięcy, a ty z takim czymś wyskakujesz, Chryzostomie Kamiński.

Łowca wzdrygnął się, jakby nie spodziewał się, że zwróci się bezpośrednio do niego.

- Co? - zdołał tylko palnąć.

- Nie oceniam, naprawdę nie oceniam. Ale tyle razy ci mówiłam, że mogę cię poznać z jakąś uroczą dziewczyną. A ty... - Wróciła na mnie wzrokiem, cmokając z niezadowoleniem i dopiero wtedy zrozumiałem, o czym mówiła.

- Nie, my nie... - zacząłem, ale ze słuchaniem innych też miała problemy.

- Kilka miesięcy? W jakich czasach utknęłaś, kobieto? Nie było mnie tu pół życia. Dziwię się, że w ogóle mnie rozpoznałaś.

- Rozpoznałabym cię nawet, gdyby zdeptał cię słoń - odparła wyniośle Lena, po czym znowu rzuciła mi karcące spojrzenie, zacmokała i wyszła.

Nabrałem powietrza, żeby znowu zaprzeczyć, ale już zniknęła na schodach prowadzących na pierwsze piętro.

- Mówiłem, lepiej nie wdawać się z nią w dyskusje - powiedział łowca.

Najwyraźniej brak umiejętności słuchania był cechą charakterystyczną jego rodziny.

W tym momencie poczułem mocny uścisk na nadgarstku i odwróciłem się gwałtownie.

Stało się to w mgnieniu oka, ale zdołałem uchwycić wzrokiem pomarszczoną rękę, usuwającą się w cień korytarza po tym, jak wsunęła mi coś w dłoń. Bez większego namysłu rozwinąłem zmiętą kartkę papieru i przeczytałem to jedno zdanie, które sprawiło, że nie po raz pierwszy zmieniły mi się plany.

- Zmieniłem zdanie - powiedziałem na głos, kiedy Chryzostom planował wdać się w dyskusję tym razem z Sebastianem, któremu wytrącił przypadkiem telefon z ręki.

- Co? Chyba nie masz zamiaru rozmawiać z ciotką Leną?

Rzuciłem krótkie spojrzenie na korytarz za mną, gdzie ciemność prowadziła do wnęki pod schodami.

- Chcę tu zostać dzień dłużej.

Gdy to powiedziałem, miałem wrażenie, że spod schodów wyleciał kłębek pary, jakby faktycznie ktoś tam siedział, w zimnie, i chciał mi odpowiedzieć.