- Jeśli uzasadnienie będzie wiarygodne, idziemy dalej, jeśli nie, będę zmyślał do skutku.
- Zgoda.
- Jak większość pragnień, tak i to zrodziło się z niedostatku. Ja zawsze chciałem pojechać na obóz, na kolonie, po prostu na takie typowe wczasy. Natomiast moi rodzice, których chciałbym w tym miejscu serdecznie pozdrowić, jeździli ze mną do hoteli i pensjonatów. Na wakacje w stylu premium. Ja chciałem ganiać po lasach, palić ogniska, grać w podchody, chciałem być na do bólu egalitarnych wakacjach, a w zamian otrzymywałem elitarne wyjazdy pozbawione tego wszystkiego, o czym wspomniałem powyżej.
- I to jest ten powód?
- Tak. Chciałem zrealizować to, czego nie doświadczyłem jako dziecko. Dlatego właśnie w połowie swoich lat dwudziestych zacząłem się baczniej przyglądać starym ośrodkom wczasowym, których z roku na rok, wraz ze wzrostem zamożności naszego społeczeństwa, w zastraszającym tempie ubywało. Im więcej uwagi im poświęcałem, tym mocniej zaczęła się uwypuklać zupełnie inna od obecnej charakterystyka wakacji o peerelowskim rodowodzie, a im głębiej wchodziłem w ten klimat, tym częściej chciałem w nim przebywać. Koło się zamyka.
- Mocno to wszystko naciągane. Niech pan spróbuje wymyślić coś innego.
By dać sobie chwilę do namysłu, wspomnę, że nie znajdziecie tutaj bogatej faktografii dotyczącej sposobu spędzania wczasów w PRL-u ani tym bardziej biogramów architektów projektujących ośrodki. Będzie za to dużo dialogów między fikcyjnymi postaciami. Takich jak ten wywiad:
- Dlaczego tak mało w pana książce faktów? Kiedy się podejmuje temat peerelowskich wakacji, grzechem byłoby nie wspomnieć o Funduszu Wczasów Pracowniczych, o tym, jak wyglądała organizacja urlopów w zakładach pracy, i na przykład o tym, ile takie wakacje kosztowały. Prawie nic pan o tym nie pisze.
- To prawda.
- I...?
- I co?
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Pan nie pisze.
- Przecież piszę.
- Ale nie o tym.
- Bo nie chcę. Bo po tym, jak przejechałem kilka tysięcy kilometrów w poszukiwaniu najciekawszych ośrodków, jak zobaczyłem setki rozlatujących się stołówek, pomostów, tysiące zgniłych domków, zrozumiałem, że to nie ich architektura jest tu najważniejsza, bo ta bywa powtarzalna, ale emocje, które sobą wywołuje - czyli nostalgia, sentyment i tęsknota za światem, w którym wszyscy byliśmy młodsi. Zaryzykuję tezę, że właśnie w taki emocjonalny sposób najlepiej jest odbierać wszystkie te relikty PRL-u. A teraz, jeśli pan pozwoli, to przeproszę pana i naszych czytelników na chwilę. Wracam za minutę.
Najpiękniejsze polskie słowo
Wczasy. Nie ma chyba piękniejszego słowa w języku polskim. Oczywiście znaleźliby się tacy, dla których kłykciny albo pożoga to top niedościgniony, ale pozwolicie, że w tej kwestii pozostanę autokratyczny w swoich sądach.
Wczasy. Raz, że ich znaczenie niesie ze sobą wyłącznie pozytywne skojarzenia. Dwa - samo słowo jest już mocno niedzisiejsze. Wczasy nad Morzem Śródziemnym albo w Dubaju? Nie ma szans - za granicę jeździ się na urlop. Wczasów nie rezerwujesz przez internet ani nie lecisz na nie samolotem. Wczasy nie mogą być all-inclusive ani last minute.
Wczasy są lokalne, zgrzebne i przewidywalne. Na wczasy jedziesz w miejsca, które znasz od lat. Już nawet nie tylko do tego samego ośrodka, lecz także do tego samego domku, w którym będziesz spał w tej samej co zawsze pościeli. I będziesz tam chodził na ognisko z tymi samymi co zawsze ludźmi, pożyczał sprzęt wodny od tego samego co zawsze ratownika, a śniadania i obiadokolacje jadł przy tym samym co zawsze stoliku. A kiedy już z wczasów wrócisz, to nikt cię nie zapyta: "Jak było na wczasach?". "Jak było na urlopie?" - to tak. "Jak na wakacjach?" - też się zdarzy. Ale żeby "na wczasach"?
Przecież to oczywiste!
Było fajnie, było śmiesznie, było spokojnie, a czasem nawet nudno. Było tak jak rok, dwa i więcej lat temu. Bez niespodzianek. Może poza jednym piątkowym obiadem, kiedy to zamiast ryby podali schabowego...
- Opowiadasz o tych wczasach, jakby to była zupełnie osobna kategoria wyjazdów wakacyjnych. Skąd u ciebie taka pewność, że jak wczasy, to w Polsce, a na urlop to już za granicę? Przecież to bzdury.
- Żadne bzdury. Mam to solidnie udokumentowane. Co ja ci zresztą będę mówił - przecież książkę o tym napisałem. Ostatni turnus, sprawdź.
- A czy to przypadkiem nie jest książka, w której właśnie rozmawiamy?
- Właśnie ta.
- To pozwól, że ją przeczytam i za kilkaset stron wrócimy do tematu. A tymczasem muszę lecieć.
- Na urlop?
- Nie, do roboty.
- Do roboty to się idzie, leci się do pracy.
- Daj już spokój. Cześć!
Retrolekcje
Znakomitą większość zdjęć do Ostatniego turnusu zrobiłem starą, niemal dwunastoletnią lustrzanką z mnóstwem defektów i zepsutych mechanizmów. Jednocześnie był to aparat z wielkim potencjałem, o ile ktoś miał wystarczająco dużo cierpliwości, aby go dostrzec.
W takiej samej sytuacji znajduje się większość postpeerelowskich ośrodków wypoczynkowych w Polsce. Poobijane, zużyte kilkudziesięcioma sezonami funkcjonowania, pozornie brzydkie, ale z ogromnymi pokładami wspaniałości ukrytymi głęboko pod schodzącą farbą i schowanymi za przybrudzoną firanką. Wydaje się, że wystarczyłoby je odświeżyć, minimalnie podnieść standard i już byłoby OK. Lecz trudno się będzie o tym przekonać, bo nowi właściciele starych obiektów znają najczęściej tylko jeden sposób na pozbycie się gorączki. Tłuką termometr.
Załóżmy jednak, że termometr był zrobiony z duraleksu i się nie potłukł. Pozostaje pytanie, czy w XXI wieku wakacje w stylu retro mają sens. Byłem kiedyś w ośrodku wypoczynkowym z "PRL" w nazwie, który znajduje się nad jeziorem Wdzydze. Liczyłem na to, że zobaczę prawdziwy skansen. Idealnie zachowany ostaniec z lat siedemdziesiątych. Niestety. Na miejscu zastałem tandetny komunaland, z cukierkowato odnowioną warszawą stojącą przy wjeździe i manekinem przebranym za milicjanta obok. To jest współczesna wizja wczasów z dawnych lat - śpimy w nowoczesnym pokoju, jemy śniadania serwowane w formie szwedzkiego stołu, a znajomym wysyłamy zdjęcie przy plakacie "Dbaj o zdrowie. Tęp muchy!". Taka dawka dawnego klimatu wystarczy. Będzie śmiesznie!
Na drugim biegunie są ośrodki, które faktycznie nic się od pięćdziesięciu lat nie zmieniły. Tam też jeżdżą turyści, ale tacy, których na lepszy standard zwyczajnie nie stać. Tu wabikiem nie jest radio tranzystorowe buczące od rana w pokoju ani sala do gry w ping-ponga, ani grzyb na ścianie, ani domek z dykty. Jest nim najniższa cena w okolicy.
- Chwila. Stop. Ale co ty chcesz powiedzieć? Że to źle, że ludzie nie chcą jeździć do starych bud, czy że przykro, że nie wróciła moda na wczasy pod gruszą?
- Ani jedno, ani drugie. Chciałem tylko wspomnieć, że już dawno temu sprzedałem tę starą lustrzankę. Teraz robię zdjęcia nowym aparatem, współczesnym. To zupełnie inna jakość, nie ma nawet co porównywać. Nie wyobrażam sobie powrotu do starego sprzętu. Co nie znaczy, że nie lubię wracać do zdjęć, które nim wykonałem...
Zawsze tam, gdzie ty
Poznań. Osiedle Stare Żegrze. Jest mroźna zima końca 1977 roku. Mieszkańcy bloków powoli układają się do snu. W jednym mieszkaniu wciąż jednak się świeci. To malutkie M2 państwa Branickich vel Branieckich - pani Marii, wykładowczyni uniwersyteckiej, i pana Jana, inżyniera hydrobudowy. Podejdźmy bliżej okna i zobaczmy, co u nich słychać. No, bliżej. Nie krępujcie się. Jeszcze trochę... Stop!
- Co to było?!
- Ale co?
- No coś w okno jebło. Co ty głucha jesteś?
- Ja głucha?! To chyba ty pojebany, jak już ci w uszach dzwoni. Chodź mi tu lepiej pomóż, bo wakacje trzeba wybrać.
- Przecież ustaliliśmy, że jedziemy do mojego zakładowego ośrodka nad morze.
- Nie chcę już nad morze! Znowu będziesz się za tymi kurwami oglądał. Chcę gdzie indziej.
- Gdzie?
- Chcę do Skorzęcina.
- Gdzie, kurwa?!
- Do Skorzęcina! Kaśka tam była ze swoim.
- A co tam jest?
- Ośrodek. Taki wielki. Mówili, że jest jak całe miasto. Zaraz za ogrodzeniem parking na dwieście samochodów. Potem już pan z recepcji prowadzi cię do właściwego domku. A do wyboru jest całe spektrum dormitoriów - od pawilonów, poprzez brdy i imponujący budynek hotelowy, aż po pole namiotowe, idealne dla szukających przygód. Janku, tam jest wszystko! Jest kilka stołówek, są restauracje, bary i jadalnie! Jest nawet cukiernia! Dasz wiarę?! Nie ma tylko jednej rzeczy - nie ma miejsca na nudę, bo Kaśka mówiła, że przez cały turnus nie zdążyła zliczyć wszystkich atrakcji: place zabaw, boiska do gry w siatkówkę, piłkę nożną i koszykówkę, sala telewizyjna, dwa jeziora, na każdym z nich molo, lasy, dyskoteki, Matko Boska, zaraz mi tchu zabraknie... Słuchaj, tam jest też amfiteatr! Ośrodek gigant!
- Pierdolisz jak zakochana. Dlaczego mnie tak nie wychwalasz, tylko same wyzwiska i jad!
- Bo cię nienawidzę!
Zostawmy już państwa Branickich vel Branieckich w spokoju. To ich prywatne sprawy. Chciałem tylko, żebyście usłyszeli fragment o Skorzęcinie, bo to był bardzo interesujący koncept. Peerelowskie all-inclusive. Teraz z dawnej spójności pozostało tylko wspomnienie. Większość domków ma już prywatnego właściciela, całość została podzielona na osobne ośrodki, a w powietrzu czuć zapach styropianu i pastelowej farby. Z czterdziestopięciominutowego fotospaceru przywiozłem tylko kilka kadrów. Do publikacji przekazałem jeden - z polecenia Kaśki.
Neptun, brat Posejdona
Na wschodnich rubieżach Krynicy Morskiej stoi opuszczony ośrodek, którego dni są policzone. Nie wiem tylko, czy w sztukach, dziesiątkach, czy może w setkach. To kilka rzędów domków z dykty, zaraz przy morzu. Stoją na ogromnym pagórkowatym terenie. Domki wewnątrz nie grzeszą luksusem - pokój dzienny, sypialnia plus umywalka. Łazienki brak. Prysznice, wspólne dla wszystkich wczasowiczów, były w osobnym budynku. Teraz takie rozwiązanie wydaje się koszmarem, ale w moich wspomnieniach łazienki zachowały się jako doskonała sceneria do nasycania moich voyeurystycznych fantazji. A skoro one były wspólne, to i kuchnia taka być musiała, dlatego zaraz przy wejściu do ośrodka stoi stołówka - miejsce, w którym zawiązywały się pierwsze turnusowe relacje towarzyskie, a że wieczorami pełniła funkcję dyskoteki, również i te romantyczne.
I właśnie w tej dawnej stołówce, a obecnie opuszczonej ruinie, znajduje się wspaniała mozaika z Neptunem vel Posejdonem w roli głównej. Widać, że projektant był oddanym fanem rzymskiej (wtedy to Neptun) albo greckiej (Posejdon) mitologii, bo mozaika wydaje się zupełnie wolna od socjalistycznych wpływów. Chyba że się nie znam na sztuce i jest właśnie peerelowska do bólu, a jej bohater to nie bóg mórz, tylko rybak z nieodległych Kątów.
Mozaika jest wspaniała i jak niemal wszystkie materialne pozostałości po PRL-u musi zginąć. Trudno. Taka jest kolej rzeczy i taki sam los czeka architekturę powstałą w czasach III RP. Kiedy nadejdzie nowy porządek, nowa architektura albo nowy system nie będą miały żadnych sentymentów wobec dziedzictwa późnego kapitalizmu - niech znika.
To jest to samo podejście, które teraz prezentują ludzie wychowani w PRL-u. Dlatego ich rozumiem, choć się z nimi nie zgadzam. Neptuna vel Posejdona, a tak naprawdę rybaka, zastąpią niedługo nowe bloki. Byłoby wspaniale, gdyby mozaika przetrwała. Można ją wkomponować w nową zabudowę, można z niej zrobić symbol nowej inwestycji, ale można ją też zniszczyć i o niej zapomnieć.
- Zapomnieć o czym?
- Słucham?
- Mówiłeś, że będzie można o niej zapomnieć. O niej, czyli o czym?
- A, o niczym.
Wnuk marynarza
Można powiedzieć, że pomysł na stworzenie książki, którą trzymacie w ręku, zrodził się w Ustroniu. Można, bo w książce prozatorskiej wszystko można. Mogę na przykład opowiedzieć o panu ze zdjęcia, że to mój nieżyjący już dziadek. Pojechał do Ustronia leczyć schorowane płuca. Nie wiedziałem wówczas, że Ustroń jest tak piękny, że to najwybitniejszy przykład powojennej architektury w Polsce. O tym powiedział mi dopiero dziadek w jednej z naszych rozmów telefonicznych.
- Słuchaj, Marcinku, musisz mnie tu kiedyś odwiedzić. Pięknie tu jest. Te budynki, ta przyroda. Ty wiesz, jak ja lubię morze, prawda? To tu jest jak nad morzem, tylko zamiast morza są góry. I powietrze... powietrze tak ostre, że aż chce ci rozerwać płuca.
- Nie wiem, czy to dobrze w twojej sytuacji.
- No i kobiety, kobiety tak piękne, że aż ci chce rozerwać...
- Dobrze, dziadku, nie kończ. Wpadnę za tydzień, będę akurat w okolicy, to pójdziemy na krótki spacer.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Spędziliśmy razem kilka wyjątkowych godzin. Dziadek pokazał mi wszystkie ustrońskie piramidy, pijalnię wód i najciekawsze budynki w dzielnicy Jaszowiec. Byłem zachwycony. Zrobiłem milion zdjęć i totalnie kupiłem słabo mi wtedy znaną estetykę architektury powojennego modernizmu. Na koniec dziadek poprosił mnie, żebym odprowadził go na zabieg do sanatorium Równica. To najbardziej efektowny budynek w całym Ustroniu. Wielki transatlantyk przecinający północne stoki Beskidu Śląskiego. To właśnie tam zrobiłem zdjęcie, które widzicie trzy strony dalej. Chwilę po tym, jak się pożegnaliśmy, dziadek ruszył w stronę wejścia do budynku. Szedł powoli, w cieniu. Podniosłem aparat do oka, poczekałem, aż wejdzie w wąski pas naświetlony zachodzącym słońcem, i nacisnąłem spust migawki.
Nazajutrz dowiedziałem się, że dziadek zmarł. Pękło mu płuco. Byłem pewien, że to przez nasz forsowny wielogodzinny spacer i ostre beskidzkie powietrze. Zacząłem się obwiniać, nie mogłem się z tą straszną wiadomością pogodzić, chciałem już kasować wszystkie zdjęcia, które zrobiłem tego dnia. Prawda okazała się na szczęście inna. Dziadek poszedł wieczorem na dansing, poznał tam jurną wdowę po górniku i po wielu godzinach spędzonych na parkiecie poszli do jego pokoju. Takiego maratonu szybkich wdechów i wydechów stare płuca nie wytrzymały. Dziadek umarł w ekstazie, a to zdjęcie już zawsze będzie mi przypominało dwie rzeczy: jak ostrym był jebaką i jak skutecznie potrafił zaszczepić we mnie miłość do powojennego modernizmu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej