Ostatni taniec Chaplina - Fabio Stassi

Kup ebooka

27.90 zł
22.60 zł (22,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Od Autora

Są historie opowiadające o wynalazku, którego nie można było opatentować z braku pieniędzy na opłatę rejestracyjną. Aby je schwytać, trzeba wziąć z życia i z książek wszystko co się da - imiona, sceny, tło - a potem zmieszać czasy i miejsca. Autobiografię Chaplina przeczytałem po raz pierwszy jako chłopiec, później wielokrotnie do niej wracałem. Jak powiedział Jean-Claude Izzo, formuła jest znana i zawsze warto ją powtórzyć: przygoda, o której czytaliście, jest całkowicie zmyślona, choć zawiera w sobie wiele prawdy.

Niniejsza powieść zamyka moją małą trylogię amerykańską.

Dzieje Rigoberta dotyczyły zakończenia karnawału, od Salvador de Bahia po Rio de Janeiro.

Historia Capablanki zaczęła się na Kubie, mowa w niej o wielkanocnym wyzwoleniu.

Historia Charliego jest natomiast bożonarodzeniowa, dotyczy narodzin kina w Kalifornii.

Zamierzałem nadać jej brzmienie muzyki, orkiestrować ją w czterech tempach: allegretto, adagio, andante z wariacjami, finał. Udało mi się stworzyć tylko małą, pozbawioną ładu balladę, która jednak dotrzymywała mi o świcie towarzystwa na linii mojej Last Continental Railroad Viterbo-Rzym. Oczywiście życie ze swoimi smutnymi i radosnymi wydarzeniami spowodowało nieraz zmianę ukierunkowania treści oraz jej tonu. Jest to dla mnie ostatnia historia, którą opowiedziałem drogiej mi osobie, i jeden z ostatnich jej uśmiechów.

Muszę wyznać, że wypożyczyłem z innych opowiadań kilka imion. Na przykład boksera Groogana Jąkałę możecie spotkać nieco już starszego i w innym momencie swojej kariery w Mr. Vertigo Paula Austera. Fosforyzujące i usiane gwiazdami sklepienie wędrownego cyrku Bastiani dojrzałem w zakończeniu Austerlitz W.G. Sebalda. Coluccini, stary klaun włoskiego pochodzenia, krąży po Argentynie w Un'ombra ben presto sarai - Szybko staniesz się cieniem Osvalda Soriano; mówi tam jednak, że jest emerytowanym akrobatą. Wiele zawdzięczam licznym wywiadom udzielanym przez Chaplina oraz Davidowi Robinsonowi, jego najważniejszemu biografowi. Gianni Mura podsunął mi co najmniej parę metafor, a cały łańcuch pomysłów - Massimo Paradiso (jestem pewien, że mister Fritz zatrudniłby go jako scenarzystę). Jeśli chodzi o montaż i fotografię - wysłałem taśmy na Sycylię i do Quito, pod światło równika, aby tam je rozwinięto. Odszyfrowanie innych kontaminacji pozostawiam tym, których mogłyby one zainteresować.

Jestem wdzięczny za wszelką pomoc, którą bezpośrednio lub pośrednio otrzymałem. Myślę jak stary Charlie, że w chaosie miłości możliwy jest każdy rodzaj akrobacji. Kończąc, za akrobatyczną cierpliwość dziękuję wszystkim tym, którym z różnych powodów jestem bliski.

PS Sześć lat po śmierci Chaplina, 25 grudnia 1983 roku, dotarł do jego domu w Szwajcarii zagadkowy telegram przechowywany obecnie w rodzinnym archiwum. Wysłano go z Rio de Janeiro. Zawierał następujące słowa:

"Consuelo jest wreszcie w moich ramionach, panie Chaplin. Miał pan rację: znika wszystko oprócz naszych pragnień.

Rigoberto Aguyar Montiel".

 

 

A ponadto był zawsze ktoś, kto kręcił korbą.

Aparat skwierczał jak jajko smażone na patelni, mechanizm maltański zaczynał się obracać wraz ze skrzydłami migawki, film przesuwał się skokami jak kolarz na zakręcie toru: wolno naciskane pedały, pot, baczny wzrok, wreszcie pędem do przodu...

Ostry snop światła przecinał ciemność.

Wydobywał się z pudła i rozszerzał stopniowo, rysując w sali dokładnie dwie ukośne linie... samo to było już widowiskiem. Mogłeś siedzieć sobie tam i patrzeć, nic nie rozumiejąc: dym i światło, wewnątrz pył, nic tylko pył, mikroskopijne cząsteczki pływające w powietrzu; podnosiły się i opadały, goniły się, bawiły naśladowaniem wszechświata... Jeżeli jednak wytężyłeś oczy i dobrze się wpatrzyłeś, to po chwili w owym tumanie kurzu dostrzegałeś mężczyzn z wąsami jak u morsa, pałkę policjanta, psa, gumowego węża do podlewania kwiatów w ogrodzie, stary samochód, latające torty śmietankowe, syfon wody sodowej, wychodzących z fabryki robotników, przyjazd pociągu, lekko falujące, cudowne postaci kobiece. W tym snopie światła widziałeś kobiece biodra, ale bezskutecznie próbowałbyś ich dotknąć, nigdy by ci się to nie udało.

Działo się tak, dopóki światło nie trafiło na przeszkodę, a całość nie ułożyła się w obrazy. Dopóki wąsy nie przyległy do twarzy mężczyzn, kobiety nie stanęły na nogach, a przedmioty nie nabrały kształtu.

Znaczna odległość dzieliła projektor od białej płachty w głębi sali.

Kino było dla mnie czasem trwania podróży między nimi.

Początkowo nie odwracałem nawet głowy.

Nie interesowały mnie filmy, interesował mnie wyłącznie ten pył w powietrzu i jego ewolucje.

Opowiadając swoją historię - mówiłem sobie - zacznę stąd. Zacznę od chwili, w której korba projektora zostaje wprawiona w ruch.

Cała moja historia zawarta jest w tej przestrzeni zakończonej ścianą.

Wierzcie mi albo nie, to historia człowieka, który wynalazł kino przed braćmi Lumi?re i przed bioskopem Maxa Skladanowsky'ego.

Czarno-biała arlekinada na noc Bożego Narodzenia.

Romantyczna pantomima w świecie z trocin, śmiechu i łez.

 

 

Noc Bożego Narodzenia 1971 roku. Osiemdziesięciodwuletni mężczyzna zapala światło w pokoju. W fotelu przy oknie siedzi Śmierć otulona płaszczem.

ŚMIERĆ Czekałam na ciebie.

Mężczyzna ma na sobie wytarte, wygniecione spodnie i przyciasny żakiet. Na głowie melonik, który unosi lekko na znak powitania.

MĘŻCZYZNA Ja na ciebie też. Sześćdziesiąt lat temu wróżka przepowiedziała mi, że przyjdziesz dzisiaj.

ŚMIERĆ To dlatego włożyłeś ten kostium?

Mężczyzna zaczyna krążyć po pokoju zmęczonym krokiem pingwina. Zawadza o nogę stołu i przeprasza. Przeprasza także dywan i stojącą przy ścianie lampę.

Starucha przygląda mu się z powagą.

Mężczyzna zatrzymuje się, zdejmuje melonik.

MĘŻCZYZNA Chciałem tylko cię rozśmieszyć.

ŚMIERĆ Nie rozśmieszyłbyś nawet dziecka. Skończ tę żałosną komedię i idziemy.

Mężczyznę ogarnia panika jak w dzień jego debiutu w Nowym Jorku... Usiłuje robić zabawne miny, lecz zbiera mu się na płacz.

MĘŻCZYZNA Mój syn, Christopher, ma dopiero dziewięć lat, potrzebuje mnie. Chciałbym jeszcze trochę popatrzeć, jak rośnie.

ŚMIERĆ Powinieneś się zastanowić, kiedy w twoim wieku go płodziłeś.

MĘŻCZYZNA Żona mówiła mi zawsze, że wyszła za mąż za młodego człowieka.

ŚMIERĆ Twoja żona jest uprzejma...

MĘŻCZYZNA To niesprawiedliwe. Przywoływałem cię tyle razy, kiedy byłem mały jak dzisiaj mój syn, mieszkałem w Londynie na poddaszu i siadając na łóżku, za każdym razem uderzałem głową w sufit, a moja matka wyglądała przez okno...

ŚMIERĆ Wtedy nie nadszedł jeszcze twój czas.

MĘŻCZYZNA Płakałem i powtarzałem adres, żebyś po mnie przyszła: Pownall Terrace numer trzy, ostatnie piętro.

ŚMIERĆ Skończ już, robi się późno.

MĘŻCZYZNA Poczekaj, rozbawię cię, to jedyne, co potrafię.

ŚMIERĆ Nikomu to się jeszcze nie udało.

MĘŻCZYZNA Rozbawię cię, jestem tego pewien. Popatrz.

Mężczyzna próbuje innych numerów - bezskutecznie. Nie wykonywał ich już od wieków.

ŚMIERĆ Zrobił się z ciebie naprawdę patetyczny staruszek. Przebierz się, przecież tak ze mną nie pójdziesz.

Upokorzonemu mężczyźnie odklejają się sztuczne wąsy i spadają na podłogę; kiedy się schyla, aby je podnieść, kręgosłup zawodzi. Mężczyzna nie może się wyprostować, zostaje przygwożdżony pośrodku dywanu. Jest zgnębiony, zgrzybiały, obolały.

ŚMIERĆ Ha, ha!

Mężczyzna jest zdezorientowany. Odnosi wrażenie, że Śmierć się roześmiała, ale ból zatyka mu uszy. A przecież nie pomylił się. Śmierć się śmieje, ma łzy w oczach.

MĘŻCZYZNA Śmiejesz się...

ŚMIERĆ Rozbawiłeś mnie. Żebyś ty wiedział, jak wyglądasz!

MĘŻCZYZNA (usiłując bezskutecznie się wyprostować) Powiedziałaś, że nikomu jeszcze to się nie udało.

ŚMIERĆ Tak, masz rację, nikomu. Ha, ha!

MĘŻCZYZNA Proponuję ci zakład (mówi z trudem, nadal w niewygodnej pozycji): będziesz wracać w każde Boże Narodzenie, a jeśli uda mi się znowu cię rozśmieszyć, pozwolisz mi żyć do następnego...

ŚMIERĆ Nie myśl, że będzie ci łatwo. Dziś wieczorem byłam wyjątkowo łagodna.

MĘŻCZYZNA Będę się starał.

ŚMIERĆ Nie powinnam wdawać się w dyskusję z aktorem.

MĘŻCZYZNA To uczciwy zakład.

ŚMIERĆ No dobrze, Włóczęgo, wrócę za rok, zapracowałeś sobie na niego. W gruncie rzeczy przyjemnie jest się pośmiać.

MĘŻCZYZNA A więc do przyszłego Bożego Narodzenia.

Śmierć znika z fotela. Zmęczony mężczyzna opiera się o biurko i oddycha głęboko, z ulgą.

 

 

Corsier-sur-Vevey, 24 grudnia 1977

Kochany Christopherze Jamesie,

wieczorem obchodzę swoje osiemdziesiąte ósme Boże Narodzenie - w rodzinie, jak wszystkie ostatnie. Opowieść, którą zacznę zaraz pisać, to mój podarunek dla ciebie. Zaciągnąłem wobec ciebie dług, którego nie mogę spłacić. Jesteś moim ostatnim dzieckiem, masz zaledwie piętnaście lat, spłodziłem cię już po przekroczeniu siedemdziesiątki. Będziesz dorastał beze mnie. Dlatego muszę się pośpieszyć, zanim mój zgon wzbudzi sensację na całej planecie. W 1910 roku w San Francisco wróżka wywróżyła mi z kart, że powinienem był umrzeć sześć Bożych Narodzeń temu na odoskrzelowe zapalenie płuc po niezwykle szczęśliwym życiu.

Od sześciu lat w każde Boże Narodzenie odwiedza mnie Śmierć. Siada przede mną i czeka. Wkładam wtedy moje ubranie włóczęgi i odgrywam któryś z dawnych numerów. Jeśli się zaśmieje, zyskuję kolejny rok życia; taką zawarliśmy umowę. Nie umrę, dopóki będę w stanie ją rozbawić. Muszę jednak przyznać, że ostatnio rdzewieję. Nie udałoby mi się wywołać u niej ani jednego uśmiechu, gdyby nie sama moja starość - wiek najbardziej komiczny ze wszystkich.

Te sześć lat było dla mnie prawdziwym błogosławieństwem. Chciałem widzieć, jak rośniesz, jak robisz się silny, jak uczysz się muzyki. Ale dziś wieczorem Starucha siedzieć będzie w moim fotelu poważna, oziębła, nie rozbawi jej nawet najdoskonalsza scena. Tak, Christopherze, doskonałość nie rozwesela. Dziś po raz ostatni wkładam strój Charliego. Czuję to w kościach, a moje kości nigdy jeszcze nie skłamały. Schodzę ze sceny. W gruncie rzeczy nie żałuję, że Starucha zabierze mnie ze sobą w dniu, w którym świętuje się narodziny dziecka.

Te ostatnie godziny pragnę spędzić z tobą.

Mam ci tyle do powiedzenia.

Ubrałem się całkiem jak kiedyś, oczy podmalowałem czarną szminką, otworzyłem znowu pudełko ze sztucznymi wąsami; jeśli ich nie przykleję we właściwy sposób, to już koniec.

Piszę do ciebie teraz na tym stoliku z bukszpanowego drewna, w kącie pokoju. Jestem przekonany, że gdy się pisze na małych, niezajmujących dużo miejsca stolikach, myśli skupiają się, nie trzeba ich gonić wzdłuż ściany jak jaszczurek czy gekonów, wystarczy wyciągnąć rękę i złapać je za ogon.

O moim życiu wiadomo wszystko lub prawie wszystko.

Kilka lat temu opublikowałem autobiografię, którą sprzedawano wszędzie, napisano o mnie tysiące stron. Wystarczy wymówić moje imię, aby wywołać podziw w każdym zakątku planety, od Birmy po Ziemię Ognistą. Może powinienem był raczej powiedzieć: imię postaci stworzonej przeze mnie w pewne deszczowe popołudnie 1914 roku, podczas kręcenia krótkometrażówki, kiedy w męskiej szatni wybierałem zbyt obszerne ubranie. Te anegdoty opowiadałem już na wszelkie sposoby, ale zawsze zaskakuje mnie tajemnicza prostota, z którą przyszedł na świat Charlie albo The Tramp - Włóczęga, jak go nazywają Amerykanie.

Nie zdradziłem natomiast nigdy nikomu prawdziwych początków mojej kariery i wszystkiego, o czym teraz napiszę, bo nie uwierzyłaby mi nawet twoja matka - moja Oona. Nie chciałem strwonić najcenniejszego sekretu mojego istnienia, czegoś w rodzaju dziecinnej obietnicy, której chciałbym pozostać w jakiś sposób wierny i która rekompensuje wszystkie moje błędy, wszystkie sprzeczności i chaos w moich wspomnieniach. Teraz jestem jednak dostatecznie stary, by móc gwizdać na reputację i inne podobne sprawy. W moim wieku łatwo się pogubić. A zresztą, czy można uwierzyć, że ściskało się dłonie Debussy'ego i Strawińskiego, Rubinsteina, Brechta i Gandhiego, że w krótkich spodenkach grało się w tenisa z Eisensteinem i Bu?uelem, że przyjmowali mnie królowie, książęta i prezydenci, że sam Albert Einstein płakał jak dziecko, oglądając moje filmy? Moja pamięć to szafa tak nieprawdopodobna, że nie wiem już, czy jej zawartość odpowiada rzeczywiście temu, co przeżyłem, czy też temu, co mi się przyśniło. Nie istnieje dla mnie wyraźna granica między tym wszystkim, co naprawdę mi się zdarzyło, a tym, co bez przerwy wymyślałem w swojej głowie. Na starość mogę trochę się ośmieszyć, dobrze mi to tylko zrobi, bo wbrew ogólnej opinii byłem człowiekiem niezmiernie poważnym i stuprocentowym perfekcjonistą. Zwolennicy McCarthy'ego, którzy przetrawili wstyd wojny wietnamskiej, i jakiś zawistny kolega będą wreszcie mogli napiętnować moje szalone przemówienia o społeczeństwie bardziej sprawiedliwym, bardziej wolnym i ludzkim jako dowód choroby umysłowej. Nienawidzili mnie zresztą także hitlerowcy, chociaż nie miałem szczęścia być Żydem. Zakazali Gorączki złota, rysowali mnie z zakrzywionym nosem i nazwali małym żydowskim linoskoczkiem, równie wstrętnym, co nudnym. Nie było to pierwsze ani ostatnie prześladowanie, któremu mnie poddano. W Pensylwanii i w Południowej Karolinie Ku-Klux-Klan i stowarzyszenia ewangelickich pastorów, dziesiątki zacnych amerykańskich chrześcijan polewających benzyną nie tylko celuloidowe taśmy, od samego początku cenzurowały moje filmy i zakazywały ich wyświetlania. Ale nawet ludziom ze swastyką nie udało się zabronić mojemu Włóczędze, który przedtem swoim cierpkim głosem śpiewał tylko jedną bezsensowną piosenkę, wejść w przebraniu fryzjera na najważniejszą trybunę w Europie; nikt inny nie zdołał wyrwać mikrofonu z rąk Hitlera... Mówca zszedł z podium i nie potrafiłem go już odnaleźć. Zniknął jak tuman kurzu na polach Auschwitz czy Buchenwaldu; wszystko, co miał do powiedzenia, powiedział od razu.

Dzisiaj opowiem ci wszystko jednym tchem, bo nie chciałbym, żeby mi przerwano w najciekawszym momencie. Proszę cię tylko o drobny wysiłek wyobraźni, bo będę mówił o rzeczach bardzo odległych od słonecznych szwajcarskich łąk, które otaczają nasz dom. O czasach, kiedy naprawdę byłem włóczęgą, kiedy nie udawałem go jeszcze na scenie, nie zaznawałem pogody ducha, napawając się widokiem jezior i gór.

Pora ci powiedzieć, gdzie się urodziłem. Nie w Londynie, jak powszechnie piszą, chociaż nikt nigdy nie znalazł stwierdzającego to dokumentu, lecz w ciemnym lesie w pobliżu Smethwick, w samym środku Anglii, na wozie wędrownych artystów zwanym Cygańską Królową. Rok po tym, jak Louis Aimé Augustin Le Prince nakręcił pierwszą krótkometrażówkę w dziejach kina - scenę trwającą całą wieczność dwóch sekund. Już od początku cyrk, moje życie i życie kina splecione były o wiele bardziej, niż można sobie wyobrazić.

Zaledwie przyszedłem na świat, moi rodzice się rozeszli. A ze mną było tak:

Jak wiesz, twoja babka Hannah była subretką w teatrze rozmaitości. Występowała pod imieniem Lillie, miała talent do robienia min. Opierała ręce o okienną szybę, jakby licząc uderzenia czyjegoś serca. Przypatrywała się ludziom, a potem ich naśladowała - chód, powitania uchyleniem kapelusza, wyraz twarzy. Jednak pewnego dnia coś w niej pękło, straciła głos, sen i wynagrodzenie (dziesięć szylingów tygodniowo); ściemniała jasność jej urody. Hannah zaczęła szybko się rozpadać.

Także twój dziadek był artystą - zawodowym śpiewakiem, aktorem kabaretowym, recytatorem. Zdaniem twojej babki był podobny do Napoleona Bonaparte, ale jak wielu innych aktorów bez przerwy pił. Nie widywałem go prawie nigdy, a kiedy zdarzyło mi się go zobaczyć, odnosiłem zawsze niemiłe wrażenie. Alkohol pozbawił go wszelkiego uroku, zniszczył jego karierę i popsuł krew. Spotkałem się z nim ostatni raz w pubie na Kennington Road; wtedy też po raz pierwszy w życiu mnie uściskał.

Częściej widywałem mojego dziadka, który zelował buty w Londynie w swoim mieszkanku w East Lane, i nieraz marzyłem sobie, że zostanę szewcem jak on. Ten zawód mnie urzekał. Lubiłem zapach skóry i kleju, lubiłem tę całą ręczną robotę, podobała mi się niezbędna przy niej cierpliwość. Dziadek postawił sobie w warsztacie ławeczkę i nie ruszał się stamtąd nawet w nocy. Żona już z nim nie mieszkała. Po latach szycia przyszew zaczęła się pocieszać z młodszymi mężczyznami. Była czarną owcą rodziny. Niestety mało miałem z nią do czynienia, ale tej sprzedającej na ulicy znoszone kurtki kobiecie zawdzięczam świadomość faktu, że w moich żyłach nie płynie ani jedna kropla niebieskiej krwi.

Na szczęście był ze mną zawsze mój starszy brat Syd, bez jego pomocy nigdy niczego bym nie osiągnął. Syd wiedział, jak dodać mi otuchy. Kiedy sprawy przybierały niekorzystny obrót, brał swoją trąbę i dmuchał w nią, nadymając policzki w tak komiczny sposób, że wyzbywałem się wszelkiej melancholii. Umiał też bawić się słowami, wymyślać bezustannie trudne do wymówienia wyrazy, wierszyki i gry pamięciowe, które wypełniały puste dni.

Pieniędzy było tak mało, że kilka zim musiałem wraz z Sydem spędzić w dobroczynnym zakładzie dla sierot na południowym brzegu Tamizy. W wieku pięciu lat debiutowałem już w teatrze piosenką Jacka Jonesa, zastępując matkę. Zacięła się w pewnej chwili i dalej ani rusz; była to pierwsza oznaka jej choroby. Wygwizdano ją wtedy, spadł na nią deszcz poduszek i miedziaków. Piosenkę znałem na pamięć i poradziłem sobie doskonale, choć teraz zbyt łatwo byłoby powiedzieć, że dowodziło to predestynacji. W rzeczywistości stanąłem w światłach rampy tylko po to, aby ratować matkę przed upokorzeniem i szaleństwem. We wszystkim, czego dokonałem później, tkwiła owa gniewna obietnica pełnego wstydu dziecka, które postanowiło zostać największym aktorem na świecie.

Przenieśliśmy się potem do Manchesteru. Nauczyłem się tańczyć w drewniakach i wszedłem w skład ośmioosobowego zespołu chłopców pod nazwą Eight Lancashire Lads. Ludzie przychodzili patrzeć, jak tańczymy, i dobrze się bawili. Zaangażowano nas do londyńskiego Hipodromu, wystawiliśmy tam pantomimę o Kopciuszku.

W dzień Bożego Narodzenia, jak dzisiaj.

Osiemdziesiąt lat temu, Christopherze, możesz sobie wyobrazić?

Osiemdziesiąt długich lat.

A przecież pamiętam to wszystko lepiej od tego, co wczoraj jadłem.

Nauczyłem się tam fikać koziołki, robić salto mortale, chodzić na rękach.

W Hipodromie był tor jak w cyrku, który w razie potrzeby wypełniano wodą, zwiększało to efektowność scenografii i baletów. Ubrano mnie w kostium z ogonem i kazano krążyć wokół nóg Kopciuszka jak kot.

Właśnie za tym torem, kiedy pewnego wieczoru ćwiczyłem swoją rolę, usłyszałem rozmowę wielkiego białego klauna Marceline ze sztukmistrzem Zarmo. Właściwie nie umiałem jeszcze czytać i pisać, ale słyszałem dobrze, bądź tego pewien. Nie zapomniałem z tego dialogu ani słowa.

- Nazywają go wynalazkiem stulecia, wiesz?

Zarmo słuchał, żonglując trzema kolorowymi kulkami.

- To kinematograf, mój drogi Marceline.

- Tak, kinematograf wszystkich nas wykończy, zobaczysz. Kto będzie jeszcze chodził do cyrku albo do teatru oglądać aktorów i klaunów?

- Lepiej popatrz na to inaczej. Nie jest pewne, czy kinematograf odniesie sukces, jednak nie możesz zaprzeczyć, że ma swój urok.

- Co do mnie, udusiłbym własnymi rękami tych dwóch Francuzów, o których tyle piszą we wszystkich gazetach. Nie zdają sobie nawet sprawy, jaki diabelski mechanizm wynaleźli.

- Daj spokój. Kino stanie się sztuką, będziesz musiał zmienić zdanie.

- To tylko udawanie, Zarmo, oszukaństwo.

- Ty także udajesz na scenie, że jesteś tym, kim nie jesteś. Pokazujesz nieistniejące rzeczy. Czy nie na tym polega twoja praca?

- Ja jestem klaunem, Zarmo, i ryzykuję. Wszyscy ryzykujemy w pierwszej osobie, wykonując nasze numery. Trapeziści, akrobaci, pogromcy zwierząt ryzykują życiem. My ryzykujemy, że się nam nie powiedzie, że nie rozśmieszymy, nie zaskoczymy, nie dostarczymy publiczności rozrywki. Na scenie możemy ze strachu dostać zawału, możemy zapomnieć, co mamy robić. Ale nasze emocje są emocjami naszych widzów. Oddychamy wszyscy tym samym życiem, w tej samej chwili.

- Kinu też nie zabraknie ryzyka.

- Ale to nie jest rzeczywiste życie w chwili, w której się toczy, Zarmo. To czynności zapisane na kliszy, można je powtarzać, ile razy się zechce, aż będzie dobrze. To szachrajstwo.

- Dziwny z ciebie człowiek, nie rozumiem cię. W każdym razie to nie tych dwóch Francuzów masz udusić...

- Co chcesz powiedzieć?

- To nie oni wymyślili kino, jak ludzie opowiadają...

- No to kto?

- Nie wiesz? Tutaj wszyscy wiedzą...

- Ja nie.

- Musisz być roztargniony...

- No powiedz mi wreszcie! Kto?

- Arlekin.

- Arlekin?

- Tak, właśnie on.

- Ten facet czarniejszy od nocy, który sprząta u słoni i wynosi stołki z toru?

- Tak.

- Przecież to biedny głupek.

- Pamiętasz Ester, węgierską woltyżerkę, o której kilka lat temu było dość głośno, a potem zniknęła z pola widzenia?

- Minęło sporo czasu, ale kto by jej nie pamiętał, nie było piękniejszej kobiety w całej Wielkiej Brytanii, wszyscy się w niej kochaliśmy.

- Zakochał się w niej także Arlekin.

- Arlekin był kiedyś zakochany?

- A co, myślisz, że jest ślepy i nie ma serca?

- Nikt nigdy nie widział go z kobietą...

- I co z tego, że nie miał nigdy ani przyjaciółki, ani żony? Myślisz, że wszyscy ci, którzy nigdy nie mieli kobiety, nigdy nie byli zakochani?

- Ale co to ma wspólnego z wynalezieniem kina?

- A jednak ma. Ester zaangażowano na tournée po Ameryce, a on o mało co nie dostał obłędu.

- Skąd wiesz?

- Frida Wariatka, zatrudniona u nas wtedy jako kobieta-armata, słyszała, jak co wieczór płacze. Pewnej nocy ona i Jo-jo Psia Morda spytali go dlaczego. Nie będę już mógł jej zobaczyć, odpowiedział Arlekin. Początkowo Frida myślała, że mówi o słonicy albo o białej tygrysicy bengalskiej, bo do Ameryki wyjeżdżały też zwierzęta. Zobaczysz ją w swoich wspomnieniach, Arlekinie, powiedział mu Jo-jo. Moje wspomnienia są czarne jak ja, odpowiedział Arlekin. Więc ją narysuj. Rysunki są nieruchome, stwierdził Arlekin. Poproś mister Bretchleya o fotografię. Fotografie też są nieruchome. No to ty zrób taką, co się rusza. Nie istnieją ruchome fotografie. Wymyśl je, powiedział Jo-jo, i mrugnął do Fridy spod krzaczastych brwi. Jo-jo taki już jest, nigdy nie wiadomo, czy żartuje, czy nie, zawsze ze wszystkiego kpi, a tego wieczoru kpił sobie z Arlekina. Frida zdążyła już pożałować, że tam w ogóle jest. Wzruszyły ją słowa Arlekina i jego przepełniony smutkiem głos. Miała ochotę pogłaskać go po ramieniu, pocieszyć go, ale tego nie zrobiła. Odeszła ze ściśniętym gardłem, nie wiedząc dlaczego. Ale od tamtej chwili Arlekin przestał płakać.

- No i co dalej, Zarmo?

- Dalszy ciąg tej historii jest prosty. Arlekin nauczył się rysować.

- Coraz mniej z tego rozumiem.

- Chcę powiedzieć, że nauczył się rysować rysunki ruchome.

- Chyba zwariowałeś.

- Nie zwariowałem, Marceline. Arlekin zamknął się w klatce ze swoimi zwierzętami. Najpierw miał tylko ołówek, węgle i kartki papieru, potem szklane i miedziane płytki, chlorek srebra, żelatyny, celuloid i Bóg wie jakie jeszcze diabelstwa. Jakby w gorączce montował i demontował dziwne urządzenia mechaniczne. Nie wiem jak to robił, ale mówią, że zanim trafił do cyrku, jeździł po Francji z wędrownym fotografem. Sprzedawali na jarmarkach portreciki po kilka centymów, ramy, astrolabia i latarnie magiczne. W razie potrzeby odświeżali kościelne witraże. Może to tylko plotki, ale słyszałem je od wielu. Kiedy Jo-jo o sprawie się dowiedział, skomentował: ten musiał się urodzić w ciemni fotograficznej, ale się prześwietlił, ha, ha, ha... Jednak nikt się nie roześmiał, to była głupia odzywka. Prawda jest taka, że tylko tygrysy i słonie wiedziały, czemu służą jego eksperymenty. Karłowi Hansowi Arlekin powiedział, że się ćwiczy, żeby nie zapomnieć. W wieczór przed odjazdem Ester był gotowy. Schował się pomiędzy nogami widzów na zakręcie toru, ściskając kolanami drewniane pudło, i czekał chwili, w której ona wchodzi na scenę ...

- No i...

- Swoim pudłem z korbką zrobił jej zdjęcie, mój drogi Marceline, ale to było zdjęcie nie zdjęcie; zrobił jej zdjęcie, które było żywe.

- Mam uwierzyć, że ten głupek Arlekin...

- Tak, Marceline, uchwycił wszystko, nawet pulsowanie krwi pod jej skórą.

- Niemożliwe.

- Gdybyś je widział, tobie też zapadłby się grunt pod nogami i zebrałoby ci się na wymioty, wierz mi. Wszystko tam było w nieładzie i w ruchu: konie, tor, światła. Na tym wzburzonym morzu tylko ona, Ester, utrzymywała się w równowadze... Mister Bretchley, nasz impresario, o całej sprawie nigdy się nie dowiedział, bo w przeciwnym razie zrobiłby z tego główną atrakcję swojego cyrku. Zapraszam, panowie, chodźcie zobaczyć ZŁODZIEJA CZASU, jedynego w świecie człowieka, który może ukraść wam duszę i wam ją pokazać!

- A dlaczego nikt mu nie powiedział?

- No bo kto uwierzyłby w niezwykły wynalazek cyrkowego posługacza, sprzątającego klatki zwierząt? Ruchoma fotografia! Przecież nie wierzysz w to nawet ty, który jesteś jednym z nas. Arlekin nie umiał czytać ani pisać.

- Mógł jednak pokazać komuś swoje magiczne pudło...

- Pokazał je nam, byliśmy jego rodziną, ale nie zależało mu na udostępnieniu wynalazku publiczności i na wypełnieniu Tamizy funtami szterlingów. Zrobił to wyłącznie dla Ester, żeby po jej odjeździe móc ją nadal oglądać.

- Ja też chętnie nadal bym ją oglądał, gdyby to było możliwe. Czy wróciła jeszcze do Londynu?

- Nie, po wypadku już nie wróciła. Jej kariera tam się skończyła.

- Może tak chciało przeznaczenie. Najlepsza europejska woltyżerka spada z konia zaraz po przybyciu do Ameryki.

- Nie było już innej takiej jak ona.

- Wierzysz mi teraz?

- Są dowody?

- Słyszałem, że przed wyjazdem części zespołu na nowe tournée Arlekin powierzył swój wynalazek Hansowi. To prezent, którego jej nie dałem w dniu pożegnania, powiedział. Jedź do Ameryki i oddaj go jej, należy do niej. Ale nikt nie dowiedział się już niczego ani o Hansie, ani o pudle, ani o Ester.

- Ciekawa historia.

- Rzeczywiście.

- Jeszcze jedno. Zarmo - dlaczego tak go nazywają?

- Nazwał go tak żartem pewien Włoch, który pracował wiele lat temu w naszym cyrku. Hej, Arlekinie, zawołał kiedyś, chodź tutaj. Wszyscy uznali to za zabawne: Arlekin jest maską tęczy, a czarne tęcze nie istnieją.

Oto, co usłyszałem owego dnia, drogi Christopherze, słowo w słowo. Sztuczkom Zarma przypatrywałbyś się z otwartymi ze zdumienia ustami. Potrafił utrzymywać w równowadze na podbródku kij bilardowy, podrzucając jednocześnie dwie piłeczki. Był tak sprawny, że bez przerwy odnosiło się wrażenie, iż kij zaraz spadnie; całe lata zabrała mi nauka popełniania błędów - mawiał. Marceline natomiast był wspaniałym aktorem cyrkowym, którego o wiele później kinematograf rzeczywiście zmusił do odejścia. Nauczył mnie wszystkiego, co da się zrobić z bambusową laseczką, i tego, ile można wyrazić twarzą bez poruszania głowy i strojenia min. W Kopciuszku miałem strącić go z krzesła; podczas prób zabrałem się do tego z taką energią, że o mało nie złamałem mu nogi. Wstał, wolno strząsnął kurz z kolan, ale zamiast na mnie wrzasnąć, wybuchnął śmiechem. Śmiejąc się, podniósł swoją wędkę i znowu stanął na stołku. Tak go zapamiętałem: pośrodku toru błyszczącą przynętą usiłuje wyłowić chórzystki, które zniknęły w zalanym wodą piasku. Miał na sobie płaszcz z długimi połami, muszkę do kamizelki białej jak jego policzki i kapelusz, który troskliwie głaskał. Na scenie nie wymawiał ani jednego słowa, a przecież miał najpiękniejszy, najmilszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałem. Pewnego wieczoru usiadł obok mnie i powiedział, że naprawdę nazywa się Isidro Marcelino Orbes Casanova. Spytałem, jak to się stało, że został klaunem. W wieku siedmiu lat zasnąłem w klatce lwa - oświadczył, mrugając okiem - a kiedy się obudziłem, byłem już zbyt daleko od Saragossy i od mojej rodziny, nie miałem szans tam wrócić. Wykonałem siedem koziołków przed dyrektorem Cyrku Barcelonés i przyjęto mnie do pracy.

Wiem, Christopherze, że to dla ciebie historie odległe w czasie i bez znaczenia, ale w owo Boże Narodzenie Marceline był bożyszczem Londynu, a później wielbiono go w Nowym Jorku. Był gwiazdą, która przez pewien czas błyszczała z równą siłą, jak gwiazda iluzjonisty Harry'ego Houdiniego. Jednak Marceline, chociaż umiał przeskoczyć ośmiu ludzi stojących szeregiem i wyrazić w zupełnym bezruchu każde uczucie, pozostał zawsze nieśmiałym i zagubionym w życiu akrobatą. Zobaczyłem go po raz ostatni pod koniec jego kariery, kiedy zgodził się być jednym w wielu klaunów biegających po trzech torach cyrku Ringling Brothers; głodował wówczas po przebytym wypadku i plajcie swoich dwóch restauracji, a także wskutek rozwoju kinematografii. Wszedłem do garderoby aktorów. Marceline powoli ścierał z twarzy szminkę; wydał się mi starym zwierzęciem, niezdolnym nawet do podniesienia łapy, pogrążonym w melancholijnym letargu. Nie czekał, aż Śmierć po niego przyjdzie. Zastrzelił się w nędznym hoteliku dla artystów w Nowym Jorku: Hotel Mansfield, na Pięćdziesiątej ulicy.

Nie miałem wtedy pojęcia, o czym ci dwaj rozmawiają, ale historia Arlekina wywarła na mnie wrażenie, choć byłem zaledwie ośmioletnim dzieckiem.

Była to tajemnicza godzina prób. Kołysały się trapezy, pałki i obręcze sztukmistrzów śmigały w powietrzu, tor zapełniali klauni robiący wygibasy na niekształtnych niklowanych rowerach. Przed nosem przemknęła mi pięciometrowa żyrafa o zeschniętej szyi i niebieskim języku, z dwoma różkami na łbie.

Arlekina widziałem kilkakrotnie. Należał do tych, którzy nigdy nie hałasują. Kiedy czarny jak noc kończył sprzątać arenę, nikt w ogóle nie zauważyłby go, nawet gdyby przechadzał się nago.

Podeszła do mnie istota w kostiumie w paski, szersza od cynowej kadzi. Miało się ochotę popchnąć ją najpierw w jedną, potem w drugą stronę, żeby się przekonać, czy ssak takich rozmiarów może się przewrócić. To była Frida, kobieta-armata. Grała siostrę przyrodnią Kopciuszka; kto wie, jak wielkie musiało być działo, z którego lufy wylatywała w powietrze.

- Czego szukasz, Kotku? - powiedziała, machając mi ręką przed oczami.

Jej palec wskazujący miał grubość domowego wróbla, na paznokciu zakrzepło trochę fioletowego mastyksu. Zdumiał mnie jej głos tak cienki, że gdybym był ślepcem, wyobraziłbym sobie ją jako jedną z tych wiotkich dziewcząt pozbawionych apetytu, które spacerują samotnie, mają długie włosy, oczy duże i zapadnięte, a w chudych nogach źdźbło melancholii.

- Niczego - miauknąłem - tak sobie chodzę.

Frida roześmiała się.

Poszedłem w stronę, gdzie trzymano zwierzęta. Dwa razy potknąłem się o tę samą żelazną kotew, nie odpowiedziałem brzuchomówcy i wpadłem na tańczącego niedźwiedzia, którego trzymał za łapę jego pan.

- Przepraszam pana, czy pan nie wie, gdzie mógłbym znaleźć Murzyna Arlekina? - spytałem mężczyznę w garniturze w paski z kamizelką, w rękawiczkach i z laseczką, gotowego iść na bal.

- Dzieciaku, twój głos jest bardziej popękany niż moje żebra, masz jakiś problem?

Przyjrzałem się jego siwej przyciętej w szpic bródce i skrzydłom wełnistych włosów po obu stronach twarzy; wydało mi się, że w spodniach ma tylko dwa drewniane pręty. Był najchudszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Wyciągnął do mnie dłoń w serdecznym geście. Ścisnąłem ją i usłyszałem, że wszystkie kości jego palców niepokojąco trzeszczą. Mężczyzna wybuchnął śmiechem.

- Nie bój się, ten żart robię każdemu. Jestem tutaj w charakterze ludzkiego szkieletu. Nazywam się Jack. Wszystkie szkielety w Anglii nazywają się Jack. A ty? No, nie można powiedzieć, że jesteś jakimś dostojnikiem.

Jego śmiech zabrzmiał w moich uszach fałszywie, niestosownie.

- Jeśli szukasz Arlekina, znajdziesz go tam. Miło było cię poznać.

Jednak zanim się oddaliłem, z jednego z wozów wyskoczyło widmo w długim, obszernym czerwonym płaszczu, ściśniętym w pasie wstęgą. Obfite owłosienie okolic oczu i nosa obejmowało groźne czoło, policzki, uszy i nozdrza, zakrywając je, spływając na szczęki. Z człowieka widmo miało w sobie tylko źrenice i wargi; ponadto ręce, gładkie i białe.

- Czemu się gapisz, karzełku?

Dziwne - ten człowiek o zwierzęcej twarzy mówił moim językiem.

- Powinieneś go zobaczyć, kiedy założy krawat - powiedział mi ludzki szkielet, odchodząc zygzakowatym, niepewnym krokiem. Był to Jo-jo, najpiękniejszy ze wszystkich książąt z bajki.

Patrzyłem, jak znikają obaj pod ułożoną schodkowo widownią.

Odgłosy trzaskania z bata uświadomiły mi, że dotarłem wreszcie do klatek zwierząt. Bez widocznej przyczyny serce zaczęło mi się tłuc w piersi jak bijący skrzydłami ptak. "Mister Bretchley, impresario KOPCIUSZKA W CYRKU" - taki napis widniał na afiszach, którymi wytapetowano Londyn - zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

- Hm, kiepska sprawa - odezwał się, przeżuwając każdą sylabę powoli, żeby nie stracić smaku tytoniu - na pierwszy rzut oka powiedziałbym, że jesteś połową miary. Nie mogę cię zaliczyć do brodatych pigmejów, bo jesteś za wysoki, ani do grupy czarodzieja Rubena. Przykro mi, synu, ale będziesz musiał pozostać kotem jeszcze przez dłuższy czas.

Mister Bretchley nie należał do wielomównych. Wypowiedział się i palił dalej.

Arlekin opróżniał właśnie wiadro. Obrócił się nieco w moją stronę. Padało na nas dziwne światło; po jego twarzy przemknął cień trapezu poruszonego przez wiatr. Obie ręce miał ubrudzone ziemią. Trapez wahnął się z powrotem. Arlekin zobaczył mnie, na jego ustach pojawił się uśmiech. Usiadł na brzegu toru przed rzędem pustych krzeseł.

Tak właśnie go zapamiętałem: zdrapywał mokrą ziemię, która przykleiła mu się do palców. Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, ale byłem pewien - jak tylko może być pewne ośmioletnie dziecko - że te jego ręce umiały kiedyś urzekać publiczność, żonglując obręczami, pałeczkami i pochodniami, jednak że już wtedy bezskutecznie leczyły jego melancholię.

Czyszcząc klatki zwierzęce, Christopherze, można się wiele nauczyć. Na przykład tego, że na łajno słonia potrzeba worków z konopnego płótna co najmniej metrowej szerokości i że z łajna wielbłąda buduje się domy. Ręce Arlekina - te same, które wynalazły pierwszy w świecie kinematograf - wiedziały, że w ziemi kompostowej niczego nie da się rozdzielić: torfu od gnoju, prochu od popiołu, tego, co mokre od tego, co suche. Wszystko z jednego zasiewu, wszystko ta sama garść piasku. Także milczenie pełne słów i czas złożony ze wspomnień.

Moje wywody uznasz pewnie za bezużyteczne i nudne jak stara, rozstrojona pianola. Jeśli będę tak dalej gadał, dziś wieczorem Śmierć bez wątpienia zabierze mnie z sobą. A przecież moje wspomnienia dotyczyły zawsze w pierwszym rzędzie rąk.

Posłuchaj następującej historii. Pewnego razu mister Bretchley opowiedział, jak zaangażował dla braci Bastiani karła bez rąk. Okaleczony na wojnie, ofiara jakiejś choroby, może taki już się urodził. Nazywano go Goliatem. Ironia losu, bo Goliat miał nadludzką siłę w zębach. Wystarczyło założyć mu wędzidło jak koniowi, a mógł pociągnąć dziesięć metrów wielki wóz pełen żyraf, klaunów i małp. Ten numer zawsze robił wrażenie. Na nieszczęście Goliat pewnego dnia się zgubił. Cyrk znajdował się wtedy niedaleko Sankt Petersburga, w delcie rzeki. Goliat powiedział, że chce obejrzeć zasypaną śniegiem wioskę. Poszedł i już nie wrócił. Bretchley obwiniał kolejno kłusowników, wilki z tundry, anarchistycznych terrorystów. Prawda była o wiele prostsza. Goliat nie umiał odnaleźć obozowiska, bo łatwo wszystko zapominał; nie pamiętał nawet przyczyny swojego kalectwa. I nie dlatego, że wysilając szczęki, wywoływał wrzenie krwi w skroniach, lecz dlatego, że nie miał jednej nawet ręki, aby przytrzymać swoją przeszłość i nie ugrzęznąć w śniegu.

W trzy lata później pochowano mojego ojca na cmentarzu dla ubogich w Tooting, matka trafiła na zawsze do sanatorium dla umysłowo chorych, a ja zacząłem biegać.

Rozpoczął się dla mnie nowy okres.

Dziesiątki kilometrów biegiem.

Mój brat Syd zaciągnął się do marynarki, a ja chciałem zostać największym angielskim biegaczem: Charlie, słynny maratończyk. Trenowałem całymi miesiącami, moja odporność osiągnęła granice wytrzymałości, w Nottingham zdobyłem na dystansie dwudziestu mil nagrodę w wysokości dwudziestu pięciu funtów, a kilka lat później tylko przez paskudny kaszel nie wziąłem udziału w olimpiadzie w Londynie.

W tym okresie sprzedawałem bukieciki fiołków przed pubami na Kennington Road i pomagałem andaluzyjskiemu fryzjerowi w jego małym zakładzie przy Chester Street. Utrzymywał on, że ogolił kiedyś Roberta Louisa Stevensona. Kiedy nie miał żadnego klienta, wyciągał ze schowka gitarę i grał melodie flamenco; to była jego pasja. Tłumaczył mi, że na tę muzykę składają się śpiew wielki, śpiew głęboki i śpiew najmniejszy, że tak jest ze wszystkim i że budzi w nim ona duende, coś w rodzaju niepokoju burzącego krew. Nie było jasne, co chciał powiedzieć, ale mnie wydawało się, że go rozumiem, jak gdyby w cygańskim wozie, w którym się urodziłem, podróżował także jakiś hiszpański muzykant. Moje zadanie polegało na namydlaniu twarzy klientów. Nie uwierzyłbyś, jak bardzo twarze różnią się między sobą: są chropowate, kanciaste, tłuste... Nie mogłem się powstrzymać od naśladowania ich wyrazu w lustrze, masując te policzki. Czekający na swoją kolej podglądali mnie i cały zakład fryzjerski wybuchał śmiechem. W krótkim czasie kilku drażliwych klientów doprowadziło do tego, że pracodawca mnie przepędził.

Straciłem też pracę majordomusa, ponieważ w wolnych chwilach skonstruowałem sobie waltornię z długiej rynny. Broniłem się, mówiąc, że zawsze kochałem muzykę, ale zwolniono mnie mimo to. Zacząłem wtedy wytwarzać zabawki i slot machine, które miałem sprzedawać po jarmarkach dla dwóch Szkotów. Potem agencja teatralna Blackmore wyznaczyła mi rolę ulicznego sprzedawcy gazet, którą odgrywałem nadzwyczaj realistycznie w komedii pod proroczym tytułem Od łachmanów do gwiazd. Zaraz po niej dostałem rolę gońca Billy'ego w Sherlocku Holmesie.

Spóźniłem się na matinée dla dwóch tysięcy widzów, ponieważ za pieniądze z pierwszej wypłaty poszedłem kupić aparat fotograficzny, i nikt nie wiedział, gdzie mnie szukać. Kiedy wpadłem do garderoby, mój zastępca był już gotów. Zabolało mnie to tak bardzo, że pękły mi naczynia włosowate w nosie; byłem wtedy mniej więcej w twoim wieku. Jakaś rudowłosa aktorka wciągnęła mnie wtedy do garderoby damskiej i wszystkie te półnagie, o wiele ode mnie starsze artystki zatamowały krwawienie, rozebrały mnie, po czym znowu ubrały wśród śmiechów i tak szybko, że zdążyłem jeszcze wyjść na scenę zgodnie z programem. Może dzięki temu niespodziewanemu ocaleniu kobieca nagość napełniała mnie potem zawsze niepowstrzymaną euforią i entuzjazmem.

Po powrocie mojego brata ze służby w marynarce zatrudniono mnie wreszcie w wielkim cyrku, w zespole Freda Karno zwanym Fun Factory, z wynagrodzeniem trzech funtów tygodniowo. Przy pierwszym spotkaniu z Karno nie zdołałem wymówić ani jednego słowa. Pomyślał, że jestem zbyt nieśmiały, zbyt smutny i nadąsany, żeby pracować w cyrku, i gdyby nie Syd, który już u niego pracował, nigdy by mnie nie przyjął. Chciał jednak, żebym był mimem, nie aktorem. Po kilku próbach ze mną zmienił zdanie. Wymyśliłem tyle urojonych języków o nieprawdopodobnej wymowie, że nie miał już żadnych wątpliwości co do mojego głosu. Po kilku tygodniach konsultował się ze mną w sprawie każdego numeru, podsunąłem mu szybko kilka dobrych pomysłów na scenariusze. Tylko jeden w zespole był lepszy ode mnie, choć musiał jeszcze się wyrobić - chudy chłopak z miną krętacza, prostymi włosami i wiecznie załzawionymi oczami. Używał wtedy jeszcze swojego prawdziwego nazwiska Arthur Stanley Jefferson, ale później stał się sławny jako Stan Laurel.

Do Ameryki pierwszy raz przyjechaliśmy razem na tournée w 1909 roku. Ale nie było tak, jak zawsze opowiadałem: statek płynie wzdłuż brzegów Kanady, mija Nową Fundlandię, Rzeką Świętego Wawrzyńca dopływa do miasta Quebec w mglisty deszczowy dzień.

Nie, mój drogi Christopherze, tę podróż zachowałem dla siebie w tajemnicy. Prawdą było tylko, że w Londynie tuż przed tą podróżą zakochałem się w piętnastoletniej dziewczynce. Miała włosy koloru wina, w pasie cieńsza była od amfory i wydała mi się najlepszą tancerką, jaką kiedykolwiek widziałem. W rzeczywistości była tylko statystką z trzeciego rzędu, ale zdarzyło mi się ją zobaczyć, kiedy przebierała się za kulisami. O mało nie upadłem, jej towarzyszki wybuchnęły śmiechem, a ona, rozbawiona, wbiła we mnie swoje brązowe oczy. Spojrzałem na jej wargi, na jej nogi i przedstawiłem się. Charlie Chaplin - powiedziałem zakłopotany. Hetty Kelly - powiedziała ona. Przez dwa tygodnie nie mogłem wybić jej sobie z głowy, zapuściła tam korzenie niczym roślina pnąca.

Zobaczysz, jak to jest na początku. Brak ci tchu, nocą bezsenny wiercisz się w łóżku i zaczynasz robić masę głupstw. Usiłowałem skrócić swoje cierpienia i już na pierwszym spotkaniu poprosiłem ją o rękę. Nigdy nie byłem nieśmiały wobec kobiet. Dorastałem w teatrach, gdzie mężczyźni mieszali się z kobietami, wśród setek ciał aktorek i śpiewaczek, które rozbierały się między jednym a drugim numerem - jak ci już opowiadałem - i nigdy nie poczułem wstydu. Jednak wargi i uśmiech Hetty sprawiły, że się zarumieniłem. Zaprosiłem ją na kolację do Trocadero koło Piccadilly Circus, ale nie był to udany wieczór. Nasz romans trwał jeden pocałunek i jedenaście dni. Fred Karno musiał zauważyć, w jakim jestem stanie, bo w tydzień później wysłał mnie najpierw do Paryża, do Folies Berg?re, a następnie parowcem "Kangaroo" do Nowego Jorku razem z tym Stanem o zapadłych policzkach. Jesteście obaj gorące głowy - powiedział, wręczając nam bilety - ale nie czas jeszcze na porzucenie teatru; ta podróż dobrze wam zrobi. Rokowaliśmy najlepiej w jego stajni, chciał, żebyśmy raz na zawsze zrozumieli, co znaczą słowa vaudeville i music hall na francuskich i amerykańskich scenach. Założyłby się o swój kapelusz, że jeśli po drodze się nie pogubimy, zostaniemy doskonałymi aktorami.

Na miejscu Karno nie postawiłbym na moje nazwisko ani jednego funta. W Paryżu zachorowałem na milczenie. Przeglądałem się w szybach wystawowych Montmartre i dochodziłem do wniosku, że jestem bez wyrazu i suchy jak kosz na śmieci. Byłem pewien, że nie będę mógł przepłynąć oceanu bez tej dziewczyny. Dlatego w noc poprzedzającą nasz wyjazd do Stanów Zjednoczonych spróbowałem uciec. Ale Karno wszystko przewidział: kazał mnie pilnować karłowi imieniem Mucha, który nie opuszczał mnie ani na chwilę. Hetty właściwie nigdy nie odpowiedziała na moją propozycję matrymonialną; zawiadomiła mnie tylko, że nie traktuje jej poważnie. A jednak, Christopherze, nie był to z mojej strony żart bezczelnego aktorzyny bez grosza przy duszy. Prawda jest taka, że w miłości byłem zawsze nowicjuszem, dopiero twoja matka wyleczyła mnie trochę z mojej nierozwagi. Słowo "Ameryka" miało zaś w moich uszach zarazem brzmienie słowa "miód" i słowa "trucizna". Do Nowego Jorku pojechał na tournée także mój ojciec, wkrótce po moim urodzeniu, ale ta podróż stała się przyczyną rozpadu jego małżeństwa i schyłku jego kariery.

Od chwili wejścia na pokład parowca bez przerwy płakałem. Płakałem bez łez, od samego początku dręczyły mnie mdłości i skurcze; po dwóch dniach wyglądałem jak trup. Całą podróż odbyłem na sienniku w ładowni, Mucha spał w nogach. Nie było mi oczywiście wygodnie, ale przynajmniej nie widziałem morza.

Kiedy wpłynęliśmy do Zatoki Nowojorskiej, zacisnąłem powieki tak mocno, że do oczu nie dostała się ani odrobina światła. Miałem dwadzieścia lat, Ameryka ponad czterysta. Wiatr spryskiwał słoną wodą twarze pasażerów "Kangaroo" zebranych w komplecie na pomoście, aby przyglądać się zza poręczy nowej ziemi; moje życie miało się wkrótce nieodwołalnie zmienić. Aby uczcić dobicie do brzegu, pojawili się nawet pasażerowie na gapę i emigranci z rodzinami. W ogólnym podnieceniu jeden z marynarzy wziął mnie na barana i zaniósł na świeże powietrze, ale postawił po niewłaściwej stronie, plecami do wybrzeża.

I kiedy wszyscy patrzyli na Nowy Jork, ja wpatrywałem się jeszcze w ocean.

Ostatnią rzeczą, którą sobie przypominam z pierwszej części mojego życia, jest bezkres wody zalewający mi oczy i tłumiący oddech. To wtedy, na na wpół zardzewiałym parowcu i wobec błękitnego sznura widnokręgu, podjąłem decyzję i wygłosiłem przysięgę.

W moim kalendarzu życia listopad 1909 roku liczył zaledwie dwa dni.

Ameryki postanowiłem nie zaszczycić nigdy nawet jednym spojrzeniem.

Ponad trzy tygodnie trwała podróż do ujścia rzeki Hudson; były kłopoty z kotłami, zła pogoda i kilkugodzinny przestój na mieliźnie pośrodku Atlantyku. Trzy tygodnie mdłości i kurczy, wskutek których pasażerowie "Kangaroo" przez cały czas wymiotowali za burtę. Wymiotowali z wysiłkiem wywołującym czkawkę, jak gdyby musieli się pozbyć niezliczonych kamyczków ukrytych pod skroniami, pod paznokciami palców nóg, w głębi płuc. Potem stali samotni z pustym żołądkiem i zielonym językiem, a ocean zabierał ze sobą ich poprzednie życie. Bladzi, z rzęsami wywiniętymi do tyłu i oczami nabrzmiałymi bardziej niż oczy ryb, widzieli je unoszące się na wodzie jako smuga białych kwiatów, która szła na dno albo dryfowała i gniła powoli. Starcy i kobiety męczyli się najbardziej. Morze wysuszało ich skórę kawałek po kawałku, wysuszało także ich słowa, nie pozwalając nawet nazwać ostatniego bolesnego spazmu szarpiącego ich wnętrza, którego nie udawało się im wypluć. Natomiast dzieci przyzwyczajały się szybko. Źle się czuły przez kilka dni, potem wymyślały sobie nowe zabawy; podniecały je żegluga i niezwykłość sytuacji, w której się znalazły.

Dzieci się przyzwyczajały, ja nie. Nie mogłem niczego przełknąć, dręczyły mnie skurcze żołądka, ale nie chciałem zapomnieć niczego, nie chciałem zapomnieć nóg Hetty Kelly w korytarzu teatru - nigdy mi się to nie udało - i nie chciałem zapomnieć, kim jestem, skąd przybywam, jak się nazywa sanatorium, w którym trzymają moją matkę, jakie słowa wypowiedzieli Zarmo i Marceline w rozmowie, którą słyszałem przed wieloma laty. Walczyłem z samym sobą. Przeżuwałem wściekle wszystko, co dotychczas na świecie przeżyłem, i połykałem z powrotem.

Kiedy "Kangaroo" stawał pośrodku Atlantyku z wyłączonymi silnikami, przy bezwietrznej pogodzie, wydawał mi się siedzącym na falach ptakiem; czułem się wtedy szczęśliwy. Te przerwy budziły we mnie nadzieję, że popłynie w odwrotnym kierunku i mój los pozostanie w zawieszeniu. Ale na koniec turbiny ruszały ponownie ze swoim twardym uporem, statek nabierał szybkości nieprzekraczającej nigdy dwustu mil dziennie. Biegłem wtedy zaszyć się w ładowni, zanim irracjonalna panika zawładnie znowu całym moim ciałem i wywoła gorączkę.

"Kangaroo" rozwoził towary i zabierał na pokład desperatów. Nie miał w sobie nic ze statku wycieczkowego, warunki i trwanie podróży były całkiem odmienne, ale odpowiadały one wszystkim ze względu na cenę biletu.

- Chłopcy - powiedział badający nas co tydzień lekarz - miejcie oczy szeroko otwarte, bo inaczej do Ameryki was nie wpuszczą. - Wytłumaczył nam, że w Nowym Jorku otwarto przed kilkoma miesiącami nowe ośrodki przyjęć dla imigrantów. Nazywają je rozmaicie: Wyspa Łez, Kolonia Karna, Cło... To arsenały z szarego kamienia, niektóre zajmują po kilka wysepek. - Bezpośrednio po zejściu na ląd sprawdzą wam przede wszystkim wzrok. Kto się nabawił na statku choroby oczu, będzie odesłany z powrotem. Naukowa nazwa tej choroby brzmi: jaglica.

Podczas tych morskich podróży nawet cholera wydawała się mniej straszna.

- Odrzucają także żarty natury - dodał doktor - głuchoniemych i pozbawionych rozumu. Piszą im na plecach kredą X i razem z kobietami w ciąży wsadzają z powrotem na parowiec, którym przypłynęli.

Jednak ja, Mucha i Stan nigdy do takiego ośrodka nie trafiliśmy. Nie przybył po nas żaden statek jak po tych nieszczęśników, którzy skoczyli do morza i zostali wyłowieni pod Statuą Wolności. Mucha był przekonany, że nie wpuszczą również takiego karła jak on, mimo wszystkich naszych pozwoleń i listów polecających. To samo myślał o sobie Stan, bo sądząc po jego zewnętrznym wyglądzie, trudno było uwierzyć, że jest taki inteligentny. Ale wystarczyło posłuchać, jak mówi... sypał pomysłami z tak zawrotną szybkością, że jeśli zatrzymałeś się przed nim na jedną tylko chwilę, dopadała cię znowu choroba morska. Wtedy też wymyślił plan, a ja upierałem się przy swoim. W ten dzień drugiego listopada nadal miałem zamknięte oczy w nadziei, że odeślą mnie z powrotem. Ryzykowałem, że wpadnę do morza, poobijam się o wszystkie kanciaste przedmioty na statku i pokryję siniakami.

Marzyłem, że wszyscy podróżujący ze mną młodzi ludzie i wszystkie dzieci idą za moim przykładem, że razem ze mną poruszają się po omacku i zmuszają kapitana do podniesienia flagi sygnalizującej niebezpieczeństwo, jakby na pokładzie wybuchła łachmaniarska zaraza; że statek nie może zakotwiczyć w żadnym porcie, że musi natychmiast odpłynąć, opuścić te wody, odstawić swój ładunek małych ślepców do domów, nie zatruwając już dłużej ich krwi i oczu, nie zmuszając ich do szukania przyszłości gdzie indziej dlatego, że tak się dzieje na świecie. Przebrnąłem w mroku przez las nóg i zszedłem stopień za stopniem po wiodących na pokład schodkach.

Czasem śni mi się, Christopherze, że jeszcze tam jestem, że idę po omacku korytarzem we wnętrzu parowca, powtarzając swoją przysięgę, żeby dodać sobie sił; przede mną brudne, czarne schody, którymi znosi się na dół puste butelki i odpadki. Jakaś kobieta chwyta mnie za ramię i ciągnie za sobą. Opiera moje ręce o poręcz i mówi, że mam się mocno trzymać. Nikt nie zwraca już na nas uwagi. Potem "Kangaroo" trąbi jak słoń i tłum tych wszystkich wyrwanych z korzeniami ludzi, którym tak śpieszno było kupić bilet na loterii życia, wydobywa się błyskawicznie z ładowni wzdłuż kadłuba, wprawiając w drżenie poręcze i metalowe płyty pomostu, ciągnąc mnie przy tym ze sobą.

Wiatr Nowego Świata uderzył mnie w twarz dokładnie w tej samej chwili, w której coś innego uderzyło mnie w głowę.

To Mucha walnął mnie podeszwą swoich solidnych butów, jak kazał mu Stan. Razem zanieśli mnie do bocznej salki i położyli w ogonie fortepianu, gdzie ukryli się także oni. W czasie, kiedy nasz parostatek cumowano przy molu w Nowym Jorku albo kto wie przy której wyspie łez, ja niczym pajacyk w brzuchu wieloryba układałem sobie w głowie wyliczankę. Wymieniałem wszystkie znane mi rzeczy czarne. Kamień wulkaniczny, podarowany mi przez brata. Suknia mojej babki. Plamy smoły na spodzie stóp, które można usunąć tylko pumeksem. Rząd mrówek na podłodze w kuchni. Sutanna księdza. Karaluch, który kiedyś w Londynie wdrapał mi się pod stołem na uda. Barki na Tamizie. Spodnie starców w Covent Garden. Morwy na krzakach...

Skończyłem wyliczać, zanim rozpoczęto wyładunek.

Czarna jak obsydian,

czarna jak smoła,

czarna jak deszczowa chmura,

czarna jak kula bilardowa,

czarna jak piracka bandera i jak sutanna księdza,

czarna jak dym, błoto, węgiel,

czarna jak atrament,

czarna jak but...

Taki był pierwszy kolor, jaki miała dla mnie Ameryka.

Dzięki fortelowi aktora chudego jak miedziany drut i mocnemu butowi karła wyniesiono mnie na ląd, do kraju Wolności, we wnętrzu tego fortepianu wraz z ładunkiem instrumentów przeznaczonym dla jakiegoś teatrzyku. Nikt nie pytał nas o dokumenty ani nie pisał nam na plecach. Ja i Stan wkroczyliśmy na Nowy Kontynent naprawdę pod znakiem muzyki.

Chcesz wiedzieć, Christopherze, jaki wydał mi się Nowy Jork, gdy po raz pierwszy go zobaczyłem? Wyładowali nas na tyłach tego teatru i zostawili tam. Swojski zapach drewnianych desek i kulis wywabił nas w nocy z kryjówki jak myszy, którym węch dał znać, że są w znanym im miejscu. Temu zapachowi nigdy nie mogłem się oprzeć, towarzyszył mi od dzieciństwa. Pamiętam słabe światło z okienka w suficie, w którym ujrzałem salę pełną pustych krzeseł. Zrobiłem kilka kroków pośrodku sceny i zapomniałem wszystko: Hetty, Londyn, moją przysięgę. Poczułem, że zanurzam się w samotności nowej, bogatej w obietnice. Tak, rodzimy się w życiu wiele razy, tyle razy, że trzeba szybko nauczyć się wychowywać samemu, nigdy nie przestawać się rodzić. Świadomość bycia kimś innym i bycia gdzie indziej uszczęśliwiła mnie. Odtąd oczy będę miał otwarte, będę się starał zobaczyć wszystko, nawet grzbiet rzeczy. Wypełnię publicznością każdy teatr, w którym przyjdzie mi grać. Zdobędę to miasto. W kącie leżały porzucone skrzypce w starym, uszkodzonym czarnym futerale. Zepsuto je widocznie podczas transportu. Były skulone jak zbity kijem pies. Zabrałem je i wyszedłem na ulicę.

Na dworze przywitało nas ciepło. Był listopad, ale pogoda jak w lecie. Światła Nowego Jorku, idący szybko ludzie - jedni zuchwali, drudzy samotni - arogancja drapaczy chmur, iskrzące się reklamy, na ławkach starcy wpatrzeni we własne buty, pijacy szukający bramy lub schodów przeciwpożarowych, żeby się tam przespać - wszystko było częścią ogólnej atmosfery szaleństwa, widowiska wystawianego wyłącznie dla mnie, i pokazywało mi życie prawdziwe, bez półśrodków, w swojej wspaniałości i w swoim piekle.

Byliśmy umówieni z pewnym facetem, mieliśmy pracować w należących do niego teatrach przez sześć tygodni. Na spotkanie stawiliśmy się punktualnie, zgodnie z poleceniem Freda Karno. Gdyby sprawy dobrze poszły, przejechalibyśmy Stany Zjednoczone od jednego wybrzeża po drugie, przez Midwest, farmy hodowców świń, ponurą mgłę Chicago i jego najsłynniejszy burdel - Dom Wszystkich Narodów - gdzie prostytutki ze wszystkich krajów świata mogłyby mnie wybrać Królem Uchodźców lub Emigrantów... Gralibyśmy wraz z zespołami komików ze stanu Montana i zeszlibyśmy wzdłuż kościstych łopatek Ameryki w dół, aż uszczęśliwiłaby nas wreszcie Kalifornia, jej równiny z gajami pomarańczy, jej bezwstydne światło.

Ale sprawy nie poszły dobrze, Christopherze, wcale dobrze nie poszły. Nasz debiut był kolosalnym fiaskiem. Lodowate milczenie przyjęło moją pierwszą kwestię, przerażając mnie. Publiczność amerykańska była bardzo odmienna od angielskiej. Nikt się nie roześmiał. Skecze brzmiały słabo, powtarzały się. Obawiałem się tego. Podczas prób starałem się ostrzec impresariów i innych aktorów, ale wszyscy - oprócz Stana - uznali, że kraczę, bo jestem posępnym, gburowatym ponurakiem, który nigdy nie pije i myśli tylko o oszczędzaniu zarobionych pieniędzy. Przedstawienie zakończyło się w atmosferze ogólnej obojętności, a to gorsze od gwizdów. Ogarnął mnie ten sam paniczny strach, który dojrzałem w oczach mojej matki, kiedy się zacięła, śpiewając piosenkę Jacka Jonesa. Znaczna część widzów opuściła teatr przed końcem spektaklu, nie odwracając nawet głowy. Runęły wszystkie moje oczekiwania. Przez całe życie budowałem pewność siebie niezbędną na scenie, a wystarczył jeden wieczór, aby ją stracić. Pomyślałem, że nie będę już zdolny grać - w każdym razie przez długi czas.

Wynajęliśmy ze Stanem pokój na Czterdziestej Trzeciej ulicy, w lokalu częściowo pod poziomem jezdni. Budynek z piaskowca stał w sąsiedztwie pralni, od której bił stęchły zapach brudnej bielizny i pary. Nie mogłem spać, bo przez okna wpadał kaszel pracujących tam kobiet. W tym pokoju ćwiczyliśmy razem dzień i noc jak za czasów, kiedy graliśmy w hokeja w drużynie Karna. Przez dwa tygodnie powtarzaliśmy obsesyjnie wszystko, co każdy z nas do tej pory opanował. Ja nauczyłem Stana obchodzić róg ulicy, chwiejąc się na jednej nodze, z przechylonym w bok tułowiem. Był to numer, który podejrzałem w Londynie u Willa Murraya, aktora w teatrze rozmaitości, i który od razu mi się spodobał. Najczęściej jednak siedziałem i przypatrywałem się Stanowi. Co to za barmana masz w głowie, który z taką szybkością wstrząsa wszystkie twoje pomysły? - pytałem go w tym pomieszczeniu pod schodami za Times Square, które zawsze czuć było krochmalem. Stan wciągał policzki, potem podnosił rękę i na czubku jego kciuka zapalał się niespodziewanie płomyk. Nigdy nie udało mi się zrozumieć, na czym polegała ta magiczna sztuczka; przysięgam, że sam chętnie bym się nią posłużył. Nie można było jednak jej się nauczyć, bo to z ciała Stana wytryskały drobne wyładowania elektryczne jak z bryły żółtego bursztynu; czasem bałem się, że chodząc po pokoju, spowoduje pożar.

Pewnego wieczoru przyszedł z oczami świecącymi silniej od dwóch lamp magnezowych. Smażyłem właśnie jajko. Wyjął mi z rąk patelnię i podrzucił jajko w powietrze. Charlie, wymyśliłem nową postać, powiedział. Ubogi chłopiec, jakim byłeś, całkiem bezbronny, zaledwie zasypia, śni, że przezwycięża wszelkie przeszkody i jest nie do pokonania. Jajko opadło na środek patelni, rozpryskując się na kawałeczki. Nazwę go Jimmy nieustraszony, co ty na to? Opuścił głowę, a kiedy ją podniósł, wydał mi się tancerzem poruszającym się na czubkach palców wzdłuż nakreślonej kredą granicy między rzeczywistością a snem; tańczącym tak lekko, że nie zrobiłby tego żaden ze znanych mi akrobatów. W praktyce zaś wypominał mi w elegancki sposób, że w Londynie zdmuchnąłem mu po którejś premierze rolę. Był z tego dumny, jakby dał mi prezent; raz przynajmniej ja go zastąpiłem. On był najlepszy, Christopherze, i najbardziej wspaniałomyślny. Zagrał swoją postać przed publicznością jeden jedyny raz, ale dusza Jimmy'ego trafiła prosto do duszy Włóczęgi, kiedy nadszedł jego czas. Najgenialniejszym wynalazkiem Stana było jednak to, że potrafił wydać się głupi całemu światu, jak gdyby zamknął się na zawsze w jakimś zakątku swojego młodzieńczego wieku. Przykro mi, że nie nakręciłem z nim ani jednej sceny, zwłaszcza gdy już wypadł z obiegu i nikt nie chciał go zatrudnić. Ale Stany Zjednoczone Ameryki odmówiły mi prawa do powrotu, starość wydawała się niektórym z nas zniewagą, a przed Stanem wstydziłem się za to wszystko, co mu skradłem.

Następnego dnia po naszym mrożącym krew w żyłach debiucie odebrałem z pralni koszulę, wsadziłem ją do torby wraz z parą dziurawych skarpetek i szczoteczką do zębów, chwyciłem zepsute skrzypce. Stanowi zostawiłem kartkę z życzeniami sukcesów, na które zasługuje człowiek obdarzony jego wrażliwością i talentem. Widziałem go podczas gry w hokeja, umiał uderzać mocno mimo kruchych kości. Widziałem też, jak śmigał na swoich zardzewiałych łyżwach, i byłem pewien, że potrafi wybrnąć z każdej sytuacji. Do Muchy napisałem, że nie będzie miał przeze mnie kłopotów z Fredem Karno, ponieważ wrócę po zakończeniu tournée albo po kilku miesiącach. Pragnąłem tylko poznać świat i szukać swojego przeznaczenia, jeśli przeznaczenie w ogóle gdzieś istnieje. Aby zostać takim aktorem, jakim chciałem, musiałem zamieszkać w głowach innych ludzi, nauczyć się być zaradnym, uważnym, tak by mój każdy ruch rodził się z obserwacji życia. Nie chodzić na skróty. Tak nie można. Chcąc być wiarygodny, musiałem odtwarzać w fikcyjnym świecie to, co w pewnej mierze było prawdziwe. Znane mi sztuczki po tej stronie oceanu nie miały wzięcia.

W tym właśnie dniu, a nie w magazynie jakiegoś filmowego studia trzy lub cztery lata później, stałem się Charliem The Tramp, włóczęgą w meloniku i z bambusową laseczką. Tournée odbyłem wtedy, krążąc po Ameryce w obszarpanym ubraniu, a nie przeskakując z jednego teatru do drugiego, jak dawałem potem do zrozumienia. Była to długa, samotna podróż wśród osób radzących sobie jako tako albo nieradzących sobie w ogóle, rozdygotanych, dziwacznych, godnych pożałowania. Nie interesowało mnie życie innych aktorów - wyobcowanych, skupionych wyłącznie na swojej profesji. W kilka miesięcy nauczyłem się wielu zawodów różnych od tych, które zdobyłem w Londynie, znalazłem się w przeróżnych sytuacjach i poznałem ludzi z rozmaitymi temperamentami. Można powiedzieć, że zrobiłem zapasy pomysłów na całą resztę kariery. Moja skóra nabrała więcej barw niż skóra mątwy lub kameleona. Jako dwudziestolatek odbyłem praktykę porównywalną z tym, czego dokonałem w moim londyńskim dzieciństwie.

Zanim kino zagrodziło mi drogę - a może ja zagrodziłem drogę jemu, dotychczas dokładnie nie wiem - myślałem także o hodowli świń i produkcji kiełbas. Wykorzystując mój wzrost, pracowałem jako dżokej na torach wyścigowych Teksasu i Nowego Meksyku, zbierałem tulipany w pełnym słońcu i boksowałem się w co najmniej dziesięciu salach sportowych Południa. To ostatnie zajęcie należało do uciążliwych, lecz przynosiło dochód: płacono mi, bo przez cały mecz musiałem znosić okładanie pięściami, a nokautowany byłem dopiero w ostatniej rundzie.

Przestrzegałem żelaznej diety, podróżowałem pociągiem i często się myłem, a szczególnie często czyściłem zęby, żeby móc zawsze wesoło się roześmiać, chociaż nieraz wybuchałem bez powodu złością lub ogarniała mnie melancholia. Kiedy trafiała się okazja - ale tylko w ostatnią noc spędzaną w danym mieście - grywałem w karty.

Moim celem była Kalifornia.

W Las Vegas próbowałem nawet sprzedawać wieloczynnościowe odkurzacze, przekształcające się w miksery; patent własny. Zaczynałem zawsze tak samo, z najszerszym i najbezczelniejszym z moich uśmiechów. Dzień dobry - mówiłem - nazywam się Charlie i mam pomysł, który was wzbogaci. Tylko od dwóch niemieckich imigrantów, obu tak samo zezujących jednym okiem, oraz od małej wytwórni elektrycznego sprzętu gospodarstwa domowego otrzymałem propozycję uruchomienia seryjnej produkcji prototypu. Jestem dotąd przekonany, że gdyby uruchomiono ją w rzeczywistości, moje nazwisko zastąpiłoby na zawsze nazwisko Williama Hoovera, króla odkurzaczy.

W przerwach grałem na skrzypcach. Naprawiłem płytę rezonansową szewskim klejem przypominającym używany przez mojego dziadka mastyks, struny zamontowałem na odwrót, bo jestem mańkutem. W każdym odwiedzanym przeze mnie mieście wykradałem miejscowym muzykom jakiś sekret i powtarzałem go na swoim instrumencie. Nie uwierzysz mi, Christopherze, teraz nie wierzę w to nawet ja sam, ale wtedy byłem także balsamistą, trenerem bokserskim i drukarzem.

Nie opowiedziałem o tym nigdy nikomu. Posłuchaj.