Ostatni tacy przyjaciele - Tomasz Lach

Kup ebooka

25.53 zł
25.22 zł (24,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ewa

Budzi mnie upo­rczy­wy te­le­fon. O dru­giej w nocy. O tej po­rze może te­le­fo­no­wać do mnie tyl­ko jed­na oso­ba i czę­sto to robi. Ma­rek Ni­ziń­ski. Mój uko­cha­ny trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­ni syn, a pro­blem, z któ­rym zwra­ca się do mnie w po­ło­wie nocy, jest rów­nież za­wsze ten sam... Po­mo­cy!

Ry­tu­ał po­wo­du­je okre­ślo­ne po­stę­po­wa­nie. Za­pa­la­jąc lamp­kę noc­ną i pod­no­sząc słu­chaw­kę, za­czy­nam się jed­no­cze­śnie ubie­rać. Wiem, że za chwi­lę, nie­za­leż­nie od tego, jaka jest po­go­da i jak się czu­ję, będę "gdzieś" je­cha­ła! W nie­pew­no­ści i po­śpie­chu, nie wie­dząc, co bę­dzie na mnie cze­ka­ło, kie­dy "tam" do­ja­dę. Ma­rek jest nie­obli­czal­nym, po­grą­żo­nym w chro­nicz­nej de­pre­sji i ni­czym nie­roz­świe­tla­nym mro­ku nie­usta­ją­ce­go po­szu­ki­wa­nia swo­je­go ja ar­ty­stą. Moim je­dy­nym dziec­kiem.

- Prze­pra­szam... - za­wsze za­czy­na od prze­pra­sza­nia. Za co?... Że jesz­cze żyje i nadal przy­spa­rza mi tylu kło­po­tów?

- Gdzie je­steś i co się dzie­je? - py­tam, wkła­da­jąc do to­reb­ki zwi­nię­te w ru­lo­nik do­la­ry. Nie­wie­le jest ta­kich miejsc, gdzie w nocy przyj­mu­je się kar­ty czy też cze­ki płat­ni­cze, a kło­po­ty mo­je­go sy­nal­ka, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie są, za­wsze sło­no kosz­tu­ją.

- Dzwo­nię ze sta­cji ben­zy­no­wej. To ta sta­cja obok Off Li­mits, skle­pu z al­ko­ho­la­mi na wy­jeź­dzie z Be­ver­ly - od­po­wia­da. - Nic złe­go się nie sta­ło... tyle że trzy­ma nas pod bro­nią po­li­cjant, trze­ba pod­pi­sać man­dat i za­pła­cić za pa­li­wo na sta­cji! - wy­rzu­ca z sie­bie jed­nym tchem.

- Was?... - py­tam.

- Je­stem z Krzy­siem. Z Ko­me­dą.

- Za­pła­cić za pa­li­wo, pod­pi­sać man­dat?! - kon­ty­nu­uję.

- Mamo, bła­gam, wszyst­ko wy­ja­śnię, jak przy­je­dziesz, ale już jedź, bo nas zwi­ną! - ję­czy i w tym mo­men­cie roz­le­ga się: "bip, bi bi, bip...". Trans­ame­ry­kań­ska Kom­pa­nia Te­le­fo­nicz­na in­for­mu­je mnie, że wła­śnie skoń­czy­ły mu się drob­ne pie­nią­dze na te­le­fon.

Noc­na po­li­cja w Los An­ge­les to nie ta sama sym­pa­tycz­na i uprzej­ma, któ­ra ma­cha do nas w cią­gu dnia na skrzy­żo­wa­niach ulic. Wiel­ki, przy­cza­jo­ny do ata­ku czar­no-bia­ły old­smo­bi­le z re­flek­to­rem na da­chu i za­mon­to­wa­ną z przo­du ma­ski kra­tą do ta­ra­no­wa­nia ucie­ka­ją­cych sa­mo­cho­dów oraz dwóch "my­śli­wych", noc­nych po­li­cjan­tów w czar­no­nie­bie­skich bo­jo­wych mun­du­rach. Je­den sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą ra­dio­wo­zu z nadal pra­cu­ją­cym sil­ni­kiem i nie­od­łącz­nym wal­kie-tal­kie w dło­ni, a dru­gi, "ope­ra­tor" albo shot­gun ri­ding, jak ich tu­taj na­zy­wa­ją, sto­ją­cy trzy kro­ki od obiek­tu za­in­te­re­so­wa­nia w ma­łym po­li­cyj­nym ka­sku na gło­wie, ze sta­lo­wą, dłu­gą la­tar­ką w jed­nej dło­ni, a dru­gą opar­tą z wy­czu­ciem na czę­ścio­wo wy­su­nię­tym z ka­bu­ry col­cie ma­gnum py­thon... Trzy­ma prze­pi­so­wy dy­stans, aby ni­ko­go, broń Boże, nie ura­zić swo­ją zbyt na­tar­czy­wą bli­sko­ścią i w ra­zie cze­go mieć czy­ste, wi­docz­ne pole ostrza­łu! Ame­ry­ka. De­mo­kra­cja. 2.40 a.m.

A nie­opo­dal... nadal sie­dzą­cy w swo­im sa­mo­cho­dzie dwaj smut­ni pa­no­wie, czy­li po­li­cyj­ny "obiekt za­in­te­re­so­wa­nia". W sto­ją­cym przy pom­pie do tan­ko­wa­nia be­żo­wym, nie­wiel­kim i ni­ziut­kim, jak­by przy­cza­jo­nym do bie­gu, kul­to­wym wśród ar­ty­stów pla­sty­ków, de­ka­den­tów i gra­czy w gol­fa au­ten­tycz­nie bry­tyj­skim spor­to­wym ka­brio­le­cie MG. Sa­mo­cho­dzie Mar­ka Ni­ziń­skie­go. Jed­nym z trzech, bo Ma­rek ma jesz­cze sta­re­go za­byt­ko­we­go MG mid­ge­ta, ale ten zie­lo­ny ka­brio­le­cik, cho­ciaż naj­uko­chań­szy, zbyt jesz­cze boli wspo­mnie­nia­mi, więc cze­ka na we­sel­sze cza­sy w ga­ra­żu pod płó­cien­ną, gru­bą i sta­ran­nie za­wią­za­ną plan­de­ką. A ten trze­ci, wście­kle żół­ty i za­bój­czo dzi­ki do­dge chal­len­ger, jesz­cze przez Mar­ka nie "ob­jeż­dżo­ny", lecz już za­pła­co­ny, jest wła­śnie tu­nin­go­wa­ny w wy­spe­cja­li­zo­wa­nej fir­mie i bę­dzie cze­kał na nie­go za kil­ka ty­go­dni go­to­wy do sza­leństw.

Wy­prze­dzam i par­ku­ję dwa­dzie­ścia kro­ków przed nimi, w za­się­gu wzro­ku "ope­ra­to­ra". To ma ogrom­ne zna­cze­nie dla mo­jej przy­szło­ści. O tym co­dzien­nie przy­po­mi­na­ją w szko­łach dzie­ciom. Ga­szę sil­nik i wy­cho­dzę, kie­ru­jąc się po­wo­li w ich stro­nę i trzy­ma­jąc w jed­nej dło­ni od­su­nię­tą od cia­ła to­reb­kę, a w dru­giej wi­docz­ne klu­czy­ki od sa­mo­cho­du. To nie jest "ba­ga­tel­na" sy­tu­acja tu­taj, w noc­nym Los An­ge­les! Zbyt wie­lu po­li­cjan­tów po­zo­sta­wia swo­je żony już na za­wsze sa­mot­ne i osie­ro­ca dzie­ci. "Ope­ra­tor" dwa razy nie po­my­śli! Naj­wy­żej otrzy­ma upo­mnie­nie i po­zba­wią go pre­mii. Ale bę­dzie żył!

Je­stem po­twor­nie zmę­czo­na. To był kosz­mar­ny dzień. Mam pięć­dzie­siąt dzie­więć lat i je­stem tu­taj, w Los An­ge­les, wraz z moim sy­nem Mar­kiem od po­nad ośmiu lat. Ra­dzę so­bie nie­źle, a wła­ści­wie, w po­rów­na­niu z więk­szo­ścią emi­gran­tów, wspa­nia­le! On nie... Dzi­siaj po po­łu­dniu Bar­ba­ra, moja sze­fo­wa, wy­da­ła w swo­jej re­zy­den­cji małe sto­ją­ce par­ty. W znaj­du­ją­cej się w jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc Los An­ge­les, Ma­li­bu, wy­na­ję­tej przed trze­ma laty od Hen­ry'ego Fon­dy re­zy­den­cji Bar­bry Stre­isand, po­sia­dło­ści, któ­rą za­rzą­dzam. Ozna­cza to, że li­sta za­pro­szo­nych go­ści nie po­win­na prze­kro­czyć stu osób i spo­tka­nie po­win­no trwać nie dłu­żej niż do 10 p.m. Nie w tym pro­blem. Pro­ble­mem, cho­ler­nym pro­ble­mem jest to upier­dli­we i ob­se­syj­ne za­uro­cze­nie Bar­bry eu­ro­pej­ską kul­tu­rą kon­sump­cyj­ną! Wszyst­ko musi być eu­ro­pej­skie, a naj­le­piej wło­skie i fran­cu­skie, a je­że­li do­stęp­ne ce­no­wo, to an­giel­skie, jed­na­ko­woż pod wa­run­kiem, że elż­bie­tań­skie. Kosz­mar! Ona, dziew­czy­na z bied­ne­go Bro­okly­nu. Fun­ny girl!

A więc... po­cząw­szy od szla­chet­nych mar­mu­rów z Car­ra­ry i do­lo­mi­tów z Bol­za­no, któ­ry­mi są wy­ło­żo­ne wszyst­kie wnę­trza po­sia­dło­ści łącz­nie z piw­ni­ca­mi, po­przez we­nec­kie, ku­pio­ne na naj­zna­ko­mit­szych li­cy­ta­cjach dy­wa­ny, kosz­tu­ją­ce ma­ją­tek za­byt­ko­we me­ble i bo­aze­rie, a za­koń­czyw­szy na tym, w czym po­da­je się za­pro­szo­nym go­ściom je­dze­nie i pi­cie. Fran­cu­ska, ku­pio­na od spad­ko­bier­ców kró­lów Lu­dwi­ków za­sta­wa sto­ło­wa. Za­sta­wa, któ­rą Bar­bra, gosz­cząc swo­ich przy­ja­ciół, wy­sta­wia z dumą na szwedz­kie sto­ły, aż się pro­si o naj­lep­sze po­łu­dnio­wo­eu­ro­pej­skie po­tra­wy. No wła­śnie. Na tym się znam. Bar­dzo do­brze znam! Ale jed­no to się znać i mieć wie­dzę, a dru­gie to wpro­wa­dzać w ży­cie te teo­re­tycz­ne spraw­no­ści! W pią­tek rano w Los An­ge­les w Ka­li­for­nii ku­pić świe­żut­kie­go ne­apo­li­tań­skie­go ho­ma­ra? Nie jed­ne­go. Pięć­dzie­siąt! An­giel­skie ryby i mię­sa? Fran­cu­skie ja­rzy­ny, wa­rzy­wa i owo­ce?! Ory­gi­nal­ne! Tak. Oczy­wi­ście sa­mo­lo­ty la­ta­ją. Ale trze­ba wie­dzieć gdzie, wie­dzieć kie­dy i jak. I trze­ba mieć na to bar­dzo dużo cza­su! Mo­je­go cza­su. A po­tem tak usta­wić mo­ich wszyst­kich mio­ta­ją­cych się w obłą­kań­czym tań­cu po kuch­ni po­ma­gie­rów i tak nimi po­kie­ro­wać, żeby ju­tro rano nie szu­kać no­wej pra­cy! Je­stem bar­dzo zmę­czo­na.

Apa­rat fo­to­gra­ficz­ny Mar­ka Ni­ziń­skie­go i lor­net­ka Fre­da Asta­ire'a

Ewa Krzy­ża­now­ska i Zo­fia Ko­me­do­wa w re­zy­den­cji Bar­bry Stre­isand w Ma­li­bu, maj 1968 r.

Idąc wol­no i ostroż­nie w kie­run­ku "ope­ra­to­ra" i jego skry­te­go w ra­dio­wo­zie po­li­cyj­nym part­ne­ra, mam na­dzie­ję, że do­kład­nie zo­ba­czy­li, ja­kim sa­mo­cho­dem przy­je­cha­łam, i te­raz, ko­mu­ni­ku­jąc się przez ra­dio­te­le­fon z cen­tra­lą, spraw­dza­ją, do kogo to cudo tech­ni­ki na­le­ży. To rów­nież ma tu­taj ogrom­ne zna­cze­nie! Pa­ra­dok­sal­ne z punk­tu wi­dze­nia czło­wie­czeń­stwa, lecz dla ży­cia i prze­ży­cia tu­taj, na noc­nej uli­cy Los An­ge­les, ma ko­lo­sal­ne zna­cze­nie. Ame­ry­kań­ska dra­bi­na! Tym i tam je­steś, gdzie cię usa­do­wił twój suk­ces, a przede wszyst­kim two­je pie­nią­dze! Te­raz i na te­raz je­dy­nie po­sa­dzi­ły, po­nie­waż już za chwi­lę, je­że­li o coś się po­tkniesz, coś skno­cisz lub prze­krę­cisz i pod­pad­niesz opi­nii pu­blicz­nej, mo­żesz w kil­ku­se­kun­do­wym zło­wro­gim bły­sku fo­to­gra­ficz­nych fle­szy, kil­ku­mi­nu­to­wym new­sie te­le­wi­zyj­nym i kil­ku­dnio­wym szu­mie pra­so­wym na za­wsze i do­ni­kąd "in­stant" wy­pa­ro­wać! Lecz nie, ja nie mam tego pro­ble­mu, li­mu­zy­na, któ­rą tu­taj przy­je­cha­łam, jest na­ma­cal­nym do­wo­dem sta­bil­nej sła­wy i wiel­ko­ści.

Małe sto­ją­ce par­ty u Bar­bry oka­za­ło się ko­lej­nym suk­ce­sem! Na tyle du­żym, że mu­sia­łam za­trzy­mać go­dzi­nę dłu­żej wy­po­ży­czo­ne­go z ho­te­lu Cha­te­au Mar­mont ku­cha­rza i kel­ne­rów, a za­bu­do­wa­na po su­fit lo­dów­ka­mi spi­żar­nia cał­ko­wi­cie opu­sto­sza­ła. Tak już by­wa­ło. Trze­ba zro­bić nowe za­ku­py. Duże za­ku­py! Po­ju­trze, w po­nie­dzia­łek. A to jest spo­ra wy­pra­wa. W moim ma­lut­kim dat­su­nie nie­wie­le się zmie­ści, a poza tym wstyd wjeż­dżać czymś ta­kim na te wszyst­kie jar­mar­ki próż­no­ści kon­su­menc­kich, a po­tem pła­cić za za­ku­py set­ka­mi do­la­rów i sa­me­mu no­sić paki i pacz­ki do ba­gaż­ni­ka. Za­kła­da­jąc, że bez­piecz­nie i w jed­nym ka­wał­ku tam i z po­wro­tem do­ja­dę, po­nie­waż mimo że mam pra­wo jaz­dy już od paru lat, sta­ram się za wszel­ką cenę uni­kać kosz­mar­ne­go prze­ży­cia, ja­kim jest dla mnie kie­ro­wa­nie czymś, co nie za­wsze je­dzie tam, gdzie bym chcia­ła, i nie za­wsze za­trzy­mu­je się w tym mo­men­cie, w któ­rym bym so­bie tego ży­czy­ła. Co nie zna­czy, że nie lu­bię jeź­dzić... wo­żo­na.

- Duże za­ku­py? - za­py­ta­ła Bar­bra. - No, to na co cze­kasz? Bierz kie­row­cę, wsia­daj i jedź, prze­cież to wszyst­ko trze­ba po­tem po­sor­to­wać i po­wkła­dać do lo­dó­wek. Zo­sta­jesz u mnie na week­end! - i ski­nę­ła dło­nią w kie­run­ku ga­ra­ży skry­wa­ją­cych jej uko­cha­ne "eu­ro­pej­skie" sa­mo­cho­dy.

W ob­ło­żo­nych kre­mo­wo-be­żo­wym do­lo­mi­tem przy­le­głych do re­zy­den­cji ga­ra­żach rów­nież kró­lo­wa­ła "Eu­ro­pa". Oczy­wi­ście z wy­łą­cze­niem wy­jaz­dów na kon­fe­ren­cje pra­so­we i uro­czy­sto­ści ta­kie jak wrę­cza­nie Zło­tych Glo­bów i Osca­rów oraz uwiel­bia­ne przez nią wy­ści­gi hip­picz­ne i tur­nie­je gol­fo­we. Wte­dy wy­naj­mo­wa­no dla Bar­bry Stre­isand czar­ne­go, lek­ko prze­dłu­żo­ne­go lin­col­na. Nie­wie­le, o pięć i pół me­tra. Prze­cież była pa­triot­ką! Ale na co dzień do stu­dia na­gra­nio­we­go, na pla­ny zdję­cio­we i na Bul­war Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca, aby spo­tkać się ze zna­jo­my­mi i zro­bić oso­bi­ste za­ku­py, ben­tley, skrom­na, czar­na li­mu­zy­na. Ma­lut­kie, ro­man­tycz­ne sza­leń­stwo, a Bar­bra była czę­sto wręcz eks­tre­mal­nie i nie­ste­ty w za­się­gu słu­chu oraz wzro­ku per­so­ne­lu ro­man­tycz­na - dwa dzi­kie, ry­czą­ce swo­ją mocą ja­gu­ary e-type. Z da­chem lub bez. W za­leż­no­ści od po­go­dy. Oczy­wi­ście oba praw­dzi­wie an­giel­sko zie­lo­no-zie­lo­ne. A gdy­by to wszyst­ko nie­spo­dzie­wa­nie na­wa­li­ło? Za­pa­so­wy, rów­nież zło­ci­ście zie­lo­ny dwu­na­sto­cy­lin­dro­wy ja­gu­ar XJ z wiel­kim, na­da­ją­cym się zna­ko­mi­cie do prze­wo­że­nia pro­duk­tów spo­żyw­czych ba­gaż­ni­kiem. Poza ga­ra­żo­wym, któ­ry od­pro­wa­dzał go na prze­glą­dy i tan­ko­wa­nia, ogrod­ni­kiem, któ­ry nim jeź­dził do skle­pu, kie­dy za­bra­kło mu zie­mi czy cze­goś in­ne­go do klom­bów, i jed­nym z dwóch kie­row­ców, któ­ry wo­ził mnie na dłuż­sze eska­pa­dy, by­łam je­dy­ną użyt­kow­nicz­ką tego wiel­kie­go bry­tyj­skie­go po­two­ra. Jak to do­brze, że dzi­siej­szą noc po­sta­no­wi­łam spę­dzić za na­mo­wą Bar­bry w moim służ­bo­wym miesz­kan­ku znaj­du­ją­cym się w prze­zna­czo­nym dla per­so­ne­lu bocz­nym skrzy­dle re­zy­den­cji. Zwłasz­cza że kie­dy parę mi­nut po pół­no­cy Bar­bra wró­ci­ła ze swo­jej ko­lej­nej ro­man­tycz­nej przy­go­dy, jak zwy­kle mu­sia­łam ra­to­wać ją z ko­lej­ne­go kaca i zwią­za­ne­go z nim kosz­mar­ne­go bólu gło­wy po­da­wa­nym jej na­po­jem re­ge­ne­ra­cyj­nym ze świe­żych po­ma­rań­czy oraz gar­ścią ta­ble­tek aspi­ry­ny, a jed­no­cze­śnie uspo­ka­jać całą ocze­ku­ją­cą z nie­po­ko­jem w li­vin­gu na efek­ty te­ra­pii ro­dzi­nę, za­pew­nia­jąc, że nie, ich Gwiaz­da nie umie­ra. Ofi­cjal­nie moja ko­cha­na sze­fo­wa była abs­ty­nent­ką, nie mó­wiąc już o tym, co po­pi­ja­ła na­le­wa­ny­mi so­bie w ukry­ciu drin­ka­mi.

A te­raz, zbli­ża­jąc się do po­nu­re­go po­li­cyj­ne­go krą­żow­ni­ka, mam na­dzie­ję, że pa­no­wie po­li­cjan­ci nie lek­ce­wa­żą swo­jej pra­cy i spraw­dziw­szy all re­ady re­je­stra­cję wiel­kie­go zie­lo­ne­go ja­gu­ara, któ­rym tu­taj przy­je­cha­łam, wie­dzą, kto zmie­rza w ich kie­run­ku. I dla­cze­go.

No... za­czy­na­my! Pod­cho­dzę swo­bod­nym, spa­ce­ro­wym kro­kiem do sto­ją­ce­go z od­kry­tym da­chem MG oraz sie­dzą­cych w środ­ku sztyw­no, kom­plet­nie bez ru­chu pa­sa­że­rów i sta­ję, cze­ka­jąc na po­le­ce­nia "ope­ra­to­ra", a ten, kie­dy mu wy­ja­śniam, kim i dla­cze­go tu­taj je­stem, po­ka­zu­jąc jed­no­cze­śnie swo­je pra­wo jaz­dy i wszyst­kie moż­li­we w Sta­nach, a opła­ca­ne prze­ze mnie po­li­sy ubez­pie­cze­nio­we, przy­glą­da mi się uważ­nie, gada chwil­kę przez wal­kie-tal­kie ze swo­im part­ne­rem i ma­cha przy­zwa­la­ją­co dło­nią. Po­pa­trzy­łam... Chłop­cy nadal sie­dzie­li grzecz­niut­ko i pro­ściut­ko w środ­ku sa­mo­cho­du. Jak na wy­wia­dów­ce!

Za kie­row­ni­cą Ma­rek Ni­ziń­ski, za­ci­ska­jąc na niej kur­czo­wo dło­nie i pa­trząc przed sie­bie tak ja­koś nie­spe­cjal­nie in­te­li­gent­nie, a obok Krzy­sio, na­zy­wa­ny w tu­tej­szym ra­diu "Kri­stof Ko­mi­da" za każ­dym ra­zem, kie­dy od­twa­rza­no jego "Ko­ły­san­kę"... Czy­li na okrą­gło. A za ich ple­ca­mi stoi na sa­mo­cho­do­wej "gol­fo­wej" ła­wecz­ce, po­nie­waż tak skon­stru­owa­nej, że mie­ści się na niej wy­łącz­nie tor­ba z ki­ja­mi gol­fo­wy­mi, wiel­kie, wci­śnię­te tam na siłę i wy­pcha­ne po brze­gi tek­tu­ro­we pu­dło. Pu­dło, na któ­re­go za­war­to­ści gra­ją ra­do­śnie swo­imi świa­teł­ka­mi ko­lo­ro­we, re­kla­mu­ją­ce sta­cję ben­zy­no­wą lamp­ki, za­chę­ca­jąc: - Try me, and buy me! Po­chy­lam się i za­glą­dam do środ­ka. Bu­tel­ka whi­sky, dwie bu­tel­ki wina i kil­ka pu­szek piwa. No... Pły­ty i ta­śmy ma­gne­to­fo­no­we. Książ­ka! Pa­pie­ro­sy. Koc mo­he­ro­wy? Pie­czy­wo, ma­sło, wę­dli­ny i sery, a w ciem­nym tek­tu­ro­wym rogu? Aspi­ry­na, an­ty­aler­gen, maść z bor­su­ka i kil­ka­na­ście in­nych, kom­plet­nie nie­roz­po­zna­wal­nych pro­duk­tów me­dycz­nych. Ap­te­ka!

- Chłop­cy... - py­tam, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie po­pa­trzyć któ­re­muś w oczy - wam w koń­cu cał­kiem od­bi­ło, praw­da? Mar­ku! Co zno­wu zmaj­stro­wa­li­ście?!

Ma­rek wzdry­ga się jak prze­bu­dzo­ny z le­tar­gu i pa­trzy naj­pierw na mnie, a na­stęp­nie z oba­wą, lecz rów­nież z na­dzie­ją na po­li­cyj­ny ra­dio­wóz...

- Nic, na­praw­dę nic! My tyl­ko zro­bi­li­śmy za­ku­py w Off Li­mits.

- Do­my­ślam się, noc­ny sklep z al­ko­ho­la­mi to je­dy­ne miej­sce, gdzie re­gu­lar­nie ro­bisz za­ku­py. A po­tem? - py­tam.

- No i pod­je­cha­li­śmy na sta­cję, żeby za­tan­ko­wać...

- I za­tan­ko­wa­li­ście... - mó­wię.

- Tak, ale oni - Ma­rek kiwa gło­wą w stro­nę po­li­cjan­tów - pod­je­cha­li za nami i za­py­ta­li, cze­mu jeź­dzi­my bez włą­czo­nych świa­teł, do­kąd je­dzie­my i czy mo­że­my im po­ka­zać do­ku­men­ty - prze­ry­wa i pa­trzy na Krzysz­to­fa, a Krzysz­tof na nie­go.

- I...

- I oka­za­ło się, że nie mamy ani do­ku­men­tów, ani pie­nię­dzy, tyl­ko ksią­żecz­kę cze­ko­wą Krzy­sia, a prze­cież za ben­zy­nę w nocy pła­ci się go­tów­ką! Więc ka­sjer ze sta­cji ben­zy­no­wej po­ży­czył mi dzie­sięć cen­tów i na­tych­miast do cie­bie za­te­le­fo­no­wa­łem - wy­rzu­ca z sie­bie jed­nym tchem.

- Bo my, pani Ee... Ewo bar­dzo się spie­szy­li­śmy i do­ku­men­ty... Był u mnie jesz­cze Ju­rek Abra­tow­ski i sie­dzie­li­śmy w ba­se­nie, a kie­dy po­tem w po­śpie­chu wsia­da­li­śmy do sa­mo­cho­du, do­ku­men­ty wraz z port­fe­la­mi i wszyst­kim in­nym po­zo­sta­ły w domu na sto­le. Za­po­mnie­li­śmy je za­brać ze sobą. Jest tyl­ko moja ksią­żecz­ka cze­ko­wa, bo była w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki - Krzy­sio włą­cza się do opo­wia­da­nia.

- I to wszyst­ko z po­śpie­chu? - dzi­wię się. - A do­kąd to, chłop­cy, tak pę­dzi­cie o dru­giej w nocy?

Krzysz­tof po­pa­trzył na Mar­ka, Ma­rek na Krzysz­to­fa, a po­tem obaj na mnie... dziw­nie tak ja­koś po­pa­trzy­li.

- Bo Ma­rek... - mówi Ma­rek.

- Bo jaki Ma­rek?! - za­czy­nam się już gu­bić w tym opo­wia­da­niu.

- Ma­rek, Ma­rek Hła­sko za­dzwo­nił, że jest bar­dzo cho­ry i chy­ba ma atak ser­ca albo za­tru­cie i de­fi­ni­tyw­nie za chwi­lę umie­ra! A więc je­że­li je­ste­śmy jego praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi i chcie­li­by­śmy to­wa­rzy­szyć mu w tych bo­le­snych ostat­nich chwi­lach, to jest jesz­cze szan­sa, że zdą­ży­my, je­że­li się na­praw­dę po­spie­szy­my - po­now­nie od­zy­wa się Krzysz­tof.

- Z tym... - wska­zu­ję dło­nią pu­dło za ich ple­ca­mi - to­wa­rzy­szyć? Prze­cież on re­gu­lar­nie co ty­dzień tak dzwo­ni! Prze­cież w ze­szłym mie­sią­cu wszy­scy ra­zem po­je­cha­li­śmy, żeby ra­to­wać umie­ra­ją­ce­go na cięż­kie za­pa­le­nie płuc Mar­ka Hła­skę, i w re­zul­ta­cie po­ca­ło­wa­li­śmy klam­kę jego za­mknię­tych drzwi, a on... A on w naj­lep­sze pił w pu­bie z Ir­land­czy­ka­mi i wy­śpie­wy­wał z nimi ja­kieś bzdu­ry. Prze­cież kom­plet­nie za­po­mniał, że do nas dzwo­nił! Pa­mię­ta­cie, jak się zdzi­wił i ucie­szył, kie­dy nas zo­ba­czył wcho­dzą­cych do pubu?!

- Ma­da­me... - po­li­cyj­ny noc­ny "ope­ra­tor" od­wie­sza na pa­sek trzy­ma­ną przy uchu krót­ko­fa­lów­kę, uśmie­cha się i za­pi­na­jąc ka­bu­rę re­wol­we­ru, prze­kra­cza umow­ną gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem a śmier­cią - Los An­ge­les, Ka­li­for­nia, 2.55 a.m... - po czym zbli­ża się do mnie i do­ty­ka­jąc dło­nią ka­sku, mówi: - Ma­da­me, eve­ry­thing's okey! Je­że­li pani po­świad­cza, że zna kie­row­cę i pa­sa­że­ra tego sa­mo­cho­du oraz że bie­rze za nich od­po­wie­dzial­ność, a poza tym ure­gu­lu­je ra­chu­nek na sta­cji ben­zy­no­wej... i prze­ka­że pani Bar­brze Stre­isand po­zdro­wie­nia oraz wy­ra­zy uwiel­bie­nia od ca­łe­go na­sze­go Hol­ly­wo­od Po­li­ce Sta­tion... to wszyst­ko jest w po­rząd­ku!

- A wy, pa­no­wie... - zwra­ca się do ga­pią­cych się na nie­go i za­pew­ne nadal nie­wie­rzą­cych w swo­je szczę­ście chłop­ców. - Ży­czę wa­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, temu, o któ­rym mó­wi­li­ście, że umie­ra, szyb­kie­go po­wro­tu do zdro­wia - pa­trzy na pu­dło z za­ku­pa­mi i par­ska śmie­chem. - Je­stem pe­wien, że ma­jąc ta­kich przy­ja­ciół, nie­dłu­go wy­zdro­wie­je! - po czym po­li­cjan­ci od­jeż­dża­ją wol­no i sta­tecz­nie, na wszel­ki wy­pa­dek raz jesz­cze omia­ta­jąc nas świa­tła­mi re­flek­to­rów, zwal­nia­jąc i przy­glą­da­jąc się nam po­dejrz­li­wie... Opie­ku­no­wie noc­ne­go Mia­sta Anio­łów.

Ma­rek H.

Marek? Ma­rek Hła­sko... Kie­dy do­tarł do Los An­ge­les i go po­zna­li­śmy, wy­da­wał się nam dziw­ny. Tro­chę za bar­dzo za­mknię­ty w so­bie. Tro­chę za bar­dzo, a do tego kom­plet­nie ir­ra­cjo­nal­nie i za­ska­ku­ją­co nie­prze­wi­dy­wal­nie wy­bu­cho­wy w dys­ku­sjach. Dziw­ny. Ja­kiś taki inny... Kła­dli­śmy to na karb tego, że jest wiel­kim, a przez nas, emi­gran­tów, nie­zna­nym ar­ty­stą. Prze­cież tu­taj nikt nie prze­czy­tał pra­wie ni­cze­go, co Ma­rek Hła­sko opu­bli­ko­wał. To nie była na­sza emi­gra­cyj­na li­te­ra­tu­ra. Więk­szość z nas w ogó­le nie do­zna­ła tych wzlo­tów i upad­ków mło­de­go po­wo­jen­ne­go po­ko­le­nia w kra­ju, nie zna­ła śro­do­wisk i miejsc, któ­re on opi­sy­wał. Tu­taj żyło się albo roz­my­tą pa­mię­cią prze­szło­ści i fan­ta­zjo­wa­niem o Pol­sce przed­wo­jen­nej, albo dla każ­de­go z nas inną, oso­bi­stą i pry­wat­ną Pol­ską wy­ima­gi­no­wa­ną z na­szych ma­rzeń, skry­wa­nych emo­cji i pla­nów na przy­szłość... Że do niej być może kie­dyś wró­ci­my. Ale już inni, nowi i wspa­nia­li, a i Ona inna, nowa i wspa­nia­ła, przyj­mie nas z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi! Ot, ta­kie tam Po­la­ków week­en­do­we roz­wa­ża­nia o lo­sie przy kie­lisz­ku.

Lo­sie wred­nym i pod­łym? Nie dla wszyst­kich. W więk­szo­ści przy­pad­ków by­li­śmy tu­taj z wła­sne­go wy­bo­ru, nikt nas w świat nie wy­py­chał, nie wy­rzu­cał. Wręcz od­wrot­nie. Cze­goż to nie ro­bi­li­śmy, aby dać dyla na tę wy­ma­rzo­ną wol­ność z kra­ju spę­ta­ne­go ko­mu­ną! Do na­szych pol­skich śro­do­wisk czy też grup i gru­pek w Ka­li­for­nii emi­gra­cyj­na wal­czą­ca o nie­pod­le­głość li­te­ra­tu­ra do­cie­ra­ła prak­tycz­nie przy­pad­ko­wo. Naj­pierw do tych, któ­rzy nadal dzia­ła­li w po­wią­za­nych z Pol­ską kul­tu­rą i ję­zy­kiem śro­do­wi­skach sztu­ki i po­li­ty­ki. Do in­te­lek­tu­ali­stów, ar­ty­stów i dy­sy­den­tów. To była bar­dzo mała, wła­ści­wie eli­tar­na gru­pa. A po­tem na za­sa­dzie po­ży­cza­nia i prze­ka­zy­wa­nia in­nym. Lecz tych in­nych po­zo­sta­ło nie­wie­lu. Więk­szość była już, rów­nież z wła­sne­go wy­bo­ru, all re­ady od­cię­ta od pol­skich tra­dy­cji, sztu­ki i no­wi­nek kul­tu­ral­nych. Od­wie­dza­nie sta­re­go kra­ju i przy­jaz­dy tu­taj to były pry­wat­ne, ro­dzin­ne wy­da­rze­nia. I nie­wie­le mia­ły wspól­ne­go z pol­sko­ścią re­pre­zen­to­wa­ną przez Mar­ka Hła­skę i jego twór­czość.

Jak po­strze­ga­li­śmy Mar­ka Hła­skę wte­dy, na po­cząt­ku jego po­by­tu w Los An­ge­les? Ar­ty­sta dziw­ny, nie­zna­ny, lecz w związ­ku z tym, że to Ro­man Po­lań­ski go tu­taj spro­wa­dził i dla tu­tej­szych wy­twór­ni fil­mo­wych Ma­rek Hła­sko za­czy­nał pi­sać sce­na­riu­sze, na pew­no wiel­ki. A w Hol­ly­wo­od, gdzie prze­cież do­cie­ra­li tyl­ko naj­lep­si z ca­łe­go świa­ta, gdzie za­pra­sza­no wy­łącz­nie naj­lep­szych fa­chow­ców. Hła­sko bę­dzie bar­dzo wiel­ki! Nie mie­li­śmy co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Nikt się nie spo­dzie­wał tra­ge­dii. A naj­mniej spo­dzie­wał się prze­gra­nej sam Ma­rek Hła­sko. On, le­gen­da zbun­to­wa­ne­go i nie­go­dzą­ce­go się z wy­klu­cze­niem z cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta odła­mu pol­skich in­te­lek­tu­ali­stów, nie zdo­ła po­praw­nie na­pi­sać ba­nal­ne­go hol­ly­wo­odz­kie­go sce­na­riu­sza? Ja­kie­goś tam "Ko­chał, za­bił i uciekł, więc go zła­pa­li, ale był nie­win­ny" opo­wia­dan­ka. Dla­cze­go? Za­pew­ne dla­te­go, że w Niem­czech, Pa­ry­żu i Izra­elu, gdzie miesz­kał po wy­jeź­dzie z kra­ju, ob­ra­cał się w śro­do­wi­sku ar­ty­stów two­rzą­cych praw­dzi­wą sztu­kę, a nie to­war na sprze­daż. I bę­dąc taki sam, w ta­kim du­chu two­rzył, ma­jąc już na kon­cie pierw­sze suk­ce­sy, ale nie­ste­ty tam, w Eu­ro­pie. A być może dla­te­go, że za­pa­trzo­ny w swo­ją sztu­kę i za­fa­scy­no­wa­ny tęt­nią­cą "praw­dzi­wym" ar­ty­stycz­nym ży­ciem Eu­ro­pą oglą­dał za mało ame­ry­kań­skich fil­mów. A tu­taj, je­śli się nie zde­rzy mi­ło­ści ze zbrod­nią na skrzy­żo­wa­niu mię­dzy­sta­no­wej au­to­stra­dy z trans­kon­ty­nen­tal­ną tra­są ko­le­jo­wą, sia­da­jąc tam do­dat­ko­wo naj­więk­szym bo­ein­giem, nikt sce­na­riu­sza nie chce na­wet prze­czy­tać! Ma­rek bar­dzo cier­piał. Ży­cie, z któ­rym tym prze­dziw­nym zrzą­dze­niem losu tu­taj się ze­tknął, sta­ło się na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie i bar­dzo re­al­nie tym, któ­re opi­sy­wał i w któ­re się wczu­wał, ale któ­re­go uczest­ni­kiem tak na­praw­dę nig­dy nie był. Kosz­ma­rem nie­chcia­ne­go bytu!

Po­zna­li­śmy się z Mar­kiem Hła­ską w ba­nal­ny spo­sób, po­dob­nie jak pół­to­ra roku póź­niej z Krzy­siem Ko­me­dą. Ma­rek Ni­ziń­ski, mój uko­cha­ny i je­dy­ny, spe­cja­li­zu­ją­cy się w au­to­de­struk­cji syn, po raz ko­lej­ny stra­cił pra­cę. Dy­plo­mo­wa­ny i wie­lo­krot­nie na­gra­dza­ny, kie­dy jesz­cze miesz­ka­li­śmy w An­glii, me­ta­lo­pla­styk, gra­fik i pi­sarz, a przede wszyst­kim fo­to­gra­fik. Żad­na ze sztuk, poza fo­to­gra­fią, któ­re upra­wiał w Sta­nach, nie za­ist­nia­ła i nie sprze­da­ła się z po­dob­nych po­wo­dów jak w przy­pad­ku Mar­ka Hła­ski. Ale fo­to­gra­fia... Ma­rek Ni­ziń­ski był ge­niu­szem "bły­sko­tli­wej" fo­to­gra­fii por­tre­to­wej. A taką fo­to­gra­fię w Hol­ly­wo­od wszy­scy ko­cha­ją! Zwłasz­cza nie­źle już "ru­szo­ne" upły­wem cza­su bo­gi­nie ekra­nu, po­cząw­szy od kina nie­me­go. Hol­ly­wo­odz­kie bo­skie mu­mie. To była pierw­sza, bar­dzo do­cho­do­wa fo­to­gra­ficz­na spe­cja­li­za­cja. Dru­ga, ta, przez któ­rą tra­cił wszyst­kie, a cza­sa­mi było ich spo­ro, za­ro­bio­ne w po­cie czo­ła i smro­dzie to­pią­cych się w świe­tle lamp fo­to­gra­ficz­nych ma­ki­ja­ży pie­nią­dze, to były kom­plet­nie nie­bo­skie, na­pły­wa­ją­ce tu z ca­łe­go świa­ta gwiaz­decz­ki. Ema­nu­ją­ce skrom­no­ścią i nie­win­no­ścią nie do koń­ca jesz­cze wie­dzą­cej, jak się "ska­cze", ta­ran­tu­li i po­tra­fią­ce mó­wić po an­giel­sku je­dy­nie na migi i po ciem­ku, w łóż­ku. Wszyst­kie po­trze­bo­wa­ły na do­bry po­czą­tek bar­dzo, ale to bar­dzo do­brych, a przy tym ta­nich fo­to­gra­fii! A Ma­rek był na­iw­nym ro­man­ty­kiem, więc prze­cho­dząc od ro­man­su do ro­man­su i od związ­ku do związ­ku, co­raz czę­ściej za­cho­dził po dro­dze do skle­pu z al­ko­ho­la­mi. Na chwi­lę, dwie, na trzy. Na noc. Na dzień. Na dzień i noc. Na za­wsze.

Wy­twór­nie fil­mo­we wie­dzia­ły, co po­tra­fi wy­cza­ro­wać swo­imi apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi, więc re­gu­lar­nie za­trud­nia­ły go jako fo­to­si­stę na ko­lej­nych pla­nach zdję­cio­wych re­ali­zo­wa­nych pro­jek­tów fil­mo­wych. I wy­rzu­ca­ły go z hu­kiem po ko­lej­nych al­ko­ho­lo­wych na­wa­lan­kach. Miał co praw­da jesz­cze jed­no w mia­rę re­gu­lar­ne za­ję­cie, i to od daw­na. Rok po przy­jeź­dzie do Los An­ge­les, chcąc do­ro­bić so­bie do stu­denc­kie­go skrom­niut­kie­go sty­pen­dium i tych paru gro­szy, któ­re ja mu do­da­wa­łam, ukoń­czył spon­so­ro­wa­ny przez gmi­nę w ra­mach "za­go­spo­da­ro­wy­wa­nia" emi­gran­tów pa­ro­ty­go­dnio­wy kurs za­rzą­dza­nia nie­ru­cho­mo­ścia­mi i zo­stał ad­mi­ni­stra­to­rem. Cał­kiem nie­zła fu­cha. Wy­star­czy­ło, że co parę dni od­wie­dzał taką ka­mie­nicz­kę, kon­do­mi­nium czy też po­wie­rzo­ny mu pod opie­kę nie­za­miesz­ka­ny apar­ta­ment i po spraw­dze­niu, czy wszyst­ko funk­cjo­nu­je pra­wi­dło­wo, spi­sy­wał od­po­wied­ni ra­port dla wła­ści­cie­la lub w mia­rę szyb­ko wzy­wał od­po­wied­nie eki­py tech­nicz­ne. Fu­cha nie­zła i ła­twa, ale nie dla mo­je­go Ma­recz­ka, tak że pra­co­wał re­gu­lar­nie od lat, lecz przy tym spo­ra­dycz­nie, po­nie­waż nie­ustan­nie coś za­wa­lał. No, a poza tym wsty­dził się tego po­spo­li­te­go i kom­plet­nie nie­ar­ty­stycz­ne­go za­wo­du, ukry­wa­jąc się z tym i pra­wie ni­ko­mu o swo­jej ad­mi­ni­stra­tor­ce nie opo­wia­da­jąc. Był jesz­cze je­den zwią­za­ny z tą pra­cą pro­blem. Kie­dy jego nowi zna­jo­mi do­wia­dy­wa­li się, że dys­po­nu­je klu­cza­mi do pu­sto­sta­nów, na­tych­miast pro­po­no­wa­li mu, że tam za­miesz­ka­ją. Oczy­wi­ście bez­płat­nie.

Tak więc Ma­rek Ni­ziń­ski po raz ko­lej­ny stra­cił pra­cę i nie bar­dzo wie­dział, co da­lej ro­bić. Tym bar­dziej Ma­rek Hła­sko - ten był w znacz­nie gor­szej sy­tu­acji. Nie miał tu­taj nic. I oka­za­ło się, że poza opie­ku­ją­cy­mi się nim z ro­dzi­ciel­ską wręcz tro­skli­wo­ścią Ste­fą i dok­to­rem Ot­to­nem Lau­ter­ba­chem oraz pań­stwem Gryn­ber­ga­mi, któ­rzy za­ła­twi­li Mar­ko­wi pra­cę w hur­tow­ni wy­ro­bów sta­lo­wych, nie ma ni­ko­go, po­nie­waż de­kla­ru­ją­cy swo­ją przy­jaźń i uzna­nie dla jego twór­czo­ści Ro­man Po­lań­ski - jak to Ma­rek Hła­sko do­bit­nie okre­ślał w swo­ich opo­wia­da­niach - "prze­go­nił go jak nie­po­trzeb­ne­go, bez­pań­skie­go psa", kie­dy Mar­ko­wi nie wy­szło pi­sa­nie tych wszyst­kich hol­ly­wo­odz­kich sce­na­riu­szy, cho­ciaż... z cza­sem na­uczy­li­śmy się "czy­tać" i in­ter­pre­to­wać jego wy­po­wie­dzi oraz opi­nie w bar­dziej zdy­stan­so­wa­ny spo­sób, zwłasz­cza że do­ty­czy­ły one rów­nież nas i - z ręką na ser­cu - nie za­wsze były obiek­tyw­ne.

Hol­ly­wo­od to zna­ko­mi­cie zor­ga­ni­zo­wa­na, za­rzą­dza­na i wy­daj­na co naj­mniej tak jak li­nia pro­duk­cyj­na Mr. For­da fa­bry­ka ce­lu­lo­ido­wych ma­rzeń. Tu nikt nie ma cza­su na mo­ty­wo­wa­nie lub do­szka­la­nie. Tu­taj od sa­me­go po­cząt­ku wszyst­ko musi być naj­lep­szej ja­ko­ści! W na­szej opi­nii, bio­rąc pod uwa­gę wcze­śniej­sze bo­le­sne sce­na­riu­szo­we do­świad­cze­nia Mar­ka Ni­ziń­skie­go, Hła­sko "nie zdał i nie za­ła­pał się...", po­nie­waż tro­chę nie po­tra­fił, a tro­chę nie chciał z wła­sne­go wy­bo­ru, ot, ob­ra­ził się na swój tu­tej­szy, tym ra­zem wred­ny los. Zo­stał sam i opusz­czo­ny, owszem, lecz ozna­cza­ło to je­dy­nie wy­pro­wadz­kę po po­nad dwóch mie­sią­cach z luk­su­so­we­go ho­te­lu i prze­rwa­nie wy­pła­ca­nia spo­rych za­li­czek na po­czet przy­szłe­go dzie­ła, ale prze­cież nie tyl­ko Ro­man Po­lań­ski pró­bo­wał mu nadal po­ma­gać. Ma­rek Hła­sko otrzy­my­wał jesz­cze inne pro­po­zy­cje, ta­kie jak ta, któ­rej mu Ma­rek Ni­ziń­ski, na­wet tego nie ukry­wa­jąc, wręcz wy­po­mi­na­jąc, szcze­rze i au­ten­tycz­nie za­zdro­ścił - za­pro­sze­nie do pi­sa­nia te­le­wi­zyj­nych se­ria­lo­wych ga­gów i mo­no­lo­gów dla CBS, a CBS... Oh my God! To doj­ście do po­nad sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent sta­cji te­le­wi­zyj­nych w Sta­nach i oglą­dal­ność rzę­du trzy­dzie­stu mi­lio­nów wi­dzów. Jed­no­cze­śnie! I co? Dwa ty­go­dnie, tyle się na­my­ślał, a wła­ści­wie przez pierw­szy ty­dzień na­my­ślał, a przez dru­gi roz­my­ślał z wy­dat­ną po­mo­cą piwa i wy­pro­szo­nych u dok­to­ra Ot­to­na Lau­ter­ba­cha ta­ble­tek uspo­ka­ja­ją­cych.

- A co to? - po­wie­dział któ­re­goś ko­lej­ne­go wie­czo­ru roz­my­ślań, sie­dząc smęt­nie na ko­zet­ce w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go, po­pi­ja­jąc piwo, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa od pa­pie­ro­sa i krę­cąc jak dzie­cin­nym śmi­gieł­kiem po­mię­dzy pal­ca­mi otrzy­ma­nym na do­bry po­czą­tek od me­ne­dże­ra tu­tej­sze­go od­dzia­łu CBS sta­lo­wym dłu­go­pi­sem Cross z przy­cze­pio­nym do nie­go fir­mo­wym logo sta­cji. - A co to ja je­stem ja­kiś pi­smak wy­rob­nik?! I tyle. Na­stęp­ne­go dnia zre­zy­gno­wał.

- Idio­ta, prze­cież był tuż-tuż! - la­men­to­wał Ma­rek Ni­ziń­ski, ła­piąc się z nie­do­wie­rza­niem za gło­wę. - Apar­ta­ment w naj­lep­szym ho­te­lu, dzien­ni­ka­rze i roz­głos, ka­rie­ra. Le­d­wo przy­je­chał, a już o nim mó­wio­no, już go po­ry­wa­no i ko­kie­to­wa­no, wie­rząc w jego szczę­śli­wą gwiaz­dę!

Kate Wo­odvil­le, pięk­na, wy­nio­sła jak grec­ka bo­gi­ni Ate­na mło­da ak­tor­ka z Lon­dy­nu, przy­le­cia­ła tu­taj przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi szu­kać szczę­ścia i no­we­go star­tu, tuż po tym, jak wy­szły na jaw "ro­man­tycz­ne" sza­leń­stwa jej męża Pa­tric­ka Mac­nee, gwiaz­do­ra se­ria­lu "Aven­gers". Spo­tka­li się z Mar­kiem Hła­ską na przy­ję­ciu u pro­du­cen­ta Mar­ti­na Ran­so­hof­fa, tu­tej­sze­go spe­cja­li­sty od pro­mo­wa­nia mło­dych eu­ro­pej­skich gwiaz­dek, pro­du­cen­ta "Nie­ustra­szo­nych po­grom­ców wam­pi­rów" oraz od­kryw­cy Sha­ron Tate, i bar­dzo za­przy­jaź­ni­li, od­wie­dza­jąc wspól­nie szpa­ner­skie knajp­ki na Bul­wa­rze Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca. Ale te­raz, kto się te­raz z nim spo­tka i kto za to za­pła­ci? Bez pra­cy i bez pie­nię­dzy, toż to je­dy­nie któ­ryś tam, ileś­tam­ty­sięcz­ny "ar­ty­stycz­ny" emi­grant, a ta­kich peł­ne uli­ce! Zmar­no­wał wy­jąt­ko­wą szan­sę i nie sko­rzy­stał z po­da­nej mu przez Ro­ma­na Po­lań­skie­go po­moc­nej dło­ni, a to w trze­wiach tej bez­względ­nej, nie­wy­ba­cza­ją­cej ja­kiej­kol­wiek sła­bo­ści hol­ly­wo­odz­kiej ma­chi­ny ilu­zji błąd nie­wy­ba­czal­ny! Taka szan­sa może się już nie po­wtó­rzyć.

Po­zna­li się z Mar­kiem Ni­ziń­skim przez dok­to­ra Ot­to­na Lau­ter­ba­cha, któ­ry po­pro­sił mo­je­go syna o wpro­wa­dze­nie Mar­ka Hła­ski w taj­ni­ki ży­cia w Los An­ge­les. Co, gdzie i jak... Mój syn w wol­nym cza­sie, czy­li prak­tycz­nie na okrą­gło, do­ra­biał, opie­ku­jąc się na­pły­wa­ją­cy­mi do bran­ży fil­mo­wej Po­la­ka­mi. Wo­żąc ich, tłu­ma­cząc, da­jąc przy­spie­szo­ne lek­cje ję­zy­ka bran­żo­we­go i wpro­wa­dza­jąc w za­wi­ły, ta­jem­ni­czy i po­plą­ta­ny świat kró­le­stwa świa­to­we­go fil­mu. Pi­jąc z nimi wód­kę. Nie tyl­ko zresz­tą Po­la­ka­mi, bo zna­jąc ję­zyk an­giel­ski na po­zio­mie uni­wer­sy­tec­kim, prze­cież jesz­cze kie­dy miesz­kał w Du­bli­nie pi­sa­ne przez nie­go w ję­zy­ku an­giel­skim po­ezje pu­bli­ko­wa­ły po­waż­ne cza­so­pi­sma li­te­rac­kie, zaj­mo­wał się rów­nież przy­by­sza­mi ze Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ro­bił to z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią, zwłasz­cza kie­dy po­zna­wał ko­goś, kto, tak jak on, przy­był tu­taj z Ir­lan­dii lub Szko­cji. Był mię­dzy in­ny­mi kie­row­cą, prze­wod­ni­kiem i fo­to­gra­fem ów­cze­sne­go Bon­da, ak­to­ra Se­ana Con­ne­ry'ego, kie­dy ten przy­je­chał na prób­ne zdję­cia do swo­je­go pierw­sze­go fil­mu. No tak... Ale on był praw­dzi­wym za­wo­dow­cem. Nie pił ani kro­pli, miał dużo waż­niej­sze spra­wy do za­ła­twie­nia. Ka­rie­rę itd.

Ma­rek Ni­ziń­ski za­opie­ko­wał się tro­skli­wie Mar­kiem Hła­ską. A może od­wrot­nie... Któ­ry któ­rym? To do­bre py­ta­nie. Nig­dy, do koń­ca ich przy­jaź­ni nie zna­la­złam na nie wła­ści­wej od­po­wie­dzi. Kom­plet­nie inni fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie, wręcz ide­al­nie pa­so­wa­li do sie­bie swo­im ar­ty­stycz­nym du­chem i po­czu­ciem wła­snej war­to­ści. Uzu­peł­nia­li się, sta­no­wiąc ra­zem coś wy­jąt­ko­we­go. Jak Flip i Flap. Tak też, sto­jąc obok sie­bie, wy­glą­da­li i brzmie­li, tro­chę ze sobą dys­ku­tu­jąc, tro­chę się kłó­cąc, a tro­chę pró­bu­jąc na­wza­jem ra­to­wać. Duży i mały. Gru­by i chu­dy. Ma­rek Hła­sko i Ma­rek Ni­ziń­ski. Mar­ko­wie dwaj. Moi chłop­cy.

- Ma­muś­ka - po­wie­dział Ma­rek Hła­sko, kie­dy pierw­szy raz za­siadł w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go do sto­łu z cze­ka­ją­cym na nie­go obia­dem. - Tyl­ko moja Ma­muś­ka, tyl­ko w domu tak wspa­nia­le po­tra­fi­ła przy­rzą­dzić je­dze­nie - i po­be­czał się jak mały chło­piec.

Więc zo­sta­łam Hła­sko­wą Ma­muś­ką nr 2. To było kil­ka pięk­nych lat, ma­lo­wa­nych wie­lo­barw­ną pa­le­tą ma­rzeń, pra­gnień i emo­cji. Lat stra­co­nych. Moi chłop­cy co­raz wię­cej i co­raz czę­ściej pili, a ja, spraw­na i zdro­wa, znaj­du­jąc się u szczy­tu moż­li­wej tu­taj do osią­gnię­cia dla ta­kiej jak ja Eu­ro­pej­ki ka­rie­ry, ma­jąc już na­praw­dę nie­złe ży­cio­we do­świad­cze­nie, nie mo­głam so­bie z tym w ża­den spo­sób po­ra­dzić! Ni­cze­go zmie­nić. Pró­bo­wa­łam! Jak ja­sna cho­le­ra pró­bo­wa­łam! Wszyst­kie­go. Z jed­nym o roz­sąd­ku i ży­ciu po­roz­ma­wiać? Źle! Skar­ży się dru­gie­mu i idą na wód­kę. Z dru­gim? To samo! Roz­łą­czyć. Piją jak ska­za­ni na zsył­kę! Pra­cę za­ła­twić... O tak, wspa­nia­le, dzię­ku­je­my! Na ty­dzień, i zno­wu laba. No, to do le­ka­rza i na le­cze­nie! Le­cze­nie? A za co? Za czy­je grze­chy. A poza tym to kosz­tu­je, a oni... są prze­cież z za­sa­dy bez­ro­bot­ni! Owszem, kie­dy tyl­ko Ma­rek Hła­sko otrzą­snął się z hol­ly­wo­odz­kie­go szo­ku, czy­li po paru na­stęp­nych mie­sią­cach, po­szedł do pra­cy. Miesz­kan­ko, ma­lut­kie, mu­siał wy­na­jąć, a o dłu­gach, któ­rych na­zbie­ra­ło się przez tych kil­ka mie­się­cy spo­ro - cho­ciaż nadal wszy­scy trak­to­wa­li­śmy go jak wiel­kie­go, wy­jąt­ko­we­go ar­ty­stę, ścią­gnąw­szy w mię­dzy­cza­sie po kry­jo­mu i prze­czy­taw­szy kil­ka jego ksią­żek - za­czę­li­śmy mu co­raz gło­śniej i na­tar­czy­wiej przy­po­mi­nać. I to bar­dzo bo­le­śnie przyj­mo­wa­ne przez nie­go wy­ty­ka­nie jego fi­nan­so­wej bez­rad­no­ści, tak my­ślę, ura­to­wa­ło mu wte­dy ży­cie, no, być może nie do­słow­nie, ale dało so­lid­ne­go kopa w ty­łek!

Ma­rek Hła­sko sta­nął na nogi. Na tyle sta­bil­nie i trzeź­wo, żeby przez pięć dni w ty­go­dniu wsta­wać rano i cho­dzić do pra­cy. Do byle ja­kiej pra­cy i byle co ro­biąc. Nie­waż­ne! Był i czuł się prze­cież twór­cą nadal two­rzą­cym i pi­szą­cym, jak twier­dził, tyle że chwi­lo­wo do szu­fla­dy.

- Blue col­lar, "nie­bie­ski koł­nie­rzyk" je­stem! - za­czął się przed­sta­wiać. Tak też się ubie­ra­jąc, na­wet w week­en­dy, kie­dy wie­czo­ra­mi wy­cho­dził gdzieś czy też do ko­goś z wi­zy­tą. W kra­cia­ste fla­ne­lo­we ko­szu­le z pod­wi­nię­ty­mi nie­dba­le rę­ka­wa­mi oraz ro­bot­ni­cze, trzy­ma­ją­ce się na szel­kach dżin­sy i nie­kształt­ne, to­por­ne buty. Tak jak­by to mu im­po­no­wa­ło. Co? Że sam sie­bie te­atral­nie po­ni­ża i gnoi, za­cho­wu­jąc się tak, jak­by chciał się za coś uka­rać? Za co? Że jest "tu­taj", na koń­cu nie­spe­cjal­nie mu przy­ja­zne­go i kom­plet­nie nie­ro­zu­mie­ją­ce­go go świa­ta, a nie "tam"? W domu swo­jej je­dy­nej Ma­muś­ki i na uli­cach swo­jej oj­czy­zny. Tam, gdzie miał tyle do po­wie­dze­nia i gdzie wszy­scy go słu­cha­li. Tak! Tym nas, wę­drow­ców bez celu i sen­su, prze­ra­stał. Lecz my przez dłu­gi czas nie do­strze­ga­li­śmy i nie poj­mo­wa­li­śmy jego cier­pie­nia! To nie była nor­mal­na emi­gra­cyj­na no­stal­gia. To nie było al­ko­ho­lo­wo-week­en­do­we ma­rze­nie o po­wro­cie. Ma­rek Hła­sko nig­dy z Pol­ski nie wy­je­chał! Po­ma­ga­li­śmy mu, lu­biąc go, i to­le­ro­wa­li­śmy jego za­cho­wa­nia, ża­łu­jąc. Jak po­twor­nie źle mu­siał się czuć, do­strze­ga­jąc tą swo­ją wy­ostrzo­ną i kry­tycz­ną spo­strze­gaw­czo­ścią, że "je­dzie" na li­to­ści!

Ma­rek Ni­ziń­ski na szczę­ście rów­nież za­czął po­wo­li po­wra­cać do sta­nu trzeź­wo­ści. Jed­na z mo­ich sta­łych sze­fo­wych, ak­tor­ka, dla któ­rej or­ga­ni­zo­wa­łam od lat hucz­ne przy­ję­cia i ban­kie­ty, Zsa Zsa Ga­bor, pod­sta­rza­ła, lecz nadal nie­do­ści­gła hol­ly­wo­odz­ka bo­gi­ni, po­sia­dacz­ka na­tu­ral­ne­go biu­stu XL i "szcze­re­go" chi­rur­gicz­ne­go uśmie­chu, ale przede wszyst­kim ma­ją­ca na kon­cie spo­rą ilość wy­mier­nych fi­nan­so­wo roz­wo­dów z ko­lej­ny­mi mi­lio­ne­ra­mi, za­mó­wi­ła u Mar­ka ofi­cjal­ny por­tret pra­so­wy, któ­ry zo­stał uzna­ny za naj­lep­szą fo­to­gra­fię por­tre­to­wą se­zo­nu. Ma­rek Ni­ziń­ski wró­cił do pra­cy, i to na wła­snych wa­run­kach! Czy­li bez­ter­mi­no­wo. Moi mali nie­sfor­ni chłop­cy, spo­ty­ka­jąc się te­raz ze sobą tro­chę rza­dziej i tro­chę czę­ściej na­rze­ka­jąc na po­twor­ne zmę­cze­nie pra­cą, ale dzia­ła­jąc i eg­zy­stu­jąc, bę­dąc, za­czę­li spa­ce­ro­wać po uli­cach Mia­sta Anio­łów w mia­rę pro­sto i bez przy­pad­ko­wych za­wi­ja­sów. Nie zna­czy to jed­nak, że...

Spo­tka­nie

Obu­dził mnie na­tar­czy­wy te­le­fon. W nocy, więc za­czę­łam się ubie­rać... Ma­rek, mój Ma­rek prze­pra­szał, ale...

- Ale wła­śnie je­ste­śmy z Mar­kiem, tak, z Mar­kiem Hła­ską w szpi­ta­lu miej­skim na ostrym dy­żu­rze, tak, te­raz na noc­nym, bo prze­cież już jest noc, i... Mar­ko­wi zła­mał się ząb i strasz­nie spu­chła pra­wa dłoń, a mnie boli prze­trą­co­na pra­wa kost­ka u nogi i też bar­dzo spu­chła... więc przy­je­cha­li­śmy tu­taj tak­sów­ką, ale za prze­świe­tle­nia mu­sie­li­śmy za­pła­cić go­tów­ką, po­nie­waż nie mie­li­śmy przy so­bie od­cin­ków so­cja­lu, i pie­nię­dzy też już nie mamy, a jest bar­dzo póź­no, bo za­nim nas po­prze­świe­tla­li i zre­pe­ro­wa­li Mar­ko­wi ten uła­ma­ny ząb, a po­tem za­gip­so­wa­li nam ręce i sto­py, to mi­nę­ło parę go­dzin i te­raz, w środ­ku nocy... jak tu te­raz wró­cić do do­mów? Pro­szę... - wy­rzu­cił z sie­bie jed­nym tchem i... Bip, bi bi, bip...

Nig­dy, choć tak bar­dzo go o to pro­si­łam, nig­dy nie no­sił przy so­bie drob­nych mo­net odło­żo­nych na te­le­fo­ny! Dziec­ko we mgle...

- A więc o czym mi dzi­siaj opo­wie­cie, chłop­cy... - za­py­ta­łam, gdy już ję­cząc i stę­ka­jąc, z cia­sno po­owi­ja­ny­mi gip­so­wy­mi opa­trun­ka­mi rę­ko­ma i no­ga­mi, nie mó­wiąc już o opuch­nię­tych twa­rzach i po­rwa­nych ubra­niach, po­upy­cha­li się z tru­dem w tak­sów­ce, któ­rą po nich przy­je­cha­łam. Mar­ko­wie po­pa­trzy­li po so­bie i po­wz­dy­cha­li przez chwi­lę bo­le­śnie, po­now­nie po so­bie po­pa­trzy­li, ale już par­ska­jąc ra­do­snym śmie­chem, i z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem oraz sa­tys­fak­cją w gło­sach po­wró­ci­li wspo­mnie­nia­mi do wczo­raj­sze­go, so­bot­nie­go po­po­łu­dnia.

Za­czę­ło się tak, jak za­czy­na­ła się więk­szość ich wspól­nych week­en­dów. Ten, któ­ry od­wie­dzał, przy­wiózł ze sobą za mało, a ten, któ­ry go­ścił, za mało ku­pił. A że tym ra­zem wy­pa­dło na wi­zy­tę Mar­ka Ni­ziń­skie­go u Mar­ka Hła­ski, wy­lą­do­wa­li kil­ka do­mów da­lej, tuż za ro­giem uli­cy, w za­przy­jaź­nio­nym ir­landz­kim pu­bie. I było faj­nie. Tro­chę so­bie po­pi­li, tro­chę po­śpie­wa­li z Ir­land­czy­ka­mi, tro­chę po­uża­la­li się nad swo­im cięż­kim lo­sem oraz oplot­ko­wa­li de­li­kat­nie, aby broń Pa­nie Boże, nie ura­zić wszyst­kich zna­nych i ko­cha­nych, lecz na szczę­ście te­raz nie­obec­nych zna­jo­mych. I wte­dy do pubu we­szli Por­to­ry­kań­czy­cy. Kil­ku. Po­roz­glą­da­li się. Po­sta­li. Za­mó­wi­li u bar­ma­na drin­ki i wy­pi­li ze sma­kiem. A po­tem za­czę­li się ga­pić na ir­landz­kie dziew­czy­ny! Źle! Zwłasz­cza że Por­to­ry­kań­czy­ków ro­bi­ło się co­raz wię­cej, bo ko­lej­ni wcho­dzi­li i wcho­dzi­li. Bar­dzo, ale to na­praw­dę bar­dzo źle! Szcze­gól­nie dla Mar­ka Hła­ski, po­nie­waż Ir­land­czy­ków ko­chał, pił z nimi i miesz­kał na jed­nej uli­cy, ale wła­śnie z Por­to­ry­kań­czy­ka­mi pra­co­wał w hur­tow­ni wy­ro­bów me­ta­lo­wych, li­cząc bla­chy i inne że­la­stwa, aby je po­tem pa­ko­wać na pół­ki w ma­ga­zy­nie lub ła­do­wać na wy­jeż­dża­ją­ce z do­sta­wa­mi na bu­do­wy sa­mo­cho­dy. Dy­le­mat. Tu­taj ser­ce, a tu­taj jed­ność kla­so­wa! Co ro­bić?!

Więc kie­dy się za­czę­ło i szkła, na­czy­nia, krze­sła i co drob­niej­si przed­sta­wi­cie­le dwóch z naj­licz­niej re­pre­zen­to­wa­nych w Mie­ście Anio­łów mniej­szo­ści na­ro­do­wych za­czę­li la­tać z wrza­skiem, wy­ma­chu­jąc koń­czy­na­mi pod su­fi­tem, Mar­ko­wie, je­den spę­ta­ny prze­ra­że­niem, a dru­gi ko­niecz­no­ścią do­ko­na­nia trud­ne­go wy­bo­ru, scho­wa­li się pod tra­dy­cyj­nie so­lid­ny, aby moż­na było na nim ra­do­śnie tań­czyć, ir­landz­ki stół bie­siad­ny.

Ze­ga­rek Krzy­sia Ko­me­dy i dłu­go­pis Mar­ka Hła­ski

Ma­rek Hła­sko w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go, wrze­sień 1968 r.

Głę­bo­ko, na sam ko­niec, pod ścia­nę. I prze­trwa­li­by tam za­pew­ne bez­piecz­nie i cie­ka­wie tę na­głą ko­li­zję kul­tur oraz kon­ty­nen­tów, ale... Ale kie­dy Ma­rek Hła­sko zo­ba­czył, że Por­to­ry­kań­czy­cy trzy­ma­ją za spodnie i ko­szu­lę, żeby się przy­pad­kiem nie ze­śli­zgnął z lady ba­ro­wej i nie­szczę­śli­wie nie upadł na pod­ło­gę, le­jąc jed­no­cze­śnie za­ma­szy­ście po gę­bie i ner­kach, bar­ma­na?! Bar­ma­na, któ­ry mu za­wsze po­le­wał na kre­skę i nie­raz po za­mknię­ciu pubu po­ma­gał tra­fić do miesz­ka­nia! Jego praw­dzi­we­go ir­landz­kie­go przy­ja­cie­la!

- What?! - wy­darł się z głę­bi swo­jej pie­cza­ry tak do­no­śnie, że na uła­mek se­kun­dy wszyst­ko i wszy­scy, cały ir­landz­ko-por­to­ry­kań­ski świat za­marł w bez­de­chu, po czym, wy­ska­ku­jąc spod sto­łu jak ja­kiś wkur­wio­ny niedź­wiedź, pod­wi­ja­jąc rę­ka­wy i cho­wa­jąc do kie­sze­ni ze­ga­rek, zła­pał pierw­sze­go Por­to­ry­kań­czy­ka, któ­ry mu się na­pa­to­czył, i tak nim trzep­nął o pod­ło­gę, że cały pub za­dy­go­tał jak w cza­sie trzę­sie­nia zie­mi! No, te­raz to się do­pie­ro za­czę­ło!

Na pod­ło­dze kom­plet­nie roz­płasz­czo­ny i prze­raź­li­wie wrzesz­czą­cy Por­to­ry­kań­czyk, a na nim Ma­rek Hła­sko pró­bu­ją­cy mu wszyst­ko na­raz po­ury­wać, na­to­miast po­wy­żej po­zo­sta­li mę­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny pe­cho­wo roz­płasz­czo­ne­go pró­bu­ją­cy wszyst­ko na­raz i na­tych­miast po­ury­wać Mar­ko­wi! A do­ko­ła wi­ru­ją­cy i sko­tło­wa­ny jak osza­la­ła pral­ka au­to­ma­tycz­na ko­niec cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta!

- Co tu, co by tu, i co ja mam te­raz zro­bić?! - za­sta­na­wiał się go­rącz­ko­wo Ma­rek Ni­ziń­ski wci­śnię­ty w naj­dal­szy ką­cik pod sto­łem i ob­ser­wu­ją­cy na tyle, na ile do­strze­gał w szpa­rze po­mię­dzy pod­ło­gą a bla­tem, prze­ra­ża­ją­ce go wy­da­rze­nia. On prze­cież bić się nie po­tra­fił, nig­dy się nie bił i szcze­rze gar­dził prze­mo­cą, przed­kła­da­jąc jako praw­dzi­wie "na­tchnio­ny" ar­ty­sta po­nad woj­nę po­kój, bra­ter­stwo, do­bro­są­siedz­two i mi­łość, zwłasz­cza tę na­ma­cal­ną! A te­raz wy­glą­da­ło na to, że ma dy­le­mat! Wyjść i za­raz, to pew­ne, obe­rwać so­lid­nie po gę­bie, a może i gdzie in­dziej, czy też zo­stać pod sto­łem i rów­nież wyjść, tyle że po fak­cie, na zdraj­cę i tchó­rza?!

- No i co, co zro­bi­łeś, bo prze­cież w koń­cu wy­sze­dłeś spod tego sto­łu? - za­py­ta­łam Mar­ka, oglą­da­jąc jed­no­cze­śnie twar­dy i spę­ka­ny opa­tru­nek na jego po­obi­ja­nej sto­pie. Ten, któ­ry mu pie­lę­gnia­rze za­ło­ży­li w szpi­ta­lu na szyb­ko i na­tych­miast po­la­li cie­płym, żeby za­raz stward­niał, gip­sem. Gip­so­wy ban­daż był tak cia­sny, że pal­ce sto­py zro­bi­ły się już bia­ło­si­ne, a mój syn miał z tą wła­śnie, pra­wą sto­pą spo­re pro­ble­my... Tro­chę bo­le­sne, tro­chę wsty­dli­we i od bar­dzo daw­na.

By­li­śmy w jego miesz­ka­niu. Wszy­scy tro­je. Po­sta­no­wi­li­śmy, że przy­go­tu­je­my so­bie coś do je­dze­nia, otwo­rzy­my bu­tel­kę wina i prze­cze­ka­my do rana. Zwłasz­cza że Ma­rek Hła­sko miał po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy go w cza­sie po­by­tu w szpi­ta­lu czymś śmier­tel­nym nie za­tru­li albo nie za­ka­zi­li i czy przy­pad­kiem nie za­czy­na wła­śnie scho­dzić! A prze­cież sa­me­mu by­ło­by mu smut­no.

- Masz ra­cję, po­cze­kaj­my, po­ob­ser­wuj­my - do­ra­dzi­łam mu z ulgą, po­nie­waż oba­wia­łam się, że kie­dy po­zo­sta­wię ich sa­mych w po­ło­wie nocy, to po­wo­do­wa­ni wszyst­ki­mi prze­ży­ty­mi emo­cja­mi jesz­cze przed świ­tem wpa­ku­ją się w na­stęp­ne kło­po­ty! Moi mali nie­obli­czal­ni chłop­cy.

Kie­dy i dla­cze­go Ma­rek Ni­ziń­ski wy­szedł spod sto­łu oraz co zro­bił w spra­wie swo­je­go oca­le­nia? Co ta­kie­go i jak uczy­nił, że ura­to­wał swo­je­go przy­ja­cie­la, a przy­najm­niej jego ręce i nogi od po­ury­wa­nia, na­to­miast strasz­li­wą, przy­najm­niej w jego od­czu­ciu, wal­kę ras prze­rwał co naj­mniej na ty­dzień i był od tego mo­men­tu uwa­ża­ny za­rów­no przez Por­to­ry­kań­czy­ków, jak i przez Ir­land­czy­ków za bar­dzo, ale to bar­dzo groź­ne­go prze­ciw­ni­ka? On, Bogu du­cha win­ny ar­ty­sta.

Ach, żeby to w spo­sób zro­zu­mia­ły opo­wie­dzieć, przed­tem opo­wie­dzieć coś jesz­cze po­win­nam.

Step

Tuż po za­koń­cze­niu oku­pa­cji wy­lą­do­wa­łam z Mar­kiem w Za­ko­pa­nem. Opusz­czo­na przez męża, bez pie­nię­dzy i wspar­cia, a na­wet kon­tak­tu z moją zdzie­siąt­ko­wa­ną w cza­sie woj­ny ro­dzi­ną. W ma­lut­kim pen­sjo­na­to­wym po­ko­iku. Przy­gar­nię­ta przez ro­dzi­nę mo­je­go by­łe­go, zli­kwi­do­wa­ne­go z po­śpie­chem i w wiel­kiej ta­jem­ni­cy przez ube­cję, chle­bo­daw­cy. Po­ra­dzi­łam so­bie! Ma­rek nie.

Za swo­je pierw­sze, tra­gicz­ne lata dzie­ciń­stwa za­pła­cił strasz­ną cenę! He­ine­go-Me­di­na. Na­gła cho­ro­ba, jak ude­rza­ją­ca zza wier­chów pod­stęp­na lo­do­wa bu­rza, o mało go nie za­bi­ła. Ura­to­wa­ła Mar­ka przy­no­szą­ca nam mle­ko i mię­so żona za­przy­jaź­nio­ne­go bacy, na­cie­ra­jąc go dziw­ny­mi ma­ścia­mi, wle­wa­jąc siłą do gar­dła róż­ne pach­ną­ce zio­ła i sta­wia­jąc bań­ki. Śpie­wa­jąc i mo­dląc się nad jego łó­żecz­kiem. Ma­rek wy­zdro­wiał, lecz już do koń­ca jego krót­kie­go ży­cia a to dłoń ro­ze­dr­ga­ła mu się jak je­sien­ny liść, a to za­czy­nał się nie­spo­dzie­wa­nie ją­kać, ocie­ra­jąc ukrad­kiem wy­pły­wa­ją­cą z ką­ci­ków ust śli­nę, a to po­cią­gał bez­rad­nie sto­pą, za­ha­cza­jąc o wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Sto­pą pra­wą, tak waż­ną prze­cież dla męż­czy­zny pra­gną­ce­go być spraw­nym i wy­spor­to­wa­nym.

Na za­wsze już, kie­dy nie po­tra­fi­łam mu po­móc, na za­wsze dła­wiąc bó­lem moje mat­czy­ne ser­ce!

Ale Ma­rek nig­dy nie po­go­dził się ze swo­ją sła­bo­ścią, nig­dy się nie ugiął! Po­zo­sta­ły nar­ty i pły­wa­nie. To dru­gie tyl­ko wte­dy, gdy spę­dza­li­śmy lato nad mo­rzem albo po­le­ce­ni przez na­szych chle­bo­daw­ców wi­zy­to­wa­li­śmy ja­kiś luk­su­so­wy pen­sjo­nat w Kra­ko­wie lub w Rab­ce. I wy­łącz­nie wte­dy, gdy go do tego zmu­sza­łam. Ma­rek z na­tu­ry nie lu­bił i bał się wody. Nie zna­czy to jed­nak, że nie szu­kał z nią kon­tak­tu. Ko­chał że­glar­stwo mi­ło­ścią peł­ną, głę­bo­ką i cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­ną. Jach­ty pod bia­ły­mi, peł­ny­mi wia­trów ża­gla­mi, tną­ce spie­nio­ne grzbie­ty fal i uskrzy­dla­ne po­ry­wa­mi hu­ra­ga­nów, że­glu­ją­ce gdzieś tam, poza ho­ry­zont... za­wzię­cie ry­so­wał, ma­lo­wał i fo­to­gra­fo­wał, jed­no­cze­śnie sa­me­mu za­le­d­wie kil­ka razy w ży­ciu wcho­dząc do­bro­wol­nie na taki roz­chwia­ny po­kład. Tyl­ko po to, aby po chwi­li z tego roz­bu­ja­ne­go fa­la­mi, lecz nadal przy­cu­mo­wa­ne­go do kei jach­tu ucie­kać w po­śpie­chu, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że ma coś bar­dzo waż­ne­go do za­ła­twie­nia na lą­dzie. Ko­cha­jąc bez­kre­sne oce­anicz­ne że­glo­wa­nie całą swo­ją ro­man­tycz­ną du­szą, oba­wiał się wody bar­dziej niż ognia.

Ale nar­ty... Sza­lał! Po pro­stu sza­lał, wzbu­dza­jąc swo­imi wy­czy­na­mi na śnie­gu praw­dzi­wy po­dziw! Dla­cze­go? Po­nie­waż w związ­ku z prze­by­tą cho­ro­bą i po­wra­ca­ją­cym nie­do­wła­dem jeź­dził prak­tycz­nie na jed­nej no­dze! Do­pie­ro w Sta­nach ku­pił so­bie spe­cjal­ne, ro­bio­ne na mia­rę buty z ni­we­lu­ją­cy­mi tę sła­bość or­to­pe­dycz­ny­mi wkład­ka­mi. Ta­kie same, ja­kie miał Krzy­sio Ko­me­da. A po­zo­sta­łe dzie­dzi­ny spor­tu? Resz­ta spraw­no­ści fi­zycz­nych wy­da­wa­ła się dla Mar­ka Ni­ziń­skie­go nie­osią­gal­na.

Kie­dy przy­by­li­śmy do Los An­ge­les, świat sta­nął przed nami otwo­rem! Zna­łam ję­zyk an­giel­ski, a Ma­rek po­słu­gi­wał się nim na po­zio­mie li­te­rac­kim. Mie­li­śmy bar­dzo moc­ne pa­pie­ry. Otrzy­ma­łam, wraz z moż­li­wo­ścią za­miesz­ka­nia tam z Mar­kiem, zna­ko­mi­tą pra­cę go­spo­dy­ni do­mo­wej w re­zy­den­cji jed­ne­go z tu­tej­szych naj­bo­gat­szych i naj­bar­dziej wpły­wo­wych fi­nan­si­stów in­we­stu­ją­cych w prze­mysł fil­mo­wy, ślą­skie­go Żyda, mię­dzy­wo­jen­ne­go emi­gran­ta z By­to­mia czy też Wał­brzy­cha, któ­re­go uję­łam zna­jo­mo­ścią ji­dysz i na­szej pol­skiej kuch­ni, a po roku, na za­sa­dzie po­le­ca­nia i re­ko­men­do­wa­nia, roz­po­czę­łam moją dru­gą, bar­dzo do­cho­do­wą dzia­łal­ność go­spo­dar­czą - or­ga­ni­zo­wa­nie w za­kre­sie tak zwa­nej ga­stro­no­mii, czy­li wszyst­kie­go, co się je i pije, ba­lów oraz wszel­kich in­nych spo­tkań to­wa­rzy­skich w do­mach tu­tej­szej eli­ty ar­ty­stycz­nej i fi­nan­so­wej. Po­zna­łam mnó­stwo wspa­nia­łych, a do tej pory wi­dy­wa­nych je­dy­nie na ekra­nach kin i te­le­wi­zo­rów gwiazd oraz fil­mo­wych ma­gna­tów, na­to­miast Ma­rek roz­po­czął ka­rie­rę fo­to­gra­fa por­tre­ci­sty, nie­ste­ty prze­ry­wa­ną re­gu­lar­nie sta­na­mi de­pre­sji i al­ko­ho­lo­wych uza­leż­nień. Mię­dzy in­ny­mi pra­co­wa­łam dla Fre­da Asta­ire'a, słyn­ne­go ak­to­ra i tan­ce­rza, a Ma­rek zo­stał jego pry­wat­nym se­kre­ta­rzem-ar­chi­wi­stą, se­gre­gu­ją­cym i po­rząd­ku­ją­cym ty­sią­ce li­stów, zdjęć i do­ku­men­tów, a tak­że oso­bi­stym fo­to­gra­fem i oka­zjo­nal­nym kie­row­cą. Bar­dzo się po­lu­bi­li. Szcze­gól­nie kie­dy sie­dząc wie­czo­ra­mi przy uda­ją­cym praw­dzi­wy ga­zo­wym ko­min­ku i po­pi­ja­jąc whi­sky, wspo­mi­na­li Ir­lan­dię, gdzie Fred rów­nież spę­dził kie­dyś parę mie­się­cy.

Fred nie wy­stę­po­wał od kil­ku lat. Był już jak na tań­czą­ce­go i śpie­wa­ją­ce­go ak­to­ra sta­ry, lecz nie po­go­dzo­ny z bez­względ­no­ścią prze­mi­ja­ją­ce­go cza­su. Nig­dy! Zbu­do­wał po­środ­ku swo­je­go domu, na pierw­szym pię­trze nie­wiel­ką, ale pro­fe­sjo­nal­nie wy­po­sa­żo­ną salę tre­nin­go­wą do tań­ca i tam me­to­dycz­nie ćwi­czył. Dwie, a cza­sa­mi na­wet trzy go­dzi­ny dzien­nie tań­czył sam lub z wy­naj­mo­wa­ny­mi oraz po­zna­ny­mi na róż­nych przy­ję­ciach part­ner­ka­mi. A ja i Ma­rek, kie­dy go od­wie­dza­li­śmy, przy­glą­da­li­śmy się jego tre­nin­gom, co w za­sa­dzie było czę­ścią na­szych obo­wiąz­ków. Cza­sem rów­nież za­pra­sza­ni by­li­śmy przez nie­go do środ­ka. Uno­sił się. Mo­że­cie mi wie­rzyć lub nie, ale ten chu­dziut­ki jak pa­lec i drob­niut­ki jak wró­be­lek star­szy męż­czy­zna tań­czył, pra­wie że le­wi­tu­jąc. Ob­ser­wo­wa­li­śmy go z za­chwy­tem gra­ni­czą­cym z nie­do­wie­rza­niem. Le­wi­ta­cja! Krót­ko tak go pod­glą­da­li­śmy, po­nie­waż Fred nie lu­bił pół­środ­ków i po kil­ku ty­go­dniach zo­sta­li­śmy wcią­gnię­ci w jego ćwi­cze­nia jako ostat­ni i naj­star­si, ale bar­dzo pil­ni ucznio­wie.

Spę­dzi­łam w tym roz­tań­czo­nym domu w su­mie pra­wie pięć lat, przez dwa pierw­sze lata re­gu­lar­nie przy­jeż­dża­jąc i po­zo­sta­jąc tam parę dni, aby or­ga­ni­zo­wać duże im­pre­zy oraz wy­da­wa­ne dla jego ro­dzi­ny week­en­do­we wy­staw­ne obia­dy wy­peł­nio­ne fa­scy­nu­ją­cy­mi wspo­mnie­nia­mi Fre­da, a Ma­rek prak­tycz­nie prze­miesz­kał tam dwa lata, roz­po­czy­na­jąc stu­dio­wa­nie fo­to­gra­fii i pra­cę na pla­nach zdję­cio­wych. Szyb­ko jed­nak usa­mo­dziel­nił się na tyle, aby wy­na­jąć ma­lut­kie miesz­kan­ko, ku­pić ma­lut­ki sa­mo­cho­dzik i pró­bo­wać eg­zy­sto­wać sa­me­mu. Wró­ci­łam do domu Fre­da Asta­ire'a po kil­ku la­tach, tym ra­zem jako oso­ba za­rzą­dza­ją­ca po­sia­dło­ścią, i spę­dzi­łam w nim ko­lej­ne trzy, wy­peł­nio­ne pra­cą i opie­ko­wa­niem się moim go­spo­da­rzem. Nie­ste­ty, za­czął po­waż­nie cho­ro­wać, a jego naj­bliż­sza ro­dzi­na, któ­rą po­pro­sił o po­moc, roz­po­czę­ła swo­ją pra­cę od sta­ran­ne­go zli­cze­nia nad­cią­ga­ją­ce­go spad­ku. To było strasz­ne. Nie do wy­trzy­ma­nia! Mu­sia­łam odejść, cho­ciaż ni­ko­go nig­dy już tak jak Fre­da nie po­ko­cha­łam. Co po­zo­sta­ło? Ta­niec! Mój, może nie taki jak fil­mo­wych part­ne­rek Fre­da, ale wy­star­cza­ją­co do­bry, aby wy­mia­tać na par­kie­tach w Las Ve­gas czy też Reno. I ta­niec Mar­ka. Mar­ka ste­po­wa­nie. Kie­dy jego kon­tak­ty z Fre­dem urwa­ły się na kil­ka lat z po­wo­du roz­po­czę­cia stu­diów i pra­cy, Ma­rek za­pi­sał się do pro­wa­dzo­nej przez Fre­da Asta­ire'a, a na­stęp­nie przez jego wy­cho­wan­ków szkół­ki ta­necz­nej, a po paru mie­sią­cach i mnie do tego na­mó­wił. Kil­ka ko­lej­nych lat spę­dzi­li­śmy, uczęsz­cza­jąc tam re­gu­lar­nie w piąt­ki wie­czo­ra­mi, aby wi­ro­wać sple­ce­ni w prze­róż­nych tań­cach oraz za­wzię­cie tu­pać do ryt­mu ob­ca­sa­mi po par­kie­cie w trak­cie ste­po­wa­nych swin­gów. Dla mnie, zwłasz­cza że wraz z moim sy­nem, była to roz­tań­czo­na fraj­da i re­we­la­cyj­na gim­na­sty­ka po cięż­kiej pra­cy, lecz dla Mar­ka...

Sza­lał. Po pro­stu sza­lał, wzbu­dza­jąc au­ten­tycz­ny po­dziw. Dla­cze­go? Ste­po­wa­nie to jest "jaz­da" w po­zio­mie. Jak pły­wa­nie, jak nar­ty. Jak... Jak uno­sze­nie się roz­bu­ja­ny­mi, a jed­nak nadal po­zo­sta­ją­cy­mi w cią­głym, kon­tro­lo­wa­nym ba­lan­sie bio­dra­mi i roz­tań­czo­ny­mi sto­pa­mi w po­zio­mie, nie wy­żej i nie ni­żej, aby zmie­nia­jąc nie­spo­dzie­wa­nie po­zy­cje i utrzy­mu­jąc rytm, wę­dro­wać od kra­wę­dzi do kra­wę­dzi par­kie­tu. Do­pó­ki gra­ją. Z kost­ki, z ko­la­na, z bio­dra. Nig­dy wy­żej. Ma­rek opa­no­wał step per­fek­cyj­nie i do koń­ca ży­cia, kie­dy mógł, kie­dy miał czas i ni­ko­go nie było w po­bli­żu, ste­po­wał. Ma­rek był sa­mot­nym tan­ce­rzem. Nie zna­czy to jed­nak, że nie był z tego, co po­tra­fił "wy­cho­dzić" na par­kie­cie, dum­ny. Wśród zna­jo­mych i przy­ja­ciół... nie, tu­taj się wsty­dził i od­ma­wiał, za­sła­nia­jąc się cho­ro­bą lub nie­wie­dzą. Ale kie­dy je­cha­li­śmy do Las Ve­gas, a jeź­dzi­li­śmy tam - lub do Reno - re­gu­lar­nie prze­pusz­czać na­sze nad­wyż­ki fi­nan­so­we, kie­dy gra­no swin­ga, bos­sa novę czy też co­kol­wiek in­ne­go na­da­ją­ce­go się do ste­po­wa­nia, Ma­rek na par­kie­cie kró­lo­wał. Sam. Na­to­miast na co dzień? A na co dzień, aby o swo­jej sile pa­mię­tać, sa­me­mu so­bie ją przy­po­mi­nać i aby czuć się ta­kim, ja­kim się w swo­ich ma­rze­niach wi­dział, za­czął się Ma­rek bar­dzo ele­ganc­ko ubie­rać, na wzór i po­do­bień­stwo swo­je­go nie­do­ści­głe­go mi­strza Fre­da Asta­ire'a. Do­pa­so­wa­ne, szy­te na za­mó­wie­nie u do­bre­go kraw­ca ba­ty­sto­we lub je­dwab­ne ko­szu­le z nie­od­łącz­ny­mi, za­wią­zy­wa­ny­mi na szyi apasz­ka­mi, za­wsze za­pra­so­wa­ne w nie­na­gan­ny kant spodnie, oczy­wi­ście z do­brym pa­skiem, oraz od­po­wied­nio do­bra­ne buty. No wła­śnie, buty. Ro­bio­ne na mia­rę, ręcz­nie przez mek­sy­kań­skie­go szew­ca z San­ta Mo­ni­ca, tego sa­me­go, któ­ry "two­rzył" od wie­lu lat buty dla Fre­da. Skó­rza­ne, so­lid­ne i sznu­ro­wa­ne. Z no­ska­mi i ob­ca­sa­mi pod­ku­ty­mi je­dy­nie od spodu w spe­cjal­ny, wy­my­ślo­ny przez Fre­da spo­sób dys­kret­ny­mi sta­lo­wy­mi blasz­ka­mi.

- Ach, to nie ja, nie ja - od­po­wia­dał Ma­rek, kie­dy py­ta­no go o jego sztu­kę ste­po­wa­nia, wska­zu­jąc przy tym dło­nią na swo­je buty. - To wszyst­ko one, ja je­stem tyl­ko pa­sa­że­rem! - i wy­bu­chał tak rzad­kim u nie­go praw­dzi­wie szczę­śli­wym chło­pię­cym śmie­chem. Buty po­ezja. Dla tan­ce­rza. Oka­za­ło się, że nie dla tan­ce­rza je­dy­nie.

Nie­spo­dzie­wa­ne za­koń­cze­nie woj­ny w pu­bie Mała Ir­lan­dia

"Co by tu, jak by tu, i co ja mam te­raz zro­bić!?" - za­sta­na­wiał się Ma­rek Ni­ziń­ski, sie­dząc pod so­lid­nym ir­landz­kim sto­łem i pod­glą­da­jąc spod bla­tu strasz­li­wą, krwa­wą i roz­wrzesz­cza­ną woj­nę ras. Ku­lił się przy­kle­jo­ny ple­ca­mi do naj­dal­szej ścia­ny, spo­glą­da­jąc z lę­kiem na boki, spraw­dza­jąc, czy aby "wróg" nie skra­da się w jego kie­run­ku. Lecz nie był już pod sto­łem sam. Wręcz od­wrot­nie. Pod sto­łem ro­bi­ło się cia­sno. Po­ja­wi­li się, nad­cią­ga­jąc na czwo­ra­kach i po­ję­ku­jąc ża­ło­śnie, pierw­si ran­ni. A jed­no­cze­śnie, i to dla Mar­ka było strasz­ne, sie­dzia­ły już tam wszyst­kie, ale to wszyst­kie dziew­czy­ny i mał­żon­ki jego bo­ha­ter­sko wal­czą­cych ir­landz­kich przy­ja­ciół. Opa­tru­ją­ce ran­nych, po­chli­pu­ją­ce, zło­rze­czą­ce i za­chę­ca­ją­ce prze­róż­ny­mi po­krzy­ki­wa­nia­mi oraz ge­sta­mi swo­ich chło­pów do wal­ki, a przy oka­zji tak ja­koś, ja­koś tak dziw­nie na nie­go pa­trzą­ce.

- A co ja...? - chciał je za­py­tać i jesz­cze tro­chę po­sie­dzieć so­bie w tym za­ci­szu, ale... - Je­zus Ma­ria, rany bo­skie - za­ję­czał po raz pierw­szy ci­chut­ko i po­wo­li, po­wo­lut­ku wy­szedł spod sto­łu.

- Je­zus Ma­ria, rany bo­skie, za co?! - wy­darł się na całą uli­cę, ob­ry­wa­jąc na­tych­miast, a do tego nie wia­do­mo od kogo, w ucho! Więc w szo­ku i prze­ra­że­niu, nie wie­dząc, co by tu in­ne­go zro­bić, tro­chę obron­nym, a tro­chę ta­necz­nym od­ru­chem kop­nął! A sto­ją­cy obok La­ty­nos, wzy­wa­jąc w lo­cie Pana Boga na ra­tu­nek, padł jak ścię­ty sie­kier­ką i skrę­cił się z bólu, ła­piąc się za ko­la­no.

- Co ja... Co jest?! - za­sko­czo­ny Ma­rek ro­zej­rzał się po­dejrz­li­wie wo­ko­ło i po­pa­trzył ze zdzi­wie­niem po so­bie.

- Co ja ta­kie­go? - za­py­tał sam sie­bie na uła­mek se­kun­dy przed na­stęp­nym, zbli­ża­ją­cym się ku jego twa­rzy ude­rze­niem i zo­ba­czył! Zo­ba­czył swo­je na­je­le­gant­sze, bo była to prze­cież week­en­do­wa wy­pra­wa, cięż­kie i pod­ku­te blasz­ka­mi buty!

- Mam buty! - wrza­snął i jak opę­ta­ny sza­łem, wi­ru­jąc oraz po­dry­gu­jąc ta­necz­nie, za­czął ko­pać z całą swo­ją siłą i ste­po­wą wir­tu­oze­rią po kost­kach, łyd­kach i ko­la­nach wszyst­kich, któ­rzy choć tro­chę wy­glą­da­li na La­ty­no­sów! Ko­pać i jesz­cze raz ko­pać. Naj­pierw sko­pał ster­tę Por­to­ry­kań­czy­ków le­żą­cych na Mar­ku Hła­sce. Po­tem, przez po­mył­kę, bar­ma­na, za co go bar­dzo, ale to bar­dzo prze­pro­sił. A na­stęp­nie, wrzesz­cząc na okrą­gło: "Je­zus Ma­ria, rany bo­skie!", za­czął bie­gać po wnę­trzu pubu, wy­mie­rza­jąc za­ma­szy­ste kop­nię­cia do­słow­nie wszyst­kie­mu i wszyst­kim, któ­rzy się zna­leź­li w za­się­gu jego za­bój­czych bu­cicz­ków. I tak by ko­pał i ko­pał, po­nie­waż za­uwa­żył, że czym szyb­ciej ko­pie, tym mniej ude­rzeń sam in­ka­su­je, ale... ale na­gle zro­bi­ło się ci­cho i spo­koj­nie.

Ma­rek sta­nął i się ro­zej­rzał. W pu­bie po­zo­stał tyl­ko on, Ma­rek Hła­sko, kil­ku naj­cię­żej ran­nych wo­jow­ni­ków i cała dam­ska resz­ta scho­wa­na pod sto­łem. Po­zo­sta­li uczest­ni­cy tej strasz­li­wej woj­ny na­ro­dów i ras, za­rów­no Por­to­ry­kań­czy­cy, jak i Ir­land­czy­cy, wy­szli przed pub na uli­cę i ku­le­jąc, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sy, ocie­ra­jąc krew z otarć i klnąc każ­dy po swo­je­mu, za­wzię­cie o czymś dys­ku­to­wa­li. Więc Mar­ko­wie rów­nież wy­szli na ze­wnątrz i grzecz­nie za­py­ta­li sto­ją­ce­go przy drzwiach bar­ma­na: - Co się sta­ło?

- What?! - zdzi­wił się bar­man. - Wy tego nie wie­cie? Jak to co... Por­to­ry­kań­czy­cy ob­ra­zi­li się i wra­ca­ją do domu! Dla­cze­go? Uwa­ża­ją, że zo­sta­li oszu­ka­ni. Nie taka była ho­no­ro­wa umo­wa! W ze­szłym mie­sią­cu to my od­wie­dzi­li­śmy ich go­spo­dę Ha­cien­do el Amor i wszyst­ko było jak trze­ba, no, oczy­wi­ście do przy­jaz­du po­li­cji, ale to za­wsze jest wy­star­cza­ją­ca ilość cza­su, żeby po­za­ła­twiać swo­je spra­wy, po­nie­waż po­li­cja w ta­kich wy­pad­kach nie spie­szy się z in­ter­wen­cją. Prze­cież i tak ni­ko­go nie za­trzy­ma, a tak­że nie bę­dzie do­cho­dzi­ła, kto za­wi­nił, bo wte­dy pod biu­ro bur­mi­strza przy­cho­dzi cała wkur­wio­na mniej­szość na­ro­do­wa i nie ma ta­kie­go bur­mi­strza, co by na to po­szedł i za­ry­zy­ko­wał kon­flikt! To prze­cież wy­bor­cy, a do na­stęp­nych wy­bo­rów za­wsze mało cza­su. Tak że tro­chę so­bie po­pi­li­śmy, a po­tem po­spraw­dza­li­śmy się na pię­ści, ale ho­no­ro­wo, z sza­cun­kiem i umia­rem, kto dzi­siaj jest moc­niej­szy. Nikt nie wy­grał, nikt nie prze­grał i było faj­nie. A te­raz?!

- Na sa­mym po­cząt­ku, jak tyl­ko za­czę­ło się dziać coś cie­ka­we­go - zwró­cił się do Mar­ka Hła­ski, dzio­biąc go pal­cem w po­dar­tą na pier­siach ko­szu­lę - coś ci od­bi­ło, mój przy­ja­cie­lu, i wy­sko­czy­łeś spod sto­łu, po czym nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du zła­pa­łeś naj­mniej­sze­go z nich i za­czą­łeś go au­ten­tycz­nie za­bi­jać. A do tego wy­bra­łeś tego naj­bo­gat­sze­go!

- Naj­bo­gat­sze­go? - Ma­rek Hła­sko zba­ra­niał ze zdzi­wie­nia.

- Tak, ten mały, któ­re­mu chcia­łeś wszyst­ko po­obry­wać, a przy oka­zji udu­sić, to wła­ści­ciel po­ło­wy do­mów w ich kwar­ta­le i prak­tycz­nie wszyst­kich re­stau­ra­cji, dla­te­go tak go bro­ni­li! Na­wia­sem mó­wiąc, bar­dzo cię po­lu­bił, kie­dy do­wie­dział się, że je­steś pi­sa­rzem, a do tego ucie­ki­nie­rem z ko­mu­ni­stycz­nej Eu­ro­py. Uwa­ża je­dy­nie, że je­steś tro­chę zbyt ner­wo­wy. A po­tem... - od­wró­cił się do Mar­ka Ni­ziń­skie­go...

- A ty to kto wła­ści­wie je­steś? - za­py­tał, od­su­wa­jąc się na wszel­ki wy­pa­dek i po­dejrz­li­wie spo­glą­da­jąc na jego buty. - Por­to­ry­kań­czy­cy twier­dzą, że je­steś ja­kimś wy­na­ję­tym przez nas po kry­jo­mu taj­nym za­bój­cą, ka­ra­te­ką! A więc, je­że­li nie i je­steś tyl­ko tym ro­man­tycz­nym po­etą i fo­to­gra­fem, o któ­rym twój przy­ja­ciel opo­wia­dał, że boi się na­wet mu­chy, to pro­szę, że­byś im to te­raz wy­tłu­ma­czył. I bar­dzo prze­pro­sił za swo­je nie­ho­no­ro­we za­cho­wa­nie! I jesz­cze jed­no. Je­zus, nie kop wię­cej, to prze­cież strasz­nie boli!

Mar­ko­wie wszyst­kich prze­pro­si­li za za­ist­nia­łe nie­po­ro­zu­mie­nie i za­dłu­ża­jąc się kosz­mar­nie u bar­ma­na, po­sta­wi­li po ma­łej whi­sky. Po­tem przy­je­cha­ła i od­je­cha­ła, na­wet nie wy­sia­da­jąc z ra­dio­wo­zów, po­li­cja. Na­stęp­nie wła­ści­ciel pubu spo­rzą­dził li­stę go­ści wraz z su­ma­mi, któ­re są mu win­ni za re­pe­ra­cję me­bli, i obec­ni zgod­nie ją pod­pi­sa­li, a w za­mian bar­man po­sta­wił im po ma­łej whi­sky. A po­tem Mar­ka Hła­skę za­czął bo­leć ząb i wszyst­ko się skoń­czy­ło. Lecz nie za­koń­czy­ło. Od tego dnia wy­żej wy­mie­nio­ne mniej­szo­ści na­ro­do­we, prze­by­wa­jąc, zwłasz­cza w pu­bie czy też ja­kiejś in­nej knaj­pie, w obec­no­ści Mar­ka Hła­ski, sta­ra­ły się za­cho­wy­wać ci­cho i spo­koj­nie, a spo­ty­ka­jąc na swo­jej dro­dze Mr. Ni­ziń­skie­go, ustę­po­wa­ły mu miej­sca, od­su­wa­jąc się na bok i ob­ser­wu­jąc z lę­kiem jego buty.

Ma­rek N.

Kiedy oj­ciec Mar­ka po­zo­sta­wił nas sa­mych, wy­ru­sza­jąc w świat w po­szu­ki­wa­niu jesz­cze więk­szych pie­nię­dzy i jesz­cze młod­szej part­ner­ki, wła­śnie za­koń­czy­ła się woj­na. Ma­rek był ma­łym, dzie­się­cio­let­nim chłop­cem, a ja nie naj­młod­szą już co praw­da, ale nadal do­brze się za­po­wia­da­ją­cą i po­cho­dzą­cą z do­bre­go domu go­spo­dy­nią mo­je­go no­we­go ro­dzin­ne­go gniazd­ka. Gniaz­da, któ­re do tego fa­tal­ne­go mo­men­tu wy­da­wa­ło mi się oazą spo­ko­ju oraz gwa­ran­cją bez­piecz­nej i do­stat­niej przy­szło­ści. Ba­nał? Tak, ale nie wte­dy, kie­dy do­ty­ka czło­wie­ka bez­po­śred­nio. Po­zo­sta­wio­ne nam przez na­sze­go "do­bro­czyń­cę" za­bez­pie­cze­nie wy­star­czy­ło nie na dłu­go, za­le­d­wie na kil­ka ty­go­dni, po­nie­waż ob­ło­żo­ne było, jak się oka­za­ło, rosz­cze­nia­mi na­iw­nych, ale rów­nież po­cho­dzą­cych z do­brych do­mów po­przed­nich to­wa­rzy­szek ży­cia mo­je­go mał­żon­ka. Męż­czy­zna, któ­re­go po­ko­cha­łam tro­chę jak pana i wład­cę, a tro­chę jak ojca, star­szy o kil­ka­na­ście lat sza­le­nie uta­len­to­wa­ny fry­zjer pro­wa­dzą­cy w Kiel­cach i Ra­do­miu swo­je za­kła­dy, a na­stęp­nie w cza­sie oku­pa­cji od­waż­ny i wy­jąt­ko­wo ope­ra­tyw­ny za­opa­trze­nio­wiec od­dzia­łów AK, oka­zał się, po­nie­kąd przy oka­zji, ge­nial­nym oszu­stem ma­try­mo­nial­nym i rzad­kim skur­wy­sy­nem!

Ba­nał? Tak, ale nie wte­dy, gdy sa­mej trze­ba się z tym po­go­dzić. Moja ro­dzi­na po woj­nie prak­tycz­nie nie ist­nia­ła, zdzie­siąt­ko­wa­na i roz­rzu­co­na po Eu­ro­pie. By­łam zda­na na samą sie­bie. Za­czę­łam pra­co­wać.

Po­cho­dzą­ca z do­bre­go domu i sta­ran­nie wy­kształ­co­na, trzy ję­zy­ki, kra­wiec­two, kuch­nia, gra na pia­ni­nie, kil­ku­let­nia szkół­ka te­atral­na i kurs pie­lę­gniar­ski, któ­ry ukoń­czy­łam w cza­sie oku­pa­cji, wszyst­ko to te­raz się przy­da­ło. Zo­sta­łam go­spo­dy­nią do­mo­wą w domu za­moż­ne­go i zna­ne­go kra­kow­skie­go praw­ni­ka, a ma­jąc moż­li­wość za­cho­wa­nia przy so­bie Mar­ka, sa­mot­ną, ale też szczę­śli­wą mat­ką. Ode­tchnę­łam. Na czte­ry mie­sią­ce. Krót­ka noc­na wi­zy­ta funk­cjo­na­riu­szy UB i jesz­cze krót­sza roz­pra­wa kap­tu­ro­wa ulo­ko­wa­ły Pana Me­ce­na­sa metr pod zie­mią, a jego naj­bliż­szych, na szczę­ście wraz ze mną i Mar­kiem, w pro­wa­dzo­nym przez jego te­ściów za­ko­piań­skim pen­sjo­na­cie. Miesz­kać tu mo­głam, ale sta­łej pra­cy już nie mia­łam. I zno­wu po­mógł mi wy­jąt­ko­wy zbieg oko­licz­no­ści. Otrzy­ma­łam pra­cę u przy­ja­ciół wła­ści­cie­li pen­sjo­na­tu, w któ­rym miesz­ka­łam. Zo­sta­łam kel­ner­ką w jed­nej z re­stau­ra­cji na Kru­pów­kach, a kie­dy po kil­ku mie­sią­cach ru­szył tam dan­sing z wy­szyn­kiem, bar­man­ką. Bar­dzo do­brą bar­man­ką. Nie­któ­rzy z na­szych sta­łych noc­nych go­ści twier­dzi­li na­wet, że naj­lep­szą, a jesz­cze inni, że rów­nież naj­pięk­niej­szą. No cóż, al­ko­hol...

- To ge­ne­rał, co ty, dziew­czy­no, naj­lep­sze­go wy­ra­biasz?! Jak się ob­ra­zi, to nas wszyst­kich zwi­nie. A ten to "pierw­szy" z Kra­ko­wa! Bądź miła, czy ty wiesz, ile tam jest do prze­ję­cia opusz­czo­nych lo­ka­li użyt­ko­wych? - mój chle­bo­daw­ca dwo­ił się i troi, żeby do­go­dzić swo­im go­ściom, a przede wszyst­kim so­bie.

- Głu­pia, ty dur­na głu­pia! - krzy­cza­ła na mnie na za­ple­czu Lid­ka, moja part­ner­ka zza baru. - Rusz w koń­cu gło­wą, rusz tył­kiem! Po­patrz, ja już ku­pi­łam dru­gą cha­łu­pę!

Ja jed­nak tak żyć nie po­tra­fi­łam i nie chcia­łam, by­łam zbyt sła­ba i na­iw­na. By­łam "obok". Kom­plet­nie mnie to nie in­te­re­so­wa­ło, nie do­strze­ga­łam... Nie chcia­łam tak jak oni wszy­scy! By­łam szczę­śli­wa, gdy co ja­kiś czas, skra­da­jąc się o świ­cie, do­kła­da­łam ukrad­kiem do trzy­ma­ne­go w ko­mór­ce zwit­ka oszczęd­no­ści ko­lej­ne­go zie­lo­ne­go do­la­ra uciu­ła­ne­go z na­piw­ków oraz z nie­do­le­wa­nia i pod­le­wa­nia al­ko­ho­li. A ci wszy­scy osa­mot­nie­ni przez woj­nę i moc­no usta­wie­ni na no­gach przez ko­mu­nę noc­ni pa­no­wie? Szcze­rze i uczci­wie ich nie­na­wi­dzi­łam, zwłasz­cza kie­dy pa­trzy­łam na mo­je­go syn­ka do­ra­sta­ją­ce­go bez ojca, bez domu ro­dzin­ne­go i bez nor­mal­nej mat­ki. Kie­dy już od­ro­bił lek­cje, umył się i spał... a ja ury­wa­jąc się na chwil­kę zza baru, wpa­da­łam bie­giem na na­sze pię­ter­ko, aby dać mu na do­bra­noc bu­zia­ka.

Ma­rek skoń­czył szko­łę pod­sta­wo­wą i roz­po­czął na­ukę w szko­le pla­stycz­nej Ke­na­ra. Był bar­dzo uzdol­nio­ny, ale z jego ułom­no­ścia­mi i na­by­ty­mi sła­bo­ścia­mi kom­plet­nie nie ra­dził so­bie w no­wym oto­cze­niu. Po dru­gim roku zre­zy­gno­wał, a ja z prze­ra­że­niem od­kry­łam, że za­czął pod­kra­dać mi z to­reb­ki drob­ne pie­nią­dze i pić po kry­jo­mu ze swo­imi star­szy­mi szkol­ny­mi ko­le­ga­mi.

- Kim chcesz być?! - za­py­ta­łam.

- Ni­kim - od­po­wie­dział, a po na­my­śle: - Może księ­dzem?

Więc umie­ści­łam go w pro­wa­dzo­nej przez za­kon­ni­ce zna­nej kra­kow­skiej pry­wat­nej szko­le. Wy­trzy­mał rok. Uczył się pil­nie i mo­dlił żar­li­wie, lecz przede wszyst­kim pił. Tra­ci­łam wła­sne­go syna! I zno­wu los, a może fa­tum. Prze­zna­cze­nie? Od­na­lazł nas oj­ciec Mar­ka. Po­przez Czer­wo­ny Krzyż, a na­stęp­nie swo­ich by­łych ko­le­gów z AK do­star­czył mi do nie­zwłocz­ne­go pod­pi­sa­nia w ory­gi­na­le, po an­giel­sku i w pol­skim tłu­ma­cze­niu, akt roz­wo­do­wy. Do­ku­ment praw­ny jed­no­znacz­nie wska­zu­ją­cy na mnie jako na przy­czy­nę tego, jak to było sym­pa­tycz­nie opi­sa­ne, wy­mu­szo­ne­go, co naj­mniej na rów­ni z ko­mu­ną, przez moje za­cho­wa­nie de­spe­rac­kie­go kro­ku! Jego uciecz­ki z domu i z kra­ju. Mój były mąż, uzna­ny ra­dom­ski fry­zjer, a na­stęp­nie bo­jow­nik o wol­ność i nie­pod­le­głość, ucie­ki­nier i po­li­tycz­ny emi­grant, był te­raz sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem oraz po­dzi­wia­nym sty­li­stą fry­zur w Du­bli­nie w Ir­lan­dii i w za­mian za ten je­den, ni­cze­go prze­cież nie­zmie­nia­ją­cy w mo­jej po­nu­rej rze­czy­wi­sto­ści pod­pis de­kla­ro­wał na­tych­mia­sto­we przy­ję­cie pod swo­je opie­kuń­cze skrzy­dła, na pod­sta­wie umo­wy o łą­cze­niu roz­bi­tych i osa­mot­nio­nych ro­dzin, swo­je­go tra­gicz­nie za­gi­nio­ne­go, a te­raz cu­dem od­na­le­zio­ne­go syna. Tyle.

- A więc co, co ja te­raz mam zro­bić? - po­pro­si­łam o po­moc moją za­rad­ną part­ner­kę zza baru Lid­kę i tym ra­zem za­wie­rzy­łam ra­dom, ba... wręcz pod­da­łam się jej dzia­ła­niu.

Pod­pi­sa­łam do­star­czo­ne mi pa­pie­ry roz­wo­do­we, lecz do­pie­ro wte­dy, kie­dy mój były mąż przy­słał uwia­ry­god­nio­ny kom­plet do­ku­men­tów umoż­li­wia­ją­cych jego sy­no­wi Mar­ko­wi wy­jazd do Ir­lan­dii. I do­dat­ko­wo, na wszel­ki wy­pa­dek no­ta­rial­ne zo­bo­wią­za­nie ob­ję­cia Mar­ka peł­ną opie­ką wraz z za­pew­nie­niem mu go­dzi­we­go miesz­ka­nia i opła­ce­niem wy­bra­nej przez Mar­ka w celu kon­ty­nu­owa­nia na­uki szko­ły. To była dla mo­je­go syna wy­jąt­ko­wa, naj­praw­do­po­dob­niej nie­po­wta­rzal­na szan­sa! Po pierw­sze, na wy­rwa­nie się ze śro­do­wi­ska naj­młod­szych ofiar, dzie­ci "wo­jen­nych" ro­dzi­ców, stra­co­ne­go, a wła­ści­wie tra­gicz­ny­mi zbie­ga­mi oko­licz­no­ści za­gu­bio­ne­go w tym brud­nym po­wo­jen­nym ba­ła­ga­nie po­ko­le­nia. Po dru­gie, choć cięż­ko to tak po­wie­dzieć, uwol­nie­nie spod mo­ich nie­udol­nych skrzy­deł, a po trze­cie, na "ewa­ku­ację" z kra­ju, z oj­czy­zny, któ­ra - jak to nie­ubła­ga­nie wy­ni­ka­ło z opo­wia­dań mo­ich wy­so­ko po­sta­wio­nych w "apa­ra­cie" noc­nych knaj­pia­nych go­ści - po­dą­ża­ła tam, gdzie nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciał­by jej do­bro­wol­nie to­wa­rzy­szyć.

A po czwar­te, była to do­pie­ro pierw­sza część "ge­nial­ne­go" pla­nu mo­jej za­ko­piań­skiej przy­ja­ciół­ki. Lid­ce zie­mia pa­li­ła się pod no­ga­mi. Gro­ma­dzo­ny przez kil­ka lat i ku­mu­lo­wa­ny w szla­chet­nych krusz­cach, a nie­le­gal­ny z punk­tu wi­dze­nia pra­wa ma­ją­tek te­raz, w okre­sie póź­no­sta­li­now­skie­go po­lo­wa­nia na "no­wych" ka­pi­ta­li­stów, gro­ził jej tym, co z taką lek­ko­ścią i roz­ba­wie­niem za­pi­ja­ją­cy się w tru­pa przy moim ba­rze czer­wo­ni apa­rat­czy­cy na­zy­wa­li "cza­pą"! A Lid­ka mia­ła pen­sjo­nat, biz­nes w Kra­ko­wie, dwój­kę dzie­ci i uko­cha­ne­go, tym bar­dziej że bar­dzo pra­co­wi­te­go i kar­nie wo­żą­ce­go, świą­tek - pią­tek, tu­ry­stów po Kru­pów­kach męża. "Niby-bacę", emi­gran­ta ze Lwo­wa. I swój uko­cha­ny płaszcz. Czar­ny skó­rza­ny płasz­czyk, z któ­rym nie roz­sta­wa­ła się na­wet w naj­więk­sze upa­ły. Bar­dzo cięż­ki, chro­bo­czą­cy ci­chut­ko za­szy­ty­mi mi­ster­nie pod pod­szew­kę ko­lo­ro­wy­mi ka­mycz­ka­mi oraz zło­ty­mi "świn­ka­mi". Mia­ła też mnie, a ja "wiecz­ne­go" absz­ty­fi­kan­ta.

Po­ja­wił się na sa­mym po­cząt­ku, sześć, a może sie­dem mie­się­cy po za­koń­cze­niu woj­ny, kie­dy pra­co­wa­łam za ba­rem do­pie­ro od kil­ku ty­go­dni. Szczu­pły, przy­gar­bio­ny i nie­wy­so­ki, z pod­krą­żo­ny­mi, pra­wie że prze­zro­czy­sty­mi, prze­ni­ka­ją­cy­mi na­tar­czy­wym spoj­rze­niem ja­sno­błę­kit­ny­mi ocza­mi. Z za­dzi­wia­ją­co dłu­gi­mi, fa­lu­ją­cy­mi i wy­my­ka­ją­cy­mi się nie­sfor­nie spod woj­sko­wej czap­ki blond wło­sa­mi. W mun­du­rze ka­pi­ta­na stra­ży gra­nicz­nej, z nie­od­stę­pu­ją­cym go na­wet na krok po­tęż­nym jak tur pod­ofi­ce­rem z prze­wie­szo­nym przez szy­ję, go­to­wym do strza­łu po­nie­miec­kim schme­is­se­rem. Z cza­sem mun­dur za­stą­pi­ły ele­ganc­kie, nie­na­gan­nie no­szo­ne gar­ni­tu­ry, a pro­wa­dzo­ny przez chro­nią­ce­go go żoł­nie­rza te­re­no­wy sa­mo­chód - wiel­ka li­mu­zy­na z rzą­do­wą re­je­stra­cją. Szyb­ko awan­so­wał. Nie wszyst­ko jed­nak ule­ga­ło zmia­nie. Woj­sko­wy wiel­ki ze­ga­rek z czar­ną tar­czą, na któ­ry co chwi­lę ner­wo­wo spo­glą­dał, tak jak­by usta­wicz­nie na coś cze­kał czy też lada mo­ment ko­goś się spo­dzie­wał. Dziw­ny, no­szo­ny na ukry­tym pod ko­szu­lą łań­cusz­ku nie­wiel­ki sta­lo­wy sy­gnet z wy­gra­we­ro­wa­nym na nim szla­chec­kim her­bem.

- To je­dy­ne, co mi zo­sta­ło po ojcu - mó­wił ze smut­nym uśmie­chem, zdej­mu­jąc go z łań­cusz­ka i okrę­ca­jąc w za­du­mie na pal­cu ser­decz­nym. Ale je­dy­nie wte­dy, gdy miał pew­ność, że je­ste­śmy sami. No­szo­na na ser­cu i na­peł­nia­na co naj­mniej dwa razy w cią­gu wie­czo­ra sta­lo­wa pa­pie­ro­śni­ca z do­cze­pio­nym do niej woj­sko­wym orzeł­kiem bez ko­ro­ny i ten ostat­ni, naj­bliż­szy mu chy­ba, po­nie­waż za­wsze ukry­ty przy cie­le i nie­ustan­nie mu­ska­ny dło­nią przed­miot - nie­wie­le więk­sza i rów­nie pła­ska jak pa­pie­ro­śni­ca sa­ty­no­wo-sta­lo­wa "bel­gij­ka" - ma­lut­ki pi­sto­let trzy­ma­ny w pra­wej kie­sze­ni spodni, kurt­ki lub ma­ry­nar­ki.

- A co byś zro­bił, gdy­bym ci te­raz po­wie­dzia­ła, że już wię­cej nie chcę się z tobą przy­jaź­nić? - za­py­ta­łam go kie­dyś. Po­ło­żył mi z tym swo­im smut­nym uśmie­chem na twa­rzy dłoń na ple­cach po­mię­dzy ra­mio­na­mi i de­li­kat­nie, piesz­czo­tli­wie po­wę­dro­wał pal­ca­mi w górę, a kie­dy do­tarł do punk­tu, w któ­rym krę­go­słup łą­czy się z czasz­ką, na­ci­snął to miej­sce pal­cem wska­zu­ją­cym i mu­ska­jąc war­ga­mi moje ucho, po­wie­dział ci­cho:

- Pyk.

Dia­beł. Tak go na­zy­wa­li pod­wład­ni, bo­jąc się pa­nicz­nie jego złych na­stro­jów.

- Kie­dy mi po­wie, że­bym sko­czył w ogień? - za­py­tał jego oso­bi­sty kie­row­ca i ochro­niarz, za­my­ślił się na mo­ment i wy­pił dusz­kiem jesz­cze je­den kie­li­szek wód­ki. - Sko­czę! Dia­błu nikt się jesz­cze nie sprze­ci­wił - od­po­wie­dział, roz­glą­da­jąc się z lę­kiem na boki. A prze­cież "Byku", bo tak go na­zy­wa­no, był nie byle kim. Po­tęż­nym jak czołg, a przy tym zwin­nym jak niedź­wiedź, osnu­tym mi­rem "nie­znisz­czal­ne­go", fron­to­wym sier­żan­tem, któ­ry prze­szedł cały szlak bo­jo­wy aż do Ber­li­na, już wte­dy chro­niąc naj­wyż­szych ofi­ce­rów. A jed­nak się bał.

Dia­beł po­ja­wiał się póź­ną je­sie­nią wraz z pierw­szy­mi ko­pia­sty­mi śnie­ga­mi i zni­kał wio­sną jak te top­nie­ją­ce w pro­mie­niach słoń­ca, spo­czy­wa­ją­ce na po­bo­czach Kru­pó­wek za­spy, nie po­zo­sta­wia­jąc po so­bie ja­kie­go­kol­wiek śla­du ani żad­nej wie­ści. Mar­ko­wi, mo­je­mu syn­ko­wi, ku­pił do­bre nar­ty i na­uczył go na nich per­fek­cyj­nie jeź­dzić, ale w na­szym miesz­kan­ku nig­dy, choć­by na jed­ną noc, nie po­zo­stał.

- Wy­star­czy! Wy­star­czy im już tego, na co się na­pa­trzy­li i co mu­sie­li prze­ży­wać w cza­sie woj­ny! - mó­wił, ma­jąc na my­śli nie tyl­ko mo­je­go syna. Jego żona i cór­ka. - Pew­nie już by mnie nie po­zna­ły na uli­cy - po­zo­sta­ły gdzieś tam poza nim w cza­sie, któ­ry po­rzu­cił. W da­le­kiej Eu­ro­pie czy też bli­skiej Azji. Z bie­giem lat, od­gar­nia­jąc ze skro­ni co­raz gę­ściej prze­ty­ka­ne sta­lo­wą si­wi­zną pa­sma wło­sów, co­raz smut­niej się uśmie­cha­jąc i no­sząc co­raz bli­żej cia­ła swo­ją uko­cha­ną "bel­gij­kę", zmie­niał się co­raz wy­raź­niej w ko­goś czy też w "coś", cze­go nie zna­jąc i nie ro­zu­mie­jąc, za­czy­na­łam się co­raz bar­dziej, wręcz pa­nicz­nie bać! Już nie jeź­dził na nar­tach i nie za­trzy­my­wał się w ubec­kim, jak mó­wi­li o nim wta­jem­ni­cze­ni, ho­te­lo­wym apar­ta­men­cie na ostat­nim pię­trze ho­te­lu Gie­wont. Po­ja­wiał się i zni­kał na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie. Wpro­wa­dza­ny ostroż­nie przez "Byka", sia­dał przy jak naj­da­lej od­da­lo­nym od drzwi sto­li­ku i opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę roz­ma­wiał go­dzi­na­mi z ja­ki­miś dziw­ny­mi, ta­jem­ni­czy­mi przy­by­sza­mi, ale rów­nież z Lid­ką, już nie bar­man­ką, ale od kil­ku lat wła­ści­ciel­ką mod­ne­go za­ko­piań­skie­go pen­sjo­na­tu i dzia­ła­ją­cej w Kra­ko­wie nie­wiel­kiej, lecz zna­ko­mi­cie pro­spe­ru­ją­cej pral­ni che­micz­nej. Pi­sał i li­czył coś na ma­lut­kich pa­pier­kach, aby za­raz po­tem pod­pa­lać nimi ko­lej­ne, pa­lo­ne je­den za dru­gim pa­pie­ro­sy. Przy­jeż­dżał już nie tyl­ko zimą. Rów­nież la­tem. Za­wsze bez uprze­dze­nia, nie­spo­dzie­wa­nie i w ta­jem­ni­cy, nie­uf­ny i oto­czo­ny ob­sta­wą. Cza­sa­mi na­wet nie wi­ta­jąc się ze mną, tak jak­bym była już tyl­ko prze­szło­ścią.

Plan

- Wystar­czy, że po­wiesz "tak", a on już za­ła­twi wszyst­kie spra­wy. Bę­dzie do­brze, wszyst­ko się ide­al­nie skła­da! - Lid­ka po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wa­ła mnie z wy­raź­nym na­pię­ciem i zde­ner­wo­wa­niem w gło­sie. Na­ma­wia­ła na szyb­ką re­ali­za­cję bar­dzo ry­zy­kow­nej dru­giej czę­ści pla­nu. Więc po ko­lej­nym otrzy­ma­nym od Mar­ka "tę­sk­nią­cym" li­ście po­wie­dzia­łam "tak" i po kil­ku mie­sią­cach wy­ru­szy­łam w świat - z Kra­ko­wa po­przez Pra­gę po­cią­giem do Wied­nia, a na­stęp­nie sa­mo­lo­tem do Lon­dy­nu. Ni­cze­go nie po­zo­sta­wia­jąc, bo prze­cież nie mia­łam tu­taj ni­cze­go poza wspo­mnie­nia­mi.

Tego nig­dy by się mój "były", lecz jak się oka­za­ło, nie do koń­ca były mąż nie spo­dzie­wał. Anu­lo­wa­nia z po­wo­dów pro­ce­du­ral­nych prze­pro­wa­dzo­ne­go w Ir­lan­dii roz­wo­du i prze­dziw­nej z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia, ale "pie­kiel­nie" sku­tecz­nej za wsta­wien­nic­twem Dia­bła "de­por­ta­cji" w ra­mach łą­cze­nia ro­dzin do nie­go, do Ir­lan­dii jego "by­łej" i - jak w to za­pew­ne świę­cie wie­rzył - głu­piut­kiej i na­iw­nej żony! A wszyst­ko to przez przy­pa­dek czy też prze­ocze­nie za­ła­twio­ne bez jego wie­dzy przez pol­ską am­ba­sa­dę w Lon­dy­nie. Do Du­bli­na oczy­wi­ście nie do­je­cha­łam, nie ta­kie były pla­ny. W Lon­dy­nie cze­kał na mnie w pol­skiej ofi­cer­skiej dziel­ni­cy sym­pa­tycz­ny po­ko­ik na pod­da­szu z wi­do­kiem na po­twor­nie za­nie­dba­ny ogró­dek i pra­ca go­spo­dy­ni do­mo­wej. Opie­kun­ki mi­łej i kul­tu­ral­nej star­szej pani, wdo­wy po ge­ne­ra­le ar­mii An­der­sa. Do­pie­ro te­raz zo­sta­ły osta­tecz­nie za­koń­czo­ne i "od­krę­co­ne" dy­plo­ma­tycz­nie - tym ra­zem zna­ko­mi­te, gwa­ran­tu­ją­ce mi go­dzi­wą od­pra­wę - kwe­stie roz­wo­do­we, a po­mię­dzy mną a moim by­łym mę­żem za­war­ta pi­sem­na umo­wa o nie­agre­sji. I na­resz­cie, po dwóch la­tach tę­sk­no­ty, mój Ma­rek mógł co dru­gi week­end, wsia­da­jąc w so­bo­tę ra­niut­ko do po­cią­gu w Du­bli­nie, spę­dzać po­po­łu­dnie i całą nie­dzie­lę ze mną w Lon­dy­nie. Pierw­szy raz w ży­ciu czu­łam się bez­piecz­na, wol­na i na­praw­dę szczę­śli­wa, choć nadal za­nie­po­ko­jo­na i za­lęk­nio­na. Po­zo­sta­ła jesz­cze do wy­ko­na­nia trze­cia, naj­bar­dziej ta­jem­ni­cza część pla­nu Lid­ki.

Miesz­ka­ją­cy na tej sa­mej uli­cy, w od­le­gło­ści za­le­d­wie kil­ku do­mów od nas dys­tyn­go­wa­ny i bar­dzo sym­pa­tycz­ny, re­gu­lar­nie przy­cho­dzą­cy do mo­jej wdo­wy na kie­li­szek bran­dy i par­tyj­kę bry­dża wdo­wiec, Pan Puł­kow­nik z dy­wi­zji pan­cer­nej ge­ne­ra­ła Macz­ka ro­ze­śmiał się od ucha do ucha, kie­dy po­ka­za­łam mu fo­to­gra­fię Lid­ki...

- Ale... pani Ewu­niu, czy ona aby na pew­no nie bę­dzie się mną brzy­dzić? - za­py­tał z nie­po­ko­jem.

- Ależ skąd, jak­że­by mo­gła, Pa­nie Puł­kow­ni­ku! - od­po­wie­dzia­łam, cof­nąw­szy się na wszel­ki wy­pa­dek o krok, i po kil­ku mie­sią­cach - "Mus to mus!" - roz­wie­dzio­na ci­chut­ko z "niby-bacą" Lid­ka za­miesz­ka­ła tuż przy mnie, na tej sa­mej uli­cy, zo­sta­jąc ko­re­spon­den­cyj­nie, "w try­bie na­głym", a do tego dro­gą dy­plo­ma­tycz­ną "mło­dą" Pa­nią Puł­kow­ni­ko­wą.

Ja­kim spo­so­bem i uży­wa­jąc ja­kich "pie­kiel­nych" ko­nek­sji, Dia­beł do­star­czył ją tu­taj ra­zem z jej na­fa­sze­ro­wa­nym skar­ba­mi płasz­czy­kiem i tak cięż­ką jak­by za­ła­do­wa­ną ka­mie­nia­mi, a prze­cież wy­peł­nio­ną je­dy­nie ubra­nia­mi, wa­liz­ką? To na za­wsze po­zo­sta­nie ich słod­ką, a może śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ną ta­jem­ni­cą. On, Dia­beł, po­ja­wił się do­pie­ro po roku. Już nie smut­no, ale ra­do­śnie uśmiech­nię­ty, si­wiut­ki, krót­ko, po woj­sko­we­mu ostrzy­żo­ny, z wą­ziut­kim ofi­cer­skim wą­si­kiem pod no­sem. Wy­sia­da­jąc z tak­sów­ki w świet­nym, szy­tym na mia­rę gar­ni­tu­rze i za­pa­la­jąc wy­ję­te­go ze sta­lo­wej pa­pie­ro­śni­cy, tym ra­zem ze zło­tym orzeł­kiem w ko­ro­nie, pa­pie­ro­sa, ro­zej­rzał się z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem wo­ko­ło, a na­stęp­nie, kła­nia­jąc się, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi ele­ganc­kich pół­bu­tów i ca­łu­jąc mnie szar­manc­ko w dłoń, po­wie­dział:

- Wi­taj, Ewo, wi­taj na wol­no­ści!

Od­ru­cho­wo po­szu­ka­łam wzro­kiem w fał­dach jego ubra­nia śla­du nie­roz­łącz­nej sa­ty­no­wo­sta­lo­wej "bel­gij­ki". Nie! A więc wi­docz­nie tu­taj, "na wol­no­ści", on rów­nież czuł się wol­ny i bez­piecz­ny.

- Chciał­bym ci po­dzię­ko­wać - po­ca­ło­wał mnie raz jesz­cze w trzy­ma­ną nadal w uści­sku dłoń - za po­moc, ja­kiej nam tu­taj udzie­li­łaś, i pro­sić - za­wie­sił głos i po­pa­trzył mi prze­ni­kli­wie w oczy tym swo­im la­zu­ro­wym "dia­bel­skim" spoj­rze­niem - pro­sić cię bar­dzo, abyś za­po­mnia­ła, kom­plet­nie za­po­mnia­ła o mi­nio­nych la­tach i o tym wszyst­kim, co się wte­dy dzia­ło w Za­ko­pa­nem. Tego po pro­stu nie było! Tak? Obie­cu­jesz? - za­py­tał i mu­snął de­li­kat­nie swo­ją szczu­płą, ude­ko­ro­wa­ną sta­lo­wym sy­gne­tem dło­nią to miej­sce, gdzie mój krę­go­słup łą­czył się po­wy­żej ra­mion z czasz­ką.

- Pyk! - po­my­śla­łam, sta­ra­jąc się nie wrza­snąć z prze­ra­że­nia.

- Ja te­raz je­stem - szu­kał przez chwi­lę w pa­mię­ci wła­ści­we­go sło­wa. - O, wła­śnie tak... je­stem dy­plo­ma­tą wal­czą­cym na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej o wol­ność, po­kój i bra­ter­stwo! A gdy­byś za­wę­dro­wa­ła kie­dyś do Sta­nów i po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, pa­mię­taj, mo­żesz za­wsze na mnie li­czyć. Szu­kaj mnie za po­śred­nic­twem Lid­ki lub z po­mo­cą na­sze­go kon­su­la­tu w Chi­ca­go. Będę w No­wym Jor­ku. Tam te­raz miesz­kam i pra­cu­ję. W ONZ-ecie.

Nig­dy go już nie spo­tka­łam i Bogu do dzi­siaj dzię­ku­ję, że ja i Ma­rek prze­ży­li­śmy tę zna­jo­mość! Lid­ka rów­nież nie za­ba­wi­ła dłu­go w Lon­dy­nie. Po kil­ku­na­stu mie­sią­cach stad­ne­go, ro­man­tycz­ne­go "po­ży­cia" Pan Puł­kow­nik zmarł na­gle z po­wo­du za­to­ru czy też za­wa­łu. Co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę, tego nikt do­kład­nie nie wie­dział. Był, spa­ce­ro­wał po na­szej ulicz­ce, pod­pie­ra­jąc się swo­ją la­secz­ką i roz­sta­wia­jąc na bacz­ność pod ścia­na­mi psy są­sia­dów oraz spo­glą­da­jąc z tę­sk­nym za­in­te­re­so­wa­niem za prze­cho­dzą­cą mło­dzie­żą, oczy­wi­ście tą żeń­ską, a na­stęp­ne­go dnia rano... Do dzi­siaj za­sta­na­wiam się, jak i z ja­kie­go po­wo­du tak na­gle od­szedł. Pyk?

Jed­nak nie tak szyb­ko i nie tak na­gle po­że­gnał się Pan Puł­kow­nik z ży­ciem, aby nie zdą­żyć prze­pi­sać na Lid­kę swo­je­go domu i aby Lid­ka nie zdą­ży­ła otrzy­mać po nim do­ży­wot­niej ren­ty ofi­cer­skiej oraz bry­tyj­skie­go oby­wa­tel­stwa. Po­grzeb miał wznio­sły i wspa­nia­ły, praw­dzi­wie kom­ba­tanc­ki w bry­tyj­skim tego sło­wa zna­cze­niu. Za­ło­po­ta­ły sztan­da­ry, prze­ma­sze­ro­wa­ła kom­pa­nia żoł­nie­rzy i ja­kiś wie­ko­wy, pod­trzy­my­wa­ny przez ad­iu­tan­tów ge­ne­rał wy­gło­sił, co praw­da po an­giel­sku, ale bar­dzo wzru­sza­ją­ce i dłu­gie prze­mó­wie­nie, po czym trę­bacz ode­grał cap­strzyk po­że­gnal­ny i gruch­nę­ła po­trój­na sal­wa ho­no­ro­wa, a na za­koń­cze­nie wrę­czo­no ewi­dent­nie zroz­pa­czo­nej, wręcz "uto­pio­nej" we łzach Lid­ce w imie­niu Rzą­du RP na Uchodź­stwie i mo­nar­chii bry­tyj­skiej me­dal po­śmiert­ny wraz z nie­ba­ga­tel­nym cze­kiem oko­licz­no­ścio­wym. Ach... za­praw­dę war­to umie­rać za Wiel­ką Bry­ta­nię.

- A wi­dzisz... - po­wie­dzia­ła wzru­szo­na Lid­ka, ocie­ra­jąc ostroż­nie chu­s­tecz­ką, aby nie roz­ma­zać ma­ki­ja­żu, pły­ną­ce jej po po­licz­kach łzy. - Opła­ca się być ofiar­nym, cier­pli­wym i cięż­ko pra­co­wać. Tu­taj po­tra­fią to do­ce­nić!

Kil­ka ty­go­dni po­tem znik­nę­ła bez po­że­gna­nia, a do opusz­czo­ne­go przez nią domu wpro­wa­dzi­ła się gwar­na i sym­pa­tycz­na, co naj­mniej trzy­po­ko­le­nio­wa arab­ska ro­dzi­na. Nowi wła­ści­cie­le. Po na­stęp­nych kil­ku mie­sią­cach li­sto­nosz wrzu­cił rano przez luf­cik w drzwiach kart­kę pocz­to­wą. Kart­kę z ra­do­snym, ko­lo­ro­wym wi­do­kiem śród­mie­ścia Chi­ca­go.

"Po­zdra­wiam i ca­łu­ję z... - pi­sa­ła Lid­ka, po­da­jąc czy­tel­nie swój nowy ad­res. - A gdy­byś, ko­cha­na moja, za­wę­dro­wa­ła kie­dyś do Sta­nów i po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, pa­mię­taj, za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Szu­kaj mnie pod tym ad­re­sem! Za­wsze przyj­mę cię z otwar­ty­mi rę­ko­ma. Tu­taj, w moim no­wym, wła­śnie ku­pio­nym ho­te­lu".

Rok za ro­kiem prze­mi­jał nam z iście al­bioń­ską fleg­mą, zna­cząc swo­je śla­dy od­ci­ska­mi mo­krych stóp na de­skach po­mo­stu spa­ce­ro­we­go w Bri­gh­ton, bi­le­ta­mi do mu­ze­ów, te­atrów i kin przy­szpi­lo­ny­mi na ścia­nie nad biur­kiem w sy­pial­ni oraz ko­lej­ny­mi dy­plo­ma­mi szkol­ny­mi Mar­ka. Mój syn ukoń­czył z wy­róż­nie­niem Wyż­szą Szko­łę Ar­ty­stycz­ną w Du­bli­nie i roz­po­czął pra­cę w fir­mie me­ta­lo­pla­stycz­nej wy­spe­cja­li­zo­wa­nej w me­da­lier­stwie, ta­bli­cach pa­miąt­ko­wych i cy­ze­lo­wa­niu po­mni­ków, wy­ko­nu­jąc jed­no­cze­śnie swo­je wła­sne, na­gra­dza­ne na ko­lej­nych wy­sta­wach pro­jek­ty z mie­dzi i mo­sią­dzu. Był już zna­ny. Jego pra­ce co­raz czę­ściej go­ści­ły w naj­lep­szych ga­le­riach, a na­pi­sa­ne w ję­zy­ku an­giel­skim utwo­ry po­etyc­kie na ła­mach tu­tej­szych li­te­rac­kich mie­sięcz­ni­ków. Wy­grał kon­kurs na pro­jekt sied­mio­me­tro­we­go prze­zna­czo­ne­go dla ka­te­dry du­bliń­skiej wi­tra­żu ze św. Pa­try­kiem, a sce­na­riusz jego au­tor­stwa, opo­wia­da­nie o na­ra­sta­ją­cym, za­koń­czo­nym tra­gicz­nym sa­mo­bój­czym fi­na­łem kon­flik­cie po­mię­dzy mło­dym, lecz już uza­leż­nio­nym od al­ko­ho­lu męż­czy­zną i sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cą go mat­ką, za­ku­pi­ła za cał­kiem nie­złą sumę z prze­zna­cze­niem do re­ali­za­cji naj­więk­sza bry­tyj­ska sta­cja te­le­wi­zyj­na. Nic w tym dziw­ne­go. Ma­rek w spo­sób per­fek­cyj­ny opa­no­wał ję­zyk an­giel­ski i dia­lekt ir­landz­ki, za­rów­no w mo­wie, jak i w pi­śmie. Niósł w so­bie to wy­jąt­ko­we, wręcz ge­nial­ne uzdol­nie­nie do na­uki ję­zy­ków. Prze­cież ję­zyk nie­miec­ki, któ­rym po­słu­gi­wał się rów­nie swo­bod­nie, opa­no­wał, ko­rzy­sta­jąc je­dy­nie ze sta­rych wo­jen­nych pod­ręcz­ni­ków i wie­czor­nych kon­wer­sa­cji ze mną, po­dob­nie zresz­tą jak ji­dysz. Na­to­miast ję­zy­ka fran­cu­skie­go na­uczył się za­le­d­wie przez rok, pla­nu­jąc i przy­go­to­wu­jąc w Du­bli­nie wa­ka­cyj­ną stu­denc­ką wy­ciecz­kę wzdłuż Lo­ary. Na tyle do­brze, że or­ga­ni­zu­ją­ca ten wy­jazd fir­ma tu­ry­stycz­na chcia­ła go tam za­trud­nić jako prze­wod­ni­ka! Był uro­dzo­nym li­te­ra­tem, uwiel­biał pi­sać li­sty, pa­mięt­ni­ki i roz­czu­la­ją­ce, jesz­cze dzie­cię­ce opo­wia­da­nia, któ­rych całą wa­li­zecz­kę po­zo­sta­wi­li­śmy na strysz­ku obok na­sze­go za­ko­piań­skie­go miesz­kan­ka na pod­da­szu. A te­mat na­gro­dzo­ne­go sce­na­riu­sza? Tu­taj rów­nież miał jak na swój wiek spo­re i nadal tra­gicz­nie po­głę­bia­ne do­świad­cze­nie. Ma­rek pił! Nie tak jak w Za­ko­pa­nem czy też w Kra­ko­wie - mło­dzień­czo, szyb­ko i głu­pio. Ma­rek na­uczył się pić pro­fe­sjo­nal­nie, tak jak za­ży­wa się naj­waż­niej­sze i ko­niecz­ne do dal­sze­go utrzy­ma­nia się przy ży­ciu le­kar­stwo. To strasz­ne, ale przy­po­mi­nał mi w tym pi­ciu mo­je­go ojca.

Kie­dy rano wy­cho­dził do pra­cy i jeź­dził w cią­gu dnia swo­im ma­lut­kim, ku­pio­nym za na­gro­dy i wy­róż­nie­nia zie­lo­nym MG mid­get, za­wsze ele­ganc­ko ubra­ny, uśmiech­nię­ty i słu­żą­cy wszyst­kim po­mo­cą, pra­cu­jąc po dwa­na­ście go­dzin na dobę, od­wie­dza­jąc służ­bo­wo ga­le­rie i wy­daw­nic­twa, był dla wszyst­kich wzo­rem. Wzo­rem mło­de­go, nie­sio­ne­go ta­len­tem, pra­co­wi­to­ścią i suk­ce­sem ar­ty­sty! Tra­ge­dia za­czy­na­ła się wte­dy, kie­dy po po­wro­cie do miesz­ka­nia po­zo­sta­wał sam. Kie­dy bu­dząc się w nie­dzie­lę rano, przy­po­mi­nał so­bie, że jest nadal sa­mot­ny. Nie dla­te­go, że tak się te­raz zło­ży­ło czy też przy­tra­fi­ło. Dla­te­go, że ta­kie­go do­ko­nał wy­bo­ru. Więc wsta­wał, ką­pał się, go­lił i jesz­cze sta­ran­niej niż na co dzień ubie­rał. Po­tem wol­no, pra­wie że z na­masz­cze­niem jadł śnia­da­nie i te­le­fo­no­wał do mnie, aby opo­wie­dzieć, co cie­ka­we­go wy­da­rzy­ło się w mi­nio­nym ty­go­dniu, jak wspa­nia­le się czu­je i jak się cie­szy, że już za ty­dzień zo­ba­czy­my się w Lon­dy­nie. Szedł na dłu­gą po­ran­ną mszę ka­to­lic­ką, a na­stęp­nie, po tra­dy­cyj­nych w Ir­lan­dii po­ga­dusz­kach po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii przed drzwia­mi ko­ścio­ła, wol­no i sta­tecz­nie, trak­tu­jąc to jako swój week­en­do­wy spa­cer, ma­sze­ro­wał do za­przy­jaź­nio­ne­go pubu. Sia­dał przy oknie, roz­kła­dał przed sobą ga­ze­ty czy też książ­kę, szki­cow­nik i ołó­wek, z któ­ry­mi nig­dy się nie roz­sta­wał, swo­ją uko­cha­ną, rów­nież ku­pio­ną za na­gro­dy ma­lut­ką le­icę i rów­nie wol­no, moż­na by po­wie­dzieć "ryt­micz­nie" za­czy­nał pić kie­li­szek za kie­lisz­kiem i szkla­necz­kę za szkla­necz­ką. Do nocy, do za­mknię­cia pubu. Sam! Po pew­nym cza­sie prze­sta­ło mu to wy­star­czać i za­czął tam lą­do­wać co­dzien­nie po pra­cy. W tym sa­mym pu­bie, przy tym sa­mym oknie i o tej sa­mej go­dzi­nie. Za­czę­ło mu się tam spie­szyć! Wi­zy­ty u mnie w Lon­dy­nie i zwią­za­ne z nimi roz­mo­wy o jego "świe­tla­nej" przy­szło­ści sta­ły się dla nie­go ge­hen­ną, a po­cho­wa­ne w jego ba­ga­żu i wy­su­wa­ją­ce się lub wy­pa­da­ją­ce spo­mię­dzy fałd zło­żo­nych ubrań prze­róż­ne fi­ku­śne, małe bu­te­lecz­ki z al­ko­ho­la­mi kosz­mar­nym ostrze­że­niem dla mnie. Tra­cę syna! Pró­bo­wa­li­śmy roz­ma­wiać. Pró­bo­wa­li­śmy, bo i Ma­rek czuł, że po­trze­bu­je po­mo­cy! Opo­wia­dał mi o wszyst­kim, cza­sa­mi aż za do­kład­nie i zbyt bo­le­śnie szcze­rze. Oma­wiał, ana­li­zo­wał. Ja ana­li­zo­wa­łam.

Parę razy by­li­śmy na­wet u wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­go w le­cze­niu al­ko­ho­li­ków psy­cho­lo­ga, pła­cąc ma­ją­tek i nic w za­mian nie otrzy­mu­jąc. Nic! Ni­cze­go to wszyst­ko nie zmie­ni­ło. Ma­rek pił nadal, a ja, nie mo­gąc tego zmie­nić, ko­cha­jąc go i bo­jąc się pa­nicz­nie o jego przy­szłość, sta­łam się bez­wol­nym świad­kiem i po­wier­ni­cą na­ra­sta­ją­cej w nim, po­głę­bia­ją­cej się al­ko­ho­lo­wej de­pre­sji. Pił jak "sta­ry". Po­dob­nie jak mój oj­ciec, kie­dy bez­rad­nie ob­ser­wo­wał, jak bru­tal­ne fa­szy­stow­skie buty za­czy­na­ły roz­no­sić w gruz i roz­dep­ty­wać w pył za­rzą­dza­ny przez na­szą tam­tej­szą ro­dzi­nę ma­ja­tek zlo­ka­li­zo­wa­ny w du­żej mie­rze na te­re­nie Nie­miec oraz Au­strii. Pa­trzył i cier­piał, wi­dząc pa­da­ją­cy, nisz­cze­ją­cy do­ro­bek wie­lu po­ko­leń, wi­dząc upodle­nie i ani­hi­la­cję swo­jej ro­dzi­ny. I nic nie mógł zro­bić! Więc pił tak jak ci wszy­scy sie­dzą­cy od "dzień do­bry" do "do­bra­noc" w tym sa­mym miej­scu, pa­trzą­cy w ten sam punkt i pod­no­szą­cy jed­na­ko­wym ryt­mem do ust raz pa­pie­ro­sa, a raz szklan­kę sa­mot­ni fa­ce­ci w "mo­jej" za­ko­piań­skiej knaj­pie. Oh my God! Jak ja to do­brze zna­łam! Ale Ma­rek miał prze­cież do­pie­ro dwa­dzie­ścia pięć lat! Był tak mło­dy, tak wspa­nia­ły, a już po raz dru­gi w jego krót­kim ży­ciu za­czy­nał od­cho­dzić, od­su­wać się ode mnie i od świa­ta. I wte­dy po raz ko­lej­ny wy­da­rzy­ło się coś, co mo­gła­bym na­zwać przy­pad­kiem lub tra­gicz­nym, ale też szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści, a co te­raz, pa­trząc i do­strze­ga­jąc z dy­stan­su po­nad czte­rech de­kad roz­my­śla­nia oraz ana­li­zo­wa­nia, poj­mu­ję i po­strze­gam jako da­ro­wa­ną nam przez tę wy­pad­ko­wą wła­da­ją­cych nami emo­cji, czy­nów i przy­pad­ków - nasz los - re­kom­pen­sa­tę, czy­li do­bro za otrzy­ma­ne, a nie­za­słu­żo­ne zło. Tak, być może brzmi to nie­wia­ry­god­nie, ale wy­cho­dzi na to, że to aż tak pro­ste. Jest utra­ta, lecz i re­kom­pen­sa­ta!

Mój były mąż i oj­ciec Mar­ka, zna­ny du­bliń­ski sty­li­sta-bi­ga­mi­sta, padł ra­żo­ny na­głą śmier­cią na łożu mi­ło­ści.

Do­słow­nie, wi­zy­tu­jąc jed­ną ze swo­ich sta­łych klien­tek pod nie­obec­ność jej męża. Wy­bu­chła strasz­na afe­ra, po­nie­waż ów mąż, za­słu­żo­ny na wie­lu po­lach bi­tew­nych oraz od­zna­czo­ny mnó­stwem or­de­rów ofi­cer ar­mii ge­ne­ra­ła An­der­sa, kom­plet­nie nie mógł się po­go­dzić z tym, że ta oto znacz­nie od nie­go młod­sza, a do tego spro­wa­dzo­na z oj­czy­zny spo­rym na­kła­dem fi­nan­so­wym żona aż tak bar­dzo nie usza­no­wa­ła jego pa­go­nów czy też epo­le­tów, za­da­jąc się po­ta­jem­nie, ba, wręcz zbrod­ni­czo, z ja­kimś tam "fry­zje­rem". Nie na­le­ży więc się dzi­wić, że po­grzeb od­był się bar­dzo ci­cho, skrom­nie i trwał bar­dzo krót­ko. Kom­pa­nia woj­sko­wa nie prze­ma­sze­ro­wa­ła, sal­wa ho­no­ro­wa nie huk­nę­ła, a Mar­ko­wi i tym bar­dziej mnie nikt nie wrę­czył żad­ne­go po­śmiert­ne­go me­da­lu ani też ko­per­ty z cze­kiem oko­licz­no­ścio­wym. A szko­da, bo my za­słu­ży­li­śmy! Wy­glą­da­ło na to, że ci, któ­rzy zna­li ojca Mar­ka i mie­li z nim do czy­nie­nia, przy­ję­li bar­dziej z ulgą niż ze smut­kiem wieść o jego nie­ocze­ki­wa­nym odej­ściu. A Ma­rek? Ma­rek po­pła­kał się na po­grze­bie i od­mó­wił mo­dli­twę nad gro­bem, ale po­tem nig­dy już nie chciał roz­ma­wiać o swo­im ojcu. Ostat­nie dwa lata stu­diów prze­miesz­kał sa­mot­nie w naj­tań­szym stu­denc­kim ho­te­li­ku, a Mr. Gre­at­ful Fa­ther prze­rwał po­moc fi­nan­so­wą i ze­rwał kon­tak­ty oso­bi­ste z sy­nem w dniu otrzy­ma­nia przez Mar­ka dy­plo­mu ukoń­cze­nia na­uki. Ach, ci nasi ro­dzi­ce i "ro­dzi­ce".

- To nie­wąt­pli­wie od­bę­dzie się w na­stę­pu­ją­cy spo­sób - po­wie­dział nam wy­na­ję­ty w celu za­ła­twie­nia kwe­stii spad­ko­wych praw­nik. - Z do­ku­men­tów, któ­re mam przed sobą, wy­ni­ka, że wy­łącz­nym spad­ko­bier­cą jest je­dy­ny uzna­ny praw­nie syn, obec­ny tu Mr. Ma­rek Ni­ziń­ski, więc to on przej­mie de­cy­zją sądu dom i kon­to ban­ko­we w spad­ku po ojcu. Na­stęp­nie, jak wnio­sku­ję z tego, co mi opo­wie­dzie­li­ście o hi­sto­rii ży­cia i fi­nal­nym odej­ściu spad­ko­daw­cy, do­wie­dzą się o wszyst­kim, a zwłasz­cza o do­rob­ku ma­te­rial­nym zmar­łe­go jego po­zo­sta­łe byłe mał­żon­ki, a być może rów­nież ja­kieś nie­zna­ne, wy­ni­kłe z tych związ­ków dzie­ci! A wte­dy... Wte­dy spę­dzi­cie na­stęp­ne lata w ko­lej­nych sa­lach są­do­wych, tra­cąc bez­pow­rot­nie wszyst­ko, co obec­nie po­sia­da­cie. Ka­wa­łek po ka­wał­ku. Dla­te­go ra­dzę wam, bo to wy mnie wy­na­ję­li­ście, co na­stę­pu­je. Na­tych­miast po otrzy­ma­niu de­cy­zji są­do­wej sprze­daj­cie dom, opróż­nij­cie kon­to ban­ko­we i zmień­cie miej­sce za­miesz­ka­nia. Na inne. Da­le­kie, a o ile to moż­li­we, bar­dzo da­le­kie!