Ostatni tabor - Jolanta Drużyńska

Reflow text when sidebars are open.
Nasze krakowskie podwórko nie miało ogrodzenia. Od północy zbudowany pod koniec lat 50. trzyklatkowy blok graniczył z placem targowym. Od świtu panowały tam ruch i gwar, słychać było grzechot wykładanych skrzynek z towarem, rżenie koni, nawet gdakanie przywożonych na sprzedaż kur. Naokoło placu tłoczyły się furmanki wyładowane workami z ziemniakami, cebulą, kapustą i tym wszystkim, co ziemia zrodziła na podkrakowskich polach i w ogrodach. Z czasem między wozami zaczęły się pojawiać żuki, sztandarowy produkt lubelskiej Fabryki Samochodów Ciężarowych. Ale wozami konnymi, ku mojemu niezadowoleniu, gospodarze przyjeżdżali jeszcze długo. Zawsze tarasowały one jedyną drogę do kiosku spożywczego, w którym pani Czesia sprzedawała różne łakocie, w tym ulubione cukierki - kamyczki - i oranżadę w proszku, zjadaną, a nie rozpuszczaną w wodzie. Zatłoczone za dnia targowisko pustoszało popołudniami. Stragany były składane, a pusty plac chłopcy wykorzystywali do rozgrywania meczów piłkarskich. Na jego obrzeżach stały jedna przy drugiej zielone budki, w których sprzedawano mięso albo nabiał. Później budki zastąpił ohydny betonowy parterowy pawilon. Zanim do tego doszło, tworzyły niezły labirynt w ulubionej przez dziewczyny grze w chowanego. Dalej biegła ulica o podwójnej nazwie. Tej oficjalnej, nadanej na cześć twórcy sowieckiej bezpieki Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, i tej nieoficjalnej, lecz obecnej na przytwierdzonych do niektórych kamienic tabliczkach, które aż do lat 80. informowały, że upamiętnia przedwojennego prezydenta Krakowa Juliusza Lea. Tą podwójnością w nazwach ulic nikt się specjalnie nie przejmował, bo w Krakowie było takich więcej, choć niekoniecznie zaznaczonych nieściągniętymi z kamienic starymi napisami.
Dla nas, dzieciaków z trzyklatkowego bloku, i tak nie miało to większego znaczenia, oba nazwiska bowiem niewiele nam wtedy mówiły. Naprzeciwko placu, zamykając widok z bloku od północy, w "poniemieckich", bo wybudowanych w czasie okupacji, domach funkcjonowała bursa Akademii Sztuk Pięknych i Akademii Muzycznej. Życie przyszłych artystów, choć z fascynacją przez nas podglądane, było jednak od naszego dziecięcego świata oddzielone granicą na razie nie do pokonania.
Od południa podwórko było jeszcze ciekawsze. Przestrzeń była bardziej "dzika". Wprawdzie wschodnią pierzeję stanowiły tyły kamienic stojących przy sąsiedniej ulicy, niektóre odgrodzone od reszty wysokimi parkanami, ale i tak najważniejsze były podcienia wysokiego drewnianego płotu, za którym rosły rozłożyste klony, akacje i obsypane pachnącymi wiosną na całą okolicę kwiatami czereśnie i jabłonie. To był taki nasz lokalny, podglądany przez dziury w płocie zaczarowany ogród należący do wtopionej między kamienice przedwojennej willi. Wiele lat później ogród został sprzedany, ale część drzew przetrwała do dziś i tworzy niewielki zieleniec wiodący do pobudowanego obok przedszkola.
Masywny drewniany płot z opadającymi zza niego gałęziami drzew był wielką podwórkową atrakcją. Miejscem kocykowego biwakowania z lalkami i gry w noża w miejscach, gdzie grunt był bardziej piaszczysty.
Z bródki, z dłoni, z palca. Nóż leci niezbyt wysoko, tak by mógł potem precyzyjnie wbić się w ziemię. Jak się przewróci - tracisz kolejkę. Niewielki nóż z dobrym ostrzem był w cenie, bo wykorzystywaliśmy go również do gry w wojnę. Rzucało się nożem w teren przeciwnika i w miejscu, w którym utknęło ostrze, można było "odkroić" dla siebie kawałek Francji, Niemiec, Anglii czy ZSRR. To były momenty, w których każdy z nas, podwórkowych graczy, czuł się niczym Aleksander Wielki, podbijając terytoria, które znaliśmy zazwyczaj tylko ze szkolnych podręczników do geografii. Nasze "podboje" nie wzbudzały specjalnego zainteresowania rodziców do momentu, gdy w ferworze gry nóż, rzucony z impetem przez Jankę z drugiej klatki, utkwił w mojej stopie. Zawiadomiony o wypadku dzięki uprzejmości posiadających telefon sąsiadów z II piętra, ojciec położył, jak mi się wydaje, kres naszym ambitnym podbojom. Przynajmniej ani ja, ani moja starsza siostra więcej w nich nie brałyśmy udziału.
Najciekawsze jednak, najbardziej ekscytujące - no, może poza wiszeniem na trzepaku i kaskaderskimi ewolucjami wyczynianymi na jego górnym drążku - były podchody. Wiązały się one z peregrynowaniem po terenach leżących dalej od trzyklatkowego bloku położonego w kwartale między ulicami Dzierżyńskiego (dziś znów Lea), Czarnowiejską, Urzędniczą i Chocimską. To "dalej" to były założony pod koniec XIX wieku park dr. Henryka Jordana, Błonia, a nawet kopiec Kościuszki; samodzielne wycieczki na ten ostatni, kiedy w jego okolicy pod koniec lat 60. szalał, zwany wampirem z Krakowa, morderca staruszek i dzieci Karol Kot, skrzętnie ukrywaliśmy. Bardziej jednak egzotyczne, choć podszyte strachem i obwarowane kategorycznym zakazem rodziców, były wyprawy na tzw. pola cygańskie. Rozciągały się one tuż za pobudowanym jeszcze w latach 50. w okolicach ulicy Piastowskiej miasteczkiem studenckim. Pola należące pewnie do gospodarzy z Bronowic porastały w lecie zboża, ale część stanowiły już ugory z niekoszonymi wysokimi trawami. Mieliśmy na nich wydeptane swoje ścieżki, którymi kluczyliśmy w czasie podchodów. Zostawialiśmy ślady, dzięki którym inna drużyna miała nas odnaleźć albo które miały ją zmylić - strzałki, nadłamane gałęzie, drobne przedmioty, papierki, cały system tropów znany z książek Marka Twaina czy Karola Maya. Nie mieliśmy natomiast pojęcia, że podobne znaki, zwane "śperą", zostawiały, wskazując drogę innym, wędrujące polskimi drogami i lasami tabory cygańskie.
Nie wiem, kto i kiedy nazwał pola za akademikami "cygańskimi", zresztą dla naszej opowieści nie ma to większego znaczenia. Być może rzeczywiście zatrzymywały się tam czasem tabory i to wystarczyło. Zakaz wypraw na "pola cygańskie" był jednak wyraźny i wydany przez większość zgodnych co do jego słuszności rodziców.
- Pola cygańskie są niebezpieczne, bo Cyganie porywają dzieci - mówili dorośli. Nikt wprawdzie nie wyjaśniał, do czego Cyganom moglibyśmy się przydać i dlaczego akurat nas mieliby porwać, ale zakaz wykorzystujący negatywny stereotyp Cygana - złodzieja - miał najprawdopodobniej ustrzec nas przed różnymi zagrożeniami czyhającymi w słabiej zabudowanych rejonach miasta.
Jak wiele rodzicielskich zakazów, także ten, choć z lękiem, był przez nas łamany. Zabawa w podchody na "polach cygańskich" odchodziła więc w najlepsze, mimo że poruszaliśmy się raczej na ich obrzeżach. Czy widziane z daleka pośród wysokiej trawy wozy, przypominające te cyrkowe, należały do prawdziwych Cyganów, tego nigdy się nie dowiedziałam...
"Pola cygańskie" nie przetrwały długo - zostały wchłonięte przez rozrastające się szybko w kierunku Bronowic miasto.
O całej grupie Romów, mieszkających już wtedy od wielu lat w Nowej Hucie i budujących w latach 50. największy socjalistyczny kombinat metalurgiczny w Polsce - hutę im. Lenina - my, dzieci z trzyklatkowego bloku ze starej Krowodrzy, nic nie wiedzieliśmy.
Wiele lat później...
Cyganie pojawili się w centrum Krakowa. Na Plantach, niedaleko dworca kolejowego, w Rynku i przylegających ulicach kobiety o smagłej cerze, w kwiecistych spódnicach i złotych kolczykach, nagabują przechodniów, oferując wróżbę. Wielu zatrzymuje się z nadzieją, że odkryta w kartach czy wyczytana z ręki przyszłość niesie odmianę losu - dalekie podróże, wielką miłość. A może Cyganka zdradzi, czy po wielu latach oczekiwania w spółdzielczej kolejce ziści się marzenie o własnym M2, czy mąż, choć nie jest członkiem PZPR, otrzyma należną podwyżkę, a Malinowska przestanie zadzierać nosa, bo wygrała talon na "malucha".
Nigdy nie skusiłam się na te cygańskie wróżby. Chyba z lęku, że przyszłość może się okazać inna niż ta, jaką sobie wymarzyłam. Poza tym Cyganki nieraz, o czym słyszało się tu i ówdzie, przepowiedzieć mogły nawet śmierć. Przekonanie o prawdziwości wróżby brało się niewątpliwie z biegłości przepowiadających. Trudniące się od wieków wróżbiarstwem Cyganki potrafiły dzięki wielkiej wprawie snuć zgrabnie opowieść o przyszłości słuchacza, świetnie wychwytując każdą zmianę jego nastroju i zachowania, każdą jego reakcję zdradzającą, co jest dla niego ważne, na czym mu zależy.
Podobno umiejętność wróżenia wynieśli Cyganie z Grecji, gdzie zatrzymali się na dłużej w swej wędrówce z Indii do Europy. W wiekach średnich na terenach oddziaływania Cesarstwa Bizantyjskiego działała sekta Athinganów zajmująca się wędrownym wróżbiarstwem i magią. Wielu badaczy historii Romów łączy ich z tą sektą, wskazując na sporo podobieństw w wykonywanych profesjach, a nawet upatrując w ich nazwie źródła wyrazu "Cygan"[3].
Tak czy inaczej, moja niechęć do "grzebania w duszy" przeważyła nad kuszącą możliwością poznania przyszłości, więc wróżące Cyganki omijałam zawsze z daleka. Tylko kapeli z kalekim skrzypkiem cygańskim chyba nikt nie omijał. Nie przypominam sobie, kiedy dokładnie pojawiła się w Krakowie - raczej już w latach 90., a może trochę wcześniej. Pamiętam ich przed słynną restauracją "Hawełka" w Rynku, ale najczęściej grajków spotkać można było na ulicy Floriańskiej w okolicach nieistniejącej już dziś "Cyganerii". Pod koniec było ich bodaj trzech - Stefan na wózku inwalidzkim, ze skrzypcami opartymi na brzuchu, i niezwykle czule się nim opiekujący pozostali muzycy.
I grali. Czasem dla kilku, czasem dla większej grupy przechodniów. Ach, jak grali! Stefan Dymiter, niewidomy, bez nogi, był wielkim wirtuozem. Ten cygański samouk grał jak mało kto. Kiedyś zaproszono go nawet na koncert do Filharmonii, gdzie zmierzył się z zawodowymi skrzypkami i nie był od nich gorszy. Po latach dowiedziałam się, że Stefan "Cororo" Dymiter pochodził z województwa jeleniogórskiego, z Kowar, i gdy zmarł w 2002 roku, pochowany został właśnie tam, na miejscowym cmentarzu. W rocznicę jego śmierci, 26 października 2013 roku, na nagrobku na Starym Cmentarzu postawiona została rzeźba z drewna lipowego autorstwa miejscowego artysty Romana Tryhubczaka, której głównym motywem są skrzypce.
Zagubiły się w pamięci krowoderskie "pola cygańskie", nie ma już kapeli Stefana Dymitera, nie widać wróżących Cyganek, zniknęli także z pejzażu Krakowa żebrzący rumuńscy Romowie, którzy w latach 90. masowo przyjeżdżali do Polski.
Ponownie wdarli się Cyganie w moje życie dopiero za sprawą jednego z kolejnych Taborów Pamięci Romów. Na małopolskie drogi po raz pierwszy wyruszył Tabor Pamięci z Tarnowa w lipcu 1996 roku. Po 32 latach miał przypomnieć o wydanym w 1964 roku przez komunistyczne władze zakazie cygańskiego wędrowania, a przystając przy mogiłach z czasów okupacji niemieckiej - także o zapomnianej zagładzie Romów.
Lipiec 2010. Muzeum Okręgowe w Tarnowie
Siedzę w przestronnym gabinecie ówczesnego dyrektora Adama Bartosza. To chyba najładniejsze pomieszczenie w tej masywnej szesnastowiecznej kamieniczce. Z okna widok na zalany słońcem rynek i potężną bryłę ratusza, którego zegar donośnym, dźwięcznym głosem wybija kwadranse i godziny. Gotycki ratusz, przebudowany w stylu renesansowym pod nadzorem ściągniętego do Polski przez Zygmunta I Starego włoskiego architekta Jana Marii Padovano, należy do najpiękniejszych tarnowskich zabytków. Zamiast dyrektora, znanego etnologa, cyganologa i współinicjatora powstania taboru, z którym umówiłam się na wywiad dla Radia Kraków, w drzwiach staje Adam Andrasz z Centrum Kultury Romów w Polsce. To wysoki, barczysty mężczyzna o wyrazistych romskich rysach i bardzo jasnych włosach. Ubrany w biały garnitur ma w sobie coś władczego, a jednocześnie niegasnący na jego ustach szeroki uśmiech sprawia, że po kilku minutach mam wrażenie, iż znamy się od lat. Adam Andrasz to ważna postać w społeczności polskich Romów - pełnił funkcję rzecznika praw Romów w Europie, prezesa Centrum Kultury Romów w Polsce, najstarszej romskiej organizacji powstałej w Tarnowie, uczestniczy także w międzynarodowych spotkaniach, upominając się o prawa Romów.
- To jest właśnie czas, na który czekają wszyscy Romowie - zaczyna rozmowę. - Chcą przez te kilka dni taboru poczuć się wolnymi, tak jak to było dawnej. A potem przyszedł rok 1963, może 64, kiedy władze PRL-u tak definitywnie zakazały cygańskim taborom wędrowania. Pamiętam ten czas doskonale, bo też byłem w taborze. To była tragedia. Różnymi sposobami próbowali zatrzymywać te tabory. Palono koła, zabierano konie. Pozostawiano Romów samych sobie. Ci, którzy protestowali, nie zgadzali się z tym zakazem, karani byli często wysokimi grzywnami albo osadzani w zakładach karnych.
"Rom", "Romowie" mówi o sobie i swoich ziomkach Andrasz. Rom wypiera coraz bardziej swojskiego Cygana, jakby zmiana nazwy mogła wymazać panoszące się wciąż w języku jego negatywne synonimy: cwaniaka, kanciarza, kłamcy lawiranta, oszusta, wydrwigrosza, wyłudzacza. Doskonale pamiętam, że w naszym podwórkowym żargonie z dawnej Krowodrzy słowo "cyganić" także było w powszechnym użyciu, choć często przegrywało ze zwierzynieckim "bajokiem" - określeniem mówiącego nieprawdę. Oba natomiast były mniejszego kalibru niż wzgardliwie rzucane w chwili największego wzburzenia, wydające mi się wtedy szczytem wulgaryzmu stwierdzenie "łże jak pies".
Nazwa "Romowie", określająca Cyganów jako grupę etniczną czy narodową, pojawiła się dopiero w drugiej połowie XX wieku. Powstające wtedy europejskie i światowe organizacje Cyganów uznały, że słowo to, występujące w większości dialektów języka romani i odcinające się od dawnego, bazującego na antycygańskich stereotypach określenia, będzie bardziej poprawne politycznie. Dla wielu jednak przedstawicieli tej niezwykle zróżnicowanej także pod względem języka społeczności zmiana nazwy była i jest niemalże zamachem na ich wielowiekowe dziedzictwo. Nie do końca zgodni są co do jej zasadności, ze względu m.in. na proweniencje obu nazw, także badacze tej kultury, etnologowie. Ale nazwa została przyjęta i przez większość używana jest na razie wymiennie.
- Mnie nazwa "Cyganie" wcale nie przeszkadza - mówi poznany podczas pierwszej taborowej wędrówki Kazimierz Jaworski. - Nie obraża mnie to, czy ktoś mówi "Cygan" czy "Rom". Nie przywiązuję do tego specjalnie wagi, ale ludzie są różni. Niektórzy dziś rzeczywiście obruszają się, gdy mówi się do nich "Cyganie". Ale mówienie teraz o nas cały czas "Romowie" to trochę tak, jakby zamiast "Żydzi" mówiło się ciągle np. "Izraelici".
Dla mnie nazwa zawsze była i jest ważna. Ileż fascynujących historii bywa w niej ukrytych, ile zwycięstw i klęsk, wzniosłości i nikczemności, miłości i zdrady... Tak jest i z "cyganem", bo oprócz tych pejoratywnych konotacji Słownik synonimów wymienia jeszcze kilkanaście albo i więcej dużo ciekawszych znaczeń: bazyliszek, dyplomata, globtroter, kloszard, koczownik, kolorysta, macher, magik, nomada, obieżyświat, podróżnik, sofista, tramp, wagabunda, wędrowiec, włóczęga, zuchwalec. Jak wiele w tych synonimach fantastycznych treści pobudzających wyobraźnię, a nawet drzemiącą w większości nas żyłkę odkrywcy!
Moje więc przypadkowe spotkanie z Adamem Andraszem w Tarnowie stało się początkiem kilkuletniej wędrówki w głąb - jak się okazało - zupełnie nieznanego mi cygańskiego świata.
* * *
Ci barwni wędrowcy rodem z dalekich Indii pojawili się w Europie w wiekach średnich. Swoją wędrówkę przez Stary Kontynent rozpoczęli z południowego wschodu, przez Konstantynopol i Grecję, i stopniowo przemieszczali się w kierunku północno-zachodnim.
Cyganie, trudniący się poszukiwanym wówczas kowalstwem, wyrobem garnków czy patelni z miedzi, a także muzykanctwem i wróżbiarstwem, początkowo przemierzali Europę swobodnie. Zmienić się to miało wraz z postępującym rozwojem struktur państwowych, urbanizacją oraz kodyfikacją norm określających życie polityczne, obyczajowe i kulturowe danych społeczności. Koczownictwo i włóczęgostwo przestały być tolerowane. Zaczęły się pojawiać dokumenty nakazujące bezwarunkowe osiedlenie się i znalezienie stałego zajęcia. Za niewykonanie tych nakazów w piętnastowiecznej Hiszpanii rządzonej przez Izabelę I Kastylijską i jej męża Ferdynanda II Aragońskiego, władców, którzy przywrócili cieszącą się ponurą sławą w średniowieczu instytucję Inkwizycji, groziło Cyganom obcięcie uszu, zakucie w kajdany, a nawet niewola. W tym samym czasie niemiecki cesarz Maksymilian I Habsburg zezwolił na torturowanie, a nawet zabijanie Cyganów, którzy nie zdążyli zgodnie z wydanym rozporządzeniem opuścić ziem cesarstwa. W XVI wieku nakazy wydalające Cyganów uchwaliły Francja, Portugalia, Finlandia i Dania.
- Byli traktowani jak zwierzyna łowna, o czym przeczytać można w szesnastowiecznych, a nawet osiemnastowiecznych dokumentach niemieckich - wyjaśni mi podczas pierwszej taborowej rozmowy poeta i rzeźbiarz romski Karol Parno Gierliński. - W zachowanych spisach trofeów można znaleźć informacje, że podczas takiego czy innego polowania ubito tyle a tyle zajęcy, jeleni i Cyganów. A więc nawet nie traktowano nas jak ludzi.
Fot. 1. Rodzina cygańska na tle wozu w okresie międzywojennym.
Pewną szansę na w miarę normalną egzystencję i osiedlanie się dawały w tym samym okresie Żydom, ale i Cyganom tolerancyjne prawa Langwedocji, Gaskonii czy części Prowansji.
Na ziemiach polskich Cyganie pojawili się w XV wieku, ale dopiero sto lat później kroniki odnotowują pierwsze negatywne opinie o nich. Powodem nie było jednak ich pochodzenie czy wygląd, ale przynależność do grupy "włóczęgów i próżniaków". Niezbyt politycznie udane rządy Jana Kazimierza - wojny ze Szwecją, Rosją, Tatarami, powstanie Chmielnickiego, tumult chłopski Kostki Napierskiego, rokosz magnacki hetmana Jerzego Lubomirskiego i złowieszcze liberum veto - były dla społeczności cygańskiej, przemierzającej ogromne terytoria Rzeczpospolitej, zdecydowanie łaskawsze. Powstały wówczas akceptowane przez króla, a potem przez kolejnych władców aż do rozbiorów "stanowiska" przywódców Cyganów: wajdów, starszych czy króla cygańskiego. Były ważne, bo wiązały się z pewnymi przywilejami, na przykład prawem do pobierania swoistego podatku czy sądzenia, ale też nakładały obowiązek obrony współbraci. Niezwykła w skali europejskiej była działalność Akademii Smorgońskiej powstałej w XVIII wieku pod patronatem księcia Karola Stanisława "Panie Kochanku" Radziwiłła, w której zatrudniani byli Cyganie prowadzący tresurę niedźwiedzi. W obronę, choć nie bez ograniczeń, bierze także Cyganów wyjątkowy w ówczesnej Europie uniwersał Komisji Obojga Narodów z 1791 roku zapewniający im prawa obywatelskie. Dokument ten, podpisany przez marszałka wielkiego koronnego Michała Jerzego Wandalina Mniszcha, stojącego także na czele Komisji Policji Obojga Narodów, i opublikowany w grudniu tego roku, potwierdzał zapisane również w Konstytucji 3 maja zniesienie prawa, które zabraniało "przyjmować na osadę lud pod nazwiskiem Cyganów w krajach naszych będący". Do tego momentu obowiązywało od XVI wieku prawo nakazujące m.in. przepędzanie Cyganów z kraju.
W tekście uniwersału czytamy, że "tak komisje cywilno-wojskowe, jako i Szlachetne Magistraty nie mają pod tytułem włóczęgów tego gatunku ludzi aresztować, owszem, mają onym oznajmić o rządowej nad nimi opiece, wolność siedlenia się oświadczyć i do niej w krajach Rzpltej zachęcić". Uniwersał zobowiązywał też Komisje i Magistraty, by pilnowały, aby Cyganie "się kupami jak dotąd nie włóczyli, ale każdy, wziąwszy paszport od Komisji Cywilno-Wojskowej lub Magistratu w tym powiecie lub mieście, gdzie go niniejszy Uniwersał zastanie, starał się najdalej w przeciągu roku obrać pewne miejsce i pewny sposób do życia, a jeżeliby w przeciągu roku od daty niniejszego Uniwersału nie miał miejsca i dawnym zwyczajem się tułał, takowy za włóczęgę poczytany i do domów pracy lub więzienia, przez Komisję Policji [...] oddawany będzie"[4].
W tym samym czasie, gdy na ziemiach polskich Cyganie uzyskują prawo do swobodnego poruszania się i osiedlania, niezwykle brutalną próbę zatrzymania taborów podejmuje cesarzowa Austrii Maria Teresa. Przeprowadzona zostaje bezpardonowa akcja osiedlania Cyganów na terenach dawnej Galicji. Za przykładem Marii Teresy poszły także rządy Holandii i państw niemieckich. Powodem wprowadzenia restrykcyjnych ustaw było również zazwyczaj negatywne nastawienie lokalnych wspólnot reagujących wrogo na zamkniętą, wyróżniającą się społeczność romską, która władała nieznanym im językiem. Egzotyczni przybysze o śniadej cerze, ze swoimi odmiennymi obyczajami i własnym prawem plemiennym, nie pasowali do ich świata, więc traktowani byli niechętnie. Wprawdzie kultura Romów intrygowała, zwłaszcza żywiołowy taniec i porywająca muzyka, ale jako obcy wzbudzali też nieufność i strach. Do tego dochodziły oskarżenia o nielegalny handel, włóczęgostwo, żebractwo, kradzieże, a nawet szpiegostwo. W Niemczech rządzonych pod koniec XIX wieku twardą ręką przez kanclerza Ottona Bismarcka szybko wprowadzono obostrzenia zmierzające z jednej strony do pozbycia się Cyganów z kraju, a z drugiej do wymuszenia na nich zmiany trybu życia z wędrownego na osiadły. Tego typu nakazy, a także zachodzące w owym czasie przemiany polityczne w Europie, w tym ruchy narodowowyzwoleńcze, spowodowały większą niż dotychczas migrację Cyganów. Na zachód ruszyli wyzwoleni z niewolnictwa Cyganie rumuńscy. Kilkadziesiąt lat po uchwaleniu Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, zniesieniu niewolnictwa w Ameryce, w imperiach brytyjskim i francuskim oraz w najdłużej opierającej się Brazylii na ziemiach rumuńskich - niemal w centrum Europy - aż do 1856 roku panowało niewolnictwo cygańskie. Bojarzy i monastyry mogli swobodnie sprzedawać i kupować Cyganów.
Wiek XX przynosi kolejne próby zatrzymania taborów. Restrykcyjną politykę wobec Cyganów podejmuje w latach 20. Związek Radziecki, a w latach 30. hitlerowskie Niemcy. Natomiast II Rzeczypospolita niespecjalnie przejmuje się egzotyczną grupą etniczną. To raczej ona sama, jak podkreślają znawcy tematu, starała się zwrócić uwagę polskiej społeczności swoim folklorem czy urządzanymi z przepychem przy udziale władz, zagranicznych obserwatorów i dziennikarzy widowiskowymi wyborami królów cygańskich.
Fot. 2. Grupa Cyganów przed namiotem w latach 20. XX wieku.
A potem przyszła II wojna światowa i obłąkany nazizm zniszczył świat europejskich Cyganów. Badacze historii Romów przytaczają różne dane. Najnowsze prace mówią o 200 tysiącach zabitych Romów i Sinti, ale niektórzy historycy podają, że było ich 500 tysięcy, a nawet więcej. Tylko w samym obozie Auschwitz-Birkenau zginęło prawie 19 tysięcy Romów i Sinti z blisko 21 tysięcy zwiezionych do niego z całej Europy, w tym spory odsetek polskich Cyganów.
Instalująca się od 1944 roku na terytorium Rzeczpospolitej nowa, zależna od Związku Radzieckiego władza początkowo nie przejawia zainteresowania Romami, którzy przeżyli wojenną eksterminację. Dziurawe jak sito granice przekraczają więc powracające ze wschodu tabory. Władza ludowa ma w tym czasie na głowie inne problemy. Priorytety to walka z podziemiem niepodległościowym, przygotowania do wyborów, których sfałszowanie przyniesie pożądaną propagandowo jej legitymizację, budowanie nowego ładu gospodarczo-politycznego. Na niepasujący do socjalistycznego państwa lud nomadów zwróci uwagę później. Na razie Cyganie robią zatem to, co zawsze: wędrują, handlują, bielą patelnie i kotły, wróżą, muzykują na wiejskich weselach, chrzcinach, a jak trzeba - pogrzebach. W końcu jednak nierespektujący norm i praw nowego ustroju wędrowcy przestają być tolerowani. Władza podejmuje kolejne próby włączenia romskiej społeczności do socjalistycznego państwa. W 1947 roku powstają pierwsze obozy pracy przymusowej dla Romów, w 1949 roku przeprowadzony zostaje spis ludności romskiej. W 1950 ukazuje się specjalna instrukcja w sprawie ich obowiązkowej rejestracji. Dwa lata później polityka państwa wobec Romów przybierze formę uchwały, której celem będzie asymilacja społeczności romskiej. To będzie również początek końca romskich taborów.
Lipiec 2010. Muzeum Okręgowe w Tarnowie
- Nasz Tabor Pamięci - ciągnie swoją opowieść Adam Andrasz - to przede wszystkim moment, kiedy starzy Romowie, ci, którzy wędrowali, mają możliwość przypominania sobie tego, co jak do dziś w większości uważają, było bardzo dobre dla nich. Młodzi Romowie mają oczywiście szansę zobaczyć, jak to dawniej bywało, jak wyglądało to wędrowne życie, co można z tego wyciągnąć dobrego, jakie daje to możliwości podtrzymania tradycji, kultury i naszej tożsamości narodowej. Ci wszyscy natomiast sympatycy, przyjaciele i osoby zainteresowane folklorem i historią romską mają wreszcie sposobność do bezpośredniego kontaktu z naszym środowiskiem. To ważne, bo dzięki temu na taborze następuje coś takiego, że stereotypy, które cały czas funkcjonują na temat Romów, po prostu się rozpływają. To jest także przypominanie o tej tragedii, która w czasie drugiej wojny była udziałem Romów. To jeden z najważniejszych zawsze punktów naszego taboru. Wiadomo, że przez długi czas Romowie niechętnie wracali do wspomnień z tego okresu, do tego, co przechodzili, nie chcieli przekazywać młodemu pokoleniu tamtego swojego bólu. Natomiast teraz to się zmieniło. Rozumiemy, że trzeba o tym mówić, że Romowie też ginęli tragicznie i że dziś chcą to upamiętniać, aby i Polacy, i nasze młode pokolenie wiedzieli o tym. Może opowiedziałaby Pani o tych naszych ostatnich taborach, bo przecież poza Romami czy cyganologami nikt nie wie dokładnie, co się wtedy stało - kończy naszą rozmowę ni to pytaniem, ni prośbą.
Przytakuję. Nie sposób odmówić mu racji. Wiedza gadziów (nie-Romów) na ten temat jest znikoma. Stereotypu Cygana - złodzieja i oszusta - nie zmieniła okupacyjna zagłada, nie zmieniły restrykcyjne przepisy peerelowskich władz. Wielu ludzi przez całe dziesięciolecia powtarzało opinie podobne do tej, jaka zanotowana została w 1955 roku w sprawozdaniu naczelnika Wydziału Społeczno-Administracyjnego WRN w Koszalinie zajmującego się sprawami Romów. "Ludność polska w stosunku do Cyganów jest ustosunkowana raczej nieufnie. Wynika to jeszcze z częstych kradzieży, wyłudzania pieniędzy, żywności itp. dokonywanych przez wędrowne grupy cygańskie"[5].
Rozmowa z Adamem Andraszem nie daje mi spokoju. Obiecałam zająć się tematem, choć wiem, że nie będzie to łatwe. Zaczynam od lektury Jerzego Ficowskiego, którego książki są dla cyganologów jak Biblia. Lista lektur poszerza się, wpadają mi w ręce znakomite teksty cyganologów Lecha Mroza i Adama Bartosza oraz Andrzeja Mirgi, Roma i krakowskiego etnologa. Czytam cygańskie bajki, zanurzam się w poezji Papuszy i już wiem, że muszę pojechać na Tabor Pamięci.
Decyzję podejmuję w maju 2012 roku i kontaktuję się z Adamem Bartoszem, ówczesnym dyrektorem Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Ten przyjmuje moje zgłoszenie i prosi o kontakt w lipcu.
Trzynastego lipca 2012 roku wysyłam do Tarnowa e-mail:
Szanowny Panie Dyrektorze
Zgodnie z naszą rozmową dotyczącą tegorocznego Taboru Pamięci chciałabym przypomnieć zgłoszenie chęci uczestnictwa w taborze. Podczas taboru chciałabym także nagrywać, możliwie jak najwięcej, wspomnień Romów.
Nie dysponuję własnym środkiem lokomocji ani dachem nad głową, śpiworek zgodnie z sugestią Pana jednak posiadam.
Bardzo proszę o miejsce na wozie taborowym, a także dach nad głową w miejscu obozowania.
A teraz bardziej szczegółowe pytania:
- O której godzinie i gdzie mam się stawić?
Adam Bartosz: Czwartek, 19 lipca, ok. 10 rano wyruszamy sprzed Muzeum Etno. w Tarnowie, Krakowska 10. Proszę mnie znaleźć i się zameldować.
- Jakie są możliwości dachu nad głową w miejscu obozowania i zostawienia bagażu?
A.B.: Przytulimy w jakimś namiocie lub wozie, zwłaszcza jeśli się okaże, że się Pani włączy w robotę, pomoc przy bałaganie w obozowisku, etc.
- Czy w miejscu obozowania są sanitariaty, etc.?
A.B.: Owszem, etc. też.
- Czy w miejscu obozowania jest możliwość zamówienia, wykupienia posiłków?
A.B.: Owszem, picia również.
Pozdrawiam
'adbart
A więc jadę! Pakuję plecak, zabieram śpiwór i karimatę, wciskam zakupiony specjalnie na tę okoliczność aparat fotograficzny, upycham zapas baterii do magnetofonu.
Czwartek 19 lipca wita mnie pięknym słonecznym porankiem. Marzę, aby taka pogoda utrzymała się przez kolejne dni. Jest siódma rano i czuć jeszcze przyjemny chłód nocy. Dworzec PKP w Krakowie. Wybieram pociąg pospieszny, ten z przystankami tylko w Bochni i Brzesku. Wciąż nie mogę się napatrzyć na pięknie odrestaurowany tarnowski dworzec. Wybudowany na początku wieku wedle projektu E. Baudischa z Ministerstwa Kolei Żelaznych w Wiedniu przypomina wielkopańską rezydencję i ma brata bliźniaka w Stanisławowie (Iwano-Frankowsk) na Ukrainie. Cieszą oko odnowione detale architektoniczne. Z dworca do Muzeum Etnograficznego nie jest daleko. Ulica Krakowska lekko się wznosi, więc po 10 minutach szybkiego marszu nieco zdyszana wkraczam na wypielęgnowany placyk przed budynkiem muzeum.
To dawny osiemnastowieczny zajazd podmiejski, który obecnie ma kształt dworku parterowego przykrytego pięknym gontowym dachem łamanym.
Zgodnie z umową melduję swój przyjazd dyrektorowi Bartoszowi. Zostawiam plecak w sieni. Stanowiąca jedyne połączenie frontu z podworcem jest dziś najruchliwszym miejscem. Gwar. Jedni wchodzą, inni wychodzą, ktoś kogoś szuka. Przybywają kolejne grupy uczestników taboru, migają kolorowe spódnice romskich i nieromskich dziewczyn. Jeszcze nie wiem, że brak w mojej garderobie długiej spódnicy będzie traktowany, na szczęście nie przez wszystkich, jako swoiste faux pas. "Trzy cechy stroju kobiecego można uznać za charakterystyczne - pisze znawca kultury romskiej Jerzy Ficowski - i mimo przemian zachodzących w miarę upływu czasu - utrzymujące się w swoim zasadniczym typie. Są to: długa i fałdzista spódnica, chusta przewieszona przez jedno ramię i "ozdobność" będąca wynikiem zamiłowania do błyskotek i jaskrawych barw"[6].
Fot. 3. Muzeum Etnograficzne w Tarnowie, w którym pokazywana jest jedyna w Polsce stała wystawa dotycząca historii i kultury Cyganów.
Na szczęście uratowały mnie "ozdobności", których miałam, nie wiedzieć czemu, nawet kilka zestawów. Czekanie na rozpoczęcie taboru dłuży się niepomiernie, więc skracam sobie czas, oglądając ekspozycję w Muzeum Etnograficznym, w którym od 1990 roku istnieje pierwsza w Polsce stała wystawa poświęcona historii i kulturze Romów. Jest skromna, ale przecież Cyganie nie pozostawili zbyt wielu artefaktów, które można by pokazywać w muzealnych gablotach. Więc najważniejsze są zdjęcia, dzięki którym ten świat niebędący udziałem większości nas możemy oglądać.
Fot. 4. Podworzec muzeum otoczony jest zabytkowym lamusem, w którego cieniu stoją wozy cygańskie.
W muzealnych salach panuje cisza, refleksja, zaduma. W recepcji kupuję wydany staraniem tarnowskiego muzeum w cyklu "Biblioteka Romska" cieniutki tomik wierszy Róża pustyni. Autorem jest Karol Parno Gierliński, polski Sinto, poeta i rzeźbiarz, kiedyś kotlarz, a za czasów Peerelu działacz opozycyjny. Niewielki tomik zawiera kilkadziesiąt wierszy, które w najbliższych dniach staną się dla mnie najważniejszą lekturą. Nie wiem jeszcze, że kilkanaście godzin później poznam autora osobiście, że będzie z cierpliwością tłumaczyć mi zawiłości cygańskich losów. Ale to jeszcze nie teraz.
Na zapleczu muzeum znajduje się obszerny podworzec. Z ciszy muzealnych sal wpadam wprost w ostatnie głośne przygotowania do wyjazdu taboru. Pośrodku płonie ognisko i gra romska kapela Alojza Pompy ze Słowacji. Podworzec otoczony jest zabytkowym lamusem, w którego cieniu stoją wozy cygańskie. Większe, mniejsze, zabudowane, z firankami w oknach i zwykłe odkryte bryczki. Wszystkie bogato zdobione. Kolorowe, malowane w smoki i ornamenty kwiatowe.
Śmiechy dzieci, rżenie koni zaprzęganych do wozów, nawoływania dorosłych, język polski miesza się z romskim. Mimo dialektycznych różnic język ów także stanowi o odrębności tej jednej z najliczniejszych mniejszości narodowych w Europie. Razem z tymi, którzy wyemigrowali za ocean, liczy ona wedle encyklopedycznych danych od 8 do 15 milionów osób.
Wozy i ognisko. Na nich skupia się uwaga wciąż napływających do muzeum gości. Przy ognisku siedzi starszyzna. Mężczyźni żywo dyskutują. Prym wiedzie najstarszy z nich Kazimierz Jaworski, wysoki, szczupły, ubrany na czarno Rom. Co roku przyjeżdża ze Szwecji, gdzie mieszka od kilkunastu lat. Jest konsulem Polonii romskiej w Helsingborgu. Ostatnio owdowiał i ten smutek widać będzie przez kilka taborowych dni. Jego otwartość, serdeczność i chęć niesienia pomocy ułatwią mi później poznanie prawdziwych opowieści o wędrownym życiu.
Kobiety siedzą trochę z boku, co ma wskazywać na ich niższą pozycję w grupie. Wbrew powszechnej opinii nie jest to oznaka braku szacunku czy dyskryminacji. To zróżnicowanie płci w obyczajowości romskiej - jak wyjaśni mi potem Parno Gierliński - wynika z odmiennych predyspozycji fizycznych kobiet i mężczyzn. Różnice te stały się z czasem podstawą romanipen (zbioru zasad) i mageripen (tabu) regulujących od wieków życie Romów. Wśród kobiet wyróżnia się starsza Romni[7] z długim, siwym, starannie zaplecionym warkoczem. Fałdzista spódnica z falbaną w kwiaty, na ramionach obowiązkowa chusta, w uszach kolczyki. Lekko wyniosła postawa, maniery zwracają uwagę. Już w drodze dowiem się, że to matka Adama Andrasza, stała uczestniczka Taboru Pamięci.
Fot. 5. Nim wyruszy tabor. Gwar, ruch, język polski miesza się z romskim...
Przy kapeli Alojza Pompy kręci się młody mężczyzna w bogato wyszywanej kamizeli. To Rajmund Siwak, asystent ds. edukacji romskiej z Krosna. Jego niezwykły talent wokalny, żywiołowość, łatwość nawiązywania kontaktu i ogromny urok osobisty sprawią, że wieczorem w obozowisku my wszyscy, Romowie i gadzie, amatorzy i zawodowi cyganolodzy, studenci, dzieci i muzykanci, staniemy się choć na chwilę jedną taborową rodziną.
Zbliża się dziesiąta rano. Słońce coraz mocniej przypieka. Zapowiada się jeden z tych bardziej upalnych lipcowych dni. Tabor Pamięci jest ważnym w Tarnowie wydarzeniem kulturalnym, więc rozpoczynających kilkudniową wędrówkę śladami romskiej pamięci żegnają włodarze miasta. Jest także ksiądz Stanisław Opocki, krajowy duszpasterz Romów.
Obecność kapłana zdaje się przeczyć stereotypowemu wizerunkowi Cygana, niewierzącego w Boga, a przynajmniej niepraktykującego, czego dowodem zachowane powiedzenia "Tak mi się chce jak cyganowi modlić" czy "Mieć pilno jak cygan do spowiedzi" w znaczeniu "nie spieszyć się"[8].
Także z cyganologicznej literatury wyłania się bardzo interesujący, choć wcale nie jednoznaczny obraz romskiej religijności. Pierwsi badacze ich kultury mówili, że to lud jeśli nie zupełnie areligijny, to nieposiadający jakichś własnych głębszych wierzeń, raczej dostosowujący się do religii społeczności, z którą ma najczęściej kontakt. Dopiero wnikliwsze badania dziewiętnastowieczne i późniejsze pozwoliły stwierdzić, że kultura Cyganów przesiąknięta jest magiczno-religijnymi praktykami ze szczególnie silnym kultem zmarłych czy wiarą w duszę. Ta właśnie obecność sacrum w kulturze Romów, połączona z umiejętnością adaptacji do wyznania dominującego w kraju, w którym przebywają, sprawiła, że Cyganie nie padli ofiarą nietolerancji religijnej tak powszechnej w czasach, kiedy pojawili się na drogach Europy. W Polsce Romowie są w większości katolikami. Ci, którzy przybyli ze wschodu, z Rosji i Mołdawii, wyznają prawosławie, Cyganie bałkańscy to obok prawosławnych także wyznawcy islamu. W zachodniej Europie bywa, że wielu jest nie tylko katolikami, ale i protestantami.
- Cygańska pobożność wypływa z ich prostoty, wrażliwości i tego ogromnego ładunku mistycyzmu, jaki zawiera się we wschodniej duszy. Może nie zawsze jest to wiara do końca dogmatyczna czy dojrzała w świetle katechizmu, ale na pewno niezwykle żarliwa - wyjaśnia w wywiadzie dla "Przewodnika Katolickiego" ks. Stanisław Opocki[9].
Pojawienie się na podworcu muzeum lokalnych oficjeli i dyrektora Adama Bartosza z mikrofonem w rękach większość publiczności przyjmuje z wyraźną ulgą. Dobiegł końca czas wyczekiwania.
- Witamy tutaj wszystkich bardzo serdecznie na tym naszym muzealnym taborze - donośnym głosem obwieszcza Adam Bartosz. - Towarzyszą naszemu pożegnaniu nasi protektorzy i nasi sponsorzy...
A potem mikrofon przejmuje ks. Opocki. Romowie wyraźnie czekają na ten moment.
- Drodzy Pielgrzymi, na drogę pokoju i pomyślności niech was kieruje wszechmogący, miłosierny Pan. Rafał Archanioł niech wam towarzyszy, byście w pokoju i zdrowiu z radością powrócili do swych domów. Niech będzie ten błogosławiony czas czasem przemyślenia i duchowego odrodzenia.
Potem następuje krótka modlitwa i obyczajem romskim toast z życzeniami na drogę.
- Za szczęśliwy wyjazd i powrót taboru - mówi, pierwszy unosząc kieliszek, Marian Zalewski, wójt Szczurowej, gdzie tabor rozbije główne obozowisko.
Fot. 6. "Za szczęśliwy wyjazd i powrót taboru".
- Za pamięć, tradycję i za to, że Państwo jesteście - dodaje Dorota Skrzyniarz, ówczesna wiceprezydent Tarnowa.
- Niech się szczęści.
- Wracajcie szczęśliwie.
Głosy mieszają się, każdy dorzuca swoje życzenia.
Mija część oficjalna, teraz trzeba szybko znaleźć miejsce w jednym z czterech zabytkowych wozów. Nie jest łatwo, bo wszyscy chcą zasmakować podróży konnym zaprzęgiem. Po kilku godzinach jazdy chętnych na miejsca w wozach, bez miękkich resorów i specjalnych wygód, nie będzie już tak dużo.
Rozśpiewany tabor opuszcza Tarnów. Kieruje się na północ, w stronę Żabna, miasteczka oddalonego o jakieś dwadzieścia kilometrów. Samochodem tę trasę można pokonać w kilkanaście minut, wozy konne potrzebują nawet dwóch godzin. Nieprzywykłe do chodzenia w zaprzęgu konie i coraz większy skwar wymuszają częste postoje, a gdy droga zaczyna się wznosić, część pasażerów musi opuścić wozy.
Fot. 7. Tabor Pamięci Romów wyrusza z Tarnowa.
- Dla wędrownego Roma wóz był bardzo ważny, bo oznaczał samodzielność - wyjaśni mi już po dotarciu do obozowiska Parno Gierliński. - Każdy więc Rom prędzej czy później zdobywał ten swój wóz, swoje konie czy konia, w zależności od wielkości wozu i zasobności portfela. Najbardziej typowe były wozy o lekkiej konstrukcji, tzw. ostrowskie, bardzo estetyczne, były też wozy szamotulskie, od miejsca ich produkcji w Szamotułach w Wielkopolsce, w których przede wszystkim dbało się o szczegół, detal, takie elementy, jak złocone gwoździe i inne bogate ozdoby wykonywane na specjalne zamówienie. Zdarzały się, choć rzadko, duże, ciężkie wozy na cztery konie.
Spośród czterech głównych szczepów cygańskich mieszkających w Polsce trzy, choć w różnych okresach i z różnym natężeniem, były szczepami wędrującymi. Najwcześniej, już w wieku XV i XVI, przybyli na ziemie polskie Cyganie należący do grupy Polska Roma, nazwani przez cyganologa Ficowskiego Cyganami nizinnymi. Koczowniczy tryb życia prowadzili pochodzący z terenów Rumunii i Mołdawii Kełderasze, "wyjątkowo ruchliwi i przedsiębiorczy"[10], uprawiający tradycyjne rzemiosła cygańskie, przede wszystkim kotlarstwo. Mieli ciężkie wozy przypominające te cyrkowe, które służyły im jako swoiste mieszkania w miejscach dłuższych postojów, czasem przewożone ciągnikiem czy pociągiem. Do wędrówki używali wozów lżejszych, ciągniętych przez konie. Podobnie podróżowali po Polsce bliscy Kełderaszom Lowarzy, wywodzący się najprawdopodobniej z terenów Węgier, oraz Cyganie ze wschodu, Chaładytka Roma. Z rzadka przemieszczali się natomiast prowadzący od wieków zdecydowanie osiadły tryb życia polscy Cyganie wyżynni zwani Cyganami karpackimi lub Bergitka Roma. Wędrowała także - niewielka na terenach polskich - Sinti, pokrewna Romom grupa przybyła z Niemiec, związana wcześniej także z terenami dawnego zaboru pruskiego czy tzw. Ziemiami Odzyskanymi przyłączonymi do Polski w 1945 roku.
- Ja nie miałem rodzinnego wozu - mówi Sinto Karol Gierliński. - Miałem swój wóz. Najpierw lekki, typu ostrowskiego, które produkowane były w Ostrowie Wielkopolskim, a później, ze względu na to, że mój wujek pracował w cyrku, kupiłem sobie duży wóz cyrkowy. Mój wóz przypominał trochę mieszkanie - kawalerkę, no może tylko ciut bardziej egzotycznie urządzoną. Czasem było w nim bardzo tłoczno, a czasem byłem tylko ja. Miałem też konia, ale bardziej był on do ozdoby, bo gdy chciałem się przemieszczać, to przeważnie wynajmowałem traktor. Jeździłem do 1968 roku. Udawało się, ale już po wojnie dochodziły do nas sygnały o przymusowym osiedleniu. Mieliśmy kontakty z Romami z Czechosłowacji i ze Związku Radzieckiego, gdzie ten nakaz wprowadzono wcześniej i bardziej rygorystycznie. W Czechosłowacji krnąbrnych zamykano w obozach pracy. Pierwszym takim sygnałem był dekret z 1952 roku.
* * *
Sobota 24 maja 1952 roku miała się stać dla polskiej społeczności Romów datą przełomową. Niewiele się działo tego dnia. Kroniki odnotowały jedynie pierwsze posiedzenie prezydium powołanej dekretem prezydenta Bolesława Bieruta Polskiej Akademii Nauk, która kończyła działalność istniejącej od lat 70. XIX wieku Polskiej Akademii Umiejętności. Jednak tego dnia zebrało się także pod przewodnictwem premiera Józefa Cyrankiewicza Prezydium Rządu. W jego skład wchodzili Władysław Gomułka, Antoni Korzycki, Aleksander Zawadzki, Hilary Minc, Hilary Chełchowski i Stefan Jędrychowski. Głosowano kilkadziesiąt uchwał regulujących najrozmaitsze aspekty życia Polaków. Uchwałą nr 438 określono liczbę członków prezydiów wojewódzkich rad narodowych, podpisano uchwałę w sprawie gospodarki makulaturą, uposażenia przewodniczących, zastępców przewodniczących i sekretarzy prezydiów rad narodowych oraz w sprawie premiowania pracowników "wykonawstwa budowlanego za terminowe oddanie obiektów do użytku". Uchwała nr 441 określała powierzchnię lokalów biurowych, a nosząca numer 424 powoływała Radę Czytelnictwa i Książki[11].
Tego dnia Prezydium Rządu podjęło też uchwałę mającą, mimo postępowego brzmienia, radykalnie zmienić wielowiekową tradycję i kulturowe przyzwyczajenia tysięcy polskich Romów.
Fot. 8. Fragment uchwały nr 452 z 1952 roku "W sprawie pomocy ludności cygańskiej przy przechodzeniu na osiadły tryb życia".
Uchwała nr 452 - "W sprawie pomocy ludności cygańskiej przy przechodzeniu na osiadły tryb życia" - miała na celu "stworzenie jej odpowiednich warunków rozwoju społecznego, gospodarczego i kulturalnego oraz udziału w realizacji państwowych zadań gospodarczych". Zobowiązywała prezydia rad narodowych wszystkich szczebli, aby "na terenach, gdzie przebywają Cyganie, [rozwinęły] szeroką akcję wychowawczego działania na ludność cygańską w kierunku porzucenia przez nią koczowniczego trybu życia, a przejścia na tory produktywnego życia osiadłego".
W tych działaniach wspomagać je miały poszczególne ministerstwa. Ministerstwo Oświaty miało zapewnić dzieciom cygańskim dostęp do szkół i organizowanie "dla biedniejszych spośród nich materialnej pomocy w postaci książek i innych pomocy szkolnych, odzieży i obuwia", a także objęcie "nauczaniem wszystkich analfabetów wśród ludności cygańskiej". Ministerstwu Zdrowia nakazano prowadzenie działalności w "zakresie podniesienia stanu zdrowotnego i sanitarnego wśród ludności cygańskiej". Do zadań Ministerstwa Kultury i Sztuki należało otoczenie "opieką twórczości artystycznej i muzycznej, w szczególności przez kierowanie utalentowanej młodzieży cygańskiej do właściwych szkół artystycznych". Ministerstwo Państwowych Gospodarstw Rolnych zobowiązano do "przyjścia z pomocą ludności cygańskiej przy jej osiedlaniu się w majątkach PGR (pomoc w zakresie urządzenia domowego oraz inwentarza żywego)". Ministerstwo Przemysłu Drobnego i Rzemiosła miało dodatkowo udzielić pomocy "w postaci narzędzi pracy, warsztatów przy zakładaniu spółdzielni wytwórczych (np. kotlarskich i innych - zwłaszcza na wsi)". Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej miało zadbać o otoczenie "opieką niezdolnych do pracy i potrzebujących opieki lub pomocy". I wreszcie Ministerstwo Rolnictwa, które zostało zobligowane do "uruchomienia ulgowych kredytów dla osiedlającej się ludności cygańskiej na indywidualnych gospodarstwach rolnych, na zakup żywego i martwego inwentarza oraz w zakresie rolniczego przeszkolenia tej ludności"[12].
Z początkiem czerwca tekst uchwały i instrukcje dotyczące jej wykonania docierają do prezydiów wojewódzkich rad narodowych. Dwudziestego drugiego i dwudziestego trzeciego września Milicja Obywatelska przeprowadza tzw. Akcję "C" mającą na celu zewidencjonowanie wędrujących Cyganów. Jej wyniki trudno było uznać za zadowalające. Wedle szacunkowych danych pod koniec 1949 roku mieszkało w Polsce blisko 30 tysięcy Romów. Liczba zatrzymanych w wyniku wrześniowej akcji w 140 taborach nie była imponująca. Wynosiła niewiele ponad cztery tysiące obywateli. Blisko pięć tysięcy doliczono w trakcie kontrolowania Romów osiadłych. Wszystkich spisano, sfotografowano, pobrano odciski palców, wszystkim wydano odpowiednie dokumenty. Niemająca precedensu, zwłaszcza w kontekście innych mniejszości narodowych czy etnicznych, akcja ewidencjonowania prowadzona była na specjalnych kartach DPA-1 aż do późnych lat 70[13].
Deklarowana daleko idąca pomoc państwa dla ludności cygańskiej pozostała głównie na papierze, chociaż w wielu miejscowościach rzeczywiście powstają stowarzyszenia kulturalno-oświatowe lub wspomagane państwowymi środkami zespoły artystyczne, m.in. zaczynająca swą karierę w Krakowie "Roma" czy działający wcześniej jeszcze w Lublinie jej poprzednik - Zespół Pieśni i Tańca Cyganów Mołdawskich Lacego Michaja. Udaje się założyć spółdzielnie produkcyjne, przeważnie kotlarskie, lecz działają one ze zmiennym szczęściem. Niektóre rodziny otrzymują mieszkania czy wolnostojące baraki. Rodzice rezygnujący z koczowniczego trybu życia zaczynają posyłać dzieci do szkół, ale to zaledwie garstka. Próba dekretowego wtłoczenia tak odmiennej kulturowo i obyczajowo społeczności w ramy administracyjno-prawne socjalistycznego państwa idzie opornie.
* * *
Lipcowe słońce coraz bardziej doskwiera. Minęło już południe, a powietrze staje się coraz cięższe. Do Żabna docierają pierwsi taborowicze. Najwcześniej ci zmotoryzowani. Na prowizoryczny parking przed miejscowym cmentarzem podjeżdża autokar grupy ze Stowarzyszenia Romów Zachodniopomorskich "Terne Cierchenia" ze Świnoujścia. Przyjechali dzięki wsparciu władz wojewódzkich ze Szczecina w ramach realizacji "Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce". Są już także studenci z Krakowa, fascynaci romskiej kultury. Czekamy na pozostałych. Jeden ze starszych Romów zaczyna snuć mrożące krew w żyłach opowieści z życia taboru podczas II wojny światowej. Opowiada o dramatycznych ucieczkach przed wojskami niemieckimi i sowieckimi. Relacja, choć raczej niewiele ma wspólnego z osobistym doświadczeniem, dobrze wpisuje się w klimat mającej się niedługo rozpocząć uroczystości oddania hołdu kilkudziesięciu pomordowanym tutaj przez nazistów Romom.
Fot. 9. Tabor Pamięci Romów w drodze...
W oczekiwaniu na wozy konne ruszam w stronę centrum Żabna. Choć to środek dnia, na rynku nie ma żywej duszy. Wypielęgnowane trawniki, schludnie ułożony chodnik. W słonecznym blasku odbija się jeszcze wyraźniej biel odnowionej fasady kościoła i sąsiadującego z nim ratusza. Sprawiają miłe wrażenie. Obchodzę rynek dookoła, mijam kilka sklepów z niezachęcającymi wystawami. Schodzę do mieszczącej się w piwnicach jednej z kamieniczek kawiarni, a może baru. Wystrój przypomina przełom końca Peerelu i lat 90., ale wisząca na ścianie "plazma" ma świadczyć o tym, że żyjemy już w innej epoce. Siedzę chwilę przy stoliku, rozkoszując się naturalnym chłodem pomieszczenia, nie za długo jednak, by nie przegapić taborowych wozów.
Wychodzę. Cisza, nawet zmęczone upałem ptaki nie śpiewają. Nagle zza zakrętu wyłania się wzbijający tumany kurzu samochód, potem drugi. Nie zatrzymują się, przejeżdżają. Obok przechodzi młoda kobieta. Prowadzi kilkuletnią dziewczynkę w kolorowym kapelusiku.
Oglądam się. Widzę mężczyznę zmierzającego lekko chwiejnym krokiem do baru w piwnicach.
Zawracam w kierunku kościoła, przed którym rośnie zasadzony osiemdziesiąt lat wcześniej dąb wolności. Ma wspaniałe, rozłożyste konary.
Siadam w jego cieniu. Wyciągam z torby tomik wierszy Parno. Czytam. Wiersz jest krótki, ma tylko cztery wersy.
Matko, jeżeli rodzisz syna
Naucz się nosić czerń żałobną.
Jeszcze nie weszła ta godzina
Jeszcze wydarzy się niejedno[14].
Mimo upału robi mi się zimno. Wstaję i kieruję się w stronę cmentarza. Po drodze mijają mnie kolorowe taborowe wozy. Znajomy woźnica zauważa mnie i macha przyjaźnie ręką. Idę na spotkanie z przeszłością.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[3] Pisze o tym Jerzy Ficowski w Cyganie na polskich drogach, WL 1965.
[4] Cytat za: J. Ficowski, Cyganie na polskich drogach.
[5] Wszystkie cytowane dokumenty, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą z zasobów archiwalnych IPN-u. Sygnatury zostały zamieszczone w bibliografii.
[6] J. Ficowski, op. cit., s. 148-149.
[7] W książce dla określenia kobiety romskiej będę używać żeńskiej formy słowa Rom - Romni, Romowie - Romnie, jako właściwszej, mniej dyskryminującej, zaproponowanej przez E. Jakimik i K. Parno Gierlińskiego w artykule Kobieta w środowisku romskim, Związek Romów Polskich, Szczecinek 2009, http://www.romowie.com/instytut/io2009_gierlinski_jakimik.pdf, s. 24-25.
[8] Analizę funkcjonowania słowa "cygan" w języku polskim - w przysłowiach, powiedzeniach, gwarach, literaturze etc. - przedstawia Renata Dźwigoł w eseju Stereotyp Cygana w języku polskim [w:] Romowie w Polsce. Historia, prawo, kultura, pod red. P. Borka, Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej, Kraków 2007.
[9] M. Gryczyński, Ł. Kaźmierczak, Cygan schodzi z konia - http://www.przewodnik-katolicki.com.pl/nr/spoleczenstwo/cygan_schodzi_z_konia.html - dostęp z 10 października 2014.
[10] J. Ficowski, op. cit., s. 136.
[11] http://e-prawnik.pl/wiadomosci/informacje/1952/05/24/ - dostęp z 30 czerwca 2013.
[12] http://tnn.pl/Po%C5%BCegnanie_Taboru_-_ostatni_Cyganie_na_Lubelszczy%C5%BAnie,2160.html - dostęp z 30 czerwca 2013.
[13] Łukasz Kwadrans Edukacja Romów. Studium porównawcze na przykładzie Czech, Polski i Słowacji, Wrocław-Wałbrzych 2008, s. 170.
[14] K. Parno Gierliński, Róża pustyni, Muzeum Okręgowe Tarnów 2012, s. 20.
"Bez żadnej kultury..."
"Gdy miałam 13 lat, a było to przed wojną - pisze w 1963 roku do redakcji "Tygodnika Kulturalnego" Janina P. z województwa wrocławskiego - najgorsze dla mnie było zostać samej w domu. Bałam się, że przyjdą Cyganie albo jakiś głupi, albo dziad. Niektóre plagi zginęły. Dziś głupi nie wałęsają się po wsiach, a dziadów nie ma. Ale są Cyganie. Moje dzieci nie widziały głupich ani dziadów, ale poznały Cyganów. Boją się ich nie tylko dzieci, ale również starsze kobiety". A "ich klątwom i groźbom ulegają nawet mężczyźni" - dodaje do zamieszczonego listu w swoim artykule Daleko będzie cię widać ówczesny redaktor "Tygodnika" Marian Mikołajczyk.
Rok później odbyła się akcja tzw. przyspieszonej paszportyzacji polskich Romów, która de facto była - nienazywanym oficjalnie - zakazem cygańskiego taborowania. Strach przed wędrującymi Cyganami podkręcały także realizujące politykę partii i rządu media, m.in. cytując mniej lub bardziej prawdziwe wypowiedzi zwykłych obywateli. Wtedy wydawało się, że wystarczy Cyganów osiedlić i zatrudnić, a problem z wymykającą się wszelkim nakazom i zakazom etniczną grupą zostanie rozwiązany. Cyganie wprzęgnięci w rytm socjalistycznego państwa porzucą swoje niezrozumiałe obyczaje, zerwą z koczowniczą tradycją, wystarczy tylko zmusić ich - jak sugerowała cytowana w zachowanych dokumentach MSW ludność województwa koszalińskiego - "do pracy drogą ograniczenia ich włóczęgostwa".
W 2014 roku na internetowym forum zwykły obywatel podpisujący się "krakus" nie domaga się już zmuszania Cyganów drogą urzędową do pracy, ale żąda, by "deportować tych ludzi, jak najdalej bo są zwykłymi pasożytami, bez żadnej kultury, najlepiej na wschodnią ukrainę (taka pisownia w oryginale - przyp. J.D.) niech tam pokażą jakie z nich kozaki (...) Tak właśnie wygląda ta tolerancja, że mniejszość jakiś obartusów (tak w oryginale, chodzi zapewne o obdartusów - przyp. J.D.) chodzi większości normalnych ludzi po głowie. Trzeba temu powiedzieć Koniec!!!"[1], a "Caprio", internauta z tarnowskiego, wtóruje mu, pisząc: "Prawda jest taka, że wszyscy ich nienawidzą. (...) Cyganie żyją własnym życiem, są osobną strukturą, która nas postrzega jako "gadziów" - obcych, nigdy nam nie zaufają, nigdy nie powiedzą prawdy"[2].
Pierwszy wpis, proponujący radykalne pozbycie się społeczności romskiej, pojawił się po serii polsko-romskich konfliktów w Małopolsce w 2013 i 2014 roku, drugi pochodzi z dyskusji, jaka na jednym z lokalnych portali wywiązała się po pojawieniu się na ścianie tarnowskiego domu, w ramach artystycznego projektu dedykowanego Romom, muralu cygańskiego, który odwoływał się do symboli związanych z życiem wędrowców.
Chociaż głosy tych zwykłych obywateli dzieli ponad pół wieku, brzmią podobnie. A przecież tabory - poza wyjątkowym muzealnym Taborem Pamięci budującym moją, naszą pamięć o romskiej przeszłości - już nie wędrują. Romowie, choć ich dzisiejszej mobilności sprzyja brak granic unijnej Europy, zazwyczaj prowadzą osiadły tryb życia. Jedni wciąż na marginesie, w swoistej cywilizacyjnej zapaści w "gettach" mało- lub wielkomiejskich, inni w sposób nieróżniący się od życia większości za ścianą mojego czy twojego mieszkania lub domu.
Jednak w postrzeganiu Cygana/Roma niewiele się zmieniło. Wiedza o ich bogatej kulturze i złożonej historii jest dziś o wiele powszechniejsza, ale "wrogość", tłumaczona najczęściej niechęcią owej mniejszości do jakichkolwiek zmian, pozostała.
Oczywiste jest też, choć nie powszechnie, że ta zmiana, przebudowa myślenia powinna dotyczyć nie tylko społeczności Romów.
Ostatni tabor to reportażowo-dokumentalna opowieść przede wszystkim o walce peerelowskiego systemu z polskimi nomadami, ale to także wydobywanie z własnej pamięci okruchów, które bardziej, niż sądziłam, budują wspólny, a nie oddzielny nasz świat.
Jolanta Drużyńska
[1] http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/krakow/maszkowice-romowie-zaatakowali-orszak-weselny/ - dostęp z 20 grudnia 2014.
[2] http://www.tarnow.net.pl/index.php?pokaz=wiadomosc&id=14960 - dostęp z 20 grudnia 2014.