Rozdział II
Pułkownik Zane, twardy, rosły pionier o przystojnej, ogorzałej twarzy, siedział, słuchając dramatycznej opowieści swego starego znajomego. Po jej zakończeniu łagodny uśmiech zalśnił w jego ciemnych oczach.
- No, no, Sheppard, ta przygoda na pewno mocno cię poruszyła - powiedział. - Mogłaby być jeszcze ciekawsza, i niewątpliwie byłaby, gdybym nie wysłał Wetzela i Jonathana, żeby mieli na was oko.
- Wysłałeś? Jakim cudem wiedziałeś, że jestem na pograniczu? Zależało mi, żeby sprawić ci niespodziankę.
- Moi indiańscy gońcy opuszczają Fort Pitt przed wszystkimi podróżnymi i dostarczają mi o nich wieści.
- Pamiętam Indianina wyglądającego na chyżego, który zdawał się zasięgać o nas języka, kiedyśmy przybyli do Fort Pitt. Żałuję, że przy wyborze przewodnika nie kierowałem się radą handlarza futer. Bardzo mi się jednak śpieszyło, a nie stać mnie było na wynajęcie tratwy czy łodzi, którą moglibyśmy przypłynąć rzeką. Mój bratanek przywiózł sporo złota, a ja cały mój doczesny majątek.
- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - odparł pułkownik Zane wesoło. - Musimy jednak dziękować Opatrzności, że Wetzel i Jonathan przybyli we właściwej chwili.
- Rzeczywiście. Nigdy nie zapomnę tych groźnych Indian. Jak nagle przepadli w ciemnościach! Ciekawe, czy Wetzel ich ścigał. Zniknął w nocy i więcej go nie widzieliśmy. Nawet nie mogliśmy dobrze mu się przyjrzeć. Nie jestem pewny, czybym go teraz rozpoznał, co najwyżej po wielkim wzroście.
- Wyprzedzał Jonathana na szlaku. To zachowanie typowe dla Wetzela. W czasach zagrożenia rzadko się go widzi, ale zawsze jest w pobliżu. Chodźmy jednak na zewnątrz i rozejrzymy się trochę. Właśnie kończymy stawianie chaty, która się wam przyda.
Wyszli i ruszyli w cieniu sosen i klonów17. Kręta ścieżka schodziła łagodnym zboczem. Na stoku wzgórza, pod rozłożystym drzewem, ciżba brodatych osadników, odzianych w sprane stroje z jeleniej skóry i czapki18 o białych otokach z futra szopa, wznosiła chatę z bali.
- Życie tutaj, na pograniczu, jest ciężkie i trudne, ale też hartuje ducha - rzekł pułkownik Zane. - Mówię ci, George, przybyłeś na Zachód pomimo siwych włosów i ładnej córki, ponieważ chciałeś żyć wśród ludzi dokonujących czegoś.
- Pułkowniku, nie zaprzeczę, że wciąż płynie we mnie gorąca krew - odparł Sheppard - ale do Fort Henry przybyłem po ziemię. Mój stary dom w Williamsburgu19 popadł w ruinę, podobnie jak majątki mojej rodziny. Sprowadziłem tu córkę i bratanka, bo chciałem, żeby zapuścili korzenie w nowej glebie.
- No, George, bardzo jesteśmy radzi, że cię tu mamy. Gdzie są twoi synowie? Pamiętam ich, choć upłynęło długich szesnaście lat, odkąd opuściłem20 stary Williamsburg.
- Zginęli. Rewolucja zabrała mi synów. Z rodziny została mi tylko Helen.
- No, no, współczuję ci. Niepodległość kosztowała was, kolonistów, równie dużo, co wolność na pograniczu nas, pionierów. Dobrze, stary przyjacielu, zapomnij o przeszłości. Zaczynasz tutaj nowe życie i da ci ono wiele. Popatrz, jak wznosi się chata, która wkrótce zostanie twoim domem.
Oczy Shepparda spoczęły na krzepkich osadnikach i szybko kurczącej się stercie pni dębu białego21.
- Hej, łap! - zawołał kierujący budową muskularny mężczyzna.
Tuzin krzepkich rąk obniżył się po dobrze ociosaną belkę.
- Hej, łap! - ryknął raz jeszcze mężczyzna.
- Widzisz, jak idzie? - zapytał pułkownik. - Jutro wieczorem chata osłoni cię przed deszczem.
Schodzili piaszczystą dróżką mającą z prawej strony rozległą zieloną polanę, a z lewej rząd kasztanowców22 i klonów, forpoczty rosnącej za nimi gęstej puszczy.
- Twój dom jest w doskonałym miejscu - zauważył Sheppard, wskazując dobrze utrzymane pole wspinające się na stok wzgórza, przejrzysty, szemrzący potok spadający po kamieniach do małego, okolonego trawą stawu, skąd woda połówkami wydrążonych pni doprowadzana była do małej szopy23.
- Tak, ale już po raz czwarty stawiam chatę na tej ziemi - odparł pułkownik.
- Jak to?
- Indianie są skorzy do palenia.
Sheppard roześmiał się z odpowiedzi pioniera.
- Nietrudno pojąć, pułkowniku, dlaczego Fort Henry stoi od tylu lat, skoro ty w nim dowodzisz. Twoja chata ma na pewno najlepsze położenie w osadzie. Co za widoki!
Z chaty pułkownika Zane'a, stojącej wysoko na urwisku górującym nad majestatycznym, powoli płynącym Ohio, roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na malowniczą dolinę. Wzrok Shepparda spoczął najpierw na zarysie wielkiego, śmiałego i poczerniałego fortu, spoglądającego opiekuńczo na otaczające go chaty z bali; następnie przesunął się po szerokich wodach rzeki z jej zieleniejącymi się wysepkami, złocistymi piaszczystymi łachami i porośniętymi wierzbami brzegami, i dalej po rozległych pastwiskach pokrytych falującą trawą, przechodzących w zieloną puszczę, która wznosiła się łagodnymi wzgórzami, zanim nie ginęła w niewyraźnej purpurze odległych gór.
- Szesnaście lat temu wyszedłem z gęstwiny na tamten wysoki brzeg i ujrzałem tę dolinę. Jej piękno wywarło na mnie wielkie wrażenie, ale jeszcze większe jej wspaniałe możliwości.
- Byłeś sam?
- Tylko z psem. Przede mną nad Ohio przybyło już trochę białych ludzi, ale ja pierwszy zobaczyłem z urwiska tę niezwykłą dolinę. Teraz zaś, George, pozwolę ci zająć sto akrów24 dobrze wykarczowanej ziemi. Gleba jest tak żyzna, że może dawać w jeden rok dwa plony. Trochę żywego inwentarza, ręce skore do pracy i wkrótce będziesz bardzo zajętym człowiekiem.
- Nie liczyłem na tak wiele; nie stać mnie na zapłacenie ci za całą tę ziemię.
- Pomówimy o zapłacie, kiedy farma przyniesie dochód. Czy twój młody bratanek jest silny i robotny?
- Jest, ma też dość pieniędzy na kupno dużej farmy.
- Niech trzyma pieniądze i postawi wygodny dom dla jakiejś dobrej dziewuszki. Tutaj wcześnie żenimy naszą młodzież. A twoja córka, George, czy nadaje się do ciężkiego życia na pograniczu?
- Helen da sobie radę.
- Lwia część obowiązków pionierów spada na nasze kobiety. Niech Bóg je błogosławi, bo jakże heroiczne muszą być! Życie tutaj jest ciężkie dla mężczyzn, a co dopiero dla kobiet. Potrzebujemy dziewcząt, które urodzą silnych mężczyzn. Mimo to zawsze ze smutkiem patrzę na panny przybywające na tę rubież.
- Myślę, że Helen wiedziała, co ją tu czeka, i nie zżymała się na to - powiedział Sheppard, trochę zdziwiony słowami pułkownika.
- Nikt nie wie, dopóki nie zamieszka na pograniczu. No, ale na razie tylko cię zniechęcam - rzucił pułkownik Zane. - O! A oto panna Helen i moja siostra.
Przystojna twarz pułkownika utraciła swą surowość, rozjaśniając się uśmiechem.
- Mam nadzieję, że po długiej jeździe dobrze odpoczęłaś - zwrócił się do Helen.
- Rzadko bywam zmęczona, a miałam też zapewnione wszelkie wygody. Dziękuję panu i pańskiej siostrze - odparła dziewczyna, podając rękę pułkownikowi Zane'owi i patrząc na niego z wdzięcznością.
Siostra pułkownika była smukłą, ładną młodą kobietą o ciemnych włosach i czarnych oczach, której "dziką" urodę uwypuklało jeszcze zestawienie z jasną skórą, złotymi włosami i niebieskimi oczami jej towarzyszki.
Helen Sheppard była piękna, lecz największą uwagę pułkownika Zane'a przykuwały jej oczy. Były niespotykanie wielkie, o barwie zmieniającej się wraz z każdą myślą ich właścicielki.
- Chodźcie, wybierzemy się na spacer - niespodziewanie zaproponował pułkownik Zane i z panem Sheppardem ruszył za dziewczętami w dół ścieżki. Zaprowadził ich do fortu, pokazał długie pomieszczenie z małymi kwadratowymi otworami wyciętymi w ociosanych belkach, wieloma dziurkami od kul, osmolonymi ogniem ścianami i masą ciemnych plam, straszliwych świadków cierpień i bohaterstwa, będących ceną obrony tej niezgrabnej budowli.
Ochoczo wypytywany przez Helen, pułkownik Zane uległ swej słabości - gawędziarstwu - i opowiedział o ostatnim oblężeniu25 Fort Henry; o tym, jak renegat Girty26 wraz z setkami Indian i żołnierzy brytyjskich napadł na osadę, jak przez trzy dni wśród świszczących kul i strzał zapalających, pośród wrzeszczących demonów, pożarów i następujących jeden po drugim ataków, dzielni obrońcy stali na swych posterunkach, woląc zginąć, niż się poddać.
- Wspaniale! - sapnęła Helen, a jej oczy zabłysły. - To wtedy Betty Zane pobiegła z prochem27? Och, słyszałam o tym!
- O tym niech opowie moja siostra - powiedział pułkownik z uśmiechem.
- Ty? To byłaś ty? - I oczy Helen zalśniły mocniej blaskiem umiłowania wielkich czynów.
- Potem moja siostra wyszła za mąż i owdowiała - dodał pułkownik Zane, widząc zdumienie rysujące się na obliczu Helen. Dziewczyna wpatrywała się w spokojną, smutną twarz Betty i zdawała się zastanawiać, jak to możliwe, że owa cicha kobieta jest nieustraszoną i sławną Elizabeth Zane.
Ręka Helen porywczo, acz łagodnie zacisnęła się na dłoni Betty. Ten wypływający z dziewczęcego współczucia gest zrodził gorącą przyjaźń.
- Wyobrażam sobie, że wiele się tu dzieje - wtrącił pan Sheppard z nadzieją, że pułkownik Zane opowie coś więcej.
Pułkownik uśmiechnął się posępnie.
- Każdy rok owych piętnastu lat na pograniczu był krwawy. Oblężenia28 Fort Henry i klęska Crawforda29, największe wydarzenia, do jakich tutaj doszło, przeszły już do historii; oczywiście wiecie o nich. Jednakże niezliczone napaści Indian, porywanie kobiet przez renegatów, mordowanie farmerów, cała ta niekończąca się wojna, prowadzona na terenach wzdłuż rzeki, to sprawy znane tylko pionierom. W odległości pięciu mil od Fort Henry mogę wam pokazać miejsce, gdzie krzaki wawrzynu30 rosną trzy stopy nad ziemią na zgliszczach dwóch osad, i wiele polan, które jakiś nieszczęsny osadnik zajął i wzniósł tam chatę z bali po to jedynie, żeby zginąć w obronie żony i dzieci. Stąd w stronę Fort Pitt jest tylko jedna osada, Yellow Creek31, a większość jej mieszkańców to ludzie ocaleli z porzuconych wiosek leżących powyżej nad rzeką. Zeszłego lata mieliśmy masakrę w Wiosce Pokoju32, najczarniejszy, najbardziej nieludzki czyn, jakiego kiedykolwiek się dopuszczono. Od tej pory Simon Girty i jego krwawi czerwonoskórzy się przyczaili.
- Pewnie miałeś tu zawsze duże siły - rzucił Sheppard.
- Dostateczne, choć nigdy nie było tutaj wielu ludzi. Podczas ostatniego oblężenia miałem w forcie tylko czterdziestu, w tym kobiety i dzieci. Ale byli to ludzie potrafiący posługiwać się strzelbą, najlepsi kresowcy na pograniczu.
- Dokonujesz rozróżnienia na pionierów i kresowców? - zapytał Sheppard.
- Nie inaczej. Jestem pionierem; kresowcem zaś jest łowca Indian albo zwiadowca. Przez lata w moich chatach mieszkali Andrew Zane, Sam33 i John McCollochowie34, Bill Metzar oraz John35 i Martin Wetzelowie36, wszyscy oni już nie żyją. Żaden nie ocalił swego skalpu. Fort Henry rośnie, ma swoich pionierów, flisaków, żołnierzy, ale tylko dwóch kresowców. Jedynie Wetzel i Jonathan pozostali z tych wielkich ludzi.
- Muszą być dość starzy - wysunęła domysł Helen, nadal mająca w oczach blask rozmarzenia.
- Nie w latach, jak sądzi panna Helen. Życie tutaj postarza; niewielu pionierów dożyło podeszłego wieku, a na pewno żaden kresowiec. Wetzel ma około czterdziestu lat, a mój brat Jonathan jest jeszcze młody; obaj są jednak starzy, licząc po kresowemu.
Ochoczo, jak człowiek mający swoje ukochane tematy, pułkownik Zane opowiadał o tych dwóch bohaterach pogranicza. Szesnaście lat wcześniej, kiedy byli jeszcze chłopcami, związali swe losy z jego i przekroczyli góry wirginijskie37; Wetzel w pragnieniu poświęcenia życia zemście, a Jonathan powodowany poszukiwaniem przygód i miłością do dzikich ziem. Jakimś niesamowitym przypadkiem, dzięki przebiegłości, znajomości puszczy i odwadze, obaj przetrwali lata walk na pograniczu, które doprowadziły do kresu życia pozostałych współczesnych im zwiadowców.
Przez lata Wetzel wolał samotność od towarzystwa; przemierzał pustkowia, ścigając Indian, swych największych wrogów, i w osadach pojawiał się rzadko, co najwyżej przynosząc wieści o szykującej się napaści dzikich. Także Jonathan sporo czasu spędzał samotnie w puszczy albo na zwiadach wzdłuż rzeki. Obu kresowców połączyła jednak sympatia. Podzielane zainteresowania sprowadziły ich wspólnie na trop osławionego renegata38, a kiedy po wielu dniach cierpliwego tropienia i upartego podążania za nim wyrzutek poniósł w końcu straszliwą karę za swe krwawe czyny, ci samotni i milczący mężczyźni byli już przyjaciółmi.
Szczególne umiejętności tropiące, zaciekłość i bezlitosność mocno zbudowanego, rączego jak jeleń, nieustraszonego i niestrudzonego Wetzela w połączeniu z bystrością umysłu i rozsądkiem Jonathana sprawiły, że kresowcy ci stali się zmorą czerwonoskórych i renegatów. Każde pełne sukcesów lato powiększało ich sławę, aż wreszcie mieszkańcy osady cudowne wyczyny tych ludzi puszczy, ich siłę i wiedzę zaczęli traktować jako rzecz oczywistą.
Jakby się umówili, każdy tajemniczy czyn: od zastania na progu chaty tłustego indyka po znalezienie oskalpowanego Indianina, wypłoszonego z zasadzki w pobliżu źródła osadnika, pionierzy przypisywali Wetzelowi i Jonathanowi. Tych wniosków byli tym bardziej pewni, że kresowcy nie mówili nigdy o swoich dokonaniach. Pioniera mieszkającego na skraju osady budził niekiedy o świcie pojedynczy huk strzelby, a gdy wyjrzał, widział martwego Indianina leżącego niemal na jego progu, a w oddali, w słabej, szarej mgle - odchodzącą wysoką postać. O zmierzchu letniego wieczora, usypiając dzieci lub rozkoszując się paleniem po dniu ciężkiej pracy na roli, ten sam osadnik widywał czasem Jonathana Zane'a wynurzającego się bezszelestnie z gąszczu i przynoszącego ostrzeżenie, że musi on zabrać zagrożoną rodzinę i natychmiast uciekać do fortu. Jeśli osadnik został zamordowany, jego dzieci Indianie wzięli do niewoli, a żona uległa brutalnemu renegatowi, które to tragedie na pograniczu niestety zdarzały się często, Wetzel i Jonathan samotnie ruszali tropem sprawców. Dzięki nim wiele białych kobiet żywych i czasami nietkniętych wróciło do swych krewnych; uratowali niejedną pannę, którą spotkało pojmanie. Niemal niepoliczone są zaś kości okrutnych czerwonoskórych leżące w głębokich i posępnych lasach albo bielejące na równinach jako milczące, upiorne świadectwa surowej sprawiedliwości wymierzanej przez tych dwóch bohaterów.
- Tacy są ci moi kresowcy, panno Sheppard - zakończył pułkownik Zane. - Z naszego fortu i wszystkich chat zostałyby jedynie popioły, gdyby nie oni, nie wspominając już, co byłoby z nami, naszymi żonami i dziećmi... Bóg jeden wie.
- Czy oni mają żony i dzieci? - zapytała Helen.
- Nie - odparł pułkownik z łagodnym uśmiechem. - Takie przyjemności nie są dla kresowców.
- Dlaczego? Tacy wspaniali mężczyźni zasługują na szczęście - oświadczyła Helen.
- Są nam niezbędni - powiedział pułkownik z prostotą - a nie można być kresowcem, nie będąc wolnym jak wiatr. Wetzel i Jonathan nigdy nie mieli dziewczyn. Sądzę, że Wetzel kiedyś pokochał pewną młódkę; był jednak zabójcą Indian o rękach czerwonych od krwi. Uciszył swe serce i nadal prowadzi samotne życie. Jonathan jakby nie zdawał sobie sprawy, że kobiety istnieją po to, żeby nas, mężczyzn, oczarowywały, przynosiły radość, żeby je kochać i żenić się z nimi. Kiedyś żartowaliśmy, że jego bracia spełniają swe obowiązki na pograniczu, a wtedy wybuchnął: "Pogranicze jest moim życiem, a moją ukochaną jest Gwiazda Polarna!".
Helen rozmarzonym wzrokiem przyglądała się falom tańczącym i załamującym się na kamieniach na brzegu rzeki. Całkowicie nieświadoma potężnego wrażenia, jakie wywarła na niej opowieść pułkownika, podziwiała wspaniałość życia tych kresowców i chwałę, jaka spadnie teraz na nią, odkąd wraz z innymi znajdzie się pod ich opieką.
- Coś ci powiem, George - zagaił pułkownik Zane, gdy wrócili do chaty - ta twoja dziewczyna ma niesamowite oczy. Nie mogę zapomnieć, jak błyszczały! W moim garnizonie wywołają większe zamieszanie niż chmara czerwonoskórych.
- Chyba nie mówisz poważnie? Tutaj, na tym pustkowiu? - zapytał Sheppard, nie dowierzając.
- Mówię jak najbardziej poważnie.
- O Boże! Co za utrapienie mieliśmy z tą dziewczyną! Zwłaszcza jeden mężczyzna zamęczał nas. Bogaty i dobrze urodzony. Ale Helen nie chciała o nim słyszeć. Otumanił mnie, starego głupca! A potem ukradł wszystko, co pozostało z mojej posiadłości, i stracił przez hazard, kiedy Helen powiedziała, że prędzej umrze, niż wyjdzie za niego. To po części z tego powodu wyjechaliśmy. Fakt, oszołomionym wzrokiem wodziło za nią mnóstwo chłopców. Jest młoda i pełna życia. Liczę, że wydam ją tutaj za jakiegoś farmera i swoje dni dożyję w spokoju.
- Spokoju? Przy takich oczach? Szczerze wątpię. - Pułkownik Zane roześmiał się i poklepał przyjaciela po ramieniu. - Nie martw się, stary druhu. Nic nie poradzisz ani na to, że ma te niesamowite, mieniące się ciemnoniebieskie oczy, ani na to, że jesteś z nich dumny. Podbiły już mnie, twardego człowieka puszczy! Pomogę ci z tą uduchowioną młodą damą. Mam doświadczenie, George, nie zapominaj o tym. Najpierw miałem do czynienia z moją siostrą, Zane'ówną do szpiku kości, potem z najsłodszą i najbardziej ognistą indiańską księżniczką39, jaka stąpała kiedykolwiek w wyszywanych paciorkami mokasynach, i wreszcie z niejedną piękną, porywczą panną. Skoro mam tu władzę, to pewnie nic dziwnego w tym, że cała praca, od utrzymywania garnizonu w gotowości po rozplątywanie zawiłości miłosnych, spada na moje barki. Zdejmę z twoich tę troskę, będę się starał, żeby młodzi śmiałkowie przy ubieganiu się o względy panny Helen nie pozabijali się nawzajem. Na pewno... Hej! Przy bramie są jacyś obcy. Coś się kroi.
Zza narożnika chaty wyłoniło się z pół tuzina wyglądających na groźnych mężczyzn i stanęło przed bramą.
- To Bill Elsing i jego ludzie z Yellow Creek - powiedział pułkownik Zane, idąc w stronę grupy.
- Witaj, pułkowniku - rzucił Elsing. - Straciliśmy w drodze sześć koni. Szukamy ich.
- Do licha! Te kradzieże koni stają się niepokojące. W jakiej sprawie przyjechaliście?
- No, jakoś o świcie napotkaliśmy na wzgórzu Jonathana, na chybcika posłał nas nazad. Rzekł, że dwa konie ma w zagrodzie, a Wetzel na pewno znajdzie pozostałe.
- To dziwne - odparł zamyślony pułkownik Zane.
- Tak mi się zdaje, że Jack i Wetzel tropiom Indiańców i nie chcom, abyśmy popsuli im zabawę. Może skalpów jest nie dość dla wszystkich. No, przyjechaliśmy i dzisiaj tu zostaniemy.
- Billu, kto kradnie wszystkie te konie?
- Niech mnie diabli, jeśli wiem. Ale to musi być coś wielkiego. Wydaje mi się, że to jakiś podstępny biały chłop, wspierany przez Indiańców.
Kiedy Helen weszła z powrotem do chaty, zauważyła, że żona40 pułkownika Zane'a wygląda na zmartwioną; z jej twarzy zniknął uśmiech. Z niezwykłą u niej obojętnością odrzuciła zaproszenie do zabawy dwóch jej bystrych synów i z niepokojem wypytywała męża, czy obcy przynieśli jakieś wieści o Indianach. Zapewniona, że nic takiego nie miało miejsca, jakby odetchnęła z ulgą i wyjaśniła Helen, że tak często ogląda uzbrojonych mężczyzn zwracających się do pułkownika po radę dotyczącą niebezpiecznej misji czy wyprawy, że widok obcych wywołuje w niej niewypowiedziany lęk.
- Przywykłam do zagrożenia, ale mimo to nigdy nie zdołam zapanować nad obawami o męża i dzieci - rzekła pani Zane. - Im jestem starsza, tym bardziej strachliwa się staję. Och, dla kobiet to życie na pograniczu jest smutne! Niedawno mój brat Samuel41 został zastrzelony i oskalpowany tutaj, na brzegu rzeki. Szedł do źródła, żeby przynieść wiadro wody. Niemal w ten sam sposób straciłam drugiego brata42. W lecie codziennie jakiś mąż i ojciec pada ofiarą Indian. Pewnego dnia w ten sam sposób odejdzie mój Eb. Pogranicze upomni się o nich wszystkich.
- Bessie, nie powinnaś naszym nowym znajomym mówić o swoich obawach. A ty, Helen, nie wierz, że moja bratowa jest takim tchórzem, jak się przedstawia - powiedziała z uśmiechem siostra pułkownika.
- Betty ma rację, Bess, nie strasz jej - wtrącił pułkownik Zane. - Chyba dzisiaj za dużo gadałem. Panna Helen była jednak tak zainteresowana i tak dobrze potrafi słuchać, że nie zdołałem się powstrzymać. Niech mi będzie wolno stwierdzić jedynie, że na pewno życie pani będzie tu pełne podniet; niewiele z nich jednak wiązać się będzie z niebezpieczeństwami. Uważam, że na pewno nie zabraknie pani kłopotów, ale nie przez Indian czy wyjętych spod prawa.
Mrugnął do żony i siostry. Helen najpierw nie pojęła jego przytyku, ale potem całą jej piękną twarz objął mocny rumieniec.
Po jakimś czasie, kiedy rozpakowywała rzeczy, usłyszała stukot końskich kopyt na skalistej ścieżce. Towarzyszyły temu głosy ludzi. Podbiegła do okna i zobaczyła przy furtce grupę mężczyzn.
- Panno Sheppard, czy może pani wyjść? - zawołała od drzwi siostra pułkownika Zane'a. - Wrócił mój brat Jonathan.
Helen dołączyła do Betty i zerknęła ponad jej ramieniem.
- No, Jack, dorwał żeś jednak dwóch z nich - rozpoznała, że ten śpiewny głos należy do Elsinga.
Smukły i zwinny mężczyzna zsunął się z grzbietu jednego z koni i przekazawszy uzdę Elsingowi, odwrócił się i wszedł przez furtkę. Przywitał go tam pułkownik Zane.
- Jonathan, i jak?
- Paskudnie - padła odpowiedź, a głos mówiącego brzmiał wyraźnie i ostro.
Pułkownik Zane położył dłoń na ramieniu brata, przez chwilę stali tak, ogromnie do siebie podobni, a jednak krzepki pionier czymś różnił się bardzo od ciemnowłosego kresowca.
- Na sam widok twojej twarzy poznałem, żeśmy wpadli w tarapaty - powiedział spokojnie pułkownik. - Wierzę jednak, że tego pierwszego dnia pobytu naszych przyjaciół z Wirginii nie masz dla nich bardzo złych wieści.
- Jonathanie! - zawołała Betty, gdy ten nie odpowiedział pułkownikowi. Na jej okrzyk mężczyzna odwrócił się, a jego ciemne, opanowane oczy, czujne jak u wypatrującego jelenia, spoczęły na twarzy siostry.
- Betty, koniokrady zamordowały wczoraj starego Jake'a Lane'a, a Mabel Lane zniknęła.
- Och! - westchnęła Betty, lecz nie dodała nic więcej.
Pułkownik Zane zaklął bezgłośnie.
- Wiesz, Eb, żem próbował zatrzymać Lane'a w osadzie ze względu na Mabel. Ale on chciał pracować na farmie. Myślę, że chodziło nie tyle o kradzież koni, co o dziewczynę. Ładnych kobiet brakuje na pograniczu, jak też chyba wszędzie. Wetzel ruszył tropem, a ja żem przyjechał, bo mam poważne podejrzenia, o których powiem ino tobie.
Kresowiec ukłonił się z powagą Helen, z wrodzonym mu wdziękiem, lecz mimo to trochę niezdarnie. Lekko spłoniona dziewczyna, zmieszana spotkaniem z mężczyzną, o którym jej romantyczna wyobraźnia wysnuła już opowieść, po rzuceniu nań ukradkowego spojrzenia stanęła w progu, stanowiąc najśliczniejszy, najsłodszy obraz dziewczęcej urody, jaki kiedykolwiek widziano.
Mężczyźni weszli do chaty, ale ich głosy dobiegały wyraźnie przez drzwi.
- Eb, jeśli Bing Legget albo Girty ujrzom ino raz tę wielkookom panienkę, dorwom jom, choćby mieli spalić Fort Henry. A gdyby jom porwali, Wetzel i ja wyruszym na nasz ostatni szlak.
17 Klony (Acer) - rodzaj drzew z rodziny mydleńcowatych, w dolinie Ohio rosną głównie klony srebrzyste (Acer saccharinum), wielkie (do 40 m wysokości) drzewa, często sadzone w parkach jako ozdobne, pozyskuje się z nich cukier klonowy, a także klony czarne (Acer rubrum) i cukrowe (Acer saccharum).
18 Czapki - czapki robione ze skóry szopa pracza (łącznie z głową i ogonem), noszone pierwotnie przez Indian, przejęte przez osadników europejskich we wschodniej części Ameryki Północnej, bardzo popularne w XVIII i XIX w.; jeden z symboli pogranicza.
19 Williamsburg - miasto w USA, we wschodniej części stanu Wirginia, powstałe w 1622 r. jako osada Middle Plantation, w 1699 po pożarze Jamestown ustanowione stolicą Wirginii; zmiana nazwy na Williamsburg na cześć króla Anglii Wilhelma III.
20 Ebenezer Zane do Fort Henry przybył na stałe nie z Williamsburga, ale z okolic Moorfield, miasta we wschodniej części Wirginii Zachodniej, nastąpiło to w 1769 r. (rok wcześniej prowadził zwiad w dolinie Ohio), czyli akcja powieści toczy się około 1785.
21 Dąb biały (Quercus alba) - drzewo z rodziny bukowatych, występuje we wschodniej części Ameryki Północnej, osiąga do 30 m wysokości, o jasnoszarej korze, stąd nazwa, ma cenione drewno odporne na wilgoć i gnicie, twarde i zbite, chętnie wykorzystywane w bednarstwie i budownictwie.
22 Kasztanowce (Castanea) - rodzaj drzew z rodziny bukowatych, chodzi zapewne o kasztan amerykański (Castanea dentata), występuje głównie w dolinie Ohio, wielki (do 35 m wysokości), o jadalnych owocach i lekkim drewnie stosowanym w budownictwie i meblarstwie.
23 Szopa - w oryginale spring house (dosł. źródlany dom), nazwa szopy wznoszonej nad źródłami, studniami lub odcinkami strumieni chroniącej je przed spadającymi liśćmi czy zanieczyszczeniem przez zwierzęta i ptaki, często pełniła też funkcję chłodni, gdyż dzięki przepływającej wodzie panowała w niej w lecie niższa temperatura.
24 Akr - tradycyjna anglosaska jednostka powierzchni, którą mógł przez jeden dzień zaorać zaprzęg wołów, wynosi około 4047 m2 (0,4 ha).
25 Oblężenie - 11 września 1782 r. oddział indiański (250 wojowników z różnych plemion: Wyandotów, Szaunisów, Seneków i Delawarów) pod dowództwem Simona Girty'ego, wspierany przez 50 żołnierzy brytyjskich, przystąpił do oblężenia Fort Henry; dzięki zaciętej walce obrońców (42 osoby pod dowództwem pułkownika Davida Shepherda z milicji Ohio) fort nie został zdobyty, a oblegający po dwóch dniach wycofali się.
26 Simon Girty (1741-1818) - amerykański osadnik, z całą rodziną w 1756 r. trafił do niewoli Delawarów, został przekazany Senekom (Mingo), był wychowywany przez ich wodza, Guyasutę, i przejął kulturę indiańską, w 1764 uwolniony po wymianie jeńców, a ponieważ znał 11 języków plemion, służył u Brytyjczyków jako tłumacz, podczas wojny o niepodległość początkowo popierał Amerykanów, potem przeszedł na stronę Brytyjczyków i Indian, brał udział w wielu walkach, zyskał sławę zdrajcy i okrutnika.
27 Podczas oblężenia Fort Henry w 1782 r. obrońcom zaczęło brakować prochu, którego dostarczenia podjęła się Elizabeth Zane; pobiegła do oddalonego o ok. 40-60 m domu brata, Ebenezera Zane'a, zapakowała proch w obrus (lub fartuch) i pod ostrzałem Indian wróciła do fortu; wydarzenie to Zane Grey opisał w książce Betty Zane, pierwszej części trylogii.
28 Oblężenia - Fort Henry był oblegany dwukrotnie: 1 września 1777 r. przez około 300 Indian i 11-13 września 1782 przez 250 Indian i 50 żołnierzy brytyjskich; w obu przypadkach znacznie mniej liczebni obrońcy nie dopuścili do zdobycia warowni.
29 William Crawford (1722-1782) - amerykański wojskowy i mierniczy, współpracownik Jerzego Waszyngtona, brał udział w walkach z Indianami i Francuzami, jako geodeta wyznaczał tereny pod osadnictwo, zbudował Fort Fincastle (Wheeling), od 1776 r. jako pułkownik walczył w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, w 1782 poprowadził wyprawę przeciwko Indianom, po jej klęsce dostał się do niewoli i po torturach został spalony na stosie w odwecie za masakrę bezbronnych Indian, o którą niesłusznie go oskarżono.
30 Wawrzyn - wawrzyn prawdziwy rośnie w basenie Morza Śródziemnego, w Ameryce Północnej nazywana jest tak (ang. laurel) kalmia szerokolistna (Kalmia latifolia), krzew z rodziny wrzosowatych występujący we wschodniej części USA, o wysokości do 8 m, o pięknych różowych kwiatach, często sadzony jako roślina ozdobna; cały jest silnie trujący.
31 Yellow Creek - miasteczko we wschodniej części stanu Ohio, przy ujściu rzeki Yellow Creek do Ohio, ok. 60 km na północ od Fort Henry, założone w 1774 r.; obecnie ma ok. 2 tys. mieszkańców.
32 Masakra w Wiosce Pokoju - dokonana 8 marca 1782 r. w Gnadenhutten w stanie Ohio; milicja Pensylwanii w prowadzonej przez misjonarzy wiosce zamordowała 96 bezbronnych, nawróconych na chrześcijaństwo Indian z plemienia Lenape, w tym 29 kobiet i 39 dzieci; milicją dowodził podpułkownik David Williamson; inną (wymyśloną) wersję tej rzezi Zane Grey przedstawił w Duchu pogranicza, drugiej części trylogii.
33 Samuel McColloch (1746 lub 1752-1782) - inna wersja nazwiska to McCulloch, zwiadowca, pionier, uczestnik walk z Indianami, major milicji od 1775 r., od 1777 dowódca Fort Van Meter; w 1777 na czele oddziału 40 ludzi przybył z pomocą obleganym w Fort Henry; ścigany przez Indian wykonał sławny skok McCollocha (91 m w dół stromego stoku wzgórza); z żoną Mary nie miał dzieci, zginął z rąk Indian w 1782.
34 John McColloch (1752-1821) - brat Samuela, zwiadowca, myśliwy, major milicji od 1795 r., w lipcu 1782 wraz z bratem wpadł w zasadzkę Indian, zdołał uciec.
35 John Wetzel (1731 lub 1733-1786) - amerykański osadnik i myśliwy, kapitan milicji, pochodzenia niemieckiego, jeden z pierwszych mieszkańców Wheeling, miał farmę 14 mil dalej; z żoną, Mary Bonnett, miał siedmioro dzieci, pięciu synów (Martin, Lewis, Jacob, John, George) i dwie córki (Susan i Christinę).
36 Martin Wetzel (1757-1829) - osadnik i zwiadowca, walczył z Indianami, wziął udział w obronie Fort Henry, w 1781 r. ożenił się z Mary Coffee, miał jedenaścioro dzieci.
37 Góry wirginijskie - w zachodniej części Wirginii znajdują się pasma Gór Błękitnych i Alleghenów, będące częściami Appalachów.
38 Osławiony renegat - chodzi o Jima Girty'ego, brata Simona; pogoń za Jimem Girtym Zane Grey przedstawił w Duchu pogranicza.
39 Indiańska księżniczka - mowa o Myeerah, indiańskiej żonie Isaaca Zane, brata pułkownika; Zane Grey opisał ją w Betty Zane.
40 Żona - Elizabeth Zane (1648-1814), z domu McColloch, wyszła za Ebenezera Zane'a w 1668 r., w latach 1668-1684 miała z nim według różnych źródeł jedenaścioro lub dwanaścioro dzieci; podobno płynęła w niej indiańska krew (Indianką była jej matka lub babcia); bardzo energiczna i przedsiębiorcza, znała się na medycynie.
41 Według Josepha Doddridge'a, Notes on the Settlement and Indian Wars, Samuel McColloch, dowódca Fort Van Meter, 30 lipca 1782 wybrał się z bratem Johnem na rekonesans wzdłuż Ohio, na wzgórzu Girty's Point wpadł na zwiadowców oddziału Indian zamierzających zdobyć fort, został zastrzelony i oskalpowany, John McColloch zdołał uciec i ostrzegł obrońców warowni, a Indianie, którym nie udał się atak z zaskoczenia, wycofali się bez rozpoczęcia oblężenia.
42 Elizabeth Zane, z domu McColloch, miała czterech braci: Abrahama (1760-1839), George'a (1758-?), Samuela (1756-1782) i Johna (1752-1821), być może chodzi o George'a.