ROZDZIAŁ 1
INTERNAT
Pamiętam pierwszy raz, kiedy oberwałem, jakby to było wczoraj - mówi Borys Najfeld. - Miałem dziewięć lat i byłem już dość silny, gdy trafiłem do internatu. Umiałem się bić, ale nie potrafiłem sobie poradzić z czterema czy pięcioma większymi typami naraz. Którejś nocy napadli mnie w budynku sypialnym. Po pierwszym ciosie miałem pękniętą wargę. Po drugim leżałem na ziemi. Potem stali nade mną i kopali ile wlezie swoimi błyszczącymi buciorami.
W pierwszym tygodniu września 1957 roku Borys trafił do internatu w Homlu, przy jednej z nowych szkół w ZSRR, w której miały zamieszkiwać osierocone i zaniedbywane dzieci, jakich po wielkiej wojnie ojczyźnianej pozostały miliony. W zimnym, ciemnym internacie Borys postanowił, że nigdy nie pozwoli, by ktoś widział, jak się łamie.
Jednego się tam nauczyłem - potrafiłem siedzieć cicho, kiedy dostawałem wpierdol. Nawet kiedy mnie kopali, nigdy nie płakałem. Przez cały czas byłem skupiony, zapamiętywałem ich twarze. Leżąc w łóżku, snułem plany zemsty.
Kilkadziesiąt lat później w społeczności radziecko-żydowskich imigrantów w Nowym Jorku brutalna zemsta miała się stać specjalnością Borysa Najfelda. Do początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku wyrobił sobie renomę jednego z najbardziej przerażających speców od ściągania długów w brooklińskim półświatku.
- Ile miałeś lat, gdy zrozumiałeś, że zostaniesz gangsterem? - spytałem go podczas jednego z naszych pierwszych spotkań w Brighton Beach.
- Oczywiście nikt nie rodzi się przestępcą - powiedział mi Borys. - Człowiek się nim staje. Wszystko zależy od rodziny, możliwości, otoczenia. Kiedy się urodziłem, dwa lata po zakończeniu wojny, w ZSRR było trudno. W 1946 i 1947 trwała klęska głodu, powszechny był niedobór żywności i wielu ludzi takich jak mój ojciec robiło, co się dało, żeby przetrwać.
4 października 1947 roku, kiedy rodził się Borys, jego ojciec znajdował się prawie siedem tysięcy kilometrów na wschód - odbywał karę w sowieckim łagrze za działalność na czarnym rynku. Domem Najfeldów był Homel - średniej wielkości miasto w Republice Białoruskiej. Ojciec Borysa, Michaił, został wysłany na wyspę Sachalin na Oceanie Spokojnym, na północ od Japonii. W 1950 roku matki Borysa, Jekatieriny, nie było już w jego życiu, a on i jego brat Giennadij - starszy o zaledwie jedenaście miesięcy - trafili pod opiekę dziadków od strony ojca.
- Matka porzuciła nas, kiedy byłem malutki, miałem dopiero trzy lata - wspomina Borys.
Nigdy jej nie kochałem. Szczerze mówiąc, jestem wdzięczny tylko za jedno: że nie zrobiła sobie aborcji. Kiedy ojciec był w więzieniu, poznała innego faceta, zakochała się, wyszła ponownie za mąż i uciekła do niego, a mnie i mojego brata Gienę zostawiła w Homlu. Dziadkowie wychowali nas sami. Zawsze nazywałem babcię Mamą. Dla mnie to ona była prawdziwą matką. Dla mnie i mojego brata robiła wszystko.
Ojciec w czasie wojny służył w radzieckiej marynarce, a potem, żeby przetrwać, robił to samo, co wielu innych. Zaczął podróżować między Białorusią i Sachalinem, sprzedając z zyskiem ubrania czy zegarki. Dzisiaj to nie jest przestępstwo, tylko biznes. Ale w ZSRR to było zakazane. Nazywało się "spekulacja". Kiedy go złapali, dostał siedem lat ciężkich robót.
Brat Borysa urodził się na Sachalinie w 1946 roku tuż przed skazaniem Michaiła.
- Ojca poznałem dopiero, kiedy miałem pięć lat - mówi Borys.
Po śmierci Stalina w 1953 wielu więźniom udzielono amnestii, dlatego ojciec wyszedł z łagru na dwa lata przed końcem kary. Kiedy po raz pierwszy pojawił się w domu dziadków w Homlu, nie miałem pojęcia, co to za facet. Od razu poważnie pokłócił się z dziadkiem. Bo wiesz, moi dziadkowie żyli po żydowsku. W tamtym czasie w ZSRR to nie było łatwe. Praktykowanie judaizmu było w zasadzie zakazane. Ale dziadkowie byli dumnymi Żydami. Woleli rozmawiać ze sobą w jidysz, a nie po rosyjsku. Bardzo starali się podtrzymać tradycję.
Josef, dziadek Borysa, pracował jako zakrojszczik - ciął tkaniny w fabryce odzieży. Choć był drobny i miał łagodny głos, był też człowiekiem nieprzejednanym.
Byłem małym dzieckiem, ale bardzo wyraźnie pamiętam tamten dzień. Ojciec przychodzi, a zejda mówi mu:
- Musisz sobie znaleźć Żydówkę, żeby pomogła ci przy chłopcach. Za pierwszym razem pozwoliliśmy ci wziąć sziksę. Dała ci dwójkę dzieci, a potem je porzuciła. Znajdź teraz Żydówkę, Michaił, żeby ci pomogła wychować synów.
Dziadek widział, że ojciec nie traktuje go poważnie.
- Jeśli weźmiesz Rosjankę, możesz zapomnieć o tym domu - zagroził. - Zapomnij o mnie i o matce, idź i nie wracaj.
I co zrobił ojciec? Poleciał i zaczął się umawiać z nie-Żydówkami. A dziadek dotrzymał słowa. Tata z dnia na dzień przestał dla niego istnieć. Dziadek rozdarł ubranie i odbył sziwę - od tego momentu syn był dla niego martwy. Tata nie mógł przekroczyć progu domu. Nie mówiliśmy o nim.
Przez resztę życia Borys w zasadzie nie miał kontaktu z ojcem.
Ostatni raz widziałem ojca w 2004 roku, po tym, jak zwolnili mnie po pierwszej odsiadce w zakładzie federalnym w USA. Wybrałem się do Tiumeni na Syberii na spotkanie z kolegą, a ojciec przyjechał, żeby się ze mną zobaczyć. Dobijałem już wtedy do sześćdziesiątki. On był starym schorowanym człowiekiem - niewiele życia mu zostało. Kiedy go zobaczyłem, nie poczułem nic. Ani złości, ani żadnych innych emocji. Miał inne dzieci z innymi kobietami i kto wie? Może nawet je kochał i dobrze traktował. Ale mnie i mojemu bratu nigdy nie pomagał. Ojciec przez całe życie nie kupił nam nawet jebanej pary skarpet.
W połowie lat pięćdziesiątych Borys i Giena doświadczyli krótkiego okresu stabilizacji, ale wszystko zaczęło się sypać, kiedy dziadek zachorował na raka płuc i nie mógł już pracować.
Choroba szybko postępowała. Przeżył niecały miesiąc. Może dwa. Do ojca dotarła wiadomość, że zejda jest bliski śmierci. Ojciec usiłował się z nim spotkać, ale dziadek odmówił. Krzyczał: "Nie!". Nie chciał widzieć własnego syna, choć zostało mu parę tygodni życia. Staruszek był naprawdę twardy.
Josef zmarł w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat i został pochowany na małym żydowskim cmentarzu w Homlu. Po pogrzebie chłopcy pozostali pod opieką wątłej fizycznie babci.
Mama robiła, co mogła, ale nie mieliśmy prawie żadnych pieniędzy. Żyła z emerytury, z dwudziestu czterech rubli miesięcznie. To jakieś siedem amerykańskich dolarów. Było jej trudno. Musiała wynajmować pokoje w naszym domu pensjonariuszom, żeby móc nas wyżywić. Nigdy nie głodowaliśmy, ale byliśmy bardzo biedni. Pamiętam, że dobrze jedliśmy tylko raz w roku - w Paschę. Mama odkładała kopiejki przez cały rok, żeby urządzić nam porządną Paschę.
Borys wspomina, że pomimo systemowego antysemityzmu w Związku Radzieckim - zamykania synagog, zakazu koszernego uboju - babcia bardzo się starała pobożnie prowadzić dom.
W sąsiedztwie był taki domek, gdzie ktoś potajemnie wypiekał macę. Ulica, na której stał, znajdowała się tuż obok naszej. W Paschę szliśmy tam po macę i przynosiliśmy ją do domu w poszewkach na poduszki. Był też rabin, który potajemnie pracował jako rzeźnik - można było mu przynieść kurczaka do koszernego uboju za piętnaście kopiejek. Ci ludzie ciągle się przenosili, żeby nie dopadły ich radzieckie władze. Chociaż byliśmy biedni, babcia oszczędzała przez cały rok, żeby zrobić gefilte fisz, kneidlach, kugel*, gribenes - wszystkie żydowskie przysmaki. Nigdy nie zapomnę, jak bardzo musieliśmy się kryć z Paschą. Wszystko, co miało związek z judaizmem, trzeba było w ZSRR ukrywać. Wyobrażasz sobie - ryzykować aresztowanie za wypiekanie macy?
Borys Najfeld już w dzieciństwie miał przezwisko Biba - nadano mu je ze względu na okrągłe policzki, jasne oczy i wygląd cherubinka. Kiedy miał dwa lata, bliscy orzekli, że przypomina laleczkę. Ale już od jego najmłodszych lat dla większości dorosłych - choć dla radzieckich władz jeszcze nie - było jasne, że Biba ma wrodzoną skłonność do przekory.
W ogrodzie naszego sąsiada rosło kilka jabłoni. Nocą chodziłem kraść jabłka, wspinałem się na ogrodzenie, szarpałem gałęzie. Psy sąsiada zaczynały ujadać, a my braliśmy tyle jabłek, ile zdołaliśmy unieść. Rajcowało nas, kiedy groziło nam, że ktoś nas przyłapie. Czasami szedłem sam, ale zwykle z kumplami z ulicy. Przeskakiwaliśmy przez płot, kradliśmy jabłka, trochę zjadaliśmy, a resztę sprzedawaliśmy następnego dnia na targu.
Sąsiad był wściekły, że zostawiamy u niego taki bałagan. W dzień krzyczał do mnie przez otwartą bramę:
- Biba, weź sobie jabłek, ile chcesz! Ale nie niszcz mi drzew po nocy. Psy ujadają i wszystkich budzą!
A ja w nocy wracałem do ogrodu sąsiada. I znowu kradliśmy mu jabłka. Ta sama historia - łamanie gałęzi, szczekające psy. Nie potrafię tego wytłumaczyć - o północy smakowały inaczej. W dzień jego jabłka nic mnie nie obchodziły. Jeśli nie były kradzione, to ich nie chciałem.
Kiedy zmarł dziadek, kończyłem trzecią klasę*. Uczyłem się średnio - miałem trochę dobrych stopni, a trochę złych. Czasem zachowywałem się dobrze, a czasem źle. Dopiero kiedy dziadek umarł, zacząłem opuszczać lekcje i wpadłem w poważne kłopoty. Po jego śmierci ciągle się biłem, kradłem - nikt nie mógł nade mną zapanować. Babcia sobie ze mną nie radziła.
Radzieckie władze organizowały komitety rodzicielskie, żeby pilnować biednych rodzin, zbierać pieniądze na buty i płaszcze - po prostu żeby pomóc dzieciakom, o które nikt nie dbał. Komitet zorientował się, że babci nie stać na to, żeby nas porządnie wyżywić i ubrać. Doradzili, żeby wysłała mnie do sierocińca. Mniej więcej w tym samym czasie zamykano wiele starszych sierocińców i zmieniano je w internaty.
"Szkoły przyszłości". Tak Nikita Chruszczow nazwał nowe internaty podczas XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1956 roku. W ZSRR, głównie wskutek destrukcji, jaką przyniosła wielka wojna ojczyźniana, miliony dzieci żyły bez domu i bez rodziców. Przez wiele lat albo mieszkały na ulicy, albo były trzymane w plugawych instytucjach - dietdomach.
W połowie lat pięćdziesiątych Związek Radziecki opracował nowy system szkół z internatem dla sierot, łącząc edukację ze szkoleniem zawodowym, by z podatnych dzieci zrobić patriotycznych proletariuszy.
Większość dzieci kategoryzowanych jako "sieroty" była podobna do Borysa Najfelda: ich rodzice żyli, ale je wysyłano do internatów, bo były porzucone, zaniedbywane, doświadczały przemocy albo biedy.
Babcia z dnia na dzień coraz bardziej chorowała. Miała nadciśnienie, astmę, a potem pojawił się guz w jamie brzusznej. Wtedy nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W końcu musiała pojechać do Moskwy, gdzie zrobili jej histerektomię. W każdym razie życie ją kompletnie przytłoczyło.
Pojechała do odpowiedniego wydziału Gorispolkomu* i powiedziała, że jest zbyt biedna i chora i że sobie ze mną nie radzi. Oświadczyła, że poradzi sobie z moim bratem Gieną - miał problemy zdrowotne, ale był posłuszny. Powiedziała: "Mam jednego wnuka, Borysa, na którego nie działa normalna nauka. Nauczyciele nie umieją go zmusić do posłuszeństwa, ja też nie. Jeśli tak dalej pójdzie, to pewnie skończy w kolonii dla nieletnich".
W Homlu otwierano w tamtym roku nowiutki internat. Gorispolkom wysłał mnie tam na początek czwartej klasy. To był duży czteropiętrowy budynek, na jego terenie znajdowała się stołówka, a my spaliśmy w osobnym trzypiętrowym budynku nieopodal. Wydano nam nowe czyste mundurki, po dwie pary błyszczących butów i ubrania na niedzielę. Wszystkie lekcje prowadzono po białorusku, z wyjątkiem matematyki, angielskiego i literatury rosyjskiej. To był dla mnie kłopot, bo w mojej poprzedniej szkole wszystko było po rosyjsku.
Kiedy zacząłem czwartą klasę, najstarsi uczniowie byli w ósmej. Czyli ja miałem dziewięć lat, a oni po trzynaście albo czternaście. Jeśli któremuś z tych większych wpadło w oko coś, co miały młodsze dzieciaki - cukierki czy ciastka, które dostawaliśmy na podwieczorek - to po prostu nam to zabierali. Zdarzało się, że od nich oberwaliśmy. To był sierociniec - ci starsi byli wcześniej w dietdomach. Niektórzy mieszkali przedtem na ulicy, więc się nie cackali.
Kradzieże były tam nagminne. Zawsze wykradano coś ze stołówki - galarety mięsne, masło, wszystko, co nie było przybite gwoździami. Dyrektor nie dzwonił nawet po milicję* - nie chciał rozgłosu na temat kradzieży, bo szkoła była monitorowana przez Wydział Szkolnictwa Gorispolkomu.
Potem nasze najlepsze niedzielne garnitury zaczęły kolejno znikać z sal sypialnych. To był mój pierwszy porządny garnitur, prawdziwy skarb, bo babcia była za biedna, żeby kupować nam takie ładne rzeczy. Jeden starszy chłopak nazwiskiem Samsonow - pamiętam, jakby to było wczoraj - podszedł do mnie z cukierkami i się ze mną podzielił. Powiedział, że kupił je za skradzione garnitury. Mieli czteroosobową ekipę - kosili niedzielne wyprawki i je sprzedawali. Nie kradłem razem z nimi, ale dołączałem do nich, kiedy szli na lody albo po cukierki. Jednak ten przekręt nie trwał zbyt długo. Złapali ich i mało brakowało, a wysłaliby do kolonii dla nieletnich. Ale znowu wszystko zatuszowano. Dyrektor nie chciał, żeby Gorispolkom uznał, że w tym wzorowym internacie roi się od małych bandytów!
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej
* Gefilte fisz - ryba podawana na zimno w galarecie; kneidlach - kulki macowe, podawane np. z bulionem drobiowym, kugel - wytrawna lub słodka zapiekanka (przyp. tłum.).
* W ZSRR dzieci zaczynały szkołę podstawową od pierwszej klasy w wieku siedmiu lat, a szkołę średnią kończyły na jedenastej klasie w wieku osiemnastu lat (o ile nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autora).
* Gorispolkom - skrócona nazwa miejskiego komitetu wykonawczego, w ZSRR ramię wykonawcze miejscowej władzy w miastach i miejscowościach.
* W ZSRR służba policyjna nosiła nazwę milicji. Po rewolucji październikowej w 1917 roku bolszewicy rozwiązali carską policję i utworzyli Milicję Robotniczo-Chłopską. Słowo "policja", kojarzone z korupcją, zostało zastąpione w codziennej mowie przez milicję.