Mazurskie jeziora, początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Tamtego lata po raz pierwszy wybraliśmy się z rodziną na żagle. Patent sternika miało tylko jedno z nas.
Z czarnych węglowym pyłem Katowic do jasnego słońcem Giżycka dojechaliśmy w dwa auta, zachwycając się po drodze maleńkimi, czarownymi mazurskimi wioseczkami, pełnymi zieloności, przejrzystego powietrza i bocianich gniazd. Było to w lipcu i wydawało się nam, że lato nigdy się nie skończy.
Byliśmy wcale pokaźną żeglarską grupą - my z dwójką dzieci, młodszy brat męża, Tomek, z dziewczyną Gosią oraz dorodna sunia Saba, bardzo rzadka biała wilczyca, albinos.
Ahoj, przygodo!
Zostawiamy samochody przy jakiejś nadbrzeżnej łączce i przesiadamy się na wyczarterowaną łajbę. Mówiło się wtedy z dumą: "jednostka pływająca". Była to Venus, popularna "wenuska", model kultowy.
Nosiła imię Bryza II.
Jednomasztowy jacht polskiej produkcji, z grotem i fokiem, czyli bermudzkim typem ożaglowania. Ze względu na niewielką prędkość rozwijaną nawet pod pełnymi żaglami już wówczas uznawano ją za przeżytek; na jeziorach pojawiały się coraz liczniej szybsze, nowocześniejsze żaglówki.
Owa wenuska potrafiła nam, niedoświadczonym żeglarzom, napędzić stracha - nawet średnie fale ostro waliły jej po bulajach, a wtedy piszczącym dzieciakom i nam samym zdawało się, że to już nasz koniec, że idziemy na dno.
Poza tym było ciasno i niezbyt komfortowo. O elegancji nawet nie wspomnę. Pod pokładem, w kokpicie, nie mogliśmy się normalnie wyprostować, a wszystko, łącznie z posiłkami, robiło się w siadzie skrzyżnym lub półsiedząco - w zgięciu, jak złożony scyzoryk.
A osławiona "lodówka", czyli bakista, duża skrzynia zamykana drewnianą klapą, wpuszczona w chłodną głębię podłogi, przesiąknięta była zapachem wieloletniej wilgoci.
Do tego wszystkiego zarówno mnie, jak i synka, Krzysia, dopadła morska choroba.
Nic nie wskazywało na to, że ta stara skorupa stanie się dla mnie prawdziwym wehikułem czasu...
Nasz rejs rozpoczęliśmy w Giżycku; po nocnej burzy była piękna, słoneczna pogoda. Przez Kanał Sztynorcki wpłynęliśmy na jezioro o tej samej nazwie.
Pierwszy dzień w Sztynorcie był błękitno-złoty.
Tuż po żeglarskim obiedzie, na który składała się tania zupka rosołowa w proszku i równie popularne wówczas wśród narodu klopsy ze słoika, zabrałam córkę na spacer po okolicy.
Wszystkie drogi od sztynorckiej mariny prowadziły nas na wzniesienie do dużego, opuszczonego pałacu.
Pierwsze wrażenie to był zarazem smutek i zachwyt. Budynek znajdował się w opłakanym stanie, ale nieodparcie wskazującym na dawną świetność. Było w nim coś odświętnego, uroczystego, niemal bajecznego.
Coś niedopowiedzianego.
Stanęłyśmy, trzymając się za ręce. Gdzieś od przystani dobiegła nas łagodna melodia mazurskiej szanty.
- Możemy tam wejść, mamo...? - szepnęła zaciekawiona Kasia.
- Zobaczymy, córciu, czy w ogóle się da. Podejdźmy bliżej.
Okazało się, że wejście do środka było niemożliwe.
Pałac przemijał, chylił się ku upadkowi w sensie dosłownym.
W kilku miejscach podpierały go drewniane belki, niezliczone okna zionęły pustką, główne drzwi zabito dechami, styropianem i grubymi płytami pilśniowymi, a nawet tekturą. Ktoś wymalował na niej kulfoniastymi drukowanymi literami: Wstęp wzbroniony! Grozi zawaleniem!
Przez całe dwa dni naszego postoju w Sztynorcie zastanawiało mnie, jak to jest, że przystań żeglarska tętniła życiem, a pałac tonął w zapomnieniu i ciszy?
Mieliśmy szczęście. Akurat pierwszej nocy odbywał się na brzegu jeziora "chrzest" uczestników młodzieżowego kursu żeglarskiego, a następnego popołudnia - konkurs szant, w słynnej żeglarskiej tawernie "Zęza". Jednak to nie te sztynorckie atrakcje, a właśnie pałac przywoływał mnie, kusił, ciągnął w stronę swojego dziurawego, zwietrzałego dachu, drzwi zabitych dechami, okien bez szyb i ponurych ścian z ukruszoną sztukaterią.
Nie pozwalał mi od siebie odejść.
Stał wielki, samotny i zamyślony, patrząc gdzieś w bezkresną dal, ponad sztynorckie keje, kolorowe żagle, biegających wte i wewte żeglarzy, ponad lazurową taflę Darginu, Kisajna, Kirsajt i tajemniczych Mamr od strony dawnego parku.
W trakcie rejsu nie stoi się w żadnym mazurskim porcie dłużej niż dwa, najwyżej trzy dni, więc i Sztynort musieliśmy opuścić.
Nadszedł ten dzień.
Nasza załoga ochoczo się pakowała, dzieci zabawiały Sabę na trawniku, ktoś pobiegł jeszcze do sklepu "U Marii", na samym końcu wsi, po dwa bochenki cudownie pachnącego chleba, a ja ukradkiem kilkakrotnie wracałam pod pałac, pod jego mury, wciąż w nadziei, że tym razem uda mi się z nim już naprawdę pożegnać.
Przybiegałam i wśród dźwięków dojrzałego, mazurskiego lata - z lepkim brzęczeniem pracowitych pszczół, szumem gorącego wiatru w konarach wiekowych drzew i monotonną skargą rybitw - rozróżniałam wyraźnie odgłosy tego starego, pustego od dawna budynku.
Z łatwością wyczuwałam, jak pałac oddycha i że oddech ten jest przepełniony ulgą; zupełnie jakby uwierzył, że tym razem zostanę tu z nim na zawsze.
"Czy miejsce może mieć pragnienia?..." - kręciłam głową z niedowierzaniem i odchodziłam, by za chwilę wrócić, zostawiając w marinie coraz bardziej zniecierpliwioną, przestępującą z nogi na nogę, rodzinę. Ciągle wynajdywałam jakieś preteksty.
Poniemiecki, zawalający się na oczach wszystkich, pałac.
Nie chciał rozstania, a ja nie umiałam od niego odejść. Zrobiłam mu naprędce, moim dobrym japońskim aparatem całą serię zdjęć, ze wszystkich dostępnych stron, ale i to go nie pocieszyło; podobnie jak obietnica, że przyjadę tu za rok.
W końcu odnalazł mnie mąż, który biegał po całej okolicy wraz z naszym małym, trochę już wystraszonym synkiem, i musiałam odejść, choć słyszałam za plecami, jak ten dziwny, żyjący wciąż dom, mruczy, śpiewa mi cichutko, tęsknie, niemal żałośnie, do ostatniej chwili błaga mnie o coś...
Dotrzymałam obietnicy i po roku następny rejs zawiódł mnie prosto do Sztynortu. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy nasz jacht cicho przybijał do brzegu. Z niecierpliwością w sercu, w radosnym podnieceniu, tracąc oddech zupełnie jak kiedyś, przed pierwszą w życiu randką, dobiegłam na wzgórze.
Stał tam - dumny, tajemniczy, drżący od ostatnich, połyskujących, pomarańczowych promieni słońca. Wydał mi się jakby jeszcze starszy, bardziej przygarbiony niż poprzednio. I ciągle czekał, coś w nim nie zamierzało umrzeć.
Gdy stanęłam przed jego frontem, od razu stało się tak, jak tego skrycie oczekiwałam - pałac mnie poznał, ożył, znów z minuty na minutę jego mury nabierały wyrazistszych kolorów, piękniały, dobywały się z jego wnętrza stłumione dźwięki - jakby ptaki półgłosem odbywały tam jakąś tajemną naradę - a on uroczyście zbierał się w sobie, prezentował, puszył, prężył ściany nośne, podnosił się, wysmuklał i wyczerwieniał swoje dachowe szczyty, poprawiał zewnętrzne kontury, chwalił się wiekowym bocianim gniazdem na prawej wieży, szeptał śpiewnie, zachęcał do czegoś, czarował...
Dopiero dziś wiem, czego ode mnie chciał.
Pieśni.
Sztynorcki pałac prosił mnie o szantę.