3
Zaskakująco trudno jest mi znaleźć klientów dla moich... nietypowych usług. Większość ludzi nie wierzy, że potrafię im pomóc w odnalezieniu osoby im przeznaczonej za niewygórowaną cenę dziesięciu brązowych monet albo ćwiartki srebrnego samorodka.
Gdybym zażądał więcej, uznaliby mnie za hochsztaplera.
Gdybym zażądał mniej, uznaliby mnie za hochsztaplera.
Nawet gdy zgadzają się na moją stawkę, niektórzy i tak nazywają mnie - cóż za niespodzianka - hochsztaplerem.
Zdarza się, że przychodzą do mnie ludzie z polecenia zadowolonych klientów, ale trudno to określić stałym źródłem dochodu. Dopiero zacząłem oficjalnie świadczyć usługi swatania i wciąż niewielu o mnie słyszało. Do tego sporo osób wątpi w moje zdolności i na samą wzmiankę o magii i niciach przeznaczenia prycha lekceważąco. Ludzie ci nazywają je bajkami dla małych dzieci. I w sumie dlaczego mieliby mi wierzyć na słowo, skoro mogą pójść do miejscowego swata mogącego się pochwalić udokumentowanymi osiągnieciami i ugruntowaną pozycją?
Ale odbiegam od tematu.
Następnego ranka budzę się przed brzaskiem. Matka śpi głęboko, leżąc na boku. Twierdzi, że w tej pozycji najłatwiej jej się oddycha. Ostrożnie zsuwam z siebie koce i otulam nimi jej wychudzone ciało, zanim nałożę płaszcz, by osłonić się przed mroźnym porannym powietrzem.
Schodzę do herbaciarni i z sekretnej kryjówki pod deskami podłogi wyjmuję cztery sakiewki pełne monet. To tutaj ojciec chował zarobione pieniądze na wypadek włamania. Gdy odszedł, przejąłem po nim ten zwyczaj. Przeliczam dokładnie wszystkie brązowe monety i srebrne samorodki i z grubsza przeczesuję długie czarne włosy, po czym wiążę je z tyłu w ciasny kok cienką czerwoną wstążką.
W Północnym Królestwie Xu? większość kobiet i mężczyzn ma długie włosy. Obcięcie choćby jednego kosmyka byłoby zniewagą dla naszych najdroższych przodków, którzy obdarowali nas zdrowymi puklami. Z tego samego powodu najbardziej rozchwytywanym towarem w handlu obwoźnym są spinki i szpilki do włosów. Ich sprzedawcy zarabiają niemałe pieniądze, na pewno większe niż ja w mojej herbaciarni. Bogacze z Dzielnicy Perłowej mogą sobie pozwolić na przyozdabianie włosów złotem i srebrem, rubinami i jadeitem. My, plebs, zadowalamy się wstążkami. Luksusem są te o bardziej intensywnych kolorach, do których użyto droższych barwników.
Gdy wiem już dokładnie, ile mam pieniędzy, wyruszam, aby przed świtem spotkać się z doktorem Qi.
Jego sklep znajduje się na drugim końcu miasta, niedaleko targu, w rozklekotanej, sklejonej z byle czego chacie. Cała jej struktura przechyla się na lewo, a podstawa, przez dekady podmywana przez deszcze i wystawiana na silne podmuchy wiatru, powoli zapada się w błotniste, zamarznięte resztki wyschniętego jeziora. Na szczycie framugi przycupnęły dwie małe figurki smoków wyrzeźbione w bambusie i dzielnie odstraszają złe duchy.
- Proszę, oto człowiek, którego szukałem. - Uśmiecham się szeroko. - Jak się pan miewa w ten cudowny dzionek, doktorze?
Doktor Qi posyła mi chmurne spojrzenie, a jego sztuczne oko umyka nieco w lewo w oczodole.
- Czy zawsze musisz tyle ględzić, chłopcze?
Jest drobnej postury, sięga mi do pasa. Słyszałem, że kiedyś był niezwykle przystojny, miał długie czarne włosy i siłę zdolną przesuwać góry. Ja jednak od zawsze znam go jako łysego, zgryźliwego i zgarbionego tak, że jego plecy wyglądają jak złamane w połowie. Gdyby nie laska pewnie nie dałby rady zrobić dwóch kroków, żeby nie potknąć się o własne stopy.
- Sam niedawno powiedziałeś, że mam cudowny głos. Jakże miałbym ci odmówić dźwięku moich złotych piszczałek?
- Powiedziałem, że twój głos brzmi jak skrzek - prostuje natychmiast.
- Ach, jak śpiew? Jesteś nazbyt szczodry w swych komplementach.
Dostrzegam drgnięcie w jego zdrowym oku.
- Dobra, dość gadania, mów, czego chcesz.
- Chcę tylko spędzić trochę czasu w wartościowym towarzystwie jednego z naszych najznakomitszych mędrców, oczywiście.
Doktor Qi prycha i stuka mnie laską w bok głowy.
- Wchodź szybko. Mam dziś sporo pacjentów do zbadania. W wiosce na północnym wschodzie pojawiło się niewielkie ognisko ospy, chcę tam wyruszyć jak najprędzej.
W chacie doktora Qi panują chaos i bałagan, każda powierzchnia jest zawalona rozwiniętymi zwojami, fiolkami, słoiczkami z maściami, suszonymi ziołami i najróżniejszymi drobnymi przedmiotami, których nawet nie potrafię nazwać. Nad wszystkim unosi się ostry zapach rozgniecionego imbiru i suszonych grzybów, składników, które zdobył pewnie drogą handlu wymiennego na targowiskach. W rogu zauważam jego żonę sprzątającą po cichu z wielką miotłą w drobnych dłoniach. Kłania mi się, ale nie wygląda, jakby była w nastroju do rozmowy.
Trudno mi nie dostrzec czerwonych nici, które biegną od każdego z nich i się rozmijają. Nie jest to zatem związek z miłości. Zdarzają się takie tu, na północy - chociaż tak naprawdę wszędzie. Wolnych kobiet jest jak na lekarstwo, a kawalerów aż nadto. Małżeństwa są uzgadniane przez rodziców z myślą o strategicznym przekazaniu posagów. Skoro szanse na szczęśliwy związek są nikłe, potrafię zrozumieć, dlaczego niektórzy wolą zadowolić się takim, który będzie przynajmniej znośny.
- Masz pieniądze? - pyta szorstko Qi.
Odwiązuję z wnętrza płaszcza sakiewki. Są ciężkie. W każdej jest po dwa, może dwa i pół kilo brązowych monet i srebrnych grudek. Owoc kilku miesięcy ciężkiej pracy.
- Wszystko się zgadza - zapewniam. - Specjalnie przeliczyłem trzy razy.
Starzec tylko burczy coś pod nosem i odwraca się, żeby wyjąć spod stołu roboczego ciężką skrzynię. Jest zamknięta na trzy grube żelazne zamki, a klucz znajduje się na łańcuchu wiszącym na szyi doktora. Otwiera zamki jeden po drugim, podnosi wieko i odsłania małą szklaną fiolkę umieszczoną dla bezpieczeństwa w żółtym sianie. Podnosi ją, trzymając między kciukiem a palcem wskazującym, i podsuwa do światła wpadającego przez okno.
Na dnie fiolki leżą dwie gadzie łuski i błyszczą niczym gwiazdy, choć mają głęboko zielony odcień. Nie potrafię wytłumaczyć ciepła, jakie rozlewa mi się w piersi, kiedy patrzę na nie jak zaklęty, ani tego, że w uszach słyszę głośne bicie własnego serca. Te błyskotki, piękniejsze od szmaragdów i jadeitu, mają być lekiem dla A-My?
- Rozgnieć je na proszek - szepcze konspiracyjnie doktor. - Jedną łuskę rano, a drugą wieczorem. Dosyp je matce do śniadania i do kolacji. To powinno jej przynieść ulgę na co najmniej miesiąc.
- Jak to na miesiąc? - Dziwię się, biorąc od niego fiolkę. - Powiedziałeś, że to ją wyleczy na zawsze.
On jednak kręci głową.
- Powiedziałem, że to mogłoby ją wyleczyć, gdyby udało mi się zdobyć tego więcej. Łuski smoka nie są towarem łatwo dostępnym. Masz szczęście, że mój kontrahent z Południa zdołał je przemycić przez granicę jeszcze przed dekretem cesarza.
Robię wielkie oczy.
Niech mnie szlag, on naprawdę jest szarlatanem.
- Smoki nie istnieją - oznajmiam.
- Już nie - przyznaje. - Kiedyś jednak były tak samo rzeczywiste jak powietrze, którym oddychamy. Nasi przodkowie przez całe stulecia używali tego, co po nich zostało. Z pazurów wykuwali broń, zęby osadzali w biżuterii, a fragmenty łusek... - wskazuje na fiolkę, którą ja teraz trzymam w dłoni - stanowiły najskuteczniejsze lekarstwo.
Ogarnia mnie pusty śmiech.
- Nie oczekujesz chyba, że w to uwierzę, prawda?
- Istnieje na tym świecie wiele wspaniałych rzeczy, których twój prosty umysł nigdy nie zrozumie, chłopcze.
- Ten przytyk był akurat zbędny.
- Jak mówię, smoki i magia dziś są mitami, ale nie zawsze nimi były. - Doktor Qi odchrząkuje. - Czy masz pojęcie, jak wiele ryzykowałem, żeby je zdobyć? Gdyby któryś z cesarskich żołdaków mnie z tym złapał, natychmiast utrąciłby mi łeb. Myślisz, że bez powodu tułałbym się aż do granicy i z powrotem?
Nic nie mówię. Czy tak właśnie myślą o mnie ludzie, gdy próbuję ich przekonać do moich zdolności? Że to, co mówię, jest szalone, zuchwałe i po prostu niemożliwe? Czuję się jak głupiec, w ogóle rozważając taką możliwość, ale jednak w brzuchu odzywa się pewien niepokój.
Pocieram powoli mały palec i patrzę nieruchomo na szarą nić. Leży luźno na podłodze. Przeznaczona mi osoba jest gdzieś bardzo, bardzo daleko. Być może na zawsze poza moim zasięgiem. Nie pamiętam, aby nić kiedykolwiek była czerwona jak u wszystkich innych ludzi. Już w dzieciństwie była właśnie taka - szara. Może doktor Qi ma rację? Są na świecie rzeczy wielkie, o których nic nie wiem, ale jednego jestem pewien: magia naprawdę istnieje.
Więc może smoki również?
Chowam fiolkę do kieszeni i biorę głęboki wdech. W tym momencie mam niewiele do stracenia. Rozpacz mocno trzyma mnie za kark. Jeśli mogę pomóc mamie poczuć się choć odrobinę lepiej, to całe przedsięwzięcie jest warte zachodu.
- A potwierdzenie? - pytam żartobliwie, usiłując ukryć, że jest mi nieswojo. - Na wypadek gdybym mimo wszystko chciał to zwrócić.
Doktor Qi znów wymachuje laską, ale tym razem udaje mi się uchylić przed ciosem.
- Zwrotów nie przyjmuję. A teraz znikaj stąd!
Wychodzę, podśmiewając się cicho. Mimo wszystko czuję iskierkę nadziei. Ileż bym dał, żeby raz jeszcze zobaczyć uśmiech na twarzy A-My.
W drodze do domu nie umiem się pozbyć wrażenia, że ktoś mnie obserwuje. Niemal czuję ciężar czyjegoś spojrzenia na plecach. Rozpalony wzrok wbity we mnie, gdy pokonuję kolejne ulice. Gdy jednak oglądam się za siebie, nikogo nie widzę.
Doprawdy dziwne.
Postanawiam pójść przez targ. Nie po to, żeby oglądać dzisiejsze dostawy, ale dlatego, że to skróci mi drogę o kilka minut. Dziś nie mam czasu na zatrzymywanie się przy straganach i podziwianie misternych ozdób, a już na pewno nie mogę sobie pozwolić na pogawędki z kupcami.
Już od dziecka, ku utrapieniu A-My, potrafiłem godzinami przysłuchiwać się ich barwnym opowieściom, które tak mnie wciągały, że traciłem poczucie czasu. I to właściwie się nie zmieniło - gdybym tylko przystanął, żeby ich posłuchać, natychmiast dałbym się ponieść wyobraźni. Nie, naprawdę lepiej się nie zatrzymywać.
Kiedy przeciskam się przez tłum, od razu rzuca mi się w oczy silna obecność żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Wielu z nich wygląda bardzo młodo. Sprawiają wrażenie zahukanych, rozglądają się niepewnie. To niewątpliwie świeży rekruci z mniejszych miast na dalekiej północy. Możliwe, że tylko przechodzą przez Jiaoshan, zmierzając do bazy wojskowej Sheyan położonej o kilkaset li na południe stąd.
- Proszę wielmożnego pana, bardzo proszę. Muszę już iść.
To głos młodej kobiety. Jej jedwabne szaty są jednokolorowe, ale ich zbyt intensywna barwa świadczy o tym, że nie może być zwykłą wieśniaczką. Drugą wskazówką są krótko obcięte paznokcie i przesuszone dłonie, zaś trzecia to brak biżuterii i ozdób we włosach. Po tym wszystkim poznaję, że jest służącą w którymś z bogatych domów Dzielnicy Perłowej.
- Proszę. Muszę iść, mam jeszcze tyle do zrobienia - nie przestaje zwracać się błagalnie do jednego z żołnierzy.
Ich niewielka grupa zagrodziła jej drogę, a najpotężniejszy z nich stoi na przodzie i próbuje zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. W przeciwieństwie do swoich kompanów wygląda na prawdziwego zakapiora. Ma szramę na prawym policzku. Jego zbroja przypomina zbroje pozostałych, ale jest bardziej naznaczona wgnieceniami i zadrapaniami. Odznaka na jego ramieniu wskazuje, że jest kapitanem.
Gdy spuszczam wzrok na ich dłonie, widzę, że jego nić ciągnie się i znika gdzieś w oddali. Jej nić to zamknięta czarna pętla.
- Ale po co ten pośpiech, panienko? - Droczy się z nią. - Nie wypijesz filiżanki herbaty z zasłużonym w boju żołnierzem, zanim wyruszy na wojnę?
- Moja madame prosiła mnie o załatwienie dla niej kilku spraw. Naprawdę muszę iść.
- Och, na pewno zdążysz uporać się ze wszystkim później.
Jeden z towarzyszy kapitana klepie go po ramieniu, jakby strzepywał kurz z cennego trofeum.
- Czy masz pojęcie, kto to jest? Kapitan Tian otrzymał swój tytuł od samego cesarza.
Drab zaczyna ściągać na siebie uwagę przechodniów, ale nikt nie jest skory przyjść dziewczynie z pomocą. Wszyscy są zbyt wstrząśnięci, aby choć kiwnąć palcem. Rozlega się szmer podekscytowanych szeptów, na samo wspomnienie o cesarzu dostaję gęsiej skórki na rękach.
Mowa o cesarzu Róngu, którego imię całkiem adekwatnie można przetłumaczyć jako "chwała". Nikt nie ośmiela się wypowiadać go na głos, i nie tylko dlatego, że my, pospólstwo, jesteśmy niegodni, aby dotknęło naszych języków.
Gdy byłem mały i nie mogłem zasnąć, A-Ma opowiadała mi o cesarzu różne historie. Podobno dał świeżą wodę ludom Północy, dzikie bestie przegnał w mrok, a swoimi krainami rządził od tysięcy lat. To oczywiście bzdury, ale sprawdzały się jako bajki na dobranoc. Zwykle, gdy A-Ma docierała do momentu, w którym cesarz miał zostać ukoronowany przez samo słońce, spałem jak kamień.
To bardziej legenda niż człowiek i być może dlatego tak mnie poruszyło, gdy ten żołnierz o nim wspomniał. Od wielu lat nikt cesarza nie widział. Ponoć zaszył się w jednym ze swoich pałaców rozsianych po Północnym Królestwie Xu?. Często powtarzana w herbaciarni plotka głosi, że tak naprawdę cesarz stale przenosi się z jednej rezydencji do drugiej, aby zmylić swoich wrogów. Trudno uwierzyć, że kapitan Tian nie tylko widział, ale i poznał osobiście naszego nieuchwytnego władcę.
Młoda kobieta ma przyśpieszony oddech i wygląda na coraz bardziej zdesperowaną. Jej niestrudzone próby wyminięcia kapitana i jego orszaku są żałośnie nieskuteczne.
- Proszę pana, ja naprawdę muszę...
- Nie daj się prosić. Chodź, dotrzymasz mi towarzystwa.
Nie jestem w stanie dłużej tego słuchać. Owszem, śpieszę się do domu, ale nie mogę tego tak zostawić. Przyskakuję do dziewczyny i staję między nią a żołnierzem.
- No, tu jesteś - mówię rozgorączkowanym tonem. - Madame o ciebie pytała. Jak możesz kazać jej tyle czekać?
Dziewczyna mruga pośpiesznie, wyraźnie oszołomiona.
- Kim jes...
- Szybko, musimy wracać.
Już mam się odwrócić, gdy czyjaś silna dłoń chwyta mnie od tyłu za płaszcz.
- Ej, ty! - warczy kapitan. - Masz jakiś problem?
Zaciskam zęby i spokojnie podnoszę na niego wzrok.
- W żadnym razie, kolego. M?imei i ja już sobie idziemy.
Mężczyzna prycha, jego nozdrza rozszerzają się jak u konia.
- A gdzie masz zbroję? Gdzie twój miecz i tarcza, chłopcze?
- Nie są mi potrzebne. Nie zostałem zwerbowany.
- W takim razie zgłosisz się do najbliższego poboru. Przed końcem tygodnia ruszamy na południe.
- Nie, wielmożny pan mnie nie zrozumiał. Zostałem wyłączony ze służby.
Wargi kapitana wykrzywiają się w uśmieszku.
- A cóż to za wydziwianie? Świętym obowiązkiem każdego mężczyzny jest służyć cesarzowi.
- Tak, ale...
- Jesteś kaleką? - pyta oschle.
Zaciskam dłonie w pięści, paznokcie wbijam w skórę.
- Nie.
- Niedołężny?
- Nie.
- Jesteś mnichem? - Mężczyzna robi krok w przód, pochyla się nade mną. Jego oddech cuchnie czosnkiem i kwaśnym mlekiem. - A może zwykłym tchórzem?
Złość pulsuje mi tuż pod skórą.
- Nie jestem mnichem - odpowiadam.
I znienacka uderzam go prosto w twarz.
Kapitan zatacza się do tyłu, trzymając się za szczękę osłupiały z zaskoczenia. Potyka się o własne buty i z głośnym hukiem upada na ziemię jak nowo narodzona koza.
- Jak śmiesz...
Biegniemy tak szybko, że nie dociera do nas koniec jego zdania, zostawiamy żołnierzy w kłębie kurzu. Nie zatrzymujemy się, dopóki za rogiem nie znikamy im z oczu. Wtedy dziewczyna kłania się z wdzięcznością, jej policzki są zaróżowione.
- Dziękuję ci, g?ge. Ten człowiek nie chciał mnie zostawić w spokoju.
- Nie ma za co. - Uśmiecham się lekko. - Lepiej stąd zmykaj.
- Tak, oczywiście.
Kłaniamy się sobie po raz ostatni i rozchodzimy każde w swoją stronę.
A dokąd to się wymknąłeś dziś rano? - pyta matka przy śniadaniu.
Jemy resztki congee z wczorajszej kolacji, które trzymałem na małym ogniu, gdy spaliśmy. Jest lepkie i bez smaku, ale przynajmniej dobrze zapełnia żołądek. Dziś nie mam dla niej przepiórczych jajek, bo po zakupach u doktora Qi moje kieszenie świecą pustkami. Nie będę jednak się skarżył, byleby matka wreszcie zaznała ulgi od nieustannych ataków kaszlu.
- Na targ - kłamię, siląc się na lekki ton. Ostatnie, czego bym chciał, to przysparzać jej trosk. - Chciałem nam kupić okonia na kolację, ale okazało się, że rybacy wrócą ze świeżym połowem dopiero jutro. Uznałem, że lepiej zaczekać.
- Słusznie - przytakuje matka. - Nie warto kupować tygodniowej ryby. - Siedzi na płaskiej poduszce przy jednym z wielu pustych stolików i nalewa herbaty nam obojgu. Przerzedzone czarne włosy ma związane w luźny kok. Są przetłuszczone, powinna umyć głowę.
Zabrałbym ją do miejskiej łaźni, gdyby tylko miała dość sił, żeby tam dotrzeć.
Zostaję w kuchni, odwrócony do niej plecami, i dyskretnie wysypuję z fiolki jedną z łusek do kamiennego moździerza. To przedziwna rzecz, rzeczywiście bardziej przypomina cenny klejnot niż składnik leku. Aż żal mielić na proszek coś tak pięknego. Mimo to biorę kamienny tłuczek i rozgniatam łuskę, wstrzymując oddech, kiedy z wnętrza miski tryskają lśniące iskierki.
Magia.
- Sai?! - woła matka z wnętrza herbaciarni. - Pomóc ci w czymś?
Nie mam czasu się zachwycać połyskującym zielonym pyłem. Pośpiesznie wrzucam wszystko do jej miski z kleikiem i mieszam dokładnie. Na koniec posypuję obie potrawy zieloną cebulką, żeby ukryć ewentualną zmianę koloru. Dosiadam się do matki, klękam na bambusowej podłodze i stawiam przed nią miskę.
- Smacznego - zachęcam. - Pamiętaj, masz zjeść do końca.
- Wiesz, że ostatnio apetyt mi nie dopisuje - zastrzega. Mimo to bierze do ręki łyżkę i zjada porcję kaszki.
A potem następną i następną, aż - cud nad cudami! - opróżnia całą miskę.
Efekt jest natychmiastowy.
Jej zapadnięte policzki nabierają różowego, świeżego koloru. Zupełnie blakną głębokie cienie pod jej oczami. Włosy nagle wydają się gęste i lśniące. Dłonie przestają się trząść, plecy się prostują, a mięśnie i kości wzmacniają się na moich oczach. Po kilku minutach wygląda, jakby ubyło jej dwadzieścia lat.
- Mówiłam ci chyba, że niegrzecznie jest się gapić - droczy się ze mną.
Przecieram oczy i mrugam z niedowierzaniem.
- Jak się czujesz?
- Głodna. Wystarczy na dokładkę?
- Możesz zjeść moje. - Z trudem staram się uspokoić rozpędzone serce i przesuwam w jej stronę swoją miskę.
Wzbiera we mnie poczucie triumfu. Czy to możliwe? Czy to naprawdę się dzieje?
Moje ciche świętowanie nie trwa jednak długo, bo drzwi herbaciarni otwierają się z siłą, od której trzęsą się cienkie ściany i przekrzywia kilka wiszących na nich ramek z sentencjami.
Do środka wchodzi pięciu mężczyzn - tych samych, na których miałem pecha się natknąć na targu przed niespełna godziną.
- Ej, ty - warczy ten, który stoi najbliżej. Ma fioletowego siniaka na szczęce, ślad po mojej pięści. To kapitan Tian. Wskazuje na mnie oskarżycielsko i złowieszczo szczerzy krzywe zęby. - Aresztuję cię w imieniu Jego Cesarskiej Wysokości.
Matka tłumi okrzyk i zrywa się na nogi.
- Co? Pod jakim zarzutem?
- Pod wieloma: unikanie służby wojskowej, posiadanie nielegalnej substancji i napad na wysokiego rangą oficera dziś rano.
- Na dziewięć słońc, co też pan wygaduje?! Mój syn nigdy by nie zrobił niczego takiego!
- Proszę się cofnąć - rozkazuje jeden z pozostałych i odpycha ją bezceremonialnie. W milczącej groźbie kładzie dłoń na rękojeści miecza.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej