1
Kilka godzin później, po zacumowaniu "Carpe Diem" w marinie, szybkim prysznicu w portowych łazienkach i uczczeniu sukcesu grillowanym homarem w klubie żeglarskim, włożyłem wygodne buty oraz ostatnią czystą koszulę, jaką miałem. Następnie ruszyłem w głąb starego miasta, kierując się do sklepu José Jaramilla.
Mimo że o tej porze Cartagena de Indias przypominała rozgrzaną patelnię, na której przetrwać mogli jedynie turyści i sprzedawcy fałszywych szmaragdów, szedłem ulicą z uśmiechem na twarzy, a w mojej kieszeni brzęczały trzy złote dublony. Myślałem o tym, że zaledwie sześćdziesiąt kilometrów stąd, w miejscu znanym tylko mnie, czekało pięćdziesiąt jeden tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem identycznych monet. Według aktualnego kursu złota ich wartość wynosiła pięćset osiemdziesiąt cztery miliony dolarów, z marginesem błędu wynoszącym milion w obie strony. Nie uwzględniałem nawet ich wartości numizmatycznej ani archeologicznej.
Musiałem mocno zacisnąć pięści w kieszeniach, aby ze szczęścia nie zacząć skakać na ulicy jak dziecko.
Stary antykwariusz, właściciel sklepu El Cofre de Don José, był osobą, do której wcześniej przynosiłem znalezione pod wodą przedmioty, nie znając ich prawdziwej wartości. Don José zawsze uczciwie i dyskretnie je wyceniał, po dokładnych oględzinach przez swoje stare binokle. W Cartagenie miało to ogromne znaczenie, ponieważ plotki o zatopionych galeonach rozchodziły się tu szybciej niż błyskawica.
Spacerując ulicą, planowałem, że później wypiję kilka piw, zjem lekką kolację, a wieczór zakończę na pokładzie "Carpe Diem", ćwicząc na hamaku grę na ukulele, aż zasnę, marząc o życiu multimilionera.
To całkiem dobry plan na wtorkowe popołudnie.
Problem polegał jednak na tym, że realizacja planów szła mi równie słabo, co gra na ukulele.
Gdy otworzyłem drzwi do antykwariatu, usłyszałem znajomy dźwięk dzwonka. Szybko je zamknąłem, aby nie wypuścić cennego chłodu z klimatyzacji.
Sklep wyglądał dokładnie tak, jak można było się tego spodziewać: był mroczny i tajemniczy, a jego atmosfera sugerowała, że w zakamarkach kryją się prawdziwe skarby.
Z pociemniałego ze starości drewnianego sufitu zwisał kryształowy żyrandol z metką pełną zer, zawieszony nad niekończącą się kolekcją kufrów, obrazów, hiszpańskich zbroi, szpad i muszkietów, które don José gromadził przez lata. Za każdym razem, gdy wchodziłem do tego pomieszczenia, intensywny zapach staroci i wiekowego drewna sprawiał, że miałem wrażenie, jakbym wkraczał do ładowni XVII-wiecznego galeonu z Indii Zachodnich.
- Dzień dobry! - zawołałem, nie dostrzegając antykwariusza za ladą. - Don José?
- Już idę! - odpowiedział chrapliwy głos dochodzący z piwnicy. - Chwileczkę, proszę!
Po chwili mężczyzna pojawił się z wyrazem twarzy osoby, która właśnie zakończyła intensywną kłótnię. Ze skroni spływały mu dwie krople potu, a jego zawsze nieskazitelna biała koszula była cała pognieciona.
- Dzień dobry, panie Vidal - wymamrotał, nerwowo spoglądając na ulicę znad okularów. - Co pana do mnie sprowadza?
- Nie uwierzy pan, ale... - zacząłem, opierając się o ladę i starając się powstrzymać entuzjazm. - Myślę, że w końcu go znalazłem!
- Co takiego pan znalazł? - zapytał, poprawiając okrągłe oprawki na nosie.
- "Tomasito"! - wykrzyknąłem. - Wreszcie odnalazłem galeon "Tomasito"!
Mężczyzna przez chwilę uważnie mi się przyglądał, a następnie ponownie spojrzał w stronę witryny i odpowiedział z wymuszoną obojętnością:
- Ach, to...
- Jak to "ach, to"? Mówię panu, że znalazłem galeon "Tomasito"!
Jego reakcja zupełnie zbiła mnie z tropu. Zacząłem wręcz obawiać się, że coś mu się stało.
- Wszystko w porządku, don José? Wygląda pan na nieco zmartwionego.
- Co? Tak, oczywiście. To znaczy... gratuluję odkrycia - odpowiedział tonem całkowicie niepasującym do tych słów.
Zapadła niezręczna cisza. Wzruszyłem ramionami, sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem to, co chciałem mu pokazać przez cały dzień.
- Cóż... nie wiem, co się dzieje, ale jestem pewien, że to poprawi panu nastrój.
Rozwinąłem chustkę, wyjąłem trzy złote monety i położyłem je na ladzie. Zamilkłem, czekając, aż w jego błękitnych oczach pojawi się zdumienie.
Mężczyzna wyglądał jednak, jakby ktoś wyssał z niego całą krew. Patrzył na dublony, jakbym postawił przed nim trzy pomidory. Oparł się ciężko o półkę za plecami, jakby ogarnęło go nagłe, niewytłumaczalne zmęczenie - albo jakby miał alergię na złoto próby osiemnastu karatów.
- I co pan na to? - zapytałem, czekając aż wreszcie coś powie.
Don José rzucił ukradkowe spojrzenie w bok, a następnie znów popatrzył na ulicę. W końcu pochylił się i wyszeptał mi do ucha:
- Proszę natychmiast opuścić to miejsce.
- Co? Ale... - wydukałem, nieco zdezorientowany.
- Przyszli po pana... - mruknął, patrząc mi prosto w oczy. - Czekają na zapleczu. Niech pan udaje, że nic pan nie wie. Proszę spokojnie wyjść, a potem biec, ile sił w nogach.
Zaskoczony, przez chwilę nie byłem w stanie ani się poruszyć, ani myśleć logicznie.
- Ale... kto? Skąd to wiedzą...? - wyjąkałem. Nie mogłem uwierzyć w słowa tego człowieka, któremu przecież całkowicie ufałem.
- Proszę nie pytać, tylko natychmiast uciekać! - powtórzył gorączkowo. - I niech pan nie wraca tu przez jakiś czas - ostrzegł, wskazując w stronę ulicy. - Wiedzą wszystko.
Całkowicie ogłupiały, cofnąłem się o krok, a potem o następny. Wykonując bezsensowny gest, jakbym sprawdzał godzinę na zegarku, wymamrotałem coś niezrozumiałego, odwracając się w stronę wyjścia.
W tym samym momencie z piwnicy dobiegły odgłosy przyspieszonych kroków na schodach, a następnie don José zawołał donośnie:
- Ulises, uciekaj! Szybko, biegnij!