Ostatni sędzia - Lars Kjædegaard

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Te­le­fon za­dzwo­nił krótko po go­dzi­nie czwar­tej rano, bu­dząc Lone. Wzięła małą no­kię do ręki i ode­brała:

- Po­li­cja w Da­lede Vang.

Nic nie było sły­chać, więc do­dała:

- Halo, słu­cham.

Do jej uszu do­cho­dził szum wia­tru, znie­kształ­ca­jący dźwięki w te­le­fo­nie po dru­giej stro­nie. Sły­szała, że ktoś szedł, co po­wo­do­wało trza­ski. Spoj­rzała na elek­tro­niczny bu­dzik, który wy­świe­tlał na zie­lono cy­fry 04:07.

- Halo? - po­wtó­rzyła.

Te­raz usły­szała kroki oraz od­dech i wy­obra­ziła so­bie czło­wieka spa­ce­ru­ją­cego nocą. Wresz­cie w te­le­fo­nie ode­zwał się głos:

- Wła­śnie umarł Pe­der Bar­ding­feldt.

- Z kim roz­ma­wiam? - za­py­tała.

Po­łą­cze­nie zo­stało jed­nak prze­rwane.

Lone po­czuła, jak pod­sko­czył jej puls. Spoj­rzała na ekran te­le­fonu, ale nu­mer się nie wy­świe­tlił.

Sie­działa jesz­cze przez chwilę, po czym pod­nio­sła się i wy­szła do przed­po­koju. Wy­jęła czer­woną lo­kalną książkę te­le­fo­niczną, która le­żała na sto­liku w miej­scu, gdzie kie­dyś stał te­le­fon sta­cjo­narny jej ro­dzi­ców. Od­szu­kała nu­mer Bar­ding­feldta, przed któ­rym na­pi­sane było: "Bar­ding­feldt Pe­der, ar­chi­tekt, H?ja­ge­rvej 29, Da­lede Vang".

Wpi­sała nu­mer na ko­mórce i cze­kała na sy­gnał. W od­da­lo­nym o dwa ki­lo­me­try domu o na­zwie H?ja­ger­hus za­dzwo­nił te­le­fon. Sy­gnał wy­brzmie­wał długo, w końcu po­łą­cze­nie zo­stało au­to­ma­tycz­nie prze­rwane.

Wciąż była za­spana. Nie­czę­sto się zda­rza, że ktoś bu­dzi ją w środku nocy. Z re­guły lu­dzie zgła­szają się do po­li­cjanta dy­żur­nego w Hil­le­r?d, który na­stęp­nie dzwoni do niej, je­śli sprawa do­ty­czy jej re­wiru.

Po­szła do kuchni i włą­czyła czaj­nik, na­sy­pała do kubka kawę roz­pusz­czalną i tro­chę cu­kru, po czym wró­ciła do po­koju, żeby się ubrać. Za­ło­żyła buty, wlała do kubka wodę, za­mie­szała i wy­jęła z ku­chen­nej szu­flady pi­sto­let służ­bowy. Przy­piąw­szy do pasa ka­burę, wło­żyła czarną ny­lo­nową kurtkę. Po­dmu­chała go­rącą kawę i wzięła ostroż­nie mały łyk. Po­tem jesz­cze kilka, ale tak się nie­cier­pli­wiła, że od­sta­wiła resztę. Wciąż wy­brzmie­wało jej w uszach zda­nie: "Wła­śnie umarł Pe­der Bar­ding­feldt". Sta­rała się przy­wo­łać w my­ślach tam­ten głos, ale był znie­kształ­cony. Po­czuła ciarki na ca­łym ciele.

Sześć sze­re­go­wych dom­ków na N?l­de­van­gen po­grą­żo­nych było w ciem­no­ści. Wsia­dła do bia­łego wozu pa­tro­lo­wego, uru­cho­miła sil­nik i za­wró­ciła.

Prze­je­chała przez całe Da­lede Vang. Wieś była pu­sta i nie­po­ru­szona jak czarno-biała fo­to­gra­fia. Wzdłuż głów­nej ulicy By­ga­den stało osiem­na­ście la­tarni, któ­rych fio­le­towe roz­pro­szone świa­tło po­tę­go­wało wra­że­nie pustki. Zbli­żał się ko­niec wrze­śnia, pa­no­wała ciem­ność. Było ci­cho i bez­wietrz­nie. Ja­dąc, ob­ser­wo­wała po­bo­cze. Do­tarła do skrzy­żo­wa­nia, na któ­rym skrę­ciła w lewo, skąd nie­da­leko już do H?ja­ge­rvej.

Czuła lek­kie mdło­ści, wy­wo­łane przez na­głą po­budkę, oraz na­pię­cie z po­wodu od­wie­dzin w domu, któ­rego lo­ka­tor rze­komo nie żyje.

Głos, który wy­po­wie­dział za­le­d­wie kilka słów o śmierci Pe­dera Bar­ding­feldta, brzmiał mę­sko, choć nie miała ab­so­lut­nej pew­no­ści.

Jazda au­tem nie trwała dłu­żej niż sie­dem czy osiem mi­nut. Po­mimo to za­sta­na­wiała się, czy nie po­winna była po­stą­pić ina­czej. Mo­gła po­pro­sić o wspar­cie z Hil­le­r?d. Ale nocą z piątku na so­botę sporo czasu za­ję­łoby im zna­le­zie­nie wol­nego pa­trolu. A je­śli ten te­le­fon oka­załby się fał­szy­wym alar­mem, to sta­łaby się po­śmie­wi­skiem, a Bar­ding­feldt, otwarł­szy drzwi, stałby w nich w szla­froku, pa­trząc ze zdzi­wie­niem na troje gli­nia­rzy.

Wi­działa Bar­ding­feldta kilka dni wcze­śniej. Ar­chi­tekt wy­mi­nął ją swoim sta­rym ro­we­rem ra­le­igh na By­ga­den nie­da­leko SPAR-u. Znała z wi­dze­nia więk­szość sta­łych miesz­kań­ców, a wszy­scy znali Bar­ding­feldta i wie­dzieli, kim jest. Wy­soki, uśmiech­nięty męż­czy­zna o gę­stych si­wych wło­sach, ubrany w sztruksy ko­loru pia­sko­wego i ma­ry­nar­ski swe­ter. No­sił so­lidne, skó­rzane buty, a w kie­szeni ołó­wek i cza­sem ca­lówkę. Jeź­dził ro­we­rem do róż­nych rze­mieśl­ni­ków i coś dla nich pro­jek­to­wał. Lu­bił pusz­czać la­tawce nad brze­giem mo­rza. Oj­ciec Lone po­zo­sta­wił po so­bie książkę o Po­ulu Hen­ning­se­nie, in­nym ar­chi­tek­cie, który rów­nież znaj­do­wał przy­jem­ność w pusz­cza­niu la­taw­ców. Wciąż stała na jej re­gale. Bar­ding­feldt był po­dobny do Po­ula Hen­ning­sena. Prak­tyczny teo­re­tyk, czło­wiek z po­my­słami i wszech­stron­nie uta­len­to­wany, dzięki czemu był w sta­nie mó­wić z więk­szo­ścią lu­dzi o naj­bar­dziej za­wi­łych rze­czach. Jej oj­ciec po­wie­dział kie­dyś, że Bar­ding­feldt to zwo­len­nik ra­dy­ka­li­zmu kul­tu­ro­wego. Ale do­dał: "Obec­nie nie jest to jed­nak zbyt po­pu­larne".

Po­pu­larne czy nie, w każ­dym ra­zie Pe­der Bar­ding­feldt był w oko­licy znaną i sza­no­waną osobą. Ni­gdy nie usły­szała o nim złego słowa. Ni­gdy też nie do­szła do niej ja­kaś nie­po­chlebna opi­nia o Hil­dzie Bar­ding­feldt, mimo że oboje byli za­równo bo­gatsi, jak i le­piej wy­kształ­ceni od po­zo­sta­łych miesz­kań­ców. We­dług Lone lu­dzie z Da­lede byli na­wet dumni z Bar­ding­feld­tów.

Wła­śnie umarł Pe­der Bar­ding­feldt.

Skrę­ciła w prawo na żwi­rową drogę. Po prze­je­cha­niu stu me­trów zwol­niła i uj­rzała wjazd do H?ja­ger­hus. Z du­żego, trój­kąt­nego fron­to­wego okna na pię­trze pa­dało świa­tło. Pod­je­chała pod dom i za­par­ko­wała przed gan­kiem. Wy­sia­dła. Wo­kół pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza.

Ni­gdy wcze­śniej tu nie była. Część fron­tową czar­nego domu krył dach tor­fowy, który opie­rał się na po­ma­lo­wa­nych na czer­wono pniach. Obok drzwi pa­liła się lampa z bia­łym okrą­głym klo­szem, rzu­ca­jąc przy­ćmione świa­tło. Ni­g­dzie nie było wi­dać sta­rego kre­mo­wego ro­vera, który na­le­żał do ar­chi­tekta, ale mógł stać w ga­rażu gdzieś z tyłu domu.

Na­ci­snęła dzwo­nek i usły­szała jego sta­ro­modny dźwięk. Poza nim ni­czego nie było sły­chać. Cze­kała. Wy­da­wało się jej, że wszystko jest w jak naj­lep­szym po­rządku. Pa­liło się świa­tło. Nie uznała tego za dziwne, bo wpraw­dzie pora była bar­dzo późna, ale wszy­scy wie­dzieli, że Bar­ding­feldt to nocny ma­rek.

Za­dzwo­niła po­now­nie, ale ze środka na­dal nie do­bie­gały żadne od­głosy. Po chwili na­ci­snęła klamkę. Oka­zało się, że drzwi nie były za­mknięte na klucz. Po­pchnęła je i zaj­rzała do środka. Zo­ba­czyła ciemny przed­po­kój, nie­mal hol, z pod­łogą wy­ło­żoną czer­woną ce­głą.

- Halo! - za­wo­łała i cze­kała da­lej.

Ci­sza.

Wzięła głę­boki od­dech. W głębi holu za­uwa­żyła schody, na które pa­dało świa­tło z pię­tra. Wy­tę­żyła słuch, spo­dzie­wa­jąc się usły­szeć ja­kiś głos albo cho­ciaż szu­ra­jące o pod­łogę nogi krze­sła.

- Halo! Po­li­cja!

Pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza.

Szyb­kim kro­kiem po­de­szła do scho­dów, zła­pała po­ma­lo­waną na czer­wono po­ręcz i spoj­rzała w górę.

- Halo! - po­wtó­rzyła jesz­cze raz, wcho­dząc po­woli po scho­dach.

- Pa­nie Bar­ding­feldt! Jest pan tam? Je­stem z po­li­cji. Halo!

W tym mo­men­cie prze­stała już spo­dzie­wać się ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzi. W domu ni­kogo nie było. We­szła na górę, za­sta­na­wia­jąc się, co mo­gło się wy­da­rzyć. Przede wszyst­kim po­my­ślała so­bie, że te­le­fon to głupi żart. Ja­kiś idiota albo pi­jak prze­cho­dził obok domu i zo­ba­czył świa­tło. Nie lu­bił Bar­ding­feldta, więc po­sta­no­wił zro­bić mu dow­cip.

Cho­ciaż jego głos ra­czej nie wska­zy­wał na pi­jaka.

Drew­niany su­fit na ob­szer­nym pię­trze po­ma­lo­wany był na biało. Po bo­kach prze­stron­nego po­koju stały wy­so­kie re­gały, na które pa­dało świa­tło z ma­łych, świe­cą­cych na żółto su­fi­to­wych lam­pek. Gdy od­wró­ciła się w stronę okna, zo­ba­czyła tył wy­so­kiego, obi­tego skórą fo­tela, który stał przy dłu­gim biurku. Pod sie­dze­niem wi­dać było nogi z za­ło­żo­nymi na stopy kap­ciami.

Szybko po­de­szła do biurka, za któ­rym sie­dział Pe­der Bar­ding­feldt. Wy­glą­dał tak, jakby był za­to­piony w swoim wiel­kim, dro­gim fo­telu. Pa­trzył na nią, lecz się nie po­ru­szał.

- Pa­nie Bar­ding­feldt?

U góry po le­wej stro­nie czoła do­strze­gła dziurkę. Krwi pra­wie nie było, tylko mała strużka ście­kała po gę­stych si­wych wło­sach. Lone za­marła. Pe­der Bar­ding­feldt wy­glą­dał na ży­wego, ale był mar­twy jak ka­mień.

Prze­mo­gła się i po­de­szła bli­żej, po czym ostroż­nie przy­ło­żyła dwa palce do szyi de­nata. Ciało wciąż było cie­płe. Po­czuła za­pach wody po go­le­niu. Znała go, przy­po­mi­nał za­pach, jaki uno­sił się w za­kła­dzie fry­zjer­skim Iver­sena w Hel­singe, do­kąd cho­dził jej oj­ciec i cza­sem za­bie­rał ją z sobą, mó­wiąc, że wy­biera się "do go­la­rza". Woda ta pach­niała bar­dzo mę­sko.

Nie wy­czuła pulsu, a usta Bar­ding­feldta były lekko roz­chy­lone. Po­czuła się nie­swojo, znaj­du­jąc się tak bli­sko ust, które już nie od­dy­chały, lecz z któ­rych wciąż czuć było woń ty­to­niu i je­dze­nia.

Od­su­nęła się od biurka. Wy­raz twa­rzy Bar­ding­feldta był neu­tralny, ale we­dług niej wy­ra­żał de­li­katny uśmiech. Spoj­rze­nie tych mar­twych, sza­rych oczu wy­wo­łało u niej iry­ta­cję. Zda­wały się mó­wić: "Patrz Lone! Sie­dzę tu so­bie i co za­mie­rzasz zro­bić?".

Wy­jęła ko­mórkę i wy­brała nu­mer.

Roz­dział 2

Dwoje ubra­nych po cy­wil­nemu po­li­cjan­tów szło przez ciemną halę fa­bryczną. Za­cho­wy­wali się ci­cho, od czasu do czasu da­jąc so­bie znaki. Cały obiekt spo­wi­jał mrok. W hali wszę­dzie wi­dać było nie­bie­skie cie­nie, a z da­leka do­bie­gał ryt­miczny od­głos ka­pa­nia.

Męż­czy­zna sta­nął w przej­ściu do ko­lej­nej hali i ostroż­nie do niej zaj­rzał. Na­stęp­nie ski­nął na part­nerkę i we­szli ra­zem do środka.

Na końcu hali zo­ba­czyli świa­tło, które wpa­dało przez ni­skie drzwi po prze­ciw­nej stro­nie.

Spoj­rzeli na sie­bie i wy­cią­gnęli pi­sto­lety. Bez­gło­śnie szli wzdłuż ściany w kie­runku świa­tła, trzy­ma­jąc obu­rącz rę­ko­je­ści pi­sto­le­tów i lekko uno­sząc ra­miona.

Za­trzy­mali się przed drzwiami oświe­tlo­nego po­miesz­cze­nia i na­słu­chi­wali. Nie sły­chać było ni­czego poza mia­ro­wym ka­pa­niem.

Męż­czy­zna zbli­żył się do part­nerki.

- Nie ma go w środku - wy­szep­tał jej do ucha.

Po­krę­ciła głową i od­po­wie­działa mu rów­nież szep­tem:

- Ale coś tam jest.

Przy­tak­nął, a ona unio­sła brwi i także dała mu znak ru­chem głowy. We­szli do środka.

Ma­to­wo­żółte świa­tło po­cho­dziło od jed­nej lub kilku lamp, znaj­du­ją­cych się we­wnątrz kręgu utwo­rzo­nego z du­żych, ja­snych pla­sti­ko­wych płyt, które zwi­sały z su­fitu. Sku­pione w jed­nym miej­scu świa­tło spra­wiało, że ciem­ność wo­kół po­tę­go­wała wra­że­nie grozy.

Po­li­cjanci za­wa­hali się i spoj­rzeli na sie­bie. Ka­pa­nie było te­raz cich­sze. Męż­czy­zna ski­nął głową, po czym roz­su­nęli płyty i we­szli do kręgu.

Z su­fitu na moc­nym sznu­rze zwi­sał sza­ro­biały, nie­fo­remny, przy­po­mi­na­jący mu­mię to­bół po­dobny do du­żego worka po­dróż­nego. Jego dół był ciemny i błysz­czący, a na be­to­no­wej po­sadzce znaj­do­wała się ka­łuża za­krze­płej, pra­wie czar­nej krwi.

- O Boże - po­wie­działa ści­szo­nym gło­sem ko­bieta.

Jej ko­lega scho­wał pi­sto­let do ka­bury i z przy­mo­co­wa­nej do uda po­chwy wy­jął duży nóż. Pod­szedł ostroż­nie do worka, de­li­kat­nie go roz­ciął, na­stęp­nie szybko się cof­nął i po­chy­lił się jak bie­gacz, który pró­buje zła­pać od­dech.

Spoj­rzał na part­nerkę i kiw­nął głową.

- Jesz­cze jedna? - za­py­tała.

Wy­pro­sto­wał się i po­now­nie kiw­nął głową.

- W taki sam spo­sób?

- Tak. Wi­dać, że długo tak wisi. Nie zdzi­wię się, je­śli bę­dzie jej bra­ko­wać pra­wego środ­ko­wego palca.

Po­li­cjantka, wyj­mu­jąc te­le­fon, po­wie­działa:

- We­zwę tech­ni­ków.

Kiedy skoń­czyła roz­mowę, po­de­szła do wi­szą­cego worka. Miała za­my­śloną minę.

- Coś pró­buje nam przez to prze­ka­zać.

Jej ko­lega ski­nął głową i do­dał:

- Pięć środ­ko­wych pal­ców. Co za chory skur­wiel.

- Tylko co? Co te palce mają ozna­czać?

Thor Bel­ling wziął do ręki pi­lota, który le­żał obok na ka­na­pie, skie­ro­wał go w stronę te­le­wi­zora, wci­snął przy­cisk i ekran zro­bił się czarny.

- Znowu to samo - po­wie­dział z agre­sją w gło­sie w pu­stym sa­lo­nie.

Pod­niósł się z do­brze so­bie zna­nym uczu­ciem, że wy­strych­nięto go na dudka. Było tak za każ­dym ra­zem. Czło­wiek siada, żeby obej­rzeć do­bry kry­mi­nał, bo za­wsze za­po­wia­dają filmy w taki spo­sób. Mó­wią: "Te­raz wy­świe­tlimy perłę kry­mi­nału w gwiaz­dor­skiej ob­sa­dzie", po czym się oka­zuje, że to zwy­czajna szmira. Ma­ka­bryczne, sztuczne in­trygi, twar­dzi gli­nia­rze żu­jący gumę, skó­rzane ka­bury i ja­sno­nie­bie­skie ko­szule.

Wy­szedł na bal­kon i za­pa­lił pa­pie­rosa.

Był piąt­kowy wie­czór. Nad dziel­nicą ?ster­bro roz­po­ście­rało się ciem­no­nie­bie­skie niebo, przy­wo­łu­jące wspo­mnie­nie o nie­dawno mi­nio­nym le­cie. W oknach do­mów tu i ów­dzie pa­liły się świa­tła. Od czasu do czasu do­cie­rały do niego krzyki z ulicy. Po­my­ślał so­bie, że gdyby był se­ria­lo­wym gli­nia­rzem, sie­działby te­raz w ba­rze z ko­le­gami, gdzie pi­liby piwo, opo­wia­da­jąc ru­baszne dow­cipy albo zło­śli­wie pa­ro­diu­jąc szefa. Gdyby był praw­dzi­wym gli­nia­rzem, to na­le­żałby do ciężko pra­cu­ją­cej ekipy twar­dych fa­ce­tów. Ow­szem, w ta­kim to­wa­rzy­stwie można też na­tra­fić na wy­pa­lo­nego, roz­wie­dzio­nego mruka, ale w końcu także i ko­muś ta­kiemu udaje się po paru pi­wach wy­lą­do­wać w łóżku z po­li­cjantką - młodą ko­cicą, która prze­ciw­sta­wiała się po­le­ce­niom szefa, ale i tak schwy­tała se­ryj­nego mor­dercę, który od mie­sięcy sta­rał się coś prze­ka­zać, przy­sy­ła­jąc od­cięte środ­kowe palce i za­gad­kowe in­for­ma­cje. To ona otwo­rzyła mu oczy i po­now­nie zro­biła z niego fa­ceta, zdej­mu­jąc ja­sno­nie­bie­ski sta­nik i roz­pusz­cza­jąc koń­ski ogon.

Zga­sił w do­niczce pa­pie­rosa i po­ło­żył się do łóżka, za­sta­na­wia­jąc się, co robi Anita. Może sie­działa w ja­kimś przy­jem­nym ba­rze, opo­wia­da­jąc przy­ja­cio­łom o swo­jej in­te­re­su­ją­cej pracy. A może także wy­łą­czyła te­le­wi­zor i miała za­miar po­ło­żyć się spać.

W so­botę rano, krótko po go­dzi­nie szó­stej, za­dzwo­nił te­le­fon, który le­żał obok Anity na jej sze­ro­kim łóżku.

- Anita Hvid, słu­cham.

- Tu Br?s­sner - ode­zwał się jej szef. - Dzień do­bry.

- Dzień do­bry.

- Je­ste­ście z Tho­rem wolni?

- Tak, a do­kąd mamy je­chać?

Ri­chard Br?s­sner za­czął mó­wić.

Po upły­wie pół go­dziny wy­jeż­dżali już z po­grą­żo­nego w po­ran­nym świe­tle mia­sta, kie­ru­jąc się na pół­noc. Thor za­trzy­mał się na sta­cji ben­zy­no­wej na skrzy­żo­wa­niu ulic Jag­tvej i ?ster­bro­gade, gdzie ku­pił dwa kubki kawy. Na­stęp­nie ru­szył w kie­runku au­to­strady, a Anita zdała mu re­la­cję z roz­mowy z Br?s­sne­rem.

- Ofiara to sześć­dzie­się­cio­pię­cio­letni męż­czy­zna, który zo­stał zna­le­ziony w swoim domu... - po­wie­działa, pa­trząc na ze­ga­rek - dwie go­dziny temu przez po­li­cjantkę z Da­lede Vang, Lone Jen­sen, która otrzy­mała ano­ni­mowy te­le­fon o go­dzi­nie 4.07. Ktoś po­wie­dział, że ofiara "wła­śnie zmarła". Po­li­cjantka po­je­chała do domu de­nata, gdzie od­kryła, że zo­stał za­strze­lony. Nie stwier­dzono żad­nych śla­dów wła­ma­nia ani sza­mo­ta­niny. Na­stęp­nie za­dzwo­niła do Wy­działu Za­bójstw, skąd na miej­sce zbrodni wy­słano po­li­cyj­nych tech­ni­ków i le­ka­rza, jak rów­nież po­in­for­mo­wano o zda­rze­niu Br?s­snera. A on za­dzwo­nił do mnie i te­raz je­ste­śmy tu­taj.

- Do­brze. Masz nu­mer Lone Jen­sen?

- Tak.

- Za­dzwoń do niej i po­wiedz, że je­ste­śmy w dro­dze. Kiedy do­je­dziemy?

Anita spoj­rzała na ekran na­wi­ga­cji.

- Za pięć­dzie­siąt dwie mi­nuty.

Thor po­pa­trzył na au­to­stradę.

- Nie ma jesz­cze ru­chu, więc pew­nie się zga­dza. Po­wiedz Lone Jen­sen, żeby cze­kała na nas na miej­scu zbrodni i żeby nie po­zwo­liła wejść tam ni­komu oprócz nas i tech­ni­ków.

- Ona o tym wie.

- To nic. Za­dzwoń.

Anita za­te­le­fo­no­wała i prze­ka­zała prośbę, po czym w ci­szy po­dą­żali w kie­runku Hil­le­r?d i Hel­singe. Kiedy wy­je­chali, było jesz­cze szaro, lecz te­raz niebo za­czy­nało ro­bić się ja­sno­nie­bie­skie. Za­po­wia­dał się sło­neczny je­sienny dzień.

Mi­nęli Hel­singe i zna­leźli się na ob­sza­rze, który ko­ja­rzył się Tho­rowi z luk­su­sową let­nią kra­iną, gdzie by­wają osoby z wyż­szych warstw spo­łecz­nych i gdzie miej­sco­wo­ści no­szą ta­kie na­zwy jak Ti­birke Bak­ker oraz Ti­svilde.

- Czy miej­sce zbrodni to do­mek let­ni­skowy? - za­py­tał.

- Ra­czej nie, ale nie mam pew­no­ści.

- Ni­gdy wcze­śniej tu nie pra­co­wa­łem - przy­znał. - Po­dobno jest tu cu­dow­nie.

- Cu­dow­nie?

- No, wiesz... Let­ni­sko.

Ostat­nie słowo wy­mó­wił te­atral­nie, przez co za­brzmiało jak let­ni­zgo. Thor lu­bił cza­sem na­śla­do­wać spo­sób mó­wie­nia klas wyż­szych. Ro­bił tak, kiedy pa­ro­dio­wał lu­dzi, któ­rzy są przy­zwy­cza­jeni do zbytku i uwa­żają się za lep­szych. Było to okrop­nie de­ner­wu­jące. Cał­kiem nie­dawno za­miast sztuka po­wie­dział szduka, w do­datku tak nie­dbale i no­sowo, że na­tych­miast przy­szła jej na myśl Dea Trier M?rch.

- No mów, mów - po­na­gliła go. - Wi­dzę, że masz to na końcu ję­zyka.

- Odzie­dzi­czone pie­nią­dze - za­czął Thor - dys­kretna, szla­fro­kowa ele­gan­cja bo­ga­tego miesz­czań­stwa, ra­do­sne, oży­wione let­nie ży­cie wy­peł­nione czer­wo­nym wi­nem, po­ran­nymi ką­pie­lami w mo­rzu, cy­ga­ret­kami, ma­ri­hu­aną. W week­endy przy­jeż­dżają dzieci, które lo­kują się w anek­sach. Oj­ciec w swo­jej al­ta­nie pi­sze ja­kąś po­wieść albo sce­na­riusz filmu, a matka i inne po­dobne do niej ka­pe­lu­szowe damy jeż­dżą ro­we­rami re­tro po oko­licy, gdzie ku­pują dro­gie, au­ten­tyczne gówna, które tu­tejsi miesz­kańcy przez zimę prze­ra­biają tak, żeby wy­glą­dały na nad­szarp­nięte zę­bem czasu. Skrzy­piące me­ble albo mały ema­lio­wany ba­dziew, który śmiesz­nie wy­gląda.

- No pro­szę. Cała pa­leta uprze­dzeń.

Wziął głę­boki wdech i kon­ty­nu­ował:

- Ku­po­wa­nie ryb i eko­lo­gicz­nych wa­rzyw u lo­kal­nych han­dla­rzy, któ­rzy są bar­dzo życz­liwi, stą­pają mocno po ziemi i żyją tak, jak w rze­czy­wi­sto­ści my wszy­scy po­win­ni­śmy, gdyby nie to, że je­ste­śmy ludźmi z me­diów, biz­nes­me­nami i ar­ty­stami. Trze­piemy kasę w Ko­pen­ha­dze, a tu­taj przy­jeż­dżamy tylko dla­tego, że po panu hur­tow­niku ty­to­niu odzie­dzi­czy­li­śmy kryty strze­chą do­mek, bu­dzący w nas tyle mi­łych wspo­mnień. Albo dla­tego, że je­ste­śmy nu­wo­ry­szami, któ­rzy pra­gną żyć w taki spo­sób. Nie je­ste­śmy wul­garni. Nie przy­po­mi­namy tych z Horn­b?k, któ­rzy bu­rzą stare cha­łupy, żeby bu­do­wać otyn­ko­wane domki let­ni­skowe za dwa­na­ście mi­lio­nów, z czar­nymi gla­zu­ro­wa­nymi da­chów­kami i ze sto­ją­cymi na pod­jeź­dzie po­rsche. Na plażę jeź­dzimy ro­we­rami. Po­ka­zu­jemy klasę, je­ste­śmy po­rządni. Nie gło­su­jemy na Duń­ską Par­tię Lu­dową. Nie wy­ra­żamy się źle o ob­co­kra­jow­cach, być może dla­tego, że na­sze dzieci cho­dzą do pry­wat­nych szkół i znają imi­gran­tów tylko z kar­tek UNI­CEF. Je­ste­śmy to­le­ran­cyjni. Uwa­żamy, że ni­czym się nie róż­nimy od in­nych lu­dzi. Nie mamy wprost le­wi­co­wych po­glą­dów, ra­czej li­be­ralne. Je­ste­śmy let­ni­kami ze skry­wa­nymi so­cja­li­stycz­nymi wy­obra­że­niami o wspól­no­cie i ra­do­snym pi­ciu w ogródku.

- A tu­tejsi? - za­py­tała Anita.

- Ci gło­sują na Duń­ską Par­tię Lu­dową. Do­sko­nale wie­dzą, że wszystko się kręci, ale tylko la­tem, kiedy przy­jeż­dżają bo­ga­cze. Za­możni lu­dzie na­to­miast są­dzą, że za­wsze jest tu tak jak w le­cie. Tu­tejsi lu­dzie to pro­win­cju­sze o ni­skiej sa­mo­oce­nie, ży­wiący ukrytą po­gardę wo­bec roz­piesz­czo­nych sno­bów z Ko­pen­hagi. Wraz z na­dej­ściem zimy za­my­kają swoje in­te­resy. Być może mają ja­kąś za­py­ziałą knajpę, gdzie mogą po­pi­jać świą­teczne piwko i po­słu­chać roc­ko­wego blu­esa, gra­nego przez Nil­lera i jego pod­ta­tu­sia­łych kum­pli o cien­kich no­gach, ubra­nych w skó­rzane ka­mi­zelki. Może jest krę­giel­nia, gdzie ro­bią ta­nie i po­żywne steki z so­sem ber­neń­skim, albo line dance w świe­tlicy. Tu­tejsi nie ką­pią się w mo­rzu. W każ­dym ra­zie nie tu­taj. Wy­jeż­dżają na sło­neczne wa­ka­cje do Tur­cji czy Taj­lan­dii, gdzie na­cie­rają się olej­kami, opa­lają na ciem­no­brą­zowo, a po­tem do­stają raka skóry.

- Ale z cie­bie mi­zan­trop - pod­su­mo­wała Anita.

Thor jed­nak kon­ty­nu­ował wy­wód:

- Cie­kawe tylko, kim była na­sza ofiara. Czy to wiej­ski kmiot czy miej­ski snob? Wła­śnie koń­czy się se­zon, więc moż­liwe jest jedno i dru­gie. Tego za­strze­lo­nego męż­czy­znę zna­la­zła pew­nie ja­kaś miej­scowa krzepka babka, która do­piero co wy­szła z so­la­rium, a za­bił go ktoś, kto ma na imię Ron­nie albo Ke­vin, bo po­trze­bo­wał pie­nię­dzy na sil­nik do swo­jego mon­ster trucka z agre­syw­nym psem na skrzyni auta i wo­recz­kiem z pro­chami w schowku na rę­ka­wiczki.

- Albo? - spy­tała, po­sy­ła­jąc mu z ukosa spoj­rze­nie.

- Albo to ktoś, kto jest miej­skim sno­bem.

- Ale jego nie wi­dzisz?

- Ow­szem, ale ktoś taki różni się od chłopa, prawda? W każ­dym ra­zie z wy­glądu.

- A więc le­piej umiesz opi­sy­wać lu­dzi ze wsi.

- To chyba do­brze, nie?

- Dla­czego?

- Bo sta­no­wią więk­szość.

Oka­zało się, że za­bity męż­czy­zna był sno­bem. Wi­dać to było już w chwili, kiedy Anita da­wała Tho­rowi wska­zówki, jak wje­chać na żwi­rową drogę, a po­tem na pod­jazd po­mię­dzy przy­po­mi­na­ją­cymi plan­ta­cję za­ro­ślami. Dom po­ło­żony był na po­kry­tym wrzo­sem wznie­sie­niu, na któ­rym tu i ów­dzie ro­sły świerki.

- Ja pie­przę - po­wie­działa Anita. - Ale wielki.

Czarny drew­niany pię­trowy dom kil­ka­krot­nie roz­bu­do­wy­wano. Miał małe, białe okna z licz­nymi szpro­sami. Ol­brzymi dach po­kryty był tor­fem albo dar­nią. Po­mimo tro­chę przy­pad­ko­wego wy­glądu bu­dy­nek był bar­dzo ele­gancki, co do­strzegł na­wet Thor.

- W za­sa­dzie wy­gląda na dom let­ni­skowy - orzekł.

- Być może nim jest.

Drzwi wej­ściowe były otwarte. Kiedy się do nich zbli­żali, uka­zała się w nich ko­bieta w czar­nym po­li­cyj­nym mun­du­rze i sta­nęła po­mię­dzy ozdob­nymi drew­nia­nymi ko­lum­nami, które pod­trzy­my­wały da­szek.

- Punk­tu­al­nie - oznaj­miła, pa­trząc na ze­ga­rek.

Thor spoj­rzał na swój. Była so­bota rano, parę mi­nut po wpół do ósmej.

Przy­wi­tali się z ko­bietą, która oka­zała się lo­kalną po­li­cjantką, czyli kimś, kogo Thor i Anita zwy­kli na­zy­wać sze­ry­fem.

- Co się stało? - za­py­tał Thor.

Lone Jen­sen opo­wie­działa mu to samo, co Anita stre­ściła w sa­mo­cho­dzie.

Thor przyj­rzał się Lone. Zda­wała mu się zbyt drobna jak na sze­ryfa. Czarne spodnie i ny­lo­nowa kurtka pod­kre­ślały fi­gurę. Wy­glą­dała na sa­motną matkę, która z przy­czyn fi­nan­so­wych zmu­szona była pod­jąć pracę jako ochro­niarka. Miała brą­zowe włosy, ob­cięte do wy­so­ko­ści szczęki. Mó­wiła do niego w taki spo­sób, jakby sta­rała się obu­dzić w nim oj­cow­ski in­stynkt, mimo że w żad­nym ra­zie nie była jej po­trzebna po­moc. Nie po­tra­fił jed­nak stwier­dzić, czy była to jej pierw­sza stycz­ność z za­bój­stwem. Prze­waż­nie umiał coś ta­kiego do­strzec u lo­kal­nych sze­ry­fów, szcze­gól­nie je­śli był to ktoś młody albo ja­kiś stróż po­rządku w rzadko za­lud­nio­nym re­wi­rze.

- A więc wsta­łam i przy­je­cha­łam tu­taj.

- I co za­sta­łaś? - za­py­tał.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Drzwi nie były za­mknięte na klucz. Nie było sa­mo­chodu. Dom był pu­sty, tylko na gó­rze pa­liło się świa­tło. Wła­śnie tam go zna­la­złam. Sie­dział za­strze­lony w fo­telu. Z boku czoła zo­ba­czy­łam ślad po kuli. Na­zy­wał się Pe­der Bar­ding­feldt.

- Do­brze. Bar­ding­feldt to rzad­kie na­zwi­sko. Zna­łaś go, Lone?

Ski­nęła głową.

- Tak, ale nie­zbyt do­brze. Wszy­scy jed­nak wie­dzą, kim jest Pe­der Bar­ding­feldt. Prze­pra­szam: kim był.

- A kim był?

- Ar­chi­tek­tem. Sześć­dzie­siąt pięć lat. Wy­soki, przy­stojny męż­czy­zna. Po­dobno za­możny. Są­dząc po domu, musi to być prawda. Miał też z pew­no­ścią miesz­ka­nie w Ko­pen­ha­dze.

- A więc nie­tu­tej­szy?

- Zga­dza się, przy­jezdny. To zna­czy... by­wał tu od wielu lat, ale na stałe miesz­kał w Ko­pen­ha­dze.

- Czło­wiek z to­wa­rzy­stwa.

Uśmiech­nęła się ką­ci­kami ust.

- W pew­nym sen­sie. Ow­szem, na­le­żał do klasy wyż­szej, ale miał tu sporo zna­jo­mych. Utrzy­my­wał żywe kon­takty z tu­tej­szymi miesz­kań­cami, ale ni­komu się nie na­rzu­cał.

- Ja­sne.

- Lu­dzie są różni - po­wie­działa, pa­trząc na niego.

- To prawda. Czyli był to znany ar­chi­tekt, który nie miał nic prze­ciwko ucię­ciu so­bie po­ga­wędki z rze­mieśl­ni­kami czy dajmy na to ry­ba­kami, przy czym tamci nie uwa­żali go za bo­ga­tego waż­niaka.

- Wła­śnie o to mi cho­dziło.

- A jego żona? Też otwarta na lu­dzi?

- Nie wiem, ale to po­dobno ona po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny. Cho­dzi mi o to, że ten dom zo­stał odzie­dzi­czony, ale miało to miej­sce, za­nim ja się tu prze­nio­słam. Z tego, co sły­sza­łam, jest mi­ło­śniczką przy­rody. Ogró­dek, szklar­nia, ta­kie rze­czy.

Thor po­ki­wał głową.

- Dzię­kuję ci. Po­pa­trzmy na ofiarę.

Lone Jen­sen po­szła przo­dem.

W holu ich wzrok przy­kuły drew­niany su­fit oraz pod­łoga z czer­wo­nych ce­gieł. Było tam rów­nież troje drzwi po­ma­lo­wa­nych na nie­bie­sko. Pierw­sze pro­wa­dziły do kuchni, dru­gie znaj­du­jące się na­prze­ciwko nich były za­mknięte, a za trze­cimi, otwar­tymi, Thor do­strzegł długi ko­ry­tarz, któ­rego jedna ściana w ca­ło­ści była ze szkła.

- Jest na gó­rze - oznaj­miła Lone, wska­zu­jąc ręką na schody.

- Anito, ro­zej­rzyj się tu na dole, a ja pójdę na pię­tro.

Anita ski­nęła głową, a Thor po­szedł za po­li­cjantką na górę.

Na pię­trze zna­leźli się w ob­szer­nym po­miesz­cze­niu z ko­ko­so­wym dy­wa­nem na pod­ło­dze. Prze­stronne, po­ma­lo­wane na biało pod­da­sze się­gało aż do ka­le­nicy. Obe­szli biurko łu­kiem i sta­nęli przy trój­kąt­nym oknie.

De­nat sie­dział w fo­telu. Pe­der Bar­ding­feldt na­le­żał do tych ofiar, które na pierw­szy rzut oka wy­glą­dają na żywe. Sie­dział wy­god­nie roz­party z opusz­czo­nymi po bo­kach ra­mio­nami. Jego nie­bie­skie oczy były otwarte. Miał nie­ucze­sane włosy w ko­lo­rze pia­sku, lekko przy­pró­szone si­wi­zną. Twarz męż­czy­zny wciąż jesz­cze miała barwę ży­wego czło­wieka. Ubrany był w nie­bie­ski swe­ter ma­ry­nar­ski i szare spodnie, a na sto­pach miał kap­cie. Thor przy­pa­try­wał się ofie­rze.

- Po­cisk nie prze­szedł na wy­lot i jest nie­wiele krwi.

- Wła­śnie - po­twier­dziła Lone. - Strzał zo­stał przy­pusz­czal­nie od­dany z ma­łego pi­sto­letu. Wy­daje mi się, że padł mniej wię­cej stąd, gdzie sto­imy.

- Tak... A więc drzwi nie były za­mknięte na klucz, na ze­wnątrz świe­ciła się lampa, tu też za­pa­lone było świa­tło, lecz ni­g­dzie in­dziej. Ni­kogo nie wi­dzia­łaś i ni­czego nie sły­sza­łaś, nie do­strze­głaś też żad­nych śla­dów wska­zu­ją­cych na to, że coś zo­stało wy­wró­cone albo prze­miesz­czone.

Po­tak­nęła.

- Co zro­bi­łaś po­tem?

- We­zwa­łam wspar­cie, czyli was i tech­ni­ków.

- A póź­niej?

- Ze­szłam na dół i ro­zej­rza­łam się po domu.

- Zna­la­złaś coś?

- W kuchni na stole leży żółty blok. Jego żona, Hilda, zo­sta­wiła mu wia­do­mość, że bę­dzie u syna. Ma na imię Steen. Mieszka w N?debo.

- Pa­mię­tasz może, co na­pi­sała?

Lone wzru­szyła ra­mio­nami.

- Coś w stylu: "Je­stem u Ste­ena i Niny. Wrócę ju­tro rano".

- Do­brze. A wiesz, gdzie do­kład­nie mieszka syn?

Po­twier­dziła ski­nie­niem głowy.

- Zejdźmy już na dół - po­wie­dział Thor. - Za­raz po­winni przy­je­chać tech­nicy. Chciał­bym cię pro­sić, że­byś do­brze się za­sta­no­wiła, czy znasz może ko­goś z są­siedz­twa, kto mógłby za­strze­lić Bar­ding­feldta. Anita po­je­dzie do N?debo, gdzie po­wia­domi o zda­rze­niu człon­ków ro­dziny i ich prze­słu­cha.

- Jest ktoś taki - oświad­czyła Lone.

- To do­brze - po­wie­dział Thor z lek­kim uśmie­chem.

Roz­dział 3

Kwa­drans póź­niej tech­nicy już za­jęci byli swoją pracą. Anita po­je­chała do N?debo, a Thor wsiadł do bia­łego ra­dio­wozu Lone Jen­sen, która po­woli ma­new­ro­wała au­tem, żeby zje­chać na żwi­rową drogę.

Thor spoj­rzał na ze­ga­rek. Było kwa­drans po ósmej. Lone skrę­ciła w lewo i wy­je­chała na szosę. Thor za­kła­dał, że po­jadą na pół­noc, ku wy­brzeżu.

- Po­wiedz mi coś o tym po­dej­rza­nym - za­gad­nął.

Zer­k­nęła na chwilę w jego stronę, po czym za­częła mó­wić. Była inna niż Anita. Przede wszyst­kim nie taka żywa i bez­po­śred­nia. Lone Jen­sen miała też inny spo­sób mó­wie­nia. Kiedy opo­wia­dała, uży­wała nie­wielu słów.

- Na­zywa się Emil Drag­sholm Smith. Ma osiem­na­ście lat. Może dzie­więt­na­ście, wszystko jedno. Mieszka u matki z dru­giej strony Da­lede.

- Da­lede, czyli tej wsi?

- Tak. Da­lede Vang. Dwa rzędy do­mów z drogą po­środku. Zwy­czajna wio­ska.

- Emil Drag­sholm Smith - po­wtó­rzył.

- Nie jest zbyt by­stry. Nie lubi szkoły. Typ nu­dzą­cego się, wy­ro­śnię­tego chło­paka. W ubie­głym roku nu­dził się tak bar­dzo, że strze­lił w kie­runku domu na Bir­ke­mo­se­vej.

- Z czego?

- Wła­śnie. Gdyby coś ta­kiego zda­rzyło się w daw­niej­szych cza­sach, to strze­liłby z wia­trówki, prawda?

- Z Diany mo­del .22 - po­twier­dził, ki­wa­jąc głową. - Sam taką mia­łem.

- Ale Emil strze­lał z trzy­dziestki ósemki. Od­dał dwa strzały. Je­den z nich prze­ciął sznur, na któ­rym wi­siał ki­lim z we­luru w ogro­dzie zi­mo­wym. Miało to miej­sce u Johna i Jytte Mad­se­nów. Usły­szeli dwa huki, a w na­stęp­nej se­kun­dzie we­lu­rowy ki­lim spadł na ka­napę, gdzie oboje sie­dzieli.

- Co się po­tem wy­da­rzyło?

- John jest grubo po sześć­dzie­siątce, ale to silny fa­cet. I na­rwany. Pod­sko­czył, wy­biegł do ogrodu i po­gnał za Emi­lem, który nie ma zbyt do­brej kon­dy­cji. Do­go­nił go, za­brał pi­sto­let i przy­wa­lił mu parę razy.

- A jego żona za­dzwo­niła do cie­bie?

- Nie było wiele do wy­ja­śnia­nia - od­parła, ki­wa­jąc głową. - Po­je­cha­li­śmy z Emi­lem do Hil­le­r?d, gdzie go za­mknęli, a po­tem wró­ci­łam do jego matki, żeby wy­ja­śnić jej, co się stało.

- Ile Emil do­stał?

- Dwa mie­siące w za­wie­sze­niu za po­sia­da­nie broni bez ze­zwo­le­nia i za jej uży­cie.

- Nie­wiele. Skąd miał pi­sto­let?

- Ku­pił od ja­kie­goś fa­ceta w knaj­pie w Gil­le­leje.

- Po co?

- Bo mu ktoś za­pro­po­no­wał za­kup.

- Zna­leź­li­ście tego fa­ceta?

- Nie.

- Więc sie­dział tylko wtedy, gdy to­czyła się sprawa. I to ko­niec?

Lone po­krę­ciła głową.

- Nie cał­kiem. Nie po­sa­dzili go, ale po wy­to­cze­niu mu sprawy prze­ka­zano do­ku­menty do Re­jo­no­wego Ośrodka Po­mocy Spo­łecz­nej w Grib­skov. U niego w domu nie dzieje się zbyt do­brze. Jego matka, Brenda, nie ra­dzi so­bie. Pod­dano więc Emila ob­ser­wa­cji psy­cho­lo­gicz­nej, żeby stwier­dzić, co można dla niego zro­bić.

- Niech zgadnę - prze­rwał jej Thor. - Po­sta­wiono dia­gnozę, która mo­gła ozna­czać co­kol­wiek.

Wzru­szyła ra­mio­nami i za­py­tała:

- Co masz na my­śli?

- Tak to działa. Nie­ważne, czy się jest pa­ra­no­ikiem, psy­cho­patą, czy się ma ja­kieś ob­jawy au­ty­styczne. O to nikt już te­raz nie pyta. Co mu do­lega? Cóż, po­sta­wiono dia­gnozę. OK. Jest tak dużo dia­gnoz, że nie da się od­róż­nić spo­so­bów le­cze­nia. Więc wszystko jedno, co komu do­lega. Istotne jest to, że po­sta­wiono dia­gnozę, czyli dano mały czer­wony sy­gnał ostrze­gaw­czy.

- Czy­ta­łam dia­gnozę Emila.

- Do­brze. Co w niej było?

- Jak już mó­wi­łam, jest tro­chę nie­do­ro­zwi­nięty. Nikt ni­gdy nad nim nie pra­co­wał, praw­do­po­dob­nie ma skłon­no­ści psy­cho­pa­tyczne, przez całe ży­cie bra­ko­wało mu oj­cow­skiego au­to­ry­tetu, od za­wsze sprze­ci­wiał się matce, która sama też so­bie nie ra­dzi.

- Ja­kieś uza­leż­nie­nia?

- Ta­bletki.

- Matka i syn?

Po­tak­nęła.

- Niech zgadnę. Za­równo matka, jak i syn przy­znali się do przyj­mo­wa­nia ta­ble­tek uspo­ka­ja­ją­cych, a pod­czas wy­wiadu psy­cho­lo­gicz­nego obie­cali, że prze­staną je brać. Na­stęp­nie prze­pi­sano im nowe leki.

- Nie wiem, jak sprawa wy­gląda z Brendą, ale Emil na pewno ja­kieś do­stał. Nie pa­mię­tam, czy to an­ty­de­pre­santy, czy neu­ro­lep­tyki.

- Emil pew­nie też nie wie - stwier­dził, a po chwili za­py­tał: - Co było po­tem?

- Emi­lowi przy­znano miej­sce w Hem­ming­sh?j.

- Które jest...?

- Ośrod­kiem te­ra­pii dla przy­głu­pich chło­pa­ków ły­ka­ją­cych ta­bletki, któ­rych matki też są na le­kach. To nie­da­leko Gil­bjerg. Ma tam prze­by­wać dwa lata, w dni po­wsze­dnie. W week­endy przy­jeż­dża do domu do Brendy. Chyba do­brze mu tam. Są warsz­taty i tym po­dobne rze­czy.

Skrę­ciła w prawo i uj­rzała sze­reg no­wych bu­dyn­ków z brą­zo­wej ce­gły, za któ­rymi roz­cią­gały się pola. Małe przy­do­mowe ogródki oto­czone były świe­żymi, szybko ro­sną­cymi ży­wo­pło­tami.

- Tylko Emil miał epi­zod z bro­nią? - upew­nił się Thor.

- Tak. Tylko on przy­cho­dzi mi do głowy, ostat­nio nikt inny tu nie strze­lał.

Brenda Drag­sholm miesz­kała tro­chę da­lej, w bia­łym domu, który stał rów­no­le­gle do drogi i przy­po­mi­nał dawną za­grodę. Lone skrę­ciła i wje­chała na pod­jazd, gdzie stała po­ma­rań­czowa yari­ska. Wy­sie­dli.

Pa­no­wała cał­ko­wita ci­sza. Nie było jesz­cze dzie­wią­tej. W chłod­nym po­wie­trzu uno­sił się za­pach ziemi.

- Pew­nie jesz­cze nie wstała - zga­dy­wała Lone.

Po­de­szli do drzwi wej­ścio­wych, któ­rych pil­no­wał biały lew wy­ko­nany z ma­te­riału przy­po­mi­na­ją­cego ka­mień.

- Fi­gura z mar­ketu ogro­do­wego - oce­niła po­li­cjantka i za­dzwo­niła do drzwi.

Upły­nęło tro­chę czasu i Lone za­dzwo­niła jesz­cze raz. Po chwili drzwi się otwo­rzyły i sta­nęła w nich około czter­dzie­sto­let­nia go­spo­dyni. Brenda Drag­sholm wy­glą­dała le­piej, niż Thor się spo­dzie­wał. Była to szczu­pła ko­bieta, ubrana w dżinsy i rdza­wo­czer­wony swe­ter, który miał pra­wie taki sam ko­lor jak jej włosy. Na twa­rzy Brendy ma­lo­wało się na­pię­cie.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się. - Czy coś się stało?

- Mo­żemy wejść do środka? - za­py­tała Lone.

We­szli za ko­bietą do domu, gdzie czuć było za­pach psa.

- Czy coś się stało Emi­lowi? - spy­tała.

- Nie wiem - od­parła po­li­cjantka. - A gdzie jest?

- My­śla­łam, że to on przy­je­chał. Jest week­end. Prze­waż­nie wy­jeż­dża au­to­bu­sem z Hem­ming­sh?j o ósmej.

Brenda Drag­sholm po­pro­wa­dziła ich do po­dłuż­nego sa­lonu z ni­skim su­fi­tem, któ­rego okna wy­cho­dziły na ulicę. Stały tu skó­rzana ka­napa w ko­lo­rze mokki, te­le­wi­zor z pła­skim ekra­nem i me­blo­ścianka z ciem­nego drewna z prze­szkloną wi­tryną ze szpro­sami w ko­lo­rze oło­wiu. Thor zwró­cił uwagę na po­kaźny zbiór płyt DVD, ale nie mógł do­strzec, jaki ro­dzaj fil­mów do­mi­no­wał.

Ktoś - być może sama Brenda - prze­bu­do­wał dom, usu­wa­jąc część ściany, za którą znaj­do­wała się kuch­nia. Kra­wę­dzie ścian nie zo­stały po prze­bu­do­wie wy­gła­dzone, ale Thor nie po­tra­fił oce­nić, czy było to za­mie­rzone, czy praca po pro­stu nie zo­stała do­koń­czona.

Brenda obe­szła wy­sepkę ku­chenną i włą­czyła czaj­nik elek­tryczny. Po­tem wró­ciła do sa­lonu i po­chy­liła się przy ko­minku. Thor pa­trzył, jak za­pa­liła długą za­pałkę, a chwilę póź­niej po­czuł za­pach su­chego spi­ry­tusu.

Przy wy­sepce stały dwa stołki ba­rowe i Thor usiadł na jed­nym z nich.

- A co u niego sły­chać? - za­py­tała Lone.

Brenda wlała wrzą­tek do fil­tra z kawą, który wcze­śniej umie­ściła na ter­mo­sie.

- W po­rządku - od­parła.

- Kiedy wi­działa go pani ostatni raz?

Ru­do­włosa ko­bieta sta­nęła pod oka­pem i za­pa­liła pa­pie­rosa.

- W nie­dzielę, kiedy od­je­chał au­to­bu­sem.

- OK.

- Czy mogę się wresz­cie do­wie­dzieć, po co tu przy­je­cha­li­ście? Coś prze­skro­bał?

- Nie wiemy - od­po­wie­dział Thor. - Ale chcie­li­by­śmy się tego do­wie­dzieć.

Brenda spoj­rzała na niego.

- Jest pan tu nowy. Ni­gdy wcze­śniej pana nie wi­dzia­łam.

- Je­stem z Wy­działu Za­bójstw w Ko­pen­ha­dze - oznaj­mił Thor, lekko się uśmie­cha­jąc.

Ko­bieta wciąż na niego pa­trzyła, ale nic nie po­wie­działa. Mocno się za­cią­gnęła, po czym zga­siła pa­pie­rosa pod bie­żącą wodą.

- Z Wy­działu Za­bójstw? - po­wtó­rzyła.

- Tak. Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie mor­der­stwa.

Do­lała do fil­tra wię­cej wody.

- Mor­der­stwa? A kto zo­stał za­bity?

- Czy zna pani nie­ja­kiego Pe­dera Bar­ding­feldta? - za­py­tał.

Brenda otwo­rzyła sze­roko oczy i spoj­rzała na niego.

- Chce mi pan po­wie­dzieć, że Bar­ding­feldt zo­stał za­mor­do­wany?

- Zo­stał za­strze­lony - oświad­czyła Lone. - Dzi­siaj wcze­śnie rano.

- Bar­dzo mi przy­kro, ale co to ma do cho­lery wspól­nego z Emi­lem, je­śli wolno mi za­py­tać?

- Chcie­li­by­śmy z nim po pro­stu po­roz­ma­wiać - od­parła po­li­cjantka.

Matka Emila wy­glą­dała tak, jakby chciała coś po­wie­dzieć, ale się roz­my­śliła i spy­tała:

- Może kawy?

- Tak, z chę­cią - od­po­wie­dział Thor.

Nieco póź­niej, gdy oboje sie­dzieli na ba­ro­wych stoł­kach, Brenda, sto­jąc po dru­giej stro­nie wy­sepki, oświad­czyła:

- To nie mógł być Emil. W nocy prze­by­wał w Hem­ming­sh?j. Mo­że­cie tam za­dzwo­nić. Wolno mu wy­cho­dzić do­piero w so­botę rano.

- Spraw­dzimy to - po­wie­dział Thor.

- Ow­szem, Emil zo­stał ska­zany za po­sia­da­nie broni bez ze­zwo­le­nia, ale to było dwa lata temu. Zmie­nił się.

- Jak bar­dzo? - spy­tała Lone.

Brenda stała, opie­ra­jąc się o stół ku­chenny.

- Bie­rze leki i cho­dzimy na te­ra­pię. Zu­peł­nie nie jest tym sa­mym chłop­cem, któ­rym był kie­dyś.

- Na czym po­lega ta te­ra­pia? - za­py­tał Thor.

W tym mo­men­cie zza okien do­biegł ha­łas. Thor od­wró­cił się i do­strzegł ja­dący po dro­dze żółty au­to­bus.

- To te­ra­pia ro­dzinna. Cho­dzimy na nią ra­zem, ale także każde z nas osobno. Mó­wimy tam o róż­nych rze­czach. Uczymy się na przy­kład słu­cha­nia i ro­zu­mie­nia dru­giej osoby. A mnie jedna pani opo­wiada o kom­pe­ten­cjach ro­dzi­ciel­skich.

- Co to ta­kiego? - do­py­ty­wał się Thor, po­pi­ja­jąc mocną i smaczną kawę.

Brenda wzru­szyła ra­mio­nami.

- No... różne rze­czy. Mó­wimy o cza­sie na te­le­wi­zję, na kom­pu­ter, o wy­ty­cza­niu gra­nic, po­zby­wa­niu się ba­la­stu.

- Co? - zdzi­wił się Thor.

Ru­do­włosa go­spo­dyni ro­ze­śmiała się z lekka, lecz był to gorzki uśmiech. Thor po­my­ślał, że nie był to z jej strony brak sym­pa­tii czy wro­gość, lecz ra­czej po pro­stu nie była przy­zwy­cza­jona do swo­bod­nego uśmie­cha­nia się i pew­nie rzadko by­wała z cze­goś za­do­wo­lona.

- Tak, to po­zby­wa­nie się ba­la­stu brzmi ohyd­nie.

- Ohyd­nie? - po­wtó­rzył.

- Kiedy Maj­brit, te­ra­peutka, wy­po­wie­działa te słowa pierw­szy raz, na­tych­miast po­my­śla­łam o ko­walu, który kie­dyś tu pra­co­wał. Miał na imię Geo. Pro­wa­dził przy dro­dze ja­kieś ro­boty w stu­dzience. Przez cały dzień sie­dział w swo­jej dziu­rze, a było strasz­nie zimno. Po­szłam więc do niego i po­wie­dzia­łam: "Geo, ja­sna cho­lera, chodź na chwilę do domu na­pić się kawy". Po­słu­chał mnie i przy­szedł. Usiadł tam. - Wska­zała ręką krze­sło. - Zro­bi­łam kawę, a on zjadł swoją ka­napkę. Jego dło­nie były czer­wone jak skrzynka pocz­towa. Gdy zjadł i na­pił się kawy, za­py­tał mnie, czy nie mógłby sko­rzy­stać z ubi­ka­cji, bo musi zrzu­cić ba­last.

Thor i Lone przy­pa­try­wali się jej, a Brenda kon­ty­nu­owała:

- Przy­po­mi­nam to so­bie za każ­dym ra­zem, kiedy Maj­brit mówi, iż na­leży pa­mię­tać o po­zby­wa­niu się ba­la­stu. Ale to ta­kie dzie­cinne sko­ja­rze­nie. W każ­dym ra­zie ona ma na my­śli mó­wie­nie o nie­przy­jem­nych rze­czach, o opo­wia­da­niu o wszyst­kim, co nas spo­tyka. To cał­kiem nie­głu­pie. Mnie to nie prze­szka­dza, że używa prze­no­śni. Czę­sto mówi o róż­nych na­rzę­dziach, przy­rzą­dach, ba­la­ście i tak da­lej.

Wtem usły­szeli otwie­ra­jące się drzwi.

- To on - oznaj­miła go­spo­dyni.

Do sa­lonu wszedł Emil Drag­sholm Smith. Był to ro­sły chło­pak o bla­dej ce­rze. Spod du­żej, wy­so­kiej czapki wy­sta­wały włosy tak samo rude jak u matki. Miał na so­bie długą kurtkę, na ra­mię za­rzu­cił spor­tową torbę. Po jego twa­rzy można było po­znać, że za­uwa­żył sto­jący na pod­jeź­dzie wóz pa­tro­lowy.

- Cześć, Emil - przy­wi­tała się Lone.

- O co cho­dzi? - za­py­tał Emil. - Co ta­kiego zro­bi­łem?

Thor zszedł ze stołka ba­ro­wego i pod­szedł do chło­paka, który był wyż­szy od niego o pra­wie całą głowę.

- Mam na imię Thor. Pro­wa­dzimy tu ru­ty­nowe dzia­ła­nia.

- Dla­czego?

- Twoja mama wła­śnie po­wie­działa nam, że przy­je­dziesz au­to­bu­sem z Hem­ming­sh?j. Zga­dza się?

Emil rzu­cił torbę na ka­napę i roz­piął kurtkę.

- A skąd miał­bym niby przy­je­chać?

- O któ­rej wy­je­cha­łeś?

- Dwa­dzie­ścia po ósmej. A bo co?

- To ru­ty­nowe py­ta­nia. Chcie­li­by­śmy się tylko do­wie­dzieć, gdzie by­łeś przez cały po­ra­nek i z kim roz­ma­wia­łeś.

- Roz­ma­wia­łem z Ma­gnu­sem.

- Ma­gnu­sem?

- Tak, moim opie­ku­nem. Nie wolno mi po­je­chać do domu, póki nie zjem śnia­da­nia i nie po­każę po­koju Ma­gnu­sowi.

- A kiedy to było?

- Wsta­łem o siód­mej i naj­pierw się wy­ką­pa­łem. Zja­dłem śnia­da­nie w sto­łówce, a po­tem Ma­gnus spraw­dził po­kój. Wszystko było w po­rządku, więc do­sta­łem prze­pustkę i po­sze­dłem na au­to­bus.

- Świet­nie - po­wie­działa Lone.

Thor wy­pił resztę kawy i od­sta­wił ku­bek na blat wy­sepki.

- Dzię­kuję za po­czę­stu­nek - zwró­cił się do Brendy.

Ru­do­włosa ko­bieta ski­nęła głową.

- To by było na tyle - po­wie­dział do Lone.

- Zo­stało jesz­cze tro­chę kawy? - spy­tał matkę Emil.

W dro­dze po­wrot­nej Thor stwier­dził:

- Trzeba bę­dzie to spraw­dzić. Po­jedź, pro­szę, do Hem­ming­sh?j i prze­słu­chaj tego Ma­gnusa.

- Nie ma sprawy.

- Roz­ma­wia­li­śmy z Emi­lem i jego matką - kon­ty­nu­ował po chwili - bo Emil jest osobą, o któ­rej po­my­śla­łaś naj­pierw po zo­ba­cze­niu za­strze­lo­nego Bar­ding­feldta.

- Tylko dla­tego, że cho­dziło o broń palną.

- Tak, tak, ro­zu­miem. Trzeba było tu przy­je­chać. Ale je­śli opie­kun Emila po­twier­dzi jego wer­sję, to wy­daje mi się, że bę­dziemy mo­gli za­po­mnieć o chło­paku. To zna­czy, je­śli udo­wodni, że Emil całą noc spał w swoim po­koju w Hem­ming­sh?j.

- A kie­rowca au­to­busu?

- A tak. Z nim też po­roz­ma­wiaj.

Roz­dział 4

Steen Bar­ding­feldt miesz­kał w N?debo, miej­sco­wo­ści po­ło­żo­nej na wschód od Hil­le­r?d. Było to uro­cze miej­sce. Ogró­dek za za­dba­nym do­mem się­gał aż do je­ziora Esrum S?. Bu­dy­nek nie był nowy, ale naj­wy­raź­niej od­na­wiały go fa­chowe ręce. Anita za­sta­na­wiała się, czy nie po­ma­gał mu w tym Pe­der Bar­ding­feldt.

Za­dzwo­niła do drzwi i już po krót­kiej chwili otwo­rzył je wy­soki męż­czy­zna, który wy­glą­dał na trzy­dzie­ści parę lat. Anita nic nie wie­działa o Hil­dzie Bar­ding­feldt, ale je­śli syn po­dobny był do niej, to mu­siała być bar­dzo ładna. Steen miał dłu­gie, ja­sne włosy, ale w żad­nym ra­zie nie wy­glą­dały one dziew­częco, lecz ra­czej wska­zy­wały na to, że męż­czy­zna był spor­tow­cem lub że­gla­rzem, przez co pre­zen­to­wał się w nich atrak­cyj­nie.

- Słu­cham? - za­py­tał.

- Na­zy­wam się Anita Hvid. Je­stem z po­li­cji. Czy pan Steen Bar­ding­feldt?

- Tak - po­twier­dził krótko, pa­trząc na nią z neu­tral­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Czy pana mama prze­bywa obec­nie u pana?

- Tak. Na­wet tu spała. Te­raz się ką­pie. A o co cho­dzi?

- Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać za­równo z pa­nem, jak i z nią.

Młod­szy Bar­ding­feldt otwo­rzył drzwi z wy­ra­ża­ją­cym nie­uf­ność ocią­ga­niem się, z któ­rym czę­sto się spo­ty­kała, gdy od­wie­dzała lu­dzi nie­ma­ją­cych po­ję­cia, czego może chcieć od nich po­li­cja.

We­szli do przed­po­koju.

- Czy coś się stało? - za­py­tał Steen.

- Tak - od­parła, roz­pi­na­jąc kurtkę. - Dzi­siaj rano ktoś za­dzwo­nił ano­ni­mowo do po­li­cjantki z Da­lede Vang, in­for­mu­jąc ją krótko, że pań­ski oj­ciec nie żyje.

Przy­stojny męż­czy­zna zmarsz­czył czoło.

- Nie żyje? To chyba ja­kiś głupi żart.

- Nie­stety nie. Po­li­cjantka udała się do domu pana ro­dzi­ców i zna­la­zła tam pań­skiego ojca, który zo­stał za­strze­lony.

Przy­pa­try­wała się twa­rzy męż­czy­zny. W przed­po­koju było widno i przy­tul­nie. W domu pa­no­wały po­rzą­dek i czy­stość. Za Ste­enem na ścia­nie wi­siała ob­ra­mo­wana li­to­gra­fia Sik­kera Han­sena, przed­sta­wia­jąca zbie­raczkę kawy. Od szybki, za którą znaj­do­wał się por­tret czar­no­skó­rej dziew­czyny, od­bi­jało się świa­tło sło­neczne.

Steen Bar­ding­feldt nic nie mó­wił, lecz tylko utkwił w niej spoj­rze­nie. Po chwili po­trzą­snął głową, tak jakby chciał po­wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

- Prze­pra­szam - oświad­czył - ale chciał­bym zo­ba­czyć pani le­gi­ty­ma­cję.

Po­ka­zała mu od­znakę.

- Czy chce mi pani po­wie­dzieć, że ktoś za­bił mo­jego ojca?

- Bar­dzo mi przy­kro. Zna­leź­li­śmy kartkę z in­for­ma­cją, że pań­ska mama bę­dzie tu­taj.

Spo­strze­gła, że in­for­ma­cja o śmierci ojca za­czy­nała do­cie­rać do jego świa­do­mo­ści. Dra­pał się w głowę, po­ru­sza­jąc nią to w jedną, to w drugą stronę.

- Tak... - wy­ją­kał. - Mama przy­jeż­dża tu od czasu do czasu.

- Czy ist­niał może ja­kiś kon­kretny po­wód, że przy­je­chała wła­śnie wczo­raj?

Usły­szała nad sobą od­głos kro­ków. Na pię­trze za­mknęły się drzwi i Steen Bar­ding­feldt spoj­rzał w górę. Po chwili, zwra­ca­jąc się po­now­nie do Anity, od­po­wie­dział.

- Moja mama... być może nie po­wi­nie­nem tego mó­wić, ale mama i tata nie za­wsze się ze sobą zga­dzają.

- Dla­czego nie miałby pan o tym mó­wić?

- Po­nie­waż... brzmi to tro­chę głu­pio, nie­prawda?

- Niby czemu?

- Bo wła­śnie mi pani po­wie­działa, że tata zo­stał za­strze­lony.

Steen Bar­ding­feldt nie wy­glą­dał na kom­bi­na­tora. Za­cho­wy­wał się w spo­sób bez­po­średni, a jed­no­cze­śnie in­te­li­gentny. Jego re­ak­cja była jak naj­bar­dziej ade­kwatna do sy­tu­acji. Nie na­le­żał do osób, które wy­po­wia­dają nie­prze­my­ślane słowa, na­wet po do­zna­niu szoku. Sta­rał się opa­no­wać uczu­cia i mó­wił to, co my­ślał.

Po­ło­żyła dłoń na jego ra­mie­niu i do­dała:

- Przy­kro mi, że mu­sia­łam prze­ka­zać panu taką wia­do­mość. Cóż, to mój obo­wią­zek. Ale dla­czego in­for­ma­cja, że mię­dzy ro­dzi­cami do­szło wczo­raj do nie­po­ro­zu­mie­nia, mia­łaby za­brzmieć głu­pio?

- To zda­rzyło się wczo­raj. Mu­siało cho­dzić o ja­kąś drob­nostkę. W każ­dym ra­zie nie było w tym nic nie­nor­mal­nego. Po pro­stu dzia­łają so­bie cza­sami na nerwy. Ale była tu­taj od wczo­raj­szego po­po­łu­dnia.

Spu­ścił wzrok i mil­czał przez chwilę.

- Chcieli tro­chę od sie­bie od­po­cząć - do­dał.

- Ro­zu­miem.

- Czy wia­domo, kto to zro­bił? - za­py­tał, pod­no­sząc wzrok.

- Nie. Jesz­cze nie.

Usły­szała na scho­dach kroki i się od­wró­ciła. Uj­rzała ko­bietę z mo­krymi wło­sami, która po­wie­działa do Ste­ena:

- Kto to jest?

Hilda Bar­ding­feldt ze­szła do przed­po­koju, a jej syn od­parł:

- Ta pani jest z po­li­cji, mamo.

Hilda owi­nęła so­bie włosy zie­lo­nym ręcz­ni­kiem. Była niż­sza od syna, ale biła od niej po­dobna ener­gia. Jej ręce i twarz były opa­lone jak u lu­dzi, któ­rzy więk­szość czasu spę­dzają na świe­żym po­wie­trzu.

- Dzień do­bry - po­wie­działa, uśmie­cha­jąc się. - Je­stem Hilda. Co Steen ta­kiego zro­bił?

Kiedy Anita prze­ka­zała już żo­nie Pe­dera wia­do­mość, z którą przy­je­chała, Steen za­pro­wa­dził mamę do sa­lonu, gdzie ta za­jęła miej­sce na ele­ganc­kiej ka­na­pie. Anita na­to­miast usia­dła na pu­fie przed Hildą, która za­częła po ci­chu pła­kać.

- Może za­pa­rzył­byś mi fi­li­żankę her­baty - po­pro­siła Ste­ena, który ski­nął głową, lecz po chwili do­dała: - Albo może le­piej kawy, skar­bie.

Anita do­strze­gła w niej tę samą pew­ność sie­bie, co u syna. Hilda Bar­ding­feldt była ko­bietą, która po­tra­fiła pła­kać, zmie­nia­jąc zda­nie na te­mat her­baty i mó­wiąc do syna "skar­bie".

- Czy wczo­raj po po­łu­dniu roz­ma­wiała pani jesz­cze z mę­żem przez te­le­fon? - za­częła Anita.

Hilda wy­tarła nos, ma­jąc otwarte usta. Nie sta­rała się po­wstrzy­my­wać emo­cji. Wy­glą­dała na wstrzą­śniętą, lecz za­cho­wy­wała się trzeźwo, ma­jąc pełną świa­do­mość tego, co ją spo­tkało. Na­to­miast dla Anity była to sy­tu­acja, któ­rej w swej pracy naj­bar­dziej nie lu­biła: po­wia­da­mia­nia lu­dzi o na­głej śmierci bli­skiej im osoby przy jed­no­cze­snym wy­py­ty­wa­niu ich o istotne rze­czy.

- Przed­wczo­raj mie­li­śmy z Pe­de­rem sprzeczkę, a wczo­raj w ogóle ze sobą nie roz­ma­wia­li­śmy. Rano wsiadł na ro­wer i od­je­chał bez słowa. Po po­łu­dniu przy­je­cha­łam tu­taj. Zo­sta­wi­łam mu w kuchni kartkę.

- O co się pań­stwo po­sprze­czali?

Hilda wzięła głę­boki wdech i po­trzą­snęła głową tak samo jak jej syn przed chwilą.

- O to, co za­wsze. Miał głowę cał­ko­wi­cie za­prząt­niętą ja­ki­miś spra­wami. Pra­co­wał. Za­wsze tylko pra­co­wał.

Hilda Bar­ding­feldt za­częła moc­niej pła­kać, a Anita cier­pli­wie cze­kała. Była przy­zwy­cza­jona do oglą­da­nia lu­dzi, któ­rzy zwy­kle za­cho­wują się nor­mal­nie, jed­nak w sy­tu­acji ta­kiej jak ta sta­wało się to nie­moż­liwe. Po­mimo to za­uwa­żyła, że Hilda była ko­bietą z klasą. Miała za­dbane stopy i dło­nie. Jed­no­cze­śnie wi­dać było, że nie oszczę­dzała dłoni. Anita wy­obra­ziła ją so­bie, jak pra­cuje w ogro­dzie ubrana w szorty i san­dały.

- Pew­nie musi mi pani za­dać ja­kieś py­ta­nia - po­wie­działa, pła­cząc.

- Tak - przy­znała Anita. - Naj­le­piej bę­dzie, jak za­cznę te­raz.

- Nie mam zbyt wiele do po­wie­dze­nia.

- Jed­nak po­winna się pani na­sta­wić, że nie­raz jesz­cze bę­dziemy mu­siały ze sobą roz­ma­wiać. Chyba że szybko znaj­dziemy osobę, która za­strze­liła pani męża.

- Nie ro­zu­miem tego... To zna­czy... mo­gło się to stać tylko w je­den spo­sób. Ktoś po pro­stu wszedł do domu, drzwi nie były oczy­wi­ście za­mknięte na klucz, a on sie­dział przy biurku i pra­co­wał.

- Czy mąż czę­sto pra­co­wał nocą?

- Pra­wie za­wsze - od­po­wie­działa, ki­wa­jąc głową. - Pe­der cier­piał na bez­sen­ność. Od za­wsze. Mó­wił, że naj­lep­sze po­my­sły przy­cho­dzą mu do głowy w nocy. Przy­wy­kłam do tego.

- Czy mieli pań­stwo wspólną sy­pial­nię?

Hilda spoj­rzała na nią.

- Tak, ale Pe­der nie za­wsze w niej spał. Miał na gó­rze łóżko. Cza­sem jed­nak kładł się wcze­śnie do łóżka. Ra­zem ze mną. On... miał taki cykl.

- Cykl?

- Tak. Gdy nad czymś pra­co­wał, to po­tra­fił przez ty­dzień pra­wie w ogóle nie spać. Ale w pew­nym mo­men­cie na­stę­po­wał kry­zys. Prze­waż­nie po ty­go­dniu. Wtedy mu­sia­łam się nim za­jąć.

- To zna­czy?

- Naj­pierw jeź­dził ro­we­rem, ry­so­wał, przy czymś maj­ster­ko­wał, na nic nie miał czasu, na­wet na wej­ście pod prysz­nic. Ale ja za­wsze wy­czu­wa­łam, kiedy miał dość, i wtedy bra­łam się za niego. Więc kiedy bie­dak był wy­cień­czony, za­wo­zi­łam go na plażę, żeby za­żył zim­nej ką­pieli. Po­tem w domu wcho­dził pod prysz­nic. Na­stęp­nie da­wa­łam mu czy­ste ubra­nie i ko­la­cję, do któ­rej ser­wo­wa­łam czer­wone wino. O dzie­wią­tej do­sta­wał pół ta­bletki na­sen­nej i kładł się do łóżka. Przez kilka dni pa­no­wał spo­kój. No a póź­niej znów coś w niego wstę­po­wało.

Kiedy Anita była młodą i nie­do­świad­czoną po­li­cjantką, za­kła­dała in­tu­icyj­nie, że lu­dzi, któ­rych bli­ska osoba zo­stała za­mor­do­wana - może na­wet przez nich sa­mych - nie­chyb­nie wy­róż­niać musi ja­kiś ro­dzaj nie­zrów­no­wa­żo­nego za­cho­wa­nia. Póź­niej zro­zu­miała, że nie za­wsze tak jest. Gdy lu­dzie mają stycz­ność ze śmier­cią - może ją po­wo­du­jąc - to bez­po­śred­nio po zda­rze­niu znaj­dują się w sta­nie szoku, który może ob­ja­wiać się na bar­dzo różne spo­soby. Czę­sto chcą spra­wiać wra­że­nie zu­peł­nie nor­mal­nych i po­ma­gają po­li­cji albo kie­rują jej za­in­te­re­so­wa­nie na oko­licz­no­ści nie­zwią­zane ze sprawą. Ni­gdy jed­nak nie na­leży od razu wy­cią­gać osta­tecz­nych wnio­sków, lecz uważ­nie ob­ser­wo­wać za­cho­wa­nie i re­ak­cje świadka lub po­dej­rza­nego, na­stęp­nie ja­kiś czas od­cze­kać i po­wró­cić do roz­mowy. Chyba że prze­słu­chi­wana osoba spon­ta­nicz­nie się przy­zna albo przed­stawi bez­sprzeczny, fak­tyczny stan rze­czy.

- Czy ma pani ja­kieś przy­pusz­cze­nie, kto mógłby za­bić męża?

Nie­szczę­śliwa ele­gancka dama spoj­rzała na nią.

- Nie, nie mam żad­nego.

Steen Bar­ding­feldt pod­szedł do matki, po­da­jąc jej białą fi­li­żankę z kawą, którą ko­bieta od razu za­częła pić.

Anita mil­czała. Uznała, że na tym eta­pie wię­cej się od Hildy nie do­wie. Steen zaś za­jęty był matką. Anita za­uwa­żyła, że ist­niał mię­dzy nimi ści­sły zwią­zek: wza­jemna mi­łość i tro­ska. Za­czy­nała już wy­ra­biać so­bie opi­nię o tej ro­dzi­nie. Skła­dała się z moc­nych, in­te­li­gent­nych lu­dzi, któ­rzy pro­wa­dzili układne ży­cie. Nie spo­strze­gła ni­czego, co wska­zy­wa­łoby na za­ta­ja­nie fak­tów albo nie­do­po­wie­dze­nia. Na­to­miast dom Ste­ena Bar­ding­feldta ro­bił na niej ta­kie samo wra­że­nie jak dom w Da­lede Vang. W obu bu­dyn­kach było coś, z czym rzadko się spo­ty­kała, a mia­no­wi­cie pewna forma umy­sło­wego ka­pi­tału. Miesz­ka­jący w nich lu­dzie wi­dzieli wpraw­dzie i do­ce­niali fakt, że los dał im moż­li­wość wy­god­nego ży­cia, ale po­tra­fi­liby się także od­na­leźć w dużo skrom­niej­szych wa­run­kach, znaj­du­jąc ra­dość i moż­li­wo­ści roz­woju w in­nych pro­fe­sjach.

- Prze­pra­szam - ode­zwał się Steen. - Za­po­mnia­łem za­pro­po­no­wać pani fi­li­żankę kawy.

Anita przy­jęła pro­po­zy­cję. Kon­fron­ta­cja taka jak ta była dla niej dość trudna. At­mos­fera na­tłoku in­for­ma­cji, które na nich spa­dły, oraz szoku, ja­kiego do­znali, musi opaść. Do­piero wtedy bę­dzie mo­gła ich opu­ścić. Piła kawę, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Dom Ste­ena róż­nił się od domu ro­dzi­ców, w któ­rym wię­cej było mo­ty­wów ru­sty­kal­nych i ar­ty­stycz­nych. Ten cha­rak­te­ry­zo­wał się czy­sto­ścią stylu i nie bu­dził za­strze­żeń pod wzglę­dem es­te­tycz­nym. Piękna willa z do­stę­pem do je­ziora.

- Gdzie pan pra­cuje? - za­py­tała po chwili.

- Je­stem fo­to­gra­fem. W ogro­dzie znaj­duje się ate­lier.

Ski­nęła głową. Prze­słu­cha­nie i kon­fron­ta­cja z bli­skimi ofiary nie po­su­nęły śledz­twa za bar­dzo do przodu, ale ucie­szyło ją to. Bar­ding­feld­to­wie spra­wiali wra­że­nie sym­pa­tycz­nych lu­dzi, a fakt, że ktoś nie­całe sześć go­dzin temu za­strze­lił głowę ro­dziny, wy­da­wał się w tym mo­men­cie nie­po­jęty.