Rozdział 2
Dwoje ubranych po cywilnemu policjantów szło przez ciemną halę fabryczną. Zachowywali się cicho, od czasu do czasu dając sobie znaki. Cały obiekt spowijał mrok. W hali wszędzie widać było niebieskie cienie, a z daleka dobiegał rytmiczny odgłos kapania.
Mężczyzna stanął w przejściu do kolejnej hali i ostrożnie do niej zajrzał. Następnie skinął na partnerkę i weszli razem do środka.
Na końcu hali zobaczyli światło, które wpadało przez niskie drzwi po przeciwnej stronie.
Spojrzeli na siebie i wyciągnęli pistolety. Bezgłośnie szli wzdłuż ściany w kierunku światła, trzymając oburącz rękojeści pistoletów i lekko unosząc ramiona.
Zatrzymali się przed drzwiami oświetlonego pomieszczenia i nasłuchiwali. Nie słychać było niczego poza miarowym kapaniem.
Mężczyzna zbliżył się do partnerki.
- Nie ma go w środku - wyszeptał jej do ucha.
Pokręciła głową i odpowiedziała mu również szeptem:
- Ale coś tam jest.
Przytaknął, a ona uniosła brwi i także dała mu znak ruchem głowy. Weszli do środka.
Matowożółte światło pochodziło od jednej lub kilku lamp, znajdujących się wewnątrz kręgu utworzonego z dużych, jasnych plastikowych płyt, które zwisały z sufitu. Skupione w jednym miejscu światło sprawiało, że ciemność wokół potęgowała wrażenie grozy.
Policjanci zawahali się i spojrzeli na siebie. Kapanie było teraz cichsze. Mężczyzna skinął głową, po czym rozsunęli płyty i weszli do kręgu.
Z sufitu na mocnym sznurze zwisał szarobiały, nieforemny, przypominający mumię tobół podobny do dużego worka podróżnego. Jego dół był ciemny i błyszczący, a na betonowej posadzce znajdowała się kałuża zakrzepłej, prawie czarnej krwi.
- O Boże - powiedziała ściszonym głosem kobieta.
Jej kolega schował pistolet do kabury i z przymocowanej do uda pochwy wyjął duży nóż. Podszedł ostrożnie do worka, delikatnie go rozciął, następnie szybko się cofnął i pochylił się jak biegacz, który próbuje złapać oddech.
Spojrzał na partnerkę i kiwnął głową.
- Jeszcze jedna? - zapytała.
Wyprostował się i ponownie kiwnął głową.
- W taki sam sposób?
- Tak. Widać, że długo tak wisi. Nie zdziwię się, jeśli będzie jej brakować prawego środkowego palca.
Policjantka, wyjmując telefon, powiedziała:
- Wezwę techników.
Kiedy skończyła rozmowę, podeszła do wiszącego worka. Miała zamyśloną minę.
- Coś próbuje nam przez to przekazać.
Jej kolega skinął głową i dodał:
- Pięć środkowych palców. Co za chory skurwiel.
- Tylko co? Co te palce mają oznaczać?
Thor Belling wziął do ręki pilota, który leżał obok na kanapie, skierował go w stronę telewizora, wcisnął przycisk i ekran zrobił się czarny.
- Znowu to samo - powiedział z agresją w głosie w pustym salonie.
Podniósł się z dobrze sobie znanym uczuciem, że wystrychnięto go na dudka. Było tak za każdym razem. Człowiek siada, żeby obejrzeć dobry kryminał, bo zawsze zapowiadają filmy w taki sposób. Mówią: "Teraz wyświetlimy perłę kryminału w gwiazdorskiej obsadzie", po czym się okazuje, że to zwyczajna szmira. Makabryczne, sztuczne intrygi, twardzi gliniarze żujący gumę, skórzane kabury i jasnoniebieskie koszule.
Wyszedł na balkon i zapalił papierosa.
Był piątkowy wieczór. Nad dzielnicą ?sterbro rozpościerało się ciemnoniebieskie niebo, przywołujące wspomnienie o niedawno minionym lecie. W oknach domów tu i ówdzie paliły się światła. Od czasu do czasu docierały do niego krzyki z ulicy. Pomyślał sobie, że gdyby był serialowym gliniarzem, siedziałby teraz w barze z kolegami, gdzie piliby piwo, opowiadając rubaszne dowcipy albo złośliwie parodiując szefa. Gdyby był prawdziwym gliniarzem, to należałby do ciężko pracującej ekipy twardych facetów. Owszem, w takim towarzystwie można też natrafić na wypalonego, rozwiedzionego mruka, ale w końcu także i komuś takiemu udaje się po paru piwach wylądować w łóżku z policjantką - młodą kocicą, która przeciwstawiała się poleceniom szefa, ale i tak schwytała seryjnego mordercę, który od miesięcy starał się coś przekazać, przysyłając odcięte środkowe palce i zagadkowe informacje. To ona otworzyła mu oczy i ponownie zrobiła z niego faceta, zdejmując jasnoniebieski stanik i rozpuszczając koński ogon.
Zgasił w doniczce papierosa i położył się do łóżka, zastanawiając się, co robi Anita. Może siedziała w jakimś przyjemnym barze, opowiadając przyjaciołom o swojej interesującej pracy. A może także wyłączyła telewizor i miała zamiar położyć się spać.
W sobotę rano, krótko po godzinie szóstej, zadzwonił telefon, który leżał obok Anity na jej szerokim łóżku.
- Anita Hvid, słucham.
- Tu Br?ssner - odezwał się jej szef. - Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Jesteście z Thorem wolni?
- Tak, a dokąd mamy jechać?
Richard Br?ssner zaczął mówić.
Po upływie pół godziny wyjeżdżali już z pogrążonego w porannym świetle miasta, kierując się na północ. Thor zatrzymał się na stacji benzynowej na skrzyżowaniu ulic Jagtvej i ?sterbrogade, gdzie kupił dwa kubki kawy. Następnie ruszył w kierunku autostrady, a Anita zdała mu relację z rozmowy z Br?ssnerem.
- Ofiara to sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna, który został znaleziony w swoim domu... - powiedziała, patrząc na zegarek - dwie godziny temu przez policjantkę z Dalede Vang, Lone Jensen, która otrzymała anonimowy telefon o godzinie 4.07. Ktoś powiedział, że ofiara "właśnie zmarła". Policjantka pojechała do domu denata, gdzie odkryła, że został zastrzelony. Nie stwierdzono żadnych śladów włamania ani szamotaniny. Następnie zadzwoniła do Wydziału Zabójstw, skąd na miejsce zbrodni wysłano policyjnych techników i lekarza, jak również poinformowano o zdarzeniu Br?ssnera. A on zadzwonił do mnie i teraz jesteśmy tutaj.
- Dobrze. Masz numer Lone Jensen?
- Tak.
- Zadzwoń do niej i powiedz, że jesteśmy w drodze. Kiedy dojedziemy?
Anita spojrzała na ekran nawigacji.
- Za pięćdziesiąt dwie minuty.
Thor popatrzył na autostradę.
- Nie ma jeszcze ruchu, więc pewnie się zgadza. Powiedz Lone Jensen, żeby czekała na nas na miejscu zbrodni i żeby nie pozwoliła wejść tam nikomu oprócz nas i techników.
- Ona o tym wie.
- To nic. Zadzwoń.
Anita zatelefonowała i przekazała prośbę, po czym w ciszy podążali w kierunku Hiller?d i Helsinge. Kiedy wyjechali, było jeszcze szaro, lecz teraz niebo zaczynało robić się jasnoniebieskie. Zapowiadał się słoneczny jesienny dzień.
Minęli Helsinge i znaleźli się na obszarze, który kojarzył się Thorowi z luksusową letnią krainą, gdzie bywają osoby z wyższych warstw społecznych i gdzie miejscowości noszą takie nazwy jak Tibirke Bakker oraz Tisvilde.
- Czy miejsce zbrodni to domek letniskowy? - zapytał.
- Raczej nie, ale nie mam pewności.
- Nigdy wcześniej tu nie pracowałem - przyznał. - Podobno jest tu cudownie.
- Cudownie?
- No, wiesz... Letnisko.
Ostatnie słowo wymówił teatralnie, przez co zabrzmiało jak letnizgo. Thor lubił czasem naśladować sposób mówienia klas wyższych. Robił tak, kiedy parodiował ludzi, którzy są przyzwyczajeni do zbytku i uważają się za lepszych. Było to okropnie denerwujące. Całkiem niedawno zamiast sztuka powiedział szduka, w dodatku tak niedbale i nosowo, że natychmiast przyszła jej na myśl Dea Trier M?rch.
- No mów, mów - ponagliła go. - Widzę, że masz to na końcu języka.
- Odziedziczone pieniądze - zaczął Thor - dyskretna, szlafrokowa elegancja bogatego mieszczaństwa, radosne, ożywione letnie życie wypełnione czerwonym winem, porannymi kąpielami w morzu, cygaretkami, marihuaną. W weekendy przyjeżdżają dzieci, które lokują się w aneksach. Ojciec w swojej altanie pisze jakąś powieść albo scenariusz filmu, a matka i inne podobne do niej kapeluszowe damy jeżdżą rowerami retro po okolicy, gdzie kupują drogie, autentyczne gówna, które tutejsi mieszkańcy przez zimę przerabiają tak, żeby wyglądały na nadszarpnięte zębem czasu. Skrzypiące meble albo mały emaliowany badziew, który śmiesznie wygląda.
- No proszę. Cała paleta uprzedzeń.
Wziął głęboki wdech i kontynuował:
- Kupowanie ryb i ekologicznych warzyw u lokalnych handlarzy, którzy są bardzo życzliwi, stąpają mocno po ziemi i żyją tak, jak w rzeczywistości my wszyscy powinniśmy, gdyby nie to, że jesteśmy ludźmi z mediów, biznesmenami i artystami. Trzepiemy kasę w Kopenhadze, a tutaj przyjeżdżamy tylko dlatego, że po panu hurtowniku tytoniu odziedziczyliśmy kryty strzechą domek, budzący w nas tyle miłych wspomnień. Albo dlatego, że jesteśmy nuworyszami, którzy pragną żyć w taki sposób. Nie jesteśmy wulgarni. Nie przypominamy tych z Hornb?k, którzy burzą stare chałupy, żeby budować otynkowane domki letniskowe za dwanaście milionów, z czarnymi glazurowanymi dachówkami i ze stojącymi na podjeździe porsche. Na plażę jeździmy rowerami. Pokazujemy klasę, jesteśmy porządni. Nie głosujemy na Duńską Partię Ludową. Nie wyrażamy się źle o obcokrajowcach, być może dlatego, że nasze dzieci chodzą do prywatnych szkół i znają imigrantów tylko z kartek UNICEF. Jesteśmy tolerancyjni. Uważamy, że niczym się nie różnimy od innych ludzi. Nie mamy wprost lewicowych poglądów, raczej liberalne. Jesteśmy letnikami ze skrywanymi socjalistycznymi wyobrażeniami o wspólnocie i radosnym piciu w ogródku.
- A tutejsi? - zapytała Anita.
- Ci głosują na Duńską Partię Ludową. Doskonale wiedzą, że wszystko się kręci, ale tylko latem, kiedy przyjeżdżają bogacze. Zamożni ludzie natomiast sądzą, że zawsze jest tu tak jak w lecie. Tutejsi ludzie to prowincjusze o niskiej samoocenie, żywiący ukrytą pogardę wobec rozpieszczonych snobów z Kopenhagi. Wraz z nadejściem zimy zamykają swoje interesy. Być może mają jakąś zapyziałą knajpę, gdzie mogą popijać świąteczne piwko i posłuchać rockowego bluesa, granego przez Nillera i jego podtatusiałych kumpli o cienkich nogach, ubranych w skórzane kamizelki. Może jest kręgielnia, gdzie robią tanie i pożywne steki z sosem berneńskim, albo line dance w świetlicy. Tutejsi nie kąpią się w morzu. W każdym razie nie tutaj. Wyjeżdżają na słoneczne wakacje do Turcji czy Tajlandii, gdzie nacierają się olejkami, opalają na ciemnobrązowo, a potem dostają raka skóry.
- Ale z ciebie mizantrop - podsumowała Anita.
Thor jednak kontynuował wywód:
- Ciekawe tylko, kim była nasza ofiara. Czy to wiejski kmiot czy miejski snob? Właśnie kończy się sezon, więc możliwe jest jedno i drugie. Tego zastrzelonego mężczyznę znalazła pewnie jakaś miejscowa krzepka babka, która dopiero co wyszła z solarium, a zabił go ktoś, kto ma na imię Ronnie albo Kevin, bo potrzebował pieniędzy na silnik do swojego monster trucka z agresywnym psem na skrzyni auta i woreczkiem z prochami w schowku na rękawiczki.
- Albo? - spytała, posyłając mu z ukosa spojrzenie.
- Albo to ktoś, kto jest miejskim snobem.
- Ale jego nie widzisz?
- Owszem, ale ktoś taki różni się od chłopa, prawda? W każdym razie z wyglądu.
- A więc lepiej umiesz opisywać ludzi ze wsi.
- To chyba dobrze, nie?
- Dlaczego?
- Bo stanowią większość.
Okazało się, że zabity mężczyzna był snobem. Widać to było już w chwili, kiedy Anita dawała Thorowi wskazówki, jak wjechać na żwirową drogę, a potem na podjazd pomiędzy przypominającymi plantację zaroślami. Dom położony był na pokrytym wrzosem wzniesieniu, na którym tu i ówdzie rosły świerki.
- Ja pieprzę - powiedziała Anita. - Ale wielki.
Czarny drewniany piętrowy dom kilkakrotnie rozbudowywano. Miał małe, białe okna z licznymi szprosami. Olbrzymi dach pokryty był torfem albo darnią. Pomimo trochę przypadkowego wyglądu budynek był bardzo elegancki, co dostrzegł nawet Thor.
- W zasadzie wygląda na dom letniskowy - orzekł.
- Być może nim jest.
Drzwi wejściowe były otwarte. Kiedy się do nich zbliżali, ukazała się w nich kobieta w czarnym policyjnym mundurze i stanęła pomiędzy ozdobnymi drewnianymi kolumnami, które podtrzymywały daszek.
- Punktualnie - oznajmiła, patrząc na zegarek.
Thor spojrzał na swój. Była sobota rano, parę minut po wpół do ósmej.
Przywitali się z kobietą, która okazała się lokalną policjantką, czyli kimś, kogo Thor i Anita zwykli nazywać szeryfem.
- Co się stało? - zapytał Thor.
Lone Jensen opowiedziała mu to samo, co Anita streściła w samochodzie.
Thor przyjrzał się Lone. Zdawała mu się zbyt drobna jak na szeryfa. Czarne spodnie i nylonowa kurtka podkreślały figurę. Wyglądała na samotną matkę, która z przyczyn finansowych zmuszona była podjąć pracę jako ochroniarka. Miała brązowe włosy, obcięte do wysokości szczęki. Mówiła do niego w taki sposób, jakby starała się obudzić w nim ojcowski instynkt, mimo że w żadnym razie nie była jej potrzebna pomoc. Nie potrafił jednak stwierdzić, czy była to jej pierwsza styczność z zabójstwem. Przeważnie umiał coś takiego dostrzec u lokalnych szeryfów, szczególnie jeśli był to ktoś młody albo jakiś stróż porządku w rzadko zaludnionym rewirze.
- A więc wstałam i przyjechałam tutaj.
- I co zastałaś? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Drzwi nie były zamknięte na klucz. Nie było samochodu. Dom był pusty, tylko na górze paliło się światło. Właśnie tam go znalazłam. Siedział zastrzelony w fotelu. Z boku czoła zobaczyłam ślad po kuli. Nazywał się Peder Bardingfeldt.
- Dobrze. Bardingfeldt to rzadkie nazwisko. Znałaś go, Lone?
Skinęła głową.
- Tak, ale niezbyt dobrze. Wszyscy jednak wiedzą, kim jest Peder Bardingfeldt. Przepraszam: kim był.
- A kim był?
- Architektem. Sześćdziesiąt pięć lat. Wysoki, przystojny mężczyzna. Podobno zamożny. Sądząc po domu, musi to być prawda. Miał też z pewnością mieszkanie w Kopenhadze.
- A więc nietutejszy?
- Zgadza się, przyjezdny. To znaczy... bywał tu od wielu lat, ale na stałe mieszkał w Kopenhadze.
- Człowiek z towarzystwa.
Uśmiechnęła się kącikami ust.
- W pewnym sensie. Owszem, należał do klasy wyższej, ale miał tu sporo znajomych. Utrzymywał żywe kontakty z tutejszymi mieszkańcami, ale nikomu się nie narzucał.
- Jasne.
- Ludzie są różni - powiedziała, patrząc na niego.
- To prawda. Czyli był to znany architekt, który nie miał nic przeciwko ucięciu sobie pogawędki z rzemieślnikami czy dajmy na to rybakami, przy czym tamci nie uważali go za bogatego ważniaka.
- Właśnie o to mi chodziło.
- A jego żona? Też otwarta na ludzi?
- Nie wiem, ale to podobno ona pochodzi z bogatej rodziny. Chodzi mi o to, że ten dom został odziedziczony, ale miało to miejsce, zanim ja się tu przeniosłam. Z tego, co słyszałam, jest miłośniczką przyrody. Ogródek, szklarnia, takie rzeczy.
Thor pokiwał głową.
- Dziękuję ci. Popatrzmy na ofiarę.
Lone Jensen poszła przodem.
W holu ich wzrok przykuły drewniany sufit oraz podłoga z czerwonych cegieł. Było tam również troje drzwi pomalowanych na niebiesko. Pierwsze prowadziły do kuchni, drugie znajdujące się naprzeciwko nich były zamknięte, a za trzecimi, otwartymi, Thor dostrzegł długi korytarz, którego jedna ściana w całości była ze szkła.
- Jest na górze - oznajmiła Lone, wskazując ręką na schody.
- Anito, rozejrzyj się tu na dole, a ja pójdę na piętro.
Anita skinęła głową, a Thor poszedł za policjantką na górę.
Na piętrze znaleźli się w obszernym pomieszczeniu z kokosowym dywanem na podłodze. Przestronne, pomalowane na biało poddasze sięgało aż do kalenicy. Obeszli biurko łukiem i stanęli przy trójkątnym oknie.
Denat siedział w fotelu. Peder Bardingfeldt należał do tych ofiar, które na pierwszy rzut oka wyglądają na żywe. Siedział wygodnie rozparty z opuszczonymi po bokach ramionami. Jego niebieskie oczy były otwarte. Miał nieuczesane włosy w kolorze piasku, lekko przyprószone siwizną. Twarz mężczyzny wciąż jeszcze miała barwę żywego człowieka. Ubrany był w niebieski sweter marynarski i szare spodnie, a na stopach miał kapcie. Thor przypatrywał się ofierze.
- Pocisk nie przeszedł na wylot i jest niewiele krwi.
- Właśnie - potwierdziła Lone. - Strzał został przypuszczalnie oddany z małego pistoletu. Wydaje mi się, że padł mniej więcej stąd, gdzie stoimy.
- Tak... A więc drzwi nie były zamknięte na klucz, na zewnątrz świeciła się lampa, tu też zapalone było światło, lecz nigdzie indziej. Nikogo nie widziałaś i niczego nie słyszałaś, nie dostrzegłaś też żadnych śladów wskazujących na to, że coś zostało wywrócone albo przemieszczone.
Potaknęła.
- Co zrobiłaś potem?
- Wezwałam wsparcie, czyli was i techników.
- A później?
- Zeszłam na dół i rozejrzałam się po domu.
- Znalazłaś coś?
- W kuchni na stole leży żółty blok. Jego żona, Hilda, zostawiła mu wiadomość, że będzie u syna. Ma na imię Steen. Mieszka w N?debo.
- Pamiętasz może, co napisała?
Lone wzruszyła ramionami.
- Coś w stylu: "Jestem u Steena i Niny. Wrócę jutro rano".
- Dobrze. A wiesz, gdzie dokładnie mieszka syn?
Potwierdziła skinieniem głowy.
- Zejdźmy już na dół - powiedział Thor. - Zaraz powinni przyjechać technicy. Chciałbym cię prosić, żebyś dobrze się zastanowiła, czy znasz może kogoś z sąsiedztwa, kto mógłby zastrzelić Bardingfeldta. Anita pojedzie do N?debo, gdzie powiadomi o zdarzeniu członków rodziny i ich przesłucha.
- Jest ktoś taki - oświadczyła Lone.
- To dobrze - powiedział Thor z lekkim uśmiechem.