Ostatni samuraj. Rozmowy o generale Petelickim - Anita Czupryn, Dorota Kowalska

-
Proszę czekać

Przedmowa

Szes­na­sty czerw­ca 2012 roku, so­bo­ta. Je­ste­śmy z żoną u przy­ja­ciół na imie­ni­nach. Oko­ło osiem­na­stej dzwo­ni te­le­fon, zer­kam - nu­mer Sław­ka. Wy­cho­dzę, żeby ode­brać, i sły­szę głos zroz­pa­czo­nej Agniesz­ki: "Sła­wek chy­ba po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Co ro­bić?". "Dzwoń na­tych­miast na sto dwa­na­ście, we­zwij po­go­to­wie ra­tun­ko­we, ja za­wia­do­mię po­li­cję" - mó­wię. Uru­cha­mia­my służ­by, po­wia­da­miam wspól­nych przy­ja­ciół, a po­tem roz­ma­wiam z Agniesz­ką, pró­bu­jąc ją uspo­ko­ić. Szok, re­flek­sja. Wra­ca­ją wspo­mnie­nia. Dla mnie to ko­niec im­pre­zy.

Z ge­ne­ra­łem Sła­wo­mi­rem Pe­te­lic­kim po­zna­li­śmy się w 1992 roku w Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych. Kie­ro­wa­łem wte­dy z ra­mie­nia po­li­cji gru­pą ope­ra­cyj­ną Ma­ra­ton, któ­ra roz­pra­co­wy­wa­ła naj­więk­sze gan­gi w Pol­sce, przy­go­to­wu­jąc stra­te­gię wal­ki z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­wa­ną. Sła­wek for­mo­wał Jed­nost­kę Woj­sko­wą GROM, za­bie­gał o jej wy­po­sa­że­nie, po­zy­cję. Już wte­dy się za­sta­na­wia­li­śmy, jak wy­ko­rzy­stać po­ten­cjał GROM-u w wal­ce z nie­bez­piecz­ny­mi prze­stęp­ca­mi. W 1994 roku jed­nost­ka re­ali­zo­wa­ła już pierw­szą mi­sję za­gra­nicz­ną na Ha­iti.

Szyb­ko przy­pa­dli­śmy so­bie do gu­stu. Obaj całe ży­cie upra­wia­li­śmy ja­kiś sport. Mi­sja stwo­rze­nia eli­tar­nych for­ma­cji, któ­ry­mi mo­gli­by­śmy do­wo­dzić, była na­szym prio­ry­te­tem. Osią­ga­li­śmy suk­ce­sy. Nie by­li­śmy ko­niunk­tu­ral­ni, za­wsze sta­ra­li­śmy się jak naj­le­piej słu­żyć Pol­sce. Ta zna­jo­mość, póź­niej przy­jaźń, trwa­ła po­nad dwa­dzie­ścia lat.

W 1995 roku Sła­wek od­szedł z GROM-u (wy­glą­da­ło to tro­chę dziw­nie, ode­bra­no mu jego uko­cha­ne dziec­ko), ale po­nie­waż był zbyt po­pu­lar­ny, zo­stał peł­no­moc­ni­kiem pre­mie­ra do spraw zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Wów­czas spo­ty­ka­li­śmy się znacz­nie czę­ściej. Ja już kie­ro­wa­łem od­po­wied­nią struk­tu­rą w po­li­cji, a on miał two­rzyć coś po­nadre­sor­to­we­go, jesz­cze szer­sze­go. Nie­ste­ty, nig­dy nie do­stał żad­nych upraw­nień, de­le­ga­cji do dzia­ła­nia i po krót­kim cza­sie zre­zy­gno­wał.

Na szczę­ście po nie­speł­na dwóch la­tach i zmia­nie wła­dzy Sła­wek, ku ogrom­nej ra­do­ści swo­ich żoł­nie­rzy, wró­cił do GROM-u. Da­lej roz­wi­jał jed­nost­kę, któ­ra dzię­ki nie­mu sta­ła się jed­ną z naj­lep­szych w świe­cie. Była za­wsze oto­czo­na nim­bem ta­jem­ni­czo­ści, a służ­ba w niej do tej pory jest ma­rze­niem więk­szo­ści mło­dych męż­czyzn w Pol­sce. W 1998 roku w uzna­niu za­sług otrzy­mał z rąk pre­zy­den­ta Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go sto­pień ge­ne­ra­ła bry­ga­dy, a ban­kiet w pa­ła­cu w He­le­no­wie prze­szedł do hi­sto­rii.

We wrze­śniu 1999 roku, kie­dy wy­wo­ła­no sztucz­ną afe­rę wo­kół rze­ko­mych nie­pra­wi­dło­wo­ści w GROM-ie, po­cie­sza­łem Sław­ka: "Nie przej­muj się, ja kil­ka ta­kich za­wi­ro­wań już prze­ży­łem". Wie­rzy­łem w jego uczci­wość. Sła­wek był czło­wie­kiem z pa­sją, pew­nym swo­jej mi­sji, pa­trio­tą, a nie ja­kimś hochsz­ta­ple­rem.

W 2001 roku na moim ban­kie­cie ge­ne­ral­skim był jed­nym z go­ści ho­no­ro­wych, mimo iż nie­któ­rym mi­ni­strom mo­gło się to nie po­do­bać. Sła­wek funk­cjo­no­wał już wte­dy w biz­ne­sie, ja by­łem za­stęp­cą ko­men­dan­ta głów­ne­go po­li­cji i kie­ro­wa­łem pra­cą ca­łej po­li­cji kry­mi­nal­nej. Do­syć re­gu­lar­nie spo­ty­ka­li­śmy się w gro­nie sze­fów służb i mi­ni­strów. Roz­ma­wia­li­śmy o spra­wach bie­żą­cych, za­gro­że­niach dla bez­pie­czeń­stwa go­spo­dar­cze­go, pa­to­lo­giach w ży­ciu pu­blicz­nym. Póź­niej każ­dy na swo­im od­cin­ku pró­bo­wał coś ro­bić. Po pew­nym cza­sie nie­któ­re me­dia na­zwa­ły nas "gru­pą trzy­ma­ją­cą wła­dzę", choć nig­dy ta­kich za­pę­dów nie mie­li­śmy.

W 2006 roku, kie­dy po raz trze­ci zo­sta­łem od­wo­ła­ny ze sta­no­wi­ska (za brak dys­po­zy­cyj­no­ści po­li­tycz­nej) i zde­cy­do­wa­łem się odejść ze służ­by, pierw­szy za­pro­po­no­wał mi po­moc Sła­wek. Po­wie­dział: "Przyjdź do nas, je­steś wo­jow­ni­kiem, masz gło­wę na kar­ku, pen­sję bę­dziesz miał jak ko­men­dant głów­ny". Mak­sy­ma, iż praw­dzi­wych przy­ja­ciół po­zna­je się w bie­dzie, zno­wu oka­za­ła się słusz­na.

Biz­nes w spół­ce chy­ba nie naj­le­piej mu się udał, ale w tym cza­sie bar­dzo dużo ener­gii Sła­wek po­świę­cał na za­pew­nia­nie za­jęć żoł­nie­rzom, któ­rzy opusz­cza­li GROM. Roz­krę­cił fun­da­cję, dbał o to, aby prze­cho­dzą­cy na eme­ry­tu­rę mie­li do­dat­ko­wą uczci­wą pra­cę. Nie­mal do koń­ca pro­wa­dził pro­jek­ty, w któ­rych chciał wy­ko­rzy­stać umie­jęt­no­ści swo­ich lu­dzi. Zde­cy­do­wa­nie le­piej ra­dził so­bie póź­niej jako do­rad­ca stra­te­gicz­ny w Ernst & Young, dzia­ła­jąc w ob­sza­rach zwią­za­nych z bez­pie­czeń­stwem i woj­sko­wo­ścią. Czę­sto po­świę­ca­li­śmy dłu­gie wie­czo­ry na dys­ku­sje w gro­nie eks­per­tów i przy­ja­ciół. Był or­ga­ni­za­to­rem tych spo­tkań, du­szą to­wa­rzy­stwa. Za­wsze zaj­mo­wał jed­no­znacz­ne sta­no­wi­sko, cza­sa­mi zbyt ra­dy­kal­ne. W ostat­nich la­tach ten ra­dy­ka­lizm po­glą­dów gło­sił w prze­sy­ła­nych wszyst­kim zna­jo­mym SMS-ach - to pew­nie nie­któ­rych tro­chę do nie­go zra­zi­ło, ale przy­ja­cie­le po­zo­sta­li.

Ni­niej­sza pu­bli­ka­cja to wspo­mnie­nia człon­ków ro­dzi­ny oraz in­nych osób, któ­re ge­ne­ra­ła Sła­wo­mi­ra Pe­te­lic­kie­go zna­ły naj­le­piej. A przy­ja­ciół i zna­jo­mych miał ty­sią­ce. W Pol­sce i za gra­ni­cą. Wśród ar­ty­stów, po­li­ty­ków, lu­dzi biz­ne­su, w służ­bach. Trud­no zna­leźć dru­gą tak barw­ną i twór­czą po­stać. Po­zo­sta­nie w na­szej pa­mię­ci na za­wsze.

Ge­ne­rał Adam Ra­pac­ki

1. Janusz Petelicki

Po­nie­dzia­łek, 21 stycz­nia 2013, godz. 16.30, dwór na Ma­zow­szu

Dla­cze­go za­trzy­mu­je Pan sa­mo­chód?

Miesz­kam tu dwa­dzie­ścia pięć lat i ro­bię to za każ­dym ra­zem, kie­dy do­jeż­dżam do domu. Pięk­ne miej­sce, praw­da?

(Już w domu, w du­żym sa­lo­nie z ogrom­ną cho­in­ką, Ja­nusz Pe­te­lic­ki bły­ska­wicz­nie roz­pa­la ogień w dwóch ko­min­kach. Sia­da­my przy dłu­gim drew­nia­nym sto­le).

Pań­ski brat, ge­ne­rał Pe­te­lic­ki, czę­sto by­wał w tym dwor­ku?

Od­wie­dzał nas. Z tym że dwór nie ro­bił na nim spe­cjal­ne­go wra­że­nia. Sła­wek brał to za pe­wien ro­dzaj mo­je­go dzi­wac­twa. By­li­śmy bar­dzo od sie­bie róż­ni.

Pod ja­kim wzglę­dem?

Mie­li­śmy inne za­in­te­re­so­wa­nia. Tak się na­wet nie­daw­no nad tym za­sta­na­wia­łem i po­my­śla­łem so­bie, że wzię­li­śmy zu­peł­nie róż­ne rze­czy z na­sze­go taty. Bo nasz tato bar­dzo ko­chał przy­ro­dę, las, zwie­rzę­ta, wszyst­ko, co jest zwią­za­ne z na­tu­rą. A jed­no­cze­śnie był wo­jow­ni­kiem. No tak, wo­jow­ni­kiem...

Woj­sko­wym, my­śli­wym...

Ale to my­śli­stwo i ten las, wszyst­ko to, co jest zwią­za­ne z przy­ro­dą, odzie­dzi­czy­łem ja. Na­to­miast tę wo­jacz­kę, wo­jow­ni­czość i wszyst­ko inne, co się z tym wią­że, wziął Sła­wek. No, tak śmiesz­nie się zło­ży­ło.

A co do­sta­li­ście w spad­ku po ma­mie?

My­ślę, że dużo. Mama jest oso­bą sza­le­nie cie­płą, do­brą, two­rzą­cą dom. Dom to mama, czy też mama - to dom. Nasz był wie­lo­po­ko­le­nio­wy. Miesz­ka­li­śmy z dziad­ka­mi - ro­dzi­ca­mi mamy. Uro­dzi­li­śmy się w domu przy uli­cy Ol­szew­skiej, obok Pu­ław­skiej, na Gór­nym Mo­ko­to­wie. Ro­dzi­ce miesz­ka­li u dziad­ków, póź­niej dziad­ko­wie od­da­li to miesz­ka­nie woj­sku i w ra­mach tego ro­dzi­ce do­sta­li więk­sze, jako służ­bo­we, woj­sko­we. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wszy­scy na Dol­ny Mo­ko­tów, pra­wie na Czer­nia­ków. To był tak zwa­ny Do­łek. Tak się na to miej­sce mó­wi­ło w War­sza­wie. Mia­łem wte­dy chy­ba pięć lat, w każ­dym ra­zie nie cho­dzi­łem jesz­cze do szko­ły.

Mie­li­ście z bra­tem wspól­ny po­kój?

Nie. Mię­dzy nami było sie­dem lat róż­ni­cy. To dużo. Kie­dy ja mia­łem dzie­sięć lat, to Sła­wek miał już sie­dem­na­ście.

Pan był jesz­cze kaj­tek, a on na­le­żał już do ka­wa­ler­ki.

Wła­śnie, to była taka sy­tu­acja. Trud­no więc było mieć wspól­ne za­in­te­re­so­wa­nia. Zwłasz­cza gdy się ich nie mia­ło.

Pierw­szy ob­raz za­pa­mię­ta­ny z dzie­ciń­stwa, jaki się Panu ko­ja­rzy z bra­tem?

Sła­wek bar­dzo ład­nie ry­so­wał. Pa­mię­tam jego ry­sun­ki w ze­szy­tach. To były za­wsze mi­li­ta­ria. Pi­sto­le­ty, noże, łuki, wszyst­ko jed­no co, ale zwią­za­ne z wal­ką i kul­tem cia­ła. Od­kąd pa­mię­tam, tre­no­wał. Wte­dy nie moż­na było ku­pić sprzę­tu tre­nin­go­we­go, więc do róż­nych ćwi­czeń uży­wał na przy­kład mamy drew­nia­nej de­ski do pra­so­wa­nia. Świet­nie rzu­cał no­żem. Mu­siał się tego oczy­wi­ście na­uczyć, ła­miąc ko­lej­ne noże my­śliw­skie ojca. Pa­mię­tam tę po­dzio­ba­ną, po­dziu­ra­wio­ną z dru­giej stro­ny de­skę do pra­so­wa­nia, w któ­rą rzu­cał. Ale nie tyl­ko w nią. W miesz­ka­niu na Par­ko­wej mie­li­śmy po­dwój­ne drzwi, prze­szklo­ne. Li­stwa prze­dzie­la­ją­ca szy­by była wą­ska. Sła­wek przez całą dłu­gość po­ko­ju umiał tak tra­fić no­żem w tę li­stwę, że nie wy­bił szy­by. Ja wy­bi­łem (śmiech).

Star­szy brat był opie­kuń­czy czy ra­czej Pana ty­ra­ni­zo­wał?

Nie lał mnie. Spe­cjal­nie mną nie po­mia­tał. Ja na­to­miast by­łem w nie­go ab­so­lut­nie wpa­trzo­ny. Był moim star­szym bra­tem, cały czas szu­ka­łem z nim kon­tak­tu. Pro­si­łem, żeby mnie wpu­ścił do swo­je­go po­ko­ju, że­bym mógł so­bie u nie­go po­sie­dzieć. A on mnie nie wpusz­czał. Albo wpusz­czał w na­gro­dę, je­śli wy­ko­na­łem ja­kieś po­le­ce­nia, któ­rych nor­mal­nie bym nie wy­ko­nał (śmiech).

Co ta­kie­go strasz­ne­go mu­siał Pan ro­bić?

Wy­no­si­łem śmie­ci, by­łem grzecz­ny albo po­ży­cza­łem mu for­sę. Na wiecz­ne nie­od­da­nie, jak to wśród bra­ci bywa (śmiech). I wte­dy do­pusz­czał mnie do swo­je­go świa­ta. My­ślę, że re­la­cje mię­dzy nami były ab­so­lut­nie stan­dar­do­we. Ty­po­we.

Pan był grzecz­nym chłop­cem i nig­dy się nie bił?

Jak już się pew­nie pa­nie zo­rien­to­wa­ły, Sła­wek był ma­low­ni­czą po­sta­cią i do­wód­cą od za­wsze. W każ­dym wie­ku miał kil­ku ko­le­gów, któ­ry­mi za­rzą­dzał, i to było oczy­wi­ste. Miał sza­lo­ny ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny. Po­nie­waż był wo­jow­ni­kiem, to te jego naj­pierw dzie­cię­ce, a po­tem mło­dzień­cze rzą­dy i kon­flik­ty były do­syć spek­ta­ku­lar­ne. Co, oczy­wi­ście, przy­pra­wia­ło o zmar­twie­nia mamę - oso­bę miłą, spo­koj­ną, ko­cha­ną. Po­sia­da­nie ta­kie­go ener­gicz­ne­go syn­ka jak Sła­wek cza­sem by­wa­ło dla niej kło­po­tli­we. Dla­te­go mama bar­dzo dba­ła o to, aby dru­gi sy­nek był grzecz­ny, do­bry, spo­koj­ny. Nie­spe­cjal­nie chy­ba jej za­le­ża­ło na tym, aby na­sze świa­ty się sty­ka­ły. Mama prze­ko­ny­wa­ła mnie, że mam taką siłę, że je­śli ko­goś wal­nę, to naj­pew­niej wy­rzą­dzę mu krzyw­dę. Le­piej więc, że­bym tego nie ro­bił. I ja przez ja­kiś czas w to wie­rzy­łem. Da­wa­łem się lać mniej­szym ode mnie, bo my­śla­łem: "Ojej, mama po­wie­dzia­ła, że jak wal­nę, to zro­bię krzyw­dę, więc le­piej niech mnie leją". Na szczę­ście nasz ko­cha­ny dzia­dek, wi­dząc mnie czę­sto po­obi­ja­ne­go, po­wie­dział mi: "Nie za­cze­piaj, ale jak cie­bie ktoś za­cze­pi, to lej ile wle­zie" - i tak zo­sta­ło. Tę mą­drość prze­ka­za­łem swo­im sy­nom.

Mama nie chcia­ła, aby wcią­gnął Pana awan­tur­ni­czy świat bra­ta?

Mu­szą ją pa­nie zro­zu­mieć. Mia­ła męża, któ­ry ni­ko­mu nie prze­pu­ścił i był wszę­dzie tam, gdzie przy­da­rzył się ja­kiś kon­flikt. Mó­wię tu o na­szym ta­cie - na­wet ma­jąc już osiem­dzie­siąt lat, po­ra­dził so­bie z chu­li­ga­na­mi, gdy na­pa­dli go w par­ku i ob­rzu­ci­li ka­mie­nia­mi...

Pro­si­my o tym opo­wie­dzieć.

Oj­ciec wy­brał się na prze­bież­kę z Par­ko­wej przez Ła­zien­ki. Wbie­gał po scho­dach pro­wa­dzą­cych do Zam­ku Ujaz­dow­skie­go, kie­dy za­ata­ko­wa­li go chu­li­ga­ni, ob­rzu­ca­jąc pi­gu­ła­mi z ka­mie­nia­mi. To była gru­pa agre­syw­nych gnoj­ków. Tata wy­co­fał się, ale nie na­zy­wał­by się Pe­te­lic­ki, gdy­by cał­ko­wi­cie ustą­pił. Cof­nął się więc na tyle, żeby go nie wi­dzie­li. Upa­trzył so­bie naj­bar­dziej agre­syw­ne­go z nich i kie­dy grup­ka się roz­dzie­li­ła, do­padł go w przej­ściu pod­ziem­nym na pla­cu Na Roz­dro­żu. Pod­szedł do nie­go i mówi: "No i co, ko­leż­ko?". Tam­ten od­parł: "Spa­daj, dzia­dek, bo jak cię pal­nę, to ci zęby wy­le­cą". Oj­ciec go zła­pał (do­brze, że nie udu­sił), obez­wład­nił i wy­pro­wa­dził na po­stój tak­só­wek. Pod­szedł do tak­sów­ka­rza, po­pro­sił o we­zwa­nie po­li­cji. Przy­je­cha­ła po­li­cja, oj­ciec się przed­sta­wił, po­wie­dział, że jest in­wa­li­dą wo­jen­nym (śmiech) i że zo­stał na­pad­nię­ty. Jed­no­cze­śnie cały czas trzy­mał tego ło­bu­za. Po­li­cja go za­bra­ła, po­in­stru­owaw­szy ojca, że musi zło­żyć ze­zna­nie. Jed­nak już na ko­men­dzie, gdy zo­ba­czył, że ten jego ło­buz jest przy­ku­ty kaj­dan­ka­mi do ka­lo­ry­fe­ra, za­czął go ża­ło­wać. Cha­rak­ter miał gwał­tow­ny, mimo to nie chciał ni­ko­mu zro­bić krzyw­dy. Jak już tego ło­bu­za upo­ko­rzył, to zro­bi­ło mu się go szko­da. Bo może on nie jest taki zły, może to tyl­ko jed­no­ra­zo­wy wy­głup, może za­słu­gu­je na szan­sę? Ale ofi­cer spraw­dził chu­li­ga­na i oka­za­ło się, że to dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni sil­ny męż­czy­zna i że był już no­to­wa­ny. Więc ofi­cer za­py­tał ojca: "Jak się panu uda­ło ta­kie­go dra­nia za­trzy­mać?". Tata od­po­wie­dział: "Tak mnie zde­ner­wo­wał, że wszyst­ko mi się przy­po­mnia­ło" (śmiech). A kie­dy już wy­cho­dził z ko­men­dy, to zwró­cił się jesz­cze do tego chu­li­ga­na i z sa­tys­fak­cją po­wie­dział: "I co, syn­ku? Dzia­dek cię przy­pro­wa­dził?". Tata był okrop­nie za­dzior­ny. Przez dłu­gie lata sta­no­wił dla nas pro­blem. Mar­twi­li­śmy się o nie­go, bo był prze­cież co­raz star­szy. A dziw­nym tra­fem tego ro­dza­ju sy­tu­acje się po­wta­rza­ły. Raz mama wy­sła­ła go po za­ku­py do skle­pu przy Ga­ga­ri­na, to oka­za­ło się, że ktoś tam wy­bił szy­bę, ukradł ra­dio, a jak prze­bie­gał koło taty, to przy­pad­kiem za­wa­dził o jego nogę. Oj­ciec mu ją oczy­wi­ście pod­sta­wił i zło­dziej wy­wa­lił się z tym ra­diem. Oj­ciec wró­cił do domu i mówi tak: "Już go mia­łem! Ale za­miast chwy­cić go za łeb, to pod­nio­słem ra­dio, któ­re upu­ścił, a on zwiał" (śmiech). A to zno­wu na Ma­zu­rach ban­dy­ci za­in­sce­ni­zo­wa­li wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Oj­ciec zo­ba­czył auto przo­dem w ro­wie, dwóch, zda­wa­ło­by się, prze­ra­żo­nych pa­sa­że­rów w środ­ku. Za­trzy­mał się, a wte­dy oni go na­pa­dli. Zdą­żył wsko­czyć z po­wro­tem do sa­mo­cho­du i za­mknąć za sobą drzwi, ale je­den z ban­dy­tów otwo­rzył drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra. Oj­ciec kop­nął go w czo­ło z taką siłą, że tam­ten wy­padł na ze­wnątrz. Wy­obra­ża­ją so­bie pa­nie? Ale my ze Sław­kiem bez prze­rwy się mar­twi­li­śmy, że ktoś w koń­cu zro­bi ojcu krzyw­dę. Pro­si­li­śmy go: "Tato, czy ty mógł­byś choć raz cze­goś nie za­uwa­żyć albo po­pro­sić ko­goś o po­moc?". Ale taki wła­śnie był nasz tata.

Mama nie chcia­ła więc trze­cie­go wo­jow­ni­ka?

Po tej dy­gre­sji wra­cam do wąt­ku z mamą - otóż ma­jąc ta­kie­go męża i ta­kie­go star­sze­go syn­ka, dba­ła, żeby przy­najm­niej młod­szy syn był grzecz­ny. De­ner­wo­wa­ła się. To był Czer­nia­ków. Kon­flik­ty, ja­kie tam wy­bu­cha­ły, skut­ko­wa­ły zwy­kle ja­kąś roz­ró­bą i nie mu­sia­ły się do­brze skoń­czyć.

Zda­rza­ło się, że brat mu­siał Pana bro­nić?

Sław­ka tak się wszy­scy bali, że kie­dy się do­wie­dzie­li, że je­stem jego bra­tem, to nikt mnie nie ty­kał. Tak więc nie mia­łem oka­zji się wy­ka­zać (śmiech).

Pan ge­ne­rał opo­wia­dał nam, że to dzia­dek mu wy­tłu­ma­czył, aby nie szedł w ło­bu­zer­kę.

Nasz dzia­dek był chy­ba naj­lep­szym czło­wie­kiem, ja­kie­go po­zna­łem. Pra­co­wi­ty, mą­dry, do­bry, cie­pły, ma­ją­cy same za­le­ty. Był oso­bą, na któ­rą się cze­ka­ło. Pra­co­wał na dwóch eta­tach, w Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej i w Te­le­ko­mie, i bar­dzo póź­no wra­cał do domu. Był in­ży­nie­rem, kon­ser­wo­wał, ob­słu­gi­wał i wy­my­ślał urzą­dze­nia te­le­gra­ficz­ne. A kie­dy wra­cał, to re­pe­ro­wał ze­gar­ki. Na­uczył się tego w cza­sie oku­pa­cji, a że miał zdol­no­ści tech­nicz­ne, to żeby prze­żyć, re­pe­ro­wał je są­sia­dom i tak mu zo­sta­ło. Cze­ka­li­śmy więc na nie­go, żeby się z nim spo­tkać, a on za­wsze miał dla nas czas. Za­wsze mo­gli­śmy z nim po­ga­dać. To było dla nas bar­dzo waż­ne. A że kie­dyś jesz­cze upra­wiał za­pa­sy, a w cza­sie oku­pa­cji pro­du­ko­wał rów­nież broń, to Sław­ko­wi do­dat­ko­wo im­po­no­wał. Bo mu im­po­no­wa­ło wszyst­ko, co było zwią­za­ne z kul­tem cia­ła, z wal­ką.

Z ry­wa­li­za­cją też?

Za­sta­na­wia­łem się nad róż­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi, któ­re mie­li­śmy z bra­tem, i do­sze­dłem do wnio­sku, że wie­le rze­czy po­tra­fi­li­śmy ro­bić nie­mal rów­nie do­brze. Strze­la­li­śmy, bo broń była w na­szym domu czymś nor­mal­nym. Oj­ciec upra­wiał strze­lec­two, jeź­dzi­li­śmy więc ze Sław­kiem na strzel­ni­cę i obaj opa­no­wa­li­śmy tę sztu­kę wy­śmie­ni­cie. Ale ja nig­dy nie mia­łem w so­bie cze­goś ta­kie­go jak chęć ry­wa­li­za­cji. Mnie wy­star­czy­ło, że do­brze strze­lam, że umiem rzu­cić no­żem. A Sła­wek mu­siał się spraw­dzać. Mu­siał być naj­lep­szy w tym, co ro­bił. To, my­ślę, też nas róż­ni­ło.

Już w mło­do­ści Pań­ski brat pro­wa­dził tryb ży­cia praw­dzi­we­go twar­dzie­la: wsta­wał o świ­cie, brał zim­ny prysz­nic, har­to­wał się?

Żad­ne­go ran­ne­go wsta­wa­nia! Sła­wek spał tak, że było to aż za­dzi­wia­ją­ce. Zresz­tą to na­sza wspól­na ce­cha. Ostat­nio się za­sta­na­wia­łem, cze­go tak na­praw­dę nie lu­bię w ży­ciu ro­bić. Otóż nie lu­bię wsta­wać rano. Nie cier­pię. I Sła­wek też tego nie cier­piał. Jak tyl­ko mógł, spał do opo­ru. Pa­mię­tam, jak by­li­śmy raz na wa­ka­cjach, może to było w Ju­ra­cie, w ośrod­ku Woj­sko­we­go Domu Wy­po­czyn­ko­we­go. Rano cho­dzi­li­śmy z mamą na śnia­da­nie, a Sła­wek spał. Jemu śnia­da­nie przy­no­si­ło się do dom­ku. Dla nie­go nie było waż­ne, co jest do je­dze­nia, byle tyl­ko mógł się wy­spać. Kie­dyś wra­ca­my ze sto­łów­ki do na­sze­go dom­ku i z da­le­ka wi­dzi­my, że wo­kół nie­go stoi tłum lu­dzi. Me­ble po­wy­sta­wia­ne. Oka­za­ło się, że pę­kła rura i do­mek za­la­ło. Wszyst­ko z nie­go wy­nie­śli, ze Sław­kiem w łóż­ku włącz­nie. Usta­wi­li je pod so­sną (śmiech).

Nie obu­dził się?

Na­wet nie drgnął. Póź­niej, jak już sy­tu­acja zo­sta­ła opa­no­wa­na, mama po­pro­si­ła, żeby go śpią­ce­go wnie­śli z po­wro­tem. Tak więc w tym okre­sie Sła­wek nie był czuj­ny (śmiech).

Co roku jeź­dzi­li­ście na wa­ka­cje?

Do­pó­ki Sła­wek nie osią­gnął od­po­wied­nie­go wie­ku, żeby jeź­dzić sa­me­mu. Jako dzie­ci by­wa­li­śmy naj­czę­ściej nad mo­rzem, w Au­gu­sto­wie nad je­zio­rem, a raz po­je­cha­li­śmy do Buł­ga­rii na wcza­sy wy­mien­ne. Po­le­ga­ło to na tym, że dzie­sięć ro­dzin ofi­cer­skich z Buł­ga­rii przy­jeż­dża­ło na dwa ty­go­dnie do Pol­ski, a w za­mian za to dzie­sięć ro­dzin pol­skich ofi­ce­rów je­cha­ło do Buł­ga­rii. Dla Buł­ga­rów to było bar­dzo atrak­cyj­ne, bo oni nig­dzie in­dziej nie mo­gli wy­je­chać. Tak jak i my zresz­tą.

Co z ro­dzin­ne­go domu Pan i brat prze­nie­śli­ście do swo­ich do­mów?

W domu za­wsze była bar­dzo duża cho­in­ka...

...taka jak te­raz stoi u Pań­stwa...

...któ­rą tata przy­wle­kał do domu z Ma­zur. Cho­in­kę za­wsze mie­li­śmy z Ma­zur. Oj­ciec wy­pa­try­wał ją i wy­bie­rał już w le­cie, na­wet nie mu­siał jej spe­cjal­nie ozna­czać. Wy­pra­wa do lasu z na­szym tatą była wiel­ką przy­jem­no­ścią, któ­rej wspo­mnie­nie po­zo­sta­ło mi na całe ży­cie. Z tatą wi­dzia­ło się tyle rze­czy, któ­rych nor­mal­ny czło­wiek nie jest w sta­nie spo­strzec, za­uwa­żyć. To było coś nie­sa­mo­wi­te­go... No więc jak już upa­trzył so­bie tę cho­in­kę, nie po­zy­ski­wał jej w spo­sób bez­praw­ny, tyl­ko uma­wiał się z le­śni­czym, któ­ry od lat był jego ko­le­gą, i ta cho­in­ka na świę­ta do nas przy­jeż­dża­ła. Po­tem, kie­dy już za­ło­ży­li­śmy wła­sne ro­dzi­ny, tato przy­wo­ził trzy cho­in­ki: do domu, dla Sław­ka i dla mnie. Za­wsze duże. I za­wsze było wia­do­mo, że zdą­ży je przy­wieźć na czas. Był po­zy­ski­wa­czem i do­star­czy­cie­lem wszyst­kie­go: za­opa­trze­nia, apro­wi­za­cji. Mama, ba­bu­nia to było do­mo­we cie­peł­ko. Świę­ta za­wsze były bar­dzo ro­dzin­ne, na wi­gi­lię przy­cho­dzi­ło dużo lu­dzi. Przez wie­le lat przy­jeż­dża­ła cio­cia, któ­ra nie mia­ła in­nej ro­dzi­ny, przy­jeż­dża­li wuj­ko­wie. Ze Sław­kiem mie­li­śmy też jed­ne­go wspól­ne­go chrzest­ne­go. Z tym że tak na­praw­dę to był jego chrzest­ny. Był przy­ja­cie­lem mamy z lat mło­dzień­czych. Mó­wi­li­śmy na nie­go "wu­jek Woj­tek". Te­raz do­pie­ro się do­wia­du­ję, jaki to był dziel­ny czło­wiek. W cza­sie po­wsta­nia war­szaw­skie­go trzy razy prze­pły­wał Wi­słę, prze­no­sząc róż­ne rze­czy. Nig­dy o tym nie opo­wia­dał. Za to za­wsze pa­mię­tał o wszyst­kich uro­czy­sto­ściach Sław­ka: uro­dzi­nach, imie­ni­nach, ko­mu­nii, pierw­szym zę­bie, dru­gim zę­bie - wu­jek Woj­tek za­wsze był. Z ko­lei mój chrzest­ny w ogó­le o mnie nie pa­mię­tał, więc za­zdro­ści­łem Sław­ko­wi jego chrzest­ne­go. Pew­ne­go razu za­py­ta­łem: "Wuj­ku, czy ty nie mógł­byś być i moim chrzest­nym?" (śmiech). Od­po­wie­dział: "Bar­dzo pro­szę!". I od tej pory pa­mię­tał rów­nież o wszyst­kich mo­ich świę­tach. Przez wie­le lat był nam bar­dzo bli­ski, póź­niej też bli­ski na­szym dzie­ciom. Ale spo­tka­nia ro­dzin­ne to był też po­wód, aby na przy­kład po­kłó­cić się ze sobą. Wie­dzą pa­nie, jak się kil­ku ro­ga­tych spo­tka, to naj­pierw jest cud­nie, a po­tem musi przyjść taki mo­ment, że któ­ryś wy­sta­wia te swo­je rogi, by ko­goś za­cze­pić.

A kie­dy się Pan już kłó­cił z bra­tem, to o co?

To za­le­ży, na któ­rym eta­pie na­sze­go wspól­ne­go ży­cia. W dzie­ciń­stwie by­łem wpa­trzo­ny w nie­go ab­so­lut­nie i cały czas li­czy­łem, że mnie do sie­bie do­pu­ści. Nie mo­głem się więc kłó­cić. Sta­ra­łem się być grzecz­ny. Póź­niej de­ner­wo­wa­ło mnie i draż­ni­ło, że za dłu­go róż­ne rze­czy mi się nie uda­ją. Że on już tyle może, a ja cią­gle nie. Ale na tam­tym eta­pie nie było wła­ści­wie kon­flik­tów. Może o to, że coś po­ży­czył, a nie od­dał, może coś obie­cał, a nie zro­bił. Póź­niej, jak by­li­śmy star­si, to kłó­ci­li­śmy się głów­nie o to, że Sła­wek ma za­wsze ra­cję, a ja je­stem ten młod­szy. To było coś prze­śmiesz­ne­go. Tak dzi­siaj to wi­dzę. Ale wte­dy mnie to draż­ni­ło, do­pro­wa­dza­ło do bia­łej go­rącz­ki. Śmie­szyć mnie za­czę­ło, jak skoń­czy­łem pięć­dzie­siąt­kę. No bo ar­gu­ment, że ja je­stem ten młod­szy, w tym mo­men­cie pa­dał. Sła­wek zwra­cał się na przy­kład do mamy, mó­wiąc: "Dla­cze­go Ja­nu­szek do mnie nie za­dzwo­nił? Prze­cież po­wi­nien był za­dzwo­nić, bo ja je­stem star­szy". Mama więc na­po­mi­na­ła: "Za­dzwoń do Sła­wecz­ka". A ja się bu­rzy­łem. "Czy te­le­fo­ny dzia­ła­ją tyl­ko w jed­ną stro­nę? Dla­cze­go miał­bym do nie­go dzwo­nić?". Mama ugo­do­wo: "On tak bar­dzo by chciał, że­byś do nie­go za­dzwo­nił". A ja: "Prze­cież wy­star­czy, że po­wie se­kre­tar­ce, aby go ze mną po­łą­czy­ła, albo sam może za­dzwo­nić". A mama: "Ale wiesz...". Wie­dzia­łem. Mam za­dzwo­nić, bo je­stem młod­szy. Głów­ne kon­flik­ty wy­ni­ka­ły chy­ba też z tego, że wszy­scy go słu­cha­li, a ja nie. Iry­to­wa­ło go to, że w ogó­le nie był dla mnie ge­ne­ra­łem (śmiech). Bar­dzo go ko­cha­łem, ale nie chcia­łem słu­chać.

W do­mach bywa cza­sem tak, że ktoś przyj­mu­je na sie­bie rolę do­bre­go, a ktoś inny złe­go po­li­cjan­ta. Kogo się bar­dziej ba­li­ście - mamy czy taty?

Ni­ko­go się nie ba­li­śmy. Oj­ciec miał taką pra­cę, że czę­sto go nie było, dużo wy­jeż­dżał. Mama, ba­bu­nia były w domu. Ten dom cały czas funk­cjo­no­wał. Tato mó­wił: "W domu musi być cie­pła kuch­nia". Nie było to miej­sce, gdzie trze­ba się ko­goś bać, gdzie są na­ka­zy, za­ka­zy, źli i do­brzy po­li­cjan­ci. Nie mu­sie­li­śmy wra­cać o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie. Ro­dzi­ce py­ta­li nas, o któ­rej wró­ci­my, i mu­sie­li­śmy do­trzy­mać sło­wa. Na­to­miast na mnie naj­bar­dziej dys­cy­pli­nu­ją­co dzia­ła­ło to, jak mama mó­wi­ła: "Ale pa­mię­taj, że mam do cie­bie za­ufa­nie". To było okrop­ne. Okrop­ne. Ale jed­no­cze­śnie cu­dow­ne, dla­te­go że w domu moż­na było wszyst­ko po­wie­dzieć.

Wszyst­ko mó­wi­li­ście ro­dzi­com?

Wszyst­ko mó­wi­li­śmy. I choć­by­śmy zro­bi­li nie wiem co, to je­śli ro­dzi­ce o tym wie­dzie­li, sta­wa­li po na­szej stro­nie. Naj­gor­szą rze­czą by­ła­by utra­ta za­ufa­nia, gdy­by­śmy ich oszu­ka­li czy coś waż­ne­go ukry­li. Wie­dzie­li­śmy, jak trud­no by­ło­by to od­bu­do­wać. Nie na­uczy­li­śmy się kła­mać... Ale mia­łem mó­wić o Sław­ku.

Wła­śnie.

Jak już wspo­mnia­łem, Sła­wek był przy­wód­cą. Za­wsze miał gru­pę, któ­rej prze­wo­dził. Był atrak­cyj­ny, wy­spor­to­wa­ny, miał wie­le umie­jęt­no­ści.

Był Pan wte­dy dum­ny, że ma ta­kie­go bra­ta?

Za­wsze by­łem dum­ny z tego, że w ogó­le mam bra­ta. Jak się ko­goś ko­cha, to tak na­praw­dę nie jest waż­ne, czy on jest naj­wspa­nial­szy i naj­sil­niej­szy, tyl­ko się ko­cha. Nie­daw­no się za­sta­na­wia­łem, co by było, gdy­by ge­ne­rał Pe­te­lic­ki na­gle przy­szedł do mnie i po­wie­dział: "Wiesz co, rzu­ci­łem to wszyst­ko i te­raz zo­sta­nę sto­la­rzem". Od­po­wie­dział­bym mu: "Su­per, ale faj­nie wy­my­śli­łeś". A w du­chu bym po­my­ślał: "No, może będę się mniej de­ner­wo­wał, wie­dząc, że jest sto­la­rzem". Dla mnie nie mia­ło zna­cze­nia, czy on jest ge­ne­ra­łem, czy kimś in­nym. I my­ślę, że dla lu­dzi, dla któ­rych ktoś jest waż­ny, też nie ma zna­cze­nia, kim on jest.

Kie­dy był Pan chłop­cem, chciał go Pan na­śla­do­wać. Co Panu w nim im­po­no­wa­ło?

Wszyst­ko mi im­po­no­wa­ło w star­szym bra­cie. Był atrak­cyj­ny, miał wie­lu zna­jo­mych, wszy­scy mó­wi­li o nim: "O, to ten, ktoś waż­ny". Przy­cho­dzi­ły do nie­go ko­le­żan­ki, bar­dzo ład­ne, i wszyst­kie po­wta­rza­ły, że jest taki ślicz­ny. A mnie też cza­sem mó­wi­ły, że je­stem faj­ny (śmiech). W dzie­ciń­stwie nie by­li­śmy do sie­bie tak bar­dzo po­dob­ni ze­wnętrz­nie, ja by­łem bar­dziej ku­dła­ty. Ale z wie­kiem, zwłasz­cza jak już za­czę­li­śmy si­wieć, po­do­bień­stwo sta­wa­ło się ude­rza­ją­ce. Oj­ciec, któ­ry był spor­tow­cem, chciał, by ża­den z nas nie po­szedł w jego śla­dy. Strze­la­li­śmy co praw­da obaj, ale oj­ciec wo­lał, że­by­śmy nie strze­la­li spor­to­wo. Chciał, by­śmy się uczy­li. Miał oka­zję zo­ba­czyć, jak sy­no­wie jego ko­le­gów, któ­rzy wcho­dzą w sport, nie są w sta­nie po­go­dzić tego z na­uką. Zo­sta­wia­ją szko­łę, za­czy­na­ją upra­wiać sport wy­czy­no­wo, do­brze im idzie, ale po­tem zda­rza się, że coś jest nie tak i nie mają do cze­go wró­cić, a na szko­łę jest już za póź­no. My­ślę, że to mia­ło sens, że­by­śmy nie po­świę­ci­li się spor­to­wi jak oj­ciec. Z nim sa­mym było in­a­czej - upra­wiał sport, bę­dąc jed­no­cze­śnie ofi­ce­rem. Był za­wod­ni­kiem Le­gii i ta jego pra­ca ze spor­tem nie ko­li­do­wa­ła.

Ro­dzi­ce su­ge­ro­wa­li, czym po­win­ni­ście się za­jąć w przy­szło­ści? Mama pro­po­no­wa­ła na przy­kład: "Ja­nusz, ty zo­stań we­te­ry­na­rzem"?

Mó­wi­my tu o eta­pie szko­ły śred­niej, stu­dia to przy­szłość. Ro­dzi­ce chcie­li, by­śmy się uczy­li w szko­le śred­niej, bo i tam moż­na było prze­stać się uczyć. Za­wo­dów nam nie wy­bie­ra­li. Ja wie­dzia­łem od po­cząt­ku, że będę pra­co­wał ze zwie­rzę­ta­mi. To nie bu­dzi­ło żad­nej wąt­pli­wo­ści. Za­wsze by­łem chło­pem. Od po­cząt­ku. Jak by­łem ma­lut­ki, to się na chło­pa sty­li­zo­wa­łem. Mu­sia­łem przy­mie­rzać ofi­cer­ki dziad­ka, bo były mniej­sze niż ojca. Tak okrop­nie cią­gnę­ło mnie na wieś, do zwie­rząt. Nie mia­łem spe­cjal­nie dużo wzor­ców - uro­dzi­li­śmy się w War­sza­wie i kon­tak­ty ze wsią były nie­wiel­kie.

To skąd się ta wieś u Pana wzię­ła?

To prze­dziw­na hi­sto­ria. Jesz­cze na Ol­szew­skiej mie­li­śmy miesz­ka­nie na par­te­rze. Obok był sklep spo­żyw­czy, pod któ­ry co­dzien­nie rano za­jeż­dżał fur­gon za­przę­żo­ny w ko­nia. Ta­kie to były cza­sy. By­łem ma­lut­ki, nie mo­głem sam wy­cho­dzić na uli­cę. Co­dzien­nie sta­wa­łem w oknie i cze­ka­łem na tego ko­nia. Na­stęp­nie otwie­ra­łem okno i sta­ra­łem się zwró­cić na sie­bie jego uwa­gę. Za­wsze mia­łem dla nie­go su­chy chle­bek. Koń, jak mnie zo­ba­czył, wcho­dził na chod­nik, pod­cho­dził do okna, a ja mu ten chle­bek po­da­wa­łem. Pie­karz, któ­ry przy­jeż­dżał fur­go­nem, bar­dzo się z tego po­wo­du ra­do­wał. To sta­ło się ta­kim ob­rząd­kiem, ry­tu­ałem - było wia­do­mo, że koń wej­dzie na chod­nik i do­sta­nie ten chle­bek. Tak się za­przy­jaź­ni­li­śmy, że mama sa­dza­ła mnie na plat­for­mę z pie­czy­wem przy Ol­szew­skiej i je­cha­łem z pie­ka­rzem na Słu­że­wiec, za­opa­tru­jąc po dro­dze skle­py po pra­wej stro­nie Pu­ław­skiej. Po czym za­wra­ca­li­śmy na dru­gą stro­nę Pu­ław­skiej i jak do­jeż­dża­li­śmy do Ol­szew­skiej, to mama mnie od­bie­ra­ła. Trzy­ma­łem lej­ce. Ten koń wpraw­dzie do­sko­na­le wie­dział, gdzie ma iść, ale ja to uwiel­bia­łem. Jak po­gła­ska­łem ko­nia, to po­tem nie my­łem ręki, tyl­ko ją wą­cha­łem, żeby czuć jego za­pach, mieć tego ko­nia bli­sko. Były też inne śmiesz­ne rze­czy: cho­dzi­łem z ba­bu­nią do Ła­zie­nek, gdzie zbie­ra­łem sko­szo­ną tra­wę i przy­no­si­łem do domu wiel­ki wo­rek sia­na. Nie da­wa­łem ba­bu­ni go nieść, za­rzu­ca­łem so­bie wór na ple­cy i tak sze­dłem. A lu­dzie ko­men­to­wa­li: "Co za baba! Ta­kie­go ma­łe­go dzie­cia­ka wy­ko­rzy­stu­je do no­sze­nia cię­ża­rów", bo ja ugi­na­łem się pod tym wor­kiem. Ale sia­no było lek­kie. Wlo­kłem je dla ko­nia.

Jak od po­cząt­ku było wia­do­mo, że Pan zo­sta­nie le­ka­rzem we­te­ry­na­rii, tak też było wia­do­mo, że Pana brat pój­dzie na pra­wo?

Nie było wia­do­mo. Ja też nie od razu wie­dzia­łem, że pój­dę na we­te­ry­na­rię. Skąd mo­głem mieć taką wie­dzę? Wie­dzia­łem, że będę pra­co­wał ze zwie­rzę­ta­mi. Dla­te­go od pierw­szej kla­sy li­ceum na każ­de wa­ka­cje jeź­dzi­łem do stad­ni­ny koni w Iw­nie, gdzie dy­rek­to­rem był pan Kisz­kur­no, brat przy­ja­cie­la taty z ka­dry strze­lec­kiej. Tra­fi­łem do tego Iwna po tak zwa­nej zna­jo­mo­ści, bo "jak on tak ko­cha te zwie­rza­ki, to niech tam so­bie je­dzie". I jeź­dzi­łem tam co roku. Przez więk­szość wa­ka­cji no­si­łem tor­bę za tam­tej­szym dok­to­rem i mo­głem do­kład­nie zo­ba­czyć, jak wy­glą­da pra­ca zoo­tech­ni­ka, jak wy­glą­da pra­ca le­ka­rza, i mo­głem oce­nić, gdzie bym się le­piej czuł, co bar­dziej mi od­po­wia­da. Pod­ję­cie stu­diów we­te­ry­na­ryj­nych było ab­so­lut­nie prze­my­śla­ne, do­kład­nie wie­dzia­łem, co to za pra­ca, co się w niej robi. Wie­dzia­łem, że chcę to ro­bić - i już. To było pew­ne. My­ślę, że Sła­wek też do­sko­na­le wie­dział, co chce ro­bić.

Wie­dział, że bę­dzie ko­man­do­sem?

Czy ko­man­do­sem, to trud­no mi po­wie­dzieć. Wie­dział, że może bę­dzie Ja­me­sem Bon­dem. To były jego ma­rze­nia z dzie­ciń­stwa. Po­dob­nie jak ja od ja­kie­goś cza­su "by­łem" le­ka­rzem, tak on żył w swo­im świe­cie. I tak wła­śnie chciał żyć: roz­wią­zy­wać trud­ne pro­ble­my, wy­ko­rzy­sty­wać roz­ma­ite środ­ki, po­słu­gi­wać się bro­nią róż­ne­go ro­dza­ju. Tego typu pla­ny chciał re­ali­zo­wać. On był bar­dzo mą­dry, zdol­ny, miał fo­to­gra­ficz­ną pa­mięć. My­ślę, że to, co ro­bił, czy­nił z ogrom­ną pa­sją i re­ali­zo­wał swo­je ma­rze­nia. Na przy­kład: jak koń­czył pra­wo, to wy­my­ślił so­bie pra­cę ma­gi­ster­ską, któ­rej te­mat był sza­le­nie trud­ny. Pa­mię­tam ten ty­tuł: Spo­so­by i środ­ki nie­le­gal­ne­go po­ro­zu­mie­wa­nia się aresz­to­wa­nych, ze spe­cjal­nym uwzględ­nie­niem tym­cza­so­wo za­trzy­ma­nych. Dał się na­wet za­mknąć w wię­zie­niu, żeby opra­co­wać "al­fa­bet" tych lu­dzi. Za­trzy­ma­ni ro­bi­li to za po­mo­cą mi­ga­nia rę­ka­mi, a od­bior­ca ob­ser­wo­wał przez lor­net­kę celę, pró­bu­jąc od­czy­tać z tego mi­ga­nia wia­do­mość. Wy­ma­ga­ło to od Sław­ka de­ter­mi­na­cji. Sie­dział chy­ba na Ra­ko­wiec­kiej, ze zwy­kły­mi kry­mi­na­li­sta­mi, żeby tę pra­cę na­pi­sać. Oce­nio­no ją na piąt­kę, po­mi­mo że wca­le nie był piąt­ko­wym stu­den­tem. Uczył się tego, co mu pa­so­wa­ło, czym się in­te­re­so­wał. Nie był ku­jo­nem, któ­ry by ro­bił coś dla stop­ni. Do­bry sto­pień mógł do­stać przy oka­zji. Jego pra­ca ma­gi­ster­ska zdo­by­ła pierw­szą na­gro­dę Pro­ku­ra­tu­ry Ge­ne­ral­nej. Z obro­ny też do­stał piąt­kę, choć uwa­żał, że stu­dia to nie wy­ści­gi i nie ma co się zaj­mo­wać tym, co go nie ob­cho­dzi.

Jak w ro­dzi­nie przy­ję­to wia­do­mość, że Sła­wo­mir po stu­diach idzie do wy­wia­du?

Jak już mó­wi­łem, każ­dy z nas wie­dział, co chce w ży­ciu ro­bić. Ja wie­dzia­łem, że chcę pra­co­wać ze zwie­rzę­ta­mi. Do­pie­ro póź­niej się zo­rien­to­wa­łem, w któ­rym dzia­le, na ja­kim po­zio­mie chcę się z tymi zwie­rzę­ta­mi spo­ty­kać i co ro­bić. Ze Sław­kiem było po­dob­nie. Chciał być kimś ta­kim jak Ja­mes Bond, chciał uczest­ni­czyć w nie­bez­piecz­nych ak­cjach, żyć tak, jak żyją bo­ha­te­ro­wie ksią­żek. On bar­dzo dużo czy­tał. I ma­rzył. Zresz­tą wszy­scy wte­dy by­li­śmy ma­rzy­cie­la­mi. Sła­wek opi­sy­wał w wy­wia­dzie, ja­kie­go udzie­lił do książ­ki Mi­cha­ła Ko­ma­ra, że tro­chę chu­li­ga­nił, ale czuł tę cien­ką gra­ni­cę mię­dzy do­brem a złem. My­ślę, że spo­ro rze­czy, któ­re w tej książ­ce opo­wia­da, mó­wił po to, żeby stwo­rzyć ja­kąś ma­low­ni­czą hi­sto­rię. Na­to­miast jest praw­dą, że gdy­by zo­stał stra­ża­kiem, to był­by do­sko­na­łym stra­ża­kiem. Gdy­by zo­stał po­li­cjan­tem - był­by świet­ny. Tyl­ko że wte­dy nie było po­li­cji. Była mi­li­cja. Czy­tam róż­ne pu­bli­ka­cje o tam­tych cza­sach, po­zy­tyw­ne i ne­ga­tyw­ne, bo moż­na opo­wia­dać róż­ne rze­czy o tym, kim Sła­wek zo­stał i co ro­bił. A ja my­ślę, że on speł­niał swo­je ma­rze­nia. Wte­dy było tak, zresz­tą w każ­dych cza­sach tak jest, że aby zre­ali­zo­wać ja­kieś ma­rze­nie, trze­ba speł­nić okre­ślo­ne wa­run­ki. Nie moż­na rap­tem pójść wy­żej tyl­ko dla­te­go, że bar­dzo się chce to ro­bić. To nie wy­star­cza. O ile ja w re­ali­za­cji swo­ich ma­rzeń nie mu­sia­łem speł­niać tylu róż­nych uwa­run­ko­wań, mo­głem mó­wić, co chcia­łem, my­śleć, co chcia­łem, wszyst­kich mo­głem mieć w no­sie, o tyle on - nie. Jemu do speł­nie­nia ma­rzeń po­trzeb­na była cała ta otocz­ka, ta obu­do­wa, ktoś mu­siał go po­trze­bo­wać, ktoś mu­siał po­zwo­lić mu się re­ali­zo­wać. Moim zda­niem nie­wie­le w tym wszyst­kim jest ide­olo­gii, któ­rą róż­ni lu­dzie, opo­wia­da­jąc o nim, pró­bu­ją mu wci­snąć. Tak na­praw­dę to nie mia­ło spe­cjal­ne­go zna­cze­nia.

Ale to był wła­śnie czas, kie­dy po­dob­no wa­sze dro­gi się roz­mi­nę­ły i przez ja­kiś czas nie mie­li­ście ze sobą kon­tak­tu.

Tak nie było. Czy­ta­jąc róż­ne wy­po­wie­dzi o Sław­ku, za­uwa­ży­łem pew­ną wspól­ną ce­chę. Je­śli mó­wią o nim lu­dzie, któ­rzy byli z nim w mia­rę bli­sko i dla któ­rych on był waż­ny, co ozna­cza­ło też, że oni byli waż­ni dla nie­go, to w ta­kich re­la­cjach by­wa­ły sy­tu­acje, kie­dy Sła­wek był nie do znie­sie­nia. I wte­dy te kon­tak­ty mu­sia­ły być przy­ha­mo­wa­ne. Prze­rwy w kon­tak­tach wy­ni­ka­ły z tego, że czymś mnie wku­rzył, albo wku­rzył ge­ne­ra­ła Czem­piń­skie­go, albo Mi­cha­ła Ko­ma­ra. To praw­dzi­wy ob­raz. Nie było więc tak, że na­sze dro­gi się ro­ze­szły. Nie było też tak, że był ofi­cjal­ny ko­mu­ni­kat, iż Sła­wek idzie do wy­wia­du. Było wia­do­mo, że Sła­wek chce pra­co­wać w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Jed­nak moja wie­dza w tam­tych cza­sach była wy­star­cza­ją­ca, bym do­sko­na­le wie­dział, że je­śli ktoś je­dzie na pla­ców­kę za­gra­nicz­ną, to musi być agen­tem. Nie było in­nej moż­li­wo­ści. Nie znam ni­ko­go, kto by po­je­chał na ja­ką­kol­wiek pla­ców­kę i - jak to się wte­dy mó­wi­ło - nie współ­pra­co­wał. Tyl­ko je­śli ktoś nor­mal­nie chciał wy­je­chać, mu­siał iść po pasz­port. Mógł go do­stać lub nie. Za­rów­no przed wy­da­niem pasz­por­tu, jak i przy jego od­da­wa­niu były prze­pro­wa­dza­ne roz­mo­wy. Wie­dzia­łem, że Sła­wek chce wy­je­chać za gra­ni­cę, miał spre­cy­zo­wa­ne pla­ny. Wie­dzia­łem rów­nież, że to jest taj­ne przez po­uf­ne. W mo­men­cie, kie­dy było wia­do­mo, że za­czął pra­co­wać w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych, roz­po­czął swo­ją ka­rie­rę dy­plo­ma­tycz­ną, dla mnie wią­za­ło się to ze stra­ta­mi. Z róż­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi. Aku­rat kie­dy po­sze­dłem na stu­dia, otwo­rzy­ła się moż­li­wość pra­cy na Za­cho­dzie. Moż­na było wy­je­chać w spo­sób le­gal­ny i za­ro­bić pie­nią­dze. Wie­lu mo­ich ko­le­gów wy­jeż­dża­ło. Ja też chcia­łem. Ale oka­za­ło się, że nie mogę.

Dla­cze­go?

Tłu­ma­czo­no mi, że nie mogę zła­mać ka­rie­ry bra­tu. Za gra­ni­cą może się coś stać, mogą mnie wplą­tać w ja­kąś hi­sto­rię. I to była praw­da. Mo­gli mi pod­rzu­cić coś w skle­pie, czymś po­czę­sto­wać, mo­gły się wy­da­rzyć róż­ne rze­czy, któ­re za­wa­ży­ły­by na ka­rie­rze Sław­ka.

Miał Pan o to żal do bra­ta?

By­łem wście­kły! Sła­wek robi ka­rie­rę, a ja, bę­dąc w wie­ku, kie­dy pie­nią­dze są waż­ne, nie mogę wy­je­chać i za­ro­bić paru gro­szy. Nie mogę je­chać z ko­le­ga­mi. Mało tego - nie mogę im po­wie­dzieć, dla­cze­go nie wol­no mi z nimi je­chać. By­łem na tyle lo­jal­ny, że nie chcia­łem, aby ktoś o tym wie­dział. Nor­mal­nym lu­dziom wy­da­wa­ło się, że po­win­no być od­wrot­nie: "Twój brat pra­cu­je w MSZ-ecie, to pasz­port ci da­dzą, wszyst­ko mo­żesz". Oka­za­ło się, że gu­zik z tego, że nie mogę. To było dla mnie wku­rza­ją­ce, de­ner­wo­wa­ło mnie i... no tak, my­ślę, że w kon­se­kwen­cji za­mknę­ło mi ja­kieś moż­li­wo­ści. Jak opa­no­wa­nie ob­ce­go ję­zy­ka, na­wią­za­nie faj­nych kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Nie chcia­łem się z tym po­go­dzić, ale nie na tyle, żeby Sław­ko­wi zro­bić świń­stwo. Bo mo­głem się sta­rać o pasz­port. Cho­ciaż nie mam pew­no­ści, czy to by coś dało. Mo­głem wy­stą­pić o ten do­ku­ment. I mo­głem go nie do­stać. Nie­mniej jed­nak po­je­cha­łem do Ame­ry­ki. Spę­dzi­łem ja­kiś czas u Sław­ka w No­wym Jor­ku. To była cie­ka­wa przy­go­da.

Za­pro­sił Pana ofi­cjal­nie?

Tak, za­pro­sił mnie. Był w koń­cu at­ta­ché kul­tu­ral­nym w No­wym Jor­ku. Mógł za­pro­sić bra­ta. Po­le­cia­łem do Ame­ry­ki. To było in­te­re­su­ją­ce do­świad­cze­nie. Lu­dzie z Pol­ski wy­jeż­dża­li w róż­ne miej­sca, ale po­le­cieć do Ame­ry­ki było bar­dzo trud­no. To było coś! Za­cho­wy­wa­łem się tam jak ty­po­wy rus­skij cze­ło­wiek: "Dla mnie wsio nor­mal­ne". Uda­wa­łem, że nie dzi­wię się ni­cze­mu. Ka­mien­na twarz, wy­ra­ża­ją­ca, że u nas jest le­piej (śmiech).

Ale też zo­ba­czył Pan bra­ta w in­nej roli.

W in­nej? Nie wy­da­je mi się. I za­raz o tym opo­wiem. Ale naj­pierw o tym, że na po­czą­tek otrzy­ma­łem in­struk­cję ob­słu­gi No­we­go Jor­ku. To były pro­ste wy­tycz­ne. In­for­mo­wa­ły, jak mam się po­ru­szać po uli­cach, żeby nic mi się nie sta­ło. Nowy Jork jest mało skom­pli­ko­wa­ny, bo uli­ce są po­nu­me­ro­wa­ne, rów­no­le­gle i pro­sto­pa­dle. Nie spo­sób za­błą­dzić. Wie­dzia­łem tyl­ko, że je­śli idę ja­kąś uli­cą i za­czy­na się ro­bić co­raz "ciem­niej", w sen­sie ko­lo­ru skó­ry, to mam głę­biej nie wcho­dzić, tyl­ko za­wra­cać. Na po­cząt­ku chcia­łem ra­to­wać wszyst­kich le­żą­cych na uli­cy. Czło­wiek le­żą­cy na chod­ni­ku to był dla mnie przy­kry wi­dok. U nas ta­kich nie było. Sła­wek miał ze mną kło­pot, mu­siał mi gę­sto tłu­ma­czyć, że­bym ich nie pod­no­sił, bo ktoś w koń­cu może mi wy­rzą­dzić krzyw­dę. "Oni so­bie leżą, bo chcą le­żeć, bo taki mają styl ży­cia" - mó­wił. Na­uczył mnie też, że je­śli ktoś mnie za­cze­pia na uli­cy, to na­le­ży go omi­nąć, nie wcho­dzić w re­la­cje. Ale do­brze, że­bym miał za­wsze parę gro­szy, któ­re mógł­bym ta­kie­mu dać, żeby przejść. Bo czło­wiek, któ­ry mnie za­cze­pia, w ten spo­sób za­ra­bia. "To nie jest ło­buz z Czer­nia­ko­wa, któ­ry so­bie cie­bie upa­trzył i bę­dzie cię go­nił, aż do­go­ni. On po pro­stu stoi i za­ra­bia. Jak mu się uda, to za­ro­bi. Jak nie, to cię nie bę­dzie go­nił, bo za­raz ma na­stęp­ne­go, któ­ry bę­dzie koło nie­go prze­cho­dził" - wy­ja­śniał. A te­raz wra­cam do tej nie­zmie­nio­nej roli Sław­ka. Bo wy­obraź­cie so­bie, on za­wiózł mnie do Har­le­mu! To miej­sce, któ­re­go bia­ły czło­wiek ra­czej nie oglą­da. Ale to był cały mój brat. Po­je­cha­li­śmy sa­mo­cho­dem. Po­wie­dział: "Wiesz co? Nie bę­dzie­my wy­sia­dać, bo mo­że­my już nie wsiąść. Ale po­ka­żę ci to, cze­go jesz­cze nie wi­dzia­łeś". I zo­ba­czy­łem Har­lem nocą. Jeź­dzi­li­śmy uli­ca­mi. Sła­wek stwier­dził: "Bę­dzie­my jeź­dzić sze­ro­ki­mi, bo jak wje­dzie­my w wą­ską, to nas mogą za­sta­wić i bę­dzie­my mie­li kło­pot". To było dla mnie nie­praw­do­po­dob­ne do­świad­cze­nie. Pa­lą­ce się domy, lu­dzie na uli­cach, bu­dyn­ki bez kli­ma­ty­za­cji, wszę­dzie go­rą­co jak w pral­ni, małe dzie­ci, pro­sty­tut­ki, całe to to­czą­ce się tam in­ten­syw­ne ży­cie. I to zdzi­wie­nie czar­nych, gdy nas, bia­łych, zo­ba­czy­li w sa­mo­cho­dzie (śmiech). Jeź­dzi­li­śmy po Har­le­mie całą noc, do rana. Wo­ził mnie rów­nież do ta­kich dziel­nic, gdzie było prze­pięk­nie, bo­gac­two się prze­le­wa­ło, i do ta­kich, gdzie była strasz­na nę­dza. I po­ka­zy­wał: "Zo­bacz, to jest Ame­ry­ka. Tu są te po­twor­ne kon­tra­sty". W Pol­sce ta­kich kon­tra­stów nie było - wszy­scy nie mie­li po rów­no i to było bar­dzo spra­wie­dli­we (śmiech). W Ame­ry­ce Sła­wek po­ka­zał mi róż­no­rod­ność, jaka tam wy­stę­po­wa­ła. Za­le­ża­ło mu na tym, że­bym to za­uwa­żył. Że­bym nie za­chwy­cił się zu­peł­nie, tyl­ko po­tra­fił oce­nić. Nie mó­wił: "Zo­bacz, tu jest źle" albo "Tu jest świet­nie", tyl­ko: "Zo­bacz, tak to wy­glą­da. Tak wy­glą­da ten inny świat, któ­re­go nie zna­li­śmy". Wi­dzia­łem, jak świet­nie się w nim po­ru­sza. Pa­mię­tam, że kie­dy tam by­łem, uro­dzi­ła się jego cór­ka Do­mi­ni­ka. Był przy po­ro­dzie, a ja w tym cza­sie spa­ce­ro­wa­łem. Póź­niej się spo­tka­li­śmy. Wy­glą­dał, jak­by sam coś uro­dził. Spo­strze­głem, że jest bar­dzo smut­ny. Wie­dzia­łem, że coś go tra­pi. Py­tam go: "Czym się mar­twisz? Co się sta­ło?". Nie chciał po­wie­dzieć, nie chciał po­wie­dzieć, aż w koń­cu mówi: "Wiesz, py­ta­łem le­ka­rzy, oni niby mó­wią, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Ale to dziec­ko ma taką dłu­gą głów­kę". Tłu­ma­czę mu, po­ka­zu­jąc rę­ka­mi: "Chło­pie, jak coś ta­kie­go musi przejść przez coś ta­kie­go, to musi się zro­bić coś ta­kie­go. Ale to się na­pra­wi" (śmiech). Ja­koś go prze­ko­na­łem, po­we­se­lał, zro­bił się szczę­śli­wy. Bo może le­ka­rze go oszu­ka­li, ale naj­waż­niej­sze, że brat mu po­wie­dział: "To nic nie szko­dzi, wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku" (śmiech). Nie bar­dzo wte­dy wie­dzie­li­śmy, co ze sobą zro­bić, była już noc, więc Sła­wek za­pro­po­no­wał: "Chodź­my do kina". Po­szli­śmy i oka­za­ło się, że za­bra­kło bi­le­tów. Mu­szę tu wspo­mnieć, że Sła­wek jako dy­plo­ma­ta nie pła­cił man­da­tów. Sa­mo­chód nie był co praw­da ozna­ko­wa­ny jako dy­plo­ma­tycz­ny, ale on par­ko­wał, gdzie chciał. Wy­cho­dzi­my z kina i wi­dzi­my, że na sa­mo­cho­dzie sie­dzi ze czte­rech wiel­kich Mu­rzy­nów i się na nim buja. My­ślę so­bie: "No, to mamy kło­pot". A Sła­wek rzu­ca: "Za­raz coś zo­ba­czysz. Tyl­ko nie od­zy­waj się i idź bar­dzo pew­nie". Ru­szy­li­śmy w stro­nę sa­mo­cho­du. Pew­nym kro­kiem. Zo­ba­czy­li nas i byli prze­ra­że­ni. Nie wie­dzia­łem dla­cze­go. Ze­sko­czy­li z auta, na gło­wach mie­li gru­be czap­ki z włócz­ki. Naj­więk­szy z nich zdjął swo­ją i za­czął wy­cie­rać nam sa­mo­chód. I bar­dzo prze­pra­szał. Sła­wek od­po­wie­dział: "Nie szko­dzi". Wsie­dli­śmy do wozu. Ja - cały w szo­ku. By­łem pe­wien, że bę­dzie bi­ja­ty­ka. Nie mo­głem zro­zu­mieć tego, co się wy­da­rzy­ło. Py­tam: "Co, oni cię zna­ją? Tu też?". Oka­za­ło się, że w nocy jeź­dzi­ły sa­mo­cho­dy ma­fii i zbie­ra­no ha­racz z kin i róż­nych in­nych lo­ka­li. Wy­glą­da­ło to w taki wła­śnie spo­sób: pod­jeż­dżał sa­mo­chód, sta­wał w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, dwóch fa­ce­tów wy­sia­da­ło, szło do kina, wra­ca­ło z ha­ra­czem, a zwy­kle obok stał dru­gi sa­mo­chód i wy­star­czy­ło, że po­wstał­by ja­ki­kol­wiek kon­flikt, by sie­dzą­cy w tym dru­gim au­cie za­ję­li się ta­kim de­li­kwen­tem, któ­ry mógł mieć pew­ność, że za chwi­lę bę­dzie miał "szpry­chę" w ner­ce. Umie­jęt­ność po­stę­po­wa­nia w tym świe­cie była zu­peł­nie fil­mo­wa. Sła­wek po­ru­szał się w tej ame­ry­kań­skiej prze­strze­ni świet­nie, ale ja wie­dzia­łem, że nig­dy w ży­ciu nie mógł­bym tam miesz­kać. A, i przy tej oka­zji przy­po­mnia­ła mi się jesz­cze jed­na hi­sto­ria.

Słu­cha­my!

Kie­dy przy­le­cia­łem do No­we­go Jor­ku, Sła­wek ode­brał mnie z lot­ni­ska. Idzie­my do sa­mo­cho­du. Sta­ło tam tych sa­mo­cho­dów mnó­stwo. Róż­nych. Sła­wek pyta: "No, jak my­ślisz, któ­ry jest mój?". My­ślę so­bie, kur­czę, wszyst­kie ame­ry­kań­skie, wszyst­kie wiel­kie, ale któ­ry z nich może być jego? Nie chcia­łem mu spra­wić przy­kro­ści, szu­ka­łem więc cze­goś naj­skrom­niej­sze­go. W koń­cu zna­la­złem i mó­wię: "Pew­nie ten". A Sła­wek uśmiech­nął się z dumą i za­pro­wa­dził mnie do for­da Gran To­ri­no. Pięk­ny. Wiel­ki. Dłu­gi. Wy­róż­niał się. Z ko­lei gdy Sła­wek przy­je­chał ze Sta­nów na urlop do Pol­ski, to ja mia­łem już swo­je­go pierw­sze­go ma­łe­go fia­ta. Po­je­cha­łem po bra­ta na Okę­cie. Ode­bra­łem go z lot­ni­ska, uda­ło mi się wci­snąć do auta jego wa­liz­kę, je­dzie­my. Mó­wię: "Po­ka­żę ci te­raz Tra­sę Ła­zien­kow­ską, bo aku­rat otwo­rzy­li". Do­je­cha­li­śmy już w oko­li­ce na­sze­go domu, Agry­ko­la była jesz­cze prze­jezd­na i moż­na nią było zje­chać w dół. Z góry, my­ślę, to do­pie­ro po­ci­snę. On sie­dzi sztyw­ny, na­raz za­glą­da mi przez ra­mię i pyta: "Słu­chaj, ile ty je­dziesz?". A ja dum­nie: "No, stó­wą". Przy­trzy­mał się fo­te­la i mówi: "Nie wy­głu­piaj się. To jak jaz­da na san­kach" (śmiech).

Brat mó­wił Panu, że chce sfor­mo­wać GROM, czy do­wie­dział się Pan, jak wszy­scy, kie­dy było to już pu­blicz­ną ta­jem­ni­cą?

Nie chcę zmy­ślać. Wie­dzia­łem, że coś go an­ga­żu­je, ale on za­wsze coś ro­bił. Chy­ba nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, jak ogrom­ne jest to przed­się­wzię­cie. Za­pro­sił mnie raz do swo­je­go biu­ra, kie­dy wszyst­ko to było jesz­cze taj­ne przez po­uf­ne, i wra­że­nie zro­bi­li na mnie tacy duzi fa­ce­ci, któ­rzy się prę­ży­li przed Sław­kiem. By­łem bar­dzo dum­ny, że jest taki waż­ny. Ale w grun­cie rze­czy śmie­szą mnie tacy fa­ce­ci, któ­rzy się prę­żą i sa­lu­tu­ją so­bie na­wza­jem.

Brat wie­dział, że pod­cho­dzi Pan do tego w taki spo­sób, ze swo­istym dy­stan­sem?

My­ślę, że wie­dział (śmiech). Jego to wku­rza­ło. Ale cała idea była taka, żeby po­wsta­nie GROM-u utrzy­mać w ta­jem­ni­cy. Był­by nie­po­waż­ny, gdy­by opo­wia­dał o tym w szcze­gó­łach na­wet mnie, choć miał­by świa­do­mość, że ja ni­cze­go ni­ko­mu nie po­wiem, nie będę się z tym ob­no­sił ani tym chwa­lił. Kie­dy już się do­wie­dzia­łem, że GROM po­wstał, do­tar­ło do mnie, że u nas nie jest ła­two coś ta­kie­go stwo­rzyć. Mia­łem po­ję­cie, jak wy­glą­da woj­sko, bo miesz­ka­łem prze­cież w dziel­ni­cy ofi­cer­skiej. I wi­dzia­łem, jak cza­sem może wy­glą­dać pol­ski ofi­cer. Dla na­sze­go taty było czymś zu­peł­nie nie­moż­li­wym, żeby ofi­cer w mun­du­rze szedł z siat­ką na za­ku­py. Tato był albo w mun­du­rze, i to ozna­cza­ło ab­so­lut­nie w mun­du­rze, albo po cy­wil­ne­mu, i wte­dy mógł cho­dzić z siat­ką. A ja wi­dzia­łem nie­jed­ne­go w po­roz­pi­na­nym mun­du­rze, idą­ce­go z wia­der­kiem do śmiet­ni­ka. Ale przy­po­mnia­ło mi się coś śmiesz­ne­go... By­li­śmy raz ze Sław­kiem na wspól­nej im­pre­zie. Spo­tka­li­śmy tam pro­fe­so­ra z mo­jej uczel­ni, ze Szko­ły Głów­nej Go­spo­dar­stwa Wiej­skie­go. Ko­ja­rzo­no mnie już z ge­ne­ra­łem, na­zwi­sko Pe­te­lic­ki sta­ło się zna­ne, więc funk­cjo­no­wa­łem jako brat swo­je­go bra­ta. Kie­dy zwra­ca­no się do mnie, sły­sza­łem: "To pan jest bra­tem ge­ne­ra­ła?". Ten­że pro­fe­sor wy­czuł chy­ba, jak to u mnie wy­glą­da, i opo­wie­dział nam aneg­do­tę z cza­sów, kie­dy rek­to­rem na­szej uczel­ni był pan pro­fe­sor Staff. Kie­dyś na uczel­nię przy­je­cha­li waż­ni lu­dzie, trwa­ła pre­zen­ta­cja i je­den z tych waż­nych lu­dzi za­py­tał: "Bar­dzo prze­pra­szam, pa­nie pro­fe­so­rze, ale czy pan jest bra­tem tego słyn­ne­go Le­opol­da Staf­fa?". Na co pro­fe­sor Staff od­po­wie­dział: "Nie, pro­szę pana. To on jest moim bra­tem". Bar­dzo mi się ta hi­sto­ria spodo­ba­ła, bo po­ka­zy­wa­ła ja­kiś ko­lej­ny etap na­sze­go ży­cia. Oczy­wi­ście mnie to nie de­ner­wo­wa­ło. Mo­gło­by mnie de­ner­wo­wać, gdy­bym mu­siał się wsty­dzić za bra­ta. Co się zda­rza, lu­dzie mają ta­kie pro­ble­my, zu­peł­nie nie­za­wi­nio­ne, ale to, że jest się czy­imś bra­tem, nie ozna­cza, że trze­ba brać od­po­wie­dzial­ność za wszyst­ko, co ten brat w ży­ciu zro­bił. Nie pa­mię­tam już, któ­ry z na­szych ko­le­gów, pa­trząc na mnie, po­wie­dział: "To są ręce, któ­re le­czą", a na­stęp­nie zwró­cił się do Sław­ka: "A to są ręce, któ­re ka­le­czą" (śmiech). Ja więc ta­kie­go pro­ble­mu, że je­stem bra­tem swe­go bra­ta, nie mia­łem. Zwłasz­cza że zda­wa­łem so­bie spra­wę - i zda­ję ją so­bie do dzi­siaj - że lu­dzie po­kro­ju mo­je­go bra­ta, któ­rzy do tego, żeby funk­cjo­no­wać, po­trze­bu­ją wy­zwań, ja­kich nor­mal­ne ży­cie nie jest im w sta­nie za­pew­nić, ro­bią na­praw­dę wie­le. Tyl­ko... Chcę, żeby pa­nie do­brze mnie zro­zu­mia­ły. Uwa­żam, że tacy lu­dzie są do­sko­na­ły­mi fa­chow­ca­mi, któ­rych na­le­ży ce­nić w każ­dym ustro­ju i w każ­dej sy­tu­acji. Są zna­ko­mi­cie wy­szko­le­ni i ro­bią coś, co jest ich pa­sją. Ro­bią mnó­stwo wspa­nia­łych rze­czy: chro­nią nas przed ter­ro­ry­zmem, ła­pią ban­dy­tów.

Za­sta­na­wiał się Pan nad tym okre­sem, w któ­rym brat za­czął pu­blicz­nie ata­ko­wać rząd, mi­ni­stra Kli­cha?

Nie za­sta­na­wia­łem się. De­ner­wu­ją­ce było ra­czej to, o czym wła­śnie po­wie­dzia­łem: że ko­lej­ne eki­py, któ­re zdo­by­wa­ją wła­dzę, za­cho­wu­ją się tak, jak­by się nie orien­to­wa­ły, na czym to wszyst­ko po­le­ga. Lu­dziom, któ­rzy do­cho­dzą do wła­dzy, wy­da­je się, że wszyst­ko moż­na prze­wró­cić i na­tych­miast za­cząć bu­do­wać od nowa. W przy­pad­ku służb tego zro­bić nie moż­na. Wy­szko­le­nie lu­dzi to po­tęż­ny pro­ces, nie­praw­do­po­dob­nie kosz­tow­ny. Prze­no­sząc to na moją dzie­dzi­nę, do świa­ta zwie­rząt: je­że­li miał­bym po­wie­rzyć ochro­nę swo­je­go domu, to wy­brał­bym rot­twe­ile­ry. Mu­siał­bym nad nimi pa­no­wać, ale cały czas bym wie­dział, że są świet­ne w tym, co ro­bią. Zmie­nia­jąc miej­sce za­miesz­ka­nia, wziął­bym je ze sobą i po­wie­dział­bym im: "To jest już inny obiekt, ale w dal­szym cią­gu dzia­ła­my na ta­kich sa­mych za­sa­dach". Na­to­miast w po­li­ty­ce po­ja­wia­ła się sy­tu­acja taka: ktoś do­szedł do wła­dzy i za­rzą­dzał: "Prze­wra­ca­my wszyst­ko i bie­rze­my na­sze­go Jó­zia, Fra­nia, oni będą naj­lep­si". I mamy "Fra­nia", któ­ry się roz­bie­ra nad wa­liz­ką z pie­niędz­mi albo uwo­dzi pa­nien­kę, żeby ją na czymś zła­pać. To jest cho­re. Sła­wek miał ogrom­ną wie­dzę. W cza­sach prze­mian ustro­jo­wych w Pol­sce mó­wił, że spra­wą, na któ­rą po­win­ni­śmy się przy­go­to­wać, jest prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­na. Pa­mię­tam ko­men­ta­rze, ja­kie się wte­dy po­ja­wia­ły: "Pe­te­lic­ki zwa­rio­wał, jaka prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­na? O czym tu mowa?". Bo prze­cież jak kie­dyś było wła­ma­nie do skle­pu, to przy­jeż­dżał dziel­ni­co­wy w czap­ce, któ­ra w każ­dej chwi­li mo­gła mu spaść, i za po­mo­cą kija od szczot­ki ła­pał czte­rech wła­my­wa­czy. Tyl­ko że póź­niej się oka­za­ło, że ban­dy­ci za­czy­na­ją do nas strze­lać, że nie moż­na tup­nąć nóż­ką, że cza­sy się zmie­nia­ją. Sła­wek o tym do­sko­na­le wie­dział. Wie­dział, że je­śli zmie­ni się ustrój, to przyj­dą wszyst­kie za­gro­że­nia, ja­kie się z tym wią­żą. I przy­szły. I oka­za­ło się, że nie je­ste­śmy na to przy­go­to­wa­ni. Po­tem zgi­nął ge­ne­rał Pa­pa­ła. Szef po­li­cji zo­stał za­strze­lo­ny. Ta­kich po­twor­nych pol­skich za­nie­dbań zro­bi­ła się cała masa. Sła­wek to wie­dział, prze­wi­dy­wał i nie chciał do tego do­pu­ścić. In­for­mo­wał o tym. Ale nikt go nie słu­chał.

Jak Pan my­śli, dla­cze­go go nie słu­cha­li?

Nie je­stem po­li­ty­kiem. Po­li­ty­ka jest dla mnie czymś obrzy­dli­wym, nie­praw­dzi­wym, fał­szy­wym. Nie je­stem w sta­nie jej zro­zu­mieć. Wy­da­je mi się, że Sław­ko­wi uda­ło się stwo­rzyć tak nie­praw­do­po­dob­ną rzecz jak jed­nost­ka GROM, po­nie­waż nie bał się za­trud­niać lu­dzi zdol­nych, któ­rzy byli, jak twier­dził, lep­si od nie­go w róż­nych dzie­dzi­nach. Na­to­miast men­tal­ność wie­lu lu­dzi jest taka, że boją się ota­czać mą­drzej­szy­mi od sie­bie, trak­tu­ją ich jako za­gro­że­nie. Pro­fe­so­ro­wie me­dy­cy­ny nie wy­cho­wu­ją so­bie suk­ce­so­rów, ze stra­chu, że ci ich wy­gry­zą, ktoś inny nie przy­go­to­wu­je na­stęp­ców, bo się boi, że go za wcze­śnie po­zba­wią sta­no­wi­ska. To są mali lu­dzie. Lu­dzie, dla któ­rych ich ra­cja oso­bi­sta jest waż­niej­sza od ra­cji sta­nu. W tym mo­men­cie za­czy­nam się iry­to­wać. Za­wsze sta­ra­łem się i sta­ram być obok.

Ro­zu­miał Pan tę całą złość bra­ta?

No tak, oczy­wi­ście. Więk­szość lu­dzi my­ślą­cych ją ro­zu­mia­ła. Sła­wek ar­ty­ku­ło­wał to bar­dzo do­kład­nie, może na­wet za do­kład­nie. My­ślę, że nie słu­cha­no go z wie­lu po­wo­dów. Głów­nie dla­te­go, że "wie­dzia­no le­piej", bo wszy­scy ge­ne­ral­nie wie­my le­piej, we wszyst­kich dzie­dzi­nach orien­tu­je­my się naj­le­piej. Inna spra­wa to spo­sób, w jaki to ar­ty­ku­ło­wał - dla wie­lu lu­dzi nie do znie­sie­nia. Wy­two­rzy­ła się sy­tu­acja pa­to­wa. On co­raz bar­dziej się na­pę­dzał, bo iry­to­wa­ło go to, że go nie słu­cha­ją, a im bar­dziej się na­pę­dzał, tym bar­dziej lek­ce­wa­żo­no jego sło­wa. Mnie oczy­wi­ście nie po­do­ba­ło się to, że on wy­ra­ża się tak ra­dy­kal­nie. Prze­wi­dy­wa­łem, że nic do­bre­go z tego nie bę­dzie, że się nie do­ga­da. Mia­łem po­czu­cie bez­sen­su tej sy­tu­acji i szko­dy, któ­ra z nie­go wy­ni­ka. Sła­wek dys­po­no­wał ogrom­ną wie­dzą. Wie­dział, o czym mówi. Na­wet ja przy­zna­wa­łem mu ra­cję. Wy­ty­kał rze­czy, któ­re nie po­win­ny się były wy­da­rzyć. Gdy­by prze­strze­ga­no pew­nych za­sad, to nie do­szło­by do wie­lu tra­ge­dii. Wy­da­je mi się, że ogrom­ną szko­dą dla nas wszyst­kich jest to, że nie wy­ko­rzy­sta­no jego umie­jęt­no­ści, pro­fe­sjo­na­li­zmu, do­świad­cze­nia. Ża­ło­wa­łem je­dy­nie, że ar­ty­ku­łu­je to w ten spo­sób. Nie po­do­ba­ło mi się, że na­pa­da na ko­goś per­so­nal­nie, że się za­pę­dza w swo­ich kon­flik­tach, lecz jed­no­cze­śnie nie­spe­cjal­nie się temu dzi­wi­łem. Zna­łem go. Wie­dzia­łem, że jest bez­kom­pro­mi­so­wy, że jak już wal­czy, to wal­czy. Tyl­ko my­śla­łem so­bie, że do pew­ne­go mo­men­tu, kie­dy aku­rat był po­trzeb­ny, ta jego bez­kom­pro­mi­so­wość ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ła. Bo on się nie zmie­nił. On za­wsze był taki sam.

Ale czy Pan o tym z bra­tem roz­ma­wiał? Mó­wił mu: "Sła­wek, skończ z tymi oso­bi­sty­mi ata­ka­mi"?

Wo­lał­bym, żeby to zo­sta­ło mię­dzy Sław­kiem a mną. Dziś to już nie ma spe­cjal­ne­go zna­cze­nia. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, jaki ma tem­pe­ra­ment, jaki ma cha­rak­ter, i wszy­scy ci, któ­rzy mie­li z nim bli­ski kon­takt, co ja­kiś czas mu­sie­li ten kon­takt wy­ha­mo­wać, żeby emo­cje opa­dły i sy­tu­acja wró­ci­ła do nor­my. Nie chcę ana­li­zo­wać tego, dla­cze­go on się tak za­pę­dzał. My­ślę, że rzecz do­ty­czy­ła spra­wy, na któ­rej ogrom­nie mu za­le­ża­ło. Do­szedł do punk­tu, w któ­rym zo­ba­czył, że nie może się prze­bić przez ścia­nę. Pro­szę so­bie przy­po­mnieć czas, kie­dy zo­stał peł­no­moc­ni­kiem rzą­du do spraw zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Był nim dwa ty­go­dnie? Mie­siąc? I zre­zy­gno­wał. Ode­bra­łem to w ten spo­sób, że do­stał pro­po­zy­cję do­bre­go, pew­ne­go sta­no­wi­ska, mógł je przy­jąć i wy­god­nie pia­sto­wać. Ale on, kie­dy się pod­jął tej funk­cji, to na­tych­miast ru­szył do dzia­ła­nia. I oka­za­ło się, że wca­le nie cho­dzi o to, żeby zwal­czać prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­ną. W związ­ku z tym na­tych­miast się ze spra­wy wy­co­fał. Po­wie­dział, że nie chce jej fir­mo­wać swo­im na­zwi­skiem. My­ślę, że to wszyst­ko bar­dzo go de­ner­wo­wa­ło, bo zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­nia­mi dzia­ły się rze­czy co­raz gor­sze, przez któ­re nie mógł się prze­bić. Paru ta­kich przy­pad­ków moż­na było unik­nąć. Ale je­śli wziąć pod uwa­gę to, co zro­bił, po­stą­pił per­fek­cyj­nie. W ca­łym tym ba­ła­ga­nie ni­ko­mu się nie uda­ło cze­goś ta­kie­go osią­gnąć. Nie wiem, dla­cze­go przy­szło mi to te­raz do gło­wy, ale Sła­wek leży na cmen­ta­rzu koło pro­fe­so­ra Re­li­gi. A pro­fe­sor po­cho­dzi z Mied­nie­wic, tak się skła­da, że to wieś obok nas. Na gro­bie pro­fe­so­ra wy­ry­to taką zło­tą myśl: "Żeby za­pa­lić in­nych, trze­ba sa­me­mu pło­nąć". My­ślę, że pa­su­je ona rów­nież do Sław­ka. On wła­śnie się za­pa­lał i ten za­pał po­zwa­lał mu po­cią­gnąć za sobą in­nych lu­dzi jego po­kro­ju. Lu­dzi, któ­rzy dla re­ali­za­cji swo­ich ma­rzeń - bo to mu­szą być ma­rzy­cie­le - go­to­wi są po­no­sić nie­praw­do­po­dob­ne ofia­ry i chcą iść za nim.

Pan po­szedł swo­ją dro­gą. Jak Pan tra­fił do tego dwo­ru?

Chcie­li­śmy z żoną miesz­kać na wsi, wy­je­chać z mia­sta, ale chcie­li­śmy też miesz­kać ład­nie. To była naj­istot­niej­sza spra­wa. Za­czę­li­śmy szu­kać go­spo­dar­stwa rol­ne­go, któ­re mo­gli­by­śmy ku­pić. Jako le­karz we­te­ry­na­rii mia­łem wie­lu zna­jo­mych i klien­tów poza mia­stem, bo zaj­mo­wa­łem się koń­mi. Je­den z mo­ich przy­ja­ciół, wte­dy wła­ści­ciel dwo­ru w Tu­ro­wej Woli - na­wia­sem mó­wiąc, to bar­dzo pięk­ny dom, czę­sto tam jeź­dzi­li­śmy - po­wie­dział nam: "Trze­ba szu­kać resz­tów­ki". To zna­czy albo sta­re­go dwo­ru, albo miej­sca po sta­rym dwo­rze, tam gdzie są drze­wa, jest park. My­śle­li­śmy, że to jest ab­so­lut­nie poza na­szym za­się­giem. Oka­zy­wa­li­śmy scep­ty­cyzm, ale przy­ja­ciel cały czas nas upew­niał, że to jest moż­li­we. Za­czę­li­śmy się orien­to­wać w moż­li­wo­ściach ku­pie­nia ta­kie­go dwo­ru czy miej­sca. Była dru­ga po­ło­wa lat osiem­dzie­sią­tych, oglą­da­li­śmy róż­ne lo­ka­li­za­cje, ale po­ja­wił się pro­blem, któ­ry wy­ni­kał z na­sze­go po­dej­ścia do spra­wy. Ta­kie dwo­ry były prze­waż­nie w rę­kach pań­stwo­wych. Mało ich znaj­do­wa­ło się w rę­kach pry­wat­nych. Te pań­stwo­we czę­sto były zruj­no­wa­ne. Mo­gli­śmy je ku­pić za gro­sze od pań­stwa, ale my tak nie chcie­li­śmy, bo pań­stwo w tam­tym mo­men­cie było pa­se­rem. Ko­muś prze­cież ten dom za­bra­no. Mó­wiąc wprost, uwa­ża­li­śmy, że jest sza­le­nie nie­mo­ral­ne ku­po­wać czy­jąś wła­sność od zło­dzie­ja. Mia­łem świa­do­mość, że źle bym się z tym czuł. No bo jak to? Ktoś przy­szedł­by i po­wie­dział: "Prze­pra­szam, ja tu kie­dyś miesz­ka­łem, to było moje".

Wy­ka­zał się Pan dużą prze­ni­kli­wo­ścią.

To były cza­sy, w któ­rych nikt by nie po­my­ślał, że sys­tem może się zmie­nić i mogą być z tego po­wo­du ja­kieś pro­ble­my. Dla nas jed­nak to było nor­mal­ne, że wła­sność jest rze­czą świę­tą. Nie moż­na ni­ko­mu ni­cze­go ode­brać i uda­wać, że jest się wła­ści­cie­lem. Zna­li­śmy cza­sy, kie­dy tak wła­śnie się dzia­ło, że wy­wa­la­no lu­dzi z ich do­mów. Po­my­śle­li­śmy więc, że to w ogó­le nie wcho­dzi w grę. Nasz przy­ja­ciel miał sta­rą mapę, na któ­rej Niem­cy, kie­dy szy­ko­wa­li in­wa­zję na Pol­skę, po­za­zna­cza­li dwo­ry z fol­war­ka­mi, żeby móc się tam za­trzy­mać albo je za­jąć na sie­dzi­bę do­wódz­twa. Jeź­dzi­li­śmy z tą mapą i oglą­da­li­śmy róż­ne ślicz­ne miej­sca. To był też nasz spo­sób na spę­dza­nie wol­ne­go cza­su. W bli­skim od­stę­pie cza­su zna­leź­li­śmy dwa, któ­re nam się spodo­ba­ły. Pierw­szym był wła­śnie ten dom, a dru­gim Grze­bo­wilk w Sie­dlec­kiem. Oba te obiek­ty mia­ły pry­wat­nych wła­ści­cie­li. Kie­dy przy­je­cha­li­śmy tu po raz pierw­szy, ni­ko­go nie za­sta­li­śmy. Wszyst­ko było po­za­my­ka­ne. Dom był tak za­ro­śnię­ty, że nie by­łem w sta­nie go sfo­to­gra­fo­wać. Tu, gdzie te­raz jest ogrom­ny traw­nik, któ­ry kon­ser­wa­tor za­byt­ków ład­nie na­zy­wa sa­lo­nem ogro­do­wym, było miej­sce za­ro­śnię­te trzy­dzie­sto­let­nią drą­go­wi­ną. Grze­bo­wilk też był bar­dzo ład­nym miej­scem. Po­cząt­ko­wo ode­bra­no go wła­ści­cie­lom ra­zem z ce­giel­nią, któ­rą po­sia­da­li. W dwo­rze zor­ga­ni­zo­wa­no szko­łę, na­stęp­nie obok wy­bu­do­wa­no "ty­siąc­lat­kę". Dwór oka­zał się już nie­po­trzeb­ny, więc pań­stwo uzna­ło, że wła­ści­cie­le mogą go so­bie wziąć z po­wro­tem. Wzię­li, ale to już byli mał­żon­ko­wie w star­szym wie­ku i nie bar­dzo wie­dzie­li, co z nim zro­bić. Po­sta­no­wi­li sprze­dać, więc był do­bry mo­ment, żeby ten dwór ku­pić. Ale jed­no­cze­śnie zo­ba­czy­li­śmy to miej­sce, któ­re też było bar­dzo uro­kli­we. Przy­je­cha­li­śmy tu je­sie­nią. Drze­wa wo­kół ko­lo­ro­we, zło­te li­ście, no, zu­peł­nie jak z baj­ki. Okien­ni­ce były za­mknię­te, więc wte­dy nam się wy­da­wa­ło, że w środ­ku dwór nie jest tak bar­dzo zruj­no­wa­ny.

Co za­de­cy­do­wa­ło, że wy­bra­li­ście ten dom?

Przy­je­cha­li­śmy tu po­now­nie, żeby od­na­leźć wła­ści­ciel­kę, star­szą pa­nią, któ­ra prze­pro­wa­dzi­ła się do wy­na­ję­te­go miesz­ka­nia, gdzie spę­dza­ła zimę. Tego dwo­ru nie była już w sta­nie ogrzać. Wcze­śniej, gdy roz­ma­wia­li­śmy z są­sia­da­mi, mó­wi­li nam: "Pani tego nie sprze­da", tylu tu kup­ców przy­jeż­dża­ło. Szcze­gól­nie po fil­mie Noce i dnie było spo­re za­in­te­re­so­wa­nie tym miej­scem.

No tak, bo to prze­cież w tym dwor­ku miesz­ka­li fil­mo­wi bo­ha­te­ro­wie, Bar­ba­ra i Bo­gu­mił Nie­chci­co­wie. Jak prze­ko­na­li­ście wła­ści­ciel­kę, aby jed­nak zde­cy­do­wa­ła się go sprze­dać wła­śnie wam?

Kie­dyś tym do­mem in­te­re­so­wał się ksiądz re­demp­to­ry­sta, któ­ry chciał tu zro­bić zbór, ale nie miał pie­nię­dzy. Wła­ści­ciel­ka była oso­bą wie­rzą­cą, wo­la­ła po­cze­kać, aż on te pie­nią­dze zdo­bę­dzie. I tak to trwa­ło. Ona nie była za­in­te­re­so­wa­na, aby sprze­dać to ko­muś, kto nie za­gwa­ran­to­wał­by temu miej­scu ja­kiejś hi­sto­rii. Tak to ro­zu­mia­łem. Kie­dy spo­tka­li­śmy się z nią po raz pierw­szy, dro­gę do jej ser­ca otwo­rzy­ło nam chy­ba to, że przy­je­cha­li­śmy z Mar­cin­kiem na rę­kach. Nasz naj­star­szy syn miał wte­dy dwa lat­ka. Wła­ści­ciel­ka za­py­ta­ła: "Co by­ście chcie­li tu­taj ro­bić?". Od­po­wie­dzie­li­śmy: "Chcie­li­by­śmy tu żyć. Chcie­li­by­śmy, żeby to był nasz dom". Ona, prze­ślicz­na sta­ru­szecz­ka, po­pa­trzy­ła na nas do­bry­mi, ja­sny­mi ocza­mi i po­wie­dzia­ła: "Tak? To ja wam to sprze­dam".

Zo­ba­czy­ła w was przy­szłość tego domu, kon­ty­nu­ację hi­sto­rii?

My­ślę, że tak. Ona nie chcia­ła, żeby był w nim za­jazd czy ho­tel. Pra­gnę­ła, żeby ta jej ro­dzin­na hi­sto­ria da­lej się tu to­czy­ła. Za­pro­si­ła nas do środ­ka. Zo­ba­czy­li­śmy me­ble, książ­ki. We­szli­śmy jak do świa­ta z ba­śni. Dom wy­glą­dał tak, jak­by na chwi­lę ktoś z nie­go wy­szedł, wszyst­ko było jak kie­dyś. Tyl­ko że była też dziu­ra w su­fi­cie i na ten stół, przy któ­rym te­raz sie­dzi­my, lała się woda. Bo to jest stół stąd, trze­ba go było od­re­stau­ro­wać. A my wte­dy jesz­cze wciąż się za­sta­na­wia­li­śmy: któ­ry dom wy­brać? Jeź­dzi­li­śmy to tam, to tu, bo przy­zna­ją pa­nie, że jest to waż­na de­cy­zja w ży­ciu mło­dych lu­dzi. W tym cza­sie ktoś się tu­taj wła­mał i ukradł sześć krze­seł od kom­ple­tu sto­ło­we­go. Strasz­nie się tym zmar­twi­łem. Po­wie­dzia­łem wła­ści­ciel­ce, że po­win­na to ja­koś za­bez­pie­czyć, bo by­ło­by szko­da, gdy­by coś ta­kie­go mia­ło się po­wtó­rzyć. Od­par­ła, że nie ma moż­li­wo­ści, aby to za­bez­pie­czyć, a je­śli ja je mam, to że­bym to zro­bił. Za­mó­wi­łem trans­port, za­pa­ko­wa­łem sta­re me­ble, któ­re tu były, i wy­wio­złem je do przy­ja­cie­la. Za­nim to zro­bi­łem, chcia­łem zo­sta­wić wła­ści­ciel­ce rów­no­war­tość pie­nięż­ną. Żeby była pew­na, że to jej nie prze­pad­nie, bo to prze­cież jesz­cze nie było moje. Po­pa­trzy­ła wte­dy na mnie tymi swo­imi do­bry­mi ocza­mi i po­wie­dzia­ła: "To nie­po­trzeb­ne. Prze­cież my się umó­wi­li­śmy". Pa­nie so­bie wy­obra­ża­ją? W cza­sach gdy w Pol­sce nie dzia­ły się do­bre rze­czy, ja wy­wo­żę to, co jej zo­sta­ło, a ona mi mówi, że nie chce pie­nię­dzy, bo my się umó­wi­li­śmy. Wró­ci­łem do domu i po­wie­dzia­łem żo­nie: "Wiesz, Aniu, de­cy­zja chy­ba za­pa­dła". I tak się sta­ło, że tra­fi­li­śmy tu­taj la­tem osiem­dzie­sią­te­go siód­me­go roku. Tu uro­dzi­ły się na­sze młod­sze dzie­ci. Po­wie­dzia­łem żo­nie: "W je­den se­zon wszyst­ko tu na­pra­wię" (śmiech). Jak się po­tem oka­za­ło, mu­sie­li­śmy zro­bić re­mont ka­pi­tal­ny, ro­ze­brać cały dach. Tak jest ze sta­ro­ciem: jak stoi, to stoi, a jak się coś ru­szy, to się oka­zu­je, że pod spodem nic już nie ma, a że się ru­szy­ło, to się za­wa­la. Jesz­cze nie skoń­czy­łem re­mon­tu, a ro­bię go już dwa­dzie­ścia pięć lat. Po­cząt­ko­wo miesz­ka­li­śmy w ofi­cy­nie. Wła­sno­ręcz­nie zbi­łem drzwi. Tak się ro­ze­schły, że wi­dzie­li­śmy wszyst­ko na ze­wnątrz (śmiech).

Kie­dy brat tu Pana od­wie­dzał, to ła­pał od­dech?

Nie by­wał tu czę­sto, bo on in­a­czej od­po­czy­wał. In­a­czej spę­dzał czas. Trak­to­wał nas tro­chę jak skan­sen dzi­wa­ków. Co też było obiek­tem na­szych drwi­nek. Bo wy­obraź­cie so­bie, przy­jeż­dża do nas ko­man­dos i rap­tem oka­zu­je się, że wszyst­ko, co nas ota­cza, jest po­twor­nie nie­bez­piecz­ne. Na przy­kład są ko­nie. Sła­wek ostrze­gał więc syna: "Kac­per­ku, nie pod­chodź do ko­nia". I Kac­pe­rek nie mógł po­dejść do ko­nia, bo koń jest nie­bez­piecz­ny. A to psy bie­ga­ją, a to staw, to nie­bez­piecz­ne. Sło­wem, za­cho­wy­wał się prze­śmiesz­nie. To nie był jego świat. Mó­wi­li­śmy mu: "Idź na spa­cer, zo­bacz, jak tu ład­nie". Ob­szedł ga­zon i już był z po­wro­tem. Już po spa­ce­rze. A mógł na­rzu­cić ple­cak z ob­cią­że­niem i po­biec do War­sza­wy i z po­wro­tem, w ta­kiej był for­mie. Jak miał za­da­nie, to je wy­ko­nał, ale spa­cer? Po co miał­by tak so­bie cho­dzić? Co miał­by tu oglą­dać? (śmiech)

Pew­nie uwa­żał, że w przy­ro­dzie nic cie­ka­we­go dla nie­go nie ma.

On po pro­stu nic cie­ka­we­go w niej nie wi­dział. To nie zna­czy jed­nak, że nie by­li­śmy so­bie bli­scy. Przy­po­mnia­ło mi się, że pi­sał na książ­kach bar­dzo ład­ne de­dy­ka­cje, z któ­rych się do­wia­dy­wa­li­śmy, jak on nas ceni i jaki jest z nas dum­ny. Kie­dy prze­czy­ta­łem jed­ną z nich, po­wie­dzia­łem do sy­nów, żar­tu­jąc: "Rany bo­skie, pa­trz­cie no. Stry­jek na­pi­sał ludz­ką mową". Ale wszy­scy by­li­śmy wzru­sze­ni. Wi­docz­nie jak miał prze­lać my­śli na pa­pier, to wy­cho­dzi­ło z nie­go coś praw­dzi­we­go, z czym się nie zdra­dzał na co dzień. Bo nie był spe­cjal­nie wy­lew­ny. Po­dą­ża­li­śmy swo­imi dro­ga­mi, róż­ni­li­śmy się, ale obaj na­wza­jem by­li­śmy z sie­bie dum­ni. On był czło­wie­kiem za­da­nio­wym. Po­ja­wiał się wte­dy, kie­dy był po­trzeb­ny. A kie­dy nic się nie dzia­ło, to po co miał się po­ja­wiać? Po­mógł wie­lu lu­dziom, wie­dzie­li­śmy o tym. Dla mnie naj­waż­niej­sze było po­czu­cie, że gdy­by mi był po­trzeb­ny, to na pew­no mógł­bym na nie­go li­czyć. On też miał taką świa­do­mość, choć by­li­śmy w tej szczę­śli­wej sy­tu­acji, że nie było ta­kiej po­trze­by.

Jaka re­flek­sja na­ro­dzi­ła się w Panu, gdy do­wie­dział się Pan, że brat nie żyje? Po­my­ślał Pan, że gdy­by wie­dział o jego de­cy­zji, mógł­by mu po­móc, za­po­biec?

Ale ja­kiej de­cy­zji?

De­cy­zji o sa­mo­bój­stwie.

A pa­nie są pew­ne, że on po­peł­nił sa­mo­bój­stwo?

Pro­ku­ra­tu­ra wstęp­nie usta­li­ła, że nie było w jego śmier­ci udzia­łu osób trze­cich.

Aku­rat w tej spra­wie nie cho­dzi o to, co kto my­śli. Cho­dzi o to, aby od­po­wied­nie or­ga­na mo­gły to usta­lić bez wąt­pie­nia. Ale or­ga­na wciąż nie umie­ją tego usta­lić. A spo­sób, w jaki za­bie­ra­ją się do rze­czy, jest dla mnie dziw­ny. I my­ślę, że nie tyl­ko dla mnie. W waż­nych spra­wach li­czy się szyb­kość dzia­ła­nia. A w tym przy­pad­ku nie ma żad­nej szyb­ko­ści. Od sa­me­go po­cząt­ku.

Był week­end, było Euro, szy­ko­wa­li­śmy się na mecz Pol­ska-Cze­chy...

Wie­dzą pa­nie, ja je­stem le­ka­rzem we­te­ry­na­rii. Sie­dzę so­bie tu­taj z pa­nia­mi i roz­ma­wiam. Ale gdy za­dzwo­ni te­le­fon i usły­szę, że jest po­ród u kla­czy, to choć miło nam się bę­dzie roz­ma­wiać, wsią­dę do sa­mo­cho­du i po­ja­dę. Bez wzglę­du na porę. I tak pra­cu­ję przez trzy­dzie­ści pięć lat. Je­że­li ktoś mi opo­wia­da, że ja­kiś pro­ku­ra­tor czy dok­tor, któ­ry wy­ko­nu­je sek­cję, albo pra­cow­nik ABW czy ja­kie­goś in­ne­go or­ga­nu w week­end nie pra­cu­je, bo gło­wa go boli, czy tam co in­ne­go, to mnie to w ogó­le nie tra­fia do prze­ko­na­nia. Jak się ktoś umó­wił za ko­nia, to musi cią­gnąć. Nie ma rady. Na tym po­le­ga pro­fe­sjo­na­lizm. A tu tego nie wi­dzę. Bo week­end, bo Euro, bo mecz z Cze­cha­mi. A ja się do­wia­du­ję, że jesz­cze nie było ba­da­nia ba­li­stycz­ne­go, a tok­sy­ko­lo­gicz­ne do­pie­ro nie­daw­no. Nie chciał­bym się wy­po­wia­dać na ten te­mat. Moje od­czu­cie nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. Już nic nie od­wró­ci tej sy­tu­acji. Sła­wek nie żyje. Ale od usta­le­nia, jak to się sta­ło, po­wi­nien być ktoś, kto jest do tego po­wo­ła­ny. I po­wi­nien przed­sta­wić nie­zbi­te fak­ty, że­by­śmy mo­gli wszy­scy w nie uwie­rzyć czy przy­jąć do wia­do­mo­ści, że tak było. Mą­dra­li, któ­rzy będą opo­wia­dać, że mój brat się za­ła­mał, albo in­nych, mó­wią­cych, że taki twar­dziel, gdzież­by on to zro­bił, jest wie­lu. Każ­dy ma ja­kieś od­czu­cia, ja­kieś zda­nie. Po­trzeb­ne są fak­ty.

Co bu­dzi pań­skie wąt­pli­wo­ści w do­tych­czas usta­lo­nych fak­tach?

Jak pa­nie my­ślą, w ja­kiej sy­tu­acji czło­wiek po­dej­mu­je taką de­cy­zję?

Może być ty­sią­ce po­wo­dów.

Wte­dy za­dzwo­ni­ła do mnie Do­mi­ni­ka. Prze­ra­zi­ła mnie ta in­for­ma­cja. Nie wie­dzia­łem, jak ją zwe­ry­fi­ko­wać. Więk­szość lu­dzi nie przy­ję­ła do wia­do­mo­ści, że Sła­wek mógł­by w taki spo­sób za­re­ago­wać. Na co­kol­wiek. Nie wiem. Nie chcę się na ten te­mat wy­po­wia­dać. Bo co nam z od­czuć? Ale ba­da­nie tej spra­wy, zresz­tą nie tyl­ko tej, wie­lu spraw w na­szym kra­ju, od­by­wa się tak, jak się od­by­wa. Dla­te­go, my­ślę, nie bę­dzie­my wie­dzieć, co się sta­ło. Spo­sób pro­wa­dze­nia spraw, opie­sza­ły, po­wol­ny, uwa­run­ko­wa­ny od tego, czy jest so­bo­ta, nie­dzie­la... Dla Sław­ka nie było so­bo­ty ani nie­dzie­li. Było za­da­nie do wy­ko­na­nia, to on i wszy­scy jego lu­dzie to za­da­nie wy­ko­ny­wa­li. A jak się jest urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, to wte­dy może być nie­dzie­la, week­end, mecz, urlop albo nie ma waż­nej pani Zosi i nikt nic nie wie. Nie chcę snuć spi­sko­wych teo­rii.

Cze­go do­ty­czy­ły Pana ostat­nie roz­mo­wy z bra­tem?

Zdro­wia na­szych ro­dzi­ców. Są już moc­no za­awan­so­wa­ni wie­ko­wo. Tata ma dzie­więć­dzie­siąt sześć lat, a może dzie­więć­dzie­siąt czte­ry, bo mógł skła­mać, żeby w mło­do­ści iść do woj­ska, i się po­sta­rzył (śmiech). Mama w tym roku skoń­czy dzie­więć­dzie­siąt lat. Sła­wek czuł się bar­dzo od­po­wie­dzial­ny za ro­dzi­ców. A że on miesz­kał w War­sza­wie, a ja miesz­kam na wsi, to jemu ła­twiej było ich od­wie­dzać. Roz­ma­wia­li­śmy więc o ro­dzi­cach, o tym, jak wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać, bo za­czy­na­ją się pro­ble­my. Ro­dzi­ce miesz­ka­ją sami.

Nie ma Pan wra­że­nia, że cho­ro­ba ro­dzi­ców mo­gła go przy­bić?

Ale jaka cho­ro­ba? Gdy­by nasi ro­dzi­ce na­gle się roz­cho­ro­wa­li, to mo­gli­by­śmy mieć pro­blem z ich cho­ro­bą. Ale je­że­li ktoś w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat mówi: "Kie­dy mi od­dasz sa­mo­chód, bo mu­szę je­chać na Ma­zu­ry", to się mar­twi­my, co zro­bić, aby tym sa­mo­cho­dem jed­nak nie je­chał. To są pro­ble­my zwią­za­ne z wie­kiem. Ale to nie jest żad­na tra­ge­dia. Nie oka­za­ło się na­gle, że któ­reś z na­szych ro­dzi­ców jest okrop­nie cho­re. Mu­sie­li­śmy ra­czej prze­wi­dy­wać sy­tu­ację, żeby im po­móc. I to tak Sław­ka prze­ra­zi­ło, że po­szedł do ga­ra­żu i się za­strze­lił? No, nie brnij­my w pa­ra­no­ję. Oczy­wi­ście, że to jest nowe do­świad­cze­nie, nowe wy­zwa­nie, bo przy tak do tej pory spraw­nych ro­dzi­cach ich póź­ny wiek jest pro­ble­mem. Ale kie­dy było się ge­ne­ra­łem, któ­ry mógł jed­nym te­le­fo­nem za­ła­twić wszyst­ko, a tu rap­tem się oka­zu­je, że choć w dal­szym cią­gu jest się ge­ne­ra­łem, to ten te­le­fon już tak samo nie za­dzia­ła, to może być stre­su­ją­ce, praw­da? Jed­nak opo­wie­ści, któ­re się czy­ta, że wy­kry­to u Sław­ka al­zhe­ime­ra i że to tym tak się zde­ner­wo­wał, są oczy­wi­ście bzdu­rą. Wie­my, skąd się ona wzię­ła. Mia­no­wi­cie nasz tata za­czął mieć pro­ble­my z pa­mię­cią, więc po­szli­śmy z nim do po­rad­ni. Tam go za­re­je­stro­wa­no jako puł­kow­ni­ka Pe­te­lic­kie­go. Ktoś mu­siał sprze­dać tę in­for­ma­cję i tak zro­dzi­ła się plot­ka, że Pe­te­lic­ki ma al­zhe­ime­ra. Albo inna, że miał pro­ble­my fi­nan­so­we. Co też jest bzdu­rą, bo z czło­wie­ka bar­dzo ma­jęt­ne­go stał się czło­wie­kiem ma­jęt­nym. Nie jest to taki pro­blem, żeby się z tego po­wo­du za­ła­mać.

Śnił się Panu już po śmier­ci?

Śnił mi się. Ja­kie jest na­stęp­ne py­ta­nie?

Jak się śnił?

Nie brnij­my w to, pro­szę. Bar­dzo prze­ży­łem jego stra­tę. Na­wet nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że może to być aż tak cięż­kie. Stan per­ma­nent­ne­go stra­chu o nie­go po­zwo­lił mi się do tego przy­zwy­cza­ić, bo wie­dzia­łem, że on w za­sa­dzie sta­le jest w ja­kimś nie­bez­pie­czeń­stwie. Cie­szył­bym się, gdy­by kie­dyś w koń­cu po­wie­dział, że zo­sta­nie sto­la­rzem. Ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że to jest jego ży­cie, że taką dro­gę so­bie wy­brał, i sza­no­wa­łem to. Nie­mniej jed­nak nie zmie­nia to fak­tu, że się o nie­go mar­twi­łem. Wie­dzia­łem, że jego pro­fe­sja jest nie­bez­piecz­na. Ba­łem się o nie­go. Dla­cze­go się nie od­zy­wa, dla­cze­go choć­by nie mówi ma­mie: "Niech ten Ja­nu­szek do mnie za­dzwo­ni". Wte­dy był­bym spo­koj­ny, że u nie­go wszyst­ko w po­rząd­ku, a ja... Do­bra tam, je­stem ten młod­szy i mu­szę za­dzwo­nić.

Kie­dy Pan my­śli o bra­cie, to za czym naj­bar­dziej tę­sk­ni?

Tę­sk­nię za nim. Po pro­stu.