Ostatni samuraj. Rozmowy o generale Petelickim - Anita Czupryn, Dorota Kowalska


Reflow text when sidebars are open.
Szesnasty czerwca 2012 roku, sobota. Jesteśmy z żoną u przyjaciół na imieninach. Około osiemnastej dzwoni telefon, zerkam - numer Sławka. Wychodzę, żeby odebrać, i słyszę głos zrozpaczonej Agnieszki: "Sławek chyba popełnił samobójstwo. Co robić?". "Dzwoń natychmiast na sto dwanaście, wezwij pogotowie ratunkowe, ja zawiadomię policję" - mówię. Uruchamiamy służby, powiadamiam wspólnych przyjaciół, a potem rozmawiam z Agnieszką, próbując ją uspokoić. Szok, refleksja. Wracają wspomnienia. Dla mnie to koniec imprezy.
Z generałem Sławomirem Petelickim poznaliśmy się w 1992 roku w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Kierowałem wtedy z ramienia policji grupą operacyjną Maraton, która rozpracowywała największe gangi w Polsce, przygotowując strategię walki z przestępczością zorganizowaną. Sławek formował Jednostkę Wojskową GROM, zabiegał o jej wyposażenie, pozycję. Już wtedy się zastanawialiśmy, jak wykorzystać potencjał GROM-u w walce z niebezpiecznymi przestępcami. W 1994 roku jednostka realizowała już pierwszą misję zagraniczną na Haiti.
Szybko przypadliśmy sobie do gustu. Obaj całe życie uprawialiśmy jakiś sport. Misja stworzenia elitarnych formacji, którymi moglibyśmy dowodzić, była naszym priorytetem. Osiągaliśmy sukcesy. Nie byliśmy koniunkturalni, zawsze staraliśmy się jak najlepiej służyć Polsce. Ta znajomość, później przyjaźń, trwała ponad dwadzieścia lat.
W 1995 roku Sławek odszedł z GROM-u (wyglądało to trochę dziwnie, odebrano mu jego ukochane dziecko), ale ponieważ był zbyt popularny, został pełnomocnikiem premiera do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej. Wówczas spotykaliśmy się znacznie częściej. Ja już kierowałem odpowiednią strukturą w policji, a on miał tworzyć coś ponadresortowego, jeszcze szerszego. Niestety, nigdy nie dostał żadnych uprawnień, delegacji do działania i po krótkim czasie zrezygnował.
Na szczęście po niespełna dwóch latach i zmianie władzy Sławek, ku ogromnej radości swoich żołnierzy, wrócił do GROM-u. Dalej rozwijał jednostkę, która dzięki niemu stała się jedną z najlepszych w świecie. Była zawsze otoczona nimbem tajemniczości, a służba w niej do tej pory jest marzeniem większości młodych mężczyzn w Polsce. W 1998 roku w uznaniu zasług otrzymał z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego stopień generała brygady, a bankiet w pałacu w Helenowie przeszedł do historii.
We wrześniu 1999 roku, kiedy wywołano sztuczną aferę wokół rzekomych nieprawidłowości w GROM-ie, pocieszałem Sławka: "Nie przejmuj się, ja kilka takich zawirowań już przeżyłem". Wierzyłem w jego uczciwość. Sławek był człowiekiem z pasją, pewnym swojej misji, patriotą, a nie jakimś hochsztaplerem.
W 2001 roku na moim bankiecie generalskim był jednym z gości honorowych, mimo iż niektórym ministrom mogło się to nie podobać. Sławek funkcjonował już wtedy w biznesie, ja byłem zastępcą komendanta głównego policji i kierowałem pracą całej policji kryminalnej. Dosyć regularnie spotykaliśmy się w gronie szefów służb i ministrów. Rozmawialiśmy o sprawach bieżących, zagrożeniach dla bezpieczeństwa gospodarczego, patologiach w życiu publicznym. Później każdy na swoim odcinku próbował coś robić. Po pewnym czasie niektóre media nazwały nas "grupą trzymającą władzę", choć nigdy takich zapędów nie mieliśmy.
W 2006 roku, kiedy po raz trzeci zostałem odwołany ze stanowiska (za brak dyspozycyjności politycznej) i zdecydowałem się odejść ze służby, pierwszy zaproponował mi pomoc Sławek. Powiedział: "Przyjdź do nas, jesteś wojownikiem, masz głowę na karku, pensję będziesz miał jak komendant główny". Maksyma, iż prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, znowu okazała się słuszna.
Biznes w spółce chyba nie najlepiej mu się udał, ale w tym czasie bardzo dużo energii Sławek poświęcał na zapewnianie zajęć żołnierzom, którzy opuszczali GROM. Rozkręcił fundację, dbał o to, aby przechodzący na emeryturę mieli dodatkową uczciwą pracę. Niemal do końca prowadził projekty, w których chciał wykorzystać umiejętności swoich ludzi. Zdecydowanie lepiej radził sobie później jako doradca strategiczny w Ernst & Young, działając w obszarach związanych z bezpieczeństwem i wojskowością. Często poświęcaliśmy długie wieczory na dyskusje w gronie ekspertów i przyjaciół. Był organizatorem tych spotkań, duszą towarzystwa. Zawsze zajmował jednoznaczne stanowisko, czasami zbyt radykalne. W ostatnich latach ten radykalizm poglądów głosił w przesyłanych wszystkim znajomym SMS-ach - to pewnie niektórych trochę do niego zraziło, ale przyjaciele pozostali.
Niniejsza publikacja to wspomnienia członków rodziny oraz innych osób, które generała Sławomira Petelickiego znały najlepiej. A przyjaciół i znajomych miał tysiące. W Polsce i za granicą. Wśród artystów, polityków, ludzi biznesu, w służbach. Trudno znaleźć drugą tak barwną i twórczą postać. Pozostanie w naszej pamięci na zawsze.
Generał Adam Rapacki
Poniedziałek, 21 stycznia 2013, godz. 16.30, dwór na Mazowszu
Dlaczego zatrzymuje Pan samochód?
Mieszkam tu dwadzieścia pięć lat i robię to za każdym razem, kiedy dojeżdżam do domu. Piękne miejsce, prawda?
(Już w domu, w dużym salonie z ogromną choinką, Janusz Petelicki błyskawicznie rozpala ogień w dwóch kominkach. Siadamy przy długim drewnianym stole).
Pański brat, generał Petelicki, często bywał w tym dworku?
Odwiedzał nas. Z tym że dwór nie robił na nim specjalnego wrażenia. Sławek brał to za pewien rodzaj mojego dziwactwa. Byliśmy bardzo od siebie różni.
Pod jakim względem?
Mieliśmy inne zainteresowania. Tak się nawet niedawno nad tym zastanawiałem i pomyślałem sobie, że wzięliśmy zupełnie różne rzeczy z naszego taty. Bo nasz tato bardzo kochał przyrodę, las, zwierzęta, wszystko, co jest związane z naturą. A jednocześnie był wojownikiem. No tak, wojownikiem...
Wojskowym, myśliwym...
Ale to myślistwo i ten las, wszystko to, co jest związane z przyrodą, odziedziczyłem ja. Natomiast tę wojaczkę, wojowniczość i wszystko inne, co się z tym wiąże, wziął Sławek. No, tak śmiesznie się złożyło.
A co dostaliście w spadku po mamie?
Myślę, że dużo. Mama jest osobą szalenie ciepłą, dobrą, tworzącą dom. Dom to mama, czy też mama - to dom. Nasz był wielopokoleniowy. Mieszkaliśmy z dziadkami - rodzicami mamy. Urodziliśmy się w domu przy ulicy Olszewskiej, obok Puławskiej, na Górnym Mokotowie. Rodzice mieszkali u dziadków, później dziadkowie oddali to mieszkanie wojsku i w ramach tego rodzice dostali większe, jako służbowe, wojskowe. Przeprowadziliśmy się wszyscy na Dolny Mokotów, prawie na Czerniaków. To był tak zwany Dołek. Tak się na to miejsce mówiło w Warszawie. Miałem wtedy chyba pięć lat, w każdym razie nie chodziłem jeszcze do szkoły.
Mieliście z bratem wspólny pokój?
Nie. Między nami było siedem lat różnicy. To dużo. Kiedy ja miałem dziesięć lat, to Sławek miał już siedemnaście.
Pan był jeszcze kajtek, a on należał już do kawalerki.
Właśnie, to była taka sytuacja. Trudno więc było mieć wspólne zainteresowania. Zwłaszcza gdy się ich nie miało.
Pierwszy obraz zapamiętany z dzieciństwa, jaki się Panu kojarzy z bratem?
Sławek bardzo ładnie rysował. Pamiętam jego rysunki w zeszytach. To były zawsze militaria. Pistolety, noże, łuki, wszystko jedno co, ale związane z walką i kultem ciała. Odkąd pamiętam, trenował. Wtedy nie można było kupić sprzętu treningowego, więc do różnych ćwiczeń używał na przykład mamy drewnianej deski do prasowania. Świetnie rzucał nożem. Musiał się tego oczywiście nauczyć, łamiąc kolejne noże myśliwskie ojca. Pamiętam tę podziobaną, podziurawioną z drugiej strony deskę do prasowania, w którą rzucał. Ale nie tylko w nią. W mieszkaniu na Parkowej mieliśmy podwójne drzwi, przeszklone. Listwa przedzielająca szyby była wąska. Sławek przez całą długość pokoju umiał tak trafić nożem w tę listwę, że nie wybił szyby. Ja wybiłem (śmiech).
Starszy brat był opiekuńczy czy raczej Pana tyranizował?
Nie lał mnie. Specjalnie mną nie pomiatał. Ja natomiast byłem w niego absolutnie wpatrzony. Był moim starszym bratem, cały czas szukałem z nim kontaktu. Prosiłem, żeby mnie wpuścił do swojego pokoju, żebym mógł sobie u niego posiedzieć. A on mnie nie wpuszczał. Albo wpuszczał w nagrodę, jeśli wykonałem jakieś polecenia, których normalnie bym nie wykonał (śmiech).
Co takiego strasznego musiał Pan robić?
Wynosiłem śmieci, byłem grzeczny albo pożyczałem mu forsę. Na wieczne nieoddanie, jak to wśród braci bywa (śmiech). I wtedy dopuszczał mnie do swojego świata. Myślę, że relacje między nami były absolutnie standardowe. Typowe.
Pan był grzecznym chłopcem i nigdy się nie bił?
Jak już się pewnie panie zorientowały, Sławek był malowniczą postacią i dowódcą od zawsze. W każdym wieku miał kilku kolegów, którymi zarządzał, i to było oczywiste. Miał szalony talent organizacyjny. Ponieważ był wojownikiem, to te jego najpierw dziecięce, a potem młodzieńcze rządy i konflikty były dosyć spektakularne. Co, oczywiście, przyprawiało o zmartwienia mamę - osobę miłą, spokojną, kochaną. Posiadanie takiego energicznego synka jak Sławek czasem bywało dla niej kłopotliwe. Dlatego mama bardzo dbała o to, aby drugi synek był grzeczny, dobry, spokojny. Niespecjalnie chyba jej zależało na tym, aby nasze światy się stykały. Mama przekonywała mnie, że mam taką siłę, że jeśli kogoś walnę, to najpewniej wyrządzę mu krzywdę. Lepiej więc, żebym tego nie robił. I ja przez jakiś czas w to wierzyłem. Dawałem się lać mniejszym ode mnie, bo myślałem: "Ojej, mama powiedziała, że jak walnę, to zrobię krzywdę, więc lepiej niech mnie leją". Na szczęście nasz kochany dziadek, widząc mnie często poobijanego, powiedział mi: "Nie zaczepiaj, ale jak ciebie ktoś zaczepi, to lej ile wlezie" - i tak zostało. Tę mądrość przekazałem swoim synom.
Mama nie chciała, aby wciągnął Pana awanturniczy świat brata?
Muszą ją panie zrozumieć. Miała męża, który nikomu nie przepuścił i był wszędzie tam, gdzie przydarzył się jakiś konflikt. Mówię tu o naszym tacie - nawet mając już osiemdziesiąt lat, poradził sobie z chuliganami, gdy napadli go w parku i obrzucili kamieniami...
Prosimy o tym opowiedzieć.
Ojciec wybrał się na przebieżkę z Parkowej przez Łazienki. Wbiegał po schodach prowadzących do Zamku Ujazdowskiego, kiedy zaatakowali go chuligani, obrzucając pigułami z kamieniami. To była grupa agresywnych gnojków. Tata wycofał się, ale nie nazywałby się Petelicki, gdyby całkowicie ustąpił. Cofnął się więc na tyle, żeby go nie widzieli. Upatrzył sobie najbardziej agresywnego z nich i kiedy grupka się rozdzieliła, dopadł go w przejściu podziemnym na placu Na Rozdrożu. Podszedł do niego i mówi: "No i co, koleżko?". Tamten odparł: "Spadaj, dziadek, bo jak cię palnę, to ci zęby wylecą". Ojciec go złapał (dobrze, że nie udusił), obezwładnił i wyprowadził na postój taksówek. Podszedł do taksówkarza, poprosił o wezwanie policji. Przyjechała policja, ojciec się przedstawił, powiedział, że jest inwalidą wojennym (śmiech) i że został napadnięty. Jednocześnie cały czas trzymał tego łobuza. Policja go zabrała, poinstruowawszy ojca, że musi złożyć zeznanie. Jednak już na komendzie, gdy zobaczył, że ten jego łobuz jest przykuty kajdankami do kaloryfera, zaczął go żałować. Charakter miał gwałtowny, mimo to nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Jak już tego łobuza upokorzył, to zrobiło mu się go szkoda. Bo może on nie jest taki zły, może to tylko jednorazowy wygłup, może zasługuje na szansę? Ale oficer sprawdził chuligana i okazało się, że to dwudziestokilkuletni silny mężczyzna i że był już notowany. Więc oficer zapytał ojca: "Jak się panu udało takiego drania zatrzymać?". Tata odpowiedział: "Tak mnie zdenerwował, że wszystko mi się przypomniało" (śmiech). A kiedy już wychodził z komendy, to zwrócił się jeszcze do tego chuligana i z satysfakcją powiedział: "I co, synku? Dziadek cię przyprowadził?". Tata był okropnie zadziorny. Przez długie lata stanowił dla nas problem. Martwiliśmy się o niego, bo był przecież coraz starszy. A dziwnym trafem tego rodzaju sytuacje się powtarzały. Raz mama wysłała go po zakupy do sklepu przy Gagarina, to okazało się, że ktoś tam wybił szybę, ukradł radio, a jak przebiegał koło taty, to przypadkiem zawadził o jego nogę. Ojciec mu ją oczywiście podstawił i złodziej wywalił się z tym radiem. Ojciec wrócił do domu i mówi tak: "Już go miałem! Ale zamiast chwycić go za łeb, to podniosłem radio, które upuścił, a on zwiał" (śmiech). A to znowu na Mazurach bandyci zainscenizowali wypadek samochodowy. Ojciec zobaczył auto przodem w rowie, dwóch, zdawałoby się, przerażonych pasażerów w środku. Zatrzymał się, a wtedy oni go napadli. Zdążył wskoczyć z powrotem do samochodu i zamknąć za sobą drzwi, ale jeden z bandytów otworzył drzwi od strony pasażera. Ojciec kopnął go w czoło z taką siłą, że tamten wypadł na zewnątrz. Wyobrażają sobie panie? Ale my ze Sławkiem bez przerwy się martwiliśmy, że ktoś w końcu zrobi ojcu krzywdę. Prosiliśmy go: "Tato, czy ty mógłbyś choć raz czegoś nie zauważyć albo poprosić kogoś o pomoc?". Ale taki właśnie był nasz tata.
Mama nie chciała więc trzeciego wojownika?
Po tej dygresji wracam do wątku z mamą - otóż mając takiego męża i takiego starszego synka, dbała, żeby przynajmniej młodszy syn był grzeczny. Denerwowała się. To był Czerniaków. Konflikty, jakie tam wybuchały, skutkowały zwykle jakąś rozróbą i nie musiały się dobrze skończyć.
Zdarzało się, że brat musiał Pana bronić?
Sławka tak się wszyscy bali, że kiedy się dowiedzieli, że jestem jego bratem, to nikt mnie nie tykał. Tak więc nie miałem okazji się wykazać (śmiech).
Pan generał opowiadał nam, że to dziadek mu wytłumaczył, aby nie szedł w łobuzerkę.
Nasz dziadek był chyba najlepszym człowiekiem, jakiego poznałem. Pracowity, mądry, dobry, ciepły, mający same zalety. Był osobą, na którą się czekało. Pracował na dwóch etatach, w Polskiej Agencji Prasowej i w Telekomie, i bardzo późno wracał do domu. Był inżynierem, konserwował, obsługiwał i wymyślał urządzenia telegraficzne. A kiedy wracał, to reperował zegarki. Nauczył się tego w czasie okupacji, a że miał zdolności techniczne, to żeby przeżyć, reperował je sąsiadom i tak mu zostało. Czekaliśmy więc na niego, żeby się z nim spotkać, a on zawsze miał dla nas czas. Zawsze mogliśmy z nim pogadać. To było dla nas bardzo ważne. A że kiedyś jeszcze uprawiał zapasy, a w czasie okupacji produkował również broń, to Sławkowi dodatkowo imponował. Bo mu imponowało wszystko, co było związane z kultem ciała, z walką.
Z rywalizacją też?
Zastanawiałem się nad różnymi umiejętnościami, które mieliśmy z bratem, i doszedłem do wniosku, że wiele rzeczy potrafiliśmy robić niemal równie dobrze. Strzelaliśmy, bo broń była w naszym domu czymś normalnym. Ojciec uprawiał strzelectwo, jeździliśmy więc ze Sławkiem na strzelnicę i obaj opanowaliśmy tę sztukę wyśmienicie. Ale ja nigdy nie miałem w sobie czegoś takiego jak chęć rywalizacji. Mnie wystarczyło, że dobrze strzelam, że umiem rzucić nożem. A Sławek musiał się sprawdzać. Musiał być najlepszy w tym, co robił. To, myślę, też nas różniło.
Już w młodości Pański brat prowadził tryb życia prawdziwego twardziela: wstawał o świcie, brał zimny prysznic, hartował się?
Żadnego rannego wstawania! Sławek spał tak, że było to aż zadziwiające. Zresztą to nasza wspólna cecha. Ostatnio się zastanawiałem, czego tak naprawdę nie lubię w życiu robić. Otóż nie lubię wstawać rano. Nie cierpię. I Sławek też tego nie cierpiał. Jak tylko mógł, spał do oporu. Pamiętam, jak byliśmy raz na wakacjach, może to było w Juracie, w ośrodku Wojskowego Domu Wypoczynkowego. Rano chodziliśmy z mamą na śniadanie, a Sławek spał. Jemu śniadanie przynosiło się do domku. Dla niego nie było ważne, co jest do jedzenia, byle tylko mógł się wyspać. Kiedyś wracamy ze stołówki do naszego domku i z daleka widzimy, że wokół niego stoi tłum ludzi. Meble powystawiane. Okazało się, że pękła rura i domek zalało. Wszystko z niego wynieśli, ze Sławkiem w łóżku włącznie. Ustawili je pod sosną (śmiech).
Nie obudził się?
Nawet nie drgnął. Później, jak już sytuacja została opanowana, mama poprosiła, żeby go śpiącego wnieśli z powrotem. Tak więc w tym okresie Sławek nie był czujny (śmiech).
Co roku jeździliście na wakacje?
Dopóki Sławek nie osiągnął odpowiedniego wieku, żeby jeździć samemu. Jako dzieci bywaliśmy najczęściej nad morzem, w Augustowie nad jeziorem, a raz pojechaliśmy do Bułgarii na wczasy wymienne. Polegało to na tym, że dziesięć rodzin oficerskich z Bułgarii przyjeżdżało na dwa tygodnie do Polski, a w zamian za to dziesięć rodzin polskich oficerów jechało do Bułgarii. Dla Bułgarów to było bardzo atrakcyjne, bo oni nigdzie indziej nie mogli wyjechać. Tak jak i my zresztą.
Co z rodzinnego domu Pan i brat przenieśliście do swoich domów?
W domu zawsze była bardzo duża choinka...
...taka jak teraz stoi u Państwa...
...którą tata przywlekał do domu z Mazur. Choinkę zawsze mieliśmy z Mazur. Ojciec wypatrywał ją i wybierał już w lecie, nawet nie musiał jej specjalnie oznaczać. Wyprawa do lasu z naszym tatą była wielką przyjemnością, której wspomnienie pozostało mi na całe życie. Z tatą widziało się tyle rzeczy, których normalny człowiek nie jest w stanie spostrzec, zauważyć. To było coś niesamowitego... No więc jak już upatrzył sobie tę choinkę, nie pozyskiwał jej w sposób bezprawny, tylko umawiał się z leśniczym, który od lat był jego kolegą, i ta choinka na święta do nas przyjeżdżała. Potem, kiedy już założyliśmy własne rodziny, tato przywoził trzy choinki: do domu, dla Sławka i dla mnie. Zawsze duże. I zawsze było wiadomo, że zdąży je przywieźć na czas. Był pozyskiwaczem i dostarczycielem wszystkiego: zaopatrzenia, aprowizacji. Mama, babunia to było domowe ciepełko. Święta zawsze były bardzo rodzinne, na wigilię przychodziło dużo ludzi. Przez wiele lat przyjeżdżała ciocia, która nie miała innej rodziny, przyjeżdżali wujkowie. Ze Sławkiem mieliśmy też jednego wspólnego chrzestnego. Z tym że tak naprawdę to był jego chrzestny. Był przyjacielem mamy z lat młodzieńczych. Mówiliśmy na niego "wujek Wojtek". Teraz dopiero się dowiaduję, jaki to był dzielny człowiek. W czasie powstania warszawskiego trzy razy przepływał Wisłę, przenosząc różne rzeczy. Nigdy o tym nie opowiadał. Za to zawsze pamiętał o wszystkich uroczystościach Sławka: urodzinach, imieninach, komunii, pierwszym zębie, drugim zębie - wujek Wojtek zawsze był. Z kolei mój chrzestny w ogóle o mnie nie pamiętał, więc zazdrościłem Sławkowi jego chrzestnego. Pewnego razu zapytałem: "Wujku, czy ty nie mógłbyś być i moim chrzestnym?" (śmiech). Odpowiedział: "Bardzo proszę!". I od tej pory pamiętał również o wszystkich moich świętach. Przez wiele lat był nam bardzo bliski, później też bliski naszym dzieciom. Ale spotkania rodzinne to był też powód, aby na przykład pokłócić się ze sobą. Wiedzą panie, jak się kilku rogatych spotka, to najpierw jest cudnie, a potem musi przyjść taki moment, że któryś wystawia te swoje rogi, by kogoś zaczepić.
A kiedy się Pan już kłócił z bratem, to o co?
To zależy, na którym etapie naszego wspólnego życia. W dzieciństwie byłem wpatrzony w niego absolutnie i cały czas liczyłem, że mnie do siebie dopuści. Nie mogłem się więc kłócić. Starałem się być grzeczny. Później denerwowało mnie i drażniło, że za długo różne rzeczy mi się nie udają. Że on już tyle może, a ja ciągle nie. Ale na tamtym etapie nie było właściwie konfliktów. Może o to, że coś pożyczył, a nie oddał, może coś obiecał, a nie zrobił. Później, jak byliśmy starsi, to kłóciliśmy się głównie o to, że Sławek ma zawsze rację, a ja jestem ten młodszy. To było coś prześmiesznego. Tak dzisiaj to widzę. Ale wtedy mnie to drażniło, doprowadzało do białej gorączki. Śmieszyć mnie zaczęło, jak skończyłem pięćdziesiątkę. No bo argument, że ja jestem ten młodszy, w tym momencie padał. Sławek zwracał się na przykład do mamy, mówiąc: "Dlaczego Januszek do mnie nie zadzwonił? Przecież powinien był zadzwonić, bo ja jestem starszy". Mama więc napominała: "Zadzwoń do Sławeczka". A ja się burzyłem. "Czy telefony działają tylko w jedną stronę? Dlaczego miałbym do niego dzwonić?". Mama ugodowo: "On tak bardzo by chciał, żebyś do niego zadzwonił". A ja: "Przecież wystarczy, że powie sekretarce, aby go ze mną połączyła, albo sam może zadzwonić". A mama: "Ale wiesz...". Wiedziałem. Mam zadzwonić, bo jestem młodszy. Główne konflikty wynikały chyba też z tego, że wszyscy go słuchali, a ja nie. Irytowało go to, że w ogóle nie był dla mnie generałem (śmiech). Bardzo go kochałem, ale nie chciałem słuchać.
W domach bywa czasem tak, że ktoś przyjmuje na siebie rolę dobrego, a ktoś inny złego policjanta. Kogo się bardziej baliście - mamy czy taty?
Nikogo się nie baliśmy. Ojciec miał taką pracę, że często go nie było, dużo wyjeżdżał. Mama, babunia były w domu. Ten dom cały czas funkcjonował. Tato mówił: "W domu musi być ciepła kuchnia". Nie było to miejsce, gdzie trzeba się kogoś bać, gdzie są nakazy, zakazy, źli i dobrzy policjanci. Nie musieliśmy wracać o wyznaczonej godzinie. Rodzice pytali nas, o której wrócimy, i musieliśmy dotrzymać słowa. Natomiast na mnie najbardziej dyscyplinująco działało to, jak mama mówiła: "Ale pamiętaj, że mam do ciebie zaufanie". To było okropne. Okropne. Ale jednocześnie cudowne, dlatego że w domu można było wszystko powiedzieć.
Wszystko mówiliście rodzicom?
Wszystko mówiliśmy. I choćbyśmy zrobili nie wiem co, to jeśli rodzice o tym wiedzieli, stawali po naszej stronie. Najgorszą rzeczą byłaby utrata zaufania, gdybyśmy ich oszukali czy coś ważnego ukryli. Wiedzieliśmy, jak trudno byłoby to odbudować. Nie nauczyliśmy się kłamać... Ale miałem mówić o Sławku.
Właśnie.
Jak już wspomniałem, Sławek był przywódcą. Zawsze miał grupę, której przewodził. Był atrakcyjny, wysportowany, miał wiele umiejętności.
Był Pan wtedy dumny, że ma takiego brata?
Zawsze byłem dumny z tego, że w ogóle mam brata. Jak się kogoś kocha, to tak naprawdę nie jest ważne, czy on jest najwspanialszy i najsilniejszy, tylko się kocha. Niedawno się zastanawiałem, co by było, gdyby generał Petelicki nagle przyszedł do mnie i powiedział: "Wiesz co, rzuciłem to wszystko i teraz zostanę stolarzem". Odpowiedziałbym mu: "Super, ale fajnie wymyśliłeś". A w duchu bym pomyślał: "No, może będę się mniej denerwował, wiedząc, że jest stolarzem". Dla mnie nie miało znaczenia, czy on jest generałem, czy kimś innym. I myślę, że dla ludzi, dla których ktoś jest ważny, też nie ma znaczenia, kim on jest.
Kiedy był Pan chłopcem, chciał go Pan naśladować. Co Panu w nim imponowało?
Wszystko mi imponowało w starszym bracie. Był atrakcyjny, miał wielu znajomych, wszyscy mówili o nim: "O, to ten, ktoś ważny". Przychodziły do niego koleżanki, bardzo ładne, i wszystkie powtarzały, że jest taki śliczny. A mnie też czasem mówiły, że jestem fajny (śmiech). W dzieciństwie nie byliśmy do siebie tak bardzo podobni zewnętrznie, ja byłem bardziej kudłaty. Ale z wiekiem, zwłaszcza jak już zaczęliśmy siwieć, podobieństwo stawało się uderzające. Ojciec, który był sportowcem, chciał, by żaden z nas nie poszedł w jego ślady. Strzelaliśmy co prawda obaj, ale ojciec wolał, żebyśmy nie strzelali sportowo. Chciał, byśmy się uczyli. Miał okazję zobaczyć, jak synowie jego kolegów, którzy wchodzą w sport, nie są w stanie pogodzić tego z nauką. Zostawiają szkołę, zaczynają uprawiać sport wyczynowo, dobrze im idzie, ale potem zdarza się, że coś jest nie tak i nie mają do czego wrócić, a na szkołę jest już za późno. Myślę, że to miało sens, żebyśmy nie poświęcili się sportowi jak ojciec. Z nim samym było inaczej - uprawiał sport, będąc jednocześnie oficerem. Był zawodnikiem Legii i ta jego praca ze sportem nie kolidowała.
Rodzice sugerowali, czym powinniście się zająć w przyszłości? Mama proponowała na przykład: "Janusz, ty zostań weterynarzem"?
Mówimy tu o etapie szkoły średniej, studia to przyszłość. Rodzice chcieli, byśmy się uczyli w szkole średniej, bo i tam można było przestać się uczyć. Zawodów nam nie wybierali. Ja wiedziałem od początku, że będę pracował ze zwierzętami. To nie budziło żadnej wątpliwości. Zawsze byłem chłopem. Od początku. Jak byłem malutki, to się na chłopa stylizowałem. Musiałem przymierzać oficerki dziadka, bo były mniejsze niż ojca. Tak okropnie ciągnęło mnie na wieś, do zwierząt. Nie miałem specjalnie dużo wzorców - urodziliśmy się w Warszawie i kontakty ze wsią były niewielkie.
To skąd się ta wieś u Pana wzięła?
To przedziwna historia. Jeszcze na Olszewskiej mieliśmy mieszkanie na parterze. Obok był sklep spożywczy, pod który codziennie rano zajeżdżał furgon zaprzężony w konia. Takie to były czasy. Byłem malutki, nie mogłem sam wychodzić na ulicę. Codziennie stawałem w oknie i czekałem na tego konia. Następnie otwierałem okno i starałem się zwrócić na siebie jego uwagę. Zawsze miałem dla niego suchy chlebek. Koń, jak mnie zobaczył, wchodził na chodnik, podchodził do okna, a ja mu ten chlebek podawałem. Piekarz, który przyjeżdżał furgonem, bardzo się z tego powodu radował. To stało się takim obrządkiem, rytuałem - było wiadomo, że koń wejdzie na chodnik i dostanie ten chlebek. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że mama sadzała mnie na platformę z pieczywem przy Olszewskiej i jechałem z piekarzem na Służewiec, zaopatrując po drodze sklepy po prawej stronie Puławskiej. Po czym zawracaliśmy na drugą stronę Puławskiej i jak dojeżdżaliśmy do Olszewskiej, to mama mnie odbierała. Trzymałem lejce. Ten koń wprawdzie doskonale wiedział, gdzie ma iść, ale ja to uwielbiałem. Jak pogłaskałem konia, to potem nie myłem ręki, tylko ją wąchałem, żeby czuć jego zapach, mieć tego konia blisko. Były też inne śmieszne rzeczy: chodziłem z babunią do Łazienek, gdzie zbierałem skoszoną trawę i przynosiłem do domu wielki worek siana. Nie dawałem babuni go nieść, zarzucałem sobie wór na plecy i tak szedłem. A ludzie komentowali: "Co za baba! Takiego małego dzieciaka wykorzystuje do noszenia ciężarów", bo ja uginałem się pod tym workiem. Ale siano było lekkie. Wlokłem je dla konia.
Jak od początku było wiadomo, że Pan zostanie lekarzem weterynarii, tak też było wiadomo, że Pana brat pójdzie na prawo?
Nie było wiadomo. Ja też nie od razu wiedziałem, że pójdę na weterynarię. Skąd mogłem mieć taką wiedzę? Wiedziałem, że będę pracował ze zwierzętami. Dlatego od pierwszej klasy liceum na każde wakacje jeździłem do stadniny koni w Iwnie, gdzie dyrektorem był pan Kiszkurno, brat przyjaciela taty z kadry strzeleckiej. Trafiłem do tego Iwna po tak zwanej znajomości, bo "jak on tak kocha te zwierzaki, to niech tam sobie jedzie". I jeździłem tam co roku. Przez większość wakacji nosiłem torbę za tamtejszym doktorem i mogłem dokładnie zobaczyć, jak wygląda praca zootechnika, jak wygląda praca lekarza, i mogłem ocenić, gdzie bym się lepiej czuł, co bardziej mi odpowiada. Podjęcie studiów weterynaryjnych było absolutnie przemyślane, dokładnie wiedziałem, co to za praca, co się w niej robi. Wiedziałem, że chcę to robić - i już. To było pewne. Myślę, że Sławek też doskonale wiedział, co chce robić.
Wiedział, że będzie komandosem?
Czy komandosem, to trudno mi powiedzieć. Wiedział, że może będzie Jamesem Bondem. To były jego marzenia z dzieciństwa. Podobnie jak ja od jakiegoś czasu "byłem" lekarzem, tak on żył w swoim świecie. I tak właśnie chciał żyć: rozwiązywać trudne problemy, wykorzystywać rozmaite środki, posługiwać się bronią różnego rodzaju. Tego typu plany chciał realizować. On był bardzo mądry, zdolny, miał fotograficzną pamięć. Myślę, że to, co robił, czynił z ogromną pasją i realizował swoje marzenia. Na przykład: jak kończył prawo, to wymyślił sobie pracę magisterską, której temat był szalenie trudny. Pamiętam ten tytuł: Sposoby i środki nielegalnego porozumiewania się aresztowanych, ze specjalnym uwzględnieniem tymczasowo zatrzymanych. Dał się nawet zamknąć w więzieniu, żeby opracować "alfabet" tych ludzi. Zatrzymani robili to za pomocą migania rękami, a odbiorca obserwował przez lornetkę celę, próbując odczytać z tego migania wiadomość. Wymagało to od Sławka determinacji. Siedział chyba na Rakowieckiej, ze zwykłymi kryminalistami, żeby tę pracę napisać. Oceniono ją na piątkę, pomimo że wcale nie był piątkowym studentem. Uczył się tego, co mu pasowało, czym się interesował. Nie był kujonem, który by robił coś dla stopni. Dobry stopień mógł dostać przy okazji. Jego praca magisterska zdobyła pierwszą nagrodę Prokuratury Generalnej. Z obrony też dostał piątkę, choć uważał, że studia to nie wyścigi i nie ma co się zajmować tym, co go nie obchodzi.
Jak w rodzinie przyjęto wiadomość, że Sławomir po studiach idzie do wywiadu?
Jak już mówiłem, każdy z nas wiedział, co chce w życiu robić. Ja wiedziałem, że chcę pracować ze zwierzętami. Dopiero później się zorientowałem, w którym dziale, na jakim poziomie chcę się z tymi zwierzętami spotykać i co robić. Ze Sławkiem było podobnie. Chciał być kimś takim jak James Bond, chciał uczestniczyć w niebezpiecznych akcjach, żyć tak, jak żyją bohaterowie książek. On bardzo dużo czytał. I marzył. Zresztą wszyscy wtedy byliśmy marzycielami. Sławek opisywał w wywiadzie, jakiego udzielił do książki Michała Komara, że trochę chuliganił, ale czuł tę cienką granicę między dobrem a złem. Myślę, że sporo rzeczy, które w tej książce opowiada, mówił po to, żeby stworzyć jakąś malowniczą historię. Natomiast jest prawdą, że gdyby został strażakiem, to byłby doskonałym strażakiem. Gdyby został policjantem - byłby świetny. Tylko że wtedy nie było policji. Była milicja. Czytam różne publikacje o tamtych czasach, pozytywne i negatywne, bo można opowiadać różne rzeczy o tym, kim Sławek został i co robił. A ja myślę, że on spełniał swoje marzenia. Wtedy było tak, zresztą w każdych czasach tak jest, że aby zrealizować jakieś marzenie, trzeba spełnić określone warunki. Nie można raptem pójść wyżej tylko dlatego, że bardzo się chce to robić. To nie wystarcza. O ile ja w realizacji swoich marzeń nie musiałem spełniać tylu różnych uwarunkowań, mogłem mówić, co chciałem, myśleć, co chciałem, wszystkich mogłem mieć w nosie, o tyle on - nie. Jemu do spełnienia marzeń potrzebna była cała ta otoczka, ta obudowa, ktoś musiał go potrzebować, ktoś musiał pozwolić mu się realizować. Moim zdaniem niewiele w tym wszystkim jest ideologii, którą różni ludzie, opowiadając o nim, próbują mu wcisnąć. Tak naprawdę to nie miało specjalnego znaczenia.
Ale to był właśnie czas, kiedy podobno wasze drogi się rozminęły i przez jakiś czas nie mieliście ze sobą kontaktu.
Tak nie było. Czytając różne wypowiedzi o Sławku, zauważyłem pewną wspólną cechę. Jeśli mówią o nim ludzie, którzy byli z nim w miarę blisko i dla których on był ważny, co oznaczało też, że oni byli ważni dla niego, to w takich relacjach bywały sytuacje, kiedy Sławek był nie do zniesienia. I wtedy te kontakty musiały być przyhamowane. Przerwy w kontaktach wynikały z tego, że czymś mnie wkurzył, albo wkurzył generała Czempińskiego, albo Michała Komara. To prawdziwy obraz. Nie było więc tak, że nasze drogi się rozeszły. Nie było też tak, że był oficjalny komunikat, iż Sławek idzie do wywiadu. Było wiadomo, że Sławek chce pracować w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jednak moja wiedza w tamtych czasach była wystarczająca, bym doskonale wiedział, że jeśli ktoś jedzie na placówkę zagraniczną, to musi być agentem. Nie było innej możliwości. Nie znam nikogo, kto by pojechał na jakąkolwiek placówkę i - jak to się wtedy mówiło - nie współpracował. Tylko jeśli ktoś normalnie chciał wyjechać, musiał iść po paszport. Mógł go dostać lub nie. Zarówno przed wydaniem paszportu, jak i przy jego oddawaniu były przeprowadzane rozmowy. Wiedziałem, że Sławek chce wyjechać za granicę, miał sprecyzowane plany. Wiedziałem również, że to jest tajne przez poufne. W momencie, kiedy było wiadomo, że zaczął pracować w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, rozpoczął swoją karierę dyplomatyczną, dla mnie wiązało się to ze stratami. Z różnymi ograniczeniami. Akurat kiedy poszedłem na studia, otworzyła się możliwość pracy na Zachodzie. Można było wyjechać w sposób legalny i zarobić pieniądze. Wielu moich kolegów wyjeżdżało. Ja też chciałem. Ale okazało się, że nie mogę.
Dlaczego?
Tłumaczono mi, że nie mogę złamać kariery bratu. Za granicą może się coś stać, mogą mnie wplątać w jakąś historię. I to była prawda. Mogli mi podrzucić coś w sklepie, czymś poczęstować, mogły się wydarzyć różne rzeczy, które zaważyłyby na karierze Sławka.
Miał Pan o to żal do brata?
Byłem wściekły! Sławek robi karierę, a ja, będąc w wieku, kiedy pieniądze są ważne, nie mogę wyjechać i zarobić paru groszy. Nie mogę jechać z kolegami. Mało tego - nie mogę im powiedzieć, dlaczego nie wolno mi z nimi jechać. Byłem na tyle lojalny, że nie chciałem, aby ktoś o tym wiedział. Normalnym ludziom wydawało się, że powinno być odwrotnie: "Twój brat pracuje w MSZ-ecie, to paszport ci dadzą, wszystko możesz". Okazało się, że guzik z tego, że nie mogę. To było dla mnie wkurzające, denerwowało mnie i... no tak, myślę, że w konsekwencji zamknęło mi jakieś możliwości. Jak opanowanie obcego języka, nawiązanie fajnych kontaktów towarzyskich. Nie chciałem się z tym pogodzić, ale nie na tyle, żeby Sławkowi zrobić świństwo. Bo mogłem się starać o paszport. Chociaż nie mam pewności, czy to by coś dało. Mogłem wystąpić o ten dokument. I mogłem go nie dostać. Niemniej jednak pojechałem do Ameryki. Spędziłem jakiś czas u Sławka w Nowym Jorku. To była ciekawa przygoda.
Zaprosił Pana oficjalnie?
Tak, zaprosił mnie. Był w końcu attaché kulturalnym w Nowym Jorku. Mógł zaprosić brata. Poleciałem do Ameryki. To było interesujące doświadczenie. Ludzie z Polski wyjeżdżali w różne miejsca, ale polecieć do Ameryki było bardzo trudno. To było coś! Zachowywałem się tam jak typowy russkij czełowiek: "Dla mnie wsio normalne". Udawałem, że nie dziwię się niczemu. Kamienna twarz, wyrażająca, że u nas jest lepiej (śmiech).
Ale też zobaczył Pan brata w innej roli.
W innej? Nie wydaje mi się. I zaraz o tym opowiem. Ale najpierw o tym, że na początek otrzymałem instrukcję obsługi Nowego Jorku. To były proste wytyczne. Informowały, jak mam się poruszać po ulicach, żeby nic mi się nie stało. Nowy Jork jest mało skomplikowany, bo ulice są ponumerowane, równolegle i prostopadle. Nie sposób zabłądzić. Wiedziałem tylko, że jeśli idę jakąś ulicą i zaczyna się robić coraz "ciemniej", w sensie koloru skóry, to mam głębiej nie wchodzić, tylko zawracać. Na początku chciałem ratować wszystkich leżących na ulicy. Człowiek leżący na chodniku to był dla mnie przykry widok. U nas takich nie było. Sławek miał ze mną kłopot, musiał mi gęsto tłumaczyć, żebym ich nie podnosił, bo ktoś w końcu może mi wyrządzić krzywdę. "Oni sobie leżą, bo chcą leżeć, bo taki mają styl życia" - mówił. Nauczył mnie też, że jeśli ktoś mnie zaczepia na ulicy, to należy go ominąć, nie wchodzić w relacje. Ale dobrze, żebym miał zawsze parę groszy, które mógłbym takiemu dać, żeby przejść. Bo człowiek, który mnie zaczepia, w ten sposób zarabia. "To nie jest łobuz z Czerniakowa, który sobie ciebie upatrzył i będzie cię gonił, aż dogoni. On po prostu stoi i zarabia. Jak mu się uda, to zarobi. Jak nie, to cię nie będzie gonił, bo zaraz ma następnego, który będzie koło niego przechodził" - wyjaśniał. A teraz wracam do tej niezmienionej roli Sławka. Bo wyobraźcie sobie, on zawiózł mnie do Harlemu! To miejsce, którego biały człowiek raczej nie ogląda. Ale to był cały mój brat. Pojechaliśmy samochodem. Powiedział: "Wiesz co? Nie będziemy wysiadać, bo możemy już nie wsiąść. Ale pokażę ci to, czego jeszcze nie widziałeś". I zobaczyłem Harlem nocą. Jeździliśmy ulicami. Sławek stwierdził: "Będziemy jeździć szerokimi, bo jak wjedziemy w wąską, to nas mogą zastawić i będziemy mieli kłopot". To było dla mnie nieprawdopodobne doświadczenie. Palące się domy, ludzie na ulicach, budynki bez klimatyzacji, wszędzie gorąco jak w pralni, małe dzieci, prostytutki, całe to toczące się tam intensywne życie. I to zdziwienie czarnych, gdy nas, białych, zobaczyli w samochodzie (śmiech). Jeździliśmy po Harlemie całą noc, do rana. Woził mnie również do takich dzielnic, gdzie było przepięknie, bogactwo się przelewało, i do takich, gdzie była straszna nędza. I pokazywał: "Zobacz, to jest Ameryka. Tu są te potworne kontrasty". W Polsce takich kontrastów nie było - wszyscy nie mieli po równo i to było bardzo sprawiedliwe (śmiech). W Ameryce Sławek pokazał mi różnorodność, jaka tam występowała. Zależało mu na tym, żebym to zauważył. Żebym nie zachwycił się zupełnie, tylko potrafił ocenić. Nie mówił: "Zobacz, tu jest źle" albo "Tu jest świetnie", tylko: "Zobacz, tak to wygląda. Tak wygląda ten inny świat, którego nie znaliśmy". Widziałem, jak świetnie się w nim porusza. Pamiętam, że kiedy tam byłem, urodziła się jego córka Dominika. Był przy porodzie, a ja w tym czasie spacerowałem. Później się spotkaliśmy. Wyglądał, jakby sam coś urodził. Spostrzegłem, że jest bardzo smutny. Wiedziałem, że coś go trapi. Pytam go: "Czym się martwisz? Co się stało?". Nie chciał powiedzieć, nie chciał powiedzieć, aż w końcu mówi: "Wiesz, pytałem lekarzy, oni niby mówią, że wszystko jest w porządku. Ale to dziecko ma taką długą główkę". Tłumaczę mu, pokazując rękami: "Chłopie, jak coś takiego musi przejść przez coś takiego, to musi się zrobić coś takiego. Ale to się naprawi" (śmiech). Jakoś go przekonałem, poweselał, zrobił się szczęśliwy. Bo może lekarze go oszukali, ale najważniejsze, że brat mu powiedział: "To nic nie szkodzi, wszystko będzie w porządku" (śmiech). Nie bardzo wtedy wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, była już noc, więc Sławek zaproponował: "Chodźmy do kina". Poszliśmy i okazało się, że zabrakło biletów. Muszę tu wspomnieć, że Sławek jako dyplomata nie płacił mandatów. Samochód nie był co prawda oznakowany jako dyplomatyczny, ale on parkował, gdzie chciał. Wychodzimy z kina i widzimy, że na samochodzie siedzi ze czterech wielkich Murzynów i się na nim buja. Myślę sobie: "No, to mamy kłopot". A Sławek rzuca: "Zaraz coś zobaczysz. Tylko nie odzywaj się i idź bardzo pewnie". Ruszyliśmy w stronę samochodu. Pewnym krokiem. Zobaczyli nas i byli przerażeni. Nie wiedziałem dlaczego. Zeskoczyli z auta, na głowach mieli grube czapki z włóczki. Największy z nich zdjął swoją i zaczął wycierać nam samochód. I bardzo przepraszał. Sławek odpowiedział: "Nie szkodzi". Wsiedliśmy do wozu. Ja - cały w szoku. Byłem pewien, że będzie bijatyka. Nie mogłem zrozumieć tego, co się wydarzyło. Pytam: "Co, oni cię znają? Tu też?". Okazało się, że w nocy jeździły samochody mafii i zbierano haracz z kin i różnych innych lokali. Wyglądało to w taki właśnie sposób: podjeżdżał samochód, stawał w niedozwolonym miejscu, dwóch facetów wysiadało, szło do kina, wracało z haraczem, a zwykle obok stał drugi samochód i wystarczyło, że powstałby jakikolwiek konflikt, by siedzący w tym drugim aucie zajęli się takim delikwentem, który mógł mieć pewność, że za chwilę będzie miał "szprychę" w nerce. Umiejętność postępowania w tym świecie była zupełnie filmowa. Sławek poruszał się w tej amerykańskiej przestrzeni świetnie, ale ja wiedziałem, że nigdy w życiu nie mógłbym tam mieszkać. A, i przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna historia.
Słuchamy!
Kiedy przyleciałem do Nowego Jorku, Sławek odebrał mnie z lotniska. Idziemy do samochodu. Stało tam tych samochodów mnóstwo. Różnych. Sławek pyta: "No, jak myślisz, który jest mój?". Myślę sobie, kurczę, wszystkie amerykańskie, wszystkie wielkie, ale który z nich może być jego? Nie chciałem mu sprawić przykrości, szukałem więc czegoś najskromniejszego. W końcu znalazłem i mówię: "Pewnie ten". A Sławek uśmiechnął się z dumą i zaprowadził mnie do forda Gran Torino. Piękny. Wielki. Długi. Wyróżniał się. Z kolei gdy Sławek przyjechał ze Stanów na urlop do Polski, to ja miałem już swojego pierwszego małego fiata. Pojechałem po brata na Okęcie. Odebrałem go z lotniska, udało mi się wcisnąć do auta jego walizkę, jedziemy. Mówię: "Pokażę ci teraz Trasę Łazienkowską, bo akurat otworzyli". Dojechaliśmy już w okolice naszego domu, Agrykola była jeszcze przejezdna i można nią było zjechać w dół. Z góry, myślę, to dopiero pocisnę. On siedzi sztywny, naraz zagląda mi przez ramię i pyta: "Słuchaj, ile ty jedziesz?". A ja dumnie: "No, stówą". Przytrzymał się fotela i mówi: "Nie wygłupiaj się. To jak jazda na sankach" (śmiech).
Brat mówił Panu, że chce sformować GROM, czy dowiedział się Pan, jak wszyscy, kiedy było to już publiczną tajemnicą?
Nie chcę zmyślać. Wiedziałem, że coś go angażuje, ale on zawsze coś robił. Chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ogromne jest to przedsięwzięcie. Zaprosił mnie raz do swojego biura, kiedy wszystko to było jeszcze tajne przez poufne, i wrażenie zrobili na mnie tacy duzi faceci, którzy się prężyli przed Sławkiem. Byłem bardzo dumny, że jest taki ważny. Ale w gruncie rzeczy śmieszą mnie tacy faceci, którzy się prężą i salutują sobie nawzajem.
Brat wiedział, że podchodzi Pan do tego w taki sposób, ze swoistym dystansem?
Myślę, że wiedział (śmiech). Jego to wkurzało. Ale cała idea była taka, żeby powstanie GROM-u utrzymać w tajemnicy. Byłby niepoważny, gdyby opowiadał o tym w szczegółach nawet mnie, choć miałby świadomość, że ja niczego nikomu nie powiem, nie będę się z tym obnosił ani tym chwalił. Kiedy już się dowiedziałem, że GROM powstał, dotarło do mnie, że u nas nie jest łatwo coś takiego stworzyć. Miałem pojęcie, jak wygląda wojsko, bo mieszkałem przecież w dzielnicy oficerskiej. I widziałem, jak czasem może wyglądać polski oficer. Dla naszego taty było czymś zupełnie niemożliwym, żeby oficer w mundurze szedł z siatką na zakupy. Tato był albo w mundurze, i to oznaczało absolutnie w mundurze, albo po cywilnemu, i wtedy mógł chodzić z siatką. A ja widziałem niejednego w porozpinanym mundurze, idącego z wiaderkiem do śmietnika. Ale przypomniało mi się coś śmiesznego... Byliśmy raz ze Sławkiem na wspólnej imprezie. Spotkaliśmy tam profesora z mojej uczelni, ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Kojarzono mnie już z generałem, nazwisko Petelicki stało się znane, więc funkcjonowałem jako brat swojego brata. Kiedy zwracano się do mnie, słyszałem: "To pan jest bratem generała?". Tenże profesor wyczuł chyba, jak to u mnie wygląda, i opowiedział nam anegdotę z czasów, kiedy rektorem naszej uczelni był pan profesor Staff. Kiedyś na uczelnię przyjechali ważni ludzie, trwała prezentacja i jeden z tych ważnych ludzi zapytał: "Bardzo przepraszam, panie profesorze, ale czy pan jest bratem tego słynnego Leopolda Staffa?". Na co profesor Staff odpowiedział: "Nie, proszę pana. To on jest moim bratem". Bardzo mi się ta historia spodobała, bo pokazywała jakiś kolejny etap naszego życia. Oczywiście mnie to nie denerwowało. Mogłoby mnie denerwować, gdybym musiał się wstydzić za brata. Co się zdarza, ludzie mają takie problemy, zupełnie niezawinione, ale to, że jest się czyimś bratem, nie oznacza, że trzeba brać odpowiedzialność za wszystko, co ten brat w życiu zrobił. Nie pamiętam już, który z naszych kolegów, patrząc na mnie, powiedział: "To są ręce, które leczą", a następnie zwrócił się do Sławka: "A to są ręce, które kaleczą" (śmiech). Ja więc takiego problemu, że jestem bratem swego brata, nie miałem. Zwłaszcza że zdawałem sobie sprawę - i zdaję ją sobie do dzisiaj - że ludzie pokroju mojego brata, którzy do tego, żeby funkcjonować, potrzebują wyzwań, jakich normalne życie nie jest im w stanie zapewnić, robią naprawdę wiele. Tylko... Chcę, żeby panie dobrze mnie zrozumiały. Uważam, że tacy ludzie są doskonałymi fachowcami, których należy cenić w każdym ustroju i w każdej sytuacji. Są znakomicie wyszkoleni i robią coś, co jest ich pasją. Robią mnóstwo wspaniałych rzeczy: chronią nas przed terroryzmem, łapią bandytów.
Zastanawiał się Pan nad tym okresem, w którym brat zaczął publicznie atakować rząd, ministra Klicha?
Nie zastanawiałem się. Denerwujące było raczej to, o czym właśnie powiedziałem: że kolejne ekipy, które zdobywają władzę, zachowują się tak, jakby się nie orientowały, na czym to wszystko polega. Ludziom, którzy dochodzą do władzy, wydaje się, że wszystko można przewrócić i natychmiast zacząć budować od nowa. W przypadku służb tego zrobić nie można. Wyszkolenie ludzi to potężny proces, nieprawdopodobnie kosztowny. Przenosząc to na moją dziedzinę, do świata zwierząt: jeżeli miałbym powierzyć ochronę swojego domu, to wybrałbym rottweilery. Musiałbym nad nimi panować, ale cały czas bym wiedział, że są świetne w tym, co robią. Zmieniając miejsce zamieszkania, wziąłbym je ze sobą i powiedziałbym im: "To jest już inny obiekt, ale w dalszym ciągu działamy na takich samych zasadach". Natomiast w polityce pojawiała się sytuacja taka: ktoś doszedł do władzy i zarządzał: "Przewracamy wszystko i bierzemy naszego Józia, Frania, oni będą najlepsi". I mamy "Frania", który się rozbiera nad walizką z pieniędzmi albo uwodzi panienkę, żeby ją na czymś złapać. To jest chore. Sławek miał ogromną wiedzę. W czasach przemian ustrojowych w Polsce mówił, że sprawą, na którą powinniśmy się przygotować, jest przestępczość zorganizowana. Pamiętam komentarze, jakie się wtedy pojawiały: "Petelicki zwariował, jaka przestępczość zorganizowana? O czym tu mowa?". Bo przecież jak kiedyś było włamanie do sklepu, to przyjeżdżał dzielnicowy w czapce, która w każdej chwili mogła mu spaść, i za pomocą kija od szczotki łapał czterech włamywaczy. Tylko że później się okazało, że bandyci zaczynają do nas strzelać, że nie można tupnąć nóżką, że czasy się zmieniają. Sławek o tym doskonale wiedział. Wiedział, że jeśli zmieni się ustrój, to przyjdą wszystkie zagrożenia, jakie się z tym wiążą. I przyszły. I okazało się, że nie jesteśmy na to przygotowani. Potem zginął generał Papała. Szef policji został zastrzelony. Takich potwornych polskich zaniedbań zrobiła się cała masa. Sławek to wiedział, przewidywał i nie chciał do tego dopuścić. Informował o tym. Ale nikt go nie słuchał.
Jak Pan myśli, dlaczego go nie słuchali?
Nie jestem politykiem. Polityka jest dla mnie czymś obrzydliwym, nieprawdziwym, fałszywym. Nie jestem w stanie jej zrozumieć. Wydaje mi się, że Sławkowi udało się stworzyć tak nieprawdopodobną rzecz jak jednostka GROM, ponieważ nie bał się zatrudniać ludzi zdolnych, którzy byli, jak twierdził, lepsi od niego w różnych dziedzinach. Natomiast mentalność wielu ludzi jest taka, że boją się otaczać mądrzejszymi od siebie, traktują ich jako zagrożenie. Profesorowie medycyny nie wychowują sobie sukcesorów, ze strachu, że ci ich wygryzą, ktoś inny nie przygotowuje następców, bo się boi, że go za wcześnie pozbawią stanowiska. To są mali ludzie. Ludzie, dla których ich racja osobista jest ważniejsza od racji stanu. W tym momencie zaczynam się irytować. Zawsze starałem się i staram być obok.
Rozumiał Pan tę całą złość brata?
No tak, oczywiście. Większość ludzi myślących ją rozumiała. Sławek artykułował to bardzo dokładnie, może nawet za dokładnie. Myślę, że nie słuchano go z wielu powodów. Głównie dlatego, że "wiedziano lepiej", bo wszyscy generalnie wiemy lepiej, we wszystkich dziedzinach orientujemy się najlepiej. Inna sprawa to sposób, w jaki to artykułował - dla wielu ludzi nie do zniesienia. Wytworzyła się sytuacja patowa. On coraz bardziej się napędzał, bo irytowało go to, że go nie słuchają, a im bardziej się napędzał, tym bardziej lekceważono jego słowa. Mnie oczywiście nie podobało się to, że on wyraża się tak radykalnie. Przewidywałem, że nic dobrego z tego nie będzie, że się nie dogada. Miałem poczucie bezsensu tej sytuacji i szkody, która z niego wynika. Sławek dysponował ogromną wiedzą. Wiedział, o czym mówi. Nawet ja przyznawałem mu rację. Wytykał rzeczy, które nie powinny się były wydarzyć. Gdyby przestrzegano pewnych zasad, to nie doszłoby do wielu tragedii. Wydaje mi się, że ogromną szkodą dla nas wszystkich jest to, że nie wykorzystano jego umiejętności, profesjonalizmu, doświadczenia. Żałowałem jedynie, że artykułuje to w ten sposób. Nie podobało mi się, że napada na kogoś personalnie, że się zapędza w swoich konfliktach, lecz jednocześnie niespecjalnie się temu dziwiłem. Znałem go. Wiedziałem, że jest bezkompromisowy, że jak już walczy, to walczy. Tylko myślałem sobie, że do pewnego momentu, kiedy akurat był potrzebny, ta jego bezkompromisowość nikomu nie przeszkadzała. Bo on się nie zmienił. On zawsze był taki sam.
Ale czy Pan o tym z bratem rozmawiał? Mówił mu: "Sławek, skończ z tymi osobistymi atakami"?
Wolałbym, żeby to zostało między Sławkiem a mną. Dziś to już nie ma specjalnego znaczenia. Wszyscy wiedzieliśmy, jaki ma temperament, jaki ma charakter, i wszyscy ci, którzy mieli z nim bliski kontakt, co jakiś czas musieli ten kontakt wyhamować, żeby emocje opadły i sytuacja wróciła do normy. Nie chcę analizować tego, dlaczego on się tak zapędzał. Myślę, że rzecz dotyczyła sprawy, na której ogromnie mu zależało. Doszedł do punktu, w którym zobaczył, że nie może się przebić przez ścianę. Proszę sobie przypomnieć czas, kiedy został pełnomocnikiem rządu do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej. Był nim dwa tygodnie? Miesiąc? I zrezygnował. Odebrałem to w ten sposób, że dostał propozycję dobrego, pewnego stanowiska, mógł je przyjąć i wygodnie piastować. Ale on, kiedy się podjął tej funkcji, to natychmiast ruszył do działania. I okazało się, że wcale nie chodzi o to, żeby zwalczać przestępczość zorganizowaną. W związku z tym natychmiast się ze sprawy wycofał. Powiedział, że nie chce jej firmować swoim nazwiskiem. Myślę, że to wszystko bardzo go denerwowało, bo zgodnie z jego przewidywaniami działy się rzeczy coraz gorsze, przez które nie mógł się przebić. Paru takich przypadków można było uniknąć. Ale jeśli wziąć pod uwagę to, co zrobił, postąpił perfekcyjnie. W całym tym bałaganie nikomu się nie udało czegoś takiego osiągnąć. Nie wiem, dlaczego przyszło mi to teraz do głowy, ale Sławek leży na cmentarzu koło profesora Religi. A profesor pochodzi z Miedniewic, tak się składa, że to wieś obok nas. Na grobie profesora wyryto taką złotą myśl: "Żeby zapalić innych, trzeba samemu płonąć". Myślę, że pasuje ona również do Sławka. On właśnie się zapalał i ten zapał pozwalał mu pociągnąć za sobą innych ludzi jego pokroju. Ludzi, którzy dla realizacji swoich marzeń - bo to muszą być marzyciele - gotowi są ponosić nieprawdopodobne ofiary i chcą iść za nim.
Pan poszedł swoją drogą. Jak Pan trafił do tego dworu?
Chcieliśmy z żoną mieszkać na wsi, wyjechać z miasta, ale chcieliśmy też mieszkać ładnie. To była najistotniejsza sprawa. Zaczęliśmy szukać gospodarstwa rolnego, które moglibyśmy kupić. Jako lekarz weterynarii miałem wielu znajomych i klientów poza miastem, bo zajmowałem się końmi. Jeden z moich przyjaciół, wtedy właściciel dworu w Turowej Woli - nawiasem mówiąc, to bardzo piękny dom, często tam jeździliśmy - powiedział nam: "Trzeba szukać resztówki". To znaczy albo starego dworu, albo miejsca po starym dworze, tam gdzie są drzewa, jest park. Myśleliśmy, że to jest absolutnie poza naszym zasięgiem. Okazywaliśmy sceptycyzm, ale przyjaciel cały czas nas upewniał, że to jest możliwe. Zaczęliśmy się orientować w możliwościach kupienia takiego dworu czy miejsca. Była druga połowa lat osiemdziesiątych, oglądaliśmy różne lokalizacje, ale pojawił się problem, który wynikał z naszego podejścia do sprawy. Takie dwory były przeważnie w rękach państwowych. Mało ich znajdowało się w rękach prywatnych. Te państwowe często były zrujnowane. Mogliśmy je kupić za grosze od państwa, ale my tak nie chcieliśmy, bo państwo w tamtym momencie było paserem. Komuś przecież ten dom zabrano. Mówiąc wprost, uważaliśmy, że jest szalenie niemoralne kupować czyjąś własność od złodzieja. Miałem świadomość, że źle bym się z tym czuł. No bo jak to? Ktoś przyszedłby i powiedział: "Przepraszam, ja tu kiedyś mieszkałem, to było moje".
Wykazał się Pan dużą przenikliwością.
To były czasy, w których nikt by nie pomyślał, że system może się zmienić i mogą być z tego powodu jakieś problemy. Dla nas jednak to było normalne, że własność jest rzeczą świętą. Nie można nikomu niczego odebrać i udawać, że jest się właścicielem. Znaliśmy czasy, kiedy tak właśnie się działo, że wywalano ludzi z ich domów. Pomyśleliśmy więc, że to w ogóle nie wchodzi w grę. Nasz przyjaciel miał starą mapę, na której Niemcy, kiedy szykowali inwazję na Polskę, pozaznaczali dwory z folwarkami, żeby móc się tam zatrzymać albo je zająć na siedzibę dowództwa. Jeździliśmy z tą mapą i oglądaliśmy różne śliczne miejsca. To był też nasz sposób na spędzanie wolnego czasu. W bliskim odstępie czasu znaleźliśmy dwa, które nam się spodobały. Pierwszym był właśnie ten dom, a drugim Grzebowilk w Siedleckiem. Oba te obiekty miały prywatnych właścicieli. Kiedy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, nikogo nie zastaliśmy. Wszystko było pozamykane. Dom był tak zarośnięty, że nie byłem w stanie go sfotografować. Tu, gdzie teraz jest ogromny trawnik, który konserwator zabytków ładnie nazywa salonem ogrodowym, było miejsce zarośnięte trzydziestoletnią drągowiną. Grzebowilk też był bardzo ładnym miejscem. Początkowo odebrano go właścicielom razem z cegielnią, którą posiadali. W dworze zorganizowano szkołę, następnie obok wybudowano "tysiąclatkę". Dwór okazał się już niepotrzebny, więc państwo uznało, że właściciele mogą go sobie wziąć z powrotem. Wzięli, ale to już byli małżonkowie w starszym wieku i nie bardzo wiedzieli, co z nim zrobić. Postanowili sprzedać, więc był dobry moment, żeby ten dwór kupić. Ale jednocześnie zobaczyliśmy to miejsce, które też było bardzo urokliwe. Przyjechaliśmy tu jesienią. Drzewa wokół kolorowe, złote liście, no, zupełnie jak z bajki. Okiennice były zamknięte, więc wtedy nam się wydawało, że w środku dwór nie jest tak bardzo zrujnowany.
Co zadecydowało, że wybraliście ten dom?
Przyjechaliśmy tu ponownie, żeby odnaleźć właścicielkę, starszą panią, która przeprowadziła się do wynajętego mieszkania, gdzie spędzała zimę. Tego dworu nie była już w stanie ogrzać. Wcześniej, gdy rozmawialiśmy z sąsiadami, mówili nam: "Pani tego nie sprzeda", tylu tu kupców przyjeżdżało. Szczególnie po filmie Noce i dnie było spore zainteresowanie tym miejscem.
No tak, bo to przecież w tym dworku mieszkali filmowi bohaterowie, Barbara i Bogumił Niechcicowie. Jak przekonaliście właścicielkę, aby jednak zdecydowała się go sprzedać właśnie wam?
Kiedyś tym domem interesował się ksiądz redemptorysta, który chciał tu zrobić zbór, ale nie miał pieniędzy. Właścicielka była osobą wierzącą, wolała poczekać, aż on te pieniądze zdobędzie. I tak to trwało. Ona nie była zainteresowana, aby sprzedać to komuś, kto nie zagwarantowałby temu miejscu jakiejś historii. Tak to rozumiałem. Kiedy spotkaliśmy się z nią po raz pierwszy, drogę do jej serca otworzyło nam chyba to, że przyjechaliśmy z Marcinkiem na rękach. Nasz najstarszy syn miał wtedy dwa latka. Właścicielka zapytała: "Co byście chcieli tutaj robić?". Odpowiedzieliśmy: "Chcielibyśmy tu żyć. Chcielibyśmy, żeby to był nasz dom". Ona, prześliczna staruszeczka, popatrzyła na nas dobrymi, jasnymi oczami i powiedziała: "Tak? To ja wam to sprzedam".
Zobaczyła w was przyszłość tego domu, kontynuację historii?
Myślę, że tak. Ona nie chciała, żeby był w nim zajazd czy hotel. Pragnęła, żeby ta jej rodzinna historia dalej się tu toczyła. Zaprosiła nas do środka. Zobaczyliśmy meble, książki. Weszliśmy jak do świata z baśni. Dom wyglądał tak, jakby na chwilę ktoś z niego wyszedł, wszystko było jak kiedyś. Tylko że była też dziura w suficie i na ten stół, przy którym teraz siedzimy, lała się woda. Bo to jest stół stąd, trzeba go było odrestaurować. A my wtedy jeszcze wciąż się zastanawialiśmy: który dom wybrać? Jeździliśmy to tam, to tu, bo przyznają panie, że jest to ważna decyzja w życiu młodych ludzi. W tym czasie ktoś się tutaj włamał i ukradł sześć krzeseł od kompletu stołowego. Strasznie się tym zmartwiłem. Powiedziałem właścicielce, że powinna to jakoś zabezpieczyć, bo byłoby szkoda, gdyby coś takiego miało się powtórzyć. Odparła, że nie ma możliwości, aby to zabezpieczyć, a jeśli ja je mam, to żebym to zrobił. Zamówiłem transport, zapakowałem stare meble, które tu były, i wywiozłem je do przyjaciela. Zanim to zrobiłem, chciałem zostawić właścicielce równowartość pieniężną. Żeby była pewna, że to jej nie przepadnie, bo to przecież jeszcze nie było moje. Popatrzyła wtedy na mnie tymi swoimi dobrymi oczami i powiedziała: "To niepotrzebne. Przecież my się umówiliśmy". Panie sobie wyobrażają? W czasach gdy w Polsce nie działy się dobre rzeczy, ja wywożę to, co jej zostało, a ona mi mówi, że nie chce pieniędzy, bo my się umówiliśmy. Wróciłem do domu i powiedziałem żonie: "Wiesz, Aniu, decyzja chyba zapadła". I tak się stało, że trafiliśmy tutaj latem osiemdziesiątego siódmego roku. Tu urodziły się nasze młodsze dzieci. Powiedziałem żonie: "W jeden sezon wszystko tu naprawię" (śmiech). Jak się potem okazało, musieliśmy zrobić remont kapitalny, rozebrać cały dach. Tak jest ze starociem: jak stoi, to stoi, a jak się coś ruszy, to się okazuje, że pod spodem nic już nie ma, a że się ruszyło, to się zawala. Jeszcze nie skończyłem remontu, a robię go już dwadzieścia pięć lat. Początkowo mieszkaliśmy w oficynie. Własnoręcznie zbiłem drzwi. Tak się rozeschły, że widzieliśmy wszystko na zewnątrz (śmiech).
Kiedy brat tu Pana odwiedzał, to łapał oddech?
Nie bywał tu często, bo on inaczej odpoczywał. Inaczej spędzał czas. Traktował nas trochę jak skansen dziwaków. Co też było obiektem naszych drwinek. Bo wyobraźcie sobie, przyjeżdża do nas komandos i raptem okazuje się, że wszystko, co nas otacza, jest potwornie niebezpieczne. Na przykład są konie. Sławek ostrzegał więc syna: "Kacperku, nie podchodź do konia". I Kacperek nie mógł podejść do konia, bo koń jest niebezpieczny. A to psy biegają, a to staw, to niebezpieczne. Słowem, zachowywał się prześmiesznie. To nie był jego świat. Mówiliśmy mu: "Idź na spacer, zobacz, jak tu ładnie". Obszedł gazon i już był z powrotem. Już po spacerze. A mógł narzucić plecak z obciążeniem i pobiec do Warszawy i z powrotem, w takiej był formie. Jak miał zadanie, to je wykonał, ale spacer? Po co miałby tak sobie chodzić? Co miałby tu oglądać? (śmiech)
Pewnie uważał, że w przyrodzie nic ciekawego dla niego nie ma.
On po prostu nic ciekawego w niej nie widział. To nie znaczy jednak, że nie byliśmy sobie bliscy. Przypomniało mi się, że pisał na książkach bardzo ładne dedykacje, z których się dowiadywaliśmy, jak on nas ceni i jaki jest z nas dumny. Kiedy przeczytałem jedną z nich, powiedziałem do synów, żartując: "Rany boskie, patrzcie no. Stryjek napisał ludzką mową". Ale wszyscy byliśmy wzruszeni. Widocznie jak miał przelać myśli na papier, to wychodziło z niego coś prawdziwego, z czym się nie zdradzał na co dzień. Bo nie był specjalnie wylewny. Podążaliśmy swoimi drogami, różniliśmy się, ale obaj nawzajem byliśmy z siebie dumni. On był człowiekiem zadaniowym. Pojawiał się wtedy, kiedy był potrzebny. A kiedy nic się nie działo, to po co miał się pojawiać? Pomógł wielu ludziom, wiedzieliśmy o tym. Dla mnie najważniejsze było poczucie, że gdyby mi był potrzebny, to na pewno mógłbym na niego liczyć. On też miał taką świadomość, choć byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że nie było takiej potrzeby.
Jaka refleksja narodziła się w Panu, gdy dowiedział się Pan, że brat nie żyje? Pomyślał Pan, że gdyby wiedział o jego decyzji, mógłby mu pomóc, zapobiec?
Ale jakiej decyzji?
Decyzji o samobójstwie.
A panie są pewne, że on popełnił samobójstwo?
Prokuratura wstępnie ustaliła, że nie było w jego śmierci udziału osób trzecich.
Akurat w tej sprawie nie chodzi o to, co kto myśli. Chodzi o to, aby odpowiednie organa mogły to ustalić bez wątpienia. Ale organa wciąż nie umieją tego ustalić. A sposób, w jaki zabierają się do rzeczy, jest dla mnie dziwny. I myślę, że nie tylko dla mnie. W ważnych sprawach liczy się szybkość działania. A w tym przypadku nie ma żadnej szybkości. Od samego początku.
Był weekend, było Euro, szykowaliśmy się na mecz Polska-Czechy...
Wiedzą panie, ja jestem lekarzem weterynarii. Siedzę sobie tutaj z paniami i rozmawiam. Ale gdy zadzwoni telefon i usłyszę, że jest poród u klaczy, to choć miło nam się będzie rozmawiać, wsiądę do samochodu i pojadę. Bez względu na porę. I tak pracuję przez trzydzieści pięć lat. Jeżeli ktoś mi opowiada, że jakiś prokurator czy doktor, który wykonuje sekcję, albo pracownik ABW czy jakiegoś innego organu w weekend nie pracuje, bo głowa go boli, czy tam co innego, to mnie to w ogóle nie trafia do przekonania. Jak się ktoś umówił za konia, to musi ciągnąć. Nie ma rady. Na tym polega profesjonalizm. A tu tego nie widzę. Bo weekend, bo Euro, bo mecz z Czechami. A ja się dowiaduję, że jeszcze nie było badania balistycznego, a toksykologiczne dopiero niedawno. Nie chciałbym się wypowiadać na ten temat. Moje odczucie nie ma żadnego znaczenia. Już nic nie odwróci tej sytuacji. Sławek nie żyje. Ale od ustalenia, jak to się stało, powinien być ktoś, kto jest do tego powołany. I powinien przedstawić niezbite fakty, żebyśmy mogli wszyscy w nie uwierzyć czy przyjąć do wiadomości, że tak było. Mądrali, którzy będą opowiadać, że mój brat się załamał, albo innych, mówiących, że taki twardziel, gdzieżby on to zrobił, jest wielu. Każdy ma jakieś odczucia, jakieś zdanie. Potrzebne są fakty.
Co budzi pańskie wątpliwości w dotychczas ustalonych faktach?
Jak panie myślą, w jakiej sytuacji człowiek podejmuje taką decyzję?
Może być tysiące powodów.
Wtedy zadzwoniła do mnie Dominika. Przeraziła mnie ta informacja. Nie wiedziałem, jak ją zweryfikować. Większość ludzi nie przyjęła do wiadomości, że Sławek mógłby w taki sposób zareagować. Na cokolwiek. Nie wiem. Nie chcę się na ten temat wypowiadać. Bo co nam z odczuć? Ale badanie tej sprawy, zresztą nie tylko tej, wielu spraw w naszym kraju, odbywa się tak, jak się odbywa. Dlatego, myślę, nie będziemy wiedzieć, co się stało. Sposób prowadzenia spraw, opieszały, powolny, uwarunkowany od tego, czy jest sobota, niedziela... Dla Sławka nie było soboty ani niedzieli. Było zadanie do wykonania, to on i wszyscy jego ludzie to zadanie wykonywali. A jak się jest urzędnikiem państwowym, to wtedy może być niedziela, weekend, mecz, urlop albo nie ma ważnej pani Zosi i nikt nic nie wie. Nie chcę snuć spiskowych teorii.
Czego dotyczyły Pana ostatnie rozmowy z bratem?
Zdrowia naszych rodziców. Są już mocno zaawansowani wiekowo. Tata ma dziewięćdziesiąt sześć lat, a może dziewięćdziesiąt cztery, bo mógł skłamać, żeby w młodości iść do wojska, i się postarzył (śmiech). Mama w tym roku skończy dziewięćdziesiąt lat. Sławek czuł się bardzo odpowiedzialny za rodziców. A że on mieszkał w Warszawie, a ja mieszkam na wsi, to jemu łatwiej było ich odwiedzać. Rozmawialiśmy więc o rodzicach, o tym, jak wszystko zorganizować, bo zaczynają się problemy. Rodzice mieszkają sami.
Nie ma Pan wrażenia, że choroba rodziców mogła go przybić?
Ale jaka choroba? Gdyby nasi rodzice nagle się rozchorowali, to moglibyśmy mieć problem z ich chorobą. Ale jeżeli ktoś w wieku dziewięćdziesięciu lat mówi: "Kiedy mi oddasz samochód, bo muszę jechać na Mazury", to się martwimy, co zrobić, aby tym samochodem jednak nie jechał. To są problemy związane z wiekiem. Ale to nie jest żadna tragedia. Nie okazało się nagle, że któreś z naszych rodziców jest okropnie chore. Musieliśmy raczej przewidywać sytuację, żeby im pomóc. I to tak Sławka przeraziło, że poszedł do garażu i się zastrzelił? No, nie brnijmy w paranoję. Oczywiście, że to jest nowe doświadczenie, nowe wyzwanie, bo przy tak do tej pory sprawnych rodzicach ich późny wiek jest problemem. Ale kiedy było się generałem, który mógł jednym telefonem załatwić wszystko, a tu raptem się okazuje, że choć w dalszym ciągu jest się generałem, to ten telefon już tak samo nie zadziała, to może być stresujące, prawda? Jednak opowieści, które się czyta, że wykryto u Sławka alzheimera i że to tym tak się zdenerwował, są oczywiście bzdurą. Wiemy, skąd się ona wzięła. Mianowicie nasz tata zaczął mieć problemy z pamięcią, więc poszliśmy z nim do poradni. Tam go zarejestrowano jako pułkownika Petelickiego. Ktoś musiał sprzedać tę informację i tak zrodziła się plotka, że Petelicki ma alzheimera. Albo inna, że miał problemy finansowe. Co też jest bzdurą, bo z człowieka bardzo majętnego stał się człowiekiem majętnym. Nie jest to taki problem, żeby się z tego powodu załamać.
Śnił się Panu już po śmierci?
Śnił mi się. Jakie jest następne pytanie?
Jak się śnił?
Nie brnijmy w to, proszę. Bardzo przeżyłem jego stratę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że może to być aż tak ciężkie. Stan permanentnego strachu o niego pozwolił mi się do tego przyzwyczaić, bo wiedziałem, że on w zasadzie stale jest w jakimś niebezpieczeństwie. Cieszyłbym się, gdyby kiedyś w końcu powiedział, że zostanie stolarzem. Ale jednocześnie wiedziałem, że to jest jego życie, że taką drogę sobie wybrał, i szanowałem to. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że się o niego martwiłem. Wiedziałem, że jego profesja jest niebezpieczna. Bałem się o niego. Dlaczego się nie odzywa, dlaczego choćby nie mówi mamie: "Niech ten Januszek do mnie zadzwoni". Wtedy byłbym spokojny, że u niego wszystko w porządku, a ja... Dobra tam, jestem ten młodszy i muszę zadzwonić.
Kiedy Pan myśli o bracie, to za czym najbardziej tęskni?
Tęsknię za nim. Po prostu.