PROLOG
Szkocja, 1960 rok
Miasto powoli pogrążało się w mroku. Potężna, górująca nad Stirlingiem sześćdziesięciosiedmiometrowa wieża wzniesiona ku pamięci sir Williama Wallace'a niemal zniknęła w ciemnościach. Gęsta mgła opadała ze zboczy wzgórz Ochills i zalegała na dachach domów, kościołów oraz kamienic. Wilgotne powietrze wypełniała mieszanina zapachów: ostrych, błotnistych i metalicznych, przez co stało się jasne, że lada moment deszcz wartkimi strumieniami zaleje okolicę.
Mimo podłej pogody mężczyzna przekręcił klucz w drzwiach i rozświetlił wnętrze lokalu. Żarówki w kinkietach rzucały ciepłą poświatę, która kładła się na pastelowej pasiastej tapecie i modnej boazerii, zbitej z wąskich dębowych listewek. Kolor drewna idealnie współgrał z lakierowanym kontuarem ustawionym naprzeciw wejścia oraz sięgającym sufitu regałem z pokaźną kolekcją butelek w różnym stopniu wypełnionych alkoholem.
Mężczyzna zmęczonym krokiem przeszedł przez niewielkie pomieszczenie, mijając okrągłe stoliki o podniszczonych blatach i obdartych nogach oraz krzesła z siedziskami z czerwonego pluszu. Kierował się w stronę dwóch okien, pod którymi pyszniła się tapicerowana długa kanapa. Już na pierwszy rzut oka wydawała się cudownie wygodna i zachęcała, by na niej spocząć, lecz mężczyzna oparł się temu i tylko musnął kolanem materiał, po czym otworzył jedno z okien. Chciał wypędzić z baru stęchłą woń alkoholu, papierosów oraz potu, będącą nieodłącznym elementem tego przybytku. Następnie nastawił płytę w gramofonie i wszedł za drewniany kontuar, przy którym stało siedem zydli. Dopiero wtedy zsunął z ramion nasiąknięty wilgocią płaszcz.
Nim stanął za barem, gotów do pracy, spojrzał jeszcze w lustro.
Poorana głębokimi zmarszczkami twarz, worki pod oczami, przyprószone siwizną ciemne włosy, brwi i wąsy wyraźnie różniły się od fizys stałych bywalców tego miejsca. Młodzi Szkoci przychodzili tu co wieczór, by topić w alkoholu ostatnie funty swoich wypłat. Niemal każdej nocy upijali się do nieprzytomności, jak gdyby w ten sposób mogli zapomnieć o przeżytej niedawno tragedii. On nosił w sobie po stokroć więcej traum niż wszyscy jego klienci razem wzięci, a jednak nie sięgał po kieliszek. Picie w niczym by mu nie pomogło. Mógłby co dzień płukać w wódce wspomnienia, a one i tak wciąż przytłaczałyby go intensywnością.
Wstrzemięźliwość w jego przypadku nie była wyłącznie wynikiem silnej woli. W świecie, w którym pozbawiono go należnego szacunku, honorów i praw, nie było miejsca na taką przyjemność. Wiedział, że gdyby uległ pokusie, upadek okazałby się zbyt bolesny, a on sam mógłby nie podołać kolejnej próbie odbudowania swojego życia na gruzach.
Jeszcze kilka lat temu złościłby się na absurdalny chichot losu, który nakazywał mu patrzeć na rzeczywistość z tej perspektywy. Lecz odkąd skończył pięćdziesiąt lat, cicha pokora wobec klientów była obecna w każdym jego geście, spojrzeniu i cieniu uśmiechu. Po tym wszystkim, co go spotkało, inny facet by się poddał i odpuścił starania o godne życie.
On jednak niestrudzenie trwał na posterunku.
Pchała go naprzód niezachwiana wiara w celowość codziennych działań. Los nieraz już nagrodził jego cierpliwość, systematyczność oraz konsekwencję. Dlatego teraz barman był przekonany, że jego obecność w tym miejscu również ma głębszy sens - konkretny, ukryty cel, którego jeszcze nie odkrył, ale pewnego dnia z pewnością będzie mu dane go poznać.
Rześka woń powietrza dopływającego przez otwarte okno wywiała z jego głowy wszelkie myśli. Rozpiął guzik przy kołnierzyku koszuli i podwinął rękawy. Pierwszy raz od lat nie zastanawiał się nad tym, czy tej nocy otrzyma odpowiedzi na swoje pytania. Podejrzewał, że nadciągająca burza skutecznie odstraszy klientelę, a on spędzi kolejne godziny, wsłuchując się w melodię spadających kropel.
Spojrzał w okno i to napełniło jego serce kojącym spokojem. Deszcz zacinał coraz intensywniej, zabierając powietrzu ostatki przejrzystości, i gdy zdało mu się, że oczekiwania względem nocnej zmiany staną się rzeczywistością, zawieszony nad drzwiami dzwonek nieoczekiwanie oznajmił przybycie gościa.
Barman ze zdziwieniem dostrzegł, że nie jest to nikt z tutejszych, lecz młoda, nieznana mu kobieta o mglistym spojrzeniu, w rozmazanym makijażu i mokrym, rozpiętym płaszczu, pod którym kryła się opinająca ponętne ciało garsonka.
Kobieta chwiejnym krokiem weszła do środka i usiadła na jednym z zydli przy barze. Na sąsiedni odłożyła torebkę i toczek. Nie przejęła się, że gdy zdejmowała nakrycie głowy, z jej włosów wysunęło się kilka szpilek i z brzękiem spadło na drewnianą podłogę. Może gdyby spojrzała w lustro, zobaczyłaby, że teraz jej fryzura wygląda opłakanie. Ale nawet włosy w nieładzie ani odrobinę nie ujmowały jej urody. Nieznajoma była zdumiewająco piękna i mężczyzna pomyślał, że powinna zdobić okładki żurnali, zamiast pokazywać się w tak marnym wyszynku.
- Podwójną szkocką proszę - rzuciła surowym tonem, nawet na niego nie patrząc.
- Czystą słodową czy blendowaną?
Żachnęła się.
- Czystą oczywiście.
Nalał trunek i podał jej szklankę, a ona wypiła wszystko jednym haustem.
- Jeszcze jedną.
Spełnił jej żądanie, lecz ukradkiem podmienił butelki i wziął tę, w której miał whisky rozcieńczoną z wodą sodową. Podawał ten drink zawsze, gdy widział, że klientowi starczy już mocnego alkoholu.
Nieznajoma co prawda nie wydawała się nadmiernie upojona, ale on nie był pewien, kto jeszcze zjawi się tej nocy w pubie. Nie miał ani siły, ani ochoty odganiać napalonych lokalsów od dziewczyny, która najwyraźniej potrzebowała odciąć się od własnych myśli.
- Zły dzień? - zagadnął.
Pochwyciła szklankę, lecz zamiast wypić alkohol, przesunęła opuszką po kryształowej krawędzi.
- Zły dzień, miesiąc, rok... - Westchnęła cicho. - Może nawet całe życie.
Widział, jak jej wzrok mętnieje, a słowa z trudem przechodzą przez gardło. Znał takie reakcje nazbyt dobrze.
To był żal.
Czysty, paraliżujący żal za czymś, co zostało zniszczone, zaprzepaszczone. Być może nawet utracone na zawsze.
- Nie był pani wart.
Parna cisza pękła pod naporem jej cierpkiego śmiechu. Kobieta uniosła wzrok na barmana.
- Skąd pewność, że chodzi o mężczyznę?
- Nie wiem. Strzelam. Podobno jestem w tym dobry.
Zrobiła pełną politowania minę i posłała mu zimne, pobłażliwe spojrzenie.
- Ktoś, kto tak sądził, musiał pana okłamać. Czasem lepiej opuścić broń niż strzelać ślepakami. O ile chce się zachować twarz.
Barman uniósł brew, przyjmując ten cios bez mrugnięcia okiem.
W swoim przeszło pięćdziesięcioletnim życiu spotkał wiele kobiet, które z perfekcyjną precyzją wybierały z alfabetu odpowiednie litery i układały z nich zdania najboleśniej uderzające w jego ego.
Przyjrzał się uważnie nieznajomej, zastanawiając się, czy ona również nosi w sobie ten sam chłodny pierwiastek.
Kobiety z jego przeszłości stwarzały pozory silnych, niebezpiecznych i niezniszczalnych. Powieka im nie drgnęła, gdy stawiały czoła najtrudniejszym przeciwnościom losu, działając niczym karabin maszynowy. Byle przetrwać i dać schronienie temu, kto krył się za ich plecami.
Nie znał ludzi wytrzymalszych psychicznie niż one. Z czasem jednak pojął, że taka niezłomność była zabójcza. Nie pozwalała na wytchnienie, zmuszała do wiecznej czujności i gotowości do walki, a przy tym odbierała prawo do bycia słabą. Być może dlatego odcinały się od własnych lęków, emocji i pragnień, przywdziewając pancerz pychy, buty i opryskliwości, a także wykorzystując słowne gierki, żeby nikt nie dostrzegł, jak trudno im poukładać własne życie.
Słabość była dla tych kobiet zakazanym luksusem. Dla nieznajomej najwyraźniej też.
Łączyła je jednak wspólna historia, ponieważ naturą ich wszelkich problemów zawsze była miłość. Ta niespełniona, nieugaszona, nieodwzajemniona. Uczucie tak dalekie od oczekiwań było niczym śmiertelny strzał. I choć nie padał z broni palnej, kruszył kobiece dusze, rozrywał serca, obracał w gruzy świat. Te niezłomne z pozoru kobiety uśmiercała chwila, w której dowiadywały się, że wszystkie ideały, o które walczyły, a także cała ich siła, zaangażowanie i serce wkładane w próby uzdrowienia rzeczywistości były daremne. Obietnice nagle okazywały się bez pokrycia, dokonania przykrywało słowo "rozczarowanie", a one same traciły pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Miłość, która dla innych była ratunkiem, im przynosiła zgubę. Od tamtej pory nigdy już nie były takie same.
- Jeśli nie chodzi o mężczyznę - barman przerwał ciszę równie pewnym tonem jak ten, którym poczęstowała go nieznajoma - musiał być to ktoś, kto bezczelnie wykorzystał panią do własnych celów, po czym okazało się, że nie poniesie kary za swoje czyny, prawda?
Kobieta zamarła i z trudem przełknęła ślinę. Widział, jak jej twarz, na której malowało się głębokie zaskoczenie, blednie, a piersi unoszą się szybko, popędzane nerwowymi oddechami. Trwało to kilka sekund, nim wybuchnęła histerycznym śmiechem, by zatuszować pierwszą reakcję. Barman udał, że go nie słyszy. Krótka chwila zawieszenia, która przywołała na jej lico trwogę, wystarczyła, by utwierdził się w przekonaniu, że tym razem trafił w samo sedno.
Nieoczekiwanie piorun przeciął niebo i w lokalu zamigotało światło. Momentalnie ulewa przybrała niewiarygodnie na sile. Deszcz dudnił w okna, reklamę przymocowaną do elewacji budynku oraz blaszany daszek nad wejściem. Intensywność była tak wielka, że zagłuszała muzykę płynącą z gramofonu.
- Moja zła sława mnie wyprzedza czy mam wypisane na twarzy, co mi się przydarzyło? - Nieznajoma nastroszyła się, niewzruszona zupełnie aurą na zewnątrz.
- Spotkałem w życiu zbyt wiele kobiet takich jak pani, by stawiać błędne diagnozy. Ot, cały sekret.
Barman podszedł do okna i zamknął je, by uchronić kanapę przed zalaniem. Przy okazji rozejrzał się po okolicy. Z ulgą przyjął, że nie ma tam żywej duszy. Następnie podniósł ramię gramofonu, zmienił płytę i nastawił igłę. W barze rozbrzmiał głos Lonniego Donegana, którego piosenki od kilku lat zdobywały angielskie i szkockie listy przebojów. Kobieta w tym czasie zdążyła odpalić papierosa i z zainteresowaniem śledziła każdy ruch mężczyzny.
- Kim pan naprawdę jest? - zagadnęła, gdy wrócił za kontuar.
- Barmanem - skwitował, po czym sięgnął po ścierkę i zaczął wycierać szklanki z mydlanych zacieków, które zawsze zostawały po nocy.
- Tylko?
- W tym życiu tak.
Uśmiechnęła się gorzko.
Pomyślał, że zapewne rozumiała te słowa aż nadto dobrze. Minęło piętnaście lat od zakończenia najkrwawszej wojny w dziejach i ludzie budowali po niej nowe, nie zawsze lepsze życie, odgradzając się od poprzedniego szczelnym murem.
- Przed czym pan uciekł do Szkocji?
- A kto powiedział, że uciekłem?
- Nikomu by się nie chciało mieszkać na takim odludziu, gdyby nie musiał się chować przed... - Zaciągnęła się papierosem, pochyliła głowę i wwierciła się w niego podejrzliwym wzrokiem. - Sprawiedliwością? Odpowiedzialnością? Długami?
- Zwyczajnie nie miałem dokąd wrócić.
Na jej twarz wystąpił cień bólu. Zgasiła peta w popielniczce i napiła się whisky.
- Zabawne, że wybrał pan akurat to miejsce.
- To była raczej kwestia przypadku. Nie upatrywałbym w tym nadrzędnego sensu.
Posłała mu przeciągłe spojrzenie. Nie było w nim ani krzty zmysłowości, raczej próba wyczytania z jego oczu czegoś więcej.
- Przecież to jedno z najgorszych miejsc do życia.
- Czasem tak jest, że człowiek zamieszkuje w przypadkowej mieścinie. Nie zrobiłem tego z nagłej potrzeby zatrzymania się w życiu. Byłem po prostu zmęczony bezskutecznym poszukiwaniem domu. Zrozumiałem, że żaden budynek nie zastąpi mi już tego, do którego chciałbym wrócić, więc co za różnica zamieszkać w Stirlingu czy w innym zakątku tego świata? - Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, co gorsze: pańska nieugaszona tęsknota za rodzinnym domem czy moje obrzydzenie do własnego.
- Nic, co przynosi cierpienie, nie jest dobre dla człowieka.
Uśmiechnęła się kwaśno.
- Też tak myślałam, dlatego przez lata uciekałam od tego, co przynosiło mi ból. Pewnego dnia obiecałam sobie, że za nic w świecie nie wrócę do rodzinnego domu. Choćby nie wiem jak było mi trudno, nigdy już nie postawię tam stopy.
- Powroty są trudne, ale bardzo potrzebne.
Potrząsnęła głową.
- Nie chcę wracać. To tak, jakbym na własne życzenie znów miała żyć z piętnem, wstydem i świadomością, że człowiek niszczy czyjś świat przez wzgląd na własne interesy. Nie zrobię sobie tego.
- Więc czego pani tu szuka?
Zacisnęła usta w wąską kreskę i przez chwilę milczała. A potem podjęła zduszonym głosem, jakby walczyła ze sobą, żeby się nie rozpłakać:
- Do niedawna wierzyłam, że jestem lepsza, mądrzejsza, bardziej empatyczna, że... - Wykonała nieokreślony ruch ręką. - Że nie jestem taka jak moja matka. Gdybym się wtedy założyła, że nigdy nie zrobię tego, co ona, przegrałabym wszystko.
Wypiła trunek do dna. W jej oczach zamajaczyły łzy, więc barman bez słowa uzupełnił szkło oszukanym alkoholem.
- Wie pan, co w tej historii jest najgorsze? - zapytała powoli.
- Że którąkolwiek z dróg by pani nie szła, każda i tak zaprowadziłaby ją do miejsca, przed którym próbuje pani uciec?
Głośno wypuściła z ust powietrze, jak gdyby nie dowierzała jego słowom, a potem uśmiechnęła się półgębkiem.
- Zwracam honor. Naprawdę celnie pan strzela.
- Tym razem nie musiałem.
- Też pan to przeżył?
Łypnął na nią nerwowo.
Nie chciał mówić o sobie. Wiedział, że nie jest to im teraz potrzebne. Nieznajoma zniknie stąd za jakiś czas, zapewne nie zapamiętawszy nawet kilku jego słów, on zaś przez kolejne dni znów będzie się babrał w piekących wspomnieniach. Wyjdzie z nich cało, jak zawsze, ale będzie słabszy niż poprzednio, bardziej przybity wyrzutami sumienia i trudniej będzie mu przełknąć gorzką prawdę, że zmarnował zbyt wiele szans na szczęśliwe życie.
Westchnął, czując na sobie przeszywające spojrzenie.
- Widzi pani... Z życiem jest jak z szachami. Przychodzi taki moment, gdy musisz ruszyć z miejsca, by kontynuować partię. Ale jednocześnie wiesz, że niezależnie od tego, które pole wybierzesz, przegrasz. Że ten ruch obróci się w porażkę. Obedrze cię ze szczęścia, zostawi z poczuciem braku, którego niczym nie da się wypełnić. Pewnego dnia postanowiłem wykonać straceńczy ruch, bo wiedziałem, że nie mam wyboru. Później było mi już bez różnicy, gdzie osiądę, by przetrawić przegraną. A to miejsce... - Zerknął w okno. - Deszcz pada tu niemal przez cały rok, więc człowiek ma wrażenie, że świat płacze razem z nim.
Broda nieznajomej zaczęła drżeć.
- Nie zdaje pan sobie sprawy, jak dobrze to rozumiem - wyszeptała. - Nie potrafię odważyć się na ten jeden ruch. Gram na zwłokę, łudząc się, że czas pozwoli mi znaleźć rozwiązanie. Dlatego cofnęłam się o dwa pola i jestem tu, choć czuję, że to tylko wydłuży moje cierpienie.
- Cofanie się to też jakiś ruch. Gdy się zbłądzi na życiowych ścieżkach, dobrze jest wrócić do miejsca, z którego ma się jeszcze jakieś pole manewru. Niech pani poczeka. Zastanowi się, co powinna zrobić. A kiedy los nadal uparcie będzie wrzucał panią w zasieki, sztuką jest postawić taki krok, który przyniesie najmniej cierpienia. Taki, z którego konsekwencjami będzie pani potrafiła żyć do końca swoich dni.
Znów zapadło między nimi milczenie. Płynący z gramofonu głos Lonniego Donegana zdawał się nie docierać do myśli kobiety. Wpatrywała się w szklankę, a ból rysujący się na jej twarzy był tak wymowny, że poruszyłby skałę.
- Udało się panu wybrnąć z takiego miejsca? - zapytała. - Czy tu, w deszczu i smutku, dostał pan to, czego oczekiwał od życia?
Po ciele barmana przebiegł nieznośnej natury dreszcz. To był wyrzut nieposkromionej tęsknoty, której obecność na co dzień mężczyzna tłumił wieloma obowiązkami. Teraz dała o sobie znać szybkim i ostrym dreszczem. Była niczym porażenie prądem. Gwałtownie go ocuciła, spięła mięśnie i przywołała wspomnienia ukochanej twarzy. Myśli powiodły go do pamiętnej chwili: do wyboru, którego gorzkich konsekwencji nie potrafił przełknąć.
- Nie miałem żadnych oczekiwań względem tego miejsca - odparł wymijająco i nalał sobie piwa. - To nie leży w mojej naturze.
- Nonsens. Nie wierzę, że na przestrzeni tych lat nigdy nie żywił pan nadziei na dobrą przyszłość. Zwłaszcza że jest pan w słusznym wieku, zatem świadomie przeżył koszmar minionej wojny.
- Mężczyźni nie zadręczają się takimi sytuacjami, bo ich wybory leżą na gruncie rzeczy w swej istocie nieważnych. Może zrobię pani drinka? - Wskazał na jedną z pustych butelek po whisky, które zalegały za ladą. Myślał tylko o tym, by wreszcie skończyła dociekać. - Tutejsze kobiety lubią różne mieszanki wódki. Wyspecjalizowałem się w nich. Dodaję do nich trochę słodkiego syropu...
- Bzdury! - ucięła gorzko. - Mężczyźni rządzą tym światem od zarania dziejów i nie zanosi się, żeby to miało się zmienić.
Barman poczuł, że podnosi się mu ciśnienie, ale lepiej już było prawić o mężczyznach, niż wracać sercem do kobiety jego życia.
- Owszem, decydują o prawach, zasadach, normach społecznych i konfliktach zbrojnych, ale to nigdy nie jest ostateczność - powiedział. - Termin ważności męskich paktów i układów mija w chwili, gdy na arenę wkracza mocniejszy gracz. Przestawia pionki, burzy hierarchię i ustala nowe przepisy. Reszta watahy musi albo się dostosować, albo podwinąć rękawy do bójki. Kobiety natomiast działają ponad męskim światem, ponieważ dokonują wyborów na poziomie duszy. W dodatku ich decyzje często są definitywne i nieodwołalne. Kobiety potrafią wynieść na piedestał największego nieszczęśnika, a najsilniejszego herosa wtrącić do emocjonalnej niewoli. Niesiecie nadzieję, tworzycie coś z niczego i kreujecie rzeczywistość. Mężczyźni są podlegli narzucanym przez was prawom, dlatego to wy, kobiety, macie największą władzę w dziejach tego świata, bo bez użycia siły fizycznej budujecie albo niszczycie.
- I pana jedna z takich kobiet zniszczyła, prawda? - Nieoczekiwanie nieznajoma wyartykułowała nad wyraz trafną konkluzję.
Barman chciał zaprzeczyć, lecz wyraz jego twarzy musiał zdradzać znacznie więcej, niż by tego chciał, kobieta uśmiechnęła się bowiem cierpko.
- Jak moja matka. Ona też umiała tylko niszczyć, a teraz ja nieświadomie kroczę jej drogą. Cóż za farsa... - Pokręciła głową, jak gdyby nie potrafiła uwierzyć w swoje przeznaczenie. - Najwidoczniej jestem tak samo zepsuta jak ona.
- Nikt nie jest z natury zły. Zawsze istnieje druga strona problemu, która rzuca światło na każde mroczne zachowanie. Tylko że czasem jej nie widzimy albo nie chcemy dostrzec.
Wzruszyła ramionami.
- Wobec tego jestem ślepa. I nie wiem... Nawet w takim stanie - zakołysała szklanką whisky - nie wiem, czy istnieje wytłumaczenie dla zachowania mojej matki. Może pan ma jakiś pomysł, na co powinnam zwrócić uwagę? Jakieś złote rady na takie trudne kobiety?
Pod ciężarem przenikliwego spojrzenia barman poczuł nieprzyjemne gniecenie w brzuchu. Nie lubił, gdy ktoś ciągnął go za język, i był zły na siebie, że rozmowa zboczyła w tym kierunku.
- No śmiało, proszę powiedzieć - naciskała nieznajoma.
- Myślę, że cokolwiek bym nie powiedział, to nic nie pomoże, bo nie znam pełnego obrazu sytuacji - uciął krótko.
Ona jednak skrzywiła się, wyraźnie nieusatysfakcjonowana.
- Sam pan stwierdził, że znał takie kobiety jak ja. A... choć trudno mi się do tego przyznać, jestem kopią swojej matki. - Czknęła. - Skoro więc tak dobrze rozpracowuje pan ludzi, to może odkryje coś, dzięki czemu powrót w matczyne ramiona nie będzie dla mnie aż takim koszmarem?
Upił łyk piwa, patrząc na nią zrezygnowanym wzrokiem. Z początku chciał być miły i pomocny, bo założył, że - jak zwykle bywało w takich sytuacjach - to on będzie wysłuchiwał łzawych historii. Sam nie miał zamiaru nikomu się zwierzać. Zwłaszcza z historii kobiety, której wspomnienie od kilku minut znów przygniatało go swoim ciężarem.
- Nie. Nie wydaje mi się, żebym miał taką moc.
Zmrużyła oczy.
- Tak jak myślałam. Jest pan taki sam jak wszyscy faceci. Cwany w gadce, ale gdy trzeba wykazać się jakimś działaniem, tchórzy.
Wypiła resztę whisky, po czym sięgnęła po torebkę, a wtedy jej zawartość wysypała się na ladę. Na lakierowany dębowy blat wypadły drobiazgi; zgniecione bilety kolejowe, paczka papierosów, zapałki, spinki do włosów, dwie szminki, kilka drobniaków... Było tego tak dużo, że barman zdziwił się, iż tak mała torebka potrafi pomieścić tak wiele rzeczy. Nieznajoma spośród przedmiotów wydobyła portmonetkę i rzuciła w jego stronę kilka banknotów. Bez słowa odliczył z kasy resztę, potrącając za oszukany alkohol, podczas gdy ona chowała wszystko do torebki.
- Proszę zatrzymać pieniądze na poczet kolejnych spotkań - odparła, gdy wyciągnął w jej stronę dłoń z funtami szkockimi. - Znając moją matkę, pewnie będę tu często zaglądać.
- Mam nadzieję, że jednak nie. To nie miejsce dla młodych kobiet.
Uśmiechnęła się krzywo.
- Ani dla takich kulturalnych starszych panów.
Zarzuciła na ramiona mokry płaszcz, na głowę wcisnęła toczek, po czym skierowała się do wyjścia.
- Proszę poczekać, zapomniała pani chusteczki.
Barman sięgnął po leżący na podłodze po stronie baru materialik. Bawełniana chusteczka obrobiona błękitną nitką była nadszarpnięta zębem czasu, pożółkła i sfatygowana, jednak nadal miękka w dotyku. Patrząc na nią, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Serce zaczęło dudnić mu w piersi boleśnie i z trudem zdołał złapać oddech. Zdał sobie bowiem sprawę, że doskonale zna wyszyte z finezją i dbałością inicjały. Nie widział ich od tak wielu lat, że wspomnienie niemal zatarło się w jego pamięci, a jednak teraz obrazy przeszłości wróciły do niego wraz z najpiękniejszym smakiem ojczyźnianej słodyczy. Delikatnie przejechał opuszką kciuka po ściegu. Gdy wyczuł nierówności, wzruszenie ścisnęło go za gardło, a nogi ugięły się pod nim z emocji.
- Skąd pani to ma? - wydukał, nie odrywając wzroku od połyskującej niebieskiej nici.
- Od matki. Kobiety, której wolałabym już nigdy w życiu nie spotkać.
Zamknął w dłoni chusteczkę i wbił w dziewczynę przesłonięte łzami spojrzenie. To musi być nieporozumienie. Kpina losu, który kolejny raz chciał go ośmieszyć, złamać oraz zniszczyć w nim resztki wiary w człowieka!
Patrzył na młodą kobietę, próbując pojąć sens tej sytuacji. W nieznajomej nie było nic, co mógłby znać i porównać do jego ukochanej z przeszłości.
Przybyła miała ostre, symetrycznie wyrzeźbione rysy, dość wydatne usta i kości policzkowe. Proste, gęste i czarne brwi biegły aż do połowy skroni, a piwne oczy wlepiały się w niego z rozdrażnieniem. Do tego ta karnacja, zupełnie niepasująca do ubogiej w słońce Szkocji ani słowiańskich, arystokratycznych bladości. Gdyby miał strzelać w ciemno, uznałby, że korzenie nieznajomej sięgają południa Europy, Hiszpanii, Włoch albo Federacyjnej Ludowej Republiki Jugosławii, a nie wschodnich krańców Rzeczypospolitej.
To niemożliwe. To nie może być ona - grzmiało mu w sercu i duszy.
Wyobraźnia podpowiadała coraz to nowsze wizje, w których matka owej kobiety weszła w posiadanie chusteczki, oczywiście przypadkiem. Nie musiała przecież od zawsze należeć do niej. Tamta mogła ją znaleźć, kupić lub wymienić za jedzenie. W czasie wojny wszystko stawało się walutą, nawet rzeczy najbliższe skórze, te najbardziej osobiste, szły w obieg w zamian za produkty potrzebne, by przetrwać.
- Właścicielka tej chusteczki była najwspanialszym człowiekiem, jakiego znałem - powiedział z drżeniem w głosie. - Najczulszym, najbardziej empatycznym, najodważniejszym z nas wszystkich.
Nieznajoma zaśmiała się gorzko, jak gdyby chciała tym zakryć wściekłość, żałość i rozgoryczenie.
- Znał pan zatem jedynie fasadę, nie jej prawdziwe oblicze - wycedziła przez zęby.
Barman poczuł, jak gdyby ktoś strzelił do niego z nieznacznej odległości. Fizyczny ból rozsadzał mu pierś.
- Jeśli coś ją odmieniło, to... to na pewno wojna - odparł głucho, przybity nieoczekiwanym wyznaniem.
- Wojna burzy świat ludzi mocnych. Nie tych, którzy od lat toczą własne bitwy - skwitowała nieznajoma, nie kryjąc pogardy.
Następnie butnie uniosła głowę, obróciła się na pięcie i skierowała do wyjścia. Barman, prowadzony nagłym impulsem, wyskoczył zza baru, złapał ją za rękę i pociągnął ku sobie. Zaskoczona znalazła się naprzeciw niego, a jej twarz przybrała gniewny wyraz. Pełen sprzeczności wzrok wwiercał się w niego z ogromną siłą. Zaciśnięte w wąską kreskę usta próbowały powstrzymać drżenie brody.
Popatrzył na nią i wówczas już wiedział.
Wszystko stało się jasne.
1934 rok
ZBYSZEK
Warszawa
W dniu, w którym Zbyszek Skotarek odebrał list opieczętowany zagranicznymi znaczkami, zmieniło się całe jego życie.
Wyszedł z gmachu Poczty Głównej przy Placu Napoleona, chwiejąc się z emocji. Czuł na sobie spojrzenia mijanych ludzi. Patrzyli na niego z dystansem, jak gdyby oceniali, ile tego dnia zdążył już wypić, skoro przed południem idzie tak niestabilnym krokiem. Zbyszek nie baczył na ich osąd. Przecinał drogę przechodniom spieszącym się z zakupami i w służbowych sprawach, by jak najszybciej dotrzeć do Ogrodu Saskiego. Dotarłszy tam, opadł niezgrabnie na pierwszą wolną ławkę, bo z wrażenia nogi miał miękkie jak galareta. Następnie drżącymi dłońmi otworzył kopertę i wyjął list. Już sam nagłówek sprawił, że zrobiło mu się gorąco.
Oficjalne pismo, sporządzone na maszynie do pisania i ostemplowane pieczęcią uczelni, było tym, co od miesięcy pragnął zobaczyć. Patrzył na nie i nie mógł uwierzyć, że to pragnienie właśnie się urzeczywistniło. Zaśmiał się w głos: oto nastała wiekopomna chwila, którą zapamięta do końca życia.
Rzucił okiem na spacerowiczów. Kilka dziewcząt wracało ze szkoły, a spódniczki ich mundurków łopotały na wietrze; dwie młode matki rozczulały się nad śpiącymi w wózkach dziećmi, a jakaś staruszka karmiła gołębie, które zlatywały się do niej, chcąc zgarnąć choćby okruszek. Spostrzegł, że wszyscy posyłają mu ukradkowe spojrzenia, jakby mieli go za wariata. Nie wiedzieli, że być może właśnie teraz spełnia się jego największe marzenie. Trzymany w dłoniach list był dlań wart więcej niż kupon na loterię. Mógł przynieść upragnioną przyszłość... Albo gorycz, którą trzeba będzie przełknąć, oraz brak zgody na to, że los nie raczył mu wynagrodzić wieloletnich wyrzeczeń.
Zanim przeczytał treść, odetchnął ciężko. Postanowił jeszcze trochę się tym nacieszyć, tą nadzieją na pomyślny wynik. Bał się spojrzeć prawdzie w oczy. Kiedy jednak popędzane ekscytacją, szalejące serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, postanowił dłużej nie zwlekać. Wyprostował kartkę i szybko przebiegł wzrokiem po tekście.
Dokument sporządzono po francusku. Zbyszek, przeskakując wzrokiem po słowach, szeptał ich polskie odpowiedniki:
- "Uprzejmie zawiadamia się, iż drogę ekwiwalencji na Uniwersytet Paris-Sorbonne przeszedł Pan pomyślnie. Do wpisania Pana na listę studentów brakuje oficjalnego potwierdzenia, że opanował Pan język francuski. Należy zgłosić się do Instytutu Francuskiego w Warszawie celem podejścia do egzaminu, który potwierdzi wymagany poziom znajomości języka. Następnie uzyskane pozwolenie prosimy przesłać pocztą dyplomatyczną".
Krzyknął z radości, płosząc stado dokarmianych przez staruszkę gołębi. Wsunął list do kieszeni kurtki i z radością poderwał się z ławki. Szalona euforia wypełniająca jego ciało znalazła ujście w uścisku starszej pani oraz serdecznym dotyku spacerujących alejką młodych dziewcząt, które impulsywnie złapał za dłonie.
- Czyż ten świat nie jest piękny, drogie panie? - zapytał dziewczyny zmieszane jego śmiałym gestem.
Zaśmiał się, widząc ich skonsternowane miny, obrócił je jak w tańcu, po czym ruszył energicznie w kierunku Instytutu Francuskiego. Słyszał za sobą chichot panienek i urywki rozmowy, w której nazywały go wariatem.
Nie był nim. Był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Pół godziny później wiedział już, że egzamin nie będzie czystą formalnością. Informacje uzyskane w sekretariacie dały mu jasny obraz sytuacji, ale teraz, gdy zaszedł tak daleko, nic nie mogło stanąć mu na drodze do spełnienia marzeń. Wyobrażał sobie stosy książek, które połknie, by solidnie się do niego przygotować, dumę w oczach najbliższych oraz szczęście ukochanej, gdy oświadczy, że nie będą ich już dzielić setki kilometrów. Kolejne lata, choć wypełnione nauką, spędzą razem. Tak jak to sobie wymarzyli.
Ale najpierw pobiegnie do ojca. To jemu pierwszemu chciał się pochwalić. Może w końcu Leon Skotarek, jeden z najbardziej znanych przedsiębiorców w stolicy, spojrzy na niego z uznaniem. Jak na syna, z którego jest się dumnym. Na człowieka, który z godnością będzie mógł przejąć rodzinny biznes...
Nie minęła godzina, jak Zbyszek stanął przed rodzinną posiadłością na Mokotowie. Wyłaniająca się zza rozłożystej wierzby willa kryta czerwoną dachówką zawsze robiła wrażenie na przechodniach. Wsparty na kolumnach półkolisty portyk osłaniał główne wejście do domu. Tuż nad nim znajdował się duży taras z ozdobną tralkową balustradą, którą teraz pokrywały posadzone w donicach kwiaty. Poza przyjemnym ćwierkotem ptaków panowała cisza. Pomyślał, że to idealna sceneria do ogłoszenia radosnej wiadomości. Idealny czas na rozpoczęcie nowego życia.
Ruszył ścieżką do wejścia, gdy nagle powietrze przeciął przerażający wrzask, tak że siedzące w koronie drzewa ptaki spłoszyły się i wzbiły do lotu. Nim Zbyszek otworzył drzwi, potworny skowyt niósł się już echem po okolicy. Był jak potwór rozszarpujący wnętrzności, siejący strach i zniszczenie, których nie sposób zatrzymać.
- Halo? Co się stało? - zawołał, lecz odpowiedział mu jedynie lament, który niczym złowroga melodia płynął z piętra.
Zbyszek rzucił się w tę stronę. Schody nikły mu pod stopami, gdy pędził na górę. U szczytu ujrzał Franciszkę, kucharkę od lat gotującą w ich domu. Staruszka była mu tak bliska jak matka.
Stała teraz w otwartych drzwiach gabinetu ojca, a u jej stóp widniała kałuża herbaty i kawałki potłuczonego szklanego dzbanka. W jej pomarszczone, uniesione do twarzy dłonie raz za razem uderzały wydobywające się z jej krtani głośne piski. Spojrzała na Zbyszka, a przerażenie malujące się na jej bladej twarzy było równie obezwładniające, co potworna boleść wyzierająca z ust.
Zbyszek podbiegł do niej, złapał za ramiona i odsunął na bok. Dopiero wówczas obrócił się w stronę gabinetu i zobaczył to, co tak bardzo przeraziło kucharkę.
Pomyślał, że to najstraszniejsza chwila w jego życiu.
Nie wiedział, że los przygotował mu jeszcze gorszy plan. Prawdziwe piekło miało dopiero nadejść.
BENIAMIN
Hanower
- Życiem człowieka rządzą synchroniczności. Każdy, bez względu na wiarę, przekonania i pochodzenie, jest im podległy. Dlatego też każdy z was, obecny na tej sali, jest zależny od określonego systemu powiązań rodzinnych i społecznych, który splótł wasze drogi i doprowadził do tego konkretnego miejsca, do tej właśnie chwili. To, że jesteśmy akurat w takim składzie, absolutnie nie jest dziełem przypadku. Ta historia dla niektórych z was zaczyna się właśnie w tym momencie, ale dla innych jest odbiciem przeżyć waszych bliskich. Zastanówcie się...
Profesor Leumann, który dotąd chodził między studentami, nagle zatrzymał się i wszedł na biurko. Widząc to, Beniamin Landau uśmiechnął się pod nosem. Znał ten stary chwyt mający przyciągnąć uwagę słuchaczy. Jednak nawet tak śmiały ruch nauczyciela nie zdołał sprawić, by Ben uwierzył w prawo istnienia równie mocno jak Leumann.
Chłopak postrzegał tego profesora jako starca, który postradał wszystkie zmysły, dlatego nie miał zamiaru przyswajać wiedzy, którą ten próbował wtłoczyć swoim studentom do głów. Zaliczenie zajęć z psychologii było wymagane do ukończenia kierunku lekarskiego i Ben zamierzał to zrobić po linii najmniejszego oporu, z jak najmniejszym uszczerbkiem na własnym zdrowiu psychicznym. Dlatego puszczał mimo uszu specyficzne teorie postrzegania świata.
Profesor tymczasem przeskoczył z biurka na ławkę, zostawiając ślad buta w kajecie jednego z uczniów, a następnie zeskoczył na podłogę i obróciwszy się wokół własnej osi, kontynuował wykład. Ben już chwilę wcześniej kompletnie przestał go słuchać. Podrapał się teraz po głowie i spojrzał na pozostałych. Jedni wyglądali na zdegustowanych, inni posyłali Benowi pełne zażenowania spojrzenia, wykonując gesty, które miały świadczyć o tym, że profesor nie ma równo pod sufitem. Ktoś ziewał, ktoś przepisywał notatki z innych zajęć, a co poniektórzy pokazywali sobie dziewczynę z pierwszego rzędu, która jako jedyna z ich grupy spijała z ust profesora każdą wariacką myśl.
- Chce pan powiedzieć, że naprawdę żadne wydarzenie, w którym bierzemy udział, nie dzieje się przypadkowo? - odezwała się nagle Anna miękkim głosem, śledząc wzrokiem profesora, który znów ruszył na wędrówkę w głąb sali.
Ben dzięki temu widział teraz jej profil.
Anna była jedną z ładniejszych dziewczyn, jakie przyszło mu w życiu oglądać. Jej porcelanowa twarz, wolna od znamion, bruzd, piegów i pieprzyków, zdawała się nie należeć do tego świata. Przypominała mu starożytną nimfę.
- Nie tylko o wydarzenie chodzi - rzekł Leumann donośnym głosem, po czym przysiadł na skraju ławki Beniamina. - Każda rzecz, która jest w waszym posiadaniu, każda myśl, intencja, pragnienie... Wszystko, co was dotyczy, krąży w przestrzeni, łącząc was w jakimś stopniu ze sobą. Gdy opuścicie ramy, w które wepchnął was system, zaczniecie dostrzegać to, co dotąd było niedostępne dla waszych oczu.
- Wystarczy, że będę się rozglądał i znajdę bogactwo? - rzucił ktoś z drugiego końca sali i wśród studentów zapanowało poruszenie.
- Jeśli pieniądze są tym, co ma cię otaczać w obecnym życiu, to tak. Znajdziesz bogactwo - odpowiedział nauczyciel, po czym wstał i znów zaczął spacerować między ławkami. - Każde spojrzenie, podanie dłoni czy podarek są odpowiedzią na to, co już wydarzyło się w przeszłości. Jesteście kluczem do wybawienia swoich przodków, a jednocześnie bramą, która otwiera się lub zatrzaskuje na świat waszych dzieci i wnuków. Rzeczy, które teraz zdają się wam nieważne, mogą mieć fundamentalne znaczenie dla kogoś, kogo być może spotkacie jutro, za kilka lat, w ostatnim dniu waszego życia albo kto odegra ważną rolę w historii waszych potomków. Wszak wszystko w tym świecie jest powiązane działaniami, których wynik zawsze musi być równy zeru. Każda pożyczka zostanie spłacona, kara odpokutowana, zadra zabliźniona. Innymi słowy: to, co komuś dasz, zawsze do ciebie wróci, a to, co dostaniesz, będziesz musiał oddać, ale w innej postaci niż przypuszczasz, niekoniecznie w relacjach z tą samą osobą i nie zawsze poprzez wasze ręce. To dlatego, że energia stale krąży pośród nas, utrzymując równowagę w przestrzeni.
Dzwony kościelne wybiły dwunastą, dając znak, że zajęcia powinny dobiec końca. Leumann westchnął ciężko.
- Trudność istnienia człowieka na tym świecie wiąże się z tym, że nie potrafi on rozpoznać, co jest zyskiem, co stratą, a co tylko wyrównaniem rachunku - podsumował.
Narysował naprędce kredą na tablicy schemat, lecz należało przypuszczać, że zapamięta go tylko Anna, ponieważ reszta grupy myślała już jedynie o wyjściu z sali. Z wyuczonego szacunku siedzieli jeszcze na swoich miejscach, choć profesor doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tylko czekają na jego ostatnie słowa. Przebiegł wzrokiem po twarzach uczniów, po czym westchnął z rezygnacją i dodał:
- Dziękuję państwu za zajęcia i do zobaczenia za tydzień.
Niemal cała grupa poderwała się z miejsc i czym prędzej skierowała do wyjścia.
Beniamin, ociągając się, ruszył za męskim pochodem. Po drodze próbował wyłapać wzrokiem Annę, lecz ona zawzięcie dyskutowała o czymś z profesorem.
- Chodź, zostaw tę wariatkę - rzucił jeden z chłopaków, sprzedając mu kuksańca.
Gdy Ben wyszedł na ulicę, koledzy z grupy rozpierzchli się już każdy w swoją stronę.
Hanower okrywała mglista chmura przesłaniająca szczyty budynków, a wiatr targał spadającymi z nieba dużymi płatkami śniegu, które tworzyły grubą warstwę białego puchu na drogach, drzewach, latarniach oraz kapeluszach wytwornych dam, próbujących utrzymać równowagę na oblodzonych chodnikach. Świat zdawał się zwolnić bieg. Codzienną gonitwę mieszczuchów zahamował zupełnie niespodziewany o tej porze atak zimy, przez co ludzie pragnący ciepła i wiosennej aury snuli się po ulicach niczym senne mary.
Beniamin ciaśniej owinął szyję szalikiem i zapiął guziki płaszcza, po czym ruszył w stronę rynku, do miejsca, gdzie popołudniami pomagał ojcu prowadzić galerię. Od przeszło dekady Jakub Landau sprzedawał najwyższej jakości męską galanterię. Wyroby skórzane i srebrne akcesoria przez lata były wyznacznikiem statusu społecznego i elegancji miejskiej socjety, a pozycja, którą mężczyzna zbudował dzięki swoim umiejętnościom sprzedażowym, pozwalała jego rodzinie godnie żyć.
Nastały jednak trudne czasy. W całej historii galerii, nawet na samym początku jej istnienia, gdy Niemcy pogrążone były w kryzysie po Wielkiej Wojnie, nie panowały tak niesprzyjające okoliczności jak teraz. W dodatku nie zapowiadało się, by sytuacja w kraju miała się poprawić; rosnące poparcie dla partii NSDAP potęgowało u obywateli niepokój i lęk o przyszłość.
Teraz Ben przemierzał ulice miasta zatopiony w myślach, próbując znaleźć remedium na zapaść rynku zbytu. Czuł, że należy odpuścić sobie siłowanie się z systemem, który jest im wrogi. Wszelkie jego konkluzje prowadziły do jednej myśli: odpuszczenie to czasem jedyna opcja, by przetrwać walkę. Dlatego był zdania, że trzeba wyjechać z Niemiec, tak jak zrobili to ich liczni znajomi. Landauowie również powinni rozpocząć przygotowania do tego kroku. Ben uważał, że nie ma już czasu na zwłokę i że zaraz po roztopach za radą ostatnich sąsiadów muszą wyruszyć do Triestu, skąd statkiem popłyną w stronę bezpiecznej przystani. Należy to uczynić, póki jeszcze mają oszczędności i kontakty. Wiedział, że musi przekonać ojca, nim wszyscy ich znajomi opuszczą to przeklęte miasto, a oni zostaną skazani na pastwę uprzedzonego do Żydów tłumu.
- Beniamin! Beniaaamiiin! - usłyszał za sobą kobiecy głos, a gdy się obrócił, zorientował się, że woła go nie kto inny, jak Anna.
Przystanął zdezorientowany, próbując dojrzeć przez ścianę śniegu jej okrywający krągłości granatowy wełniany płaszcz. Anna machała do niego energicznie dłonią odzianą w skórzaną rękawiczkę, a on czekał, poruszony nie tylko tym, że chyba chciała z nim rozmawiać, ale przede wszystkim, że znała jego imię, choć dotąd zdawało mu się, że jest dla niej niewidzialny.
Jeszcze kilka chwil temu zupełnie nie dziwiło go, że dziewczyna nie zwraca na niego uwagi. Nigdy nie należał do jej świata. Nie wywodził się jak ona z dziada pradziada z niemieckiej rodziny z wojskowymi tradycjami. Nie mógł poszczycić się arystokratycznym pochodzeniem. Nie obracał się też w kręgu możnych tego miasta, którzy zdawali się kolorową wysepką na oceanie ubogiego mieszczaństwa.
- Możesz mi pomóc? - zapytała, gdy już dotarła do niego.
Ben stał bez ruchu, kompletnie zaskoczony.
Kłęby pary wydobywające się z ust Anny częściowo przesłaniały mu widok, ale doskonale pamiętał jej lekko zaróżowione pośpiechem i mrozem policzki, duże błękitne oczy oraz jasnoorzechowe, luźno upięte włosy, wymykające się spod modnego filcowego kapelusza z małym rondem i finezyjną dekoracją. Wciąż to były te same policzki, oczy i włosy, w które wpatrywał się od kilku tygodni na zajęciach. Co jakiś czas nawet usiłował zwrócić jej uwagę, lecz ona zdawała się gardzić wszystkimi chłopakami. Dlatego teraz tym bardziej trudno mu było uwierzyć, że dziewczyna naprawdę przed nim stoi, patrząc na niego tak intensywnie, jak gdyby był jej ostatnią deską ratunku.
W tej chwili, gdy pierwszy raz stali tak blisko siebie, choć jego serce zaczęło wygrywać radosne takty, jakiś głos z tyłu głowy, stanowczy i pełen uporu, zupełnie nieoczekiwanie podpowiadał, że nie wolno im rozmawiać. Beniamin czuł, że powinien go posłuchać. Nie miał czasu na pogawędki ani tym bardziej na rozwiązywanie czyichś problemów. Odkąd zima sparaliżowała miasto, a ojciec z uwagi na restrykcje względem Żydów, niechęć społeczną i bojkot galerii kompletnie stracił płynność finansową, Ben musiał robić wszystko, by mu pomóc.
Jednak emocje pompowane do jego żył przez coraz szybciej bijące serce zajmowały miejsce racjonalnych myśli. Wszystko to, czym zaprzątał sobie głowę, zostało zepchnięte na dalszy plan siłą jej magnetycznego spojrzenia. To, co tworzyło się w nim, gdy patrzyła mu w oczy, było nieokrzesane, niewytłumaczalne, przed czym nie potrafił się obronić.
- Spróbuję, jeśli oczywiście będę w stanie ci pomóc - odparł z uśmiechem, a jej twarz się rozpromieniła. - Co się stało?
- Obiło mi się o uszy, że twój tata prowadzi galerię z wyrobami skórzanymi, więc z pewnością widziałeś już nie takie ciężkie przypadki - to mówiąc, wysunęła przed siebie elegancką torebkę dzienną. - Cholerne zapięcie znów się zatrzasnęło i tym razem chyba już nie puści. Nawet palca nie wcisnę do środka, a mam tam dokumenty, które koniecznie muszę dziś wysłać do Berlina. Pomyślałam, że nikt prócz ciebie nie mógłby jej otworzyć bez konieczności wyłamania zamka.
Beniamin wziął do ręki torebkę i w tej samej chwili powietrzem wstrząsnął huk, a dźwięk tłuczonego szkła rozbił się o mury i powędrował dalej, między kamienicami. Przechodnie na moment zastygli w bezruchu, a kierowcy zatrzymywali auta i opuszczali szyby. Każdy nasłuchiwał dalszych niepokojących dźwięków, lecz teraz panowała już cisza, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Ben obserwował otoczenie, usiłując zorientować się w sytuacji, ale nie dostrzegł żadnych śladów grabieży, awantury czy kolizji samochodów.
- To jak? Pomożesz mi? - podjęła Anna i popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem.
Ben spojrzał ponad jej głową. Przechodnie zupełnie już stracili zainteresowanie dziwnym incydentem. Poczuł w brzuchu rosnący ciężar. Dziwne, nieokreślonej natury zdenerwowanie targnęło jego ciałem. Niepokój pobrzmiewał w rytmie serca i coś podpowiadało chłopakowi, że to, co słyszał, nie było zwykłym przypadkiem.
Lecz gdy zerknął na Annę, wiedział, że nie zdoła jej odmówić. To mogła być jedyna szansa, by nawiązać z nią kontakt.
- Chodź! - odparł impulsywnie. - Przysiądziemy szybciutko na ławce i zobaczymy, co da się zrobić.
Ruszył za Anną w stronę skweru, patrząc na jej zmysłowe ciało. Podskórnie czuł, że właśnie dzieje się coś wielkiego. Że to spotkanie, tak zupełnie niepozorne i niespodziewane, zaowocuje czymś więcej niż tylko małą przysługą.
W chwili gdy spoczęli na ławce, ich dłonie się musnęły. Oboje poczuli wówczas bolesne, elektryzujące napięcie, które rozlało się falą po ramionach i plecach. Parsknęli śmiechem, oszołomieni, szybko jednak puścili ten moment w niepamięć, zajęci torebką.
A jednak to doświadczenie miało zapisać się w pamięci Bena na zawsze.
Wiele lat później, gdy powróci myślami do tego czasu, uświadomi sobie, że ze wszystkiego, co przeżył w życiu, najbardziej żałował tamtej decyzji. Kiedy Anna stanęła naprzeciw niego, powinien był obrócić się na pięcie i odejść. Być może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Może koleje losu pokierowałyby go do spokojnej, bezpiecznej przystani.