Ostatni rozdział, czyli paragraf 22 bis - Joseph Heller

Kup ebooka

33.50 zł
26.80 zł (33,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3.Pan Yossarian

W połowie drugiego tygodnia pobytu w szpitalu Yossarianowi przyśniła się matka i ponownie uświadomił sobie, że umrze. Lekarze byli zmartwieni, kiedy przekazał im tę wiadomość.

- Nie możemy niczego znaleźć - powiedzieli mu.

- Szukajcie dalej - polecił.

- Cieszy się pan doskonałym zdrowiem.

- Tylko poczekajcie - odparł.

Yossarian był na obserwacji w szpitalu, dokąd udał się ponownie w związku z wystąpieniem neurotycznego zespołu mylących somatycznych objawów, które spotęgowały się, odkąd po raz drugi w życiu zamieszkał samotnie, i które wydawały się ulatniać jak mgła, kiedy je tylko opisał albo został w związku z nimi przebadany. Zaledwie przed kilku miesiącami wyleczył się z nieuleczalnego przypadku ischiasu, telefonując po prostu do jednego z lekarzy, aby poskarżyć się na nieuleczalny przypadek ischiasu. Nie potrafił się nauczyć żyć sam. Nie potrafił posłać łóżka. Prędzej umarłby z głodu, niż coś ugotował.

Tym razem wrócił tu, można rzec, piorunem, dręczony niezdrową wizją innej niezdrowej wizji, która zaczęła go nękać krótko po usłyszeniu, że prezydent, którego nie lubił, ma zamiar odejść, i że na pewno zastąpi go wiceprezydent, którego nie lubił jeszcze bardziej; i krótko po otrzymaniu informacji, że handlujący do tej pory przeterminowanymi nadwyżkami w rodzaju starej czekolady lub całorocznego zbioru egipskiej bawełny Milo Minderbinder, z którym związany był nierozerwalnie i nieuchronnie od około dwudziestu pięciu lat, rozszerza swoją działalność na sprzęt wojskowy i ma zamiar przedstawić rządowi, to znaczy oczywiście każdemu rządowi, który na to stać, projekt własnego samolotu bojowego.

W Europie istniało kilka krajów, które było na to stać, podobnie zresztą jak w Azji i na Bliskim Wschodzie.

Wizja niezdrowej wizji, jakiej doświadczył, przypominała wylew lub atak i sprawiła, że po raz kolejny pomyślał o wiecznie starym Gustawie Aschenbachu siedzącym samotnie na mitycznej śródziemnomorskiej plaży, a także o jego nieśmiertelnej śmierci w Wenecji, poniesionej w wieku pięćdziesięciu lat w mieście dotkniętym zarazą, o której nikt nie chciał mówić na głos. Dawno temu w Neapolu, stojąc w kolejce na statek, który miał zabrać go do domu, kiedy już wykonał siedemdziesiąt akcji bojowych i uszedł z życiem, spotkał starego wojaka o nazwisku Szwejk oraz faceta, który urodził się jako Krautheimer i zmienił nazwisko na Joseph Kaye, aby dopasować się lepiej do amerykańskiej kultury. Ale wtedy jego nazwisko, podobnie zresztą jak Szwejka, niewiele Yossarianowi mówiło.

Mając możliwość wyboru, nadal wolał żyć. Nie jadł jajek i chociaż nie bolała go głowa, co drugi dzień łykał małą aspirynę.

Nie miał wątpliwości, że ma się czym martwić. Jego rodzice nie żyli już, podobnie jak wszyscy wujowie i ciotki.

Kutas w Białym Domu? I to nie po raz pierwszy. Rozbił się kolejny tankowiec. Dawało o sobie znać promieniowanie. Były śmieci, pestycydy, zanieczyszczenia toksyczne i wolna inicjatywa. Przeciwnicy aborcji chcieli wprowadzić karę śmierci dla wszystkich, którzy występowali przeciwko życiu. W rządzie pełno było miernot, nie mówiąc o prywacie. Doszło do problemów w Izraelu. To nie były urojenia. Wcale sobie tego wszystkiego nie wymyślił. Wkrótce można będzie klonować ludzkie embriony - na sprzedaż, dla rozrywki i jako części zamienne. Ludzie zarabiali miliony, nie wytwarzając niczego konkretnego z wyjątkiem zmiany tytułu własności. Skończyła się zimna wojna, ale na ziemi nadal nie zapanował pokój. Wszystko pozbawione było sensu i czegokolwiek innego. Ludzie robili różne rzeczy, nie wiedząc, po co je robią, i dopiero potem starali się tego dowiedzieć.

Nudząc się w szpitalu, Yossarian zabawiał się tego rodzaju wzniosłymi refleksjami, w podobny sposób, jak skłonny do marzeń na jawie młodzieniec bawi się genitaliami.

Przynajmniej raz dziennie w każdy roboczy ranek wpadał doń jego doktor, Leon Shumacher, wraz ze swą poważną świtą młodych dziarskich obiecujących lekarzy i żywą, atrakcyjną siostrą z ładną twarzą i wspaniałym tyłkiem, która nie zważając na podeszły wiek Yossariana, otwarcie się w nim durzyła i którą on, nie zważając na jej młodość, chytrze zachęcał do nawiązania niezobowiązującego romansu. Była wysoką, obdarzoną imponującymi biodrami kobietą, przypominającą Pearl Bailey, ale nie Pearl Harbor, co oznaczało, że może mieć od trzydziestu pięciu do sześćdziesięciu lat. Był to zdaniem Yossariana najlepszy wiek dla kobiety, pod warunkiem oczywiście, że wciąż cieszy się dobrym zdrowiem. Yossarian miał bardzo mgliste pojęcie, jaka jest naprawdę; ale bez żadnych skrupułów wykorzystywał każdą szansę, żeby umilić sobie tych kilka spokojnych tygodni, które postanowił spędzić w szpitalu, aby odpocząć i wyrobić sobie pogląd na rzeczywistość, podczas gdy wielkie narody ustabilizują się i po raz kolejny utworzą nowy światowy ład, który zapanuje raz na zawsze.

Zabrał ze sobą radio i prawie zawsze mógł złapać na tej czy innej fali jakiś utwór Bacha albo bardzo dobrą muzykę kameralną, chóralną bądź na fortepian. Zbyt często jednak przerywano ją, żeby poświęcić nieco uwagi operze, zwłaszcza Wagnerowi. Tym razem, co Yossarian miał okazję z przyjemnością stwierdzić, leżał na całkiem dobrej sali, mając za sąsiadów niekłopotliwych, nie chorujących w przykry sposób pacjentów, no i była jeszcze ta atrakcyjna pielęgniarka, która w odpowiedzi na jego umizgi śmiała się skromnie, czerwieniła, obruszała i zadzierała nosa, dając chełpliwie do zrozumienia, że doskonale wie, iż ma naprawdę bajeczny tyłek.

Yossarian nie widział powodu, żeby temu zaprzeczać.

W połowie pierwszego tygodnia flirtował już z nią na całego. Doktor Leon Shumacher nie zawsze spoglądał przychylnym wzrokiem na te frywolne igraszki.

- Popełniłem wystarczający błąd, w ogóle cię przyjmując. Powinniśmy chyba obaj się wstydzić tego, że leżysz na tej sali, wcale nie chory...

- Kto powiedział, że nie jestem chory?

- ...podczas gdy tylu ludzi dogorywa na ulicach.

- Czy przyjmiesz jednego z nich, jeśli zgodzę się odejść?

- Zapłacisz za niego rachunek?

Yossarian wolał nie płacić.

Wielki człowiek od angiografii stwierdził rzeczowo, że nie musi jej przeprowadzać, a neurolog poinformował Yossariana z równie ponurą miną, że z jego mózgiem jest wszystko w porządku. Leon Shumacher ponownie przedstawił go z dumą swoim uczniom jako rzadki okaz, na jaki nieczęsto będą mieli okazję trafić w swojej praktyce: liczący sześćdziesiąt osiem lat mężczyzna nie zdradzający symptomów żadnej choroby, nawet hipochondrii.

Późnym popołudniem, a czasami nawet wczesnym wieczorem Leon wpadał, żeby w nietaktownie egocentryczny sposób uciąć sobie pogawędkę z facetem, o którym obaj wiedzieli, że niedługo umrze, i któremu skarżył się śpiewnym głosem na długie godziny pracy i upiorne warunki oraz niesprawiedliwie niskie zarobki.

Nie był zbyt delikatny.

Pielęgniarka nazywała się Melissa MacIntosh; podobnie jak wszystkie piękne kobiety w oczach wyrafinowanego mężczyzny z predylekcją do romantyzowania, wydawała się Yossarianowi zbyt piękna, żeby była prawdziwa.

Z początkiem drugiego tygodnia zaczęła zostawać na dłużej i stojąc albo siedząc przy jego łóżku, pozwalała mu pieścić opuszkami palców obszyty koronką skraj majtek, rozmawiając, kokietując go i godząc się na dalsze awanse. Różowa ze wstydu i podniecona psotą nigdy wyraźnie nie pozwalała ani nie protestowała, kiedy bawił się rąbkiem jej przezroczystej bielizny, ale najwyraźniej nie była na luzie. Bała się, że ktoś zaskoczy ich w momencie tej niedozwolonej intymności. On zaś ukrywał przed siostrą MacIntosh wszelkie subtelne oznaki erekcji. Nie chciał, żeby pomyślała, iż ma poważne intencje. Zgodziła się z nim, że miała szczęście, dostając go pod opiekę. Sprawiał mniej kłopotów od innych pacjentów w prywatnych i półprywatnych salach na tym samym piętrze. Bardziej ją intrygował - widział to - i w związku z tym, co rozumiał, a czego ona chyba nie rozumiała, był dla niej bardziej atrakcyjny od wszystkich niezbyt licznych mężczyzn, z którymi widywała się poza szpitalem, a nawet od tego jednego albo dwóch, z którymi widywała się na prawach wyłączności lub prawie zupełnej wyłączności przez ileś tam lat. Nigdy nie wyszła za mąż, nawet raz albo dwa. Yossarian sprawiał tak mało kłopotów, że właściwie nie sprawiał ich wcale; Melissa oraz inne siostry z oddziału musiały tylko zajrzeć na jego salę na początku zmiany, aby sprawdzić, czy jeszcze nie umarł i czy nie potrzebuje czegoś, żeby utrzymać się przy życiu.

- Wszystko w porządku? - pytała go każda.

- Wszystko z wyjątkiem mojego zdrowia - wzdychał w odpowiedzi.

- Cieszy się pan doskonałym zdrowiem.

Zadawał sobie kłopot, żeby odpowiedzieć, że na tym właśnie polega kłopot. To oznaczało, że musi mu się pogorszyć.

- To wcale nie są żarty - żartował, kiedy się śmiały.

Udając estetę, błagał Melissę, żeby zmieniła bieliznę, włożyła więc któregoś dnia czarne majtki. Pragnąc, żeby do niego przyszła, często odczuwał straszną potrzebę jakiejś potrzeby. Czasami, kiedy naciskał dzwonek, odpowiadała inna pielęgniarka.

- Przyślijcie moją Melissę - rozkazywał.

Inne chętnie współpracowały. Nie skarżył się na brak opieki. Był dobrego zdrowia, powtarzali codziennie lekarze, i tym razem - stwierdzał z posępnym rozczarowaniem, nie mogąc się oprzeć przekonaniu, że go oszukują - chyba mieli rację.

Miał dobry apetyt i trawienie. Jego aparat słuchowy i rdzeniowy sprawdzono za pomocą tomografu komputerowego. Miał wolne zatoki i żadnego śladu zapalenia stawów, zapalenia torebki maziowej, anginy czy zapalenia nerwu. Nie kapało mu nawet z nosa. Jego ciśnienie krwi było przedmiotem zazdrości każdego lekarza, który go widział. Oddawał mocz, a oni go zabierali. Miał niski poziom cholesterolu, wysoki hemoglobiny, jego opad stanowił cud piękności, a poziom azotu we krwi był wprost idealny. Uznali go za wzór doskonałości. Bał się, że jego pierwsza żona, a także druga, z którą od roku pozostawał w separacji, mogą zmienić zdanie.

Odwiedził go czołowy kardiolog, który nie znalazł żadnej wady w jego sercu, patolog, który zbadał jego patos i również nie zgłosił żadnych zastrzeżeń, przedsiębiorczy gastroenterolog, który przybiegł z powrotem na salę, żeby zasięgnąć opinii Yossariana w sprawie pewnej obiecującej inwestycji, jaka kroiła się w nieruchomościach w Arizonie, a także psycholog, który zbadał jego psyche i któremu z braku kogoś lepszego Yossarian musiał się zwierzyć.

- A co pan powie na te okresowe okresy anomii, zmęczenia, braku zainteresowania i depresji? - osaczał go wirującym szeptem. - Obojętnie słucham rzeczy, które innym ludziom wydają się ważne. Męczą mnie informacje, których nie mogę wykorzystać. Wolałbym, żeby gazety codzienne były mniejsze i wychodziły raz w tygodniu. Nie interesuje mnie już nic, co dzieje się na świecie. Komicy nie rozśmieszają mnie, a długie opowieści doprowadzają do wściekłości. Czy to ja, czy mój podeszły wiek? A może ta planeta naprawdę staje się mało ważna? Wiadomości telewizyjne się zdegenerowały. Wszyscy wszędzie są tacy obleśni. Wyczerpał się mój entuzjazm. Czy naprawdę czuję się taki zdrowy, czy tylko mi się wydaje? Mam nawet pełno włosów na głowie. Muszę znać prawdę, doktorze. Czy moja depresja ma charakter duchowy?

- To nie jest depresja i nie jest pan wyczerpany.

Psycholog zasięgnął rady ordynatora oddziału psychiatrii, który skonsultował się z wszystkimi pozostałymi medykami i wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że doskonałe zdrowie, jakim się cieszy Yossarian, nie ma podłoża psychosomatycznego i że włosy na jego głowie są prawdziwe.

- Jednakże - dodał, chrząkając, ordynator psychiatrii - mam zaszczyt poinformować, że jest pan znakomitym kandydatem na depresję późnego wieku.

- Depresja późnego wieku? - Yossarian smakował przez chwilę te słowa. - Kiedy się zacznie?

- Już się zaczęła. Czy są jakieś rzeczy, których robienie sprawia panu prawdziwą przyjemność?

- Obawiam się, że nie ma ich zbyt wiele. Uganiam się za kobietami, ale niezbyt intensywnie. Zarabiam więcej forsy, niż potrzebuję.

- Sprawia to panu przyjemność?

- Nie. Nie mam żadnych ambicji i nie zostało dużo spraw, na których by mi naprawdę zależało.

- A golf, brydż czy tenis? Kolekcjonowanie dzieł sztuki albo antyków?

- Nic z tych rzeczy.

- W takim razie prognoza nie jest dobra.

- Zawsze o tym wiedziałem.

- Tak, jak to teraz widzimy, panie Yossarian - oświadczył, mówiąc w imieniu całej instytucji, dyrektor szpitala, zza którego ramienia wystawała w trzech czwartych łysa głowa Leona Shumachera - może pan żyć wiecznie.

Wyglądało na to, że nie ma się czym martwić, z wyjątkiem inflacji i deflacji, wyższych odsetek i niższych odsetek, deficytu budżetowego, groźby wojny i niebezpieczeństw pokoju, niekorzystnego bilansu handlowego i korzystnego bilansu handlowego, nowego prezydenta i starego kapelana, mocniejszego dolara i słabszego dolara, a także konfliktów, entropii, promieniowania i grawitacji.

Martwił się jednak również o swoją nową przyjaciółkę, siostrę Melissę MacIntosh, nie miała bowiem żadnych oszczędności. Jej rodzice nie mieli ich również i wiedział, że jeśli pożyje jeszcze dość długo, będzie musiała żyć z ubezpieczenia społecznego i groszowej szpitalnej emerytury, pod warunkiem oczywiście, że będzie pracowała przez następne dwadzieścia lub trzysta lat, co wydawało się raczej wykluczone - chyba że do tego czasu spotka i poślubi jakiegoś miłego, zamożnego dżentelmena, który będzie ją tak samo pociągał, jak dzisiaj pociągał ją Yossarian, co również wydawało się całkowicie wykluczone. Niewielu mężczyzn potrafiło w tak uroczy sposób opowiadać jej świństwa. Wiele razy przyglądał jej się z bólem serca; była zbyt niewinna, by zostawić ją bez żadnego finansowego zabezpieczenia, zbyt słodka, zbyt ufna i zbyt bezinteresowna.

- Musisz bezwzględnie - oznajmił któregoś dnia, kiedy prosiła, żeby doradził jej, czy ona i jej współlokatorka powinny otworzyć indywidualne konta emerytalne (odparł, że nie widzi żadnego praktycznego sensu w prowadzeniu na dłuższą metę indywidualnego konta emerytalnego, z wyjątkiem nabijania kabzy bankom) - poślubić teraz kogoś takiego jak ja: mężczyznę, który zaoszczędził trochę forsy, zna się na polityce ubezpieczeniowej i spadkach i był przedtem tylko raz żonaty.

- Czy ty jesteś dla mnie zbyt stary? - zapytała przestraszona.

- To ty jesteś dla mnie zbyt młoda. Zrób to szybko, zrób to dzisiaj. Może być nawet jakiś doktor. Zanim się obejrzysz, będziesz tak samo stara jak ja i bez grosza przy duszy.

Martwiła go także własna lekkomyślna czułostkowość, z jaką troszczył się o osobę, która potrzebowała troski.

To nie było w amerykańskim stylu.

Ostatnią rzeczą, której potrzebował, było wzięcie sobie kolejnej gęby na utrzymanie. Albo dwóch, ponieważ Melissa często mówiła z dumą o mieszkającej wraz z nią w zatłoczonym mieszkaniu, wpadającej w oko, zabawowej koleżance, niejakiej Angeli Moore, naturalnej australijskiej blondynce. Angela była wyższa i swobodniejsza od niej, miała jaśniejsze włosy i większy biust, chodziła w wysokich szpilkach, malowała usta i oczy na biało i pracowała jako akwizytorka u producenta nowinek. Jej sprośne pomysły dotyczące nowych produktów zamykały usta i wywoływały rumieniec na twarzach dwóch starszych żydowskich ojców rodzin, którzy byli wspólnikami firmy. Angela lubiła wywierać oszałamiające wrażenie - i wiedziała, że je wywiera - w drogich śródmiejskich barach, dokąd chodziła często po pracy, żeby spotykać się z jowialnymi dyrektorami, z którymi wybierała się po kolacji na tańce i porzucała bez litości pod drzwiami swego domu, gdy wieczór dobiegał końca. Rzadko kiedy spotykała mężczyzn, których polubiłaby do tego stopnia, żeby chcieć z nimi zostać dłużej, rzadko kiedy piła bowiem tyle, żeby się upić. Prywatny numer telefonu, który im podawała, należał do miejskiej kostnicy. Melissa opowiadała o tym z tak radosną pochwałą odważnego i pozbawionego zahamowań stylu bycia Angeli, że Yossarian nabrał przekonania, iż zakochałby się w niej od pierwszego wejrzenia pod warunkiem, że nigdy by na nią nie spojrzał i pozostałby w niej głęboko zakochany aż do chwili, gdy ujrzałby ją po raz drugi. Ale ta wysoka blondynka koło czterdziestki z białym makijażem i czarnymi pończochami w serpentynowe biegnące w górę wzory również nie miała bogatych rodziców i większych oszczędności i Yossarian pytał sam siebie: co się dzieje z tą parszywą planetą?

Wydawało mu się rozsądne, że każda osoba, w stosunku do której nie żywił urazy, powinna mieć dosyć pieniędzy, aby bez lęku spoglądać w przyszłość, i pełen szlachetnego współczucia pochylał w zadumie głowę, pragnąc wziąć tę atrakcyjną, piersiastą i zbłąkaną sublokatorkę w ramiona, osuszyć jej łzy, ukoić wszelkie niepokoje, rozpiąć sukienkę i pogładzić po pupie.

To było naprawdę coś, o czym mogliby napisać swoim mocodawcom depczący mu po piętach tajniacy. Pierwszy prywatny detektyw - Yossarian nie miał żadnych wątpliwości, że jest prywatny - wyśledził go w szpitalu podczas godzin odwiedzin i natychmiast zaniemógł w wyniku ciężkiego zakażenia gronkowcem, które z objawami zatrucia krwi przykuło go do łóżka w innym skrzydle szpitala razem z trzema facetami, którzy odwiedzając innych pacjentów, także złapali gronkowca i zdaniem Yossariana również mogli być prywatnymi detektywami. Yossarian mógł uprzedzić wszystkich czterech, że szpital jest niebezpiecznym miejscem. Ludzie oddawali tutaj ducha. Pewnego dnia przyjęty został pewien facet z Belgii i poderżnięto mu gardło. Następny prywatny detektyw, którego wysłano, żeby zastąpił pierwszego, rozchorował się w ciągu jednego dnia po zjedzeniu w szpitalnej kafeterii zatrutej salmonellą kanapki z jajkiem i teraz również leżał złożony niemocą, dochodząc powoli do zdrowia. Yossarian zastanawiał się, czy nie wysłać mu kwiatów. Zamiast tego wysłał im obu kartki z życzeniami powrotu do zdrowia, które podpisał nazwiskiem Albert T. Tappman. Albert T. Tappman był kapelanem w jego starej eskadrze bombowców i jego profesję również umieścił na kartkach, zastanawiając się, co pomyślą sobie ich odbiorcy, kiedy je dostaną, a także dokąd zabrano kapelana i czy przypadkiem nie został upokorzony, znieważony, zagłodzony lub poddany torturom. Dzień później wysłał obu detektywom kolejne kartki, które podpisał jako Washington Irving, nazajutrz zaś dwie następne, podpisane Irving Washington.

Drugi tajniak zastąpiony został dwoma kolejnymi, którzy nie znali się wzajemnie i z których jeden okazał się, nie wiadomo dlaczego, zainteresowany w równym stopniu inwigilacją Yossariana, jak i swoich poprzedników.

Yossarian zastanawiał się, co takiego chcą się o nim dowiedzieć, czego nie może im wyznać wprost. Jeśli interesowało ich cudzołóstwo, zdecydowany był zaoferować im cudzołóstwo. Dobre serce i niepewna materialna przyszłość Melissy MacIntosh do tego stopnia spędzały mu sen z powiek, że zaczął się martwić również o własną przyszłość i postanowił ponownie wezwać onkologa, aby uzyskać od niego niezłomną gwarancję w kwestii choroby, która pochłonęła ostatnio największe żniwo ofiar, i usłyszeć być może dalszy ciąg rozważań o supremacji biologii w działalności człowieka oraz tyranii genów w regulowaniu problemów historycznych i społecznych.

- Jesteś szalony - stwierdził Leon.

- W takim razie załatw mi również psychiatrę.

- Nie masz raka. Dlaczego chcesz się zobaczyć z onkologiem?

- Żeby spełnić dobry uczynek, baranie. Nie wierzysz w dobre uczynki? Biedny mały kutas jest najbardziej ponurym sukinsynem, jakiego kiedykolwiek widziałem na oczy. Ilu pacjentom tygodniowo może twoim zdaniem przekazać dobrą wiadomość? Niepowodzenia tego faceta należą do nielicznych, którym jestem być może w stanie zapobiec.

- To nie są moje niepowodzenia - oświadczył smutny onkolog, na którego drobnej twarzy złe przeczucia wydawały się pojawiać w równie naturalny sposób, jak zmrok i szarówka na zimowym niebie. - Zdziwi się pan jednak, ilu ludzi uważa, że to ja jestem winien. Nie lubią mnie nawet moi koledzy. Niewielu ludzi chce ze mną rozmawiać. Może dlatego jestem taki cichy. Nie mam wystarczającej praktyki.

- Podoba mi się pański zapał - powiedział Yossarian, który widział, że onkolog nie ma go zbyt wiele. - Czy nie pociesza pana świadomość, że wcześniej czy później odegra pan prawdopodobnie ważną rolę w moim życiu?

- Tylko trochę. - Onkolog nazywał się Dennis Teemer. - Od czego mam zacząć?

- Od czego pan sobie życzy, pod warunkiem jednak, że nie będzie bolało i nie będzie niewygodne - odparł pogodnie Yossarian.

- Nie ma pan żadnych symptomów, które wskazywałyby na konieczność dokładniejszego badania.

- Po co czekać na symptomy? - zdziwił się Yossarian, przerywając bez żenady swemu lekarzowi specjaliście. - Czy nie wydaje się panu możliwe, że od czasu, kiedy zakończyliśmy nasze poprzednie badania, mogło powstać nowe ognisko, które rozszerza się niepokojąco dokładnie w tej samej chwili, kiedy tutaj siedzimy, odkładając w spokoju ducha sprawę na później?

Dennis Teemer wyraźnie się ożywił.

- Wydaje się pan zabawniejszy od większości moich pacjentów.

- To samo powiedziałem Leonowi.

- Ale to dlatego, że tak naprawdę nie jest pan wcale moim pacjentem - stwierdził doktor Teemer. - To, o czym pan mówi, jest oczywiście możliwe. Prawdopodobieństwo zachorowania jest takie samo jak w przypadku kogokolwiek innego.

- A jaka to dla mnie różnica? - zaprotestował Yossarian. - To niewielka pociecha wiedzieć, że wszyscy jesteśmy podatni. Leon uważa, że poczuję się lepiej wiedząc, że nie jestem w gorszym stanie od niego. Zaczynajmy.

- Może na początek prześwietlimy klatkę piersiową?

- O Boże, nie! - krzyknął z udawanym przerażeniem Yossarian. - To mogłoby go właśnie wywołać! Wie pan, jaki jest mój stosunek do rentgena i azbestu.

- Oraz do tytoniu. Mam tu pewne dane statystyczne, które powinny się panu spodobać. Czy pan wie, że każdego roku więcej Amerykanów umiera na choroby związane z paleniem papierosów, niż poległo w ciągu całej drugiej wojny światowej?

- Wiem.

- W takim razie sądzę, że możemy kontynuować. Czy mam postukać pana w kolana, żeby zbadać odruchy?

- Po co?

- Nie po co, ale za co. Za darmo.

- Czy nie moglibyśmy przynajmniej zrobić biopsji?

- Czego?

- Czegokolwiek, co jest łatwo dostępne i proste.

- Jeśli poprawi to pańskie samopoczucie...

- Będę miał lepszy sen.

- Moglibyśmy zdrapać kolejne znamię albo kolejną plamę wątrobową. Czy też może powinienem zbadać ponownie prostatę? Prostata jest dość powszechna.

- Moja jest unikalna - nie zgodził się Yossarian. - To jedyna prostata, która należy do mnie. Zajmijmy się znamieniem. Shumacher ma prostatę w tym samym wieku co ja. Niech pan da mi znać, jeśli będzie z nią coś nie tak.

- Mogę uprzedzić pana już teraz - oświadczył Yossarianowi jego ulubiony onkolog - że przekazanie informacji o tym, iż wyniki okazały się negatywne, sprawi mi ogromną przyjemność.

- Mogę uprzedzić pana już teraz - odparł Yossarian - że z radością tego wysłucham.

Miał wielką ochotę wdać się z tym przygnębionym facetem w głębszą dyskusję na temat przygnębiającego charakteru przypadków, z którymi stykał się w swojej przygnębiającej pracy, a także przygnębiającego świata, w którym każdemu z nich udało się jak na razie przetrwać i który z dnia na dzień stawał się coraz mniej stabilny - pojawiły się dziury w warstwie ozonowej, brakowało miejsca na składowanie śmieci, w związku z czym palono je i zatruwano powietrze, którego też zaczynało brakować - ale bał się, że Teemer uzna całą tę rozmowę za zbyt przygnębiającą.

Wszystko to naturalnie kosztowało pieniądze.

- Naturalnie - powiedział Yossarian.

- Skąd je bierzesz? - zastanawiał się głośno Leon Shumacher z widocznym grymasem zazdrości.

- Jestem już wystarczająco stary na Medicare2.

- Medicare nie pokryłaby nawet małej części kosztów.

- Reszta pochodzi ze wspaniałego programu opieki zdrowotnej, którym jestem objęty.

- Ja też chciałbym nim być objęty - nachmurzył się Leon.

Yossarian wyjaśnił, że opiekę zdrowotną zapewnia mu firma, w której wciąż pracuje na pół etatu w charakterze półemerytowanego półkonsultanta i w której może pozostać do końca życia pod warunkiem, że nie będzie się wychylał.

- Ja też chciałbym mieć taką pracę. Co to, u licha, znaczy? - zdziwił się, robiąc urągliwą minę, Leon. - John Yossarian. Zawód: półemerytowany półkonsultant. Co, do diabła, mają z tego zrozumieć nasi epidemiolodzy?

- To jeden z moich zawodów. Pracuję w niepełnym wymiarze godzin, pobierając pełne wynagrodzenie, i nikt nie słucha nawet połowy tego, co mówię, więc chyba można nazwać mnie półemerytowanym półkonsultantem? Firma płaci za wszystko. Mamy takie same obroty jak Harold Strangelove3 i Partnerzy i cieszymy się prawie taką samą sympatią. Nazywamy się Spółka Akcyjna M i M i Partnerzy. Ja jestem jednym z partnerów. Oni spółkują, ja partneruję.

- Czym naprawdę się zajmują?

- Sądzę, że wszystkim, co przynosi pieniądze i nie jest w nieuczciwy sposób niezgodne z prawem.

- Czy choć jedno słowo z tego jest prawdą?

- Tego nie mogę wiedzieć. Mogą mnie okłamywać równie dobrze jak kogokolwiek innego. Nie zwierzamy się sobie ze swych sekretów. Wcale tego nie zmyślam, możesz sprawdzić. Podłącz mnie do tego elektrokardiografu i zobacz, czy wykres skoczy, jeśli skłamię.

- A powinien skoczyć? - zapytał ze zdumieniem Leon.

- Nie widzę powodu, dlaczego miałby nie skoczyć.

- Co w takim razie robisz w tej swojej firmie?

- Nie zgadzam się.

- Nie bądź taki przewrażliwiony.

- Odpowiadam na twoje pytanie - poinformował go z przyjemnością Yossarian. - Nie zgadzam się z rzeczami, na które nie pozwalają mi moje normy etyczne. Czasami daję z siebie wszystko, wyrażając sprzeciw. Potem oni albo biorą to pod uwagę, albo nie. Stanowię sumienie firmy, jej moralny wyrzut, i to właśnie jest jedną z rzeczy, które robię, odkąd wylądowałem tam przed ponad dwudziestu laty za nielegalne wyreklamowanie swoich dzieci od wojny wietnamskiej. Jak udało ci się wyreklamować swoje?

- Akademia medyczna. Oczywiście kiedy tylko minęło zagrożenie, oboje przenieśli się na zarządzanie. Swoją drogą, mój kapuś doniósł mi, że wciąż spędzasz przyjemnie czas z jedną z naszych najbardziej ulubionych pielęgniarek.

- Przyjemniej niż z tobą i twoimi kumplami.

- To bardzo miła dziewczyna i bardzo dobra siostra.

- Chyba to zauważyłem.

- I bardzo atrakcyjna.

- To również zauważyłem.

- Mamy tutaj kilku bardzo dobrych specjalistów, którzy wyznali mi szczerze, że chętnie wskoczyliby jej do łóżka.

- To, co powiedziałeś, Leon, jest wulgarne, naprawdę wulgarne i powinieneś się wstydzić - upomniał go z niesmakiem Yossarian. - To najbardziej nieprzyzwoity sposób powiedzenia, że wszyscy macie ochotę ją zerżnąć.

Leon zaczerwienił się i Yossarian wykorzystał jego chwilową utratę pewności siebie, prosząc o umieszczenie na drzwiach napisu "Uprasza się o nieskładanie wizyt", który tkwił tam, kiedy przyszedł mu zawracać głowę następny gość.

Pukanie było bardzo nieśmiałe i Yossarian miał przez chwilę nadzieję, że to kapelan, który wrócił jako wolny człowiek z miejsca, gdzie był zgodnie z prawem nielegalnie przetrzymywany. Yossarian nie miał pojęcia, jak mu pomóc, i był prawie tak samo jak on bezradny.

Ale to był tylko Michael, jego najmłodszy syn, jedyny nieudacznik spośród czworga dzieci. Poza nim była jeszcze Gillian, sędzina w sądzie bardzo niskiej instancji, najstarszy syn i kolejny człowiek sukcesu, Julian, oraz Adrian, przeciętny i zadowolony z siebie, lekceważony przez pozostałych właśnie dlatego, że był przeciętny. Michael, nieżonaty, nieustabilizowany, bezrobotny i pozbawiony wad, wpadł, żeby zobaczyć, jak się ojcu wiedzie w szpitalu, oraz uprzedzić, że nosi się z zamiarem rzucenia wydziału prawa, prowadzone tam bowiem zajęcia nie wydają mu się w większym stopniu stymulujące niż te w akademii medycznej, szkole biznesu, akademii sztuk pięknych, na architekturze i kilku innych uczelniach różnego rodzaju, które porzucał po krótkich okresach próbnych, odkąd, jak się zdawało, ktokolwiek sięgał pamięcią.

- Cholera - zasmucił się Yossarian. - Wciąż pociągam za sznurki, żeby cię gdzieś wkręcić, a ty masz to w nosie.

- Nie mogę na to nic poradzić - odparł ze zniechęceniem Michael. - Im więcej dowiaduję się o praktyce prawnej, tym bardziej dziwi mnie, że nie została prawnie zakazana.

- To jedna z przyczyn, dla których ja też z niej zrezygnowałem. Ile masz teraz lat?

- Zbliżam się do czterdziestki.

- Wciąż jeszcze masz czas.

- Nie wiem, czy żartujesz, czy mówisz serio.

- Ja też tego nie wiem - odparł Yossarian. - Ale jeśli uda ci się opóźnić decyzję, co zrobić ze swoim życiem, aż do chwili, kiedy staniesz się dość stary, żeby przejść na emeryturę, wtedy nigdy nie będziesz musiał jej podejmować.

- Nadal nie wiem, czy nie stroisz sobie żartów.

- Ja też nadal tego nie wiem - powiedział Yossarian. - Czasami mówię serio i jednocześnie nie mówię serio. Powiedz mi, źrenico mego oka, czy sądzisz, że w moim pogmatwanym życiu kiedykolwiek naprawdę chciałem robić to, co faktycznie robiłem?

- Nie chciałeś nawet pisać scenariuszy?

- Tylko przez krótki czas. Udawałem przed sobą samym, że mnie to bawi, ale niezbyt podobał mi się produkt finalny. Uważasz, że miałem ochotę przejść do reklamy, pracować na Wall Street albo kiedykolwiek zaangażować się w rozwój terenów miejskich względnie w ustalanie praw poboru i pierwokupu? Kto marzy w młodości o karierze rzecznika?

- Naprawdę pracowałeś kiedyś dla Noodlesa Cooka?

- Noodles Cook pracował dla mnie. Zaraz po studiach. Myślisz, że naprawdę chcieliśmy pisać przemówienia dla polityków, Noodles Cook i ja? Chcieliśmy pisać sztuki i publikować je w "New Yorkerze". Kto z nas ma jakiś wybór? Bierzemy to, co możemy dostać, a nie to, o czym marzymy. Nie ucieknie przed tym nawet książę Walii.

- To cholerny sposób na życie, nie sądzisz, tato?

- Ale jedyny.

Michael przez chwilę milczał.

- Przestraszyłem się, widząc na twoich drzwiach napis zakazujący odwiedzin - przyznał lekko urażonym tonem. - Kto go tam, do diabła, zawiesił? Pomyślałem, że możesz być naprawdę chory.

- To miał być żart - wymamrotał Yossarian, który domalował flamastrem na tekturce, że wszyscy naruszający zakaz zostaną rozstrzelani. - Pomaga trzymać ludzi z daleka. Zaglądają tu przez cały dzień, nie zapowiadając nawet telefonicznie swojej wizyty. Chyba nie zdają sobie sprawy, że leżenie dzień i noc w szpitalu może wymagać wiele trudu.

- I tak nie odpowiadasz na żaden telefon. Założę się, że jesteś tutaj jedynym pacjentem z automatyczną sekretarką. Jak długo jeszcze zamierzasz tu zostać?

- Czy burmistrz jest wciąż burmistrzem? Czy kardynał nadal kardynałem? Czy ten kutas dalej sprawuje swój urząd?

- Jaki kutas?

- Jakikolwiek kutas, który sprawuje w tej chwili urząd. Chcę, żeby pozbyto się wszystkich kutasów.

- Nie możesz zostać tutaj aż tak długo! - zawołał Michael. - I w ogóle co ty tutaj robisz? Zaledwie przed kilku miesiącami zrobiłeś sobie kompletne badania. Wszyscy uważają, że jesteś szalony.

- Protestuję. Kto tak uważa?

- Ja.

- Jesteś szalony.

- Wszyscy tak uważamy.

- Protestuję ponownie. Wszyscy jesteście szaleni.

- Julian mówi, że już dawno temu mógłbyś przejąć całą firmę, gdybyś tylko miał ambicję i głowę na karku.

- On też jest szalony. Tym razem naprawdę się bałem, Michael. Miałem wizję.

- Jaką?

- Nie była to w każdym razie wizja, że przejmuję M i M. Miałem złe przeczucie albo tak mi się tylko wydawało. Bałem się, że mam wylew albo guza i nie byłem pewien, czy to sobie wyobrażam, czy nie. Kiedy się nudzę, zaczynam się niepokoić. Zaczynam chorować na zapalenie spojówek albo grzybicę stóp. Mam kłopoty ze snem. Nie uwierzysz mi, Michael, ale kiedy nie jestem zakochany, nudzę się, a tak się składa, że nie jestem zakochany.

- Widzę - stwierdził Michael. - Nie jesteś na diecie.

- Po tym to poznajesz?

- Między innymi.

- Myślałem o epilepsji i chwilowym niedokrwieniu mózgu, o którym pewnie jeszcze nic nie słyszałeś. Potem przestraszyłem się wylewu. Wszyscy zawsze powinni bać się wylewu. Czy nie mówię zbyt dużo? Odnoszę wrażenie, że widzę wszystko dwa razy.

- Masz na myśli, że widzisz podwójnie?

- Nie, jeszcze nie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystko to już mi się kiedyś wydarzyło. W dzisiejszych wiadomościach nie znalazłem prawie nic nowego. Każdego dnia ma się zacząć jakaś kolejna kampania polityczna, kolejne wybory, a jeśli ich nie ma, kolejny turniej tenisowy albo znowu te pieprzone igrzyska olimpijskie. Pomyślałem, że nie będzie złym pomysłem przyjść tutaj i wszystko sprawdzić. Ale mój mózg okazał się zdrowy, a umysł czysty. Podobnie jak sumienie.

- To znakomicie.

- Nie bądź taki pewny siebie. Wielkie zbrodnie popełniane są przez ludzi, których sumienie jest czyste. I nie zapominaj, że mój ojciec zmarł na wylew.

- W wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat.

- Myślisz, że skakał z tego powodu z radości? Co ty ze sobą poczniesz, Michael? Nie daje mi spokoju fakt, że nie wiem, jak, do diabła, zamierzasz się dopasować.

- Teraz rzeczywiście mówisz za dużo.

- Jesteś jedynym członkiem rodziny, z którym naprawdę mogę pogadać, ale nie chcesz mnie słuchać. Cała reszta dobrze o tym wie, nawet twoja matka, która zawsze upomina się o wyższe alimenty. Pieniądze są ważne, ważniejsze niż cokolwiek innego. Podsunąć ci dobry pomysł? Zatrudnij się zaraz w firmie, która ma dobry program emerytalny i dobry program opieki medycznej, w jakiejkolwiek firmie i na jakimkolwiek etacie, niezależnie od tego, jak bardzo ci się tam nie podoba, i pozostań tam, aż będziesz zbyt stary, żeby ciągnąć to dalej. To jedyny sposób na życie: przygotować się do umierania.

- Rany, tato, ty naprawdę w to wierzysz?

- Nie, nie wierzę, chociaż to chyba prawda. Ale ludzie nie są w stanie przeżyć na zasiłku, a ty nie masz nawet tego. Nawet biedna Melissa jest w lepszej sytuacji.

- Jaka biedna Melissa?

- To ta słodka pielęgniarka z mojego oddziału, ta, która jest atrakcyjna i sprawia wrażenie młodej.

- Nie jest wcale taka atrakcyjna i ma więcej lat ode mnie.

- Naprawdę?

- Nie widzisz tego?

Pod koniec drugiego tygodnia pobytu Yossariana w szpitalu uknuto spisek, żeby go stamtąd wykurzyć.

Wykurzyli go przy pomocy faceta z Belgii, którego umieszczono w sąsiedniej sali. Facet z Belgii był finansowym mądralą ze Wspólnoty Europejskiej. Był bardzo chorym finansowym mądralą z Belgii i mówił słabo po angielsku, co i tak nie miało większego znaczenia, ponieważ usunięto mu fragment gardła, wskutek czego nie mógł w ogóle mówić, i mało rozumiał, co miało wielkie znaczenie dla pielęgniarek i kilku lekarzy, którzy nie mogli się z nim w odpowiedni sposób porozumieć. Przez cały dzień i prawie całą noc przy łóżku Belga siedziała, paląc bez przerwy papierosy, jego ubrana w nie wyprasowane modne ciuchy, drobna belgijska żona, która również nie rozumiała ani w ząb angielskiego i jazgotała bez przerwy histerycznie, wpadając w panikę i krzycząc wniebogłosy za każdym razem, kiedy Belg zajęczał, zakrztusił się, zasnął albo obudził. Przybył do tego kraju, żeby się wyleczyć, i doktorzy usunęli mu krtań, ponieważ gdyby ją zostawili, z pewnością by umarł. Teraz nie było wcale takie pewne, czy przeżyje. Chryste Panie, myślał Yossarian, jak on to wszystko znosi?

Chryste, myślał, jak ja to mogę znieść?

Facet nie miał żadnego sposobu, żeby wyrazić targające nim uczucia, z wyjątkiem kiwania lub kręcenia głową w odpowiedzi na uporczywe pytania, zadawane mu przez żonę, która nie miała żadnego praktycznego sposobu, aby przekazać dalej to, co jej komunikował. Groziło mu więcej niebezpieczeństw i cierpiał więcej niewygód, niż Yossarian mógł zliczyć na palcach obu rąk. Zabrakło mu palców za pierwszym razem, kiedy je liczył, i nie próbował robić tego ponownie. Nie wyrosły mu żadne nowe. W jego sąsiedztwie trwało na ogół takie zgiełkliwe zamieszanie, że nie miał prawie czasu, żeby pomyśleć o sobie. Zamartwiał się Belgiem bardziej, niż tego chciał. Wpadał w stres i wiedział, że stres nie jest zdrowy. Ludzie w stresie dostawali raka. Martwiąc się swoim stresem, wpadał w jeszcze większy stres i zaczynało mu się również robić żal samego siebie.

Facet cierpiał ból zupełnie niewyobrażalny dla Yossariana, który nie otrzymywał żadnych środków uśmierzających i czuł, że nie zdoła wytrzymać go dłużej i wyjść z tego obronną ręką. Belg był odurzany narkotykami. Był odsysany. Był szpikowany medykamentami i sterylizowany. Dawał wszystkim w kość tak bardzo, że siostra MacIntosh rzadko znajdowała czas, żeby pozwolić Yossarianowi bawić się koronkowym skrajem swoich majtek. Praca pielęgniarki to nie są żarty, a z chorym facetem z Belgii nie było żartów. Melissa była zagoniona, roztargniona i zdyszana. Nie miał odwagi odwracać jej uwagi, kiedy za sąsiednimi drzwiami działy się tak ważne rzeczy, ale raz rozbudzony, czuł się bez niej o wiele uboższy. Nikt inny go nie zadowalał.

Nie mogący się praktycznie poruszać facet z Belgii utrzymywał ich wszystkich w ciągłym ruchu. Odżywiano go za pomocą wetkniętej w szyję rurki, która nie pozwalała mu umrzeć z głodu. Dostarczano biedakowi wodę kroplówką, żeby się nie odwodnił, i wysysano płyny z jego płuc, żeby się nie utopił.

Facet z Belgii dostarczał wszystkim roboty przez cały dzień. Miał rurkę w płucach i rurkę w brzuchu i wymagał tak bezustannej opieki, że Yossarian miał mało czasu, żeby rozmyślać o kapelanie Tappmanie, o swoich problemach z Milem i Wintergreenem i o ich eskadrach niewidzialnych bombowców, a także o wysokiej, umalowanej na biało, piersiastej australijskiej współlokatorce na wysokich obcasach, i w ogóle o kimkolwiek innym. Kilka razy dziennie ośmielał się wyjść na korytarz i zajrzeć do drugiej sali, po prostu po to, żeby zobaczyć, co się dzieje, i za każdym razem, kiedy to zrobił, uciekał chwiejnym krokiem i zasłaniając dłonią oczy, padał półprzytomny na własne łóżko.

Kiedy przejaśniało mu się przed oczyma i podnosił wzrok, widział wpatrującego się weń bardziej tajemniczego z dwóch detektywów, wytwornego mężczyznę ubierającego się w elegancko skrojone garnitury i stonowane krawaty w kolorowe skomplikowane wzory, z cudzoziemską cerą i ciemnymi oczyma osadzonymi w wyrazistej twarzy, która wydawała się nieco orientalna i przypominała skorupę migdału.

Czego tutaj, kurwa, szukasz? - miał nieraz ochotę zawołać Yossarian.

- Czego pan sobie życzy? - zapytał go raz uprzejmie, uśmiechając się z przymusem.

- Mówi pan do mnie? - zabrzmiała wielkopańska replika, wypowiedziana cichym głosem z nienaganną dykcją.

- Czy mogę panu w czymś pomóc?

- Bynajmniej. Zastanawiałem się tylko, gdzie się podział ten tęgi, łysiejący dżentelmen z żółtymi włosami, który kręcił się bez przerwy po korytarzu kilka dni temu.

- Drugi prywatny detektyw?

- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym pan mówi - odparł tamten i wycofał się.

- Czego tutaj, kurwa, szukasz? - wrzasnął za nim Yossarian i w tej samej chwili na korytarzu rozległ się znajomy krzyk, po którym zaskrzypiały gumowe podeszwy.

- Kto mówi po francusku? Kto mówi po francusku? - rozbrzmiewał kilkanaście razy dziennie zraniony krzyk siostry MacIntosh, siostry Cramer bądź też innej pielęgniarki albo kogokolwiek z plejady lekarzy, laborantów, salowych oraz afroamerykańskich, latynoskich, azjatyckich i pochodzących z innych rejonów świata uchodźców ekonomicznych, którzy opiekowali się za opłatą Belgiem w tej przedziwnej, nienaturalnej cywilizacji szpitalnej, która była całkowicie naturalna. Teraz, kiedy obok automatów z cukierkami i napojami ustawiono na każdym piętrze bankomat, pacjent z porządną kartą kredytową i porządnym medycznym ubezpieczeniem mógł w ogóle nie wystawiać nosa ze szpitala.

Tajny agent z nienaganną dykcją i w nieskazitelnie skrojonym garniturze ani razu nie przyznał, że mówi po francusku, chociaż Yossarian mógł się założyć, że zna ten język i potrafi również łamać szyfry.

Yossarian mówił bardzo słabo po francusku, ale postanowił pilnować własnego nosa. Niepokoiła go możliwość popełnienia błędu. Kto to mógł wiedzieć? Niewykluczone, że w następstwie błędu w tłumaczeniu oskarżą go o prowadzenie niedozwolonej praktyki medycznej. Wiedział, że gdyby kiedykolwiek przyszło mu w jego wieku przechodzić przez to samo co Belg wyłącznie po to, żeby trochę pożyć, nie mając w dodatku pewności, czy będzie mógł jeszcze kiedyś skorzystać z własnych strun głosowych, wolałby chyba dać sobie siana. Rzecz sprowadzała się do spraw elementarnych. Nie mógł wytrzymać bólu Belga. Wiedział, że będzie musiał opuścić swoją pielęgniarkę.

Był podatny na symptomy i wiedział o tym. Po pierwszym dniu dostał chrypki.

- Co się z tobą dzieje? - warknęła nazajutrz rano z troską siostra MacIntosh, kiedy po przyjściu na oddział umalowała się, wyprostowała szwy swoich pozbawionych szwu pończoch i stwierdziwszy, że wygląda jak bóstwo, zajrzała sprawdzić, czy nic mu nie jest.

- Mam chrypę. Nie wiem, skąd się wzięła.

Nie ma gorączki ani żadnych dolegliwości, a w jego uszach, nosie oraz gardle nie ma nigdzie oznak stanu zapalnego, oświadczył wezwany do niego specjalista od uszu, nosa oraz gardła.

Nazajutrz rozbolało go gardło. Czuł tam wyraźną grudę; miał trudności z przełykaniem jedzenia i chociaż nadal nie było śladu infekcji ani obstrukcji, wiedział z absolutną pewnością, że jeśli posiedzi w szpitalu choćby chwilę dłużej i nie umknie szybko, gdzie pieprz rośnie, jego krtań padnie ofiarą złośliwego nowotworu.

Siostra Melissa MacIntosh sprawiała wrażenie załamanej. Zapewnił ją, że jego decyzja nie ma charakteru osobistego, i obiecał z galanterią zabrać ją wkrótce na obiad do dobrej restauracji, a być może także do Paryża, Florencji i Monachium, oraz na wspólne oglądanie wystaw z bielizną, jeśli tylko stwierdzą, że przypadli sobie do gustu, a jej nie będą przeszkadzać włóczący się za nim wszędzie prywatni detektywi. Wzmiankę o prywatnych detektywach uznała za żart i oznajmiła, że będzie jej go brakować. Odpowiedział dwornie, że nie da jej ku temu okazji, choć już w tej samej chwili - spoglądając szczerze w jej żarliwe błękitne oczy i ściskając serdecznie dłoń na pożegnanie - zastanawiał się, czy będzie w ogóle pamiętał, że chciał się z nią jeszcze kiedykolwiek zobaczyć.

4.Lew

Urodziłem się silny i bez lęku. Nie wydaje mi się, żebym do dziś wiedział, co to znaczy bać się drugiego człowieka. Mam silne mięśnie, grube kości i potężną klatkę piersiową wcale nie dlatego, że jako mały chłopak pakowałem w bele stare gazety i dźwigałem ciężary w składzie mojego ojca. Gdybym był cherlakiem, stary nie kazałby mi po prostu tego robić. Prowadziłbym rachunki albo załatwiał zlecenia, tak jak moje siostry i starszy brat Ira. Rodzice mieli czterech synów i dwie córki; ja byłem przedostatni z chłopców. Matka opowiadała ludziom, że byłem najsilniejszym niemowlakiem, jakiego widziała na oczy, a w dodatku najbardziej głodnym. Potrzebowała obu rąk, żeby odciągnąć mnie od piersi.

- Jak Herkules w kołysce - oznajmił kiedyś Sammy Singer.

- Kto?

- Herkules. Mały Herkules.

- Co to za historia?

- Kiedy się urodził, włożono mu do kołyski kilka wielkich węży, żeby go zabiły. Zadusił je gołymi rękami.

- Wcale tak nie było, mądralo.

Mały Sammy Singer wiedział takie rzeczy, nawet gdy jeszcze chodziliśmy do trzeciej albo czwartej klasy podstawówki. A może było to w szóstej albo siódmej. Kiedy cała reszta pisała wypracowania o Tomku Sawyerze albo Robinsonie Crusoe, on pisał o Iliadzie. Sammy był bystry, ja sprytny. On przyglądał się rzeczom, ja je sobie wyobrażałem. On był dobry w szachach, ja w bezika. Kiedy przestałem grać w szachy, on wciąż tracił pieniądze w bezika. I kto tu był sprytny? Kiedy poszliśmy na wojnę, Sammy chciał być pilotem myśliwca i wybrał lotnictwo. Ja wybrałem siły lądowe, bo chciałem walczyć z Niemcami. Miałem nadzieję, że będę siedzieć w czołgu i rozjeżdżać ich całymi setkami. On został tylnym strzelcem pokładowym, ja wylądowałem w piechocie. Jego zestrzelili raz nad morzem i wrócił do domu z medalem. Ja dostałem się do niewoli i siedziałem tam aż do samego końca. Może rzeczywiście on był sprytniejszy. Po wojnie poszedł za państwowe pieniądze na studia, a ja kupiłem sobie za miastem skład materiałów budowlanych. Potem kupiłem plac, wszedłem w spółkę z kilkoma klientami, którzy znali się lepiej ode mnie na budownictwie, i zbudowałem dom. Ja znałem się lepiej na interesach. Z zysku, który osiągnąłem ze sprzedaży pierwszego domu, zbudowałem już na własną rękę następny. Odkryłem, czym jest kredyt. Na Coney Island nie mieliśmy pojęcia, że banki chcą pożyczać pieniądze. Kiedy Sammy chodził do opery, ja polowałem na kaczki i kanadyjskie gęsi razem z miejscowymi hydraulikami i jankeskimi bankierami. W niewoli w Niemczech za każdym razem, kiedy jedni strażnicy przekazywali nas innym, martwiłem się, co się stanie, kiedy któryś z nich spojrzy na moją blaszkę identyfikacyjną i odkryje, że jestem Żydem. Martwiłem się, ale nie pamiętam, żebym choć raz się bał. W każdym nowym miejscu, w miarę jak posuwaliśmy się coraz dalej w głąb Niemiec, w kierunku Drezna, starałem się znaleźć jakiś sposób, żeby powiedzieć im o tym, zanim sami się dowiedzą. Nie chciałem, żeby odnieśli wrażenie, że mają w niewoli faceta, który coś ukrywa. Aż do chwili, kiedy Sammy poinformował mnie, że mogli mi wtedy napluć w twarz, trzasnąć kolbą w łeb albo po prostu odprowadzić w zarośla i zastrzelić lub zakłuć bagnetem, w ogóle o czymś takim nie pomyślałem. Byliśmy w większości bardzo młodzi i wyobrażałem sobie, że co najwyżej wyśmieją mnie i szturchną raz czy drugi, i że być może będę musiał strzelić kilku w pysk, żeby nauczyć ich moresu. Nigdy nie ulegało dla mnie kwestii, że mógłbym to zrobić. Byłem L.R., Lewisem Rabinowitzem z Neptune Avenue na Coney Island, z Brooklynu w Nowym Jorku, i nie miałem wtedy najmniejszych wątpliwości, że nie dam się pokonać w niczym i osiągnę wszystko, co chcę.

To samo czułem już jako dziecko. Od samego początku byłem duży, barczysty i miałem silny głos, a wydawało mi się, że jestem jeszcze większy i bardziej barczysty, niż byłem. W podstawówce widziałem starszych chłopców, większych i pewnie silniejszych ode mnie, ale jakoś nigdy tego nie czułem. I nigdy nie bałem się chłopaków z tych kilku mieszkających w sąsiedztwie włoskich rodzin, wszystkich tych Bartolinich i Palumbo, o których inni bali się mówić na głos, dopóki nie znaleźli się w domu. Nosili podobno noże, ci chojracy, powtarzano sobie szeptem. Ale ja nigdy u żadnego z nich noża nie widziałem. Zostawiałem ich w spokoju i oni też mnie nie zaczepiali. Mnie i żadnego z moich kumpli. Z wyjątkiem jednego razu, kiedy jeden z nich, chudy starszy chłopak z ósmej klasy, przeszedł niedbale obok mnie i umyślnie nadepnął mi na stopę, gdy siedziałem na chodniku przy skraju boiska, czekając, aż skończy się przerwa na lunch i wpuszczą nas z powrotem do szkoły. Miał na nogach tenisówki. W szkole nie wolno nam było nosić tenisówek poza salą gimnastyczną, ale ci Bartolini i Palumbo nosili je, kiedy tylko chcieli. Heeej, powiedziałem sobie, kiedy zorientowałem się, co jest grane. Widziałem, jak się zbliża. Widziałem, jak skręca w moim kierunku z niewinną podłą miną. Nie widziałem tylko mojej ręki, która złapała go za kostkę i zacisnęła się na niej z wystarczającą siłą, żeby zatrzymać go w miejscu, gdy próbował wyrwać się i pójść dalej, nie odwracając nawet oczu, tak jakby miał do tego prawo, tak jakby mnie tam w ogóle nie było. Naprawdę się zdziwił, kiedy zobaczył, że go nie puszczam. Próbował strugać chojraka. Nie mieliśmy nawet trzynastu lat.

- Co robisz? - zapytał z groźną miną.

Moje spojrzenie było twardsze.

- Coś upuściłeś - powiedziałem z lodowatym uśmiechem.

- Tak? Co takiego?

- Swoją stopę.

- Bardzo śmieszne. Puszczaj mnie.

- Upuściłeś ją na mnie - powiedziałem, klepiąc drugą ręką miejsce, na które nadepnął.

- Tak?

- Tak.

Szarpnął mocniej. Ja mocniej ścisnąłem.

- Jeśli to prawda, nie zrobiłem tego naumyślnie.

- Mam wrażenie, że to było naumyślnie - powiedziałem mu. - Ale jeśli przysięgniesz na Boga i powtórzysz jeszcze raz, że nie zrobiłeś tego naumyślnie, może ci uwierzę.

- Wydaje ci się, że taki z ciebie chojrak?

- Aha.

Inne dzieciaki obserwowały nas, wśród nich także dziewczęta. Czułem się wspaniale.

- Dobra, nie zrobiłem tego naumyślnie - powiedział i przestał się szarpać.

- W takim razie chyba ci wierzę.

Potem przez jakiś czas byliśmy przyjaciółmi.

Sammy postanowił któregoś dnia, że nauczy mnie boksować i pokaże jednocześnie, że jest ode mnie lepszy.

- Mięśnie to nie wszystko, Lew - powiedział.

Miał podręcznik, który wcześniej przeczytał, i pożyczone rękawice. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, kiedy je sobie wzajemnie zawiązywaliśmy. Pokazał mi, jak się ustawić i jak zadać pierwsze uderzenie, nauczył prostego, sierpowego i haka.

- W porządku, tygrysie, wiem już, o co chodzi. Co teraz? - zapytałem.

- Będziemy walczyć przez jakieś trzy minuty. Potem odpoczniemy przez minutę, pokażę ci, co zrobiłeś źle, i zaczniemy nową rundę. Pamiętaj, ani na chwilę nie przerywaj pracy nóg. Żadnych uderzeń podczas klinczu i żadnej przepychanki. To niedozwolone. Podnieś lewą rękę do góry, wyżej, trzymaj ją tak i trochę bardziej wysuń. Inaczej od razu cię trafię. Tak dobrze. Zaczynamy.

Przybrał pozycję i zaczął przebierać nogami, doskakując do mnie i odskakując. Ruszyłem prosto na niego, odsunąłem z łatwością lewą ręką obie jego dłonie, a prawą złapałem go otwartą rękawicą za głowę i przekręciłem żartobliwie w obie strony.

- To jest klincz! - wrzasnął. - Nie wolno ci przytrzymywać głowy. Musisz boksować albo nic nie robić. Teraz rozejdziemy się i zaczniemy na nowo. Pamiętaj, musisz starać się mnie uderzyć.

Tym razem tańczył wokół mnie szybciej. Uderzył mnie jednym ze swoich prostych w bok głowy i od razu odskoczył. Ponownie ruszyłem na niego, odsunąłem z łatwością w dół jego obie ręce i zacząłem go klepać lekko po twarzy drugą rękawicą. Nie mogłem powstrzymać śmiechu, kiedy na niego spojrzałem. Ja szczerzyłem zęby, on ciężko dyszał.

- Spróbujmy czegoś innego - powiedział żałośnie. - To po prostu nie zdaje egzaminu.

Martwiłem się czasami o małego Sammy'ego, bo nie potrafił sam dużo zdziałać i lubił irytować ludzi. Ale był sprytny i okazało się, że działa na nerwy tylko tym, o których wie, że się na niego nie wściekną. Takim jak ja.

- Hej, Lew, jak się miewa ta twoja panienka z wielkimi cyckami? - pytał mnie podczas wojny, kiedy zacząłem umawiać się z Claire i przyprowadzałem ją czasami ze sobą.

- Sprytny z ciebie gość - mówiłem mu, zgrzytając zębami i uśmiechając się z przymusem. Kiedy zaczynało się we mnie gotować, czułem, jak pika mi mięsień biegnący wzdłuż szczęki i z boku szyi. Czułem go także podczas gry w bezika, kiedy za wysoko zalicytowałem i musiałem próbować każdej sztuczki, żeby się ratować.

- Hej, Lew, przekaż moje pozdrowienia tej swojej żonie z wielkimi cyckami - powtarzał, kiedy wziąłem ślub z Claire. Mój kumpel Winkler zaczął się drażnić ze mną w podobny sposób i nie mogłem przywalić mu, jeśli nie przywaliłem Sammy'emu, a Sammy'emu przecież przywalić nie mogłem. Chciałem, żeby został moim pierwszym drużbą, ale starzy uparli się, żeby zostali nimi moi bracia, a w naszej rodzinie wszyscy zawsze robili to, czego chcieli inni.

Dali mi na imię Lewis i mówili na mnie Louie, jakbym nazywał się Louis, i nigdy nie widziałem żadnej różnicy, dopóki nie zwrócił mi na nią uwagi Sammy. Ale nawet potem nadal nie widziałem żadnej różnicy.

Sammy czytał gazety. Lubił kolorowych i twierdził, że powinni mieć prawo głosu na południu i w ogóle móc mieszkać, gdzie im się żywnie podoba. Nie obchodziło mnie, gdzie mieszkają, dopóki nie mieszkali obok mnie. Nigdy nie lubiłem naprawdę nikogo, kogo nie znałem osobiście. Lubiliśmy przez jakiś czas Roosevelta, kiedy został prezydentem, ale głównie dlatego, że nie był Herbertem Hooverem, ojcem Couglanem z Detroit ani innym republikaninem, względnie którymś z tych zapyziałych antysemitów z południa albo Środkowego Zachodu. Nie ufaliśmy mu jednak i nie wierzyliśmy w to, co mówił. Nie ufaliśmy bankom, nie wierzyliśmy w bankowe wyciągi i kiedy tylko się dało, załatwialiśmy nasze interesy gotówką. Nie lubiliśmy Niemców jeszcze przed nastaniem Adolfa Hitlera. A spośród Niemców najmniej szans w naszym domu mieli niemieccy Żydzi. I to nawet po objęciu władzy przez Hitlera. Dorastając, bez przerwy o nich słyszałem.

- Nigdy nie życzyłam nikomu nic złego - powtarzała moja matka. Słyszałem to bez przerwy, ale nie miało to nic wspólnego z prawdą. Jej soczyste przekleństwa spadały na głowy wszystkich, nawet członków rodziny. - Ale jeśli jakiś naród kiedykolwiek zasłużył na karę, to właśnie oni. Kiedy szliśmy z Polski do Hamburga, nie chcieli nawet na nas spojrzeć. Byliśmy im zadrą w oku. Wstyd im było za nasze walizy, nasze stroje i za to, że nie mówiliśmy po niemiecku. Wstydzili się nas i dawali nam to odczuć. Niektórzy, jeśli tylko się dało, kradli nam pieniądze. Kiedy było jakieś wolne miejsce w pociągu albo na ławce na ulicy, kładli na nie kapelusz, udając, że je dla kogoś zajmują, żebyśmy nie mogli koło nich usiąść. Kazali nam stać całymi godzinami, nawet z małymi dziećmi. Wszystko to robili ludzie z forsą. I udawali nawet, że nie znają jidysz.

Kiedy Sammy złożył jej nie tak dawno razem ze mną wizytę, napomknął, że jego zdaniem niemieccy Żydzi nie znają chyba jidysz. Moja matka, nawet jeśli to usłyszała, udała, że ma słaby słuch.

Gdy w Europie wybuchła wojna, byliśmy wszyscy o kilka lat za młodzi, żeby powołano nas do wojska. W liceum zmieniłem język obcy z hiszpańskiego na niemiecki - zacząłem się przygotowywać - i doprowadzałem do szaleństwa ludzi takich jak Sammy moimi Achtung, wie, geht, hallo, nein i jawohl. Kiedy wrzeszczeli, żebym się przymknął, rzucałem im raz albo dwa danke schön. Uczyłem się niemieckiego nawet po wstąpieniu do wojska. Kiedy się zaciągnąłem, znałem go już w dostatecznym stopniu, żeby znęcać się nad jeńcami wojennymi, których napotkałem w Fort Dix, Fort Sill, Fort Riley i Fort Benning. Jako jeniec wojenny w obozie niedaleko Drezna mogłem rozmawiać trochę ze strażnikami i czasami tłumaczyć dla innych amerykańskich więźniów. Ponieważ mówiłem po niemiecku, wysłali mnie do Drezna, żebym dozorował produkcję, mimo że byłem sierżantem i nie musiałem wcale jechać.

Interes ze śmieciami zaczął się rozkręcać, zanim jeszcze poszedłem do wojska. Matka Sammy'ego odkładała stare gazety i oddawała aluminiowe garnki i patelnie, a mój ojciec sprzedawał je. Przekonał się, że na surowcach wtórnych można nieźle zarobić; kilku pośredników w handlu złomem zbiło na tym całkiem pokaźne fortuny. Walczyliśmy też o domy przeznaczone do rozbiórki. Jeździliśmy za wozami straży pożarnej. Wielkie pożary na Coney Island były zawsze kopalnią złota, a dla nas były kopalnią miedzi i kopalnią ołowiu, z powodu rur kanalizacyjnych, które wyciągaliśmy z pogorzeliska. Kiedy wkrótce po wojnie spłonął Luna Park, była to dla nas prawdziwa bonanza. Płacili nam za usuwanie złomu i płacili ponownie, gdy go sprzedawaliśmy. Wszystkie gorące rzeczy zapakowane były w azbest, który braliśmy potem i zwijaliśmy w bele. Nieźle się na tym obłowiliśmy, a staruszek zarobił dziesięć tysięcy, które pożyczył mi później na kupno składu materiałów budowlanych, oczywiście na wysoki procent, ponieważ zawsze taki był i ponieważ nie podobał mu się mój pomysł z tym składem. Nie chciał, żebym porzucał śmieciarski interes i nie chciał, żebyśmy się przeprowadzali o prawie trzy godziny drogi od Coney Island.

Najlepsze były stare szkoły i szpitale. Kupiliśmy drugą ciążarówkę i zatrudniliśmy miejscowych siłaczy, którzy mogli dużo dźwigać i odstraszyć innych śmieciarzy. Wynajęliśmy nawet jednego wielkiego szwarca, silnego spokojnego Murzyna o imieniu Sonny, który przyszedł któregoś dnia i poprosił o pracę. Rozrywaliśmy metalowymi szczypcami i młotami gipsowe ściany i azbestową izolację, a potem wyciągaliśmy łomami, hakami do wiązania drutów i piłami do cięcia metalu miedziane i ołowiane rury. Mój tato wywalił wtedy Smokeya Rubina.

Przekazałem mu tę wiadomość. Niedługo potem nadeszła odpowiedź, że Smokey szuka mnie i że lepiej będzie, jeśli mnie nie znajdzie. Następnego dnia wieczorem poszedłem do baru Happy's Luncheonette przy Mermaid Avenue i usiadłem, żeby na niego poczekać. Kiedy Sammy i Winkler weszli tam i mnie ujrzeli, zrzedły im miny. Myślałem, że za chwilę zemdleją.

- Co ty tu robisz? - zapytał Winkler. - Zmykaj stąd, ale już.

- Nie wiesz, że Smokey poluje na ciebie? - poinformował mnie Sammy. - Jest z nim kilku jego kumpli.

- Ułatwiam mu sprawę, żeby nie musiał mnie długo szukać. Jeśli chcecie ze mną poczekać, mogę wam kupić oranżadę i sandwicze. Jeśli nie, siądźcie, gdzie wam się podoba.

- Jeśli chcesz zachowywać się jak wariat, sprowadź chociaż swoich braci - powiedział Sammy. - Może pobiegnę po nich do twojego domu?

- Napij się lepiej mleka słodowego.

Nie czekaliśmy długo. Smokey zobaczył mnie, kiedy tylko wszedł - siedziałem naprzeciwko drzwi - i podszedł prosto do nas, ubezpieczany z tyłu przez faceta, którego nazywano Czerwony Benny i szurniętego typka znanego jako Willie Dżip.

- Szukałem cię. Mam ci parę rzeczy do powiedzenia.

- Proszę bardzo. - Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. - Przyszedłem, żeby ich wysłuchać.

- Więc wyjdźmy na zewnątrz. Chcę pogadać z tobą sam na sam.

Przez chwilę się nad tym zastanawiałem. Mieli więcej niż po trzydzieści lat, my po siedemnaście i pół. Smokey grypsował. Siedział kiedyś w pierdlu i odniósł przynajmniej jedną paskudną ranę w walce na noże.

- W porządku, Smokey, jeżeli tego chcesz - odparłem. - Ale każ swoim chłopcom usiąść tutaj na chwilę, jeśli rzeczywiście masz ochotę pogadać ze mną sam na sam.

- Opowiadałeś o mnie złe rzeczy, zgadza się? Twój ojciec też.

- Jakie złe rzeczy?

- Że wywaliliście mnie i że kradłem. Twój ojciec nie wywalił mnie. Wyjaśnijmy tę sprawę raz na zawsze. Odszedłem sam. Nie mam zamiaru u was dłużej harować.

- Smokey... - zacząłem czując, jak zaczyna mi znowu skakać ten nerw z boku policzka i szyi. - Stary prosił, żebym na pewno nie zapomniał ci powiedzieć, że jeżeli kiedykolwiek postawisz nogę w jego składzie, połamie ci gnaty.

To go na chwilę zatkało. Znał mojego starego. Jeśli stary coś powiedział, Smokey wiedział, że to nie żarty. Mój ojciec był niskim mężczyzną z największymi i najszerszymi ramionami, jakie kiedykolwiek widziałem, i małymi błękitnymi oczkami, osadzonymi w twarzy, która przypominała torpedę albo pocisk artyleryjski. Ze swoimi piegami, plamami wątrobowymi i wyrazistymi rysami wyglądał niczym odlana z żelaza sztaba, wysokie na pięć i pół stopy kowadło. Zresztą był kiedyś kowalem. Wszyscy mieliśmy wielkie głowy i duże kwadratowe szczęki. Wyglądaliśmy jak Polacy i wiedzieliśmy, że jesteśmy Żydami. W Polsce ojciec jednym uderzeniem pięści w czoło zabił Kozaka, który podniósł głos na moją matkę, a w Hamburgu o mało nie potraktował tak samo jakiegoś urzędnika imigracyjnego, który popełnił podobny błąd, niegrzecznie się wobec niej zachowując, ale w porę się wycofał. W mojej rodzinie nikomu nie wolno było bezkarnie nas obrażać, może z wyjątkiem Sammy'ego Singera, który wciąż ględził o cyckach Claire.

- Jak się miewa twój tato, Marvin? - zapytał nagle Czerwony Benny, zwracając się do Winklera, podczas gdy wszyscy w Happy's Luncheonette wlepiali w nas oczy. Po tym pytaniu Smokey miał kolejny powód, żeby wziąć na wstrzymanie.

Winkler zabębnił palcami jednej ręki po blacie stołu i nic nie odpowiedział.

Jego ojciec był bukmacherem i zarabiał wtedy więcej niż ktokolwiek w sąsiedztwie. Przez jakiś czas mieli nawet w domu fortepian. Czerwony Benny był posłańcem, poborcą, lichwiarzem, dłużnikiem i włamywaczem. Któregoś lata obrobił razem z jakąś bandą cały letni pensjonat z wyjątkiem pokoju, który wynajmowali starzy Winklera i różni ważniacy na górze zaczęli się zastanawiać, czym takim zajmuje się tata Winklera, że został oszczędzony.

Smokey spuścił trochę z tonu.

- Ty i twój ojciec opowiadacie ludziom, że podebrałem wam jakiś dom, tak? Nie podebrałem tego domu. Znalazłem dozorcę i sam dobiłem z nim targu.

- Znalazłeś go, kiedy dla nas pracowałeś - powiedziałem. - Możesz albo pracować dla nas, albo załatwiać interesy na własną rękę. Nie możesz robić obu rzeczy równocześnie.

- Teraz handlarze nie chcą ode mnie nic kupować. Zabronił im tego twój ojciec.

- Mogą robić, co chcą. Ale jeśli kupią od ciebie, on nic im nie sprzeda. Tyle tylko im powiedział.

- Nie podoba mi się to. Chcę z nim pogadać. Chcę z nim zaraz pogadać. Chcę wyprostować tę sprawę także z nim.

- Smokey... - powiedziałem, powoli cedząc słowa i czując się nagle bardzo, bardzo pewny siebie. - Jeżeli kiedykolwiek podniesiesz głos na mojego starego, dopilnuję, żebyś zginął. A on zrobi to samo, jeśli podniesiesz na mnie choć mały palec.

Wywarło to chyba na nim pewne wrażenie.

- W porządku - poddał się, robiąc zbolałą minę. - Wrócę do niego do pracy. Ale powiedz, że chcę sześćdziesiąt dolców tygodniowo.

- Nic nie rozumiesz. On może cię nie przyjąć z powrotem nawet za pięćdziesiąt. Będę musiał się za tobą wstawić.

- Może mieć ten dom, który znalazłem, jeśli da mi pięć setek.

- Może ci dać normalne dwieście.

- Kiedy mogę zacząć?

- Daj mi jeden dzień, żebym spróbował go przekonać.

Naprawdę musiałem nieźle nawijać, żeby przypomnieć staremu, że Smokey ciężko pracował i że razem z tym czarnym facetem całkiem skutecznie odstraszali innych śmieciarzy.

- Pożycz mi teraz pięćdziesiąt, Louie, dobrze? - poprosił grzecznie Smokey. - Znalazłem trochę gratów z pogorzeliska w Harlemie i chcę w nie zainwestować.

- Mogę ci pożyczyć najwyżej dwadzieścia. - Mogłem mu dać więcej. - To śmieszne - powiedziałem, rozprostowując palce, kiedy wszyscy trzej zniknęli za drzwiami. - Coś mi się stało w rękę. Kiedy dawałem mu tę dwudziestkę, nie mogłem zacisnąć na niej palców.

- Przez cały czas trzymałeś tę cukiernicę - odparł, dzwoniąc zębami Winkler.

- Jaką cukiernicę?

- Nic nie wiedziałeś? - warknął na mnie prawie ze złością Sammy. - Zaciskałeś ją w ręku tak, jakbyś chciał go nią zatłuc. Myślałem, że zgnieciesz ją na kawałki.

Odchyliłem się ze śmiechem do tyłu i zamówiłem dla nas pierożki i lody. Nie, wcale nie wiedziałem, że rozmawiając ze Smokeyem, zaciskałem w dłoni tę cukiernicę. Mój umysł był chłodny i skoncentrowany, patrzyłem mu prosto w oczy, ale moja ręka była gotowa do akcji nawet bez mojej wiedzy. Sammy wypuścił z płuc powietrze; blady jak ściana podniósł dłoń z kolan i położył z powrotem na stoliku trzymany w niej stołowy nóż.

- Po co go wziąłeś, tygrysie? - zapytałem wciąż się śmiejąc. - Myślisz, że dużo byś mi pomógł?

- Nie chciałem, żeby widzieli, jak bardzo trzęsą mi się ręce - szepnął Sammy.

- Potrafiłbyś go użyć?

Sammy potrząsnął głową.

- Nie, i nie chcę się nigdy nauczyć. Ale muszę ci coś powiedzieć, Lew. Jeśli kiedykolwiek będziemy razem i poczujesz, że masz ochotę się z kimś trzaskać, chcę, żebyś wiedział, że nie możesz na mnie liczyć.

- Na mnie też - dodał Winkler. - Czerwony Benny nie zrobiłby mi nic złego, ale nie byłem taki pewien dwóch pozostałych.

- Kochani - powiedziałem - tym razem też wcale na was nie liczyłem.

- Naprawdę miałeś zamiar zdzielić go tą cukiernicą?

- Gdybym musiał, Sammy, zdzieliłbym go w łeb całą tą budą. Zdzieliłbym go tobą.

Miałem już sześćdziesiąt pięć lat - sześćdziesiąt pięć lat bez dwóch dni - kiedy złapałem tego złodzieja torebek, wysokiego, szybkiego drania koło dwudziestki. Łatwo to zapamiętałem z powodu swoich urodzin. W ramach prezentu musiałem zabrać Claire do miasta na jeden z tych spektakli z piosenkami, który ona chciała obejrzeć, a ja nie. Przyjechaliśmy trochę wcześniej i staliśmy razem z innymi ludźmi pod markizą teatru, niedaleko Dworca Autobusowego Zarządu Portu. Wciąż chce mi się śmiać, kiedy sobie przypomnę, jak Sammy dał się tam oskubać doliniarzowi i o mało nie wylądował w areszcie za to, że darł się na policjantów, żeby natychmiast coś zrobili w tej sprawie. Do tego czasu pogodziłem się już z Niemcami i jeździłem mercedesem. Claire też miała eleganckiego merca z odsuwanym dachem. Ni z tego, ni z owego jakaś kobieta narobiła krzyku. Zobaczyłem za sobą kilku uciekających facetów. Niewiele myśląc złapałem jednego z nich. Obróciłem go dookoła, podniosłem w górę i rzuciłem piersią na maskę samochodu. Dopiero wtedy zauważyłem, że jest młody, wysoki i silny. Miał brązową skórę.

- Jeśli poruszysz choćby jednym mięśniem, złamię ci kark - szepnąłem mu do ucha. Nie poruszył ani jednym mięśniem.

Patrząc jak dokładnie przeszukują go gliniarze, kręciłem głową ze zdziwienia, które właściwie powinno być strachem. Przeczesali mu włosy palcami, szukając żyletki albo jakiegoś innego szpikulca. Obmacali jego kołnierz, kieszenie i wszystkie szwy, sprawdzając, czy nie ma pistoletu, noża albo innego małego ostrego przedmiotu. Uświadomiłem sobie, że mogłem zginąć. Wyluzowali się dopiero wtedy, gdy zajrzeli do jego tenisówek.

- Miał pan wiele szczęścia, proszę pana - powiedział dowodzący patrolem młody gliniarz, który był spośród nich najstarszy.

Ludzie uśmiechali się do mnie, a ja odpowiadałem im uśmiechem. Czułem się jak bohater.

- W porządku, Lew, twój show dobiegł końca - powiedziała oschle Claire. Mogłem się założyć, że usłyszę od niej właśnie coś takiego. - Wejdźmy teraz do środka, żeby zobaczyć prawdziwy spektakl.

- Jeszcze chwilę, Claire - odparłem głośno, robiąc buńczuczną minę. - Mam wrażenie, że ta przystojna blondynka chce mnie bliżej poznać.

- Na litość boską, Lew, idziesz natychmiast czy mam wejść bez ciebie? - zapytała.

Weszliśmy, śmiejąc się, do teatru. Dwa tygodnie później pojawiły się ponownie moje symptomy i wróciłem do szpitala na chemioterapię.

5.John

Za ścianami szpitala życie toczyło się dalej.

Ludzie wpadali w szał i dostawali medale. Dekoratorzy wnętrz byli idolami kultury, a dyktatorzy mody stali towarzysko wyżej od swojej klienteli.

- A dlaczegóż by miało być inaczej? - rzuciła w odpowiedzi na tę uwagę Yossariana Frances Beach, kobieta o dykcji do tego stopnia zbliżonej do doskonałości, że jej słuchaczy dziwiło często, jak ktokolwiek może wysławiać się po angielsku tak nieskazitelnie i nie mówić zarazem, jakby miał powiększone migdałki. - Zapomniałeś już, jak wyglądamy na golasa?

- Gdyby powiedział to mężczyzna - stwierdził jej mąż, Patrick Beach - obdarto by go żywcem ze skóry.

- Mężczyźni mówią to, kochanie - odparła Frances Beach - na swoich wiosennych i jesiennych pokazach mody i zarabiają miliardy, ubierając kobiety.

Na świecie wciąż było mnóstwo biedaków.

Yossarian spojrzał kątem oka na wylegującą się na chodniku bandę, zmierzając szybkim krokiem do stojącej przy krawężniku długiej limuzyny z czarnymi oknami, która czekała, by odwieźć go do stojącego po drugiej stronie miasta luksusowego wysokościowca, który był teraz jego domem. Zarezerwował sedana, przysłali jednak ponownie limuzynę, bez dodatkowych opłat. Wysokościowiec, w którym mieszkał, określano mianem luksusowego, ponieważ koszty utrzymania w nim były bardzo wysokie. Ale pokoje były tam małe, sufit niski, w dwóch łazienkach nie było okien, a w kąciku kuchennym brakowało miejsca na stół albo krzesło.

Mniej niż dziesięć przecznic od jego domu znajdował się dworzec autobusowy nowojorskiego Zarządu Portu, olbrzymi budynek z mieszczącymi się na wszystkich siedmiu kondygnacjach stanowiskami przyjazdów i odjazdów. Na parterze był posterunek policji z trzema zbiorowymi celami, które kilka razy na dzień wypełniały się aresztantami i do których rok wcześniej zawleczony został Michael Yossarian, kiedy po wyjściu z metra próbował wejść do niego z powrotem, widząc, że wysiadł za wcześnie w drodze do firmy architektonicznej, dla której robił rysunki.

- To był dzień - wspominał nadal. - Uratowałeś mi wtedy życie i złamałeś charakter.

- Chciałeś, żeby zamknęli cię razem z całą resztą?

- Gdyby do tego doszło, chybabym umarł. Ale niełatwo było patrzeć, jak mieszasz z błotem i okręcasz sobie wokół palca wszystkich tych gliniarzy, i uchodzi ci to na sucho. Mnie nigdy w życiu nie udałoby się coś podobnego.

- Wściekamy się tak, jak musimy, Michael. Nie wydaje mi się, żebym miał wielki wybór.

- Wpadłem w depresję.

- Miałeś starszego brata, który się nad tobą pastwił. Może dlatego jesteś inny.

- Dlaczego go nie powstrzymaliście?

- Nie wiedzieliśmy jak. Nie chcieliśmy się nad nim pastwić.

Michael odpowiedział znaczącym parsknięciem.

- Naprawdę warto było ci się wtedy przyjrzeć - stwierdził z zazdrością. - Miałeś nawet małą publiczność. Ludzie bili ci brawo.

Obaj byli potem osowiali.

Na dworcu autobusowym żyli teraz ludzie, stała populacja, składająca się z mężczyzn i kobiet, a także sprawiających kłopoty wychowawcze chłopców i dziewczynek, którzy spali w nocy w ciemnych zakamarkach i pojawiali się wraz z pasażerami z nastaniem dnia, żeby prowadzić różnego rodzaju interesy na wyższych, otwartych dla publiczności kondygnacjach.

W łazienkach na różnych poziomach można było skorzystać z ciepłej i zimnej bieżącej wody, z usług mogących zaspokoić każdy gust kurew i homoseksualistów, a także z położonych obok licznych sklepów, oferujących tak niezbędne artykuły codziennego użytku jak guma do żucia, papierosy, gazety i pączki z marmoladą. Papier toaletowy był za darmo. Uciekające z wyidealizowanych przedmieść płodne matki przybywały tu regularnie z małymi dziećmi i zajmowały kwatery. Dworzec był bazą ulicznych prostytutek, żebraków i młodych uciekinierów. Tysiące normalnych pasażerów i setki gości próbowały nie zwracać na nich większej uwagi, udając się każdego ranka do pracy i wracając przy końcu dnia roboczego do domów. Żaden z nich nie był bogaty, ponieważ nikt bogaty nie jeździ do pracy autobusem.

Z wysokiego panoramicznego okna w swoim wysokościowcu Yossarian miał niczym nie zasłonięty widok na inny luksusowy blok mieszkalny, jeszcze bardziej wysokościowy od jego. Pomiędzy tymi dwoma budynkami biegła szeroka ulica, wzdłuż której kłębiły się coraz bardziej hałaśliwe klany agresywnych, odrażających żebraków, prostytutek, ćpunów, handlarzy, alfonsów, włamywaczy, pornografów, zboczeńców i zdezorientowanych psychopatów, uprawiających swe kryminalne specjalności pod gołym niebem, pośród coraz liczniejszej grupy zdegradowanych i obdartych ludzi, którzy rzeczywiście musieli żyć pod gołym niebem. Wśród bezdomnych byli teraz również biali i oni także sikali pod ścianami i defekowali w alejkach, które inni z ich kręgu uznawali potem za odpowiednie miejsca do ułożenia się do snu.

Yossarian wiedział, że nawet w lepszej okolicy, na Park Avenue, widuje się kobiety oddające w kucki mocz na mieszczące się na wysepkach pośrodku ulicy wypielęgnowane rabatki z kwiatami.

Trudno było nie nienawidzić ich wszystkich.

A był to przecież Nowy Jork, Wielkie Jabłko, Empire City w Empire State, finansowe serce, mózg i machina napędowa całego kraju, metropolia, która pod względem dorobku kulturalnego nie ustępowała żadnemu miastu na świecie, może z wyjątkiem Londynu.

Yossarian nigdy w całym życiu - nawet w wojennym Rzymie, na Pianosie, w zbombardowanym Neapolu i na Sycylii - nie oglądał wokół siebie tyle odrażającego plugastwa, ile pleniło się go teraz tutaj, tworząc jedną wielką, rozszerzającą się strefę rozkładu. Nie widział go tyle - zwierzał się cynicznie swojej przyjaciółce z dawnych czasów, Frances Beach - nawet podczas aseksualnych, charytatywnych lunchów i eleganckich kolacji, na które chadzał częściej, niż miał ochotę, jako jedyny mogący się pokazać ludziom na oczy przedstawiciel Spółki Akcyjnej M i M i Partnerzy, mężczyzna do wzięcia oraz facet, który potrafi gawędzić ze swadą o czymś innym poza biznesem z dobrze poinformowanymi bywalcami, wyobrażającymi sobie egocentrycznie, że wpływają na światowe wydarzenia przez sam fakt, że o nich rozmawiają.

Nie była to oczywiście niczyja wina.

- Mój Boże, a to co takiego? - zawołała Frances Beach, kiedy wracali we dwoje prowadzoną przez jej wynajętego szofera wynajętą limuzyną po wypiciu lampki wina i letniej herbaty na kolejnym przyjęciu, urządzonym dla tych spośród członków rady nadzorczej Nowojorskiej Biblioteki Publicznej i ich przyjaciół, którzy mieszkali wciąż w mieście i po długich deliberacjach doszli do wniosku, że mają na nie ochotę przyjść.

- Dworzec autobusowy - odparł Yossarian.

- Jest okropny, nie sądzisz? Do czego on, do diabła, służy?

- Do tego, żeby miały się gdzie zatrzymywać autobusy. A do czego twoim zdaniem miałby, do diabła, służyć? Wiesz co, Frances - zakpił uprzejmie Yossarian - uważam, że mogłabyś urządzić tutaj następny pokaz mody albo jeden ze swoich błyskotliwych balów dobroczynnych. Znam McBride'a.

- O czym ty mówisz? Kto to jest McBride?

- Były gliniarz, który tu teraz pracuje. A może nawet pomyślisz o weselu - podjął - o naprawdę dużym weselu? To na pewno przyciągnęłoby prasę. Wyprawiałaś już wesela...

- Nie były moje...

- ...w muzeum i w gmachu opery. Dworzec jest bardziej malowniczy.

- Wesele dla wyższych sfer na tym dworcu? - odparła z afektowanym uśmiechem. - Chyba oszalałeś. Wiem, że żartujesz, ale daj mi chwilę pomyśleć. Wkrótce mogą rozglądać się za czymś takim Olivia i Christopher Maxonowie. Spójrz na tych ludzi! - zawołała, prostując się nagle. - Czy to są mężczyźni, czy kobiety? A ci inni... dlaczego muszą robić te rzeczy na ulicy? Nie mogą poczekać, aż wrócą do domu?

- Wielu nie ma domów, moja droga Frances - powiedział Yossarian, uśmiechając się do niej łagodnie. - A kolejki do dworcowych toalet są bardzo długie. W godzinach szczytu trzeba mieć rezerwację. Nikt nie może zająć bez niej miejsca w kabinie. Ubikacje w restauracjach i hotelach przeznaczone są, jak mówią tabliczki, wyłącznie dla gości. Zauważyłaś może, Frances, że ludzie, którzy oddają mocz na ulicy, robią to na ogół bardzo, bardzo długo?

Nie, nie zauważyła tego, poinformowała go lodowato.

- Zrobiłeś się ostatnio taki zgorzkniały. Kiedyś byłeś zabawniejszy.

Przed wielu laty, zanim oboje zawarli oddzielne związki małżeńskie, łączyło ich przez jakiś czas coś, co dziś określono by jako romans, chociaż wtedy żadne z nich nie wpadłoby na pomysł, żeby nazwać w tak elegancki sposób rzeczy, które robili ze sobą tak namiętnie i bezustannie, bez żadnych zobowiązań i poważnej troski o wspólną przyszłość. Wkrótce potem on zrezygnował z obiecującej posady początkującego specjalisty w dziedzinie arbitrażu i inwestycji bankowych i wylądował na jakiś czas w oświacie, następnie zaś pracował kolejno w agencji reklamowej, w public relations, jako dziennikarz bez stałej posady oraz w każdym innym zawodzie z wyjątkiem tych związanych z wytwarzaniem produktów, które można zobaczyć, dotknąć, wykorzystać bądź skonsumować, produktów, które zajmują jakieś miejsce w przestrzeni i które są komuś potrzebne. Tymczasem ona, ze swoją ciekawością, energią i wrodzonym talentem, zaczęła wzbudzać zainteresowanie producentów teatralnych i innych dżentelmenów, którzy jej zdaniem mogli stać się użyteczni w jej karierze scenicznej, filmowej i telewizyjnej.

- A ty - przypomniał teraz Yossarian - byłaś kiedyś o wiele bardziej sympatyczna. Zapomniałaś o swojej przeszłości.

- Ty też.

- I o radykalizmie.

- Podobnie jak i ty. Jesteś teraz taki negatywny - zauważyła bez większego uczucia. - I zawsze sarkastyczny, czyż nie mam racji? Nic dziwnego, że ludzie nie zawsze czują się dobrze w twoim towarzystwie. Traktujesz wszystko tak lekko, że nie mają pewności, czy naprawdę się z nimi zgadzasz. No i bez przerwy flirtujesz.

- Nieprawda!

- Tak, flirtujesz - dodała z naciskiem Frances Beach, nie odwracając nawet głowy, aby postarać się być bardziej przekonująca. - Praktycznie ze wszystkimi oprócz mnie. Wiesz, kto flirtuje, a kto tego nie robi. Patrick i Christopher nie robią tego. Ty flirtujesz. Zawsze flirtowałeś.

- Tylko dla żartu.

- Niektóre kobiety uważają, że masz jakąś panią.

- Panią? - Yossarian zamienił to słowo w rubaszne parsknięcie. - Nawet jedna pani byłaby o jedną panią za dużo.

Frances Beach roześmiała się także i z jej twarzy ustąpiło napięcie. Oboje przekroczyli już sześćdziesiąt pięć lat. On znał ją jeszcze, kiedy jej imię brzmiało Franny. Ona pamiętała, że nazywali go kiedyś Yo-Yo. Od tamtej pory nie zabawiali się ze sobą, nawet pomiędzy kolejnymi małżeństwami - żadne z nich nie odczuwało potrzeby, aby sprawdzić ustępstwa poczynione przez drugą stronę.

- Wygląda na to, że coraz więcej jest ludzi - mruknęła Frances z łagodną desperacją, nad którą, jak dawała do zrozumienia, może w każdej chwili z łatwością zapanować - robiących publicznie wszystko, co da się wyobrazić. Patricka napadnięto tuż przed naszym domem, a na rogu naszej ulicy sterczą przez cały dzień i noc kurwy, okropnie szpetne i nieatrakcyjnie ubrane, takie same jak te, które stoją przy tym domu.

- Możesz mnie tu wysadzić - powiedział Yossarian. - Właśnie tu mieszkam.

- Tutaj? Przeprowadź się - dodała, kiedy kiwnął głową.

- Właśnie się przeprowadziłem. O co ci chodzi? Na szczycie mojej czarodziejskiej góry mam kilka klubów rekreacyjnych, z których jeden jest świątynią miłości. Na dole jest dziewięć kin, w tym dwa pornograficzne i jedno dla gejów, mamy poza tym firmę brokerską i kancelarię adwokacką, a między nie wcisnęła się agencja reklamowa. Mamy tu wszelkiego rodzaju specjalistów medycznych, bank z bankomatem i wielki supermarket. Zasugerowałem, że przydałaby się klinika dla osób w podeszłym wieku. Kiedy ją założą, będę mógł tu siedzieć do końca życia, nie wystawiając nosa na zewnątrz.

- Na litość boską, John, przestań bez przerwy żartować. Przeprowadź się do dobrej dzielnicy.

- Gdzie taką znajdę? W Montanie? - Yossarian roześmiał się ponownie. - To jest dobra dzielnica, Frances. Myślisz, że postawiłbym stopę w złej?

Frances oklapła nagle i popadła w przygnębienie.

- Ty zawsze wszystko wiedziałeś, John - stwierdziła porzucając afektowaną wymowę wyższych sfer. - Powiedz, co można zrobić?

- Nic - poinformował ją łaskawie.

Ponieważ, przypomniał jej, sprawy miały się dobrze: według oficjalnych standardów rzadko kiedy miały się lepiej. Tym razem tylko biedni byli bardzo biedni, a potrzeba wybudowania nowych cel była bardziej pilna od potrzeb bezdomnych. Problemy były beznadziejne: istniało zbyt wielu ludzi, którzy potrzebowali jedzenia, i zbyt wiele jedzenia, żeby móc nakarmić ich z zyskiem. Potrzebujemy więcej niedoborów, stwierdził z lekkim uśmiechem. Nie dodał, że wraz z upływem czasu stał się kolejnym przedstawicielem solidnej klasy średniej, który nie marzy bynajmniej o tym, żeby podniesiono mu podatki i przeznaczono je na poprawienie ciężkiej doli tych, którzy nie płacą ich w ogóle. Wolał więcej więzień.

1.Sammy

Kiedy ludzie w naszym wieku mówią o wojnie, nie mają na myśli wojny w Wietnamie, ale tę, która wybuchła przeszło pół wieku temu i objęła prawie cały świat. Toczyła się już dwa lata, gdy do niej przystąpiliśmy. Zanim wylądowaliśmy w Normandii, zginęło, jak powiadają, przeszło dwadzieścia milionów Rosjan. Zanim jeszcze postawiliśmy stopę na kontynencie, nastąpiło odwrócenie biegu wydarzeń pod Stalingradem i została wygrana bitwa o Anglię. A mimo to straty Amerykanów sięgnęły miliona, z czego trzysta tysięcy poległo w boju. Dwa tysiące trzystu zginęło w Pearl Harbor w ciągu jednego niesławnego dnia przed ponad półwieczem, a więcej niż dwa i pół tysiąca odniosło wtedy rany - tego jednego dnia ponieśliśmy większe straty niż w trakcie całych długich i krwawych zmagań na Pacyfiku, większe niż podczas D-Day we Francji.

Nic dziwnego, że w końcu przystąpiliśmy do wojny.

Bogu niech będą dzięki za bombę atomową, cieszyłem się wraz z całą resztą cywilizowanego świata niemal pół wieku temu, kiedy przeczytałem nagłówki w gazetach i dowiedziałem się, że została zrzucona. W tym czasie siedziałem już z powrotem w domu, cały i zdrowy, i jako były żołnierz znajdowałem się w o wiele lepszej sytuacji niż przedtem. Mogłem pójść na studia. Zrobiłem to i przez dwa lata uczyłem nawet w college'u w Pensylwanii, a potem wróciłem do Nowego Jorku i zacząłem pracować w dziale reklamy magazynu "Time".

Jeszcze przez jakieś dwadzieścia lat, na pewno nie dłużej, gazety w całym kraju będą drukować fotografie najstarszych żyjących weteranów tamtej wojny, biorących udział w coraz rzadszych paradach, organizowanych w patriotyczne święta. Te parady są już dzisiaj dość rzadkie. Nigdy w nich nie maszerowałem. Nie sądzę również, by robił to mój ojciec. Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, szalony Henry Kantowitz, rówieśnik mojego ojca i dozorca domu po drugiej stronie ulicy, zakładał w Dzień Zawieszenia Broni i Dzień Pamięci swoje postrzępione onuce i staroświecki wojskowy mundur z pierwszej wojny światowej, tej wcześniejszej Wielkiej Wojny, i przez cały dzień paradował tam i z powrotem po chodniku Railroad Avenue, od linii trolejbusowej Norton's Point do sklepu z łakociami i saturatora na rogu Surf Avenue, bliżej oceanu. Stary Henry Kantowitz podobnie jak mój ojciec mógł mieć wtedy niewiele ponad czterdziestkę. Popisując się, wykrzykiwał chrapliwym głosem komendy w stronę znużonych kobiet, które wlokły się na spuchniętych nogach do swych małych mieszkań, taszcząc brązowe torby ze spożywczego albo od rzeźnika i wcale nie zwracając na niego uwagi. Ignorowały go także jego dwie zawstydzone córki, małe dziewczynki, jedna młodsza ode mnie, druga o rok albo dwa starsza. Niektórzy mówili, że Kantowitz odniósł kontuzję podczas wybuchu pocisku, ale nie sądzę, żeby to była prawda. Nie sądzę nawet, żebyśmy wiedzieli, co to znaczy.

W naszych trzy- lub czteropiętrowych kamienicach nie było wówczas wind i dla starszych osób wspinaczka po schodach mogła stać się prawdziwą udręką. W piwnicach przechowywano węgiel, dowożony ciężarówkami i zrzucany z hałasem w dół po metalowej pochylni; można tam też było znaleźć kocioł centralnego ogrzewania, a także dozorcę, który czasami mieszkał, a czasami nie mieszkał w tym samym budynku i o którym bardziej z onieśmielenia niż grzeczności mówiliśmy zawsze z szacunkiem pan taki to a taki, pilnował bowiem domu i reprezentował właściciela, którego prawie wszyscy wtedy, a i dziś niektórzy, przynajmniej trochę się baliśmy. Milę dalej znajdowały się słynne tereny rozrywkowe Coney Island z setkami tysięcy kolorowych żarówek, karuzelami, kolejkami i straganami z jedzeniem. Wielką atrakcję stanowił wtedy Luna Park, a także Steeplechase1 Park pana George'a C. Tilyou, który zmarł dużo wcześniej i o którym nikt nie wiedział zbyt wiele. Nad każdym wejściem do Steeplechase Park pyszniła się przedstawiona w komiksowej formie jaskrawa, groteskowa podobizna różowej, płaskiej i roześmianej twarzy wymalowanego w prymitywny sposób subtelnego idioty, skręcającego się z szatańskiego śmiechu, z rozdziawioną czasem na szerokość całej przecznicy gębą, w której tkwiła niesamowita liczba olbrzymich zębów. Pracownicy Steeplechase Park nosili czerwone kurtki i dżokejskie czapki i od wielu czuć było whisky. Tilyou mieszkał kiedyś przy Surf Avenue we własnym dużym drewnianym domu z werandą, na którą prowadziły kamienne schodki sięgające niemal skraju chodnika i zapadające się jakby lekko w głąb. Kiedy jako trochę starszy chłopak mijałem ten dom w drodze do publicznej biblioteki, stacji metra albo idąc na popołudniowy sobotni seans filmowy, wyryte w betonie na pionowej ściance najniższego schodka nazwisko Tilyou znikało już zagłębione do połowy w ziemi. W mojej dzielnicy instalacja pieców na ropę, której towarzyszyło kopanie rowów na rury i zbiorniki, była bezsprzecznie dużym wydarzeniem, oznaką postępu.

Za jakieś dwadzieścia lat wszyscy będziemy fatalnie wyglądać na zdjęciach w gazetach i w telewizyjnych migawkach: dziwaczni ludzie z innego świata, sędziwi, trzęsący się, łysawi i pokurczeni, sprawiający być może wrażenie lekko zidiociałych, z bezzębnymi uśmiechami na zapadłych, pomarszczonych twarzach. Ludzie, których znam, umierają, a wielu innych, których znałem, już umarło. Nawet dziś nie wyglądamy zbyt pięknie. Nosimy okulary, pogarsza nam się słuch, czasami za dużo mówimy, powtarzamy się, wyrastają nam różne świństwa i nawet najmniejsze zadrapania goją się o wiele dłużej i zostawiają wyraźne ślady.

A potem już nas nie będzie.

Zostaną tylko przekazy, pamiątki i przywoływane przez nie obrazy. Któregoś dnia jedno z moich dzieci - adoptowałem je legalnie, oczywiście za ich zgodą - albo jeden z dorosłych wnuków natrafi na moje skrzydełka strzelca pokładowego lub medal lotniczy, na naramienne naszywki sierżanta lub moje młodzieńcze zdjęcie - małego Sammy'ego Singera, najlepszego w ortografii na całej Coney Island i zawsze jednego z najlepszych w klasie z arytmetyki, podstaw algebry i geometrii - w zimowej kurtce lotniczej z kożuszkiem i w spadochronowej uprzęży, wywiezionego pół wieku temu na wyspę Pianosę przy zachodnim wybrzeżu Włoch. Siedzimy we wczesnym porannym słońcu obok samolotu, na stercie nie uzbrojonych tysiącfuntowych bomb, uśmiechając się do obiektywu i czekając na sygnał startu do kolejnej misji, razem ze spoglądającym na nas z tyłu, wyznaczonym na ten dzień bombardierem w randze, jak pamiętam, kapitana. Był to kłótliwy i impulsywny, wzbudzający czasem lęk Ormianin o nazwisku Yossarian, który nie zdołał nauczyć się nawigacji na przyspieszonym kursie zorganizowanym niespodziewanie podczas szkolenia operacyjnego w bazie powietrznej w Columbii, w Karolinie Południowej, gdzie stworzono z naszej grupy tymczasową załogę, która ćwiczyła wspólnie przed udaniem się na front i przeprowadziła samolot w rejon działań wojennych. Pilotem był trzeźwy Teksańczyk o nazwisku Appleby, bardzo metodyczny i bardzo dobry, niech go Bóg błogosławi, i ci dwaj bardzo szybko zaczęli drzeć ze sobą koty. Ja sympatyzowałem z Yossarianem. Wesoły, szybki i trochę dziki, był podobnie jak ja chłopakiem z wielkiego miasta, który prędzej umarłby, niż dał się zabić, jak stwierdził pół żartem, pół serio któregoś razu blisko końca, i który zamierzał żyć wiecznie albo przynajmniej umrzeć, próbując tego dokonać. Podzielałem jego stanowisko. Od niego nauczyłem się mówić "nie". Kiedy w zamian za dziesięć lotów więcej zaproponowali mi kolejną belkę i kolejną wstążkę do medalu, odmówiłem i wysłali mnie do domu. Nie wtrącałem się do nieporozumień Yossariana z Applebym, ponieważ byłem nieśmiałym i niskim Żydem, a w dodatku prostym żołnierzem. Spotykając w tamtym czasie nowych ludzi, zawsze uważnie sondowałem grunt, zanim powiedziałem, co myślę, ale choć nie potwierdzał tego mój brak pewności siebie, w głębi duszy nie uważałem się wcale za kogoś gorszego od nich, również od oficerów, nawet od tego wielkiego wyszczekanego Ormianina, który twierdził w żartach, że tak naprawdę jest Asyryjczykiem, przedstawicielem wymarłej rasy. Byłem od nich wszystkich bardziej oczytany, widziałem to, lepszy w ortografii i zupełnie niegłupi, choć nigdy tego po sobie nie pokazywałem.

Yossarian gubił się nieuchronnie podczas każdego z tych treningowych nocnych lotów, które odbywaliśmy nad Karoliną Południową i Georgią. Stało się to już przedmiotem żartów. Od innych niższych rangą żołnierzy, których spotykałem w koszarach i w stołówce, dowiedziałem się, że wszyscy ich przerobieni naprędce z bombardierów nawigatorzy również gubią się podczas nocnych misji treningowych i też jest to przedmiotem żartów. Trzecim oficerem w naszej załodze był nieśmiały drugi pilot o nazwisku Kraft, który po awansowaniu na pierwszego pilota zginął zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą w czasie misji nad Ferrarę w północnych Włoszech, kiedy jego samolot podszedł po raz drugi nad tamtejszy most. Yossarian, prowadzący bombardier, któremu nie udało się zrzucić bomb za pierwszym razem, dostał medal za to, że zawrócił, gdy zobaczył, że inni również chybili i most wciąż stoi. Podczas tych ćwiczeń z nawigacji w Karolinie Południowej Appleby zawsze odnajdywał drogę powrotną, używając radiokompasu. Którejś ciemnej nocy zgubiliśmy się i przez ponad godzinę nie mieliśmy odczytu z radiokompasu, bo burza spowodowała zakłócenia elektryczne. Po dziś dzień słyszę dźwięczący w telefonie pokładowym głos Yossariana:

- Widzę tam na dole brzeg rzeki. Skręć w lewo i przeleć nad nią, a ja postaram się znaleźć jakiś punkt orientacyjny po drugiej stronie.

Brzeg rzeki okazał się wybrzeżem Atlantyku, a my znaleźliśmy się w drodze do Afryki. Po kolejnej półgodzinie Appleby stracił cierpliwość i przejął inicjatywę. Kiedy złapał w końcu sygnały radiowe, które pozwoliły mu odnaleźć lotnisko, paliwa starczyło nam tylko na dokołowanie z pasa startowego na stanowisko. Silniki zgasły, zanim je wyłączyliśmy.

O mały włos wszyscy wtedy nie zginęliśmy.

Tak naprawdę dotarło to do mnie dopiero wiele lat później i opowiadając tę historię, przestałem pękać ze śmiechu.

Na fotografii siedzi obok mnie mój kumpel Bill Knight, w tamtych czasach górny strzelec pokładowy, dwa lata ode mnie starszy i już żonaty, ojciec dziecka, które oglądał zaledwie przez tydzień; a także chudy chłopak w moim wieku, niejaki Howard Snowden z Alabamy, radiostrzelec, który zginął podczas misji nad Awinionem mniej więcej miesiąc później - i który umierał powoli, jęcząc z bólu i skarżąc się, że mu zimno. Mamy tutaj po dwadzieścia lat i wyglądamy jak dzieciaki, które mają tylko po dwadzieścia lat. Howie Snowden był pierwszym trupem, jakiego zobaczyłem, i jedynym trupem, jakiego w ogóle oglądałem poza kostnicą. Kiedy moja żona zmarła w nocy i przyjechałem do szpitala, żeby załatwić formalności i zacząć przygotowania do pogrzebu, nie było jej już na sali. Odeszła tak, jak to zapowiedział onkolog, prawie co do dnia. Była bardzo chora, ale podobno nie cierpiała wiele. Chcieliśmy wierzyć, że ból został jej oszczędzony, ponieważ zawsze była bardzo dobrą kobietą, przynajmniej dla mnie i dla dzieci, na ogół wesołą i wielkoduszną. Wściekała się tylko na pierwszego męża, i to też tylko czasami, zwłaszcza kiedy brakowało mu pieniędzy na własne dzieci, choć zawsze miał ich dosyć na nowe dziewczyny i kilka kolejnych małżeństw. Miałem szczęście do umarlaków, stwierdził po wojnie Lew, mój przyjaciel jeszcze z czasów dzieciństwa, który został wzięty do niewoli jako żołnierz piechoty i zanim odesłano go z powrotem do domu, widział w Europie setki trupów amerykańskich i niemieckich i masę trupów niemieckich cywilów w Dreźnie. Pomagał wtedy uprzątać teren po brytyjskich bombardowaniach, o których dowiedziałem się po raz pierwszy od niego, po nalocie, w którym zginęli prawie wszyscy mieszkańcy miasta z wyjątkiem jeńców wojennych i ich strażników. Nie bardzo chciałem w to z początku uwierzyć.

- Ponad sto tysięcy? Chyba oszalałeś, Lew. To więcej ofiar niż pochłonęła bomba atomowa w Hiroszimie.

Potem jednak sprawdziłem to i musiałem przyznać mu rację.

Ale to było prawie pięćdziesiąt lat temu. Nic dziwnego, że nasi potomkowie nie interesują się zbytnio drugą wojną światową. Mało który z nich wtedy żył. Gdyby urodził się podczas wojny, miałby teraz koło pięćdziesiątki.

Może jednak pewnego dnia w przyszłości, której nie potrafię bliżej określić, jedno z naszych dzieci albo wnuków natrafi w szufladzie na pudełko z moimi skrzydełkami strzelca, medalem lotniczym, naszywkami sierżanta i wojenną fotografią i staną mu przed oczyma jak żywe pewne rodzinne wydarzenia, które miały miejsce albo które nigdy nie miały miejsca, a powinny. Tak, jak stają przed oczyma mnie, kiedy patrzę na maskę przeciwgazową mojego ojca z pierwszej wojny światowej.

Ciekawe, co się z nią stało. Kiedy byłem mały, uwielbiałem się nią bawić i robiłem to w tajemnicy, gdy pracował w mieście, tnąc z wykrojów materiał na dziecinne stroje. Mam również jego fotografię jako żołnierza. Gdy przeczytałem, jeszcze w podstawówce, biografię niemieckiego asa przestworzy z lat pierwszej wojny, barona Manfreda von Richtofena, przez dłuższy czas chciałem zostać pilotem myśliwca. Chciałem dzień w dzień toczyć z baronem powietrzne pojedynki nad okopami we Francji i za każdym razem go strącać. Był moim idolem i marzyłem o tym, żeby go zestrzelić. Wkrótce po wojnie, po mojej wojnie, ojciec umarł i powiedzieli, że to rak. Lubił palić cygara. Kupował je w małym sklepiku w sąsiedztwie, na rogu Surf Avenue, gdzie zadowolony z siebie pan Levinson siedział z uśmiechem na ustach przy swoim roboczym stole, z nożami i liśćmi tytoniu, zwijając i oznaczając ręcznie swoje cygara, podczas gdy pani Levinson, spokojna, podobna do Pigmejki piegowata kobieta z ciemnymi włosami, sprzedawała czepki kąpielowe, zatyczki do uszu, koła ratunkowe, wiaderka, łopatki i inne drobiazgi, które mogły się przydać na oddalonej zaledwie o przecznicę plaży. Nie mieli dzieci.

Wszyscy wtedy pracowali. Jako dzieciak sprzedawałem przez jakiś czas gazety na ulicach i w barach na deptaku. W lecie moje siostry sprzedawały tam mrożony krem i piwo z korzeniami, a Davey Goldsmith handlował hot dogami. Na plaży, w wydobywających się z nieporęcznych pudeł oparach suchego lodu, toczyli spartański bój niekoncesjonowani przekupnie, starający się opchnąć za dziesięć centów wszystkie mrożone batony i napoje, zanim zdążą ich przyskrzynić policjanci, brnący po miękkim piachu między odzianymi w kostiumy kąpielowe gapiami, którzy z całego serca dopingowali uciekinierów. Wielu spośród tych szybkonogich, uprawiających niebezpieczny proceder chłopaków należało do moich znajomych.

W naszym mieszkaniu słyszeliśmy zawsze łoskot łamiących się fal i gong boi dzwoniącej (nazywaliśmy ją bellboy, i nadal wydaje mi się to właściwym określeniem). W chwilach rzadkiej ciszy, wczesnym albo późnym popołudniem, docierała do nas nawet niewyraźna melodia wygrywana przez egzotyczną katarynkę zamontowaną przy najbliższej karuzeli przy deptaku, olbrzymiej obracającej się platformie z rumakami pomalowanymi na złoty kolor karmelków, z pasami błyszczącej czerni i barwnymi smugami różu i błękitu, które przypominały nam inne słodycze: galaretki, cukierki lukrecjowe i gumowe dropsy. Skąd pochodziły te wspaniałe lśniące konie? Czy była gdzieś jakaś fabryka produkująca konie do karuzeli? Czy można było na tym zarobić forsę - nie dalej jak pół mili od naszych domów? Nikt z nas nie był bogaty.