Rozdział 2
Warszawa, rok 2028
Przez cały dzień telefon milczał jak zaklęty. Ta cisza zaczynała mu ciążyć. Dopiero tuż przed chwilą, gdy miał zacząć analizować policyjne nagranie, ekran mignął. Nieodebrane połączenie. Numer? Wcale nie numer. Same zera, kreski, jakieś poskręcane znaki, jakby ktoś bawił się czcionką lub wysłał to spoza jakiegokolwiek systemu.
Zareagował odruchowo, zaglądając do historii połączeń. Pusto. Żadnego śladu. Nic nie dzwoniło, a jednak na ekranie uparcie wisiała ikona nieodebranego.
- Może telefon się sypie - mruknął pod nosem bez przekonania. Przez dłuższą chwilę gapił się w wyświetlacz, jakby spodziewał się, że zaraz znów coś się pojawi. - Przemęczenie. Paranoja - rzucił w powietrze, jakby chciał sam siebie uciszyć.
Tylko że gdzieś głęboko w nim coś się odezwało. Głośno, dobitnie: Bzdura.
Moment później natknął się na dziwny wpis w logu systemowym:
Zdalny dostęp. Logowanie administratora. Godzina 3.12.
Zamarł. Przecież o tej porze laptop był na pewno wyłączony.
Patrzył na ciemne litery jak zahipnotyzowany.
Administrator?
Przecież był nim tylko on.
Więc kto, do cholery, logował się o tej pieprzonej godzinie?
W gardle zaschło mu nieprzyjemnie. Na karku poczuł zimny dreszcz.
Oglądany na monitorze obraz był czarno-biały. Tak sterylny i wyprany z emocji, że wydawał się nieistotny. Obiektyw kamery obejmował zasięgiem dwadzieścia cztery stanowiska na trzecim poziomie podziemnego parkingu. Bezosobowe rybie oko pokazywało pięć samochodów. Kolejność ich ustawienia Artur znał już niemal na pamięć. Mógłby ją wyrecytować o czwartej nad ranem, wyrwany z koszmaru, w którym bankrutuje drugi raz tego samego dnia. Od lewej: wiekowy Mercedes-Benz W123, produkcję zakończono 15 stycznia 1986 roku - sprawdził z nudów. Dwa puste stanowiska. Potem zielony Nissan z 2014 roku. Obok dwa fordy - zielony i czerwony - oba świeżaki z ubiegłego sezonu. Znowu trzymiejscowa przerwa i w rogu za niewysokim murkiem rodzynek: odrestaurowany Fiat 125p, niegdyś złom, dziś zabytkowy fetysz lokalnego wariata, który być może próbował uwodzić kobiety stylem lat siedemdziesiątych.
Obraz był nieruchomy, obojętny na czas, ludzi i toczące się gdzieś życie. Co trzydzieści sekund ekran drgał, jakby miał napad odświeżającej kadr elektronicznej czkawki.
Artur siedział i gapił się na obraz, od czasu do czasu zerkając w bok i przerzucając kolejne strony akt kontrolnych. Jak to się stało, że dał się wrobić w oglądanie pięciogodzinnego nocnego nagrania z podziemi PKO? Głupie pytanie. Przecież wiedział.
To było jedno z tych markotno-deszczowych popołudni. Mijał drugi miesiąc bez klienta i ósmy po powrocie z Brukseli. Jak długo jeszcze da radę łatać finansowe dziury i rozłażący się w szwach budżet?
Za każdym razem czekał z niepokojem na koniec miesiąca i spływ należności za drobne usługi. Było to jak czekanie na śmierć kogoś bliskiego z dużym spadkiem - z zaciśniętymi zębami i nadzieją, że o tobie nie zapomniano.
Oczywiście, planował. Zawsze uważał się za mistrza planowania, i taką też miał opinię w firmie. Potrafił zaplanować w szczegółach obławę na przestępców, harmonogram zajęć dla setki ludzi. Kolejność prac remontowych mieszkania, które kupił w Brukseli.
Ale to było w innym życiu.
Tamtego popołudnia szedł ulicą i kombinował nad sposobem wydania ostatnich pięćdziesięciu złotych, tak by starczyło na dziś i jutro. Wychodziły mu frytki, parówka i coś zielonego, udającego surówkę. Obiadokolacja z pogranicza dekadencji i rozpaczy. Ale i tak było to lepsze niż powtarzanie sobie z wymuszonym optymizmem, że jakoś to będzie. Tyle że fart od miesięcy omijał go szerokim łukiem, jakby w jego życiorysie rubrykę "szczęście" w całości zatarto korektorem.
Ulica rozciągała się przed nim jak niedokończona rozmowa, w której zabrakło nie tylko słów, ale i chęci do jej podsumowania. Z nieba siąpił kapuśniaczek - ten najgorszy rodzaj deszczu: bez charakteru, bez efektu, bez końca. Woda spływała po daszkach kiosków, po szybach ciemnych witryn. Asfalt błyszczał jak brudne lustro, w którym bezpieczniej się nie przeglądać, żeby nie mieć w nocy koszmarów. Z pobliskiego przewróconego kosza wysypywały się śmieci, mieszając się z niedopałkami i rozmokłym katalogiem z marketu, krzyczącym w oczy nagłówkiem: "Jedyna okazja".
Zamyślony, wpadł na kogoś na chodniku. Najwidoczniej los uznał, że to dobry moment na kolejny ponury żart jego kosztem.
Przed nim stał Robercik - dawny szczyl z komendy, kiedyś nieśmiały, chudy, z miną wiecznie spóźniającego się na lekcje nieuka. Teraz miał posturę zapasionego, sytego buldoga.
- To ty? - Robercik rozpromienił się jak człowiek, który chowa twój zegarek, zanim jeszcze zdążyłeś zauważyć, że zniknął. - A niech mnie. Więc los trochę mnie lubi.
Co miał do tego los? Artur wolał nie pytać. Może powinien bąknąć, że to jakaś pomyłka, ale było już na to za późno. Rozciągnął więc usta w udawanym rozradowaniu.
- Całe wieki. Zadowolony, elegancki garniak. Świat jest twój.
Znowu uścisnęli sobie dłonie - serdecznie, jak dwaj oszuści gratulujący sobie przekrętu, w którym każdy był pewny, że wykiwał drugiego.
Kilka minut później siedzieli w knajpie, która pachniała tak, jakby piwo fermentowało tu razem z niespełnionymi marzeniami. Artur nie miał złudzeń. Robercik nie zaprosił go z sentymentu. Chciał się pochwalić. Zamierzał pokazać, że teraz to on rozdaje karty w życiu zawodowym, a Artur - były as wydziału - może co najwyżej podać mu popielniczkę z sąsiedniego stolika.
- Co przekąsimy? - rzucił zachęcająco Robercik z miną rozrzutnego handlarza garniturów w dniu likwidacji sklepu. Artur wzruszył ramionami, ale niezbyt ostentacyjnie. Głód miał więcej do powiedzenia niż jego duma. - Ja stawiam - dodał dawny kumpel z uśmiechem, który miał być szczery, a wyszedł, jakby już raz był przeceniony.
"Prawdopodobnie dostał premię i już czuje się jak Herlok Szolms", przebiegło Arturowi przez myśl. Już za jego czasów Robercik wiedział, kiedy się przymilić o łatwiejsze śledztwo, kogo opłaca się pochwalić i na czyich plecach przejechać przez bagno. Wszyscy mówili, że czeka go kariera.
Chociaż Artur znał ten typ ludzi, zignorował błysk w oku, kiedy jeszcze na ulicy ściskali sobie dłonie. To był błąd. Ale głodny człowiek nie myśli. On kalkuluje. A rachunek - jak zwykle - wystawia mu los.
Chociaż od tamtego spotkania minęły dwa dni, mżawka nadal nie odpuszczała, rozmazując na szybie świat drobinami kropel.
Artur zamrugał powiekami, żeby odegnać senne mgiełki. Od pięćdziesięciu minut beznamiętnie oglądał nagranie z kamery obejmującej miejsce, gdzie dokonano zbrodni. Patrzył na conocną rzeczywistość podziemnego parkingu, ożywianą migoczącą od czasu do czasu jarzeniówką.
Z akt kontrolnych wyczytał, że tak było od godziny 22.10 dnia poprzedniego do godziny 7.30, gdy nieopodal zaparkował swoim samochodem jeden z bankowych urzędników.
Zerknął na leżącą obok klawiatury rozpiskę. Facet nazywał się Zenon Tracz. To on pierwszy zauważył ciało. Przechodząc obok, przypadkowo zerknął na Fiata 125p. Może przypomniał sobie czasy, gdy jako młody chłopak marzył o takim tygrysie szos. Sekundę później dostrzegł nieruchomą postać kobiety na siedzeniu obok kierowcy. Jego uwagę zwróciła dziwnie przekrzywiona w bok głowa. Zaciekawiony podszedł bliżej. Pijana?
Ciało leżało bezwładnie z rozrzuconymi na boki rękami. Zwisające za zagłówek włosy były sztywne od zlepiającej je zaschniętej krwi.
Miejsce parkingowe znajdowało się w rogu, osłonięte murkiem, jakby śmierć chciała mieć trochę prywatności. Dlatego wcześniej nikt nie zauważył trupa.
W kieszeni spodni ofiary znaleziono imienny bilet miesięczny na nazwisko Iwona Prejs. Jak wynikało z późniejszych sprawdzeń, w dniu śmierci kobieta skończyła pięćdziesiąty piąty rok życia.
Artur upił z kubka łyk kawy i ponownie spojrzał na ekran. Cisza, mrugnięcie systemu, pięć aut, jedno ciało.
Wszystko przez ten obiad, na który dał się namówić.
Początkowo sądził, że spotkanie było dla Robercika pretekstem, żeby w pobliskiej knajpie wlać w siebie setkę, która w towarzystwie dawnego idola dawała złudzenie bycia prawdziwym gliną. Takim, który wie, kto uczciwy, kto złodziej, a kto jest tylko frajerem czekającym na bolesne zderzenie z rzeczywistością.
Siedzieli przy drugim daniu, śmiejąc się z jakiegoś wydarzenia, które Robercikowi zapadło w pamięć, zaś Arturowi dawno z niej uleciało. Ale mielony był tego wart.
- Nie pijesz? - wskazał na stojące przed Arturem nienaruszone dwie pięćdziesiątki czystej.
Wymówił się wrzodem żołądka, przesuwając kieliszki staremu kumplowi. Prawda była taka, że nie miał ochoty na teatralne bratanie się przy spirytusie. Nie z tym typem.
Robercik jakby tylko na to czekał. Wychylił pierwszy kieliszek, a kiedy odstawiał szkło na stolik, zrobił minę, jakby dzięki temu wlewowi przyszła mu do głowy genialna myśl. Spojrzał na Artura spod przymrużonych powiek, oblizał wargi i wypalił:
- Zawsze byłeś w wydziale debeściakiem. Nie będę ukrywał, zazdrościłem ci tego, wiesz? - Westchnął, jakby wspominał zmarłą miłość albo choćby szansę na wypełnienie kuponu Lotto. - Jak ty to robiłeś? Przeglądałeś akta, strzelałeś palcami i... już. Wiedziałeś wszystko. I co najlepsze, to się zawsze sprawdzało... - Zawahał się, udając skrupuły. Oczy mu błyszczały. - Więc może... - urwał teatralnie. - Nie, nie będę ci zawracał głowy.
Robercik machnął ręką, jakby odganiał własny pomysł, ale ten wciąż tkwił mu w źrenicach jak wbity kolec.
Artur milczał. Nie ze zdziwienia. Z kalkulacji. Był winien Robercikowi przysługę - obiad, zaproszenie, odgrzane wspomnienia po dawnym, wydumanym kumplostwie. W gruncie rzeczy nie miał powodu, żeby mu nie pomóc. A Robercik ewidentnie czekał, aż podejmie rzuconą myśl.
- Coś masz na warsztacie? - udał zaciekawienie.
Robercik z miną powiatowego Bonda, który czuje się jednocześnie szpiegiem i wybrańcem naczelnika poczty, sięgnął pod stolik po neseser. Strzeliły otwierane zatrzaski. Teczka miała szarą, tekturową, wytartą obwolutę. Jak inne z dawnych lat. Podał Arturowi akta kontrolne.
- Może rzucisz okiem? Sprawa pozornie prosta, ale coś tu nie gra. Na wewnętrznej stronie okładki jest wklejka z DVD - nagranie z monitoringu. Jak przeczytasz akta, będziesz wiedział, o co chodzi. A nagranie - dodał konfidencjonalnie - nudne. To niestety nie pornus - zaśmiał się ze swojego dowcipu.
Artur był pewien, że nadal nie wolno wynosić akt poza mury komendy. Ale pamiętał, że w jego czasach również nikt się specjalnie tym nie przejmował.
- Ale może nie masz czasu? - Robercik zawahał się kłamliwie. - Jesteś pewnie zajęty...
Artur dostrzegł, że cwaniak waha się, czy aby nie cofnąć prośby. Ruchy miał szybkie, ale nie nerwowe. Zbyt płynne, zbyt pewne. Jakby ten teatr ćwiczył już nie raz. To nie spryt podpowiadał mu te triki. On miał go we krwi. Wiedział, jak grać. A co najgorsze, wyglądało, że sam głęboko wierzy w szczerość swoich intencji, w których chodziło tylko o wyjaśnienie prawdy.
Dał się rozegrać. I nie chodziło tylko o ten obiad. Mielony po tygodniach żarcia chińszczyzny, która smakowała jak sklejone trociny, nagle wydał się daniem rodem z pięciogwiazdkowej kuchni hotelu Ritz.
Nie lubimy się przyznawać, że ktoś nas wykorzystał. Może więc, wmawiał sobie Artur, skusił go sentyment? Albo chciał przypomnieć sobie, jak to było, gdy rzeczy miały jeszcze sens. Gdy mówiono o nim "Debeściak". A może po prostu chciał sprawdzić, czy nadal potrafi - jak kiedyś - przeczytać sprawę i znaleźć rozwiązanie? Znaleźć je równie szybko jak patomorfolog wątrobę u leżącego na stole sekcyjnym klienta.
Pewnie zagrało to wszystko.
Ale jedna rzecz była dla niego jasna: nie zamierzał pozwolić, by Robercik potraktował go jak ostatniego frajera. Wciąż jeszcze nie postawił na sobie krzyżyka i wierzył, że nadal trzeba się z nim liczyć.
- Prowadzisz to śledztwo - stwierdził. Robercik zamarł na ułamek sekundy. Te drobne pauzy, kiedy ktoś zostaje zaskoczony i nie zdąży jeszcze obmyślić kolejnego kłamstwa, są najcenniejsze, bo wymuszają prawdę.
- Tak - przytaknął. Krótko. Nerwowo.
- Z tego, co pamiętam, za rozwiązane sprawy wciąż przysługuje premia - ciągnął Artur z udawaną obojętnością. Robercik, jak dobrze wytresowany piesek, ponownie kiwnął głową. - W takim razie, jak znajdę rozwiązanie, połowa premii dla mnie - rzucił tonem, który nie dopuszczał dyskusji.
Stary kumpel zgodził się bez wahania. Jednak gdy ściskał mu rękę, w jego oczach migotały małe, zdradliwe iskierki. Te, które pojawiają się u oszusta, który właśnie wymyślił sposób, żeby zrobić cię w konia, za co wkrótce sam będziesz mu dziękował. Oznaczało to tylko jedno: Robercik co prawda zgodził się na podział, ale jeśli Artur spełni swoje zadanie, dostanie jedną czwartą... albo i mniej.
A prawda była taka, że w jego obecnej sytuacji trzy czy cztery stówy wyglądały jak awans społeczny - wystarczający, by przez godzinę nie rozważać kariery w Biedronce przy palecie z ziemniakami w promocji.
Siedział w ciemności, wpatrzony w nieruchomy ekran jak wróż w magiczną kulę. Beton, auta i migająca jarzeniówka, której starter obiecywał, że niedługo się przepali. Bezgłośna, martwa cisza nocnego podziemnego parkingu.
Czuł, jak coś zaczyna się w nim buntować, jakby każdy piksel tego martwego nagrania wyśmiewał jego wysiłek. Przewijał. Wracał. Zatrzymywał. Pospieszał. Cofał. I znowu: nic. Kamera rejestrowała próżnię, jakby zbrodnia zdarzyła się zupełnie gdzie indziej.
Przez betonową posadzkę przeciąg pociągnął potarganą płachtę gazety.
Zerknął na stronę akt kontrolnych z opinią biegłego. Prokuratorzy zawsze chcą znać przybliżony czas śmierci. Teoretycznie to podstawa. W praktyce była to szara strefa z dziesiątkami zmiennych.
Artur pamiętał jeszcze podręczniki z akademii policyjnej, w których obowiązywała teoria, że ciało stygnie w tempie jednego stopnia Celsjusza na godzinę. Klasyczna kalkulacja: trzydzieści sześć stopni - ciało żywe, dwadzieścia pięć - martwe od jedenastu godzin. Proste, typowo podręcznikowe.
Tyle że w realnym świecie trup nigdy nie czyta takich skryptów. Wiedział więc jeszcze, zanim poszedł do akademii, że znaczenie miało wszystko: pozycja ciała - skulone stygnie wolniej; podłoże - czy leżało na zimnym betonie, czy na glebie nagrzanej słońcem; rodzaj ubrania - wełna, len, syntetyk. A także wilgotność i przepływ powietrza. Nie wspominając o wcześniejszym nawodnieniu ciała wypitymi płynami, chorobach układu krążenia i jeszcze kilkunastu innych warunkach.
Z raportu wynikało, że lekarz sądowy wstępnie oszacował czas zgonu na przedział między dwudziestą drugą a trzecią w nocy. Dokładne zmierzenie temperatury garażu i szybkości przewiewu w samochodzie, który miał uchylone szyby, miało zawęzić przedział czasowy.
Rodzaj wgnieceń kości potylicznej czaszki sugerował, że Iwona Prejs została uderzona w tył głowy narzędziem tępokrawędzistym i zginęła na miejscu. Zwłoki zostały umieszczone w Fiacie 125p po tym, jak przestępca wyłamał zamek w przednich drzwiach od strony pasażera.
Artur ponownie zerknął na ekran monitora. Obraz był szary, martwy, jakby wyprany z czasu.
Przypomniał sobie kadr z płachtą poszarpanej gazety. Coś w jej ruchu było mu znajome. Przynajmniej w tamtej sekundzie odniósł takie wrażenie. Potem uznał to za przypadkowe skojarzenie z czymś... gdzieś... może kiedyś.
W trzeciej godzinie patrzenia w ten sam kadr miał wrażenie, że to nie on ogląda taśmę, ale taśma ogląda jego. Siedział nieruchomo, z dłonią zaciśniętą na kubku z zimną już kawą. Betonowy garaż na ekranie przypominał komorę bez powietrza. W głowie tłukło się jedno: ktoś tu musiał być, kiedy trwało nocne nagranie. Ale obraz monotonnie powtarzał swoje: pusto, cicho. Jakby śmierć umiała maskować się lepiej niż żywi.
Wrócił do akt.
O 22:10 ostatni urzędnik wyjechał z garażu. Facet potwierdził to z dumą, podając przesłuchującemu dokładną godzinę.
W czasie weryfikacji kryminalistycznej sprawdzono osiemdziesięciu sześciu pracowników, którzy następnego ranka parkowali samochody w podziemiach. Nikt nie znał ofiary. Artur nie miał dowodów, by twierdzić, że kłamali.
Przesłuchano wszystkich ochroniarzy. Marian Sara, który w dniu odnalezienia zwłok rozpoczął zmianę o siódmej rano, przyznał, że znał ofiarę.
"To żona mojego sąsiada, Tomka", zeznał. "Znaliśmy się z widzenia. Kumplowałem się z jej mężem i czasami wychodziliśmy razem na piwo".
Brzmiało wiarygodnie. Ale Artur nauczył się, że prawda to najczęściej przemyślane alibi - maska, którą zakłada się na twarz, dopóki nie pojawi się lepsze kłamstwo.
W kolejnych raportach wyczytał, że prowadzący śledztwo postanowili sprawdzić pana Mariana dokładniej. Przepytano jego kolegów i przełożonych.
Większość mówiła: solidny, rzetelny, bez zarzutu. Ale jeden z nich dodał:
"W wolnych chwilach gra w karty. Sam ze sobą. Tasuje, rozkłada na stole, potem czyta jakieś opracowania, gdzie są omawiane pokerowe układy. Maniak".
To wystarczyło, żeby prokurator zlecił dodatkowe rozpoznanie. Wkrótce było wiadomo, że Marian Sara był zadłużonym hazardzistą. Przegrywał częściej, niż oddychał. Ale dziwnym trafem - tuż po zabójstwie - wszystkie jego długi zostały spłacone.
Przypadek? Podobnie jak prowadzący śledztwo Artur też nie wierzył w bezinteresowną życzliwość losu.
Dwa dni po zabójstwie sporządzono raport z sekcji. Narzędzie zbrodni: tępokrawędzisty, ciężki przedmiot - mógł nim być klucz do kół. Takiego w pobliżu miejsca zbrodni nie znaleziono. Innych śladów też nie. Jedyną szansą był monitoring.
Zabezpieczono siedemdziesiąt dwie godziny. Należało dokładnie przejrzeć taśmy między dwudziestą drugą a trzecią w nocy, kiedy zginęła kobieta.
Włączył odtwarzanie taśmy. Przed sobą miał jeszcze ponad trzy godziny ślęczenia przed ekranem. Jak dotąd nikt nie schodził do garażu. Nawet ochroniarz nie robił obchodu kontrolnego. Zresztą po co, kiedy wszystko penetrował system kamer zainstalowanych w podziemiach banku. Brama zamknięta. Pełne bezpieczeństwo.
Albo zatem w nocy trup przyszedł pieszo przez ścianę i zajął miejsce w fiacie, albo... No właśnie, co?
Wiedział, że prawda zwykle nie ma alibi, ale tym razem wyglądało, jakby sama uciekła z miejsca zbrodni. Najprawdopodobniej ktoś wprowadził kobietę do garażu. Ktoś ją tam zabił. Potem umieścił ciało w samochodzie. Dokładnie zatarł wszystkie ślady zbrodni. Miał czas. Ale żadna z kamer tego nie zarejestrowała? Jak to możliwe?
I wtedy zobaczył ją znowu.
Niemal poczuł podmuch wiatru na policzku.
Tę samą gazetę.
Niemal poderwał się z miejsca.
Papierowa płachta przeleciała po posadzce, przez ekran, z leniwym, pozbawionym sensu dryfem, popychana przez gwałtowniejszy przeciąg powietrza.
Poszarpana, bezwolna.
Widział.
Już wcześniej to widział. Nie raz.
Cofnął na szybkim podglądzie. O dziesięć minut. Nic. Dwadzieścia. Nic. Czterdzieści. Nic.
Sześćdziesiąt siedem minut.
Jest!
Cofnął się o kolejne sześćdziesiąt siedem. I znowu ją zobaczył.
Taśmy nie kłamią. Kłamią tylko ci, którzy je montują. Ta sama papierowa płachta przelatująca przez kadr, z tym samym delikatnym przeskokiem sugerującym montażową wklejkę.
Trafił trzy razy. Dokładnie trzy identyczne przeloty gazety.
Wreszcie to dostrzegł.
Nie dlatego, że wcześniej był ślepy. Po prostu był zbyt skupiony na szukaniu czegoś, czego na taśmie nie było.
A to znaczyło tylko jedno. Ktoś usunął fragment nagrania i zapętlił wklejkę - martwą godzinę, sztucznie powieloną. Już wiedział, gdzie kłamstwo postawiło kropkę.
Zerknął na zegarek. Zapamiętał, że Robercik zapewnił, że może dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Dochodziła szósta nad ranem i ze złośliwą satysfakcją sięgnął po telefon.
Kiedy wciskał ikonę połączenia, przyszło mu do głowy, że morderca doszedł do wniosku, że w tym przypadku najlepszym kamuflażem nie będzie mrok, lecz powtórka.
Nie zawsze morderca zostawia po sobie ślady krwi. Tym razem zostawił zapętlony, niczym stryczek, kadr.
- Halo? - głos był zaspany, ale i przestraszony.
- Mam dla ciebie rozwiązanie.
- Już? - policjanta po drugiej stronie niemal zatkało.
- Wpadnij do mnie jutro.
Artur się rozłączył. Odłożył telefon i przez chwilę tylko siedział - bez ruchu, bez słowa.
Za oknem świtało.
Artur odchylił się na fotelu i zamknął oczy. Czuł zmęczenie jak ołów w kościach, ale pod nim - coś jeszcze.
Pierwszy raz od miesięcy poczuł, że znowu jest komuś potrzebny. Że jeszcze nie całkiem przestał istnieć.
Napisał podsumowanie, chłodne i rzeczowe. Według niego zabił Marian Sara.
Potem zgasił światło.
I wrócił do ciemności.
Z tej samej, z której na chwilę się wydostał.
Miesiąc później otrzymał od Robercika przekaz pieniężny na kwotę sześciuset złotych. Było to "wynagrodzenie" za nieformalną pomoc w rozwiązaniu sprawy.
Zabójcą rzeczywiście okazał się Marian Sara, który przyznał się do zbrodni po wyczerpującym, wielogodzinnym przesłuchaniu. Motywem zbrodni był dług karciany - zaległość, której nie potrafił spłacić w inny sposób. Jednak bezpośrednim impulsem do dokonania zabójstwa okazała się propozycja, jaką otrzymał od męża ofiary.
Za kwotę trzydziestu tysięcy złotych Sara zgodził się pomóc w eliminacji żony zleceniodawcy. Kobieta od dłuższego czasu odmawiała zgody na rozwód, uniemożliwiając tym samym mężowi rozpoczęcie nowego życia u boku kochanki.
Marian Sara działał metodycznie. Zwabił kobietę w nocy do podziemnego garażu, informując, że posiada dowody świadczące o zdradzie męża - fotografie i nagrania z ukrytej kamery. Ofiara, zaślepiona gniewem, bez większego oporu zgodziła się na spotkanie nocą w wyznaczonym miejscu.
Wybór lokalizacji nie był przypadkowy. Garaż był wyposażony w system monitoringu, który - przy odpowiedniej manipulacji - miał dać mordercy niepodważalne alibi. Jeszcze przed nocą zabójstwa Sara wgrał do systemu nieruchomy obraz pustego garażu, który przez nocne godziny był odtwarzany w czasie rzeczywistym.
Po przybyciu rano do pracy Sara podmienił fizyczne nośniki danych - płytę DVD - na tę, którą wcześniej przygotował na domowym komputerze. Na koniec usunął z systemu emitowany w nocy plik zdjęciowy. Gdyby nie gazeta, która - niczym w déja vu - przelatywała przed obiektywem kamery, prawdopodobnie udałoby mu się uniknąć kary.
Sprawiedliwość? Nie. Tylko przypadek. Jak zwykle.