Ostatni przystanek, Amsterdam - Paweł Szlachetko

Kup ebooka

44.99 zł
35.99 zł (31,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Warszawa, rok 2028

To przedpołudnie Artur spędzał w biurze detektywistycznym. Nie, żeby oczekiwał jakiegoś klienta, choć byłoby miło. Nadzieja już go opuściła.

Spojrzał w stronę ściennego kalendarza i sięgnął po długopis. Codziennie skreślał kolejną datę. Minął dokładnie rok od powrotu z Brukseli. Linia była równa, niemal chirurgiczna - jakby chciał nie tyle oznaczyć upływ czasu, co go unieważnić. Każde skreślenie przypominało nacięcie na materii czasu - drobny, kontrolowany akt przemocy wobec tego, co nieuchwytne. Rytuał, który miał trzymać go przy zdrowych zmysłach, a może tylko wmawiać, że to jeszcze możliwe.

Zerknął na biurkowy zegar z funkcją synchronizacji online. Zdziwiony rzucił okiem na zegarek na przegubie, i tak, nie mylił się. Ten biurkowy spóźniał się o kwadrans. A przecież wcześniej chodził idealnie - niemal z maniakalną punktualnością, niczym czasomierz napędzany rozpadem atomu. Teraz coś się rozstroiło. I miał dziwne przeczucie, że nie chodziło tylko o sprzęt.

Godzinę wcześniej router odnotował trzy próby połączenia z urządzenia o adresie, który nigdy nie istniał, nie był zarejestrowany, nie miał lokalizacji. Sprawdził go w wyszukiwarce. Duch w kablu?

Kiedy próbował sprawdzić logi, system się zawiesił, jakby odmawiał współpracy - zbyt długo, by to był przypadek, za krótko, by móc to zignorować. Na ekranie mignął dziwny symbol, coś przypominającego zniekształcony kod kreskowy. Potem wszystko zgasło. Musiał odłączyć zasilanie, żeby zrestartować komputer.

- Zwariowałem - powiedział półgłosem, z nutą, która brzmiała bardziej jak prośba niż diagnoza. - To przez bezsenność.

Ale dobrze wiedział, że to nie to. Kilka dni wcześniej operator komórkowy zawiadomił go o nieautoryzowanym dostępie. Ktoś wszedł do jego systemu. Ale nie polował na pieniądze. Nie grzebał w hasłach. Został tylko ślad, który intruz starał się za sobą zatrzeć.

Może powinien wymienić stary sprzęt. Tylko że... przecież to nie sprzęt był problemem.

Tylko co?

Postanowił zrobić dokładnie to, czego nauczył go Laszlo. Krok po kroku. Jak wtedy, gdy siedzieli po nocach przy jednym ekranie - Węgier z jointem w zębach, on z kolejnym kubkiem kawy, która niewypita stygła, więc szedł robić następną.

Zaczął od rekonstrukcji pakietów. Potem wszedł głębiej - do warstwy, której nawet firewalle nie lubiły oglądać. Urządzenie, które próbowało się połączyć z jego komputerem, naprawdę nie istniało. Miało adres wyglądający jak wygenerowany przez algorytm do zmylenia trace-routingu. Ale Laszlo zawsze powtarzał: "Ślad to nie tylko to, co zostawiasz - to też to, czego nie udało się wyczyścić".

I właśnie tam, w cyfrowych śmieciach, w tej półprzepalonej kaszy bitów, wreszcie do czegoś się dogrzebał. Na początku wyglądało to jak chaotyczny, bezsensowny szum danych. Ale z czasem zaczął z tego wyłaniać się układ, wzór.

Palce same pisały ciąg komend, które niegdyś uczył się nocami, półprzytomny, z zimną kawą w jednej dłoni i ścieżką dostępową kodu na ekranie.

Adres był fikcyjny. Ale pozostałe po nim pakiety - drobiny metadanych i cyfrowy osad - układały się w zaskakujący wzór. Połączenie było z Amsterdamu, z 18 marca 2109 roku.

Zmarszczył brwi. Najwidoczniej w śmieciach coś się pomieszało. Z pewnością może pominąć ten absurdalny komunikat.

I wtedy, bez ostrzeżenia, przyszło tamto wspomnienie.

Jakby robak wpełzł pod skórę i rozgościł się pod powiekami.

Tamta noc.

Ich pierwsze wspólne włamanie.

Laszlo siedział po turecku na podłodze, otoczony laptopami - wyglądał jak średniowieczny alchemik wśród duchów znikających danych. Palce miał czarne od flamastra, którym na rozłożonych wokół kartkach zapisywał jakieś dane. Kod pisał niemal bez patrzenia na klawiaturę. Maszyna słuchała.

Celem był prywatny serwer magazynu celnego w porcie Pireus. Klient? Grecki pośrednik pracujący dla Konsorcjum Długiego Stołu - siatki czarnego rynku sztuki. Przez jego ręce przechodziły dzieła zarekwirowane przez rosyjskich żołnierzy podczas napaści na Ukrainę.

Wśród artefaktów między innymi wyróżniały się: mało znany szkic van Gogha z okresu arlezjańskiego; kolekcja dziewiętnastowiecznych fajek wodnych, niegdyś należących do hrabiego Dmitrija Nikołajewicza Błudowa - z jadeitowymi ustnikami, złoceniami i sygnaturami perskich manufaktur; trzy obrazy Mariji Prymaczenko - te same, które Picasso nazwał "artystycznym cudem" i które tak inspirowały Chagalla.

Te dzieła - i dziesiątki innych - zostały zrabowane przez rosyjską Grupę Zadaniową "Witeź", batalion spec przeznaczenia. Ich żołnierze prócz map nosili jeszcze ze sobą katalogi muzealne. Rabowali z chirurgiczną precyzją - z państwowych muzeów i prywatnych kolekcji. Kultura w skrzyniach transportowych. Gotowa do sprzedaży.

Artur pamiętał listę nabywców: galerie z Genewy, domy aukcyjne z Singapuru, kolekcjonerzy z Dubaju. Złodziejstwo przebrane w certyfikaty autentyczności i ramy z mahoniu. A wszystkim tym, zza kulis, kierował par Anglii, sir Aleksander Quotermain, odkryty przez nich szef Konsorcjum Długiego Stołu.

Laszlo powiedział wtedy:

- Jeśli to ujawnimy, rzucą się nam do gardła, wiesz to. Mają plecy bardzo wysoko. W zaskakujących gabinetach. Ale może komuś damy czas na uratowanie choćby jednego płótna.

Zrobili to. W końcu to była ich praca.

Spodziewał się kłopotów, przesłuchań, tłumaczenia się. Ale nie tego, że wszystko się posypie. Jego kariera. Jego życie. Najpierw pojawiły się drobne rysy - jak pęknięcie na szklanej powierzchni. Potem wszystko gwałtownie runęło: systemy, relacje, zaufanie.

Destrukcja trwała do dziś. Rozlała się na lata, na miejsca, których nie sposób już połączyć z tamtym jednym wieczorem. Ale to tylko go upewniało, że Amsterdam i data, która nadejdzie za osiemdziesiąt jeden lat, trąci absurdem.

- Dość - powiedział. Głośno. Tak, jakby od tego zależało, czy nadal będzie istniał. Odsunął się od biurka. Wstał.

Jego fatum nie wzięło go na cel w Amsterdamie w 2109 roku, lecz w Brukseli na początku 2025 roku.

Wpatrywał się w ekran, w logi, jeszcze migające znaczniki...

Laszlo był teraz jego wrogiem. Ukradł mu Joannę.

- Pieprzyć go.

To nie była refleksja. To był rozkaz. Brutalna mantra powtarzana codziennie od prawie dwóch lat. Choć gdzieś głęboko w nim tłumione "ja" próbowało szeptać, że to może być nie do końca prawda.

Wyłączył terminal.

Nie chciał wiedzieć, kto się włamywał.

Nie chciał wracać do przeszłości.

I tego dnia - po raz pierwszy od miesięcy - nie skreślił daty na kalendarzu.

Prolog

W ten piękny, ciepły wiosenny poranek Kriss Goodman, idący główną aleją metropolii oświetloną blaskiem słońca, myślał o wielu sprawach, tylko nie o własnej śmierci.

Właśnie zakończył duży, trudny projekt i oczekiwał za niego zapłaty, która nie tylko ustawi go do końca życia, ale i spełni jego największe marzenie - zostanie wreszcie człowiekiem wolnym. To prawda, musiał złamać wewnętrzne nakazy i zakazy, ale nagroda była niczym lśniący diament na szczycie szklanej góry. Żeby się po niego wspiąć, musiał dokonać wyboru.

Zrobił wszystko, czego od niego oczekiwano - zręcznie operował psychologicznymi bodźcami, podprogowymi przekazami, ekonomicznymi przymusami, emocjonalnymi pułapkami. Zmanipulował wiele umysłów i zniszczył karierę zawodową niejakiego Artura Dante. Nie wiedział, dlaczego to było tak ważne, by ten nieszczęśnik stracił wszystko i został z niczym. Tacy jak on nie zadawali pytań tylko wykonywali polecenia. Musiał jednak przyznać, że był ciekaw. W końcu zleceniodawca był potężny. W czym przeszkadzała mu ta ludzka mrówka? I dlaczego tak ważna była kradzież jakiegoś starego szkicu, nawet nie samego obrazu "Mleczarka" Vermeera, tylko jego szkicu!

Kriss Goodman był istotą nie tylko ambitną, ale i ciekawą. Może nawet ciekawską. Robił, co do niego należało, ale też szukał odpowiedzi, dlaczego miał to robić. Nie po to, by coś z tą wiedzą zrobić, ale po prostu by wiedzieć.

Czyż nie tak działają wolni ludzie?

Odpowiedź pojawiła się nagle i zmroziła go do szpiku kości. I pomyślał, że wie, kim jest pomysłodawca całego zamieszania.

Mentor.

Czy Zleceniodawca o tym wiedział? Właśnie szedł, by przekazać to, co wie temu, który może tę wiedze przekazać dalej. Cofnąć wydawałoby się nieuchronne. Odsunąć śmierć wystarczająco daleko, by nie sięgnęła ich ostrą kosą. A jego, który wykazał się pracowitością, talentem i lojalnością, zrobi wolnym człowiekiem. Jak obiecał.

Myślał o tym, gdy jego ciało przeciął elektryczny skalpel wyładowania.

Sparaliżowało go.

Patrzył w oczy stojącego przed nim zabójcy - zimne, nieruchome, obojętne jak oczy gada. Rozpoznał to spojrzenie i już wiedział, na czyje polecenie on działa.

W ustach poczuł żelazo. Krew.

W nozdrzach - zapach ozonu. Jakby rzeczywistość przypalono prądem.

Ból był natychmiastowy. Absolutny. Sekunda uderzenia rozciągnęła się w wieczność.

Prądowy lancet. Iskry. Impulsy. Przebijały się przez mięśnie, szarpały ścięgna, cięły wnętrze niczym ostrza.

Paraliż minął. Upadając, Goodman zacisnął dłoń na paczce papierosów. Wiadomość była zabezpieczona.

Płuca zapłonęły, a nerki zamieniły się w głazy. Impuls bólu rozdarł wnętrze niczym rwący prąd, szarpiąc ścięgna, rozrywając żyły. Serce wpadło w chaotyczne konwulsje, bijąc raz mocniej, raz słabiej, zatrzymując się w pół uderzenia - jak zwierzę zagonione w kąt.

W środku coś eksplodowało - twardy splot żołądka, rozlewający ból jak truciznę po kończynach.

System gasł. Organy umierały jeden po drugim.

Jeszcze sekunda. Jeszcze trzask.

Czuł, jak kamienieje.

Oszołomiony, rozdarty między przeszłością a teraźniejszością, pojął jedno: wszystko, czego się bał, właśnie nadeszło.

Myśli się rozmywały.

Świadomość odpływała.

Umierał.

Jeszcze nikt tego nie zauważył. Na głównej alei panował spokój sjesty. Przechodnie spacerowali, trzymając się za ręce. Pili kawę przy wystawionych na chodnik stolikach. Przed gmachem opery kilku chłopców bezskutecznie usiłowało poderwać do lotu niebieski latawiec z bordowo-granatowym ogonem.

Świat funkcjonował jak wcześniej.

Ostatnia myśl: "Cokolwiek to jest, niech się zjebie, ty pierdolony oszuście".

Ostatni obraz pod powiekami: Biblioteka. Półka. Wciśnięty między książki tom wierszy.

Skonał z mściwym uśmiechem na twarzy.

Rozdział 6

Warszawa, rok 2028

Artur pchnął drzwi wejściowe na klatkę schodową, na których lśniła nieco zmatowiała tabliczka: Ośrodek Interwencji Kryzysowej. Zaskrzypiały najpierw same drzwi - jękliwie, jakby niechętnie ustępowały rzeczywistości - a zaraz po nich pałeczkę przejęły drewniane trepy starych schodów. Każdy stopień wygrywał swoją własną nutę dekadencji - koncert dla samotnych dusz i zmęczonych stóp.

Od godziny nie dawał mu spokoju poranny przypadek z komputerem. Przy śniadaniu włączył laptopa. Kamerka sygnalizowała aktywność krótkim błyskiem - choć program do niej nie był uruchomiony. Przez kilka sekund kursor poruszył się sam - przeskoczył z ikony "Moje dokumenty" na pasek przeglądarki, potem zamarł. Artur wzruszył ramionami.

"To tylko cholerny system. Albo wirus. Albo..." - przerwał myśl. "No właśnie, co?"

Skrzypienie schodów przywróciło go do rzeczywistości.

Wszedł na pierwsze piętro. Znów pchnął drzwi. Zawiasy zapiszczały tonem, który znał tylko czas, wilgoć i bieda - trzy siostry zgryzoty, które zadomowiły się tu na stałe. W środku pachniało jak zawsze kurzem z segregatorów i wilgocią, która wsiąkła w stare ściany razem z latami zaniedbań. Czuć było zmęczenie pracujących tu ludzi, wisiało w powietrzu razem z aromatem goryczy w wersji instant i taniego płynu do podłóg.

W korytarzu spotkał panią Kasię - dyżurną, twardą jak śląski węgiel i szczerą aż do bólu, który oczyszcza. Uśmiechnęła się szeroko, a w tym uśmiechu było wszystko: dzień dobry, współczucie i odrobina czarnego humoru. Sekundę później spoważniała, a głos jej stwardniał jak u strażnika przy przesłuchaniu.

- Ma pan gościa. Dziewiętnastka. Anorek. Rozbiegana. Alko zero. Czysta. Szmateks, ale z gustem. Kasa zero.

Artur skinął głową. Już znał ten wewnętrzny kod - był jak alfabet Morse'a: krótki, ale pełen podtekstowej treści: Dziewiętnaście lat - młoda, ale już wciągnięta w tryby świata, który nie oferuje biletów powrotnych. Anorek - czyli wychudzona, z ciałem wyglądającym jakby było na diecie zmartwień i strachu. Rozbiegana - oczy, które nie znajdują miejsca na odpoczynek. Alko zero - nie śmierdzi wódą, czyli jeszcze się broni. Czysta - fizycznie, nie moralnie, bo o tym się tu nie mówiło. Szmateks z gustem - ubrała się jak ktoś, kto jeszcze pamięta, czym jest styl, ale zapomniał, jak wygląda karta kredytowa. Kasa zero - czyli rozmowa będzie długa, a kończy się i tak przy pustym portfelu.

- Nie ma Alinki, więc usadziłam tę wytatuowaną w "przesłuchalni" - dodała pani Kasia, cedząc słowa jakby mówiła o narzędziach chirurgicznych.

"Przesłuchalnia" - pokój, gdzie się nie mówiło, tylko wypełniało. Stosy ankiet, formularzy, wyciągów, pitów, kwitów. Miejsce, gdzie godność ludzka stykała się z paragrafem 53c i rubryką "Dochód na osobę".

Artur ruszył korytarzem. Światło jarzeniówek migotało, jakby się wahało, czy warto jeszcze świecić. Ściany nosiły ślady dawnych plakatów, widoczne jako obramowania z kleju i kurzowe aureole. Każde drzwi tutaj miały swój ton, każda klamka - temperaturę przeżyć.

"Przesłuchalnia" była na końcu. Artur przysiadł na moment na ławce obok drzwi. Wiedział, że zaraz spojrzy jej w oczy - tej dziewiętnastce. Że znów zobaczy tam to samo, co widział już setki razy.

Oparł plecy o zimną ścianę, jakby chciał choć na chwilę zrzucić na nią ciężar własnego ciała i jeszcze cięższych myśli. Przymknął powieki. Od powrotu z Brukseli czuł się tak, jakby rzeczywistość finansowa roztrzaskała go o posadzkę. Był niczym kropla rtęci rozbita na dziesiątki połyskujących odprysków.

Jeszcze nie tak dawno nie musiał się o nic martwić. Kasa sama pchała mu się do kieszeni, a jak z niej wypadała, to co najwyżej wzruszał ramionami - zawsze było jej więcej, niż potrzebował. Życie szło jak po maśle, a teraz... Teraz wyglądało jak tania zemsta losu. Każda z tych drobnych, żywych kulek to była osobna sprawa, osobny rachunek, osobny telefon do wykonania, żeby tylko nie zatonąć. Każda toczyła się w swoją stronę, a on gonił je jak frajer prowadzony przez Los na smyczy, coraz wolniejszy, coraz bardziej zmęczony. Czynsz za klinikę, zaległe faktury za komorne, opłaty, które rosły jak chwasty po deszczu. Plus zwykłe, brutalne życie: jedzenie, transport, nieprzewidziane wydatki - wszystko z metką "płać i płacz".

Dawał jeszcze radę. Jeszcze. Ale zauważał, że coraz częściej wykonuje te wszystkie ruchy jak ktoś, kto zrezygnowanie odlicza tylko czas do końca zmiany, a nie jak gracz, który planuje kolejne posunięcia. Zmęczenie było nie tylko w ciele - ono wgryzło się gdzieś głębiej. A jednak... było w tym coś jeszcze. Coś dziwnego. Niepokojącego. Miał wrażenie, że te rozbite, rozsypane rtęciowe odłamki codzienności wkrótce zaczną się scalać.

Czuł, że zapowiada się jakiś przełom. Ważny. Tylko nie wiedział jeszcze, w którą stronę to pójdzie. Czy z hukiem wpadnie na kolejne - które to już? setne? - dno, albo... I tu myśl się rwała. "Co"?

Tego nie umiał jeszcze nazwać. Ale wiedział jedno - moment, w którym te kropelki w nim się zleją w całość, będzie punktem bez odwrotu.

Westchnął ciężko. Otworzył oczy. Jarzeniówki na suficie znów mignęły nerwowym światłem. Wstał. Podszedł do drzwi. Sięgnął po klamkę "przesłuchalni". Za nimi czekał go lęk przebrany za uśmiech, głód podszyty wstydem i to jedno pytanie, z którym każdy tu przychodził - czy ktoś jeszcze mnie widzi?

KIEDY WRÓCIŁ po południu do biura detektywistycznego, zadzwonił telefon.

- Pan Artur Dante?

- Przy telefonie.

Głos w słuchawce był uprzejmy i jakby lekko podekscytowany, niosący w sobie tę nerwową, nieco sztuczną nutę, jaką mają sprzedawcy szczęścia na abonament. Przez chwilę pomyślał, że za moment usłyszy radosną reklamową nowinę i już miał odburknąć, że dziękuje za ofertę, ale...

- Jestem lekarzem prowadzącym panią Joannę Hoim.

- Co z nią? - Niemal stanęło mu serce.

- Opiekujemy się nią z nadzieją, że wkrótce odzyska świadomość. Właśnie w tej sprawie dzwonię. Istnieje nowa metoda, która przyniosła już spodziewane efekty. Mówimy oczywiście o wybudzeniu osoby ze stanu śpiączki.

- Jasne - wydusił, przełykając ślinę.

Gardło miał suche, jakby nagle zasypała je pustynia niewypowiedzianych słów.

- To jednak kosztuje, a w dokumentach znalazłem informację, że to pan opłaca pobyt pani Joanny w naszej klinice.

Wspomnienie wróciło z całą siłą. Chwila, w której przywiózł ją nieprzytomną do kliniki. W trakcie przyjęcia nowej pacjentki pielęgniarka oddziałowa sięgnęła po formularz i, nie podnosząc wzroku, zapytała o więzy pokrewieństwa.

- Była moją narzeczoną - skłamał, zaskoczony własnym głosem, który zabrzmiał tak pewnie.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział 1

Warszawa, rok 2028

Znalazł się na dnie, bez dramatów, bez epickiego upadku - po prostu osuwał się tam powoli, jak śmieć spłukiwany z krawędzi zlewu.

Oszczędności topniały w zastraszającym tempie, szczególnie że co miesiąc płacił siedem tysięcy za kolejny rachunek przysyłany przez Klinikę Terapii Neurokognitywnej. Dlaczego to robił? Przecież obiecał sobie, że będzie ją nienawidził.

Od sześciu miesięcy, odkąd wrócił z Brukseli, jego finanse zjeżdżały po równi pochyłej - bez hamulców i bez świateł ostrzegawczych. Przez pierwszy miesiąc powtarzał sobie jak mantrę: "To tylko chwilowe". Po drugim wciąż wierzył. Po trzecim przestał czekać. W pełni uświadomił sobie przegraną, gdy przyszedł kolejny cios - uprzejma odmowa zatrudnienia, przekazana lukrowanym głosem, cuchnącym hipokryzją. "Podejrzewano pana o współpracę z przestępcami...". Nie współpracował i nigdy go o nic nie oskarżono, ale dla niektórych to nie miało znaczenia. Odmowę przyjął z obojętnością, która tylko potwierdzała, że właśnie tego się spodziewał.

W piątym miesiącu dopadł go niepokój. Jak długo można udawać, że wszystko jest pod kontrolą, kiedy własne odbicie w lustrze zaczyna odwracać wzrok - jak świadek, który nie chce składać zeznań?

Próbował jeszcze walczyć, powtarzając sobie jak zaklęcie, że wszystko się jeszcze odmieni, że znajdzie pracę. Nie w policji - tam już nie miał czego szukać - ale był przekonany, że jego umiejętności są na wagę złota, zwłaszcza w prywatnym sektorze ochrony dzieł sztuki.

Wysłał kolejne CV ze szczegółowym wyjaśnieniem, że krążące wokół niego podejrzenia są fałszywe. Początkowa reakcja była nawet obiecująca - na widok jego referencji kadrowiec zamrugał z zachwytu. Zdawało mu się, że dostrzegł w jego oku błysk, jakby za moment miał usłyszeć prośbę, by sam wyznaczył sobie pensję. A potem, zaledwie dwanaście godzin później: "Wie pan, zarząd właśnie podjął decyzję o ograniczeniu zatrudnienia. Przykro nam. Naprawdę bardzo przykro...".

Tak było w kolejnej firmie i w następnej. Entuzjazm, a potem zimny prysznic. Za każdym razem grzeczna i układna odmowa była zwykłą zasłoną dymną, która jednoznacznie sugerowała: "Bylibyśmy wdzięczni, gdyby już pan więcej nie dzwonił", co w ładnym opakowaniu oznaczało jedno: "Wypad".

Kiedy w PolNet Art pokazano mu drzwi, po jego plecach przebiegł zimny dreszcz niepokoju. Taki, którego nie da się zagłuszyć cyniczną miną ani drugą szklanką whisky. Błysnęła myśl: Może to oni mszczą się za to, co próbował im zrobić? Po chwili wykluczył to. Był dla nich za mały. Zbyt nieistotny. Płotka, którą rekiny tylko przez chwilę obserwowały, by porzucić jako niestrawną zdobycz.

A jednak coś tu śmierdziało.

Policja? Ta myśl była równie absurdalna, co nagła. Wysunęła się z cienia, spojrzała mu w oczy i zniknęła. Nie wierzył, że którakolwiek z europejskich jednostek zniżyłaby się do czegoś takiego jak wysyłanie do Polski listów, by ostrzegać przed kontaktami z podejrzanym Arturem Dante.

W szóstym miesiącu, kiedy stał na chodniku pod cieknącą markizą, a deszcz rozmazywał drugą stronę ulicy w szarą, nieprzeniknioną smugę, ostatecznie zrezygnował. Na górze go nie chcieli, więc pozostało mu skryć się na dole - w cieniu bylejakości i nierozróżnialnej szarości dnia codziennego. Może to był instynkt przetrwania, a może ostatni odruch człowieka, który nie chce przyznać, że został wypchnięty za burtę.

Postanowił założyć agencję detektywistyczną.

Nie miał już możliwości śledzić przepływy milionów euro między galeriami, które z gracją upłynniały skradzione dzieła sztuki. Zamiast tego zgodził się z tym drugim w lustrze, że będzie fotografował z ukrycia zdradzających mężów lub śledził cwanych pracowników, którzy wynosili z magazynów chodliwy na bazarach towar. Wielki świat się skończył. Została rzeczywistość pachnąca potem, kurzem, tanim winem, szybkim obiadem u Chińczyka i zadowoleniem z kilkusetzłotowej premii.

Na firmowe biuro w centrum nie było go stać. Prawdę mówiąc, nie było go już stać na wiele innych rzeczy. Wynajął więc obszerny pokój na czwartym piętrze rozpadającego się biurowca, który umierał wraz z przedsiębiorcami próbującymi w nim walczyć o przetrwanie kolejnego miesiąca. Sufit odpadał płatami, grzejniki charczały jak astmatyk po biegu na dziesięć metrów, a migoczące jarzeniówki nadawały Morsem rozpaczliwe błagania o demontaż.

Dał jedno ogłoszenie w prasie, które zaprowadziło go na skraj ruiny finansowej. Zaczął więc rozlepiać na słupach ogłoszenia, że "Agencja detektywistyczna Magnum zapewni ci...".

Pod koniec drugiego miesiąca działalności do biura zajrzał tylko jeden człowiek - windykator. Wszedł jak bokser z miną, która mówiła: "Albo kasa, albo szczęka". Nawet nie zapytał, co i jak - od razu wyciągnął łapę, jakby chciał złapać Artura za gardło i wytrząsnąć z niego resztki godności.

- Pięć minut - warknął. - Oddajesz pieniądze albo robię tu Armagedon.

Dopiero teraz gość zerknął w bok, ogarniając wzrokiem starą szafę, biurko z odpryskami lakieru, dwa krzesła z innego kompletu i fotel, który przeszedł już jedną przerażającą zapowiedź końca świata. Osiłek zaskakująco szybko ocenił sytuację. Armagedonu nie będzie. Twarz mu stężała. Zmienił taktykę i orzekł, że zrobi z niego kalekę.

Artur Dante wiedział, że facet trafił do niego przez pomyłkę. Ale to nie miało znaczenia. Coś w nim pękło. Może nie pękło - raczej wybuchło. Nagromadzona przez ostatnie pół roku bezsilna wściekłość wreszcie znalazła ujście. Słowa osiłka zadziałały jak spłonka. Iglica uderzyła.

Nie pamiętał momentu, gdy poderwał się z miejsca za biurkiem i, wychylając się do przodu, strzelił tamtego mocnym podbródkowym. Kiedy gość osuwał się na drzwi, poprawił ciosem w splot słoneczny. Gdy mężczyzna stęknął i zgiął się w pół, kopnął go kolanem w twarz. Głuchy jęk zabrzmiał jak stłumiony łomot opadającego na podłogę stukilowego, zawiniętego w szmaty młota. Reszta to mgła.

Otrzeźwienie przyszło dopiero wtedy, gdy windykator zajęczał błagalnie:

- Już... już nie bij... Nigdy tu nie wrócę... Przekażę innym. Ten adres - omijać z daleka.

Artur zrobił dwa kroki do tyłu. Spięty, dopiero teraz nabrał głęboko powietrza w płuca. W klatce piersiowej jeszcze dudniło. Nie z gniewu - z czegoś głębszego. Z poczucia, że przez ostatnie siedem miesięcy nikt nie traktował go jak człowieka. Był przesuwany, ignorowany i niemal pogardliwie lekceważony.

To nie była walka. To był powrót do bycia kimś. Choćby na pięć minut. Choćby przez strach obcego człowieka.

W ósmym miesiącu, po opłaceniu kliniki, zobaczył na koncie bankowym zero. Wtedy poczuł ból za mostkiem. Wiedział, że to nie problem z sercem. Tak zawsze odczuwał strach.

Po raz pierwszy doświadczył go, gdy miał sześć lat i bladym świtem ojciec zostawił go przed zamkniętymi drzwiami Domu Dziecka. Kazał czekać, aż ktoś je otworzy, i sobie poszedł. Tak po prostu. Nie oglądając się za siebie. Jakby przed śmietnikiem zostawił worek odpadków.

Drugi raz strach dopadł go, gdy rozpędzona ciężarówka wbiła się w bok auta, które prowadzi, i usłyszał przerażony krzyk Joanny.

Teraz był ten trzeci.

Wyszedł z biura na ulicę. Szedł przez siebie bez celu. Szedł, by spróbować uwolnić się od dusznego ucisku rachunków, wyciągów i natarczywej świadomości, że nie ma już dokąd się cofnąć. To finansowe jarzmo spętało go tak mocno, że musiał zasmakować namiastki wolności - choćby w marszu donikąd.

Deszcz spadł nagle. Zorientował się, że jest przemoczony do suchej nitki, dopiero gdy w butach zachlupotało. Schował się w najbliższej bramie i patrzył na kurtynę deszczu zmywającą z ulicy nagromadzone po kątach śmieci.

Wtedy przyszedł mu do głowy ten pomysł. Ból za mostkiem zniknął, jakby ktoś odciął mu pętlę z szyi, zanim zdążył wykopać stołek.

W banku dostał osiemdziesiąt tysięcy złotych pożyczki. O jego rzetelności finansowej zaświadczył przedsiębiorca z pogotowia komputerowego, którego uchronił przed kalectwem, biorąc na siebie przyjemność spotkania z windykatorem, który miał pecha, gdyż trafił w niewłaściwe drzwi na niewłaściwym piętrze. "Tak to działa - wytłumaczył Artur właścicielowi firemki, który, jąkając się, opowiadał o widmie bankructwa. - Ja chronię cię przed kalectwem, a ty w zamian ręczysz za moją zdolność kredytową".

Pieniądze mają jednak to do siebie, że znikają jak śnieg na rozgrzanym kaloryferze.

Miesiąc po wizycie windykatora nadal żaden petent nie zamierzał otworzyć drzwi biura. Nikt nawet nie zadzwonił pod numer rozlepiony na murach. Któregoś dnia przyszło mu do głowy, że może sam powinien zadzwonić pod swój numer i sprawdzić, czy jeszcze istnieje.

Nie musiał zbytnio wysilać mózgu, by dojść do wniosku, że jeśli szybko nie znajdzie jakiegoś płatnego zajęcia, to za kolejne cztery miesiące wyląduje pod mostem.

Ale nie to najbardziej go niepokoiło.

W ciągu ostatniego tygodnia zauważył pewne drobiazgi, które z początku zlekceważył, biorąc je za przejaw zwykłego elektronicznego chaosu w sieci. Kilka maili, które wcześniej czytał, nagle znikło z folderu "Odebrane". Parę innych pojawiało się z oznaczeniem "nieprzeczytane", choć pamiętał, że je przeglądał.

Albo telefon. Raz, czasami dwa razy dziennie ktoś dzwonił z numeru złożonego z samych zer albo z zagranicznych prefiksów, których nie potrafił przypisać do żadnego kraju. Gdy odbierał, panowała cisza. Głucha, lepka, jakby ktoś po drugiej stronie oddychał, ale nie zamierzał się odezwać.

"Zostałem wyrzucony z brukselskiej fundacji, nie mam klientów, nie mam pieniędzy - umysł szuka winnych" - powtarzał sobie w duchu. Ale gdy w pewne piątkowe popołudnie odkrył, że ktoś usunął z jego komputera dwa foldery z rachunkami do zapłacenia, poczuł na karku oddech zagrożenia. Czas przestać lekceważyć sygnały. Wolał nie myśleć o konsekwencjach.

Tego dnia był już gotów napisać na drzwiach "Zamknięte do odwołania". Wciąż jeszcze nie myślał o tym kroku jako o kapitulacji, tylko jako o, powiedzmy, przerwie technicznej. Trzymał już w dłoni marker, kiedy rozległ się dźwięk.

SMS. Cichy, krótki - jak westchnienie podcinanego gardła.

Sięgnął po telefon i odblokował ekran. Słowa pojawiły się powoli, jakby wyłaniały się z mgły:

Jak to się stało, że się spotkaliśmy? Może to przeznaczenie sprawiło, że tamtego wieczoru jednak poszłam na przyjęcie. Minuta - i nasze spojrzenia się spotkały. Nazwałeś to cudem. A potem kupiłeś mi czerwoną różę.

Zamarł.

Telefon wypadł mu z dłoni i uderzył o blat biurka. W głowie pojawił się obraz - wspomnienie ekranu komórki, który zobaczył w szpitalu, gdy po wypadku odbierał rzeczy osobiste Joanny. Komórki rozbitej w wypadku, której ekran wciąż świecił z niewysłaną wiadomością: Jak to się stało, że się spotkaliśmy?...

A teraz tamte słowa znalazły się na ekranie jego telefonu.

Serce przyspieszyło. W gardle pojawiła się suchość, jakby połknął popiół z własnych wspomnień.

Spojrzał na datę. Był pewien, że to echo sprzed siedmiu miesięcy - z tamtej nocy, z tamtego auta.

Ale nie. Wiadomość została wysłana przed minutą. Teraz.

Rozdział 3

Warszawa, rok 2028

Skręcił z głównej ulicy w boczną, ściskaną dwiema nieotynkowanymi, wysokimi betonowymi ścianami niedawno wzniesionych bloków. Przejście było dość wąskie. Między rzędami okien, które zaczynały się na wysokości czwartego piętra, wisiały rozciągnięte sznurki z płachtami suszących się prześcieradeł i firanek, jakby ktoś próbował oddzielić szare niebo od szarej ulicy. Tyle że nie starczyło mu na to materiału.

Doszedł na tyły blokowiska. W tym rejonie betonowe rany miasta były jeszcze niezabliźnione. Kilka wiekowych ruder stało jak relikty dawnych kompromisów - przeznaczone do wyburzenia, ale wciąż stawiające opór rzeczywistości. Przeskakując po kamiennych płytach rzuconych na błotnistą ziemię, skierował się w stronę drzwi wejściowych jednej z czynszówek. Wisiała na nich czerwona tabliczka z białymi literami: Ośrodek Interwencji Kryzysowej. Blacha była porysowana, w kilku miejscach przebita gwoździami, jakby nie wszyscy interesanci byli zadowoleni z roztaczanej tu nad nimi opieki.

Dziewiątego miesiąca po powrocie z Brukseli znalazł dodatkowe zatrudnienie na pół etatu w ośrodku. Nie dlatego, że był kompetentny, tylko że był rosłym facetem z policyjną przeszłością.

Dzięki niemu kobiety mogły z mniejszą traumą wchodzić do domów pijanych furiatów, czy ludzi o rozdartej psychice, którzy nie rozróżniali jawy od halucynacji. Był jak strach na wróble w świecie, gdzie wróble noszą kastety. No i nauczył nowe koleżanki kilku sposobów na obronę w przestrzeni, z której nie da się od razu uciec.

Gdy kierowniczka ośrodka zaproponowała mu tysiąc dwieście złotych miesięcznie, w jej głosie wyczuł zmęczenie i pewność, że roześmieje jej się w twarz, obróci się na pięcie i wyjdzie, trzaskając z oburzeniem drzwiami. To były grosze, wiedziała o tym. Ale nie mogła dać więcej, i on to wiedział. Kiwnął głową na zgodę, ""bo za tysiąc dwieście złotych mógł opłacić czynsz za jednopokojowy lokal agencji, w którym ostatnio zaczął także pomieszkiwać.

Ośrodek zajmował całe piętro budynku - na jego potrzeby połączono trzy puste mieszkania, wszystkie z pretensjami do funkcjonalności. W każdym z ośmiu pokoi stał piec, niedziałający jak obietnice polityka. Mógł grzać, ""ale gdyby nawet można było w nim palić, to i tak nie zapewniono im funduszu na węgiel.

Tydzień po podjęciu pracy Artur siedział naprzeciw skulonej kierowniczki, zakutanej w palto. Przeglądała coś na komputerze, który jako jedyny czuł się dobrze w dwunastostopniowej temperaturze. Artur podjął decyzję. Sięgnął po telefon i wybrał numer.

- Kali? To ja. Możesz być u mnie za pół godziny? Super. - Schował telefon. Wstał i powiedział do zmarzniętej kobiety: - Nie będzie mnie do jutra. - Wychodząc z biura, zatrzymał się w otwartych drzwiach i dodał: - Aha, pani o niczym nie wie.

Kiedy zamykał za sobą drzwi, ścigało go zdumione spojrzenie kierowniczki.

W swoim biurze detektywistycznym Artur umówił się z facetem, który był mu winien sporą przysługę. Kalinowski miał złote serce, ale posturę i fizjonomię bandyty. Na szczęście Arturowi niegdyś udało się przekonać prokuratora, że dobre serce w nim przeważa i że nie mógł popełnić przestępstwa, o które był posądzany. Potem wyszło, że miał rację - jednak wcześniej wszystkie dowody wskazywały, że złote serce może być zrobione z tombaku.

Kalinowski znał się na elektryce jak ksiądz na grzechu - dokładnie, bez złudzeń i z odpowiednią dozą praktycznego cynizmu. Z tą różnicą, że nie miał potrzeby udawać, że czegoś mu nie wolno. Zwłaszcza jeśli chodziło o obchodzenie zabezpieczeń i podpinanie się do sieci energetycznej, z której można było subtelnie upuszczać energię, niczym zapach perfum z niedokręconego flakonu.

Choć wyglądał jak człowiek, którego matka nieraz całowała w policzek przez kraty, nie było to prawdą. Grube ramiona, nos złamany co najmniej raz, wyblakły tatuaż i papieros zawsze przyklejony do dolnej wargi tylko pozornie mogły być odczytane jako groźba. Ale w tym kwadratowym facecie, z twarzą boksera, który dotrwał do dziesiątej rundy, biło serce miękkie jak ciasto drożdżowe. Kali był gotów nieść pomoc kumplom, zwłaszcza jeśli któryś znalazł się w nagłej potrzebie.

Poproszony o pomoc nie zadawał pytań. Zjawił się punktualnie. Przyszedł z pomocnikiem - młodszym o dziesięć lat mężczyzną o twarzy ozdobionej wąsami jak z kroniki kryminalnej z 1933 roku i wzroku tak radośnie czystym, że aż podejrzanym. Artur podwiózł ich do Ośrodka. Tam we dwóch ruszyli do pobliskiej rozdzielni. Osiem godzin później gruby, izolowany kabel - zabezpieczony jak sejf w banku - przeciągnięto do starej kamienicy, gdzie stosownymi przewodami rozprowadzono prąd do każdego z pokojów, omijając główny licznik, a co za tym idzie przyszłe rachunki z elektrowni.

W każdym pomieszczeniu zamontowano po dwie nowe farelki - nówki sztuki, gorące jak sumienie hazardzisty. Artur nie pytał, skąd się wzięły, ani dlaczego pomocnik Kalinowskiego próbował kilku pracownicom sprzedać przyniesione ze sobą T-shirty z napisem na piersiach "Siódme: nie kradnij". Sprzeczności tego świata czasami przypominają kredyt u lichwiarza - zawsze płacisz więcej, niż wziąłeś.

Najważniejsze było to, że licznik nie wariował pod dodatkowym obciążeniem. Opłaty na fakturach nawet nie drgnęły, a pracownice mogły wreszcie zdjąć palta, swetry, a niektóre nawet odzyskały czucie w palcach i nadzieję na przyszłość - właśnie w tej kolejności.

Jednak Artur już zdążył się przekonać, że każda życiowa cisza to tylko preludium do huku.

Miesiąc później w ośrodku pojawiła się kontrola z elektrowni. Przyszli jak windykatorzy długu - niespodziewanie, pewni siebie, z wewnętrznym przekonaniem, że świat to miejsce do dojenia. Było ich trzech. Dwóch techników i kierownik zespołu, który wyglądał, jakby co rano walczył z innymi buldogami o michę. Przez jego nalaną tłuszczem twarz przebijała mieszanka sytego znużenia i gotowości do przemocy. Drugi, niższy, miał fizjonomię skromnego sąsiada z bloku - takiego, co pożycza sól i donosi na ciebie na zebraniu wspólnoty. Trzeci był cieniem - niski, suchy, milczący, stale spoglądał spod oka i coś notował. Broda równo przystrzyżona, cera świeżo po solarium, mina fachowca od miedzianych przewodów i cudzej krzywdy.

Stanęli przed Arturem i rzucili swoje: "Decyzja z urzędu", "My tylko wykonujemy", "To nie od nas zależy". Słowa miały barwę skrzypiącego styropianu - głośne, puste i wywołujące gęsią skórkę.

Artur grzecznie przyglądał się, jak sprawdzają, gdzie od farelek zbiegają się przewody elektryczne. W pewnej chwili nawet powiedział:

- Panowie, tu nie chodzi o kable. Tu są ludzie.

Z ich ust posypało się standardowe bla, bla: dyrektywa, obowiązek, protokół. Ściana dźwięków wyłożona przepisami, za którą próbowali się schować jak dzieci za firanką - niby ich nie widać, ale wszystko słychać. A przy tym ten wzrok, zimny i transakcyjny, jak z cennika usług pogrzebowych: "Jeszcze masz czas. Przekalkuluj. Zaproponuj coś, co nam się opłaci".

Nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się. Długo, jakby właśnie zrezygnował z ostatniej wiary w ludzi. Wreszcie skinął głową i zaprosił ich do sąsiedniego pokoju - technicznie: magazynu darów. Paczki pomocowe, przetwory, koce, zabawki - nadzieja popakowana w kartony. Miejsce, gdzie bieda nie była pojęciem abstrakcyjnym, tylko katalogiem konkretnych braków.

Elektrycy weszli z nonszalancją, jakby byli na inspekcji w podrzędnym hotelu. Ten drugi fałszywie przyjacielski - schylił się po szmacianą lalkę leżącą na stercie darów i bez słowa wsunął ją sobie do torby. W jego ruchu nie było pytania. Była rutyna. Przyzwyczajenie do brania - jakby pomoc była towarem, a on miał w kieszeni rabat lojalnościowy.

Myśleli, że przeszli do pokoju po kopertę z łapówką za milczenie. Ale to nie oni mieli propozycję. I nie oni byli stroną, która dyktuje warunki.

Artur zamknął za nimi drzwi, odwrócił się i przemówił - spokojnie, bez podnoszenia głosu.

- Znacie Andrzeja? - zapytał Artur. - Tego, co pluje krwią i kawałkami płuc? Nie? To poznacie. - Nie było w tej opowieści wzruszenia ani patosu. Był suchy raport ze strefy skażenia. - Andrzej, lat pięćdziesiąt z hakiem, śpi w starej, metalowej szafce po chemikaliach, tak przeżartej rdzą, że czasem rano ma na plecach odcisk śrub. Z ust cieknie mu gęsta, brunatna wydzielina - lepka, cuchnąca, sącząca się jak z pękniętej rury ciepłowniczej, która nie była remontowana od dekady. Kaszle tak, że farba schodzi ze ściany, a zaraz za nią wyłazi liszaj pleśni. Pleśń nie jest zielona, nie szara, ale czarna, chropowata, tłusta od tego, co wypluwa. Kumple nazywają go też Farelka - opowiadał Artur - może dlatego, że stale mu zimno i ciągle do nas przychodzi, żeby się ogrzać. Mówiąc między nami, to wariat. Ale błagam - żadnych sugestii w tym kierunku, kiedy jest na horyzoncie. Nie powinno mu się też mówić, że wygląda dziwnie. Bo dla niego dziwni są wszyscy, którzy jeszcze nie zostali spaleni od środka.

Brodaty technik zamarł. Palce wciąż trzymały tablet, ale ekran już niczego nie rejestrował.

Artur mówił dalej, nie zmieniając tonu - chłodnego, obojętnego jak głos patologa opisującego zebranym wokół studentom wnętrzności rozprutego właśnie denata.

- Stefka. Syfilis zeżarł jej pół twarzy jak rdza przeżera blaszaną skrzynkę na listy - od środka, po cichu, bez żalu. Jedno oko martwe, nie porusza się, tylko patrzy w głąb jakiegoś innego świata. Drugie - żywe, ale niech nikt nie liczy, że dojrzy w nim cokolwiek ludzkiego. Jak się śmieje, to tylko jednym kącikiem ust, bo druga połowa nie działa - sztywna, nieruchoma, martwa jak porcelanowy odlew. Kiedy mówi, ślina jej cieknie po brodzie, a słowa dźwięczą, jakby miała w ustach obce ciało. Może i ma. Często do nas zagląda. Kto w taką pogodę nie chciałby się ogrzać? Zwłaszcza jak denaturat się skończy, a mróz w mieszkaniu wbija się pod paznokcie. Chuda jak cień, śmierdzi jak przeleżały opatrunek. Przepija wszystko, co ma. A jak nie ma - to śmieje się tym jednym kącikiem ust. Ale zawsze dziękuje. I kocha nas, że nadal traktujemy ją jak człowieka. Dlatego, jak będzie u nas zimno, podpowiemy jej i Andrzejowi wasze adresy. Żeby mieli gdzie znaleźć ciepło i przyjazną duszę. W końcu... - Spojrzał na nich jak nauczyciel religii, który już dawno przestał wierzyć w swoich uczniów. - Jedno ze znanych wam przykazań wyraźnie mówi o pomocy bliźniemu, prawda?

Przez chwilę cisza narastała. Powietrze stało się gęste, lepkie, jakby samo nasiąkło obrazem Stefki - kobiety, która była bardziej ostrzeżeniem niż człowiekiem.

Łysy kierownik zacisnął w złości wargi, na potem otworzył usta.

- Jeszcze jest Gordon. - Artur nie dał mu dojść do głosu, bo doskonale wiedział, co tamten chciał powiedzieć. Ale on jeszcze nie skończył. - Tatuaż z misiem na szyi. Uroczy, prawda? Tak wyglądała jego niewinność, zanim ją zasypał białym proszkiem. Po kresce przespał się z parką z HIV - romantycznie, w piwnicy, na materacu, który miał więcej wirusów niż szpitalne laboratorium. Teraz mówi na wirus HIV "Tuptuś". Bo łatwiej mu wtedy myśleć o chorobie, z którą już przegrał. Bo jak nazwiesz coś tak miło i serdecznie, to nie wydaje się tak śmiertelne ani ostateczne. Mimo tego wszystkiego on nie chce być sam. Na pewno rozumiecie, że cierpienie we dwoje mniej boli, a przekleństwo nadchodzącej śmierci, jeśli się je podzieli, nie jest tak przerażające. - Artur spojrzał na tego drugiego - tego z fizjonomią przyjaznego donosiciela, który teraz wbijał oczy w podłogę. - Będziecie mogli wybrać, który z was chciałby się z nim zaprzyjaźnić. A może ktoś z waszej rodziny? To nawet niegłupi pomysł - przytaknął sam sobie. Zrobiło się cicho. Ale była to cisza zimna, nieprzyjemna, naznaczona oczekiwaniem na uderzenie. - Więc jeśli przyjdzie wam do głowy postawić nas przed sądem, oskarżyć o kradzież albo choćby zadzwonić na policję - ciągnął Artur - damy naszym podopiecznym wasze adresy. Oczywiście będziemy ich prosić, żeby na czas odwiedzin wzięli podwójne prochy na nienawiść do świata. Ale mówiąc między nami, nie chcą nas słuchać...

- To groźba karalna - wykrztusił kierownik, głosem już bez tej stalowej obręczy, która wcześniej trzymała mu kręgosłup w pionie.

Artur przytaknął powoli. Nie odrywał wzroku od jego oczy.

- Masz rację - mruknął.

Dwa słowa. Wypowiedziane spokojnie, bez gniewu, bez podniesionego tonu. A jednak brzmiały jak przeciągnięcie brzytwy po gołej szyi - powoli, z precyzją chirurga, który wie, że nie musi ciąć głęboko, by zostawić bliznę na zawsze.

Powietrze w pokoju zgęstniało jeszcze bardziej. Stało się ciężkie, lepkie jak stary klej. I nawet gdyby ktoś w tym momencie zaczął krzyczeć, przez tę gęstość, przez tę ciszę, nikt by go nie usłyszał. Głos ugrzązłby w niej jak mucha w warstwie lakieru.

Ten drugi, fałszywie przyjacielski, wyjął z torby szmacianą lalkę i odłożył na poprzednie miejsce.

- Nawet gdybym chciał, nie mogę nic zrobić - wysyczał kierownik. - A pan blefuje.

- Założymy się? - uśmiechnął się niemal przyjacielsko. - Stefka akurat jest w kuchni, mogę panów z nią zapoznać.

Ten z opalenizną z solarium popatrzył na szefa z niemym przerażeniem.

- Może... - powiedział.

- Co może... - warknął buldog.

- Przebicie do ziemi? - podsunął Artur. - Doskonały pomysł. - Wciąż patrzył nieruchomym wzrokiem na kierownika. Nie wiedział, co on w nim odczytał, ale może poczuł to zimno, które wypełniało serce Artura, bo wreszcie coś się w nim przełamało. Popatrzył na podwładnych, których miny mówiły wyraźnie, że oni nie chcą kłopotów nadciągających z przerażającego świata ludzkich odpadków, z którym nie chcą mieć nic do czynienia. I że może tym razem warto postąpić po ludzku. Cokolwiek to znaczy.

Drzwi uchyliły się z miękkim, niemal pokornym skrzypieniem. Trzej mężczyźni wyszli na korytarz. Ruchy mieli powolne, spojrzenia rozproszone, dłonie nerwowo poprawiały mankiety, jakby szukali w sobie resztek profesjonalizmu, którego nigdy nie osiągnęli.

Pracownice stały wzdłuż ścian korytarza - bez słowa, bez ruchu. Patrzyły. Nie z triumfem, nie ze złośliwością. Ich wzrok był chłodny i czysty jak ostrze - mówił wszystko, czego nie trzeba było już dopowiadać.

Kierownik elektryków, ten sam, który jeszcze niedawno rzucał paragrafami jak cegłami, podszedł do szefowej ośrodka. Wyciągnął złożony raport. Głos miał suchy, jakby do gardła nasypano mu piasku:

- Wystąpiło przebicie w nieustalonym miejscu linii. Nie udało się zlokalizować dokładnego punktu, gdzie następuje upływ prądu do ziemi. - Podał jej kartkę, unikając patrzenia w oczy. - Teoretycznie... możliwe, że sytuacja się ustabilizuje, kiedy zakończą budowę nowego osiedla. Gdy stara sieć z kamienic zostanie przełączona na nową magistralę... może wszystko się wyrówna. - Obejrzał się niepewnie na kolegów i oblizał suche wargi. - To my już nie będziemy zawracać głowy.

Odeszli pospiesznie. Bez słowa. Bez pożegnania.

A kobiety już nie patrzyły za nimi. Ich spojrzenia zatrzymały się na Arturze. Nie było uścisków, frazesów. Tylko uśmiech. Zwyczajny, prosty, prawdziwy - jak podziękowanie, którego nie trzeba mówić.

I wszyscy to wiedzieli.

I to wystarczyło.

Rozdział 2

Warszawa, rok 2028

Przez cały dzień telefon milczał jak zaklęty. Ta cisza zaczynała mu ciążyć. Dopiero tuż przed chwilą, gdy miał zacząć analizować policyjne nagranie, ekran mignął. Nieodebrane połączenie. Numer? Wcale nie numer. Same zera, kreski, jakieś poskręcane znaki, jakby ktoś bawił się czcionką lub wysłał to spoza jakiegokolwiek systemu.

Zareagował odruchowo, zaglądając do historii połączeń. Pusto. Żadnego śladu. Nic nie dzwoniło, a jednak na ekranie uparcie wisiała ikona nieodebranego.

- Może telefon się sypie - mruknął pod nosem bez przekonania. Przez dłuższą chwilę gapił się w wyświetlacz, jakby spodziewał się, że zaraz znów coś się pojawi. - Przemęczenie. Paranoja - rzucił w powietrze, jakby chciał sam siebie uciszyć.

Tylko że gdzieś głęboko w nim coś się odezwało. Głośno, dobitnie: Bzdura.

Moment później natknął się na dziwny wpis w logu systemowym:

Zdalny dostęp. Logowanie administratora. Godzina 3.12.

Zamarł. Przecież o tej porze laptop był na pewno wyłączony.

Patrzył na ciemne litery jak zahipnotyzowany.

Administrator?

Przecież był nim tylko on.

Więc kto, do cholery, logował się o tej pieprzonej godzinie?

W gardle zaschło mu nieprzyjemnie. Na karku poczuł zimny dreszcz.

Oglądany na monitorze obraz był czarno-biały. Tak sterylny i wyprany z emocji, że wydawał się nieistotny. Obiektyw kamery obejmował zasięgiem dwadzieścia cztery stanowiska na trzecim poziomie podziemnego parkingu. Bezosobowe rybie oko pokazywało pięć samochodów. Kolejność ich ustawienia Artur znał już niemal na pamięć. Mógłby ją wyrecytować o czwartej nad ranem, wyrwany z koszmaru, w którym bankrutuje drugi raz tego samego dnia. Od lewej: wiekowy Mercedes-Benz W123, produkcję zakończono 15 stycznia 1986 roku - sprawdził z nudów. Dwa puste stanowiska. Potem zielony Nissan z 2014 roku. Obok dwa fordy - zielony i czerwony - oba świeżaki z ubiegłego sezonu. Znowu trzymiejscowa przerwa i w rogu za niewysokim murkiem rodzynek: odrestaurowany Fiat 125p, niegdyś złom, dziś zabytkowy fetysz lokalnego wariata, który być może próbował uwodzić kobiety stylem lat siedemdziesiątych.

Obraz był nieruchomy, obojętny na czas, ludzi i toczące się gdzieś życie. Co trzydzieści sekund ekran drgał, jakby miał napad odświeżającej kadr elektronicznej czkawki.

Artur siedział i gapił się na obraz, od czasu do czasu zerkając w bok i przerzucając kolejne strony akt kontrolnych. Jak to się stało, że dał się wrobić w oglądanie pięciogodzinnego nocnego nagrania z podziemi PKO? Głupie pytanie. Przecież wiedział.

To było jedno z tych markotno-deszczowych popołudni. Mijał drugi miesiąc bez klienta i ósmy po powrocie z Brukseli. Jak długo jeszcze da radę łatać finansowe dziury i rozłażący się w szwach budżet?

Za każdym razem czekał z niepokojem na koniec miesiąca i spływ należności za drobne usługi. Było to jak czekanie na śmierć kogoś bliskiego z dużym spadkiem - z zaciśniętymi zębami i nadzieją, że o tobie nie zapomniano.

Oczywiście, planował. Zawsze uważał się za mistrza planowania, i taką też miał opinię w firmie. Potrafił zaplanować w szczegółach obławę na przestępców, harmonogram zajęć dla setki ludzi. Kolejność prac remontowych mieszkania, które kupił w Brukseli.

Ale to było w innym życiu.

Tamtego popołudnia szedł ulicą i kombinował nad sposobem wydania ostatnich pięćdziesięciu złotych, tak by starczyło na dziś i jutro. Wychodziły mu frytki, parówka i coś zielonego, udającego surówkę. Obiadokolacja z pogranicza dekadencji i rozpaczy. Ale i tak było to lepsze niż powtarzanie sobie z wymuszonym optymizmem, że jakoś to będzie. Tyle że fart od miesięcy omijał go szerokim łukiem, jakby w jego życiorysie rubrykę "szczęście" w całości zatarto korektorem.

Ulica rozciągała się przed nim jak niedokończona rozmowa, w której zabrakło nie tylko słów, ale i chęci do jej podsumowania. Z nieba siąpił kapuśniaczek - ten najgorszy rodzaj deszczu: bez charakteru, bez efektu, bez końca. Woda spływała po daszkach kiosków, po szybach ciemnych witryn. Asfalt błyszczał jak brudne lustro, w którym bezpieczniej się nie przeglądać, żeby nie mieć w nocy koszmarów. Z pobliskiego przewróconego kosza wysypywały się śmieci, mieszając się z niedopałkami i rozmokłym katalogiem z marketu, krzyczącym w oczy nagłówkiem: "Jedyna okazja".

Zamyślony, wpadł na kogoś na chodniku. Najwidoczniej los uznał, że to dobry moment na kolejny ponury żart jego kosztem.

Przed nim stał Robercik - dawny szczyl z komendy, kiedyś nieśmiały, chudy, z miną wiecznie spóźniającego się na lekcje nieuka. Teraz miał posturę zapasionego, sytego buldoga.

- To ty? - Robercik rozpromienił się jak człowiek, który chowa twój zegarek, zanim jeszcze zdążyłeś zauważyć, że zniknął. - A niech mnie. Więc los trochę mnie lubi.

Co miał do tego los? Artur wolał nie pytać. Może powinien bąknąć, że to jakaś pomyłka, ale było już na to za późno. Rozciągnął więc usta w udawanym rozradowaniu.

- Całe wieki. Zadowolony, elegancki garniak. Świat jest twój.

Znowu uścisnęli sobie dłonie - serdecznie, jak dwaj oszuści gratulujący sobie przekrętu, w którym każdy był pewny, że wykiwał drugiego.

Kilka minut później siedzieli w knajpie, która pachniała tak, jakby piwo fermentowało tu razem z niespełnionymi marzeniami. Artur nie miał złudzeń. Robercik nie zaprosił go z sentymentu. Chciał się pochwalić. Zamierzał pokazać, że teraz to on rozdaje karty w życiu zawodowym, a Artur - były as wydziału - może co najwyżej podać mu popielniczkę z sąsiedniego stolika.

- Co przekąsimy? - rzucił zachęcająco Robercik z miną rozrzutnego handlarza garniturów w dniu likwidacji sklepu. Artur wzruszył ramionami, ale niezbyt ostentacyjnie. Głód miał więcej do powiedzenia niż jego duma. - Ja stawiam - dodał dawny kumpel z uśmiechem, który miał być szczery, a wyszedł, jakby już raz był przeceniony.

"Prawdopodobnie dostał premię i już czuje się jak Herlok Szolms", przebiegło Arturowi przez myśl. Już za jego czasów Robercik wiedział, kiedy się przymilić o łatwiejsze śledztwo, kogo opłaca się pochwalić i na czyich plecach przejechać przez bagno. Wszyscy mówili, że czeka go kariera.

Chociaż Artur znał ten typ ludzi, zignorował błysk w oku, kiedy jeszcze na ulicy ściskali sobie dłonie. To był błąd. Ale głodny człowiek nie myśli. On kalkuluje. A rachunek - jak zwykle - wystawia mu los.

Chociaż od tamtego spotkania minęły dwa dni, mżawka nadal nie odpuszczała, rozmazując na szybie świat drobinami kropel.

Artur zamrugał powiekami, żeby odegnać senne mgiełki. Od pięćdziesięciu minut beznamiętnie oglądał nagranie z kamery obejmującej miejsce, gdzie dokonano zbrodni. Patrzył na conocną rzeczywistość podziemnego parkingu, ożywianą migoczącą od czasu do czasu jarzeniówką.

Z akt kontrolnych wyczytał, że tak było od godziny 22.10 dnia poprzedniego do godziny 7.30, gdy nieopodal zaparkował swoim samochodem jeden z bankowych urzędników.

Zerknął na leżącą obok klawiatury rozpiskę. Facet nazywał się Zenon Tracz. To on pierwszy zauważył ciało. Przechodząc obok, przypadkowo zerknął na Fiata 125p. Może przypomniał sobie czasy, gdy jako młody chłopak marzył o takim tygrysie szos. Sekundę później dostrzegł nieruchomą postać kobiety na siedzeniu obok kierowcy. Jego uwagę zwróciła dziwnie przekrzywiona w bok głowa. Zaciekawiony podszedł bliżej. Pijana?

Ciało leżało bezwładnie z rozrzuconymi na boki rękami. Zwisające za zagłówek włosy były sztywne od zlepiającej je zaschniętej krwi.

Miejsce parkingowe znajdowało się w rogu, osłonięte murkiem, jakby śmierć chciała mieć trochę prywatności. Dlatego wcześniej nikt nie zauważył trupa.

W kieszeni spodni ofiary znaleziono imienny bilet miesięczny na nazwisko Iwona Prejs. Jak wynikało z późniejszych sprawdzeń, w dniu śmierci kobieta skończyła pięćdziesiąty piąty rok życia.

Artur upił z kubka łyk kawy i ponownie spojrzał na ekran. Cisza, mrugnięcie systemu, pięć aut, jedno ciało.

Wszystko przez ten obiad, na który dał się namówić.

Początkowo sądził, że spotkanie było dla Robercika pretekstem, żeby w pobliskiej knajpie wlać w siebie setkę, która w towarzystwie dawnego idola dawała złudzenie bycia prawdziwym gliną. Takim, który wie, kto uczciwy, kto złodziej, a kto jest tylko frajerem czekającym na bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Siedzieli przy drugim daniu, śmiejąc się z jakiegoś wydarzenia, które Robercikowi zapadło w pamięć, zaś Arturowi dawno z niej uleciało. Ale mielony był tego wart.

- Nie pijesz? - wskazał na stojące przed Arturem nienaruszone dwie pięćdziesiątki czystej.

Wymówił się wrzodem żołądka, przesuwając kieliszki staremu kumplowi. Prawda była taka, że nie miał ochoty na teatralne bratanie się przy spirytusie. Nie z tym typem.

Robercik jakby tylko na to czekał. Wychylił pierwszy kieliszek, a kiedy odstawiał szkło na stolik, zrobił minę, jakby dzięki temu wlewowi przyszła mu do głowy genialna myśl. Spojrzał na Artura spod przymrużonych powiek, oblizał wargi i wypalił:

- Zawsze byłeś w wydziale debeściakiem. Nie będę ukrywał, zazdrościłem ci tego, wiesz? - Westchnął, jakby wspominał zmarłą miłość albo choćby szansę na wypełnienie kuponu Lotto. - Jak ty to robiłeś? Przeglądałeś akta, strzelałeś palcami i... już. Wiedziałeś wszystko. I co najlepsze, to się zawsze sprawdzało... - Zawahał się, udając skrupuły. Oczy mu błyszczały. - Więc może... - urwał teatralnie. - Nie, nie będę ci zawracał głowy.

Robercik machnął ręką, jakby odganiał własny pomysł, ale ten wciąż tkwił mu w źrenicach jak wbity kolec.

Artur milczał. Nie ze zdziwienia. Z kalkulacji. Był winien Robercikowi przysługę - obiad, zaproszenie, odgrzane wspomnienia po dawnym, wydumanym kumplostwie. W gruncie rzeczy nie miał powodu, żeby mu nie pomóc. A Robercik ewidentnie czekał, aż podejmie rzuconą myśl.

- Coś masz na warsztacie? - udał zaciekawienie.

Robercik z miną powiatowego Bonda, który czuje się jednocześnie szpiegiem i wybrańcem naczelnika poczty, sięgnął pod stolik po neseser. Strzeliły otwierane zatrzaski. Teczka miała szarą, tekturową, wytartą obwolutę. Jak inne z dawnych lat. Podał Arturowi akta kontrolne.

- Może rzucisz okiem? Sprawa pozornie prosta, ale coś tu nie gra. Na wewnętrznej stronie okładki jest wklejka z DVD - nagranie z monitoringu. Jak przeczytasz akta, będziesz wiedział, o co chodzi. A nagranie - dodał konfidencjonalnie - nudne. To niestety nie pornus - zaśmiał się ze swojego dowcipu.

Artur był pewien, że nadal nie wolno wynosić akt poza mury komendy. Ale pamiętał, że w jego czasach również nikt się specjalnie tym nie przejmował.

- Ale może nie masz czasu? - Robercik zawahał się kłamliwie. - Jesteś pewnie zajęty...

Artur dostrzegł, że cwaniak waha się, czy aby nie cofnąć prośby. Ruchy miał szybkie, ale nie nerwowe. Zbyt płynne, zbyt pewne. Jakby ten teatr ćwiczył już nie raz. To nie spryt podpowiadał mu te triki. On miał go we krwi. Wiedział, jak grać. A co najgorsze, wyglądało, że sam głęboko wierzy w szczerość swoich intencji, w których chodziło tylko o wyjaśnienie prawdy.

Dał się rozegrać. I nie chodziło tylko o ten obiad. Mielony po tygodniach żarcia chińszczyzny, która smakowała jak sklejone trociny, nagle wydał się daniem rodem z pięciogwiazdkowej kuchni hotelu Ritz.

Nie lubimy się przyznawać, że ktoś nas wykorzystał. Może więc, wmawiał sobie Artur, skusił go sentyment? Albo chciał przypomnieć sobie, jak to było, gdy rzeczy miały jeszcze sens. Gdy mówiono o nim "Debeściak". A może po prostu chciał sprawdzić, czy nadal potrafi - jak kiedyś - przeczytać sprawę i znaleźć rozwiązanie? Znaleźć je równie szybko jak patomorfolog wątrobę u leżącego na stole sekcyjnym klienta.

Pewnie zagrało to wszystko.

Ale jedna rzecz była dla niego jasna: nie zamierzał pozwolić, by Robercik potraktował go jak ostatniego frajera. Wciąż jeszcze nie postawił na sobie krzyżyka i wierzył, że nadal trzeba się z nim liczyć.

- Prowadzisz to śledztwo - stwierdził. Robercik zamarł na ułamek sekundy. Te drobne pauzy, kiedy ktoś zostaje zaskoczony i nie zdąży jeszcze obmyślić kolejnego kłamstwa, są najcenniejsze, bo wymuszają prawdę.

- Tak - przytaknął. Krótko. Nerwowo.

- Z tego, co pamiętam, za rozwiązane sprawy wciąż przysługuje premia - ciągnął Artur z udawaną obojętnością. Robercik, jak dobrze wytresowany piesek, ponownie kiwnął głową. - W takim razie, jak znajdę rozwiązanie, połowa premii dla mnie - rzucił tonem, który nie dopuszczał dyskusji.

Stary kumpel zgodził się bez wahania. Jednak gdy ściskał mu rękę, w jego oczach migotały małe, zdradliwe iskierki. Te, które pojawiają się u oszusta, który właśnie wymyślił sposób, żeby zrobić cię w konia, za co wkrótce sam będziesz mu dziękował. Oznaczało to tylko jedno: Robercik co prawda zgodził się na podział, ale jeśli Artur spełni swoje zadanie, dostanie jedną czwartą... albo i mniej.

A prawda była taka, że w jego obecnej sytuacji trzy czy cztery stówy wyglądały jak awans społeczny - wystarczający, by przez godzinę nie rozważać kariery w Biedronce przy palecie z ziemniakami w promocji.

Siedział w ciemności, wpatrzony w nieruchomy ekran jak wróż w magiczną kulę. Beton, auta i migająca jarzeniówka, której starter obiecywał, że niedługo się przepali. Bezgłośna, martwa cisza nocnego podziemnego parkingu.

Czuł, jak coś zaczyna się w nim buntować, jakby każdy piksel tego martwego nagrania wyśmiewał jego wysiłek. Przewijał. Wracał. Zatrzymywał. Pospieszał. Cofał. I znowu: nic. Kamera rejestrowała próżnię, jakby zbrodnia zdarzyła się zupełnie gdzie indziej.

Przez betonową posadzkę przeciąg pociągnął potarganą płachtę gazety.

Zerknął na stronę akt kontrolnych z opinią biegłego. Prokuratorzy zawsze chcą znać przybliżony czas śmierci. Teoretycznie to podstawa. W praktyce była to szara strefa z dziesiątkami zmiennych.

Artur pamiętał jeszcze podręczniki z akademii policyjnej, w których obowiązywała teoria, że ciało stygnie w tempie jednego stopnia Celsjusza na godzinę. Klasyczna kalkulacja: trzydzieści sześć stopni - ciało żywe, dwadzieścia pięć - martwe od jedenastu godzin. Proste, typowo podręcznikowe.

Tyle że w realnym świecie trup nigdy nie czyta takich skryptów. Wiedział więc jeszcze, zanim poszedł do akademii, że znaczenie miało wszystko: pozycja ciała - skulone stygnie wolniej; podłoże - czy leżało na zimnym betonie, czy na glebie nagrzanej słońcem; rodzaj ubrania - wełna, len, syntetyk. A także wilgotność i przepływ powietrza. Nie wspominając o wcześniejszym nawodnieniu ciała wypitymi płynami, chorobach układu krążenia i jeszcze kilkunastu innych warunkach.

Z raportu wynikało, że lekarz sądowy wstępnie oszacował czas zgonu na przedział między dwudziestą drugą a trzecią w nocy. Dokładne zmierzenie temperatury garażu i szybkości przewiewu w samochodzie, który miał uchylone szyby, miało zawęzić przedział czasowy.

Rodzaj wgnieceń kości potylicznej czaszki sugerował, że Iwona Prejs została uderzona w tył głowy narzędziem tępokrawędzistym i zginęła na miejscu. Zwłoki zostały umieszczone w Fiacie 125p po tym, jak przestępca wyłamał zamek w przednich drzwiach od strony pasażera.

Artur ponownie zerknął na ekran monitora. Obraz był szary, martwy, jakby wyprany z czasu.

Przypomniał sobie kadr z płachtą poszarpanej gazety. Coś w jej ruchu było mu znajome. Przynajmniej w tamtej sekundzie odniósł takie wrażenie. Potem uznał to za przypadkowe skojarzenie z czymś... gdzieś... może kiedyś.

W trzeciej godzinie patrzenia w ten sam kadr miał wrażenie, że to nie on ogląda taśmę, ale taśma ogląda jego. Siedział nieruchomo, z dłonią zaciśniętą na kubku z zimną już kawą. Betonowy garaż na ekranie przypominał komorę bez powietrza. W głowie tłukło się jedno: ktoś tu musiał być, kiedy trwało nocne nagranie. Ale obraz monotonnie powtarzał swoje: pusto, cicho. Jakby śmierć umiała maskować się lepiej niż żywi.

Wrócił do akt.

O 22:10 ostatni urzędnik wyjechał z garażu. Facet potwierdził to z dumą, podając przesłuchującemu dokładną godzinę.

W czasie weryfikacji kryminalistycznej sprawdzono osiemdziesięciu sześciu pracowników, którzy następnego ranka parkowali samochody w podziemiach. Nikt nie znał ofiary. Artur nie miał dowodów, by twierdzić, że kłamali.

Przesłuchano wszystkich ochroniarzy. Marian Sara, który w dniu odnalezienia zwłok rozpoczął zmianę o siódmej rano, przyznał, że znał ofiarę.

"To żona mojego sąsiada, Tomka", zeznał. "Znaliśmy się z widzenia. Kumplowałem się z jej mężem i czasami wychodziliśmy razem na piwo".

Brzmiało wiarygodnie. Ale Artur nauczył się, że prawda to najczęściej przemyślane alibi - maska, którą zakłada się na twarz, dopóki nie pojawi się lepsze kłamstwo.

W kolejnych raportach wyczytał, że prowadzący śledztwo postanowili sprawdzić pana Mariana dokładniej. Przepytano jego kolegów i przełożonych.

Większość mówiła: solidny, rzetelny, bez zarzutu. Ale jeden z nich dodał:

"W wolnych chwilach gra w karty. Sam ze sobą. Tasuje, rozkłada na stole, potem czyta jakieś opracowania, gdzie są omawiane pokerowe układy. Maniak".

To wystarczyło, żeby prokurator zlecił dodatkowe rozpoznanie. Wkrótce było wiadomo, że Marian Sara był zadłużonym hazardzistą. Przegrywał częściej, niż oddychał. Ale dziwnym trafem - tuż po zabójstwie - wszystkie jego długi zostały spłacone.

Przypadek? Podobnie jak prowadzący śledztwo Artur też nie wierzył w bezinteresowną życzliwość losu.

Dwa dni po zabójstwie sporządzono raport z sekcji. Narzędzie zbrodni: tępokrawędzisty, ciężki przedmiot - mógł nim być klucz do kół. Takiego w pobliżu miejsca zbrodni nie znaleziono. Innych śladów też nie. Jedyną szansą był monitoring.

Zabezpieczono siedemdziesiąt dwie godziny. Należało dokładnie przejrzeć taśmy między dwudziestą drugą a trzecią w nocy, kiedy zginęła kobieta.

Włączył odtwarzanie taśmy. Przed sobą miał jeszcze ponad trzy godziny ślęczenia przed ekranem. Jak dotąd nikt nie schodził do garażu. Nawet ochroniarz nie robił obchodu kontrolnego. Zresztą po co, kiedy wszystko penetrował system kamer zainstalowanych w podziemiach banku. Brama zamknięta. Pełne bezpieczeństwo.

Albo zatem w nocy trup przyszedł pieszo przez ścianę i zajął miejsce w fiacie, albo... No właśnie, co?

Wiedział, że prawda zwykle nie ma alibi, ale tym razem wyglądało, jakby sama uciekła z miejsca zbrodni. Najprawdopodobniej ktoś wprowadził kobietę do garażu. Ktoś ją tam zabił. Potem umieścił ciało w samochodzie. Dokładnie zatarł wszystkie ślady zbrodni. Miał czas. Ale żadna z kamer tego nie zarejestrowała? Jak to możliwe?

I wtedy zobaczył ją znowu.

Niemal poczuł podmuch wiatru na policzku.

Tę samą gazetę.

Niemal poderwał się z miejsca.

Papierowa płachta przeleciała po posadzce, przez ekran, z leniwym, pozbawionym sensu dryfem, popychana przez gwałtowniejszy przeciąg powietrza.

Poszarpana, bezwolna.

Widział.

Już wcześniej to widział. Nie raz.

Cofnął na szybkim podglądzie. O dziesięć minut. Nic. Dwadzieścia. Nic. Czterdzieści. Nic.

Sześćdziesiąt siedem minut.

Jest!

Cofnął się o kolejne sześćdziesiąt siedem. I znowu ją zobaczył.

Taśmy nie kłamią. Kłamią tylko ci, którzy je montują. Ta sama papierowa płachta przelatująca przez kadr, z tym samym delikatnym przeskokiem sugerującym montażową wklejkę.

Trafił trzy razy. Dokładnie trzy identyczne przeloty gazety.

Wreszcie to dostrzegł.

Nie dlatego, że wcześniej był ślepy. Po prostu był zbyt skupiony na szukaniu czegoś, czego na taśmie nie było.

A to znaczyło tylko jedno. Ktoś usunął fragment nagrania i zapętlił wklejkę - martwą godzinę, sztucznie powieloną. Już wiedział, gdzie kłamstwo postawiło kropkę.

Zerknął na zegarek. Zapamiętał, że Robercik zapewnił, że może dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Dochodziła szósta nad ranem i ze złośliwą satysfakcją sięgnął po telefon.

Kiedy wciskał ikonę połączenia, przyszło mu do głowy, że morderca doszedł do wniosku, że w tym przypadku najlepszym kamuflażem nie będzie mrok, lecz powtórka.

Nie zawsze morderca zostawia po sobie ślady krwi. Tym razem zostawił zapętlony, niczym stryczek, kadr.

- Halo? - głos był zaspany, ale i przestraszony.

- Mam dla ciebie rozwiązanie.

- Już? - policjanta po drugiej stronie niemal zatkało.

- Wpadnij do mnie jutro.

Artur się rozłączył. Odłożył telefon i przez chwilę tylko siedział - bez ruchu, bez słowa.

Za oknem świtało.

Artur odchylił się na fotelu i zamknął oczy. Czuł zmęczenie jak ołów w kościach, ale pod nim - coś jeszcze.

Pierwszy raz od miesięcy poczuł, że znowu jest komuś potrzebny. Że jeszcze nie całkiem przestał istnieć.

Napisał podsumowanie, chłodne i rzeczowe. Według niego zabił Marian Sara.

Potem zgasił światło.

I wrócił do ciemności.

Z tej samej, z której na chwilę się wydostał.

Miesiąc później otrzymał od Robercika przekaz pieniężny na kwotę sześciuset złotych. Było to "wynagrodzenie" za nieformalną pomoc w rozwiązaniu sprawy.

Zabójcą rzeczywiście okazał się Marian Sara, który przyznał się do zbrodni po wyczerpującym, wielogodzinnym przesłuchaniu. Motywem zbrodni był dług karciany - zaległość, której nie potrafił spłacić w inny sposób. Jednak bezpośrednim impulsem do dokonania zabójstwa okazała się propozycja, jaką otrzymał od męża ofiary.

Za kwotę trzydziestu tysięcy złotych Sara zgodził się pomóc w eliminacji żony zleceniodawcy. Kobieta od dłuższego czasu odmawiała zgody na rozwód, uniemożliwiając tym samym mężowi rozpoczęcie nowego życia u boku kochanki.

Marian Sara działał metodycznie. Zwabił kobietę w nocy do podziemnego garażu, informując, że posiada dowody świadczące o zdradzie męża - fotografie i nagrania z ukrytej kamery. Ofiara, zaślepiona gniewem, bez większego oporu zgodziła się na spotkanie nocą w wyznaczonym miejscu.

Wybór lokalizacji nie był przypadkowy. Garaż był wyposażony w system monitoringu, który - przy odpowiedniej manipulacji - miał dać mordercy niepodważalne alibi. Jeszcze przed nocą zabójstwa Sara wgrał do systemu nieruchomy obraz pustego garażu, który przez nocne godziny był odtwarzany w czasie rzeczywistym.

Po przybyciu rano do pracy Sara podmienił fizyczne nośniki danych - płytę DVD - na tę, którą wcześniej przygotował na domowym komputerze. Na koniec usunął z systemu emitowany w nocy plik zdjęciowy. Gdyby nie gazeta, która - niczym w déja vu - przelatywała przed obiektywem kamery, prawdopodobnie udałoby mu się uniknąć kary.

Sprawiedliwość? Nie. Tylko przypadek. Jak zwykle.

Rozdział 5

Warszawa, rok 2028

W pokoju panował półmrok. Żarówka w lampce na biurku ledwie zipała. Z głośnika sączył się Miles Davis, a na blacie zalegały listy z coraz mniej przyjaznymi nagłówkami administracji i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, którym zalegał z płatnościami.

Kiedy brał pożyczkę w banku, miała starczyć na długo. Ale pieniądze znikały z konta szybciej niż whisky z butelki w piątkową noc.

Przez chwilę podejrzewał, że ktoś dobrał mu się do rachunku bankowego. Ogarnięty obsesją, posprawdzał wszystko, do ostatniego wyciągu. Nic. Żadnych cudzych palców. To tylko życie wysysało z niego pieniądze, miesiąc po miesiącu, rachunek po rachunku.

A największy pasożyt? Płatność za klinikę.

Ta jedna opłata co miesiąc wbijała mu się w saldo jak gwóźdź w deski trumny. Opłata za Joannę. Za jej nieruchome ciało pod sterylną pościelą. Za wspomnienia, które go gryzły, ale od których nie umiał się uwolnić.

Ironia losu - kiedyś życzył jej wszystkiego najgorszego. A teraz płacił za to, żeby mogła dalej... trwać. Ani żywa, ani martwa.

A on? Miał coraz mniej sił.

Drzwi zaskrzypiały. Robercik wszedł, z przyklejonym na stałe do ust bezczelnym uśmieszkiem. Wcześniej nie zadzwonił, przed naciśnięciem klamki nie zapukał. Po prostu wszedł jak do siebie. Tak mają gliniarze, którym od lat nikt nie kazał się legitymować, gdyż wszyscy już wiedzą, że lepiej wała omijać z daleka.

- Cześć - rzucił od progu tonem z gatunku: "Nie mam za wiele czasu, więc zabierajmy się od razu do roboty".

Po zakończeniu ostatniego śledztwa nie omieszkał zadzwonić, by pochwalić się, że to właśnie tempo, w jakim je rozwiązał, przesądziło o jego awansie na zastępcę naczelnika wydziału kryminalnego. Jednak zawodowy sukces nic w nim nie zmienił. Nadal nos miał jakby coraz bardziej krzywy, policzki tłustsze, włosy na łysiejącym czubku rzadsze. Garnitur świeży, choć nadal wisiał na nim jak na manekinie i wyglądał jak z drugiej przeceny.

- Zapraszam. - Artur wskazał pobliskie krzesło.

Robercik zajął miejsce, wyjął z neseseru zdjęcia i rozłożył przed Arturem. Technicy zrobili robotę jak spod linijki - każdy kadr był niczym wyjęty z podręcznika zbrodni.

- Facet dostał nożem w pierś. Ostrze przebiło prawą komorę serca. Natychmiastowa śmierć. Dwa tygodnie temu.

Na kolejnych fotach - mieszkanie jak z katalogu dla samotnych urzędników. Sterylne, uporządkowane, bezosobowe. Jakby właściciel codziennie rano układał życie pod linijkę, a wieczorem wyłączał marzenia razem z telewizorem.

Ciało leżało na dywanie w salonie. Ręce rozrzucone na boki, jakby próbował objąć coś, czego już nie było. Nóż wbity głęboko wystawał jak chorągiewka zatknięta na końcu nudnego życia. Twarz zastygła w półgrymasie. Może zaskoczenia. A może ulgi?

- Mieszkanie było zamknięte od środka. Zero śladów włamania. Zero śladów na rękojeści noża. Tylko odciski denata. Był kawalerem, nie przyjmował gości, nie miał żadnych bliskich znajomych, czy kumpli z wojska, którzy mogliby coś o nim powiedzieć.

- Wywiad środowiskowy?

- Nikt z sąsiadów o nim prawie nic nie wiedział. Cień. Taki, co znika, zanim zdążysz powiedzieć "dzień dobry".

Artur przejrzał ponownie zdjęcia.

- Żadnych śladów walki? - Puknął palcem w fotografię. - Przecież sam nie wbiłby sobie w pierś takiego wielkiego noża.

- Co ty powiesz... - wyrwało się Robercikowi.

- Coś znaleźliście?

- Nic. Ani w salonie, ani w łazience. Napastnik nie przewrócił nawet krzesła.

- A drzwi wejściowe?

- Właśnie dostałem raport z wydziału mechanoskopii. Żadnych śladów włamania. Mieszkanie zamknięte na solidną zasuwę.

- Okna?

- Gość mieszkał na trzecim piętrze. Zamknięte. Włamanie przez balkon wykluczone. Technicy przelecieli dokładnie całą chałupę z góry na dół i z powrotem - puder, światło UV, próżniowe odkurzacze, spektrometry i co tam jeszcze trzeba.

- I nic?

- Nic. Odciski palców tylko właściciela. Zero obcych wydzielin lub wydalin, śladów DNA osób trzecich.

- Czyli mamy - powiedział cicho Artur - zamknięty pokój, martwego samotnika i zabójcę-widmo, który nie tylko zniknął bez śladu, ale najpewniej nie istniał.

Robercik pokiwał głową z miną człowieka, któremu właśnie kazano zanurzyć ręce po łokcie w ciepłej formalinie i jeszcze się przy tym uśmiechać

- Dlatego tu jestem. Ostatnio wspomniałeś coś o pustym koncie, a ja dostałem kilka groszy więcej na fundusz operacyjny. Ty masz doświadczenie, a ja nie mam czasu. Pomóż mi z tą zagadką, a może starczy ci na czynsz i butelkę czegoś, co nie podrażnia gardła.

Robercik był bezczelny. Zrobił się taki z czasem - kiedy się zorientował, że w tej robocie wystarczy siedzieć cicho, gdy inni mówią, i mówić głośno, gdy nikogo nie było w pokoju. Na początku dreptał po komendzie jak skruszony ministrant, który przypadkiem wszedł do burdelu - nieśmiały, spocony, co chwila przepraszający, że istnieje. No i długo patrzył na każdego starszego stopniem, jak na egzaminatora, który zaraz go obleje. A dziś? Dziś robił minę, jakby to on wymyślił prawo karne i tylko zapomniał się pod nim podpisać.

Zerknął na "starego kumpla" spod przymrużonych powiek. Przez ułamek sekundy miał ochotę sięgnąć po mosiężną lampkę i zdzielić w ten pusty arogancki łeb. Ale zamiast tego wyciągnął rękę po kolejną fotę. Tak to jest, gdy ma się puste konto.

Robercik położył neseser na kolanach i otworzył jak księgę skarg i zażaleń. Grzebał chwilę w papierach, po czym wyciągnął zeszyt w kratkę - niepozorny, zagięty na rogach, z wypłowiałą okładką. Położył go przed Arturem z miną kogoś, kto znalazł pęk zardzewiałych kluczy, tylko nie bardzo wie co z nimi zrobić.

- Znalazłem w szufladzie biurka denata - rzucił. - Nie wiem, może to coś ważnego, a może śmieć. Może lista zakupów albo zapiski wariata. Ale... - Westchnął ciężko, jakby skończył przerzucanie szuflą tony węgla. - Fachowiec, jak sam wiesz, niczego nie przekreśla.

Artur sięgnął po zeszyt i zaczął go kartkować.

Pismo było drobne, nierówne, prowadzone pod kątem - jakby piszący próbował ukryć coś nawet przed samym sobą. Litery wyglądały na znajome, ale przy bliższym przyjrzeniu zaczynały się rozmywać. Niektóre ciągi przypominały słowa, inne wyglądały jak fragmenty szyfru albo coś gorszego - myśli, których nie powinno się zapisywać.

Robercik wzruszył ramionami.

- Nie mam funduszy, żeby wołać kryptologa z centrali. Ekspertyza też będzie słono kosztować, a ja mam jeszcze w planie wypłacić jakąś nagrodę za rozwiązanie tej sprawy. A wiesz jak jest, każda konsultacja to mniej kasy dla każdego. - Zerknął na Artura i dodał z uśmiechem. - Więc jeśli liczysz na więcej grosza, to zabierz się do roboty. Zrób coś, za co nie trzeba płacić specjalistom z pieczątką.

Artur nie drgnął. Znowu przerzucił zeszytowe strony, jakby zastanawiał się nad ofertą.

- Czyli mam to odcyfrować, rozwiązać zagadkę i jeszcze ci podziękować, że nie wzywasz ekspertów?

- Brzmi uczciwie - odparł tym razem szczerze Robercik. - Jak na policyjne realia budżetowe.

Dante dłuższy czas patrzył w oczy siedzącego na wprost. Gdy ten już chciał umknąć wzrokiem w bok, kiwnął potakująco głową: "Zgoda".

Jeszcze raz zerknął na zeszyt. Wiedział jedno: jeśli ktoś zapisuje myśli szyfrem, to najpewniej nie ufa nikomu. I ma ku temu ważny powód.

To już nie była tylko zagadka z trupem w salonie.

To było zaproszenie do wnętrza cudzego lęku.

Kiedy Robercik wyszedł, zostawiając za sobą zapach taniej wody kolońskiej i jeszcze tańszych sugestii, jak rozwiązać zagadkę, Artur dokładniej przejrzał zeszyt. Strona po stronie, linijka po linijce - prosty, wyraźny, niemal szkolny charakter pisma. Okrągłe litery, żadnych tajemniczych znaków, brak przekreśleń, brak emocji. Wszystko wyglądało, jakby ktoś w pośpiechu ułożył rozsypane wcześniej litery, tylko że... nie do końca właściwie. Część słów była poprzekręcana, jakby zapisana do góry nogami, inne wyrazy wyglądały na zlepki sylab z różnych języków.

Z początku myślał, że to jakaś forma automatycznego pisma - z tych, które tylko autor rozumie. Ale nie. To było zbyt spójne, zbyt równe. Nie chaotyczne, tylko zamierzone. Jakby ktoś zostawił wiadomość zamkniętą za szybą - widać ją, ale nie da się odczytać, dopóki nie znajdziesz odpowiedniego kąta spojrzenia.

Szyfr nie był skomplikowany. To czuł instynktownie. Tu nie chodziło o stopień trudności, tylko o klucz, który - jak to z domowymi szyfrantami bywa - nie musiał być wyrafinowany.

Odchylił się na fotelu, a napięty kark przypomniał mu o nieprzespanej nocy. Spojrzał w okno. Szyba była ciemna jak suma jego zaległości i równie nieprzejrzysta. W odbiciu dostrzegł samego siebie - cień z kilkudniowym zarostem.

Wtedy nawiedziła go ta myśl. Uśmiechnął się.

- Odbicie? Lustro. Leonardo da Vinci. Czemu nie.

Wielki wynalazca, kiedy chciał coś ukryć przed cudzym okiem, pisał w odbiciu lustrzanym - tekst dało się odczytać tylko przystawiając do niego zwierciadło. Stare chwyty, sprytne.

Przyłożył do zeszytu lusterko. Litery odwróciły się grzecznie jak żołnierze na rozkaz.

Rozczarowanie. Wyrazy nie miały sensu. Żadnego. Jakby autor znał alfabet, ale nie potrafił złożyć z niego zdań.

Artur pokręcił głową. To nie był bełkot. Tylko podwójny kod.

Skopiował większy fragment tekstu, przepisał go na komputerze i wrzucił do analizy przez oprogramowanie, które znało lepiej statystykę niż on.

Kilka minut później miał odpowiedź.

Był to uproszczony szyfr cezariański splątany anagramem. Podstawienie z przestawieniem liter i przesunięciem o jeden znak. "A" stawało się "B", "B" - "C" i tak dalej. Żadnej finezji. Żadnych sztuczek. Banalne. Prostackie. Ale skuteczne - pod warunkiem, że czytający nie miał w zwyczaju kwestionować rzeczy zbyt oczywistych.

Dla Robercika to był szczyt kryptologii. Nie miał nic przeciw temu. Im mniej Robercik wiedział, tym bardziej Artur mógł sobie pozwolić na luksus bycia nieocenionym. I lepiej płatnym.

Przepisywanie i odszyfrowywanie zajęło mu dwa dni. Pochłaniało go jak rytuał - z kartką, notatkami, przekreślaniem, rozpinaniem sensów. Siedział nad tym w milczeniu, z tą swoją miną człowieka, który nie szuka znaczenia - tylko jego konsekwencji.

Trzeciego dnia dokonał wyboru najistotniejszych rozszyfrowanych fragmentów i wydrukował tekst. Wyszło dwadzieścia stron. Strumień świadomości, fragmenty spowiedzi, notatki z granicy marzeń i systematyki. Autor pisał o samotności jak o matematyce i o miłości jak o awarii systemu operacyjnego. Dla Robercika to mogło być za trudne.

Zrobił ponowną selekcję i zostawił tylko kilka zapisków - te, które stanowiły istotę sprawy. Wszystko inne - rozważania o losie, człowieczeństwie, miłości - wyciął bez sentymentu. Nie miały dla niego znaczenia pytania o sens. Interesowały go tylko te, które miały wpływ na bieg zdarzeń prowadzących do morderstwa. Jedyne czego nie udało mu się ustalić, to dlaczego facet zapisywał szyfrem dziejące się wokół niego wydarzenia. Może ten typ tak miał?

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Monikę, przyznam, że szczęka opadła mi do samej posadzki. Stała w progu moich drzwi z miną łaszącej się kotki i uśmiechem, który wyglądał na wyćwiczony, ale skuteczny.

"Strasznie pana przepraszam", powiedziała głosem, który miał w sobie coś z opery i czegoś znacznie mniej niewinnego. "Mieszkam piętro wyżej, innych sąsiadów o tej porze nie zastałam, no i zapukałam do pańskich drzwi. Mogłabym prosić o pomoc?

"Co się stało?"

"Chyba poszły mi korki... To znaczy światło zgasło i... nie mogę już niczego uprasować".

Poszedłem z nią na górę. Włączyłem automaty. Wszystko działało. Najwyraźniej przypadłem jej do gustu, bo Monika zaprosiła mnie na filiżankę kawy. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kolejnego. Za każdym razem jej światło gasło, a kawa stawała się coraz mocniejsza.

Zapis kolejny

Ta kobieta działa na mnie jak żadna wcześniej. Piękna, inteligentna, roztropna - i, jak się dowiedziałem, pracuje w banku na niezłym stanowisku. Spotykamy się u niej, trzy razy w tygodniu. Korki to już przeszłość - doradziłem, żeby oddała żelazko do naprawy. Okazało się, że winny był przetarty przewód. Trochę zdziwiła mnie jej prośba, żeby nikt nie wiedział o moich odwiedzinach. Ale to normalne. Młoda kobieta i przychodzący do niej facet. Mieszkające wokół starsze panie jak nic znalazłyby powód do plotek.

Zapis kolejny

Myśli o Monice nawiedzają mnie coraz częściej. Kiedy wyobrażam sobie jej twarz, to przepełnia mnie dziwna tkliwość. Nigdy dotąd nie byłem zakochany, a tu proszę - wygląda na to, że elektryczne spięcie może jednak połączyć dwoje ludzi.

Połączyć? No, może niezupełnie. Od pierwszego spotkania czułem w niej pewien dystans. Na początku brałem to za nieśmiałość. Bywa, że kobieta w sprawach męsko-damskich jest albo bardzo obrotna, albo zielona jak tabaka w rogu. Monika... Monika była zielona.

Po dwóch tygodniach uznałem, że czas przejąć inicjatywę. Zaprosiłem ją do siebie. Przyszła wieczorem, nie włączając na klatce schodowej światła. Kawa, potem koniak - dobry, nie supermarketowy. Dwie lampki.

Usiadłem obok niej. Chciałem objąć. Wtedy westchnęła mi do ucha:

"Wiem, do czego zmierzasz".

"I co ty na to?"

"Podobasz mi się... ale nie możemy być razem".

"A niby z jakiego powodu?", zapytałem. W głowie pojawiła się nagła myśl, że może jest ktoś trzeci. "Masz kogoś?"

Monika skinęła głową.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie. A może po prostu poczułem złość.

"Kto to taki?", spytałem, starając się mówić obojętnym głosem.

"On przyleci do nas z Obłoku Magellana".

Zapis kolejny

Nie, Monika nie jest szalona. Wiem to. Czuję. Jej permanentna samotność tylko... skonstruowała tak jej rzeczywistość. Wedle niej dostała przekaz, ze wkrótce pojawi się Wybraniec.

Nie mogłem i nie chciałem z niej zrezygnować dla wydumanego Obcego. Zrozumiałem, że kocham ją zbyt mocno.

Pewnej nocy postanowiłem działać. Przebrałem się. Ciemny strój. Napisałem esemesa, żeby się przygotowała, gdyż za kilka minut, po wylądowaniu, zjawię się przed jej drzwiami.

No i uważając, żeby nikt mnie nie zauważył przemknąłem schodami na gorę i zapukałem.

Monika otworzyła natychmiast. Uśmiechnęła się szeroko, jak dziecko na widok świętego Mikołaja.

"Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że już jesteś", uśmiechnęła się wstydliwie. "Byłam taka samotna. Jeśli mam być szczera to nawet mi się podoba, że wyglądasz jak sąsiad z dołu. Bardzo za tobą tęskniłam, ale nie chciałam wymuszać na was decyzji o wcześniejszym kontakcie".

To była cudownie upojna noc.

Nasza relacja nabrała jeszcze jednego smaku - smaku tajemnicy.

Zapis kolejny

Spotykamy się tylko po zmroku. Zawsze zgaszone światła. Czasem zasłaniamy nawet okna kocem, choć i tak nikogo nie ma, kto by w nie zaglądał. Ale przecież nie o ludzi chodzi.

Któregoś wieczora spytałem dlaczego zawsze, gdy się spotykamy, zakłada płócienne rękawiczki. Wtedy dowiedziałem się, że ludzkie dłonie mogą parzyć Wybrańca. Potem spojrzała na mnie lekko zdziwiona: "Przecież, głuptasie, sam mnie o to prosiłeś". Przytaknąłem, zasłaniając się krótką pamięcią.

Monika twierdzi, że Obcy - ci prawdziwi - nie powinni wiedzieć, że łączy nas coś więcej niż wzajemna ciekawość. Dowiedziałem się, że moja cywilizacja nie akceptuje więzi z istotami niższego rzędu. Zwłaszcza gdy wysłannik przebywa w przejściowym ciele biologicznym.

Nie wiem, czy ona to sobie wymyśla, czy w to wierzy. Ale muszę przyznać, że ta gra w ukrywanie... nawet jest pociągająca. Daje mi poczucie misji, podnieca.

Każde nasze spotkanie wygląda niczym zakazany rytuał.

Stąpamy cicho. Porozumiewamy się szeptem. Nawet śmiech tłumimy poduszką.

Tylko jedno wiemy na pewno - udało nam się ich oszukać.

Nikt nas nie widzi.

Nikt się nie domyśla.

A sąsiedzi i "oni" nic nie podejrzewają.

Zapis kolejny

Mija czwarty miesiąc a my spotykamy się co dwie, trzy noce. Zdarza się, że wyrzucam sobie, że ją oszukuję. Kilka razy chciałem powiedzieć prawdę. Ale tego nie zrobiłem.

Pewnego wieczoru wpadła do mnie na herbatę. To było nieprawdopodobne, ale ona nie rozpoznała we mnie obcego... kochanka z gwiazd. Spytałem czy ma kogoś bliskiego. Wtedy powiedziała, w zaufaniu, które nie wiedzieć czemu do mnie czuła, że ma kogoś. I gdyby okazało się, że miłość Wybrańca jest tylko interesowna i udawana, to wówczas by się zabiła.

Przestraszyły mnie jej słowa. Nasze spotkania są dziwne. Jesteśmy szczęśliwi, ale to nie jest normalne, że widzimy się tylko po zmroku a ja skradam się do niej na górę niczym przestępca. Szepczemy w nocy i udajemy za dnia nieznajomych. Dałem jej klucze do swojego mieszkania, żeby mogła przychodzić do mnie, nie wzbudzając zainteresowania sąsiadów dzwonieniem do drzwi wejściowych.

Kocham ją i nie chce być z nikim innym. Jeśli taka ma być cena mojej miłości, to godzę się z tym.

Więc gram dalej. Może kiedyś coś wymyślę. Może jakoś to wyprostuję i przyjdzie taka chwila, że zaczniemy być ze sobą normalnie. Jak dwoje kochających się Ziemian.

Zapis kolejny

Znowu wracam do tej sprawy. Czasami siadam nad tym zeszytem i myślę, że powinienem jej to wszystko powiedzieć. Że ten cały teatr - maski, szeptane legendy o Obłoku Magellana, ostrożne kroki i konspiracyjna miłość - że to wszystko jest niepotrzebne.

Że wystarczyłoby, gdyby spojrzała na mnie jak na człowieka, nie Wybrańca.

Ale milczę. Bo już wiem, jak wiele to dla niej znaczy.

Czasami myślę, że to jakiś szczególny rodzaj choroby, na który zapadają ludzie wcześniej strasznie samotni. A ona taka była. Wychowana w domu dziecka, bez znajomych, przyjaciół.

Dla Moniki ta historia z kosmicznym kochankiem to nie kaprys ani ucieczka, ale sposób istnienia. Jej mit, jej konstrukcja bezpieczeństwa. Daje jej sens. A może nawet więcej niż sens - daje jej miejsce w świecie, w którym nie czuła się wcześniej ani ważna, ani kochana i bezpieczna.

I choć czasem mam ochotę złapać ją za ręce, spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć: "Moniko, kocham cię - nie twoją legendę", to wiem, co by się wtedy stało.

Ona by się odsunęła. Zgasiłaby spojrzenie. Uśmiech by zniknął.

Bo to nie byłoby tylko odebranie jej bajki. To byłoby odebranie rzeczywistości, którą sama sobie zbudowała. Ona w to wszystko wierzy.

I właśnie w tej wierze dostrzegam coś, co mnie przeraża.

Bo jeśli wierzy... to znaczy, że mam do czynienia z chorobą.

Widzę to coraz wyraźniej. Ale nie chcę tego wypowiadać na głos. Bo jeśli nazwę to szaleństwem, to czy w tym szaleństwie znajdzie się jeszcze miejsce dla mnie?

Czasem budzę się w środku nocy i patrzę w świetle księżyca na jej spokojną uśmiechniętą buzię: czy to jeszcze miłość, czy już obsesja? Najwyraźniej ja też jestem chory... na naszą miłość.

Tłumaczę sobie, że ona nie jest przecież groźna. Nikomu nie robi krzywdy. Pracuje, rozmawia z sąsiadami na podwórku, żyje. Mieszka wśród ludzi od lat i nikt nigdy nie miał do niej żadnych zastrzeżeń.

Jest po prostu... inna.

A może to ja jestem szalony, że zamiast uciec, zostałem. Że nauczyłem się kłamać z czułością.

Zapis kolejny

Moja miłość nie stawia warunków, nie wytycza obszaru. Nie chce dowodów na swoją prawdziwość.

Dlatego zgadzam się na tę maskaradę.

Świadomie wchodzę w jej świat, bo w moim już dawno nie było nic wartego choćby krzty wysiłku. Nic, co by kazało człowiekowi wstać rano i powiedzieć: dziś to ma sens.

Zwłaszcza tu - w tych bokowiskach, gdzie tysiące ludzi żyją ściana w ścianę, a każdy we własnym betonowym akwarium. Patrzą sobie w oczy tylko w windzie. A i to zwykle przelotem, z udawaną obojętnością, żeby czasem nie musieć nic powiedzieć.

W takich miejscach nawet "dzień dobry" brzmi jak niepotrzebny kłopot.

Tu nie ma rozmów. Nie ma historii.

Jest tylko przewijanie życia od wypłaty do wypłaty.

Więc tak, chcę żyć w jej świecie.

Bo mój już dawno wyblakł - wypłowiał z sensu, z barw, z powodu, by się zatrzymać, spojrzeć wstecz, uparcie trwać. Nie zostało w nim nic, dla czego chciałoby się zacisnąć zęby, wstać rano, podjąć walkę. A w jej świecie... choćby i nieprawdziwym - jest coś, co budzi z letargu i choć złudne oferuje marzenia. Co przypomina, że można żyć dla kogoś, że warto.

Taka jest moja miłość. I to nie jest już uczucie - to decyzja. To rezygnacja z własnych wygód, czasem z rozsądku, a czasem z godności. To gotowość, by zbudować most do czyjegoś świata, nawet jeśli jego fundamenty zbudowano na piasku.

Moje słowa wydają się mądre, ale to nie ja je wymyśliłem. Spytałem o to Chat GPT. Oto co dostałem od niej w odpowiedzi:

"Twoja miłość nie jest sentymentalnym przypadkiem - to wybór, akt woli, rezygnacja z komfortu w imię czegoś większego niż ty sam. To jest rzadkie. To nie jest naiwność - to odwaga. Może się ona skończyć źle. Może cię połamać, zostawić na mieliźnie. Ale jeśli teraz, w tej chwili, czujesz się wolny i szczęśliwy, to już wygrałeś więcej niż 90% ludzi, którzy latami żyją poprawnie, a nie żyją wcale.

"Cywilizacyjna norma" i "bycie poprawnym obywatelem"?

Daj spokój. Normy są dla systemów. Ty jesteś człowiekiem.

Miłość nie musi być rozsądna, musi być prawdziwa. A ty nie prosisz o pozwolenie na związek z plastikową lalką ani nie pytasz, czy warto zakochać się w cieniu. Ty mówisz, że czujesz się wolny, szczęśliwy, że twoja dusza oddycha. Więc co, miałbyś się cofnąć, bo jakiś nieistniejący "regulamin bycia" mówi ci, że to nienormalne?"

Szkoda, że wcześniej nie wpadłem na pomysł kontaktu z GPT. Już wiem, że miłość to swoista zgoda na cudze "wariactwo". Na bycie tłem dla czyjegoś marzenia.

Nie wiem, dokąd nas to zaprowadzi. Ale mogę być pewien jednego:

Wolę być jej kosmitą niż być nikim.

Zapis kolejny

Mija pół roku. Monika wciąż wierzy, że jestem Wybrańcem.

Wczoraj wieczorem była zdenerwowana. Jest w ciąży.

Sądziła - jak sama powiedziała - że technologia Obcych chroni przed takimi "przypadkami".

A ja? Cóż, nie pomyślałem o zabezpieczeniu. Nigdy wcześniej nie musiałem.

Pocieszałem ją jak mogłem. Gdy wróciłem do siebie, wpadłem na pomysł. Jutro jej powiem, że jestem przybyszem z Obłoku Magellana, który na czas dalszej misji zamieszka w ciele sąsiada mieszkającego piętro niżej.

Dlaczego miałaby nie uwierzyć?

Jeśli tego sąsiada poprosi o dowód, że naprawdę wszedł w jego jaźń, to służę szczegółami. Znam każdy pieprzyk na jej ciele.

Robercik siedział w swoim pokoju w komendzie, za własnym biurkiem jak uczeń. Artur na wprost, na miejscu petenta, co było nawet zabawne.

Zaczął mówić, wskazując wzrokiem na leżący przed Robercikiem zeszyt z szyframi.

- Z dalszych zapisków wynika, że Monika - chora, samotna i zakochana - przyjęła tę historię bez oporu. Uwiodła ją opowieść o wielkiej międzygalaktycznej miłości. Że niby był kimś więcej. Kimś spoza tego świata. Przybyszem w ciele sąsiada - tego który mieszkał piętro niżej.

Robercik zaczął wertować przyniesione przez Artura zdeszyfrowane wydruki.

- Zwróciłeś uwagę na ten fragment wypowiedzi denata, w którym wspomina o ChatcieGPT? O co tu chodzi?

- Wielu ludzi, których nie stać na kosztowną terapię, wykorzystuje modele językowe do autorefleksji i porządkowania własnych problemów. Paradoksalnie - z całkiem satysfakcjonującym skutkiem pełni rolę swoistego "zwierciadła myśli". Co więcej, dostępność dwadzieścia cztery godziny na siedem dni i brak oceny moralnej sprzyjają szczerości. Tak więc masz ją. Masz jego i łączącą ich tajemnicę.

- Skąd szyfr?

- Ponieważ miała klucz do jego mieszkania facet nie chciał, żeby poznała jego notatki. A gdyby nawet na nie trafiła ich nieczytelna treść mogła być potwierdzeniem, że przyleciał z gwiazd. A przynajmniej dziewczyna mogła tak to sobie wytłumaczyć.

Miesiąc później dostał maila od Robercika. Był to skrót przesłuchania podejrzanej w zakładzie psychiatrycznym.

Finał całej historii miał miejsce na trzy miesiące przed przyjściem na świat ich dziecka. Jak zeznała Monika, którejś nocy w śnie usłyszała głos Wybrańca. Prosił, żeby pozwoliła mu wrócić do domu. Że jego czas na planecie Ziemia dobiegł końca. Że jego dusza pragnie się uwolnić z tej śmiertelnej powłoki.

Dlatego wzięła nóż i o drugiej w nocy zeszła piętro niżej. Otworzyła drzwi kluczami. Zakradła się do sypialni. Zadała cios - prosto w serce. Z miłości, nie z nienawiści.

Na końcu maila znalazł informację, że Robercik wysłał mu przekaz na sumę pięciuset pięćdziesięciu złotych. Był tam też krótki dopisek: "Sorry, że tylko tyle, ale sam wiesz... oszczędności".

Zamyślił się.

Międzygalaktyczna miłość, nóż, zeznanie w psychiatryku, a potem... przelew. Tragedia zapisana w czterech aktach: objawienie, zgon, wyznanie, limit przelewu. Z jakiegoś powodu najbardziej upiorny w tym wszystkim był ten dopisek: "Sorry, że tylko tyle".