Ostatni portret - Anna Rybakiewicz

Reflow text when sidebars are open.
Wiedeń, Austria
15 maja 1955 roku
Austria jest wolna. To jedno zdanie docierało do niej zewsząd, niesione echem wiwatującego na ulicach tłumu, powtarzane jak mantra. Nareszcie wolna - po dziesięciu długich latach...
Gdy dla całego świata zakończyła się druga wojna światowa, dla tego kraju nad pięknym, modrym Dunajem zaczął się czas okupacji. Aliantom nie wystarczyło, że obrócili ukochane miasto Austriaków z jego wspaniałą architekturą w gruzy. Zamierzali ukarać ich na równi z Niemcami. Dlatego w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku Wiedeń, jak i cały kraj, został podzielony na cztery strefy okupacyjne, kontrolowane przez wojska amerykańskie, radzieckie, francuskie i brytyjskie.
Jednak z biegiem czasu żaden Austriak nie poczuwał się już do jakiejkolwiek odpowiedzialności i coraz trudniej było znaleźć kogoś, kto dostrzegałby w sobie choćby cień winy. Tak jak nikt nie pamiętał już, jak ulice Wiednia szalały z radości, kiedy do miasta wjeżdżał Hitler. Ludzie wymazali z pamięci obraz sąsiadów wybiegających z domów, którzy wymachiwali nazistowskimi flagami. Nie przypominali sobie również samych siebie biegnących na Plac Bohaterów zobaczyć na własne oczy Führera, ogłaszającego z balkonu, że z marcem trzydziestego ósmego roku Austria została wcielona do Trzeciej Rzeszy.
Elisabeth także nie czuła się winna. Kiedy doszło do anszlusu, miała zaledwie cztery lata, a pięć, gdy wybuchła wojna. Tamten czas kojarzył jej się wyłącznie z beztroskim dzieciństwem. W ich domu niczego nie brakowało. Mieszkali w pięknej rezydencji z ogrodem. Jej dni wypełnione były nauką języków, grą na fortepianie i popołudniowymi herbatkami u znajomych matki, na które zawsze ją zabierała. W domu brakowało tylko ojca, nieustannie pochłoniętego pracą. Każdy jego przyjazd - a starał się wracać przynajmniej raz w miesiącu - był jak święto. Elisabeth zakładała wtedy swoje najładniejsze kolorowe sukienki, a długie blond włosy splatała w dwa warkocze przewiązane kokardami, które tak bardzo podobały się ojcu. Tak przygotowana prezentowała postępy w grze na fortepianie. Wszystko, co robiły z matką, robiły z myślą o nim. W oczach Lisl - jak pieszczotliwie ją nazywał - był najlepszym ojcem na świecie. Za każdym razem przywoził jej tyle zabawek, że ledwo mieściły się w bagażniku, a na jej ósme urodziny wybudował w ogrodzie basen.
Koniec wojny był zarazem końcem ich rodziny. Najpierw przyszła wiadomość o śmierci ojca. Niecały rok później przyszli oni - czerwonoarmiści. Kobietom i dzieciom nakazano zawczasu opuścić miasto, ale matka Elisabeth, Therese, nie chciała o tym słyszeć. Odmawiała porzucenia domu i wszystkiego, co sprawiało, że cztery ściany można było w ogóle nazwać domem: perskich dywanów, obrazów wybitnych austriackich malarzy w złotych ramach, kolekcji osiemnastowiecznych porcelanowych filiżanek, które zaczęła zbierać jeszcze jako mała dziewczynka, i eleganckich garniturów, wciąż wiszących w szafie jej męża. Nie potrafiła rozstać się z żadną z tych rzeczy. Była zbyt dumna, a może zbyt zrozpaczona, by to zrobić.
Potem na ucieczkę było już za późno. Dopóki starczało jedzenia, siedziały ukryte w piwnicy. W końcu jednak nadszedł dzień, w którym Therese musiała wyjść ze swojej kryjówki. Podzieliła wtedy los tysięcy innych kobiet z opanowanego przez Armię Czerwoną miasta. Gdy wróciła do domu, nie była już sobą.
Therese nigdy nie zwierzała się córce. Nie leżało to w jej naturze i nie tak ją wychowano. Była dystyngowana i opanowana, jak przystało na prawdziwą wiedeńską debiutantkę, którą kiedyś zresztą była. Cierpienie, które niewątpliwie nosiła w sobie, nigdy nie wybrzmiało na tyle głośno, by doleciało do uszu jej córki. A jednak Elisabeth, mimo młodego wieku, wiedziała, że coś złego działo się z jej matką. Chodziła wyłącznie w czerni, a na jej twarzy zawsze gościł smutek.
Sytuacji nie poprawiał fakt, że zostały zmuszone opuścić swój piękny dom z ogrodem i wprowadzić się do niewielkiego mieszkania na poddaszu jednej z czynszowych kamienic w centrum miasta. W ciągu kilku tygodni cały ich majątek został całkowicie rozgrabiony przez Sowietów. Therese, która nigdy wcześniej nie przepracowała ani jednego dnia - nie licząc uczenia córki języków, które same doskonale znała - nagle zmuszona była harować od świtu do nocy, by zapewnić im utrzymanie. Dawni przyjaciele, którzy tak chętnie przyjmowali zaproszenia na organizowane przez nią przyjęcia, wirowali z nią podczas wiedeńskich bali noworocznych i biesiadowali przy suto zastawionym stole, teraz albo zapadli się pod ziemię, albo udawali, że jej nie znają. W ciągu zaledwie kilku tygodni Therese z cr?me de la cr?me wiedeńskiego towarzystwa stała się persona non grata.
Z kolei jedenastoletnia Elisabeth z oczka w głowie swoich rodziców stała się dla własnej matki niemal niewidzialna. Być może Therese nie potrafiła znieść poczucia winy, że nie jest już w stanie zapewnić jedynej córce życia, do którego ta przywykła. A może widok wychudzonego, nieszczęśliwego dziecka przypominał jej o wszystkim, co bezpowrotnie utraciły. Tak czy inaczej, w świecie Therese nie było już miejsca dla Elisabeth. Tymczasem dziewczynka bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała matczynej miłości, czułości i poczucia bezpieczeństwa.
Lata mijały, lecz żadna z nich nie potrafiła ruszyć naprzód. Starsza wciąż żyła przeszłością. Młodsza nie widziała dla siebie żadnej przyszłości. Marzenia o studiach legły w gruzach, gdy okazało się, że Therese jest poważnie chora i nie może już dłużej pracować. Ktoś musiał zatroszczyć się o ich rodzinę. I tym kimś była Elisabeth.
Młoda kobieta powinna teraz zmierzać do swojej ulubionej kawiarni i świętować z przyjaciółmi. Po drodze uśmiechałaby się do przechodniów, a oni do niej. Może nawet wymieniałaby uściski z obcymi ludźmi, dając w ten sposób upust emocjom, które w takim dniu powinny rozsadzać jej serce. Może nawet założyłaby sukienkę w czerwono-białych barwach Wiednia, by podkreślić swój patriotyzm. Być może zrobiłaby to wszystko, gdyby tego dnia nie odbywał się... pogrzeb jej matki.
Tymczasem dwudziestojednolatka szła wolnym krokiem w sukience z czarnej krepy, której sucha, ziarnista faktura drażniła skórę przy każdym kroku. Ubranie należało do jej matki. Therese była od niej drobniejsza, dlatego materiał opinał młodą kobietę pod pachami, a spódnica kończyła się zbyt wysoko. Dziewczyna nie zwracała jednak na to najmniejszej uwagi. Nic już jej nie obchodziło.
Nie potrafiła odnaleźć w sobie nawet odrobiny radości, która tego dnia połączyła niemal wszystkich Wiedeńczyków. Szła powoli, krok za krokiem, z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym w płytach chodnika. W dłoniach mocno ściskała złoconą, drewnianą ramę obrazu. Nie wiedziała nawet, co dokładnie przedstawiało płótno. Jej myśli krążyły wyłącznie wokół absurdu całej tej sytuacji. Jeszcze kilka godzin wcześniej stała nad grobem matki, a teraz wracała do domu z obrazem podarowanym jej przez zupełnie obcego mężczyznę.
Raz po raz odtwarzała w pamięci wydarzenia ostatnich dwóch godzin, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania, które nie dawały jej spokoju. Kim był ten człowiek? Skąd znał jej matkę? I dlaczego wręczył jej obraz właśnie na cmentarzu?
Kiedyś Therese żegnałyby tłumy. Tego dnia, gdy nabożeństwo dobiegło końca, za trumną szła zaledwie garstka żałobników - najbliżsi sąsiedzi i kilka osób z pracy. Ludzie z najniższych warstw społecznych, do których one również od lat należały. Grabarze uwijali się w pośpiechu, chcąc jak najszybciej zakończyć pracę i dołączyć do świętujących.
W końcu Elisabeth została sama przy świeżo usypanym grobie matki. Cmentarz spowijała cisza. Było to chyba jedyne miejsce w całym Wiedniu, do którego nie docierały okrzyki radości ani dźwięki bawiącego się miasta.
Gdy usłyszała za sobą czyjeś kroki, odruchowo się odwróciła, kierowana zwykłą ludzką ciekawością. Zobaczyła mężczyznę, który powoli zmierzał w jej stronę. Pierwszą myślą, jaka pojawiła się w jej głowie, było to, że jest niezwykle elegancki. Był to jednak szyk starego typu, niemal zapomniany, jakby wyjęty z innej epoki. Wszystko miał perfekcyjnie skrojone i dopasowane, bez najmniejszej skazy. Nawet jego włosy, mimo delikatnych podmuchów wiatru, pozostawały nienagannie ułożone. Przypominał Cary'ego Granta - nie tyle wyglądem, ile klasą, opanowaniem i naturalną elegancją, której nie sposób się nauczyć.
Miał na sobie długi, popielaty płaszcz. Pod nim krył się ciemny garnitur, a starannie zawiązany krawat dopełniał całości. W jednej dłoni trzymał kapelusz, zdjęty zapewne z szacunku dla miejsca, w którym się znajdował.
Szedł spokojnym, pewnym krokiem. Było w nim coś tajemniczego, ale i niepokojącego - coś, co sprawiało, że Elisabeth nie potrafiła odwrócić od niego wzroku.
Dopiero po chwili dostrzegła, że niesie coś w drugiej ręce. Obraz. Niewielki, może czterdzieści na czterdzieści centymetrów, oprawiony w grubą, złoconą ramę.
Zamrugała z niedowierzaniem. Ani ten mężczyzna, ani trzymany przez niego obraz nie pasowali do tego miejsca.
- Czy pani jest... córką Therese? Elisabeth? - zapytał cicho.
Skinęła głową.
Bez słowa wyciągnął w jej stronę obraz.
Oszołomiona całą sytuacją odebrała go odruchowo, jakby było to czymś zupełnie naturalnym. Jakby wręczanie obrazów na środku cmentarza, podczas pogrzebu, należało do codzienności. W głowie kłębiły się tysiące pytań, lecz żadne nie zdołało przedrzeć się przez gardło.
Patrzyła na twarz nieznajomego. Sądząc po delikatnych zmarszczkach wokół oczu i kruczoczarnych włosach przyprószonych siwizną, musiał mieć około pięćdziesięciu lat. Gorączkowo próbowała odnaleźć go w swoich wspomnieniach. Była niemal pewna, że znał jej rodziców z dawnych, lepszych czasów, które z każdym rokiem coraz bardziej zacierały się w jej pamięci. Bo dlaczego miałby wręczać taki prezent zupełnie obcej dziewczynie?
A może ten obraz kiedyś wisiał na ścianie ich domu, utraconego po wojnie? Może przez wszystkie te lata przechowywał go z poczucia obowiązku albo wyrzutów sumienia i właśnie teraz postanowił zwrócić go ostatniej żyjącej przedstawicielce tej rodziny?
Kiedy Elisabeth rozpaczliwie próbowała znaleźć w tym spotkaniu choć odrobinę logiki, mężczyzna łudząco przypominający Cary'ego Granta zaczął mówić. Widziała ruch jego ust i zauważyła, jak mocniej zaciska palce na rondzie kapelusza. Ten drobny gest zdradzał zdenerwowanie, a może i niepewność.
Mówił coś o obrazie. O skarbie, który się w nim kryje. Jednak jego słowa wydawały się równie nieprawdopodobne jak wszystko, co wydarzyło się tego dnia.
Mężczyzna zamilkł. Przez chwilę jeszcze patrzył na nią, a w jego spojrzeniu było współczucie. Elisabeth jednak odniosła wrażenie, że nie dotyczyło ono śmierci jej matki. Było znacznie głębsze, jakby dostrzegał całe jej życie - wszystko, co utraciła, i wszystko, co miała jeszcze utracić.
- Przepraszam... Czy my się znamy? - wydusiła w końcu, gdy odwrócił się, by odejść.
Mężczyzna zatrzymał się.
- Nie. Nie znamy się. Widzimy się po raz pierwszy... i ostatni.
Na moment się zawahał, po czym dodał cicho:
- Żegnaj, Elisabeth.
Ruszył w stronę głównej alei prowadzącej do wyjścia z cmentarza.
Dziewczyna jeszcze długo patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę. Dopiero gdy zniknął między nagrobkami, spojrzała na ciężką ramę, którą wciąż trzymała w dłoniach.
Z obrazem pod pachą ruszyła głównymi ulicami Wiednia. Nie rozglądała się wokół. Szła powoli, zrezygnowanym krokiem w stronę mieszkania na poddaszu starej kamienicy.
Maj był jedynym miesiącem, w którym dało się tam wytrzymać. Zimowy chłód zdążył już ustąpić, a letnie upały jeszcze nie zamieniły niewielkiego poddasza w rozgrzany piec. Przez resztę roku z matką albo marzły, albo dusiły się od gorąca.
Mogła wsiąść do tramwaju, który zatrzymywał się niemal pod samą kamienicą. Porzuciła jednak ten pomysł. Tego dnia wszystkie wagony pękały w szwach.
Na ulicach z każdą godziną przybywało ludzi. Kobiety w jasnych sukienkach i kapeluszach niosły gazety z wielkimi nagłówkami, mężczyźni palili papierosy i żywo dyskutowali, a na ich twarzach malowała się ulga. Po dziesięciu latach okupacji Austria znów była wolnym państwem.
Elisabeth nie chciała być częścią tej radości. Może i dla Wiednia to był początek nowego rozdziału, ale dla niej był to przede wszystkim dzień ostatecznego pożegnania z matką.
Skręciła więc w jedną z bocznych uliczek, wybierając dłuższą drogę do domu. Z każdym krokiem oddalała się od świętującego tłumu. Gwar miasta stopniowo cichł, aż pozostały jedynie odległe okrzyki i dźwięk kościelnych dzwonów.
Nie szukając przejścia dla pieszych ani nawet nie oglądając się za siebie, weszła na jezdnię, by dostać się na drugą stronę ulicy. Nagle powietrze przeszył pisk opon i przeciągły dźwięk klaksonu.
Elisabeth odruchowo odwróciła głowę. Strach odebrał jej panowanie nad ciałem. Zachwiała się i upadła na bruk. W ostatniej chwili próbowała zamortyzować upadek, lecz w jednej dłoni wciąż kurczowo ściskała ten przeklęty obraz. Runęła na bok, a chwilę później z głuchym odgłosem uderzyła skronią o kamienny bruk.
Ostry ból przeszył całe jej ciało. Obraz wyślizgnął się z dłoni i zatrzymał dopiero kilka metrów dalej.
Przez moment leżała oszołomiona. Docierały do niej jedynie urywane krzyki przechodniów i huk zatrzaskiwanych drzwi samochodu - tego samego, który omal jej nie potrącił.
- Proszę się nie podnosić. Proszę leżeć. - Usłyszała męski głos.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że te słowa zostały wypowiedziane po angielsku. Zignorowała je i uniosła się na łokciu i drżącą dłonią dotknęła czoła. Kiedy odsunęła rękę, zobaczyła na palcach świeżą krew. Syknęła z bólu.
- Jest pani ranna. Proszę się nie ruszać. Zaraz pani pomożemy.
Zamrugała kilka razy, próbując wyostrzyć wzrok. Klęczący obok mężczyzna miał na sobie mundur amerykańskiego żołnierza. Dopiero wtedy spojrzała na pojazd stojący kilka metrów dalej. Ze wszystkich pojazdów, jakie mogły pojawić się na tej ulicy, omal nie potrącił jej wojskowy jeep.
Nie był to zwykły samochód. Należał do międzynarodowego patrolu, który od lat przemierzał ulice Wiednia i stał się jednym z najbardziej charakterystycznych symboli okupowanego miasta. W każdym takim jeepie jechało czterech żołnierzy - Amerykanin, Brytyjczyk, Francuz i Rosjanin. Każdy reprezentował jedno z mocarstw okupacyjnych.
Od zakończenia wojny Francuzi kontrolowali zachodnią część miasta, Brytyjczycy południową, Amerykanie północno-zachodnią, a Sowieci rozległe tereny po drugiej stronie Dunaju. Jedynie historyczne centrum pozostawało wspólną strefą wszystkich czterech aliantów i to właśnie tam najczęściej można było spotkać słynną "czwórkę w jeepie", jak Wiedeńczycy nazywali te wspólne patrole.
Ten widok, gdy okupacja właśnie przeszła do historii, miał wkrótce zniknąć z ulic miasta. Elisabeth pomyślała z goryczą, że los musiał mieć wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. W dniu, w którym Wiedeń odzyskał wolność, ona omal nie zginęła pod kołami jednego z ostatnich alianckich patroli.
Uniosła lekko głowę. Przy samochodzie stało jeszcze trzech żołnierzy. Brytyjczyka rozpoznała po charakterystycznym berecie i wyprostowanej sylwetce. Francuz coś do niego mówił, nadmiernie gestykulując, jakby samymi ruchami chciał wyjaśnić całe zajście. Najbardziej wyróżniał się jednak Rosjanin - wysoki, barczysty, z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Stał kilka kroków dalej i obserwował ją w milczeniu.
Wokół zaczęli gromadzić się przechodnie. Jedni pytali, czy żyje, inni z dezaprobatą komentowali jej nieuwagę, jeszcze inni tylko stali i patrzyli z tą charakterystyczną mieszaniną ciekawości i obojętności wobec cudzego nieszczęścia.
Amerykanin uklęknął tuż przy niej.
- Czy mnie rozumiesz? - zapytał wolniej, z typową dla cudzoziemców wiarą, że wystarczy mówić odpowiednio powoli, by człowiek nagle zaczął rozumieć obcy język. - Wszystko będzie w porządku, panienko.
Everything's gonna be alright, miss. Powtórzyła w myślach jego słowa i nagle... zaśmiała się. Naprawdę głośno. Śmiech mieszał się ze łzami spływającymi po policzkach.
Bo cóż innego jej pozostało?
Matka nie żyła. Elisabeth była zupełnie sama. Nie miała rodzeństwa, ojca ani nikogo, kto czekałby na nią w domu. Owszem, miała pracę, i to całkiem dobrą jak na kobietę bez wykształcenia. Od dwóch lat pracowała jako tłumaczka dla aliantów i dzięki temu zarabiała więcej niż większość jej znajomych. Wszystkie pieniądze pochłaniała jednak choroba matki. Lekarstwa. Wizyty u lekarzy. Czynsz. Jedzenie. Nie zostawało nic, co mogłaby odłożyć na czarną godzinę.
A teraz, kiedy po raz pierwszy od lat mogła pomyśleć o sobie, Austria odzyskała wolność. Alianci mieli opuścić kraj w ciągu dziewięćdziesięciu dni. Razem z nimi zniknie jej praca - jedyna rzecz, która pozwalała jej się utrzymać. Wkrótce miała zostać bezrobotna. A kto wie, czy również nie bezdomna.
I właśnie dziś, ze wszystkich możliwych dni w roku, w dniu pogrzebu matki, jakiś obcy mężczyzna wręczył jej obraz, którego wcale nie chciała. Chwilę później prawie staranował ją wojskowy jeep z międzynarodowym patrolem, a teraz leżała pośrodku ulicy z rozciętą głową i bólem rozlewającym się po całym boku. A ten uroczy i miły amerykański żołnierz o oczach w kolorze czekolady patrzył na nią spokojnie i powtarzał, że wszystko będzie dobrze.
Absurd tej chwili był tak wielki, że Elisabeth miała tylko dwa wyjścia.
Rozpaść się na oczach obcych ludzi.
Albo śmiać się.
Wybrała więc śmiech.
Archibald Vincent Lenox wpatrywał się w lśniące od łez oczy siedzącej na ulicy dziewczyny, której przed chwilą omal nie potrącił, i zastanawiał się, jakim cudem wydarzenia dzisiejszego dnia - który miał być początkiem jego powrotu do domu - doprowadziły go właśnie do tego momentu.
Kilka godzin wcześniej Wysoki Komisarz Stanów Zjednoczonych złożył podpis pod traktatem kończącym okupację Austrii. Gdy rozległy się oklaski, Archie poczuł ulgę tak wielką, że przez moment miał ochotę usiąść, chwycić za kartkę i pióro, a potem napisać do rodziców: Powoli rozpalajcie grilla. Wasz syn w końcu wraca do domu.
To miał być jego szczęśliwy dzień i z takim właśnie nastawieniem rozpoczął swoją służbę.
Na myśl o powrocie do Stanów cieszył się jak mały chłopiec. Nie dlatego, że nie polubił Wiednia. Wręcz przeciwnie. Odkąd sięgał pamięcią, fascynowała go sztuka, zwłaszcza malarstwo, a to miasto wydawało się stworzone dla ludzi takich jak on. Potrafił godzinami włóczyć się po salach Kunsthistorisches Museum, zatrzymywać przed obrazami znanych mistrzów albo bez celu spacerować bocznymi uliczkami, gdzie między obdrapanymi fasadami wciąż można było dostrzec ślady dawnego cesarskiego splendoru. Nawet wojna nie zdołała całkowicie odebrać mu elegancji.
Archie zawsze nosił przy sobie szkicownik. Podczas długich godzin służby, gdy patrolowanie miasta zamieniało się w nużącą rutynę, wyciągał go ukradkiem i rysował ludzi spotkanych w tramwaju, fragmenty budynków, witryny sklepów albo twarze przechodniów. Czasem kreślił z pamięci obrazy, które wcześniej oglądał w muzeach. Innym razem bezmyślnie prowadził ołówek po papierze, próbując zabić czas.
Nigdy jednak nie marzył o tym, by zostać malarzem. Nie uważał się za wystarczająco utalentowanego.
Nie marzył też o tym, by zostać żołnierzem. Nie czuł się stworzony do wojskowej dyscypliny ani życia podporządkowanego rozkazom.
A jednak po szkole wstąpił do armii. Tak zrobiło wielu jego rówieśników i wydawało się to najbardziej naturalnym wyborem. Nie miał jeszcze planu na własne życie ani pomysłu, czym chciałby się zajmować. Wojsko dawało pewność zatrudnienia, możliwość zobaczenia świata i czas na podjęcie decyzji. Dlatego trafił do Wiednia.
I właśnie dziś, w dniu, w którym Austria odzyskała wolność, a on po raz pierwszy od dawna uwierzył, że za kilka miesięcy wróci do Stanów, znajdzie dobrze płatną pracę, ożeni się i kupi niewielki dom z ogródkiem, omal nie potrącił samochodem nieznajomej dziewczyny.
Przecież gdyby coś jej się stało, mógłby stanąć przed sądem. A jeśli uznano by go za winnego, powrót do domu mógłby przesunąć się o wiele miesięcy, może nawet lat. Nie zamierzał do tego dopuścić. Musiał mieć pewność, że ona wyjdzie z tego cała.
Niestety wszystko wskazywało na to, że mocno uderzyła się w głowę. Zamiast płakać, śmiała się. Głośno. Niemal histerycznie.
Archie z trudem oderwał od niej wzrok. Długowłosa blondynka, z krwią spływającą po skroni, ubrudzonymi dłońmi i w czarnej sukience żałobnej wyglądała niczym anioł strącony prosto na brudny wiedeński bruk.
Dopiero wtedy spojrzał na pozostałych członków patrolu.
Nie nazwałby ich przyjaciółmi. Nawet nie kolegami z pracy. Byli raczej ludźmi, z którymi los zamknął go na długie godziny w jednym samochodzie, każąc patrolować obce miasto i udawać, że cztery mocarstwa potrafią naprawdę współpracować. Mimo to przez ostatnie miesiące zdążył się przekonać, że w sytuacjach kryzysowych każdy z nich zrobi wszystko, by pomóc pozostałym.
Sierżant Charles Stuart, Brytyjczyk, był typem bawidamka i hulaki. Nawet w mundurze bezwstydnie flirtował z każdą kobietą, która znalazła się w promieniu kilku metrów. Sprawiał wrażenie, jakby aliancka służba była dla niego jedynie przedłużającą się przygodą. Miał ten charakterystyczny brytyjski urok, przez który kobiety lubiły go bardziej, niż powinny.
Jean-Pierre Pasture był jego całkowitym przeciwieństwem. Francuz od początku służby wyglądał tak, jakby źle czuł się w mundurze. Szczupły, wiecznie spięty i nerwowy, reagował na wszystko stresem. Nawet teraz stał wyprostowany z papierosem lekko drżącym między palcami i rozglądał się wokół z miną człowieka przekonanego, że za chwilę wydarzy się coś jeszcze gorszego.
Najbardziej zagadkowy pozostawał jednak sierżant Iwan Woroszenko. Rosjanin mówił niewiele, obserwując otoczenie chłodnym, przenikliwym wzrokiem. Większość ludzi instynktownie schodziła mu z drogi. Nawet Archie, choć znał go od miesięcy, do dziś nie potrafił odgadnąć, co naprawdę kryje się za tym kamiennym wyrazem twarzy.
- Trzeba zawieźć ją do szpitala - rzucił do pozostałych.
Nie czekając na odpowiedź, pochylił się nad dziewczyną. Jedną rękę wsunął pod jej kolana, drugą objął plecy, i ostrożnie ją podniósł. Blondynka wydała z siebie cichy, zaskoczony pisk, ale nie próbowała się wyrwać. Odruchowo zacisnęła dłonie na jego karku, zostawiając na kołnierzu munduru ciemne ślady krwi.
Archie mocniej przycisnął ją do siebie i ruszył w stronę jeepa.
- Charles, prowadzisz! - rzucił przez ramię.
Brytyjczyk spojrzał na niego z wyraźnym zaskoczeniem. Przez trzy lata wspólnej służby nikt poza Archibaldem Lenoxem nie siedział za kierownicą ich jeepa. Oficjalnie dlatego, że samochód należał do armii amerykańskiej. W rzeczywistości chodziło jednak o coś znacznie bardziej przyziemnego. Amerykanie lubili przypominać pozostałym aliantom, kto naprawdę rozdaje karty. Nawet tak drobna rzecz jak prowadzenie jeepa miała znaczenie w świecie politycznych gierek.
Charles jeszcze przez chwilę patrzył na niego z szerokim uśmiechem, jakby czekał, aż Archie zmieni zdanie.
- Od zawsze czekałem na tę chwilę! - oznajmił po chwili, wskakując za kierownicę. Położył na niej dłonie z miną człowieka, który właśnie spełnił jedno ze swoich małych marzeń.
- Oh la la... Mon Dieu... - Jean-Pierre westchnął, kręcąc głową. Francuz był chorobliwie przywiązany do regulaminów. Każde odstępstwo od ustalonych zasad wywoływało u niego niemal fizyczny ból. A ta sytuacja łamała ich co najmniej kilka.
Archie jednak nie zamierzał zostawić dziewczyny bez pomocy lekarskiej. Ku własnemu zdziwieniu nie miał też najmniejszej ochoty oddawać jej w ramiona któregokolwiek z pozostałych.
Charles potraktowałby wszystko jak kolejną zabawną historię do opowiedzenia przy piwie. Jean-Pierre zbladłby na widok większej ilości krwi. A Iwan... Iwan zapewne uznałby, że skoro dziewczyna oddycha, to nic pilnego się nie dzieje.
Nie, zdecydowanie najbezpieczniej było, żeby została przy nim.
Miał tylko nadzieję, że przełożeni przymkną oko na tę jednorazową zamianę miejsc. W końcu Austria odzyskała właśnie wolność. Świat miał tego dnia znacznie poważniejsze sprawy na głowie niż to, kto przez kilka ulic prowadził amerykańskiego jeepa.
- Ruszaj! - polecił krótko.
- Chwileczkę. Jeszcze Iwan. - Charles zaśmiał się, wskazując podbródkiem na ulicę.
Rzeczywiście, Rosjanin nadal stał pośrodku jezdni. Pochylił się i podniósł coś z bruku.
Obraz.
Niewielki, oprawiony w złoconą ramę. Ten sam, który wypadł dziewczynie z rąk podczas upadku. Iwan obejrzał go uważnie, po czym przetarł krawędź rękawem munduru z taką starannością, jakiej Archie nigdy wcześniej u niego nie widział.
Nie powiedział ani słowa, tylko ruszył spokojnym krokiem w stronę samochodu, trzymając obraz pod pachą.
Dopiero gdy usiadł na swoim miejscu, Charles z szerokim uśmiechem wcisnął pedał gazu. Jeep szarpnął gwałtownie do przodu, wciskając wszystkich w siedzenia.
- I to jest życie! - rzucił rozbawiony Brytyjczyk.
Archie siedział z tyłu, trzymając dziewczynę w ramionach, podczas gdy samochód podskakiwał na nierównościach wiedeńskich ulic.
Dziewczyna była zaskakująco lekka. Jedną ręką obejmował jej plecy, drugą podtrzymywał ramię, obawiając się, że przy gwałtowniejszym zakręcie wysunie mu się z objęć.
Przez chwilę po prostu na nią patrzył.
Była blada. Krew spływająca po skroni odcinała się od jej jasnej skóry jaskrawą czerwienią. A mimo to Archie nie potrafił oderwać wzroku od młodej kobiety.
Miała piękne, błękitne oczy, teraz zasnute bólem i łzami. Coś jednak podpowiadało mu, że nie były one skutkiem jedynie bolesnego upadku.
Znał ten rodzaj spojrzenia. Widział je wcześniej. U żołnierzy wracających z frontu. U ludzi, którzy stracili zbyt wiele, w zbyt krótkim czasie. Dziewczyna wyglądała tak, jakby los właśnie odebrał jej ostatnią rzecz, która jeszcze trzymała ją przy życiu. Z niewiadomego powodu ta myśl ścisnęła go gdzieś głęboko pod żebrami.
Nie znał jej imienia. Nie wiedział o niej absolutnie nic. A mimo to czuł irracjonalną potrzebę, żeby upewnić się, że nic jej nie będzie.
Jeep gwałtownie skręcił. Elisabeth syknęła cicho z bólu i mocniej zacisnęła palce na materiale jego munduru.
- Sorry, sweetheart... - mruknął odruchowo.
Sam nie wiedział, za co ją przepraszał. Za zbyt ostry zakręt. Za to, że omal jej nie potrącił. A może za cały ten cholerny świat, który najwyraźniej postanowił zrobić sobie z niej wyjątkowo okrutny żart.
Charles z typową dla siebie brawurą zatrzymał jeepa niemal pod samym wejściem do szpitala, dokładnie tam, gdzie żaden rozsądny człowiek nie odważyłby się wjechać.
Archie nie czekał, aż silnik ucichnie. Wyskoczył na chodnik, poprawił dziewczynę w ramionach i szybkim krokiem ruszył do drzwi.
Gorączkowo rozglądał się za lekarzem lub pielęgniarką. W końcu dostrzegł w głębi korytarza korpulentną kobietę w średnim wieku, ubraną w biały fartuch. Szła szybkim krokiem z plikiem dokumentów pod pachą.
- Proszę zaczekać! - krzyknął po angielsku. - Ta dziewczyna potrzebuje pomocy!
Kobieta zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie wtargnął do szpitala uzbrojony bandyta, a nie aliancki żołnierz z ranną kobietą na rękach. Dopiero po chwili Archie uświadomił sobie, że pielęgniarka nie rozumie ani słowa po angielsku.
- Świetnie... - mruknął pod nosem. - Potrzebuję tłumacza.
- Do usług - odezwał się cichy głos, tuż przy jego szyi.
Spojrzał w dół tak gwałtownie, że niemal stracił równowagę.
Dziewczyna uniosła lekko głowę i patrzyła na niego swoimi błękitnymi, wciąż wilgotnymi od łez oczami.
- Ty... mówisz po angielsku? - wyjąkał z autentycznym niedowierzaniem.
Delikatny uśmiech przemknął przez jej twarz.
- Jestem tłumaczką.
Archie parsknął krótkim śmiechem i pokręcił głową.
- Oczywiście, że jesteś...
Może jednak ten dzień okaże się dla niego szczęśliwy.
Poprawił ją ostrożniej w ramionach i podszedł do pielęgniarki. Dziewczyna zwróciła się do niej po niemiecku.
Gabinet, do którego ich zaprowadziła, był niewielki. Drewniane biurko, dwa krzesła, metalowa kozetka oddzielona kremową zasłoną. Nic więcej.
Pielęgniarka wskazała ruchem dłoni, by położył dziewczynę na łóżku. Archie zrobił to ostrożnie, niechętnie wypuszczając ją z ramion. Kobieta spojrzała na niego znacząco, po czym wskazała drzwi. Archie zesztywniał.
- Nie wyjdę - powiedział stanowczo. - Zostaję.
Przysunął jedno z krzeseł bliżej kozetki i usiadł z miną człowieka, który właśnie podjął decyzję niepodlegającą żadnej dyskusji.
Pielęgniarka przenosiła wzrok z niego na dziewczynę i z powrotem, wyraźnie próbując zrozumieć, co właściwie ich łączy. W końcu ciężko westchnęła i wyszła z gabinetu.
Dopiero wtedy Archie się rozluźnił. Pochylił się ku blondynce i ostrożnie ujął jej dłoń. Była lodowato zimna. Mimowolnie nakrył ją drugą ręką i zaczął delikatnie ogrzewać.
Elisabeth przez dłuższą chwilę obserwowała jego dłonie, jakby nie mogła zrozumieć, dlaczego amerykański żołnierz siedzi właśnie tutaj i ogrzewa jej zmarznięte palce, zamiast wrócić do swoich spraw.
- Nie musi pan tego robić - powiedziała cicho.
- Wiem.
Odpowiedział bez namysłu.
Przez moment w gabinecie panowała cisza, przerywana jedynie odległym stukotem kroków na korytarzu i cichym brzęczeniem lampy wiszącej pod sufitem.
Archie przyglądał się twarzy kobiety z bliska. Bez nerwowego śmiechu wyglądała młodziej. Delikatniej.
- Jak masz na imię? - zapytał w końcu.
- Elisabeth.
- Archie.
- A dokładnie Archibald Vincent Lenox... - Dobiegł ich nagle od strony drzwi głos Charlesa. - Tak powinieneś się przedstawić, kolego, żeby dziewczyna wiedziała, komu zawdzięcza ratunek.
Mężczyzna wszedł do środka bez pukania. Wyglądał, jakby cała ta sytuacja go bawiła. Tuż za nim pojawił się Jean-Pierre, wyraźnie spięty, oraz Iwan, który nadal trzymał pod pachą obraz podniesiony z ulicy.
Archie zmarszczył brwi.
- Nie umiecie wytrzymać pięciu minut w samochodzie?
- Nie chcieliśmy przegapić rodzącego się międzynarodowego skandalu... albo romansu - odparł Charles z rozbrajającą szczerością.
Elisabeth parsknęła śmiechem, a Archie jęknął z zażenowaniem.
Iwan podszedł bliżej kozetki. Bez słowa wyciągnął obraz w stronę dziewczyny, a ona momentalnie spoważniała. Ostrożnie odebrała ramę i przesunęła opuszkami palców po jej brzegu, jakby nigdy wcześniej jej nie dotykała.
- Ty go namalowałaś? - zapytał Archie.
Nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła tylko na obraz z dziwnym napięciem malującym się na twarzy.
- Nie. I nie mam pojęcia, kto to zrobił.
Archie pochylił głowę, próbując zerknąć na tył ramy, gdzie dostrzegł odręczny podpis.
- Adele Moll - odczytał pochyły, czarny napis.
- Na płótnie też jest sygnatura: A. Moll. Widzisz? - Elisabeth odwróciła do niego obraz.
- Czy a-moll to nie jest tonacja w muzyce? - zaśmiał się Charles.
Archie po raz pierwszy uważnie przyjrzał się obrazowi.
Przedstawiał profil młodej kobiety, ale nie w sposób realistyczny. Jej twarz namalowana była z dziesiątek geometrycznych kształtów w odcieniach złota, szarości i kremowej bieli. Mimo ostrej formy rysy pozostawały czytelne. Kobieta miała zamknięte oczy i wysoko uniesioną głowę. Sprawiała wrażenie dumnej, a jednocześnie bardzo smutnej. Ciemne włosy układały się w mozaikę granatowych i czarnych brył przypominających kryształy. W lewym górnym rogu widniał rok: 1936. Jednak to naszyjnik na szyi kobiety najbardziej przyciągał uwagę. Archie nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale jego spojrzenie raz po raz wracało do błękitnego kamienia. Dwa sznury pereł opadały na smukłą szyję, a pośrodku lśnił duży kamień otoczony diamentami. Na tle reszty obrazu wyglądał niemal jak prawdziwy klejnot, jakby artystka świadomie chciała skierować uwagę patrzącego właśnie na niego.
Archie prawie od razu dostrzegł kilka uszkodzeń na płótnie. Na zielonym tle widniały świeże rysy, a z szafiru lekko odprysnęła farba. Zapewne stało się to wtedy, gdy rama uderzyła o bruk.
Po raz kolejny poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie dość, że potrącił dziewczynę, to jeszcze zniszczył coś, co - niezależnie od tego, kim była malarka Adele Moll - wyglądało na drogocenne.
- Obraz porysował się w kilku miejscach - powiedział z żalem. - Chyba od uderzenia o bruk.
Elisabeth natychmiast odwróciła obraz w swoją stronę i przesunęła po nim zbolałym wzrokiem. Archie poczuł jeszcze większe wyrzuty sumienia.
- To da się łatwo naprawić - dodał szybko. - Znam się trochę na malowaniu.
Dziewczyna uniosła na niego wzrok.
- Oczywiście pokryję wszystkie koszty. To moja wina. I obraz, i... cała reszta.
Elisabeth otworzyła usta, chcąc zaprotestować. Przecież to ona weszła na jezdnię, nawet nie sprawdzając, czy coś nadjeżdża. Archie nie ponosił winy za to, co się wydarzyło. Nie zdążyła jednak wydobyć z siebie ani słowa, bo drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie.
Do środka weszła czterdziestokilkuletnia blondynka o mocno zarysowanych rysach twarzy, w białym kitlu i stetoskopem przewieszonym przez szyję.
- A cóż to ma znaczyć?! - rzuciła ostrym tonem. - To szpital, a nie baza wojskowa! Proszę natychmiast opuścić gabinet!
Nie wyglądała na osobę, którą mogłyby onieśmielić jakiekolwiek wojskowe mundury. Elisabeth od razu pomyślała, że podczas wojny musiała pracować na froncie, skoro obecność żołnierzy nie robiła na niej najmniejszego wrażenia. Biły od niej siła i spokój.
Trójka żołnierzy natychmiast się ulotniła. Nawet jeśli nie znali niemieckiego wystarczająco dobrze, rozumieli, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Nawet Iwan spuścił głowę i bez słowa skierował się do wyjścia.
Widok rosyjskiego olbrzyma uciekającego przed drobną lekarką był tak niedorzeczny, że Elisabeth omal się nie roześmiała. Powstrzymał ją jedynie pulsujący ból głowy.
- Ty też, Eisenhower.
Lekarka zatrzymała wzrok na Archiem. Chłopak poderwał się z krzesła.
- Eisenhower? - powtórzył za nią. - Nazywam się Lenox. Archibald Vincent Lenox.
Nie zrozumiał, że lekarka użyła nazwiska amerykańskiego prezydenta wyłącznie po to, by pozbyć się go z gabinetu.
Kobieta skrzyżowała ręce na piersi.
- Nieważne, żołnierzu. Zostaw teraz swoją dziewczynę i wyjdź. Ona potrzebuje lekarza, a ty tylko przeszkadzasz.
Archie wychwycił jedynie słowo "żołnierz", dlatego spojrzał pytająco na Elisabeth.
- Powiedziała, że musisz wyjść, bo inaczej mi nie pomoże - przetłumaczyła spokojnie, celowo pomijając fragment o "swojej dziewczynie".
Wyprostował się odruchowo. Nadal jednak nie ruszył się z miejsca.
- Jeszcze raz cię przepraszam. Za to, że cię nie zauważyłem. I że za późno zahamowałem.
Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. Gdy jednak za jego plecami rozległo się znaczące chrząknięcie lekarki, tylko lekko skinął głową i w końcu wyszedł z gabinetu.
- No dobrze. - Kobieta westchnęła i podeszła bliżej. - Nazywam się Alicja Sambor. Jestem lekarzem. A teraz powiedz mi, co dokładnie się wydarzyło.
- Chciałam przejść przez ulicę i... zapomniałam sprawdzić, czy coś jedzie. A jechał amerykański jeep.
- Potrącił panią? - zapytała natychmiast Alicja.
- Nie. Wystraszyłam się i upadłam. Uderzyłam głową o bruk. Rozcięłam czoło i poobdzierałam ręce.
Lekarka podeszła do metalowej szafki i zaczęła wyciągać bandaże, butelki z płynami i niewielkie narzędzia, ustawiając je na stoliku obok kozetki.
- Proszę usiąść prosto.
Elisabeth wykonała polecenie. Alicja pochyliła się nad nią i skierowała w jej oko wąski promień światła latarki. W tym samym momencie drzwi ponownie się otworzyły.
Do gabinetu wszedł mężczyzna w białym kitlu.
- Ja tu próbuję pracować - rzuciła ostro lekarka, nie odrywając wzroku od źrenic pacjentki.
- Ja również, Alicjo - odpowiedział spokojny męski głos.
Latarka zgasła.
Na czole Alicji pojawiła się wyraźna zmarszczka irytacji.
- Profesor Jan Sambor - przedstawił się mężczyzna, uważnie przyglądając się ranie na czole Elisabeth.
Dziewczyna spoglądała zaskoczona raz na niego, raz na lekarkę.
- To pani mąż? - zapytała.
- Tak.
- Nie.
Odpowiedzieli jednocześnie.
Alicja przymknęła na moment oczy, jakby toczyła wewnętrzną walkę.
- Były mąż... - sprostowała chłodno. - Proszę mi wybaczyć na moment.
Odwróciła się do pacjentki plecami i odezwała po polsku, najwyraźniej przekonana, że ta nic nie zrozumie.
- Co ty tutaj robisz?!
Elisabeth lekko zesztywniała. Znała również ten język. Nie zamierzała jednak tego zdradzać.
- Jak to co? Pracuję. Tak samo jak ty.
- Czy nasza wczorajsza rozmowa niczego cię nie nauczyła? Nie chcę cię tutaj. Wracaj tam, skąd przyszedłeś.
Mężczyzna westchnął ciężko.
- Kochanie, wiem, że nasze małżeństwo rozpadło się z mojej winy. Ale uwierz mi, że nie ma dnia, żebym tego nie żałował. Musiałem zająć się moim dzieckiem i jego matką. Nie mogłem ich zostawić samych. Musiałem postąpić odpowiedzialnie.
Alicja zaśmiała się krótko, bez odrobiny rozbawienia.
- Po pierwsze, nie mów do mnie "kochanie". Tylko mój Franz ma do tego prawo.
Sposób, w jaki wypowiedziała jego imię, był miękki i ciepły. Zupełnie niepasujący do chłodu, z jakim przed chwilą traktowała byłego męża.
- Po drugie, gdybyś naprawdę był odpowiedzialnym człowiekiem, dochowałbyś wierności przysiędze małżeńskiej, zamiast zdradzać mnie ze swoją studentką - syknęła, z trudem panując nad emocjami.
Profesor zacisnął szczękę.
- Ty też nie byłaś mi wierna. Wciąż byliśmy małżeństwem, gdy ty i ten cały Franz...
- Milcz!
Elisabeth siedziała nieruchomo na kozetce, udając, że wcale ich nie słucha. W rzeczywistości z każdą chwilą czuła się coraz bardziej niezręcznie, zwłaszcza że rozumiała każde wypowiedziane słowo.
- Przepraszam, Alicjo. Poniosło mnie. - Posłał jej zawstydzone spojrzenie.
- Wyjdź. Natychmiast.
Ton i postawa kobiety nie pozostawiały wątpliwości. Była o krok od utraty panowania nad sobą.
W oczach profesora na moment pojawiło się coś pomiędzy żalem a rezygnacją. Ostatecznie jednak odwrócił się bez słowa i skierował do drzwi. Dopiero przy wyjściu jeszcze zatrzymał się na chwilę i spojrzał na Alicję.
- Przyjechałem tu, bo zrozumiałem, że tylko ciebie naprawdę kocham. I zrobię wszystko, żeby cię odzyskać.
Lekarka prychnęła pod nosem.
- Doprawdy spóźnione spostrzeżenie, profesorze.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem. W gabinecie zapadła cisza. Alicja Sambor stała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w ścianę, jakby próbowała uspokoić oddech. Potem odwróciła się do Elisabeth i natychmiast przybrała profesjonalny wyraz twarzy, choć w jej oczach nadal tliła się złość.
- Przepraszam cię za tę scenę - powiedziała już po niemiecku. - Ale dziś wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie.
Elisabeth mimowolnie parsknęła cichym śmiechem.
- U mnie też bywało lepiej.
Kącik ust lekarki lekko drgnął.
- Uwierz mi, moja droga, życie doświadcza każdego. To, co nas od siebie odróżnia, to sposób, w jaki potrafimy się po tych doświadczeniach podnieść.
Podeszła bliżej i ostrożnie dotknęła rozcięcia na czole Elisabeth.
- To będzie szczypać. I prawdopodobnie zostanie niewielka blizna.
- Świetnie - mruknęła Elisabeth. - Dokładnie tego brakowało mi do szczęścia.
Alicja spojrzała na nią uważniej.
- Chyba wpadłaś w oko temu amerykańskiemu chłopakowi.
Elisabeth poczerwieniała. Przed oczami natychmiast stanęła jej twarz Archiego i sposób, w jaki trzymał jej dłoń, jakby bał się, że jeśli ją puści, wydarzy się coś złego.
- Nie, to nie tak. To tylko przez poczucie winy. Pewnie już o mnie zapomniał. - Zaśmiała się cicho, choć nawet dla niej samej zabrzmiało to sztucznie.
Alicja uśmiechnęła się pod nosem, jasno dając do zrozumienia, że nie uwierzyła w ani jedno jej słowo.
- Mężczyzna, który patrzy na kobietę w taki sposób, szybko o niej nie zapomni - stwierdziła spokojnie, sięgając po gazę, po czym dodała: - Poznałam Franza w bardzo podobnych okolicznościach.
Elisabeth spojrzała na nią z wyraźnym zaskoczeniem.
- Naprawdę?
Alicja uśmiechnęła się lekko na samo wspomnienie.
- Wracałam do domu, kiedy zobaczyłam wojskową ciężarówkę po wypadku. Jeden z żołnierzy, młody chłopak imieniem Max, był ciężko ranny. Klęczałam przy nim i próbowałam zatamować krwawienie, gdy nagle pojawił się Franz.
Na chwilę zamilkła.
- Potem, gdy chłopak trafił na stół operacyjny, a ja próbowałam uratować jego nogę, Franz chodził za mną krok w krok i nie spuszczał ze mnie tego swojego spojrzenia. Miałam ochotę wyrzucić go za drzwi. - Kącik jej ust znów lekko drgnął. - Tylko że wtedy nie mogłam tego zrobić.
- Dlaczego?
- Bo trwała wojna. A on był komendantem.
Elisabeth miała na końcu języka dziesiątki pytań. Życie nauczyło ją jednak, że ludzie rzadko wracają do wojennych wspomnień. Zbyt wiele kosztowało zamknięcie ich w najgłębszych zakamarkach pamięci. Dlatego milczała, licząc, że Alicja sama opowie resztę.
- A potem zaczął pojawiać się w moim życiu pod byle pretekstem. Raz to on przyjeżdżał do mnie, innym razem twierdził, że potrzebuje konsultacji lekarskiej dla swoich ludzi.
W jej oczach pojawiło się coś miękkiego i ciepłego. Coś, co całkowicie łagodziło surowość jej twarzy.
- I któregoś dnia zorientowałam się, że czekam, aż znowu się spotkamy.
Elisabeth patrzyła na nią w milczeniu. Alicja przykleiła plaster na jej czoło i dodała łagodniej:
- Dlatego nie lekceważ pierwszego spotkania, Elisabeth. Czasami najlepsze lata życia zaczynają się dokładnie wtedy, kiedy człowiek jest przekonany, że właśnie wszystko stracił.
Archibald Vincent Lenox z rękami splecionymi za plecami krążył przed wejściem do szpitala już od ponad godziny.
Co kilka minut zatrzymywał się, spoglądał na zegarek, potem na ciężkie drzwi wejściowe, jakby samym patrzeniem mógł zmusić Elisabeth do pojawienia się. Po chwili znowu zaczynał chodzić. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem.
Zdążył już przynajmniej dwa razy dojść do wniosku, że powinien natychmiast wrócić do bazy i nigdy więcej się tu nie pokazywać.
Bo przecież to był idiotyczny pomysł. Kompletnie szalony.
Każda normalna kobieta wyśmiałaby go już po pierwszym zdaniu. Elisabeth prawdopodobnie nawet nie pozwoli mu dokończyć. Może spoliczkuje go albo zwyczajnie odejdzie.
Archie przeczesał dłonią włosy i westchnął ciężko.
"Dzień dobry, pamiętasz mnie? Jestem tym amerykańskim żołnierzem, który prawie cię potrącił. Pomyślałem, że może zakochamy się w sobie w ciągu najbliższych, a zarazem ostatnich dziewięćdziesięciu dni mojej służby, potem weźmiemy ślub i zabiorę cię do Stanów".
Im dłużej układał w głowie tę rozmowę, tym bardziej miał ochotę uciec.
A jednak nie odszedł.
Nie potrafił.
Sam nie wiedział dlaczego. Znał tę dziewczynę zaledwie od kilku godzin. Nie wiedział o niej właściwie nic. A mimo to od chwili, gdy wyszedł ze szpitala, miał nieodparte wrażenie, że jeśli teraz odpuści, będzie tego żałował do końca życia.
Przy Elisabeth czuł dziwną, niewytłumaczalną bliskość. Jakby nie była zupełnie obcą osobą, lecz kimś, kogo los z jakiegoś powodu postawił na jego drodze. Mówiła po angielsku, tak jak on. Trzymała w rękach obraz, a on interesował się sztuką. To nie mógł być zwykły zbieg okoliczności.
Dlatego zaraz po zakończeniu służby wrócił pod szpital. Od pielęgniarki dowiedział się, że Elisabeth zatrzymano jedynie na obserwację i prawdopodobnie jeszcze tego samego dnia zostanie wypisana. Od tamtej chwili czekał.
I z każdą kolejną minutą coraz bardziej tracił pewność, że jest romantykiem, a nie kompletnym idiotą.
W końcu drzwi szpitala otworzyły się.
Archie natychmiast się wyprostował. Serce zaczęło mu bić szybciej.
A potem ją zobaczył...
Elisabeth zatrzymała się na schodach i rozejrzała wokół, najwyraźniej zastanawiając się, w którą stronę powinna pójść. Na jej czole widniał opatrunek, a jasnymi włosami poruszał lekki wieczorny wiatr. Wyglądała na zmęczoną.
Wtedy ich spojrzenia się spotkały.
Na jej twarzy najpierw pojawiło się zaskoczenie, jakby naprawdę nie spodziewała się zobaczyć go przed szpitalem. Chwilę później jej rysy złagodniały.
I uśmiechnęła się.
Archie odwzajemnił uśmiech.
W tej jednej sekundzie wszystkie przygotowane wcześniej słowa uleciały mu z głowy.
Zostało tylko jedno, niepokojące przeczucie.
Że właśnie ten dzień odmieni całe jego życie.
Nowy Jork
lipiec 2017 roku
Mary Lenox
Spojrzałam na swoje nowe paznokcie i mimowolnie się uśmiechnęłam. Na co dzień wybierałam delikatne, stonowane kolory, ale wraz z początkiem lata pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa. Tym razem miałam na paznokciach neonowy pomarańcz z różowymi końcówkami. Wyglądały jak kolorowe drinki podawane w wysokich szklankach z fantazyjnymi słomkami, które zawsze smakują wakacjami, wolnością i beztroską.
Telefon leżący na siedzeniu pasażera był ustawiony na tryb głośnomówiący, a głos Emily wypełniał wnętrze samochodu.
- Emily, a gdybyśmy tak wyskoczyły na kilka dni do Miami? - rzuciłam niby od niechcenia, zatrzymując się na czerwonym świetle.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
- Ale że niby ty i ja? - odezwała się w końcu z wyraźnym zaskoczeniem.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Emily była moją najlepszą przyjaciółką, a zarazem sąsiadką. Znałyśmy się od siedemnastu lat. Dokładnie od dnia, w którym razem z Maxem wprowadziliśmy się do Garden City na Long Island. To miejsce od początku wydawało nam się ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Szerokie, obsadzone starymi drzewami ulice, eleganckie domy w kolonialnym stylu, doskonałe szkoły i wszechobecna zieleń sprawiały, że trudno było wyobrazić sobie lepsze miejsce do wychowywania dzieci.
Choć zakup domu kosztował fortunę, nigdy go nie żałowaliśmy. Oprócz pięknej okolicy znaleźliśmy tutaj coś znacznie cenniejszego - ludzi, którzy z czasem stali się dla nas rodziną.
- Dokładnie tak. Ty i ja - potwierdziłam, skręcając w Stewart Avenue. - Emily, zasłużyłyśmy na to. Przez cały rok byłyśmy kucharkami, szoferkami, sprzątaczkami, nauczycielkami, psycholożkami i osobistymi asystentkami własnych dzieci. Należą nam się choćby dwa dni tylko dla siebie. Ocean, drinki i święty spokój. Mogłybyśmy wyskoczyć już w ten weekend.
W głośniku rozległo się ciche parsknięcie śmiechem.
- Wiesz przecież, że nie umiem bezczynnie leżeć na plaży.
- Dobrze, więc nie Miami. Możemy polecieć do Paryża! Będziemy spacerować nad Sekwaną, oglądać Monę Lisę i objadać się bagietkami.
- Mary... nie jem glutenu.
- To będziesz piła prosecco! Pomyśl tylko o tych hasztagach, którymi będziemy oznaczać nasze zdjęcia na Instagramie!
- Wiesz, że nie mam Instagrama.
- Emily, ty konsekwentnie niszczysz każdą moją wizję idealnego weekendu.
Przyjaciółka roześmiała się cicho, a ja skręciłam w naszą ulicę.
Spomiędzy potężnych dębów wyłonił się mój ukochany dom, idealnie wpisujący się w klimat przedmieść Long Island. Była to okazała, dwupiętrowa rezydencja z początku ubiegłego wieku, wzniesiona w stylu klasycznego kolonializmu, która spokojnie mogła przetrwać kolejnych sto lat. Główną bryłę zbudowano z ciemnoczerwonej cegły, doskonale współgrającej z grafitowym, łupkowym dachem. Dwa symetryczne, śnieżnobiałe skrzydła boczne dodawały subtelnego charakteru.
Przez środek idealnie przystrzyżonego trawnika prowadziła szeroka ścieżka z szarego piaskowca, kończąca się przy wysokim portalu wspartym na białych kolumnach. Rabaty tonęły w czerwonych begoniach, a misternie przycięte cisy wyglądały jak zawsze perfekcyjnie. Od ulicy oddzielał nas jedynie niski żywopłot. O niego, podobnie jak o całą zieleń wokół domu, dbał zatrudniony przez nas ogrodnik.
- Mary, jedyna podróż, jaka mnie czeka w ten weekend, to wyprawa do pralni. - Emily westchnęła wprost do głośnika. - Stos ubrań mojego syna osiągnął już chyba wysokość Everestu.
- Dlaczego mi o tym przypomniałaś? - jęknęłam, wyłączając silnik. - Ja mam trzech synów. Trzech! Tylko wyobraź sobie skalę katastrofy w mojej pralni.
- Chwilowo masz czterech, bo mój Adam jest u was - przypomniała Emily. - Od godziny siedzą przy basenie, ale obiecali, że nie spuszczą Johnny'ego z oczu nawet na sekundę.
- Dzięki. Max powinien już wrócić z pracy, więc może jeszcze uda mi się chwilę nacieszyć ciszą, zanim będę musiała nakarmić całą tę bandę.
- W takim razie powodzenia! Do później.
- Do później.
Rozłączyłam się i sięgnęłam po kubek z już dawno wystygniętą kawą oraz folder z ofertami zagranicznych wycieczek, który planowałam niby przypadkiem podsunąć Maxowi podczas wieczornego meczu.
W domu panował przyjemny chłód. Gdy tylko zdjęłam szpilki, kamienne płytki holu przyniosły moim stopom natychmiastową ulgę.
- Kochanie, wróciłam! - zawołałam z przesadnym entuzjazmem, niczym bohaterka starej amerykańskiej komedii.
Odpowiedziała mi cisza.
Przeszłam do salonu i rzuciłam torebkę na sofę, a folder położyłam na stoliku, idealnie obok pilota do telewizora. Uśmiechnęłam się pod nosem. Max nawet się nie zorientuje, kiedy zaczniemy rozmawiać o wakacjach.
- Max! Już jestem!
Znowu nic.
Westchnęłam ciężko.
To było do niego podobne. Mój mąż żył pracą. Nawet będąc w domu, wciąż pozostawał doradcą finansowym, stale dostępnym dla swoich klientów. Rynek nie spał, więc on również nie potrafił odpoczywać. Po całym dniu spędzonym w biurze na Manhattanie zamykał się jeszcze w swoim gabinecie, dopinając ostatnie transakcje albo uspokajając spanikowanych inwestorów.
Był początek wakacji. Dzieci siedziały przy basenie, pogoda była idealna, a dom wypełniał wpadający przez uchylone okna zapach świeżo skoszonej trawy. Marzyłam tylko o tym, żeby wyciągnąć Maxa z gabinetu, nalać nam wina i wspólnie coś ugotować, tak jak kiedyś, zanim życie zaczęło pędzić zbyt szybko.
Ruszyłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie.
Na półpiętrze zatrzymałam się na chwilę i spojrzałam przez okno na ogród. Nasi synowie razem z Adamem właśnie urządzali konkurs skoków do basenu, próbując trafiać do dmuchanych kół unoszących się na wodzie. Ich śmiech docierał aż tutaj.
Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Max! Idę po ciebie! - ostrzegłam go głośno.
Jeśli chciał ryzykować, że wtargnę do gabinetu podczas rozmowy z klientem i narobię mu wstydu, to był wyłącznie jego problem.
Kiedy znalazłam się pod drzwiami, do głowy przyszedł mi nagle głupi, dziecinny pomysł.
- Kotkuuu... - przeciągnęłam specjalnie przesłodzonym głosem. - Mysiu pysiu, gdzie jesteś?
Uśmiechnęłam się pod nosem i nacisnęłam klamkę.
A potem cały mój świat przestał istnieć.
Zamarłam.
W jednej sekundzie serce rozpadło mi się na tysiące kawałków.
- Nie... - wyszeptałam.
Max wisiał pod drewnianą belką biegnącą przez sufit gabinetu.
- Nie! Nie! NIE!
Rzuciłam się w jego stronę. Chwyciłam go za nogi i próbowałam unieść, chcąc odciążyć sznur wrzynający się w jego szyję.
- Boże... Max... Nie rób mi tego... Proszę...
Cała się trzęsłam. Nie wiedziałam, co robić. Jak go ratować. Jak go uwolnić.
On się nie poruszał.
Ani trochę.
Puściłam go tylko na ułamek sekundy, a jego ciało bezwładnie opadło niżej, lekko kołysząc się na linie.
Z moich ust wyrwał się zduszony szloch.
Dopadłam biurka i drżącymi rękami chwyciłam jego telefon. Natychmiast wróciłam do Maxa. Jedną ręką ponownie próbowałam go podtrzymywać, drugą wybierałam cyfry.
Łzy zalewały mi oczy.
- Numer alarmowy. W czym mogę pomóc?
Głos mężczyzny był nienaturalnie spokojny.
A ja już wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że nie może mi już w żaden sposób pomóc. Jednak nie byłam w stanie wypowiedzieć tego na głos.
- Mój mąż... - urwałam, walcząc o oddech. - On... Nie oddycha...
- Proszę podać mi swój adres.
- Jestem w domu... Jestem w naszym domu... - odpowiedziałam bezmyślnie.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak absurdalnie to zabrzmiało. Drżącym głosem podałam adres.
- Pomoc już jedzie. Proszę mi teraz powiedzieć, co się stało.
Poprawiłam uchwyt na nogach Maxa. Czułam, jak ręka zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa.
- Mój mąż... - Próbowałam to powiedzieć, ale nie byłam w stanie. Łzy nieustannie spływały po mojej twarzy. - On wisi... Próbuję go podtrzymać, ale nie wiem... Wydaje mi się, że nie oddycha...
A mimo to wciąż obejmowałam jego nieruchome ciało, jakby to jeszcze mogło cokolwiek zmienić.
- Jak się państwo nazywają?
- Mary Lenox. Mój mąż to Maximilian Archibald Lenox.
- Mary, czy mąż się porusza? Oddycha? Czy jego klatka piersiowa się unosi?
Przymknęłam na chwilę oczy, zanim odważyłam się spojrzeć w górę. W końcu wzięłam się w garść. Musiałam. Uniosłam głowę i spojrzałam w nieruchomą twarz Maxa. Jego oczy były przekrwione. Usta lekko rozchylone i sine.
Usłyszałam przeciągły, ogłuszający jęk. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wydobył się z moich własnych ust. Opuściłam głowę. Nie mogłam na niego patrzeć. Nie mogłam go takim zapamiętać. Nikt nie mógł go takim zobaczyć. Zwłaszcza chłopcy... Chłopcy!
- O Boże! O Boże! - Szlochałam jeszcze bardziej.
- Mary, co się dzieje?
- Chłopcy... Nasi synowie są na podwórku... Oni nie mogą go zobaczyć... - wyjaśniłam.
- Mary, musisz się uspokoić. Czy możesz sprawdzić puls męża?
Przytrzymałam telefon barkiem i wolną ręką dotknęłam jego nadgarstka. Nie poczułam niczego. Znowu zamknęłam oczy. To nie dzieje się naprawdę. To nie mogło się nam przytrafić. Max przecież nas kochał. Kochał mnie. Kochał naszych trzech cudownych synów. Mieliśmy dobre życie. On by nie mógł... Nie miał powodu...
- Nie ma pulsu - wyszeptałam. - Mój mąż... nie żyje...
Te słowa rozdarły mnie od środka. Jakby ktoś wbił mi prosto w serce lodowaty nóż. A dokładniej - wbił mi go sam Max.
- Karetka będzie za dwie minuty. Policja również. Ktoś musi otworzyć drzwi ratownikom.
- Nie mogę. - Pokręciłam przecząco głową. - Nie dam rady. Nie mogę go puścić.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej