Ostatni pociąg do Paryża - Michele Zackheim

Kup ebooka

49.00 zł
37.38 zł (37,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

(...)

Rok 1933. Właśnie pokonałam ocean i znalazłam się na pierwszym piętrze budynku redakcji "Kuriera Paryskiego". Wybiła północ. Pamiętam, że czułam się, jakbym weszła do domu wariatów. Przypomniał mi się obraz George'a Bellowsa przedstawiający walkę bokserską - barwy ochry, szarości, gdzieniegdzie plama koloru. W powietrzu wisiał dym z papierosów, cygar i fajek, mieszający się z zapachem wilgotnego papieru i zasychającego atramentu. Oczy zaczęły mi łzawić. Reporterzy pracowali przy ustawionych na środku sali w kwadrat kilku dużych dębowych stołach, pokrytych rysami oraz poznaczonych plamami po kubkach z kawą i szklankach z piwem. Nad stołami dyndały gołe żarówki, kołyszące się powoli z powodu panującego zgiełku i rozgardiaszu. Było tam zbyt wiele dymu i zbyt wiele jaskrawego światła. Redaktorzy siedzieli przy zdezelowanych biurkach porozstawianych na chybił trafił po sali, waląc w klawisze hałaśliwych maszyn do pisania.

Chociaż w tę letnią noc panował upał, większość mężczyzn nie zdjęła kapeluszy. Mieli niedbale podwinięte rękawy koszul, przy czym niektórzy w powstałe fałdy wetknęli paczki papierosów, rozpięte górne guziki, poluzowane węzły krawatów. Papierosy paliły się w popielniczkach lub zwisały mężczyznom z warg. Nijakie czarne spodnie kleiły mi się do nóg, a pomięta biała bluzka była pomyłką. Pot sprawił, że przywarła mi do pleców i brzucha, uwidaczniając biustonosz i piersi, a stopy spuchły mi i zwilgotniały w nowej parze czarnych butów na płaskim obcasie. Stałam na szczycie schodów jak sparaliżowana, a właściwie wystraszona, i lustrowałam pomieszczenie.

Niektórzy dziennikarze wyglądali przez wysokie otwarte okna na ulicę. Inni mieli przed sobą zawilgocone ściany. Przystrajały je wyblakłe wycinki z gazet, poplamiony wodą papier drukarski i piękne, acz pożółkłe sztychy przedstawiające mapy Europy z czasów wielkiej wojny[1]. Na dywanie z pomiętych kartek wyrwanych w porywie frustracji z maszyny do pisania leżały niedopałki, oślizgłe końce cygar i puste butelki po piwie. W ciemnych kątach poupychano wyglądające na lepkie od brudu mosiężne spluwaczki. Kilka osób rozmawiało, ale większość wrzeszczała do siebie przez całą salę; do tego dochodził dźwięk dalekopisów oraz natarczywe, wykańczające nerwowo trąbienie taksówek na zewnątrz. Wyglądało to znajomo - przypominało mi poprzednie pomieszczenie redakcji informacyjnej, to w Nowym Jorku. Gdy dostrzegłam pierwszego paryskiego karalucha, zdałam sobie również sprawę, że jestem tam jedyną kobietą.

W czym mogę pomóc? - spytał jeden z mężczyzn, który pił piwo i robił korektę szpaltową.

- Szukam pana Ramseya, redaktora naczelnego. Nazywam się R.B. Manon - powiedziałam i wymieniliśmy uścisk dłoni.

Pijący piwo wskazał oszklony boks.

- Tam siedzi władca chaosu - rzucił krótko. - Powodzenia.

Pan Ramsey był niskim, przysadzistym człowiekiem z maleńkimi dłońmi i stopami oraz krótkimi rękoma. Miał słomkowej barwy włosy z charakterystycznym kogucikiem na czubku głowy. Jego nos był mały, czerwony i krostowaty, natomiast oczy niebieskie i całkiem ładne. Nosił białą muszkę w niebieskie kropki.

- No, no, przysłali mi młodą damę - zadrwił. - Sądziłem, że R.B. to męskie imię. Zastanawiałem się, dlaczego przydzielili faceta do rubryki towarzyskiej. Uznałem, że to pedzio - wyjaśnił i potrząsnął moją dłonią, starając się pokazać mi, jaki jest silny.

Z poważną miną popatrzyłam mu w oczy.

- Nazywam się Rose Belle Manon. Proszę mi mówić R.B.

Spojrzał na mnie dziwnie.

- No, dobrze, że nie jesteś ślicznotką. Łatwiej będzie z tobą pracować.

Mój nowy dom mieścił się po lewobrzeżnej stronie Sekwany, w Hôtel Espoir[2] stojącym przy Place de la Sorbonne. Nazwa hotelu okazała się myląca - była to ponura nora z szarego kamienia pomalowanego pełną pęcherzyków szarą farbą. Pokój kosztował mnie pięćdziesiąt centów dziennie. Hotel liczył pięć kondygnacji, przy czym górną zajmowały dwie mansardy. Pokoje wychodziły na długie korytarze, słabo oświetlone niebieskimi żarówkami. Nie było windy. Na szczęście mieszkałam na pierwszym piętrze. W nielicznych pokojach działały zamki - przybytek przypominał budynek sypialny dla robotników na ranczo. Nie przywykłam do tego, że ktoś nagle wpada do środka, i z początku denerwowało mnie to. Pokoje wyglądały niemal identycznie i ludzie żartowali, że po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu można się obudzić w cudzym łóżku. Mój pokój, jako jeden z niewielu, wyposażono w umywalkę, tylko że pokrytą niemożliwymi do wyczyszczenia plamami z osadów mineralnych, a z kranu leciała jedynie zimna woda. Nad umywalką wisiało stare, złocone, zamglone lustro. Same pokoje były długie i wąskie, a w każdym znajdowało się jedno wysokie okno balkonowe wychodzące albo na ulicę, albo, jak w moim przypadku, na zaśmiecone podwórze. Po drugiej stronie mieszkała starsza kobieta, którą nazywałam Madame Canari. Zawsze nosiła wykrochmalony różowy fartuch oraz kwiecistą czerwoną chustkę na głowie.

- Dzień dobry! - krzyczała do mnie donośnie, bez względu na porę dnia. Trzymała kanarki, które niezmordowanie wypełniały dziedziniec uroczymi trelami. Trzepotały wokół, przywodząc mi na myśl krzewy forsycji i ich żółte płatki unoszone przez wiatr. Cieszyła mnie ta odrobina przyrody i sąsiedzka życzliwość kobiety.

Przejęte po poprzednich właścicielach wąskie łóżko z nierównym materacem przykryłam indiańskim kocem przywiezionym z Nevady. W pokoju stał także rozpadający się, burobrązowy fotel i choć jego podłokietniki pokrywała skorupa brudu, to siedziało się w nim wygodnie. Pomiędzy nim a łóżkiem mieściła się lampa z brązowym abażurem, którego frędzle tańczyły za każdym razem, gdy ktoś szedł po schodach. Moim ulubionym elementem wyposażenia było radio Técalémit, które kupiłam sobie na Marché aux Puces, pchlim targu koło Porte de Clignancourt. W miarę upływu czasu, gdy świat stał na krawędzi wojny, potrzebowałam coraz więcej muzyki. Nad łóżkiem powiesiłam plakat przedstawiający tancerzy bal musette[3] z przełomu wieku, znaleziony w zielonym metalowym kiosku z książkami przy Sekwanie. Kupiłam także cztery doniczki czerwonych pelargonii, które postawiłam na wąskim balkoniku z balustradą z kutego żelaza.

W hotelu przywitał mnie reporter, Andy Roth (pochodzący z Golden w Colorado), którego znałam z "Kuriera Nowojorskiego".

- Mieszkam dwa pokoje dalej. Wiem, że to koszmarne miejsce, ale przyzwyczaisz się. Na pewno nie jest to nasz Dziki Zachód!

Gdzie spojrzałam, tam widziałam materiał do artykułów. Pochodzę z małego miasteczka, więc zadziwiała mnie ta różnorodność ludzi.

- Mogę tu pisać w nieskończoność - powiedziałam Andy'emu. - Pod tym dachem jest cały świat.

- Masz rację - stwierdził. - Nigdy o tym tak nie pomyślałem.

Szybko zorientowałam się, że ów hotel stanowił azyl dla emigrantów. Żyli tam pod przybranymi nazwiskami, posługiwali się fałszywymi dokumentami, bezbronni - kryli się przed nienawiścią i nieustanną groźbą śmierci. Znajdowali się tam Żydzi, komuniści, homoseksualiści - ludzie żyjący na ostrzu politycznego noża. Konsjerżka i jej mąż, madame i monsieur Pleven mienili się marksistami. Chociaż na ścianie wisiała rycina przedstawiająca Marksa, nigdy nie udało mi się z nimi porozmawiać o marksizmie, czego oczywiście próbowałam. Może ruch ten wydawał im się modny. Nie wiem. Na pewno dobrze prowadzili hotel i byli ogromnie dumni z tego, że chronią wszystkich przed władzami. Ilekroć pojawiała się policja, żeby przeprowadzić nalot (co zdarzało się raz w miesiącu), monsieur Pleven powiadamiał mieszkańców, a ci dyskretnie schodzili do piwnicy i wychodzili przez nijakie drzwi prowadzące do innego budynku. Jeśli akurat byłam u siebie, nie przejmowałam się i nie ukrywałam. Moja karta étranger resident, amerykański paszport i papiery z redakcji nigdy nie budziły zastrzeżeń.

(...)

W 1935 poznałam pewnego mężczyznę w barze. Der blaue Himmel, Błękitne Niebo, w berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf było miejscem, do którego chodzili dziennikarze, artyści, emigranci polityczni, komuniści. Ten mężczyzna siedział sam, czytał książkę i pił. Ja podobnie. Właściwie to wszystko, co moi znajomi i ja robiliśmy w wolnym czasie. Nadużywanie alkoholu nie stanowiło już powodu do żartu. Piliśmy celowo - jako korespondenci zagraniczni za dużo wiedzieliśmy. Lewicowi niemieccy nacjonaliści, którzy chętnie odwiedzali tamten bar, należeli do dziesięciu procent ludności, która nie głosowała na kandydatów nazistów w marcowych wyborach. Obserwowałam ich, słuchałam ich i współczułam im. Sądziłam, że bycie Amerykanką uczyni mnie odporną na ich strach. To nieprawda. Szukanie pociechy stało się obsesją wszystkich.

Ów mężczyzna zapytał, czy może się dosiąść i, nie czekając na moją odpowiedź, zajął miejsce obok.

- Jesteś Amerykanką? - zagaił.

- Tak, skąd wiedziałeś?

- Twoi znajomi mi powiedzieli. Nazywam się Leon Wolff - powiedział. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

Walczyłam z dobrym wychowaniem. Z początku chciałam powiedzieć coś kąśliwego, ale w jego twarzy dostrzegłam nie przebiegłość, lecz ciekawość. Nie przeszkadzała mi jego bezpośredniość. Przypominała mi pasterzy, których znałam w Nevadzie - przechodzili do sedna sprawy, nie mając ani czasu, ani skłonności do czczej gadaniny. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.

- Co cię tak rozbawiło? - spytał.

- Wspomnienie z dawnych lat, przepraszam. Nigdy cię tu nie widziałam.

- No, a ja ciebie zauważyłem - odparł - ale byłaś zbyt zajęta swoimi znajomymi lub książkami, żeby się rozglądać. I nie przychodzę tutaj często, tylko wówczas, gdy męczy mnie praca w samotności.

Jego głęboki tembr głosu przypominał echo. Może był zdenerwowany, ale ciągle przeczesywał palcami gęste, ciemne włosy. A za każdym razem, gdy to robił, odsłaniał piękne niebieskie oczy. Zauroczyły mnie. Dłonie mi się pociły, pasek spodni zaczął mnie uwierać. Całe moje ciało wydało mi się niezdarne.

- Jestem dziennikarką - zająknęłam się.

- Wiem o tym - powiedział. - Znam kilku twoich kolegów.

- A ty, czym się...

- Jestem artystą, maluję w stylu George'a Grosza. Teraz już go nie ma.

- Zmarł? - spytałam.

Moje pytanie rozśmieszyło Leona.

- Nie, nie, nadal żyje. Przynajmniej taką mam nadzieję. Grosz wyemigrował do Ameryki. Okazał się jednym z tych mądrzejszych. Tak czy inaczej - ciągnął - tak jak Grosz uwielbiałem rysować w miejskich plenerach. Kawiarniane życie; śpiewacy, muzycy jazzowi, grubi, zamożni przemysłowcy, którzy wyszli się zabawić. - Leon miał nieobecne spojrzenie. - Teraz zarabiam jako grawer. Biżuteria, zegarki, pamiątki z chrztu, wszystko co wymaga pewnej ręki i dobrego oka.

- Nigdy nie znałam żadnego grawera. To dlatego masz tak brudne ręce?

Leon uśmiechnął się.

- Tak, oczywiście. To odpadki po przetapianiu srebra, nie da się ich doczyścić. A nie mogę nosić rękawiczek, ponieważ przeszkadzają mi w pracy.

Uważałam, że Leon jest wyjątkowy. Nadal tak sądzę. Pamiętam jego zapach. Była to woń metalu i ciepła, która brała się z posługiwania się lutownicą. Pewnego dnia, wiele lat później, przeszłam koło mężczyzny, który tak samo pachniał.

- Leon! - powiedziałam, a obcy człowiek odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć.

Z początku usiłowałam przekonać samą siebie, że mój romans z Leonem to przyjemny przerywnik, nic więcej. On wydawał się sądzić tak samo. Oboje nas interesowały ogólnoświatowe problemy - omawialiśmy je, rozkładaliśmy na czynniki pierwsze, znajdowaliśmy olśniewające rozwiązania. Dobrze nam było razem, pod wszystkimi względami. Ale obawiałam się miłości. Uważałam, że nie mogę być jednocześnie zakochana i pozostać dobrą korespondentką zagraniczną. A Leon? Cóż, jego niełatwo było rozgryźć.

Skąd te obawy? Niewiele wiedziałam o miłości. Nie miałam żadnych wzorców, z wyjątkiem książkowych bohaterek. Rodzice chyba łudzili się, że nie dostrzegam problemów między nimi. A w ich otoczeniu nie znajdowałam nikogo, od kogo mogłabym się czegoś nauczyć: najlepszą przyjaciółką mojej matki była emerytowana, niezamężna prostytutka, najlepszym przyjacielem ojca był katolicki ksiądz, a mąż pani Cheng wracał do domu późnym wieczorem po zamknięciu sklepu i rzadko widywałam ich razem.

W miarę upływu czasu coraz częściej spotykałam się z Leonem. Oczekiwanie, zarumienione policzki - to wszystko było dla mnie nowe. Nie dało się tego ukryć. Zakochałam się i nie miałam najmniejszego pojęcia, co z tym począć.

(...)