Siedziałam w ostatnim rzędzie, na ostatnich wykładach i pukałam cicho długopisem o ławkę szkolną. Słońce wdzierało się przez ogromne okna, bezczelnie świeciło mi prosto w oczy, oślepiając i powodując dyskomfort.
Sunny, tak miałam na imię, a tak bardzo nienawidziłam lata i słońca, bo gdyby nie to, Milo by żył. Nie skoczyłby z tego cholernego pomostu...
Nie mogłam się skupić na tym, co mówił wykładowca, ale i nie miałam w zasadzie takiej potrzeby. Nienawidziłam tych studiów, a wybrałam je tylko dlatego, że były bezpieczne. Nijakie tak samo, jak i ja.
Do studiowania statystyki i analizy danych namówił mnie tata, który kochał cyferki. Bez namysłu poszłam w jego ślady, bo sama na siebie nie miałam żadnego ciekawego planu.
Razem z Milo mieliśmy studiować architekturę, otworzyć swoje biuro - on projektowałby budynki, a ja ogrody. Kochałam to, choć to bardziej były jego marzenia niż moje.
Milo był osobą, która bujała w obłokach, planowała i marzyła. Ja byłam z kolei takim trochę jego cieniem, który podążał za nim krok w krok. Uzupełnialiśmy się idealnie.
Szum i gwar zrywających się z krzeseł ludzi przywołał mnie z powrotem na ziemię. Często odpływałam w myślach. Nie miałam czego szukać tu, na Ziemi, kiedy moje serce i dusza rwało się do nieba.
Przerobiłam kilku psychologów. Każdy z nich jednoznacznie stwierdził, że nic mi nie jest. Że w ten sposób przeżywam swoją żałobę i na pewno nie zrobię sobie krzywdy.
- Idziemy na drinka - powiedziała Pam, która jako jedyna wytrzymywała moje dziwactwa i jakoś przetrwała ze mną w akademickim pokoju przez cały czas trwania studiów.
- Dzisiaj wieczorem wyjeżdżam - oznajmiłam, starając się ukryć radość z tego tytułu.
Przez te wszystkie lata nie przywiązałam się do tego miejsca. Zresztą, od śmierci Milo nie zawierałam głębszych znajomości z nikim. Bałam się odrzucenia i ponownego cierpienia po stracie.
- Kiedy wracasz? - zapytała, obdarzając mnie pięknym uśmiechem.
Pam była takim promyczkiem. Zawsze wesoła, pozytywnie nastawiona do świata i ludzi. Lubiana przez wszystkich i zaangażowana w życie szkoły. Idealna przyjaciółka dla kogoś, kto tych przyjaciół potrzebował.
- Nie wracam - powiedziałam cicho. Nie zwierzałam się jej ze swoich planów, bo chciałam odejść niepostrzeżenie.
Wyszłyśmy na dziedziniec szkoły, na którym wszędzie na ławkach i trawie siedzieli uczniowie różnych roczników. I to był najgorszy moment na reakcję Pam.
- Słucham?! - krzyknęła, zwracając na nas uwagę wszystkich oczu. - Żartujesz sobie ze mnie?
Miałam dwadzieścia cztery lata, a czułam się jak mała uczennica na szkolnym apelu, którą dyrektorka wywołała po imieniu i nazwisku, by zaśpiewała piosenkę.
- To spontaniczna decyzja - powiedziałam cicho, przyspieszając kroku, by uciec spod czujnych, ciekawskich spojrzeń.
Oczywiście, że skłamałam, bo o powrocie do domu, zaraz po zakończeniu studiów marzyłam, odkąd tylko tu przyjechałam. I przez te wszystkie lata nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nie chciałam być obiektem plotek. I tak większość ludzi tutaj miała mnie za dziwadło.
- Kłamiesz. Wiem to i jest mi z tego powodu strasznie przykro, bo myślałam, że się przyjaźnimy - odparła zawiedziona, próbując jednocześnie dotrzymać mi szybkiego tempa.
Zatrzymałam się raptownie, by raz na zawsze wyjaśnić jej pewne kwestie.
- Nie przyjaźnimy się - powiedziałam oschle. - Nigdy nie dałam ci ku temu powodów. Owszem, mieszkałyśmy razem, dogadywałyśmy się wyśmienicie, pomagałyśmy sobie, ale to wszystko. Z moich ust nigdy nie padły poważne deklaracje.
- Ale...
- Pam... - Westchnęłam, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Nie szukałam i nie szukam przyjaciół. Nie angażuję się w żadne relacje, bo taka już jestem. Niczego ci nigdy nie obiecywałam.
Nie zdradziłam jej, co takiego wydarzyło się w moim życiu. Wyszłam z założenia, że przyjechałam tu z czystą kartą. Nikt mnie tu nie znał i nikt miał nie poznać.
Z tego samego względu przeprowadziliśmy się z rodzicami do innego miasta, żeby uniknąć tych pełnych współczucia spojrzeń, litościwego poklepywania po plecach i wiecznego zapewnienia, że ból z czasem minie.
Koleżanka stała z otwartymi ustami i łzami cisnącymi się do oczu, a ja właśnie tego chciałam uniknąć. Pożegnań, kiedy właściwie nie miałam najmniejszej ochoty na powitanie.
- Myślałam, że mnie lubisz...
- Bo lubię, głuptasie - odparłam ze śmiechem. - Po prostu w moim życiu nie ma miejsca na miłość i przyjaźń. Wolę swój tryb samotnika, bo samej siebie nie skrzywdzę, a inni już niestety mogą.
- Nie wszyscy ludzie są źli i krzywdzą - oburzyła się i nadymała usta jak mała dziewczynka.
- Najbardziej krzywdzą nas te osoby, które kochamy i im ufamy - powiedziałam i ruszyłam przed siebie, zostawiając skonsternowaną Pam samą.
Miałam świadomość, że to ja najbardziej raniłam ludzi tym, że nie dopuszczałam ich do siebie. A kiedy jednak komuś udało się choć na chwilę zaistnieć w moim życiu, szybko go odsuwałam, by moje serce nie drgnęło nawet na moment, bo to oznaczałoby ból.
Od śmierci Milo każdego dnia budowałam wokół siebie coraz większy mur. Zamknęłam się szczelnie w swojej skorupie i musiałam przyznać, że przywykłam do samotności. Nawet z rodzicami rozmawiałam bardzo rzadko, bo właściwie nie miałam im o czym opowiadać.
Po zajęciach dorabiałam w kawiarni lub spędzałam dni w bibliotece, ucząc się czegoś, czego nienawidziłam. Organizowałam sobie czas tak, by jak najmniej spędzać go ze znajomymi. Na wszystko miałam wymówkę i kiedy oni imprezowali, spotykali się, a niejednokrotnie już nawet brali śluby, ja siedziałam z nosem w książce lub tłumaczyłam się wyimaginowanymi migrenami.
Byłam dzikusem i miałam tego pełną świadomość, choć ludzie z jakiegoś powodu mnie lubili. Nie rozumiałam tego, choć domyślałam się, że stał za tym mój uśmiech, cierpliwe słuchanie, jeśli już ktoś cokolwiek do mnie mówił. Byłam zwyczajnie zawsze miła i uczynna.
Swoją niechęć chowałam pod maską. Może nie tryskałam energią, ale cały mrok skrywałam głęboko w sercu. Moją wadą, a jednocześnie zaletą była szczerość. Jedni to doceniali, a inni, tak jak Pam, traktowali jako atak. Składałam się z tak wielu sprzeczności. Żyłam, jednocześnie nie robiąc nic ze swoim życiem. Nie miałam marzeń, bo umarły razem z moim bratem. Nie potrzebowałam pasji. Byłam zamkniętą staruszką w ciele młodej kobiety.
Telefon w mojej kieszeni zawibrował, a na wyświetlaczu pojawił się numer mojego taty, który miał lada chwila po mnie przyjechać, by zabrać mnie do domu.
- Tatuś - powiedziałam czule, bo on i mama byli jedynymi osobami, które naprawdę kochałam, i których straty bałam się najbardziej.
- Cześć, słoneczko - przywitał się ze mną, jak zawsze, wlewając w moje serce miłość. - Będę pod akademikiem za jakąś godzinę.
- Fantastycznie, zdążę się spakować, bo wczoraj nie miałam na to czasu.
Miałam, ale przez godzinę siedziałam i gapiłam się w walizkę wsuniętą pod łóżko. Poza tym nie chciałam, by Pam poznała moje plany. Wolałam odwlec ten moment, by nie wysłuchiwać jej przekonywań, że powinnam zostać i tu układać swoje życie.
Tylko że ja go nie chciałam układać. Jedyną moją potrzebą było pójście do pracy, wynajęcie mieszkania, by nie siedzieć rodzicom na głowie i przewegetować jakoś to moje nijakie życie.
- Jesteś tego pewna? - zapytał z dziwnym wahaniem.
- Powrotu? - Zdziwiłam się, bo zapowiadałam to już od bardzo dawna. Nie był to spontaniczny pomysł, bo takich nie miewałam. Lubiłam, kiedy moje życie było ułożone pod linijkę.
- Mhm - mruknął, jakby liczył, że zmienię zdanie.
- Niczego w życiu nie można być pewnym, dobrze o tym wiesz - powiedziałam nieco zbyt zgryźliwie.
- Ten kwas wyżre cię kiedyś od środka, zobaczysz - mruknął poirytowany.
- Tym lepiej. Ulżę sobie i całemu światu.
- Sunny... - Westchnął ciężko, ale tak zawsze wyglądały rozmowy ze mną.
- Nie potrafię się cieszyć niczym, tato. Chciałabym, ale od razu uderza we mnie myśl, że to nie w porządku wobec Milo. On też chciałby być tu ze mną. Móc śmiać się, uczyć, dojrzewać...
Urwałam, kiedy gorzkie łzy spłynęły mi do gardła. Myślałam, że po jakimś czasie się zwyczajnie kończą. Myliłam się. Wylewałam ich nocami ogrom, by w dzień założyć maskę i udawać, że wszystko jest w porządku.
- Chciałby też, żebyś ty żyła pełną piersią. Skarbie, minęło pięć lat. Czas ruszyć z miejsca, bo stracisz najlepsze chwile. Życie przesypuje ci się przez palce niczym piach.
Ta dyskusja nie miała sensu, a jednak rodzice za każdym razem próbowali w taki lub inny sposób na mnie wpłynąć. Walczyli, choć ja poddałam się już na starcie. Szukali przyczyny mojego zachowania. Zakładali depresję, którą każdy psychiatra wykluczał. Byłam zdrowa, a jednak moja dusza cierpiała, a ból rozrywał od środka.
Próbowałam zostawić to wszystko z tyłu, ale tęsknota i poczucie winy trzymały mnie w miejscu niczym ciężka, żelazna kula uczepiona u nogi.
- Może potrzebuję kolejnych pięciu lat? - zapytałam bardziej siebie niż jego.
- Niebawem będę - powiedział, ignorując moje rozterki i się rozłączył.
Znów zostałam sam na sam ze swoimi myślami i z wizją, że urażona Pam wparuje mi niebawem do pokoju.
Pakowałam się więc w pośpiechu. Na szczęście nie miałam wielu rzeczy. Zmieściły się w jeden, duży karton. Ubrania upchnęłam do walizki.
Nie posiadałam niepotrzebnych bibelotów. Jedynym towarzyszem przez te wszystkie lata był pluszowy piesek, którego podarował mi brat. Rodzice nigdy nie chcieli się zgodzić na zwierzaka, więc ofiarował mi jego pluszową wersję, mówiąc, że kiedyś jak się wyprowadzimy z domu, kupimy sobie dokładnie takiego psa jak ta zabawka.
Spojrzałam w świecące brązowe oczka i się uśmiechnęłam. Milo miał sto pomysłów na minutę i potrafił poprawić nastrój w chwilę. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych i był w stanie przeskoczyć każdy mur. Podczas gdy ja teraz ledwo robiłam krok do góry, by wspiąć się na kolejny stopień mojego życia.
Prawdą było, że bałam się każdego dnia. Nie lubiłam podejmować ryzyka, a za takie brałam nawet spotykanie się z facetami.
Cudem zrobiłam prawo jazdy, ale unikałam samotnej jazdy autem.
Tak bardzo bałam się śmierci, że właściwie przestałam żyć.
Byłam paradoksem.