W 1763 roku, w czasie ostatniej wojny, jaką prowadziły ze sobą
Anglja i Francja o posiadanie obszarów ciągnących się od źródeł
Hudsonu do wielkich jezior, rozegrały się wypadki, które opiszemy w
niniejszem opowiadaniu. Wojna trwała już trzy lata i zwycięstwo zaczęło przechylać się na
stronę francuzów. Wódz ich Montcalm wyruszył na czele znacznych sił
przeciw anglikom, w rękach których znajdowały się dwie fortece:
fort Edward i fort William. W pierwszym z nich stał dowódca wojsk
angielskich generał Webb na czele pięciu tysięcy żołnierzy, w
drugim stary szkocki weteran pułkownik Munro, mając pod swoim
dowództwem zaledwie jeden pułk piechoty. Gdy do uszu pułkownika Munro doszła wieść, że Montcalm na czele
swej armji ciągnie przeciw fortowi William, by zdobyć go i rozbić
rozproszonych anglików, wysłał gońca do fortu Edwarda, leżącego w
odległości kilku mil, z prośbą o pomoc. Indianin, którego szkocki pułkownik użył do tej misji, przebył
drogę pomiędzy fortami w ciągu dwu godzin, przedzierając się przez
gąszcz leśny, lecz dla kolumny wojska, którą Webb wysłał na odsiecz
zagrożonemu koledze, zmuszonej do marszu kiepską drogą leśną i
obciążonej taborem, droga ta równała się całodziennemu marszowi. W
obecności całego garnizonu wyruszył oddział, składający się z
tysiąca pięciuset żołnierzy, przy dźwiękach orkiestry z murów
forteczki i wkrótce znikł w leśnej gęstwinie. Przed blokhauzem, w którym mieściła się kwatera głównodowodzącego,
zgromadziła się grupka widzów, ciekawie przypatrujących się sześciu
wierzchowcom, które stały osiodłane, gotowe do drogi. Trzy z nich
były w bogatej uprzęży: jeden należał do oficera sztabowego, dwa
inne miały damskie siodła. Pozostałe trzy konie niosły na
grzbietach prowianty i były przeznaczone widocznie dla służby. Z gromady, otaczającej wejście do blokhauzu, wystąpił jakiś
człowiek i zbliżył się do służby, która stała przy koniach. Wygląd
tego człowieka zwracał ogólną uwagę; jego wielki wzrost i dziwaczne
ubranie stanowiły całość, której śmieszność trudno sobie wyobrazić.
Olbrzymia głowa osadzona była na cienkiej szyi ponad wąskiemi
ramionami. Ręce miał nadzwyczaj długie, chude o niezdarnych małych
dłoniach. Wysmukłe nogi zakończone były ogromnemi stopami. Ubiór
tej dziwnej postaci składał się z niebieskiego surdutu o krótkich
połach i szerokim kołnierzu, z pod którego sterczała cienka szyja,
oraz żółtych spodni, sięgających kolan; bawełniane pończochy
przymocowane były do łydek za pomocą brudnych białych wstążek.
Ciężkie buty dopełniały całości. Z kieszeni żółtej jedwabnej kamizelki, bardzo już zniszczonej,
wystawał instrument, który łatwo można było wziąć za jakąś
śmiercionośną broń. Z pod wąskiego stosowanego kapelusza wyglądała
poczciwa twarz i para pozbawionych wszelkiego wyrazu oczu. Głosem melodyjnym zaczął ów dziwak wymieniać wiek i zalety koni,
zwracając się do stojącego obok sługi, zbytnio tem nie przejmując
się, że nikt go nie słucha. Dopiero, gdy nie otrzymał odpowiedzi na
kilka pytań, spostrzegł ze zdziwieniem, że ów domniemany sługa jest
indjaninem, który jako łącznik pułkownika Munro przybył do fortu
Edwarda. Wygląd czerwonoskórego mógł nastraszyć nawet człowieka
obytego z dzikimi. Wzrok jego wyrażał dzikość i zaciętość; kolory
wojennego rysunku, jakiemi było pokryte jego ciało, mieszały się z
sobą, czyniąc jego twarz jeszcze straszniejszą. Ubiór miał
zniszczony, co należało przypisać trudom poprzedniego dnia; za
pasem tkwił nóż i tomahawk. W ciągu krótkiej chwili jego zimne spojrzenie spoczęło na twarzy
dziwaka, poczem odwrócił się do niego plecami i zapatrzył w dal. W tej chwili drzwi blokhauzu otworzyły się i na dziedziniec wyszły
dwie damy w towarzystwie generała i młodego oficera. Oficer pomógł
swym towarzyszkom dosiąść koni. Młodsza z nich zarzuciła wualkę na
rondo swego podróżnego kapelusza, odsłaniając twarz pełną słodyczy
i wdzięku, otoczoną złotemi lokami. Widzowie mogli zauważyć, jak
podziękowała młodemu oficerowi miłym uśmiechem za okazaną pomoc.
Twarz drugiej ukryta była gęstą wualką, ale postać jej zdradzała,
że była o kilka lat starsza. Wszyscy troje dosiedli koni, pożegnali grzecznie generała i mała
karawana ruszyła w drogę. W tej chwili obok pań przemknęła jak cień
postać indjanina, który wysuwał się na czoło pochodu, aby prowadzić
go poprzez gąszcze leśne. To nagłe pojawienie się przewodnika
wywołało ze strony młodszej damy lekki okrzyk strachu. Starsza
zachowała milczenie ale uniosła nieco wualki i spojrzała na
czerwonoskórego swemi ciemnemi oczami, w których odbijał się
jednocześnie lęk i zaciekawienie. Chwila ta wystarczyła, aby móc
zauważyć jej piękne oblicze, ocienione gęstemi, czarnemi
warkoczami. Młode damy były córkami pułkownika Munro i udawały się pod opieką
majora Dunkana Haywarda, który był narzeczonym młodszej, do domu
ojca w forcie Williama. Narzeczona majora miała na imię Alicja,
starsza z sióstr - Kora. - Czy w puszczy można zobaczyć wiele takich postaci, czy też
sprowadził pan tego upiora wyłącznie dla naszej rozrywki? - spytała
Alicja żartobliwym tonem, w którym można było jednak wyczuć strach. - Indjanin jest gońcem i należy do naszej armii - odpowiedział
oficer. - Zna on wszystkie ścieżki w puszczy i zaofiarował się
doprowadzić nas najkrótszą drogą do fortu, przez co zaoszczędzimy
wiele czasu i przybędziemy przed kolumną wysłaną przez generała
Webba. - Nie podoba mi się ten dziki - odpowiedziała Alicja. - Czy znasz
go, Dunkanie i czy jesteś pewien, że można mu zaufać? - Znam go - odpowiedział major - inaczej nie powierzyłbym mu pań.
Jest to kanadyjczyk, który przeszedł na naszą stronę. Ojciec pań
zna go również; jeśli się nie mylę, miał on z nim jakiś zatarg.
Pułkownik ukarał go nawet zbyt surowo i traktuje niechętnie. - Wobec tego, jeszcze mniej podoba mi się - wykrzyknęła
dziewczyna. - Przemów do niego, gdyż jak wiesz, oceniam ludzi
według dźwięku ich głosu. - Trudno go będzie zmusić do mówienia, Alicjo. Zna zapewne nieco
angielski, ale jak wszyscy czerwoni nie lubi posługiwać się naszym
językiem i będzie udawał, że nic nie rozumie. Właśnie przystanął i
czeka na nas. Widocznie tutaj zbacza nasza droga z traktu. Istotnie, gdy zbliżyli się do indjanina, ten wskazał podróżnym
ścieżkę leśną, która ginęła w gęstwinie i była tak wąska, że
szerokość jej wystarczała zaledwie na jednego jeźdźca. - Więc to jest nasza droga - powiedział do sióstr major. - Proszę
nie okazywać braku zaufania, gdyż mogłoby to źle wpłynąć na
dzikiego. - Czy nie sądzisz, Koro, - spytała Alicja - że lepiejby było
pozostać na trakcie i udać się razem z oddziałem, chociaż droga
byłaby przez to dłuższa i mniej wygodna? - Dlaczego nie ufasz temu człowiekowi? spytała spokojnie Kora. -
Jeśli jego skóra ma inny kolor niż nasza, nie znaczy to przecież,
aby nie był uczciwy. Alicja nie sprzeciwiała się więcej i uderzywszy swego konia
szpicrutą, pierwsza ruszyła wąską ścieżką, wślad za indjaniniem.
Dunkan i Kora pośpieszyli za nią, służba zaś, która prowadziła
juczne konie, pozostała na trakcie, podążając za pułkiem. Podział
ten nastąpił za radą przewodnika, który tłomaczył, że tym sposobem
uniknie się zbyt wielu śladów. Około dziesięciu minut musieli podróżni przebijać się przez
gęstwinę, jadąc gęsiego, poczem poszycie zaczęło się przerzedzać,
pozwalając na szybsze ruchy i jazdę parami. Dunkan miał właśnie
rozpocząć rozmowę z Korą, gdy nagle do uszu jego dobiegł odgłos
kopyt końskich, zmuszając go do zatrzymania się i obejrzenia. W
ślady majora poszły obie panie, zatrzymując swoje wierzchowce. Po chwili na ścieżce, którą właśnie opuścili, ukazał się dziwaczny
jeździec na chudej szkapie. Major poznał natychmiast owego dziwaka,
który był obecny przy odjeździe z fortu; Alicja nie była w stanie
powstrzymać wybuchu wesołości na widok śmiesznej figury, która
potrafiła wywołać uśmiech nawet na poważnych i pięknych ustach
Kory. - Czy pan tu kogoś szuka? - spytał nowoprzybyłego Heyward, gdy ten
zbliżył się do towarzystwa. - Nie przynosi pan żadnych złych
wiadomości, mam nadzieję? - Oczywiście - odpowiedział zagadnięty, zdejmując trójgraniasty
kapelusz, niewiadomo czy dla ukłonu, czy też aby ochłodzić się po
szybkiej jeździe. - Słyszałem, - dodał - że udajecie się państwo do
fortu Williama, i pomyślałem sobie, że dobre towarzystwo w podróży
w tych niespokojnych czasach jest rzeczą wcale nie do pogardzenia. - Jeśli dąży pan do fortu - odpowiedział oficer, mało zachwycony
propozycją dziwaka - to lepiejby pan zrobił, jadąc traktem. - Oczywiście; w forcie Edwarda poinformowałem się dokładnie o
drodze. Ale człowiekowi mego zawodu nie wypada zbliżać się do tych,
których nauczycielem ma zostać niebawem. Dlatego też wybrałem
pańskie szanowne towarzystwo, będąc zresztą pewien, że człowiek na
takiem jak pan stanowisku zna doskonale drogę. - Jest nam niezmiernie miło, że raczył pan wybrać nasze
towarzystwo - odpowiedział major. - Ale jakież jest pańskie
stanowisko i zawód, o których pan mówił przed chwilą? Czy nie jest
pan przypadkiem fechtmistrzem lub kartografem? - Nie, panie - odpowiedział uroczyście nieznajomy - nie znam się
na żadnej innej sztuce, poza spiewem bożym. Składam modły
dziękczynne w formie pięknych psalmów u stóp Najwyższego. - Człowiek ten zaczyna mi się podobać - powiedziała Alicja. - Nie
patrz nań ponuro, Dunkanie, biorę go pod swoją opiekę, gdyż muzyka
i wszystko, co do niej należy, znajdzie we mnie zawsze protektora. Major nie mógł odmówić prośbie swej narzeczonej i dawszy koniowi
ostrogi, podjechał do Kory, która, nie czekając na ukończenie
rozmowy, ruszyła w dalszą drogę, podczas gdy Alicja rozpoczęła
pogawędkę ze śpiewakiem. - Cieszę się - powiedziała młoda dziewczyna - że odnalazł nas pan.
Sama cenię szlachetną sztukę śpiewu i uprawiam ją z przyjemnością.
Myślę, że skrócimy sobie pieśnią czas i uprzyjemnimy drogę. - Nie znam niczego, coby więcej odświeżało ciało i duszę, niż
pieśń - odpowiedział śpiewak, wyciągając jednocześnie z kieszeni
książeczkę z psalmami. Poczem nałożył na nos okulary, wydobył z
kamizelki tajemniczy instrument, który opisaliśmy na początku
naszej znajomości, przyłożył go do ust, wydobył z niego ostry ton i
zaczął śpiewać jeden z psalmów głosem pięknym i pełnym. Śpiewowi
towarzyszyły płynne ruchy rąk, które widocznie nabył podczas swej
wieloletniej pracy pedagogicznej. Gdy indjanin, idący na czele, usłyszał niespodziewany koncert,
zbliżył się szybko do majora i w łamanej angielszczyźnie powiedział
mu kilka słów, wskazując na śpiewaka. - Bardzo mi przykro - odezwał się Dunkan do swej narzeczonej, gdy
ta wraz z dziwakiem zbliżyła się do niego - ale muszę przerwać ci
zabawę. Zwykła ostrożność wymaga, abyśmy możliwie jaknajciszej
odbywali swą podróż przez puszczę, choć w tej chwili nie grozi nam
żadne niebezpieczeństwo. Muszę więc stanowczo poprosić naszego
mistrza, aby zechciał przerwać swój popis. Przy bardziej
sprzyjających okolicznościach skorzystamy, oczywiście, z jego
talentu i chętnie posłuchamy pięknego śpiewu. Podczas, gdy to mówił, wydało mu się, że z gęstwiny pobliskiego
krzewu patrzy na niego para błyszczących oczu indjanina. Gdy jednak
spojrzał na przewodnika i przekonał się, że ten podąża spokojnie
dalej, uspokoił się natychmiast, tłomacząc sobie, że to, co wziął
za oko dzikiego, było jedynie jakąś jagodą. A przecież spojrzenie nie myliło go. Ledwie mała karawana odaliła
się nieco, gdy zpomiędzy krzewów wyszedł na ścieżkę indjanin, twarz
którego zdobił okropny rysunek wojenny i z triumfalnym uśmiechem
spojrzał na oddalających się jeźdźców.