Wstęp
Wrzesień 1941 r. Od dwóch lat w Europie szaleje wojna, rozpoczęta
agresją hitlerowskich Niemiec na osamotnioną Polskę. Następnie działania
wojenne przeniosły się na zachód, a od dwóch miesięcy trwał już najazd
na Związek Radziecki, który prowadził ciężkie walki obronne.
Tokijska rezydencja premiera Japonii księcia Konoe, do której przybył
zaprzyjaźniony z nim admirał Isoroku Yamamoto, wydawała się w tamtych
dramatycznych miesiącach cichą oazą, gdzie czas jakby zatrzymał się w miejscu. Położony w przestronnym parku, pośród subtropikalnej zieleni,
biały pałacyk robił wrażenie nierealnego. Kontrastował z rozgardiaszem
przeciągających ulicami Tokio tłumów, których burzliwe demonstracje,
podsycane przez stronnictwo wojny, przybierały już w tym czasie formę
zaślepionej, zbiorowej ekstazy.
Książę Konoe, nawet w domowym zaciszu w nienagannie skrojonym smokingu i muszce, z przystrzyżonym z angielska wąsem na urodziwej twarzy,
upodabniającym go do arbitra elegancji z przeciwnej strony globu,
brytyjskiego ministra Edena, z powagą przyglądał się przyniesionej przez
Yamamoto i rozłożonej na niskim stole mapie. Rozmowa dotyczyła sprawy
najwyższej wagi - zachowania przez Japonię neutralności i pokoju albo
też przystąpienia do wojny. Premier już od dawna miał w tej kwestii
skrystalizowany pogląd.
- Cesarstwo nie powinno jeszcze w tej chwili angażować się bez reszty po
stronie państw osi - mówił spokojnym, nieco monotonnym głosem, zbliżając
od czasu do czasu do ust koronkową chusteczkę. Od paru dni trapił go
jakiś męczący kaszel. - Polityka neutralności - kontynuował premier -
pozwoliłaby zachować rolę języczka u wagi. W odpowiednim momencie
wyzyskamy osłabienie obu przeciwników na potęgę i chwałę Nipponu.
Głosimy hasła "Azji dla Azjatów" i "Azjatyckiej Strefy Rozkwitu", które
nie są tylko czczymi frazesami. Przyjdzie czas, a poruszymy miliony
Azjatów. Obrócimy ich całą nienawiść przeciwko białym, zamorskim
diabłom. Teraz jednak mamy jeszcze przed sobą wojnę z Chinami. Ich
małoduszni, nieudolni przywódcy, popierani przez obce państwa, a tym
bardziej ciemne masy kulisów, nie dadzą się pozyskać dla naszych
wspaniałych idei. Dopiero gdy narzucimy im nasz nowy ład i porządek,
będziemy mogli wyzyskać ten niewyczerpany rezerwuar energii. Ale czy
zdołam o tym przekonać dowódców armii? Przecież militarne sukcesy w Chinach zupełnie odebrały im zdolność myślenia i chcą już w tej chwili
rozszerzyć wojnę na inne teatry działania. Jestem niestety, bezsilny, a i sam cesarz ulega ich wpływom.
- Mogę więc stąd wysnuć tylko jeden logiczny wniosek. Czy pan także
uważa, iż wojna jest w tej sytuacji nieunikniona? - spytał Yamamoto.
Konoe nie odpowiedział. Uniósł się z fotela i sięgnął po leżący na półce
tom poezji cesarza Meiji, z którym się nie rozstawał. Wertował kartki,
jak gdyby miał nadzieję znaleźć w nim odpowiedź na pytanie, jakie będą
dalsze losy Japonii.
- Jeżeli mimo wszystko będę musiał walczyć - w głosie Yamamoto
zabrzmiały teraz chrapliwe, ostro artykułowane dźwięki - to muszę
pokonać przeciwnika w ciągu sześciu miesięcy. Najwyżej... w ciągu
jednego roku. Nie mógłbym wziąć na siebie odpowiedzialności dwuletniej
wojny z Ameryką. Jestem nadal przeciwko pochopnemu wiązaniu się z Niemcami i Włochami, ale już chyba jest za późno...
Yamamoto pożegnał premiera ceremonialnym ukłonem i skierował się ku
wyjściu. Oczekujący przed pałacową bramą wojskowy "łazik" odwiózł go do
portu, gdzie stał na redzie jego okręt flagowy "Yamato". Przebywał na
nim już od kilku miesięcy, z rzadka tylko schodząc na ląd.
Kim w istocie był ów admirał, wiernie służący japońskiemu
imperializmowi, otoczony w kraju przywiązaniem i czcią niemalże równymi
tym, jakie okazywano "boskiemu" cesarzowi, a znienawidzony przez
przeciwników?
Jak doszedł do jednej z kluczowych pozycji w siłach zbrojnych i w państwie, które przez kilkanaście lat, bo już od 1931 r. aż do
bezwarunkowej kapitulacji w sierpniu 1945 r. prowadziło politykę
podbojów, ekspansji, okrutnego terroru i wyzysku na okupowanych przez
siebie rozległych terytoriach azjatyckiego kontynentu?
4 kwietnia 1884 r. w małej japońskiej wiosce o długiej nazwie Kushigun
Sonshomura urodził się chłopiec. Jego ojciec, miejscowy nauczyciel
Sadakichi Takano, nie uważał widocznie tego wydarzenia za szczególnie
ważne, gdyż dopiero po kilku tygodniach odnotował datę urodzin piątego
syna (a szóstego dziecka) w swym starannie prowadzonym dzienniku.
"Ukończyłem akurat w tym dniu 56 lat, więc nazwijcie go Pięćdziesiąt
Sześć" - zapisał krótko. W ten sposób późniejszy naczelny dowódca
japońskiej floty otrzymał imię "Isoroku", co w jego ojczystym języku
znaczyło "56".
Dopiero gdy chłopiec podrósł, zaczęto mu poświęcać więcej uwagi. Jako
najmłodszy, stał się oczkiem w głowie rodziny. Rozmiłowany w historii
ojciec opowiadał mu dzieje ich rodu - Echigo, należącego do starożytnego
klanu samurajów. Przodkowie Isoroku nie byli pokornymi wasalami. Na
skutek konfliktów z cesarzem Meiji wielu z nich straciło życie i majątki, zaś zawód jego ojca, wiejskiego nauczyciela, nie był ani
szanowany, ani intratny. Dom Isoroku był najlichszy w całej okolicy, a matka musiała prząść, tkać i barwić płótno, aby pomóc w utrzymaniu
wielodzietnej rodziny. Nawet zimą dzieci biegały w ufarbowanych na
niebiesko cienkich kimonach i sandałach ze słomy.
W parę lat po przyjściu na świat najmłodszego dziecka Sadakichi Takano
przeniósł się z rodziną do Nagaoka - niewielkiej osady portowej na
zachodnim wybrzeżu. Kiedy w miasteczku założono szkołę średnią, rodzice
dwunastoletniego wówczas Isoroku, odejmując sobie od ust, posłali do
niej syna. Wtedy właśnie chłopiec po raz pierwszy zobaczył białego
człowieka - był nim amerykański misjonarz, który uczył języka
angielskiego.
W wyspiarskiej Japonii znaczna część, jeżeli nie większość, ludności już
za młodu zawiera znajomość z morzem. Podobnie było z Isoroku, który
wyprawiał się z rybakami na połowy makreli, ośmiornic czy ryb mieczy.
Już w szkole zetknął się z wojskiem - ćwiczono z uczniami długie marsze
i podchody, stosując zasadę: im gorsza pogoda, tym dłuższy marsz.
Największą zaś radość sprawiały Isoroku i jego kolegom manewry wojsk
przyjeżdżających tu co roku z głębi kraju na ćwiczenia poligonowe.
Również co roku przeprowadzano w szkołach średnich wielkie "manewry"
uczniów. Uczestniczyła w nich cała młodzież męska okręgu nadmorskiego,
którą dzielono na "dywizje", "pułki" itd. Ćwiczeniami kierowali zawodowi
oficerowie armii. Młodzi chłopcy otrzymywali stare karabiny maszynowe i ręczne, wysłużone działa polowe oraz sprzęt telefoniczny. Kopano
transzeje, strzelano ślepą amunicją, ćwiczono walkę na bagnety. Isoroku
zapalił się też do sportu i ćwiczeń lekkoatletycznych, które właśnie -
jako amerykańskie "nowinki" - zaczęły się w Japonii rozpowszechniać.
Po ukończeniu 15 lat Isoroku postanowił wstąpić do szkoły marynarki
wojennej. Kandydatów do niej poszukiwali podróżujący po całym kraju
oficerowie cesarskiej floty.
Kiedy w II połowie XIX wieku Japonia zaczęła tworzyć flotę wojenną,
państwom zachodnim nawet się nie śniło, aby mogła ona im kiedykolwiek
zagrozić. Cesarska marynarka rozpoczęła swoją karierę, mając do
dyspozycji jeden holenderski parowiec kołowy uzbrojony w sześć starych
armat i jacht angielski z czterema działami na pokładzie. Później
doszedł do nich zakupiony w Ameryce stary, słabo opancerzony okręt
"Stonewall Jackson". Stany Zjednoczone przyjęły też kilku Japończyków do
akademii morskiej w Annapolis.
Pod koniec lat sześćdziesiątych inżynierowie francuscy pomogli
Japończykom zbudować stocznię w Jokosuka (ok. 40 km od Jokohamy).
Jednakże gwałtowna rozbudowa floty rozpoczęła się w kilka lat później,
kiedy admirał Douglas i trzydziestu kilku brytyjskich specjalistów
zorganizowało w Tokio akademię morską (przeniesioną następnie na wyspę
Etajima, niedaleko Hiroszimy). Odtąd rozbudowie japońskiej floty
nadawali ton Anglicy. Obyczaje angielskie stały się swego rodzaju
snobizmem w japońskiej marynarce. Doszło do tego, że internat szkoły
morskiej na wyspie Etajima wzniesiono według angielskiego wzoru. I to z cegieł... specjalnie sprowadzonych z Anglii,
Około 1900 r. japońska flota wojenna powiększała się w tempie, które
ustępowało jedynie brytyjskiemu. W pierwszych latach XX w. liczyła już
76 okrętów wojennych, w tym wielki zespół pancerników.
W akademii morskiej
W tym właśnie czasie 15-letni Isoroku Sadakichi zdał konkursowy egzamin
i rozpoczął trwające cztery lata studia w akademii morskiej Etajima.
Warunki tam panujące można określić jako spartańskie: kadetom nie wolno
było pić, palić, jeść słodyczy ani też spotykać się z dziewczętami.
Życie tych szkolonych w klasztornych warunkach chłopców miało być odtąd
poświęcone wyłącznie służbie ku chwale boskiego cesarza i ojczyzny -
Nipponu. Kadeci zawsze maszerowali - nawet z szatni na kort tenisowy, a salutowanie było tak rygorystyczne, że przerywano np. grę w tenisa, aby
pozdrowić przechodzącego obok podoficera.
Latem każdy z kadetów codziennie spędzał trzy godziny na pływaniu. Na
zakończenie pierwszego roku studiów urządzano buntai - długodystansowe
pływanie w szykach zwartych, całymi batalionami. Trzeba było przepłynąć
kilka kilometrów, a oficerowie i podoficerowie na łodziach nadzorowali
idealne równanie. Tych, którzy wyraźnie zaczynali tonąć, wyciągano na
łodzie. Po każdym takim buntai około dziesięciu procent elewów
zwalniano z akademii ze względu na niedostateczną sprawność fizyczną.
Po trzech latach spędzonych w szkole elewi odbywali roczną praktykę na
żaglowcach. Dewizą tego szkolenia było poznać przede wszystkim morze, a później nowoczesne okręty.
Myliłby się jednak ktoś, kto chciałby te wyjątkowo surowe metody
szkolenia przypisać szczególnej mentalności Japończyków. Marynarka
japońska przejęła je żywcem od swej mistrzyni i nauczycielki -
brytyjskiej Royal Navy.
Isoroku, który z siódmą lokatą ukończył akademię i otrzymał patent
oficerski, nie spodziewał się zapewne, że czeka go już niedługo jeszcze
surowszy sprawdzian. Wojna z carską Rosją wisiała w tym czasie na
włosku, a sztaby japońskiej armii lądowej i floty pracowały już na
pełnych obrotach. Prawie dokładnie w 300 lat po fiasku pierwszej
wielkiej inwazji na Koreę państwo "boskiego tenno" zdecydowało się na
podjęcie kolejnej wyprawy na kontynent, tyle że na daleko większą skalę.
Zresztą i państwa zachodnie świeciły w tym względzie przykładem: w ciągu
całego XIX wieku triumfował rozbójniczy militaryzm. Rosły w potęgę
imperia kolonialne Anglii, Francji, Holandii. Dołączyła do nich
zjednoczona w 1871 r. przez Bismarcka Rzesza Niemiecka, wskutek
"opóźnienia" w grabieży i podziale świata szczególnie agresywna. Teraz
zaś pojawił się jeszcze jeden konkurent i pretendent do pozycji
mocarstwa - prężny, fanatyczny, zdecydowany na wszystko. Rychło też
pokazał swe pazury, uderzając w 1904 roku bez uprzedzenia na Rosję.
Rosyjski okręt "Wariag", bezpiecznie stojący w koreańskim porcie
Czemulpo, został nagle zaatakowany przez okręty japońskiego admirała
Uriu, które bezceremonialnie wtargnęły na koreańskie wody terytorialne.
Dowódca "Wariaga" wezwał inne cudzoziemskie okręty do wspólnego
przeciwstawienia się napastnikowi, jednakże dowódca amerykańskiego
krążownika "Vicksburg", zresztą zgodnie z projapońskim w tym czasie
nastawieniem rządu Stanów Zjednoczonych, był przeciwny tej akcji. Okręty
admirała Uriu zatopiły "Wariaga" i wysadziły desant na wybrzeżu Korei.
Japończycy zrobili w ten sposób pierwszy krok na drodze do swych
późniejszych podbojów w Azji. Terenem, na którym zderzyły się ze sobą
dwa imperializmy: carskiej Rosji i państwa mikado, stała się Mandżuria.
W lutym 1904 r. japońskie niszczyciele przypuściły zaskakujący, nocny
atak na rosyjską bazę morską w Port Artur. Zatopiły jeden krążownik i uszkodziły trzy okręty liniowe. Dowodzący flotą japońską admirał Togo
zablokował Port Artur, starając się sprowokować rosyjskie okręty do
wyjścia w morze i przyjęcia bitwy.
Wtedy właśnie świeżo upieczony oficer japońskiej marynarki Isoroku
został przydzielony na krążownik "Nisshiu" osłaniający flagowy okręt
admirała Togo - "Mikasa". Młody oficer miał doskonałą okazję zapoznania
się ze sztuką operacyjną Togo, jednego z najzdolniejszych admirałów i taktyków wojny morskiej.
Aby złamać blokadę Port Artur, wyruszyła z Bałtyku rosyjska "wielka
armada" składająca się z kilkudziesięciu okrętów. Po siedmiu miesiącach,
opływając cały kontynent afrykański, zmierzyła się z flotą japońską w cieśninach Cuszimy. Poniosła tam, jak wiadomo, klęskę.
W czasie bitwy Isoroku został raniony w nogę i lewą dłoń, tracąc dwa
palce. Po dwóch miesiącach pobytu w szpitalu i krótkim urlopie wrócił na
okręt już jako oficer, który ma za sobą chrzest ognia.
Następne lata, aż do wybuchu I wojny światowej w 1914 r., wypełnia mu
dość monotonna służba zawodowego oficera marynarki, której jedyną
atrakcją są dalekie rejsy ćwiczebne i wizyty kurtuazyjne w obcych
portach i krajach: w Chinach, Australii, Stanach Zjednoczonych. Kiedy w 1913 r. zmarli jego rodzice, 29-letni Isoroku, zgodnie ze starym
japońskim zwyczajem, został adoptowany przez bogatą i znaną rodzinę.
Nosi odtąd nazwisko - Yamamoto.
Pilny student Harvardu i dyplomata
Japońska marynarka w latach I wojny światowej nie brała udziału w wielkich operacjach morskich po stronie swych sojuszników z ententy,
Anglii i Francji, ani też - do niedawna wrogiej - carskiej Rosji. Rząd
japoński mógł więc skoncentrować uwagę na rozbudowie floty i doskonaleniu jej kadr oficerskich. Yamamoto, wybijający się, energiczny
oficer, który wiele czasu poświęcał na samokształcenie i stronił od
alkoholu - zwrócił na siebie uwagę głównego sztabu marynarki. Awansowany
w 1916 r. do stopnia komandora porucznika, został odkomenderowany na
dwuletnie studia do Stanów Zjednoczonych. Wstąpił na Uniwersytet
Harvarda, aby studiować ekonomię, a zwłaszcza kwestię paliw płynnych.
Czym zaś są one dla marynarki wojennej, nie trzeba dodatkowo
wyjaśniać...
Yamamoto okazał się pilnym studentem. Znajdował przy tym jeszcze dość
czasu, aby osobiście poznawać ważniejsze ośrodki wydobycia ropy naftowej
w Stanach Zjednoczonych i w Meksyku. Wreszcie władze meksykańskie
zwróciły uwagę na nadmiernie interesującego się terenami roponośnymi
"turystę". Wysłały pismo do ambasady japońskiej w Waszyngtonie, żądając
bliższych danych o Yamamoto. Ambasada oczywiście odpowiedziała, że jest
on spokojnym stypendystą rządu japońskiego, który studiuje ekonomię.
Jednocześnie zwrócono studentowi uwagę, że powinien działać ostrożniej.
Były to jeszcze czasy, kiedy pojęcie szpiegostwa ograniczano do spraw
ściśle wojskowych, a pojęcie wywiadu gospodarczego było prawie nieznane.
Yamamoto mógł więc legalnie gromadzić informacje dla dowództwa
japońskiej marynarki, ba, publikował nawet naukowe artykuły na temat
paliw płynnych w pismach amerykańskich. Otrzymał też kilka ofert od
różnych firm, proponujących mu pracę w charakterze eksperta. Wszystko to
działo się w latach 1916-1917, kiedy w Europie toczyła się wyniszczająca
wojna.
Przebywający w Ameryce Yamamoto miał także inne, nieoficjalne zadania.
Interesował się zwłaszcza rodzajem broni, który na froncie zachodnim, we
Francji, zaczął odgrywać coraz większą rolę - lotnictwem wojskowym. Jako
oficera marynarki, interesowały go próby połączenia okrętu z samolotem,
a więc idea lotniskowca. Studiował wszystkie podejmowane za granicą
próby lądowania na pokładzie okrętu i startu przy użyciu katapult.
Kiedy pod koniec wojny, we wrześniu 1918 r., Anglicy zbudowali pierwszy
lotniskowiec, zainteresowanie Yamamoto doszło do zenitu. Jednocześnie
ustalił, że Amerykanie nie zajmują się zbytnio tymi sprawami. Dopiero w kilka lat po wojnie zbudowano w Stanach Zjednoczonych dwa nowoczesne jak
na owe czasy lotniskowce - "Lexington" i "Saratoga" - pierwszy zaś
japoński lotniskowiec powstał już w roku 1923, a w 1927 r. było ich już
cztery. Inne budowane w tym czasie okręty japońskie, uzbrojone w podwójnie sprzężone działa 5-calowe, były nowocześniejsze i szybsze od
amerykańskich czy brytyjskich.
Po powrocie z Ameryki Yamamoto awansował do stopnia komandora, a w 1923
r. powierzono mu odpowiedzialne stanowisko dowódcze - komendanta nowo
utworzonego ośrodka szkolenia japońskiego lotnictwa morskiego w Kasumigaura. Podobnie jak akademia morska, również ten ośrodek
zorganizowany został na modłę angielską. Wzorowano się tu na ośrodku
Royal Air Force w Cranwell (hrabstwo Lincolnshire), uchodzącym wówczas
za jeden z najlepszych w świecie.
Komandor Yamamoto, doświadczony oficer marynarki, nie znał w praktyce
techniki latania. Mimo że dobiegał czterdziestki, przeszedł normalny
kurs i zdał z drugą lokatą egzamin pilota. Odtąd mógł występować wobec
pilotów nie tylko jako zwierzchnik, ale i kolega po fachu.
W Japonii, podobnie jak i w innych krajach, piloci uważali siebie w tej
pionierskiej erze lotnictwa za osoby w rodzaju artystów, których nie
dotyczą rygory, obowiązujące np. piechurów, artylerzystów czy marynarzy.
Yamamoto zastał w powierzonym mu ośrodku długowłosych, niedbale i fantazyjnie ubranych młodzieńców, nieinteresujących się niczym poza
lataniem, grą w shogi (japońskie warcaby), alkoholem i kobietami. Jego
rozkaz, aby obcięli włosy na krótko i doprowadzili do porządku ubiór,
wywołał coś w rodzaju rewolty. Wkrótce jednak dowódca potrafił znaleźć
wspólny język z pilotami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki