Ostatni lot admirała - Witold Kurpis

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wrze­sień 1941 r. Od dwóch lat w Euro­pie sza­leje wojna, roz­po­częta agre­sją hitle­row­skich Nie­miec na osa­mot­nioną Pol­skę. Następ­nie dzia­ła­nia wojenne prze­nio­sły się na zachód, a od dwóch mie­sięcy trwał już najazd na Zwią­zek Radziecki, który pro­wa­dził cięż­kie walki obronne.

Tokij­ska rezy­den­cja pre­miera Japo­nii księ­cia Konoe, do któ­rej przy­był zaprzy­jaź­niony z nim admi­rał Iso­roku Yama­moto, wyda­wała się w tam­tych dra­ma­tycz­nych mie­sią­cach cichą oazą, gdzie czas jakby zatrzy­mał się w miej­scu. Poło­żony w prze­stron­nym parku, pośród sub­tro­pi­kal­nej zie­leni, biały pała­cyk robił wra­że­nie nie­re­al­nego. Kon­tra­sto­wał z roz­gar­dia­szem prze­cią­ga­ją­cych uli­cami Tokio tłu­mów, któ­rych burz­liwe demon­stra­cje, pod­sy­cane przez stron­nic­two wojny, przy­bie­rały już w tym cza­sie formę zaśle­pio­nej, zbio­ro­wej eks­tazy.

Książę Konoe, nawet w domo­wym zaci­szu w nie­na­gan­nie skro­jo­nym smo­kingu i muszce, z przy­strzy­żo­nym z angiel­ska wąsem na uro­dzi­wej twa­rzy, upo­dab­nia­ją­cym go do arbi­tra ele­gan­cji z prze­ciw­nej strony globu, bry­tyj­skiego mini­stra Edena, z powagą przy­glą­dał się przy­nie­sio­nej przez Yama­moto i roz­ło­żo­nej na niskim stole mapie. Roz­mowa doty­czyła sprawy naj­wyż­szej wagi - zacho­wa­nia przez Japo­nię neu­tral­no­ści i pokoju albo też przy­stą­pie­nia do wojny. Pre­mier już od dawna miał w tej kwe­stii skry­sta­li­zo­wany pogląd.

- Cesar­stwo nie powinno jesz­cze w tej chwili anga­żo­wać się bez reszty po stro­nie państw osi - mówił spo­koj­nym, nieco mono­ton­nym gło­sem, zbli­ża­jąc od czasu do czasu do ust koron­kową chu­s­teczkę. Od paru dni tra­pił go jakiś męczący kaszel. - Poli­tyka neu­tral­no­ści - kon­ty­nu­ował pre­mier - pozwo­li­łaby zacho­wać rolę języczka u wagi. W odpo­wied­nim momen­cie wyzy­skamy osła­bie­nie obu prze­ciw­ni­ków na potęgę i chwałę Nip­ponu. Gło­simy hasła "Azji dla Azja­tów" i "Azja­tyc­kiej Strefy Roz­kwitu", które nie są tylko czczymi fra­ze­sami. Przyj­dzie czas, a poru­szymy miliony Azja­tów. Obró­cimy ich całą nie­na­wiść prze­ciwko bia­łym, zamor­skim dia­błom. Teraz jed­nak mamy jesz­cze przed sobą wojnę z Chi­nami. Ich mało­duszni, nie­udolni przy­wódcy, popie­rani przez obce pań­stwa, a tym bar­dziej ciemne masy kuli­sów, nie dadzą się pozy­skać dla naszych wspa­nia­łych idei. Dopiero gdy narzu­cimy im nasz nowy ład i porzą­dek, będziemy mogli wyzy­skać ten nie­wy­czer­pany rezer­wuar ener­gii. Ale czy zdo­łam o tym prze­ko­nać dowód­ców armii? Prze­cież mili­tarne suk­cesy w Chi­nach zupeł­nie ode­brały im zdol­ność myśle­nia i chcą już w tej chwili roz­sze­rzyć wojnę na inne teatry dzia­ła­nia. Jestem nie­stety, bez­silny, a i sam cesarz ulega ich wpły­wom.

- Mogę więc stąd wysnuć tylko jeden logiczny wnio­sek. Czy pan także uważa, iż wojna jest w tej sytu­acji nie­unik­niona? - spy­tał Yama­moto.

Konoe nie odpo­wie­dział. Uniósł się z fotela i się­gnął po leżący na półce tom poezji cesa­rza Meiji, z któ­rym się nie roz­sta­wał. Wer­to­wał kartki, jak gdyby miał nadzieję zna­leźć w nim odpo­wiedź na pyta­nie, jakie będą dal­sze losy Japo­nii.

- Jeżeli mimo wszystko będę musiał wal­czyć - w gło­sie Yama­moto zabrzmiały teraz chra­pliwe, ostro arty­ku­ło­wane dźwięki - to muszę poko­nać prze­ciw­nika w ciągu sze­ściu mie­sięcy. Naj­wy­żej... w ciągu jed­nego roku. Nie mógł­bym wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści dwu­let­niej wojny z Ame­ryką. Jestem na­dal prze­ciwko pochop­nemu wią­za­niu się z Niem­cami i Wło­chami, ale już chyba jest za późno...

Yama­moto poże­gnał pre­miera cere­mo­nial­nym ukło­nem i skie­ro­wał się ku wyj­ściu. Ocze­ku­jący przed pała­cową bramą woj­skowy "łazik" odwiózł go do portu, gdzie stał na redzie jego okręt fla­gowy "Yamato". Prze­by­wał na nim już od kilku mie­sięcy, z rzadka tylko scho­dząc na ląd.

Kim w isto­cie był ów admi­rał, wier­nie słu­żący japoń­skiemu impe­ria­li­zmowi, oto­czony w kraju przy­wią­za­niem i czcią nie­malże rów­nymi tym, jakie oka­zy­wano "boskiemu" cesa­rzowi, a znie­na­wi­dzony przez prze­ciw­ni­ków?

Jak doszedł do jed­nej z klu­czo­wych pozy­cji w siłach zbroj­nych i w pań­stwie, które przez kil­ka­na­ście lat, bo już od 1931 r. aż do bez­wa­run­ko­wej kapi­tu­la­cji w sierp­niu 1945 r. pro­wa­dziło poli­tykę pod­bo­jów, eks­pan­sji, okrut­nego ter­roru i wyzy­sku na oku­po­wa­nych przez sie­bie roz­le­głych tery­to­riach azja­tyc­kiego kon­ty­nentu?

4 kwiet­nia 1884 r. w małej japoń­skiej wio­sce o dłu­giej nazwie Kushi­gun Son­sho­mura uro­dził się chło­piec. Jego ojciec, miej­scowy nauczy­ciel Sada­ki­chi Takano, nie uwa­żał widocz­nie tego wyda­rze­nia za szcze­gól­nie ważne, gdyż dopiero po kilku tygo­dniach odno­to­wał datę uro­dzin pią­tego syna (a szó­stego dziecka) w swym sta­ran­nie pro­wa­dzo­nym dzien­niku. "Ukoń­czy­łem aku­rat w tym dniu 56 lat, więc nazwij­cie go Pięć­dzie­siąt Sześć" - zapi­sał krótko. W ten spo­sób póź­niej­szy naczelny dowódca japoń­skiej floty otrzy­mał imię "Iso­roku", co w jego ojczy­stym języku zna­czyło "56".

Dopiero gdy chło­piec pod­rósł, zaczęto mu poświę­cać wię­cej uwagi. Jako naj­młod­szy, stał się oczkiem w gło­wie rodziny. Roz­mi­ło­wany w histo­rii ojciec opo­wia­dał mu dzieje ich rodu - Echigo, nale­żą­cego do sta­ro­żyt­nego klanu samu­ra­jów. Przod­ko­wie Iso­roku nie byli pokor­nymi wasa­lami. Na sku­tek kon­flik­tów z cesa­rzem Meiji wielu z nich stra­ciło życie i majątki, zaś zawód jego ojca, wiej­skiego nauczy­ciela, nie był ani sza­no­wany, ani intratny. Dom Iso­roku był naj­lich­szy w całej oko­licy, a matka musiała prząść, tkać i bar­wić płótno, aby pomóc w utrzy­ma­niu wie­lo­dziet­nej rodziny. Nawet zimą dzieci bie­gały w ufar­bo­wa­nych na nie­bie­sko cien­kich kimo­nach i san­da­łach ze słomy.

W parę lat po przyj­ściu na świat naj­młod­szego dziecka Sada­ki­chi Takano prze­niósł się z rodziną do Naga­oka - nie­wiel­kiej osady por­to­wej na zachod­nim wybrzeżu. Kiedy w mia­steczku zało­żono szkołę śred­nią, rodzice dwu­na­sto­let­niego wów­czas Iso­roku, odej­mu­jąc sobie od ust, posłali do niej syna. Wtedy wła­śnie chło­piec po raz pierw­szy zoba­czył bia­łego czło­wieka - był nim ame­ry­kań­ski misjo­narz, który uczył języka angiel­skiego.

W wyspiar­skiej Japo­nii znaczna część, jeżeli nie więk­szość, lud­no­ści już za młodu zawiera zna­jo­mość z morzem. Podob­nie było z Iso­roku, który wypra­wiał się z ryba­kami na połowy makreli, ośmior­nic czy ryb mie­czy.

Już w szkole zetknął się z woj­skiem - ćwi­czono z uczniami dłu­gie mar­sze i pod­chody, sto­su­jąc zasadę: im gor­sza pogoda, tym dłuż­szy marsz. Naj­więk­szą zaś radość spra­wiały Iso­roku i jego kole­gom manewry wojsk przy­jeż­dża­ją­cych tu co roku z głębi kraju na ćwi­cze­nia poli­go­nowe.

Rów­nież co roku prze­pro­wa­dzano w szko­łach śred­nich wiel­kie "manewry" uczniów. Uczest­ni­czyła w nich cała mło­dzież męska okręgu nad­mor­skiego, którą dzie­lono na "dywi­zje", "pułki" itd. Ćwi­cze­niami kie­ro­wali zawo­dowi ofi­ce­ro­wie armii. Mło­dzi chłopcy otrzy­my­wali stare kara­biny maszy­nowe i ręczne, wysłu­żone działa polowe oraz sprzęt tele­fo­niczny. Kopano tran­szeje, strze­lano ślepą amu­ni­cją, ćwi­czono walkę na bagnety. Iso­roku zapa­lił się też do sportu i ćwi­czeń lek­ko­atle­tycz­nych, które wła­śnie - jako ame­ry­kań­skie "nowinki" - zaczęły się w Japo­nii roz­po­wszech­niać.

Po ukoń­cze­niu 15 lat Iso­roku posta­no­wił wstą­pić do szkoły mary­narki wojen­nej. Kan­dy­da­tów do niej poszu­ki­wali podró­żu­jący po całym kraju ofi­ce­ro­wie cesar­skiej floty.

Kiedy w II poło­wie XIX wieku Japo­nia zaczęła two­rzyć flotę wojenną, pań­stwom zachod­nim nawet się nie śniło, aby mogła ona im kie­dy­kol­wiek zagro­zić. Cesar­ska mary­narka roz­po­częła swoją karierę, mając do dys­po­zy­cji jeden holen­der­ski paro­wiec kołowy uzbro­jony w sześć sta­rych armat i jacht angiel­ski z czte­rema dzia­łami na pokła­dzie. Póź­niej doszedł do nich zaku­piony w Ame­ryce stary, słabo opan­ce­rzony okręt "Sto­ne­wall Jack­son". Stany Zjed­no­czone przy­jęły też kilku Japoń­czy­ków do aka­de­mii mor­skiej w Anna­po­lis.

Pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych inży­nie­ro­wie fran­cu­scy pomo­gli Japoń­czy­kom zbu­do­wać stocz­nię w Joko­suka (ok. 40 km od Joko­hamy). Jed­nakże gwał­towna roz­bu­dowa floty roz­po­częła się w kilka lat póź­niej, kiedy admi­rał Douglas i trzy­dzie­stu kilku bry­tyj­skich spe­cja­li­stów zor­ga­ni­zo­wało w Tokio aka­de­mię mor­ską (prze­nie­sioną następ­nie na wyspę Eta­jima, nie­da­leko Hiro­szimy). Odtąd roz­bu­do­wie japoń­skiej floty nada­wali ton Anglicy. Oby­czaje angiel­skie stały się swego rodzaju sno­bi­zmem w japoń­skiej mary­narce. Doszło do tego, że inter­nat szkoły mor­skiej na wyspie Eta­jima wznie­siono według angiel­skiego wzoru. I to z cegieł... spe­cjal­nie spro­wa­dzo­nych z Anglii,

Około 1900 r. japoń­ska flota wojenna powięk­szała się w tem­pie, które ustę­po­wało jedy­nie bry­tyj­skiemu. W pierw­szych latach XX w. liczyła już 76 okrę­tów wojen­nych, w tym wielki zespół pan­cer­ni­ków.

W akademii morskiej

W tym wła­śnie cza­sie 15-letni Iso­roku Sada­ki­chi zdał kon­kur­sowy egza­min i roz­po­czął trwa­jące cztery lata stu­dia w aka­de­mii mor­skiej Eta­jima. Warunki tam panu­jące można okre­ślić jako spar­tań­skie: kade­tom nie wolno było pić, palić, jeść sło­dy­czy ani też spo­ty­kać się z dziew­czę­tami.

Życie tych szko­lo­nych w klasz­tor­nych warun­kach chłop­ców miało być odtąd poświę­cone wyłącz­nie służ­bie ku chwale boskiego cesa­rza i ojczy­zny - Nip­ponu. Kadeci zawsze masze­ro­wali - nawet z szatni na kort teni­sowy, a salu­to­wa­nie było tak rygo­ry­styczne, że prze­ry­wano np. grę w tenisa, aby pozdro­wić prze­cho­dzą­cego obok pod­ofi­cera.

Latem każdy z kade­tów codzien­nie spę­dzał trzy godziny na pły­wa­niu. Na zakoń­cze­nie pierw­szego roku stu­diów urzą­dzano bun­tai - dłu­go­dy­stan­sowe pły­wa­nie w szy­kach zwar­tych, całymi bata­lio­nami. Trzeba było prze­pły­nąć kilka kilo­me­trów, a ofi­ce­ro­wie i podofi­ce­ro­wie na łodziach nad­zo­ro­wali ide­alne rów­na­nie. Tych, któ­rzy wyraź­nie zaczy­nali tonąć, wycią­gano na łodzie. Po każ­dym takim bun­tai około dzie­się­ciu pro­cent ele­wów zwal­niano z aka­de­mii ze względu na nie­do­sta­teczną spraw­ność fizyczną.

Po trzech latach spę­dzo­nych w szkole elewi odby­wali roczną prak­tykę na żaglow­cach. Dewizą tego szko­le­nia było poznać przede wszyst­kim morze, a póź­niej nowo­cze­sne okręty.

Myliłby się jed­nak ktoś, kto chciałby te wyjąt­kowo surowe metody szko­le­nia przy­pi­sać szcze­gól­nej men­tal­no­ści Japoń­czy­ków. Mary­narka japoń­ska prze­jęła je żyw­cem od swej mistrzyni i nauczy­cielki - bry­tyj­skiej Royal Navy.

Iso­roku, który z siódmą lokatą ukoń­czył aka­de­mię i otrzy­mał patent ofi­cer­ski, nie spo­dzie­wał się zapewne, że czeka go już nie­długo jesz­cze surow­szy spraw­dzian. Wojna z car­ską Rosją wisiała w tym cza­sie na wło­sku, a sztaby japoń­skiej armii lądo­wej i floty pra­co­wały już na peł­nych obro­tach. Pra­wie dokład­nie w 300 lat po fia­sku pierw­szej wiel­kiej inwa­zji na Koreę pań­stwo "boskiego tenno" zde­cy­do­wało się na pod­ję­cie kolej­nej wyprawy na kon­ty­nent, tyle że na daleko więk­szą skalę. Zresztą i pań­stwa zachod­nie świe­ciły w tym wzglę­dzie przy­kła­dem: w ciągu całego XIX wieku trium­fo­wał roz­bój­ni­czy mili­ta­ryzm. Rosły w potęgę impe­ria kolo­nialne Anglii, Fran­cji, Holan­dii. Dołą­czyła do nich zjed­no­czona w 1871 r. przez Bismarcka Rze­sza Nie­miecka, wsku­tek "opóź­nie­nia" w gra­bieży i podziale świata szcze­gól­nie agre­sywna. Teraz zaś poja­wił się jesz­cze jeden kon­ku­rent i pre­ten­dent do pozy­cji mocar­stwa - prężny, fana­tyczny, zde­cy­do­wany na wszystko. Rychło też poka­zał swe pazury, ude­rza­jąc w 1904 roku bez uprze­dze­nia na Rosję. Rosyj­ski okręt "Wariag", bez­piecz­nie sto­jący w kore­ań­skim por­cie Cze­mulpo, został nagle zaata­ko­wany przez okręty japoń­skiego admi­rała Uriu, które bez­ce­re­mo­nial­nie wtar­gnęły na kore­ań­skie wody tery­to­rialne. Dowódca "Wariaga" wezwał inne cudzo­ziem­skie okręty do wspól­nego prze­ciw­sta­wie­nia się napast­ni­kowi, jed­nakże dowódca ame­ry­kań­skiego krą­żow­nika "Vicks­burg", zresztą zgod­nie z pro­ja­poń­skim w tym cza­sie nasta­wie­niem rządu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, był prze­ciwny tej akcji. Okręty admi­rała Uriu zato­piły "Wariaga" i wysa­dziły desant na wybrzeżu Korei. Japoń­czycy zro­bili w ten spo­sób pierw­szy krok na dro­dze do swych póź­niej­szych pod­bo­jów w Azji. Tere­nem, na któ­rym zde­rzyły się ze sobą dwa impe­rializmy: car­skiej Rosji i pań­stwa mikado, stała się Man­dżu­ria. W lutym 1904 r. japoń­skie nisz­czy­ciele przy­pu­ściły zaska­ku­jący, nocny atak na rosyj­ską bazę mor­ską w Port Artur. Zato­piły jeden krą­żow­nik i uszko­dziły trzy okręty liniowe. Dowo­dzący flotą japoń­ską admi­rał Togo zablo­ko­wał Port Artur, sta­ra­jąc się spro­wo­ko­wać rosyj­skie okręty do wyj­ścia w morze i przy­ję­cia bitwy.

Wtedy wła­śnie świeżo upie­czony ofi­cer japoń­skiej mary­narki Iso­roku został przy­dzie­lony na krą­żow­nik "Nis­shiu" osła­nia­jący fla­gowy okręt admi­rała Togo - "Mikasa". Młody ofi­cer miał dosko­nałą oka­zję zapo­zna­nia się ze sztuką ope­ra­cyjną Togo, jed­nego z naj­zdol­niej­szych admi­ra­łów i tak­ty­ków wojny mor­skiej.

Aby zła­mać blo­kadę Port Artur, wyru­szyła z Bał­tyku rosyj­ska "wielka armada" skła­da­jąca się z kil­ku­dzie­się­ciu okrę­tów. Po sied­miu mie­sią­cach, opły­wa­jąc cały kon­ty­nent afry­kań­ski, zmie­rzyła się z flotą japoń­ską w cie­śni­nach Cuszimy. Ponio­sła tam, jak wia­domo, klę­skę.

W cza­sie bitwy Iso­roku został raniony w nogę i lewą dłoń, tra­cąc dwa palce. Po dwóch mie­sią­cach pobytu w szpi­talu i krót­kim urlo­pie wró­cił na okręt już jako ofi­cer, który ma za sobą chrzest ognia.

Następne lata, aż do wybu­chu I wojny świa­to­wej w 1914 r., wypeł­nia mu dość mono­tonna służba zawo­do­wego ofi­cera mary­narki, któ­rej jedyną atrak­cją są dale­kie rejsy ćwi­czebne i wizyty kur­tu­azyjne w obcych por­tach i kra­jach: w Chi­nach, Austra­lii, Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Kiedy w 1913 r. zmarli jego rodzice, 29-letni Iso­roku, zgod­nie ze sta­rym japoń­skim zwy­cza­jem, został adop­to­wany przez bogatą i znaną rodzinę. Nosi odtąd nazwi­sko - Yama­moto.

Pilny student Harvardu i dyplomata

Japoń­ska mary­narka w latach I wojny świa­to­wej nie brała udziału w wiel­kich ope­ra­cjach mor­skich po stro­nie swych sojusz­ni­ków z ententy, Anglii i Fran­cji, ani też - do nie­dawna wro­giej - car­skiej Rosji. Rząd japoń­ski mógł więc skon­cen­tro­wać uwagę na roz­bu­do­wie floty i dosko­na­le­niu jej kadr ofi­cer­skich. Yama­moto, wybi­ja­jący się, ener­giczny ofi­cer, który wiele czasu poświę­cał na samo­kształ­ce­nie i stro­nił od alko­holu - zwró­cił na sie­bie uwagę głów­nego sztabu mary­narki. Awan­so­wany w 1916 r. do stop­nia koman­dora porucz­nika, został odko­men­de­ro­wany na dwu­let­nie stu­dia do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wstą­pił na Uni­wer­sy­tet Harvarda, aby stu­dio­wać eko­no­mię, a zwłasz­cza kwe­stię paliw płyn­nych. Czym zaś są one dla mary­narki wojen­nej, nie trzeba dodat­kowo wyja­śniać...

Yama­moto oka­zał się pil­nym stu­den­tem. Znaj­do­wał przy tym jesz­cze dość czasu, aby oso­bi­ście pozna­wać waż­niej­sze ośrodki wydo­by­cia ropy naf­to­wej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Mek­syku. Wresz­cie wła­dze mek­sy­kań­skie zwró­ciły uwagę na nad­mier­nie inte­re­su­ją­cego się tere­nami ropo­no­śnymi "tury­stę". Wysłały pismo do amba­sady japoń­skiej w Waszyng­to­nie, żąda­jąc bliż­szych danych o Yama­moto. Amba­sada oczy­wi­ście odpo­wie­działa, że jest on spo­koj­nym sty­pen­dy­stą rządu japoń­skiego, który stu­diuje eko­no­mię. Jed­no­cze­śnie zwró­cono stu­den­towi uwagę, że powi­nien dzia­łać ostroż­niej.

Były to jesz­cze czasy, kiedy poję­cie szpie­go­stwa ogra­ni­czano do spraw ści­śle woj­sko­wych, a poję­cie wywiadu gospo­dar­czego było pra­wie nie­znane. Yama­moto mógł więc legal­nie gro­ma­dzić infor­ma­cje dla dowódz­twa japoń­skiej mary­narki, ba, publi­ko­wał nawet naukowe arty­kuły na temat paliw płyn­nych w pismach ame­ry­kań­skich. Otrzy­mał też kilka ofert od róż­nych firm, pro­po­nu­ją­cych mu pracę w cha­rak­te­rze eks­perta. Wszystko to działo się w latach 1916-1917, kiedy w Euro­pie toczyła się wynisz­cza­jąca wojna.

Prze­by­wa­jący w Ame­ryce Yama­moto miał także inne, nie­ofi­cjalne zada­nia. Inte­re­so­wał się zwłasz­cza rodza­jem broni, który na fron­cie zachod­nim, we Fran­cji, zaczął odgry­wać coraz więk­szą rolę - lot­nic­twem woj­sko­wym. Jako ofi­cera mary­narki, inte­re­so­wały go próby połą­cze­nia okrętu z samo­lo­tem, a więc idea lot­ni­skowca. Stu­dio­wał wszyst­kie podej­mo­wane za gra­nicą próby lądo­wa­nia na pokła­dzie okrętu i startu przy uży­ciu kata­pult.

Kiedy pod koniec wojny, we wrze­śniu 1918 r., Anglicy zbu­do­wali pierw­szy lot­ni­sko­wiec, zain­te­re­so­wa­nie Yama­moto doszło do zenitu. Jed­no­cze­śnie usta­lił, że Ame­ry­ka­nie nie zaj­mują się zbyt­nio tymi spra­wami. Dopiero w kilka lat po woj­nie zbu­do­wano w Sta­nach Zjed­no­czo­nych dwa nowo­cze­sne jak na owe czasy lot­ni­skowce - "Lexing­ton" i "Sara­toga" - pierw­szy zaś japoń­ski lot­ni­sko­wiec powstał już w roku 1923, a w 1927 r. było ich już cztery. Inne budo­wane w tym cza­sie okręty japoń­skie, uzbro­jone w podwój­nie sprzę­żone działa 5-calowe, były nowo­cze­śniej­sze i szyb­sze od ame­ry­kań­skich czy bry­tyj­skich.

Po powro­cie z Ame­ryki Yama­moto awan­so­wał do stop­nia koman­dora, a w 1923 r. powie­rzono mu odpo­wie­dzialne sta­no­wi­sko dowód­cze - komen­danta nowo utwo­rzo­nego ośrodka szko­le­nia japoń­skiego lot­nic­twa mor­skiego w Kasu­mi­gaura. Podob­nie jak aka­de­mia mor­ska, rów­nież ten ośro­dek zor­ga­ni­zo­wany został na modłę angiel­ską. Wzo­ro­wano się tu na ośrodku Royal Air Force w Cran­well (hrab­stwo Lin­coln­shire), ucho­dzą­cym wów­czas za jeden z naj­lep­szych w świe­cie.

Koman­dor Yama­moto, doświad­czony ofi­cer mary­narki, nie znał w prak­tyce tech­niki lata­nia. Mimo że dobie­gał czter­dziestki, prze­szedł nor­malny kurs i zdał z drugą lokatą egza­min pilota. Odtąd mógł wystę­po­wać wobec pilo­tów nie tylko jako zwierzch­nik, ale i kolega po fachu.

W Japo­nii, podob­nie jak i w innych kra­jach, piloci uwa­żali sie­bie w tej pio­nier­skiej erze lot­nic­twa za osoby w rodzaju arty­stów, któ­rych nie doty­czą rygory, obo­wią­zu­jące np. pie­chu­rów, arty­le­rzy­stów czy mary­na­rzy. Yama­moto zastał w powie­rzo­nym mu ośrodku dłu­go­wło­sych, nie­dbale i fan­ta­zyj­nie ubra­nych mło­dzień­ców, nie­in­te­re­su­ją­cych się niczym poza lata­niem, grą w shogi (japoń­skie war­caby), alko­ho­lem i kobie­tami. Jego roz­kaz, aby obcięli włosy na krótko i dopro­wa­dzili do porządku ubiór, wywo­łał coś w rodzaju rewolty. Wkrótce jed­nak dowódca potra­fił zna­leźć wspólny język z pilo­tami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki