Na miano założyciela "łódzkiej dynastii"
Geyerów, a zarazem pierwszego "lodzermenscha" i protoplasty tego
szczególnego gatunku "ludzi Łodzi", twórców potęgi "Ziemi
Obiecanej", przemysłowców ambitnych i zdeterminowanych na tyle,
aby osiągnąć oszałamiający finansowy triumf i awansować na szczyty
społecznej hierarchii, przedsiębiorców bezwzględnych w interesach,
a przy tym obdarzonych wymykającym się racjonalnym miarom, niezwykłym
zmysłem do interesu - tym co Niemcy określają terminem "czucie
opuszkami palców" - zasłużył z pewnością dziad Roberta Geyera,
Ludwik. Był to pierwszy łódzki fabrykant "z prawdziwego zdarzenia",
na głowę którego wielki sukces osiągnięty w branży włókienniczej
ściągnął oskarżenia zawistnej konkurencji o nieczyste machinacje
finansowe i przekupywanie skorumpowanej rosyjskiej administracji,
a także posądzenia o paranie się czarną magią i pakt z samym diabłem
ze strony zatrudnianych przez niego prostych robotników.
"Przemyślny to był jucha Niemiec. Fabrykę
kazał zaopatrzyć w dobrą liczbę okien, a mianowicie w trzysta
sześćdziesiąt pięć! W tyle, ile jest dni w roku. Chodziło mu
przecież o to, aby każdego dnia w roku złote promienie słoneczne,
wpadające przez jego szyby do jego fabryki, na jego warsztaty,
zamieniały się na nich w jego złote rubelki. A, że lata były
słoneczne, pogoda mu sprzyjała, pomieścił więc dodatkowo jeszcze
jedno okno na złote ruble w dachu. To specjalnie na rok przestępny,
kiedy przypada trzysta sześćdziesiąt sześć dni... Po co miał być
stratny? Przecież dobry i ten jeden dzień, choć co cztery lata"
- tak stara miejska legenda
z pierwszej połowy XIX w., przytoczona przez wielkiego miłośnika historii
Łodzi, Zdzisława Konickiego, w jego książce pt. Dziwy nad
Łódką[1], charakteryzowała "czarodziejskie" praktyki przodka
Roberta Geyera i pioniera przemysłowej Łodzi. Tego samego,
którego przedsiębiorcy-rywale i robotnicy nazywali "królem
perkalu", "Saksończykiem", "panem Gajerem", "niemieckim
czarnoksiężnikiem" - lub po prostu - "Czarnym".
Swą drogę do zdobycia zawrotnej fortuny i pozycji
"pierwszego fabrykanta włókna Królestwa Polskiego" (jak pisała
o nim oficjalnie ówczesna rosyjska prasa) Geyer rozpoczął właśnie
w Łodzi, dokąd przybył na przełomie lutego i marca 1828 r. "Król
łódzkiej bawełny" cieszył się przez całe dziesięciolecia
tym prestiżowym tytułem, dopóki nie zdetronizował go jeszcze
potężniejszy potentat włókienniczy - Karol Scheibler.
Ludwik Ferdynand Geyer urodził się 7 stycznia
1805 r. w Berlinie. Pochodził z fabrykanckiego rodu o saskich
korzeniach. Jego głowa, Adam Krzysztof Geyer, ojciec Ludwika, był
szanowanym właścicielem fabryki wyrobów bawełnianych w Neugerzdorf
pod Löbau na Górnych Łużycach[2]. Zadbał też o właściwe wykształcenie syna. Ludwik -
czy też Louis, jak kazał później do siebie (nieco pretensjonalnie)
się zwracać - ukończył Akademię Berlińską i zgodnie z planami
Geyera seniora rozpoczął pracę w ojcowskich zakładach.
Jednak nie zagrzał w nich długo miejsca i jako
się rzekło już w 1828 r. wraz z ojcem przybył do Łodzi zachęcony
polityką gospodarczą rządu Królestwa Polskiego dążącego za wszelką
cenę do szybkiego i skutecznego uprzemysłowienia kraju. W przypadku
miasteczka nad Łódką polityka ta przejawiała się w konsekwentnym
promowaniu go jako idealnego miejsca osadnictwa dla tkaczy napływających
z Wielkopolski, Prus, Śląska, Saksonii, Czech i Moraw oraz dążeniu do
uczynienia z małej, nieznanej dotąd osady wielkiego ośrodka przemysłu
włókienniczego, opartego na tanim rosyjskim surowcu i ogromnym rynku
zbytu, jakim było carskie imperium.
Jak wieść gminna niosła, "niemiecki
czarnoksiężnik" przywiózł ze sobą z rodzinnych Łużyc niewielki
majątek - mówiono o jakimś starym zegarze z kukułką, sfatygowanej
komodzie, kredensie, paru drewnianych warsztatach i saskiej bryczce
z jednym koniem. Jednak to nie wielki kapitał miał mu zapewnić
sukces, ale gruntowna, fachowa wiedza i cechy charakteru - kunszt
rasowego włókiennika, determinacja, zimna krew i bezwzględność,
wreszcie, jak to miejscowi określali, "kręcona kiepieła", czyli
niepowszedni talent kupiecki, owa charakteryzująca później wszystkich
"lodzermenschów" przysłowiowa "żyłka do interesów"[3].
W niespełna pół roku po osiedleniu się
w Łodzi, 9 sierpnia 1828 r., Ludwik Geyer zawarł umowę z Komisją
Województwa Mazowieckiego, w której zobowiązał się solennie, iż
przez dziesięć lat "do stu warsztatów tkackich produkcją na własny
rachunek rozmaitych bawełnianych wyrobów mody zatrudniać będzie",
a w ciągu roku wybuduje też dom mieszkalny - stanowiący w oczach
przezornych urzędników rękojmię poważnych planów przybysza,
mających się odnosić do Łodzi[4].
Na potrzeby rozkręcenia raczkującego interesu
i pobudowania nowego rodzinnego gniazda otrzymał też Ludwik od władz
działkę przy ulicy Piotrkowskiej 284-286 o powierzchni prawie
ośmiu hektarów, ulokowaną nad malowniczym stawem i przylegającą
do ówczesnego placu Górnego Rynku (dzisiejszego Placu Reymonta). Tam
też szybko zbudował drewniany, schludny - choć mało imponujący
w porównaniu z późniejszymi pałacami wielkich "lodzermenschów" -
dom. Na mocy umowy miał też otrzymać prawo do pozyskiwania budulca
z lasów rządowych, obietnicę wszelakiej pomocy przy rozbudowie
warsztatów tkackich, zgodę na sprowadzanie nisko oclonej przędzy
bawełnianej oraz licencję na import dwudziestu pięciu cetnarów -
czyli tysiąca sześciuset kilogramów - tkanin bawełnianych.
W porównaniu z początkową deklaracją o uruchomieniu
nawet setki warsztatów - jak się okazało buńczuczną i zdecydowanie
na wyrost - start słynnego "bawełnianego królestwa" Geyera
był doprawdy bardziej niż skromny. Jego majątek wystarczył jedynie
na założenie niezbyt imponującego zakładu z zaledwie dwunastoma
warsztatami tkackimi i kilkoma maszynami drukarskimi. Jednak upór,
konsekwencja w budowaniu pozycji pierwszego łódzkiego przemysłowca
i wreszcie sprzyjająca koniunktura sprawiły, iż w ciągu zaledwie
kilku lat przybysz z Löbau stał się największym producentem wyrobów
bawełnianych nie tylko w Łodzi, ale i w całym Królestwie Polskim,
zdecydowanie dystansując branżową konkurencję.
Ludwik Geyer wykorzystał przy tym dramatyczny,
gwałtowny upadek przemysłu lnianego i wełnianego, skupionego w ośrodku
łódzkim, który nastąpił po upadku Powstania Listopadowego w wyniku
likwidacji przez cara armii Królestwa Polskiego - głównego odbiorcy
wytwarzanego w okolicy sukna. Po tej decyzji masowo bankrutowali łódzcy
wytwórcy lnu oraz pomniejsi fabrykanci. Ubożeli i wynajmowali się do
pracy za bezcen tkacze-chałupnicy.
Geyer tymczasem skrzętnie i bez skrupułów zbijał
ich kosztem majątek. Niczym prawdziwy sęp (tak go właśnie niekiedy
z mieszaniną pogardy i lęku określali konkurenci - w języku
niemieckim "sęp" to przecież "geier") czekał na finansową
agonię sąsiadów, aby później wykupywać niemal za bezcen kolejne
parcele i przejmować warsztaty pracy bankrutów. Stopniowo, cierpliwie
dołączał do swego wschodzącego imperium leżące w sąsiedztwie
grunty po obu stronach ulicy Piotrkowskiej. Z czasem skupił
w ręku prawo własności do parceli o powierzchni liczącej najpierw
około dwadzieścia, później trzydzieści, wreszcie łącznie prawie
pięćdziesiąt hektarów i rozciągających się szerokim pasem po obu
stronach popularnej łódzkiej "Pietryny" - od ulicy Czerwonej aż
do południowych granic ówczesnego, niewielkiego jeszcze miasta.
Chronologicznie pierwsza posesja fabrykanta, przy
Piotrkowskiej 284/286 (wówczas nr 284), usytuowana była po prawej
stronie zbiornika wodnego, zwanego "stawem Geyera". Drugą
- z lewej strony rzeczonego stawu - zakupił tanio
w 1833 r. od zbankrutowanego włókiennika-drukarza, Antoniego
Wilhelma Potempy[5]. W 1840 r. nabył od rządu rosyjskiego na licytacji
majątek po fabrykancie Langem, posesję przy Piotrkowskiej 287-301
(wówczas numer 272-282), rozciągającą się od północnego brzegu
rzeki Jasień do ulicy Czerwonej[6]. Nabył - lecz nie za gotówkę. Na to był zbyt
sprytny. Należność rozłożono mu bowiem na rekordową ilość
dwudziestu ośmiu rocznych rat, których jednak nigdy do końca
nie zapłacił. Jeszcze w tym samym roku kupił od rządu w drodze
kolejnej zyskownej licytacji czwartą posesję - na południe od
rzeki Jasień przy Piotrkowskiej 303-315 (wówczas nr 285-295) -
pozostawioną przez zrujnowanego Rundziehera. I w tym przypadku suma,
którą zadeklarował przy zakupie, została rozłożona przez uczynnych
urzędników na stosunkowo niskie raty, których spłatę rozłożono
następnie na wiele lat.
"Saksończyk" nastawiał też swoje
rosnące fabrykanckie królestwo - nieomylnie przeczuwając
koniunkturę - całkowicie na produkcję bawełnianą[7]. Działalność przemysłową rozpoczął ostrożnie
- od produkcji tanich tkanin bawełnianych w systemie nakładczym,
wynajmując tkaczy-chałupników, którym dostarczał przędzę i płacił
niewielkie pieniądze. W części zaś swego nowo wybudowanego domu
urządził ręczną farbiarnię i drukarnię perkali, w której zatrudnił
sprowadzonych z zagranicy drukarzy i kolorystów. Ze względu na niską,
bardzo konkurencyjną cenę jego wyroby cieszyły się dużym powodzeniem
na okolicznych targach. Rozwój zakładu ułatwiła równocześnie
zaporowa bariera celna wprowadzona w 1831 r., sprzyjająca produkcji
i zbytowi produkcji bawełnianej w kraju, oraz tania siła robocza,
rekrutująca się spośród chłopów i tkaczy-bankrutów.
W 1833 r. przedsiębiorstwo Ludwika Geyera liczyło
już trzydzieści trzy własne krosna tkackie i jedenaście stołów
do drukowania perkali. Równocześnie przemysłowiec zatrudniał
sześćdziesięciu ręcznych tkaczy-chałupników w Łodzi i stu
w pobliskich Pabianicach. Skupywał od nich surowy perkal, a wykorzystując
ich wyjątkową wówczas nędzę i płacąc im bardzo niskie ceny za
towar, szybko się ich kosztem dorabiał. Jeszcze w tym samym roku
był w stanie zamówić w Wiedniu ulepszone, nowoczesne maszyny do
drukowania perkali, jakich nie posiadali inni drukarze w Łodzi i w ten
sposób ugruntował przewagę nad konkurentami. Niebagatelnym atutem
"Czarnego" w walce z konkurencją miała stać się zwłaszcza
wiedeńska, pierwsza w Królestwie Polskim, poruszana kieratem, maszyna
walcowa do wielobarwnego drukowania perkalu.
Z czasem na posesji przy ulicy Piotrkowskiej 284-286
wystawił fabrykant kilkanaście parterowych budynków, m.in. farbiarnię,
płóczkarnię oraz pomieszczenie dla wspomnianej drukarskiej maszyny
walcowej, uruchomionej ostatecznie w 1834 r. Między stawem i geyerowskim
dworkiem stanęła natomiast solidnie zbudowana, murowana, jednopiętrowa
drukarnia perkalu. Na każdej kondygnacji posiadała ona po jednej
sali i osiemnaście dużych okien frontowych. Do dziś budynek ten nie
zachował się - szkoda, gdyż był pierwszym, który podkreślał
tak dobitnie rosnącą potęgę i dominację w Łodzi "pierwszego
lodzermenscha". Obok drukarni - także przy "Pietrynie" -
wznosiła się druga skromniejsza, parterowa, wymurowana drukarnia
o jednej sali i czterech oknach frontowych.
Ciąg dalszy w wersji pełnej