Ostatni król Osten Ard (Tom 1). Korona z czarodrzewu - Tad Williams


Reflow text when sidebars are open.
Dedykacje
Po wielu rozważaniach postanowiłem, że ta książka powinna być zadedykowana trójce ludzi, którzy przez lata uczynili najwięcej, aby znów przyciągnąć mnie do Osten Ard.
Moje wydawczynie, Betsy Wollheim i Sheila Gilbert, od dawna delikatnie mnie popychały w tym kierunku, przypominając mniej więcej co siedemnaście minut, że wszyscy oprócz mnie są pewni, iż proroctwo urodzinowe bliźniaków Josui i Vorzhevy było pomyślane jako punkt wyjścia do dalszego ciągu, one zaś naprawdę pragną, abym go napisał. (Tak naprawdę to okazywały anielską cierpliwość i tylko od czasu do czasu mnie nagabywały. Zdarzały się też jednak groźby fizyczne). Ich "natręctwo" nie brało się jedynie z pobudek biznesowych, lecz także z wiary, że mogę stworzyć coś pięknego.
Również moja żona i partnerka Deborah Beale naciskała mnie przez lata z podobną słodyczą i cierpliwością, zawsze biorąc pod uwagę mój styl pracy (który dla osiągnięcia szczytowej wydajności wymaga miesięcy spędzanych niemal wyłącznie na drzemce) i w kurtuazyjnych odstępach zadając pytanie, dlaczego właściwie nie mogę się zabrać do pociągnięcia dalej wątku z "Pamięci, Smutku i Ciernia".
Zainspirowany jedną z takich rozmów usiadłem w końcu, by się dobrze zastanowić, dlaczego to takie niemożliwe. Głównym powodem zawsze było to, że najpierw muszę mieć historię do opowiedzenia, inaczej pisanie byłoby równie mało twórcze jak otwarcie firmy franczyzowej. Od tego się dla mnie zaczyna każda książka - a ja nie miałem w sobie kolejnej historii o Osten Ard. Dlatego też torpedowałem w myślach kolejne możliwości - ta wtórna, inna autoparodystyczna, jeszcze inna zwyczajnie licha - chciałem bowiem pokazać Deb (i wszystkim, którzy kiedykolwiek mnie o to wypytywali), że ciąg dalszy nie może nastąpić. Kiedy jednak minął cały długi dzień takich rozmyślań, zdałem sobie sprawę, że jednak miałbym co opowiedzieć. Gdy opisywałem projekt żonie, byłem już mocno podekscytowany. Nie minęło wiele tygodni, a rzeczywiście zabrałem się do pisania.
Deb wspierała pracę nad tą książką jeszcze na jakieś dziewięćset sposobów, od lektury i analizy wstępnego manuskryptu (ze swą zwykłą wnikliwością) po promowanie jej w naszej jadalni niczym P.T. Barnum w szlafroku. Można powiedzieć, że zostawiła na niej niezliczone odciski palców.
Ze strony wydawniczej Sheila i Betsy także miały swój różnorodny wkład w jej powstanie, w tym jak zwykle pieczołowitą bieżącą pracę nad redakcją manuskryptu i tworzeniem wyglądu książki.
Dzieło dedykuję zatem im trzem: Sheili, Betsy i Deborah.
Betsy i Sheilo, dzięki za wszystko, także - a może przede wszystkim - za okazywaną mi przyjaźń. Jestem naprawdę szczęśliwy (i, przyznaję, wzruszony do łez), że mogłem z Wami pracować przy tej akurat publikacji - nareszcie.
Deborah, Ty jesteś najważniejsza. Za tu wymienione i tak wiele innych rzeczy - dziękuję Ci.
4. Bracia monarchowie
JAKBY DLA UŚWIETNIENIA wjazdu Ich Królewskich Mości słońce wychynęło nad poranne chmury i hojnie ozłociło wzgórza Hernysadharc. Złoty dysk wieńczący odległy dach Taig błyszczał niczym rzucony w powietrze nowiutki dukat, jak gdyby sam wielki dwór świętował ich przybycie.
Simon nerwowo bawił się własną złotą monetą - niezwykle dużym medalionem o niewygodnie kanciastych brzegach, który spinał płaszcz i nieprzyjemnie ocierał mu szyję. Jego przyjaciel lord szambelan uparł się, że musi go założyć na tę okazję.
- Pamiętajcie, że to wy jesteście suwerenami - marudził Jeremias, wbijając szpilę zapinki w ciężką tkaninę z taką siłą, że Simon aż się skrzywił. - Nie po to przejechałem taki kawał świata, żeby patrzeć, jak marnie się prezentujecie.
- To trzeba było zostać w domu - burknął król.
Oczekiwanie nadszarpnęło mu nerwy. Widział, że uwaga mocno zabolała przyjaciela, i już chciał go przeprosić, lecz krawędź medalionu nadal go uwierała w podbródek, stłumił więc ten odruch.
- Jestem szambelanem królewskim i odpowiadam za dwór - odparł sucho lord.
- Tylko że dwór jest w Erkynlandzie, a my w Hernystirze.
- Dwór jest tam, gdzie Wielki Król i Królowa... Najjaśniejszy Panie. - Jeremias zaakcentował dwa ostatnie słowa tak, by Simon odczuł, co myśli. Król zdawał sobie sprawę, że przyjacielowi z dzieciństwa czasem trudno godzić się z dystansem, który teraz ich dzielił; nawet wtedy, gdy niemal dyszał mu w ucho jak w tej chwili. - Stary król Prester John, bywało, podróżował od zamku do zamku nawet cały rok, zanim mógł wrócić do Hayholt, więc nie narzekaj. No, gotowe. I przestań go tak szarpać. Wygląda wspaniale.
Simon wpatrzył się w podsunięte przez jednego ze sług Jeremiasa lusterko.
- Wygląda, jakbym miał zaraz kłaść się do trumny - odrzekł kwaśno. - Bóg jeden wie, że tak okutany do niczego więcej się nie nadaję.
- Ten i ów pomyślałby, że to kiepski żart - zwróciła mu uwagę żona, marszcząc brwi. - Może nawet odniósłby wrażenie, że król wyładowuje zły nastrój na wszystkich... poza tym, który stał się jego przyczyną.
Teraz to mąż posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. Obojgu nie podobała się postawa hernystirskiego króla Hugh, ale takimi myślami nie wypada się dzielić w niczyjej obecności prócz najbardziej zaufanych doradców.
- Wystarczy, lordzie szambelanie. - Simon łagodnie odsunął dłoń urzędnika, który próbował jeszcze raz przetrzeć medalion chusteczką. - Masz rację i chyba należą ci się przeprosiny. Rzeczywiście prezentuje się doskonale.
- No, mam nadzieję - szepnął pokraśniały z wysiłku Jeremias.
KRÓLEWSKI ORSZAK wolno piął się główną ulicą miasta szpalerem utworzonym przez rozentuzjazmowanych, wiwatujących Hernystirczyków. Ludzie tłoczyli się też na balkonach, a nie brakło i śmiałków, którzy obsiedli niebezpiecznie spadziste dachy kamienic. Same domy i sklepy błyszczały świeżą farbą i świątecznymi dekoracjami, od których promienie słoneczne odbijały się, rzekłbyś, szybciej, niż na nie padły, i ze zdwojoną energią. Simon i Miriamele jak zawsze jechali obok siebie - współmonarchowie, a nie władca z małżonką. W początkach ich panowania to on ściśle przestrzegał tej zasady, lecz z biegiem lat także ona coraz bardziej pragnęła przypominać ludziom, że sama jest córką króla, jakkolwiek źle się zapisał w pamięci, a ponadto wnuczką Prestera Johna, pierwszego Wielkiego Króla, który pod swym berłem zjednoczył większość ziem Osten Ard.
- Hugh powinien był wyjść nam na spotkanie przed bramę - powiedziała Miriamele cicho, żeby tylko mąż ją usłyszał. - Zwrócę mu na to uwagę.
- Daj mu szansę, kochanie - odrzekł Simon, machając do tłumu. - Widzisz, że wyprowadził dla nas całe miasto na ulice.
- I tak nie zdołałby zatrzymać ich w domach. Poza tym dlaczego miałby tego chcieć? Jesteśmy jego suwerenami. On nosi koronę tylko dlatego, że mój dziadek w podzięce za przysługę wyświadczoną przez jego prapradziadka nadał Hernystirowi status królestwa.
- Tak czy owak, jest królem, a królowie mają swoją dumę. Jak zresztą królowe.
- Nie obracaj tego w moje osobiste zastrzeżenie, Simonie. - Mówiła stanowczo, z jej oczu jednak biły czułość, rozbawienie, lecz i odrobina irytacji. - Jesteś zbyt dobry i nie cierpisz kłótni, ale są ludzie... i podejrzewam, że Hugh do takich należy... dla których to oznaka słabości.
- Tak, nie znoszę kłótni. Nie zaczynajmy jej więc teraz. - Pokiwał dłonią wiwatującym Hernystirczykom. Przejeżdżali akurat koło grupy podskakujących z ekscytacji dziewczynek; powiewały barwnymi wstążkami, które składały się na trzepoczącą, postrzępioną tęczę. - Popatrz na te małe. Aż zatęskniłem do naszej Lilii.
- O, nasza wnuczka wyrywałaby się naprzód, by prowadzić orszak.
- Tak by było. - Simon się uśmiechnął.
- Słodki Boże, dajże mi siłę... - Królowa westchnęła, patrząc przez zmrużone powieki w górę zatłoczonej ulicy. - W tym tempie do wieczora nie dojedziemy do Taig.
- Cierpliwości, moja droga, cierpliwości.
- NIE, JUŻ DZIĘKUJĘ.
Hrabia Eolair nakrył kielich dłonią i trzymał tak, póki sługa się nie oddalił. Chętnie by się jeszcze napił wina; po długim dniu w pełnym słońcu, pierwszym od dwóch chmurnych i mrocznych tygodni, z pewnością mu się to należało. Jego wyczulony na zapowiedzi konfliktu szósty zmysł, przez lata wytrenowany jak ogar myśliwski, nakazywał mu jednak umiarkowanie. Tego wieczoru marszałek dworu Ich Królewskich Mości, zwany też Podporą Wielkiego Tronu, nie chciał, by alkoholowa mgiełka mąciła mu myśli.
Samą scenerię znał aż nadto dobrze. Drewniany dwór zwany Taig był mu drugim domem przez większość wczesnych lat życia, kiedy zaczynał jako wysłannik królewski, by w końcu zostać szanowanym doradcą. Atmosfera w Wielkiej Sali z belkami stropu obwieszonymi dziełami dawnych snycerzy była niewątpliwie radosna, odświętne stroje hernystirskiej szlachty mieniły się wszelkimi barwami, powietrze drżało od śmiechu i smakowicie pachniało pieczoną świniną - wyraźnie jednak coś się czaiło pod tą pogodną powierzchnią. Jasne, królewska para była poirytowana oczekiwaniem i konfuzjami, jakich nie szczędził jej Hugh, Eolair nie mógł się jednak pozbyć wrażenia, że jest w tym wszystkim jeszcze inny, głębszy i bardziej złowrogi nurt.
Siedzącą o kilka krzeseł od niego Miriamele zabawiała - ona sama nazwałaby to "zawracaniem głowy" - lady Tylleth, atrakcyjna wdowa, niemal pewna kandydatka na żonę króla Hernystiru. Wielu dworzan uważało ją za zbyt starą, dobiegała bowiem trzydziestki; dzieci z pierwszego małżeństwa ze świętej pamięci earlem Glen Orrga świadczyły jednak, że przynajmniej za młodu była płodna. Hrabia musiał przyznać, że z tą ładną, bardzo kobiecą figurą, rumianą buzią i lśniącą kaskadą kasztanowych włosów pasuje do jego wyobrażeń o hernystirskiej bogini Deanadze, a może nawet samej wielkiej Mirsze, pani deszczu.
Królowa była fizycznym przeciwieństwem swej rozmówczyni. Złote niegdyś, teraz posiwiałe włosy Miriamele nosiła splecione w proste warkocze wypływające spod skromnego diademu na głowie. Policzki miała blade, zielone oczy podkrążone i Eolair trochę się o nią martwił. Pierwszy raz para królewska miała przeżywać rocznicę narodzin Johna Josui poza domem. Trudno było winić władczynię za to, że złości ją niechciana konwersacja z kochanką gospodarza. Eolair widział, że paplanina lady Tylleth zaczyna już wyczerpywać jej cierpliwość i że królowa rozpaczliwie usiłuje przyciągnąć wzrok męża. Simon to dostrzegał, lecz nachylony doń Hugh nie przestawał go zagadywać z ożywieniem; mógł tylko odpowiedzieć na ten niemy apel bezsilnym wzruszeniem ramion.
Hrabia poprawił się na ławie. Stawy biodrowe nieprzyjemnym ćmieniem strofowały go za zbyt długie siedzenie na twardym drewnie. Zaczynał żałować, że odmówił dolewki wina - trunek by się przydał nawet nie dla smaku i humoru, lecz jako uśmierzacz bólu dla steranych kości. Ostatnio nie było dnia, żeby nie zdumiewało go - jego, niegdyś jednego z najlepszych w Hernystirze jeźdźców i szermierzy! - co z nim zrobiła starość.
Stałem się igraszką czasu, pomyślał ze smutkiem. Bawi się mną jak dzieciak lalką: to szarpnie za nogę, to wyrwie rękę, utytła w błocie - a potem zabiera do domu i każe przesiedzieć kolejną ucztę na niby.
Ale to spotkanie nie było dziecięcą zabawą w dorosłych, tylko śmiertelnie poważną sprawą: pan Hernystiru podejmował swych suwerenów, monarchów Erkynlandu. Simon i Miriamele dzierżyli zwierzchnictwo lenne nad jego ziemiami i większością Osten Ard prawem Wielkiego Berła - imperium wyrąbanego mieczem przez jej dziadka Johna z Warinsten. Nawet w najlepszych czasach ta nadrzędna władza była jednak nie w smak temu i owemu spośród lenników.
Eolair zastanawiał się, czy w tę stronę nie zbacza także król Hugh. A może jest jakieś inne wytłumaczenie jego dziwnego zachowania? Tak długo przetrzymał parę królewską pod miastem, a i teraz, gdy w końcu otworzył bramę przed orszakiem, demonstracyjnie czekał na nich u wrót Taig, zamiast - jak przystało oddanemu wasalowi - wyjechać na spotkanie przed mury. Inna rzecz, że Hugh całe życie był humorzasty i uparty, o czym Eolair sam wiedział najlepiej.
Ojciec Hugh, książę Gwythinn, był jedną z pierwszych ofiar wielkiej wojny, która wyniosła na tron Simona i Miriamele. Zginął zamęczony przez rimmersmańskich renegatów służących ojcu królowej, Eliasowi z Erkynlandu, który dał się skusić obietnicom Króla Burz, Inelukiego. Ciało porzucono, by znalazła je rodzina. Gdy wkrótce potem w boju poległ także ojciec Gwythinna, król Lluth, u steru kraju zostały już tylko królewna Maegwin i młoda królowa Inahwen. Maegwin dostała później pomieszania zmysłów i dla ojczyzny hrabiego nie było już prawie żadnej nadziei.
Najazd Króla Burz na ziemie ludzi przyniósł mu w końcu klęskę, ale w powojennym chaosie zrujnowany, pozbawiony przywództwa kraj ledwo się utrzymywał w całości. Przez pierwsze kilka miesięcy zaskakująco wielu nobilów zgłaszało słabo uzasadnione, acz nie w pełni fałszywe roszczenia do korony, i wydawało się, że rywalizację może rozstrzygnąć tylko wojna domowa. I wtedy zdarzył się, można powiedzieć, cud. Wszyscy byli przekonani, że na Maegwin wygasła linia dynastii - aż tu rodzice jednej z młodych dam dworu nakłonili ją, by ujawniła prawdę i przedstawiła dziecko, które powiła w tajemnicy, odesłana w tym celu z pałacu - bastarda księcia Gwythinna.
Książę nie poślubił jego matki, lecz przed śmiercią zapewnił ją, że będzie otoczona opieką, na dowód czego jej rodzina przedłożyła jego pierścień i listy. Dworowi zależało, by kraj znów miał ród panujący, mądrzejsi spośród arystokratów - do których zaliczał się też Eolair - również poparli roszczenie, nie chcąc, żeby udręczonym księstwem tak szybko wstrząsnęła następna wojna. I tym sposobem wszystko się dobrze ułożyło dla małego Hugh ubh-Gwythinna. Gdy parę lat później jego matka zmarła na febrę, księcia wzięła na wychowanie młoda wdowa Inahwen, która starała się jak najlepiej przygotować go do rządzenia, pełniąc przez ten czas rolę regentki. Hrabia wspierał ją w tym, kiedy tylko mógł się wyrwać od Simona i Miriamele z dworu Wielkiego Berła w Erkynlandzie.
I oto Hugh zasiada tu teraz, myślał Eolair, mężczyzna już ponadtrzydziestoletni, lecz wciąż przypominający tamto energiczne, kapryśne dziecko, które biegało po Taig niczym wiosenna burza targająca okiennicami. Miał te same duże, okrągłe oczy, które umiały promieniować taką niewinnością, wręcz zdumieniem, że ktoś go o coś oskarża; te same kędzierzawe czarne włosy, które nigdy nie chciały spokojnie leżeć, potrząsał nimi przy każdym ruchu głowy, każdym wybuchu śmiechu. Zniknęły tylko pyzate dziecięce policzki; przystojna twarz zmężniała, ale hrabia bez trudu odnajdywał w niej podobieństwo do uroczego urwisa sprzed lat.
Dlaczego więc czuje się tak nieswojo przy dorosłym Hugh?
Gospodarz uchwycił jego spojrzenie.
- Eolairze! Mój szlachetny tarna i więcej niż wuju! - zakrzyknął. - Czemużeś taki osowiały? Mam obić twego sługę za lenistwo? Hej, chłopcze! W tej chwili przynieś panu Nad Mullach więcej wina!
- Nie ma potrzeby, Wasza Królewska Mość - odparł z uśmiechem hrabia. - Jestem obsługiwany wystarczająco często i dobrze, a twój stół jest wspaniale zastawiony. Ot, zamyśliłem się.
- Ha! Myślenie... Wszystkich nas przyprawisz o smutek. - Hugh podniósł puchar i odczekał, aż ucichnie ogólny gwar. - Lepiej się radujmy! To zaiste rzadka okazja, kiedy zawitali do nas nasi brat i siostra monarchowie!
Eolair zauważył, że Miriamele uniosła głowę w tej samej chwili, gdy Simon wbił wzrok w talerz. Uwagi obojga nie uszedł ten dobór słów.
Gdy opadła fala wiwatów i biesiadnicy zaczęli podsuwać kielichy po dolewkę, królowa wdowa Inahwen w milczeniu wstała.
- Droga pani, czemu nas opuszczasz? - zapytał od razu Hugh.
- Błagam o wybaczenie, Wasza Królewska Mość, ale trochę mi słabo. Wino uderza mi do głowy. Nie chcę oczywiście okazać Ich Królewskim Mościom braku szacunku. Po prostu nagle gorzej się poczułam.
Mówiąc to, Inahwen nie patrzyła królowi w oczy, ale była wyraźnie spięta, jakby spodziewała się jakiejś gwałtownej reakcji. Eolairowi wydało się to dziwne: król nie był jej synem, lecz nie ma na świecie osoby, która byłaby bliższa roli jego matki niż ona.
Hugh się uśmiechnął.
- Ach, w takim razie to ja cię przepraszam, droga macocho, że kazałem ci znosić tak męczący wieczór.
Minę miał całkiem zwyczajną, Inahwen jednak odwróciła głowę, jakby ten widok ją ranił.
- Wcale nie męczący, Wasza Królewska Mość - odrzekła. - To niemożliwe w tak dostojnej i miłej kompanii.
Skłoniła się z uśmiechem przed Miriamele i Simonem, lecz hrabia miał wrażenie, że z trudem wstrzymuje drżenie warg.
- Nie czuj się w obowiązku zostawać z nami, pani, jeśli nie czujesz się na siłach - rzekł Simon. - Mam jednak nadzieję, że przed odjazdem jeszcze będziemy mogli się z tobą zobaczyć?
Inahwen zapewniła, że tak, i odeszła od stołu. Hugh chwycił Simona za ramię, by znów wciągnąć go do rozmowy. Eolair skorzystał z okazji, by wstać i podążyć za Inahwen do wyjścia.
- BIEDACTWO, TA NASZA PANI - zauważyła lady Tylleth.
Miriamele nie wiedziała, czy dobrze słyszy.
- Słucham?
- Mam na myśli królową wdowę. Ona nie cierpi takich uczt - wyjaśniła ze śmiechem dama dworu. - Nie winię jej za to. Rzeczywiście bywają męczące. Król kocha towarzystwo, ale starszych dworzan męczą takie przeciągające się wieczerze.
Miriamele nie była dużo młodsza od Inahwen i niezbyt się jej podobało określenie "starsi dworzanie".
- Wasza królowa wiele uczyniła dla ratowania tego królestwa w czasie Wojny Króla Burz i później - rzekła sucho.
- Ależ oczywiście, oczywiście! - Tylleth znów się roześmiała, jak gdyby dziwiło ją, że ktoś mógł się poczuć urażony. - Tym bardziej powinna teraz odpoczywać, gdy Hugh już zasiada na tronie.
Lady Tylleth bardzo jej przypominała pawia - urodziwa i głupiutka; Miriamele miała jednak dziwną pewność, że pod tą gładką fasadą czai się coś niezbadanego, może nawet mrocznego.
Nie daj się ponieść małostkowej zazdrości, napomniała się w duchu. Przypomnij sobie, co mówił Święty Yistrin: "Bóg daje nam młodość, a potem odbiera". Co zyskałaś kosztem tej utraty? Cierpliwość? Może trochę mądrości? No to bądź cierpliwa, a może będziesz i mądra. Ta uczta była dla niej pracą do wykonania, tak samo jak przeglądanie werdyktów sądów grodzkich czy ślęczenie nad bilansem skarbu z Pasevallesem. Zmusiła się do uśmiechu.
- Wybacz mi niezręczność, lady Tylleth... ale czy nie martwicie się o następstwo tronu?
Tylleth lekceważąco machnęła ręką.
- Och, wierz mi, Najjaśniejsza Pani, gdyby następca okazał się potrzebny, zanim my dwoje spłodzimy własnego, to Hugh ma wystarczająco dużo bękartów.
- Widzę, że nie spędza ci to snu z powiek - mruknęła Miriamele.
Ta kobieta coraz mniej się jej podobała.
- Na pewno zajdę w ciążę. Bogowie mi obiecali. - W oczach królewskiej konkubiny, obramowanych ciemną henną na modłę zdecydowanie południową, nie było cienia wątpliwości. - Mam nadzieję, że Waszej Królewskiej Mości nie razi, że mówię o wierze w bogów mojego ludu... Twoja aedonicka pobożność jest powszechnie znana nawet tu, w Hernystirze.
Miriamele zdobyła się tylko na przeczący ruch głową, choć czuła, że wypowiedź graniczy z impertynencją.
- Oczywiście, że nie - odrzekła po chwili. - Wielki Król i ja nigdy nie staraliśmy się narzucać innym naszej religii. - Ułożyła wargi w namiastkę uśmiechu. - I naturalnie modlimy się, aby niebiosa pobłogosławiły was zdrowym dzieckiem.
Miri przemknęło przez myśl, że lady Tylleth jest trochę szalona. Naprawdę wierzy, iż powicie dziedzica to taka łatwa rzecz, nawet z boską pomocą? Jej z Simonem przez wszystkie wspólne lata udało się spłodzić tylko jednego syna, który już nie żyje. Gdyby John Josua nie ożenił się młodo, Osten Ard nie miałoby dynastycznego następcy. Wielkie Berło byłoby w niebezpieczeństwie, po ich śmierci wszystkie jego nacje rzuciłyby się na powrót w chaos - do czego kiedyś pewnie i tak musi dojść.
Daj Boże, abym tego nie dożyła, pomyślała nagle. Nie dałabym rady użerać się z nimi wszystkimi, gdyby Simon odszedł. To on zawsze jest tym cierpliwym. Spojrzała w bok na męża. Czasem aż nazbyt.
Simon wyglądał w tej chwili trochę jak zmęczony starzec. Uśmiechał się sztywno, gdy Hugh trącał go i poklepywał, bez końca trajkocząc coś o łowach czy czymś równie błahym, co go w najmniejszym stopniu nie obchodziło. Od małego zmuszony pracować w parnych kuchniach Hayholt Simon nie zaznał magnackich rozrywek i wychowania, jakie są udziałem większości monarchów. Nie lubił też ujadania psiej sfory, podobnie zresztą jak ona.
- Najjaśniejsza Pani...? - zająknęła się Tylleth. - Czyżbym powiedziała coś niewłaściwego?
W kącikach jej ust zdawał się jednak kryć zalążek uśmieszku. Coś w tej aspirującej do roli królowej kobiecie wyraźnie drażniło Miriamele. Zapragnęła nagle znaleźć się gdziekolwiek indziej.
- Ależ skąd, lady Tylleth - odrzekła, siląc się na spokój. - Mam za sobą długi dzień, to wszystko.
Ciężkie krzesło króla zgrzytnęło na posadzce - kamiennej teraz, nie wysypywanej sitowiem polepie jak niegdyś. Stare drewniane rzeźby wciąż zwisające z belek stropowych nie mogły zatrzeć wrażenia, że nawet to poczciwe wiekowe dworzyszcze zaczyna przypominać coś innego - być może któryś z pałaców Nabbanu.
- Wznoszę toast! - krzyknął Hugh. - Raz jeszcze wychylmy kielichy, zanim wieczór nam umknie w noc! Za naszych umiłowanych monarchów, którzy zaszczycili nas swą obecnością. Zdrowie króla Seomana i królowej Miriamele!
- Za króla i królową! - padł chóralny odzew tych na tyle jeszcze trzeźwych, by nie plątały się im języki.
Po tej eksplozji gwaru zapadła pełna wyczekiwania cisza. Simon zerknął na żonę, a gdy skinęła głową, wstał, wspierając się o blat.
- Za króla Hugh i tron Hernystiru! - rzucił, podnosząc puchar. - Oby Biały Jeleń domu Hernu jak najdłużej pasł się na tych pięknych łąkach. Słyszę, że król ma wkrótce pojąć żonę. - Skinął głową, patrząc na lady Tylleth, która wyprostowała się na krześle. - Niechże ten związek cieszy się nieustającym błogosławieństwem.
Komnata zatrzęsła się od wiwatów.
Brakowało tu jeszcze czegoś, lecz Miriamele starała się nie dać tego po sobie poznać. Wyczulony przez lata praktyki Simon zauważył jednak jej minę i - ku jej posępnej satysfakcji - zrozumiał, o co chodzi. Gestem wolnej dłoni uciszył biesiadników.
- Chciałbym też wznieść inny toast - oznajmił. - Dzisiejszy wieczór to radosne spotkanie starych sprzymierzeńców i nowych przyjaciół, ale jak wiecie, nie dla tej miłej okazji tu przybyliśmy. Zmierzamy z królową do Elvritshalli ze smutną misją: pożegnać się z ukochanym druhem i wiernym sojusznikiem, księciem Isgrimnurem. Wypijmy, proszę, na jego cześć.
- Za księcia Isgrimnura! - powtórzyło za nim wielu, lecz odzew był słabszy niż przy poprzednich toastach.
Miriamele wyraźnie usłyszała, jak gdzieś niedaleko padła uwaga: "Jednego starucha mniej"; zanim jednak zdążyła się unieść oburzeniem, Simon przechwycił jej spojrzenie i lekko pokręcił głową. Targnął nią gniew na niego nie mniejszy niż na głupca, który śmiał tak znieważyć jej starego przyjaciela, zaufanie do męża jednak przeważyło. Cierpliwości, powiedziała sobie. On ma rację. Nie tutaj, nie teraz. Wzięła głęboki oddech i czekała, by furia się z niej wysączyła, jak rozlane na stole wino wsiąkające w obrus. Zastanawiała się, czy plamy kiedykolwiek zejdą.
DOGONIŁ JĄ NA DZIEDZIŃCU za jadalnią.
- Wasza Wysokość! Pani Inahwen!
Służąca królowej wdowy przeszła jeszcze kilka kroków i zatrzymała się w dyskretnej odległości, gdy jej pani się odwróciła na to wezwanie. Przez moment Eolair widział nie dojrzałą, niemal starą kobietę, która wymówiła się od dalszego uczestnictwa w biesiadzie, lecz tamtą Inahwen, znaną mu z dawnych lat, złotowłosą, mlecznoskórą, zewsząd otoczoną przez złowrogie cienie.
- Zaszczycasz mnie, panie hrabio - odezwała się po hernystirsku.
Miękkie brzmienie ojczystej mowy wywołało z jego pamięci jeszcze parę rzeczy, wśród których wspomnienie łaskoczącego ucho jej szeptu, tak odległe, że wydało mu się majakiem z innego życia, wcale nie było ostatnią.
- Proszę cię, pani... W twoich ustach tytuł brzmi jak coś wstydliwego, przynajmniej dla mnie. Ile to lat minęło! Dobrze wyglądasz, Inahwen.
Uśmiechnęła się bez przekonania.
- Wyglądam tak, jak się czuję. Jak stara kobieta, która wszystkim przeszkadza.
- Przenigdy! - wykrzyknął Eolair, zanim dotarło doń znaczenie jej słów. - Przeszkadzasz? A w czym? Czyżbyś sprzeciwiała się planom matrymonialnym króla?
Inahwen zerknęła na służkę, która udawała, że gapi się na rozgwieżdżone niebo, potem na dwóch strażników, którzy podążali za nią od wyjścia.
- Och, nie. Któż miałby nie chcieć szczęścia Jego Królewskiej Mości? Pójdź jednak ze mną do Domku Królowej, porozmawiamy trochę. Nie mam wina godnego ciebie, ale może zostało jeszcze trochę miodu ze świąt przesilenia zimowego.
- Porządnego miodu nie kosztowałem od miesięcy... Co ja mówię, już ze dwa lata, kiedy ostatni raz bawiłem w Hernysadharc. Będę zaszczycony, pani.
DOMEK KRÓLOWEJ bynajmniej nie był tak mały, jak sugerowała nazwa; nowocześnie zaprojektowana trzypiętrowa budowla na planie kwadratu stała niedaleko zewnętrznego wału Taig. Eolair usiadł na wyściełanym krześle w bawialni przy kominie, podczas gdy służka udała się do kuchni poszukać trunku.
- Mam tu flaszkę na początek - rzekła Inahwen, wyciągając z kredensu glinianą butelkę. Nalała do dwóch małych, pięknie rżniętych szklanek. - Sycony z miodu koniczynowego z Circoille.
Hrabia wziął szklanicę i podniósł do nosa, by ocenić bukiet.
- Świetnie. Po cóż nam więc druga?
- Po to, żeby dać dziewce jakieś zajęcie na kilka minut. Zadałeś mi pytanie. Ja ci odpowiedziałam. Uwierzyłeś?
Ta nagle zmieniona wersja Inahwen niemal go rozbawiła.
- Stałaś się zatem intrygantką, moja droga? Gdzież się podziało to szczere, nieśmiałe dziewczę, które kiedyś znałem?
- Dworujesz sobie ze mnie. - Posłała mu smutne spojrzenie.
- Wcale nie. Rozmawiajmy. Nie podoba ci się to zamierzone małżeństwo króla, tak?
Nie zdziwiłbym się, gdyby Inahwen nadal chciała chronić Hugh, pomyślał. Tylleth na pewno nie jest typem posłusznej, dziewiczej oblubienicy.
- Małżeństwo to konieczność - odrzekła. - Wiesz, ile dzieci już spłodził z nieprawego łoża? Siedmioro. O tylu przynajmniej wiadomo. Wyobrażasz sobie, jakie powstałoby zamieszanie, gdyby umarł, nie wyznaczywszy następcy?
Na samą myśl o tylu pretendentach do tronu hernystirskiego Eolair omal nie zadrżał.
- Tak, już to widzę - mruknął. - Czyli ślub to dobre rozwiązanie, tak?
- Byłby, gdyby Hugh znalazł sobie inną wybrankę. - Inahwen zniżyła głos, choć wciąż byli sami. - Ale nie z tą małą wiedźmą.
Hrabiego zaskoczył jej ostry ton.
- Taka jest zła? A może to jej tatko zbyt ambitnie mierzy? O ile pamiętam, był lojalnym wasalem króla Llutha.
- Nie, jej ojciec jest godny zaufania. Rycerskie czasy ma już za sobą, dziś to taki gruby, stary włościanin, lubi dobrze zjeść, wypić i przechwalać się dorodnym bydłem. Wydając Tylleth za earla Glen Orrga, zyskał spory kawał ziemi. To jej się obawiam, nie jego. - Królowa zacisnęła usta. - Istna wiedźma, mówię ci.
- Już dwa razy użyłaś tego słowa. Czy wyraża coś więcej niż twoją antypatię?
Inahwen chwilę wpatrywała się w swą szklankę. Buzujący w kominie ogień rzucał na całą izbę długie cienie, poruszające się niespokojnie, jakby na coś czekały.
- Nie wiem, Eolairze. Słyszałam jednak różne pogłoski i niektóre mnie przerażają.
- Jakie to pogłoski?
- Jak ci powiem, pomyślisz, że odebrało mi rozum. - Pokręciła wolno głową. - Niektórzy prawią, że Tylleth przywróciła do życia bardzo stary, bardzo zły kult.
- Kult? - zdumiał się hrabia. - Nie bardzo rozumiem, pani, zresztą i tak bym w to nie uwierzył. Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć najlepiej, że faworyci królów często wzbudzają podłe emocje.
- Tak, o mnie też mówiono okrutne rzeczy. - Królowa skrzywiła się boleśnie. - Nikt mnie jednak nie oskarżał o odrodzenie rytuałów Matki Kruka.
- Rytuałów Matki... - Eolaira zatkało. Był pewien, że się przesłyszał. - Mówisz o kulcie Morrigi, Stwórczyni Sierot? - Mimo bijącego od komina ciepła poczuł zimny dreszcz. - Nikt nie jest aż tak szalony. Wytrzebienie tej okropnej sekty w Hernystirze zajęło setki lat!
- A jednak ludzie tak gadają, i to tacy, którzy nie mają powodu mnie oszukiwać. Twierdzą, że uległa fascynacji Mroczną Matką i wraz z garstką zwolenników próbuje ją przyzywać.
Eolair od lat nie myślał o Matce Kruku. Nikt z Hernystirczyków nie czcił jej otwarcie od czasów króla Tethtaina, trzy wieki temu. Ostatnich fanatyków - brudną, kazirodczą bandę z północnego matecznika puszczy Circoille - wytępił jeszcze ojciec Llutha, król Llythin, na długo przed przyjściem na świat rodziców hrabiego. Z pewnością nawet taka ambitna egoistka jak lady Tylleth nie zdoła odrodzić tak przerażających praktyk, pomyślał.
- Po co miałaby dążyć do tak szalonego celu?
- A skąd mam to wiedzieć? Podobno Morriga objawiła się jej we śnie. - W jasnym świetle płomieni Inahwen wydawała się teraz blada i zmęczona. - Mam nadzieję, że to tylko taka chwilowa moda, zabawa znudzonych dworzan. Pamiętam jednak z dzieciństwa babcine opowieści o wyznawcach Matki Kruka, o przerażeniu, jakie budzili w jej wiosce, o tym, jak każdy schodził im z drogi, byle nie napotkać ich złego spojrzenia.
Eolaira ciarki przeszły, nie dał jednak nic po sobie poznać.
- Jeśli nawet w tych plotkach jest trochę prawdy, to z pewnością dla lady Tylleth to tylko forma rozrywki, coś, czym może szokować starszyznę w Taig. - Zdobył się na blady uśmiech. - Taką jak ty i ja.
- Może i tak. - Królowa nie odpowiedziała uśmiechem. - Jednego jestem pewna, drogi hrabio: Hugh nie jest sobą, odkąd się z nią związał. Tak, zawsze był płochy i kapryśny. Sam chyba pamiętasz.
- Naturalnie. Ileż to razy, gdy był chłopcem, żałowałem, że nie mogę go przełożyć przez kolano i złoić mu skóry.
- Szkoda, że tego nie zrobiłeś. Ktoś powinien był. Ale teraz... Nie wiem, Eolairze. On się zmienił i to budzi we mnie strach. Ciągle wygląda, jakby skrywał jakąś smakowitą tajemnicę. Jak gdyby czymś go przekonała, że nic nie może mu zagrozić. Na pewno to dostrzegłeś! Wszystko, co dziś robił, co zaaranżował, było pomyślane jako mniej lub bardziej jawna obelga dla Wielkiego Tronu. Nie takiego Hugh wychowywałam. Owszem, może i był z niego zepsuty, krnąbrny dzieciak...
Inahwen zamilkła. Chwilę później weszła służąca, chwiejnie dzierżąca duży dzbanek.
- Znalazłam miód, pani - zameldowała.
- Słyszałeś, hrabio? - Inahwen próbowała się uśmiechnąć. - Pani. Już nawet nie "Wasza Wysokość".
Dziewczyna zbladła i zgięła się w pokłonie.
- Och, błagam wybaczenia, Wasza Królewska Mość, ja...
- Postaw to, dziecino. - Inahwen wskazała stolik pod ścianą. - I kładź się spać. Pan hrabia i ja już kończymy rozmowę. Sam znajdzie drogę do wyjścia.
Służka dygnęła nisko, odstawiła ciężkie naczynie i wybiegła z komnaty na schody.
Eolair odczekał, aż na dole zamknęły się za nią drzwi.
- Jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? - spytał. - Albo zrobić? - Wyciągnął rękę i dotknął jej dłoni. - Wolałbym cię widzieć szczęśliwszą.
- Porozmawiaj więc z bogami. Tylko ich plany się liczą, nie nasze.
Popatrzył na nią z czułością, na zmarszczki pokrywające gładką niegdyś twarz: świadectwo pasma niedoli przetykanego ulotnymi, o ileż rzadszymi chwilami szczęścia.
Żadne z nas go za wiele nie zaznało. A już na pewno nie wspólnie.
Podczas wielkiej wojny z Królem Burz oboje stracili kogoś niezastąpionego - ona męża, on córkę Llutha, Maegwin. Eolair nie zdawał sobie nawet sprawy, jak droga mu była dzielna, opętana królewna, póki jej nie zabrakło. Czy teraz popełnia ten sam błąd względem Inahwen?
Tak mało na tym świecie pociechy. Może głupi byłem, zawsze kierując się obowiązkiem?
- Pani... - zaczął, lecz ona już kręciła głową.
- Zgaduję, o czym możesz myśleć, mój dzielny hrabio. To na nic. Jesteśmy, kim jesteśmy, i nasze ścieżki biegły obok siebie tylko przez chwilę. Zawsze jednak będziesz mi drogi, Eolairze.
- I ty mnie, Wasza Wysokość. - Jednym haustem wychylił drugą szklankę miodu i od razu poczuł ją w nogach, gdy wstawał, by wrócić do sali jadalnej. - Starannie przemyślę, co od ciebie usłyszałem, i sam się rozpytam wśród ludzi. Bądź spokojna, król Simon i królowa Miriamele dowiedzą się o twoich obawach. - Nachylił się i z szacunkiem ucałował dłoń królowej wdowy. - Niech bogowie mają cię w opiece.
- I nas wszystkich, drogi Eolairze. - Uśmiechnęła się w końcu, lecz smutny był to uśmiech. - Jakie to dziwne zobaczyć cię tak posiwiałego! Wolę nie myśleć, jak ja wyglądam w twoich oczach. Tak, oby bogowie nas czujnie strzegli, bo wszystkim nam potrzebna ich opieka.
Podziękowania
Zawsze jest niezwykle trudno we właściwy sposób wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy się przyczynili do powstania książki - w tym wypadku to jednak zadanie jeszcze trudniejsze, gdyż aż tak wiele osób uprzejmie poświęciło swój czas i wysiłek, aby rzecz doprowadzić od początku do końca.
Wymieniam tu przynajmniej tych, co do których mam pewność, albowiem rzecz cała rozpoczęła się już ponad dwa lata temu. Jeżeli macie swój wkład w powstanie tej książki, a ja was pominąłem, też przyjmijcie moje najserdeczniejsze podziękowania - napiszcie do mnie jednak, abym nie powtórzył tego błędu w kolejnych tomach cyklu.
Zacznę od szczerego podziękowania tym, którzy przebrnęli przez bardzo długi pierwszy maszynopis i przekazali mi wrażenia i uwagi, bądź napracowali się, żeby indeks był wyczerpujący, dokładny, a przy tym zgodny z wcześniejszymi powieściami. Każde z tu wymienionych nazwisk reprezentuje godziny pracy, którą nie ja musiałem wykonać!
Dzięki Wam zatem, Charlotte Cogle, Ronie Hyde, Ylvo von Löhneysen, Evo Maderbacher, Devi Pillai, Cindy Squires, Lindo Van Der Pal, Angelo Welchel i Cindy Yan! Jesteście moimi bohaterami.
Jak zawsze, muszę wspomnieć o tych, którzy robili dla mnie najwięcej i najdłużej. Opowiedziałem już, jak ważną rolę odegrały moja żona Deborah Beale oraz wydawczynie Sheila Gilbert i Betsy Wollheim - ale raz jeszcze powtórzę: jesteście super!
Mój agent Matt Bialer przez cały czas jak zwykle był sobą - bystry, pomocny i wesoły. Jesteś rutyniarzem, Matt.
Lisa Tveit radziła sobie z każdym problemem, żeby moja strona internetowa (i inne aspekty mojej kariery on-line) była wspaniała i działała bez zarzutu - serdeczne podziękowania, Liso!
MaryLou Capes-Platt, redaktor nowej trylogii o Osten Ard, jest w jednej osobie surową specjalistką i czarującą muzą. Bardzo mi pomagały jej dyskretne komentarze na marginesie, wyrazy radości, gdy któryś kawałek wyszedł mi lepiej niż zwykle, i delikatne upomnienia, gdy wypadałem gorzej, coś namąciłem czy po prostu nie spełniałem wymagań. Jej bystre oko i inteligencja w połączeniu ze złotym sercem bardzo wpłynęły na ostateczny kształt tej książki.
Isaac Stewart nie tylko stworzył piękne nowe mapy, lecz spędził też długie godziny nad dopracowywaniem wszystkich szczegółów, aby pasowały do geografii wcześniejszych powieści. (Miał pomocników, ale o tym za chwilę). Rezultat jest oczywisty - i wspaniały.
Michael Whelan wykonał ilustracje - "co tu dużo gadać..." - i jak to ma w zwyczaju, napracował się setnie, żeby wchłonąć treść książki i swoim talentem rozwinąć ją bardziej, niż umiałbym sobie wyobrazić.
Joshua Starr włożył masę wysiłku, bym mieścił się w harmonogramie i nie wpadał w kłopoty - jak zresztą wielu innych z DAW Books i Penguin Random House. Josh sprawia, że brnięcie przez uciążliwe detale procesu wydawniczego staje się czystą przyjemnością. Piękne dzięki!
Moi wydawcy brytyjski i niemiecki - Oliver Johnson z Hodder & Stoughton i Stephan Askani z Klett-Cotta - przeczytali i wspierali tę najnowszą Okropnie Długą Książkę Tada z normalną u nich uprzejmością i spostrzegawczością. Mam wiele szczęścia do wydawców na całym świecie.
Muszę też oczywiście wspomnieć o najbardziej lojalnych i miłych przyjaciołach, jakich może mieć pisarz - załodze z forum internetowego na www.tadwilliams.com. Wielu z nich już tu figuruje z nazwiska, ale absolutnie nie wszyscy. Poimprezujmy w "The Mint", chłopaki. Ja stawiam.
I na koniec, ale zdecydowanie nie pod względem ważności, pragnę wyrazić wdzięczność dwojgu ludziom, którzy tyle pracy włożyli w ten powrót do Osten Ard, że aż nie wiem, od czego zacząć.
Ron Hyde w zasadzie wyrósł na oficjalnego archiwistę Osten Ard. Nie tylko czytał i konsultował maszynopis, lecz wiele godzin spędził z Isaakiem Stewartem nad mapami, odpowiadał też o najróżniejszych porach doby na niezliczone moje pytania - pierwszą trylogię stworzyłem bowiem trzydzieści lat temu i dziś Ron zna szczegóły topografii i historii królestwa lepiej ode mnie. Próba utrzymania kompatybilności miliona słów napisanych tak dawno temu (i z jeszcze większym tłem, też wtedy zbudowanym) z nową opowieścią, która też pewnie się rozrośnie do podobnych rozmiarów, zanim ją skończę, to iście heraklejska praca. Bez takiej pomocy pisałbym to podziękowanie nie wcześniej niż za dwa lata.
Ylva von Löhneysen również zrobiła dla tej książki więcej, niż narzucał obowiązek, a może nawet zdrowy rozsądek. Podobnie jak Ron czytała wszystkie szkice, nie szczędziła komentarzy, a jej rozległa wiedza o Osten Ard pomagała mi utrzymać się na właściwym kursie. (Tak jest, ona też więcej ode mnie wie o świecie, który sam stworzyłem). Cały czas przysyłała mi notki na temat właśnie przeczytanych scen, dodawała mi ducha i dopingowała, ale też wspierała mnie pomysłami i sugestiami, które - jak w wypadku Rona i innych tu wymienionych osób - wielokrotnie wywierały bezpośredni wpływ na kształt ostatecznej wersji Korony z czarodrzewu.
Wyrazy wdzięczności i szacunku dla Was wszystkich. Nie mógłbym tego zrobić bez Waszej pomocy. Oby błogosławieństwa spadały na Was deszczem.
Wstęp
KOŃ I JEŹDZIEC sunęli zboczem przez kępy modrzewi, jasnolistnych buków i dębów obwieszonych girlandami kotków. Przemykali z jednego snopa promieni słonecznych w drugi z szybkością, która zdumiałaby śmiertelnika. Biały płaszcz jeźdźca zdawał się chwytać i odbijać wszystkie barwy dookoła, leniwy lub roztargniony obserwator zarejestrowałby więc tylko sugestię ruchu, kojarzoną raczej z wiatrem niż z żywymi istotami.
Tanahaya delektowała się ciepłym dniem. Muzyka leśnych owadów - cykanie świerszczy i monotonne bzyczenie pszczół - sprawiała jej przyjemność. Zapach ludzkiej obecności był wprawdzie intensywny, a to pasmo lasu dawało tylko chwilowe schronienie, zanosiła więc w duchu modły dziękczynne za ten szczęsny przerywnik.
Dzięki Ci, Matko Słońce. Dzięki za roślinne wonie, za pszczeli taniec złotoskrzydły.
Według norm swego ludu była wciąż młoda - żyła na tej ziemi zaledwie kilkaset lat. Wiele z nich Tanahaya z Shisae'ron spędziła w siodle, najpierw jako wysłannik przywódcy jej rodowego klanu, Himana z Kwietnych Wzgórz, a później, kiedy już Dom Tańczącego Roku poznał jej wartość, w służbie tego klanu. Nigdy jednak nie podjęła się zadania równie niebezpiecznego, a już na pewno dziwniejszego niż obecna wyprawa do stolicy śmiertelników. Miała nadzieję, że starczy jej sił i sprytu, aby nie zawieść zaufania tych, którzy ją tam posłali.
Mówiono o niej, że jest nad wiek mądra, ona jednak wciąż nie mogła pojąć, dlaczego jej przyjaciele tak wielką wagę przykładają do spraw śmiertelników - zwłaszcza tych krótko żyjących stworzeń, które zamieszkują tę akurat część świata. Uważała to za tym mniej zrozumiałe teraz, kiedy stało się dla niej jasne, że Zida'ya nie mogą już dowierzać żadnemu z ludzi.
Oto jednak wyrastał przed nią gród, którego szukała. Jego najwyższe wieżyce właśnie zamajaczyły poprzez listowie. Patrząc na te przysadziste baszty i ciężkie kamienne mury, nie mogła uwierzyć, że ongiś stała tam Asu'a, największe i najpiękniejsze miasto jej ludu. Czy cokolwiek z ich domu mogło jeszcze przetrwać w tej nieforemnej stercie kamieni, którą śmiertelni zwą Hayholt?
Nie wolno mi myśleć, jaka może być prawda, skarciła się w duchu. O tym, czego się boję i na co liczę. Muszę widzieć tylko to, co jest. Inaczej sprzeniewierzę się przysiędze i zawiodę przyjaciół.
Zatrzymała się na skraju lasu.
- Tsa, Pajęczynko - szepnęła.
Wierzchowiec posłusznie stał w ciszy, podczas gdy ona nasłuchiwała. Nowe odgłosy sączyły się ku niej z dołu; dolatywała też nowa, niezbyt przyjemna woń - zwierzęcy odór niemytych ludzkich ciał. Tanahaya cmoknęła cicho i rumak bezszelestnie cofnął się w zarośla. Czekała z dłonią na rękojeści miecza.
Na zalaną słońcem polanę wbiegła złotowłosa dziewczynka z koszykiem pełnym zimowych kwiatów: żonkili, przebiśniegów i fioletowych krokusów. Szósty zmysł podpowiedział Tanahayi, że dziecko nie jest samo, trzymała się więc w cieniu. Nie myliła się: po chwili z brzękiem rynsztunku spomiędzy drzew wypadło sześciu zdyszanych żołnierzy. Z ulgą stwierdziła, że nie chcą skrzywdzić małej; zaskoczył ją jednak brak czujności zbrojnych. Jak można tak nierozważnie pchać się w niebezpieczeństwo? Mogłaby wpakować w nich po strzale, zanim któryś by się zorientował, że w Kynswood jest ktoś oprócz nich.
Za żołnierzami na polanę wbiegła śmiertelniczka w kapeluszu o rondzie szerokim jak koło od wozu.
- Lilio! - zdołała tylko krzyknąć i zgięta wpół chwytała oddech. - Dlaczego uciekasz, dzieciaku! Och, ty nieznośna! A my tu musimy się za tobą uganiać po chaszczach...
Dziewczynka patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma.
- Ale ciociu Rhońciu, patrz, jeżyny!
- Jakie jeżyny, w marcu? Co ty pleciesz.
Kobieta, wciąż zasapana, musiała wśród swoich uchodzić za ładną, uznała Tanahaya: wysoka, o subtelnych, acz wyrazistych rysach. Po zdrobnieniu użytym przez dziecko domyśliła się, że ma przed sobą hrabinę Rhonę z Nad Glehs, jedną z najbliższych przyjaciółek ich królowej. Ani trochę jej nie dziwiło - choć niejednego mogłoby - że tak wysokiego urodzenia osoba zajmuje się niańczeniem kilkulatki.
- Wracamy do domu, kochanie - rzekła hrabina. - To nie są jeżyny, tylko sowie jagody. Brzuszek by cię od nich rozbolał.
- A wcale nieprawda, bo to właśnie leśne jeżyny - upierała się dziewczynka. - I są bardzo magiczne.
- Magiczne... - Hrabina prychnęła z niesmakiem, ale bystre oczy Tanahayi z daleka widziały, że z trudem wstrzymuje uśmiech. - Ja ci dam magię, mu'charcha! Chciałaś iść po wczesne kwiatki, no to cię zabrałam do lasu. Łazimy tu godzinami! Na nieskazitelne suknie Deanaghi, popatrz tylko na mnie... Jestem umorusana i poparzona pokrzywami.
- To nie żadne pokrzywy, ciotuchno, tylko jeżyny! - Mała nie dawała się przekonać. - Dlatego mają kolce i drapią. Żeby nikt im nie zjadał owoców.
- I nikt oprócz ptaków nie ma takiego zamiaru. Nawet jelenie tego nie ruszą.
Zbrojni w półpancerzach z wolna dochodzili do siebie po wyczerpującym biegu. Twarze lśniły im od potu; dzieciak musiał nieźle ich przegonić po zboczu.
- Mamy ją złapać, wasza miłość? - spytał jeden.
Hrabina zmarszczyła brwi.
- Lilio, musimy wracać do domu. Nie chcę, żeby mi obiad przepadł.
- Nic nie muszę, jak nie będziesz mnie nazywać księżniczką albo Waszą Wysokością.
- Co za głupstwa! Twoi dziadkowie wyjechali i ja się tobą opiekuję, ty mała lwico. No już, bo się pogniewam.
- Szkoda, że nie ma wujka Tima. On mi pozwala na wszystko.
- Tak, tak, wujek Timo to twój wierny poddany... nie, raczej bezsilny niewolnik, dlatego tak łatwo owinęłaś go sobie wokół palca. Ja jestem z twardszego materiału. Daj rękę, idziemy.
Dziewczynka zwana Lilią popatrzyła na ciotkę, potem na ciemne krzewy obwieszone bladoniebieskimi owocami, wreszcie westchnęła i powoli ruszyła w dół. Gdyby jej koszyk miał choć odrobinę dłuższy uchwyt, ciągnęłaby go po gliniastej ziemi.
- Kiedy wrócą królowa babcia i król dziadek, poskarżę się na ciebie - zapowiedziała.
- Niby na co? - Hrabina zmrużyła oczy. - Że nie dałam ci uciec do lasu na pożarcie wilkom albo niedźwiedziom?
- Nic by mi nie zrobiły. Dałabym im jeżyn.
- Nawet wygłodzony niedźwiedź nie tknąłby sowich jagód. - Rhona ujęła dziecko za rękę. - A wilkom to już na pewno ty byś bardziej smakowała.
Tanahaya jak urzeczona patrzyła za chowającą się za zakrętem ścieżki grupką. Pomyśleć tylko, że to małe stworzonko kiedyś zamieni się w kobietę, być może wyjdzie za mąż i samo zostanie matką i babcią, zestarzeje się i umrze - a wszystko to w niewiele więcej niż jeden Wielki Rok! Być śmiertelnikiem to jakby próbować wtłoczyć całe życie między skok z wysoka a upadek na ziemię; jeden szybki lot na oślep ku śmierci. Jak oni sobie z tym radzą, nieszczęśni?
Pierwszy raz przyszło jej do głowy, że może jednak czegoś się w tej misji nauczy. Zaskakująca konstatacja.
A zatem to była Lilia, dotarło do niej, wnuczka królowej Miriamele i króla Seomana. Adresatów jej poselstwa. Niedługo więc znów zobaczy tę małą, dumną pszczółkę.
Pszczółkę? Nie, raczej motylka, pomyślała z nagłym ukłuciem bólu. Błysk koloru i splendoru pod niebem, a zaraz potem, jak z nimi wszystkimi, w proch obrócenie.
Wiedziała też jednak, że jeśli obawy jej przyjaciół okażą się słuszne, dla tego motylego szkraba i całej populacji Hayholt koniec może nadejść szybciej, niż ktokolwiek z nich umiałby przewidzieć.
GDY ZNÓW WSTRZYMAŁA KONIA, by się przyjrzeć zamkowi, wciąż słyszała słaby chrzęst żołnierskiego ekwipunku i głosik małej złotowłosej - już nie słowa, lecz muzykalny szczebiot - dobiegające z lasu poniżej. Wiatr się zmienił i woń ludzkiego potu raptownie przybrała na sile. Tanahaya z trudem się powstrzymała, by natychmiast nie zawrócić i uciec. Trudno, trzeba będzie przywyknąć, powiedziała sobie.
Ciężkie, ponure budowle śmiertelników nie podobały się jej tak samo jak ich odór. Z Hayholt nie było inaczej. Choć wielki, gród wydawał się tylko zbieraniną niestarannie wzniesionych budynków ukrytych za podwójnym pierścieniem prostych, masywnych murów. Cała ta niezdarna konstrukcja przycupnęła na wysokim przylądku nad szeroką zatoką Kynslagh niczym gniazdo jakiegoś niechlujnego ptaszyska. Nawet czerwień dachówek, którymi pokryto większość budowli, wydawała się jej mdła jak zakrzepła krew. W sumie najbardziej przypominało to kompleks więzienny. Wprost nie do wiary, że zaledwie kilkadziesiąt ludzkich lat temu - dla jej ludu okamgnienie - tu właśnie zakończyła się wojna wydana śmiertelnym przez Króla Burz, i to o włos od sukcesu. Przez moment miała wrażenie, że jeszcze słychać echo zgiełku wielkiej bitwy, a wokoło snują się niezliczone cienie poległych. Mało brakowało, żeby nawet sam Czas uległ tu rozbiciu. Jak oni mogą tu żyć po czymś takim? Czyż nie czują wszechobecności nieukojonych zmarłych?
Widok dziecka dał jej chwilę dobrego nastroju, który jednak rozwiał się teraz jak pył na suchym, gorącym wietrze. Dłoń Tanahayi odruchowo spoczęła na Świadku schowanym w przytroczonym do pasa mieszku - świętym zwierciadle, za pomocą którego mogła się porozumiewać ze swymi mocodawcami nawet na wielką odległość. Wiedziała, że to nie miejsce dla niej. Trudno było uwierzyć, żeby ktokolwiek z ich rasy mógł się tu dobrze czuć. Przecież nie jest za późno: jeszcze może ubłagać drogich przyjaciół w Jao e-Tinukai'i, żeby znaleźli kogoś innego na jej miejsce.
Impuls zniknął równie szybko, jak się pojawił. Nie do niej należy osądzać te krótko żyjące stworzenia; ma tylko zrobić, do czego została wybrana. Dla dobra jej ludu.
W końcu rok sam się nie wtańczy w istnienie, napomniała się w myśli. Wszystko jest poświęceniem.
Zdjęła rękę z ukrytego lusterka i ujęła wodze. Nawet z tak daleka ta ich woń wydawała się nieznośnie ostra. O ile gorzej będzie, kiedy już zjedzie z gór i znajdzie się na ich zatłoczonych uliczkach?
Coś uderzyło ją w plecy z taką siłą, że nie mogła złapać powietrza. Próbowała się obejrzeć, zobaczyć, kto ją zaatakował, równocześnie chwytając za miecz, lecz nim zdążyła go dobyć, druga strzała trafiła ją w pierś.
Sithijka usiłowała skulić się w siodle, lecz ten ruch przysporzył jej tylko bólu - wciskała sobie grot głębiej w ciało. Na plecach czuła jakby zimny oddech; wiedziała, że to spływająca krew. Złapała za brzechwę i ułamała ją tuż przy skórze. Uwolniona w ten sposób od przeszkody - choć krwawiła obficie - przytuliła się do szyi Pajęczynki, myśląc już tylko o ucieczce. Ledwo jednak zdążyła ścisnąć konia piętami, świsnęła kolejna strzała i utkwiła w karku zwierzęcia o piędź od jej rozcapierzonych palców. Klacz szarpnęła się z kwikiem bólu i strachu. Tanahaya walczyła, by utrzymać się w siodle, lecz wtedy czwarty pocisk wbił się jej między łopatki i strącił ją na ziemię. Przez szalony moment miała wrażenie, że szybuje w powietrzu jak ptak - potem jedno wielkie, płaskie uderzenie i bezgłośna ciemność zalała ją jak rzeka.
1. Wspaniały
ŚCIANY NAMIOTU trzepotały głośno na porywistym wietrze. Tiamak czuł się trochę jak we wnętrzu wielkiego bębna. Wielu obecnych przekrzykiwało się wzajem, aby ich słyszano, nad wszystkie głosy wybijał się jednak refren heroicznego peanu wyśpiewywanego przez młodego minstrela:
Opiewajcież, ludzie, jego wielkie imię:
Król Seoman Wspaniały!
Niech się z pieśnią na wsze strony blask poniesie
Jego królewskiej chwały.
Król nie prezentował się najwspanialej. Wyglądał na zmęczonego. Widać to było wyraźnie w zmarszczkach na jego twarzy i sylwetce przygarbionej jak przed spodziewanym ciosem. Cios jednak już nastąpił; dziś była tylko jego ponura rocznica.
Utykając bardziej niż zwykle, co można było złożyć na karb zimnego dnia, mały Tiamak przeciskał się między większymi mężczyznami - dworakami i dygnitarzami zebranymi wokół monarchy zasiadającego na jednym z dwóch centralnie ustawionych wysokich krzeseł z oparciem, przybranych w barwy królewskie. Drugie było puste. Nad głową Simona wisiał sztandar z dwoma smokami, białym i czerwonym.
Zaimprowizowana na polu hernystirskim sala tronowa dobrze spełnia swoje zadanie, pomyślał Tiamak, ale najwyraźniej król wolałby być gdzie indziej. W każdym razie tego dnia.
Miecz swój przesławny dzierżąc w prawicy,
W sercu nie mając nic oprócz męstwa,
Niezłomny władca trwał na reducie,
Choć tchórzy zgraja dawno już pierzchła.
Kiedy piekielna Nornów czereda
Wojny okropnej żagiew przyniosła,
Olbrzymów horda w bramy łomotała,
Gleniwent wraże mąciły wiosła...
- Nie pojmuję - rzekł król do jednego z dworzan. - W samej rzeczy, mój dobry człowieku, nie zrozumiałem ani słowa z tego, coś do mnie mówił przez ten cały zgiełk i zawodzenia. Po co mieliby odstawiać mosty? Czyżbyśmy byli ptakami, żeby do nich przefrunąć?
- Obstawiać, Wasza Królewska Mość. Mówiłem o obstawieniu mostów.
- Przecież wiem, sir Murtachu - odparł kwaśno Simon. - To miał być żart. Ale sensu w tym i tak nie widzę.
Sztuczny uśmiech dworaka nieco przygasł.
- Taka u nich tradycja, że lud na powitanie szpaler czyni nie tylko wzdłuż drogi, lecz i na mostach, Najjaśniejszy Panie - wyjaśnił. - Król Hugh martwi się jednak, że nie wytrzymają takiego obciążenia.
- I dlatego mamy zrezygnować z wozów i tłuc się piechotą? Wszyscy?
Murtach westchnął.
- Tego sobie życzy król Hugh, panie.
Gdy z całą potęgą nadciągnął Król Burz
I stanął na samej Swertclif murawie,
Kto mu stawił czoło na zamkowym murze
I wroga zmusił, by odszedł w niesławie?
Opiewajcież, ludzie, jego wielkie imię:
Król Seoman Wspaniały!
Niech się z pieśnią na wsze strony blask poniesie
Jego królewskiej chwały.
Głowa opadła Simonowi na bok. Nie na tę stronę jednak, gdzie przemawiał doń kolejny zaaferowany posłaniec, gdy w końcu udało mu się przebić do prowizorycznego tronu. Coś rozpraszało uwagę króla. Tiamak widział, że jego niewzruszona cierpliwość zaczyna się wyczerpywać; nasunęło mu się skojarzenie z powoli nabierającą wody płaskodenką. Nie ulegało wątpliwości, że jeśli ktoś w porę temu nie zapobiegnie, łódź wkrótce zatonie.
Z jego ręki smok zginął zimny i straszliwy.
On ci to ujarzmił dumne Sithów plemię,
Samej zimie nakazał, by precz stąd odeszła,
I naszą znękaną uratował ziemię.
Murtach wciąż perorował z jednej strony, z drugiej goniec po raz trzeci zaczynał swój meldunek, kiedy Simon nagle poderwał się z krzesła. Dworzanie cofnęli się szybko jak obszczekująca niedźwiedzia sfora chartów, kiedy król puszczy stanie na tylnych łapach i zaryczy. Brodę miał wciąż rudą, lecz dość już przetkaną siwizną - nie licząc białego pasma, tam gdzie niegdyś ochlapała go smocza krew - tak więc w gniewie przypominał trochę aedonickiego proroka z dawnych czasów.
- Tego już za wiele! - krzyknął Simon. - Nie dość, że nie słyszę własnych myśli, że każdy człowiek w obozie chce, bym zrobił to czy tamto... albo nie zrobił... to jeszcze muszę wysłuchiwać tych wierutnych kłamstw i z księżyca wziętych pochlebstw! - Odwrócił się i wycelował w winnego oskarżycielski palec. - No więc? Naprawdę muszę?
Trafiony, rzekłbyś, w serce młody ciemnowłosy minstrel znieruchomiał i patrzył na władcę oczyma wybałuszonymi jak u nocnego gryzonia uchwyconego w snop światła z pochodni. Z trudem przełknął ślinę.
- Słucham, Wasza Królewska Mość? - wykrztusił po długiej chwili.
- Tak, do ciebie mówię! Cóż to za niedorzeczna pieśń? Z jego ręki smok zginął zimny... Jedno wielkie łgarstwo! - Mówiąc to, Simon ruszył w stronę nieszczęsnego grajka i już po chwili stał tuż nad nim. Minstrel zdawał się kurczyć i topnieć niczym śniegowy płatek na ciepłej dłoni. - Na Krwawe Drzewo, w życiu nie ubiłem żadnego smoka. Jednego tylko zraniłem i stracha miałem przy tym jak nie wiem co! I na miłość Usiresa, nie ujarzmiłem też Sithów!
Śpiewak bezgłośnie poruszył ustami.
- A reszta jest jeszcze bardziej zwariowana - ciągnął król. - Że niby kazałem zimie iść precz? Człowieku, tak samo mógłbyś powiedzieć, że to z mojego rozkazu słońce wschodzi co dnia!
- Ale... ale... to tylko pieśń, Najjaśniejszy Panie! - wydusił w końcu muzykant. - Powszechnie znana i lubiana, wszyscy ją śpiewają.
- Zawracanie głowy - prychnął Simon, lecz już spokojniej. Gniew u niego był jak wiosenna burza: raz błysnęło, grzmotnęło, a potem już tylko deszczyk rosił. - No to idź ją śpiewać wszystkim. Albo lepiej, gdy już wrócimy do Hayholt, zapytaj starego Sangfugola, co się naprawdę wydarzyło. Niech ci powie, jak to wyglądało, kiedy Król Burz zesłał na nas ciemność i wszyscy posikaliśmy się ze strachu.
Przez twarz młodzieńca przemknął wyraz konfuzji.
- Ale to właśnie Sangfugol ułożył tę pieśń, Wasza Królewska Mość - odparł dzielnie. - Od niego się jej nauczyłem.
- Wobec tego wszyscy bardowie to łgarze - burknął Simon. - No już, chłopcze. Znikaj mi z oczu.
Zdruzgotany minstrel powlókł się do wyjścia. Tiamak chwycił go za rękaw.
- Zaczekaj na mnie na zewnątrz - powiedział.
- Słucham?
- Mówię, żebyś na mnie chwilę zaczekał. Wyjdę do ciebie.
Młodzieniec popatrzył dziwnie na małego Wrańczyka. Dopiero teraz dotarło do niego, z kim rozmawia. Tiamaka znano na dworze i wiedziano o jego zażyłości z parą królewską. Muzykant zamrugał, by ukryć łzy, i starał się trzymać fason.
- Jak sobie życzysz, panie.
Simon wypraszał już pozostałych dworzan.
- Dosyć! Dajcie mi już wszyscy święty spokój. Nie mogę robić wszystkiego, a już na pewno nie w jeden dzień! Zostawcie mnie w spokoju!
Tiamak odczekał, aż ludzka fala minie go i wypłynie na zewnątrz. Potem cierpliwie patrzył, jak król krąży po namiocie i w końcu znużony pada na tronowe krzesło.
Simon spojrzał na swego doradcę. Z jego zmęczonej twarzy biło nieszczęście i bezsilna złość.
- Nie patrz tak na mnie, Tiamaku.
Monarcha rzadko tracił panowanie nad sobą wobec tych, którzy mu służyli, i za to też tym bardziej go kochano. W ojczystym Erkynlandzie wielu nazywało go "Królem Plebejuszem", a nawet "Królem Pomywaczem", jako że za młodu w Hayholt imał się takich właśnie przyziemnych zajęć. Dobrze pamiętał, jak to jest być nikim, ignorowanym lub, co gorsza, obwinianym o coś przez możnych. Nawet jemu puszczały jednak czasem nerwy, szczególnie kiedy gryzła go taka chandra jak tego dnia.
Tiamak naturalnie wiedział, że podły nastrój króla rzadko się utrzymuje dłużej i szybko zastępuje go żal.
- Nie patrzę w żaden szczególny sposób, Wasza Królewska Mość.
- Tylko mnie tu nie czaruj. Znam to spojrzenie. Tę twoją smutną, mądrą minę pod tytułem "Ale cymbał z jednego z moich monarchów". I niemal zawsze to mnie masz na myśli.
- Potrzebujesz odpoczynku, drogi Simonie. - Poufałość w rozmowie była przywilejem, z którego Wrańczyk nigdy nie korzystał w obecności innych. - Zmęczonyś, to i humorzasty.
Król otworzył usta, lecz zrezygnował z riposty i tylko pokręcił głową.
- Ciężki dziś dzień - rzekł z westchnieniem. - Fatalny. Gdzie Miriamele?
- Królowa odwołała wszystkie dzisiejsze audiencje i poszła na spacer.
- Dobrze zrobiła. Mam nadzieję, że pozwolono jej cieszyć się odosobnieniem.
- Tak jak sobie tego życzyła. Są z nią damy dworu. W takie dni lubi towarzystwo bardziej niż ty, panie.
- W takie dni wolałbym być na szczycie w Trollich Turniach z Binabikiem i jego ziomkami, patrzeć tylko na śnieg i słuchać wiatru.
- Tu na łąkach też potrafi powiać - odparł Tiamak. - Gorzej ze śniegiem, choć zimy zostały jeszcze prawie dwa tygodnie.
- Nie musisz mi przypominać, którego dziś mamy.
- Oczywiście, że nie. Czy jednak pójdziesz za moją radą? Połóż się na trochę, daj smutkowi ostygnąć.
- Wiesz, ja tylko... wyprowadziły mnie z równowagi te powtarzane bez końca bzdury. Seoman bohater i tak dalej. Nie byłem taki bohaterski, kiedy mój syn...
- Najjaśniejszy Panie, proszę.
- Ale nie powinienem był wyładowywać się na tym grajku. - Burza jak zwykle szybko minęła i król żałował porywczości. - Tyle mi przedtem dał godzin słodyczy... Nie jego wina, że łgarstwa tak szybko stają się historią. Może należałoby mu powiedzieć, że źle go potraktowałem, i przeprosić.
Tiamak stłumił uśmiech. Władca, który przeprasza! I jak tu nie czuć przywiązania do takiej pary jak Simon i Miriamele...
- Przyznam, panie, że to nie było w twoim stylu - powiedział.
- Odszukaj go zatem, dobrze?
- Prawdę rzekłszy, chłopak czeka przed namiotem, Wasza Królewska Mość.
- Och, na miłość Świętych Tunatha i Rhiappy, Tiamaku, czy przestaniesz w końcu mnie mościć mością, gdy nikt nas nie słyszy? Mówisz, że on tu jest?
- Pójdę i zobaczę, Simonie.
Minstrel, ma się rozumieć, nie ruszył się na krok od wejścia; czekał wtulony w fałdę namiotu dla ochrony przed zimnym marcowym wiatrem. Na znak Tiamaka wśliznął się pokornie do środka jak podsądny spodziewający się wyroku śmierci.
- O, jesteś - powitał go władca. - Podejdźże bliżej. Nazywasz się Rinan, tak?
Wybałuszone oczy młodziana zaokrągliły się jeszcze bardziej.
- Tak jest, Najjaśniejszy Panie - wydukał.
- Byłem dla ciebie surowy, Rinanie. To dlatego, że... nie ma dziś we mnie radości.
Tiamak pomyślał, że muzykant, jak zresztą wszyscy na dworze, doskonale wie, co to za dzień, zmilczał jednak roztropnie, podczas gdy król z trudem dobierał słowa.
- Tak czy owak, przykro mi z tego powodu - mówił dalej Simon. - Przyjdź jutro, a zastaniesz mnie w lepszym nastroju do pieśni. Zażądaj jednak, żeby ten stary skunks Sangfugol nauczył cię kilku zwrotek, które choć ocierałyby się o prawdę.
- Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
- Idź więc. Masz ładny głos. Pamiętaj, że muzyka to szlachetne powołanie, a nawet niebezpieczne. Może przeszyć człowiekowi serce skuteczniej niż włócznia czy strzała.
Kiedy minstrel pospiesznie opuścił namiot, Simon spojrzał na Tiamaka.
- To pewnie teraz powinienem zawołać pozostałych i ich także przeprosić?
- Nie widzę powodu - odrzekł doradca. - Poświęciłeś im dość czasu od śniadania. Teraz chyba dobrze byłoby znowu coś przekąsić i odpocząć.
- Ależ ja muszę odpowiedzieć królowi Hugh na jego przeklęte sugestie, jak to nazwał. - Simon zaczął skubać brodę. - O co mu chodzi, Tiamaku? Przy takich bezsensownych warunkach można by pomyśleć, że wolałby, abyśmy w ogóle nie przyjeżdżali do Hernysadharc. Aż tak mu nie w smak karmić i gościć pod swym dachem nawet taki niewielki orszak jak nasz?
- Och, z pewnością nie w tym rzecz. Hernystirczycy słyną z przywiązania do swych rytuałów... - Tiamakowi jednak postawa drugiej strony też się nie podobała, choć nie zdradzał się z tą myślą. Owszem, etykieta jest ważna, ale żeby dwa dni trzymać parę monarszą w polu z powodu niezgodności ceremonialnych, które powinny zostać rozwiązane już przed tygodniami? W końcu król Hernystiru w ogóle nie nosiłby korony, gdyby nie łaska Wielkiego Tronu, który teraz uosabiają Simon i Miriamele. To państewko zostało podniesione do rangi królestwa tylko dlatego, że pozwolił na to jego suweren, dziadek Miri, król Prester John. Ale cóż, Hugh jest jeszcze stosunkowo młodym władcą; może ta niegrzeczność wypływa jedynie z jego braku obycia. - Jestem pewien, że razem z sir Murtachem i hrabią Eolairem wkrótce wszystko uładzimy.
- Cóż, mam nadzieję, że się nie mylisz, Tiamaku. Powiedzcie im, że zgadzamy się na wszystko i niech jutro rano przyślą to cholerne zaproszenie. Zjawiliśmy się tu ze smutnego powodu i dziś jest smutna rocznica. Nie ma sensu się spierać o rzeczy bez znaczenia: ile ma być sztandarów, jak wysoko ustawić trony, którędy ma pójść procesja... - Simon machnął ręką zdegustowany. - Skoro Hugh chce pokazać, jaki jest ważny, niech mu będzie. On może sobie poczynać jak smarkacz, ale my z Miri nie musimy.
- To może być dla niego niedźwiedzia przysługa - mruknął Tiamak, lecz w głębi serca sam w to nie wierzył.
- MOŻEMY W NIEJ POPŁYWAĆ, tato?
Czarny nurt niósł się szybko i cicho.
- Raczej nie, synu.
- A co jest po drugiej stronie?
- Tego nikt nie wie.
Wśród sennych zwidów plątały się realne wspomnienia Simona. To było wtedy, gdy zabrał małego Johna Josuę do nadrzecznego grodu Grenburn, żeby popatrzeć na powódź. Po klęsce Króla Burz zimy stały się cieplejsze i przez lata po upadku baszty rzeki Erkynlandu wzbierały od wiosennych roztopów i występowały z brzegów; po obu stronach Gleniwent pola zamieniały się w wielką wodną równinę, usianą wyspami pływających śmieci, które jeszcze niedawno były domami czy stodołami. John Josua miał pięć lat i głowę nabitą pytaniami.
- Nie płyń za rzekę, tato - poprosił syn ze snu.
- Nie zamierzam. - Simon się nie roześmiał, choć tamtego dnia to zrobił, rozbawiony powagą chłopięcej przestrogi. - Jest za szeroka, Johnno. Jestem mężczyzną, ale nie sądzę, bym potrafił przepłynąć taki szmat wody.
Wskazał przeciwległy brzeg, gdzie pola wznosiły się wyżej. Był dalej niż na strzał z łuku.
- A gdybym ja przepłynął, podążyłbyś za mną? - dociekał malec. - Albo gdybym wpadł?
- No pewnie. - Simon pamiętał, z jakim przekonaniem to powiedział. - Wskoczyłbym zaraz za tobą i wyciągnąłbym cię. Tak bym zrobił.
Coś jednak rozpraszało jego uwagę: jakiś senny dźwięk, który powinien zignorować - ale weź tu nie zwracaj uwagi na ostre ujadanie psów. Całe życie, od czasu, kiedy musiał umykać przed ścigającą go dziwaczną białą sforą ogarów z Burzowej Góry, od psiego wycia Simonowi krew ścinała się lodem.
- Tatusiu?
Głos chłopca dobiegał z dalszej odległości niż jeszcze przed chwilą - lecz przecież on oderwał wzrok od czarnej toni tylko na moment, żeby obejrzeć się na pociemniałe pola, gdy słońce schowało się za chmury. Gdzieś daleko coś się poruszało, jakieś pojedyncze stworzenie. Nie polująca psia wataha, lecz jeden myśliwy...
- Tato?
Jakże słaby ten głosik! I mały książę już nie trzyma go za rękę - jak to się stało? Nawet we śnie, na poły wiedząc, że jest w łóżku i śni, Simon poczuł tę straszną, zimną zgrozę, jak gdyby krew naprawdę zamarzała mu w mózgu. Syna już przy nim nie było.
Rozejrzał się w panice, lecz z początku niczego nie zobaczył. W oddali narastało złowróżbne psie ujadanie. Wtem Simon ujrzał główkę chłopca podskakującą na ciemnej fali i rączki wzniesione jak na powitanie przyjaciela - fałszywego, nieszczerego przyjaciela - i serce w nim zadygotało, jakby zaraz miało się zatrzymać. Rzucił się przed siebie; biegł i biegł, ale nie mógł się zbliżyć do tego miejsca. Chmury nad głową gęstniały, słoneczny blask już prawie zgasł przytłumiony. Zdawało mu się, że słyszy okropny, cienki krzyk i plusk, lecz choć wytężał wszystkie siły, odległość nie malała.
Wrzasnął przeraźliwie i skoczył, jakby mógł pokonać ten niepokonany dystans czystą siłą potrzeby... i żalu.
- SIMONIE!
Poczuł na czole dotyk czyjejś chłodnej dłoni - nie tyle kojący, ile stanowczy, obezwładniający. Przez chwilę, niemal oszalały ze strachu, próbował odtrącić tę rękę, usłyszawszy jednak syk zaskoczenia, przypomniał sobie, gdzie jest.
- Miri?
- Miałeś zły sen, Simonie. - Poczuwszy pod palcami, jak rozluźniają mu się mięśnie, Miriamele cofnęła dłoń. Drugą ręką obejmowała go też za ramiona; zdjęła ją teraz i przysiadła przy nim na skotłowanej pościeli. - Mam kazać, żeby coś ci przynieśli?
Simon pokręcił głową, ale oczywiście nie mogła tego widzieć.
- Nie - odrzekł. - Ja...
- To był ten sam sen? Ze smokiem?
- Nie. Tym razem śnił mi się Josua, kiedy był mały. Nic dziwnego, przecież od kilku dni nie mogłem myśleć o niczym innym. - Simon długo leżał na wznak, wpatrzony w ciemność. Po oddechu Miri wiedział, że też już nie zasnęła. - Śnił mi się - powiedział wreszcie. - Oddalił się. Goniłem go, ale nie mogłem dosięgnąć.
Nie odezwała się; dotknęła tylko jego policzka i nie cofała dłoni.
- Siedem lat, Miri, całe siedem lat, odkąd zabrała go ta przeklęta gorączka, a ja nie mogę przestać.
- Myślisz, że ze mną jest inaczej? Nie ma sekundy, żebym za nim nie tęskniła.
Słyszał po tonie, że jest zła, choć nie do końca wiedział dlaczego. Jak ci kapłani mogą powtarzać, że śmierć przychodzi jak przyjaciel? Nie, ona nadciąga jak wroga armia, zabiera, co zechce, i na długie lata zaburza ludziom spokój.
- Wiem, kochanie. Wiem.
- I pomyśleć, że będziemy mieli dziewiątego Marrisa od teraz aż po kres czasu - powiedziała po chwili. - Kiedyś to był taki radosny dzień. Jego urodziny.
- I wciąż powinien taki być, moja droga. Bóg zabiera wszystkich. Nasz syn przynajmniej zostawił nam spadkobiercę, zanim go utraciliśmy. To bardzo dużo.
- Spadkobiercę, mówisz - powtórzyła ostrzej. - Ja chcę tylko jego, rozumiesz? Mojego Johna Josuę. A zamiast tego do końca życia mamy ją na karku.
- Sama mówiłaś, że wdowa na karku to niewielka cena za naszą wnuczkę, nie mówiąc już o wnuku i dziedzicu.
- Powiedziałam to, zanim Morgan stał się młodym mężczyzną.
- Ha, ha! - Simonowi nie było do śmiechu, uznał jednak, że to lepsze niż przekleństwo. - Wielki mi mężczyzna...
Miriamele wzięła głębszy oddech, zanim odpowiedziała.
- Nasz wnuk ma siedemnaście lat. Prawie tyle co ty, kiedy braliśmy ślub. Jest na tyle mężczyzną, by się cieszyć kobiecymi wdziękami i spędzać dnie przy winie i kościach, i co mu tam jeszcze przyjdzie do głowy. Ty w tym wieku tego nie robiłeś!
- Za to zmywałem naczynia, obierałem ziemniaki i cebulę, zamiatałem zamkowe krużganki, moja droga... i nie dlatego, że tak chciałem. A potem walczyłem pod sztandarem Josui... choć to też nie było z mojego wyboru.
- I co z tego? Z takim szemranym towarzystwem, w jakim się obraca, jak Morgan ma się ukształtować? Wyrośnie na takiego jak oni.
- Przejdzie mu ta głupota, Miri. Nie może być inaczej.
Simon nie był jednak o tym przekonany. Ich żyjący wnuk wydawał mu się czasem tak samo stracony jak syn, którego porwał czarny nurt rzeki śmierci.
Następne kilka minut upłynęło w milczeniu. Przerwała je królowa.
- Mnie też brak naszego maleństwa. Mówię o wnuczce. - Miriamele przytuliła się do męża. Czuł, jak napięte ma mięśnie brzucha. - Szkoda, że zostawiliśmy ją w domu. Myślisz, że jest grzeczna i nie sprawia Rhonie kłopotu?
- Chyba żartujesz! - Simon aż się roześmiał. - Za dużo się zamartwiasz, kochanie. Dobrze wiesz, że nie mogliśmy zabrać Lilii. W Rimmersgardzie jeszcze zima w pełni, powietrze mroźne i niezdrowe. Mamy ze sobą wnuka, który skorzysta na tej podróży.
- Jak ktoś, kto już stracił rodzica, może skorzystać z tego, że będzie przy śmierci dobrego starego człowieka?
- Książę Morgan musi zrozumieć, że nie żyje sam dla siebie. Wielu ludzi pokłada w nim nadzieję. - Simon czuł, że sen się o niego znów upomina. - Jak w tobie i we mnie, żono. - Chciał dobrze, ona jednak znów zesztywniała. - Trzeba jeszcze pospać. Ty też, Miri. Nie daj się złym myślom. Chodź, przytul się. Połóż głowę na mej piersi. O, tak.
Czasem, zwłaszcza gdy była nieszczęśliwa, bardzo mu jej brakowało - choć miał ją na wyciągnięcie ręki.
Ledwo złożyła na nim głowę, drgnęła jak ukłuta.
- Jego grób! - szepnęła. - Zapomnieliśmy...
- Bynajmniej. W ostatnim liście Pasevalles obiecał, że zaniesie kwiaty i dopilnuje, by arcybiskup Gervis odprawił mansę w intencji Johna Josui.
- Ach, tak. - Miriamele powoli się rozluźniła. - Dobry człowiek z tego Pasevallesa. To szczęście, że go mamy.
- Duże szczęście. A teraz już śpijmy, Miri. Jutro czeka nas męczący dzień.
- Czemu? Czy Hugh w końcu nas wpuści?
- Lepiej dla niego, żeby tak zrobił. Zaczynam tracić cierpliwość.
- Od początku mi się nie podobał.
Simon przechylił głowę tak, by dotknąć jej włosów.
- Tak, ale mało kto podoba ci się od pierwszego wejrzenia, moja droga.
- Nieprawda. Kiedyś było inaczej. - Przylgnęła do niego mocniej. Wiatr przybierał na sile i grał na linkach namiotu jak na strunach. - Chyba było we mnie więcej miłości. Czasem się boję, że już całą zużyłam.
- Ale masz jeszcze trochę dla mnie i dla wnuków, co?
Zwlekała z odpowiedzią odrobinę zbyt długo.
- Oczywiście.
Od śmierci ich syna ta rocznica zawsze była naznaczona jej piętnem. Nic dziwnego, że Miri jest tak przepełniona goryczą.
Gdzieś pośrodku wiatrowej pieśni Simon znów zapadł w sen.
Spis treści
KORONA Z CZARODRZEWU
Dedykacje
Podziękowania
Od Autora
Mapka
Wstęp
Część pierwsza. WDOWY
1. Wspaniały
2. Najlepszy namiot na Frostmarch
3. Rozmowa z trupolbrzymem
4. Bracia monarchowie
5. Przebudzenie
6. Awersja do wdów
7. Wyspa Kości
8. Spotkanie na Moście Latarni
9. W sercu Kynswood
10. Pieśni Nieznających Światła
11. Trzeci książę
12. Krew na piasku
13. Opowieść lady Alvy
14. Duchy Ogrodu
15. Na czubku Świętego Drzewa
16. Warstewka świeżego śniegu
17. Biała Ręka
18. Zła księga
19. Znak Księżyca
20. Jego klejnot jasny
21. Rozstajne drogi
22. Pieśni śmierci
23. Testament Białej Ręki
Część druga. SIEROTY
24. Straszliwy płomień
25. Przykład martwego jeża
26. Krąg Rady
27. Południe "Pod Pulchną Dziewką"
28. Kołysanka znad Laguny Czerwonej Świni
29. Brązowe kości i czarne posągi
30. Powolna gra
31. Wysokie, mroczne miejsce
32. Woda różana z żywicą
33. Sekrety i obietnice
34. Karmienie familianta
35. Człowiek z dziwnym uśmiechem
36. Głupi sen
37. Dwie rozmowy w sypialni
38. Statek faktora
39. Stepowe wesele
40. Patrzeć jak Bóg
Część trzecia. WYGNAŃCY
41. Wataha Herna
42. Leśna muzyka
43. Głębiej w cień
44. Znaki i amulety
45. Nocne słońce
46. Rzeczny Człowiek
47. Ukryte komnaty
48. Łódki
49. Krew czarna jak noc
50. Kilka spraw wagi państwowej
51. Skradziona łuska
52. Powrót
53. Głupota ich panów
54. Głosy niesłyszane, twarze niewidziane
Epilog
Aneks
Osoby
Miejsca
Stworzenia
Ludy, rody, rzeczy, instytucje
Słowa i wyrażenia
Spis treści
Strona redakcyjna
2. Najlepszy namiot na Frostmarch
WYDAWAŁO MU SIĘ, że już długo idzie za ojcem, choć nie pamiętał, kiedy i gdzie zaczęli. Niebo pociemniało i znajoma sylwetka była już tylko cieniem, chwilami ledwo widocznym, gdy ścieżka meandrowała w pogłębiającym się półmroku. Żałował, że jest już za duży, by trzymać ojca za rękę. A może nie?
Nie wiedział, ile ma lat.
- Tato, zaczekaj! - zawołał.
Ojciec coś odpowiedział, lecz Morgan nie mógł go zrozumieć. Głos był dziwnie stłumiony, jakby dobiegał zza drzwi lub z daleka. Starał się za nim nadążyć; brakowało mu tchu, krótkie nogi bolały, próbował też nie zwracać uwagi na dźwięki wśród drzew, które zdawały się iść w ślad za nim - dziwne głosy gruchające cichutko jak gołębie duszki. Co to za miejsce? Jak się tu znaleźli? Czy to ten las z opowieści dziadka, ciemny, nieznany, pełen obcych odgłosów i nieprzyjaznych ślepiów?
- Tato? - Teraz już niemal krzyczał. - Gdzie jesteś? Zaczekaj na mnie!
Drzewa były wszędzie, a światło księżyca tak słabe, że ledwo widział ścieżkę. Spiesząc jej krętą wstążką za coraz bardziej się oddalającą sylwetką ojca, miał wrażenie, że korzenie w błotnistej ziemi wiją mu się pod stopami jak węże, próbują go chwytać i przewrócić. Kilka razy się potknął i omal nie upadł, lecz uparcie brnął naprzód. Teraz już cały las zdawał się poruszać wokół niego; drzewa wirowały ze smętnie obwisłymi gałęziami jak zmęczeni tancerze. Zatrzymał się i nasłuchiwał, lecz w uszach dźwięczały mu tylko dobiegające z góry te upiorne pohukiwania.
- Tato! Gdzie poszedłeś? Wracaj!
Zdawało mu się, że słyszy miarowy głos ojca płynący skądś z daleka, nie wiedział jednak, czy mówi "Stoję" czy "Boję".
Ale przecież ojcowie nigdy się nie boją. Są zawsze przy tobie. Chronią cię i nie znają strachu.
- Tato?
Ścieżka się skończyła. Korzenie pełzały mu pod nogami, gałęzie wyciągały się ku niemu i tłumiły światło.
- Tato, nie zostawiaj mnie!
Był sam, opuszczony, zapłakany - ot, zwykły sierota, podrzutek.
- Tato!
Nikt nie odpowiadał. Nigdy żadnej odpowiedzi. Wyrywał się, walczył, drzewa jednak nie puszczały.
Za każdym razem tak samo...
MORGAN, KSIĄŻĘ ERKYNLANDU i następca Wielkiego Tronu imperium Prestera Johna, stoczył się z pryczy na ziemię, walcząc z pledem, w który się zaplątał. Na pół jeszcze zagubiony w lesie z koszmaru, z rozkołatanym sercem, długo leżał na wilgotnych skórach. Usiadł w końcu, usiłując się zorientować, gdzie jest i co się stało. Było mu zimno, mimo że koc trzymał go za szyję jak odrzucona kochanka. Gdzieś blisko coś wydawało nieprzyjemne, chrapliwe dźwięki. Morgan wytężył oczy, niespokojnie rozglądając się w mroku, po chwili jednak uzmysłowił sobie, że to tylko chrapanie jego giermka Melkina.
No, chwała Bogu, że przynajmniej ktoś może spać.
Pamięć mu powoli wracała. Jest z dziadkiem i babcią na królewskim objeździe. Razem z Melkinem są w namiocie ustawionym w szczerym polu gdzieś nieopodal stołecznego miasta Hernysadharc. Jest zimno, bo do wiosny jeszcze dwa tygodnie. Wieczorem była uczta i wiele gadania. No i za dużo wina, choć teraz żałował, że nie wypił więcej - znacznie więcej, żeby wypędzić chłód z kości, ten dojmujący, chory chłód z innego paskudnego snu.
Zdał sobie sprawę, że oczy ma załzawione i mokre policzki. Płakał przez sen.
Ojciec. Nie mogłem go dogonić...
Czuł się, jakby zamiast serca miał puste miejsce i wiatr wiał przez nie na wskroś. Ze złością otarł twarz rękawem.
Mazałem się jak dzieciak. Kretyn! Tchórz! A gdyby ktoś zobaczył?
Wino - oto, czego mu trzeba. Morgan wiedział z doświadczenia, że solidny kubek kwaśnej niezawodnej czerwieni rozgrzeje mu zimną dziurę w brzuchu i wyprze z myśli nocne majaki. Nie miał jednak wina. Wypił wszystko, co podano podczas wieczerzy, nie wystarczyło to jednak, by mu zapewnić spokojny sen.
Zastanawiał się, czy nie położyć się z powrotem spać. Na zewnątrz duło nieprzyjemnie, a w obozie pełno ludzi, którzy w podskokach pobiegliby do dziadków wygadać, że właśnie widzieli, jak się wałęsa o tak nieboskiej godzinie. Jednakże wspomnienie tamtej leśnej ścieżki i grozy niemożności dogonienia ojca było ponad jego siły.
Wino. O, jak dobrze byłoby słuchać teraz głupkowatych sporów przyjaciół! Czuć ich zwyczajną, dodającą ducha obecność. A jeszcze lepiej się upić. Wlać w siebie tyle, żeby nie słyszeć gołębich duchów, nie czuć lodowatej świadomości, że został porzucony, może nawet nie śnić w ogóle nic.
Morgan dźwignął się na nogi, niecierpliwie rozepchnął płachty namiotu i wyszedł szukać błogosławionego niebytu. Dobrze wiedział, dokąd pójść.
ŻADEN DEKRET KRÓLEWSKI ani inne oficjalne rozporządzenie nie wyznaczyło namiotu nabbańskich rycerzy Astriana i Olverisa do funkcji tawerny polowej. Wystarczyła obecność starego pijackiego wygi, sir Porta, i w miarę stała podaż trunku.
Przy panującej w rozległym obozie królewskim ciemności mdłe światło dwóch lamp oliwnych czyniło z namiotu istny przybytek rozrywki. Wpatrzony w zawartość kubka sędziwy sir Porto pokiwał głową i rzekł smętnie:
- Błogosław nas, Panie, w słabości naszej. I trzymaj więcej błogosławieństw na podorędziu, albowiem wkrótce znów ją okażemy. - Pociągnął długi łyk, otarł dłonią usta i zmierzwioną białą brodę. - No, to już końcówka. Boże, co ja bym dał za kapinkę tego czerwonego z Onestris, które serwują "Pod Dziewicą". To mi prawdziwie męski trunek, powiadam wam. Ten tutaj... kompocik z winogron nie dojrzał jeszcze na tyle, by wiedzieć, co to grzech.
- Nie trzeba znać się na grzechach, żeby się nimi cieszyć - rzucił Astrian.
- Proszę cię, panie... - zakwiliła dziewczyna, którą rycerz trzymał na kolanach. Próbowała wstać, lecz bez powodzenia. - Ukarzą mnie, jeśli nie wrócę do pracy! Puść mnie, błagam.
Astrian nie rozluźniał uścisku, podrzucił ją tylko lekko na udzie, aby poprawić równowagę.
- Co takiego? - wykrzyknął. - Wolisz wracać do stajni i nudzić się z koniuchami?
Złapał gors jej koszuli i pociągnął w dół, prawie odsłaniając biust. Dziewka odruchowo przytrzymała tkaninę, a wtedy druga jego ręka błyskawicznie powędrowała w inne rejony.
Płachta wejściowa zatrzepotała, lecz się nie rozchyliła. Złapało się w nią coś dużego i szamotało, aż zachwiały się maszty namiotu.
- Wygląda na to, że dziedzic wszystkich ziem Osten Ard wpadł w sidła - rzekł flegmatycznie Astrian. - Niech go ktoś wyswobodzi, może zyska jakieś hojne nadanie.
- Zaraz zyskasz solidnego kopa w tyłek - burknął zaplątany w płótno przybysz, wijąc się jak motyl wychodzący z kokonu. - Gdy tylko cię znajdę.
- No rusz się tam który w sukurs naszemu szlachetnemu księciu! Sam bym się poderwał, ale jak raz toczę tu zacięty bój.
Astrianowi w końcu udało się przemóc opór materii i panieńskiego wstydu i bujne białe piersi wystrzeliły na widok publiczny. Zamiast jednak skapitulować i się zasłonić, dziewczyna zdwoiła wysiłki, by się uwolnić, klnąc przy tym i wymachując rękami.
- Hej, rozdzwoniły się cycki po całym Nabbanie - huknął triumfalnie rycerz. - Cyc w cyc, cyc w cyc, dzwonią i dzwonią. W dzień, kiedy powiesili Odkupiciela, choć niczyja ręka za sznur nie ciągnęła, dzwoniły cycki z wszystkich wieżyc na cześć naszego Pana Aedona!
Z pomocą posępnego czarnowłosego sir Olverisa książę wreszcie wydostał się z matni i wtarabanił do namiotu. Mokre od topniejącego śniegu włosy, odrobinę zbyt wpadające w brąz, by je uczciwie nazwać złotymi, lepiły mu się strąkami do czoła i policzków. Na widok półnagiej kobiety wyrywającej się na wolność uniósł gęste brwi.
- Na oko Wszechwidzącego, co ty wyprawiasz, Astrianie? - zakrzyknął. - Puśćże to biedactwo. I niech ktoś mi naleje czegoś mocniejszego. - Rozejrzał się po obecnych. - Co, nikt nie rusza na pomoc swemu panu? Toż to prawie zdrada.
- Wszystko wypite, Wasza Wysokość - wyjaśnił potulnie Porto. - Źródełko wyschło bardziej niż wydmy Nascadu.
- Jak to? - Morgan wydawał się naprawdę zdenerwowany. - I nie ma czym zalać nocnych koszmarów? Niech to... W takim razie rozerwij mnie jakoś, Astrianie. Winien mi jesteś partyjkę, a ja jestem gotów się odegrać. I tym razem nie użyjemy twoich kości, ty karzełkowaty przechero!
- Ranią mnie słowa twe okrutne. - Rycerz wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu. Dziewka stajenna, bliska łez, nie przestawała się szarpać w jego objęciach. - Może nie jestem najwyższym mężem w królestwie, ale i nie tak niskim, jakim mnie malujesz. Głową sięgam Olverisowi do karku, a że wyżej nie ma on nic użytecznego, rzec można, żeśmy równi.
- Na słodkiego Aedona, nadal ją miętosisz? - Morgan klapnął na zydel i zrobił gniewną minę. - Kazałem ci ją puścić. Skoro nie chce tu być, niechże sobie idzie. - Kopnął przyjaciela w goleń i uśmiechnąwszy się dwornie (efekt osłabiła wprawdzie sinoczerwona barwa policzków), rzekł łaskawym tonem do młodej kobiety: - On prosi wybaczenia, koteczku.
- Z całego serca - potwierdził Astrian.
Puścił dziewczynę, która akurat odpychała się od niego z całych sił i nagle uwolniona upadłaby niechybnie, gdyby w porę nie podtrzymał jej Olveris. Wysoki rycerz swoim zwyczajem nic nie powiedział, przewrócił tylko oczyma do przyjaciela i spokojnie usiadł z powrotem.
- Przepraszam cię za sir Astriana - rzekł Morgan do stajennej. - Grubianin z niego. Jak ci na imię, koteczku?
Dziewka, czerwona z wysiłku, spojrzała nań oczyma okrągłymi jak u wystraszonego konia, szybko jednak się pozbierała, upchnęła piersi za koszulę i dygnęła niezgrabnie.
- Dziękuję, Wasza Wysokość. Jestem Goda. Przyszłam tu tylko po to, żeby powiedzieć tym... panom, że pan Jeremias zabrania im pić więcej wina. - Słowa były szorstkie, lecz ton płaczliwy. - I tak już, powiada, wyżłopali większość zapasu na drogę powrotną.
- Całe szczęście zatem, że w Hernysadharc mają miód - skwitował Morgan i ruchem dłoni dał jej znak, że może odejść.
Uniosła spódnicę i niemal biegiem wypadła z namiotu.
- Jeśli w ogóle nas tam kiedyś wpuszczą - wyraził wątpliwość Porto. - Jeszcze trochę, a pomrzemy tu na pustkowiu z pragnienia.
- Muszę powiedzieć, że wyglądasz, panie, jakbyś już znalazł coś niecoś dla rozjaśnienia tej smętnej wyprawy - rzekł Astrian. - Czy może przyniosłeś odrobinkę owego eliksiru, by się podzielić z braćmi w drodze?
- Podzielić? - Morgan pokręcił głową. - Musiałem spędzić najdłuższy wieczór w życiu przy królewskim stole i słuchać szczełógo... szczegółowej listy moich... to znaczy moich i waszych grzechów. Potem usiłowałem pospać, ale... - Skrzywił się i machnął ręką. - Nieważne. Zasłużyłem na każdą kropelkę z tego, co tam wypiłem, a i tak było za mało. - Westchnął ciężko. Po odejściu hożej służki pozwolił sobie na rozluźnienie i zachowywał się normalnie: jak gołowąs, który przesadził z alkoholem. - Cóż, skoro nie zostało nic na gardło, to możemy przynajmniej zagrać.
- Przychodzisz więc z niczym, mości książę? - nie dowierzał Porto.
- Wyżłopałem przy wieczerzy wszystko, co miałem w zasięgu. Ale nie wystarczyło. Na Usiresa, ależ z nich wszystkich gaduły! Gęby się im nie zamykały... i to gadali o niczym. O cholernym królu hernystirskim, o tym, że nadworny kowal potrzebuje złomu do przekucia na końskie hacele, o wyrzekaniach chłopstwa, że niby objazd królewski łupi ich z plonów. Znosiłem to cały wieczór, a na dodatek czuję, że trzeźwieję. Trzeźwość to nie jest mój ulubiony stan. - Spojrzał na Astriana. - A skoro już mowa o łupieniu... Cóż to tam wisi na rożnie w kominie? Przypomina resztki zdrowej wiejskiej świni.
- Ależ nie, wasza spostrzegawczość, toż to dzik, którego upolowaliśmy w górach - sprostował rycerz. - Prawda, Porto? Nieźle się za nim musieliśmy nagonić.
- O, tak, było z tym zachodu. - Stary szlachcic unikał wzroku księcia.
- Nagonić, co? Pewnie po całej zagrodzie. - Morgan zmarszczył brwi. - Boże, zmiłuj się, ależ tu nudy! - W oczach miał jednak więcej niepokoju niż znudzenia. - A, byłbym zapomniał. W połowie tej mordęgi zjawił się posłaniec z Elvritshalli. Rimmersmani proszą, abyśmy po opuszczeniu Hernystiru ciągnęli szybkim pochodem. Zdaje się, że ich książę jeszcze nie umarł.
- Ależ to wspaniale! - Porto wyprostował się na zydlu. - Stary Isgrimnur wciąż żyje? Radosna wieść!
- Tak. Hip, hip, hurra. - Książę obejrzał się na Astriana. - Czemu jeszcze nie gramy, co? Czemu moje pieniądze są wciąż w twojej kieszeni?
- Panie mój, nie mnie cię napominać, ale książę Isgrimnur był jednym z największych sojuszników twoich dziadków - obruszył się Porto. - Biłem się u jego boku pod Hayholt ponad trzydzieści lat temu i potem znowu pod przeklętą bramą Nakkigi.
- Nazywasz to biciem się? - Astrian prychnął lekceważąco. - Chyba raczej kryciem.
- Godność nie pozwala mi reagować na tak niegodne uwagi. Byłeś tam, waszmość? Nie. Robiłeś jeszcze w pieluchy i ssałeś mamkę, kiedy ja ryzykowałem życie na wojnie z Nornami.
Astrian tylko się zaśmiał.
Porto chwiejnie wstał, zahaczając głową o płótno namiotu. Mówiono, że ze wszystkich rycerzy, którzy kiedykolwiek walczyli za Wielki Tron, tylko potężny Camaris górował nad nim wzrostem. Na tym jednak porównanie się kończyło.
- Co to za chichoty? - wypalił gniewnie. - Mam cię zwać sir Błaznem? Patrz no tutaj. - Wyciągnął spod koszuli wisiorek w kształcie kobiety wyrzeźbiony w niebieskim krysztale. - Czyż nie zerwałem tego z czarta, którego usiekłem? To nornijska robota, autentyk. No dalej, błaznuj sobie. Ale takiej zdobyczy nie masz.
- O, nie wątpię, że zabrałeś go Nornowi, staruchu - odezwał się Olveris. - Rannemu i umierającemu, a potem dobiłeś go ciosem w plecy.
Morgan aż podskoczył.
- Na cholerne Drzewo, Olverisie, milczysz tak długo i nagle palniesz coś bez ostrzeżenia. Już myślałem, że coś tu straszy!
Czarnowłosy rycerz nie odpowiedział. Tak długa przemowa widocznie go wyczerpała.
- Dajcie już Portowi spokój - rzekł książę. - To jak będzie, Astrianie? Caster's Call czy Hyrką? Tym razem muszę mieć jakiś dobry wynik. Odkąd przekroczyliśmy granicę Hernystiru, nie miałem ani jednego szczęśliwego dnia do gry.
- Tu nie ma żadnych granic - odparł rycerz, uważnie przyglądając się podanym przez księcia kostkom. Ważył je w dłoni, badał opuszkami oczka, czy nie są z ołowiu lub dziczej szczeciny. - Dobra, mogą być - orzekł w końcu i oddał je właścicielowi.
- Cóż to za nonsens? - spytał Morgan. Wykonał pierwszy rzut. - Dziesiątka, mój panie. Dwie ręce. Podaj stawkę i wyjaśnij, co przez to rozumiesz.
- Nic wielkiego, Wasza Wysokość. Do Hernystiru wjechaliśmy przed kilkoma dniami. Od Rimmersgardu dzieli nas jeszcze dwadzieścia lig. Jak myślisz, kto mieszka w Ballydunie, grodzie obronnym niedaleko stąd na wschód?
Książę wzruszył ramionami. Astrian rzucił i wygrał; wypadła mu szóstka i czwórka. Wszystko, co ów rycerz robił, cechowała niewymuszona gracja - szczególnie zaś widać to było podczas fechtunku. Nie bez kozery mówiło się o nim - on sam zresztą też - że jest jednym z najlepszych szermierzy we wszystkich królestwach.
- Jak to kto? Chyba Hernystirczycy, nie? Szlachta, mieszczanie, chłopi... po prostu ludzie.
- Otóż Rimmersmani, proszę księcia. Osiedli tu po jakiejś wojnie setki lat temu i tak już zostało. Większość tutejszych jest północnej krwi. - Teraz Astrian zagrywał. Tym razem wyszły "dupki", jak mówią żołnierze: para jedynek. - Nie, no fajne te wasze kości, panie. Zauważyłeś tę wieś, którą rano mijaliśmy? Co prawda nie wyglądało na to, że cokolwiek do ciebie dociera.
- We łbie mi huczało, jak od waszych cholernych nabbańskich dzwonów. Tak, chyba ją widziałem. Jakieś dzieciaki wyszły nam pomachać, nie?
- Zgadza się. A wiesz, książę, jakim tam mówią językiem?
- A skąd, na przedwiecznego Aedona, miałbym to wiedzieć?
- Hernystirskim oczywiście. W końcu jesteśmy w Hernystirze. - Astrian wyszczerzył zęby. - Ale pochodzą z Erkynlandu, jak i ty, i w ich mowie znajdziesz wiele erkynlandzkich słów. Rozumiesz teraz?
- Niby co mam rozumieć? - Morgan przegrał także drugą zagrywkę i jego dobry humor zaczynał się ulatniać. - Że nikt tu nie wie, po jakiemu powinien gadać? Na pieprzone Drzewo, człowieku, cóż mnie to może obchodzić?
- Ja tylko mówię, że większość granic nie ma sensu. Owszem, jest parę takich, które naprawdę coś znaczą, jak ta między Rimmersgardem i Północnymi Turniami, bo jest silnie broniona po obu stronach. Ale tu, na Frostmarch, wszystko jest przemieszane: Hernystirczycy, Rimmersmani, Erkynlandczycy. Ludzie mówią mieszanką różnych języków. Pamiętają waśnie ciągnące się od wieków, ale gdyby ich przodkowie posłuchali tej gadki, krew by ich zalała.
- Północne Turnie to nie temat do żartów - wtrącił Porto. - Nie byliście pod Nakkigą. Nie widzieliście tych... stworów, nie słyszeliście, jak śpiewają głosami słodkimi jak u dzieci, nawet gdy zabijają czy same giną.
- Przecież ja nie żartuję - bronił się Astrian. - Niech Bóg trzyma Białe Lisy na Północy, gdzie ich miejsce. Ale reszta ludności Osten Ard jest przemieszana jak wosk z różnokolorowych świec. Wkrótce nie będzie różnicy między Rimmersmanem a Hernystirczykiem czy między nabbańskim magnatem a barbarzyńcą z Thrithingu. Takie już przekleństwo pokoju.
- Pokój to nie przekleństwo - zauważył Porto.
- Chciałbym dokonać jakichś czynów godnych księcia - powiedział Morgan smutno, patrząc, jak kolejny stosik monet znika w sakiewce Astriana. - Nie zaraz na jakiejś wielkiej wojnie... Ale od ostatniej, kiedy się biliśmy z Thrithingami, minęło już ze dwadzieścia lat i nie widzę szansy na jakieś większe zagrożenie. Kiepskie czasy dla młodych.
- Porto zaraz powie, że nie ma złego czasu na to, by być młodym - rzekł ze swego kąta Olveris. - I doda, że nie ma też dobrego czasu na starość.
- Mogę sam mówić za siebie - burknął stary. - Nie jestem jeszcze tak wiekowy ani tak pijany, żebym potrzebował objaśniacza jak jakiś wyspiarz z Naraxi. - Zaraz jednak wargi wykrzywił mu smętny grymas. - Ale tak po prawdzie to Olveris się nie myli.
- Czy w ogóle kiedyś jeszcze będzie jakaś wojna? - marudził Morgan.
- Tego jestem pewien - odrzekł Astrian. - Ludzie nie bardzo sobie radzą ze zbyt długim pokojem. Ktoś w końcu znajdzie powód.
- No to mogę się tylko modlić, żebyś miał rację. Ha! Spójrzcie tylko na te ślicznotki: para wozów! Ta pula jest moja. - Książę zgarnął monety; jedna spadła na ziemię, osunął się więc na kolana, by jej poszukać.
- Szczerze mówiąc, Wasza Wysokość, kości trochę już mnie nudzą. - Astrian ziewnął dyskretnie.
- Nie dziwota, skoro właśnie zacząłem się odgrywać. - Morgan wyprostował się i triumfalnie pokazał odnalezionego talara. - Poza tym co innego mamy do roboty? Musi już być po północy, a wino, jak mówicie, już się skończyło.
- Być może - mruknął Astrian.
- Być może? Nie zabrzmiało to najlepiej, bo z radością bym się jeszcze napił.
- Zdumiewa mnie odporność twego żołądka, Wasza Wysokość - odezwał się Porto. - To chyba po matce, bo twój świętej pamięci ojciec, jak pamiętam, nigdy nie pijał nic mocniejszego niż najsłabsze, mocno rozwodnione wino. - Nagle uświadomił sobie, co powiedział, i otworzył szeroko oczy. - Och, wybacz mi, książę panie! Zapomniałem, co to za dzień.
- Głupiec - rzekł Olveris.
Morgan zmarszczył brwi, lecz odpowiedział bez złości:
- Nie dręczcie poczciwca. Mnie tam wszystko jedno. Umarli to umarli, nie ma co za wiele o nich myśleć.
Porto, jeszcze przestraszony popełnioną gafą, nie mógł ukryć zdziwienia.
- Ach, jestem wszakże pewien, że on patrzy na ciebie z nieba, książę. Gdyby to o mnie chodziło... - Umilkł, porwany przez nurt własnych myśli.
- Tylko ty tak zręcznie umiesz zamordować rozmowę, stary durniu! - wybuchnął Astrian. - My tu o winie, a ten jednym tchem wyjeżdża ze śmiercią i niebem, dwoma głównymi wrogami męskiej przyjemności z picia.
- Zostawcie go obydwaj, mówię. - Morgan znów zrobił marsa. - Jeżeli mój ojciec rzeczywiście by na mnie patrzył, byłby to pierwszy raz. Nie oponujcie, taka jest prawda. Coś wam opowiem. Kiedyś, gdy byłem jeszcze mały, poszedłem do jego komnaty pochwalić się, że sam osiodłałem konia, jeździłem na nim i nie spadłem. Wiecie, co usłyszałem? Żebym powiedział memu panu, że ma mu nie przeszkadzać.
- Nie rozumiem - bąknął Porto.
- Myślał, że jestem paziem od hrabiego Eolaira - wyjaśnił książę z uśmiechem, który nie miał odbicia w jego oczach.
- Może słońce świeciło mu w oczy. Mnie to prawie oślepia.
- Nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy nie poznał własnego syna. - Morgan chwilę patrzył w ziemię, po czym zwrócił się do Astriana. - No właśnie, mówiliśmy o winie. Dlaczego? Czyżby jednak coś zostało?
Rycerz błysnął zębami w chytrym uśmieszku.
- Tak się składa, że parę miejscowych dziewek, z którymi się zapoznaliśmy, obiecało przyjść dziś na spotkanie w brzezinie na skraju pola. Powiedziałem im, że jeśli przyniosą trunek, to może będą miały honor ujrzeć następcę tronu całego Osten Ard we własnej osobie.
Następca tronu się rozjaśnił, szybko jednak cień przygnębienia zgasił tę radość.
- Nie da rady, Astrianie. Dziadkowie chcą być od rana gotowi do wjazdu do Hernysadharc, gdy tylko nadejdzie zaproszenie. Kazali mi być w namiocie najpóźniej na koniec drugiej zmiany warty.
- Chcą więc, abyś był wypoczęty, prawda? Żebyś się zaprezentował Hernystirczykom jak przystało na księcia?
- Chyba tak.
- No to jak myślisz, co będzie lepsze: położyć się trzeźwym i skwaszonym do łóżka, gdy już cię ogram do szczętu, czy raczej zabawić się z tutejszymi pięknotkami i porządnie zwilżyć gardło na dobry, spokojny sen?
Morgan parsknął śmiechem.
- Na Boga, ty byś przekonał Odkupiciela, by zlazł ze Świętego Drzewa, złotousty francie! No dobrze, może i pójdę z wami na chwilkę. Musisz jednak przyrzec, że pomożesz mi wrócić do królewskich namiotów. Dziadek i tak jest już na mnie wściekły. - Skrzywił się ironicznie. - Bo on to miał przygody. Szlachtował smoki i tak dalej. A czego wymaga ode mnie? Niekończące się okropne ceremonie. Przesiadywanie po całych dniach z głupcami brzęczącymi o sprawiedliwości, podatkach, nadaniach niczym pszczoły w upalny dzień. To może uśpić każdego, pił czy nie pił. - Wstał i otrzepał ubranie z suchej trawy i ziemi, choć w pełgającym świetle lamp trudno było orzec, czy naprawdę poprawił swój wygląd. Jeden rękaw miał mocno rozdarty, a na kolanach spodni ciemniały mokre plamy. - Olverisie, Porto... idziecie z nami?
Olveris wynurzył się nagle z cienia jak diabełek z pudełka. Porto tylko pokręcił głową.
- Za stary jestem na takie wygłupy, zwłaszcza noc w noc. Zostanę i podumam nad mą duszą.
- To akurat ta twoja część, o którą najmniej warto się kłopotać, staruszku. - Astrian wstał i przeciągnął się. - A zatem, mości książę, damy czekają.
- W głowę zachodzę, jakim cudem taki konus ma takie powodzenie u płci pięknej - rzekł książę, patrząc ciepło na przyjaciela.
Olveris spojrzał z góry na Morgana, który przewyższał młodego rycerza zaledwie o piędź.
- Hmm... Ja tu widzę dwóch konusów.
- Zamknij się, tyczko grochowa - odparował przyszły król.
- Nie ma się co tak dziwić, Wasza Wysokość - rzekł ze śmiechem Astrian. - Jak przy fechtunku, wystarczy sprawnie władać bronią, no i żeby długość klingi pozwalała dosięgnąć przeciwnika.
Ukłonił się teatralnie i opuścił namiot, celowo zostawiając towarzyszy, by szli za nim.
Gdy cała trójka zniknęła, Porto z bolesnym pochrząkiwaniem jął się rozglądać za jakąś nie do końca opróżnioną flaszką. Po długich, bezowocnych poszukiwaniach westchnął ciężko i powlókł się za nimi ku odległej brzezinie.
KSIĄŻĘ PAMIĘTAŁ, że pomachał do wartowników. Tego był pewien. Do tego momentu wszystko było w porządku. Potem jednak znienacka wpadł jak ryba w sieci. Jakoś tego wieczoru nie miał szczęścia do płacht namiotowych - to też nie ulegało wątpliwości.
Morgan szamotał się ze sztywnym płótnem, usiłując znaleźć jego krawędź. Bezskutecznie. Zrobił krok naprzód, ale teraz miał wrażenie, że tkanina omotuje go z dwóch stron. Jaki wariat robi namioty z podwójnymi połami? I kiedy zdążyli podmienić jego stary dobry namiot na ten z piekła rodem? Klął i targał płótno, aż w końcu udało mu się natrafić na skraj i uniósłszy go, wgramolił się do środka. Nad głową zobaczył gwiazdy.
Chwilę się zastanawiał, czemu świecą w namiocie, zaraz jednak pojął, że jakimś sposobem wyniosło go z powrotem na zewnątrz. Dobrze się złożyło, bo w tej samej chwili pęcherz dał o sobie znać, rozpiął więc spodnie i sobie ulżył. Bezmyślnie patrzył, jak strumień chwieje się i rozpryskuje na wietrze, słabnie i zanika. No tak, trochę sobie popiłem, pomyślał.
To sporo wyjaśniało.
Dobra, trzeba spróbować jeszcze raz. Tym razem rozwikłał sekret płachty już po krótkiej walce. Po dwóch krokach uderzył mocno o jakąś przeszkodę. Ból był tak dotkliwy, że Morgan jeszcze podskakiwał na jednej nodze, klnąc przy tym jak flisak z Meremundu, kiedy nagle zapłonęła lampa, zalewając wnętrze nader jaskrawym światłem.
- Gdzieś ty się włóczył? - fuknęła królowa Miriamele.
Morgan omal nie upadł, w porę jednak sobie przypomniał, że dwie stopy na gruncie dają lepsze podparcie niż jedna. Jeszcze nie minął mu szok wywołany nagłą jasnością i widokiem babci, gdy padły następne, jeszcze ostrzej wypowiedziane słowa.
- I co ty sobie myślisz, dzieciaku? Pozapinaj odzienie, proszę.
Guziki spodni stawiały zacięty opór palcom niezgrabnym jak surowe kiełbasy.
- Ja... Wasza Królewska Mość... ja...
- Na miłość boską, siadaj, zanim się znowu potkniesz i zabijesz.
Książę klapnął na kufer, który dopiero co tak okrutnie go zaatakował. Goleń pulsowała boleśnie.
- Czy ja... to jest... myślałem, że...
- Tak, młody głuptasie, to jest twój namiot. Czekałam na ciebie. Boże, aleś ty pijany! Czuć od ciebie gorzelnią.
Morgan silił się na uśmiech, czuł jednak, że nie bardzo mu to wychodzi.
- Nie moja wina. Astriana. To on wyzwał ludzi barona Colfera na pojedynek.
Przypominał sobie nocną akcję jak przez mgłę. Długo był przekonany, że człowiek, z którym idzie w zawody na wychylane kubki, to sam baron Colfer. Dziwiło go wprawdzie, że jest taki młody i umięśniony i że na czole ma wytatuowane Święte Drzewo. Dopiero gdy spadł ze stołka i wymiotował, a publika głośno wiwatowała na cześć kogoś zwanego Wołem, dotarło do niego, że baron jednak nie jest obecny.
Nie czułby się teraz tak podle, gdyby chociaż wygrał. Wtedy dałoby się jakoś znieść ten strumień reprymend.
- Masz szczęście, że na mnie trafiłeś, nie na dziadka. On i tak już uważa, że tylko nam wstyd przynosisz.
- Nie przynoszem. Jam książem.
Babcia przewróciła oczami.
- Oszczędź mi tego, błagam. To tak następca tronu czci dzień urodzin ojca? Pijąc po świtanie? Zataczając się półnagi, woniejąc rzygowinami i tanim pachnidłem? Mógłbyś przynajmniej zadawać się z kobietami, które stać na porządne perfumy. Cuchniesz jak targowisko po jarmarku.
No tak, było parę dziewczyn. Teraz sobie przypominał. Wraz z Astrianem odprowadzali je do wsi, dla ich bezpieczeństwa - Olveris gdzieś ochraniał jakąś starszą kobitkę - potem jednak trochę się wszystko pomieszało i spacer zamienił się w grę w chowanego. Później była mokra trawa i ktoś o imieniu Sofra czy jakoś tak. Ktoś bardzo przyjazny. No i potem to już był w obozie i zmagał się z tym płótniskiem. Czekał, aż jego leniwy giermek się zbudzi i mu pomoże...
No właśnie.
- Gdzie Melkin? - spytał.
- Twój sługa? Wysłałam go po czysty koc. - Głos Miriamele drżał lekko. - Nie wiedziałam, kiedy się ciebie doczekam, a zrobiło się zimno.
- Przepraszam, Wasza Królewska Mość. Babciu. Wiem, że jesteś na mnie zła, ale... ale wszystko mogę wyjaśnić.
Królowa wstała.
- Nie ma nic do wyjaśniania, Morganie. Nie byłoby nic interesującego ani niezwykłego we wszystkim, co robisz, gdyby nie to, że jesteś następcą tronu. W Hernysadharc... gdzie ludzie już ponoć plotkują o tobie i twej kompanii... spędzimy najwyżej dwa dni. Potem musimy spieszyć do Elvritshalli pożegnać się z jednym z najlepszych ludzi, jakiego z twoim dziadkiem znaliśmy. Tam nie będziesz tylko gościem. Jakiego cię zobaczą, zapamiętają na długie lata jako człowieka, który kiedyś będzie nimi rządził i przed którym muszą uklęknąć nawet król Hernystiru i książę Rimmersgardu. Czy i tam zamierzasz wyjść na głupka, jak w Erchesterze i zresztą wszędzie podczas tego objazdu? Chcesz zyskać lojalność czy pogardę poddanych? - Zasunęła osłonę lampy i w namiocie zapanowała ciemność. - Ruszamy wcześnie rano. Isgrimnur jeszcze żyje, ale nikt nie wie, jak długo to potrwa. O brzasku masz być w siodle. Jeżeli staniesz na czas i z godną prezencją, nie powiem o tym dziadkowi. Pamiętaj, równo ze świtem.
- To za wcześnie! - wyrwało się młodzieńcowi. - Czemu tak wcześnie? - Usiłował sobie przypomnieć argumenty Astriana. - Piłem wino tylko po to, żeby lepiej spać i nie... To znaczy żebym mógł być dobrym księciem. Lepszym księciem.
Królowa długo milczała. Gdy się znów odezwała, jej tonem można by ciąć dębinę.
- Oboje z dziadkiem jesteśmy już zmęczeni twoją głupotą, Morganie. Bardzo, bardzo zmęczeni.
Płachta namiotowa nie sprawiła jej najmniejszego kłopotu. Miriamele wyszła w noc, nie dodawszy już ani słowa. Morgan siedział na kufrze i zastanawiał się, dlaczego innym zawsze wszystko idzie gładko.
3. Rozmowa z trupolbrzymem
KSIĘŻYC BYŁ BLISKI PEŁNI, lecz krył się wraz z gwiazdami za gęstym sklepieniem chmur. Nietrudno przychodziło Jarnulfowi wyobrazić sobie, że unosi się w wysokiej ciemności, gdzie żyje tylko Bóg, niczym spowiednik w pozbawionym okien konfesjonale całymi dniami wysłuchujący grzechów ludzkości.
Tak, tylko że Bóg nie musi ustawicznie znosić tego trupiego odoru, pomyślał. A może musi? Bo jeśli Pan nie lubi zapachu śmierci, to czemu tyle jej zsyła na ludzi?
Jarnulf spojrzał na zwłoki rozciągnięte na najbliższej pnia napowietrznej platformie. To była stara kobieta o rękach poskręcanych jak korzenie przez lata ciężkiej pracy, nakryta tylko cienkim kocem, jak gdyby miała przespać raptem letnią noc, a nie całą wieczność. Żuchwę miała ciasno obwiązaną; zalegający w oczodołach śnieg nadawał pomarszczonej twarzy wyraz absolutnej, ślepej obojętności. Tu, na północnych kresach Rimmersgardu ludzie może i modlą się przed ołtarzami nowego Boga i Jego syna Usiresa Aedona, lecz nie przestali też szanować starych bóstw i obyczajów: stopy staruszki były obute w zgrzebne chodaki z grubo ciosanej brzozowej kory, co wyraźnie wskazywało, że nie wyszykowano jej na triumfalne wkroczenie do niebiańskiego pałacu Odkupiciela, lecz raczej na długi marsz przez zimną i milczącą Krainę Umarłych.
Pozostawianie ciał na pastwę pogody i zwierząt wydawało mu się barbarzyńskie, zdawał sobie jednak sprawę, że dla Rimmersmanów to praktyka równie naturalna jak dla Południowców pochówki w murowanych grobowcach czy ziemnych jamach. Jednak to nie lokalne zwyczaje interesowały teraz Jarnulfa, ani nawet losy duszy zmarłej w zaświatach, lecz padlinożercy, których musi zwabić świeży trup - zwłaszcza zaś jeden konkretny gatunek.
Wiatr tężał, gonił chmury po czarnym niebie i szarpał konarami. Platforma, na której Jarnulf siedział trzydzieści łokci nad zmarzniętą ziemią, kołysała się niczym łódka na wzburzonym morzu. Owinął się ciaśniej opończą i czekał.
USŁYSZAŁ GO, zanim cokolwiek zdołał wypatrzyć: świst rozgarnianych gałęzi w dysonansie do nasilających się i słabnących poszumów wiatru. Chwilę później dobiegł i zapach - i choć zwłoki tuż pod jego nosem fiołkami bynajmniej nie pachniały, to w porównaniu z tym nowym odorem ich woń wydała mu się niemal zdrowa. Z wdzięcznością przyjął drobną zmianę kierunku wiatru, choć chwilowo stracił orientację w ruchach stworzenia, na które czekał od zmierzchu.
Potem je zobaczył, przynajmniej częściowo - mdły poblask długich, bladych kończyn prześwitujących przez korony pobliskich drzew. Jego nadzieje się ziściły: był to trupolbrzym, Hunen za mały lub za stary, żeby skutecznie polować, i z tej przyczyny zmuszony żywić się padliną, zwierzęcą i ludzką. Zachodzący księżyc wciąż dawał dość światła, by widać było, jak nogi potwora miarowo zginają się i prostują w stawach, niczym u wielkiego białego pająka. Jarnulf powoli nabrał powietrza. Przez myśl przemknęło mu pytanie, czy zaraz nie pożałuje, że łuk i kołczan zostawił na dole; przeszkadzałyby mu jednak tylko we wspinaczce, poza tym nawet kilka strzał nie zabiłoby olbrzyma wystarczająco szybko jak na tak niebezpiecznie ograniczone pole walki. Zresztą nie chodziło mu o uśmiercenie stwora, tylko o wydobycie od niego informacji.
Strach oczywiście czuł - tylko wariat nie bałby się w takiej sytuacji - zmówił więc szybko Nocny pacierz mnicha, jedną z ulubionych modlitw Ojca.
Aedon po mej prawicy, Aedon po lewicy,
Aedon za mną i przede mną.
Aedon w wietrze i deszczu, co mnie chłoszczą,
Aedon w słońcu i księżycu, co nad mą drogą błyszczą.
Aedon w każdym oku, co mnie widzi, i w uchu, co mnie słucha,
W każdych ustach o mnie mówiących i sercu, co mnie kocha.
Odkupicielu, towarzysz mi w podróży!
Odkupicielu, wiedź mnie, gdziem iść powinien.
Błogosław mnie swą obecnością,
Jak ja życie tobie poświęcam.
Gdy Jarnulf kończył bezgłośną recytację, blady potwór, dopiero co widoczny przy sąsiednim drzewie, zniknął mu z pola widzenia. Chwilę później poczuł, jak drewniana platforma usuwa mu się spod siedzenia - stworzenie podciągało się na konarze. Potem pojawiły się dłonie z gałkowatymi kłykciami i czarnymi pazurami, wielkie jak półmiski, później z wolna uniosła się biała bryła głowy i w końcu ponad krawędzią zalśniły bliźniacze księżyce ślepiów. Mimo grozy bijącej od przybysza Jarnulf nie mógł się oprzeć wrażeniu, że całość wygląda, jakby poskładano ją na chybcika: łokcie, kolana i całe kończyny sterczały pod najdziwniejszymi kątami. Stwór poruszał się ostrożnie; wgramolił się na platformę tak cicho, że wiązania ledwo skrzypnęły. Błyszczące oczy ani na chwilę nie odrywały się od trupa staruszki.
Jarnulf widział już wielu olbrzymów, z kilkoma nawet walczył i przeżył - ale nigdy całkiem nie wyzbył się przesądnego strachu przed nimi. Ten Hunen naturalnie też miał mocarne, kosmate łapy znacznie dłuższe od ludzkich, ale był stary i mniejszy od innych. Właściwie tylko kończyny posiadały właściwe temu gatunkowi rozmiary; pokurczony tułów i głowa zdawały się wisieć między nimi jak u włochatego kraba czy owada. Futro też mu mocno liniało i nawet w tym lichym świetle widać było, że sierść, u młodych osobników połyskująca jak śnieg, zmatowiała już ze starości.
Jednak nawet sędziwy olbrzym bez trudu może zabić człowieka, zreflektował się. Gdyby się dostał w te groteskowe łapska, w okamgnieniu mógłby zostać rozdarty.
Hunen niezgrabnie przesuwał się ku zwłokom, gdy nagle Jarnulf przemówił, głośno i ostro:
- Co ty sobie myślisz, nocny łazęgo? Jakim prawem naruszasz spokój zmarłego?
Potwór skulił się zaskoczony. Muskuły nóg napięły mu się, gotowe do ataku lub ucieczki.
- Nie ruszaj się, trupojadzie! - przestrzegł Jarnulf w mowie Hikeda'ya, choć nie wiedział, czy bestia go w ogóle zrozumie, nie mówiąc już o odpowiedzi. - Jestem za tobą. Wykonasz jakiś za szybki ruch, a wbiję ci włócznię w serce. Wiedz jednak, że gdybym chciał twojej śmierci, bezbożna kreaturo, to już byś nie żył. Chcę tylko z tobą pogadać.
- Ty... chcieć... gadać?
Głos giganta w niczym nie przypominał ludzkiego; brzmiał bardziej jak skrzek papugi z wysp południowych, lecz tak basowo, że Jarnulf poczuł od niego wibracje w żebrach. Klechdy zatem nie kłamały: niektóre starsze Huneny rzeczywiście potrafią się porozumiewać słowami. To zaś oznaczało, że być może nie na darmo podjął straszne ryzyko.
- Tak. Odwróć się teraz twarzą do mnie. - Jarnulf zaparł koniec drzewca w szparę między dwiema belkami platformy i wycelował grot włóczni w tors olbrzyma. - Wiem, co myślisz: że zdążysz zeskoczyć i uciec, nim cię zranię. Tylko wtedy się nie dowiesz, co ci mogę zaoferować, no i najpewniej nie podjesz sobie tej nocy. Jak tam, głód ci przypadkiem nie doskwiera?
Stwór przykucnął w kanciastej plątaninie własnych nóg i rąk jak okrutnie zdeformowany żebrak i zmierzył człowieka złowrogim spojrzeniem. Pysk miał poorany głębokimi zmarszczkami jak stara, spękana skóra, znacznie ciemniejszy od sierści. Musiał być naprawdę wiekowy - potwierdzał to każdy jego sztywny ruch i wahadłowy rozkołys brzucha - lecz przymrużone błyszczące ślepia i w większości nienadłamane kły ostrzegały, że wciąż może być groźny.
- Głodny...? - zawarczał.
- Odpowiedz na moje pytania, to potem się najesz. - Jarnulf wskazał zwłoki.
Hunen patrzył na niego nieufnie.
- Nie... twoje...?
- To? Nie, to nie moja babcia ani prababcia. Nawet nie wiem, jak się zwała, ale widziałem, jak jej ziomkowie ją tu przynieśli, i słyszałem, co mówili. Wiem, że ty i twoi grabiliście nadrzewne groby w całej tej części Rimmersgardu, mimo że wasze ziemie są wiele mil na północ stąd. Pytanie dlaczego?
Olbrzym nie spuszczał wzroku z ostrza grotu wymierzonego w jego pierś.
- Ja powiedzieć, ty mnie zabić. Tak nie gadać. Włócznia precz.
Jarnulf powoli opuścił drzewce na platformę, poza zasięgiem potwora, lecz dłoń trzymał blisko.
- Proszę bardzo. Teraz mów, diabelskie nasienie. Powiedz dlaczego.
- Dlaczego co, człowieku?
- Dlaczego wasze plemię nagle znów grasuje w Rimmersgardzie, i to tak daleko na południu, na terenach, skąd was wyparli pokolenia temu? Jakie zagrożenie znów was wygnało z Północnych Turni?
Trupolbrzym oddychał chrapliwie i śledził go tak samo czujnie jak przed chwilą grot.
- Co to zagrożenie? - spytał.
- Trudne czasy. Gadaj więc, czemu tu jesteś. Dlaczego znów zaczęliście polować na ziemiach ludzi? I czemu najstarsi, najsłabsi z was... jak ty... kradniecie i pożeracie trupy? Chcę znać odpowiedź. Rozumiesz mnie?
- Rozumieć, tak. - Stwór kiwnął głową. Gest był dziwnie obcy u takiej bestii; twarz mu się od niego wykrzywiła w nowy labirynt zmarszczek. Trudno było rozszyfrować dźwięki wychodzące z tej nieludzkiej gęby. - Mówić wasze słowa, ja. Czemu tutaj? Bo głodny.
Olbrzym oblizał się szarym ozorem, co przypomniało Jarnulfowi, że bydlę tak samo ochoczo pożarłoby jego jak doczesne szczątki bezimiennej staruszki. Człowiek zastanawiał się, czy nawet uzyskawszy pożądane informacje, powinien pozwolić mu zbezcześcić ciało prawowiernej aedonitki. Czy nie będzie to występkiem przeciwko niebiosom, równie ciężkim jak samego sprawcy?
Panie Boże, modlił się w duchu, ześlij mi mądrość, gdy czas nadejdzie.
- To żadna odpowiedź, wielkoludzie. Dlaczegoście się przywlekli szukać strawy aż do Rimmersgardu? Co się tam dzieje na Północy?
Po długiej chwili gęba giganta, jakby właśnie podjął decyzję, rozciągnęła się w coś na kształt uśmiechu, co jednak mogło być też groźbą, ostrzegawczym odsłonięciem kłów.
- Tak, my gadać. Ja gadać. Ale najpierw mówić imię. Ja - grzmotnął się kułakiem w pierś - Bur Yok Kar. Teraz ty. Mówić.
- Nie muszę ci się przedstawiać, wielkoludzie. Chcesz dobić ze mną targu, to daj mi, o co proszę. Jak nie, to transakcja zakończy się inaczej.
Jarnulf położył rękę na włóczni. Olbrzym zerknął na broń, potem znów popatrzył mu w oczy.
- Ty pytać, czemu Hojun... olbrzymy... tu przybyć. Za jedzeniem. Na północy dużo głodnych teraz, w górach. Za dużo gąb.
- Co to znaczy za dużo?
- Higdaja... wy ich zwać Norn. Za dużo. Północ obudzona. Myśliwi... wszędzie.
- Nornowie polują na was? Dlaczego?
- Bo wojna.
- Przecież to bez sensu. - Jarnulf się wyprostował. Nie wierzył własnym uszom. - Po co Nornowie mieliby walczyć przeciwko wam? Zawsze robiliście, co wam kazali.
Potwór pokręcił łbem. Gębę miał prawie zwierzęcą, ale w oczach płonęła większa inteligencja, niż się Jarnulf spodziewał. Przypominał mu teraz małpę, którą kiedyś widział na mroźnym dziedzińcu domostwa pewnego kupca z Naarved: zwierzę miało oczy całkiem ludzkie i ten widok, gdy zrezygnowane siedziało wciśnięte w kąt zbyt małej klatki, tchnął cichą desperacją. Nie wszystko, co myśli, musi być człowiekiem, naszła go wtedy refleksja i teraz pomyślał to samo.
- Nie przeciwko - wychrypiał olbrzym. - Chcieć, żeby my walczyć dla nich. Znowu.
Jarnulf nie od razu zrozumiał, co słyszy.
- Walczyć dla Nornów? A z kim?
- Z ludźmi. Bić się z ludźmi. - Trupolbrzym znów wyszczerzył zębiska. - Z wami.
To nie może być prawda. Niemożliwe.
- O czym ty mówisz? Oni nie mają siły, by znów szukać z nami zwady. W Wojnie Króla Burz stracili prawie wszystko. Przecież została ich tylko garstka! Tamto już skończone.
- Nic skończone. Nigdy skończone. - Stwór nie patrzył już na niego, lecz na zwłoki starej kobiety. Myślał znów o jedzeniu.
- Nie wierzę ci.
Bur Yok Kar odwrócił się do niego i Jarnulf przysiągłby, że na paskudnej skórzastej mordzie odmalowało się rozbawienie. Nagle dotarło do niego, gdzie jest, co robi i jakie to szaleństwo.
- Wierzyć, nie wierzyć, wszystko jedno - mruknęła bestia. - Cały świat północny obudzony. Być wszędzie, Higdaja. Ci biali. Znów obudzeni i głodni wojny. Bo ona się obudzić.
- Ona?
- Królowa srebrne lico. Nie śpi.
- Władczyni Nornów? Nie, to jakiś absurd. - Jarnulf poczuł się, jakby sam Bóg schylił się z nieba i dał mu w twarz. W jednej chwili wszystko, wszystko, czego się nauczył od Ojca, zamąciło mu się w głowie. - Łżesz, zwierzaku! - Bardzo chciał wierzyć, że tak jest. - Wszyscy wiedzą, że ich królowa jest pogrążona w śmiertelnym śnie, odkąd upadł Król Burz. Już ponad trzydzieści lat! Nigdy więcej się nie obudzi.
- Bur Yok Kar nie kłamać. - Wielkolud wyprostował się powoli. Oczy rozbłysły mu nowym blaskiem. Chwilowa dekoncentracja człowieka nie uszła jego uwagi. Dzieliło ich wprawdzie pół długości platformy nadrzewnej, ale zanim Jarnulf się zorientował, stwór zrobił krok naprzód i nakrył stopą grot włóczni, przyciskając go do belek. - Spytać jeszcze raz. Jakie imię, mały człowieku?
Zły na siebie za ten błąd i mocno zaniepokojony Jarnulf też wstał i cofnął się bliżej skraju platformy. Ciężar ciała przeniósł na nogę postawioną z tyłu.
- Imię? Mam ich wiele - odpowiedział. - Niektórzy zwą mnie Białą Ręką.
- Biała Ręka? - Olbrzym zrobił drugi krok, nadal trzymając stopę na włóczni. - Nie! Na północy my słyszeć o Biała Ręka. Wielki wojownik, zabójca. Nie chudy jak ty. - Z gardzieli potwora wyrwał się dziwny pomruk, który można by wziąć za śmiech. - Ty odłożyć broń. Dobry łowca czy wojownik nigdy broni nie odkładać. - Teraz był już tak blisko, że Jarnulfa owionęły nie tylko ostra, kwaśna woń jego ciała, lecz i smród gnijących resztek mięsa na jego kłach i pazurach. - Ja kiedyś jeść takich młodych jak ty. Miękkie. Mięso łatwo odchodzić od kości.
- Skończyłem z tobą, ty nieboskie stworzenie. Dowiedziałem się, czego chciałem.
Naprawdę jednak Jarnulf pragnął tylko uciec. Pójść gdzieś i w spokoju przemyśleć zasłyszane wieści. Królowa Nornów się przebudziła? Białe Lisy szykują nową wojnę? Przecież to nie może być prawda!
- Ty skończyć? Ze mną?
Olbrzym znów prychnął z rozbawieniem, wysyłając nowy obłok odoru. Nawet pochylony górował nad człowiekiem, który teraz znalazł się w zasięgu jego jakże długich ramion. Potwór może i był stary, może musiał szukać pokarmu w grobach, ale przecież ważył trzykroć więcej od niego i miał go jak w pułapce na wąskiej platformie wysoko nad ziemią. Jarnulf cofnął się jeszcze. Pod piętą wyczuł krawędź konstrukcji. Dalej czekał już tylko upadek z trzydziestu łokci przez ostre gałęzie na kamienisty grunt.
Za mało śniegu, żeby złagodził uderzenie, pomyślał. Boże mój, uczyń me ramię silnym i w serce wlej spokój, w imię Twoje i syna Twego, Usiresa Aedona. Poprawił opończę, jakby chłód przypomniał mu o sobie. Olbrzym nie zwrócił uwagi na ten nieznaczny ruch. Jego wielki, wykrzywiony szyderczo pysk zniżył się jeszcze bardziej, prawie na równi z głową Jarnulfa. Wiedział, że ofiara nie ma dokąd uciec. Wyciągnął kosmatą dłoń i niby z czułością położył na jego policzku. Grube jak drzewce włóczni palce powoli się zacisnęły, lecz Jarnulf zdążył się uchylić, zanim olbrzym chwycił go za twarz, i znów stali oko w oko, człowiek i bestia.
- Biała Ręka ty mówić. - Potwór, rozbroiwszy przeciwnika, nie spieszył się. - Skąd takie imię, Rimmersmanie?
- Nie zrozumiesz, w każdym razie jeszcze nie teraz. I nie pochodzę z Rimmersgardu, tylko z samej Nakkigi.
- Ty nie Higdaja, zwykły człowiek. - Olbrzym wydął spękane wargi. - Ty myśleć Bur Yok Kar głupi?
- Nie na tym polega twój problem, żeś głupi, ale że już nie żyjesz.
Jarnulf spojrzał w dół. Po chwili stwór zrobił to samo.
Nad rękojeścią w dłoni człowieka błyszczało w księżycowej poświacie parę cali klingi. Reszta tkwiła w brzuchu olbrzyma.
- To bardzo długi nóż - wyjaśnił rzeczowo Jarnulf, gdy przeciwnikowi opadła szczęka. - Wystarczająco, bym się nie poplamił krwią. Właśnie dlatego nazywają mnie Białą Ręką. Poza tym jest cichy i ostry jak wiatr. No i zimny. Czujesz już ten chłód?
Ruchem tak błyskawicznym, że olbrzym nie zdążył nawet mrugnąć, chwycił rękojeść oburącz i pociągnął w górę, od talii aż po żebra, przekręcając po drodze ostrze.
Potwór ryknął z bólu i zaskoczenia. Odruchowo przycisnął łapy do rany, tymczasem Jarnulf rzucił się w bok, nie wypuszczając noża z rąk. Gdy padał na środek platformy, klinga wysunęła się z owłosionego brzucha, pociągając za sobą girlandę jelit. Trysnęła fontanna krwi. Bestia zawyła znowu i uniosła ręce ku dalekim gwiazdom, jakby obwiniając je za to, że pozwoliły na coś podobnego. Zanim odwróciła się niezdarnie w stronę napastnika, Jarnulf zdążył podnieść włócznię. Nie miał czasu odwrócić jej grotem naprzód, uchwycił więc ją tylko mocno i z całej siły wbił zaokrąglony koniec w krwawą dziurę w ciele olbrzyma. Ryk omal go nie ogłuszył. Belki pod nogami tańczyły, śnieg z wyższych gałęzi prószył im na głowy, gdy potwór miotał się w agonii, usiłując wyrwać włócznię z rany. Jarnulf przykucnął nisko i zebrał się w sobie, po czym z wolna zaczął pchać drzewce głębiej i głębiej w trzewia przeciwnika.
Trupolbrzym zachwiał się, zamachał rękami wielkimi jak śmigi wiatraka, rozwarł gębę tak szeroko, że zdawała się nie mieścić na białej głowie - i nagle zniknął za krawędzią platformy. Trzasnęły łamane gałęzie, z dołu dobiegł głuchy huk uderzenia o ziemię i zaległa cisza.
Jarnulf wychylił się, kurczowo zaciskając palce na skrajnej belce. W głowie mu się kręciło, mięśnie drżały mimo woli. Gigant leżał z rozrzuconymi łapami. Konary przesłaniały widok, lecz na śniegu pod ciałem rosła ciemna plama.
Omal nie zginąłeś przez takie gapiostwo, skarcił się w myśli. Chwały ci to nie przyniosło.
To, co usłyszał od potwora, strasznie go zaskoczyło. Kłamał? Nie miał przecież powodu. Srebrna Królowa ocknęła się ze snu, a wraz z nią budzi się cała Północ. To by tłumaczyło, dlaczego olbrzymy zapuściły się aż do Rimmersgardu. Jarnulf słyszał już wcześniej pogłoski, że wojowników Hikeda'ya widywano w miejscach, gdzie od lat żaden się nie pokazywał. Jasne, na granicy jak zawsze działo się wiele, zwiadowcy z Nakkigi krążyli po okolicy. Jeśli jednak olbrzym mówił prawdę, to znaczy że on, Jarnulf, mylił się w wielu ważnych kwestiach. Wszedł na most, który wydawał mu się bezpieczny, a zaczął pod nim pękać, gdy już było za późno na odwrót.
A więc morderca Ojca nie przepadł, nie zagubił się w krainie snów jak umarły, ale żyje i znów planuje wojnę. To znaczy że cokolwiek robiłem, zabijałem, starałem się siać grozę wśród Hikeda'ya... Wszystko bezcelowe. Monstrum znów nie śpi.
Do tej chwili wierzył, że jest mścicielem Boga, ale też Ojca. Teraz się przekonał, jaka to była głupota.
Obserwował olbrzyma z platformy, póki nie nabrał pewności, że naprawdę go uśmiercił, i póki nie uspokoił rozedrganych mięśni. Potem zrzucił włócznię na ziemię i zaczął złazić z konstrukcji. Wicher dął już wściekle, niosąc z północy śnieg; gdy Jarnulf dotarł na dół, cały był biały. Oczyścił drzewce z krwi, po czym nożem odciął zabitemu głowę. Zatknął ją na jednym z najniższych konarów, odwróconą zapadniętymi oczami i głupkowato rozwartą gębą na zewnątrz. Miał nadzieję, że makabryczne trofeum posłuży za przestrogę innym olbrzymom, żeby trzymali się z dala od ludzkich siedzib i szukali łatwiejszego łupu niż ciała zmarłych Rimmersmanów - ale nie los zwłok zajmował mu teraz myśli.
- My, ludzie, odparliśmy i pokonaliśmy królową czarownicę - powiedział do siebie, tak cicho, że nie słyszało tego żadne stworzenie, nawet ptak czy wiewiórka. - Jeżeli naprawdę wróciła, to tym razem ją unicestwimy.
Ale Jarnulf Biała Ręka nieraz już składał sobie i Bogu podobne przysięgi - a dziś okazały się warte nie więcej niż powietrze. Może zachowaj słowa do lepszych rzeczy, pomyślał. Jak modlitwa.
Zarzucił długą włócznię na ramię i ruszył z powrotem przez zaśnieżony las do miejsca, gdzie zostawił konia.