Upiory, wampiry i bestie. Na takie przydomki w historii polskiej kryminalistyki zasłużyło niewielu. Media nazywały tak najbardziej brutalnych i bezwzględnych przestępców, których bała się cała Polska.
Pierwszy i najgłośniejszy był "Wampir z Zagłębia". W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na Śląsku przypisywano mu zamordowanie czternastu kobiet. Choć prasa zdawkowo informowała o kolejnych ofiarach, mieszkańcy Śląska przez kilka lat żyli w strachu. Na podwórkach odrapanych kamienic krążyły podsycane niewiedzą i strachem plotki, że "Wampir" chce zabić tysiąc kobiet na tysiąclecie Polski.
Przełom w śledztwie przyniosło zabójstwo osiemnastoletniej Jolanty Gierek, bratanicy ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Katowicach powołano wówczas specjalną grupę, która miała ustalić, kto stoi za morderstwami. Milicja wyznaczyła milion złotych nagrody za pomoc w ustaleniu sprawcy. Głównego podejrzanego zatrzymano dopiero dwa lata po ostatnim zabójstwie. Był nim Zdzisław Marchwicki. Pod presją przełożonych i władz partyjnych postawiono mu zarzuty. Efektem śledztwa, mimo nieprzekonujących dowodów, było oskarżenie Marchwickiego o zabójstwo czternastu kobiet i usiłowanie morderstwa sześciu kolejnych. Oskarżony nigdy nie przyznał się do winy, ale po trwającym dwa lata poszlakowym procesie sąd uznał go za "Wampira z Zagłębia" i skazał na śmierć.
Z biegiem lat na światło dzienne wychodziły kolejne fakty, które przeczyły ustaleniom służb. W cyklu dokumentalnym Paragraf 148 - kara śmierci Telewizja Polska ujawniła relacje ówczesnych oficerów milicji, którzy m.in. podważali rzetelność śledczych przy gromadzeniu dowodów. Tezę o tym, że Marchwicki był niewinny, postawił też w swoich filmach Maciej Pieprzyca - w 1998 roku w dokumencie Jestem mordercą i w filmie fabularnym o tym samym tytule z 2016 roku.
O tym, że "Wampirem z Zagłębia" mógł być ktoś inny, milicjanci wiedzieli dwa lata przed zatrzymaniem Marchwickiego. Do popełnienia wszystkich zbrodni przyznał się Piotr Olszowy, malarz pokojowy z Sosnowca. Jednak jego zeznania były niespójne, leczył się psychiatrycznie, a milicjanci stwierdzili, że nie było wystarczających dowodów, by postawić mu zarzuty. Mężczyzna został zwolniony z aresztu.
Po ostatnim zabójstwie, w marcu 1970 roku, milicja dostała anonimowy list: "To było już ostatnie morderstwo, więcej już nie będzie i nigdy mnie nie złapiecie".
Trzy dni później Olszowy zamordował żonę i dzieci, a potem popełnił samobójstwo. Wcześniej podpalił mieszkanie, więc nie zachowały się żadne dowody. Nie można było pobrać odcisków, bo ciało było doszczętnie spalone.
Kiedy mały Zdzisiek Marchwicki w śmierdzącym papierosami mieszkaniu dopiero uczył się chodzić, trzysta kilometrów dalej, w okolicach Włocławka, dwudziestojednoletni Tadeusz Ensztajn przekonał dwie dużo młodsze koleżanki do ucieczki z domu. Po całodziennej tułaczce we troje nocowali w opuszczonej stodole w Aleksandrowie Kujawskim. Ensztajn zmuszał tam jedną z dziewczyn do współżycia. Kiedy dwunastolatka próbowała się opierać, groził, że zrobi z nią to samo, co z poprzednimi. Z kieszeni wyjął grubą sprężynę z ołowianą kulką na końcu i zaznaczył, że to jego narzędzie zbrodni. Powiedział, że zabił już wiele kobiet. Przerażone dziewczyny uciekły mu dopiero dwa dni później. Najpierw schroniły się w przypadkowym domu, potem jedna z nich zawiadomiła policję.
Okazało się, że mundurowi poszukiwali Ensztajna od siedmiu miesięcy. Był on jednym z pierwszych seryjnych zabójców w polskiej historii. W 1933 roku w Łowiczu zabił siedem kobiet, kolejne trzy zgwałcił. Gdy w trakcie śledztwa przewieziono go na wizję lokalną do Łowicza, na stacji kolejowej tłum próbował go zlinczować. Jego proces toczył się w Sądzie Okręgowym we Włocławku. Choć podejrzany podczas przesłuchania przyznał się do zbrodni, w trakcie procesu wszystkiego się wyparł. W sierpniu 1934 roku sąd skazał go na piętnaście lat więzienia i dziesięć lat utraty praw obywatelskich. Za okoliczność łagodzącą uznano "moralne zaniedbanie oskarżonego".
W pracy mówili, że jest sympatyczny i pracowity. Sąsiedzi też go lubili. Bogdan Arnold był elektrykiem, mieszkał w Katowicach. Pierwszą ofiarę poznał w barze w 1966 roku. Miał wtedy trzydzieści trzy lata. Po paru kieliszkach zaprosił ją do mieszkania. Dopiero na miejscu, kiedy kobieta za wspólną noc zażądała zapłaty, zorientował się, że jest prostytutką. Wpadł w szał, sięgnął po młotek i uderzał, aż roztrzaskał jej czaszkę. Potem rozczłonkował jej ciało, wrzucił do wanny i zalał substancją, która miała je rozpuścić. To, co zostało, próbował spalić, pozostałe fragmenty ciała zostawił w wannie.
Pół roku później popełnił kolejne zabójstwo. Do dziś nie zidentyfikowano, kim była zamordowana kobieta. Śledczy wysnuli hipotezę, że też była prostytutką, którą mężczyzna zwabił do mieszkania.
W ciągu kolejnych trzech miesięcy zgwałcił i zabił jeszcze dwie kobiety. Po czwartym zabójstwie wyprowadził się z kawalerki w Katowicach, bywał tam tylko po kryjomu, by przewietrzyć mieszkanie, bo sąsiedzi narzekali na smród. W końcu jeden z nich zauważył rój much w oknie Arnolda. Spod drzwi jego mieszkania wychodziły robaki. To dlatego prasa ochrzciła go "Władcą Much". Sąsiedzi byli pewni, że Bogdan Arnold zmarł w swoim mieszkaniu, i zawiadomili milicję. Funkcjonariusze wyważyli drzwi. W łazience znaleźli rozczłonkowane fragmenty kilku ciał.
Arnold przyznał się do wszystkich zbrodni. Podczas procesu nie okazał skruchy. Psychiatrzy nie dostrzegli w jego zachowaniu niczego, co wskazywałoby na zaburzenia emocjonalne. Po krótkim procesie w 1968 roku Bogdana Arnolda skazano na czterokrotną karę śmierci. Ciało mężczyzny pochowano na cmentarzu w Katowicach-Panewnikach, tuż obok Zdzisława Marchwickiego. Oba groby podpisano "N.N.".
Wszyscy polscy zabójcy, których określa się mianem "seryjnych", zostali zatrzymani i osądzeni.
Oprócz jednego.
W latach 1988-1993 w Łodzi nieznany sprawca zamordował siedmiu mężczyzn. Wśród nich byli m.in. pacjent poradni zdrowia psychicznego, przewodnik PTTK i aktor łódzkiego teatru. Mieli od trzydziestu pięciu do sześćdziesięciu dwóch lat. Zginęli od uderzeń twardym narzędziem, ciosów nożem lub przez uduszenie. Niemal wszystkich, z wyjątkiem jednego mężczyzny, którego ciało leżało w lesie, znaleziono martwych w ich mieszkaniach. W większości przypadków ciała były związane i roznegliżowane, ze śladami tortur. Wszystkich łączyło jedno: byli homoseksualistami.
Choć zabójca mordował systematycznie, co kilka miesięcy przez pięć lat, służbom nie udało się ustalić sprawcy. Działał głównie w nocy. Przesłuchiwani potem sąsiedzi zeznawali, że nic nie słyszeli, a znajomi homoseksualiści niechętnie rozmawiali z mundurowymi.
Dopiero po ostatnim zabójstwie sporządzono portret pamięciowy typowanego. Jego twarz pokazano w telewizji, ogólnopolskiej i regionalnej prasie, a na ulicach Łodzi rozklejano plakaty z jego wizerunkiem. Policjanci wiedzieli, że zabójcą gejów z Łodzi jest mężczyzna o imieniu Roman. Przystojny ciemny blondyn, mniej więcej trzydziestoletni, z kilkoma znakami szczególnymi. Funkcjonariusze brali pod uwagę wiele hipotez. Jedną z nich był motyw rabunkowy, bo z mieszkań często ginęły cenne przedmioty. Brano pod uwagę, że mężczyzna nienawidzi gejów, chociaż, jak dowiedzieli się po ostatniej zbrodni, sam był homoseksualistą.
Jednak żadna z tych informacji nie doprowadziła ich do ustalenia sprawcy.
W 1993 roku seria zabójstw się skończyła. Policja podejrzewała, że sprawca mógł umrzeć na AIDS lub odsiaduje wyrok za inne przestępstwa.
"Zabójca z Pikiety", bo tak okrzyknęła go prasa na początku lat dziewięćdziesiątych, jest uznawany za jedynego w Polsce seryjnego zabójcę, który nie został zatrzymany i osądzony, a seria zabójstw gejów z Łodzi do dziś jest największą niewyjaśnioną zagadką kryminalną w historii polskiej kryminalistyki.
PROLOG
Miejsce: Katowice
Czas: 21 sierpnia 2021
Od progu czuć starym papierosowym dymem. Szacuję, że w środku nie palił trzy dni, a nie wietrzył przynajmniej od wczoraj. W mieszkaniu jest czysto. Tylko w łazience nie ma światła, bo żarówkę szlag trafił. - I, widzi pan, jakoś nie było czasu.
Zaprasza do kuchni, pyta, jak podróż, i jedną ręką stawia na kuchence ciężki, żeliwny czajnik. Z szafki wyjmuje dwie filiżanki z malutkimi uszkami i pudełko herbaty ekspresowej.
W rogu, za kredensem pamiętającym masakrę w pobliskiej kopalni Wujek, zmieściły się jeszcze lodówka i drewniany stolik. Ściany pomalowane na adriatycki lazur dodają skromnej kuchni bajkowego kolorytu.
- Zapraszam - wskazuje kolejne drzwi.
Wchodzimy do pokoju z kanapą i płaskim telewizorem. Na jednej ścianie wisi brązowy dywan z frędzlami. Z drugiej na wnętrze pokoju z troską spogląda Matka Boska Częstochowska.
Siadam w wypolerowanym na błysk skórzanym fotelu. Przede mną ława przykryta świątecznym obrusem, na środku samotny talerz z sernikiem. Ciasto pokrojone na równiutkie kawałki.
- Sam upiekłem - uśmiecha się nerwowo, odsłaniając braki w uzębieniu. Ma pięćdziesiąt sześć lat, ale zmarszczki i szara cera dodają mu co najmniej piętnaście. Po tatuażach nie ma śladu.
Nosi wytarte dżinsy i flanelową koszulę w czarno-białą kratę z rękawami naciągniętymi równo do nadgarstków. Kiedy szybko mówi, w kącikach ust zbiera mu się ślina, którą odruchowo wyciera zewnętrzną stroną dłoni.
Dwa tygodnie wcześniej rozmawiamy przez telefon.
Mówię, że piszę reportaż o byłych więźniach i sprawdzam, jak sobie radzą na wolności. Co robią, by nie wrócić na dawną drogę.
- No wie pan, łatwo nie jest. Raczej pod górkę i pod wiatr. Ale proszę przyjechać, chętnie opowiem więcej - proponuje od razu. - Ale zaraz... - wtrąca po chwili. - Skąd pan ma mój numer?
- Dotarłem do dokumentów...
- Pewnie z zakładu karnego?
- Tak - kłamię.
- Ja nie mam nic do ukrycia. Proszę przyjechać.
Po rozmowie wysyła jeszcze SMS: "Dziękuję, że się pan odezwał i zainteresował moim życiem. Mam nadzieję, że będzie to z pożytkiem dla nas obu, a na pewno dla opinii publicznej".
Z porcelanowych filiżanek pijemy po dwie ekspresowe minutki. Siedzi wyprostowany, ze splecionymi na kolanach dłońmi, co pomaga mu ukryć zdenerwowanie.
Podczas rozmowy co chwilę zerkam w kierunku jego lewej ręki. Wyraźnie próbuje ją ukryć. Kiedy prawą dłonią sięga po filiżankę, lewą zawsze trzyma za stołem. Sernika nie je, nie gestykuluje.
W końcu mówię, że to już wszystko, miło się rozmawiało i do zobaczenia. Wtedy niespodziewanie proponuje, że pokaże zdjęcia z młodości. I traci czujność. Podchodzi do komody, otwiera szufladę. Znów patrzę na jego lewą rękę i widzę, że wskazujący palec jest lekko skrzywiony. Wstaję, przerzucam plecak przez ramię i kieruję się do wyjścia.
- A czy pan mógłby kogoś zabić? - pytam już na stojąco, w kuchni, oceniając, ile kroków muszę zrobić, by znaleźć się na klatce.
- Zabić? No wie pan... W życiu zrobiłem wiele złych rzeczy. Ale zabić? Zabić to nie.