Ostatni - Hanna Jameson

Reflow text when sidebars are open.
Woda w kranach zrobiła się mętna i źle smakuje, więc Dylan, Nathan i ja weszliśmy na dach, żeby sprawdzić zbiorniki.
Dylan to jeden z niewielu członków obsługi, który nie uciekł. Pozostał na posterunku. Ten wysoki, czarnoskóry mężczyzna pod pięćdziesiątkę, z zaraźliwym uśmiechem i krótko przystrzyżonymi włosami, zaraz po wybuchu wojny automatycznie został naszym przywódcą. Lepiej niż ktokolwiek inny zna hotel i okolicę, ponieważ pracuje w tym miejscu od ponad dwudziestu lat. Gdy mówi po angielsku swoim głębokim głosem, prawie w ogóle nie słychać obcego akcentu. Nie mam pojęcia, skąd pochodzi. Może jest Szwajcarem...
- To pewnie martwe ptaki - orzekł, gdy wdrapaliśmy się na trzynastą kondygnację budynku. - Też musiały szukać wody.
Chciałbym, żeby to były tylko martwe ptaki.
Na dziesiątym piętrze musiałem się zatrzymać i przysiąść na swojej skrzynce z narzędziami. Nathan poszedł w moje ślady.
Dylan wzruszył ramionami. Nawet nie zadał sobie trudu, żeby odstawić narzędzia, podczas gdy my próbowaliśmy złapać oddech.
- Jak ty to robisz, że jesteś w takiej formie? - zapytał Nathan.
- Regularny wysiłek fizyczny.
- To załatwia sprawę. - Nathan spojrzał na mnie. - A ty, Jon?
- Och, ja wkładam w mój absolutny brak sylwetki zero wysiłku. - Spojrzałem na swoje ciało. - W pracy głównie siedzę. Dużo czytam i rozmyślam.
- Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo możemy być bezużyteczni, dopóki nie spróbowałem rozpalić ognia bez zapalniczki - parsknął barman. - Nie mogłem uwierzyć, że nikt z nas nie wie, jak to zrobić. To znaczy, wiedziałem, że ja nie potrafię, ale miałem nadzieję, że ktoś jednak umie.
- Nie znosiłem biwaków - oznajmił Dylan. - Wakacje bez sznapsa i relaksu w szlafroku to nie wakacje.
- Ja też nie znosiłem biwaków - zgodziłem się z nim.
- Ja nie znosiłem sznapsów - wciął się Nathan.
Uśmiechnąłem się.
- Chyba tylko dzieci lubią wakacje pod namiotem. Mam dwójkę, więc jeździłem częściej, niż bym chciał.
- Czyli ile razy? - zapytał Dylan.
- Nigdy.
Nathan zaczął się śmiać. Jest chudym Australijczykiem rasy mieszanej. Prowadził hotelowy bar. Ma opadające powieki i monotonny głos, więc na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie apatycznego. W rzeczywistości jest jednak duszą towarzystwa o niespożytej energii. Ciągle potrafi nas rozbawić, a ostatnimi czasy o to niełatwo.
- Nie wiedziałem, że masz dzieci - powiedział Dylan, odstawiając w końcu swoją skrzynkę na podłogę. - Ja mam córkę.
- W jakim wieku? - zapytałem.
- Trzydzieści lat.
- Gdzie... gdzie teraz jest?
- Mieszkała z mężem w Monachium. - Nie musiał nam tłumaczyć, co to oznacza. - A co z twoimi?
- Są w domu, w San Francisco, z matką. Mają sześć i dwanaście lat.
- Co tu robisz? Przyjechałeś na konferencję?
- Tak.
- Myślałem, że wszyscy uczestnicy konferencji dawno stąd uciekli.
- Taaak, ci, co chcieli dostać się na lotnisko, to byli właśnie moi koledzy po fachu, znajomi z innych uczelni.
- Spodziewałem się, że więcej z nich wróci - odezwał się Nathan, wstając - gdy w końcu zdadzą sobie sprawę... Tak się zastanawiam... Dlaczego w ogóle stąd uciekli? Przecież ogłoszono, że lotniska nie działają, a na drogach panuje istne szaleństwo. Powinno ich wrócić zdecydowanie więcej.
- Nie, nie zgadzam się. Myślę, że jak już zdecydujesz się ruszyć w drogę, to nie chcesz zawracać, tylko idziesz dalej. Byle do przodu. - Dylan podniósł swoją skrzynkę z narzędziami.
- Zdziwiło mnie, że wszyscy wyjechali - ciągnął dalej Nathan. - Aż tyle osób? Jakby mieli zamiar co zrobić, złapać samolot?
Wstałem, przyciągnąłem swoją skrzynkę do biodra i kontynuowaliśmy wspinaczkę po schodach.
- Dużo ludzi myli bycie w ruchu z robieniem postępów - stwierdził Dylan. - Wiedziałem, że odejście stąd to zły pomysł, ale co mogliśmy zrobić? Pozamykać ich? Nie byli w stanie stawić czoła prawdzie.
Oparłem się o ścianę klatki schodowej, podczas gdy Dylan wyjmował pęk kluczy. Powietrze na górze było gęste, duszące i pełne pyłu. Śmierdziało. Nie podobała mi się ta klatka schodowa, ale windy oczywiście nie działały. Już od niemal dwóch miesięcy. W zasadzie to od pierwszego dnia.
- Mylenie ruchu z postępem... Szkoda, że ludzie nie pomyśleli o tym wcześniej - rzekłem. - Można było tego wszystkiego uniknąć.
- Jon, trafiłeś w sedno. Gdzie byłeś podczas wyborów, gdy ludzie potrzebowali rozsądnego kandydata?
Nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć.
Na dachu rozdzieliliśmy się i każdy zajął się jednym zbiornikiem. W sumie były cztery wysokie pionowe cysterny z drabinkami po bokach. Przymocowałem szufelkę do paska i zacząłem się wspinać. Musiałem zdjąć rękawiczki, żeby chwycić się szczebelków. Było lodowato. Wydawało mi się, że wiem, co to zimno, ale to było nic w porównaniu z tym tutaj. Zimno nigdy się nie kończyło i bardzo dawało w kość. Dosłownie przeobrażało sylwetkę. Człowiek zaczynał chodzić ze zwieszoną głową, zgarbionymi plecami i zapadniętymi ramionami. I tak cały czas.
Gdy wszedłem na szczyt, odwróciłem się i spojrzałem w dół, na las. Podczas oddychania powietrze wydawało się czyste, ale powłoka z chmur wisiała nisko nad ziemią i wszystko tonęło w mroku. W pierwszą noc po przyjeździe słyszałem brzęczenie owadów ze swojego pokoju na trzecim piętrze. Teraz drzewa milczały, brązowiały i umierały, choć był dopiero sierpień. Żadnych ptaków, jedynie martwa cisza. Do najbliższego miasta była ponad godzina drogi, a za nim znów ciągnęły się kilometry lasów.
Nie przypominam sobie, kiedy widziałem słońce w pełnej krasie. Owszem, widziałem, jak przemyka gdzieś za chmurami, daleko poza zasięgiem, jak płaski, dwuwymiarowy dysk za szarym woalem.
Zastanawiałem się, ilu z moich kolegów dotarło do lotniska i co tam zastali. Nie wszyscy wsiedli od razu do samochodów. Niektórzy opuścili to miejsce nieco później, sami czy w dwu-, trzyosobowych grupach, na piechotę, nie zdając sobie sprawy z rozmiarów lasu i niskich temperatur. Próbowałem niektórych z nich zatrzymać, ale zdroworozsądkowe argumenty przestały do nich przemawiać.
Choć w sumie wcześniej też ludzie ignorowali zdrowy rozsądek. Na tym właśnie polega cały problem.
Zaczęła we mnie rosnąć kula emocji, ścisnęła mi gardło i odcięła oddech.
Wepchnąłem ją z powrotem gdzieś w głąb siebie.
- Wszystko okej? - krzyknął do mnie Dylan.
Złapałem uchwyt na pokrywie zbiornika i zaraz zimno sparaliżowało mi palce. Zacząłem tracić w nich czucie. Nie czułem już ani ust, ani nosa.
- Tak, tak, ale pokrywa jest bardzo ciężka! Ani drgnie!
- Poczekaj, idę do ciebie! W moim zbiorniku wszystko w porządku. - Dylan zaczął schodzić.
- Nie musisz wchodzić na górę. Chyba mi się uda! - Sięgnąłem za plecy po szpadel i włożyłem go w szparę przy krawędzi cysterny, próbując podważyć pokrywę. Metal zgrzytał i piszczał, aż zęby bolały. W końcu pokrywa zaczęła odpuszczać, włożyłem więc szpadel głębiej, żeby ją podważyć.
Ciemność.
Próbowałem złapać równowagę na drabince i nie rozmyślać ani o wysokości, ani o zimnie. Włożyłem prawą rękę z łopatką jeszcze głębiej i zacząłem przeszukiwać wodę. Jej poziom był tak niski, że ledwo mogłem do niej dosięgnąć, ale z tego co widziałem, nie było w niej żadnej padliny ani gruzu.
Zdałem sobie sprawę, że niedługo skończy nam się woda.
Poczułem bezduszny łopot paniki, która dwa miesiące temu zagościła na stałe w mojej klace piersiowej i powodowała zawroty głowy. Atak przychodził, gdy tylko przestawałem koncentrować się na zadaniu i myślałem o czymś innym. Musiałem więc skupić się na tym, co tu i teraz, i całkowicie zablokować rozmyślania o przeszłości czy przyszłości. To był jedyny sposób, żeby nie postradać zmysłów.
- Tu też wszystko okej! - krzyknąłem, ale mój głos zniknął w podmuchach wiatru.
Usłyszałem głośne i nerwowe "Kurwa!" i spojrzałem na drugą stronę dachu dokładnie w momencie, gdy Nathan poślizgnął się i runął w dół.
Instynkt wziął górę i chcąc go odruchowo złapać, straciłem równowagę i grunt pod nogami. Nathan zniknął mi z oczu, a ja zawisłem, trzymając się tylko jedną ręką szczebelka. Moje ciało uderzało jak kukła o ścianę zbiornika.
Myślałem, że zwichnąłem sobie bark, bo w klatce piersiowej i obojczyku poczułem przeszywający ból. Ale nic takiego się nie stało. Udało mi się stanąć z powrotem bezpiecznie na drabince. Palce mi krwawiły. Zorientowałem się też, że wypadł mi szpadel.
Nathan leżał na dole, ale próbował już wstać o własnych siłach. Nic mu się nie stało. Tuż obok niego zobaczyłem Dylana, który również próbował się podnieść.
Migiem zszedłem z drabinki i przebiegłem przez dach.
- Co się stało? Wszystko w porządku, chłopaki?
- Coś tam jest! Ja, kurwa, nie żartuję. - Nathan oglądał swoje ramiona, podciągając trzy warstwy ubrania. - Zbiornik jest prawie pusty, ale coś tam jest.
Dylan wyglądał, jakby ktoś go pobił. Po chwili domyśliłem się, że to Nathan na niego spadł.
- To wyglądało na zwłoki... - powiedział Nathan.
- Ludzkie zwłoki?
- Tak, tak mi się zdaje... Nie wiem, może zwierzę, coś takiego. Nachyliłem się i chciałem to wyciągnąć. - Nathan zamilkł i położył dłoń na ustach. - To było coś małego, ale... nie, to nie mogło być zwierzę... Miało włosy jak... jak dziewczynka... Kurwa! Czy dziecko w ogóle dałoby radę tam wejść?
- Dziecko? - odezwał się Dylan. - Jezu!
Spojrzałem w górę na zbiornik. Miał ponad sześć metrów wysokości. Może nawet z dziewięć.
- Kto jeszcze ma klucze na dach? - spytałem.
- Jest kilka kompletów, ale tylko personel miał do nich dostęp. - Dylan zmarszczył czoło.
Nathan usiadł na podłodze i zaczął rozmasowywać sobie przedramiona oraz prawą kostkę.
- Musimy odciąć zbiornik od obiegu lub wyjąć z niego to coś - powiedział. - Wszyscy... cholera... wszyscy piliśmy z niego wodę. Kurwa. Kurwa! Za chwilę się porzygam! Nie wierzę, że piliśmy tę wodę.
Musiałem oprzeć rękę o cysternę i uspokoić się. Strasznie mnie mdliło.
Nawet Dylan wyglądał na zszokowanego, ale szybko się opanował, w każdym razie szybciej niż ja.
- Musimy otworzyć pozostałe zbiorniki - zarządził. - Na stałe. Trzeba odpiłować pokrywy, żeby zbierała się tam deszczówka.
- A czy w ogóle jeszcze pada deszcz? - spytałem.
Spojrzeliśmy po sobie, ale nikt nie miał pewności. Naprawdę nie byłem w stanie sobie przypomnieć, czy od pierwszego dnia padało. Tamten dzień był słoneczny. Nic specjalnego dotyczącego pogody nie zapisało się w moim umyśle od tego czasu. Żyjemy pod grubą warstwą chmur, jedne dni są bardziej szare, inne mniej. To tyle.
- I tak musimy to zrobić. Jeśli nie będzie padać, to niedaleko jest jezioro, mamy więc źródło wody. Nath, przenieś jakiś brezent albo folię plastikową. I przyprowadź Tanię. Jon, będę potrzebował szpadla.
Pomogłem Nathanowi wstać. Zszedł z dachu i wrócił z plastikowym brezentem. Po kolorze jego twarzy domyśliłem się, że płakał.
Dylan wziął szpadel i z brezentem przewieszonym przez ramię zaczął wspinać się na zbiornik. Cieszyłem się, że sam się zaoferował i że nie musieliśmy ciągnąć zapałek czy coś takiego. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy dałbym radę to zrobić.
Gdy Dylan powoli schodził po drabince, przytrzymując ramieniem drobne ciało zawinięte w plastik, uderzyła mnie kolejna fala smutku. Tym razem omal nie zwaliła mnie z nóg.
Nathan trzymał się na uboczu.
- Dziewczynka. Sądząc po wzroście, miała jakieś siedem lub osiem lat. Nie wiem, nie jestem pewien. - Dylan położył zwłoki na ziemi. - Gdzie Tania?
Za pierwszym razem nie usłyszeliśmy odpowiedzi Nathana. Musiał odchrząknąć i powtórzył:
- Ona... Teraz zajmuje się kimś innym, ale powiedziała, że możemy zanieść ciało do jej pokoju.
- Małe dziecko nie dałoby rady samo tam wejść - powiedziałem, nie mogąc oderwać wzroku od zwłok. - Ktoś musiał ją tam wrzucić.
- Może weszła tam, bo szukała...
- Nie weszłaby tam sama - uciął Dylan. - Nam, trzem facetom, ledwo udało się otworzyć te pokrywy.
- Jak myślisz, długo tam leżała? - zapytałem.
- Nie wiem. A ty jak sądzisz?
- Pojęcia nie mam.
Zwłoki były lekko napuchnięte, ale dziewczynka nadal wyglądała normalnie, przynajmniej według mnie. Niemal jak żywa, jakby zakonserwowana. Na skórze miała szare, żółte, gdzieniegdzie zielonkawe plamki, ale proces gnilny jeszcze się na dobre nie zaczął. Miało to sens, biorąc pod uwagę temperatury. Jedynie jej ubrania się rozpadły, to wszystko.
- Czyli została zabita - powiedziałem coś, czego nikt nie chciał usłyszeć. - Ktoś ją zamordował.
Nathan zaczął dygotać, co i mnie się udzieliło.
Oplotłem ramiona wokół ciała.
- Może - westchnął Dylan. - Lecz spójrzmy prawdzie w oczy, nawet nie mamy jak się dowiedzieć, kim jest. Jej rodziców pewnie od dawna już tu nie ma. Nikt przecież nie wspominał, że zgubiła się jakaś dziewczynka. Ci ludzie mogli wymeldować się z hotelu, jeszcze zanim to wszystko się zaczęło.
- Wymeldować się bez dziecka? - przypomniałem sobie, jak moja córka, Marion, śmiejąc się, wybiega z morza w Fort Funston. - To niemożliwe.
Chcąc wyrzucić z głowy ten obraz, zrobiłem krok do przodu i nachyliłem się, żeby zabrać ciało dziewczynki. Owinąłem je plastikiem, jakbym układał do snu. Dopiero teraz zauważyłem, że nadal krwawią mi ręce. Chyba przez jakiś czas ich w ogóle nie czułem.
- Zniosę ją na dół - powiedziałem.
Była lekka jak piórko.
Tania była jedynym lekarzem w hotelu. Mieliśmy dużo szczęścia, że się tu zatrzymała. Nasza dieta stawała się coraz uboższa i wzrastało zapotrzebowanie na leki (co zaskakujące, większość ludzi prosiła o antydepresanty, których akurat nie mieliśmy), więc Tania miała pełne ręce roboty. Ale nie dawała po sobie tego poznać. W obyciu jest osobą zdystansowaną i dumną. Ma ciemną skórę i w tym momencie ufarbowane na fioletowo afro, choć to akurat zmienia się z tygodnia na tydzień.
Podczas jednej z naszych pierwszych rozmów powiedziała mi, że dorastała w rodzinach zastępczych w Anglii, potem w Szwajcarii i że ma krewnych w Nigerii i na Jamajce.
Jej chłopak wyjechał stąd już pierwszego dnia, próbując szczęścia w podróży samochodem, mimo ostrzeżeń ogłaszanych przez służby publiczne. Po prostu wsiadł w samochód i odjechał. Tania postanowiła zostać i ze stoickim spokojem trzyma się swojej decyzji. W ogóle o nim nie wspomina. I dlatego właśnie nie mogę sobie przypomnieć jego imienia.
Spojrzała na ciało dziecko, gdy przynieśliśmy je do pokoju, który przerobiła na gabinet lekarski. Potwierdziła, że to dziewczynka. Na oko dziewięcioletnia, ale raczej drobniejszej budowy. Była martwa od jakichś dwóch miesięcy.
Usiadłem na krześle obok łóżka, które służyło Tani za stół do badania, i splotłem pulsujące od bólu dłonie.
Dylan i Nathan poszli szukać mocniejszych narzędzi do otwarcia zbiorników z wodą. To będzie poważna operacja, zajmie pewnie kilka dni, a może nawet tygodni. Nie mogłem się już doczekać. Mniej czasu na myślenie.
- Jak umarła? - zapytałem.
- Nie wiem. Muszę zrobić sekcję, a nigdy w życiu sama tego nie robiłam, jedynie przyglądałam się, jak robili to inni. Nie to należało do moich obowiązków.
Choć bardzo się ożywiła, co zdarzało się niezwykle rzadko, jej głos nadal był cichy i spokojny. Może po prostu profesjonalny.
- Nie widzę żadnych śladów.
- To może się okazać bardzo mylące. Woda miewa dziwny wpływ na zwłoki. Widzisz, w tym miejscu skóra zaczęła się rozwarstwiać i odchodzić. Ale... tak, zgadzam się z tobą, że nie widać żadnych śladów wskazujących na strzał w głowę czy uduszenie. Nie wygląda też na to, że została wykorzystana seksualnie, ale to akurat o wiele trudniej stwierdzić.
- A są w ogóle jakieś sposoby, żeby to sprawdzić? Tutaj? Teraz?
Nasze spojrzenia się spotkały.
- Tak, są.
- Więc zmarła mniej więcej... - Wziąłem głęboki wdech.
- Kilka miesięcy temu, to na pewno. Może zanim wydarzyło się to wszystko, a może później. W wodzie ciało rozkłada się dużo wolniej. Proces ten został dodatkowo opóźniony przez niskie temperatury. Nie da się określić dokładnego czasu zgonu. Wiem tylko, że nastąpił jakiś czas temu. Muszę sprawdzić, czy ma wodę w płucach.
- A czy to nie jest oczywiste?
Pokręciła głową i nie patrząc na mnie, odpowiedziała:
- Nie, chyba że gdy znalazła się w zbiorniku, wciąż oddychała...
Tania obejrzała narzędzia i ułożyła je w rządku na toaletce: komplet przyborów z hotelowego zestawu do pierwszej pomocy i wybrane przez nią sztućce. Zobaczyłem nóż do ryby i przez chwilę zastanawiałem się, do czego może go użyć.
Westchnęła i potarła twarz.
- Szkoda, że nie mam swoich narzędzi. Byłoby o wiele prościej.
- Zrób listę. Może uda się coś znaleźć w przyszłym tygodniu.
Dylan postanowił zorganizować kolejną wyprawę. Prawdziwą, do miasta, a nie na polowanie. Oszacował, że w ciągu trzech miesięcy zaczną nam się kończyć zapasy. Potrzebowaliśmy też lekarstw, nawet bardziej niż jedzenia. Od najbliższej apteki dzielił nas długi marsz przez las. Mieściła się w dużym centrum handlowym i nie mogliśmy mieć pewności, czy nie została już splądrowana.
Dowodził Dylan. Tania zgłosiła się na ochotnika, ale nie zgodziliśmy się na jej udział. Była dla nas zbyt cenna. Wybrano Patricka Bernardeaux, wysportowanego i trzeźwo myślącego Francuza, byłego dentystę. Poświęcał dużo czasu na bieganie w lesie. Adam, poważny i dobrze zbudowany Anglik, zgłosił się na ochotnika, podobnie jak Rob, o wiele mniej poważny młodzieniec. Też Anglik. Do tego Tomi, jedyna poza mną Amerykanka, studentka historii i rozwoju urbanistyki.
- Musicie się skupić na znalezieniu potrzebnych leków.
- Ale przecież potrzebujesz skalpeli i...
- I...? - Uśmiechnęła się złośliwie.
- Wszystkiego, czego używają lekarze. - Ja też się uśmiechnąłem, lecz zaraz przypomniałem sobie, że tuż obok leży martwa dziewczynka. - Mówię serio, zrób listę, a ja poszukam. I tak nie będę przecież filarem tej wyprawy. Lepiej posługuję się wzrokiem niż...
- Nooo, w każdym razie na pewno nie będziesz żadnym wsparciem fizycznym. - Obcięła mnie wzrokiem. - Trzy, może cztery razy w tygodniu jeździłeś na rowerze do pracy, może troszkę pływałeś, a poza tym cały swój czas spędzałeś, ślęcząc na książkami.
- Skąd wiesz?
- Widzę, jak siadasz i chodzisz. Osiemdziesiąt procent moich pacjentów cierpi na chroniczne bóle karku i pleców z powodu wadliwej postawy. Też byłbyś jednym z nich, więc zmiana stylu życia będzie dobra dla twojego kręgosłupa. - Odwróciła wzrok od toaletki i skinęła ręką w moim kierunku. - Co ci się stało w dłonie?
- Nic. Musiałem zdjąć rękawiczki podczas wspinaczki. A nie jestem dobry we wspinaczce.
Przykryła dziewczynkę z powrotem plastikową folią, jak matka. Potem wstała z krzesła.
- Niech spojrzę.
- To nic poważnego.
- Nie możemy teraz bagatelizować najdrobniejszych spraw. Za duże ryzyko infekcji, a nie mamy wystarczającej ilości antybiotyków. - Ujęła moje dłonie, odwróciła je, obejrzała otarte knykcie, zdartą skórę, obgryzione paznokcie.
- Musisz dbać o to, żeby rany były czyste. Bóg raczy wiedzieć, jakie bakterie wylęgły się w tych zbiornikach. Nie dziwne, że ludzie zaczęli chorować. - Na jej twarzy pojawił się grymas.
Ruszyła w stronę łazienki, ale zawahała się.
- Chyba nie korzystamy już z wody z tego zbiornika?
- Nie. Dylan go odciął.
- Dobrze. Chodź tutaj. Muszę użyć alkoholu, więc będzie bolało. - Wzruszyła ramionami, oparła się biodrem o umywalkę i napuściła do niej trochę wody z mydłem.
Woda była lodowata. Nawet trudno mi opisać, jak ciężko jest znosić atakujące zewsząd zimno. A od dwóch miesięcy zimno towarzyszy mi na każdym kroku. Wymyłem ręce tak szybko, jak to możliwe, i ponownie usiadłem obok martwej dziewczynki. Tania ujęła moją prawą dłoń i nasączyła bawełniany wacik czystym spirytusem.
- A więc przyjechałeś tu na konferencję? - powiedziała, próbując mnie jakoś zagadać i odwrócić uwagę od bólu. - Kim jesteś z zawodu?
- Historykiem. Wykładałem na Stanford.
- W takim razie skąd ten akcent?
- Z południa. Ale dawno temu przeniosłem się do San Francisco, więc się trochę zmienił.
- A czym zajmowała się twoja żona? - kiwnęła głową na moją obrączkę.
- Jest... Nadia pracowała jako dziennikarka. Bywało ciężko, szczególnie z dwójką dzieci, ale oboje musieliśmy pracować. Czynsze w Kalifornii są piekielnie wysokie... - Niespodziewanie się uśmiechnąłem. - Dziwnie się teraz rozmawia o czynszach.
- Prawie każda rozmowa kiedyś dotyczyła czynszu. - Zaśmiała się.
- Lub wyborów.
- Albo manifestacji. Często na nie chodziłam.
- Tak, ja też. Do samego końca. - Ręka mi zadrżała, poczułem piekący ból i omal jej nie wyrwałem. - Nie żartowałaś, gdy mówiłaś, że będzie bolało. Wow!
- No cóż, to wy to wszystko spieprzyliście - stwierdziła, śmiertelnie poważna, jakby chciała mnie ukarać. - My, tu w Europie, mieliśmy święty spokój. Modliliśmy się tylko, żebyście wy nie zrobili czegoś głupiego. Choć, mówiąc zupełnie szczerze, cały świat był bardzo głupi. Mieliśmy jednak nadzieję, że nie będzie to głupota w stylu "urządzimy koniec świata".
Wykrzywiłem twarz z bólu i zabrałem dłoń. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, czekając, aż alkohol wsiąknie w skórę. Świat, o którym rozmawialiśmy, wydawał się... przepraszam za frazes... sennym marzeniem. To, co działo się teraz, teraźniejszość, było bardziej rzeczywiste niż cokolwiek w przeszłości. Teraz czułem się naprawdę przebudzony, boleśnie przebudzony. W porównaniu z tym, jak żyłem zaledwie dwa miesiące temu.
- Podaj mi drugą dłoń - powiedziała, kiwając do przodu głową.
- Muszę chwilę odpocząć.
- Chcesz posłuchać muzyki?
Słysząc to słowo, wziąłem głęboki wdech, ponieważ mój laptop był od kilku tygodni rozładowany i nikt nie chciał się zgodzić, żebym go naładował na dole.
- Masz muzykę?
- Tak. Wydzielałam sobie po trochu, żeby nie rozładowała mi się bateria. Słucham tylko wtedy, kiedy czuję... Szczerze mówiąc, to wtedy, kiedy wydaje mi się, że oszaleję, jeśli jej nie posłucham.
- Bardzo chcę posłuchać muzyki! Z wielką przyjemnością, jeśli tylko jesteś pewna, że chcesz na mnie tracić baterię.
- To żadna strata.
Ostatnio słyszałem muzykę jakiś tydzień temu, gdy przyłapałem Nathana, jak siedział na podłodze za barem i czegoś słuchał. Ukrywał się. Od razu przestał, gdy zorientował się, że go zauważyłem. Wstydził się, że marnuje baterie na coś tak niepoważnego. Ale jednak potem dał mi posłuchać jednej piosenki. Już nie pamiętam, co to było, chyba jakieś country. Kiedyś nienawidziłem country, ale teraz każdy rodzaj muzyki wydaje się wielkim szczęściem. Nie mam już tak wygórowanych oczekiwań.
Nathan nie powinien był czuć się winny, kiedy go przyłapałem. Osoby, które wciąż miały działające telefony, choć się do tego głośno nie przyznawały, i tak nie mogły się do nikogo dodzwonić. Ja straciłem swój telefon z powodu własnej głupoty.
Tania wróciła do mnie z odtwarzaczem mp3, takim w starym stylu, kanciastym i ciężkim. Podała mi słuchawkę. Pochyliłem się, nasze głowy były kilkanaście centymetrów od siebie, a ona położyła sobie moją drugą dłoń na kolanach i cały proces z bawełnianymi wacikami zaczęła od nowa.
Po raz pierwszy od tygodni poczułem ciepło. Choć się tego wstydziłem, to rosło we mnie napięcie i zachciało mi się płakać.
- Wiem - powiedziała. - Nie spodziewałeś się takich emocji. Nie martw się, nikomu nie powiem, jak się rozsypiesz.
- Czyli nadal obowiązuje tajemnica lekarska?
- Jasne, dlaczego miałaby nie obowiązywać.
- Piękna ta piosenka, jak... - Znów ukłucie bólu, ostre, ale tym razem byłem na nie przygotowany. - Jak walc. To coś starego?
- Sam jesteś stary. To Rihanna.
- Naprawdę? To Rihanna?
- Taa.
- Nie wiedziałem, że ma takie brzmienie.
- A czy kiedykolwiek jej słuchałeś?
- Chyba muszę się przyznać, że rzadziej niż nigdy. - Starałem się nie cofnąć ręki i Tania zaczęła zakładać bandaż. - Niedługo skończę trzydzieści osiem lat. Może nawet już skończyłem...
- Mnie prawie stuknęła czterdziestka, więc to żadne wytłumaczenie.
Skończyła robić opatrunek i poczekaliśmy na koniec piosenki. Po plecach przeszedł mi dreszcz, ale nie miał nic wspólnego z zimnem. To był dreszcz przyjemności. Utwór skończył się i Tania zabrała słuchawki.
- Daj znać, jeśli będziesz potrzebowała pomocy przy sekcji zwłok - zaproponowałem.
- Naprawdę?
- Tak.
- Dzięki, może mi się do czegoś przydasz. Postaram się zrobić sekcję jeszcze dziś. Po tym, jak ciało zostało wyjęte z wody, proces gnilny będzie postępował znacznie szybciej, więc ze względów higienicznych im szybciej ją pochowamy, tym lepiej. - Wstała i podniosła krawędź plastikowej folii, żeby jeszcze raz przyjrzeć się zwłokom. - W sumie to na czas porannych wizyt możemy przenieść ją do innego pokoju. Trup nie wpłynie pozytywnie na morale.
- Racja.
Spojrzała mi prosto w twarz, co rzadko jej się zdarzało.
- Jesteś jedną z najbardziej pomocnych osób w tym hotelu, wiesz o tym? Zgłaszasz się do wszystkiego. Szkoda, że inni nie są tacy chętni.
- A co innego nam pozostało? - Wzruszyłem ramionami.
- Poza tym wszystko w porządku z twoim zdrowiem? Nie masz żadnych niepokojących objawów?
- Nie.
Zmierzyła mnie wzrokiem z góry na dół, ale nie drążyła tematu.
Od paru dni pobolewał mnie ząb, z tyłu po prawej stronie. Nie wspomniałem jednak o tym. Nie chciałem dłużej zawracać jej głowy. Poza tym bałem się, że może zechcieć go usunąć, a nie chciałem kolejnej porcji bólu.
Poszedłem więc uciąć sobie drzemkę. Postanowiłem później poszukać czegoś na temat dziewczynki.
Historia to los grupy ludzi, a z tego, co widzę, możemy być ostatnimi żywymi.
Teraz opowiem wam nieco więcej o hotelu. L'Hotel Sixi?me ma trzynaście pięter. Dwa lub trzy górne są zamknięte, bo trwa tam remont, który w zaistniałej sytuacji nigdy nie zostanie ukończony. Kiedyś elewacja hotelu oraz ogromny szyld pomalowane były na złoto. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przyciągały więc bogatych gości, którzy chętnie korzystali z sal konferencyjnych. Od dekady nie ma już złota, w związku z czym i hotel zaczął być mniej oblegany. Podczas kolejnych renowacji, kilka lat temu, dobudowano schody przeciwpożarowe. Zmodernizowano też część pokoi i zainstalowano w nich karty do otwierania drzwi. Pozostałe pokoje otwiera się przy użyciu staromodnych kluczy.
Gdy na górnych piętrach odcięto prąd, te trzydzieści osób, które początkowo zostało na miejscu, przeniosło się z nowoczesnych pokoi do tych starszych, z kluczami i zasuwkami w drzwiach. Dla bezpieczeństwa. Zamki na kartę działają na prąd, więc w chwili obecnej są bezużyteczne.
Zauważyłem, że Dylan prowadzi dokładny rejestr osób, które tu zostały. Codziennie zapisuje, kto zszedł rano na dół. Skopiowałem sobie tę listę na własny użytek. Przy każdym nazwisku dopisałem kraj pochodzenia i zawód - w przypadkach, w których go znam. Oczywiście brakowało tylko Dylana, ale dodałem go na końcu.
Nathan Chapman-Adler - Australia, barman (personel)
Tania Ikande - Anglia/Szwajcaria, lekarka
Lauren Bret - Francja, zawód nieznany
Alexa Travers - Francja, zawód nieznany
Peter Frehner - Francja, zawód nieznany
Nicholas van Schaik - Holandia, zawód nieznany
Yuka Yobari - Japonia, zawód nieznany
Haru Yobari - Japonia, zawód nieznany
Ryoko Yobari - Japonia, dziecko
Akio Yobari - Japonia, dziecko
Chloë Lavelle - Francja, dziecko
Patrick Bernardeaux - Francja, dentysta
Coralie Bernardeaux - Francja, dentystka
Jon Keller - Stany Zjednoczone, historyk
Tomisen Harkaway - Stany Zjednoczone, adiunkt
Adam Warren - Anglia, zawód nieznany
Rob Carmier - Anglia, student
Mia Markin - Rosja/Szwajcaria, recepcjonistka (personel)
Sasha Markin - Rosja/Szwajcaria, kelner (personel)
Sophia Abelli - Szwajcaria, szefowa kuchni (personel)
Dylan Wycke - Szwajcaria, szef ochrony (personel)
Tomi, Amerykanka na postdoku, mieszkająca w Leiden, powiedziała mi, że pisze pracę naukową o tym hotelu. Przyjechała tu na miesiąc przed tym, co się wydarzyło, miesiąc przed końcem. Przeprowadzała wywiady z pracownikami, robiła zdjęcia. Jest wysoka, opalona, wysportowana, piękna, a przy tym dość agresywna i gruboskórna, więc niezbyt komfortowo się przy niej czuję. Myślę, że nawet zależy jej na tym, żeby ludzie, rozmawiając z nią, tak właśnie się czuli. Dzięki temu zdobywa nad nimi przewagę.
A może to ja tylko próbuję usprawiedliwić swoją reakcję, starając się wmówić sobie, że wszyscy mają podobne odczucia.
Postanowiłem zadać jej kilka pytań na temat hotelu, zanim pochowamy dziecko. Wie o nim o wiele więcej niż ja, a bardzo chciałbym w moich notatkach oddać atmosferę tego miejsca. Jeśli ktoś kiedykolwiek je przeczyta, to chcę, by wiedział, że byliśmy właśnie tu.
Chwilę pogadaliśmy w barze. Zauważyłem, że zęby ma wciąż w idealnym stanie.
- Widzę, że też piszesz - powiedziała Tomi, mając w ręku folder ze swoimi notatkami. - Dzięki temu czujesz się w miarę normalnie, co nie?
- Mogą się przydać w przyszłości.
- Nikt ich nie przeczyta - stwierdziła kąśliwie.
- Tego nie wiemy.
- Owszem, wiemy. - Założyła nogę na nogę. - Skąd pochodzi twój akcent, z Missisipi?
- Dorastałem w Missisipi, ale potem zamieszkałem w San Francisco.
- To wiele wyjaśnia. Ja jestem z Ohio. Chyba już o tobie słyszałam. Byłeś na gościnnych wykładach w Kalifornii?
Miała rację.
- Pracowałem na Stanford, więc tak.
- Wiedziałam! Robiłam doktorat w Berkeley.
- Miałem tam chyba wykłady na temat...
- Nieudanego lotu samolotu zwiadowczego U-2.
Z jakiegoś powodu irytował mnie fakt, że mnie zapamiętała.
- Tak, masz rację.
Zaczęła ze mnie żartować.
- Hej, większość ludzi mówiła głównie o tym, jaki z ciebie słodziak, ale, jeśli dobrze pamiętam, powiedziałeś też kilka ciekawych rzeczy.
Nie skomentowałem tego, ale ona się zaśmiała.
- Daj spokój, wyluzuj. No dobra, pytaj, o co chcesz. Nie siedź tak, bo bije od ciebie akademicki krytycyzm.
- Co cię zainteresowało w historii tego miejsca?
- Hmm, widzisz, doszło tu do samobójstw i niewyjaśnionych zgonów, które układają się w pewien wzór. A w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nawet do kilku morderstw. Obecni właściciele to trochę typy spod ciemnej gwiazdy, nawet ciężko o nich coś zaleźć. Hotel był sprzedawany i znów odsprzedawany ze względu na złą prasę. Ale też dlatego, że zatrzymał się w nim seryjny morderca. Moja praca, hmm... Planowałam spędzić trochę czasu w hotelu i spisać biografie ludzi, którzy tu umarli.
- Zatrzymał się tu seryjny morderca?
- Akurat tutaj nikogo nie zabił. Tylko został złapany.
Mówiła płynnie i nieustająco utrzymywała kontakt wzrokowy, niemal jak robot. Byłaby świetną prezenterką wiadomości, właściwie mogłaby nawet skończyć jako bardzo dobra gospodyni programów historycznych.
Odruchowo sięgnąłem po drinka, ale go tam nie było. Zabrałem więc szybko zabandażowaną dłoń.
- Co ci się stało? - spytała.
- Pomagałem w czymś Dylanowi.
- Co, urządziliście sobie "podziemny krąg"?
- Do kogo teraz należy hotel?
Przewróciła lekko oczami.
- Było ich dwóch. Baloche Braun i Erik Grosjean. Braun wykupił Grosjeana i wystawił hotel na sprzedaż, tyle że nikt nie chciał go kupić. Niewiele udało mi się dowiedzieć o Grosjeanie, zresztą o żadnym z nich. Wiem tylko, że Braun pochodził z rodziny nafciarzy, to syn jakiejś grubej ryby. Zanim kupił to miejsce, większość jego interesów padała bez żadnego rozgłosu.
- Niewyjaśnione zgony i morderstwa - powiedziałem. - Co się stało? To znaczy, jak ci ludzie umarli?
- Było wiele utonięć. Goście topili się w wannach albo szli nad jezioro, znad którego nigdy nie wracali. Bardzo dużo przedawkowań, zaskakująco dużo... Do tego wypadki na polowaniach. Mężowie i partnerzy wybuchający nagle i zabijający swoje żony i dziewczyny, ale w tamtych czasach takie wydarzenia nie wzbudzały większego zainteresowania.
Znów sięgnąłem po drinka i znów znalazłem jedynie pustą przestrzeń. Byliśmy jedynymi osobami w barze. Siedzieliśmy w zielonych pluszowych fotelach w otoczeniu mahoniu i złota, które zaczęło odłazić na krawędziach. Większość ludzi w ciągu dnia siedziała w swoich pokojach, żeby nie marznąć. Tylko tacy jak ja, dbający o dobrą organizację, strukturę i szukający towarzystwa, błąkali się po hotelu lub przesiadywali w barze. Marzyłem o drinku, ale Nathan trzymał alkohol pod kluczem.
- Chyba mam to, czego szukasz. - Tomi wyciągnęła piersiówkę i postawiła ją między nami na stole.
- Co to?
- A jakie to ma znaczenie?
Otworzyłem butelkę i pomachałem nią sobie przed nosem. Whiskey.
- Ukradłaś ją?
- Gdy wszystko trafił szlag, wiedziałam, że będę musiała tu zostać aż do końca. Nie jestem słodką idiotką, wbrew pozorom. - Wskazała ma swoją twarz i długie blond włosy. - Więc kiedy wszyscy latali w panice, próbowali skontaktować się ze swoimi ukochanymi i złapać jakiś samolot, który nigdy nie odleci, ja w tym czasie zebrałam rzeczy, które wiedziałam, że się przydadzą.
Zdałem sobie sprawę, że może mieć zapas antybiotyków.
- To bardzo spokojna reakcja w obliczu końca świata.
- Szok sprawia, że ludzie głupieją. A ja nie byłam w szoku. Poza tym nie wydaje mi się, że to koniec świata. Nasza cywilizacja była wysoce rozwinięta, nie sądzisz?
- I nie próbowałaś się z nikim skontaktować?
- Jak już wspomniałam, nie jestem idiotką. - Uniosła brwi. - Wiedziałam, że bateria przyda mi się w pewnym momencie do przeżycia. Przecież jeśli moi bliscy byli w jakimś dużym mieście lub nawet blisko niego, to wiadomo, że już po nich.
Straciłem na chwilę oddech. Wziąłem łyk alkoholu, żeby uniknąć odpowiedzi. Nie poczułem nawet jego smaku.
Byłem gotów się założyć, na kogo głosowała...
Ostentacyjnie zdjęła nogę z nogi.
- O, przepraszam. Wielu jeszcze nie pogodziło się z tym faktem.
Odstawiłem piersiówkę na stół. Wiedziałem, że ani trochę nie było jej przykro.
- Mieliście dzieci? - Spojrzała w dół, na moją obrączkę, a potem znów na moją twarz.
- Tak - odparłem.
- Przykro mi.
Chciałem przewrócić stół i ją udusić. Zawładnęła mną fala wściekłości, jakiej nie doświadczyłem od miesięcy. Nienawidziłem siebie za te niskie pobudki. Wiedziałem, że ona też to zauważyła. Widziała to w mojej twarzy, którą świdrowała zimnym spojrzeniem. Powstrzymałem się, wziąłem znów piersiówkę i pociągnąłem z niej spory łyk. Palący smak alkoholu spływający przez gardło do pustego żołądka podziałał kojąco. Zamknąłem na chwilę oczy i opanowałem gniew.
Chciałem zapytać, czy rajcuje ją prowokowanie ludzi i czy może nie chciała się z nikim skontaktować, bo nigdy nikogo i niczego kochała. Ale nie mogłem dać jej satysfakcji, że mnie wyprowadziła z równowagi.
- To, które z nas dwojga dłużej przeżyje - powiedziała - powinno włączyć zapiski tego drugiego do swojej pracy.
- Dlaczego miałbym to zrobić?
- Wow! Skąd ta pewność, że umrę pierwsza!?
Nie zastanawiałem się nad tym. To był odruch.
- Z obserwacji dwóch niewiarygodnych narratorów może uda się wysnuć jakieś obiektywne wnioski - stwierdziła.
- Nie jestem niewiarygodny. Obiektywizm za wszelką cenę to mój obowiązek.
- Mężczyźni lubią być przekonani, że tylko oni są obiektywni, a reszta ma we wszystkim jakiś ukryty interes. Przeczytałabym twoje notatki z wielką przyjemnością. Chciałabym zobaczyć, jak próbujesz przekonać swych przyszłych czytelników, jaki jesteś wspaniały. - Wzruszyła ramionami. - Tak czy owak, to tylko pomysł.
- A ty tego nie robisz? - No i dałem się złapać.
- Czego?
- Nie starasz się przekonać swych przyszłych czytelników, że jesteś dobrym człowiekiem?
- Po śmierci to, co myślą o mnie ludzie, będzie mnie obchodziło jeszcze mniej niż teraz. Niech zgadnę, po tej rozmowie opisałbyś mnie jako blondynkę o niebieskich oczach. Oczywiście, nazwałbyś mnie niezłą laską, jak to mają w zwyczaju pisarze-mężczyźni. Potem natychmiast podkreśliłbyś swoją irracjonalną antypatię, jaką do mnie żywisz i przez którą jestem dla ciebie nieatrakcyjna. A następnie postarałbyś się jakoś rozrzedzić swoją opinię garścią uniwersalizmów lub odniesieniem do własnych uprzedzeń. Wydaje ci się, że dzięki temu stałbyś się bardziej wyrozumiały i godny zaufania. W rzeczywistości jednak zdradziłbyś, że jesteś zbyt pewny tego, co po sobie zostawisz. Opcja "To jest mój czas" bije od ciebie z każdej strony.
Muszę przyznać, że swoim wywodem wywołała uśmiech na mojej twarzy.
- A ty, tak dla porównania, jak byś mnie opisała?
Spojrzała do notatek.
- "Ma kołek w dupie. Wygląda trochę jak młody Harrison Ford, ale jest bardziej ciamajdowaty. W szkole średniej chyba nigdy nikt go nie przeleciał, bo był kujonem z religijnej rodziny i/lub do tego pewnie grubym". Potem ubiorę to jakoś w ładniejsze słowa. No to na ile cię przejrzałam?
- W ogóle - skłamałem.
Znalazłem jakąś wymówkę, żeby się oddalić. Chciałem pomóc Tani w sekcji zwłok. Odwróciłem się - Tomi siedziała w fotelu ze skrzyżowanymi nogami i już robiła jakieś notatki. W tej chwili uderzyła mnie myśl, że może nam kiedyś zabraknąć długopisów, ale ona zapewne i o tym pomyślała. Pewnie ma ich cały zapas.
Po niecałej minucie zacząłem wymiotować i musiałem wyjść. Nie była to chwila chwały. Słyszałem śmiech Tani, gdy wisiałem zgarbiony nad zlewem, wspierając się na rozdygotanych ramionach.
Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że smród, jaki rozniósł się po pokoju, gdy Tania przepiłowała wzdłuż klatkę piersiową dziewczynki, był nie do opisania. Tania zrobiła cięcie aż do pępka i rozsunęła dwa duże płaty skóry. Nigdy dotąd nie widziałem ciała wyglądającego jak odpad.
Wziąłem krzesło i usiadłem na korytarzu, raz za razem biorąc głęboki oddech. Dylan i Nathan czekali na dole, aż skończymy, żeby pomóc w pogrzebie.
Po około godzinie wyszła Tania, miała czerwoną twarz. Jej rękawiczki pokryte były brudem i poczerniałą krwią. Dziś wyglądała na zmęczoną.
- Okej, nie jestem specjalistką w tej dziedzinie - powiedziała, pocierając czoło wewnętrzną stroną nadgarstka. - Nie potrafię ustalić bezpośredniej przyczyny śmierci, ale po zbadaniu płuc, a zwłaszcza po stwierdzeniu braku w nich wody, mogę ocenić, że to raczej niemożliwe, by utonęła. Nie mogę zrobić też badań toksykologicznych... a pewnie została czymś odurzona. Może substancją, która spowodowała zatrzymanie akcji serca czy coś w tym rodzaju. Ani na głowie, ani w gardle nie zauważyłam żadnych poważnych obrażeń. Pewne jest to, że nie mogła sama wejść na dach, a potem do zbiornika. Co do reszty pewności już nie ma. Mogę jedynie przedstawić swoje hipotezy na ten temat. Przykro mi.
- Zupełnie niepotrzebnie. Wiemy, że najprawdopodobniej była już martwa, zanim znalazła się w zbiorniku.
Tania uśmiechnęła się i zdjęła rękawiczki.
- Nie dowiesz się, kto to zrobił. Przecież sprawcy są już daleko stąd.
- Może tak, a może nie. - Wstałem. - Czy możemy ją zabrać?
- Tak, zszyłam ciało.
- Dzięki za wszystko. Nie musiałaś tego robić. Masz na głowie żywych.
- Taka praca. Naprawdę, nie staram się być bohaterką. - Zdjęła ponczo, które miała na sobie, zerknęła na nie i wrzuciła do śmieci.
Spojrzałem przez drzwi w głąb pokoju, na ciało leżące na stole, i spróbowałem przywołać z pamięci jakiś fragment Biblii lub innego tekstu religijnego, żeby nadać sens tym pozbawionym życia małym rączkom. Tak bardzo chciałem chwycić je, ująć w swe dłonie. Nie mogłem znieść myśli, jak bardzo musiała się bać. Tymczasem przypomniał mi się cytat z Grahama Greena: "Dlaczego, w ostateczności, mielibyśmy oczekiwać od Boga, żeby karał niewinnych dalszym życiem?".
- Wszystko okej? - Tania wróciła do przedpokoju i spojrzała na mnie z troską. - Zgrzytasz zębami. Mam nadzieję, że ząb cię nie boli?
- Nie, wszystko w porządku - skłamałem, a moja ręka powędrowała do twarzy, żeby rozmasować bolące miejsce. - To tylko stres.
Wiedziałem, że będę musiał zapytać Tomi, gdzie trzyma zapas pasty do zębów. Moja była już na wykończeniu i używałem jej co drugi dzień. Martwiłem się tym, ponieważ oznaczało to kolejną rozmowę z tą dziewczyną, a wiedziałem, że będzie bezwzględnym negocjatorem.
No i nie myliła się w ocenie mnie. To było bardzo przygnębiające.
Znieśliśmy dziewczynkę na dół i pochowaliśmy przed hotelem, tam, gdzie resztę umarłych. Każdy grób oznaczyliśmy małym drewnianym krzyżykiem - wyciosanymi kawałkami drewna połączonymi sznurkiem. Nic nadzwyczajnego. Na krzyżach niezmywalnymi markerami napisaliśmy imiona.
Zostawiliśmy też kwiaty, sztuczne, przyniesione z naszych pokoi. Przystrajają je białe wstążki, na których widnieje napis: "Życzymy miłego pobytu w naszym hotelu!".
Przekonałem Dylana, żeby dał mi klucze do zaplecza mieszczącego się za recepcją, i rozpocząłem śledztwo. Dzisiaj, trochę wcześniej, Dylan upewnił się, że zbiornik, w którym znaleźliśmy ciało, jest na pewno odcięty. Zawsze to jakieś pocieszenie. Nie pijemy już tej wody.
Zamknąłem za sobą drzwi i powyciągałem wszystkie foldery i rejestry, jakie udało mi się znaleźć. Ułożyłem je w stosy na biurku i usiadłem. Panowała cisza. Poczułem się jak w domu.
Najpierw znalazłem listy z rezerwacjami obejmującymi okres na dwa tygodnie przed tym, jak wszystko się skończyło - tydzień przed ostatecznym terminem zgłaszania udziału w naszej konferencji. Liczyliśmy na dużą liczbę chętnych. Był dopiero początek lata, czas przed wakacyjnym szczytem. Podkreśliłem wszystkie rezerwacje, gdzie było dziecko, odrzuciłem te, w których proszono o łóżeczko dla niemowlaka. Zostało mi tylko sześć rodzin.
Potem nadszedł czas na trudniejszą część. Musiałem wrócić na dach. Tym razem wziąłem ze sobą Nathana, długą linę, ubranie na zmianę i latarkę.
- Myślisz, że co tam znajdziesz? - zapytał Nathan, gdy wspinaliśmy się znów po schodach.
- Może nic. Najważniejsze jest to, żeby się upewnić, że poprzednio niczego nie przeoczyliśmy.
- Znalazłeś dla siebie detektywistyczny projekt, podoba mi się.
- A ty nie czujesz potrzeby, żeby dowiedzieć się, kim była? Została zamordowana. Osoba, która to zrobiła, może wciąż tu być.
- Jesteś pewien?
Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem sceptycyzm wymalowany na jego twarzy.
- A dlaczego nie?
- Większość ludzi się stąd od razu zmyła. Gdybyś popełnił morderstwo, zostałbyś w tej małej grupce, ryzykując zdemaskowanie?
Otworzyłem drzwi na dach. Szczęśliwie było cieplej niż poprzedniego dnia. Nie wiało. Nie musiałem mrużyć oczu czy wykrzywiać twarzy od zimna.
- Pomyśl tylko... - ciągnąłem, gdy Nathan pomagał mi zawiązać linę wokół pasa. - A dlaczego nie? Świat się skończył. Policja już raczej nigdy nie przyjedzie. Sprawca pewnie nawet nie przypuszcza, że ktoś mógłby znaleźć ciało. Sądzi, że jest bezpieczny. Nie czujesz się przez to trochę... nieswojo?
- Nie. Czy to źle? - Zrobił minę.
- Aha, czyli dobro i zło przestały mieć znaczenie?
- Nie, po prostu... dopóki ludzie nie zaczną się zabijać, zamierzam spać spokojnie.
- Tyle tylko, że ktoś właśnie został zamordowany.
- Okej, okej, przecież przyszedłem tu z tobą, nie?! - Podniósł do góry ręce. - Dobra, bierzmy się do roboty i miejmy to za sobą. Mam trochę haszu. Może się przydać.
Wspiąłem się na zbiornik. Tym razem klapa otworzyła się łatwiej niż ostatnio. Spojrzałem w ciemność, sprawdziłem, czy lina jest dobrze zamocowana. Wcześniej nie zastanawiałem się zbytnio, jak mam zejść na dno zbiornika. Jedyną metodą, na jaką wpadłem, było amatorskie spuszczanie się po linie. Tylko tyle byłem w stanie zrobić.
- Jesteś pewien, że mnie utrzymasz? - zawołałem.
- Chyba tak. Musimy spróbować.
Nagle całkowicie zwątpiłem w swój plan. Nie miałem pojęcia, jak zejść do zbiornika i potem wrócić na górę. Włączyłem latarkę i poświeciłem sobie, ale nie byłem w stanie zobaczyć, czy coś jest w wodzie.
Jeśli na dole były jej ubrania, jakiś dowód tożsamości czy w ogóle jakikolwiek ślad, to musiałem tam zejść i to przynieść.
- Jesteś pewien?
- Jak nie spróbujemy, to się nie przekonamy.
- Ciągle to powtarzasz, a tu jest jakieś dziewięć metrów wysokości, Nath. Jeśli tam wskoczę, a ty mnie nie utrzymasz, to spadnę na dno jak kłoda.
- Jeśli dam dupy, to przysięgam, że pójdę po naszego wspaniale zbudowanego Dylana, żeby cię stamtąd wyciągnął.
Spojrzałem na dół, a Nathan zabawnie zamachał rękami, aż mnie rozśmieszył.
- Dobra. Daj mi sekundę, muszę...
- Spoko. Nie spiesz się. Przecież nie mam żadnego spotkania w planach.
Wszedłem na pokrywę zbiornika i postawiłem stopy po dwóch stronach klapy. Znów poświeciłem sobie latarką i zobaczyłem, że w środku jest drabinka, zapewne do celów konserwacyjnych. Z zewnątrz nie było jej w ogóle widać.
- Hej, Nath, jest dobrze, w środku jest drabinka.
- Stary, to genialnie, bo, szczerze mówiąc, nie utrzymałbym dyndającego na linie dorosłego faceta. Od początku skazany więc byłeś na porażkę.
- Dupek!
- Wiem, wiem.
Wziąłem kilka głębszych wdechów i zacząłem wchodzić do zbiornika w poszukiwaniu pierwszego szczebelka. Latarkę włożyłem sobie do ust, złapałem się krawędzi i szukałem pod stopą oparcia, aż w końcu znalazłem szczebelek. Zatrzymałem się na chwilę, przełożyłem latarkę do prawej ręki i zacząłem schodzić.
Lina wokół mojej talii napięła się i nagle rozluźniła, gdy Nathan na chwilę zwolnił uścisk.
- Świetnie ci idzie! - usłyszałem, jak krzyczy do mnie.
Zapukałem w ścianę zbiornika. Był nadzwyczaj przestronny w środku. Gdyby spuścić z niego wodę, mógłby służyć za bunkier.
Woda była czarna i cuchnąca. Im niżej schodziłem, tym gorszy był smród. Zatrzymałem się tuż nad powierzchnią, chciałem ocenić swoje położenie i oszacować głębokość. Lina była zbyt luźna. Walnąłem dwa razy w zbiornik i Nathan ją napiął.
- Teraz jest okej - zamruczałem do siebie pod nosem, przyglądając się zawartości cysterny. Powierzchnia wody była gładka i niezmącona. - Dobra, uda ci się. Wszystko jest w porządku.
Szczeble drabiny schodziły pod wodę. Zacząłem do niej wchodzić i natychmiast lodowata ciecz wypełniła moje buty. Skrzywiłem się. Była tak zimna, że aż bolało. Próbując złapać oddech, zszedłem stopień niżej, a potem jeszcze kolejny. Woda sięgała mi do pasa. Powstrzymałem falę wymiotów i zrobiłem kolejny krok w dół. Pod stopą poczułem grunt. Teraz woda była na wysokości klatki piersiowej. Latarkę trzymałem nad głową. Zęby aż mi dzwoniły z zimna.
Zrozumiałem, że niewiele zdziałam jedną ręką, więc zatknąłem latarkę za szczebelkiem i zacząłem brodzić w wodzie. Miałem wrażenie, jakby moje nogi spowite były tkaniną. Wstrzymałem oddech i zanurzyłem obie ręce pod wodą. Poczułem dno zbiornika i koniec rury, która doprowadzała wodę do hotelu. Ciężko było ją zlokalizować, gdy nie zasysała wody.
Smród był straszny. Jak rosół z kury, który stał zbyt długo w lodówce. Woda miała słodkawy, ostry zapach, niczym zgniłe brzoskwinie. Wstrząsnął mną odruch wymiotny, ale na szczęście tylko na tym się skończyło.
Nagle nogi mi się rozjechały. W dnie zbiornika było wklęśniecie. Znów sięgnąłem rękami pod wodę i znalazłem drugi koniec rury. Woda podjechała mi pod szyję, wziąłem gwałtowny wdech i zanurkowałem, bo poczułem, że wokół wylotu rury zaplątał się jakiś materiał. Wyszarpnąłem go i przewiesiłem sobie przez ramię. Podekscytowany sukcesem zanurkowałem ponownie i poczułem coś jeszcze. Złapałem coś miękkiego, jakby małe zwierzę, i odruchowo od tego odskoczyłem.
Zmusiłem się, żeby sprawdzić co to. Wyciągnąłem to coś z wody i okazało się, że to zwierzątko. Przerażony spojrzałem na znalezisko. Była to maskotka - króliczek.
Mokre ubranie mi ciążyło i zupełnie straciłem czucie w twarzy, wróciłem do drabiny. Pod pachą trzymałem zabawkę, a materiał wciąż leżał przewieszony przez moje ramię. Zacząłem wspinać się w stronę światła. Czułem, że ważę z trzy razy więcej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Któregoś dnia Nadia powiedziała mi, że nie mogła w nocy spać, bo przeczytała w telefonie powiadomienie o koncepcji zwiastującej koniec świata. Może nie była to porywająca przemowa w stylu Kennedy'ego, który zagrożenie nuklearne porównał do miecza Damoklesa, ale w pamięci zapadło mi każde słowo.
Według mnie właśnie coś takiego wydarzyło się trzy dni temu, gdy jadłem śniadanie wliczone w cenę pokoju hotelowego.
Siedziałem przy oknie i patrzyłem na pobliski las oraz okalającą budynek ścieżkę, prowadzącą na parking za rogiem.
Słychać było cichy gwar, kilka par i jedna czy dwie rodziny wymeldowywały się wczesnym rankiem. Spośród uczestników konferencji na śniadanie przybyłem jako pierwszy. Wprawdzie poprzedniego wieczora nieco się zasiedzieliśmy i wypiliśmy o kilka drinków za dużo, ale zazwyczaj staram się nie robić odstępstw od rutyny, nawet jeśli jest to czasem dotkliwe.
Na początku mieliśmy mieszkać w innym miejscu. Konferencja miała się odbyć w hotelu bliżej Zurychu, bardziej na północ. Lecz osiem miesięcy temu wybuchł tam pożar. Zmiana planów poszła gładko i finalnie zakwaterowano nas w L'Hotel Sixi?me, który, jak sobie żartowaliśmy, znajdował się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Cholernie ciężko było tu dojechać.
Czytałem właśnie pierwszy rozdział rozprawy o rekonesansie fotograficznym, jego aspektach prawnych i historii dokonań wywiadu lotniczego. Robiłem notatki do nadchodzącego cyklu wykładów. Mój telefon był wyciszony.
Po lewej stronie stała szklanka soku pomarańczowego. I czarna kawa. Trochę rozlałem na obrus, gdy zbyt gwałtownie po nią sięgnąłem, ale zaraz dostałem dolewkę. Czekałem na jajka po benedyktyńsku.
Banał nad banałami.
Ostatnia wiadomość, jaka nadeszła od Nadii, została wysłana poprzedniej nocy, o jedenastej trzydzieści. Oto jej treść: "Uważam, że wszyscy w moim fachu robią więcej szkody niż pożytku. I jak ja mam dalej kochać swoją pracę? Bardzo za Tobą tęsknię. Ty zawsze wiesz, co mi powiedzieć w takiej sytuacji. Przykro mi, że rozstaliśmy się w taki sposób. Kocham Cię".
Nie zareagowałem na jej kryzys egzystencjalny, ponieważ wiedziałem, że lekkie opóźnienie w napisaniu odpowiedzi ujdzie mi płazem. Wiedziała, czym jest różnica czasu i że muszę ją odespać. Chciałem zebrać myśli i rano napisać coś bardziej wyważonego, pokrzepiającego. Że świat potrzebuje wysokiej klasy dziennikarstwa, że wciąż może zmieniać je na lepsze... Coś w tym stylu. Pewnie mejl byłby lepszy.
Wszystkim nam się wydawało, że mamy czas.
A teraz nie możemy wysłać już żadnego mejla...
Przy jednym ze stolików rozległ się dziwny hałas, piskliwy krzyk. Jakaś kobieta. Nie powiedziała niczego konkretnego, tylko krzyknęła.
Podniosłem głowę. Siedziała ze swoim partnerem, jak sądzę, i patrzyła w ekran telefonu.
Podobnie jak pozostali goście sądziłem, że zareagowała tak na jakąś wiadomość lub zdjęcie. Wróciłem więc do lektury. Lecz po chwili głos kobiety poinformował wszystkich wkoło:
- Zbombardowali Waszyngton!
A przecież nawet nie chciałem jechać na tę cholerną konferencję.
Nie pamiętam dokładnie, co działo się przez kolejne godziny. Lecz gdy sprawdziłem powiadomienia i media społecznościowe w telefonie, zdałem sobie sprawę, że Nadia miała rację. Stało się dokładnie to, czego się obawiała. Właściwie pamiętam jedynie nagłówki wiadomości.
Z OSTATNIEJ CHWILI: TRWA ATAK NUKLEARNY NA WASZYNGTON. CZEKAMY NA KOLEJNE DONIESIENIA.
Z OSTATNIEJ CHWILI: 200 TYSIĘCY ZABITYCH - SZACUJĄ EKSPERCI.
Z OSTATNIEJ CHWILI: POTWIERDZONO, ŻE PREZYDENT I PERSONEL BIAŁEGO DOMU ZGINĘLI W ATAKU NUKLEARNYM. CZEKAMY NA KOLEJNE DONIESIENIA.
Potem pokazano film nakręcony z lotu ptaku nad Londynem - patrzyliśmy, jak na naszych oczach obracają się w pył budynki i jak nic po nich nie zostaje, tylko chmura dymu. Był to jedyny dostępny materiał, więc oglądaliśmy go raz za razem, na okrągło. A jednak nie robił takiego wrażenia jak nagłówki. Pewnie wszystkich nas znieczuliły podobne obrazy pojawiające się w filmach. A tu nagle bezdźwięcznie znika na naszych oczach z powierzchni Ziemi całe miasto - zbyt szybko, zbyt cicho.
Nad przedmieściami Berlina samolot zaczął spadać i to wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że Berlin też zniknął - jedna z pasażerek wrzuciła do internetu film, nagrany podczas gdy samolot pikował. Pewnie do silników dostał się pył. Nie pamiętam, co powiedziała. Płakała i nie mówiła po angielsku. To były pewnie słowa pożegnania.
Z OSTATNIEJ CHWILI: ZDETONOWANO LICZNE ŁADUNKI NUKLERNE W CAŁYM WASZYNGTONIE, SETKI TYSIĘCY OFIAR I POSZKODOWANYCH.
Z OSTATNIEJ CHWILI: KANADYJSKI PREMIER PROSI O ZACHOWANIE SPOKOJU PO ATAKU NUKLEARNYM NA STANY ZJEDNOCZONE.
Z OSTATNIEJ CHWILI: STANY ZJEDNOCZONE BEZ RZĄDU. BOMBA NUKLEARNA ZNISZCZYŁA WASZYNGTON.
Może miałem szczęście, że oglądałem koniec świata w sieci, zamiast słyszeć eksplozje i wycie alarmów bombowych.
Jeszcze żyjemy. Dziś jest dzień trzeci i nie ma już internetu. Siedzę w pokoju hotelowym i patrzę na horyzont za oknem. Jeśli coś się wydarzy, postaram się opisać to najdokładniej, jak potrafię. Mój wzrok sięga daleko, daleko ponad lasem, więc gdy przyjdzie nasza kolej, zauważę zagrożenie dużo wcześniej. Przynajmniej mam taką nadzieję. Choć w sumie nie ma tu nikogo, z kim chciałbym się pożegnać.
Nie mogę uwierzyć, że nie odpisałem Nadii na jej wiadomość. Nie mogę uwierzyć, że wydawało mi się, że mam na to mnóstwo czasu.