2
Wiszący na dźwigu i opuszczany właśnie na betonowe nabrzeże biały mercedes z oddali wyglądał prawie jak nowy. Jakby go właśnie dostarczono z fabryki i miał po raz pierwszy wyjechać na drogę. Jednak woda wylewająca się z otwartych okien, wodorosty zwisające ze szczeliny pod maską i dwie ludzkie sylwetki zdradzały, że rzeczywistość przedstawia się inaczej.
Janowi Heskowi widok ten sprawiał autentyczną przyjemność. Chwilę temu przyjechał żwirową dróżką na skraj Refshale?en, zaparkował w rozsądnej odległości od dźwigu i teraz obserwował operację z nieskrywanym zadowoleniem.
Owszem, pora była nieprzyzwoicie wczesna i musiał przerwać urlop. W chwili gdy go wezwano, kończył pakować samochód i miał zabrać rodzinę na Półwysep Jutlandzki, gdzie, ku wielkiej uciesze dzieciaków, zamierzali odwiedzić Legoland. Nigdy wcześniej tam nie byli i wreszcie planowali nadrobić tę zaległość, więc Jan doskonale rozumiał ich rozczarowanie. Jeszcze gorzej zareagowała Lone - odpaliła wszystkie silniki i wszczęła głośną kłótnię na podjeździe przed domem.
On sam zdołał zachować jako taki spokój i zrobił zasmuconą minę, ale szybko zrzucił winę na okoliczności swojej pracy, nie zdradzając ani słowem, że nie może się doczekać, aż wreszcie skończy mu się urlop.
Już od pierwszego tygodnia wolnego musiał ogarniać całym dom, bo Lone przeprowadzała inwentaryzację w swoim sklepie z wolnymi od plastiku rzeczami dla niemowląt, i czuł, że aż swędzą go palce, by jak najszybciej wrócić do pracy. Zachował to jednak dla siebie i w milczeniu budował domek na drzewie, smażył naleśniki oraz urządzał wycieczki rowerowe do Amager Strandpark, gdy tylko Benjamin zaczynał zdradzać oznaki znudzenia siedzeniem w domu.
Teraz nareszcie znów był w swoim żywiole, w dodatku właśnie objął nowe stanowisko. Marzył o nim, odkąd zaczął pracę w wydziale zabójstw. Awans zawdzięczał wydarzeniom w parku rozrywki Tivoli, do których doszło przed miesiącem. Od tamtej pory właściwie wszystko się zmieniło. Obiektywnie rzecz biorąc, rozegrała się tam wielka tragedia i krewni ofiar zapewne wciąż przeżywali koszmar, jakiego nigdy wcześniej nawet sobie nie wyobrażali.
Jednak dla Jana Heska tamten dzień stanowił punkt zwrotny w karierze. W jego dotychczasowym życiu nigdy nie było tak wyraźnego "przed" i "po". O ile wcześniej w oczach swojego szefa Kima Sleiznera był niczym pies, którym można było pomiatać, o tyle dziś cieszył się jego wielkim uznaniem.
Sposób, w jaki poradził sobie z kryzysem, zrobił na Sleiznerze tak wielkie wrażenie, że przyznał mu nie tylko podwyżkę, ale też przydzielił gabinet i przede wszystkim - awansował go. Nareszcie Jan mógł przejąć dowodzenie nad własnym zespołem.
Technik kryminalistyki Torben Hemmer też dotarł na miejsce i już wypakowywał z furgonetki swój sprzęt, chociaż operator dźwigu nie zdążył jeszcze odpiąć pasów z ociekającego wodą samochodu.
Do tej pory Hesk i Hemmer znali się tylko przez telefon, lecz mimo to Jan był przekonany, że młody technik to świetny nabytek. Skoncentrowana energia i staranność, z jaką rozkładał narzędzia i przygotowywał się do działania, były dokładnie tym, czego Jan oczekiwał od swoich współpracowników. Nie ulegało wątpliwości, że Hemmer przyjechał tu, by pracować, a nie pić kawę i gadać o bzdurach.
Nie był o tym przekonany w przypadku Julie Bernstorff, choć nie wiedział, skąd to uczucie. Może wystarczył fakt, że okazała się taką pięknością. Patrząc, jak podchodzi, nie spodziewał się tak idealnych, niemal nierealnych rysów twarzy, ciemnych loków, jakie na co dzień widuje się tylko w reklamach, i niebotycznie długich nóg.
Wyglądała tak, jakby pracowała w świecie mody lub w innej pokrewnej branży, w dodatku sprawiała wrażenie, że nic nie jest w stanie zachwiać jej wyprostowaną sylwetką na wysokich obcasach. Sprawę dodatkowo pogarszał fakt, że zatrudnił ją sam Sleizner, a potem osobiście przydzielił do zespołu Heska.
- Cześć, Julie Bernstorff - rzuciła, jedną dłonią zakładając włosy za ucho, a drugą wyciągając w stronę Jana. - Jestem...
- Wiem - odparł Hesk. - Już się spotkaliśmy.
- No tak, teraz sobie przypominam - odparła, choć jej wzrok błądzący niepewnie po jego twarzy zdradzał, że to kłamstwo.
- Wiosną, kiedy przyszłaś na rozmowę o pracę do Kima Sleiznera - dodał, by jej trochę pomóc. - Poznaliśmy się na korytarzu, ale pewnie miałaś wtedy głowę zaprzątniętą innymi sprawami. - Postanowił dać jej szansę, zanim wymieni ją na kogoś innego.
- Ach tak, no właśnie! - Uśmiechnęła się promiennie.
- Tak czy inaczej, witam w zespole. - Uścisnął jej dłoń, potrząsnął nią krótko, a potem ruszył w stronę mercedesa. Może i była ładna, ale w jego drużynie nikt nie miał forów.
- Chwileczkę, jest coś, co chciałabym...
- Proponuję, żebyśmy z tym zaczekali, aż się uporamy z najpilniejszymi sprawami - przerwał jej, nie zwalniając kroku.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, bo...
Hesk przystanął i odwrócił się na pięcie.
- Posłuchaj, Julie. Nie jestem szczególnie skomplikowany. Zależy mi przede wszystkim na tym, żeby każdy robił to, co do niego należy, a w twoim przypadku, bo, o ile wiem, jesteś jeszcze całkiem zielona, polega to przede wszystkim na trzymaniu się w tyle, słuchaniu i uczeniu się od bardziej doświadczonych. - Uśmiechnął się krzywo i ruszył dalej.
Nie chciał dorobić się opinii, jaką miał Sleizner - szefa z piekła rodem, któremu wszyscy się podlizują, choć w głębi serca szczerze go nie znoszą. Jednak w tej chwili nie było czasu na rozmowy organizacyjne, planowanie urlopów i inne tego typu sprawy, które od dziś również należały do jego obowiązków. Teraz czekały na nich dwa ciała wyłowione z morza i nowe śledztwo.
Z tego, co Hesk do tej pory usłyszał, wynikało, że dochodzenie nie miało być szczególnie skomplikowane. Uważał to za duży plus. On i jego zespół mogli jedynie wygrać na jak najszybszym rozwiązaniu sprawy i - przede wszystkim - mieli szansę pokazać Sleiznerowi, że są kompetentni i potrafią udźwignąć powierzoną im odpowiedzialność. Stworzyłoby to solidną podstawę, dzięki której w przyszłości otrzymywaliby bardziej skomplikowane zadania.
- Cześć, Torben. - Wyciągnął rękę do Hemmera, który właśnie zasuwał zamek w kombinezonie ochronnym. - Widzę, że już zabrałeś się do pracy. Postanowiłem skorzystać z okazji i powitać cię w zespole.
- Dziękuję. I muszę odmówić. - Technik wskazał skinieniem głowy rękę Heska. - Nie wiem, co nią przed chwilą robiłeś, i nie będę ryzykował zanieczyszczenia miejsca zdarzenia niepożądanymi śladami.
- Jasne - odparł Hesk, podnosząc ręce do góry. - Ale niepotrzebnie się martwisz. Są tak dokładnie zdezynfekowane, że miałbym problemy, gdyby mnie zatrzymała drogówka. - Zaśmiał się. - Rozumiesz, promile.
- Oczywiście. Ale proponuję, żebyśmy porozmawiali później, kiedy nie będą już na nas czekały dwa gnijące ciała. W dodatku ci tam też chcą się jak najszybciej do nich dobrać. - Hemmer skinął głową na nadjeżdżającą karetkę.
- Jasne, jasne. - Hesk cofnął się o krok i poczuł, jak zalewa go fala odrazy do samego siebie. - Bierz się do roboty, w końcu po to tu przyjechaliśmy. Ja przesłucham świadków. - Zamilkł i rozejrzał się dokoła. - Tylko gdzie oni się podziali? - Odwrócił się i spojrzał na Bernstorff. - Nie miało ich być dwoje? Kobieta i mężczyzna?
- Zgadza się. - Julie kiwnęła głową. - Właśnie to próbowałam ci wyjaśnić. Już z nimi rozmawiałam.
- Chcesz powiedzieć, że przesłuchałaś świadków na własną rękę, nawet mnie o tym nie informując?
Bernstorff znów potaknęła.
- Pierwsza dotarłam na miejsce, a oni byli poważnie wychłodzeni i znajdowali się w stanie szoku. Zwłaszcza ta kobieta. Wyglądało na to, że lada chwila się załamie, więc oceniłam sytuację i doszłam do wniosku, że potrzebuje pomocy i trzeba jej jak najszybciej podać coś na uspokojenie.
- Okej. - Hesk kiwnął głową i nareszcie poczuł grunt pod nogami, bo uwaga wszystkich odwróciła się od krępującego pierwszego spotkania z Hemmerem. - Ale następnym razem pamiętaj o tym, żeby mnie powiadomić.
- Pamiętałam. Próbowałam dzwonić.
- Naprawdę?
- Tak, ale nie odbierałeś.
Musiała trafić w sam środek awantury z Lone. Niech to szlag.
- W porządku, dajmy już temu spokój. Ustaliłaś coś?
- Tylko tyle, że facet zabrał dziewczynę na wycieczkę kajakową, a ona wywróciła się na fali wywołanej przez wycieczkowiec.
Hesk pokiwał głową. Julie z pewnością miała rację, z pewnością nie ustalą niczego więcej.
- To rzeczywiście niewiele. Mam nadzieję, że pamiętałaś o zapisaniu ich danych kontaktowych.
- Oczywiście. Wysłałam ci już mejla z nazwiskami i protokołem z przesłuchania.
No proszę, że też udało jej się ze wszystkim zdążyć. Hesk musiał przyznać, że mu zaimponowała.
- Świetnie - odrzekł i już miał rzucić coś, co pozwoliłoby mu zacząć od nowa w lepszej atmosferze, kiedy usłyszał zatrzaskujące się w tyle drzwi samochodu. Obejrzał się i zobaczył Mortena Heinesena. Kolega zbliżał się charakterystycznym, sztywnym i nieco niepewnym krokiem.
W swojej dotychczasowej karierze w policji Hesk najwięcej pracował właśnie z Heinesenem. I to jego uznawał za jedną z nielicznych osób, którym może zaufać. Miał pewność, że Heinesen nie będzie obmawiał go za plecami ani wbijał mu noża w plecy, by wspiąć się po szczeblach kariery. Mortenowi zależało jedynie na tym, żeby przestrzegać przepisów co do przecinka i wykonywać swoją pracę najlepiej, jak się da.
Mimo to Heinesen zawsze sprawiał wrażenie podenerwowanego, jakby przez całe życie go poganiano i nawykł do tego, że w każdej chwili musi się pilnować, bo z pewnością za moment znów oberwie. Dorobił się przez to niezasłużonej opinii najmniej rozgarniętego policjanta w wydziale, choć w rzeczywistości po prostu unikał konfliktów i powstrzymywał się od głośnego wypowiadania własnych opinii, by nie ryzykować starcia z którymś z kolegów.
- Dzień dobry, Morten - rzucił Hesk, zadowolony, że ktoś dotarł na miejsce później niż on. - Jak widać, ktoś tu poważnie traktuje jakże istotny dla urody, odpowiednio długi sen.
- Prawdę mówiąc, Morten przyjechał zaraz po mnie - odezwała się Bernstorff.
- Naprawdę? W takim razie dlaczego...
- Odwiozłem świadków do szpitala - wyjaśnił Heinesen.
- Ach tak, no jasne. - Hesk miał ochotę zapaść się pod ziemię. Ten ranek nie mógł się zacząć gorzej. Hesk nigdy nie umiał żartować, a dziś już dwa razy próbował rzucić coś śmiesznego i w obu przypadkach skończyło się to katastrofą. Co on wyprawiał? - Przepraszam, myślałem, że też się spóźniłeś, jak ja.
- Nic nie szkodzi - odparł Heinesen z uśmiechem. - Jak wam idzie? Dowiedzieliście się czegoś ciekawego?
- Jeszcze nie wiem - stwierdził Hesk, zakładając gumowe rękawiczki. - Chciałem dać Torbenowi chwilę, żeby zaczął w spokoju, ale chodźmy tam i rzućmy okiem.
Heinesen kiwnął głową i we troje ruszyli w stronę samochodu. Hemmer stał nad otwartym bagażnikiem i robił zdjęcia.
Hesk obszedł auto, otworzył prawe tylne drzwi i spojrzał na nagą kobietę leżącą na złożonym siedzeniu. Poczuł, że nareszcie ogarnia go spokój. Właśnie tego w tej chwili potrzebował. Koncentracji na śledztwie. W tym był najlepszy i w tym czuł się najpewniej. Rola przywódcy pozostawała gdzieś daleko w tyle.
Kobieta była zaskakująco młoda, choć trudno było ocenić jej wiek. Nie była etniczną Dunką, a jej gładka skóra o złotawym odcieniu mogła należeć do piętnasto-, dwudziestopięcio-, może nawet trzydziestolatki. Nie było wątpliwości, że została uduszona, bo jej szyję okalał wianuszek ciemnych sińców.
Hesk był już na tyle doświadczonym śledczym, by wiedzieć, że w pierwszej kolejności należy sięgnąć po najniżej wiszący owoc, a więc wziąć pod uwagę to, co najoczywistsze. W 99 procentach przypadków nie było powodu niepotrzebnie komplikować sprawy. Rzeczywistość wyglądała inaczej niż film, którego scenarzysta próbował prześcignąć samego siebie w wymyślaniu łańcucha nieprawdopodobnych zdarzeń tylko po to, by dostarczyć widzom rozrywki.
Oczywiście zdarzały się wyjątki potwierdzające regułę. Za przykład mogły posłużyć sprawy, jakie w ostatnich latach przytrafiły się temu Fabianowi Riskowi i jego szwedzkim kolegom po drugiej stronie cieśniny. Ale w szerszej perspektywie stanowiły one tylko niewielki wyskok ponad średnią.
W prawdziwym życiu miejsce zdarzenia zwykle mówiło wszystko na temat dramatu, który się rozegrał. Tylko w wyjątkowych przypadkach zabójstwo odbywało się wedle przemyślanego czy też jakiegokolwiek planu, a kiedy doszło już do zbrodni, sprawca rzadko zadawał sobie trud, by pozacierać ślady. A w tych rzadkich przypadkach, gdy decydował się na taki krok, zwykle pozostawiał po sobie nowe, które tylko ułatwiały pracę śledczym.
Hesk podniósł wzrok na Hemmera, który właśnie rozchylił nogi martwej kobiety i zrobił serię zdjęć. Zawsze czuł się w dziwny sposób zbrukany, gdy musiał oglądać kobiece zwłoki z obnażonymi genitaliami. Hemmer zdawał się nie mieć z tym najmniejszego problemu - pochylił się jeszcze niżej i z zapałem zapełniał kartę pamięci w aparacie.
- Dzień dobry, dzień dobry, jak wam tutaj idzie?
Hesk spojrzał ponad dachem samochodu i zobaczył krótko ostrzyżoną rudą kobietę w białym kitlu. Zbliżała się w towarzystwie dwóch ratowników medycznych.
- Trin Bladh, zakład medycyny sądowej - przedstawiła się, podnosząc dłoń w geście pozdrowienia.
- Zastępuje pani Oscara Pedersena? - spytał Heinesen.
- Nie, jestem jego nową koleżanką. Na pewno kazałby was pozdrowić, gdyby wiedział, że tutaj jestem. No to jak będzie? Nie macie nic przeciwko, żebyśmy zajęli się zwłokami?
- Nie tak szybko - zaprotestował Hesk. - Dajcie nam jeszcze kilka minut.
- Okej. Na kilka minut mogę się zgodzić. Ale nie dłużej. Sami wiecie, ciała były w wodzie, więc trzeba się śpieszyć.
Mógł ją zbombardować zgryźliwymi uwagami na temat tego, kto odpowiada za śledztwo, ale nie zamierzał upadać tak nisko. Postanowił, że będzie ponad to i pozwoli Bladh odegrać swoje przedstawienie. Otworzył przednie drzwi po stronie pasażera i zajrzał do środka, gdzie mężczyzna ubrany w smoking, białą koszulę i muchę siedział z głową opartą na kierownicy i poduszce powietrznej zwiotczałej jak przekłuty balon.
Krwawy krater na potylicy był tak duży, że Hesk zastanowił się naprędce, czy na pewno ma do czynienia z człowiekiem. Niestety właśnie tak było i każdy by się domyślił, że ciemne sińce wokół szyi martwej kobiety prawdopodobnie pochodziły od palców denata za kółkiem. Po krótkim namyśle Hesk wysnuł wniosek, że to, co ma przed oczami, wystarcza, by odtworzyć scenariusz całego zdarzenia.
- Cóż, nie wydaje mi się to szczególnie skomplikowane, nie sądzisz? - zwrócił się do Heinesena, który jednocześnie wzruszył ramionami i pokiwał głową.
- Wygląda na to, że gość posunął się trochę za daleko, udusił dziewczynę, a potem palnął sobie w łeb.
- To samo sobie pomyślałem.
- Pytanie brzmi, czy uprawiali seks w tym samochodzie.
Tym razem Hesk wzruszył ramionami.
- Z tego, co widać, nie ma tu nigdzie jej ubrania, więc jeśli miałbym zgadywać, robili to albo w mieszkaniu któregoś z nich, albo w jakimś anonimowym, bezobsługowym hotelu.
- Czyli gdziekolwiek - wtrąciła Bernstorff.
Hesk odwrócił się w jej stronę i już miał jej przypomnieć, że miała się nie odzywać, ale w ostatniej chwili się powstrzymał i tylko uśmiechnął.
- Niekoniecznie - odparł. - Musiał mieć możliwość zabrania jej niepostrzeżenie z miejsca zabójstwa i przetransportowania do samochodu. Nie zawinął jej w folię ani w dywan. Poza tym czy mamy tu gdzieś broń? - Przeniósł wzrok na Hemmera, zabezpieczającego właśnie próbki włosów, ślady krwi i resztki substancji mózgowej ze ścianek samochodu.
- Leżała pod pedałem - oznajmił technik.
- A gdzie jest teraz?
- Na stoliku za twoimi plecami.
Hesk odwrócił się w stronę składanego mebla turystycznego zasłanego plastikowymi torebkami z zabezpieczonym materiałem. Jedna z nich zawierała pistolet. Podniósł ją i przyjrzał się półautomatycznemu modelowi CZ75. To była popularna broń, produkowana w Czechach i rozprowadzana po całym świecie.
- Julie, sprawdzisz numer seryjny DK556919B? - zwrócił się do Bernstorff.
Policjantka kiwnęła głową i odeszła na bok z telefonem.
Pomijając serię wpadek z samego rana, teraz szło mu całkiem nieźle. Jeśli praca dalej będzie się układała tak gładko, być może uporają się z tą sprawą w kilka dni i zdąży jeszcze zaskoczyć rodzinę wyprawą do Legolandu.
Jedynym dysonansem był wędkarz stojący w odległości jakichś trzydziestu metrów od taśmy policyjnej, spokojnie zarzucający raz po raz swoją wędkę. Hesk nie potrafił określić, co zwróciło jego uwagę, ale pożyczył od Hemmera aparat, zrobił duże zbliżenie i pstryknął kilkanaście zdjęć temu muskularnemu mężczyźnie ubranemu w kamizelkę wędkarską z mnóstwem kieszeni i kapelusz ze sznurkiem.
- Torben - odezwał się gdzieś z tyłu Heinesen. - Jesteś w stanie określić, jak długo samochód był pod wodą?
- Najwyżej kilka dni - odparł Hemmer. - Jeśli chcesz wiedzieć dokładnie, musisz zaczekać, aż przyjrzę się bliżej elektronice.
Widok wędkarza w tym miejscu nie był niczym dziwnym, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Jednak przyglądając się mężczyźnie przez obiektyw aparatu, Hesk doszedł do wniosku, że ten człowiek nie ma pojęcia, jak trzymać wędkę ani tym bardziej jak ją zarzucać. To oczywiście nie musiało niczego dowodzić, bo i w łowieniu ryb trzeba od czegoś zacząć.
Chwilę później oddał aparat Hemmerowi i odwrócił się do Trin Bladh.
- Okej, zwłoki są wasze - oznajmił. - Róbcie, co do was należy. - Był pewien, że w najlepszym razie uda jej się potwierdzić to, co on już wiedział. Potem pozostawała już tylko identyfikacja, ale z tym nie powinno być żadnych problemów.
- Przepraszam, ale jest jeszcze jedna rzecz - odezwał się Heinesen, typowym dla siebie gestem wystawiając w powietrze palec wskazujący. - To z pewnością nie jest najistotniejsze, ale jeśli chcemy mieć pewność, że...
- W porządku - przerwał mu Hesk. - Powiedz, o co chodzi, i przekażemy resztę zakładowi medycyny sądowej.
- Jak wspomniałem, być może to nic takiego, ale pomyślałem o przebiegu zdarzeń, który podejrzewamy.
- Tak? Coś się w nim nie zgadza?
Heinesen przełknął ślinę.
- Nie jestem pewien, czy to się trzyma kupy. Zwłaszcza część, w której on odbiera sobie życie. A raczej sposób, w jaki to zrobił.
- Wetknął lufę do ust i wypalił. - Hesk wzruszył ramionami. - Co w tym zastanawiającego?
- Nic. Zastanawiające jest to, że musiałby to zrobić w tym samym momencie, w którym zjeżdżał z nabrzeża do wody, a to, jak można by sądzić, nie jest chyba najłatwiejszy manewr. Poza tym nie sądzicie, że to trochę zbyt teatralne?
Hesk już miał powiedzieć coś, co pozwoliłoby im przejść do następnego etapu, ale nagle zdał sobie sprawę, że uwaga Heinesena jest trafna. Cała ta scena wydawała mu się wystudiowana.
- A może właśnie o to mu chodziło? - odezwał się w końcu. - Z jednej strony chciał się pożegnać z życiem w jak najszybszy i bezbolesny sposób, z drugiej chciał zniknąć i mieć pewność, że nikt go nie znajdzie.
- Okej. - Heinesen pokiwał głową. - Pewnie masz rację. Musiało tak być.
Tę teorię Hesk wyrzucił z siebie na poczekaniu. Nie musiało to oznaczać, że jest błędna czy zła, ale było oczywiste, że Heinesen kiwa głową, chociaż się nie zgadza. Dokładnie tak, jak robili wszyscy, kiedy ich szefem był Sleizner.
- Nie wierzysz w to, prawda? - zapytał.
- Nie, ale równie dobrze mogło być tak, jak mówisz. I pewnie tak było.
- Morten. - Hesk okrążył samochód i podszedł do kolegi. - W tej chwili interesuje mnie wyłącznie to, co masz do powiedzenia. Olej to, co twoim zdaniem chyba chciałbym usłyszeć.
- Coś tu nie gra.
To była w istocie ostatnia rzecz, jaką chciał usłyszeć Hesk.
Nie tego oczekiwał. Nie chciał śledztwa, które na samym początku napotka blokadę i ruszy wstecz. Miał nadzieję rozwikłać sprawę o wiele szybciej i sprawniej, niż Sleizner się spodziewał. I pokazać wszystkim, że jeśli z jego awansem było coś nie tak, to wyłącznie, że doszło do niego po tak długim czasie.
Ale Heinesen miał rację. Scenariusz, z pozoru tak oczywisty, nie trzymał się kupy. A Hesk nie mógł sobie pozwolić na błąd. Nie mógł przegapić jakiegoś szczegółu, który później okaże się kluczem do całej sprawy.
Odwrócił się do Hemmera.
- A ty co o tym myślisz, Torben? - zapytał. - Wydaje ci się prawdopodobne, że gość w tej samej chwili zjeżdżał z nabrzeża i strzelał sobie w łeb?
- W teorii to całkiem możliwe - odparł technik. - Mógł na przykład najpierw wylądować w wodzie i zaraz po tym strzelić. Samochód potrzebuje chwili, żeby zatonąć.
- Ale ten ma opuszczone szyby - zauważył Heinesen.
- Zgoda, ale i tak musiało minąć co najmniej dwadzieścia sekund, nim nabrał wody, a on nie potrzebował aż tyle czasu.
- Ale? - odezwał się Hesk, przyglądając się Hemmerowi.
Technik spojrzał mu w oczy.
- Ale całkiem możliwe to nie to samo co prawdopodobne.
- Wydaje ci się, że było inaczej?
- Nie jest istotne to, co mi się wydaje. Liczy się to, co widzę, a niewiele wskazuje na to, że gość zastrzelił się w tym samochodzie.
- Co świadczy o tym, że zginął gdzie indziej?
- Całkiem sporo. Najoczywistszy jest brak kuli i śladów, jakie by zostawiła.
- Okej, ale skoro szyby były opuszczone... czy kula nie mogła wypaść na zewnątrz i wylądować na dnie?
- Wątpliwe. Ewentualnie przez któreś z tylnych okien, ale wtedy musiałaby się przebić przez zagłówek, a na nim nie ma żadnych śladów.
- Dlaczego nie przez któreś z okien z przodu?
- Bo musiałby strzelać pod dużym i niewygodnym kątem. Kto odwraca głowę o dziewięćdziesiąt stopni w bok, strzelając sobie w łeb?
- Nie żebym podważał twoją teorię - odezwał się Heinesen. - Ale kiedy samochód tonął, musiał się nieźle kołysać na boki.
- To prawda. - Hemmer kiwnął głową i podrapał się w płatek ucha. - Trafna uwaga.
- Niezależnie od wszystkiego powinniśmy ściągnąć nurka i przeszukać dno - stwierdził Hesk.
- Druga sprawa to rozbryzg krwi - mówił dalej technik. - Oprócz kilku niewielkich śladów na wewnętrznych ściankach nie ma prawie nic. Zwłaszcza na suficie, a tam powinno być najwięcej, chyba że gość leżał na plecach, kiedy wystrzelił. - Hemmer pochylił się w przód, zajrzał do kabiny i pokazał palcem na sufit. - Widzicie? Czysto.
- Chwileczkę - powiedział Hesk, czując, że wraca ból głowy, który towarzyszył mu tego ranka podczas kłótni z Lone. - Auto było jakiś czas pod wodą. Czy to możliwe, że krew, substancja mózgowa i wszystko inne, co powinno się tu znaleźć, zostało zwyczajnie wypłukane? W niektórych miejscach bardziej, w innych mniej?
- Częściowo mogę się z tym zgodzić. Ale nie w przypadku sufitu, bo tam przez cały czas była spora bańka powietrza. Zobacz sam. - Hemmer pokazał na wyraźną nierówną linię, do której sięgała woda. Okalała spory kawałek miękkiej tapicerki pod dachem samochodu.
Hesk pokiwał głową. Nie zdołał powstrzymać ciężkiego westchnienia.
- No dobrze - powiedział. - Ale jakkolwiek na to spojrzeć, w aucie są wyraźne ślady krwi, a dla mnie to mocny dowód, że gość zastrzelił się właśnie tu. Inny scenariusz musiałby oznaczać, że zginął gdzie indziej, a potem ktoś posadził go za kierownicą. W dodatku musiałby zebrać trochę krwi i substancji mózgowej, nie pytajcie mnie jak, i ubrudzić nimi wnętrze samochodu. A na koniec jeszcze zepchnąć auto do wody, samemu nie wsiadając do środka. - Zamilkł na moment i rozłożył ręce. - Sami słyszycie, jak to brzmi.
- Zepchnięcie auta do wody to nic skomplikowanego - zauważył Heinesen, wystawiając w górę palec. - Wystarczyłoby stanąć przy otwartym oknie po stronie kierowcy, wsunąć do środka jakiś patyk albo parasolkę i nacisnąć na pedał gazu.
- Być może, ale moim zdaniem taki scenariusz nie przeszedłby nawet w najgorszym odcinku Morderstw w Midsomer.
- W tym przypadku muszę się z tobą zgodzić - zaśmiał się Hemmer. - Ale jeszcze nie skończyłem. Kto wie, może zaraz znajdę coś, co popchnie sprawę w całkiem innym kierunku?
Luźne przypuszczenia i pytania bez odpowiedzi. Ślady i tropy krzyżujące się ze sobą i zmierzające w różne strony, zamiast wskazywać w jedną. Jeśli sprawa miała się tak dalej rozwijać, napad migreny u Heska był nieunikniony.
- Tak, jestem, słucham - odezwała się Bernstorff, wracając do nich z telefonem przy uchu.
Hesk odwrócił się i zdał sobie sprawę, że całkiem zapomniał o jej istnieniu.
- DK556919B - wyrecytowała. - Okej, dziękuję. - Zakończyła rozmowę i spojrzała na kolegów. - Mamy nazwisko, na które zarejestrowana jest ta broń.
- Znakomicie, to przynajmniej jedna pewna rzecz. Dawaj - powiedział Hesk, ale jeszcze zanim usłyszał odpowiedź, domyślił się po minie Bernstorff, że to nie zwyczajne imię i nazwisko, a gdy wreszcie usłyszał słowa "Mogens Klinge", zniknęła resztka pewności siebie, jaką odczuwał tego ranka. - TEN Mogens Klinge? - powtórzył, choć zarówno on, jak i jego migrena dobrze wiedzieli, że się nie przesłyszał.
- Nie mam pojęcia. A ilu może ich być?
- Zaraz, zaraz. - Heinesen pokazał palcem na trupa za kierownicą. - Chcecie powiedzieć, że to jest dyrektor biura wywiadu operacyjnego policji?
Bernstorff potwierdziła skinieniem głowy.
- Ma pozwolenie na wiele sztuk broni.
- Ale nawet jeśli to jego broń, to wcale nie musi oznaczać, że patrzymy na jego zwłoki.
- Nie, ale sprawdziłam też samochód i on również jest jego własnością.
- Okej... - Hesk pokiwał głową, by zyskać odrobinę czasu do namysłu. - To oczywiście stawia sprawę w zupełnie innym świetle. Morten, zadbaj o to, żeby zabezpieczono większy teren. Musimy mieć duży margines, bo lada chwila dotrą tu media i nie chcemy, żeby coś zwęszyły. - Przerwał na moment, obszedł auto i stanął przy oknie po stronie kierowcy. - Im dłużej uda nam się to utrzymać w tajemnicy, tym lepiej dla śledztwa.
Heinesen się oddalił, a tymczasem Hesk otworzył drzwi i przyjrzał się mężczyźnie z twarzą opartą o kierownicę. By zyskali całkowitą pewność, zakład medycyny sądowej musiał przeprowadzić identyfikację, a to zwykle zajmowało dobrą chwilę. Musiał się zadowolić tym, co miał przed oczami, pchnął więc zwłoki i oparł je o fotel.
Twarz martwego mężczyzny była nieuszkodzona. Jedynymi oznakami, że coś jest nie tak, były otwarte usta i nieobecna mina, jakby do ostatniej chwili nie zdawał sobie sprawy, co kula zrobi z jego potylicą. Hesk nie miał już wątpliwości, że patrzy na jedną z największych szych pionu operacyjnego policji.
Wyprostował się, odwrócił się tyłem do samochodu i swoich kolegów. Potem ruszył z miejsca, minął taśmę ogradzającą teren i szedł dalej, aż stanął na skraju nabrzeża, spojrzał na wodę migoczącą w promieniach słońca i dalej, na drugi brzeg, gdzie turyści lubiący zrywać się o świcie podziwiali Małą Syrenkę.
Pomyślał o dniu, w którym sam zobaczył ją po raz pierwszy. Przypomniał sobie, jakie ogarnęło go rozczarowanie, gdy się okazało, że jej rozmiary nawet w niewielkim stopniu nie odpowiadają jego wyobrażeniom. To samo odczuwał w tej chwili. Nic z tego, co zakładał i zaplanował sobie na ten poranek, nie poszło zgodnie z jego oczekiwaniami. Dosłownie nic. I niezależnie od tego, że na obecną chwilę mieli zaledwie strzępy informacji, sensacyjny news o śmierci Mogensa Klingego miał wkrótce wyciec do mediów, a wtedy rozpęta się piekło.