Ostatni głos. Wspomnienia tych, którym wojna odebrała dzieciństwo - Wiktor Słojkowski

-
Proszę czekać

WSTĘP

NAJPIERW PRZYSZŁA PRAWDA

"Wiesz, że na świecie kiedyś była wojna?" - to pytanie usłyszałem, gdy miałem sześć lat. Zupełnie nie pasowało ono do rozmowy prowadzonej z dzieckiem. Nie miało w sobie łagodności bajki ani tej uprzejmej ostrożności dorosłych, którzy sądzą, że dzieci należy karmić wyłącznie mlekiem, cukrem i zmyśleniem rzeczywistości, która z biegiem czasu z idyllicznej staje się brutalna. Było raczej jak uchylenie ciężkich drzwi do świata, którego nikt rozsądny nie pokazałby kilkulatkowi, a jednak czasem właśnie dziecko potrafi patrzeć na prawdę uczciwiej niż człowiek dorosły. Dorosły natychmiast zaczyna ją poprawiać, wygładzać, opatrywać komentarzem. Dziecko tylko słucha.

Leżałem już pod kołdrą, z oczami lepionymi snem, kiedy obok kładła się ona. Moja babcia, najważniejsza osoba w moim życiu, kobieta o twarzy spokojnej jak niedzielny poranek i pamięci pełnej huku. W czasie okupacji działała w podziemiu jako łączniczka o pseudonimie "Nelly", lecz dla mnie była przede wszystkim kimś, przy kim świat stawał się bezpieczny. Pachniała kremem Pani Walewska, miała idealnie pomalowane paznokcie, włosy białe niczym śnieg, czasem malowała sobie kredką pieprzyk á la Marilyn Monroe i znała najlepsze historie na świecie.

Przychodziła codziennie. Wieczór po wieczorze. Rok po roku. Właściwie aż do mojego dwunastego roku życia. Kładła się obok mnie, poprawiała kołdrę, czasem gasiła lampkę, czasem zostawiała ją zapaloną, jakby opowieść potrzebowała światła, żeby nie zgubić drogi. Potem zaczynała mówić. Nazywałem to jej przygodami, bo dla mnie wojenne historie były właśnie przygodami, niesamowitymi, pełnymi napięcia, tajemniczych przejść, szeptów, odwagi i świata większego niż wszystko, co znałem. Dzieciństwo nie zna odpowiednich słów dla tragedii, wszystko, czego nie rozumie, zamienia w baśń, żeby móc spokojnie zasnąć. Dziś wiem, że słowo "przygoda" jest zbyt lekkie dla ludzi, którzy nosili meldunki, chowali strach do kieszeni, a śmierć mijali na schodach jak sąsiada, którego woleliby nie spotkać.

Wtedy jednak słuchało się tego jak najpiękniejszego serialu świata. Nie było czołówki, ale było napięcie. Nie było reklam, ale była prawda. Nie było happy endów, ale byli ludzie, którzy mimo wszystko wstawali rano.

Śmiała się później, że przez kilka lat nie zobaczyła żadnego filmu w telewizji, bo byłem w dzieciństwie bezwzględnym tyranem. "Jeszcze jedną przygodę. Jeszcze tylko tę jedną". I tak przeciągałem wieczory, jakby można było zatrzymać czas samą ciekawością. Leżałem obok rozemocjonowany, prawie że senny, czekając na kolejny odcinek świata, w którym człowiek musiał codziennie decydować, czym chce być.

To ona wbiła mi ten temat do głowy. Wbiła skuteczniej niż szkoła, podręczniki, akademie ku czci i wszystkie przemówienia razem wzięte. Zaszczepiła fascynację, której nie zdołał uleczyć nawet fakt, że z matury z historii dostałem dwóję. Daty nigdy nie chciały się mnie trzymać. Za to obrazy zostały na zawsze. Głosy zostały. Kroki na schodach zostały. Zapach piwnic, którego nigdy nie czułem, a który potrafiłem sobie wyobrazić, został.

Można nie pamiętać roku bitwy, a jednak rozumieć ciężar wojny. Można pomylić nazwiska generałów, a mimo to wiedzieć, że najważniejsze rzeczy dzieją się nie w sztabach, tylko w kuchniach, piwnicach, na klatkach schodowych, w sercach zwykłych ludzi. Historia w podręcznikach uwielbia wielkie nazwiska, bo łatwiej je drukować grubą czcionką. Prawdziwa historia mieszka w ludziach bez pomników, bez ulic swojego imienia, bez rocznic transmitowanych w telewizji.

Do dziś nie mieści mi się w głowie, co oni musieli przeżywać. Jak wygląda poranek, gdy nie wiadomo, czy nadejdzie wieczór. Jak smakuje kromka chleba jedzona w pośpiechu. Jak brzmi cisza po strzale. Jak człowiek zasypia, kiedy miasto płonie. Jak zakochuje się ktoś, kto jutra nie ma obiecanego. Jak starzeje się młodość, która zamiast marzeń dostała rozkazy.

Współczesność bardzo lubi narzekać na drobiazgi. Zepsuty internet urasta do katastrofy, spóźniona dostawa do dramatu, brak wygody do prześladowania. Tymczasem tamto pokolenie miało prawo narzekać na wszystko, a najczęściej milczało. Może dlatego, że człowiek naprawdę doświadczony przez los staje się skromny.

Teraz są chyba ostatnie chwile, by ukraść ich historie śmierci i oddać je pamięci. Za moment nie będzie już komu powiedzieć: tak było naprawdę. Zostaną zdjęcia, daty, tablice, filmy, przemówienia i szkolne akademie, wszystko to, co najczęściej potrafi elegancko ominąć prawdę. Prawda jest bowiem nieporządna, pełna sprzeczności, łez, wstydu, heroizmu i zwykłego zmęczenia. Nie mieści się w jednym hymnie ani w jednym podręczniku.

Dlatego powstała ta książka - cieszę się, że ją właśnie czytasz. Napisałem ją razem z moimi bohaterami nie po to, by komukolwiek cokolwiek tłumaczyć. Nie po to, by udawać mędrca od cudzych cierpień. Nie po to nawet, by rozliczać historię, bo historia i tak zawsze wystawia rachunek z odsetkami. Powstała po to, by słuchać. By zdążyć zapisać głosy, zanim ucichną. By ocalić kilka zdań, kilka spojrzeń, kilka drżących wspomnień, zanim zabierze je ziemia.

Piszę ją dla nich, ale przede wszystkim dla mojej babci, Zofii Krajewskiej z domu Słojkowskiej, dla "Nelly", która co wieczór wracała z wojny do pokoju sześciolatka i nie wiedziała jeszcze, że zamiast bajek zostawia mu pamięć. Bajka usypia. Pamięć budzi. Miłość zaś robi jedno i drugie, daje ukojenie, a potem nie pozwala zapomnieć.

O wojnie dowiedziałem się w wieku sześciu lat. W Mikołaja wierzyłem do dwunastego roku życia. Jak widać na moim przykładzie, prawda przychodzi do człowieka wcześniej niż rozsądek. A może rozsądek nie przychodzi nigdy, tylko z wiekiem uczymy się go naśladować tak przekonująco, że inni zaczynają nam wierzyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki