Ostatni dzwonek - Danuta Danton

Kup ebooka

21.90 zł
18.18 zł (18,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kiedy się śmieje dziecko, śmieje się cały świat

- Janusz Korczak

Nauka w szkołach powinna być prowadzona w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek

- Albert Einstein

Dedykuję wszystkim dzieciom

Przedmowa

Cisza

Cisza i spokój... Nigdy nie przypuszczałam, że tak ucieszy mnie fakt, iż od września 2019 roku nie pójdę już do pracy w szkole, nie będę wstawać wcześnie rano, nie usłyszę już szkolnego dzwonka... - jego jazgotliwego dźwięku, który natychmiast wszystkich podrywał do biegu do klasy i do którego byłam tak bardzo przyzwyczajona, że nie wyobrażałam sobie bez niego życia. Od dawna nie miałam czasu na spotkania towarzyskie przy kawusi, gdyż zwykle uczniowie prosili, abym poprawiła testy na następny dzień ani nie wychodziłam prywatnie na koncerty, ponieważ za drogie były bilety na moją kieszeń. Nigdy jednak nie myślałam o zmianie pracy, bo przecież szybko przyzwyczajałam się do "moich dzieci" i nie mogłam ich ot tak zostawić. Mój problem polegał też na tym, że zanim jedni zakończyli edukację w danej placówce, już innych brałam "pod swoje skrzydła" - zawsze, więc było coś ważniejszego, niż moje prywatne sprawy. Kochałam pracę w szkole i nie wyobrażałam sobie dla siebie innego sposobu na życie dla wielu ludzi.

Tuż po studiach poszłam do pracy w bibliotece, gdyż chciałam doczytać te lektury i opracowania, których nie zdążyłam zgłębić, będąc jeszcze studentką. Kto studiował polonistykę na UJ, ten wie, że wraz z indeksem otrzymywaliśmy książeczkę, w której znajdował się długi spis zarówno lektur, jak i wszelkiego rodzaju opracowań. Znałam wprawdzie kilka osób, które czytały wszystko na bieżąco, jednak te przez całe wakacje siedziały w bibliotekach. Ja na wakacjach odpoczywałam oraz jeździłam na kolonie, zbierając doświadczenie w pracy z dziećmi. W sumie na szczęście dla mnie w tejże bibliotece nabawiłam się silnej alergii na stare, zakurzone dzieła i musiałam stamtąd szybko uciekać. Poza tym nie dla mnie było siedzenie przez osiem godzin dziennie - codziennie w dni robocze - przy biurku. Byłam bardzo szczęśliwa, gdy zaczęłam pracować z dziećmi, a zwłaszcza z nastoletnią młodzieżą. To tego rodzaju zajęcia okazały się dla mnie arcyciekawą i porywającą drogą spełniania się dla nich. Każda godzina lekcyjna jest bowiem inna, unikalna. Uczniowie wnoszą radość i niesamowitą energię, co sprawia, że również ja sama czuję się szczęśliwa, młoda duchem... i przenigdy się wtedy nie nudzę.

Miałam dużo szczęścia. W czasach, kiedy sama byłam uczennicą, nauczyciela zawsze szanowano. Ponoć jako mała dziewczynka jeszcze przed pójściem do szkoły twierdziłam, że chcę być nauczycielką - jednak o tym po latach przypominała mi tylko moja ciotka, bo ja tego faktu zupełnie nie pamiętałam. Wiem natomiast, że miałam wspaniałych wychowawców, którzy znakomicie pokazywali, po co i dla kogo się uczymy oraz uświadamiali nam, że warto pomagać innym. W mojej szkole podstawowej prężnie działało harcerstwo, dzięki któremu umiałam potem pracować w grupie. Wyjeżdżaliśmy na wspólne letnie i zimowe obozy, festiwale - i zawsze było tam bardzo wesoło. Razem pracowaliśmy na nasze małe sukcesy. W szkole średniej byłam nawet przez pewien czas "szczepową" i pełniąc tę funkcję miałam unikalną okazję ku temu, by uczyć się od starszych, doświadczonych osób kierowania nawet bardzo dużymi grupami młodzieży, planowania dla nich atrakcyjnych zajęć i ukazywania im różnorakich rozwiązań - w zależności od ich indywidualnych zainteresowań, charakterów i walorów osobowości.

W liceum miałam jednego, według mnie wspaniałego nauczyciela, którego bardzo chciałam naśladować, żeby w przyszłości być chociaż troszkę podobną do niego w stylu, profesjonalizmie i skuteczności. Świetnie wykładał historię i język rosyjski, a przy okazji potrafił z nami cudownie żartować. Uczęszczałam także do szkoły muzycznej, w której nauczyłam się - oprócz grania na instrumencie - wrażliwości oraz głębokiego relaksowania się przy muzyce po psychicznym i fizycznym umęczeniu się.

Pracując w szkole prawie 40 lat mogłam wszystko to, czego mnie nauczono wykorzystać w praktyce. Bardzo starałam się uczniom pomagać, pokazywać kierunek, w jakim powinni iść, ale by nigdy przy tym nie narzucać im swojego zdania. Zawsze prowadziłam koło teatralno-muzyczne, dzięki czemu klasy były bardziej "zgrane", rozśpiewane, a przy okazji uczniowie nie bali się później w życiu dorosłym występów publicznych, które są zawsze bardzo potrzebne niemal w każdym zawodzie. Dzięki temu, że skończyłam studia podyplomowe DZ (Doradztwo Zawodowe) - co było zgodne również z moimi zainteresowaniami grafologicznymi, mogłam uczniom także pokazywać na prostych przykładach, jakie mają predyspozycje i w których kierunkach opłaci im się kształcić. "Charakter pisma mówi o człowieku to, co jest w nim najistotniejsze - zawiera bowiem kwintesencję jego osobowości"1. Jeżeli zaś świadomie zmieniamy własne pismo w określony sposób, to wówczas stopniowo nasze "wady" zmieniamy z czasem w "zalety" lub odwrotnie (bo wtedy sami w sobie uruchamiamy wewnętrzny mechanizm sprzężenia zwrotnego umysł - autograf i autograf - umysł, gdzie narzędziem do regulowania własnych wewnętrznych funkcji jest dłoń z pisakiem w palcach).

Czułam się ogromnie szczęśliwa zawsze wtedy, gdy po latach odwiedzali mnie niegdysiejsi uczniowie ze swoimi żonami, mężami, dziećmi. Zwierzali się z własnych najskrytszych marzeń i planów. Chwalili się sukcesami, opowiadali o własnych problemach - bo któż ich nie ma? Wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, jak można poprawić taką czy inną sytuację, w których znaleźli się. Te odwiedziny oraz telefony sprawiały mi olbrzymią przyjemność - i wtedy miałam całkowitą pewność, że dobrze zrobiłam, wybierając dla siebie pracę w szkole.

Trzeba jednak przyznać, że gdy stawiałam pierwsze kroki w tym zawodzie, nasza praca wyglądała trochę inaczej, niż dziś - bo nauczyciele mieli wówczas o wiele więcej czasu zarówno dla siebie jak i dla uczniów. Obecnie papierologia i biurokracja całkowicie zniewoliły nauczycieli, w związku z czym nie wszyscy mogą sobie pozwolić na wspólne spotkania z uczniami po lekcjach i na prowadzenie kół zainteresowań. Większość nauczycieli nie ma na to czasu, brakuje go na takie spotkania także uczniom i zwykle nie ma na to miejsca w szkole - choćby z powodu braku sal oraz wypełnionego rozkładu lekcji.

W maju 2018 roku moja szefowa stwierdziła, że ma dla mnie wiadomość, nad którą powinnam się zastanowić. Otóż była na jakiejś konferencji i dowiedziała się, że akurat właśnie wtedy jest dla mnie najlepszy moment do przejścia na emeryturę.

Podziękowałam jej najuprzejmiej za myślenie o moim życiu, ale w domu zaraz się popłakałam, gdyż ciągle czułam się jeszcze bardzo młodo. Z kolei mąż i synowie stwierdzili, że jest to świetna wiadomość i zaczęli mi wymyślać, ileż to teraz fajnych rzeczy będę mogła nareszcie robić dla siebie - na które wcześniej po prostu nie miałam czasu. Rozważania tego tematu trwały dobrych kilka dni - jednak po wyliczeniu sobie wszystkich "za" i "przeciw" przeszłam na emeryturę, licząc od września 2018 r. Zupełnie jednak tego nie odczułam, bo zostałam w pracy na kolejny rok. Mogłam nadal pracować i być z moimi uczniami (III kl. gimnazjum, gdzie byłam wychowawczynią i trzy inne, w tym dwie klasy ósme).

Najwidoczniej nie ma zbyt dużo chętnych do pracy w szkole, dlatego mogą być zatrudniani również doświadczeni emeryci.

Zawsze uważałam, że uczniowie są fajni, że łatwo można się z nimi porozumieć. Niestety, pozostałe okoliczności, czyli wszystko to, co jest związane ze szkołą: urzędy, płace, programy, lecz również nosząca znamiona chaosu i przypadkowości jakość stosunków międzyludzkich w gronie pedagogicznym oraz na linii nauczyciele - rodzice... jako konglomerat destruktywnych przyczyn doprowadzają wprost do tego, iż nauczyciele (zwłaszcza młodzi) uciekają z tego zawodu.

Zrozumiałam, że jeżeli nic w najbliższym czasie nie zmieni się w szkolnictwie (a jakoś nie widzę, by cokolwiek szło w dobrym kierunku), to z naszym krajem, ze społeczeństwem... będzie bardzo źle. Wydaje mi się, że sytuacja, w jakiej teraz znaleźliśmy się, jest właśnie dla nas wszystkich doprawdy "ostatnim dzwonkiem", by zacząć działać, byśmy się nie musieli już niedługo zastanawiać nad tym, dlaczego nie odnosimy sukcesów na arenie międzynarodowej, dlaczego jest coraz mniej łóżek w szpitalach, czemu brakuje pielęgniarek i lekarzy, czemu coraz dłużej czekamy w kolejkach na zabiegi ratujące życie. Myślę, że gdybyśmy wszyscy zaczęli wspólnie działać w prawidłowym kierunku, można byłoby wiele zmienić na korzyść całego społeczeństwa.

Jeżeli teraz słyszę, że politycy twierdzą, iż najważniejsze dla dzieci jest to, aby ich plecaki były lżejsze... to już wiem, że taka reforma raczej nie pomoże ani uczniom, ani nauczycielom.

Ze względu na fakt, iż sporo czasu spędziłam w pracy z młodzieżą, postanowiłam zebrać i pokazać zwłaszcza przyszłym rodzicom garść detali, a przy okazji również tym, którzy rządzą - by zrozumieli, z czym uczniowie spotykają się codziennie w szkole. Może dzięki temu przynajmniej niektórych uczniów udałoby się uchronić przed kłopotami w najtrudniejszej dla nich fazie życia - czyli w okresie ich psychofizycznego dojrzewania.

Wiem, co bolało mnie, co bardzo bolało uczniów, rodziców i niektóre moje koleżanki. Spróbuję pokazać, zwłaszcza tym, którzy chcieliby pomóc młodym osobom, gdzie - moim zdaniem - popełniane są największe błędy.

Chciałam również na przykładach problemów moich bohaterów pokazać rodzicom, na co powinni zwracać szczególną uwagę choćby podczas rozmów ze swoimi dziećmi. Zmieniłam oczywiście imiona oraz niektóre okoliczności i tło w taki sposób, by nikt nie był w stanie rozpoznać, o kogo chodzi - w trosce o ochronę prywatności moich byłych podopiecznych.

Jeżeli będziecie państwo mieli jakieś pytania, proszę o kontakt. Zawsze, w miarę moich możliwości postaram się pomóc, doradzić lub pokierować.

Proszę pisać na adres: hej@danutadanton.com

Rozdział I 

Ja nie chcę do szkoły!

Człowiek, który ma dzieci, nie potrzebuje aniołów.- Graham Masterton

Teraz mamy początek trzeciej dekady XXI wieku, erę Internetu, dużych miast zasilanych energią słoneczną, początków podboju planety Mars - i właśnie teraz... w Polsce zdarzają się takie osoby, które chciałyby, żeby młodzież nadal była uczona tak, jak niegdyś. Niektórym z obecnie nami rządzących marzy się nawet to, by Polak pracował "za miskę ryżu" i oczywiście żeby nie miał nic do powiedzenia oprócz jednego: jestem szczęśliwy, bo nie muszę o niczym myśleć, gdyż rządzący świetnie kombinują w moim imieniu. Chcieliby także, aby uczeń nawet nie mógł samodzielnie decydować o tym, co chce czynić w przyszłości, co chce czytać i czego chce się uczyć. Czyżby obawiali się, że młodzi uczniowie mogliby zaproponować coś na miarę rewolucji? Rozumiem, że bezwolnym społeczeństwem jest dużo łatwiej rządzić i manipulować. Niestety, nasi obecni "ministrowie" sprawiają wrażenie ludzi, którzy całkiem zapomnieli o tym, że świat się jednak bardzo zmienił i pragną dla nas wszystkich życia w naftalinowej bańce umiejscowionej w samym środku współczesnej Europy.

Dzisiaj w Polsce każdy uczeń ma komórkę, tablet, dostęp do Internetu i jeżeli chce się czegoś dowiedzieć, to ma możliwość błyskawicznego zdobycia dużo najnowszych i najczęściej o wiele lepszych informacji - niż te, uzyskane tradycyjnie z jednej nieporęcznej, grubej i ciężkiej, papierowej książki. U nas nadal nawet jak oddaje się nowe budynki szkolne do użytkowania, to zawsze jest w nich jeszcze czarna lub obecnie częściej zielona tablica i pakiet kredy - a przecież zadaniem współczesnego nauczyciela jest przede wszystkim intensywne zachęcanie uczniów do samodzielnego szukania informacji, które będą im potrzebne w życiu, w przyszłości, w pracy. Chyba nikt dziś nie wierzy w to, że zostanie w Polsce zablokowany dostęp do Internetu i wszyscy się na to zgodzą, zwłaszcza ludzie młodzi, którzy już się urodzili "z Internetem w kieszeni". Nie powinniśmy też wstydzić się tego, że bierzemy przykłady dotyczące najnowszych metod potrzebnych w szkolnictwie od tych państw, w których już od wielu lat systemowo uczniowie są świetnie przygotowani zarówno do egzaminów jak i do dorosłego życia.

W polskiej szkole, gdzie program jest "przeładowany", uczniowie dodatkowo mają bardzo dużo nauki pamięciowej. Dlatego dzieci ze słabszą pamięcią, chcąc cokolwiek zrozumieć na lekcji i jeszcze później trochę z tego zapamiętać, żyją w ciągłym stresie, ponieważ nie wierzą w swoje możliwości. W efekcie są sfrustrowani, ciągle się obawiając słabych ocen z testów i sprawdzianów oraz własnego wstydu przed kolegami. Stresuje ich sama świadomość, że jeżeli znowu powiedzą coś "głupiego", to zaraz zobaczą szyderczy uśmiech na twarzach swoich rówieśników.

Są kraje, gdzie w szkołach nie ma ocen lub jest ich bardzo mało. Nie ma testów ani stresujących sprawdzianów. Uczniowie oceniają się wspólnie z nauczycielami. Przyznają się do tego, czego jeszcze nie umieją i... kiedy to nadrobią. Uczą się dla siebie. Bardzo mi się to podoba, niestety w naszym społeczeństwie, jeżeli uczeń nie dostaje oceny - to wtedy na lekcji zazwyczaj nic nie robi, tylko "śpi".

Jeżeli proponowałam uczniom dyskusję na jakiś ważny temat, omawialiśmy lekturę, film czy wystawę - była idealna cisza... i nikomu nie chciało się wypowiedzieć. W momencie kiedy powiedziałam, że otrzymują "plusy" za aktywność na lekcji - a trzy plusy to "piątka" - to natychmiast zawsze pojawiało się kilka - kilkanaście łapek w górze.

Fiński system edukacyjny jest uznawany za jeden z najlepszych na świecie - uczniowie najwięcej tam czytają i mimo iż najmniej czasu poświęcają na naukę, to wykazują się statystycznie najwyższym wskaźnikiem wiedzy na świecie. W fińskiej szkole jest bardzo mało zadań, zabrania się także porównywania uczniów i dzielenia na "dobry lub zły uczeń" - dlatego młodzież czuje się tam swobodnie i chłonie wiedzę bezstresowo. Jeżeli jednak dziecko ma bardzo duże braki - to nie ma u nich niczego wstydliwego w powtarzaniu roku dla uzupełnienia niedociągnięć. Najważniejsze jest bowiem to, aby każda młoda osoba została dobrze przygotowana do samodzielnego życia.

Niestety, w naszym społeczeństwie pokutuje głęboko zakorzenione zjawisko wyśmiewania się z innych, wyszydzania bliźnich - a przecież ponoć jesteśmy społeczeństwem głęboko wierzącym, więc z czymś takim młodzież oczywiście nie powinna mieć do czynienia. Wydaje się zatem, iż za aktualne powinniśmy raczej chętnie uznawać hasło "kochaj bliźniego swego, jak siebie samego".

Wprawdzie u nas oficjalnie mówi się, że nauczyciel powinien oceniać ucznia w taki sposób, żeby nikt z klasy nie wiedział, jaką ocenę otrzymuje osoba pytana - ale czy myślicie, że inteligentni koledzy nie słyszą tego, jak ktoś coś mówi, jak się wypowiada na dany temat? Nie widzą stresu na twarzy kolegi, gdy otrzymuje on niską ocenę ze sprawdzianu? Nauczyciel zdaje sobie sprawę z faktu, że koniecznie powinien każdego ucznia za coś pozytywnego pochwalić, ale proszę wierzyć, czasami naprawdę nie ma za co, gdyż zestresowany uczeń nie jest w stanie się wypowiedzieć na żaden temat. Zwykle te dzieci ze słabszą pamięcią są świetne z ćwiczeń praktycznych, więc wtedy mogłyby całkiem naturalnie, bo spontanicznie ujawnić swoje zdolności, umiejętności i zainteresowania - nie odczuwając przy tym nawet śladu zdenerwowania. Należałoby jednak zmienić program nauczania... a do tego u nas chyba szybko nie dojdzie.

Czekając kiedyś na samolot do Londynu, rozmawiałam z młodym człowiekiem siedzącym obok mnie - biegle władał trzema językami: z mamą gaworzył po polsku, z tatą po francusku, wspólnie rozmawiali po angielsku, ponieważ na stałe mieszkali w Londynie. Do szkoły Henry poszedł w wieku pięciu lat ("zerówka") i zarówno rodzice, jak i on sam byli z tego powodu bardzo zadowoleni. Uważali, że dzięki temu ich syn świetnie się rozwijał, poznał wspaniałych kolegów, zaś ciekawe gry i zabawy mobilizowały go do samodzielnego, twórczego myślenia i rozwijania wyobraźni.

Tymczasem ja jeszcze pamiętam, jakby to było wczoraj, niedawne krzyki (także w ogólnopolskich mediach) niektórych naszych aktywistów wśród rodziców, gdy maluchy posyłano do szkoły w wieku sześciu lat - że "to przecież stanowczo za wcześnie, bo dziecko nie ma dzieciństwa". W rezultacie tych wybuchów zbiorowego oburzenia teraz u nas obowiązkiem szkolnym objęte są dzieci w wieku od siódmego roku życia. Mam jednak takie wrażenie, że w szkolnej zerówce dziecko przynajmniej ma się z kim bawić. W domu zazwyczaj mama włącza mu telewizor lub daje do ręki komórkę i cieszy się, że sama ma ciszę i święty spokój.

Czy to jest to wspaniałe, wymarzone dzieciństwo? Czy to jest lepsze niż zabawa rozwijająca logiczne myślenie w grupie rówieśników?

Uczniowie nie lubią odrabiać nudnych, przynajmniej według nich, zadań domowych. Każdy ma inne zainteresowania i to właśnie o nich powinni mówić oraz ewentualnie te tematy poruszać w pisemnych pracach, czytać ciekawe opracowania. Niestety, u nas program tego raczej nie przewiduje.

Od tamtej pory (po rozmowie z Henrym) starałam się nie zadawać dużo zadań i jakoś się dało. W domu uczniowie zwykle mieli coś tylko przeczytać, o czym potem rozmawialiśmy na następnej lekcji. Zadania pisemne odpuściłam sobie już wcześniej, gdyż wielu uczniów odpisywało wypracowania z Internetu, więc wolałam, by pisali testy z dłuższymi formami wypowiedzi pisemnej na lekcji. Byłam przynajmniej wtedy pewna, że poprawiam ich własne przemyślenia. Gimnazjaliści zazwyczaj byli na egzaminie w ósmej staninie2, ósmoklasiści też wypadli dobrze.

Pracowaliśmy szybciej i sprawniej, dzięki temu nowy materiał zdążyliśmy utrwalić jeszcze w klasie, jednak z tego powodu bardzo pilnowałam uczniów, by na lekcjach - zwłaszcza podczas przekazywania nowych wiadomości - mieć idealną ciszę. Wiem, że nie wszyscy potrafią się skupić, gdy w klasie jest głośno.

Kilkanaście lat temu system oceniania został zmieniony i zgodnie z nim średnia wyciągnięta ze stopni zdobytych przez dziecko w ciągu roku nie może być jedynym wyznacznikiem tego, jaką ocenę ustalić mu na koniec. Mówi o tym wyraźnie artykuł 44 ustawy o systemie oświaty. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Opiekunowie bardzo ostro żądali, by nauczyciele nigdy nie stawiali ocen według tak zwanej średniej ważonej, zaś dzieci zawsze pytały o swoją średnią i łatwiej im było zaakceptować wystawioną ocenę na koniec semestru czy koniec roku szkolnego.

Często tak się zdarzało, że uczniowie mieli takie same oceny w semestrze, a nauczyciel stawiał im różne oceny na koniec roku. Niektórym belfrom wydaje się, że dzieci nie znają ocen swoich kolegów i koleżanek - jest to jednak nieprawda. One świetnie je znają, dlatego często uważają, że nauczyciele są po prostu złośliwi i niesprawiedliwi, gdyż właśnie mimo takich samych ocen, mają wystawione różne stopnie na koniec.

Osobiście uważałam, że jeżeli chcę być sprawiedliwa, to powinnam korzystać ze średniej ważonej, wcześniej ustalonej wspólnie z uczniami.

Średnią liczył komputer, więc nie mogło być żadnej pomyłki. Nieważne było, czy kogoś bardziej lubię, czy mniej. Uczniowie wiedzieli, że średnia 2.75 daje trójkę,

3.75 - czwórkę, 4.75 - piątkę, zaś 5,75 - szóstkę.

Bardzo często bywało tak, że zapraszałam ucznia do biurka i wyjaśniałam, jaką otrzymuje ocenę "proponowaną" na koniec semestru czy roku szkolnego. Rozmowa wyglądała tak:

U: - otrzymuję czwórkę... OK., a jaką mam średnią?

N: - 3.60, ale widzę, że się starasz, ostatnio twoje oceny są wyższe niż na początku semestru, więc troszeczkę ci podnoszę.

U. - OK., super. Dziękuję.

I było OK.

Jeżeli uczeń miał średnią ważoną 5.30 to już miał u mnie szóstkę, mimo wcześniejszych ustaleń na 5.75

Jeżeli jednak nauczyciel nie pokazywał średniej wyliczonej przez komputer, to zaczynały się dyskusje i kłótnie. Czasami uczniowie w bardzo agresywny sposób chcieli wymuszać na nauczycielach wyższe oceny, gdyż uważali, że im się należą - według ich wyliczenia. Bywało, że podczas ostrej wymiany zdań zarówno dzieci jak i nauczyciele używali zwrotów, których później żałowali.

Obecnie szkoła nie uczy krytycznego myślenia, weryfikowania informacji ani umiejętności wyszukiwania odpowiednich treści w Internecie. Gdy słyszę, co większości uczniów interesuje, jakie oglądają programy telewizyjne, filmy, seriale (nawet tutaj nie chcę wymieniać tych wszystkich tytułów, na które oni tracą swój czas) - to rozumiem, dlaczego jest im później ciężko wypowiadać się na nowy temat i samodzielnie myśleć na lekcjach. Zamiast przeczytać lekturę, oglądają film lub udają, że słuchają audiobooka. Niestety, oprócz tzw. słuchania robią jeszcze w tym samym czasie wiele innych rzeczy, dlatego nie potrafią potem odpowiedzieć na najprostsze pytania dotyczące danej lektury. Gdy słuchają czegoś z audiobooka, nie widząc tekstu, to siłą faktu nie mają szans na myślenie o ortografii i potem zamiast rz piszą ż lub sz. Oglądając natomiast film sprawiają, że ich wyobraźnia nie pracuje samodzielnie, gdyż mają podaną pod nos gotową, wspólną "wizję" reżysera, choreografa, scenarzysty i kostiumologa.

Logika zaprowadzi Cię z punktu A do punktu B.Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie.- Albert Einstein

Innymi słowy, czytając dużo książek (mam na myśli nie tylko lektury szkolne) dzieci będą miały dużo bardziej rozwiniętą wyobraźnię.

Coraz więcej uczniów potrzebuje obecnie pomocy psychologów - terapeutów. Skoro więc wszyscy wiedzą, że w naszej polskiej szkole jest aż tak bardzo źle, to dlaczego to trwa nadal? Dlaczego nikt nic z tym nie robi?

Schematy, które sprawdzały się w poprzednich epokach, nie sprawdzą się dzisiaj. Na dodatek do nich dołożono jeszcze współczesne przekonanie, że "papier jest doskonałym narzędziem kontroli", dlatego szkoły zasypano obowiązkami sprawozdawczymi. Nikt tego nie lubi, ani nauczyciele, ani dyrektorzy. Jak więc mamy rozwijać pasje uczniów? Właśnie dzięki tym starym i niewydolnym, bo martwym dziś, schematom uzyskujemy w rezultacie same szkody - m.in. to, że większość zestresowanych uczniów nie cierpi szkoły, jednocześnie mamy rozczarowanych z tego powodu rodziców i skrajnie przemęczonych nauczycieli.

Obecnie ze szkoły najczęściej wychodzi absolwent z fobią szkolną i depresją bezradny wobec realnych problemów tego świata, zaś system kolejny raz jedynie przepisuje podstawy programowe wracając do starych utartych ram organizacyjnych i oczywiście ogłasza kolejny "wielki sukces".

Dobry nauczyciel powinien móc sam dobierać tematy, teksty potrzebne do danej lekcji. Każdy rocznik jest inny, czasami dwie równoległe klasy są bardzo różne od siebie i należy zupełnie inaczej prowadzić lekcję. "Bez kredytu zaufania" danego zarówno uczniom, jak i nam - nauczycielom przez rządzących oraz jednocześnie przez rodziców, nie może być mowy o dostosowanych do danego ucznia procesach edukacji, o dobieraniu właściwych w danym momencie metod, eksperymentowaniu, projektowaniu, odkrywaniu i wyrażaniu swojej indywidualności.

My, nauczyciele (a przynajmniej ogromna większość z nas), marzymy o zupełnie innej szkole, niż ta, jaką mamy obecnie w naszym kraju: szkole, która dostrzega i docenia przede wszystkim indywidualność uczniów, szkole, która pozwala dzieciom odkrywać własny potencjał i własny świat, szkole otwartej na eksperymenty i twórcze poszukiwania, w której dzieci uczą się zaspokajać swoją naturalną ciekawość, umieją krytycznie myśleć, kreatywnie działać, tworzyć i współpracować z koleżankami i kolegami.

Dzisiejszy świat promuje dopuszczanie rozmaitych rozwiązań, umożliwia wielorakie odpowiedzi i odmienne interpretacje. Do tego może uczniów przygotować jedynie taka szkoła, która pozwala odchodzić od starych, od dawna martwych, ale utartych schematów, pomaga szukać własnych, nowatorskich rozwiązań, uczyć umiejętności samodzielnego analizowania danych tematów i sytuacji.

Oczywiście, czasami młodzi ludzie muszą również ponosić związane z tym ryzyko i dzięki temu uczyć się na swoich błędach. Chcemy takiej szkoły, która dostrzeże szansę na rozwijanie czasami nawet głęboko ukrytych talentów. Współczesny nauczyciel nie powinien jedynie kontrolować uczniów, ale przede wszystkim ich wspierać w poszukiwaniu nowych rozwiązań.

Czy będziemy mieć kiedykolwiek takich nauczycieli? Czy dostaniemy zgodę na to, by właśnie tak prowadzić lekcje? Nasi włodarze (kimkolwiek są) powinni też zrozumieć, że świat coraz szybciej pędzi do przodu i nie mają prawa zmuszać dzisiaj uczniów, by się tak samo uczyli jak oni wcześniej. Gdyby tak miało być, to nasi aktualni ministrowie nie powinni korzystać z komórek ani latać samolotami, tylko mieszkać sobie w jaskiniach - bo przecież prapraprzodkowie tak właśnie kiedyś żyli.

Do szkoły będą musieli przyjść ludzie inteligentni, odważni, którzy tyle zarobią, że nie będą potrzebowali dorabiać gdzie indziej. Powinni mieć czas i pieniądze na dokształcanie siebie, na fachową literaturę. Teraz mnóstwo osób kończy studia w taki sposób, że wkuwają na pamięć przed egzaminem potrzebne wiadomości, cudem kończą studia i idąc do szkoły, uczą uczniów tylko tego, czego jak papugi nauczyli się bezmyślnie na pamięć. Tacy nauczyciele nigdy nie zmienią szkoły i nigdy nie powinni pracować z młodzieżą.

Gdy czasami widzimy i słyszymy wypowiedzi niektórych naukowców czy polityków - też się zastanawiamy, jakim cudem udało się im skończyć studia? Od moich znajomych słyszałam takie opinie:

Utalentowani, inteligentni i błyskotliwi studenci często po licencjacie odchodzą do pracy. Wcale się im nie dziwimy, gdyż dostają świetne propozycje finansowe. Zostają tacy, którzy zdają egzaminy, ale mało rozumieją z tego, czego się uczą. Wprawdzie wykuwają na pamięć to, czego się od nich wymaga, ale nic poza tym. Nie umieją myśleć, nie potrafią samodzielnie wypowiadać się na dany temat.

To właśnie dzisiaj młodzi ludzie powinni być odważni i szukać miejsca dla siebie, gdzie byliby szczęśliwi a jednocześnie szanowani i doceniani w pracy. Pamiętam czasy, gdy mówiono młodym osobom, że należy szanować pracę, którą się ma. Jeśli ktoś często zmieniał miejsce pracy, nazywano go "niebieskim ptakiem", co miało wówczas bardzo pejoratywne znaczenie; a przecież jeżeli ktoś źle się czuł w danym miejscu, to miał prawo szukać szczęścia gdzie indziej. Za to powinien być chwalony, nie zaś krytykowany. Teraz jest trochę inaczej, młodzi ludzie się douczają, inwestują w siebie i szukają szczęścia w rozmaitych miejscach, nawet w egzotycznych krajach. Poznają też przy okazji odmienne kultury i tradycje.

Widziałam uczniów, którzy nigdy nie powinni iść do liceum, gdyż zupełnie nie interesowała ich nauka. Chcieli zdobyć ciekawy zawód dla siebie. Niestety, rodzice mieli dla nich inne plany. Mimo że dzieci tłumaczyły im, że mają słabą pamięć, że nauka ich bardzo stresuje, że marzą tylko o tym, by po zasadniczej szkole zawodowej zostać kierowcą, stolarzem czy elektrykiem itp., rodzice nie wyrażali na to zgody. Posyłano ich do prywatnego liceum, potem kończyli prywatną uczelnię, zdawali sto razy dany egzamin, aż w końcu zdali - a wszystko dlatego, że tak sobie życzyli ich rodzice. Później w pracy zżerał ich stres, czasami nie mieli nawet siły na to, by wstać z łóżka i wyjść z domu. Wpadali w depresje. Pomyśleć tylko, jak oni mogliby być szczęśliwi, gdyby dane im było pracować w zawodzie, który dawałby im radość, spokój i satysfakcję.

Obecnie nauczyciel nie powinien jedynie kontrolować uczniów, lecz przede wszystkim także ich wspierać. Największym wyzwaniem współczesnej szkoły jest to, by zaufać młodemu człowiekowi, jego zdolności do logicznego myślenia oraz umiejętności samookreślenia się. Nauczyciel powinien mieć odwagę pozwolić swojemu uczniowi na podejmowanie samodzielnych decyzji - budować z nim relację opartą na wzajemnym szacunku, na autonomii każdej i każdego z nas. Dobry nauczyciel powinien być także przyjacielem ucznia tak w poznawaniu różnych dziedzin nauki, jak również w trudnym dla niego okresie dojrzewania.

Niektórzy rodzice często zadawali mi pytanie, dlaczego u nas w kraju szkoła się nie zmienia?

Niestety, przynajmniej mnie wydaje się, że jednak większość nie była gotowa na zmiany. Mam na myśli zarówno nauczycieli, rodziców jak i wszystkich tych, którzy już dawno nie mają kontaktów ze szkołą, z młodzieżą, są oderwani od współczesnej rzeczywistości, a uparcie utrzymują, że to właśnie głównie oni mają otóż najwięcej do powiedzenia. Pamiętam takie czasy w szkole, kiedy to przez kilka tygodni ustawiałam ławki w klasie w taki sposób, aby uczniowie nie siedzieli odwróceni do siebie plecami i zawsze po powrocie do szkoły, następnego dnia, ławki stały, jakimś cudem... tak, jak stały wcześniej. Na moje każdorazowo ponawiane pytania, dlaczego koleżanki zmieniły ustawienia, nieodmiennie słyszałam tę samą odpowiedź, że "młodsi uczniowie są już tak przyzwyczajeni do siedzenia w trzech rzędach, iż sami tuż po wejściu do klasy ustawiają ławki". Tak więc zmiany w polskiej szkole będą zapewne postępować mozolnie i bardzo powoli. Właściwie powinno się to zacząć od "zerówki" z nauczycielami, którzy są rzeczywiście chętni na wprowadzenie zmian.

Dlaczego staruszkowie wybierają lektury? Przecież większość z nich nie ma nawet bladego pojęcia o współczesnej literaturze młodzieżowej. Dlaczego to właśnie oni decydują o tym, co jest dobre dla uczniów teraz, dzisiaj - skoro oni sami zatrzymali się we własnym rozwoju na latach 60. - 70. ubiegłego wieku? Niektórzy z nich nawet nie mają wnuków, więc zupełnie się nie orientują w tym, czym interesuje się tu i teraz nastoletnia młodzież. Współczesne powieści młodzieżowe uczniowie czytaliby zapewne z wielką radością na swoich tabletach. Niestety, zdarzają się lektury tak dla nich nieciekawe, nieatrakcyjne, niezrozumiałe, całkowicie oderwane od współczesnej rzeczywistości - że z tego powodu hurtem odrzucają także wszystkie pozostałe pozycje książkowe.

Babuleńka z wyżyn swojego tymczasowego wprawdzie, ale jednak ministerialnego tronu ujada głośno i zaciekle, że nie należy w szkole wprowadzać lekcji dotyczących wyjaśnienia przyrodniczej zagadki: "Skąd się biorą dzieci?" - gdyż przecież ona sama poznała odpowiedź na to jakże zawiłe pytanie dopiero po ślubie i jakoś sobie w życiu poradziła.

Przecież to jest skandal. Tutaj zupełnie też nie rozumiem młodych rodziców, że się na ów stan rzeczy zgadzają. Niektórzy z nich wprawdzie rozumieją, że nie umieją na te tematy rozmawiać ze swoimi dziećmi, lecz zaraz kombinują, iż najlepiej będzie, jak o tym młodzież dowie się na lekcjach religii.

Kochani, ja pytam, czy wierzycie, że księża oraz zakonnice mają aż tak dogłębną praktykę i zawodowe doświadczenie w tych sprawach i czy faktycznie są na bieżąco z wszystkimi nowościami dotyczącymi całego, szerokiego pakietu dostępnych w aptekach wynalazków służących zabezpieczaniu się przed niechcianą ciążą i wenerycznymi choróbskami? Lekcje WDŻ (wychowanie do życia w rodzinie) prowadzone są w większości szkół w sposób skandaliczny - ale do tego jeszcze wrócę później.

Istnieje takie twierdzenie: Jeżeli stoisz w miejscu, a inni idą do przodu - to relatywnie cofasz się względem owych innych. U nas w oświacie nie tylko stoimy w miejscu. My ostatnio przez cały czas bardzo szybko cofamy się - i to nie tylko relatywnie, ale obiektywnie też, z powrotem w kierunku jaskiń praprzodków w sytuacji, gdy nasi zagraniczni rówieśnicy (np. z Finlandii) pędzą radośnie naprzód. Niektórzy spośród nich jedynie skwapliwie z nas szydzą - a mają z czego drwić.

"Służący nam" politycy uważają, że jedynie oni mają prawo do narzucania swoich poglądów zarówno uczniom, jak i nauczycielom. Ja dla odmiany uważam, że powinni poważnie zająć się polityką, zaś temat szkoły i edukacji powinni zostawić specjalistom, czyli managerom, nauczycielom oraz prawdziwym naukowcom.

Muszę przyznać z przykrością, iż czasami zdarza się też tak, że nauczyciel nie chce dopuścić do tego, by uczeń był lepszy od uczącego, bo boi się, że ktoś mu zarzuci, iż "uczeń przerósł mistrza" - a przecież właśnie wtedy nauczyciel powinien być bardzo z siebie dumny, że pracował z tak pojętnym młodym człowiekiem.

W każdym zawodzie znajdzie się kilka osób, które zachowują się skandalicznie. Jest zły i dobry lekarz, zły i dobry krawiec, szewc, ksiądz itp. Jednak ci, którzy pracują z dziećmi i młodzieżą, powinni przechodzić "szczególną selekcję - rekrutację", gdyż bezpośrednio i wprost od nich zależy to, jak będzie wyglądać dorosłe życie całych, przyszłych pokoleń.

Mam takie wrażenie, że polska oświata tonie... Jak ten statek, naszkicowany kilka lat temu przez mojego ucznia.

Nauczyciele są dla społeczeństw trampoliną do lepszego jutra. Kiedy są pełni pasji i energii, dostrzegą talenty w uczniach, będą ich wspierać i ciągnąć w górę, a wtedy może narodzić się siła, która pchnie świat do przodu.- Olga Tokarczuk.

Chyba nie ma ani takiego rodzica, ani ucznia, któremu kiedyś nauczyciel nie zwróciłby uwagi. Rodzic zapomniał podpisać jakiś dokument, napisać usprawiedliwienie, uczeń obiecał chociażby zrobić szkolną gazetkę, zapomniał o tym i gazetki nie zrobił. Nauczyciel zwrócił im uwagę i... oooch, to już dokładnie pamięta i uczeń i jego rodzic.

Rodzic: - Jak ten belfer mógł mi zwrócić uwagę, przecież zdarza mi się to tak rzadko. Całkiem podobnie swój żal wyraża uczeń: - Zawsze jestem przygotowany, raz zapomniałem i już zostałem skrytykowany.

Zawsze zatem można mieć żal do nauczyciela - tymczasem belfer po prostu jedynie wymaga tego, aby uczeń starał się być człowiekiem obowiązkowym i żeby tego samego był uczony także w rodzinnym domu.

Kryzys w oświacie jest bardzo głęboki. Jeżeli społeczeństwo nie zacznie o nim rozmawiać, a nasze ministerstwo nie przestanie udawać, że nie widzi żadnych problemów polskiej szkoły, to system szkolnictwa całkowicie się rozleci. Z jednej strony z braku nauczycieli, gdyż większość odejdzie z tego zawodu - z drugiej zaś także dlatego, że ci, którzy zostaną, nie poradzą sobie z dziećmi, rodzicami, biurokracją i dyrekcją.

Współczesna szkoła zamienia się w placówkę opieki psychiatrycznej dla dzieci. Z roku na rok zauważa się coraz większą liczbę dzieci z problemami zarówno emocjonalnymi, jak i intelektualnymi. Obecnie dzieci są bardzo nadwrażliwe i czasami z małego - błahego powodu załamują się psychicznie. Kiedyś, jeżeli uczeń usłyszał od kolegi "nie lubię cię" albo "jesteś głupi", to najczęściej nie zwracał na to uwagi lub szybko odreagowywał na koledze słownie czy agresją, następnie podawali sobie rękę na zgodę i szybko o scysji wszyscy zapominali. Dzisiaj taki drobiazg urasta do rozmiarów prawdziwego dramatu. Niektórzy uczniowie w takich sytuacjach nie chcą chodzić do szkoły, wpadają w depresję, mają myśli samobójcze lub wręcz odbierają sobie życie.

Dzisiejsza szkoła całkowicie pomija ten aspekt, bo najczęściej nie ma na to czasu, lub - co bywa jeszcze gorsze - w danej placówce po prostu nie ma osób w tym kierunku wykształconych. Dyrektor zamiast przeznaczyć dodatkowe godziny na zajęcia z bardzo skutecznym psychologiem lub pedagogiem (jeśli tacy w ogóle w szkole są) dokłada zajęcia z matematyki, fizyki czy języka obcego. To bowiem gwarantuje mu święty spokój od coraz bardziej roszczeniowo nastawionych rodziców. Jest zawalony robotą papierkową, więc zwyczajnie nie ma czasu na dyskusje z rodzicami. Jeżeli uczniowie źle zdadzą egzamin, to dyrektor ma wtedy podkładkę, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, aby dzieci dobrze wypadły na teście. W ten prosty sposób będzie mógł obronić się przed ewentualnymi pretensjami wymagających - szkoda tylko, że od szkoły, a nie od własnego potomstwa - rodziców. I tutaj znowu ważniejszy okazuje się papier i spokój, niż dobro dziecka.

Wszyscy kiedyś chodziliśmy do szkoły, więc rodzicom wydaje się, że szkoła wie, jak ma funkcjonować i jak nauczyciele powinni radzić sobie z ich dziećmi. Tymczasem nasza obecna szkoła i współczesne dzieci nie mają praktycznie nic wspólnego z niegdysiejszą szkołą oraz małolatami sprzed 20-30 lat. Z perspektywy rodziców szkoła zmieniła się na niekorzyść i całkowicie straciła swój misyjny charakter. W tej chwili bowiem jedynym celem i zadaniem szkoły jest przygotowanie uczniów do egzaminu. Jeżeli uczeń słabo zda egzamin, to można i należy przede wszystkim krytykować nauczyciela oraz szkołę. Ze względu na fakt, że nauczyciel już nie jest autorytetem (przynajmniej nie każdy), w najbliższym czasie czeka oświatę, czyli również społeczeństwo polskie, prawdziwa katastrofa.

Żyjemy w świecie, w którym - teoretycznie - każdy problem można rozwiązać. Jeżeli nie radzisz sobie z dzieckiem, wystarczy w Internecie wejść na forum rodziców lub wpisać problem w Google i macie tam, kochani rodzice, setki stron z gotowymi receptami na wszystko - co robić, w jaki sposób rozmawiać z dzieckiem, jak się zachowywać, żeby dziecko było grzeczne, spokojne itd. Zapewne nie wszystko, co tam znajdziecie, spodoba się wam, część podpowiedzi może nie będzie porządnie uzasadnionych merytorycznie, ale moim zdaniem warto przynajmniej spróbować. Tyle tylko, że niestety musielibyście znaleźć na to czas. Ja natomiast mam takie otóż wrażenie, iż niektórzy z was robią wszystko tak, aby tego czasu raczej nigdy nie znaleźć.

Niewielu rodziców poświęca dziś uwagę temu, co dzieci do nich mówią. Starodawny szacunek dla młodzieży szybko zanika.- Oscar Wilde

Obecnie wszyscy się gdzieś spieszymy, ciągle odkładamy rozmowy na "później". Wracamy z pracy zmęczeni, sfrustrowani, myślimy już o następnym dniu, więc nie zwracamy uwagi na zachowanie dziecka, nie obserwujemy go. Zdarzało się, iż dziecko uciekało z domu - pomieszkiwało u kolegi z klasy przez kilka dni i rodzice nawet tego nie zauważyli. Nie odwiedzali syna w jego pokoju, nie słyszeli rozmów ani wyjścia do ubikacji jeszcze innej, dodatkowej osoby. Jeżeli zaś rodzic widzi w swoim postępowaniu własną winę - że coś przeoczył, coś mu umknęło, nie zrobił wszystkiego co mógł, co powinien, ma coraz więcej obaw - wtedy lęk ten często przynosi do szkoły i z siebie na nauczycieli zrzuca całkowitą odpowiedzialność. To od belfrów oczekuje tego, żeby się wytłumaczyli, czemu ma kłopoty ze swoim dzieckiem i ewentualnie żąda wskazania mu rozwiązania problemu, co ma zrobić, by natychmiast było dobrze. Uważa, że mu się to po prostu należy.

Pewne sytuacje wymagają czasu i pracy zarówno ucznia jak i rodzica, aby naprawić to, co było złe przez długie lata w rodzinnych relacjach. Obecnie większość rodziców po przyprowadzeniu dziecka z przedszkola czy EW (edukacji wczesnoszkolnej) daje mu do ręki komórkę lub tablet i ma z nim święty spokój. Niestety, rodzice nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że to na dłuższą metę ma bardzo zły wpływ na dziecko, na jego wyobraźnię, na umiejętność kontaktów z rówieśnikami a także na ogólne jego zachowanie.

Większość uczniów nie jest w stanie nie zaglądać do Internetu przez kilka minut. Jednak ogromna część rodziców chyba wprost tkwi po uszy w głębokim przekonaniu, że za problemy, jakie mają z własnymi dziećmi, odpowiedzialne i winne są te oto okrutne łotry, które niegdyś wynalazły Internet i komórkę... Cóż, gdybyśmy tak wszyscy rozumowali, to zapewne musielibyśmy się razem cofnąć o kilka stuleci do epoki Piastów. Przecież wszystko to, co było wprowadzane kiedyś jako nowość, przez sceptyków zawsze przyjmowane było z dużą obawą i mieszanymi uczuciami.

To przecież rodzice dają już małemu dziecku komórkę lub tablet, pokazują mu, jak się z tym sprzętem obchodzić - i są szczęśliwi, jeśli dziecko siedzi potem cicho.

Dokładnie pamiętam, jak zachowywali się rodzice, gdy proponowaliśmy, by dzieci komórki zostawiały w domu lub by oddawały do odpowiedniego koszyka wchodząc na lekcje. Potem, jeśli mają problem, kiedy dziecko jest leczone z uzależnienia od Internetu - mówią, że nie wiedzieli, że nie przypuszczali, że byli zajęci, że przecież ciężko pracują i nie mają czasu. Rozumiem, ciężko pracują, więc niech nie krytykują nauczycieli, tylko niech zaczną z nimi współpracować i rozmawiać, dla dobra własnych dzieci.

Kiedyś, jako młoda nauczycielka byłam u prorektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego namawiałam na to, żeby wyraził zgodę na kursy dla przyszłych nauczycieli dotyczące grafologii. Nic z tego nie wyszło - a przecież nauczyciel z obrazu odręcznego pisma bardzo dużo dowiedziałby się o tym, co się dzieje w głowie młodego człowieka, jak może pomóc jemu i ewentualnie jego rodzicom. Wyszłam bardzo zawiedziona, zwłaszcza że wcześniej - jako studentka - miałam z tym panem zajęcia z psychologii i uważałam go wówczas za człowieka bystrego i inteligentnego - takiego, który poszukuje nowatorskich, nieszablonowych rozwiązań.

W grafologii jest taka możliwość, by świadomie i planowo zmieniając obraz własnego, odręcznego pisma - wady zamieniać w zalety na zasadzie sprzężenia zwrotnego: sensownie moderujesz własne pismo z automatycznym odwzorowaniem tego procesu w detalach wewnętrznej konstrukcji swojej osobowości. Przecież to jest proste, a wymaga jedynie odrobiny pracy nad samym sobą. W odręcznym piśmie bardzo wcześnie, jak na dłoni widać początki depresji oraz wielu innych dziecięcych i młodzieńczych kłopotów. Wtedy można w miarę swoich możliwości szybko pomagać: rozmawiać z rodzicami, zmieniać charakter pisma - i ewentualnie, jeżeli jest taka potrzeba, szukać pomocy u fachowców.

Czasami tak się zdarza, że dziecko bardzo cierpi, ale ponieważ o tym nie umie lub nie ma odwagi mówić, nikt nie zwraca na nie i jego problemy uwagi. Po samobójstwie słyszymy od rodziców, że nie było z nim żadnych problemów, od nauczycieli zaś dowiadujemy się, iż było grzeczne, spokojne, nie sprawiało żadnych kłopotów wychowawczych - tymczasem ono ogromnie cierpiało, aż w końcu samo przerywało własne męczarnie odbierając sobie życie.

Każdy człowiek problemy widzi gdzie indziej: nauczyciele uważają, że winna jest nowa podstawa programowa, gdyż jest chaotyczna i źle skorelowana. Uczniowie na fizyce uczą się o wektorach, wykresach i funkcjach, zupełnie nie znając tych pojęć. Fizyk, zanim przejdzie do omawiania zagadnień ze swojego przedmiotu, musi wytłumaczyć matematykę. Podobnie jest z historią i językiem polskim. Epoki są omawiane bez logicznych powiązań między tymi dwoma przedmiotami. W klasie III gimnazjum na lekcjach języka polskiego omawialiśmy Kamienie na szaniec, ale na historii uczniowie nie dochodzili do tematu II wojny światowej. Nauczyciele nie mają prawa zakładać, jakoby uczeń sam z siebie coś wiedział albo doczytał na dany temat. Muszą wyjaśniać wszystko od początku, od podstaw. A to zabiera cenny czas, którego szczególnie brakowało w klasach III gimnazjum, zaś obecnie w klasach ósmych podstawówki.

"Reforma" Anny Zalewskiej całkowicie zniszczyła poczucie bezpieczeństwa nauczycieli. Osobiście uważam, że proces niszczenia nauczycieli zaczął się już dużo wcześniej. Nasza poprzednia minister Joanna Kluzik-Rostkowska namawiała rodziców (dawała im taką możliwość) - do składania tzw. donosów, gdy tylko mieliby jakiekolwiek problemy w szkołach. "Macie państwo iść do pracy, a szkoła jest zamknięta? Piszcie do mnie".

Teraz często wygląda to w ten sposób, że mama najpierw przyprowadza dziecko do szkoły, nawet w wigilię, a następnie idzie do koleżanki na plotki. W dniu wigilii w szkole jest szóstka dzieci i specjalnie dla nich musi przyjść do pracy kilkanaście osób: troje nauczycieli, jeden dyrektor, osoby sprzątające, woźna, konserwator i przez cały ten czas oczywiście świeci się światło w sumiennie ogrzewanym budynku szkolnym, więc traci się także pieniądze na energię elektryczną.

Czasami zdarzało się, że taka mama będąc pod wrażeniem bezmiaru swobody i wolności, jakimi została przez rządzących raptem obdarowana, zapominała sobie nawet o tym, że zostawiła dziecko w szkole i przychodziła po swoją pociechę dopiero wtedy, gdy za którymś z kolei razem udało się nam do niej wreszcie dodzwonić. Matka konsekwentnie utrzymywała potem wszem i wobec, iż przecież po ciężkiej pracy należy się jej odrobina rozrywki, więc o co chodzi? Dziecko zaś płakało, że mama nie ma dla niego nigdy czasu, nawet podczas świąt.

Bez względu na to, jaki nauczyciel trafi do Ministerstwa Edukacji Narodowej - niewiele zdziała, bo z miejsca przeformatują go tam na typowego, sowicie opłacanego i regularnie nagradzanego wykonawcę poleceń, który ma sumiennie realizować przede wszystkim statutowe cele polityczne aktualnie rządzącej partii, nie zaś wprowadzać prawdziwą reformę w oświacie.

Ostatnio przeczytałam, co obiecują rodzicom reprezentanci partii politycznych, i najbardziej rozzłościł mnie fakt, iż twierdzili oni, że dzieci będą mieć lżejsze tornistry. Sssssuper. Jeżeli najważniejsze dla polityków jest właśnie to, by tornistry były lżejsze, to nic dobrego nie wyniknie z takiej, za przeproszeniem szanownych czytelników, "reformy".

Większość uczniów jest przywożonych do szkoły samochodami. Najchętniej rodzice wjechaliby z nimi autem do szatni. Uczniowie mają w szatniach półki na książki i na przerwach przynoszą z szatni jedną książkę, jeden zeszyt, więc tego ciężaru praktycznie nie czują. Zawsze mówiliśmy uczniom, że wystarczy jedna książka na ławce...

Widzimy więc, że na terenie szkoły z ciężkim tornistrem uczniowie mogą sobie poradzić sami - zresztą, zamiast podręczników można uczniom dać tablety... Wtedy wszystkie książki będą mieć w jednym małym i lekkim sprzęcie. Cena podręczników oraz 300+ i każdy uczeń ma własny tablet.

Czasami tak się jednak zdarzało, że z czyjegoś tornistra rozchodził się straszny fetor po całej klasie i okazywało się wtedy, że uczeń miał w plecaku bułkę z czymś tam na śniadanie, którą nosił ze sobą przez kilka tygodni - czyli oznacza to, że nie zmieniał także podręczników, bo wolał bezmyślnie dźwigać sobie na grzbiecie wszystkie książki, które miał w domu (oraz kanapkę sprzed miesiąca), tak na wszelki wypadek. Dlatego plecak lub tornister był bardzo ciężki.

Gdy rodzice wreszcie zobaczą, że wszystko poszło w złym kierunku, naprawa tego będzie trwała baaardzo długo. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że w swoim czasie Włodzimierz Lenin tłumaczył podwładnym:

Dajcie mi dzieci na trzy lata, a to, czego ich w tym czasie nauczę, będzie mocno tkwiło w trzech następnych pokoleniach.

Przynajmniej ja już teraz się tego boję.

Bardzo chciałabym, żeby do pracy w szkole garnęli się ludzie z pasją, inteligentni, kochający dzieci i młodzież, ale tacy przyjdą tylko wtedy, gdy pensja będzie większa i jednocześnie będą oni znacznie lepiej traktowani niż teraz zarówno przez społeczeństwo jak i przez rodziców.

Aby zostać nauczycielem w Finlandii, należy przejść przez bardzo wymagający proces selekcji. Nauczycielami zostają tylko najlepsi studenci, zaś bardzo ważnymi czynnikami, które decydują o tym, czy dana osoba otrzyma tytuł pedagoga, czy nie, są: zdolności komunikacyjne, postawa społeczna, empatia, wrażliwość. W Finlandii zawód nauczyciela jest jeszcze bardziej prestiżowy niż zawód lekarza.

Ponoć wszystkich nauczycieli w Polsce jest około 700 tys. Część zapewne powinna odejść z zawodu, część uzupełnić swoje wykształcenie, przede wszystkim w aspekcie psychologii, ale i tak zostaje cała masa naprawdę dobrych nauczycieli, którym chce się pracować. Do tego zawodu w dzisiejszych czasach w większości idą tylko pasjonaci. Niestety, nie wiadomo jak długo oni w takiej szkole zostaną. Nie mogą karmić siebie i swojej rodziny tylko uśmiechem cudzego dziecka.

Polacy zawsze lubili się chwalić, jacy to oni są wspaniali, mówili "podziwiajcie nas ... to my ratowaliśmy Europę ..." - i ciurkiem wymieniali wszystkie ważne bitwy od "Bitwy pod Grunwaldem", przez "Odsiecz Wiednia", "Cud nad Wisłą" oraz jeszcze kilka innych. Boję się tego, że kiedyś nie będzie w ogóle chętnych osób do pracy w szkole - i co wtedy zrobią wszyscy ci, którym jednak będzie zależało na losie zarówno swoich dzieci jak i całego naszego społeczeństwa? Już teraz bardzo brakuje nauczycieli tak w przedszkolach jak i w szkołach. Czym się wtedy będą chwalić?

Zachęcam do poczytania o tym, jak wygląda szkoła w Finlandii. Tam wszyscy uczniowie kochają szkołę. Rodzice zaś nie wtrącają się w nauczanie swoich pociech, ufają nauczycielom i wierzą, że wszystko jest robione poprawnie dla dobra uczniów.

Większość lekcji wychowania fizycznego uczniowie mają na zewnątrz, pod gołym niebem. Już widzę u nas rozwrzeszczanych rodziców:

"Było tak zimno, a oni byli na boisku szkolnym". "Było bardzo gorąco, a oni ćwiczyli w tym upale".

Pamiętam, jakie mieliśmy problemy z rodzicami po próbnym alarmie pożarowym, połączonym z ewakuacją uczniów. Jedni uważali, że powinniśmy dzieciom założyć sweterki, inni twierdzili, że było zbyt gorąco, więc skoro dzieci były na zewnątrz, to trzeba było im ściągnąć bluzeczki. Przez kilka dni były kłótnie, dyskusje i bardzo długie kolejki rodziców do dyrektora. Nie chciałam pisać o wychowaniu fizycznym w Wielkiej Brytanii, gdyż u nich właściwie nie ma zimy... dlatego odsyłam znowu do Finlandii. Tam nikt nie zwraca uwagi na to, że jest zimno, bez względu na to, czy wieje wiatr czy pada deszcz - uczniowie ćwiczą na świeżym powietrzu, ruszają się i wcale nie chorują więcej niż u nas, gdzie dzieci najczęściej są zwalniane pod byle pretekstem z zajęć przez rodziców, bo zupełnie nie chce im się ruszać. Wymyślają więc katarek, ból brzucha i złe samopoczucie, zaś rodzice natychmiast im piszą zwolnienie z wychowania fizycznego.

Czasami wydaje mi się, że praca dzieci w szkole dzisiejszej jest tak nadmierna, że lepiej dzieci potopić, niż uczyć w tych szkołach.- Maria Skłodowska-Curie

Już w tak odległych czasach nasza noblistka uważała, że polska szkoła idzie w bardzo złym kierunku.

Jeżeli więc nie będzie prawdziwej reformy, to nikt nie będzie lubił szkoły: ani uczniowie, ani rodzice, ani nauczyciele.

Rozdział II

"Korki"

Jeżeli chodzi o korepetycje, to (według mnie) wszystko zależy od tego, w jakiej sytuacji i z jakiego powodu uczeń z nich korzysta.

Dzisiaj jest moda na korepetycje. Czasami tak się zdarza, że przychodzi rodzic na rozmowę i pyta, czy znam kogoś "dobrego", gdyż chce, aby córka lub syn mieli korepetycje. Na pytanie, po co, skoro sobie dziecko świetnie radzi, ten odpowiada:

Tak na wszelki wypadek, bo widzi pani, teraz wszyscy mają korepetycje a poza tym będę pewny, że dziecko wszystko ma utrwalone.

Jeżeli dziecko przez kilka lat się nie uczyło (nieważne, z jakiego powodu), a teraz zależy i jemu i rodzicom na dobrych ocenach, to oczywiście na pewno mu to pomoże nadrobić zaległości.

Czasami dziecko ma bardzo słabą pamięć, zaś jego rodzice mają bardzo duże ambicje, wtedy dziecko powtarza w domu materiał przerabiany na lekcji. Samo się nie umie nauczyć, więc korepetytor mu pomaga. Niestety, czasami bywa też tak, że nawet korepetytor nie może pomóc. Uczeń dzisiaj to pamięta, jutro już nie. W takiej sytuacji lepiej jest dla dziecka, by skończyło szkołę zawodową i było szczęśliwe, niż uczyło się bardzo dużo, skoro i tak nijak z tego nie skorzysta, zaś taka sytuacja oczywiście bardzo go stresuje.

Bywa też tak, że dziecko chce mieć kontakt z osobą inteligentną, interesującą, rodzice są zajęci, ciągle przebywają w pracy, są pracoholikami, więc opłacają dziecku konwersacje językowe czy rozmowy filozoficzne.

Osoba ucząca w szkole też chętnie robiłaby coś takiego, jednak nie ma na to ani warunków, ani czasu. Zwykle w danej klasie nauczyciel ma średnio 30 uczniów, w tym kilku inteligentnych i błyskotliwych, kilku z opiniami (z poradni psychologiczno - pedagogicznej), kilku uczących się wszystkiego na pamięć, lecz nic z tego nie rozumiejących, kilku bardzo słabych i zupełnie przy okazji się nie uczących. Lekcja musi być prowadzona tak, by większość z nich chociaż część z danego materiału mogła zrozumieć i zapamiętać, co jest bardzo trudnym zadaniem. To właśnie wtedy jest nam bardzo przykro, gdy niektórzy rodzice twierdzą, że muszą brać korepetycje dla swoich dzieci, bo belfrom nie chce się pracować. My po prostu nie jesteśmy w stanie tak pracować.

Nowa podstawa programowa jest przeładowana i bardzo szczegółowa. W zasadzie nie zostawia ona uczącym żadnej szansy na wykroczenia poza nią. Nauczyciel chcąc zdążyć z całym materiałem przed egzaminem, zazwyczaj przekazuje tylko suchą wiedzę. W czasie lekcji właściwie ma bardzo małe szanse na to, by zdążyć utrwalić temat i ewentualnie jeszcze coś przećwiczyć. To właśnie z tego powodu zwłaszcza młodzi stażem nauczyciele zadają tyle prac domowych. Szkoła stała się dla nauczycieli instytucją czasami wręcz bardzo trudną do zniesienia.

Nieustanne kontrole nie mają na celu wyłapania problemów i udzielenia pomocy w ich rozwiązywaniu, lecz są nastawione tylko i wyłącznie na znalezienie błędów u nauczycieli. Pokazuje to całkowitą fikcyjność i absurdalność systemu, gdyż zazwyczaj kontroluje się tylko dokumentację, a nie realne osiągnięcia. Jednym z ważnych celów realizacji podstawy programowej jest umiejętność wykorzystania zdobytej wiedzy w praktyce. Dlatego często nauczyciele z dużym stażem pracy lub młodzi i odważni co innego wpisują w dokumentach, czyli w dziennikach - a co innego robią w rzeczywistości na lekcjach, dla dobra uczniów.

Warto pamiętać o tym, że nauczyciel musi się ciągle spieszyć w pracy jeszcze z jednego powodu: uczniowie piszą egzamin niegdyś gimnazjalisty, teraz ósmoklasisty w kwietniu, czyli musimy zdążyć z całym materiałem praktycznie dwa miesiące wcześniej. Po egzaminie najczęściej uczniowie chodzą do szkoły "w kratkę" i trudno się im dziwić. Podstawa programowa, przynajmniej teoretycznie, została zrealizowana. Podczas wakacji jeszcze wiele zapomną - a potem nauczyciele w szkołach średnich często twierdzą, że niczego ich tak naprawdę nie nauczyliśmy, gdyż uczniowie wszystko zapomnieli.

Przecież egzaminy mogłyby się odbywać najwcześniej w połowie maja. Byłoby to lepsze dla uczniów z kilku powodów: mieliby przede wszystkim więcej czasu na utrwalenie wiadomości, równocześnie mniej stresu na oczekiwanie jak im ten nieszczęsny egzamin poszedł. Program jest zbyt drobiazgowy, przeładowany i niedofinansowany. W ministerstwie, a także w niektórych kuratoriach i szkołach pracują ludzie, którzy zatrzymali się na etapie ukończenia studiów kilkadziesiąt lat temu i "zakonserwowali" zarówno siebie, jak i cały system, na pohybel dzieciom. Właśnie dlatego bardzo trudno jest cokolwiek zmienić w szkole i w oświacie.

Często uczniowie - w przypływach szczerości - tłumaczyli nam, że bardzo brakuje im rozmów z rodzicami, jednak oni albo są w pracy, albo bywają tak zmęczeni, że na rozmowę z dziećmi rzekomo brakuje im już sił, albo po prostu wychodzą do znajomych, by się zrelaksować.

Nie odtrącaj mnie, gdy dręczę Cię pytaniami. Może się wkrótce okazać, że zamiast prosić Cię o wyjaśnienia, poszukam ich gdzie indziej.- Janusz Korczak

Czasami zdarzało się, że niektórzy z rodziców chcieli ratować trudną sytuację wynikającą z faktu, że zupełnie nie wiedzieli, co się dzieje z ich pociechami, nie wiedzieli, z kim się spotykają, co ich interesuje, ale często dzieci już tych rozmów nie chciały. Rozumiałam ich, gdy tłumaczyli, że jest już za późno, że już się nauczyli żyć bez jakiejkolwiek pomocy ze strony rodziców. Teraz już młody człowiek nie potrafił rozmawiać z mamą czy tatą. Nie potrafił, a może po prostu już nie chciał? Jest też prawdopodobne, że może nawet nie miał już o czym rozmawiać z nimi.

Ze względu na fakt, że niektórym dzieciom jednak bardzo brakowało zwykłej rozmowy z dorosła osobą - nieraz uczniowie prosili rodziców o korepetycje, mimo iż sami w szkole otrzymywali świetne oceny.

Najważniejsza dla dorastającej osoby jest zwykła rozmowa...

Bywa też i tak, że ze względu na duże lenistwo nawet bardzo inteligentne dzieci nie uczą się, nie uważają na lekcjach, rzadko chodzą do szkoły - zaś z drugiej strony rodzice widzą to, że ich dzieci umieją myśleć, są bystre i błyskotliwe. Zamiast zabrać się za rozmowę i pilnowanie swojego dziecka, by zaczęło wreszcie pracować na "własne konto" winą często obarczają szkołę, trudny program i jak zwykle niesprawiedliwych nauczycieli. Tacy uczniowie także przed egzaminami mają korepetycje w celu nadrobienia zaległości i przygotowania się do egzaminu.

Są w klasach osoby inteligentne, bystre, które widzą, jak jesteśmy traktowani, rozumieją, ile wkładamy wysiłku w to, aby wszyscy chociaż częściowo zgłębili dany temat, często starają się nam nawet pomagać tzw. douczaniem swoich kolegów i koleżanek. Z kolei brzydko traktują nas takie dorosłe osoby, które w życiu albo mało osiągnęły, albo same w dzieciństwie miały w szkole kłopoty. Tacy rodzice myślą sobie wtedy: "My im teraz pokażemy, za nasze cierpienia w szkole, za poniżanie nas słabymi ocenami". I oczywiście pokazują tę dezaprobatę, podnosząc głos o oktawę i tupiąc nóżkami.

"...Pani proszempaniom nie może iść dalej z materiałem. Byliśmy przez dwa tygodnie w Egipcie na wczasach, ale teraz córcia ma braki. Proszem jej wszystko wytłumaczyć, od tego przecież pani tutaj jest. Czy znowu muszem brać dla niej korepetycje, bo pani sie nie chce pracować? Co ludzie na to powiedzo?"

Matka nie rozumie, że za kilka dni inni rodzice też pojadą na wczasy i w takiej sytuacji nie bylibyśmy w stanie nigdy zdążyć z programem nauczania na dany rok, a przecież wszystkich uczniów musimy jednak przygotować do egzaminu. Wiem, że w krajach zachodniej Europy nie ma takiej możliwości, by uczeń w roku szkolnym, w czasie przeznaczonym na naukę, beztrosko sobie podróżował. Na przykład w Finlandii uczeń musi odpracować wszystkie swoje nieobecności, czyli nadrobić zaległości w nauce.

Oczywiście, zdarzają się też takie sytuacje, że uczennica lub uczeń wyjeżdża z rodziną, wcześniej jednak przychodzi do szkoły z zapytaniem, jakie tematy będą poruszane na lekcjach, gdyż przez dwa tygodnie będzie nieobecna w szkole, ale z rodzicami nadrobi zaległości powstałe w wyniku tejże nieobecności. Większość rodziców jednak straszy belfrów mężem lub żoną:

Moja druga połowa już nie może wytrzymać tego, co się w tej szkole dzieje i jak on/ona tu wpadnie to nie wiem, co się tu wtedy będzie działo. Tak dłużej być nie może.

Gdy pytasz, co państwa tak zdenerwowało, słyszysz:

- Jak to co? - krzyczą wtedy rodzice i tu najczęściej wychodzi lenistwo dzieci oraz oczywiście ich grubo przerysowane oczekiwania dotyczące kryteriów oceniania uczniów.

- Mój Jasiek nie przeczytał książki, bo jest za gruba i za nudna.

- To nie ja decyduję o tym, jakie są lektury obowiązkowe, proszę ewentualnie pisać do ministerstwa - odpowiadam.

- Nigdzie nie będę pisać, nie mam na to czasu, to pani ma mu wszystko opowiedzieć i wytłumaczyć - krzyczy i tupie nóżką rozhisteryzowana mama. Ona wrzeszczy, a nauczycielowi nie przystoi "wydzierać się", bo wokół jest mnóstwo uczniów, więc nie możemy się dać wyprowadzać z równowagi. Przecież mamy być dla tychże obserwujących nas uczniów wzorem do naśladowania.

Taki rodzic nie przyjdzie na wywiadówkę, bo "nie miał wtedy czasu", nie przyjdzie na dyżur nauczyciela, gdyż przecież wtedy jest zajęty, przychodzi wówczas, gdy ma na to ochotę, czyli najczęściej są to raczej dwa tygodnie przed końcową klasyfikacją ucznia. Wpada jak huragan podczas lekcji i uważa, że mamy zostawić dzieci same, wyjść do niego na korytarz i natychmiast spełnić jego żądania. Wtedy on ma czas, bo przecież gdyby dziecko powtarzało klasę, byłby wstyd przed całą rodziną, sąsiadami, więc "niech nauczyciel już teraz coś wreszcie zrobi, gdyż to jest jego zas***y obowiązek".

Kiedyś Hanka, koleżanka matematyczka, miała podobną przygodę z rodzicem, który stwierdził, że wreszcie powinna ona zabrać się za tłumaczenie "tych nieszczęsnych" ułamków, bo jego córka ich nie rozumie i belferka ma tak długo tłumaczyć, aż Zuza to będzie dobrze umieć.

- Proszę państwa - zauważyła Hanka - tego typu ułamki są dokładnie ćwiczone w klasie czwartej, a my teraz jesteśmy w klasie ósmej.

- Właśnie, córka po to chodzi teraz do szkoły, by wreszcie się czegoś nauczyła i pani ma tak długo ćwiczyć, aż ona to zrozumie.

Koleżanka nie była w stanie wytłumaczyć ojcu, że córka ma tak duże braki, bo nigdy wcześniej się nie uczyła i rzadko bywała w szkole - a teraz ten chciałby nagle, by córunia się dostała do "dobrego" liceum. Wielka szkoda, że tatuś przypomniał sobie o tym dopiero w ostatniej klasie. W rzeczywistości córka nie umiała nawet dobrze czytać. Wprawdzie znała literki, umiała je złożyć i powoli wyartykułować, ale nie wiedziała, co dany wyraz znaczy - a to jest nic innego, jak tylko analfabetyzm wtórny w całej swojej krasie...

Niektórzy rodzice uważają się za osoby znające się właściwie na wszystkim, dlatego chcą, by nauczyciele wykonywali ściśle ich polecenia.

Jedni ostro zwracają uwagę, że dziecko dostaje stanowczo za dużo zadań, a przecież tak nie można przemęczać młodych ludzi. Inni krzyczą, że ich pociecha ma stanowczo za mało zadań, dlatego kiepsko zda egzamin, więc będą musieli znowu brać korepetycje. Jeszcze inni twierdzą, że nauczyciel wybrał stanowczo zły podręcznik, źle tłumaczy i na niczym się nie zna.

"...W klasie mojego syna tylko pięć osób startowało do matury, bo reszta uznała, że nie dadzą rady, a rodziców nie stać było na dodatkowe lekcje..."3. Dalej mama pisała tak:

"Nie podchodzą do matury, bo on ich niczego nie nauczył, gdyż jest kiepski i leniwy - wydaje mi się to trochę niesprawiedliwe".

A może ci uczniowie się po prostu nie uczyli, może byli za słabi i mieli jakiś problem z zapamiętywaniem dużej ilości materiału? Może byli to chłopcy o umysłach typowo ścisłych - praktycznych, nie zaś humaniści czy urodzeni językoznawcy?

Cóż, oczywiście mogło się też zdarzyć i tak, że przytrafił się im faktycznie "zły" nauczyciel - co nie oznacza, iż wszyscy nauczyciele właśnie tacy są. Nie można z góry zakładać, że wszystkiemu winni są uczący. Pewna grupa młodzieży powinna ukończyć szkołę zasadniczą (branżową), po której szybko mieliby pracę taką, która dawałaby im radość i satysfakcję. Nie każdy uczeń ma bowiem takie możliwości, by kończyć szkołę średnią i studia.

Nauczyciele przez cały czas się dokształcają, więc czytanie niektórych listów (podczas naszego strajku) było bardzo przykre, bo sugerowano w nich, że do zawodu nauczycielskiego idą tylko takie osoby, które się słabo uczyły i nigdzie indziej nie zostałyby przyjęte.

Oto fragment kolejnego listu:

"...Skończyłam wydział mechaniczno-energetyczny na Politechnice Wrocławskiej. Szkoła odnalazła mnie po zakończeniu urlopu wychowawczego: zaczęłam uczyć fizyki i jednocześnie dojeżdżać na kurs pedagogiczny z metodyką nauczania fizyki (Instytut Spasowskiego oddział w Koszalinie). W tej chwili ukończyłam studia podyplomowe z informatyki (Uniwersytet Wrocławski), matematyki (Uniwersytet Wrocławski), zarządzania oświatą (Akademia Ekonomiczna we Wrocławiu), oligofrenopedagogiki (AWF Wrocław), audytu energetycznego (Politechnika Śląska). Niezliczone szkolenia dotyczące różnych aspektów pracy nauczyciela..."4

Czy tak (jak wyżej) wygląda list motywacyjny tępej kandydatki do pracy w szkole? Czy doprawdy nikt nie chciałby jej przyjąć do żadnej innej roboty, gdyż z powyższego listu miałoby wynikać, że z żadną pracą by sobie nie poradziła? Czy może ktoś pomyśleć, że taka nauczycielka uczyła się wcześniej tylko dla siebie i wcale nie chce posiadanej wiedzy przekazywać uczniom? Mamy różnych nauczycieli, niemniej jednak jest duża grupa takich, którzy potrafiliby wiele nauczyć. Niestety, w polskiej szkole nie ma ku temu warunków. Dlatego tak bardzo potrzebne są zmiany dla dobra przede wszystkim uczniów, a oczywiście na tym też skorzystaliby nauczyciele.

"... Kocham pomagać innym i nie znoszę, gdy komukolwiek dzieje się krzywda (dlatego tak bardzo krytykuję reformę edukacji min. Zalewskiej)...

... W gimnazjum przez przypadek odkryłem, że dobrze tłumaczę zagadnienia z chemii, rozniosło się i tak już od pięciu lat uczę swoich rówieśników...

... poczułem, że chcę uczyć chemii i języka polskiego...

... zdecydowałem, że sam zostanę nauczycielem...

Na co dzień widzę, jak nauczyciele pracują. Dziś poniekąd sam tego doświadczam, prowadząc zajęcia dodatkowe dla uzdolnionych i potrzebujących pomocy w pobliskiej szkole podstawowej. Tak, to nieudacznik gimnazjalista został doceniony, zapewne nie do uwierzenia dla autorów reformy"5.

Tak pięknie pisał były gimnazjalista z Łodzi. Oczywiście byłby z niego wspaniały nauczyciel, jednak (wkrótce może jako ojciec, mąż) nie wiem, czy będzie w stanie pracować dla idei za "głodową pensję". Nie liczmy, że znajdziemy w dzisiejszych czasach kandydatów na kolejne "Siłaczki" wśród ludzi o zdrowych zmysłach.

Celowo cytuję tutaj te fragmenty listów, żeby ktoś potem nie pomyślał, że tylko ja jestem taka sfrustrowana. Pokazuję tu wprost, czym naprawdę jest praca nauczycieli w polskiej szkole.

Oto, dlaczego ludzie odchodzą najczęściej ze szkół (cyt. za ONET-em):

Ubóstwo szkół Płaca niegodna pracy Ciągłe udowadnianie, że jest się wart jałmużny - czyli ocena pracy Wieloletnie obniżanie rangi naszego zawodu Brak szacunku rodziców i dzieci do nas i równocześnie naszej pracy, gdyż nie dosięgamy do portfela rodziców Inwestowanie we własny warsztat pracy:doskonalenie zawodowe i pozyskiwanie nowych kwalifikacji,fachowa literatura i prenumerata czasopism,komputer, drukarka z bieżącym zużyciem tuszu,artykuły papiernicze na potrzeby szkoły i lekcji, pomoce naukowe.

Uczyłam kiedyś pewnego Jasia. Był prosty, trochę infantylny, nawet nie umiał poprawnie czytać, ale wiadomo było, że musi skończyć gimnazjum, więc wszyscy mu w tym naprawdę bardzo pomagaliśmy. Widzieliśmy, że początkowo nawet chciał się uczyć, ale sobie nie radził. Nie pomagały żadne korepetycje. Jednego dnia coś pamiętał, następnego zaś nic już nie wiedział na dany temat. Korepetytorzy i my byliśmy bezradni. Wprawdzie po gimnazjum wybierał się do zasadniczej szkoły zawodowej, lecz jego marzeniem była praca w firmie ojca. Podczas strajku spotkaliśmy się w sklepie, powitał mnie bardzo radośnie. Powiedziałam do mojej przyjaciółki - to mój były uczeń, grzeczny, sympatyczny. Jaś uśmiechnął się do nas, dodał "dzień dobry" i niestety, szybko zrozumiałam, że niepotrzebnie go chwaliłam:

- Czy wyście powariowali? - zapytał.

- Kto, Jasiu?

- No, jak to, kto? Wy, nauczyciele, jak można chcieć aż takiej dużej podwyżki? I to za co?

Zaniemówiłam... następnie uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie i odeszłam.

Do dzisiaj mi to dźwięczy w uszach.

Ludzie, czy wyście zwariowali? Za co?!

Jeżeli chodzi o korepetycje, to one były, są i na pewno będą nadal - lecz nie powinniśmy myśleć sobie niedorzecznie, że ogólnospołeczne bagno w sferze krajowej edukacji jest winą tylko i wyłącznie nauczycieli.

Koniec fragmentu

1 Jerzy Danton, Charaktery, Kraków, 1994 s. 9

2 Skala staninowa, tzw. "standardowa dziewiątka" - dziewięciostopniowa skala testu psychologicznego, tak znormalizowana, aby średnia w populacji wynosiła 5. Liczba jednostek skali wynosi 9 staninów. Jeżeli w naszej szkole najczęściej byliśmy w ósmej staninie, tzn. że młodzież zdawała egzamin z wynikiem między 89 - 95%. Wyniki egzaminów nie są podawane w ocenach tylko w punktach/procentach.

Najniższy < 4%

Bardzo niski 4% - 10%

Niski 11% - 22%

Nizej średni 23% - 39%

Średni 40% - 59%

Wyzej sredni 60% - &6%

Wysoki 77% - 88%

Bardzo wysoki 89% - 95%

Najwyższy > 95%

3 List matki do redakcji. Weźcie się do roboty zamiast strajkować, listydoredakcji@redakcjaonet.pl (8.03.2019)

4 List nauczycielki do redakcji, W reformie Zalewskiej chodziło tylko o jedno, pl (7.03.2019)

5 Listy do redakcji: Drodzy nauczyciele walczcie, strajkujcie, listydoredakcji@redakcja.onet.pl (24.02.2019)

Redaktor prowadzący

Michał Smętek

Okładka, skład, łamanie i konwersja

Ferratus

Ilustracja na okładce

robin2 / shutterstock.com

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66695-52-8

? Copyright by Manufaktura Słów 2021

? Copyright by Danuta Danton 2021

Wydawnictwo

"Manufaktura Słów"

Ferratus Michał Smętek

ul. Stefana Żeromskiego 32/315

81-369 Gdynia

kontakt@manufakturaslow.pl

manufakturaslow.pl