Ostatni dzień lata - Tadeusz Konwicki

Reflow text when sidebars are open.
Piały koguty. Łynda zbudził się i leżał chwilę pośród nocy, nie mając odwagi rozpoczynać dnia. Na szybach szeleścił miękki, zimowy deszcz. Stary stęknął, zwlókł się z łóżka, zapalił cicho lampę. Żona jeszcze spała. Szukając przyodziewku, potknął się o coś, co z hałasem szurnęło po deskach podłogi. Schylił się i wymacał buty, synowskie żołnierskie buciory. Podniósł je do światła, oglądał z gospodarską troską. Dobre jeszcze były, okute mocno, choć ze śladami intensywnego chodzenia, przekrzywione na zewnątrz, gdyż taki już krok miał Józek.
Znalazł szczotkę, pastę i począł je starannie czyścić. Zapamiętał się w tej robocie. Starł rdzę z podkówek, wyglansował przyszwy do pięknego połysku i oto teraz postawił je na podłodze, przyglądając się swej pracy. Przysiadł z trudem obok nich. Ustawił je "na baczność", aż szczęknęły okucia, potem "na spocznij".
- Co tam robi? - spytała nagle rozbudzona żona.
Odepchnął z gniewem buty od siebie. Powstał z ziemi, skrzypnąwszy kośćmi, jął się ubierać w milczeniu.
Deszcz przylgnął ciaśniej do szyby. Kiepski czas, posępny.
Później szedł do roboty znaną drogą. Minął kościół, w którym zapalały się kolejno okna. Drogą jechali chłopi furmankami na targ. Mimo ciemności rozpoznawali go, pozdrawiając głośno.
Gdy znalazł się na stacji, przejeżdżał właśnie pociąg towarowy. Poczekał więc, aż miną go ostatnie wagony, i wszedł do budynku. Krywko właśnie zamykał semafor. Nie powiedzieli sobie nawet dzień dobry. Krywko zabrał swój kuferek, podpisał się na raporcie i wyszedł.
Stary siadł za stołem, wyciągnął przed siebie dłonie i patrzył w szybę, po której spływały szare, ruchliwe strugi deszczu.
W południe przeszedł osobowy. Rozpogodziło się, więc Łynda, osłoniwszy oczy przed blaskiem słonecznym, spoglądał za pociągiem. Nagle posłyszał szmer spadających kamyczków ze zbocza. To Celinka biegła pośpiesznie, w samej tylko sukience, z chustką narzuconą na ramiona.
Zatrzymała się o dwa kroki przed nim. Dyszała jeszcze mocno, zmęczona widocznie biegiem.
- Gdzie Józiuk? - spytała po chwili.
Stary odwrócił się, odchodził wolno.
- Dlaczegoście go przepędzili? Ją trzeba było odprawić.
Dreptała natrętnie obok starego. Łynda milczał.
- Czy on wróci? Dwa lata na niego czekałam, czekałam...
Została bezradna przed progiem. Stary zatrzasnął drzwi za sobą.
Usiadł przy stole. Telegraf gaworzył niestrudzenie, a on patrzył za okno, na mokrą ziemię oblaną rumianym blaskiem słonecznym. Widział, jak dziewczyna wspina się po zboczu, jak z zarośli wychodzi jej na spotkanie młody Rumsza. Nagabuje, prosi, dziewczyna przyśpiesza kroku. Rumsza stara się schwytać ją za ramię. Celinka wyrywa się, biegnie szybko ku osiedlu, zasłaniając się białą, szczupłą ręką. Rumsza daje za wygraną. Staje w miejscu, chwilę patrzy za nią, a potem raptownie zrywa czapkę z głowy i rżnie nią o czarną ziemię.
Łynda wstał i zbliżył się do krat okienka. Stado wróbli czubiło się na kępce zeschłej trawy, gdzie zwykle stawały furmanki przyjeżdżające tu po gości.
Przed zmierzchem zapalił lampy semafora, wziął swój kuferek i ruszył w powrotną drogę do domu. Z nieba wolno sypały się duże, rzadkie płatki śniegu. Gdy przekraczał płachtę światła wypadającą z mijanego domu, zatrzymał się na chwilę i spojrzał w okno. Niczym nieosłonięte, ukazywało wnętrze izby. Młody mężczyzna, odwrócony tyłem do szyby, związywał włosy dziewczynie. Stary stał w miejscu zahipnotyzowany tym widokiem. Nagle nieznajomy zbliżył się do okna, by zasunąć firanki. Łynda porwał się niezdarnie do ucieczki.
Biegł jakiś czas ścigany wstydem, aż wreszcie zatrzymał się zmożony przez zadyszkę. Siadł ciężko na dużym kamieniu. Oddychał chrapliwie, z trudem. Przed nim byt kościół o stromym dachu gontowym. Śnieg pobielił już dzwonnicę, pod mrocznym okapem pełgało wątłe światło w oknach.
Odezwał się dzwon na Anioł Pański. Ksiądz wyszedł z zakrystii. Nakładając bobrową czapkę, spostrzegł siedzącego. Ruszył mu naprzeciwko z zamiarem pomocy, lecz Łynda wstał szybko z kamienia i prędkim, niepewnym kroczkiem skoczył przed siebie. Żeby skrócić drogę, wszedł na cmentarz. Pusto tu było i cicho. Drzewa stały nieruchomo w leciutkiej powłoce śniegu. Nieopodal wejścia rozpierał się okazały grobowiec. Pod owalem porcelanowej fotografii widniał napis wyryty w kamieniu: "Edmund Jackowski, pierwszy starosta Polski Ludowej...". Łynda zatrzymał przez chwilę wzrok na pogodnej twarzy z wypłowiałym, sepiowym wąsikiem. Ale zaraz ruszył dalej.
Szedł środkiem głównej alei. Patrzył przed siebie, prosto. Lecz w miarę zbliżania się do wrót wyjściowych zwalniał coraz bardziej kroku. Wreszcie stanął i namyślał się chwilę. Potem zawrócił, wszedł w boczną alejkę, minął kwartał wojskowy, gdzie leżeli żołnierze różnych nacji i różnych wojen. Dalej rozpoczynały się groby partyzanckie, dobrze utrzymane, ze śladami pamięci żyjących. Obok siebie leżały mogiły obu synów. Na jednej z nich tkwił zardzewiały, przestrzelony hełm żołnierski. Proste krzyże brzozowe, na nich ceramiczne fotografie chłopców i prawie jednakowo brzmiące tabliczki: "Waldemar Łynda zginął w partyzantce walcząc o wolność ojczyzny. 1943". "Konstanty Łynda zginął w partyzantce walcząc o wolność ojczyzny. 1944". Gdzieś w oddali grała harmonia.
Stary uklęknął, postawił obok siebie kuferek kolejarski. Oddychał jeszcze z trudnością. Szeroko rozwarte usta z cichym poświstywaniem łapały chłodne, wilgotne powietrze. Zakrztusił się kaszlem, mocował się z nim dłuższą chwilę, wreszcie jął omackiem szukać rękami oparcia. Dowlókł się pod najbliższe drzewo i usiadł na kamiennym słupku ogrodzenia znaczniejszego grobu. Kuferek został przed mogiłami synów.
Wyprostował zabłocone nogi. Śnieżne płatki opadały powoli, gasnąc na wilgotnej ziemi. Łynda przykrył dłonią zmęczone oczy. Z dołu, od stacyjki przybiegł przeciągły gwizd lokomotywy. Słychać było oddalone toczenie się żelaznych kół pociągu.
Łynda popadł w odrętwienie wywołane zmęczeniem. Resztką sił zdjął jeszcze czapkę. Nie zasypiając, począł śnić o minionym. Pod powiekami widział ten dzień przyjazdu i poszukiwań, a wszystko to było utopione w przeźroczystym, białym świetle i ledwo realne.
Pociąg towarowy toczył się żwawo przez stacyjkę osiedla. Krywko stał na żwirowanym peronie w przepisowej posławie. Obserwował leniwie długie lory, na których stał sprzęt wojskowy: kuchnie polowe, wozy amunicyjne i tabory. W pewnej chwili spostrzegł mężczyznę stojącego na schodku, który ująwszy węzełek w prawą rękę, szykował się do skoku. Krywko chciał krzyknąć ostrzegawczo, lecz było już za późno. Nieznajomy skoczył dość zręcznie, mimo to zatoczył się, podparł się węzełkiem, wzniecając tuman kurzu.
Krywce zdało się, że to Łynda wracający z więzienia. Poznał go po tym charakterystycznym zgarbieniu pleców, choć głowa przybyłego była pozbawiona włosów i jakoś zniekszłałcona w tym negliżu okrytym zaledwie odrastającą szczecinką.
Pogroził mu z daleka pięścią. Tamten krzyknął coś wesoło, prawie junacko i ruszył pod górę w stronę osiedla. Krywko wrócił do swych zajęć, ujął dźwignię semafora, która stała wtedy jeszcze przed budyneczkiem stacyjnym.
Tymczasem Łynda, prawie biegnąc, wspinał się drogą śród pól. Często przystawał, nie ze zmęczenia, lecz z ciekawości, oglądał się, by jeszcze raz rzucić okiem za siebie, na tę tak dobrze pamiętaną przez lata dolinę z nasypem kolejowym i dalej śród łąk płynącą Kołynią.
Ledwie wszedł do osiedla, już skądś wypadła dzieciarnia. Starsi, poznawszy go, rzucili się za nim, wrzeszcząc wniebogłosy:
- Bolszewik, bolszewik!
Łyndzie wydało się, że śród nich biegnie i jego najstarszy Waldek. Lecz śpieszno mu było. Przydał więc kroku, czym zdwoił uciechę dzieci.
Oto i Budy. Odnalazł dobrze znany domek z dykty i blachy. Niecierpliwie otworzył tandetną furteczkę wiszącą na skórzanych zawiasach. Zajrzał przez koślawe okienko do ciasnego wnętrza. Pusto. Obszedł więc domek z drugiej strony. Tu kobieta z pomocą dwojga dzieci rozściełała na trawie pasma płótna do bielenia.
- Józefowa! Gdzie mąż? - krzyknął Łynda.
Kobieta wyprostowała się.
- W turmie... A ciebie już wypuścili?
- Dawno go wzięli?
- Dwa lata będzie jesienią.
Łynda odwrócił się prędko i ruszył dalej. Prawie biegł teraz pustą drogą osiedla. Dzieci towarzyszyły mu uparcie w pewnej odległości. Zwolnił kroku dopiero koło chałupki Staniuków.
Z daleka zobaczył już otwartą na ścieżaj sień. Kot siedział na ławeczce przed domem, mrużąc oczy i przeciągając się. Obok stała beczka z wodą i kubek. Łynda napił się łapczywie wody, otarł czoło i wszedł do sieni.
Najpierw zdało mu się, że nikogo nie ma w izbie. Dopiero po chwili spostrzegł kobietę w czerni klęczącą przed obrazem. Zatrzymał się na progu dziwnie zmieszany. Stał tak i patrzył, jak kobiecina z niezwykłą powagą i spokojem modli się pochylona lekko do przodu. Widocznie odczuła jego wzrok na sobie, gdyż uderzywszy się jeszcze kilkakroć pięścią w piersi, przeżegnała się i powstała wolno z klęczek. W półmroku ciasnej izby ujrzał nagle jej zmienioną, pustą i bladą twarz. Patrzyła nań wyczekująco i nie wiedział nawet, czy go poznała.
- Gdzie Olek? - szepnął, wiedząc już, że pytanie to jest niepotrzebne.
Milczała.
Opuścił oczy.
- Zabili go w mieście, zbóje - rzekła nagle. - Na pierwszego maja go zastrzelili.
Milczał chwilę ze wzrokiem wbiłym w ziemię.
- A Jackowski jest? - spytał wreszcie.
- Mh - mruknęła Staniukowa.
Pędem wypadł z martwego domu. Biegł teraz środkiem drogi, nie słysząc nawet pokrzykiwania dzieciarni. Od rynku, do którego się zbliżał, płynęła skoczna, wesoła muzyka tatwo drążąca gorące, popielate powietrze.
Przed domem krawca Jackowskiego zobaczył najpierw furmanki strojne we wstążki i w zieleń. Jacyś jegomoście ciemno odziani chwiali się przy szłachetach ptotu. Ktoś spat w cieniu bzu. Na szyldzie mistrza krawieckiego wisiał zmięty, zakurzony kapelusz.
Domek drżał od muzyki i przytupu. Przy oknach, z zewnątrz, tłoczyli się ciekawscy przyglądający się zabawie, która działa się wewnątrz. Łynda uporczywie przepychał się do okna. Ustępowano mu miejsca niechętnie, ten i ów go poznał mimo lat i zmienionego wyglądu, ktoś coś szeptat, pokazując go oczami. Ale wszystkich absorbowała zabawa. Zwariowana, zapamiętała, szalona.
Łynda u jrzat sporą izbę we mgle kurzu, miotające się w poleczce pary spocone, oszołomione muzyką i gorącem. Pod ścianą stał stół, przy nim siedzieli starsi. Na poczesnym miejscu tkwił sam Jackowski, wodzący szczęśliwym okiem za parą młodych. Pannie młodej welon zsuwał się z głowy, wirował gdzieś pod sufitem.
Gdy Jackowski zwrócił w stronę okna twarz zdobną w skąpy wąsik, Łynda dał mu znak ręką, lecz gospodarz czknął w rękaw i w dalszym ciągu przyglądał się leniwie tańczącym.
- Na welon dla panny młodej - zaseplenił facet w rozpiętej koszuli, przysuwając Łyndzie kapelusz wpół napełniony srebrnymi monetami i niklowym bilonem.
Łynda pchnął go niecierpliwie, ten zatoczył się, posypały się pieniądze. Jackowski spojrzał z naganą.
- Chodź tu, chodźże - przywoływał go Łynda.
Gospodarz uznał wreszcie za stosowne ruszyć się z miejsca. Podszedł chwiejnym krokiem do okna, spocony, z przekrzywionym od pracy ramieniem.
- A, to ty? - zdziwił się bez przekonania. - Nie poznałem.
- Co z ludźmi, co z naszą komórką? - zasyczał niecierpliwie Łynda.
- Csss - Jackowski gibnął się w miejscu, kładąc palec na ustach.
- Gdzie drużba, dawać drużbę! - ryczał ktoś w pokoju.
- Drużba, puść pannę młodą!
Gospodarz odwrócił się w stronę izby z zamiarem interweniowania, lecz potknął się tylko, uciszył więc sam siebie i ujrzawszy ponownie Łyndę, rzekł rozwlekłym, konspiracyjnym głosem:
- Rozwiązali, nima nic, rozwiązali was, prowoków.
- Co rozwiązali? - Łynda schwycił go za koszulę na piersi.
Jackowski pochylił się.
- Partię. Csss.
- Kiedy? - jęknął Łynda.
Gospodarz wyprostował się nagle.
- Co mnie łapiesz? - uniósł się pijackim honorem. - Puść, dziadu.
Wyrwał się Łyndzie i zataczając się, ruszył do stołu. Naraz zajęczała wysoko muzyka, młodzi rzucili się do kujawiaka, a Jackowski, odnalazłszy jakąś szklankę, wzniósł ją wysoko do góry.
- Jackowski! Ty łżesz! Jackowski! - wołał oszalały Łynda.
Gospodarz w pijackim olśnieniu odwrócił się nagle ku niemu i wyciągnął przed siebie pięść ułożoną w figę.
Łyndzie sczerwieniał raptem świat przed oczami. W rozjuszeniu, jednym szarpnięciem wyrwał z zawiasów ramę okienną i cisnął nią w gospodarza. Posypało się hałaśliwie szkło, umilkła muzyka, powstał wielki krzyk.
Bawiący się i kibice rzucili się na Łyndę. Bronił się zajadle, bił po czerwonych, rozgrzanych mordach, lecz rychło obalono go na ziemię i zatratowano by, gdyby nie interwencja Krywki wracającego ze służby.
Uwolnił go z rąk weselników, osłonił sobą w nieprzyjaznym kręgu. Łynda podniósł się z ziemi. Stał, chwiejąc się, wpatrzony w tłum weselny. Z rozbitego czoła płynęła krew. Łynda gapił się bezmyślnie, przeżuwając widocznie swoją klęskę. Zrazu drżały mu rozpaczliwie usta. Następnie jednak wypłynął z bruzd twarzy jakiś dziwny uśmieszek i w którymś momencie pokazał Łynda bezzębne usta, pamiątkę wyniesioną z więzienia.
- Won! - wrzasnął Jackowski.
Łynda, nie śpiesząc się, rozpiął koszulę na piersiach, wyjął z zanadrza zwitek gęsto zapisanego papieru. Krywko zdążył rzucić okiem na pierwszą stronicę, gdzie wykaligrafowany byt pięknym pismem tytuł: "Manifest komunistyczny".
Wolniutko i starannie jął drzeć swą biblię więzienną, a gdy potargał ją na drobniutkie skrawki, cisnął je w oczy Jackowskiemu i weselnikom.
Krywko siłą wydarł go z tłumu. Od stada dzieci oderwało się trzech chłopaczków. Rzucili się pędem za dwoma mężczyznami odchodzącymi samotnie pustą, rozgrzaną ulicą.
Łynda macał się bezmyślnie po rozbitym czole. I oto raptem usłyszał tuż obok siebie cichy płacz dziecka. Jakieś malutkie łapki schwyciły go za nogawicę portek. Opuścił rękę i natrafił dłonią na chłopięcą, krótko ostrzyżoną głowę.
Zatrzymał się, wziął na ręce sześcioletniego chłopczyka i uniósłszy go wysoko do góry, zajrzał mu w załzawione oczy.
- Tato, to Józiek - rzucił najstarszy, szesnastoletni Waldek. - Urodził się zaraz potem, jak tatę wzięła policja.
Łynda postawił chłopca na ziemię.
- Do domu - mruknął.
Ruszyli przed siebie. Krywko klepnął go otwartą dłonią po plecach:
- Ech ty, bolszewik.
Łynda drgnął pod tym uderzeniem. Przygarbiony i posępny szedł koleiną, pociągając ociężałymi stopami.
Zbudził się nagle, przejęty jakąś zgrozą. Było zupełnie ciemno i śnieg już przestał padać. Na tle mętnego nieba ledwo rozróżniał zarysy krzyżów i żebrowania drzew. Gdzieś daleko przygrywała niegłośno harmonia.
Dotknął mokrej głowy. Stajały śnieg drobnymi kropelkami ciekł po skroniach. Podniósł się ze stęknięciem, odszukał kuferek pozostawiony przed grobami synów i znów na chwilę uklęknął, jakby przepraszając zmarłych.
Potem ruszył dalej. Szedł wolno, bez zbytecznego pośpiechu, a głos harmonii, zdawałoby się, błądził gdzieś wokół niego.
Zbliżając się do domu, spostrzegł, że w łaźni Krywków płonie ogień i w mokre powietrze wysypują się całe garście iskier. Odpoczął jeszcze przed furtką, a następnie wszedł do mieszkania.
Obrzucił je uważnym, badawczym spojrzeniem. Lecz wszystko byto po staremu, tylko buty synowskie stały tak, jak je rano pozostawił.
- Czemu tak późno? - spytała cicho żona.
Nie rozbierając się, usiadł bezwładnie na zydlu.
- Boże, co się stało? - zaniepokoiła się.
W odpowiedzi przymknął powieki.
Podbiegła szybko, dotknęła jego mokrej głowy.
- A gdzie czapka? Pewnie przestudził się?
W milczeniu poddał się jej troskliwości, gdy oswabadzała go ze starego, połatanego kożucha.
- Krywko pali w łaźni. Musi się wyparzyć... - szeptała żona.
Gdy szedł później przez podwórze do łaźni, posłyszał na ulicy bliskie i skoczne tony harmonii. Przystanął, gdyż zdało mu się, że w ciemnościach rozpoznaje sylwetkę syna śród ochoczej kompanii. Przeszli, niosąc ze sobą piosenkę żołnierską. Stary ruszył ku łaźni.
W łaźni było już kilku ludzi; smagali się wiennikami, leżąc na półkach. Krywko chlusnął wiadro wody na rozpalone kamienie. Gęsta para wzniosła się pod sufit, ktoś krzyknął na najwyższej półce.
Łynda namoczył w cebrzyku swój wiennik. Krywko odebrał mu go i zanim rozpoczął chłostanie, rzekł:
- On został tu, w osadzie.
A gdy stary nic nie odrzekł, dodał:
- Dali mu nawet robotę.
Zniecierpliwiony milczeniem starego, począł go chłostać ze złością. Nie mógł się jednakże powstrzymać, żeby mu nie przyciąć:
- Ty się zmarnowałeś i on się zmarnuje.
Łynda milczał.
- Taki już wasz los.
Dziwiła go jednak niezrozumiała wiotkość starego. Szarpnął go za ramię:
- Michał!
Łynda nie poruszył się.
- Michał, co tobie?
Łynda milczał.
- Ludzie, pomóżcie! - krzyknął naraz Krywko i zwlókł starego z półki.
W nocy spadł pierwszy tego roku śnieg. O szarym, mokrym świcie leżał jeszcze na polach niespojony z ziemią, lekki i niepewny. Łynda szedł w rozpiętym kożuchu. Szukał pilnie pod miękką bielą śladów drogi. Zgniewał go jakoś ten śnieg. Wkradł się nocą do osady, zwiastując smutną porę, czas długich, ciężkich godzin, kiedy przychodzi żal za niebyłym i strach przed tym, co będzie, co nastąpi nieuchronnie.
Ciało staje się jeszcze cięższe, ogarnia je lenistwo, ale nie to płynące z poczucia sity i sprawności, lecz gorsze, zrodzone z niemocy. Wzuwając buty, patrzy człowiek z bolesnym zdziwieniem na obnażone golenie własnych nóg. Kiedyś je okrywała jasna, mocna skóra, porosła młodym włosem. Potem niedostrzegalnie jęła ona cienieć, ukazując sine smugi żyt, słabła z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Patrzył w przerażeniu na ten dziwaczny proces własnego organizmu i nie dowierzał. Zdawało mu się, że jest to chwilowe, związane z przebytą niedawno chorobą i ograniczeniem życiodajnego ruchu. Twarde kędzierzawe owłosienie szedziało nagle, następnie gdzieś od korzeni wynurzała się białość, nijaka siwizna.
Każdy nakaz woli, każdy impuls biegnący ku kończynom grzęźnie gdzieś w miękkim ciele. Ciężkie nogi pozostają w bezwładzie i mocno trzeba się wysilić, by je poruszyć. Ten najbliższy przyjaciel, własny organizm, dobrze znany ze wszystkimi zaletami i ułomnościami, teraz trwa w uporze, sabotuje żądania umysłu, który pozostaje stale jeszcze w stanie sprawności.
Łynda wie, że czas ten należy przetrzymać. Minie duszny lęk, odejdzie smutek łzawiący oczy. Znajdzie się gorzkie pocieszenie wynikające z potrzeby trwania.
Para ulatująca z ust jest młoda jak za dawnych lat, choć wówczas powodował ją wielki wysiłek, a teraz wystarcza sam proces powolnego marszu. Wilgotne, ociężałe powietrze kładzie się na barki, które odczuwają łagodny, lecz trwaty ból. Teraz trzeba uważać, bo droga zbiega stromo ku niewidocznemu pod śniegiem nasypowi kolejowemu. Ogromna sita ciągnie ciało w dół, nogi nieporadnie i śmiesznie szukają oparcia w lekkim, ustępliwym śniegu. Biegał kiedyś pod tę górę z papierosem w ustach. Suchy dym gryzł podrażnione gardło, serce bito prędko i młodo. Łynda śmiał się wtedy z przestróg. Siły były w nim niewymierne, nie wierzył w starość, nie umiał starości, choć o niej dobrze wiedział, jak każdy człowiek, od kołyski.
Dokoła cicho. Nie krzyknie ptak, nie odezwie się skrzypienie starych drzwi, nie powieje wiatr szumiący w drzewach. Powietrze jest nieruchome, zakrzepłe i chłodne.
Oto i drewniane zabudowania stacyjki. Przy semaforze manipuluje Krywko. Opuścił na dół światło sygnalizacyjne, majstruje teraz przy lampie. Osłonił kominek szkła i dmuchnął w tłusty kopeć. Wygasłą latarnię wciąga do góry, pod ramię semafora, a winda skrzypi cicho i żałośnie.
Gdy Łynda zbliżył się, powitał go jak zwykle:
- Niech będzie pochwalony...
Przybyły nie odpowiedział. W milczeniu poszedł dalej, w kierunku ciasnych zabudowań stacyjnych. Krywko zabezpieczył windę, potem patrzył chwilę na linię torów biegnących gdzieś w nieznane. Otrzepał jeszcze buty i ruszył do domu. Na wzgórzu zatrzymał się, by spojrzeć ku stacyjce. W małych okienkach żółciło się wątłe światło.
Łynda, zapaliwszy lampę, począł sprzątać izdebkę dyżurnego ruchu. Ze starego stołu, gdzie stał oszpecony przez muchy, równie jak stół wiekowy aparat telegraficzny, strzepnął do szufelki resztki Krywkowego chleba. Zasunął płócienną firaneczkę na zakratowanym oknie. Za szybą było niebiesko, szare żyłki wilgoci pulsowały wzdłuż ram pachnących rozmokłym kitem.
Wygasający piecyk żelazny skrzypi niegłośno, przypominając staremu o swoim zapomnieniu. Łynda klęka ze stęknięciem na jedno kolano, rozbija ze znawstwem złocącą się bryłę węgla. Pozostało już tylko nakręcić zegar służbowy wiszący wysoko na ścianie. Łynda próbuje wejść na stołek, lecz szływne kości są oporne. Daje więc za wygraną. Przysuwa najpierw skrzynkę od węgli, staje na niej ostrożnie i dopiero teraz może wejść na stołek. Klucz wisi na sznurku obok zegara, pod białą tarczą ze strzelistymi rzymskimi cyframi szczęka metalicznie mechanizm.
Nim ukończył te wszystkie czynności, powietrze na dworze rozrzedziło się do tyła, że widać już było wyraźnie łagodny stok wielkiego wzgórza, z rzadka rozrzucone domostwa na obłej stromiźnie, w górze las świerkowy, a nad nim ciemną sylwetę dzwonnicy kościelnej, skąd wysupłał się teraz głos dzwonu, zbiegał tu, ku torom, grzęznąc gdzieś po drodze w miękiszu śnieżnym.
Łynda posłuchał przez chwilę dzwonienia, sprawdził jeszcze raz swój staroświecki zegarek z zegarem ściennym i usiadł za stołem. Ledwie dotknął papierowej tasiemki, gdy zagadał telegraf i drobna fastryga czerni ruszyła po białej wstążce.
Nie potrzebował czytać. Życie jego zrośnięte było z rytmem kolei. Wstał ciężko z krzesła i ujął za dźwignię semafora zainstalowaną pod drugim oknem. Sprawdził jeszcze, wspiąwszy się na palce, czy ramię sygnału uniosło się do góry. Potem zdjął ze ściany zawieszoną między gwoździami czerwoną chorągiewkę i wpatrzył się uważnie w daleki, mroczny jeszcze horyzont.
Jakoż po dłuższej chwili zabłysły tam dwa drżące światełka, rozległ się oddalony gwizd lokomotywy. Łynda wyszedł na peron, aby przyjąć poranny pociąg biegnący tu ze świata.
Biała, cierpka para pełzła po ziemi. W zaspanych oknach wagonu widać byto nieruchome sylwetki pochylonych w bezruchu ludzi. Trzasnęły gdzieś gwałtownie drzwi, przebiegło kilku uczniów bijących się zapalczywie teczkami. Pociąg ruszył ciężko w dalszą drogę. Łynda starał się nadążyć wzrokiem za uciekającymi oknami. Szukał w nich czegoś, jakiejś inności, nowego znaku innego życia.
Kiedy opuścił wzrok, spostrzegł przed sobą młodego mężczyznę w żołnierskim szynelu, z drewnianym kuferkiem i harmoszką w ręce oraz przewieszoną przez ramię parą mocnych żołnierskich butów. Patrzyli tak chwilę na siebie, wreszcie młodzian postawił bagaż na peronie i wziął starca w ramiona.
- Wcześniej zwolnili. Ot i wróciłem - mówił chłopak, całując ojca w rękę.
Łynda milczał. Pochrząkał trochę, zajął się zwijaniem czerwonej chorągiewki. Udawał, że nie spostrzega stojącej za synem dziewczyny. Trzymała ona ręce na podołku, zaciskając palce na słomianym uchwycie koszyka. Próbowała się uśmiechnąć, ale widząc, że stary unika jej wzroku, opuściła oczy.
Stary w milczeniu odwrócił się i ruszył do swego kantorku. Syn podniósł kuferek i rzekł:
- Nic się nie bój, on już taki jest. Chodźmy.
Łynda ostukał nogi ze śniegu i zamknął drzwi. Następnie usiadł za stołem i ciężko położył dłonie przed sobą. Trwał tak jakiś czas w bezruchu. A kiedy ukradkiem podniósł głowę, spostrzegł ich daleko za oknem, jak wspinali się po zboczu wzgórza, idąc ku osadzie. Dziewczyna koszykiem przyciskała do kolan poły płaszcza, chłopiec podał jej rękę, podtrzymywał ją, gdy osuwała się w kopkim śniegu. Zatrzymywali się co pewien czas, by złapać oddech, a wtedy on, zamaszysty, w rozpiętym niedbale szynelu, przekonywał ją gwałtownie o czymś, starając się przełamać statyczny, bierny niepokój dziewczyny.
Łynda patrzył za nimi, obserwował ich wspinanie się; gdy zniknęli za kępą olszyn, przeniósł wzrok na to miejsce, gdzie ukazać się mieli ponownie.
Ile razy zmienia człowiek w życiu mniemanie o swoim losie. W latach szczenięcych budzi się po nocach ze strachu przed nieznanym światem i niewiadomym tokiem swoich dni. Potem przychodzi zwycięski czas silnej młodości, gdy wszystko zdaje się takie proste i poczciwe, kiedy przychodzi ochota wytwarzać - jakże tatwo - nowe wartości. Spoglądamy wtedy z politowaniem na otaczające nas życie: jakież ono ubogie, ile nowego można by do niego wnieść; aż dziw, że poprzednie pokolenia na to nie wpadły i nie uczyniły tych najprostszych rzeczy. A później którejś nocy przychodzi pierwszy niepokój i tuż zaraz pierwszy lęk o to własne przekonanie. Gdy oczy zaczynają gorzej widzieć, a uszy słyszeć, klaruje się świadomość, rośnie przerażające uznanie dla tej najtrudniejszej prostoty świata, dla tych krystalicznych sto jów życia, które oddzieliwszy się od fusów i szumu, układa ją się czystymi warstwami. Niech błogosławiony będzie jednak czas niebieskich oczu i żywego tętna krwi, stawiony niech będzie czas młodzieńczego objawienia.
Starość przeklina swój rozum. Żeby trwać, umyślnie szuka smaku w goryczy, starannie rozciera na podniebieniu jałowe kęsy życia. Nie wszystkim dane jest spożywanie owoców swego zwycięstwa. Większość modli się po cichu, by móc, na przekór powszechnym prawom natury, jeszcze raz rozpocząć nowy cykl życia.
Dziewczyna i chłopiec w zielonym wojskowym płaszczu zbliżają się już do ciemnego kołnierza lasów, które otaczają szczyt wzgórza. Zagdakał nagle telegraf.
Stary porwał się zza stołu. Zapomniał o zamknięciu semafora. Dźwignia zacięła się, trzeba się z nią pomocować. A telegraf terkocze niecierpliwie i z gniewem.
Wkrótce przebiegł ociężale towarowy. Łynda odprowadził go wzrokiem i zamierzał już wrócić do kancelarii, gdy spostrzegł zsuwające się szybko ze wzgórza dwie drobne, czarne sylwetki. Chwilę przyglądał się im bacznie, usiłując rozpoznać śpieszących ku stacji, dał jednak za wygraną, posłyszawszy niecierpliwość telegrafu.
Jakoż wrychle nadbiegł Krywko z usmolonym workiem pod pachą, prowadząc córkę, Celinkę. Dziewczyna ubrana była pośpiesznie, na zaróżowionych policzkach lśniły ślady tez. Krywko posadził córkę pod oknem, a sam, sapiąc ciężko ze zmęczenia, uklęknął koto skrzyni z węglem. Łynda siedział przy stole, starając się nie zważać na ich obecność. Kiedy jednak uniósł głowę, spostrzegł natrętny, płaczliwy wzrok dziewczyny. Celinka oczekiwała wyjaśnień.
Łynda zajął się porządkowaniem papierów na stole.
- Widziałeś? Wrócił, ale nie sam - odezwał się nagle Krywko.
Łynda milczał.
- To jakże teraz będzie? - mówił Krywko, wkładając do worka co lepsze bryłki węgla.
Łynda wstał ciężko i podszedł do okratowanego okna. Śnieg tajał. Wielkie krople mieniącej się wilgoci spadały z dachu. Dymy osiedla gniecione ciężarem powietrza staczały się w dół, ku kolei.
Łynda milczał. Za jego plecami Krywko dał znak córce wzrokiem. Celinka podbiegła nagle do starego i schwyciwszy go za rękę, jęła ją całować szybko, gwałtownie, z płaczem. Łynda uwolnił gniewnie dłoń.
Dziewczyna stanęła pośrodku kancelarii z opuszczonymi rękami. Patrzyła bezradnie na ojca.
Krywko zawiązał porywczo worek, stuknął nim kilkakroć o ziemię i postawił go na zydlu.
- No, Łynda?...
Stary odwrócił się wolno, nie śpiesząc się, podszedł do ławy i rozwiązawszy worek, wysypał z powrotem węgiel do skrzyni.
- Tak - rzekł Krywko. - Chodź, idziemy, Celinka.
Zwinął sczerniały worek trzęsącymi się rękami, pchnął córkę ku wyjściu.
- Ech ty, bolszewik - rzucił jeszcze od progu.
Łynda został sam. Powrócił do okna. Zgrubiałymi, szływnymi palcami przebierał po stole, jakby chcąc ułowić niezdarnie śliską, cienką igłę. Krywko z córką wspinali się śpiesznie stromą ścieżką pod górę. Ojciec szedł pierwszy, z głową wciśniętą ciasno między barki, córka dreptała za nim. Dopiero teraz Łynda spostrzegł, że obuta była na przyboś w letnie pantofle. Dziewczyna przyciskała lewą dłoń do oczu.
Stary siadł ciężko za stołem. Nie zważając na terkot telegrafu, który niecierpliwił się tuż obok jego łokcia, wyciągnął przed siebie dłonie i wpatrywał się w nie w jakimś bólu i zadziwieniu.
Wczesny mrok powstawał znad rzeki. Śnieg stajał w ciągu dnia, tylko w załomach i szczelinach ziemi pozostały sczerniałe płachty. Łynda wracał z pracy. Szedł pod górę, zatrzymując się często dla odpoczynku. Stawiał wtedy na błocie swój kolejarski kuferek, a rękawem kożucha ocierał zimny pot z czoła.
Gdy wszedł między domy osiedla, banda wyrostków poczęła weń rzucać błotnistymi śnieżkami.
- Bolszewik, bolszewik! - wołali za nim jak dawniej.
Stary czuł pacnięcia śniegu na plecach, lecz nie oglądał się, żeby nie zachęcać dzieci do dalszej zabawy.
Minął kościół, nie zdejmując czapki. Z otwartych odźwierzy drewnianej świątyni wysypywało się mocne światło elektryczne. Widać tam było zwarty tłum nabożnych, a ponad ich głowami żółte płomyki świec przy głównym ołtarzu. Kilku wiernych, śpieszących do kościoła, obejrzało się za przygarbionym, bezbożnym starcem.
Oto i domek, w którym mieszkają Łyndowie. Niewielka, drewniana budowla przecięta poprzecznie na przestrzał sporą, mroczną sienią. Prawą część domku zajmują Łyndowie, lewą Krywkowie.
Stary otwiera furtkę. Spogląda chmurnie na Olka Rumszę, który kręci się tu widać już sporą chwilę i pogwizdując umownie, a natrętnie, poziera na okna Krywków.
Czyjaś niecierpliwa ręka wysadziła furtkę z zawiasów, więc Łynda musi jeszcze to poprawić. Odstawia kuferek na cembrowinę klombu. Z nagich gałęzi drzew spadają krople wody, rozbijając się na szływnej powierzchni kożucha.
Gdy wszedł do sieni i począł obstukiwać nogi z błota, otworzyły się gwałtownie drzwi wiodące do mieszkania Krywków. W jasnej łunie światła stanęła Celinka, ubrana odświętnie i ładnie. Usta nawet pomalowała, choć nigdy dotąd tego nie czyniła. Patrzyła nań wyczekująco, bez stówa.
Łynda minął ją w milczeniu i wszedł do swego mieszkania. Od razu spostrzegł tu obecność obcego. Domownicy zamarli w bezruchu, a on spoglądał kolejno na płaszcz kobiecy wiszący na szaragach, na czarne boty z zaschłym btotem, na torebkę leżącą obok talerzy. Ominął tylko wzrokiem przyjezdną dziewczynę, która podniosła się właśnie z łóżka, składając ręce na podołku.
Zd jął kożuch i powiesił go z dala od płaszcza dziewczyny, poszukał wzrokiem miejsca, gdzie stawiat zwykle swój kuferek. Byto tam teraz krzesło, a na nim suszył się kolorowy sweterek.
Usiadł przy stole. Żona jęła śpiesznie ustawiać talerze: jeden, drugi, trzeci, czwarty. Liczył je oczami, słysząc, jak syn w zdenerwowaniu wyciąga sobie z chrzęstem palce. Gdy Łyndowa przyniosła miskę z zupą, stary wstat nagle, zdjął ze stołu dwa talerze i otwarłszy okno, wyrzucił je do ogrodu. Trafiły widać na kamień, gdyż rozległ się wysoki, szklisty dźwięk. Od drzwi ich mieszkania odbiegły raptownie czyjeś spłoszone kroki. Spojrzeli wszyscy w tamtą stronę, a potem na ziemię. Chochla w ręce Łyndowej drżała niepokojąco.
Syn podniósł się z krzesła.
- Spodziewamy się dziecka - rzekł z trudem, zacinając się.
Stary jął siorbać nieśpiesznie zupę. Chłopak trwat tak chwilę w oczekiwaniu na odpowiedź, wreszcie huknął z wściekłością krzesłem i krzyknął do dziewczyny, której drżały usta:
- Zośka, ubieraj się!
Sam pochwycił swój żołnierski szynel, miotał się z nim, nie mogąc znaleźć rękawa.
- Gdzież wy pójdziecie w taką porę? - szepnęła matka.
- Znajdzie się miejsce na świecie - burknął syn, popychając ku drzwiom dziewczynę.
Na progu odwrócił się (harmonia na jego plecach westchnęła dysonansem) i rzekł w kierunku ojca siorbiącego pilnie zupę:
- Zostań sam, do mogiły cię zaniosą Stróże. Nas już nie zobaczysz.
Trzasnął drzwiami, aż zadzwoniły szyby w futrynach. I uczyniło się cicho, a jedynie słyszalne było to posiorbywanie starego Łyndy. Matka odwróciła się do pieca, ramiona jej podrygiwały dziwnie, potem wydobyło się stamtąd cieniutkie, nieśmiałe pochlipywanie. Stary jął siorbać głośniej, na złość.
Gdy wkroczył do sieni domu, spostrzegł, że Celinka stoi w progu drzwi, tak jakby nań czekała już dłuższą chwilę.
- Wyjadę do stryja - szepnęła.
Zatrzymał się, bokiem zwrócony do niej, przygarbiony.
- Pójdę do fabryki albo na jakieś kursy.
Po momencie namysłu skinął głową i wszedł do mieszkania. Żona na całym prawie stole bezwstydnie prasowała pieluszki. W pierwszej chwili chciał na nią huknąć, lecz szybko zrezygnował z tego zamiaru. Milcząc, powiesił kożuch, ustawił pod ścianą kuferek. Zaraz też, tknięty przeczuciem, poszukał oczami Józkowych butów. Nie było ich na zwykłym miejscu. Ukradkiem rozejrzał się po izbie, a nawet schyliwszy się ze stęknięciem, spojrzał pod łóżko. Żona zdążyła już wynieść buty.
Usiadł jak zwykle przy stole, czekając na obiad.
- Niech sprzątnie po sobie - burknęła agresywnie żona.
Zdumiony, przyglądał się jej jakiś czas, a następnie podszedł do komódki, by uładzić rupiecie w szufladzie, które rozpaprał wczorajszego popołudnia. Zawinął z powrotem gwiazdę z chleba w żółtą gazetę, uporządkował szuflady. Dopiero wtedy żona postawiła na skrawku stołu talerz z zupą. Jadł potulnie, żona wróciła do przerwanego prasowania. Twarz jej była zawzięta i zdecydowana. Pojawienie się na świecie najmłodszego Łyndy zmieniło hierarchię rodziny.
Pod wieczór ruszyli oboje z Celinką ku stacji. Stary niósł jej walizeczkę, a ona - węzełek. Przeszli cmentarz, przed kościołem Celinka pozostała na chwilę z tyłu i przeżegnała się szybko przed daleką drogą. Ksiądz stał właśnie na schodach przy wejściu, patrzył za oddalającymi się parafianami. Na skraju stromizny zatrzymali się, by po raz ostatni mogła Celinka spojrzeć na rozległą dolinę, prostą krechę kolei i czarną, jeszcze ciągle niezamarzniętą rzekę w dole. Gdzieś w osiedlu cicho odezwała się harmonia. Celinka, jakby smagnięta biczem, rzuciła się do przodu. Nie zważając na starego, lekko i miękko zbiegała drogą osuwającą się zakosami po zboczu. Za nimi, jak pijany złodziej albo kiepski szpieg, podążał Rumsza.
Ledwie zjawili się na peronie stacyjki, gdy szczęknął semafor i jego ramię uniosło się do góry. Z kancelarii wyszedł Krywko. Celinka postawiła węzełek na śniegu obok walizki. Następnie szybkim ruchem ucałowała ojcu i Łyndzie ręce na pożegnanie. W dalekim mrocznym lesie dudniły już koła pociągu. Rychło wycięły się z czerni dwa słabe świetlne punkty.
Usłyszeli nagle za sobą czyjeś gwałtowne siąkanie nosem. Łynda odwrócił się nieznacznie. O kilka kroków za nim stał młody Rumsza bez czapki, w samym tylko ubraniu, z szalikiem niedbale zarzuconym na szyję.
Nadjechał pociąg. Celinka do jednej ręki ujęła walizkę, do drugiej tobołek. Konduktor otworzył drzwi, pomagał jej wejść.
- Celinka, zostań! - wrzasnął naraz Rumsza.
Pociąg ruszył z wolna.
- Zostań! - krzyknął rozpaczliwie i skoczył, zataczając się, ku drzwiom wagonu. Biegł obok nich i wołał coraz bardziej rozpaczliwie:
- Celinka! Celinka!
Dziewczyna nie wyjrzała nawet oknem. Przy końcu peronu zatrzymał się zwrócony plecami do starych, przygarbił się i tak trwał, nie mogąc zapanować nad drżeniem barków.
Gdy przejechał pociąg i po drugiej stronie toru odsłoniła się skarpa, na jej krawędzi spostrzegł Łynda syna. Józek stał z przewieszoną przez plecy harmonią, z rękami w kieszeniach. Głowę miał pochyloną, jakby pilnie czegoś szukał w ziemi.
Rumsza nagle odwrócił się, dojrzał Józka.
- Bodaj cię diabli! - krzyknął, podnosząc pięści.
A potem w kierunku starego:
- Bodaj was wszystkich diabli wzięli!
I chwiejnym krokiem nietrzeźwego poszedł torami w kierunku, dokąd od jechał pociąg z Celinką.
Józek wy jął ręce z kieszeni, przebiegł palcami prawej ręki po guzikach harmonii, lecz dat spokój. Odwrócił się, ruszył ociężałym krokiem w stronę osiedla.
Milczący Krywko odszedł do pustego domu. Na stacji pozostał stary Łynda. Wszedł do kancelarii, strzepnął z raportów okruchy chleba, poprawił drutem ogień w piecu, zsunął w kąt zapomniany przez Krywkę worek na węgle.
Potem usiadł przy stole i wyciągnąwszy przed siebie ręce, patrzył w granatowe, okratowane okno. W osiedlu dzwon bił na Anioł Pański.
Wstawał świt. Zapiał jeszcze ostatni spóźniony kogut. Łynda leżał w łóżku opatulony szczelnie kołdrą i kożuchem.
Otworzył oczy. Zagarnął nimi kąt izby, sufit. Spróbował podnieść się na łokciach. Wyciągnął nawet rękę w kierunku spodni wiszących na oparciu. Lecz nie starczyło sił. Opadł z powrotem na poduszkę.
- Może dać jeszcze malin z herbatą? - usłyszał głos żony.
Potrząsnął głową przecząco.
Na szaragach wisi czapka kolejarska, nieopodal stoi kuferek. Łyndzie zdaje się, że na daszku czapki pełga jasny, biały płomyk. Późno już, najwyższy czas wstawać. Przemaga więc niemoc, podnosi się znowu na łokcie. Chwilę nasłuchuje, jakby oczekując przyboru sił.
- Nigdzie dziś nie pójdzie. Niech leży spokojnie - mówi żona, pochylając się nad blachą kuchenną.
Łynda kładzie się posłusznie.
- Może doktora zawołać? - pyta jeszcze żona, ale bez specjalnego przekonania, gdyż w domu tym medycyna nie cieszy się specjalnym zaufaniem. Stary zaprzecza gwałtownie głową.
Leżał chwilę spokojnie. Później wzrok jego przesunął się po ścianie i opadł ku podłodze. Stoją tu Józkowe buty. Pięknie oczyszczone, na noskach jarzą się rzęsiste bliki. Staremu zdaje się, że lewy przechylił się odrobinę na lewo i przytupnął niewiele, lecz chwacko, że sznurowadła zwinęły się jak dżdżownice.
Z wysiłkiem przechylił głowę nad krawędzią łóżka i wytężył wzrok. Buty drobiły w miejscu, leciutko, natrętnie i prowokacyjnie. Łynda patrzył tak chwilę, aż wreszcie wrzasnął:
- Zabierz te buty!
Rozległ się brzęk fajerek. Nadbiegła przestraszona Łyndowa.
- Co, jakie buty? - przeżegnała się śpiesznie.
Pobiegła oczami za jego wzrokiem. Posłusznie wsunęła buty za szafę, a później badawczo spojrzała na mężowską twarz. Stary osłonił się ramieniem. Wydawać się mogło, że drzemie lub patrzy w okienko, gdzie za szybą drżą cienkie i nagie gałęzie drzew.
Pod wieczór zwiększyła się gorączka. Łynda leżał w gorącej pustce, na której dnie kołysał się daleki dźwięk harmonii. Żona manipuluje koło pieca, a na zydelku, u wezgłowia, siedzi Celinka. Dziewczyna przyniosła tu kołowrotek. Drewniane koło kręci się szybko, pręty szprych biegną z wolna do tyłu i jest to dziwne, gdyż nie słychać furkotu, a tylko natrętny głos harmonii wtóruje temu ruchowi.
Dziewczyna spostrzegła, że się przebudził. Ogarnęła śpiesznie spódnicę na kolanach.
- Może Józiuka zawołać? - spytała.
Nie odpowiedział. Widział wyraźnie zawód w jej oczach. Poruszyła bezradnie czerwonymi ustami i naśliniwszy kciuk oraz wskazujący palec, jęła prząść dalej.
Do izby wszedł Krywko, widać wprost z roboty, bo z kuferkiem w ręce. Pochwalił Pana Boga, na co mu skwapliwie odpowiedziała Łyndowa. Zbliżył się do starego i patrzył nań dość natrętnie. Łynda odwrócił głowę.
- Z tobą to ja miałem i mam zgryzoty - westchnął Krywko.
Stary milczał.
- Widzisz - kontynuował Krywko - a on nie zajdzie, choć wie, że leżysz na śmiertelnej pościeli.
- To ja pobiegnę - wmieszała się Celinka, hamując ręką bieg koła.
- Siedź! - burknął ojciec.
Zafurczał ponownie kołowrotek. Dziewczyna pracowała z opuszczoną głową.
Krywko podszedł do Łyndowej i coś tam się naradzali z cicha. Krywko tłumaczył przekonywająco, stara zaś przytakiwała skwapliwie. Łynda zapatrzył się na zszarzałe od ruchu koło, powoli spadał w gorącą ciemność przesyconą cichą muzyką harmonii.
Kiedy obudził się nazajutrz, nikogo nie było w izbie. Na blasze kuchennej syczała gwałtownie para wydobywająca się z imbryka.
Ogień wesoło i popędliwie buzował za czerwonymi od żaru drzwiczkami. Łynda, zdziwiony, podniósł się na poduszce i rozejrzał po izbie. Za oknem gięty się pod naporem wiatru gałęzie drzew.
Naraz zastukały czyjeś nogi w sieni. Ktoś długo i starannie oczyszczał buty. Wreszcie otwarły się drzwi i do mieszkania wszedł ksiądz w białej komży, a za nim wystraszona, niepewna Łyndowa.
Ksiądz byt już sędziwy, lecz poruszał się żwawo, czerwone jego policzki porysowane były ściegiem fioletowych żytek.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Łynda milczał.
Proboszcz, niezrażony, podkasał komżę i usiadł na zydelku, który Łyndowa szybko przetarła fartuchem.
- No co, bolszewik? - spytał proboszcz. - Trzydzieści lat żyliśmy obok siebie i wreszcie się spotykamy.
Łynda nie odpowiadał.
- Józka ci chrzciłem, kiedy byłeś w więzieniu. Pewnie nawet nie wiesz o tym.
Łynda milczał uparcie, patrząc w jasne okno. Ksiądz postawił na stole naczynia z sakramentami.
- Wychowałeś go dobrze, nie ma co mówić. Bez ślubu żyje z dziewczyną, choć dziecka tylko patrzeć. W całej osadzie go pełno... Co to, nie chcesz ze mną mówić?
Łynda nie odpowiadał.
- To choć przez ostatnie sakramenty pogódźmy się, Łynda. Naubliżałeś mi w życiu nieraz, nadokuczałeś, bezbożniku, ale dla nas obu już pora...
Łynda po raz pierwszy spojrzał na proboszcza, i to jakoś wesoło, młodo.
- Pamiętasz, jakżem na pierwszego maja przed policją uciekł do kościoła i wlazł w organy? - spytał nagle.
- A ja cię dwa tygodnie potem wykląłem z ambony.
- Zaagitowałem sporo twoich wiernych.
- Ja im później dzieci chrzciłem - odciął się ksiądz.
Umilkli na chwilę, ujęci przez wspomnienia. Łyndowa skorzystała z okazji, żeby zapalić świecę na stole.
- Po co światło? - obruszył się Łynda. - Widno przecież.
Stara cofnęła się zmieszana.
- Wybierasz się w daleką drogę - upomniał proboszcz.
- Ani mi się śni. Jeśli chcesz, możemy pogadać, ale żadnego opium dla mas.
- Mam lepszych do rozmowy - obruszył się ksiądz.
- No to ich szukaj.
Ksiądz ściemniał na twarzy, porwał się z zydla i schwyciwszy ze stołu sakramenty, pokazał Łyndzie figę:
- O, masz!
I wybiegł z izby, a za nim przestraszona Łyndowa.
Stary ze stęknięciem przechylił się, wziął świecę ze stołu. Chwilę patrzył na jej chybotliwy płomyk, wreszcie dmuchnął. Z czarnego knota podniósł się czarny, wysoki kopeć.
Gdy Łyndowa, pochlipując, wróciła do mieszkania, stary leżał na boku i chichotał cichutko sam do siebie.
Obudziło go ni to miauczenie kota, ni to odgłosy ostrzenia piły pilnikiem. Rozbudzonemu nagle, dźwięki te wydały się do tyła dziwne, że przez jakiś czas nie mógł rozpoznać własnego mieszkania. Wreszcie usiadł na łóżku i dopiero teraz spostrzegł żonę pochyloną nad stołem, gdzie leżało coś niespokojnego i ruchliwego. Budzik wskazywał wpół do trzeciej po południu.
Później jadł obiad na samej krawędzi stołu, gdyż resztę powierzchni zajmował przewijany wnuczek. Stary spoglądał na żonę z niemym pytaniem domagającym się odpowiedzi. Lecz ona milczała, a gdy spotkali się czasem wzrokiem, patrzyła twardo i groźnie jak wilczyca.
Spróbował sękatym palcem dotknąć ruchliwej nóżki. Babka stanowczo odepchnęła jego rękę. Spojrzał na budzik, był już czas iść do roboty.
Gdy szedł ku kolei, niedaleko kościoła minęła go Józkowa ciężarówka. Zdało mu się, że za mokrą szybą łysnęły twarze syna i synowej. Potem zstępował ze wzgórza. Chłopcy na prymitywnych nartach otoczyli go niespokojnym rojem. Mijano go z radosno-zaczepnym pohukiwaniem, przecinano mu drogę w różnych kierunkach.
Nadjeżdżał pociąg idący do miasta. W ostatnim momencie Łynda przebiegł przed lokomotywą, by zdążyć na jeden z uroczystych w ciągu dnia stacyjnego momentów. Krywko stał już z rozwiniętą chorągiewką na peronie. Konduktorzy zatrzaskiwali drzwi.
- Łynda! Ej, towarzyszu Łynda! - usłyszał wołanie z któregoś wagonu.
Pociąg już ruszał. Na opuszczonym oknie rozpierał się nieznajomy w okularach. Chciał coś jeszcze zawołać, lecz zagwizdała lokomotywa, białe, gęste poduchy pary uniosły się spod kół pociągu.
- Mówił, że czeka na ciebie w mieście - wyjaśnił Krywko.
Łynda milczał.
- Pewnie jakiś naczelnik, a może nawet dyrektor - dodał Krywko, domagając się tym samym odpowiedzi.
Stary nie odpowiedział. Wrócili razem do kancelarii. Krywko zbierał się już do domu. Zamknął semafor, podpisał raport, wkładał teraz płaszcz. Łynda spostrzegł tymczasem znajomy worek napełniony węglem. Rozwiązał go i zawartość wysypał z powrotem do skrzyni.
Krywko na odchodnym postukał się znacząco palcem w czoło, popędliwie wsadził usmolony worek pod pachę i burknął:
- Ech ty, bolszewik...
Łynda został sam z szybko zapadającą nocą. Strzepnął okruchy ze stołu, zmiótł miał węglowy pod piecykiem, później spróbował wejść na stołek, by nakręcić urzędowy zegar. Ale nie dał rady. Musiał przysunąć skrzynkę i dopiero z tego stopnia pośrednio wydostał się na zydelek.
Później zbliżył się do kalendarza ściennego. Patrzył długo w czarną cyfrę, wreszcie zerwał kartkę. Następnie podszedł do okienka kasowego, przez które sprzedawali czasem z Krywką bilety nielicznym podróżnym. Zdjął czapkę, zza jej skórzanego otoku dobył dziesięć złotych i włożył je do metalowej skrzynki. Wyjął ostrożnie kartonik biletu z blaszanych uchwytów i chwilę manipulował przy datowniku. Odbił jeszcze późniejszą o dwa dni datę i wrócił do stołu. Uporządkował tu papiery i na czystym raporcie położył bilet. Sprawdził kilkakroć dzień odjazdu, stację kierunkową. Trwał w namyśle, patrząc na jasnobrązowy kartonik. Wreszcie zdobył się na decyzję. Ponownie odszedł do kasy i powtórzył manipulację biletową. Teraz na stole położył obok siebie dwa jednakowe bilety wyznaczające próbę wyjścia w daleki dlań świat. Zestawiał je razem, rozsuwał i patrzył na nie z rozterką. Za ścianą gdzieś cicho bił dzwon na Anioł Pański.
Uniósł wzrok znad biletów, spojrzał w zakratowane, granatowe okno. Na szybę spadały rzadkie gwiazdki śniegu, jakby zwabione tu ciekawością dla losu starego człowieka. Najtrudniej w ostatnich latach trwania ziemskiego pozbawić się życia i najciężej w nie wstąpić. Bezsensownymi zdają się porywy nowych zamierzeń na krawędzi przepaści, lecz czy nie warto im ulec?
Nazajutrz była niedziela. Łynda, wracając po służbie do domu, mijał odświętnie wystrojonych ludzi. Na parkanach pstrzyły się afisze zapowiadające popołudniowy występ humorystów ze stolicy.
Mieszkanie zdało mu się jakoś nieporządne, choć wszystko niby było na swoim miejscu. Zdziwiony nieobecnością żony, wyszedł do sieni, obszedł dom naokoło, zajrzał nawet do składzika. Nigdzie jej nie odszukał.
Wrócił więc, by posilić się przed snem. Zjadł, co znalazł pod ręką, i ciągle jeszcze zdziwiony poszedł spać.
Gdy zbudził się w porze obiadowej, leżał chwilę leniwie na łóżku, czekając, aż żona starym zwyczajem zawoła go do stołu.
W izbie byto jednak cicho, nie słyszał szmerów jej krzątaniny. Zdziwiony i zaniepokojony, siadł na pościeli i rozejrzał się po mieszkaniu. Piec stał wygaszony, obok imbryka leżała pokrywka, tak jak ją zostawił rano. Na stole kłuł oczy brudny kubek.
Stary rad nierad znalazł pajdę chleba, posypał solą i kontentował się jej smakiem, patrząc za okno, gdzie na śniegu kładły się rumiane refleksy zimowego słońca.
W końcu ubrał się i wyszedł na poszukiwanie żony. Już z daleka słyszał oddalony śpiew i bicie dzwonów. Najpierw więc zaszedł do kościoła. Właśnie procesja wpływała głównym wejściem do niskiej drewnianej nawy. Zmieszał się z tłumem, rozglądając się bacznie dokoła. Zdało mu się, że chustkę żony widzi w przodzie, więc począł się tam przepychać skwapliwie. Syknięto nań raz i drugi, wierni przyglądali mu się ze zdumieniem pełnym zgorszenia. W którymś momencie nawet proboszcz okryty pozłocistą kapą odwrócił się w jego stronę. Zdumiał zapewne księdza widok bezbożnika, gdyż kapłan zająknął się w pół słowa pieśni. Spotkali się na ułamek sekundy oczami. Ksiądz wzmocnił nagle głos, huknęły organy, włączając się w pienia.
Nie było tu Łyndowej. Stary wyszedł przed kościół, gdzie grupy młodzieży w salonowej rozmowie zabawiały się pod parkanem kościelnym. Nie spostrzegł nawet, kiedy znalazł się pod domem synostwa. Stanął przy drzewie, które dało mu osłonę w dzień porodu Zosi, i patrzył w błyszczące sinością okno na poddaszu.
Trwał tak, czekając nie wiadomo na co. Zmarzły wkrótce mu ręce i nogi, jął przytupywać dla rozgrzewki. Wreszcie ruszył przed siebie bez celu. Zainteresowało go spore zbiegowisko przed dużym i pokracznym budynkiem zwanym przez miejscowych mazonem. Mieszkali tu ponoć francuscy inżynierowie budujący bez mała sto lat temu kolej biegnącą przy osiedlu. W "mazonie" tym znajdowała się jedyna sala widowiskowa osiedla.
Za stolikiem obok wejścia siedział dziwny jegomość w wyliniałym futrze i sprzedawał bilety na warszawskie przedsławienie. Łynda stał chwilę przed "mazonem", mocno niezdecydowany. Ale perspektywa powrotu do pustego mieszkania nie wydała mu się powabna. Zbliżył się więc do stolika, zdjął czapkę i spod jej skórzanej otoczki wydobył pięć złotych.
Wkrótce znalazł się w zimnej, zatłoczonej sali. Zabrzmiał gong i roztworzyła się kurtyna z piskiem i niebezpiecznym falowaniem. Widać było pięty rozsuwających. Przy dźwiękach pianina i saksofonu wkroczył na scenę wyfraczony konferansjer. Zaczęło się jedno z dziwnych przedsławień, jakie jeszcze dość często widuje się na bardzo prowincjonalnych estradach.
Widownia nie była wymagająca, co chwila wybuchała wesołość. Śmiano się bezceremonialnie, każdy dla siebie, każdy za swoje pięć złotych. Łynda jął się ostrożnie rozglądać po sali. Na przodzie siedziała dzieciarnia, dalej młodzież, a na końcu ciekawscy różnego autoramentu. Stary ślizgał się wzrokiem po wesołych, pełnych satysfakcji twarzach i nagle drgnął. W przedostatnim rzędzie siedział Józek z Zosią. Trzymali się za ręce. Józek śmiał się, Zosia przypatrywała się przedsławieniu rzeczowo i poważnie. Nieopodal podpierali ścianę kompani Józka z niedawnych pijatyk. Widocznie bolał ich fakt zdrady prowodyra, gdyż trącając się łokciami, pokazywali sobie tę parę, nie szczędząc wzgardliwych uśmiechów.
Stary spoglądał na nich jakiś czas, a potem raptownie wstał z ławy i ruszył ku wyjściu. Kasjer za stołem, niebaczny na fajerwerki humoru wybuchające ze sceny, liczył spokojnie i z dużą starannością mocno potargane banknoty.
Łynda prawie biegiem puścił się mroźną drogą. Musiał wkrótce zejść na bok, gdyż minęło go wesele, huczne, hałasujące brazgunami. Otrzepał nogawice ze śniegu i podreptał dalej. Z daleka już zobaczył, że okno jest oświetlone. Zwolnił kroku, jakby straciwszy odwagę. Przy furtce zatrzymał się na chwilę, by jeszcze raz otrzepać spodnie, choć to było niepotrzebne.
Powolutku wchodził na schody. W pół piętra przystanął dla schwyłania oddechu. Przygładził wąsy, obciągnął kożuch i uczyniwszy jeszcze kilka kroków, zastukał do drzwi. Zgodnie z jego oczekiwaniem otworzyła mu żona. Zdziwiona, nie odstąpiła od progu, by uczynić mu miejsce do przejścia. Lecz w tym momencie odezwał się z głębi pokoju płacz dziecka. Rzuciła się niespokojnie w tamtą stronę.
Nie rozbierając się, poszedł za nią. Usiadł na krześle i patrzył w milczeniu, jak rozwiązywała becik.
- A gdzie Józiuk? - spytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Żona nie odpowiedziała. Uwolniła małego z powijaków. Leżał z nagimi nóżkami na białych płachtach.
- Niech przypilnuje - burknęła i poszła do kuchenki.
Stary patrzył ciekawie na tę drobinę krzywiącą się w jakimś niezadowoleniu. Chciał się o coś oprzeć, trafił łokciem na harmonię. Ujął ją w ręce, odpiął zapinkę i jednym palcem zagrał "Wlazł kotek na płotek". Malec posłyszał muzykę. Chwilę szukał jej w suficie, wreszcie zwrócił się ku staremu. Przebierając gwałtownie i bez specjalnego sensu ciemnoczerwonymi nóżkami, wlepił w dziadka czarne, świecące oczka. Łynda jeszcze raz przebiegł palcem po guziczkach instrumentu. Ruchliwe usta dziecka ułożyły się w gapiowaty uśmiech. Powoli, w drobnych drgnięciach twarz dziadka wypogadzała się, ruszyły się nastroszone wąsy.
Weszła babka z kubeczkiem pełnym rumianku w ręce. Nie spojrzała nawet na starego, który raz jeszcze wydobył kilka tonów z harmonii Józka.
Łynda zasiedział się i nie spostrzegł nawet, kiedy wrócili syn i synowa. Rozebrali się z płaszczy w przedpokoju, hałasując, i gdy weszli do pokoju, stanęli skonsternowani w miejscu. Zosia udała, że go nie zauważyła, podbiegła szybko do dziecka, wzięła je na ręce i poczęła karmić piersią, a Józek patrzył na ojca chwilę w milczeniu, wreszcie bez słowa wyszedł do kuchenki. Ojciec zdążył spostrzec, że syn ma na nogach wyczyszczone przez niego żołnierskie buciory.
Stary wstał, cichutko odłożył harmonię i na palcach przedostał się do drzwi. Wymknął się na schody, stamtąd na drogę. Szedł śpiesznie, gdyż zbliżał się już zmierzch.
Zbliżała się godzina trzecia po południu. Łynda grzebał w komódce śród starych rupieci i papierów. Żona co chwila spoglądała niespokojnie to na zegar, to na męża. Dreptała po izbie, szurając sprzętami, i widać było, że na coś czeka. Stary odnalazł zżółkłe zawiniątko papierowe. Ostrożnie rozwinął rozsypującą się gazetę i na jej dnie ujrzał gwiazdę pięcioramienną uformowaną z chleba, a na jej odwrocie napis zapuszczony atramentem: "Więzienie, Św. Krzyż. 1937". Sylabizował go, bezgłośnie poruszając wargami, później położył gwiazdę na dłoni, przyjrzał się jej z pewnej odległości.
- Nie wychodzi jeszcze do roboty? - spytała mocno już zaniepokojona Łyndowa.
- Nie - mruknął, odczytując raz jeszcze ze skrawka gazety wiadomość o buncie więźniów w słynnym więzieniu karnym.
Żonie, widać, było śpieszno, gdyż ukradkiem narzuciła ciepłą chustkę na plecy i wymknęła się z domu. Łynda, choć niby zajęty swoimi wspominkami, bacznie obserwował jej poczynania z ukosa. Teraz jak mógł najszybciej skoczył do okna, lecz potknął się na synowskich butach. Gdy dobiegł do szyby, żona znikła już między domami.
Nie sprzątnąwszy nawet po sobie, ubrał się szybko w kożuch, chwycił kuferek i ruszył ku drzwiom. Z progu jeszcze ogarnął wzrokiem izbę. Buty Józka leżały przewrócone koło łóżka. Wrócił więc na chwilę, podniósł je i ustawił równo pod ścianą, przetarłszy przyszwy rękawem kożucha.
Wybiegłszy na drogę, wiedział już, gdzie ma szukać żony. Minął Rumszę, który nadciągał już, aby zająć swoje miejsce na posterunku przed oknem Celinki. Poszedł tą samą trasą co wczoraj, gdy śledził syna i synową. Wkrótce ujrzał przed sobą żonę potykającą się w kopkim śniegu. Drogą przelatywały gęsto sanie jęczące brazgunami. Nie oglądając się, parła z całych sił przed siebie.
Gdy zniknęła w domu, gdzie mieszkał syn, stary ukrył się za ośnieżonym pniem drzewa. Spoglądał uważnie ku oknu poddasza, lecz było ono martwe, odbijało gasnące światło dnia.
Po jakimś czasie wyszedł z tego domu niemłody już jegomość z lekarską walizeczką w ręce. Przystanął w furtce, przetarł zapocone na zimnie okulary. Spojrzał w stronę okna na poddaszu i ruszył śpiesznie ku osadzie.
Łynda puścił się w pogoń za nim. Na moment stanął jeszcze pośrodku drogi niezdecydowany. Gdy go wreszcie dogonił, rzekł, patrząc w bok:
- Dzień dobry, panie doktorze.
Lekarz odpowiedział machinalnie:
- Dobry wieczór.
I nie spojrzawszy nawet na Łyndę, ponownie przetarł grube szkła okularów.
Stary skłonił się baranią czapką i zawrócił. Okno syna mżyło już słabym blaskiem, lecz osłonięte było firanką. Łynda po długich wahaniach wszedł na schody. Stąpał ostrożnie, żeby nie skrzypiały, przytrzymywał się z całych sił poręczy. Jeszcze trzy stopnie i oto drzwi. Oddychał ze świstem przez ściśnięte wargi.
Zrazu nic nie było słychać, dopiero po chwili rozległ się leciutki płacz dziecka jak ciche miauczenie kota. Stary zbliżył ucho do desek drzwi, chciwie łowił odgłosy dobiegające z mieszkania.
Jakieś auto zatrzymało się przed domem. Łynda chciał już zbiec na dół, gdy posłyszał czyjeś szybkie kroki najpierw w sieni i po ułamku sekundy na schodach.
Skoczył na przeciwległą stronę podestu, do wątłych drzwiczek stryszku. Przyparł plecami chropowate deski. To był Józek. Syn lekko wbiegł po schodach i niecierpliwie zastukał do drzwi. Otworzyła mu stara Łyndowa. Skoczył szybko w jasną czeluść. Żółty prostokąt światła elektrycznego wypadł na podest, objął nogi starego. Żona popatrzyła uważnie w kierunku, gdzie stał ciasno zespolony ze ścianą, tłumiąc uparte sapanie. Zdało mu się, że go spostrzegła, że umyślnie trzasnęła drzwiami.
Nie słuchając już radosnego gwaru, który wybuchł w mieszkaniu synostwa, zszedł ciężko na dół. Przed domem stało auto ciężarowe spółdzielni, którym jeździł Józek. Stary bezmyślnie dotknął blachy pod kożuchem zarzuconym na chłodnicę. Z cichym sykiem cofnął palce. Dobrze musiał się śpieszyć Józek do domu.
Skracając drogę, przeszedł cmentarzem. Biało tu było i cicho. Na ramionach krzyżów leżały ciepłe czapy śniegu. Z okien kościoła biło jasne światło przemieszane z posępną melodią pieśni.
Gdy schodził w dół, ku kolei, zerwał się skądś wiatr, zagarnął z ziemi wielki tuman ponowy.
Wolno wlokły się wieczorne minuty na stacji. Wiatr wzmógł się, jęczał w przewodach, gwizdał w rurze piecyka, walił w szybę garściami lekkiego śniegu. Stary grubym ołówkiem rysował na czystej kartce papieru dom z dachem dachówkowym, drzewa obok, staw z sitowiem, krzywy płotek przy drodze. U góry wykaligrafował pyzate słońce i kędzierzawy obłok. Wiatr zatomotat do okna. Łynda wstat, spojrzał przez kratki. Na semaforach mrugały czerwone ogniki. Usiadł znów za stołem.
Raptem za jego plecami otwarły się drzwi i do kancelarii wpadła zdyszana, zaczerwieniona Celinka w rozpiętym paletku. Na włosach jej niczym nieosłoniętej głowy leżały drobne gwiazdki śniegu. Stała chwilę pośrodku izby milcząco. Dyszała z wysiłku.
- Czy tato nie zostawił rękawic?
Rozejrzał się po zydlach. Nigdzie nie byto Krywkowych rękawic i nie po to przybiegła tu Celinka. Stała długi moment nieruchomo, twarz jej gasła z wolna, poczynały drgać usta. Stary zezował w jej stronę kątem oka.
Nagle przypadła do jego piersi i rozpłakała się gorąco, rzęsiście. Szlochała spazmatycznie, szarpiąc poty jego kożucha, jakby chciała w ciepłym futrze ukryć swoją rozpacz i swoje zawstydzenie.
- Co ja teraz zrobię ze sobą? Jak mam żyć... jak żyć...
Stary gładził ją po głowie, nie mogąc znaleźć w sobie należytego stówa. Pod dłonią czuł wilgoć tających ptatków śniegu.
Rano, kiedy nadjechał pociąg osobowy, zdał Krywce służbę i ruszył do domu. Podróżnych byto niewielu. Jakiś wąsaty, tęgi jegomość z mnóstwem pakunków ulokował się w saniach i brzęcząc brazgunami, odjechał drogą obok torów. Padał rzadki, lecz dokuczliwy, deszcz. Po północy bowiem wiatr przycichł, mróz zelżał i zaczęło kropić.
Ledwie Łynda pokonał pierwszą stromiznę, gdy posłyszał za sobą czyjeś kroki. Odwrócił się. Za nim szedł jakiś mężczyzna, sądząc z ubrania - miastowy. Wysiadł zapewne z pociągu, ponieważ teraz na mokrym chłodzie garbił się, szukając ciepła w jesionce. Pod pachą dźwigał ciężką teczkę.
Kiedy zrównali się, nieznajomy przyjrzał się przenikliwie staremu i zapytał:
- Ojczulku, gdzie tu będzie Komitet Powiatowy?
- Za kościołem, przy rynku - odparł stary i zatrzymał się, żeby odsapnąć.
Podróżny też przystanął, wydobył pudełko papierosów, poczęstował nimi Łyndę. Stary wziął ostrożnie cygaretkę w dwa palce, przypalił starannie. Nieznajomy przez cały ten czas przyglądał mu się bacznie poprzez szkła okularów. Widać nawykł gruntownie poznawać ludzi, nawet tych spotykanych przelotnie.
Zaciągnęli się obaj dymem, patrząc w dół, ku czarnej rzece za koleją. Drobne kropelki deszczu siekły w twarz.
- Ja was skądś znam - rzekł naraz podróżny.
Stary wzruszył ramionami i odwróciwszy się, splunął na bok, by ukryć niezrozumiałe zmieszanie.
- Nie siedzieliście w piotrkowskim więzieniu? W trzydziestym czwartym?
Łynda milczał chwilę, wreszcie rzekł wolno:
- Siedziałem.
- Pamiętam, trzymali was przez cztery dni w karcerze. Cała komuna wtedy protestowała.
Wilgotne papierosy paliły się leniwie. Podróżny obiegł nerwowo wzrokiem jego kożuch, kolejarski kuferek i baranią czapkę.
- A teraz? Co dzisiaj z wami?
Łynda, nie odpowiadając, ruszył w dalszą drogę. Nieznajomy potknął się raz i drugi, ślizgał się na gołoledzi, lecz dotrzymywał mu kroku.
- No, pytam was przecie?
- Szesnaście lat się stąd nie ruszałem.
- Od wyjścia na wolność?
Milczenie starego było potwierdzeniem.
- Pobożni u was ludzie - skomentował podróżny, gdy mijali kościół pełen wiernych. Słychać było stamtąd szklisty dźwięk dzwonków ministranckich.
Łynda nie odpowiadał.
- Nigdy nie szukaliście nas, swoich?
Stary milczał. Rozmowa się urwała. Tak doszli do budynku Komitetu Powiatowego.
- To tu - rzekł Łynda.
- Dziękuję wam, towarzyszu - nieznajomy wyciągnął rękę. A po krótkim namyśle dodał, przytrzymując dłoń starego: - Przyjedźcie kiedy do Białegostoku, znajdziecie mnie w Komitecie Wojewódzkim. Porozmawiamy, powspominamy.
Łynda skinął głową. Patrzył jeszcze jakiś czas za oddalającym się śpiesznym kroczkiem nieznajomym, który zniknął w budynku Komitetu.
Któregoś dnia Łynda postanowił wstać. Przez szybę spadał na łóżko prostokąt słonecznego blasku i było w izbie jakoś weselej. Stary zwlókł się z pościeli, odział się i spojrzał w lustro. Ze szklanej tafli wyjrzała nań twarz wychudła i blada, zarośnięta pokaźną brodą. Żony nie było w domu, więc śpiesznie nałożył kożuch i nie ogoliwszy się nawet, chyłkiem wymknął się na drogę.
Zadziwiła go zmiana w przyrodzie. Wszędzie leżał gęsty, dorodny śnieg, świeżo widać spadły i nieprzetarty. Skrzył się w słońcu pogodnie.
Młody Rumsza kręcił się tu jak zwykle. Lepił małe kule śnieżne i ciskał nimi w okno Krywków. Zamajaczyła tam przez moment dziewczęca głowa, lecz później szyba znów była chłodna i niebieska.
Stary szedł powoli, rozglądając się bacznie dokoła. Przed kościołem stał proboszcz dyrygujący oczyszczaniem ścieżek ze śniegu.
Łynda ukłonił mu się baranią czapką nisko i zaczepnie. Proboszcz nie poznał go z daleka, więc osłonił oczy przed światłem i patrzył uważnie, a rozeznawszy się wreszcie, wzruszył lekceważąco ramionami.
Chłopcy na nartach z klepek beczkowych zjeżdżali śmiało w dół, ku kolei. Mijali z radosnym pokrzykiwaniem zdążającego na stację starego Łyndę.
Kolejarz przystawał często, żeby odpocząć. Spoglądał wtedy w dół, ku rzece za koleją. Płynęła wartko śród bieli śniegu, ciemna, poryta zaciekami blasku.
Gdy wszedł do budynku, Krywko właśnie telegrafował. Z rusztu piecyka wysypywały się na blachę czerwone węgielki omszone siwym popiołem. Łynda usiadł pod oknem. Krywko notował coś w wykazie. Stary odgadł z jego ruchów, o co chodzi. Wstał ciężko i zbliżył się do dźwigni semafora. Ale Krywko ubiegł go.
- Zostaw. Po coś tu przylazł?
Łynda siadł z powrotem i rozpiął kożuch. Wkrótce zaturkotał pociąg. Krywko wyszedł na peron, a za nim Łynda. Potem w tej samej kolejności wrócili do kancelarii. Krywko zamykał semafor, a stary odtelegrafował przebycie pociągu.
Krywko, ukończywszy swe zajęcia, wydobył pajdy chleba obłożone słoniną. Rozłamał je statecznie na pół i jedną część, sprawiedliwą, położył na stole przed starym.
- Masz, jedz. Pewnie ci jeszcze nie wolno wychodzić?
Stary patrzył na chleb, ale go nie ruszał. Z góry, od osiedla, nadbiegał tu przeciągły, za jąkliwy głos dzwonu kościelnego, obwieszczającego południe.
O zmierzchu Łynda wracał sam do domu. Szedł wolno, zamyślony i niezbyt wesoły. Podniecenie, wynikające z radości rekonwalescencji, już go opuściło. Nie na długo wykręcił się temu, czemu każdy podlega. Omsknęła mu się noga, zawisł nad przepaścią, lecz jednak jakoś zebrał siły i tym razem się udało.
Posłyszał naraz harmonię. Grała gdzieś tu blisko, skryła w czerni nocy. Wabiła ciepłym tonem, żałosną tęsknotą. Przyśpieszył kroku. Szedł uparcie za jej głosem, aż trafił przed oświetlone okna gospody. Stanął tu i słuchał chciwie. Czuł bliskość syna i nie mógł się jej oprzeć.
Zbliżył się więc do szyby, lecz była zamarznięta. Przez szreń bogatą jak paproć dostrzegł tylko zatarty blask lampy i ciemny rysunek bufetu. Wreszcie zdecydował się, nacisnął klamkę.
Salka była prawie pusta. Przy jednym stoliku siedziało kilku młodych ludzi nad flaszką wódki. Józek stał obok kontuaru, wsparty oń, śpiewał, akompaniując sobie na harmonii. Na drugim końcu bufetu rozpierał się młody Rumsza. Przed nim stały: szklanka czystej, talerzyk z dzwonkiem śledzia i kufel piwa.
Józek, ujrzawszy ojca, wzmocnił śpiew. Jego kompani zorientowali się natychmiast, o co chodzi. Umilkli nagle, spoglądali koso na starego, który zakręcił się niezdecydowanie w miejscu, nim usiadł w cieniu, koło pieca.
Józek skończył pieśń, któryś z kompanów podskoczył usłużnie ze szklaneczką. Chłopak wypił gładko i resztą zamaszyście chlusnął na podłogę. Oparł się znów na kontuarze. Bufetowa z objawami niechęci odsunęła jego łokieć od czystych kufli do piwa.
Zaśpiewał nową piosenkę. Wolno, w takt muzyki, zbliżył się do ojca. Wreszcie stanął nad nim, wzmocnił posuw miecha. Przed oczami starego migały niklowe okucia instrumentu.
Wszyscy zwrócili się z ciekawością ku Łyndom. Rumsza odłożył dzwonko śledzia, które unosił do ust.
Józek nagle z hałasem zamknął harmonię, urwawszy w pół taktu. Ojciec widział tuż przed sobą jego zamglone alkoholem oczy.
- Wypędziłeś mnie, pogodziłeś się ze wszystkimi - rzekł przeciągle chłopak. - To i dobrze, bardzo dobrze. Nikt do mnie gęby nie otwiera, uciekają jak przed skaciną. To i dobrze, bardzo dobrze.
Stary milczał, siedząc nieruchomo.
- Mam kompanię - bełkotał Józek. - O, patrz, siedzą tam, jak krzyknę, zaczną tańczyć. Bo za moją gotówkę piją.
Łynda milczał.
Józek pochylił się, odurzając starego cierpkim wódczanym oddechem.
- Za co ty mnie wypędziłeś? Czy za nieposłuszeństwo? Czy za dziewczynę, co ją przywiozłem? Czy za to, że żyjemy bez ślubu?
Rumsza zaśmiał się dziwnie przy kontuarze. Józek zdawał się nie słyszeć tego. Patrzył chciwie i z uporem w oczy starego. W kącikach jego ust zakrzepły krople piany.
- Ech, przegrałeś ty wszystko; zdradziłeś sam siebie, kiedy wreszcie wyszło na twoje...
Łynda począł się szamotać z niemocą. Próbował wstać, chciał uderzyć Józka, lecz opadł z powrotem na krzesło. Józek nie widział jego daremnych wysiłków, gdyż wierzchem dłoni wycierał oczy.
Nagle wyprostował się, przebiegł palcami po czarnych guziczkach.
- Chewra, tańczyć! Czeczotka! - wrzasnął.
Rozległ się hurkot odsuwanych krzeseł. Kompani jęli drobić stopami po zabłoconej podłodze. Józek rozciągał do końca miech harmonii. Stary mimowolnie opuścił wzrok na jego nogi i spostrzegł, że Józek przytupuje sobie do rytmu starym, wykrzywionym i mocno już znoszonym kapciem. Harmonia chrypiała coraz śpieszniej. W pustej i nienadzwyczajnie oświetlonej sali kołowali w błędnym pijackim tańcu.
Józek zmordował się rychło. Oparł się ciężko na bufecie, harmonia, jęknąwszy, zwisła mu z ręki.
- Ty wyjedź stąd. Nie ma tu dla ciebie miejsca - rzekł powoli Rumsza.
Józek Łynda uniósł głowę.
- A dokąd?
- Z powrotem do wojska albo na zachód...
Józek odłożył harmonię i podszedł do Rumszy. Nie uprzedzając, schwycił go za nos.
- Odwal się - warknął Rumsza, wyswobadzając się z poniżającego uchwytu.
- No co? No co? - pytał Józek zawzięcie.
Rumsza nieoczekiwanie spokojnie dopił piwa i raptem uderzył kuflem o kant bufetu. Szklanica odpadła, potoczyła się po kontuarze, a w ręku Rumszy pozostał uchwyt kufla z ostrym jak brzytwa ułomkiem szkła.
Patrzyli sobie uważnie na ręce, zbliżając się powoli. Łynda niezdarnie porwał się z krzesła, chciał interweniować. Lecz w tym momencie do gospody weszła Zosia. Stary spostrzegł od razu, że pogrubiała bardzo przez ten czas. Paletko jesienne opinało z przodu ciężki brzuch.
Silniejsza o poczucie macierzyństwa, odepchnęła zaskoczonego Rumszę.
- Zabieraj się do domu - rzekła cicho.
- Nie, nie mam domu! - wrzasnął młody Łynda i wypadł na ulicę, w ciemność nocy.
Zosia wzięła z bufetu harmonię, popatrzyła groźnie na kompanię męża i ruszyła ku drzwiom. Stary chciał coś krzyknąć, otworzył nawet usta, lecz ona wyczuła jego obecność i szybko się odwróciła.
- Dziękuję panu za wszystko - rzekła i wyszła.
Łynda odczekał chwilę i, unikając spojrzeń obecnych, ruszył za nią. Na drodze nie od razu zorientował się, w którym kierunku poszli. Było ciemno, gdyż zadymiony, czerwony krąg księżyca dopiero wstawał gdzieś nad domami. Ale stary usłyszał pojęk harmonii. Puścił się truchtem w tę stronę.
Zobaczył ich wkrótce idących ulicą. Ona na przedzie z instrumentem, on za nią chwiejnie i niepewnie. Odprowadził ich aż pod dom. Zaczekał cierpliwie na światło w oknie poddasza, gdzie mieszkali. Zimno objęło mu nogi, przytupywał więc dla rozgrzewki. Okno zapaliło się różowym, dobrym światłem. Wydało mu się, że słyszy powolny głos harmonii jak szept pacierza przed snem.