Ted Bannerman
Dziś jest rocznica Dziewczynki z Lodem na Patyku. To się zdarzyło nad jeziorem, jedenaście lat temu - była tam, a zaraz potem jej nie było. Więc tak czy inaczej mam zły dzień, kiedy odkrywam, że jest wśród nas Morderca.
Z samego rana Olivia ląduje mi ciężko na brzuchu, niezawodnie jak co dzień wydając wysokie dźwięki. Jeśli istnieje coś lepszego niż kot w łóżku, to nie wiem, co by to miało być. Poświęcam jej dużo uwagi, bo wiem, że zniknie, kiedy przyjdzie Lauren. Moja córka i moja kotka nigdy nie przebywają w jednym pomieszczeniu.
- Wstałem! - mówię. - Dzisiaj ty robisz śniadanie.
Spogląda tymi swoimi żółtozielonymi oczami i oddala się, stąpając cicho. Znajduje okrągłą plamkę słońca, osuwa się na podłogę i patrzy na mnie, mrugając. Koty nie łapią żartów.
Zabieram gazetę spod drzwi. Lubię lokalne wydanie, bo donoszą tam o rzadkich gatunkach ptaków w okolicy - można napisać, jeśli zauważy się coś niezwykłego, jak dzięcioł różowoszyi albo płochacz syberyjski. Mimo bardzo wczesnej pory i półmroku powietrze jest ciepłe jak zupa. Ulica wydaje się jeszcze spokojniejsza niż zwykle. Wyciszona, jakby wspominała.
Spoglądam na pierwszą stronę i żołądek zwija mi się w supeł. Jest. Zapomniałem, że to dzisiaj. Kiepsko mi idzie liczenie czasu.
Zawsze dają to samo zdjęcie. Duże oczy ocienione rondem kapelusza, palce zaciśnięte na patyczku, jakby się bała, że ktoś go jej odbierze. Mokre, lśniące włosy przyklejone do głowy, krótkie jak u chłopaka. Przed chwilą pływała, ale nikt jej nie otulił puszystym ręcznikiem, nikt nie próbuje jej wytrzeć. Nie podoba mi się to. Jeszcze się przeziębi. Nie drukują już obok mojego zdjęcia. Wpadli przez to w kłopoty. Osobiście uważam, że niewystarczające.
Miała sześć lat. Wszyscy byli wstrząśnięci. To tutaj rzeczywiście problem, zwłaszcza nad jeziorem, w związku z czym wydarzenia potoczyły się szybko. W całym hrabstwie policja przeszukała domy osób, które mogłyby skrzywdzić dziecko.
Nie pozwolili mi poczekać w środku, więc wyszedłem na próg. Było lato, jasne i gorące jak powierzchnia gwiazdy. Popołudnie mijało, słońce przypiekało coraz mocniej. Słyszałem, jak odsuwają brzydki niebieski dywan w salonie, zdzierają klepki i rozwalają tylną ścianę szafy, bo im się zdawało, że głucho brzmi. Psy chodziły po podwórku, po mojej sypialni, wszędzie. Wiedziałem, co to za psy. Miały w oczach białe drzewa śmierci. Potem przyszedł chudy mężczyzna z aparatem i robił zdjęcia, a ja stałem bezczynnie. Nie wpadłem na to, żeby go powstrzymać.
- Nie ma zdjęcia, nie ma tematu - powiedział, wychodząc. Nie wiedziałem, co ma na myśli, ale pomachał mi wesoło, więc odmachałem.
- Co się stało, panie Bannerman? - Policjantka była podobna do oposa. Wyglądała na bardzo zmęczoną.
- Nic. - Trząsłem się. "Cicho teraz, Mały Teddy". Zęby podzwaniały mi lekko, jakbym marzł, chociaż było strasznie gorąco.
- Krzyczał pan moje nazwisko. I chyba coś o kolorze zielonym.
- Chyba myślałem o czymś, co przyszło mi do głowy, kiedy byłem mały, o zaginionych chłopcach, którzy zmienili się w zielone nad jeziorem.
Spojrzała na mnie. Znałem to spojrzenie. Ciągle ktoś tak na mnie patrzy. Ściskałem mocno pień niskiego dębu przed domem. Drzewo oddało mi swoją siłę. Było coś do opowiedzenia? Jeśli tak, unosiło się gdzieś na obrzeżach myśli.
- Czy to pański jedyny adres, panie Bannerman? Nie ma pan żadnych innych nieruchomości w okolicy? Domku myśliwskiego albo czegoś w tym stylu? - Otarła pot z górnej wargi. Troska ją przytłaczała, jakby dźwigała na plecach kowadło.
- Nie - powiedziałem. - Nie, nie, nie. - Nie zrozumiałaby, gdybym jej opowiedział o weekendowym azylu.
Policjanci w końcu sobie poszli. Musieli, bo całe popołudnie byłem w 7-Eleven, wszyscy to potwierdzili. W tym nagrania z kamery. Zazwyczaj było tak: siadałem na chodniku obok drzwi automatycznych. Kiedy się rozsuwały ze świstem i w strumieniu zimnego powietrza wypuszczały ze środka ludzi, prosiłem o słodycze. Czasem, jak ktoś miał, to mi dawał, a czasem nawet specjalnie kupował. Mamusia wstydziłaby się, gdyby wiedziała, ale ja tak bardzo kochałem słodycze. Nawet się nie zbliżyłem do jeziora ani do Dziewczynki z Lodem na Patyku.
Kiedy wreszcie skończyli i wpuścili mnie do domu, wszędzie czułem ich zapach. Ślad wody kolońskiej, potu, skrzypiącej gumy i chemikaliów. Źle mi było z tym, że widzieli moje skarby, na przykład zdjęcie mamusi i tatusia. Już wtedy zaczęło płowieć, ich rysy bledły. Odchodzili ode mnie coraz dalej, zanikali w bieli. Na gzymsie kominka stała zepsuta pozytywka - mamusia przywiozła ją ze swojego odległego domu. Nie działała. Zepsułem ją w dniu, kiedy rozbiłem matrioszki, w dniu, gdy wydarzyło się to z myszą. Maleńka baletnica odłamała się od podstawki, spadła i roztrzaskała się na śmierć. To chyba było najgorsze. (Nazywam ją Eloise. Nie wiem czemu; po prostu wygląda mi na Eloise). W uszach dźwięczał mi piękny głos mamusi: "Odbierasz mi wszystko po kolei, Theodore. Ciągle tylko bierzesz i bierzesz".
Tamci ludzie patrzyli na moje rzeczy, obracali je w myślach, aż zaczęło mi się wydawać, że dom nie należy już do mnie.
Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko, żeby się uspokoić. Kiedy je otworzyłem, matrioszka uśmiechała się szeroko. Obok stała pozytywka. I Eloise, dumna i wyprostowana, w eleganckiej pozie z ramionami nad głową. Mamusia i tatuś uśmiechali się z fotografii. Czułem pod stopami piękny pomarańczowy dywanik, jak miękkie pigułki.
Od razu poczułem się lepiej. Wszystko w porządku. Byłem w domu.
Olivia tryknęła łebkiem moją dłoń. Roześmiałem się i wziąłem ją na ręce. Dzięki temu zrobiło mi się jeszcze lepiej. Ale na górze, na strychu, zieloni chłopcy poruszali się niespokojnie.
Następnego dnia wylądowałem w gazecie. W nagłówku pisało, że przeszukano dom podejrzanego. No i było moje zdjęcie, stałem na progu. Przeszukano też inne domy, ale po nagłówku można by pomyśleć, że tylko mój, pewnie ci inni byli na tyle sprytni, żeby zasłonić twarze. "Nie ma zdjęcia, nie ma tematu". Wstawili moją fotografię tuż obok Dziewczynki z Lodem na Patyku, co samo w sobie stanowiło temat.
Na zdjęciu nie było widać nazwy ulicy, ale najwyraźniej wszyscy i tak się domyślili. Przez okno zaczęły wpadać kamienie i cegły. Dużo tego było. Kiedy tylko wymieniałem szybę, wpadała kolejna cegła. Czułem, że wariuję. Wreszcie się poddałem i zabiłem okna sklejką. To ich spowolniło. Co za frajda rzucać cegłami, kiedy nie ma czego rozbić? Przestałem wychodzić w ciągu dnia. To nie były dobre czasy.
Wkładam Dziewczynkę z Lodem na Patyku - to znaczy gazetę z jej zdjęciem - do schowka pod schodami. Schylam się i wsuwam ją pod spód sterty rzeczy. To wtedy go zauważam, leży na półce, na wpół zasłonięty stosem gazet - dyktafon.
Od razu go rozpoznaję. Należał do mamusi. Zdejmuję urządzenie z półki. Dziwnie się czuję, dotykając go, jakby gdzieś obok ktoś szeptał, ale tak, że nie da się nic usłyszeć.
Wewnątrz tkwi kaseta - nagranie zajmuje pół pierwszej strony. Stara naklejka w żółto-czarne paski. I wyblakłe oficjalne pismo mamusi: "Uwagi".
Nie odsłuchuję kasety. Wiem, co na niej jest. Zawsze wypowiadała uwagi na głos. Lekko zacinała się na spółgłoskach - nie umiała się tego pozbyć. W jej głosie było słychać morze. Mamusia urodziła się daleko stąd, pod mroczną gwiazdą.
Myślę: "Zostawię to tutaj, zapomnę, że widziałem".
Zjadłem ogórka konserwowego i czuję się dużo lepiej. W końcu to wszystko było dawno temu. Światła jest coraz więcej, szykuje się piękny dzień. Niedługo zaczną się zlatywać ptaki. Co rano wyfruwają z lasu i lądują na podwórku za domem. Cytrynki czarnogarlice, mysikróliki, trznadle, krzyżodzioby świerkowe, wróble, kacyki, miejskie gołębie. Roi się od nich i jest pięknie. Uwielbiam na nie patrzeć. Zrobiłem dziurkę w sklejce, odpowiedniej wielkości i w odpowiednim miejscu - widzę przez nią całe podwórze. Pilnuję, żeby karmniki zawsze były pełne i żeby nie zabrakło wody. Ptaki cierpią w tym upale.
Właśnie mam wyjrzeć, jak co dzień, kiedy nagle przewraca mi się żołądek. Czasem moje wnętrzności wiedzą coś wcześniej niż głowa. Coś jest nie tak. Za cichy ten poranek. Nie wygłupiaj się, powtarzam sobie, biorę głęboki wdech i przysuwam oko do dziurki.
Najpierw zauważam sójkę. Leży na samym środku trawnika. Kolorowe, potargane piórka błyszczą jak kałuża ropy. Drgają. Pojedyncze długie skrzydło wyciąga się do góry, desperacko pragnąc wzbić się do lotu. One, ptaki, dziwnie wyglądają na ziemi. Nie powinny tam za długo przebywać.
Trzęsą mi się ręce, kiedy przekręcam klucze w trzech masywnych zamkach w tylnych drzwiach. Szczęk, szczęk, szczęk. Nawet teraz pamiętam, żeby zamknąć je za sobą. Ptaki leżą rozrzucone na wysuszonym trawniku. Drgają bezsilnie, przyklejone do czegoś, co wygląda jak brązowa tektura. Wiele, może ze dwadzieścia, nie żyje. Kilka jeszcze nie umarło. Naliczyłem siedem bijących serc. Gwałtownie łapią powietrze, wąskie czarne języki są sztywne z bólu.
Moje myśli rozbiegają się jak mrówki na wszystkie strony. Trzy oddechy zabiera mi zrozumienie tego, co widzę. Ktoś w nocy rozłożył pułapki klejowe we wszystkich karmnikach. Owinął nimi te druciane i przyczepił do zwisających na sznurku kul. Gdy o świcie ptaki przyleciały jeść, łapki i dzioby przykleiły im się do taśmy.
W głowie mam tylko jedno: morderstwo, morderstwo, morderstwo... Jak można zrobić coś takiego ptakom? Potem myślę: "Trzeba posprzątać. Lauren nie może tego zobaczyć".
Pręgowana kotka przybłęda czai się w bluszczu przy siatce i śledzi ptaki uważnym spojrzeniem bursztynowych oczu.
- Idź stąd! - wołam. Rzucam w nią tym, co mam pod ręką, czyli pustą puszką po piwie. Puszka leci szerokim łukiem i uderza w słupek ogrodzenia z głośnym brzrzrzunkk. Kotka odchodzi powoli, utykając na pozbawionych pazurów łapach, jakby chciała pokazać, że wcale się nie boi.
Zbieram żywe ptaki. Sklejają mi się w dłoniach w drgającą masę. Wyglądają jak potwór z moich koszmarów, wszędzie łapki i oczy, i dzioby spijające powietrze. Gdy próbuję je rozdzielić, pióra odchodzą od ciał. Ptaki nie wydają dźwięku. To jest chyba najgorsze. Mają inaczej niż ludzie. Przeżywają ból w milczeniu.
Zanoszę je do domu i próbuję wszystkiego, co tylko wpadnie mi do głowy, żeby pozbyć się kleju. Ale wystarczy kilka prób z rozpuszczalnikiem i już wiem, że pogarszam sytuację. Ptaki wdychają opary, dysząc ciężko z zamkniętymi oczami. Utknęły na zawsze. Nie czeka ich życie, ale jeszcze nie są martwe. Zastanawiam się, czy ich nie utopić albo nie użyć młotka. Z każdym nowym pomysłem czuję się bardziej nieswojo. Myślę nad otwarciem szafki z laptopem. Może internet coś podpowie. Tylko nie wiem, gdzie odłożyć ptaki. Przyklejają się do wszystkiego, czego dotkną.
Nagle przypominam sobie coś, co widziałem kiedyś w telewizji. Warto spróbować, tym bardziej że mamy w domu ocet. Posługując się jedną ręką, odcinam kawałek węża ogrodowego. Biorę duże plastikowe pudełko do przechowywania żywności, sodę oczyszczoną i ocet kuchenny z szafki pod zlewem. Ostrożnie umieszczam ptaki w pudełku, zamykam i wciskam końcówkę węża w wycięty w pokrywce otwór. W foliowej torebce mieszam sodę z octem i mocuję to gumką do rury. Teraz mam komorę gazową. Powietrze w pudełku zaczyna się zmieniać, pierzaste drganie powoli zamiera. Nie odwracam wzroku, bo śmierć zasługuje na świadka. To się należy nawet ptakom. Cała rzecz nie trwa długo. Już i tak prawie zaprzestały walki, z gorąca i ze strachu. Ostatni umiera gołąb: pulchna klatka piersiowa unosi się i opada coraz słabiej, wreszcie nieruchomieje.
Morderca i ze mnie zrobił mordercę.
Składam zwłoki do kubła na śmieci za domem. Są bezwładne, nadal ciepłe, miękkie w dotyku. W powietrzu roznosi się zapach skoszonej trawy. Ludzie zaczynają się budzić.
- Wszystko w porządku, Ted? - To mężczyzna z włosami koloru soku pomarańczowego. Codziennie wychodzi ze swoim dużym psem do lasu.
- Jasne, wszystko dobrze - odpowiadam.
Mężczyzna patrzy na moje stopy. Dociera do mnie, że jestem bez butów i skarpetek. Mam białą, porośniętą włosami skórę. Przykrywam jedną stopę drugą, ale wcale nie czuję się lepiej. Pies uśmiecha się do mnie, dysząc. Zwierzęta są generalnie lepsze od swoich właścicieli. Współczuję tym wszystkim psom, kotom, królikom i myszom. Muszą żyć z ludźmi i co gorsza, muszą ich kochać. Żeby nie było, Olivia nie jest po prostu domowym zwierzęciem. Jest czymś o wiele więcej (podejrzewam, że wszyscy myślą tak o swoich kotach).
Kiedy wyobrażam sobie, jak Morderca skrada się w chłodnej ciemności, zakłada pułapki na podwórku - może nawet zagląda do środka, obserwuje mnie, Lauren i Olivię - serce zaczyna bić mi mocniej, w urywanym tempie.
Wracam. Pani Chihuahua stoi blisko. Czuję jej dłoń na ramieniu. Dziwne. Ludzie z zasady nie lubią mnie dotykać. Piesek, którego trzyma pod pachą, drży, rozglądając się dookoła wyłupiastymi oczami.
Stoję przed domem Pani Chihuahua, żółtym z zielonymi wykończeniami. Mam wrażenie, że właśnie o czymś zapomniałem albo właśnie mam sobie przypomnieć. "Otrzeźwiej" - mówię do siebie. "Nie zachowuj się jak dziwak". Ludzie to zauważają. I zapamiętują.
- ...twoja biedna stopa - mówi Pani Chihuahua. - Gdzie podziałeś buty?
Znam ten ton. Drobne kobiety lubią się troszczyć o potężnych mężczyzn. Dlaczego - to tajemnica.
- Musisz o siebie dbać, Ted. Twoja matka by się zamartwiała.
Coś cieknie mi ze stopy - ciemnoczerwona strużka na betonie. Pewnie na coś nastąpiłem.
- Próbuję złapać tamtą bezdomną kocicę - mówię. - To znaczy, próbowałem. Nie chcę, żeby polowała na ptaki na podwórku. - (Często mieszają mi się czasy. Zawsze mam wrażenie, że rzeczy dzieją się teraz, bywa, że zapominam, że już się wydarzyły).
- Same problemy z tym kotem - mówi kobieta. W jej oczach pojawia się błysk zainteresowania. Podrzuciłem jej nowy temat. - Utrapienie po prostu. Miasto powinno traktować bezdomne koty tak samo jak inne szkodniki.
- O tak, zgadzam się - odpowiadam. - Bez wątpienia.
(Imiona i nazwiska uciekają mi z głowy, ale mam swoje sposoby na zapamiętywanie i ocenianie ludzi. Po pierwsze: czy byliby mili dla mojej kotki? Nie pozwoliłbym tej kobiecie zbliżyć się do Olivii).
- W każdym razie dzięki - mówię. - Już się czuję lepiej.
- Pewnie - odpowiada. - Wpadnij jutro na mrożoną herbatę. Upiekę ciasteczka.
- Jutro nie mogę.
- To innego dnia. Jesteśmy sąsiadami. Powinniśmy się o siebie troszczyć.
- Zawsze to powtarzam - przytakuję uprzejmie.
- Wiesz, że masz ładny uśmiech, Ted? Powinieneś częściej robić z niego użytek.
Macham jej więc z szerokim uśmiechem i odchodzę, utykając, udając, że boli i że oszczędzam krwawiącą stopę. Robię to, póki nie mam pewności, że sąsiadka zniknęła za rogiem.
Pani Chihuahua nie zauważyła, że byłem gdzie indziej. To dobrze. Zgubiłem trochę czasu, ale chyba nie za dużo. Chodnik wciąż jeszcze jest ciepły, nie gorący. W głębi ulicy nadal warczy kosiarka, a zapach ściętej trawy unosi się w powietrzu, lepki i zielony. Może to trwało tylko parę minut. Ale nie powinno się zdarzyć na ulicy. I trzeba było włożyć buty, zanim wyszedłem z domu. Źle się stało.
Odkażam skaleczenie środkiem dezynfekującym z zielonej plastikowej butelki. Płyn chyba służy do przecierania podłóg i blatów, nie ran. Teraz stopa wygląda dużo gorzej: skóra jest mocno zaczerwieniona. Pewnie by bolała, gdybym coś czuł. Ale przynajmniej skaleczenie jest czyste. Owijam stopę gazą. Mamy tu pełno gazy i bandaży. W naszym domu wypadki to norma.
Dłonie ciągle mi się lepią, coś do nich przywarło, coś jak guma albo śmierć. Przypominam sobie, jak gdzieś czytałem, że ptaki miewają wszy. A może chodziło o ryby? Czyszczę ręce tym czymś do podłogi. Jestem roztrzęsiony. Łykam tabletkę, którą powinienem był wziąć kilka godzin temu.
Przed jedenastu laty zniknęła Dziewczynka z Lodem na Patyku. Tego ranka ktoś zabił moje ptaki. Możliwe, że jedno nie ma z drugim nic wspólnego. Świat jest pełen rzeczy, które nie mają sensu. Ale może istnieje jakieś powiązanie. Skąd Morderca wiedział, że o świcie tyle ptaków przylatuje jeść na moje podwórko? Czy zna okolicę? To nie są przyjemne myśli.
Robię listę. U góry piszę: "Morderca". Lista nie jest długa.
Mężczyzna z włosami jak sok pomarańczowy
Pani Chihuahua
Ktoś nieznajomy
Ssę koniec ołówka. Kłopot w tym, że nie za dobrze znam sąsiadów. Mamusia ich znała. Ludzie byli nią oczarowani, na tym polegał jej talent. Na mój widok zaczynają iść w przeciwnym kierunku. Widziałem kilka razy, jak się odwracają i pospiesznie odchodzą. Więc Morderca może być niedaleko, parę domów dalej; możliwe, że je teraz pizzę czy coś i się ze mnie śmieje. Dodaję kolejne punkty:
Człowiek Wydra albo jego żona, albo dzieci
Mężczyźni, którzy mieszkają razem w niebieskim domu
Pani, która pachnie donutami
To już prawie wszyscy mieszkańcy ulicy.
Tak naprawdę nie sądzę, żeby był wśród nich Morderca. Niektórzy, na przykład rodzina Wydr, są teraz na wakacjach.
Nasza ulica dziwnie się nazywa. Czasem ludzie zatrzymują się specjalnie, żeby zrobić zdjęcie powgniatanego szyldu. Potem zawracają, bo dalej nie ma już nic, tylko las.
Powoli dopisuję do listy jeszcze jedno nazwisko. "Ted Bannerman". Nigdy nic nie wiadomo.
Otwieram szafę z przyborami plastycznymi i ostrożnie wsuwam kartkę pod stare pudełko z kredami, których Lauren nigdy nie używa.
Oceniam ludzi na dwa sposoby - pod kątem tego, jak traktują zwierzęta i co lubią jeść. Jeśli czyimś ulubionym daniem jest sałatka, wiadomo, że to zły człowiek. A jeśli coś z serem, raczej jest w porządku.
Nie ma jeszcze dziesiątej - poznaję to po tym, jak słońce świeci przez otwory w sklejce, rzucając na podłogę krążki światła - a dzień już się fatalnie układa. Postanawiam więc przyrządzić sobie wczesny lunch. Mój ulubiony, najlepszy na świecie. Okej, teraz się przyda ten dynks do nagrywania.
Bo tak sobie pomyślałem - dlaczego nie nagrywać przepisów na dyktafon? (Wiem, że mamusi by się to nie podobało. Czuję gorąco w karku, a to znaczy, że zamierzam zrobić coś, o czym powiedziałaby: "zawracanie głowy").
Odpakowuję nowe kasety. Ładnie pachną. Wkładam jedną do dyktafonu. Kiedy byłem mały, zawsze chciałem się nim pobawić. Ma czerwony guzik, duży jak klawisz fortepianu; kiedy go przyciskam, słychać głośne pstryk. Tylko teraz nie wiem, co zrobić ze starą kasetą mamusi. To mnie wytrąca z równowagi. Nie mogę jej wyrzucić ani zniszczyć - wykluczone - ale nie chcę jej trzymać z tymi ładnymi, nowiutkimi. Więc wkładam ją z powrotem do schowka pod schodami, wsuwam pod stos gazet, pod Dziewczynkę z Lodem na Patyku. Dobra, jestem gotów!
Przepis na kanapkę z serem i miodem autorstwa Teda Bannermana. Rozgrzej olej na patelni, aż zacznie dymić. Dwie kromki chleba posmaruj masłem z obu stron. Weź cheddar, ja najbardziej lubię krojony, ale ty użyj, jakiego chcesz. To twój lunch. Obie kromki posmaruj z jednej strony miodem. Na miodzie połóż plastry cheddara. Na tym plasterki banana. Złóż kanapkę i smaż, aż się zarumieni z obu stron. Na koniec posyp całość solą, pieprzem i polej sosem chili. Przekrój na pół. Patrz, jak roztopiony ser z miodem wylewa się ze środka kanapki. Prawie szkoda ją zjeść. Ha, ha - prawie.
Mam okropny głos! Jak jakieś dziwne dziecko, które połknęło żabę. Trudno, będę nagrywać przepisy, ale nie będę ich odsłuchiwać, jeśli nie będę musiał.
Nagrywanie to pomysł Człowieka Żuka. Kazał mi prowadzić "dziennik uczuć". Niepokoją mnie te słowa. W jego ustach brzmiały tak prosto. "Mów o tym, co się dzieje i jak to na ciebie wpływa". No nie, to wykluczone. Ale przepisy warto nagrywać, na wypadek gdybym kiedyś zniknął i nie zostałby nikt, kto by je pamiętał. Jutro nagram kanapkę z octem i truskawkami.
Mamusia miała własne zdanie na temat jedzenia, ale ja kocham jeść. Kiedyś myślałem, że mógłbym zostać kucharzem, prowadzić może jakieś bistro. U Teda - wyobraźcie sobie! Albo pisać książki kucharskie. Nie mogę robić żadnej z tych rzeczy ze względu na Lauren i Olivię. Nie wolno mi zostawić ich samych.
Dobrze byłoby móc z kimś o tym wszystkim porozmawiać. (Nie z Człowiekiem Żukiem, wiadomo. Muszę bardzo pilnować, żeby nie pokazać mu, kim jestem). Chętnie podzieliłbym się przepisami z przyjacielem, ale nie mam przyjaciół.
Jem na kanapie, oglądając monster trucki. Uwielbiam je. Są głośne, rozjeżdżają różne rzeczy albo przejeżdżają przez nie. Nic ich nie powstrzyma. Ser i monster trucki. Powinienem być zadowolony. Ale myśli mam pełne piór i dziobów. A jeśli wpadnę w pułapkę klejową? A jeśli po prostu zniknę? Nie ma nikogo, kogo mógłbym mieć na świadka.
Czuję z boku delikatny dotyk. Olivia bodzie mnie łebkiem w dłoń, a potem ciężko staje mi aksamitnymi łapkami na kolanach. Okręca się kilka razy i wreszcie układa. Zawsze wie, kiedy jestem niespokojny. Jej mruczenie trzęsie kanapą.
- No, kiciu - mówię do niej. - Pora iść do skrzynki. Zaraz przyjdzie Lauren.
Oczy jej się zamykają, a ciało wiotczeje z błogości. Prawie przelewa mi się przez ręce, kiedy niosę ją, mruczącą, do kuchni. Unoszę wieko starej, zepsutej zamrażarki. Powinienem był się jej pozbyć wiele lat temu, ale Olivia, Bóg jeden wie czemu, ją uwielbia. Jak zwykle upewniam się, że jest odłączona od prądu, choć i tak od lat nie działa. W zeszłym tygodniu zrobiłem w wieku kilka dodatkowych dziurek - martwię się, że nie starczy im powietrza. Pewnie, zabijanie jest trudne, ale dużo trudniej jest je chronić i utrzymywać przy życiu. Rany, no ja coś o tym wiem.
Gramy z Lauren w naszą ulubioną grę. Ma masę reguł i polega na jeżdżeniu po domu z wściekłą prędkością na różowym rowerku i wykrzykiwaniu nazw stolic. Lauren dzwoni dwa razy na poprawną odpowiedź i cztery razy na błędną. Zabawa jest głośna, ale w sumie ma wartość edukacyjną, więc się przyłączam. Gdy rozlega się pukanie do drzwi, przykrywam ręką dzwonek.
- Uspokój się na chwilę, muszę otworzyć - mówię. - To znaczy bądź cicho. Ani słówka.
Lauren kiwa głową.
To Pani Chihuahua. Głowa psa wystaje nerwowo z torby. Błyszczące oczy popatrują dziko.
- Ktoś tu się bawi na całego - mówi kobieta. - Dzieci powinny móc się wyszaleć, takie jest moje zdanie.
- Córka mnie odwiedziła - tłumaczę. - To nie najlepszy moment.
- Rzeczywiście, kilka lat temu ktoś mi mówił, że masz córkę - ciągnie Pani Chihuahua. - Kto to był? Nie, tego nie pamiętam. Ale słyszałam, że masz córkę. Bardzo chciałabym ją poznać. Sąsiedzi powinni okazywać sobie przyjaźń. Przyniosłam winogrona. Są zdrowe, ale słodkie, więc wszyscy je lubią. Nawet dzieci. To naturalne cukierki.
- Dziękuję - mówię. - Ale muszę już iść. Rzadko mamy okazję spędzić ze sobą trochę czasu. Poza tym, wie pani, straszny tu bałagan.
- Jak się masz, Ted? - pyta. - Tak naprawdę?
- Dobrze.
- A twoja matka? Szkoda, że nie pisze.
- Też dobrze.
- W porządku - mówi po jakiejś minucie. - W takim razie pewnie do zobaczenia niedługo.
- Hej, tato! - woła Lauren, kiedy już drzwi zamknęły się bezpiecznie za Panią Chihuahua. - Chile!
- Santiago! - odkrzykuję.
Odjeżdża z wrzaskiem, kręcąc gwałtowne kółka wokół mebli. Pedałując, śpiewa na całe gardło wymyśloną przez siebie piosenkę o stonogach i gdybym nie był rodzicem, nigdy bym nie uwierzył, że piosenka o stonodze może komuś sprawić tyle radości. Ale na tym polega miłość, sięga do samego środka.
Nagle Lauren hamuje z piskiem opon.
- Przestań za mną łazić, Ted.
- Ale przecież się bawimy. - Serce mi zamiera. Zaczyna się.
- Już się nie chcę bawić. Idź sobie, denerwujesz mnie.
- Wybacz, kiciu, ale nie mogę. A nuż będę ci potrzebny.
- Nie jesteś mi potrzebny. Poza tym chcę jeździć sama. - Mówi coraz głośniej. - Chcę mieszkać sama we własnym domu, jeść sama, sama oglądać telewizję i już nigdy z nikim się nie widzieć. Chcę wyjechać do Santiago w Chile.
- Wiem. Ale dzieci nie mogą robić takich rzeczy same. Potrzebują opieki dorosłych.
- Ja kiedyś będę mogła - odpowiada.
- No, kiciu - przemawiam najłagodniej, jak potrafię. - Wiesz, że to niemożliwe. - Bardzo się staram być z nią szczery.
- Nienawidzę cię, Ted. - Na te słowa zawsze czuję to samo, nieważne, który raz je powtarza. Jakby ktoś z impetem uderzył mnie w tył głowy.
- Nie "Ted", tylko "tato" - mówię. - Zresztą wcale tak nie myślisz.
- A właśnie że myślę - odpowiada cicho i jadowicie. - Nienawidzę cię.
- Zjemy lody? - W moim głosie dźwięczy poczucie winy, słyszę to.
- Żałuję, że się urodziłam - rzuca Lauren i rusza przed siebie, pedałując zawzięcie i podzwaniając dzwonkiem. Przejeżdża po własnym rysunku, na którym jest czarny kot z zielonymi oczami. Olivia.
Nie kłamałem: rzeczywiście mamy tu bałagan. Lauren wyrzuciła w kuchni galaretkę ze słoika, a potem po niej przejechała, więc teraz po podłodze w całym domu ciągną się lepkie smugi. Na kanapie leżą połamane kredki, a wszędzie dookoła zalegają brudne naczynia. Lauren uwielbia dla zabawy wyciągać je z szafki i lizać każde po kolei. Krzyczy potem: "Tato, nie ma czystych talerzy!". Teraz zsuwa się z roweru na podłogę i pełza po niej, warcząc i udając traktor.
- Najważniejsze, żeby była szczęśliwa - mruczę do siebie. Uroki rodzicielstwa.
Właśnie popijam tabletkę, kiedy Lauren wpada na mnie z impetem. Woda wylewa się ze szklanki na niebieski dywanik, a tabletka wypada mi z ręki. Żółty punkcik przecina powietrze, odbija się od dywanu i znika. Klękam i zaglądam pod kanapę, ale nigdzie jej nie widzę. A to była jedna z ostatnich.
- Cholera - wyrywa mi się. - Cholera jasna.
Lauren zaczyna krzyczeć. Jej głos jest jak syrena alarmowa, stopniowo przybiera na sile, aż czuję, że zaraz pęknie mi głowa.
- Przeklinasz! - wyrzuca z płaczem. - Ty paskudny, wielki spaślaku, przestań kląć!
A ja nie wytrzymuję. Nie chcę tego, ale coś we mnie pęka. Chciałbym móc powiedzieć, że nie chodzi o słowa "wielki spaślaku", ale cóż.
- Dosyć tego! - krzyczę. - Koniec zabawy, natychmiast.
- Nie! - Drapie mnie po twarzy, ostrymi paznokciami próbuje dosięgnąć oczu.
- Nie będzie zabawy, skoro nie umiesz się zachować. - Udaje mi się ją złapać i po jakimś czasie przestaje się wyrywać. - Powinnaś się przespać, kiciu - mówię. Puszczam ją i nastawiam płytę. Szmer gramofonu koi emocje. Z nagrania sączy się przyjemny kobiecy głos. Jest zimowy wieczór, nikt nie ma wolnego łóżka, nie ma słodyczy... Nie mogę sobie teraz przypomnieć nazwiska wokalistki. Jej oczy są pełne współczucia. Jest jak matka, ale taka, której nie trzeba się bać.
Zbieram kredki i flamastry, liczę je. Są wszystkie - dobrze.
Przy tej muzyce nauczyłem Lauren zasypiania. Była marudnym dzieckiem, a teraz wyrasta na trudną nastolatkę. Jak to się mówi? Już nie maluch, jeszcze nie młodzież. Czasem, na przykład dzisiaj, sprawia wrażenie bardzo młodej i chce tylko jeździć na swoim różowym rowerku. Martwi mnie to, co się dziś wydarzyło. Dużo mam powodów do zmartwień.
Po pierwsze i najważniejsze: coraz częściej mnie nie ma. To ze stresu. Ale co, jeśli pewnego dnia nie wrócę? Lauren i Olivia zostaną same. Potrzebne mi silniejsze tabletki. Pogadam o tym z Człowiekiem Żukiem. Puszka z piwem jest zimna w dotyku, syczy jak wąż, kiedy odciągam zawleczkę. Wyjmuję ze słoika trzy ogórki konserwowe, kroję w plasterki i smaruję masłem orzechowym. Chrupią. Najlepsza przekąska, świetnie pasuje do piwa, ale teraz jakoś nie cieszy.
Drugie zmartwienie: hałas. Nasz dom znajduje się na końcu ślepego zaułka - dalej jest już tylko las. A dom z lewej strony od zawsze stoi pusty: przyklejone od środka do szyb gazety zżółkły i pofałdowały się. Więc z biegiem lat przestałem się tak bardzo pilnować. Pozwalam Lauren krzyczeć i śpiewać na głos. Trzeba to będzie jednak przemyśleć. Jeszcze ją ktoś usłyszy, tak jak dziś Pani Chihuahua.
Pod stołem kuchennym leżą czarne bobki. Mysz wróciła. Lauren jeszcze płacze, ale coraz ciszej, to dobrze. Muzyka zadziałała. Możliwe, że pośpi jakiś czas, obudzę ją na kolację. Zrobię to, co najbardziej lubi, hot dogi i spaghetti.
Trzecie zmartwienie: jak długo jeszcze będzie lubiła hot dogi i spaghetti? Jak długo dam radę ją chronić? Trzeba jej ciągle pilnować. Dzieci są jak łańcuch wokół serca albo szyi, ciągną człowieka to w jedną, to w drugą stronę. Lauren za szybko dorasta - wiem, że każdy rodzic mówi to samo, ale to prawda.
"Uspokój się" - powtarzam sobie w duchu. Przecież Olivia koniec końców nauczyła się być szczęśliwa. Jako kociak leciała do drzwi, ilekroć je otwierałem. Nie przeżyłaby na zewnątrz, a jednak biegła. Teraz już wie. Rzeczy, których pragniemy, nie zawsze są dla nas najlepsze. Jeśli kot to pojął, to Lauren też się uda. Mam nadzieję.
Dzień zbliża się ku końcowi i po kolacji muszę się pożegnać z Lauren.
- Cześć, kiciu - mówię.
- Cześć, tato.
- Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
- Aha. - Bawi się paskiem plecaka. Nie jest specjalnie przejęta, za to ja nienawidzę tej chwili. Dawno postanowiłem, że nie będę dawał po sobie poznać, jak mi przykro. Znów nastawiam płytę. Kobiecy głos płynie w upalnym zmierzchu.
Kiedy mam zły dzień, "teraz" i "kiedyś" mieszają się ze sobą. W różnych kątach domu słyszę głosy mamusi i tatusia. Czasem kłócą się o to, kto ma iść do sklepu. Czasem dochodzi mnie brzęknięcie widełek i terkot przesuwanej tarczy starego telefonu w przedpokoju, a potem mamusia rozmawia ze szkołą i tłumaczy, że znów jestem chory. Czasem budzi mnie, wołając na śniadanie. Jej głos jest wyraźny jak dzwon. A potem zapada cisza i przypominam sobie, że odeszli. Tylko bogowie wiedzą dokąd.
Bogowie są bliżej, niżby się mogło wydawać. Żyją wśród drzew, pod warstwą skóry tak cienkiej, że dałoby się ją rozdrapać paznokciem.