Ostatni całus dla mamy - Casey Watson

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wkrótce miało minąć siedem lat mojej znajomości z Johnem Fulshawem, który prowadził mnie w agencji opiekunów zastępczych, więc całkiem dobrze umiałam już czytać z jego twarzy. Widywałam już jego twarz radosną, smutną w stylu "nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale muszę to zrobić". Widywałam twarz zatroskaną, rozgniewaną i twarz "nie martw się, wspieram cię".

Tak więc niewiele mogło mi umknąć i dzisiejszy dzień nie był pod tym względem wyjątkiem. Ten błysk w oku od początku naszego spotkania, błysk mówiący mi, że dziś usłyszę coś z repertuaru "nie mogę się doczekać, żeby ci powiedzieć". Odkąd przyszedł, nie mógł usiedzieć spokojnie.

Był chłodny jesienny ranek pod koniec października. Nie na tyle zimno, żeby od rana włączać ogrzewanie, ale jak dla mnie z pewnością wystarczająco chłodno, żeby włożyć mój standardowy zimowy strój złożony z legginsów, puchatej bluzy i botków. Mój mąż Mike, który pracował jako kierownik magazynu, wziął sobie dzień wolny - co zdarzało się nieczęsto - i wszyscy zgromadziliśmy się przy stole, pijąc kawę i próbując nie jeść zbyt wielu biszkoptów, ponieważ był to dzień naszej dorocznej odprawy.

To stały element pracy wszystkich opiekunów zastępczych - podsumowanie minionego roku. To pora, żeby przyjrzeć się z perspektywy czasu sprawie każdego dziecka umieszczonego u opiekunów. Zanalizować, co poszło dobrze, a co nie; omówić wszelkie zażalenia i oskarżenia (na szczęście pod naszym adresem nie było żadnych) i jeśli trzeba, porozmawiać o rzeczach, które mogą się pojawić w następnym roku. Jest to też możliwość omówienia dalszego szkolenia. Jako wyspecjalizowani opiekunowie zastępczy, zwykle odbywamy co najmniej trzy szkolenia rocznie. W każdym razie, jeśli chodzi o nas, dziś wszystko było w jak najlepszym porządku. Dzięki Bogu!

Nie każde umieszczenie dziecka u opiekunów się udaje - tak już jest w tej pracy. Ale my mieliśmy dobry rok i sprawująca nadzór Dawn Foster, która również była obecna, pochwaliła mnie i Mike'a za sposób, w jaki poprowadziliśmy naszych ostatnich podopiecznych - dwóch niespokrewnionych dziewięcioletnich chłopców umieszczonych u nas jednocześnie. Obaj niewątpliwie bardzo potrzebowali wsparcia. Jenson okazał się nieco niesforny. Był dzieckiem samotnej matki, która zaniedbywała swoje obowiązki. Potrafiła zostawić Jensona i jego siostrę samych w domu i wyjechać na tydzień, na wakacje ze swoim chłopakiem. Problemy Georgiego były inne. Był dzieckiem autystycznym i przyszedł do nas z domu dziecka, który właśnie zamykano, a w którym spędził prawie całe swoje krótkie życie. Każdy z chłopców stanowił odrębne wyzwanie, ale dla nas największym wyczynem było mieć ich obu razem. Czasami była to jazda po wyboistej drodze, jednak na szczęście w końcu się zaprzyjaźnili.

Po odprawie, gdy Dawn pojechała do biura, zamknęłam drzwi frontowe, czując znane mi już mrowienie. Byliśmy akurat między przyjęciami podopiecznych i ciepło na sercu, jakie czułam, wysłuchując pochwał Dawn, ustąpiło teraz miejsca uczuciom, które znałam aż za dobrze - ekscytacji i oczekiwaniu. Dlaczego John nie mógł usiedzieć spokojnie? W końcu miałam szansę się tego dowiedzieć.

Kiedy wróciłam do jadalni - no dobrze, właściwie do strefy jadalnianej, bo parter naszego domu jest otwartą przestrzenią - John uśmiechał się szeroko, zacierając ręce.

- I co? - spytałam. Mike rzucił mi zagadkowe spojrzenie, ale John się roześmiał.

- Nastaw jeszcze wodę - powiedział, a oczy błyszczały mu psotnie - a powiem ci to, z czym czekałem od godziny.

Gdy przyszłam z powrotem z kawą, oczywiście obaj uśmiechali się jak idioci, więc było jasne, że Mike już coś wie. Postawiłam tacę i zajęłam swoje miejsce przy stole.

- No to dawaj - zażądałam, opierając łokcie na blacie. - Wyrzuć to z siebie.

Widząc mój wyraz twarzy, Mike się roześmiał.

- Myślę, że lepiej zrobi to John.

John niespiesznie wziął swój kubek i upił pierwszy łyk świeżej kawy.

- Właściwie nie tyle chcę coś powiedzieć, co raczej zasięgnąć waszej opinii.

Coś takiego zawsze brzmiało złowieszczo. John niejednokrotnie zasięgał naszej opinii. Nieodmiennie oznaczało to, że nie jest pewien, czy wyrazimy na coś zgodę - a przynajmniej sądzi, że nie wyrazilibyśmy jej, gdybyśmy mieli odrobinę rozsądku. Jednak nigdy nas to nie peszyło. Nie wyszkolono nas do sprawowania zwykłej opieki zastępczej. Byliśmy specjalistami - przyjmowaliśmy dzieci zbyt skrzywdzone czy zaburzone, z takiego bądź innego powodu, aby nadawały się do zwykłej opieki zastępczej lub adopcji.

Cóż to będzie tym razem? Pytająco uniosłam brwi.

- A zatem, Casey - zaczął John, zwracając się teraz głównie do mnie. W końcu to ja opiekowałam się dziećmi na co dzień. Opiekunami zastępczymi byliśmy oboje, ale Mike oczywiście miał też swoją pracę na pełny etat.

- Słucham - powiedziałam ochoczo.

- Cóż, chodzi o taką sprawę - ciągnął John. - Czy kiedykolwiek rozważałaś przyjęcie matki z niemowlęciem?

Wstrzymałam oddech. Nie, nie rozważałam. Nigdy, przenigdy nie przyszło mi to do głowy. Przecież raczej mało prawdopodobne jest, żeby dziecko doznało krzywdy w tak młodym wieku. Z drugiej strony, co z matką? Moje myśli rwały do przodu. Dzidziuś! Uwielbiam maleńkie dzieci. Zawsze uwielbiałam. Wszyscy wiedzieli, że jestem zwariowana na punkcie moich wnuków, Leviego i Jacksona.

- Co dokładnie masz na myśli? - spytałam, opamiętawszy się. - Matkę z niemowlęciem czy dziewczynkę w ciąży?

John się uśmiechnął. Potrafił czytać z mojej twarzy równie łatwo, jak ja z jego, a w tej chwili na moim czole świeciło wypisane wielkimi literami słowo "dzidziuś". Nieraz słyszał, jak powtarzałam, że mogłabym zjeść moich wnusiów, istniała więc szansa, że wzbudził moje zainteresowanie.

- Słuszna uwaga - powiedział. - Widać, że dokładnie przestudiowałaś podręcznik, bo masz rację. Przyjęcie matki z dzieckiem może oznaczać jedno i drugie. W tym wypadku jednak dziecko jest już na świecie. Mama Emma ma zaledwie czternaście lat, a mały Roman trzy tygodnie.

- Och! - zagruchałam. - Roman! Jakie śliczne imię wybrała. - Zwróciłam się do Mike'a. - Och, proszę, musimy. Och, wyobraź sobie, mieć małe dziecko w domu. Byłoby wspaniale.

- Zwolnij, kochanie - ostrzegł Mike. Już wcześniej wiedziałam, że to powie.

Tak to u nas wyglądało - ja tryskałam entuzjazmem i optymizmem, podczas gdy Mike był bardziej powściągliwy i zawsze brał pod uwagę potencjalne zagrożenia. Ten system nieźle działał. Bo choć to ja częściej stawiałam na swoim, przynajmniej wchodziłam w temat nieco lepiej poinformowana, niż gdybym pozostawiona sama sobie, jak zwykle rwała się do działania na oślep.

Mike zwrócił się teraz do Johna.

- Zaszła w ciążę, będąc w rodzinie zastępczej? - chciał wiedzieć. - Czy dopiero wchodzi w system?

- Dobre pytanie - odparł John. - Masz rację, że jesteś ostrożny, Mike. Emma przez większość swojego życia była oddawana pod opiekę i zabierana. Jej matka jest chwiejna, miewa okresy spokoju, ale i takie, w których jej zachowanie wygląda na dość trudne. Historia jakich wiele, niestety. Jej mama jest alkoholiczką i lekomanką, cierpi też na depresję. Właściwie nie wiadomo, co jest przyczyną, a co skutkiem takiego stanu rzeczy. W każdym razie miewa powtarzające się okresy abstynencji. Jest samotną matką, a Emma to jej jedyne dziecko. Kiedy akurat nie pije i nie bierze, zawsze chce, żeby Emma znów z nią mieszkała - czego Emma zazwyczaj też pragnie - ale po krótkim czasie depresja ponownie bierze górę, potem zaczyna się picie i ani się obejrzysz, jak biedny dzieciak z powrotem trafia do opieki społecznej.

Atmosfera w pokoju zmieniła się. To wszystko było częścią procesu - przechodzenie od wypytywania o nowe dziecko, które nas potrzebuje, do trzeźwej oceny stanu rzeczy i okoliczności, które do niego doprowadziły. Niemowlę na razie zeszło na dalszy plan, a ja całym sercem byłam przy jego matce - tej biednej czternastoletniej dziewczynie, której jeszcze nie znałam. Nie spieszyłam się, choć wiedziałam, że musimy ją przyjąć. Nie mogłam pozwolić, aby Mike i John odnieśli wrażenie, że wchodzę w to zbyt szybko, że nie daję sobie czasu na właściwą ocenę sytuacji. Starając się ukryć narastające podniecenie - bo bez wątpienia było to podniecenie - zwróciłam się do Johna.

- Czyli jak wygląda sytuacja? - spytałam. - Jest jakiś chłopak na horyzoncie, gotów wziąć odpowiedzialność?

John sięgnął do swojej aktówki i wyjął jedną z tych znanych nam już, bladożółtych teczek. Włożył okulary i przerzucił kilka kartek.

- Tak i nie - odparł. - To skomplikowane. Zaczęło się tak... - podniósł wzrok - cóż, w każdym razie według matki, że Emma trochę szalała samopas. Następnie okazało się, że jest w ciąży. Wtedy akurat mieszkała w domu od prawie roku... dość długi okres, biorąc pod uwagę całą historię. Tak czy inaczej, kiedy matka dowiedziała się o ciąży, nalegała na aborcję, ale Emma najwyraźniej odmówiła. W tym momencie matka całkowicie umyła ręce i wyrzuciła ją z domu, myśląc zapewne, że w ten sposób nauczy Emmę rozumu.

Mike zmarszczył brwi.

- O tak, to w jej stylu - mruknął cierpko. Nie mogłam się z nim nie zgodzić. Czy przyszłoby mi do głowy wyrzucić na ulicę moją nastoletnią, ciężarną córkę, żeby nauczyć ją rozumu? Nigdy w życiu. Nie umiałabym wyobrazić sobie lepszej recepty na pewną katastrofę. Ale przecież ja nie byłam tamtą kobietą, prawda? Alkohol, narkotyki i depresja wpływają na człowieka w niebezpieczny sposób.

- Otóż to - zgodził się John. - No i oczywiście aborcja nie doszła do skutku, a Emma od tego czasu pomieszkiwała u rozmaitych przyjaciół, głównie u innej dziewczyny mieszkającej w tym samym osiedlu ze swoją samotną matką. Jest tam i teraz. Tylko że kiedy urodziło się dziecko, ponad trzy tygodnie temu, matka tamtej dziewczyny najwyraźniej stwierdziła, że nie stać jej na utrzymywanie Emmy i Romana. Wtedy matka Emmy w końcu skontaktowała się z pomocą społeczną.

- Żeby ją znów natychmiast oddać pod opiekę - powiedziałam. To nie było pytanie. Po prostu smutne, aż nazbyt znajome stwierdzenie faktu. Oczywiste było, że wcale nie chciała sprowadzić do domu ani córki, ani wnuka, przypuszczalnie nie wyciągnęła żadnych wniosków. - A co z tym chłopakiem? - kontynuowałam, myśląc o rozpaczliwej sytuacji, w jakiej przyszło na świat dziecko. - Pewno wdała się w to policja, skoro dziewczyna jest nieletnia?

John najpierw napił się kawy.

- Jak już mówiłem, to skomplikowane. W tym właśnie tkwi haczyk. My, i chyba wszyscy inni, uważamy, że ojcem jest dziewiętnastoletni diler narkotyków, Tarim. Wygląda na to, że Emma spotykała się z nim przez jakiś czas, chociaż stale zaprzecza, że to właśnie z nim ma dziecko.

- Myślę, że zaprzecza - odezwał się Mike - jeśli nie chce, żeby miał kłopoty.

John uśmiechnął się kpiąco.

- Już je ma. Siedzi w więzieniu. Odsiaduje wyrok za handel narkotykami. Trafił tam, kiedy Emma była w ciąży. Musiał już być notowany, więc go zamknęli. Chociaż Emma uparcie twierdzi, że nie on jest ojcem, kobieta, u której mieszkała, jest co do tego absolutnie przekonana. Wszystko wskazuje na to, że dziecko jest jego. No i oczywiście tamta chce zniechęcić Emmę do tego związku, tak samo jak matka Emmy, która mówi, że Tarim nie jest dla niej dobry.

Pokręciłam głową.

- Doprawdy? - spytałam ironicznie. - A czemuż to tak uważa?

John pokiwał głową i zamknął teczkę.

- No właśnie, Casey. Tak to wygląda. Jest o czym myśleć, więc chcę, żebyście oboje się zastanowili.

Czyli żadnego wskakiwania w sprawę na oślep, tak jak lubiłam robić. John miał rację, każąc nam się zastanowić, bo decyzja była poważna. Noworodek sam w sobie stanowił wielkie wyzwanie pod względem fizycznym - opieka nad małym dzieckiem jest wyczerpująca dla każdego, koniec i kropka. Ale przyjęcie noworodka i jego nastoletniej mamy - i to takiej, która ledwo weszła w wiek nastu lat - dodatkowo komplikowało sprawę. Ona będzie mieć swoje problemy. Jak mogłaby nie mieć, zważywszy na jej wychowanie i obecne okoliczności? Nie mówiąc o stale obecnym widmie odebrania jej dziecka, gdyby nie umiała dowieść, że potrafi się nim opiekować. I co z jej matką? Czego można się spodziewać z tej strony? Chociaż mnie osobiście nie mieściło się w głowie wyrzucenie z domu własnej córki i wnuka, nie byłam naiwna. Ta kobieta od dawna nadużywała substancji psychoaktywnych i miała depresję, co znaczyło, że wszystko się może zdarzyć. To tyle, jeśli chodzi o podręczniki dobrego rodzicielstwa. Biedna dziewczyna. Co za bałagan, a w tym wszystkim nowe życie. Ta mała musi być skołowana i przerażona.

Rzut oka na Mike'a powiedział mi, że on również jest pogrążony w rozważaniach. Uchwyciłam jego wzrok, zastanawiając się, czy myśli to samo co ja - że musimy znaleźć sposób, aby to wszystko zaczęło funkcjonować jak należy.

- Słuchajcie - zaczął John - nie podejmujcie pochopnej decyzji. To jest ogromne przedsięwzięcie i absolutnie zrozumiem, jeśli uznacie, że to nie dla was. W końcu większość opiekunów matek z dziećmi przechodzi specjalne szkolenie...

- Mam dwoje dzieci - weszłam mu w słowo - oboje są już dorośli, nie mówiąc o dwóch wnukach oraz o ośmiorgu podopiecznych, policzmy... ośmiorgu, prawda, Mike? - Udałam, że liczę na palcach.

John uśmiechnął się do mnie.

- Mówię poważnie, Casey. Ta sprawa jest skomplikowana, a istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że skomplikuje się jeszcze bardziej. Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę aż za dobrze. Słuchajcie, wiecie, dlaczego zwracam się z tym do was? Bo myślę, że wy oboje dalibyście sobie z tym radę. Jasne, że tak myślę. Jednak muszę to jeszcze i tak omówić z pracownikiem socjalnym zajmującym się Emmą. No i z kimś, kto zajmuje się dzieckiem, bo oczywiście zostanie mu przydzielony osobny pracownik socjalny, jeśli jeszcze tego nie zrobili. Daje wam to czas na przedyskutowanie sprawy między sobą. - Pchnął bladożółtą teczkę po blacie stołu w naszą stronę. - Na dokładne zapoznanie się z dokumentami, rozważenie implikacji i przemyślenie wszystkiego, zanim się zobowiążecie. Pojawienie się małego dziecka wszystko zmienia i oboje doskonale o tym wiecie. Oznacza zmianę planów, brak urlopu, wywrócenie do góry nogami całego waszego ustalonego porządku...

- No tak - stwierdził Mike, a ton jego głosu sprawił, że serce zabiło mi mocniej. - Z pewnością jest to coś, co powinniśmy wziąć pod uwagę. Ale, jak powiedziałeś - tu spojrzał na mnie - musimy to wszystko dobrze rozważyć. Możesz nam dać chociaż jeden dzień?

John skinął głową, wstając od stołu.

- Jak najbardziej. Tak jak mówiłem, muszę jeszcze omówić sprawę z pracownikami socjalnymi. No i wy bez wątpienia też będziecie chcieli pogadać z resztą klanu.

No pewnie. Do owego klanu zaliczali się przede wszystkim nasza córka Riley i jej partner David. Skoro mieliśmy omawiać sprawę noworodka, wątpię, abyśmy zdołali utrzymać Riley z dala. Kochała małe dzieci tak samo jak ja, w ogóle uwielbiała otaczać się dziećmi i była chętna do pomocy, kiedy tylko mogła, odkąd zajęliśmy się opieką zastępczą. Co więcej, ona i David właśnie ukończyli szkolenie, aby również zostać opiekunami zastępczymi. Oczywiście musieliśmy też porozmawiać z naszym synem Kieronem. Chociaż nie mieszkał już w domu - wynajmował mieszkanie wspólnie ze swoją dziewczyną, Lauren, z którą był od dawna - nigdy nie robiliśmy niczego, co mogłoby oddziaływać na któregoś z członków rodziny, bez uprzedniego spytania ich o zdanie. To nie byłoby w porządku. Bo John miał rację. Pojawienie się małego dziecka w domu wszystko zmieni, co rzecz jasna będzie mieć wpływ na wszystkich.

Niemniej jednak przebierałam nogami z niecierpliwości i musiało to być widać, ponieważ gdy tylko pożegnaliśmy Johna, Mike wyciągnął rękę.

- No już - powiedział. - Daj to.

Mówił o teczce, którą wzięłam ze stołu, odprowadzając Johna do drzwi.

- A co? - spytałam niewinnie, widząc twardą linię jego zaciśniętych szczęk. Posłusznie oddałam mu teczkę.

- Dobrze wiesz, co - odparł, biorąc ją do ręki. - Może pójdziesz i zrobisz więcej kawy, a ja się przez to przekopię. Chcę dobrze zrozumieć, co tu jest, zanim zaczniesz mi wiercić dziurę w brzuchu. Coś czuję, że muszę być bardzo dobrze poinformowany i mieć się na baczności przed tą naszą rozmową.

Podreptałam do kuchni, śmiejąc się. Jak on mnie dobrze zna, ten mój mąż.

Koniec wersji demonstracyjnej.