Ostatni - Andrzej Wronka

Reflow text when sidebars are open.
Kapitan nie krył radości.
- Panie i panowie, osiągnęliśmy układ docelowy! - oznajmił uśmiechając się w stronę załogi.
Oznaczało to, że znaleźliśmy się już w polu oddziaływania grawitacyjnego gwiazdy o mało poetyckiej nazwie Gliese 1214. Cóż, gdy w dwudziestym wieku przypinano jej metkę, nikt nie spodziewał się, że tak prędko stanie się ona naszym domem. Ten niewidoczny (przynajmniej z Ziemi) gołym okiem czerwony karzeł, lżejszy od Słońca ponad pięciokrotnie, sam w sobie nie wyróżniał się niczym szczególnym. Posiadał jednak dość interesujący układ planetarny. Już pierwszy świat, odkryty przy użyciu Hubble'a GJ 1214b, sprawił, że poszukiwaczom pozaziemskiego życia serca zabiły szybciej. Krążący w odległości raptem dwóch milionów kilometrów od macierzystej gwiazdy gigant miał podobną do Ziemi strukturę i gęstą atmosferę. Posiadał stały ląd i oceany. Całą masę życiodajnej wody; dziesiątki, a może setki razy więcej niż Ziemia. Był z nim jednak mały problem - temperatura. Tak blisko gwiazdy nie było szans na przyjazną strefę klimatyczną. Czterysta pięćdziesiąt Kelwinów skutecznie odwróciło zainteresowanie astrobiologów od wodnego świata i jego karłowatej matki.
Sytuacja uległa zmianie, gdy pod koniec drugiego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku, NASA wreszcie wyniosło na orbitę Teleskop Webba. Wystarczyło nastawić obiektyw na karła, cierpliwie poczekać - i proszę! To co umknęło Hubble'owi w potoku fluktuacji i błędów pomiarowych, JWST zobaczył bardzo wyraźnie. Tranzyt GJ 1214c ponownie skierował oczy badaczy - i całkiem konkretne sumy pieniędzy - w stronę śmiesznej małej gwiazdki z Wężownika i jej przerośniętych towarzyszy. I słusznie, bo Świat Węża okazał się mieć całkiem sporo do zaoferowania. Orbitująca w odległości ośmiu milionów kilometrów planeta miała zadatki na superziemię[1]. Wysokotlenowa, gęsta atmosfera zapewniała ochronę przed promieniowaniem i niezbędne do życia powietrze. Ciśnienie na powierzchni, nieco większe niż ziemskie, nie powinno być uciążliwe, nawet w czasie naszych pierwszych chwil na planecie.
Gorzej miała się sprawa z grawitacją. Do jeden i pół g trzeba się przyzwyczaić. Cała obudzona załoga regularnie ćwiczyła, by lepiej przygotować się do zwiększonego ciążenia, ale dla reszty pasażerów tak duży wysiłek związany z samym poruszaniem się, nie będzie niczym przyjemnym. Cóż, planeta o promieniu dziesięciu tysięcy kilometrów i masie pięciokrotnie większej od Ziemi rządziła się swoimi prawami. Średnia temperatura na poziomie prawie dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, prawdopodobnie była utrzymywana przez cały okres obiegu wokół karła. Wszystko dzięki niemalże idealnie kołowej orbicie i zerowemu nachyleniu osi obrotu Węża do płaszczyzny ekliptyki. Dlatego zarówno pory roku jak i strefy klimatyczne w zasadzie nie występowały na planecie. Jedynie na kołach podbiegunowych spodziewaliśmy się mrozów i braku światła. Brak pór roku był o tyle istotny, gdyż nasza superziemia robiła pełne koło wokół swego słońca zaledwie w dziesięć dni. Gdyby przenieść na nią ziemską pogodę, oznaczałoby to, że w poniedziałek powinniśmy siać, w środę wyskoczyć na szybkie wakacje, żeby już w sobotę zebrać plony i przygotować się na zimę. Jeżeli chodzi o cykl dobowy, było już znacznie spokojniej. Stabilna, dwudziestopięciogodzinna doba, której równa część przypadała na dzień i noc, nie powinna sprawić problemów. No i wreszcie - życie. Mórz i oceanów było co prawda znacznie mniej niż na gorącej sąsiadce Świata Węża, ale i tak więcej niż na Ziemi. Więcej było też przestrzeni lądowej; a ze spektralnej analizy składu atmosferycznego wynikało, że większą jej część objęła we władanie bujna, dzika roślinność. Nie byliśmy pewni innych form życia, ale zakładaliśmy, że tak doskonałe warunki powinny sprzyjać stworzeniu wielu zaawansowanych ekosystemów. Jednak życia inteligentnego nie zdołaliśmy zaobserwować. Żadnych sygnałów ani zaawansowanych, widocznych z kosmosu struktur. Jeżeli rozwinęła się tu obca cywilizacja, była ona maksymalnie na zerowym stopniu w skali Kardaszewa.
Stopniowo traciliśmy prędkość. Po kilku godzinach znaleźliśmy się w odległości nie większej niż ta dzieląca Ziemię i Księżyc. Statek wyhamował do nie imponujących stu kilometrów na sekundę. Została około godzina do lądowania. Gwiazda centralna świeciła jasnym, czerwonym światłem. Przed jej tarczą przesuwał się obły cień gorącej sąsiadki Świata Węża. Wodna planeta krążyła tak szybko, że na bieżąco mogliśmy obserwować jej ruch orbitalny. Moją uwagę pochłaniał jednak nasz cel. Widok wielkiej, niebiesko-zielonej kuli, powodował szybsze bicie serca.
- Pięćdziesiąt osiem minut do wejścia w atmosferę - rozbrzmiał damski głos AI statku. - Wszystkie systemy sprawne.
- Przypominam, że Wąż ma grubszą atmosferę niż Ziemia - dodał Rodriguez, zajmując miejsce obok Blacka. - Nie znamy jej wszystkich parametrów fizycznych. Poza tym jeszcze nikt... - przerwał, rozważając co dokładnie chce powiedzieć.
- Zająć pozycję! - krzyknął kapitan. - Obsługa techniczna: pełna gotowość. Nie spieprzmy tego! Nikt jeszcze nie lądował na innej planecie niż Ziemia - dokończył po chwili. - Jesteśmy pierwsi.
Wiedzieliśmy o co mu chodzi. Nikt nie przeprowadził próbnych lądowań. Żadnego z siedmiu NESS-ów. Piloci ćwiczyli tylko na symulatorach. A i to nie zawsze się udawało. Manewry czymś tak wielkim, w bezpośredniej bliskości planety, przypominały próby ujeżdżenia brontozaura.
- Jesteśmy pierwsi, a to dopiero początek. Więc do roboty! Przejmijmy ten układ!
Załoga rozbiegła się na wszystkie strony. Wszyscy byli przejęci, jednak nie można było mówić o zaniedbaniu dyscypliny. Każdy znał swoje zadanie. Piloci, nawigator i oficerowie byli już na swoich miejscach. Personel medyczny czekał w pogotowiu na mostku i pokładzie pasażerskim. Kilku inżynierów wysłano do monitoringu stanu silników i systemu chłodzącego. Pozostała część zespołu techników - w tym ja - została na mostku. Usiadłem w fotelu i przypiąłem się pasami. Włożyłem okulary i podzieliłem widok między obraz z kamer na dziobie oraz na burtach.
- Mamy finalną trajektorię - zakomunikował Twardowsky. - Będziemy lądować na oceanie, w promieniu stu kilometrów od przecięcia równika z jedenastym południkiem.
Kapitan potwierdził skinieniem głowy. Omiótł pomieszczenie wzrokiem i spojrzał na status:
odległość do celu: 1 534 200 m
prędkość: 10 103 m/s
czas do wejścia w mezosferę: 143 s
Pod wpływem impulsu, wyjąłem mikrodysk i wpiąłem w gniazdo w fotelu. Odszukałem utwór i przekierowałem wyjście audio na system głośników sufitowych. Kilka osób od razu poznało kawałek i posłało mi niepewne uśmiechy. Siedząca przede mną Kristen, geofizyczka, odwróciła się, spoglądając na mnie z lekkim politowaniem. Black przystanął na moment, zastanawiając się co zrobić z muzyką. W końcu machnął ręką i wrócił do monitorowania. John Norum rozgrzewał gitarę, gdy przebijaliśmy termosferę. Feeria barw zalała cały obraz. Takiej zorzy nie można było doświadczyć na Ziemi. Final Countdown ryczało z głośników, a statek trząsł się na wybojach mezosfery. Gęstość i ciśnienie rosły. Pole ochronne statku jarzyło się na czerwono. Padło przy wejściu do stratosfery, na około siedemdziesięciu kilometrach od powierzchni planety. Komunikaty AI ledwo przebijały się przez gitarowe solo, jednak nikt nie tracił rezonu. Nagle nami rzuciło. Niemalże pikowaliśmy pionowo w dół. Oszklony dziób liznęły jęzory płomieni. Wydawało się, że przebiją się do środka. Prawie czułem naddźwiękowy pęd gorącego powietrza, w jednej chwili zdolny wymieść intruzów z powierzchni planety. Przez kilkanaście sekund grozy, pilot zdołał zmniejszyć nachylenie statku, tracąc większą część prędkości. Wejście w troposferę było już spokojne. Siedemset kilometrów na godzinę, trzydzieści stopni nachylenia do lustra oceanu pod nami. To nie był koniec, jednak czuć było spadek napięcia. Planeta zaakceptowała nas.
W ogólnym rozluźnieniu rozpiąłem pasy i wstałem. Mogłem już zdjąć gogle i popatrzeć na świat własnymi oczyma. Tak uczyniła zresztą większa część załogi. Patrzyliśmy na nasz nowy dom. Zewsząd otaczała nas woda, jednak na linii horyzontu rysował się już zielony ląd.
Wylądowaliśmy zgodnie z planem trzy i pół minuty później. Wodowanie było bezpiecznym zagraniem. Dziki brzeg, oddalony o nie więcej niż kilometr, nie pozwalał oderwać od siebie wzroku. Jednak zanim mogliśmy wyruszyć w jego stronę, czekało nas sporo pracy.
Roślinność zapierała dech w piersiach. Trafiliśmy do równikowej dżungli z okresu mezozoicznego. Różnorodne krzewy tworzyły - zdawałoby się - nieprzekraczalną barierę, zabraniając intruzom wstępu. Za nimi rozłożyste drzewa kwitły wielobarwnymi kwiatami. Co prawda grawitacja nie sprzyjała ewolucji wysokich organizmów, jednak temperatura i łagodny klimat zdawały się wynagradzać zwiększone ciążenie.
Po początkowym szoku, przyzwyczaiłem się do bogatej w tlen atmosfery. Trzydzieści pięć procent życiodajnego gazu, mogło przyprawić nieprzygotowanego o konkretny haj. Od wygody jednak szybko można się uzależnić. Zbliżając się do brzegu, oddychaliśmy głęboko, ciesząc się tym nowym, nieskażonym cywilizacją światem.
Plaża składała się z tysięcy różnobarwnych, gładkich kamieni. Powoli zaczęliśmy się przyzwyczajać do niesamowitych kolorów naszego nowego świata. Nie byłem pewien w jakim stopniu odpowiedzialne jest za nie światło czerwonego karła, przepuszczone przez gęstą atmosferę; czy to bardziej kwestia składu chemicznego powierzchni planety.
Naukowcy od razu przystąpili do pracy. Kristen zmontowała przenośny sejsmograf, by sprawdzić, czy powinniśmy bać się aktywności tektonicznej. Robert, biochemik, zabierał się za analizę pobranych próbek oceanicznej wody. Kilku inżynierów zbierało informacje z dronów, starając się jak najszybciej przygotować szczegółową, trójwymiarową mapę otoczenia. Personel medyczny został na statku, by nadzorować wybudzanie pasażerów.
Zawsze należałem do raczej wyrośniętych facetów, więc przy zbieraniu grupy do rekonesansu, oczy Rodrigueza zatrzymały się między innymi na mnie. Wzruszyłem ramionami, lecz w głębi ducha cieszyłem się, że nie będę musiał obijać się bez celu, do czasu aż jajogłowi stwierdzą, że mamy iść tu i tu. Albo aż powiedzą, że musimy się stąd wynosić, bo na tym kontynencie żyją krwiożercze hipopotamy. Poza tym byłem cholernie ciekaw, co kryje się za ścianą lasu.