Osobliwy cyrk - Rachel Burge

Kup ebooka

34.99 zł
24.27 zł (24,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

WIĘ­CEJ NIŻ OPO­WIE­ŚCI

Na po­czątku wi­dzę tylko jo­dły, a po­tem po­ja­wia się cyrk: opa­tu­lony śnie­giem i lśniący w pół­mroku, dziwny i piękny jak nowo na­ro­dzona baśń. Od­su­wam mo­krą świer­kową ga­łąź i wcho­dzę na po­lanę. Wielki szczyt na­miotu w czarno-złote pasy wznosi się ku niebu, ocie­ra­jąc się o ciemne chmury po­nad nim i przy­ćmie­wa­jąc mniej­sze na­mioty, które go ota­czają. Wi­doczna na szczy­cie ma­lutka czarna flaga po­wiewa i trze­po­cze na wie­trze.

Spraw­dzam te­le­fon, a żo­łą­dek za­ci­ska mi się z nie­po­koju - wciąż nie mam żad­nych wia­do­mo­ści od mamy - po czym wlokę się w stronę wej­ścia na te­ren obiektu. Brama stoi sa­mot­nie na śnież­nym polu, bez ba­rie­rek czy ogro­dze­nia po obu stro­nach, zu­peł­nie nie na miej­scu, ni­czym por­tal do in­nego świata. Na gó­rze wy­ryte są słowa "Cyrk Mi­tów i Za­mę­tów", pi­sane me­tro­wymi li­te­rami. Czarno-złota farba łusz­czy się, jakby nie­zli­czone zimy od­ci­snęły na niej swoje piętno. Na znaku lą­duje kruk, a ja wstrzy­muję od­dech, gdy mruga pa­cior­ko­wa­tym oczkiem, a po­tem od­la­tuje z kra­ka­niem.

Kiedy prze­cho­dzę pod drew­nia­nym łu­kiem, wi­dzę, że ściany po­kryte są set­kami wy­ry­tych run. Prze­cho­dząc, prze­su­wam po nich dłońmi i wcią­gam do płuc po­wie­trze gę­ste od ci­szy i drzew­nego dymu. Wiem, że samo przej­ście przez bramę nie ma żad­nego zna­cze­nia, ale ja­koś po tej stro­nie wszystko wy­daje się inne: wiatr jest okrut­niej­szy, a niebo ciem­niej­sze.

Na miej­sce pro­wa­dzi wy­ło­żona de­skami ścieżka. Na ze­wnątrz pierw­szego na­miotu znaj­duje się ta­blica, na któ­rej za­ma­szy­ste złote li­tery gło­szą: "Bi­lety". Zimno kąsa mnie w po­liczki, gdy pod­cho­dzę do na­miotu i za­glą­dam do środka. Ni­kogo nie ma: tylko stół, kasa fi­skalna i pu­ste krze­sło. Wo­kół mnie płachty na­mio­tów fa­lują i ję­czą na wie­trze. Uwią­zany przez dzie­siątki lin wielki szczyt wy­gląda jak ba­lon na go­rące po­wie­trze, który pró­buje się unieść. Świat jest nie­sa­mo­wi­cie ci­chy, nie li­cząc wia­tru i od czasu do czasu huku osu­wa­ją­cego się śniegu. Tak­sów­karz ostrzegł mnie, że dzi­siej­sze przed­sta­wie­nie już się skoń­czyło, ale prze­cież ktoś musi tu być.

Idę ścieżką i czuję ciarki na karku, które in­for­mują mnie, że je­stem ob­ser­wo­wana. W od­dali stoi po­stać - dziew­czyna. Kulę się przy ścia­nie na­miotu i spie­szę w jej stronę. Już mam krzyk­nąć, kiedy po ple­cach prze­biega mi dreszcz. To ona. Nina. Ma krót­kie, ciemne włosy, gołe nogi i jest ubrana w białą su­kienkę. Stoję jak spa­ra­li­żo­wana, a ona pa­trzy na mnie oczyma czar­nymi jak dwie stud­nie; jej twarz jest po­zba­wiona emo­cji.

Czuję, jak opa­no­wuje mnie gniew. Po tym wszyst­kim, co ra­zem z mamą prze­szły­śmy, za­słu­gu­jemy na spo­kój. Po­win­ny­śmy roz­po­cząć nowe ży­cie na wy­spie, po­móc so­bie na­wza­jem po­go­dzić się z na­szym ma­gicz­nym dzie­dzic­twem i na­pra­wić na­sze re­la­cje. Po­win­ny­śmy pod­le­wać drzewo i dbać, by umarli ni­gdy wię­cej nie ucie­kli. Za­miast tego je­stem tu­taj - a wszystko z po­wodu by­łej dziew­czyny Stiga. Spę­dzi­łam z nim tylko kilka dni, więc dla­czego ona mnie prze­śla­duje - ta dziew­czyna, któ­rej ni­gdy na­wet nie spo­tka­łam? Za­ci­skam pię­ści i wal­czę, by nie krzyk­nąć: "Czego ty ode mnie chcesz?", bo wiem, że ona by mi nie od­po­wie­działa - ni­gdy tego nie robi. Na­gle już jej nie ma, a ja wpa­truję się w prze­strzeń. Mój pa­ru­jący od­dech jest je­dy­nym du­chem wi­szą­cym w po­wie­trzu.

Po­wolne, mia­rowe ude­rze­nia w bę­ben spra­wiają, że od­wra­cam głowę. Od­głos - naj­pierw słaby, po­tem co­raz gło­śniej­szy - do­cho­dzi z wnę­trza du­żego na­miotu. Prze­cho­dzę nad wy­strzę­pioną liną i się­gam do bre­zen­to­wych drzwi, gdy za mo­imi ple­cami roz­lega się głę­boki głos:

- Vi er stengt til i mor­gen.

Wi­dzę gó­ru­ją­cego nade mną męż­czy­znę na szczu­dłach, ubra­nego we frak i biały cy­lin­der. W po­przek jego nosa prze­biega wy­ma­lo­wany nie­bie­ski pa­sek, ni­czym ma­ska, przez co jego oczy i ja­sne rzęsy wy­glą­dają jesz­cze bar­dziej za­ska­ku­jąco. Ma­leń­kie krysz­tałki zna­czą jego brwi i mi­go­czą w spi­cza­stej bro­dzie i dłu­gich blond wło­sach.

Szczu­dlarz robi kilka kro­ków naj­pierw w jedną, a po­tem w drugą stronę, po­ru­sza­jąc się cały czas, a mnie aż boli szyja od pa­trze­nia na niego. Na­gle męż­czy­zna mruga za­sko­czony, bez wąt­pie­nia na wi­dok mo­jego dziw­nie wy­glą­da­ją­cego oka i bli­zny na po­liczku. Przez krótką chwilę mam ochotę się od­wró­cić i ukryć twarz, ale obie­ca­łam so­bie, że wię­cej tego nie zro­bię. Wy­trzy­muję więc jego spoj­rze­nie, za­ci­skam usta i pró­buję so­bie przy­po­mnieć co­kol­wiek, czego na­uczy­łam się ostat­nio po nor­we­sku, ale słowa wy­le­ciały mi z głowy, jakby ktoś wy­jął szu­fladę i ją opróż­nił.

Męż­czy­zna po­chyla się i uśmie­cha.

- Cyrk jest za­mknięty do ju­tra.

Roz­wa­żam przez chwilę wy­ję­cie z ple­caka słow­nika, ale w końcu du­kam:

- Snak­ker du en­gelsk?

Szczu­dlarz wy­bu­cha śmie­chem.

- Oczy­wi­ście, że tak.

Czuję, jak palą mnie po­liczki.

- Prze­pra­szam, to ja­sne, do­piero co ode­zwa­łeś się po an­giel­sku. - Przy­gry­zam wargę, zda­jąc so­bie sprawę, jak idio­tycz­nie brzmię. - Szu­kam ko­goś. No, może nie tego ko­goś, ale ko­goś, kto go zna.

Lo­dowy ol­brzym czeka cier­pli­wie, a na jego twa­rzy ma­luje się roz­ba­wie­nie. Zerka na moje lewe oko, to ślepe, a po­tem na dru­gie.

- Nina. Kie­dyś tu pra­co­wała.

Gdy tylko wy­po­wia­dam jej imię, wy­raz jego twa­rzy się zmie­nia. Roz­ba­wiony uśmiech znika pod gry­ma­sem.

- Cyrk jest za­mknięty.

- Tak, wiem. Nina wy­stę­po­wała na tra­pe­zie i...

- Prze­pra­szam, nie mogę ci po­móc.

- A ktoś o imie­niu Stig? To był jej chło­pak.

W jego oczach bły­ska po­dejrz­li­wość.

- Od­szedł kilka ty­go­dni temu.

Ol­brzym robi kilka kro­ków w przód i znowu się cofa, a po­tem po­chyla się i kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu. Gdy tylko do­tyka mnie przez rę­ka­wiczkę, czuję jego roz­pacz. W mo­jej gło­wie roz­bły­skuje ob­raz: nie­po­ko­nana ściana z ce­gieł, a każda ce­gła zbu­do­wana ze zło­ści, smutku i nie­do­wie­rza­nia. Za każ­dym ra­zem, gdy me­dia albo cie­kaw­scy go­ście py­tają o śmierć Niny, ta ściana ro­śnie. Nie wiem, kiedy wy­da­rzył się wy­pa­dek, ale z tego, co mó­wił Stig, wy­ni­kało, że sto­sun­kowo nie­dawno. Coś w świe­żym bólu tego męż­czy­zny mówi mi, że nie mo­gło się to wy­da­rzyć wcze­śniej niż kilka mie­sięcy temu.

Wska­zuje ge­stem na drogę, a ja pró­buję ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Mo­gła­bym stać tu cały dzień i za­da­wać ko­lejne py­ta­nia, ale wiem, że i tak nie udzie­liłby od­po­wie­dzi.

- Okej. Tak czy ina­czej, dzię­kuję.

Od­wra­cam się i ru­szam tą samą drogą, którą przy­szłam, czu­jąc na so­bie cię­żar jego spoj­rze­nia. Po kilku mi­nu­tach od­wra­cam się przez ra­mię i wciąż mam pew­ność, że mnie ob­ser­wuje. Spusz­czam głowę i od­cho­dzę jesz­cze ka­wa­łek, ma­jąc na­dzieję, że o mnie za­po­mni. Pew­nie będę mu­siała wra­cać kilka razy w naj­bliż­szych dniach, żeby po­roz­ma­wiać z róż­nymi ludźmi. Nie wiem, czego chce ode mnie Nina, ale je­śli jej śmierć nie była wy­pad­kiem, to ktoś jest za nią od­po­wie­dzialny. Nie spo­dzie­wam się, że bę­dzie ła­two, ale w końcu musi się zna­leźć ktoś, kto bę­dzie chciał ze mną o niej po­roz­ma­wiać. Prze­cież Nina z ja­kie­goś po­wodu mnie na­wie­dza. Je­śli zdo­łam od­kryć, co jej się stało, może to wy­star­czy, żeby dała mi spo­kój.

Idę jesz­cze ka­wa­łek i znów zer­kam za sie­bie. Męż­czy­zna schyla głowę i wcho­dzi do głów­nego na­miotu. Po­ru­sza się na szczu­dłach bez naj­mniej­szej trud­no­ści. Kiedy znika, pod­no­szę kap­tur i wra­cam do cyrku, tym ra­zem kie­ruję się jed­nak w stronę po­jaz­dów.

Idę po­spiesz­nie i za­trzy­muję się do­piero za rzę­dem po­za­my­ka­nych bu­dek z je­dze­niem, by zła­pać od­dech. Wtedy wi­dzę pierw­szy wóz cyr­kowy. Jest ich kil­ka­na­ście, obok przy­czep i cię­ża­ró­wek; stoją w pół­kolu wzdłuż jed­nej kra­wę­dzi po­lany. Usta­wione są w róż­nych kie­run­kach, two­rząc cha­otyczny la­bi­rynt. Pierw­szy po­jazd, do któ­rego pod­cho­dzę, to ogromna czarna przy­czepa. Skrę­cam w lewo i czuję za­pach świe­żej kawy, a po­tem pod­sma­ża­nej ce­buli. Po­ja­wiają się ko­lejne sy­gnały ży­cia - mi­go­ta­nie ekra­nów te­le­wi­zyj­nych, dźwięki ra­dia, od­głosy lu­dzi po­ru­sza­ją­cych się w swo­ich miesz­ka­niach.

Zza rogu wy­cho­dzi na­sto­latka z dłu­gimi blond wło­sami i ru­sza w moją stronę. Wy­daje mi się, że musi być mniej wię­cej w moim wieku. Ma na so­bie szary płaszcz z wy­szu­ka­nym fu­trza­nym koł­nie­rzem i trzyma pod pa­chą głowę wilka, któ­rego długi, ku­dłaty pysk wy­gląda nie­po­ko­jąco re­ali­stycz­nie, przy­naj­mniej do mo­mentu, w któ­rym za­uwa­żam wy­cięte dziury na oczy. Do­ciera do mnie, że to ma­ska.

- Har du g?tt deg vill?

- Prze­pra­szam, nie mó­wię po...

Uśmie­cha się sze­roko.

- Zgu­bi­łaś się?

- Szu­kam ko­goś. Pra­cuje... - Za­sta­na­wiam się, jak tym ra­zem za­py­tać o Ninę, żeby mnie nie od­pra­wiono.

Dziew­czyna głasz­cze głowę wilka, jakby uspo­ka­jała nie­bez­pieczne zwie­rzę.

- Szu­kasz pracy?

Brzydka ma­ska zdaje się mie­rzyć mnie po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem. Już mam po­wie­dzieć, że nie, kiedy dzieje się coś dziw­nego. Na po­licz­kach wilka drga mię­sień, a jego pysk się marsz­czy. To nie­moż­liwe, mu­siało mi się przy­wi­dzieć, pew­nie wiatr mierz­wił fu­tro.

- Ruth prze­słu­chi­wała po­zo­sta­łych w swoim na­mio­cie. Znajdę ją dla cie­bie.

Ukłu­cie nie­po­koju spra­wia, że się ru­mie­nię.

- Nie, nie kło­pocz się. Wszystko w po­rządku - mó­wię bez za­sta­no­wie­nia i zer­kam na szczyt wiel­kiego na­miotu szar­pa­nego przez wiatr.

Nie wiem, o jaką pracę cho­dzi, ale mam swój dar, więc może do­wiem się tego, do­ty­ka­jąc ubrań ko­biety. Udział w prze­słu­cha­niu może być dla mnie do­sko­nałą oka­zją, by po­roz­ma­wiać z kimś o cyrku i lu­dziach, któ­rzy tu pra­cują. Od­wra­cam się znowu w stronę dziew­czyny i się uśmie­cham.

- W za­sa­dzie to tak, szu­kam. Czy mo­gła­byś po­kie­ro­wać mnie w do­brą stronę?

Wy­daje się nieco za­kło­po­tana, ale na­dal uśmie­cha się cie­pło.

- Ja­sne. To tam. - Wska­zuje znisz­czony wóz z nie­chluj­nymi ró­żo­wymi za­sło­nami. - Ruth wie, że przyj­dziesz?

Ki­wam głową i za­sta­na­wiam się, czy za­py­tać ją, co wie, ale wtedy wilk po­ru­sza głową i mie­rzy mnie spoj­rze­niem pu­stych oczu. Ruch jest de­li­katny i le­dwo do­strze­galny, ale nie­za­prze­czalny. Jest w nim coś tak nie­po­ko­ją­cego, że szybko co­fam się o krok.

- Tak. Dzię­kuję za po­moc.

Dziew­czyna uśmie­cha się i od­cho­dzi, a ja ru­szam do wozu i już pod­no­szę rękę, by za­pu­kać, gdy do­bie­gają mnie głosy ze środka. Ja­kiś męż­czy­zna mówi coś, czego nie mogę zro­zu­mieć, a po­tem ja­kaś ko­bieta od­po­wiada z ir­landz­kim ak­cen­tem:

- Wiem, że źle ci z tym, co się stało. Wszy­scy tak mamy. Ale nie mo­żesz się cią­gle ob­wi­niać.

Okno po­wozu jest za­sło­nięte przez praw­dziwą dżun­glę, więc do­piero po chwili wśród plą­ta­niny li­ści wi­dzę, kto jest w środku. Ko­biety nie wi­dzę, ale męż­czy­zna wy­gląda na sie­dem­dzie­się­cio­latka, ma bu­rzę bia­łych wło­sów. Mówi ze śpiew­nym ak­cen­tem, jak wszy­scy Nor­we­go­wie.

- My­ślisz, że je­stem sta­rym, prze­sąd­nym głup­cem, ale to coś wię­cej niż opo­wie­ści. - Po­ciera brodę. - Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był się zgo­dzić, żeby coś tu zmie­niać. Ta biedna dziew­czyna... Po­wi­nie­nem był prze­wi­dzieć, że sta­nie się coś strasz­nego.

Ro­bię krok w bok, żeby nikt mnie nie do­strzegł, i przy­ci­skam plecy do ściany po­wozu. Czy to moż­liwe, że roz­ma­wiają o Ni­nie?

Ko­bieta pod­nosi głos:

- To ja je­stem ta­ro­cistką, Karl, nie ty. Nie mo­głeś tego prze­wi­dzieć. Nikt nie mógł.

Drzwi otwie­rają się na oścież, a ja czuję, jak serce bije mi moc­niej. Cho­wam się za róg po­wozu, który ko­ły­sze się lekko, gdy Karl scho­dzi po scho­dach. Jest ni­ski i drob­nej bu­dowy, ma na so­bie bu­dry­sówkę w ko­lo­rze wiel­błą­dziej wełny, z wiel­kimi kwa­dra­to­wymi kie­sze­niami; strój do­dat­kowo pod­kre­śla jego nie­po­zorną syl­wetkę. Wy­gląda jak ktoś, kto spę­dził całe ży­cie na ze­wnątrz - ogo­rzała skóra po­ryta jest zmarszcz­kami, a jego włosy są zmierz­wione przez wiatr.

Ko­bieta wy­ska­kuje za nim. Jej kasz­ta­nowe loki po­wie­wają na wie­trze. Na ra­mio­nach ma biały szy­deł­kowy szal, na pewno nie ma wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Jest ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­sza od Karla. Kiedy kła­dzie mu na ra­mie­niu dłoń i uśmie­cha się z czu­ło­ścią, jest mi nie­zręcz­nie, że ich szpie­guję.

- Dla­czego nie zo­sta­wisz tego no­wemu ma­na­ge­rowi? Po tylu la­tach za­słu­ży­łeś na od­po­czy­nek.

- Oska­rowi? - Karl pry­cha szy­der­czo i od­cho­dzi, ku­le­jąc, a ko­bieta bie­gnie za nim.

- Świat się nie za­trzy­mał, wiesz prze­cież. My też nie mo­żemy!

Ru­szam za nimi. Je­stem zde­ter­mi­no­wana, by po­roz­ma­wiać z Ruth. Po­wie­działa, że jest ta­ro­cistką. Je­śli szuka me­dium, to może uda mi się nie tylko pójść na roz­mowę o pracę, ale fak­tycz­nie ją zdo­być. Czuję, jak na samą myśl o tym przy­spie­sza mi tętno. My­śla­łam, że będę mu­siała zo­sta­wić mamę tylko na kilka dni, ale je­śli za­cznę tu pra­co­wać, to może będę zmu­szona zo­stać dłu­żej. Ale prze­cież mu­szę coś zro­bić. Nie mogę wró­cić do domu, ry­zy­ku­jąc, że Nina po­dąży za mną. Myśl o szlo­cha­ją­cej ze stra­chu ma­mie ku­lą­cej się w ką­cie, gdy wo­kół trza­skają drzwi, a na­czy­nia la­tają nam nad gło­wami, ła­mie mi serce. Te­raz przy­naj­mniej, skoro Nina jest tu­taj, mogę mieć na­dzieję, że nie ma jej jed­no­cze­śnie w domu.

Nie­da­leko roz­lega się chro­pawe krak­nię­cie. Na da­chu wozu na­prze­ciwko sie­dzi kruk i prze­krzy­wia głowę, po czym znowu kra­cze, tym ra­zem bar­dziej na­tar­czy­wie. Prze­la­tuje na po­bli­ską ga­łąź i ob­ser­wuje mnie uważ­nie. Czy na­prawdę mogę to zro­bić? Ja­kaś część mnie wo­la­łaby, żeby ten po­mysł ni­gdy nie przy­szedł mi do głowy, ale to prze­cież do­bry spo­sób, by po­znać pra­cu­ją­cych tu lu­dzi. Je­śli zo­stanę jedną z nich, to może opo­wie­dzą mi o Ni­nie. Mu­szę coś zro­bić, żeby dała mi spo­kój, bo ina­czej mama i ja nie za­znamy spo­koju.

Jest jesz­cze je­den po­wód, żeby za­cząć tu pra­co­wać. Je­śli zdo­łam za­przy­jaź­nić się z tymi ludźmi, to może do­wiem się też cze­goś o Stigu. Mama miała ra­cję. By­łam na­iwna, po­zwo­liw­szy zbie­gowi, o któ­rym nic nie wiem, zo­stać w domku babci, zwłasz­cza po tym, jak sam się do niego wła­mał. Ale po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło, nie je­stem już tak ła­two­wierna.

Wra­cam my­ślami do ostat­nich kilku roz­mów, sprzed jego odej­ścia. Je­stem pewna, że coś przede mną ukry­wał. W prze­ciw­nym ra­zie dla­czego miałby mó­wić, że Nina wy­zdro­wiała i nic jej już nie jest, a po­tem na­gle zmie­nił zda­nie? Kiedy o to za­py­ta­łam, na­gle się wy­co­fał i za­cząć mó­wić o czym in­nym. Nie wiem, gdzie on te­raz jest ani dla­czego nie ode­zwał się przez ostat­nie trzy ty­go­dnie - może wcale nie za­mie­rzał wra­cać na wy­spę - ale je­śli coś ukrywa albo kła­mie w kwe­stii tego, co stało się Ni­nie, to wła­śnie do­sta­łam szansę, by się do­wie­dzieć, czemu to robi. Albo jest do­brym czło­wie­kiem, albo nie - a ja za­mie­rzam się tego do­wie­dzieć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Drogi Stigu,

je­śli to czy­tasz, to zna­czy, że wró­ci­łeś na wy­spę. Cze­ka­łam tak długo, jak mo­głam, ale po­wie­dzia­łeś, że nie bę­dzie Cię tylko przez kilka dni, a mi­nęły już trzy ty­go­dnie, więc nie je­stem pewna, co o tym my­śleć. Pró­bo­wa­łam się do Cie­bie do­dzwo­nić, ale może coś się stało z Twoim te­le­fo­nem.

Nie­ła­two jest mi To­bie to po­wie­dzieć, ale w dniu, w któ­rym wy­je­cha­łeś, wi­dzia­łam du­cha Niny przez okno chatki. Dzięki zdję­ciu, które mi po­ka­za­łeś, je­stem pewna, że to była ona. Je­śli od­wie­dzi­łeś ją w szpi­talu, tak jak za­po­wia­da­łeś, to już wiesz, ale je­śli nie, to prze­pra­szam.

Pró­bo­wa­łam Ci wtedy o tym po­wie­dzieć, ale za­re­ago­wa­łeś ase­ku­ra­cyj­nie, kiedy o nią za­py­ta­łam. Wiem, że sprawy mię­dzy Wami przy­brały zły ob­rót i nie lu­bisz o tym roz­ma­wiać, ale nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że jest coś, o czym mi nie mó­wisz. Je­śli tak, pro­szę, po­wiedz - mu­szę to wie­dzieć.

Nina na­wie­dza i ter­ro­ry­zuje chatkę, trza­ska drzwiami i spra­wia, że rze­czy la­tają po po­koju. Nerwy mamy tego nie wy­trzy­mają. Jest w złym sta­nie i znowu za­częły jej się te wi­zje. Tym ra­zem ry­suje mnie w cyrku. Dla­tego wpa­dłam na pe­wien po­mysł. Mu­szę coś zro­bić, żeby to się skoń­czyło, więc jadę do miej­sca, gdzie Nina miała wy­pa­dek. Ona z pew­no­ścią ocze­kuje, że­bym to dla niej zro­biła. Je­śli uda mi się to roz­gryźć, może zo­stawi mnie w spo­koju.

Mam na­dzieję, że mimo wszystko masz się do­brze. W nie­które dni trudno mi uwie­rzyć we wszystko, co się wy­da­rzyło, i za­sta­na­wiam się, czy kosz­mary kie­dy­kol­wiek się skoń­czą, ale my­ślę, że tak samo jest z Tobą. Zdaję so­bie sprawę, że nie znamy się długo, ale po tym wszyst­kim, co ra­zem prze­szli­śmy, mia­łam na­dzieję, że za­wsze bę­dziemy mo­gli ze sobą po­roz­ma­wiać. Je­śli zmie­ni­łeś zda­nie w róż­nych kwe­stiach - w po­rządku, zro­zu­miem. Po pro­stu za­dzwoń do mnie, pro­szę.

Marta x

P.S. Gan­dalf sie­dzi obok mnie i cią­gle ję­czy, i liże moją rękę. Mówi, że tę­skni za tobą.

P.P.S. Pro­szę, za­dbaj o mamę, je­śli zdo­łasz. Źle mi z tym, że zo­sta­wiam ją samą w chatce.